28.07
Ja to mam szczęście – takie bardziej zezowate. Pewnego prawie ślicznego poranka wstając o mało się nie przewróciłam. Gdy się to powtarzało powiedziałam o tym mojej koleżance lekarce. Zapisała mi betaserc. Po jakimś czasie zapytała czy pomaga ale nie zauważyłam poprawy. No to czas na badania. Neurolog, laryngolog, okulista (dno oka). Laryngologiem jest koleżanka, do okulisty chodzę regularnie co pół roku. Do neurologa dostać się na fundusz – bardzo odległe terminy. Postanowiłam to przeskoczyć i pójść prywatnie, 140 złotych nie majątek. Ja w poczekalni, godzina przyjęcia minęła, komu mogę dać w mordę? Najwyżej sobie. W końcu, po odpytywaniu i badaniu neurolożka dała mi receptę na betaserc i neurovit oraz skierowanie na usg tętnic dogłowowych, rezonans magnetyczny i rtg kręgosłupa szyjnego. Bardzo śmiesznie było gdy okazało się, że jak idziesz prywatnie do lekarza to musisz za wszystkie badania płacić z własnej kieszeni – pani dr mnie o tym nie uprzedziła a powinna była. Na szczęście od koleżanki dostałam nfz-owe skierowanie na rezonans. Obdzwoniłam pół miasta, wreszcie znalazłam miejsce ale termin ponad miesiąc. Dobrze, że nie rok. No, ciśnie się PRL-owskie powiedzenie: Popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem.
W Internecie przeczytałam, że usg szyi kosztuje 150,- i można to zrobić na moim osiedlu. Zdecydowałam się, bo na nfz terminy nieludzkie. Ale że czas urlopowy to wiadomo – i tu czekać trzeba miesiąc.
Wtorek W poczekalni prawie godzinę a tu gorąco i duszno. Badanie wykazało, że nie mam miażdżycy. I słusznie bo i po co? Domniemanie pani dr – wina kręgosłupa. Masażysta powinien się skupić na odcinku szyjnym. Powiem mu, bo co tydzień, od dawna, masuje mi plecy. A gdybym nie brała tych masaży tak regularnie to pewnie w ogóle nie mogłabym wstać z łóżka. No i sama też chyba powinnam sobie gimnastykować tę część. Internecie na pomoc! A tam co strona to inne ćwiczenia.
Środa – wizyta u neurologa na fundusz. Znów czekanie, wyznaczona godzina minęła, przede mną dwie pacjentki. Upał, maseczka na pysku cała już mokra. Następna neurolożka po wysłuchaniu i przeczytaniu tego co napisała poprzednia wystawiła skierowanie na rtg szyi i na rehabilitację. Szczęście jest połowiczne, bo rtg mogę tam zrobić za dwa dni a na rehabilitację zapisują (trzeba zostawić skierowanie) dopiero na następny rok. Już nie zapytałam na jaki miesiąc.
Piątek – Zarejestrowałam się do neurologa, bo mam się zgłosić z wynikami badań,na wrzesień. Kilkuosobowa kolejka do rentgena, dobrze, że mogłam usiąść. Sporo młodych ludzi. Kontaktową pielęgniarkę zapytałam czy mam zmiany, wykrętnie stwierdziła (ulubiona fraza pracowników służby zdrowia), że w tym wieku… Na co ja, że SKS. Płytkę dają od razu, klisz analogowych nie robią, opis we wtorek.
Opis odebrany, za 3 dni telefon od koleżanki lekarki. Czytam jej opis rtg szyi.
– O, to masz osteoporozę, postaraj się o skierowanie, nie wiem kto to leczy, reumatolog czy neurolog. W przychodni będą wiedzieć.
Wiedzieli – jest specjalistyczna przychodnia, jedyna we Wrocławiu. Nawet na moim osiedlu. Termin na nfz. – maj 2022 roku. Prywatna wizyta 220,- zł.
Na tydzień przed rezonansem należy zrobić badanie na zawartość kreatyniny. Od pielęgniarki dowiedziałam się po co – czy rezonans będzie z kontrastem, czy bez.. Wampir jest w przychodni na osiedlu, wybrałam się w poniedziałek 9-tego. Wynik miał być na wtorek. W środę nie było. I nadal nie ma komu dać w mordę, a chciałoby się, ręce swędzą.
Piątek 13-tego
Idę odebrać wynik, nadal nie ma. Rejestratorka sprawdza w komputerze – brak. Dzwoni do wykonawcy – po dość długiej rozmowie okazuje się, że wysłano go do przychodni skąd dostałam skierowanie a nie tam gdzie wykonano badanie. To dlaczego w środę tego nie ustalono? Dobrze, że obie przychodnie są na moim osiedlu.
Poniedziałek
Z duszą na ramieniu pojechałam sama na rezonans magnetyczny głowy do szpitala. Obawiamy się bowiem nieznanego. Zalecono mi wziąć ciepłą odzież bo będzie zimno. Wzięłam sweterkową narzutkę i dużą ciepłą chustę. I jeśli mam klaustrofobię lek uspakajający. Oraz nie za dużą ilość osób towarzyszących. I nie jeść 3 godziny przed badaniem. Nie wolno mieć w sobie niczego metalowego, najwyżej stalowe nerwy. Na miejscu musiałam wypełnić 3 formularze. Pielęgniarz orzekł, że nie muszę się dodatkowo okrywać. Nie miał racji – zmarzłam. Dał zatyczki do uszu – słusznie, bo maszyna warczy, burczy, charczy, stuka, fuka, puka, świszczy, piszczy i łomoce. Mimo zatyczek wszystko słyszałam. Leży się na łożu wsuwanym pod kopułę z unieruchomioną głową, z hełmem na niej, dobrze choć, że z okienkami na górze. Najgorsze jest to, że nie wolno się poruszyć przez 20 minut. W razie czegoś niedobrego jest możliwość naciśnięcia gumowej gruszki/jaja. Dla mnie było to okropne doświadczenie. Czułam się jakbym była w kabinie prymitywnego radzieckiego statku kosmicznego lecącego w niepewną dal. Czyli jak biedna psica Łajka. Dla niej była to podróż w jedną stronę.
Powiedziałam po wszystkim: to cud, ze przeżyłam. Zastosowałam w czasie leżenia metodę opowiadania sobie filmów jakie kilkakrotnie widziałam ale i tak ze stresu rozbolała mnie głowa. Dostałam zapis badania na płytce. Wydruk wyjątkowo szybko – sms we wtorek, odbiór w środę. Nie wiem czy to dobra, czy zła nowina.
Na zdjęciu krasnal wsadzający pacjenta do „pieca” tomografu.


