Upalne miasto 13

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Wrzucili worki do pojemnika i skierowali się w stronę baśkowego auta.

– To zapraszam cię na obiad. Mam nową pomoc domową. Mieszka u mnie i póki co obie sobie chwalimy. Dobrze gotuje, nie jest gadatliwa, za to uprzejma i zdystansowana.

– No to ci się jakaś perła trafiła.

– Z polecenia znajomych. Zadowolona, bo ma emeryturę, wynajęła swoje mieszkanie, a u mnie dodatkowo zarabia. W dodatku ma prawo jazdy, więc sama jeździ na zakupy.

– Twoim autem?

– Nie, pawłowym. On mało jeździ bo ma zajęcia w domu.

– Biedaczek, strasznie go żyłujesz – zakpił Karol.

– Nie musiał się zgadzać – ucięła temat Baśka.

Dojechali do domu, który przywitał ich pysznymi zapachami wywołującymi ślinotok. Szczególnie u Karola, który pamiętał tylko o posiłkach dla kota.

– Pani Jadwigo, już jesteśmy, poprosimy o obiad za pół godziny – powiedziała Barbara wchodząc do kuchni

– Dlaczego dopiero za pół godziny? – zdziwił się pasierb. Chcę zaraz teraz.

– Boże, ty słyszysz i nie grzmisz! – usłyszał. Gdzie byliśmy? Na basenie może gdzie wzięliśmy prysznic? Nie!

– Dobra, dobra, zrozumiałem – powiedział Karol i skierował się do pokoju kąpielowego.

– Gdzie leziesz? Do łazienki przy sypialni Jana leź, a nie do mojego gabinetu.

– O, jak ty mnie męczysz – poskarżył się facet wdrapując po schodach prowadzących na piętro. A są tam ręczniki i mydło? No i zmieniłbym bieliznę i koszulę.

– A poszukaj sobie tam w szafie, jeszcze nie wyrzuciłam jego ubrań.

– Przecież on był gruby, wszystko będzie za duże – zajęczał wymagalny gość.

– Pani Jadzia ma nożyczki, nici i igły to ci dopasuje na miejscu.

– O, to fajnie! Może wszystkie ubrania tak mi dostosuje? – praktycznie zapytał sprytny Karolek.

– Jak jej zapłacisz za dodatkową pracę to może się zgodzi.

– Ale ja nie mam kasy.

– Mogę za ciebie założyć a potem odliczyć od spadku.

– Jaka ty jesteś skąpa! Zero bezinteresowności!

– No, nie rozśmieszaj mnie! Idź już, bo pożałuję, że cię zaprosiłam.

Biedny Karol poczłapał na górę i oddał się ablucjom. Potem owinął tęczowym ręcznikiem kąpielowym. Podszedł do komody i wysuwał kolejne szuflady. Znalazł pełno dobra wszelkiego bieliźnianego i skarpetkowego  ale za dużego. Potem otworzył szafę i wybrał cienką bawełnianą koszulę z krótkimi rękawami. Włożył ją i zapiął, przejrzał się w lustrze, i jak zwykle,  zachwycił obliczem swem. Koszula była na tyle długa, że zakryła mu pośladki dużo jeszcze poza nie zwisając. Wyjął z szuflady majtki w kaczuszki i zszedł na dół.

– O, te mi się podobają. Jakby je zwęzić to byłyby całkiem dobre.

– Już prosiłam panią Jadzię o pomoc. Nie będzie to łatwe, to dostosowanie ubrań Jana do twojej postury. Na szczęście ma zaprzyjaźnioną krawcową, wprawioną w przeróbkach. Przyjedzie tu nawet dzisiaj, zmierzy cię dokładnie, obejrzy zawartość szafy Jana i zadecyduje co będzie można dopasować. A teraz do stołu.

– Ale te majtki ze mnie spadną – poskarżył się pasierb.

– Pani Jadziu, proszę przyjść z nożyczkami, igłą i nitką. Trzeba te kaczuszki przyciąć i dopasować do tyłka Karola – zawołała Barbara. Że też akurat ten wzorek wybrałeś – zaśmiała się.

– Bo w koty nie było, dokładnie sprawdziłem.

– Jasiek wolał psy.

– Ale w psy tez nie było.

– Bo miał je na sobie gdy utonął.

W tym czasie gosposia zwężała kaczuszki z przyjemnością niektóre przecinając i igłę w nie wbijając.

