Upalne miasto 190

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************

Wtorek 31 marca

Lubię gdy otaczające mnie przedmioty sprawnie funkcjonują skoro ja coraz mniej wydolna jestem.

Tak więc kran w kuchni wymieniony, klamka z mechanizmem zamykającym połówkę okna usprawniony, a dzisiaj odebrałam od masażysty żaróweczkę do kota. Tak, mój kot działa na prąd.

Bo jest soli a nie z tego co mnie boli.

I rozśmieszyła mnie kasa samoobsługowa w markecie, bo kazała poczekać na obsługę. Dlaczego? Bo skasowałam produkt przeznaczony dla klientów pewnej kategorii wiekowej. Nie, nie była to grzechotka ani pieluchy. Tylko setka. Używam jej, po rozcieńczeniu pół na pół z wodą, do topienia rodzynek a czasem i fig oraz moreli. Potem stosuję zawartość słoiczka do deserów i ciast. A tak w ogóle % nie używam. Całe życie. Także nie dymię. Trawki nie próbowałam, okazji nie było. To żart!

Ekspedientce powiedziałam, że może przy kasach powinna być kamerka oceniająca wiek klientów.

Na dworze zimno, wiatr złośliwie dmucha po całości. Biedne kwitnące roślinki.

Środa

Wczoraj przypadkiem zobaczyłam fragment talk show Wojewódzkiego w trakcie którego rozmawiał z zawodowym kucharzem i autorem książki. Zapytał go jaką zupę ugotowałby dla Trumpa. Kucharz odpowiedział, że żurek a ja od razu pomyślałam, że ugotowałabym czarną polewkę. Nigdy takiej potrawy nie gotowałam i nie jadłam ale dla niego poświęciłabym czas i brak umiejętności.

I chyba mi to zaszkodziło (ta wredna chęć potraktowania wybranego w demokratycznych wyborach przywódcy wolnego narodu), bo postanowiłam skatować się porządkami na półkach nieruszanych od wielu, wielu lat. Bo kurz jest po to, żeby leżał, przecież.

A że chatę mam najmniejsza z najmniejszych to oprócz książek są na półkach upchane różności. A to banknoty w skarpetach, a to klejnoty w samodzielnie uszytych woreczkach, a to sztabki złota naklejone na ściany ha, ha, ha.

Tak naprawdę to puste woreczki, guziki, nici, koraliki, świeczki mniejsze i większe, muszelki, puszki, garnuszki to znaczy kubki z motywem kota. Itd., itp. To na jednej części regału tylko. Czekają jeszcze trzy, też zapchane.

Tam też znalazłam woreczek z, uszytymi ręcznie, maseczkami z czasów pandemii. Zrobiłam selekcję – część zostawiłam, najlepsze, część przeznaczyłam na szmatki bo „w moim domu nic się nie marnuje”.

Ale zabrałam się za osobny regał z książkami, odkurzając a przy okazji zrobiłam selekcję.  Półki cztery  powiedziały z ulgą uff.

No i wspięłam się kilka razy na drabinę do górnych półek i pudełek, pudełeczek na górze regału leżących. Trochę ich się  nazbierało a one sporo kurzu. Stosuję zasadę baba w babie, czyli pudełeczka w pudełkach ale i tak zajmują miejsce i pobierają kurz. Chyba nim się żywią ale jakoś marnie, bo ciągle go pełno zostaje. Dla mnie i szmatki w mojej ręce.

Jednak jednej zaginionej książki nie znalazłam. Bezcenna nie była ale zawierała moje, konkursowe, opowiadanie o miłości.

Zmachana jestem jakbym kamienie rozbijała w upale. SKS po prostu.

Czwartek

Z wczorajszego rozpędu rano uporządkowałam dwie następne półki. Te akurat łatwe były.

W poniedziałek świąteczny stała duża torba z Action pełna rzeczy do sklepu dobroczynnego. Mam nadzieję zatargać ją w środę.

Powtórne awizo w skrzynce ale pierwszego nie było. Leniuszek listonosz/ka. Pani pocztowa do mnie w te słowa:

– Nie znajdę pani paczki, bo mi się system zawiesił.

I oczami wyobraźni ujrzałam jak system zakłada sobie pętlę na szyję, odkopuje stołek…

Ale rozmyślił się i zszedł ze stołka, czyli się odwiesił. Przesyłkę odebrałam bez czekania w kolejce.

Po drodze kwiaciarnia, no to  postanowiłam, że kupię jakiś wiosenny kwiatek doniczkowy, żonkile albo tulipany, bo hiacynty za intensywnie pachną. Jednak z doniczkowych to tylko orchidee. Eeee… Nie kupiłam.

Sałatka jarzynowa wyszła mi bardzo dobra – bez ziemniaków, z własnym majonezem. Sernik będzie z rodzynkami namoczonymi w lekkim alkoholu. I z płatkami migdałowymi, bo kto bogatemu zabroni.

W nawiązaniu do ostatnich zajęć napisałam

         Wielkanocne opowiadanko

Maria obudziła się w przedświąteczny czwartek prawie wyspana ale przymuszona do odwiedzin toalety. Już myła ręce gdy usłyszała ciche:

– Umyj mnie, wstydzę się, że jestem brudne.

 – No, chyba mam omamy – pomyślała.

Weszła do pokoju i tu prośba była głośniejsza.

– Borze szumiący, chyba potrzebuję psychiatry – przestraszyła się.

– Umyj mnie – rozległo się jednocześnie z brzękiem szyb.

– Okno do mnie mówi, jerzu kolczasty, a myślałam, że z powodu osteoporozy kręgów szyjnych tylko dzwoni mi w uszach.

To kto kogo przetrzyma – oto jest pytanie.

Usiadła na tapczanie aż tu nagle z kilku półek wypadły, po jednej, książki. I słychać było:

– Odkurz nas, tak dawno tego nie robiłaś!

– Nie, no to naprawdę jest molestowanie, odwalcie się ode mnie. Same się myjcie i odkurzajcie, a ja sobie poczytam!

Wzięła ze stolika stojącego obok tapczanu książkę Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono”.

Jeszcze jej nie otworzyła gdy usłyszała:

– Odkurz nas, bo wszystkie wypadniemy ci na głowę.

– A ja wybiję sobie szyby – dodało okno.

– My wypadniemy z futryn – dodały drzwi.

– Ja ci się zroluję pod nogami, upadniesz i złamiesz obie nogi – dodał dywan.

– A my pospadamy z góry regału i rozsypiemy wszystkie kolaże papierowe oraz roślinne po całym mieszkaniu – dodały pudełka i teczki.

– No, to jest już terroryzm, odwalcie się! – warknęła.

– Jak chcesz ale masz czas do soboty. Wszystko ma być na błysk. I zrób wreszcie selekcję tych swoich dupereli i przydasi, bo się tu zadusimy.

Książki, do których nie zajrzałaś od lat oddaj do biblioteki, różności, których masz za dużo oddaj do sklepu dobroczynnego. Dobrze ci radzimy.

– Chyba wam odbiło, wiosna tak na was działa czy to bez te atomy?

– Nie dowcipkuj tylko weź się do roboty leniwa babo – odezwała się niewłączony telewizor.

– To naprawdę fascynujące, myślałam, że za jakiś czas będą nami rządzić roboty a tu okazuje się, że nawet to robią zwykłe przedmioty – powiedziała Maria. Pomyślę o tym jutro – postanowiła.

Upalne miasto 189

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************

Środa – wczoraj byłam na nietypowych dla mnie zajęciach kreatywnych w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej.

Ponieważ SKS i diabeł stróż działa to nie doczytałam, że zajęcia są na 17, 30 a nie na 17.

 Były to zajęcia pod tytułem „Pocztówka z Wrocławia” pod kierownictwem Ewy Maszczyk.

Z rozłożonych zdjęć różnych obiektów miasta można było sobie wybrać jeden motyw. Potem rysowałyśmy go akwarelowymi kredkami, a na końcu rozprowadzałyśmy kolory pędzelkiem mającym pojemniczek z wodą.

Zaczęłam rysować budynek i w pewnym momencie poczułam się prawie jak ten osobnik z wąsikiem przed niechlubną karierą. Nie przyjęli go na studia artystyczne, klepał biedę i zarabiał rysując lub malując m.in. budynki (to mu podobno wychodziło najlepiej)  sprzedając je jako pocztówki. Majątku się nie dorobił.

Wybrałam Halę Stulecia, jest ona poniemieckim zabytkiem, którego architektem był Max Berg.

Poprosiłam prowadzącą, aby narysowała mi na froncie budynku czarnego kota bo lubię i było miejsce. Czasem w Hali odbywała się wystawa kotów rasowych.

Raz na takiej byłam i nigdy więcej, biedne, umęczone zwierzątka.

Na koniec każdą naszą pracę pani Ewa oprawiła w antyramę. Fajnie było choć moje „dziełko” jest bardziej zabawne niż profesjonalne.

Środa

Pogoda przyjazna przyrodzie calutkiej. Udało mi się załatwić kilka spraw. Odebrać przesyłkę z paczkomatu zawierającą karty ATC, przydasie, herbatki owocowe i czekoladę z  truskawkowym wsadem.

