Koronowirusowe „chociażki”

Wanda Dusia Stańczak na facebooku zbiera wierszyki zaczynające się od słowa choć/chociaż nawiązujące do obecnej sytuacji.

Napisałam takie:

Choć bym chciała kupić ciuszki

siedzę w domu, czytam książki.

+++++

Choć wolałabym pójść daleko

siedzę w chacie – nie ma lekko.

+++++

Chociaż lubisz imprezować

spróbuj w domu bumelować.

+++++++

Choć bym chciała być turystką

siedzę w domu i to wszystko.

++++++

Choć kuszą mnie promyki słońca

przeczekam zarazę do końca.

+++++

Chociaż uszyłam maseczkę

posiedzę w chacie troszeczkę.

++++++

Chociaż wiosna w rozkwicie

siedzieć w domu musicie.

++++++

Choć chcesz się spotkać z kolegami

niech cię ta głupia myśl nie omami.

+++++

Chociaż poszłabym do kina

w domu zjem sobie lina.

+++++

Choć nie lubię być na musie

siedzę w domu przy prymusie.

+++++++

Chociaż woła mnie przyroda

siedzę w domu bom niemłoda.

++++++++

Która „chociażka” podoba się Wam najbardziej?

A w ogóle to:

Lepiej być wisusem

niż zarażać wirusem.

 

 

Opowieść o drzewie

Na facebooku przeczytałam wpis Cat Maicher, że zbiera osobiste historie o drzewach.

Możecie się z nią skontaktować i przekazać swoją.

Moja jest taka:

Kilka lat przed stanem wojennym pracowałam w Szkole Inspekcji Pracy (teraz Ośrodek Szkolenia Państwowej Inspekcji Pracy) przy ul. M. Kopernika, w bibliotece.

Po wprowadzeniu stanu wojennego panowie wykładający tam prawo pracy, bhp i inne przedmioty żartowali sobie w pokoju nauczycielskim, że założą partyzantkę szczytnicką (nazwa pochodzi od Parku Szczytnickiego przez który biegnie ulica) z siedzibą w dziupli dużego drzewa rosnącego przed budynkiem. Nie wiem jakie to drzewo a nie mogę teraz tego  sprawdzić z powodu zagrożenia koronowirusem.

Ale nie jest to baobab ani sekwoja, żeby można było się tam schować. To były żarty – taka reakcja na stan wojenny.

Skończyło się zamknięciem szkoły, zwolnieniem z pracy większości małej załogi i internowaniem dwóch osób, w tym mnie.

Na przesłuchaniach te żarty były zarzutem, bo jakaś świnia ubekom zrelacjonowała rozmowy. Ubecy nie mieli poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości więc uznali  żarty za prawdę, czyli chęć stworzenia organizacji w celu obalenia ustroju.

Zamknięto szkołę NIE z powodu żartów tylko dlatego, że zjeżdżali się tam na kursy ludzie z całej Polski a w stanie wojennym, przez jakiś czas, zabroniono podróży po kraju.

Internowano mnie, bo byłam tam przewodniczącą NSZZ „Solidarność” a poza tym ubecy mieli nadzieję, że obciążę czymś internowanego kolegę. Uznali, że jest groźny dla ustroju, bo jego ojciec i stryj walczyli w ramach AK i w PRL-u siedzieli za to w więzieniu.

W sobotę 9 stycznia 1981 roku trzej ubecy, po przeszukaniu mojego pokoju, w którym nic nie znaleźli, zabrali mnie na Podwale.

Ubek w drugim dniu (poniedziałek) przesłuchania powiedział mi największy komplement jaki usłyszałam w życiu (ewidentnie chciał mnie obrazić): „Nie rozumiem kto panią zrobił przewodniczącą „Solidarności”, albo jest pani taka głupia albo tylko udaje”.