– Krawcowa przyjdzie wczesnym wieczorem – powiedziała. Zaraz podam obiad. Co państwo życzą sobie na deser?

– Ja tylko kawę poproszę.

– Upiekłam kruche ciastka, to może podam?

– Oczywiście, kawa, ciastka, koniak i lody – zadysponował Karolek w majtkach we wzorek.

– Pani Jadziu, poprosimy jeszcze owoce – dodała pani domu nieżyczliwie łypiąc na gościa. A gdzie jest Paweł?

– Chyba u siebie, nie zszedł przecież na śniadanie – poinformowała gosposia.

– Rzeczywiście, spieszyłam się i  nie zauważyłam. Proszę pójść do jego pokoju i sprawdzić czy jest w domu. Ale najpierw poprosimy o obiad. A ja do niego zadzwonię. Nie odbiera – stwierdziła po chwili.

– Może jest u jakiejś swojej młodej i chętnej pacjentki, ha, ha, ha – złośliwie zaśmiał się Karol.

– Jedz, nie rezonuj – poleciła Baśka krojąc pieczonego fileta z indyka i zagryzając go sałatką wieloskładnikową z sosem winegret.

Pani Jadzia zebrała talerze, podała deser i powiedziała:

– Włożę naczynia do zmywarki i pójdę sprawdzić czy pan Paweł jest u siebie.

– Niech się pani nie spieszy. Proszę z nami usiąść, pani też się należy chwila odpoczynku.

– To ja przyniosę swoją herbatę.

Siedzieli delektując się owocami, ciastkami i napojami. Słychać było tylko świergot ptaków dolatujący przez taras z ogrodu.

– No to ja już pójdę – powiedziała Jadwiga wstając i niepotrzebne naczynia ze stołu zbierając.

Dwójka siedząca w salonie słyszała dochodzący z kuchni szum wody z kranu, szczęk talerzy i sztućców, odgłos zamykanej zmywarki. A potem kroki na schodach prowadzących na piętro.

Barbara wyciągnęła z szuflady komody torebeczkę z białym proszkiem i kartę rabatową z ulubionego butiku. Wysypała krótką ścieżkę na stół, wyrównała ją kartą gdy nagle usłyszeli:

– Proszę pani, proszę pani, niech pani tu zaraz przyjdzie.

Upalne miasto 12

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

 „Gdy słońce było bogiem” – Anna przypomniała sobie tytuł książki. Ale czy musi być tak okrutne?

I położyła się spać odziana w koszulkę nocną z cieniutkiej tkaniny. Okno było zasłonięte roletą i uchylone. Aż tu nagle obudził ją dziwny hałas. Wstała więc, zapaliła nocną lampkę i spojrzała na budzik – była trzecia w nocy.

Podeszła do okna i odsunęła roletę spod której coś wyfrunęło, coś jakby ptak a raczej mały czarny stwór. Może obcy? I to coś zaczęło krążyć, pod sufitem,  po całym, dość małym, pokoju. W końcu osiadło na  górze regału z książkami. Anna wzięła drabinkę z przedpokoju i płaską szczotkę na długim kiju z szafki tamże położonej. Rozstawiła drabinkę pod regałem i szczotką wypędzała stwora. Który odpowiedział ponownym, kilkakrotnym kołowaniem. Seniorka głosem i szczotką zachęcała go, aby obrał kierunek otwarte okno. Nadaremnie. Stwór osiadł na górze regału po drugiej stronie pokoju. Co było robić – drabinka zmieniła położenie, szczotka w dłoń i ponowna akcja wypędzania. Nie ze stworem te numery. Odbył kilkakrotnie ulubioną rundę pod sufitem i ponownie wylądował na regale z książkami.

– O żesz ty w skrzydła kopany – pomyślała seniorka i przestawiła drabinkę. Tym razem uzbroiła się nie tylko w broń wypędzającą w postaci szczotki ale i w tkaninę do machania i wylotu zachęcania. Nic to nie pomogło. Nadal odbywał się cykl: fruwanie i na jednym z regałów osiadanie. Kobieta spróbowała nakryć stwora tkaniną gdy był na bezksiążkowej szafie  ale bez skutku, bo odleciał. Za którymś razem stworzenie schowało się za regałem z książkami gdzie nie było dostępu szczotkowo – szmatowego.