Przeszłam piechotą ulicami i osiedlowym parkiem do sklepu dobroczynnego, zostawiłam tam wypełnioną reklamówkę.

Na przystanku czekając na autobus lub tramwaj spotkałam znajomą, która też wybierała się do tego miejsca, z firankami, bo zaszalała i nowe nabyła.

Niby spisałam sobie połączenia mpk-owe ale diabeł zawsze wetknie gdzieś swoje kopyto. Jakoś dałam radę i dotarłam na cmentarz gdzie na grobie koleżanki zostawiłam zrobiony przez siebie skromny wianek z trzema jajkami i czerwonym tulipanem. Jajka styropianowe a nie na twardo ugotowane. W środku wianka postawiłam znicz.

W galerii handlowej wrzuciłam list do skrzynki i kupiłam rolkę ręcznika papierowego – oba punkty obok siebie. Lubię to.

Piechotą do lata i na kolejny przystanek idąc zauważyłam, że tramwaje mają jakieś, nietypowe trasy. A w dodatku patrząc na dwuczłonowy myślałam, że mam omamy czy otaty. O mało oczy nie wyszły mi na wierzch, zatrzymały się jednak na szkłach okularów. Bo na pierwszym wagonie był numer 17, a na drugim 15. Wiosna ich pogilgała i mają pomroczność jasną?

Czwartek

Zajęcia literackie z dużą frekwencją. Na dobry początek rozdałam prezent w postaci kartki świątecznej (gotowce) w kopertach zrobionych przeze mnie z naklejką małą w lewym górnym rogu i karteczką dość ozdobną pośrodku. Potrzebna była, bo koperty były czerwone – taki miałam papier pozyskany bezpłatnie. Tylko prowadząca zajęcia i koleżanka szkolna mojego brata dostały kartki mojego autorstwa.

Piątek

Zdecydowałam się na zgłoszenie konieczności naprawy jednego skrzydła okna, bo klamka się nie domykała a w dodatku trzeba było bardzo ramę dociskać i to mnie ostatecznie wkurzyło. Oddzwoniono, poprosiłam, aby fachowiec się nie spóźnił, bo muszę wyjść z domu o konkretnej godzinie. Jednak Oleg (tak, Ukrainiec) się spóźnił trochę ale najpierw zadzwonił i zapytał czy poczekam.

Moje dwuskrzydłowe jedyne okno jest dość zabytkowe, bo wstawiano je w 1997 roku. Fachowiec obejrzał je i wyliczył co trzeba by było zrobić. Dosłownie wyliczył koszt tych zabiegów – prawie tysiąc złotych. No, bez przesady. Stanęło na regulacji i smarowaniu a raczej psikaniu smarem, którym potem jakiś czas „jechało” po nosie. A nie mógłby pachnieć fiołkami lub chociaż lawendą?

Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Kawiarni Filmowej. Dla uczestników przygotowałam recyklingowe kartki świąteczne (też w czerwonych kopertach) i mały plik kwadratowych karteczek, umieściłam to w torebce papierowej recyklingowej. Tak, zrobiłam je.

Prowadząca obdarowała nas czekoladowymi małymi zajączkami a jedna z pań rękodziełem szydełkowym swojej córki – jest to kurczaczek (ja wybrałam pomarańczowego – lubię ten kolor) ale ma taki dół, że można go nałożyć na jajko. Bardzo fikuśny i fajny pomysł. Świetne wykonanie.

Niedziela

Spacer rozpoczęty pod pomnikiem papieża Jana XXIII, który wygląda jak Fantomas z francuskiej serii o tej postaci.

Potem kawa z napełnionej gośćmi kawiarni u sióstr zakonnych i spacer po Ostrowie Tumskim. Kłódki zakochanych nadal wiszą tyle że na innych balustradach. Krokusy kolorowe w pełnej krasie na trawniku.

Poniedziałek

Podróż na cmentarz, na szczęście jednym tramwajem i grób niedaleko głównego wejścia. Odwinęłam z krzyża wianek z poprzednich świąt i zawinęłam (aby nie ukradziono jak za pierwszym razem mimo że go przywiązałam, zniczowi też wtedy nie podarowano) z aktualnymi ozdobami. Sama zrobiłam.

W pasmanterii nabyłam trochę zielonych listków i innych różności. Trochę błyszczących, trochę matowych a nawet serduszkowych. Rozbawiłam ekspedientkę pytając czy ma narzędzie do quillingu takie bardziej wypasione. Bardziej profesjonalne – poprawiła.

W piekarni solanka a w rybnym sałatka krabowa. Na wczesną kolację. Także wędzony morszczuk i zapomniałam, że rybka lubi pływać. Rybny tego asortymentu procentowego nie zapewnia. Świeżych ryb brak. Wiosna to nie czas na wodne łowy?

W promieniach słonecznych szłam do przystanku tramwajowego zauważając, że złoty deszcz czyli forsycje są w pełnym rozkwicie. Lubię to.

W tramwaju podchodzi do mnie kontrolerka i pyta:

– A pani to za uśmiech jedzie?

– Tak, za uśmiech – potwierdziłam.

No, jak miło się zrobiło!

Czwartek

Remontowana jest ulica z tramwajowymi torami i najgorszym przystankiem w mieście. I to jest jak z wizytą u lekarza – pójdziesz to dowiesz się ile masz chorób a w aptece, że na wykup leków zabrakło  ci kasy.

Tak więc remont wymaga głębokiego i szerokiego rycia. Co utrudnia przedostanie się do miejsca pracy mojej znajomej. Szłam i szłam a przejścia na drugą stronę ulicy nie było widać.

Dotarłam tam w  charakterze zajączka wielkanocnego ale bez uszu. Za to znajoma rozbawiła mnie taką ozdobą biało – różową i to w dodatku ruchomą.

Wymieniłyśmy dary i najlepsze życzenia oraz informacje zawodowo – prywatne.

Skorzystałam z okazji i nabyłam, w pobliskim sklepie,  buty jakie lubię – z dziurami. Na górze a nie na podeszwie. Oraz kapcie bez wentylacji.

Wracając wstąpiłam do piętrowej Biedronki, aby sucharki kupić. Nie mieli na żadnym poziomie.

– Ale na pewno będą w prywatnej piekarni – pomyślałam. I cóż za niespodziewanka: sucharki? W piekarni?

To może w sklepie spożywczym? Jeszcze czego!

W pasmanterii też ich nie było ale nie po to tam poszłam. Tyle że następna klientka dowiedziała się, że nie ma nici białych i czarnych.

Czwartek to  dzień różnego niemania  widocznie jest.

Upalne miasto 188

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************

8 marca, niedziela, Dzień Kobiet

Jak myślicie, jaki prezent dał mi los? I to już wczoraj?

Miałam ogromne zawroty głowy mimo regularnego zażywania potrzebnych leków – okropne uczucie i chodzenie z opieraniem się o ściany – wrr.

Diabeł nakrył ogonem mój ulubiony długopis (mam inny).

Zepsuł się element mojego telefonu stacjonarnego. Spadło to – to za tapczan i się urwały małe druciki wtyczki – usb? Zauważyłam to dopiero dzisiaj a słuchawka na tyle była naładowana, że zdążyłam zadzwonić do operatora. Mają kurierem przekazać nowe ustrojstwo, mam tylko przełożyć kartę sim.

Po dłuższej chwili na komórkę zadzwonił do mnie pracownik sieci, aby poinformować, że bezpłatnie wymienią mi cały zestaw, łącznie z aparatem, bo ma już sześć lat a oni wymieniają po czterech. Niby wymieniają, bo dwa lata temu nikt mi wymiany nie zaproponował.

Wczoraj przygotowywałam pakiety (zawierające materiały do wykonania kartek świątecznych) na zajęcia kreatywne we wrocławskiej kawiarni „Równik” zatrudniającej osoby z intelektualną niepełnosprawnością. Rozmawiałam z panią prezes ich Stowarzyszenia i ustaliłyśmy, że przyjdą cztery osoby niepełnosprawne a ja zaprosiłam dwie swoje znajome, w ramach integracji.

Tak,  sama to wymyśliłam i zaproponowałam.

Karty wykonane przez osoby niepełnosprawne zostaną w kawiarni wystawione na sprzedaż. Moje znajome poproszę, aby też zrobiły co najmniej jedną kartkę na ten cel.

Zajęcia są bezpłatne, ja też nic za to nie dostaję, a Stowarzyszenie ma zakupić trochę elementów do zajęć. I finalnie nie kupiono podstawowej rzeczy, czyli bloku technicznego na karnety. No, super. Dobrze, że ja przygotowałam dla każdego po kilka sztuk. I wiele innych elementów też.

Zaproponowałam takie zajęcia też kawiarni „U Brata Alberta” i „Kawiarni Filmowej” – odzewu brak.

Na pocieszenie oglądam kolejny odcinek serialu „Pan wzywał milordzie?”.

Poniedziałek

Wrzuciłam do skrzynki listy z życzeniami świątecznymi. Jeden wrócił do mnie, bo źle zaadresowałam, zabrakło jedynki przy numerze bramy.

A  potem miałam bieg z przeszkodamiw trakcie ubezpieczania się.

