Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.
********************************************************
8 lipca środa
Od paru dni jest chłodniej – BARDZO to lubię!
Na początku czerwca zaczęłam szukać nowego, większego (moje ma 19m2, na czwartym piętrze bez windy) mieszkania. Na moim osiedlu, najwyżej pierwsze piętro lub z windą.
Nie, nie wygrałam w totolotka, ani nie znalazłam bogatego sponsora. Własnych tak dużych oszczędności też nie miałam, tylko „mniejszą połowę”.
Najpierw zgłosiłam się do biura nieruchomości gdzie młody pośrednik, bardzo z siebie zadowolony, obiecał, że na pewno takie szybko znajdzie. Czekałam, czekałam aż wreszcie do niego zadzwoniłam. Nie odebrał i nie oddzwonił.
Sama znalazłam ofertę, pozornie bardzo dobrą, bo przy mojej ulicy. Obejrzałam mieszkanie – za wysoko bo dwa i pół piętra, schody bardzo niewygodne, za krótkie, okna wychodzące na ulicę i akurat na przystanek autobusowy gdzie staje pięć linii plus nieustanny sznur aut.
Potem okazało się, że znajoma znajomej ma koleżankę zawodową pośredniczkę. Spotkałyśmy się, dałam jej spisane oczekiwania co do nowego lokalu. Dobrze się złożyło, że mieszkała dość długo na moim osiedlu i zna teren.
Obie szukałyśmy ofert w Internecie wybierając najbardziej pasujące. Było to dziwne doświadczenie, bo ludzie umieszczają, często, oferty nijak się mające do rzeczywistości. Szczególnie jeśli chodzi o zdjęcie budynku. Podają też czasem nazwę innej ulicy. Lub oferta jest ale chęć sprzedaży niekoniecznie.
W końcu obejrzałyśmy pięć. Czwarte okazało się najbliższe moich oczekiwań. Już na wstępnie spodobało mi się, bo przed drzwiami była wycieraczka z motywem kotów. Wiem, że to brzmi infantylnie i mam to w nosie. Kota już nie mam, oprócz tego w głowie to chociaż na wycieraczce.
Udało się z właścicielem uzgodnić cenę i inne sprawy.
Wracam do domu po obejrzeniu piątego mieszkania, idę po schodach i odbieram telefon. A to młody, zachwycony sobą, pośrednik. No to, w wyobraźni, spuściłam go po tych schodach mówiąc, że znalazłam innego pośrednika i mieszkanie dodając, że sam sobie zepsuł sprawę. Nie czekałam na to co odpowie tylko się wyłączyłam. To trzeba mieć tupet najpierw lekceważyć klienta a potem dzwonić.
W poniedziałek załatwiliśmy sprzedaż u notariusza i przelanie pieniędzy w banku. Nie obyło się bez lekkich perturbacji, bo okazało się, że jestem umówiona z doradcą na tę samą godzinę co niski, bardzo pękaty senior, który o mało mnie nie pobił gdy powiedziałam, że też chcę wejść do gabinetu. Na szczęście udało się załatwić sprawę z kim innym.
Po tym jak umówiona kwota (szybki przelew) znalazła się na koncie sprzedającego przekazano mi klucze do mieszkania.
Całą papierologię załatwia pośredniczka, sama nie dałabym rady, tyle tego jest, trzeba wiedzieć co zrobić, jakie dokumenty są konieczne do wypełnienia i gdzie pójść, aby wszystko formalnie załatwić. Jeszcze w piątek odwiedzimy razem trzy urzędy.
Jestem w trakcie powolnej przeprowadzki, sama trochę zawożę tramwajem, wczoraj stary (bez niskopodłogowego wejścia, co ważne, bo mam torbę na kółkach) tramwaj pojechał niestałą trasą (niestały jest w poczynaniach jak niektóre osobniki obojga płci), więc zła na nieprzyjazną rzeczywistość poszłam piechotą, spory kawałek to był. Za to bramę otworzył idący przede mną młodzieniec z psem rasy owczarek, chyba. Ale, żeby mi nie było za dobrze w amoku minęłam windę i poszłam za nim. Przecież wolę koty a poszłam za psem.
W końcu się zorientowałam i zawróciłam.
Dzisiaj było lepiej – dwie tury, w tamtą stronę tramwaj niskopodłogowy, windy nie minęłam.
Jutro z pomocą znajomych posiadających auto przewiozę kolejne bambetle. Nie byłoby ich tak dużo gdyby nie rękodzielnictwo moje. Materiały różne zajmują całą dużą 6 –cio szufladową komodę i trzy półki w szafie, różne przydasie leżą na górze regału a w tapczanie też niemało.
Finalnie do mebli i reszty rzeczy zamówię firmę. Dobrze, że w nowym mieszkaniu są szafki w kuchni i spora szafa w sypialni to mam gdzie rozkładać przywiezione rzeczy aby nie leżały w workach na podłodze.