– K…. ile tak można, a siedź sobie tam, tylko spokojnie – pomyślała Anna robiąc krok w bok co spowodowało upadek drabiny na owalny stolik  z tysiącem i jednym podręcznych drobiazgów. Rozległ się huk a drobiazgi (nożyczki, pędzelki, długopisy, lekarstwa, książki, notes, komórka, aparat fotograficzny, karteczki na notatki, kalendarz, maść na oparzenie, krem do rąk i miseczka ze słonecznikiem) rozprysły się na dywanie.

– Jasne, tego mi jeszcze było trzeba do pełnego szczęścia porą nocną – pomyślała kobieta zestresowana do imentu i upocona wszędzie.

Stwór ciągle dawał o sobie znać skrobiąc i chrobocząc.

W wyniku energicznego zaglądania za roletę złamał się mocujący element i zepsuł kołowrotek. Płachta zwisała i nadziei na ochronienie przed żar –  bogiem nie dawała.

– Co robić i jak żyć? – to fundamentalne pytanie zadała sobie seniorka wkurzona brakiem sukcesu w pozbywaniu się nieproszonego i skrobiącego tył regału, gościa. Nie zasnę ze świadomością, że to coś w każdej chwili może mi siąść na twarzy lub coś gorszego zrobić.

Stworzeniu nagle się znudziło miejsce pobytu i sfrunęło na parapet za zasłonę a potem na oparcie fotela. Anna nakryła go szmatą, mocno schwyciła i za okno wyrzuciła. Ufff…

Ale przestraszona, że nietoperz może być powracającym natrętem musiała zamknąć okno.  Co nie pomogło w ochłodzeniu nagrzanego mieszkania.

Akcja trwała godzinę, bez zbierania drobiazgów – zrobiła to rano. Stres długo nie pozwalał jej zasnąć.

Przed zaśnięciem pomyślała:

– Widocznie upał każdemu stworzeniu, nawet najmniejszemu, miesza w głowie. Choć naszym politykom niezależnie od pogody, czy to słońce, czy  deszcz oni plotą jak Piekarski na mękach.

Planowała pójść do Ogrodu Botanicznego na spotkanie „Zioła nie tylko dla seniora” ale nie była w stanie. Musiała odespać i odtajać, bo przez cały następny dzień bolała ją głowa. Jest powiedzenie: „Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech Pana Boga” a raczej diabła.

– No to teraz czeka mnie wymiana rolet – pomyślała i Internet  tym celu zatrudniła. Okazało się, że firm wiele ale każda oczekuje dużego zamówienia a nie jednookiennego zawracania głowy. A jeśli już to koszt zbliża się niepokojąco  stronę tysiąca złotych.

– Nie mam zdrowia do bezwzględnie widzialnej ręki rynku – pomyślała. Jak się wkurzę to zasłonię okno kocem.

Opowiedziała Ewie swe nocne awantury i wybryki. Ta najpierw się roześmiała a potem skonstatowała:

– Lubisz oglądać horrory to miałaś wizytę Batmana.

– Dziękuję uprzejmie, nie zapraszałam go, szczególnie trzecia w nocy mi nie pasuje. A nie mógł najpierw telefonicznie, w dzień, się zapowiedzieć, jak przystało na dżentelmena?

– Obawiam się, że te latające ssaki nie mają telefonów. Poczekaj sprawdzę u wujka G informacje o nich. O, widzisz – prowadzą nocny tryb życia więc nic dziwnego, że był w trasie. I potrafią latać 55 kilometrów na godzinę.

– No, jak tak kołował pod sufitem to pewnie tyle było. Chyba mu odbiło, żeby tak wlecieć i nie chcieć wylecieć. GPS w postaci echolokacji mu nawalił.

– Ale w końcu chyba zrozumiał, że zabłądził, bo właściwie ci się podłożył.

– Na to wygląda. Ale trwało to i kosztowało mnie godzinę strachu i wysiłku.

– Czytam, że niektóre z nich to upiorowate i wampiry.

–  Brrr, przestaję oglądać horrory.

– A nauka zajmująca się twoim gościem i jego pobratymcami to chiropterologia.

– Chyba wolę jednak chiromancję – zażartowała seniorka.

Następnego dnia żar-bóg trochę odpuścił więc Barbara zadzwoniła do pasierba:

– Już za tydzień będzie wycena domu. To mniej więcej za dwa dostaniesz kasę. A czy ty w ogóle masz konto w banku?

– Jasne, że mam. Za kogo ty mnie masz?

– Za lenia, naciągacza i flejtucha – usłyszał.