Czekałam trochę, agent ubezpieczał grubego pana. Mówili sobie po imieniu. Na koniec klient wstał, ze stolika zabrał dwa długopisy i dwa cukierki. Sama nie wzięłam. Trochę żałuję.

Gdy wyszedł powiedziałam:

– Nie ma to jak koledzy, wszystko darmowe wezmą i to podwójnie.

W czasie wypełniania druku umowy okazało się, że:

– z klawiatury nie wchodzi litera T

–  nie mam przy sobie telefonu komórkowego

– oraz nie znam peselu osoby uposażonej.

No to poszłam do domu pozyskać dane i telefon. Udało się. Od jutra jestem ubezpieczona,  dzisiaj muszę żyć i być ostrożnie.

WTOREK

Pierwszy raz poprowadziła zajęcia kreatywne z młodymi osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Odbyły się w restauracji „Równik” prowadzonych przez takie osoby, pod nadzorem oczywiście.

Z trzech pełnosprawnych  moich znajomych przyszła tylko jedna. Młodzi to Ania, Karolina, Aurelka i Piotrek.

No i ten się popisywał – niestety gadaniem zamiast słuchać poleceń dlatego jego kartki, w porównaniu do tych wykonanych przez koleżanki, nie były udane. Jego ulubiony tekst, powtórzony kilkakrotnie: a bo ja jestem bardzo miły dla kobiet. Na co ja, że jesteśmy tu, aby robić kartki a nie przechwalać się. I nie, nie kpię z niego, bo jest sympatyczny a nawet ma poczucie humoru  ale to gadulstwo! Żeby nie było – mam sprawnych znajomych też straszliwie gadatliwych. W ten sposób chcą namolnie zwrócić na siebie uwagę ale innych zniechęcają do siebie. Mnie bardzo.

Za to jest świetny w obsługiwaniu klientów.

Po kilku dniach dowiedziałam się, z innego źródła, że ma autyzm.

Dawałam im rady mówiąc, że na kartce nie powinno być zbyt dużo elementów, bo wtedy można powiedzieć, że są naćpane. I tu Piotrek poprosił o wyjaśnienie co to znaczy. Określiłam je tak, bo ponaklejał co mógł z przodu i tyłu kartki, bez ładu i składu.

I otrzymał. Odpowiedź. Ale dowiedział się, że określenie to dotyczy też osób będących pod wpływem narkotyków.

 Jego koleżanki najwyżej prosiły mnie o pomoc, której udzielałam pozostawiając im możliwość wyboru co i jak umieszczą na kartce.

Na szczęście przygotowałam sporo własnych materiałów, w tym karnety prostokątne, oraz w kształcie jaj oraz zajączków.

W trakcie zajęć wycinałam i kleiłam koperty do każdej kartki – dobrze, że wzięłam ze sobą arkusze papieru A – 4. Znajoma zrobiła koperty do swoich kartek. Wszystkie zostawiła „Równikowi”.

Ogólna moja konstatacja jest taka – zadziwiające jak pełnosprawne intelektualnie osoby mało się różnią od tych, które spotkałam na zajęciach. Fakt, zostały wybrane pod kątem sprawności manualnej i intelektualnej na tyle, aby móc być choć trochę kreatywnym.

 I nieprawdą jest to co lekceważąco powiedziała ich opiekunka, że to zajęcie nie wymaga żadnego pomyślunku i wysiłku bo to przecież trzeba tylko nakleić.

Myślę o niewielkiej różnicy w inteligencji emocjonalnej tych obu środowisk – sprawnych i tych mniej. I tu i tam są gaduły popisujące się, są osoby wycofane, są chętnie proszące o pomoc czy bardziej samodzielne i kreatywne. Takie były te trzy dziewczęta – każda inna.  Trochę bałam się czy dam sobie radę w tym środowisku ale poszło bardzo dobrze.

Jednak żeby mi nie było za dobrze przy myciu puszeczek do których nalałam kleju rozcięłam sobie palec tak niefortunnie, że krew nieprzerwanie płynęła. Dobrze, że w pobliżu jest apteka i mogłam kupić sobie plastry zatrzymujące krwawienie.

Środa

Operator telefonu mego stacjonarnego wysłał do mnie nowy aparat kurierem. Miał dotrzeć wczoraj. Trochę się stresowałam, bo sporo czasu nie było mnie w domu. Ale jednak nie dotarł.

 Dzisiaj dostałam wiadomość mailową, że będzie u mnie o godzinie 10, 40. Przyjechał około piętnastej. Ale i tak mam dobrze, bo po podłączeniu aparatu wszystko zadziałało. A sześć lat temu gdy wymieniano mi telefon (przy zmianie sieci) kurier zostawił paczkę w punkcie do którego wysłano mi link ale ten się nie otwierał. Potem karta sim okazała się nieaktywna. Oczywiście nie uwierzyli mi na początku, ale sprawdziłam ją wkładając w komórkę. Taka byłam sprytna.

I tak mam CAŁE ŻYCIE. Progi i bariery. Pod górę i pod wiatr a raczej huragan.

CZWARTEK

We Wrocławiu jeżdżą tramwaje których patronami są różne osoby związane z tym miastem. I tak kiedyś jechałam na Wojciechu J. Hasie (w Hasie?) reżyserze filmów m.in.  „Pożegnania”; „Pętla”; „Lalka”, „Jak być kochaną”; „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”; „Sanatorium pod klepsydrą”) a dzisiaj na/w Wandzie Rutkiewicz. Góry jakie zdobywam są zupełnie inne niż jej.

Zaginiony długopis nadal w czarnej dziurze albo w trójkącie bermudzkim. Czy mu tam lepiej niż u mnie, biedakowi? Chyba nie lubi pisać, może uważa, że przecież nie jest grafomanem. Nie wiem.

Wesołych świąt, zdrowia i nieustannych powodów do radości.

Upalne miasto 187

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

************************************************************

Przypadkiem dowiedziałam się (no, nie pamiętałam z powodu różnych zdarzeń), że od ubezpieczyciela mogę otrzymać odszkodowanie należne w razie śmierci rodzica.

Ubezpieczyciel skasował placówkę na sąsiednim osiedlu i w ramach udogodnień dla klienta przeniósł na odległe. Musiałam więc wykonać pracę logistyczną – gdzie to jest, kiedy otwarte i  jak dojechać. Okazało się, że jest bezpośredni tramwaj – uff.

Wypisałam sobie kolejność przystanków i narysowałam mapkę jak dojść, bo nie znam tamtego terenu. A i tak nie obyło się bez „koniec języka za przewodnika”.

Wyciągnęłam z szuflady stos dokumentów, bo przecież nie wiadomo czego zażądają – grupy krwi, świadectwa moralności z parafii (kultowa opinia sprzed wielu lat: „z moralnością nie ma nic wspólnego”), zaświadczenia o wpłatach na cele dobroczynne, zaświadczenia o stanie konta i wyliczenie (z wyceną) wszelkich dóbr (MOPS ma takie żądania) itd. Na szczęście wystarczył akt zgonu, nr konta i dowód osobisty.

Kolejki nie było ale zadziwiło mnie pytanie (taką mają ankietę) czy należę do jakiejś partii. Chyba im (tym, którzy tę ankietę układali) mózg pogięło.

Podobno inni klienci to zgłaszali ale „góra” nie zareagowała. Tak samo na zgłoszenia, że w Internecie widnieje zlikwidowana placówka. Brawo wy!

Czwartek

Już wczoraj wieczorem przelano mi zasiłek należy z powodu śmierci rodzica. Super express to jest. Trochę się zrehabilitowali. Teraz szukam w Internecie firmy ubezpieczeniowej dla seniorów. Nie chcę dotychczasowego.

Zaplanowana wizyta u okulisty. Nadal nie można usunąć mi wtórnej zaćmy, bo jeszcze odpowiednio się nie rozszalała. A widzę coraz gorzej. Szczególnie wieczorem blisko mi do kreta – zwierzątka a nie złoczyńcy.

Teraz na blaszce kwadratowej (prostokątna nie ma jednego brzegu) piekę różne warzyw pokrojone różniście: marchewka (dużo, bo ma witaminę A), kalarepka, batat, ziemniak, jeden buraczek w plasterkach na próbę,  uparcie twarde warzywo to jest.

Czytam biografię Konopnickiej na przemian z czasopismem „Książki”.

Piątek

Z zaplanowanych czterech spraw załatwiłam półtora.

BO: szef będzie w poniedziałek, proszę przyjść za tydzień (półsprawa), nagle poczułam się tak źle, że musiałam w te pędy (tramwajowo – piechotne) iść do domu.

Wymiana licznika gazowego przeszła gładko i z humorem: fachowiec zalecił mi mało gotować. Miał na myśli cenę gazu czy ilość jedzenia do spożycia? Ale nie obyło się bez jego narzekania – nie na mnie ale na to, że musi odbębnić tę samą biurokrację i na papierze, i w telefonie.

****************************************************

Czy zastanawialiście się jakie słowa powinny być jednak używane a nie są? Np. krotochwila albo chędogi. Napisałam nawet taką petycję:

(tekst  powstał w ramach warsztatów prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Petycja do redaktora „Słownika języka polskiego”

                        Wielce szanowny Panie Redaktorze!