A powiedział to dlatego, że nie spełniłam ich oczekiwań i nie obciążyłam kolegi – byli pewni, że mnie zmanipulują, że się załamię groźbą pięcioletniego wyroku. Mieli mnie za głupią i słabą babę. Na przesłuchaniu mówiłam prawdę ale wybiórczo, tak aby nikogo niczym nie obciążyć albo kłamałam.

W konsekwencji internowano mnie na trzy miesiące w Gołdapi, a kolegę na pół roku w Nysie.

Drzewo stoi do dzisiaj i nawet nie wie jaką rolę odegrało.

Taka to jest opowieść z czasów innej zarazy.

p.s. dzięki Marcie R. i google dowiedziałam się, że to dąb „Dziadek” i ma 440 lat.

20 marca 2020 r.

drzewo PIP

 

 

Miłość w Auschwitz

Tatuażysta

Heather Morris – Tatuażysta z Auschwitz, Wydawn. Marginesy 2018

WSTĘP: „Przetrwać i dopilnować, aby odpowiedzialni zapłacili za swoje zbrodnie”

O autorce:

Heather Morris urodziła się w Te Awamutu w  Nowej Zelandii. Mieszka w Australii. Pracując w szpitalu Melbourne pisała scenariusze. W 2003 roku spotkała Lale i przez trzy lata dwa, trzy razy w tygodniu z nim rozmawiała. Za tę książkę otrzymała „Audie Award for Fiction”.

O książce:

Wiele lat temu, w liceum, byłam na szkolnej wycieczce w obozie Auschwitz. Po powrocie z biblioteki publicznej wypożyczyłam i przeczytałam wszystkie dostępne książki na ten temat. Parę lat później byłam  na spotkaniu autorskim z Czesławem Ostańkowiczem więźniem Auschwitz, autorem wspomnień z tamtego okresu. Na maturze pisałam pracę na ten temat. Obejrzałam też parę filmów  – zarówno fabularnych („Pasażerka”, „Ostatni etap”) jak i dokumentalnych. Nie można więc powiedzieć, że temat jest mi obcy.

Dlatego bardzo byłam ciekawa czy dowiem się czegoś nowego z nagłośnionej w mediach książki o tatuażyście.

Jest to historia miłości słowackiego, 26-letniego słowackiego Żyda i Słowaczki Gity Furman. On znal kilka języków i miał szczęście dzięki czemu tatuował numery na rękach więźniów. Ta funkcja przyniosła ze sobą przywileje – osobny pokój w baraku, większe i lepsze racje żywnościowe, chroniła go też przed selekcjami czy pobiciem dla rozrywki przez nazistowskich oprawców. Zakochany pomagał przeżyć Gicie, a także jej koleżankom.

Niestety założenie, aby książka stała się lekcją człowieczeństwa a nie historii zawiodło autorkę na manowce. Potworności obozu są na bardzo dalekim tle dlatego nie wywołują w czytelniku żadnych emocji. A ich opis sprawia wrażenie, że łatwo tam było żyć i przeżyć. To tak na zasadzie: jak mały głupi Kazio wyobraża sobie obóz koncentracyjny.

Pierwotnie ta historia miała być scenariuszem ale pewnie nikt go nie chciał bo ma złe, bardzo złe dialogi.

Jest to bajka a nawet bujda a nie prawda. Przypomina włoski film „Życie jest piękne” w którym ojciec przebywając z synem w obozie tłumaczy mu rzeczywistość tak, aby dziecko nie doznało szoku.

Niestety ta książka to porażka, bo niby oparta na faktach a kompletnie przekłamana. Bardzo nie polecam.

Polecam za to: Krystyna Żywulska – Przeżyłam Oświęcim;  Stanislaw Grzesiuk – „Pięć lat kacetu”; Zofia Nałkowska –  „Medaliony”

 

 

 

„Drobne gesty” skecz ekologiczny

PODWÓRKO z pojemnikami na śmieci, obok stadko gołębi

Osoby:

Nurkujący w pojemnikach zbieracze

Seniorka

SENIORKA wyrzuca posegregowane śmieci do różnych pojemników

ZBIERACZE:

– Czy ma pani puszki?