– Dziękuję bardzo, powiedzieć co ja o tobie myślę?

– Nie trzeba. Dzwonię, bo jadę na cmentarz uprzątnąć grób. Podjadę po ciebie to mi pomożesz.

– A co tam kamienie trzeba dźwigać, czy co, że ci pomoc potrzebna?

– Ty żałosny obiboku! Ty…

– Dobra, dobra, przyjeżdżaj.

Cmentarz to był nieduży, dość zadbany, nawet ostatnio postawiono wiatę na kilka śmieciowych pojemników.

Niezaprzyjaźniona dwójka pozbierała i zapakowała do worków zwiędłe kwiaty, wypalone znicze i nieudane dekoracje. Zostawili tylko jeden znicz świecący na baterie, ten najmniej kiczowaty.

Upalne miasto 11

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Dorota, zwana, będąc na służbie, Marysią, z ulgą pozbyła się fioletowego i różowego służbowego odzienia. Zostawiła w drzwiach służbówki klucz na który się zamykała, bo pan domu, mimo kłopotów z poruszaniem się, kilka razy, nocą, zabłądził na poddasze.

A gdy kiedyś zaskoczył ją swoimi ręcznymi umizgami w kuchni, nauczona  przez narzeczonego samoobrony, kopnęła go w klejnoty. Tak jęczał, że wyjęła z lodówki kostki lodu, włożyła do termoforu, owinęła ręcznikiem i z miną siostry miłosierdzia wręczyła leżącemu na kanapie. Jeszcze próbował włożyć jej rękę pod spódnicę więc trzepnęła go pilotem aż baterie wypadły na dywan. A Janowi sztuczna szczęka bo żal mu było forsy na implanty.

Patolog oglądając ciało utopionego zastanawiał się skąd te siniaki. Ale orzekł, ze powodem zejścia był atak serca a nie kop w jaja.

Tak więc uwolniona Dorota zastanawiała się nad tym czy musi wyjść za mąż. Dla niej był to jednak rodzaj zniewolenia. Póki co Marek zachowywał się jak dorosły facet a nie dzieciak – mizogin ale znała powiedzenie „Jak się ożenisz, to się odmienisz”. Postanowiła więc nie spieszyć się z zamążpójściem.

Mieszkali już razem w podarowanym przez Jana mieszkaniu i pewnej gorącej sobotniej nocy ona powiedziała:

– Pomyślałam, że po diabła nam to całe zamieszanie ze ślubem i weselem. Niech zostanie tak jak jest.

– Ufff, cały czas tak myślałem ale nie chciałem robić ci przykrości.

– To świetnie! – uciszyła się Dorota. Oboje nie chcemy mieć dzieci to tylko zostaje nam decyzja czy zaopiekujemy  się jakimś zwierzątkiem.

– Ja bym chciał kota.

– Ja też, ja też.

– No to mamy ustalone dwie najważniejsze rzeczy – powiedział Marek sięgając po butelkę z wodą.

– Właściwie to masz rację. Co do opłat wszelkich już postanowiliśmy. Każde z nas ma swoje konto z którego na wspólne przelewa część dochodów.

– Oboje lubimy i góry, i morze… – stwierdził on.

– A nawet jeziora – dodała ona.

– Oboje umiemy sprzątać i gotować, obsługiwać pralkę i zmywarkę.

– No, popatrz jak nas dobrze wychowano – roześmiała się Dorota. Najgorzej jest z potrawami. Ja lubię słodycze a ty z nich najbardziej schabowego. Ale jakoś to przeżyjemy, tak sądzę.

– Najlepsze jest jednak, że nasze matki nas i siebie nawzajem nie lubią to nie będą nas dołować pytaniami: a kiedy dziecko, dlaczego nie macie dzieci, marzę o wnukach itd.

– Gdyby jednak ktoś cię zapytał to mam dla Ciebie świetną odpowiedź, wyczytaną Internecie,  tylko się nie obraź.

– Dobrze, dobrze, wal!

– Możesz powiedzieć takiemu ciekawskiemu, nie mamy dzieci bo ci  nie staje.

– Ostro pojechałaś!

– Ale wyobrażasz sobie minę tego pytacza? Ha, ha, ha.

– Dobra, a teraz idziemy pod prysznic, i  proszę, nie bierz ze sobą noża.

– Dlaczego noża?

– A tak mi się skojarzyło z filmem Hitchcocka „Psychoza”.