Uprzejmie proszę o spowodowanie, aby słowo CHĘDOGI było nie tylko w słowniku ale i w powszechnym użyciu.

Oznacza ono bowiem, że ktoś jest czysty, zadbany lub/i ogólnie ogarnięty.

A ogarnięcia wielu osobom brakuje zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego.

I nie mam na myśli zoperowanych i naszpikowanych jakimś wypełniaczem (silikon, botoks) celebrytek.

Myślę o cechach charakteru jak życzliwość (najlepiej bezinteresowna), dobre wychowaniem czyli kindersztuba, odpowiedzialność, brak galopującego egoizmu i wyrachowania z połączeniem traktowania wszystkich wokół jak frajerów i idiotów, których należy wykorzystać. A także powściąganie, katującego cudze uszy, słowotoku, bo w ten sposób udowadniają, że są wampirami energetycznymi.

Poczucie humoru i dystans do siebie też by się przydały w ramach tego ogarnięcia.

Zewnętrznie wystarczy dokładne codzienne mycie, częste pranie odzieży, dbanie o zęby, dłonie i stopy.

A ci, którym to słowo kojarzy się z seksem niech przestaną oglądać pornosy.

Z poważaniem IB

ŚRODA

Byłam na bardzo udanym wieczorze autorskim mojej bliskiej znajomej Grażyny. Wydała właśnie piąty tomik wierszy i zorganizowała spotkanie w Klubie Muzyki i Literatury – prestiżowym miejscu Wrocławia.

Na krzesłach były karteczki z napisem REZERWACJA plus imię i nazwisko znajomego oraz kartonik z naklejonym wierszem na odwrocie którego podano wykaz utworów muzycznych. Wykonała je młoda białoruska pianistka.

 Mnie przypadło miejsce obok innej znajomej, świetnej artystki wykonującej piękne obrazy z suszonych elementów roślin, nazywa je florotypiami. Dawno się nie widziałyśmy więc była okazja trochę porozmawiać.

Na początku było trochę zamieszania z rozlokowaniem słuchaczy ale udało się wszystko uładzić.

Grażyna ułożyła precyzyjny plan spotkania.

Na ekranie ściennym wyświetlały się jej biało – czarne zdjęcia. Przeczytała kilka wierszy, potem pianistka zagrała pierwszy utwór. Taka była przeplatanka. A niespodzianką było zastosowanie tekstów jakie każdy otrzymał. Wnuczka (imieniem Oliwka)  jednej z pań wyciągała ze skrzyneczki tytuł wiersza i osoba, która go miała mogła  publicznie to przeczytać lub odmówić. Tylko jedna, na kilkanaście osób, to zrobiła. Czytało trzech panów, w tym mąż pianistki, też Białorusin.

No i mnie też wylosowano. Większość czytała ze swojego miejsca a ja zrobiłam za aktorkę, wyszłam z rzędu, stanęłam przodem przed publicznością i ponad zsuniętymi na nos okularami przeczytałam.

INNA JA

Zanurzam się

W nicość

Nie ma mnie

Ulatuję

(nie)obecna

Przestrzeń ciała

Już pusta

Lecę w dal

Przyjazną

Świetlaną

Moją

*********

Ela zapytała, gdy wróciłam na miejsce: „Jak było?” ha ha ha. Spoko, nie przewróciłam się.

Potem autorka przedstawiła nam jeszcze parę utworów z muzyczną przerwą.

Wisienką na torcie był krótki występ dorosłej i małej Białorusinki. A raczej oliwką na torcie biorąc pod uwagę imię dziewczynki.

Upalne miasto 186

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************************

Sobota 21.02.26 r.

Zadzwoniła do mnie koleżanka z którą byłyśmy internowane w Gołdapi, że Bożena Steinborn (96 lat), także tam internowana, przekazała wrocławskiemu Muzeum Narodowemu swój portret, jako pięciolatki, namalowany przez Stanisława Witkiewicza.

Ze strony  Muzeum Narodowego:

Wizerunek powstał w ramach działalności „Firmy Portretowej „S.I. Witkiewicz” w jej warszawskiej siedzibie (ul. Bracka 23, m. 42) jako element rodzinnego zamówienia realizowanego w 1936 r., obejmującego portrety rodziców oraz dwóch córek warszawskich Steinbornów.

 Część tych prac była w 1990 r. prezentowana w warszawskim Muzeum Narodowym i w katalogu wystawy opracowanym przez Irenę Jakimowicz, gdzie znalazły się oba portrety dziewczynek oraz dwa wizerunki ojca – Adama Steinborna.

Sygnatura na portrecie Bożenki pozwala określić wiek modelki: w czasie pozowania miała ona dokładnie pięć i pół lat. W ikonografii portretu uwagę zwracają przedmioty na stoliku przed dzieckiem: przybory do pisania (kałamarz, pióro), otwarta książka oraz owoce, najpewniej śliwki. Motyw piśmienny należy do nadzwyczaj rzadko spotykanych w dziecięcych portretach Witkacego. Po latach bohaterka wizerunku przyznawała, że w tym wieku nie potrafiła pisać. Z dzisiejszej niemal stuletniej perspektywy element ten można jednak odczytywać jako niemal proroczy symbol przyszłej drogi życiowej, związanej z pracą naukową.

Z Muzeum Narodowym (dawniej Śląskim) we Wrocławiu dr Bożena Steinborn związana była od początku roku 1952. Stała się wybitnym muzealnikiem dlatego, że pracy muzealnej uczyła się we wszystkich jej rodzajach: od młodszego asystenta w dziale oświatowym, poprzez wieloletnie prowadzenie działu malarstwa, do aktywności jako wicedyrektorka we wrocławskim (do 1983 r.) i warszawskim (do 1990 r.) Muzeach Narodowych.

W Muzeum wrocławskim Bożena Steinborn współtworzyła intelektualne i organizacyjne zaplecze instytucji, odgrywając istotną rolę w kształtowaniu jej profilu. Włączyła się ponadto w badania sztuki na Dolnym Śląsku (m.in. malarstwo XVI wieku, pięć monografii miasteczek śląskich, twórczość Michaela Willmanna). Przekazywała młodszym swoje doświadczenia, czego skutkiem jest zapewne fakt przodowania wrocławskiego Muzeum w wydawaniu katalogów zbiorów.

Doskonałym uzupełnieniem i przypomnieniem tej drogi jest wydana w 2022 r. przez Muzeum Narodowe we Wrocławiu książeczka „Przeminęło?” w serii „Przypadki Wrocławskich Muzealników”, która przybliża realia powojennego muzealnictwa oraz osobowość jednej z jego ciekawszych przedstawicielek.

Poniższy tekst powstał w ramach warsztatów pisarskich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę:

                      ZA  REGAŁEM

                Czyli jak dyscyplinować pracowników

                                                AKT II

OSOBY: Widmo I, II, III, Bibliotekarka I, Sprzątaczka

Scenografia jak w akcie I. Godzina 23,45; półmrok – świeci się tylko lampka na biurku. Siedzi przy nim Bibliotekarka I głośno ziewając.

Wchodzi  sunąc nad podłogą postać cała na biało, z kapturem na głowie jak u Ku-Klux-Klanu.

Widmo I: –  Zimno wszędzie, głucho wszędzie… Zabiłaś nas i co teraz będzie?

Bibliotekarka I: – Weź przestań się wygłupiać, przecież to były ślepaki.

Wchodzi druga biała postać, z głowy ścieka jej szeroka struga krwi aż do dołu szaty.

Widmo II: – Ale ktoś je zamienił na prawdziwe kule.

Bibliotekarka I: – Ach, któż był tym złolem?

Widmo I: – A jak myślisz, komu najbardziej zależało na usunięciu nas z tego łez padołu?

Bibliotekarka I: – Pojęcia nie mam komu tak podpadliście.

Wchodzi trzecia postać, na sobie ma obcisły czarny trykot a na nim narysowany biały kościotrup.

Widmo III:- Nie udawaj, zaplanowałaś to sobie.

Bibliotekarka I: – I co, postanowiliście  teraz wydusić ze mnie przyznanie się do winy?

Widmo I: – Wydusić i zadusić.

Bibliotekarka I: – Nie wygłupiajcie się, zdejmijcie te śmieszne łachy i do roboty. Mamy dużo książek do rozłożenia na półkach.

Widmo II: – Ona nic nie rozumie.

Gaśnie lampka na biurku. Słychać krzyk.

Wchodzi Sprzątaczka z włączonym telefonem.

Sprzątaczka: – Co tu się dzieje? Jakieś dziady czy hamlety odstawiacie? A w ogóle to nie będę sprzątać przy świetle telefonu.

Bibliotekarka: – No widzi pani. Na żarty im się zebrało – duchy udają.

Sprzątaczka: – Jak żeś ich pani zabiła to czym mają być – kotami?

Bibliotekarka: – Dosyć mam tych krotochwil. Idę do domu.

Widma I, II i III  otaczają Bibliotekarkę i duszą.  Słychać jej rzężenie. Osuwa się na podłogę.

Zapala się lampka na biurku.