Jest też sprawa przeniesienia Internetu, aby mieć dostęp do telewizji i laptopa. Oglądam podłączenie telewizora, które tu wymaga przewodu elektrycznego z kostką mającą cztery wejścia. Czy powinnam go zabrać, aby instalacja się powiodła? To jedno z miliona pytań i spraw do załatwienia.
Dotychczasowe mieszkanie jest małe ale baaardzo pakowne, zapchane po sam sufit – różności na regale i dwa pawlacze oraz pięciopółkowy regał z książkami.
Oczywiście wyrzucam co uznaję za zbędne lub odkładam, aby zanieść do sklepu dobroczynnego.
Od nawału spraw boli mnie głowa. Na szczęście nie ma jeszcze upału.
Z fb-owego profilu KRASNALE:
„Mówię to z pełną odpowiedzialnością krasnala, który widział wszystko.
Człowiek myśli, że wyszedł tylko po ziemniaki. A wraca z opowieścią…
Tak właśnie było ostatnio. Warzywniak pani Jagody na zbiegu ulic Górnickiego i Sienkiewicza. Ziemniaki. Kolejka. Miejsce pachnie ziemią, jabłkami, koperkiem i tą szczególną nadzieją, że jeszcze dziś będzie zupa. Pani Jagoda, jak zawsze, swoim podejściem do klientów, budzi u wszystkich zebranych zdrowy apetyt na przyjemnie poukładany dzień…
Kolejka też ma swój charakter. Ktoś przyszedł tylko po pomidory, ktoś bierze trzy marchewki a jeszcze inny pyta, czy młode ziemniaki są „naprawdę młode”…
I wtedy właśnie, w tej spokojnej świątyni codziennych zakupów, rozlega się dźwięk.
Nie ludzki. Jakby kudłate westchnienie połączone z pretensją.
Autor tego dźwięku stał przy wejściu.
Duży biały pies na smyczy, która ciągnęła się aż za drzwi.
Sprzedawczyni przerwała obsługiwanie klientki, która wciąż nie może wybrać odpowiedniej pietruszki. Bez żadnej oznaki zdziwienia podeszła do skrzynki z jabłkami, wybrała jedno i podała psu.
Pies, z godnością, przyjął jabłko i wyszedł z warzywniaka zadowolony.
Koniec sceny?
Oczywiście, że nie.
Kobieta w kolejce nie wytrzymała i zapytała:
„Jak to? Co to?”.
Sprzedawczyni odparła na to spokojnie, że ten pies przychodzi codziennie.
„Najgorzej jest w grudniu”.
„Dlaczego w grudniu?”
„Bo kończą się Lobo. A on nie chce innych jabłek…”
I tu już muszę się zatrzymać, bo mi się czapka filcuje.
Pies, który codziennie przychodzi do warzywniaka po swoje jabłko, sam w sobie jest już zjawiskiem. Ale taki, który ma konkretną, ulubioną odmianę jabłek i nie uznaje zamienników, to już krytyk kulinarny na czterech łapach.
I niech mi nikt nie mówi, że Wrocław nie jest miastem kultury.
Najpiękniejszy w tej historii jest jednak nie sam pies, choć, przyznaję, jest znakomity.
Najpiękniejsze jest to, że wszyscy w tej opowieści robią coś zwyczajnego i niezwyczajnego jednocześnie:
Sprzedawczyni pamięta psa.
Właścicielka płaci raz w miesiącu.
Pies przychodzi po swoje jabłko.
Klienci dowiadują się, że właśnie weszli do miejsca, w którym codzienność ma ogon.
I nikt nie robi z tego wielkiej sprawy.
Bo Wrocław właśnie taki jest. Składa się nie tylko z mostów, kamienic, tramwajów i krasnali, choć oczywiście bez krasnali byłby projektem mocno niedokończonym.
Składa się też z tych małych, niewidocznych na pierwszy rzut oka relacji między ludźmi, zwierzętami i miejscami.
I krasnal wie, że warto o tym opowiedzieć.
Bo z mojego poziomu takie sceny widać najlepiej.
Miasto ma swoje oficjalne historie. Ma kroniki, daty, zabytki, nazwiska i tablice pamiątkowe. Ale ma też historie nieoficjalne. Takie, które zaczynają się od zdania:
„Poszedłem po ziemniaki…”.
I to są często najlepsze historie.
Dlatego mam dziś jedną prośbę:
Kiedy następnym razem pójdziecie po ziemniaki, jabłka, koperek albo cokolwiek, co człowiek kupuje z przekonaniem, że to będzie zwykłe pięć minut – rozejrzyjcie się.
Może obok dzieje się właśnie mały cud codzienności.
My, mali, wiemy, że największe historie bardzo często zaczynają się od spraw małych.
Na przykład od ziemniaków”.