– Jeszcze mógłby być „Zawrót głowy”; „Okno na podwórze”; „Człowiek, który wiedział za wiele”, „Sznur”.

– A do mieszkania mogłyby nam wpaść „Ptaki”.

– Najlepiej pieczone gołąbki.

– W tym upale to kto wie…

– A po zewnętrznym ochłodzeniu zastosujemy wewnętrzne czyli „Pasikonika”:

Składniki drinka:

  • 40 ml likieru kakaowego
  • 40 ml likieru miętowego
  • 40 ml śmietanki
  • kilka listków świeżej mięty

Sposób przygotowania

  • 1.Do shakera wrzuć kilka kostek lodu, a następnie wlej kolejno likier miętowy, kakaowy i śmietankę. Wszystko wstrząśnij aż składniki dokładnie się połączą.
  • 2.Przelej drink do schłodzonego kieliszka koktajlowego i udekoruj listkami mięty.

W trakcie schładzania wnętrza Marek zaproponował:

– Może sobie gdzieś pojedziemy na parę dni?

– No, mamy parę złotych nadwyżki to może do Małego Białego Domku w Lubuskie?

– Czemu nie? Przecież nie musimy w tym celu kserować dolarów jak to zrobił pewien mądry inaczej jeszcze w PRL-u.

– A co mu to dało?

– Myślał, że się ktoś nabierze.

– Kretyn to był?

– Kretyn i zasłużenie w ciupie wylądował.

– Ale to fakt czy fejk.

– Fakt, opowiadała mi znajoma, która prowadziła dom wczasowy. On tam zjechał z kochanką i kserokopiami.

– No to się popisał!

– A jaki był zdziwiony, że się nie udało! I oburzony, że go skazano. Przecież tak sprytnie to wymyślił.

– W więzieniu powinni go byli zatrudnić w bibliotece i kazać tam przepisywać ręcznie „Kodeks karny”.

– W tylu egzemplarzach ilu było więźniów i to bardzo wyraźnym charakterem pisma. Najlepiej dużymi literami.

– I każdemu więźniowi powinni dawać egzemplarz w prezencie na odchodne.

– To by była dla niego taka pismoterapia. A że każda książka powinna mieć okładkę to należałoby tam robić warsztaty introligatorskie.

– O tak, zwykłe tekturowe okładki dla wypuszczanych a ozdobne w półskórku z wytłoczeniem tytułu na grzbiecie dla gości specjalnych.

– I z dedykacją od naczelnika więzienia oraz całego personelu.

– I przydałby się jakiś fajny futerał. Może w postaci aksamitnego woreczka? Z wyhaftowana sentencją:  „Aby cieszyć się wolnością, musimy się kontrolować”. Virginia Woolf

Upał trwał i trwał. Wypalał trawy, liście na drzewach i krzewach. Wysuszał stawy i rzeki. Słonce raziło ostrymi promieniami całą przyrodę, która od tego nadmiaru umierała lub fiksowała. Sprzyjały tej sytuacji miejska betonoza i skoszone trawniki.

Upalne miasto 10

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

Anna lubiła sesje w osiedlowym salonie kosmetyczno – fryzjerskim, który sama prowadziła przez wiele lat a potem przekazała wnuczce. Ewa wzięła kredyt, przeprowadziła generalny remont, przeszła kursy fryzjersko – kosmetyczno – manicurowe, odnowiła sprzęt i już wychodziła na finansową prostą gdy przyszła pandemia. Kosmetyczce i fryzjerce płaciła pół najniższej krajowej, zadłużyła się u znajomych i już nie wiedziała co robić gdy w Internecie znalazła reklamę callgirl.

Zarejestrowała się na stronie i dzięki temu powoli wychodziła z długów.

– Niech wyrzuty sumienia mają ci, którzy obiecywali pomoc małym biznesom – pomyślała odpowiadając na pierwszy telefon. Zawsze zastrzegała sobie prawo rezygnacji gdy klient zacznie zachowywać się chamsko i przemocowo. Bo wbrew rechotom pewnego polityka prostytutkę też można zgwałcić.

W salonie na szczęście była dobra, systematycznie czyszczona klimatyzacja,  więc niektóre klientki w czasie upałów umawiały się na możliwie dużo zabiegów. Za drobną opłatą można tam było też wziąć prysznic a w służbowej pralko-suszarce zrobić pranie. Pod telefonem w swoim domu zawsze była seniorka lubiąca prasować i chętnie, odpłatnie, podejmująca się tego zadania, a także zaniesienia do magla  i dostarczenia do domu, potraktowanych gorącymi walcami,  rzeczy. 