Sprzątaczka: – I bardzo dobrze, wredna była to i źle skończyła.

Duchy znikają, Sprzątaczka wychodzi, Bibliotekarka leży.

KURTYNA

„Zwięzłość to siostra talentu i macocha honorarium” –  o tym powinni pamiętać pisarze i dziennikarze”.

Za pisanie na blogu nie dostaję zapłaty ale i tak staram się nie ględzić.

Niedziela 22.02.

Koszmar w  kuchni. Uszczelka w kranie powiedziała baj, baj i gorąca woda leci, leci, leci. Zawór ciepłej wody dla mnie niezakręcalny. Ratunku! Żaden hydraulik w niedzielę nie pomoże – o boże! Między nieruchomą a ruchomą część kranu, po wielu próbach, udało mi się wcisnąć kawałek szmatki i zatrzymać strumień. Oby wytrzymało. Co się nastresowałam to moje, bo  to gorąca woda a więc droga a wodomierz szaleje, szaleje …

Poniedziałek

Zadzwoniłam do hydraulika, który mi naprawiał dolnopłuk w wc. Odpowiedział trochę jak klasyk: „Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem” szczególnie to ostatnie. Zapisał numer mego telefonu. Jednak dość szybko przyszedł, obejrzał stan sprzętu wodnego, orzekł co mu dolega i zalecił zakup części zamiennych lub całą baterię (nam strzelać nie kazano). Przy okazji lekko zdemolował część mieszkania albowiem jest ono z przepychem, czyli trzeba się przepychać. Co powoduje małą demolkę; hydraulik – człowiek demolka.

Sklep jest tak położony, że najwygodniej jest iść piechotą ale to spora odległość i deszcz, chyba na ochłodzenie negatywnych emocji. Ale jak się nie ma co się lubi to się idzie i wydaje sporą sumę. Ekspedientka też pojechała klasykiem: „będzie pani zadowolona”.

W czasie montażu opowiedziałam fachowcowi jak się borykałam wczoraj z niezatrzymywalnym wodospadem z kranu.

Na co on:

– Trzeba było iść do kościoła pomodlić się.

A ja:

– Wątpię czy to by pomogło.

Upalne miasto 185

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**********************************************************

Czwartek 19.02.

Wizyta w banku bo Spółdzielnia Mieszkaniowa co miesiąc zmienia wysokość opłaty za czynsz. CO MIESIĄC! Chyba ich porąbało. Pieniądze przelewam za pomocą banku a nie samodzielnie, bo obawiam się, że coś pokićkam, coś czego nie da się odkręcić. Miałam nadzieję, że bank mnie też ubezpieczy ale jestem dla nich zbyt starym próchnem. To jest ageizm, czyli prześladowanie ze względu na wiek. A od PZU dostałam taką ofertę, że muszę jeszcze raz tam iść i wyjaśnić co autor miał na myśli. Bo też pokręcono  co się dało, aby klienta zbić z tropu i z pantałyku.

Zajęcia literackie przyniosły mi niespodziankę. Nowa uczestniczka imieniem Larysa chodziła do jednej klasy z moim bratem i pamięta go, bo przeglądała pamiętnik do którego wpisywali się uczniowie. No to po zajęciach trochę porozmawiałyśmy.

Jest z zawodu farmaceutką ale świetnie pisze. Szkoda, że jak dotąd nie wydała zbioru swoich felietonów.

Nie ma dramatów (ani chyba skeczów) z tematyką biblioteczną to napisałam dramacik. Tu akt I.

(tekst powstał w ramach warsztatów pisarskich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

                      ZA  REGAŁEM

                      czyli jak dyscyplinować pracowników

                                                     AKT I

Didaskalia:

Na scenie po lewej stronie stoi biurko z komputerem i stosem książek. Obok wózek biblioteczny z kocimi naklejkami, na nim dużo książek. W głębi sceny regały z książkami, może to być fototapeta i jeden prawdziwy regał. Na środku sceny ale nie tuż przy rampie duży stos książek nierówno ułożonych.

OBSADA:

– Bibliotekarka I – gruba i gadatliwa

– Bibliotekarka II – dowcipna, czasem złośliwa

– Bibliotekarz – z wieczną awarią (bólem) głowy

– Sprzątaczka – wyszczekana, rozczochrana i leniwa

Czas akcji: przed otwarciem biblioteki dla czytelników

Przy biurku siedzi Bibliotekarka I, przy regale stoi Bibliotekarka II, Bibliotekarz rozwalony siedzi na krześle obok biurka i mlaskając/mlaszcząc je kanapkę z naczosnkowaną kiełbasą.

 Z prawej strony wchodzi sprzątaczka z wiadrem i mopem, wzdychając: ale te ludzie brudzom.

Potyka się o stos książek, wiadro przewraca się razem z nią, brudna woda zalewa podłogę.

Bibliotekarz: 

 – Co się stało, ma pani awarię nogi?

Sprzątaczka niezdarnie gramoląc się:

– Kurczę, zróbcie tu porządek wreszcie.

Bibliotekarka I:

– Jak ani śmie! To pani jest tu od sprzątania. Do roboty weź się kobieto!

Sprzątaczka:

– Ja mam swój zakres obowiązków. Książki to muszę tylko odkurzać a nie dźwigać.

Bibliotekarka II:

– To fascynujące co pani mówi tylko skąd na nich tyle kurzu?

Sprzątaczka:

– Cytując Polę Raksę: kurz jest po to, żeby leżał.

Bibliotekarz:

 – Do tej aktorki to pani bardzo daleko. Ogarnij się babo wreszcie!

Sprzątaczka:

– A w dupie mam te robote.

Rzuca mopem w stronę Bibliotekarza trafiając go w stopę i wychodzi.

Bibliotekarz:

– Auuuu, złamała mnie pani. Dzwonię na pogotowie.

Sprzątaczka zatrzymuje się i mówi:

– Koniecznie, i  na policję oraz do Państwowej Inspekcji Pracy.

B I:

– I bardzo dobrze, sami będziemy sprzątać.

B II:

– Ja się nie zgadzam, dość się nasprzątam w domu.

Bibliotekarz:

– Ja też nie chcę.

B I wyciąga z szuflady pistolet i strzela do nich.

KURTYNA

W następnym wpisie będzie akt drugi.

Piątek

Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w kawiarni Filmowej na Nadodrzu (sąsiednie osiedle Wrocławia).

Omawialiśmy koreańską książkę „Nikt nie odpisuje” Jang Eun – Jin.  Młody Koreańczyk z niewidomym psem przewodnikiem o imieniu Choć, przez trzy lata podróżuje. Spotyka różnych ludzi, rozmawia z nimi a do tych, którzy dadzą mu swój adres pisze listy. Ołówkiem z gumką. Potem je wrzuca do skrzynek i czeka na odpowiedź. A że go nie ma w domu codziennie dzwoni do kolegi z prośbą, aby sprawdził czy w skrzynce przy domu rodziców są jakieś listy. Kolega mieszka niedaleko ale jest leniwy kupił więc lornetkę i przez nią obserwuje skrzynkę. Wcześniej bohater skończył studia i został listonoszem w nadziei, że nie będzie musiał rozmawiać, co sprawia mu trudność ze względu na wadę wymowy.

To książka drogi a podróż jest terapią na wszystkie złe doświadczenia jakich doznał. Dużym wsparciem jest dla niego pies, który kiedyś był przewodnikiem jego niewidomego dziadka. I ten przed śmiercią nakazał wnukowi zaopiekowanie się wiernym towarzyszem.

Na końcu autorka dopiero wyjaśnia dlaczego bohater podjął decyzję długiego podróżowania.

Po spotkaniu DKK idę sobie od przystanku tramwajowego i za sobą słyszę kobiecy głos przeklinający mało wytwornie.

I tak w życiu przeplata się kultura z jej brakiem.

Upalne miasto 184

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************

Niedziela 15.02.

Znajoma namawiała mnie do pójścia na poetycki Wieczór Walentynkowy na jakim byłam w ubiegłym roku. Przeczytałam wtedy jedyne jakie napisałam opowiadanie o miłości, nie miałam innego o tej tematyce.

Na co znajoma: to napisz nowe.

Po dłuższym namyśle napisałam króciutkie jak poniżej.

Ale przypomniałam sobie, że w zeszłym roku osoba prowadząca spotkanie (skądinąd sympatyczna) bardzo je przedłużała swoimi wyznaniami dotyczącymi jej ezoterycznych zainteresowań. Bo to, że śpiewa (od lat) jest fajne i to dobry przerywnik między, prezentowanymi przez autorów, utworami.

Albo trzeba było uprzedzić słuchaczy w zaproszeniu, że tytuł wieczoru jest tylko pretekstem do opowiadania o głównym zainteresowaniu prowadzącej albo zrezygnować z prezentowania tych poglądów. I zrobić osobny wieczór o tej tematyce. Z tekstami nawiązującymi do niej.

W dodatku moja znajoma lekarka zadzwoniła do mnie z radą, abym się pilnowała i zgromadzeń unikała, bo bardzo dużo osób choruje a ja jestem szczególnie podatna.

Oto ten Walentynowy tekst. Nazwy lokali są prawdziwe, mieszczą się na moim i sąsiednich osiedlach.