SENIORKA:

– Nie piję piwa.

ZBIERACZE:

– To najwyższy czas zacząć

SENIORKA do siebie:

– Już się rozpędziłam.

Z reklamówki obok pojemnika wyciąga firankę i bluzkę zrobioną na drutach.

Schyla się i zbiera przedmioty leżące wokół, wrzuca je do odpowiednich pojemników. Brzydkie wyrazy powtarza cicho po kilka razy.

MAŁE MIESZKANIE w bloku

Wchodzi seniorka, wyciąga firankę z torby na zakupy, rozkłada ją i tnie na mniejsze kawałki.

– Będą fajne woreczki na warzywa i owoce – mówi do siebie.

Dzwonek telefonu

– Jak to co robię? Planetę ratuję. Hahaha – nie, nie jadę bronić puszczy amazońskiej.

No coś ty, wdzierać się do mieszkań w starych kamienicach i rozwalać pieców, w których pali się czym popadnie też nie. Jak zrobię co zaplanowałam to ci pokażę a może i obdarzę. Nie, nie powiem. To niespodzianka. Kończę i zabieram się do roboty.

Ogląda znalezioną bluzkę, czyta metkę:

– O, jak fajnie to z bawełnianej włóczki.

Rozcina boki, pruje i zwija w kłębek.

SKLEP  lub stragan

Klienci biorą plastikowe woreczki i wkładają do nich, osobno,  ziemniaki, marchew, pomidory, ogórki.

Wchodzi SENIORKA z naręczem woreczków z firanki. Zwraca się do klientów:

– Bardzo proszę nie używać plastiku, uszyłam takie woreczki, daję je w prezencie.

GRUBY KLIENT

– Odwal się paniusiu, będę robił co zechcę.

SENIORKA

– A wie pan, że za parę lat wyginą pszczoły a potem ludzie bo nie będzie żywności?

GK ze złością;

– A idźże babo do diabła.

Odwraca się potrącając ją mocno.

SENIORKA podchodzi do młodej kobiety i mówi wręczając jej woreczek:

– Może pani da się przekonać.

MŁODA KOBIETA:

– Oczywiście, bardzo dziękuję. A tym gburem niech się pani nie przejmuje.

SENIORKA:

– Taki ktoś nie jest w stanie mnie obrazić.

MIESZKANIE W BLOKU

Seniorka robi szydełkiem z włóczki ekologiczne „myjki”.

Pukanie do drzwi.

Seniorka otwiera i słyszy:

– Czy wie pani jak się przygotować na koniec świata?

SENIORKA:

– Wiem jak mu zapobiec. Należy dbać o planetę, nie niszczyć jej, ograniczyć…

ŚWIADEK JEHOWY:

– Chciałam porozmawiać z panią o Bogu.

SENIORKA:

– Drogie dziecko, masz tu ekologiczny woreczek na zakupy i nie zawracaj mi głowy.

Zamyka drzwi.

Dzwonek telefonu, seniorka odbiera:

– Co robię? Mam misję. Nie, nie oszalałam. Przed chwilą była u mnie Jehowitka, chciała mnie nawrócić. Co? Nie, nie dałam się przekabacić. Dałam jej ekologiczny woreczek na zakupy uszyty z firanki. Ty też taki dostaniesz.

Seniorka chichocze i mówi do telefonu:

Śmieję się, bo przypomniało mi się jak pewnej soboty zapukała do mnie para Świadków Jehowy. Gdy nie chciałam ich wpuścić on zapytał:

– A gdyby do pani przyszedł anioł też by go pani nie wpuściła?

– No, tak – rzeczywiście, nie doceniłam zaszczytu.

PODWÓRKO

Seniorka idzie w stronę śmietnika i widzi, że Gruby Klient niedbale, po drodze rozsypując śmieci, wrzuca resztę do pojemnika.