Inna seniorka wykonywała drobne krawieckie prace, też dyżurując telefonicznie co w dobie komórek nie było trudne.

Parę razy zdarzyły się niby dowcipne telefony:

– Halo, czy to prasowaczka wszystkiego? Ja mam bardzo głęęęębokie zmarszczki – to przyjdę i pani mi je wyprasuje. Ale żeby nie było za drogo, bo muszęęęę mieć na piwo i papierosy.

– Niestety, nie mam lasera a żelazko tylko panią oparzy.

– Szkooooda, a już się cieszyłam.

– Halo, czy to pani coś tam szyje? Bo ja mam brudną szyję i pani w szkole na mnie krzyczy. Pomoże mi pani?

– Zastosuj ciepłą wodę i mydło. Szyć nie trzeba.

– Halo, mówi Kowalski, rozpada nam się małżeństwo, czy może je pani zszyć lub chociaż zacerować?

– Najwyżej mogę zastosować zamek błyskawiczny, guziki i dziurki, hetkę z pętelką lub troczki.

– A co będzie najtaniej?

– Proszę zapytać żonę, bo musicie oboje się zdecydować na tę samą metodę.

– A to dziękuję, zapytam.

– Proszę bardzo. Powodzenia.

Wszystkie panie bardzo sobie chwaliły te, powiązane ze sobą, usługi z których korzystali mieszkańcy co najmniej trzech sąsiadujących ze sobą, osiedli.

Anna namówiła wnuczkę na zorganizowanie, raz w miesiącu, czegoś w rodzaju wyprzedaży garażowej, właśnie szukały odpowiedniego lokalu, blisko salonu położonego. Pozostawione rzeczy oddawałyby do sklepu dobroczynnego.

Wieczorem obie panie wracały razem do domu. Przed domem Ewa wypakowała z auta torby z zakupami.

– Babciu, zjemy razem kolację? – spytała.

– Oczywiście, kochanie. Ale najpierw wezmę chłodny prysznic, bo  jestem spocona.

– Dobrze, ale zakupy zostawię u ciebie.

Kolacja była lekka, każda jadła co lubiła najbardziej, połączył je deser w postaci galaretki z czereśniami.

– Powiedz babciu, dlaczego właściwie się rozwiodłaś? Przecież kochałaś dziadka.

– Najpierw kochałam, potem się przyzwyczaiłam no i dopadł wszystkich  stan wojenny. Wcześniej działałam w „Solidarności”, dziadek nie był zadowolony a  po 13-tym grudnia okazało się, że był nie tylko personalnym ale i SB-kiem.

– Żartujesz?!!! Nic nie wiedziałaś, nie podejrzewałaś?

– Wyobraź sobie, że nie! Jak się sprawa wysypała zrobiłam mu awanturę to na mnie nakablował. Zabrali mnie z domu w wolną sobotę rano i zawieźli na przesłuchanie. Pytali i pytali, a jeden z SB-ków zapisywał to na maszynie. Tak powoli, że zaproponowałam pomoc, bo kiedyś skoczyłam kurs pisania na maszynie.

– Skorzystał?

– Wyobraź sobie, że nie. Po kilku godzinach powiedział, że za fałszywe zeznania dostanę pięć lat więzienia i będę siedzieć ze złodziejkami i morderczyniami.

– Przestraszyłaś się?

– Pewnie, że tak. Ale w nocy, w celi aresztu doszłam do wniosku, że najwyżej będę prowadzić więzienną bibliotekę. I to był przełomowy moment. W poniedziałek znowu przez wiele godzin mnie przesłuchiwali a na koniec wkurzony tym, że nie spełniam jego oczekiwań, Sb-ek powiedział mi największy komplement jaki w życiu usłyszałam, ewidentnie chcąc mnie obrazić:  „nie rozumiem kto panią wybrał przewodniczącą „Solidarności”, albo pani jest taka głupia albo tak dobrze udaje”. No i  w nagrodę wylądowałam w Ośrodku dla Kobiet Internowanych w Gołdapi.

– A gdzie to jest? I dlaczego nic o tym nie wiem?

– Nie chciałam cię obciążać tymi wspomnieniami. A Gołdap to miejscowość na północnym wschodzie Polski. Wtedy blisko granicy z Ruskimi.

– I gdzie was ulokowali?