                       WALENTYNKI

To miały być cudowne Walentynki. Tak się oboje umówili.

ONA dała do wyczyszczenia swoją sztuczną szczękę, ON wymienił baterię w aparacie słuchowym. Okulary też poddano renowacji irchowymi szmatkami.

Mieli spotkać się na ławce przy stoliku w osiedlowym parku do którego oboje mieli blisko. Tam się poznali pewnego letniego dnia gdy łapali witaminę D za pomocą promieni słońca. Lub chociaż mieli na to nadzieję.

On wtedy przysiadł się do niej bynajmniej nie z zachwytu jej urodą a z powodu bolącego kolana, któremu używanie laski niewiele pomagało.

Przysiadł się i zagadnął:

– Pozwoli pani? Taki ładny dzień ale mój spacerowy jogging już się zakończył.

ONA się roześmiała.

– SKS prawda?

– Oj, tak – potwierdził. Często tu pani bywa?

– Coraz częściej odkąd już nie mam siły pracować na działce.

– I co, sprzedała ją pani?

– A, nie – syn tam robi co konieczne, żeby nie zarosła ale teraz jest tylko rekreacyjna.

– Też miałem działkę ale sprzedałem. Mój sąsiad robił bardzo fajne wino z naszych winogron. Dodawał też inne owoce, zbierane od działkowiczów. Było go tak dużo, że robiliśmy imprezę.

– Takie działkowe święto Bachusa mieliście?

– Tak, i to była nasza wieloletnia działkowa tradycja.

– Była? – spytała ONA.

– Tak, sąsiad zmarł, działka zarosła – westchnął.

– To cieszmy się tym co jest. Może wstąpimy gdzieś na kawę?- zaproponowała.

– Na kawę to może nie, ale na herbatę z ciastkiem to chętnie.

– Mam dwie miejscówki do zaproponowania, a nawet trzy: kawiarnia U Brata Alberta, Kawiarnia Filmowa i Kawiarnia Angelus.

– To idźmy dzisiaj do tej najbliższej.

I tak się zaczęła ich znajomość. Mieszkali niedaleko siebie, mieli telefony i umieli je obsługiwać. Spotykali się i w tych kawiarniach, i u siebie w domu. Opowiadali o swoim życiu, na szczęście oboje umieli słuchać i to z zapamiętaniem tego co mówiła druga osoba.

Czasem razem robili zakupy i razem gotowali wymieniając się swoimi przepisami.

Oboje lubili sernik z rodzynkami i nie przepadali za ruskimi pierogami. Ona mu zwęziła spodnie i wszyła zamek błyskawiczny, on jej wymienił uszczelkę w kranie, bo kapał i kapał.

W Walentynki spotkali się w kawiarence Cudowna ale okazała się za mała, aby czuli się swobodnie. Przeszli więc do Angelusa ale wszystkie dwa stoliki były zajęte a na dół nie mieli siły schodzić.

– Do trzech razy sztuka – powiedziała i poszli na obiad do „Skrytki”.

– To na deser zapraszam do siebie – powiedział ON. Upiekłem muffinki według twojego przepisu.

Jego mieszkanie okazało się lśniące dokładnym wysprzątaniem, okno lśniło blaskiem a na stole stała doniczka z hiacyntem.

– Och, ale pięknie – zachwyciła się ONA.

– Sąsiadka za parę złotych mi pomogła. Bardzo lubi sprzątać i przy okazji trochę zarobić – wyjaśnił. Zaparzyłem herbatę taką jak lubisz, dodałem kandyzowany imbir, suszone plastry pomarańczy, żurawinę, goździki i cynamon. Jest też miód i sok malinowy.

– Ależ rozpusta  – zaśmiała się ONA.

– Raz się żyje a potem tylko straszy – zażartował ON.

Usiedli i delektowali się deserem. Pod koniec posiłku ON wstał i powiedział;

– Tak dobrze nam razem, czy wyjdziesz za mnie?

ONA odmówiła a potem żyli może nie tyle długo co szczęśliwie.

17.02 ŚWIATOWY Dzień Kota

Z profilu fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Historie różnych ras kotów to najlepszy dowód na to, że nawet najbardziej porąbani ludzie mogą przyczynić się do czegoś fajnego, na przykład do powstania ragdolla. Ten puchaty drań to potomek kotów perskich, birmańskich oraz burmańskich. Za jego powstaniem stoi Ann Baker, która zastrzegła nazwę ragdoll i reklamowała ją w amerykańskim stylu, czyli kłamiąc.

Zaczęła od łzawej historyjki o kotce, protoplastce rodu, która wpadła pod samochód w czasie ciąży. Dzięki jej hartowi ducha kociaki nie tylko przeżyły, ale stały się duże, silne i odporne na wszystkie przeciwności losu. No, chyba że mówimy o chorobach nerek. Albo serca. Albo dziąseł. W każdym razie, jak uczą nas wybory parlamentarne (proszę sobie któreś wybrać), kłamstwo popłaca. Dlatego ragdolle zyskały sporą popularność.

Ann Baker postanowiła iść za ciosem i wmieszała w powstanie rasy kosmitów, CIA, a w końcu zasugerowała, że koty mają domieszkę ludzkich genów. W tym momencie inni hodowcy zaczęli odwracać się od Ann. W końcu nie po to człowiek bierze się za hodowlę kotów, żeby mieć do czynienia z ludźmi.

Hodowcy zabrali swoje koty, kocyki, wędki, wiklinowe koszyki i niegroźny autyzm do bardziej normalnych (chociaż tylko trochę) organizacji, jak TICA czy FIFe, które ostatecznie zaakceptowały wzorzec rasy. Modelowy ragdoll to nawet 10 kilogramów puchatego szczęścia, które wiotczeje natychmiast po wzięciu na ręce. Jest spokojny, łazi po domu za swoim ludziem i całkiem dobrze znosi dzieci oraz emerytów. W tym drugim przypadku należy jednak zachować ostrożność – ragdolle często dożywają nawet 18 lat, a emeryci, sami wiecie, raz są, a raz ich nie ma.

Dzisiejszy bonusowy wpis jest sponsorowany przez Międzynarodowy Dzień Kota, który obchodzimy właśnie teraz, czyli 17 lutego, na cześć mrozu, który zwykle o tej porze roku nie może się zdecydować, czy już sobie idzie, czy jeszcze zostaje. O, jednak idzie. A nie, zostaje…

Upalne miasto 183

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*********************************************************

Czwartek 5.02.

Ja w domu, bo ślisko. O czym donoszą mieszkańcy naszego grodu na FB:

  1. Ja dziś widziałem swoją sąsiadkę (ok. 70+), która szła po pieczywo do piekarni rozsypując przed sobą sól. Miała w torbie 3 kg soli! Krok … sól, 2 minuty stania i krok… I tak krok za krokiem…
  2. Jak nie masz raków (ja właśnie dorwałam ostatnią parę w mieście), to skarpetki na buty, najlepiej frotte
  3. Właśnie się zastanawiałam jak wyjść z psami. Wezmę chyba na plecy wiadro piasku (bo sól pieskom szkodzi) i poduszkę na d…

Niedziela

W Internecie natknęłam się na przepis – cukierki michałki:

Składniki:

Tabliczka czekolady, masło orzechowe, rozdrobnione różne orzechy.

Wykonanie:

Rozpuścić czekoladę, dodać masło i orzechy. Dokładnie wymieszać i do lodówki. Można dodać cukru, a może miodu? Proporcje według uznania, czyli na oko.

Poniedziałek

Po słodyczach czas na grzyby opisane przez autora profilu na fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też”

Grzyby to podstępne, małe dranie. Człowiek myśli, że jak będzie się trzymał tych normalnych, zamiast szukać łysiczek w krowich plackach, to jest w miarę bezpieczny. I wtedy do gry wkracza Lanmaoa asiatica, czyli chiński gatunek borowika, i mówi: „No dalej, zjedz mnie, Alicjo, co może stać się najgorszego?”.

W przypadku polskich grzybów to „najgorsze” jest zwykle dość przewidywalne i kiedy nadejdzie, to przynajmniej nie trzeba się już o czynsz martwić. Tymczasem po zjedzeniu Lanmaoa asiatica ludzie masowo zaczynają widzieć stada innych małych ludzi. Na szczęście nie chodzi o dzieci.

Uczeni przebadali dokładnie azjatyckie borowiki. Nie udało im się wykryć żadnej klasycznej substancji halucynogennej, ale i tak bawili się świetnie. Poza tym, że nie wiadomo właściwie, co w grzybie powoduje zwidy, najdziwniejsze jest to, że wszyscy zwidzą mniej więcej to samo.

Za każdym razem są to małe ludziki, elfy albo żołnierzyki, które masowo wspinają się po meblach i ścianach. Gdybyśmy tylko na trzeźwo byli tak zgodni co do tego, kto jest małym, wrednym człowieczkiem to świat byłby lepszy (to nie przytyk do wzrostu, tylko karłowatości duszy).

W ogóle, dlaczego to zawsze są mali ludzie, a nie na przykład małe kotki? „Stary, wpadaj do mnie, będziemy jeść grzyby i oglądać syjamy”.