Podchodzi do niego i mówi:

– Coś panu upadło.

GK:

– Spadaj babo bo cie uszkodze.

SENIORKA:

– Czy byłby pan uprzejmy pozbierać rozsypane śmieci i wrzucić je do pojemnika?

GK:

– Ani myślę i co mi zrobisz?

SENIORKA wyciąga z kieszeni paralizator i razi nim grubasa. Ten pada a seniorka okłada go wszystkimi odpadkami. Robi zdjęcie.

MIESZKANIE W BLOKU

Seniorka otwiera laptopa, wgrywa zdjęcie.

– Teraz zamażę twoją prostacką facjatę i dam  na portal społecznościowy z podpisem: tak skończą wszyscy, którzy nie dbają o porządek i planetę.

SUGESTIE scenograficzne

Pojemnikami na śmieci mogą być pudla (kartony) za napisami: zmieszane, szkło, papier, tworzywa. Gołębie mogą być z papieru.

Z tych pudel można potem zrobić stragan (ladę) a na nich położyć sztuczne owoce i warzywa (niektórzy jeszcze takie mają w domu) i trochę prawdziwych.

Pudła też mogą być w mieszkaniu jako stół (nakryty tkaniną).

 

 

 

 

 

 

 

Zaradni Koreańczycy

parasite

„Parasite” reż. Joon-ho Bong

WSTĘP: Pieniądze wygładzają kłopoty.

Korea. Małżeństwo w średnim wieku mieszka z nastoletnimi dziećmi w piwnicznej izbie na terenie slumsów. Przez okno przeważnie widują sikających mężczyzn.

Ojciec kilka razy splajtował, córka nie uczy się, bo nie ma na to pieniędzy (wikipedia podaje, że Korea Południowa ma jeden z najlepszych systemów edukacji na świecie, jest także jednym z krajów, który przeznacza największe kwoty na głowę ucznia i studenta). Syn kilka razy nie zdał na studia. To tacy koreańscy Kiepscy, choć bez pracującej matki. Jasne jest, że marzą o zmianie na lepsze. Mimo wszystko lubią się i wspierają

Pewnego dnia syn dostaje pracę korepetytora w domu bardzo bogatych ludzi. Biedacy nie są głupi i łapią szczęście za nogi, ręce i głowę. Uważają, że bogaci są naiwni więc za pomocą różnych manipulacji wszyscy zostają u nich zatrudnieni – ojciec jako kierowca, matka – gosposia,  córka uczy synka rysunków, syn daje korepetycje z angielskiego. Żyli by sobie tak długo i szczęśliwie gdyby nie tajemnica poprzedniej gosposi. Dotąd zwyczajna opowieść nabiera tempa i epatuje okropnościami. Do tego co zdziałali ludzie dołącza się pogoda fundując mieszkańcom powódź niszczącą dobytek mieszkańców slumsów.

To czarna komedia z elementami socjologiczno – politycznymi. Mieszkańcy tego kraju żyją właściwie w ciągłym zagrożeniu ze strony północnego sąsiada i bogaci budują schrony pod swoimi domami. Biedni mogą dawać upust emocjom tylko parodiując północnych prezenterów telewizyjnych.

Oryginalny tytuł „Parasite” oznacza: pasożyty, darmozjady. A przecież starsi  bohaterowie chcą i potrafią pracować, a młodsi się uczyć. Więc czy naprawdę to oni są pasożytami? Może to raczej decydenci od których zależy gospodarka i los przeciętnego mieszkańca.

Obraz nie ma happy-endu bo „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”.

Film otrzymał złotą Palmę na festiwalu filmowym w Cannes.

Trwa dwie i pół godziny – trochę za długo.

Nieprzewidywalna Tokarczuk

Opow biz

Olga Tokarczuk – Opowiadania bizarne, Wydawn. Literackie, Kraków 2018

WSTĘP: „Tam Europa gdzie działa rozum”

O książce:

Francuskie słowo „bizarre” znaczy: dziwny lub śmieszny a także niezwykły.