– W domu wczasowym dla pracowników radia i telewizji, cztery kilometry za miejscowością. I wylądowała tam, między innymi, dziennikarka telewizyjna Ewa Komorowska, która wcześniej była tam na wczasach.

– Ładne rzeczy! Ile tam was było?

– Od 6 stycznia 1982 roku do 24 lipca przewinęło się 392 kobiety. Jedne były krócej, inne dłużej, ja niecałe trzy miesiące. Najwięcej z Dolnego Śląska, w tym z Wrocławia. Budynku pilnowali młodzi poborowi żołnierze z bronią i  psami. Powiedziano im, że kobiety to morderczynie, złodziejki i prostytutki.

– A jak było w środku?

– Normalny dom wczasowy, zbudowany w lesie  na 2 poniemieckich bunkrach. Tyle, że pokoje zostały zagęszczone, w większości z dwójek do czwórek. Przy każdym pokoju była łazienka. Siedziałam w trzech różnych pokojach. Najpierw na parterze, który po miesiącu zajęli pracownicy służby więziennej – kobiety i faceci. Przeniesiono nas na pierwsze i drugie piętro. Przez następny miesiąc mieszkałam z toruniankami, a ostatnio z dwoma wrocławiankami.

– I jak ci tam było?

– Jak to w więzieniu ale takim trochę lepszym. Gdy trzeba było zawożono nas do lekarza a potem zainstalowano dentystę na miejscu bo wyjazdy były okazją do niepożądanych kontaktów z tubylcami.

– A jak się zachowywali funkcjonariusze?

– Kobiety to chyba były więzienne psycholożki lub pedagożki, które narzekały, że internowane nie chcą z nimi współpracować. Pewnie przyzwyczajone, że więźniarki były do tego bardzo chętne. A my, przynajmniej zdecydowana większość, jakoś nie.

– Oj, niewdzięczne wy baby, niewdzięczne.

– Sytuacja i internowane były nietypowe. Mnie wcześniej wywalili z pracy więc nie wiedziałam czy dostanę, po powrocie, jakąkolwiek. Tak więc gdy pod koniec trzeciego miesiąca pobytu przyjechali wrocławscy esbecy i zapytali co by było gdyby mnie zwolnili to odpowiedziałam: teraz? Gdy minęły trzy miesiące wypowiedzenia i nie wiem czy gdzieś mnie zatrudnią? Teraz to ja mogę siedzieć.

– Potulna to ty nie byłaś, ha, ha, ha.

– Jakoś nie. Poza tym tam w ośrodku takie były nastroje, że załamywały się tylko osoby psychicznie osłabione przez młody wiek, czyli brak doświadczenia, ciepły dom rodzinny,  czy sytuację rodzinną.

A teraz w tym budynku jest sanatorium, którego właścicielem jest były esbek, taki chichot historii.

Więcej:

https://encysol.pl/es/encyklopedia/hasla-rzeczowe/14087,Osrodek-Odosobnienia-dla-Internowanych-Kobiet-w-Goldapi.html#

Przedwojenny skarb

Alek Rogoziński – Teściowe muszą umrzeć, Wydawn. WAB 2020

WSTĘP: „Nie skarby są przyjaciółmi, ale przyjaciel skarbem” Epiktet

O autorze:

Alek Rogoziński urodził się  w 1973  r. w Warszawie. Jest dziennikarzem, redaktorem, autorem komedii kryminalnych i powieści obyczajowych. Od połowy lat 90. pracował w różnych stacjach radiowych, w latach 2007 – 2020  w dwutygodniku „Party”. Od 2020 roku koncentruje się na pisaniu książek. Debiutował powieścią „Ukochany z piekła rodem” (2015 rok). Napisał też „Jak  cię zabić kochanie?”, „Do trzech razy śmierć”, „Lustereczko, powiedz przecie”, „Zbrodnia w wielkim mieście”. 

O książce:

Autor postanowił od początku poznęcać się nad czytelnikami. Z góry uprzedził, że sam już wykopał skarb o którym opowiada. Jakżesz mi przykro ale nie jestem zachłanna więc książkę przeczytałam.

Ale ad rem – we wrześniu 1939 roku niestarsi panowie dwaj coś zakopują w piwnicy. Po wojnie wybudowano tam blok mieszkalny. Skarb każdemu by się przydał, więc szukających jest wielu.