Halucynacje są podobno zależne od tego, jak dobrze grzyb jest przygotowany. Kelnerzy w restauracjach dają gościom specjalne ściągawki: powyżej 30 minut – dobrze. Poniżej – Polokoktowcy.

W dodatku inwazja kurdupli trwa od 24 do 72 godzin, czyli mamy całkiem niezły zwrot z inwestycji. No, chyba że komuś się faktycznie uleje grzybową, co podobno również się zdarza. Mimo to każdego roku, gdy przychodzi sezon, ludzie podejmują ryzyko spotkania z najniższym i, jeżeli wierzyć badaczom, robią to z powodu smaku, a nie dla widoków. Nigdzie na świecie nie wykształcił się zwyczaj jedzenia Lanmaoa asiatica dla samych efektów ubocznych.

O ile większość substancji psychozabawnych prowadzi do szerokiego spektrum przywidzeń, halucynacje po tych konkretnych grzybach są powtarzalne. Oznacza to, że gdzieś w naszych głowach jest ośrodek generowania krasnali i da się go odkryć przy pomocy pierogów z kapustą i grzybami.(szczególnie we Wrocławiu i to bez pomocy grzybów – przypisek mój IB).

Badacze (i hipisi) uważają, że grzyby pozwolą lepiej poznać ludzką naturę, i ja się z tym zgadzam. Nic nie mówi o człowieku tyle, co jego reakcja na obcego grzybiarza w jego tajnej, grzybowej miejscówce.

ŚRODA – koszmarny dzień.Aż się nie chce tego opisywać ale spróbuję.

Dzisiaj przeczytałam maila od poczty polskiej, że do przesyłki mam dopłacić 4 złote.  Podano jej numer oraz polecenie „kliknij i opłać”.

Wysyłałam wczoraj list do Holandii ale najzwyklejszy, więc nie miał żadnego numeru jak polecony. Poszłam na pocztę wyjaśnić – oczywiście oszustwo.

Wczoraj – oddział w którym opłacałam comiesięczną składkę ubezpieczenia zwinął się z dotychczasowego lokalu i przeniósł na drugi koniec miasta. Obok jest siedziba podobnej firmy więc zapytałam czy mogę u nich dokonywać wpłat. Tak, ale trzeba się umówić telefonicznie bo akurat dziki tłum tam się tłumił. Wzięłam wizytówkę i poszłam. Zadzwoniłam, umówiłam się na dzisiaj. Urzędniczka miała zapisane, że na jutro. Na szczęście beztłumnie było.

A w komputerze okazało się, że od 2019 roku nie jestem ubezpieczona w PZU tylko nie wiem gdzie. Czyli mam jechać do tej oddalonej siedziby i wyjaśniać. Albo zadzwonić na infolinię. A gdybym chciała być klientką PZU to comiesięczna opłata będzie trzykrotnie wyższa. Cudooownie!

Pojechałam po pismo „Wrocławski Niezbędnik Kulturalny” do „Barbary”, która kiedyś była barem a teraz jest „Wrocławskim Instytutem Kultury”.

Poszłam odpocząć do galerii o nazwie „Żyjnia”, usiadłam i w telefonie wpisałam „jakdojadę”, aby w ten sposób znaleźć najlepszy dojazd do siedziby tego mojego (ale bez kontynuacji) ubezpieczyciela. Wyświetliło mi się, że muszę wpisać kod otrzymany sms-em a potem dopiero doczytałam, że będzie mnie to kosztować 100 złotych miesięcznie płatne dodatkowo  w prenumeracie sieci telefonicznej. Mało szlag mnie nie trafił! Tak, ze złości na swoją nieuwagę.

Z domu zadzwoniłam do sieci – nie mają takiej informacji, polecono mi napisać maila do jakdojade.pl. Zrobiłam to.  Odpowiedzieli, że nie mają takiej aplikacji i mam się dowiedzieć kto to wysłał. Tylko jak to zrobić? Wysłałam do nich ponownie maila cytując cały sms i prosząc o pomoc. Zero odpowiedzi.

PIĄTEK 13.02

Następny kop w splot i psychikę – kurier dpd nie dostarczył mi listu z Niemiec, nie zadzwonił, nie zostawił awizo i przesyłka wraca do nadawcy – dowiedziałam się wczoraj. Nie wrócił.

No to mam piątek i 13 dzień miesiąca już dużo wcześniej. Jak się ma w życiu zezowate szczęście to się ma. Ii diabła stróża.

Wczoraj na zajęciach literackich, z okazji Walentynek (jutro) rozdałam wszystkim (8 osób) pakiety (w zrobionych przez siebie kopertach) składające się z: kartki okolicznościowej (gotowca, miałam pozyskane tu i ówdzie przez lata), pakiecik kwadratowych karteczek notesikowych owiniętych szerokim paskiem papierowym a na to naklejone serduszko i żart wycięty z gazety oraz zakładkę do książki w formie sówki.

Z podanych na stole pączków wzięłam sobie do domu jednego, aby zjeść popijając domową herbatą.

Dzisiaj  w prywatnej osiedlowej piekarni chciałam kupić chałkę ale już nie było. Od sprzedawczyni dowiedziałam się, że wszystkie (upiekli tyle co zawsze) wykupiono a w dodatku liczni klienci domagali się pączków. Ich cukiernicy mają wolne, bo pracowali przy smażeniu pączków czternaście godzin. Jacyś niedosłodzeni klienci  tu są.

W lokalu obok punktu ksero mieści się fryzjer. Takich usług u nas na osiedlu jak mrówków. Doganiają w ilości żabki. I ten zakład oferuje „super” promocję – damskie strzyżenie za 60 złotych zamiast 90. Bardzo śmieszne. Za tyle to zawsze, bez promocji, jest w każdym innym.

Takie na mnie to zrobiło wrażenie, że w nocy z soboty na niedzielę śniła mi się wizyta u „stylisty fryzur”, który po pomasowaniu mojej głowy spowodował nagły, spory  wzrost włosów by potem je obciąć. I gdy doszło do płacenia (jak za zboże) to okazało się, że ktoś ukradł mi kartę płatniczą wkładając do torby nieaktualny mały kalendarzyk. Przebudziłam się, wstałam i sprawdziłam – uff, jest!

Nawet nocą mój złośliwy diabeł stróż nie śpi. Pracoholik jeden wredny!

Upalne miasto 182

Upalne miasto 182

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

************************************************************************

Czwartek – zajęcia literackie prowadzone przez dr Magdę Wieteskę,

Co widzi niebo o czwartej rano.

Niebo jest pracoholikiem, bo działa całą dobę. Zastanawiam się czy odczuwa, czasem, wypalenie zawodowe. Może to wtedy zakrywa się gęstymi chmurami?

O czwartej rano w miastach widzi świecące latarnie, światła rzadko przejeżdżających pojazdów i koty wałęsające się po podwórkach.

Ziewające kobiety stojące pod latarniami blisko podrzędnych knajp z których je już dawno wyrzucono i wstępu zabroniono.

Grupkę szczurów żerujących na śmietnikach i wyśmiewających głupich ludzi z ich durnymi trutkami.

– Im się zdaje, że nas pokonają, ha, ha, ha – powiedział Największy.

– Tyle lat próbują i bez skutku – dodał jego młodszy brat.

– A my trwamy i trwać będziemy – pisnęła szczurzyca.

– Nawet książkę o nas napisali zwalając odpowiedzialność za epidemię.

– Jakby myli ręce, nie rozrzucali jedzenia i szczelnie zamykali pojemniki to mielibyśmy się z pyszna – stwierdził Grubas.

– Ale tacy mądrzy to oni nie są – podsumował Największy.

Niebo nie mogło nic na to poradzić. Na pocieszenie przypomniało sobie wierszyk Ewy Szelburg – Zarembiny:

Idzie niebo ciemną nocą,
ma w fartuszku pełno gwiazd.
Gwiazdy świecą i migocą,
aż wyjrzały ptaszki z gniazd.

Jak wyjrzały, zobaczyły
to nie chciały dłużej spać.

Kaprysiły, grymasiły,
żeby im po jednej dać.
Gwiazdki nie są do zabawy,
tożby nocka była zła.
Bo usłyszy kot kulawy,
cicho bądźcie! Aaa …

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Szelburg-Zarembina

niedziela 1.02.

DODA w DDTVN – brawo ona! A gdzie są inni znani i lubiani tak niby kochający zwierzątka?  

Środa 4.04.26 Wczoraj bardzo zimno z dodatkiem wiatru. Szybko na masaż a potem do pobliskiego sklepu i do domu.

Jeszcze przed świętami zaniosłam do kawiarni „U Alberta” mieszczącej się przy mojej ulicy wykaz zajęć jakie mogę bezpłatnie poprowadzić. Wykaz jest zawiera tytuł zajęć, krótki opis i konieczne materiały.

Niedawno zadzwoniła do mnie pani Dorota z propozycją, abym dzisiaj poprowadziła warsztaty pt. „Drugie życie firanki”, czyli jak uszyć woreczek, który przyda się na: zioła, orzechy, grzyby, cukierki, kasztany, szyszki , kłębków wełny, prezenty  oraz do prania drobnych rzeczy, aby nie znikły w czeluściach pralki. Sky is limit w pomysłach.