I takie jest dziesięć opowiadań Olgi Tokarczuk: Pasażer, Zielone Dzieci, Przetwory, Szwy, Wizyta, Prawdziwa historia, Serce, Transfugium, Góra Wszystkich Świętych i Kalendarz ludzkich świąt.

Jedno jest realistyczne choć z nutką niezwykłości i elementami magicznymi. Inne opowiada o dziwnych zdarzeniach na Wołyniu w czasie potopu szwedzkiego. „Wojna to jest fenomen straszliwy, piekielny – nawet jeżeli siedzib ludzkich nie dotykają same walki…”.

Jest też kryminalne o zemście zza grobu. Zaś inne opowiada o stracie poczucia bezpieczeństwa po odejściu długoletniej partnerki.

W innym pyta „Dlaczego tak trudno po prostu być szczęśliwym”.

Ale też, co mnie zaskoczyło, autorka napisała opowiadania science-fiction.  Dwa z nich nawiązują do klonowania, drugie można nazwać powrotem do dzikiej natury, w trzecim stwierdza, że jesteśmy jak drzewka bonsai – przystrzyżoną miniaturą możliwości siebie. Wszak jest z wykształcenia psychologiem.

Mamy też wątek historyczno – religijny, opowieść o manipulacji i wykorzystywaniu ludzi do celów naukowych.

Tokarczuk opowiada też radzeniu sobie z chorobą. Na koniec o tym, że ludzie potrzebują boga, idola – kogoś lub co w co mogą wierzyć, kogoś podziwiać, bo to podtrzymuje ich wiarę w sens życia.

Opowiadania zawierają czarny humor, elementy groteski i świata wyobrażonego. Dziwność przeplata się z realizmem, historia z religią, przyszłość z przeszłością, ekologia z wykorzystywaniem, potrzeba sacrum z profanum i oszustwem.

Bardzo dziwne światy i ludzie zaludniają tę książkę. Polecam.

 

 

 

 

Rodzina w Chinach

Kłamstewko

„Kłamstewko”  reż. Lulu Wang

WSTĘP: Nieważne co robisz tylko jak to robisz

O filmie:

„Rodzina ach rodzina, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej ni ma samotnyś jak pies” – śpiewali Starsi Panowie Dwaj.

Tak właśnie czuje się główna bohaterka filmu Billi (Awkwfina). Ma 31 lat, nie dostała stypendium na które liczyła, nie ma pieniędzy, więc traci mieszkanie, w dodatku nie dogaduje się z rodzicami.

Mieszka w Nowym Jorku a jej ukochana babcia Nai Nai (Shuzhen Zhou)   w Chinach. Okazuje się, że seniorka ma raka. Rodzina postanawia, zgodnie z chińskim zwyczajem, nie mówić chorej o złych wynikach badań. Zaplanowano, że zjadą się pod pretekstem przyspieszonego wesela kuzyna i w ten sposób mama/babcia po raz ostatni ich wszystkich zobaczy.

Seniorka trochę pokasłuje ale werwy jej nie brakuje i rządzi wszystkimi organizując weselne przyjęcie. Przy okazji poznajemy rodzinne tajemnice, nałogi i fobie.

Mamy też zderzenie cywilizacji oraz zwyczajów Zachodu i Wschodu. Wujek tłumaczy Billi, że w Chinach człowiek nie jest odrębną jednostką tylko częścią rodziny i społeczeństwa i im się należy podporządkować.

W filmie (tytuł oryginalny to „Farewell”), jak to w życiu smutek przeplata się z radością, sceny i tematy poważne z poczuciem humoru.

Dla mnie najzabawniejszą sceną jest ta na cmentarzu.

Film kończy się happy endem bo: „Jeśli pacjent uprze się wyzdrowieć to medycyna nic na to nie poradzi”