Jedyną uczestniczką była Natalia prowadząca kawiarnię. Woli ona zajmować się kwiatami niż szyciem ale uznała, że potrzebuje woreczek do prania skarpetek dziecięcych.

Od 1922 roku jest, z dziećmi,  we Wrocławiu, wcześniej studiowała tu jej córka.

Skorzystała, bo nie tylko ma woreczek ale i przy okazji dowiedziała się jak wygląda francuski szew, który warto stosować, aby nie obrębiać niesfornie zachowującej się tkaniny.

Oto początek tego wykazu:

1. ORGANIZERY z pudełek, puszek, rolek po papierze toalet. (potrzebne: kolorowy papier do oklejenia lub tkanina/filc, pasmanteria różna, koronki i duże cekiny do ozdobienia, nożyczki, klej)

Tytuł: „Zapudłuj co chcesz”

2. RAMKI na zdjęcia i obrazki (potrzebne: sztywny gruby karton, kolorowy papier do oklejenia, filcowe/z tkaniny motywy, pasmanteria, cekiny do ozdobienia, koronki, klej, nożyczki, ołówek, linijka)

Tytuł: „Obramuj wspomnienia”

3. NASZYJNIKI ZAMOTKI i bransoletki z bawełnianych kolorowych koszulek, na drucie i na luzie (potrzebne: koszulki w 10 różnych kolorach, z ładną lewą stroną, łatwo po ucięciu paska zwijające się w rulon; nożyczki, igły, nici, okrągłe druty z zameczkiem, guziki)

Tytuł: „Zamotaj dekolt”

4. KARTKI okolicznościowe – imieniny, urodziny, świąteczne (potrzebne: kolorowe karty – bristol/blok techniczny; roślinne/świąteczne/zwierzęce motywy do przyklejenia – papierowe, z tkaniny lub filcowe; elementy wycięte dziurkaczami ozdobnymi, koronki, cekiny, klej, nożyczki, wydrukowane napisy: w dniu imienin/urodzin, podziękowanie, gratulacje, wesołych świąt)

Tytuł: „Sklej życzenia”

5. PUDEŁECZKA z kółek po szerokiej taśmie klejącej i rolek po papierze toaletowym (potrzebne: papiery kolorowe/tkanina we wzory lub gładkie, cienkie tekturki – na wieczko, cekiny, guziki, pasmanteria, koronka do ozdoby, kleje, nożyczki)

Tytuł: „Schowaj drobiazg”

6. ALBUMY z kopert – recyklingowe (potrzebne: kolorowe kartki z różnych źródeł so zrobienia kopert lub gotowe kolorowe/białe koperty, klej, nożyczki, ładny grubszy sznurek lub tasiemka – nie może być śliska; karton na okładki, kolorowy papier lub tkanina, ozdoby różne – pasmanteria, koronka, cekiny, guziki, nożyczki, klej, dziurkacz, gotowe ozdoby do naklejenia – papierowe, duże cekiny, filcowe itp)

Tytuł: „Koperty pełne cudów”

Wszystkich pozycji  – propozycji jest siedemnaście i to nie jest moje ostatnie słowo.

Upalne miasto 181

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************

23 stycznia, piątek, moje urodziny i spotkanie DKK w Kawiarni Filmowej.

Spotkania ustalamy wcześniej więc wiedziałam, że wypadnie w dniu moich urodzin. Poprzednio wyrwało mi się info na ten temat.

Do kawiarni pojechałam pół godziny wcześniej, aby powiedzieć obsłudze, że uczestnicy DKK zamawiają a ja płacę z w.w. okazji.

Ale, aby mi nie było za dobrze to jak w powiedzeniu „Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech Pana Boga” usłyszałam rechot diabła stróża i drzwi kawiarni zastałam zamknięte. Poszłam do sklepu z drobiazgami i tam też na drzwiach też wisiała kartka z tekstem „zaraz wracam”. Zmówili się, czy co?

Do trzech razy sztuka poszłam więc do piekarni.

Wracam a tu przed drzwiami tłumek uczestników DKK a właściciela jak nie ma, tak nie ma. Przyszedł na ostatnią chwilę.

Jedna z pań pamiętała o mych urodzinach i dostałam od niej torcik wedlowski oraz kartkę okolicznościową do której wpisali się obecni. DZIĘKUJĘ ALU J.

Nie dość tego dobrego Ala przyniosła cukierki okrągłe czekoladki, a druga uczestniczka dubajskie daktyle ale w postaci cukierków. I to było trzy w jednym: daktyl, w nim migdał a na zewnątrz czekolada obsypana wiórkami kokosowymi. No, full wypas.

Omawialiśmy biografię Antoniego Słonimskiego, który bardzo interesującą i wieloraką osobowością był.

A w czwartek na zajęciach literackich z dr Magdą Wieteską czytaliśmy swoje teksty zawierające słowa wykreślone z otrzymanego diagramu. Mnie wyszedł taki – trochę absurdalny, trochę zabawny.

                  METAMORFOZA

(opowiadanie zawierające słowa: podróże, kurs, metamorfoza, szkolenia, Cif, koza, bal, wyzwanie)

To miała być piękna metamorfoza  pewnej brzyduli i wielkie wyzwanie w wykonaniu wizażystki Klaudii. Po znajomości przeszła  niejeden kurs zawodowy a także liczne szkolenia.

Odbyła w tym celu liczne podróże z Cif-em w torbie, bo miała manię czyszczenia każdego przedmiotu a szczególnie podłóg i toalet.

Idąc do auta natknęła się na kozę skubiącą trawę na przyblokowym skwerku.

– To ci bal – pomyślała i zwierzątko pogłaskała.

Wsiadła do auta, nastawiła ulubioną muzykę i ruszyła. Aż tu nagle ktoś  zastukał w boczne okienko. To koza użyła przedniego kopytka.

– Zabierz ze sobą mnieee – poprosiła.

– Zwariowałaś?

– Ja też chcę przejść metamorfozęęęę.

– A kim chcesz zostać? Kozuchą Kłamczuchą? – zakpiła Klaudia.

– Nieee, chyba żartujesz – oburzyła się koza. Chcę być śliczna jak Doda.

– To będzie prawdziwe wyzwanie, musimy zatrudnić sztab chirurgów za bardzo duże pieniądze.

– Mam jeee – zapewniła koza wskazując na torebkę wiszącą u jej boku.

– To wsiadaj – Klaudia otworzyła drzwi auta. I pojechały.

Poniedziałek

Upiekłam piernikowe babeczki na zmodyfikowanym, w czasie mieszania składników, przepisu na „brukowce”, bo mi się nie chciało robić pojedynczych porcji i wsadzać im do środka dżemu. A tak to masę wlałam do foremek na muffinki, urosły jak na drożdżach a dodałam sody. Po wystygnięciu kroję na plasterki (albo nie) i smaruję domowym dżemem lub kupną konfiturą.

Poczęstowałam masażystę i panią w banku, zawinięte w papierowe dwie foremki i torebkę śniadaniową z zielonym, spożywczym nadrukiem.

Propozycja zamiast pączków lub faworków.

                        Oto ten oryginalny przepis:

Pierniczki brukowce

SKŁADNIKI:

– 500 g mąki – 1/4 szklanki miodu – 1/3 szklanki cukru
– cukier waniliowy – 100 g masła (pół kostki) – 2 jajka
– 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej – 3 łyżeczki przyprawy do piernika
– łyżka kakao – czekolada – marmolada lub powidła
– blaszka o wym. 35×40 cm
LUKIER:
– 1 szklanka cukru pudru – 1-2 łyżki gorącej wody
– 1 łyżeczka soku z cytryny


Wykonanie:
2 łyżki cukru skarmelizować (rozpuścić, nie mieszając) w małym garnku, najlepiej z grubym dnem.. Dodać 1/3 szklanki wody. Uwaga pryska!
Dodać miód, pozostały cukier, cukier waniliowy, przyprawę do piernika oraz masło. Podgrzewamy do momentu rozpuszczenia wszystkiego. Odstawić do wystudzenia. Ja wstawiam garnek do zimnej wody – w wannie lub misce.
Mąkę przesiewamy razem z sodą oczyszczoną, kakao, dodajemy jajka i przez chwilę mieszamy. Następnie dodajemy lekko ciepłą powyższą mieszankę miodu i cukru, wyrabiamy ciasto. Odstawiamy je na pół godziny.

Potem odrywamy kawałki ciasta wielkości orzecha włoskiego, lekko spłaszczamy wkładamy odrobinę marmolady, dokładnie zlepiamy i formujemy kuleczki.
Foremkę o wym. 35×40 cm posypujemy mąką lub wykładamy papierem do pieczenia. Układamy pierniczki jeden przy drugim. Pieczemy w temp. 180 C przez ok. 15-20 min. Powinny być lekko zarumienione.
Ostudzone pierniczki smarujemy lukrem (wszystkie składniki na lukier mieszamy, aż powstanie gęsta, ale płynna konsystencja).

Ale można je polać rozpuszczoną czekoladą.
Smacznego!