Mamy tu parę wyrazisto – zabawnych postaci, w tym teściowe młodego małżeństwa: Amelii bibliotekarki i Janusza grafika. Różnią się one między sobą jak ogień i woda, niebo i piekło, bigos i szarlotka. Jedna to Kazimiera dewotka, zwolenniczka obecnej partii i fanka Zenka M., uważa, że ktoś spolegliwy to taki co „lubi se poleżeć”. Jej mąż stoicyzmem przypomina mi Ryszarda z serialu „Co ludzie powiedzą”. Druga to Maja,  z zawodu adwokatka angażująca się w uliczne protesty, a jej mąż w zażywanie viagry.

Kandydatem do posiadania skarbu jest też gruby szef półświatka Tygrys Złocisty z rozkoszą nazywający bliźnich a to salamandrą plamistą, a to jelonkiem lampasowym. Poza tym Sylwek i Patryk obiboki, Alojzy hazardzista, zbuntowana nastolatka, bracia Krecikowie i parę jeszcze innych osób,

Dla obyczajowego kolorytu bloku autor dodał Pelagię nie lubiącą przeciągów, oblewającą sąsiadkę kocimi sikami za co ukarał ją wysłaniem na tamten świat.

Kazimiera działa z młodym księdzem poruszającym się bmw a nie rowerem i marzącym o wystąpieniu w serialu. Spada na niego piwniczny regał a ratuje go gej wzięty za anioła.

Autor, stosując humor normalny i czarny, mnoży wątki i myli tropy wodząc czytelnika za nos po piwnicach i okolicach.

No sami przyznacie, że czytając łatwo nie było.

Upalne miasto 9

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*************************************************************

Burza nadeszła znienacka. Deszczu strugi zatkały studzienki uliczne, pioruny waliły jak opętane i grzmiało jakby wszystkie  trąby świata zebrały się na sądzie ostatecznym i urządziły popisowy koncert.

Karol z Felkiem, odważne chłopaki,  schowali się pod kołdrę.

Barbara usiadła na tarasie popijając ulubionego drinka i wołając:

– Paweł, przynieś mi aparat fotograficzny, takie piękne pioruny trzeba uwiecznić.

– Ale ja się boję burzy – usłyszała z najciemniejszego kąta.

– Faceci – westchnęła. Wstała i przeszła do salonu. W tej chwili piorun uderzył w wysokie drzewo rosnące blisko tarasu.

– Widzisz co by się stało gdybyśmy tam byli? Zabiłoby nas! – krzyknął rozdygotany Paweł i na ugiętych ze strachu nogach podszedł do barku gdzie zaserwował sobie solidną porcję czystej wódki.

– Nic by ci się nie stało, złego licho nie bierze – bezlitośnie powiedziała pani domu.

– Ale ja jestem dobry – rehabilitant prawie się rozpłakał. Wlał w siebie wódkę i sięgnął po następną porcję.

– Przestań chlać, czas na masaż a po nim… – zawiesiła głos.

– Po nim bieżnia, rower i prysznic – dokończył Paweł.

– Głupiś! Nie to miałam na myśli. Ostatnio się obijasz za bardzo, od rana nic nie robisz, nawet nie ćwiczysz.

– Czasem mogę odpocząć, prawda?

– To twoje czasem staje się nagminne. Do roboty! Nie będziesz mi tu zalegiwał za frico.

Ewa już ubrana stała w oknie apartamentu klienta, który okazał się, pod każdym względem, młokosem. Chciała jak najszybciej znaleźć się w domu, bo zaczął coś bredzić o miłości a nawet małżeństwie.

– W głowie mu się przewróciło od rodzicielskich pieniędzy – pomyślała. Nie uczy się, nie pracuje, śliczny nie jest a w dodatku w łóżku trzy ruchy i koniec balu. No i zakochał się, kretyn. Czy on myśli, że całe życie o takim niedojdzie marzyłam? A teraz śpi bo się strasznie zmęczył. Idę.

Zabrała pieniądze, schowała do torebki i wyszła.

Agata z Kaśką siedziały przy laptopie i organizowały swoje przenosiny na Kretę. Chciały jak najprędzej załatwić transport części mebli i pozostałego dobytku. Na szczęście mogły to zrobić z pomocą Wieśka, którego kumpel zajmował się różnymi biznesami, w tym i transportem międzynarodowym. Kwestię stanowił jego rodzaj – pociąg i statek czy samolot.

Wprawdzie załamały je wymagania jakie muszą spełnić, aby tam osiąść na stałe ale postanowiły się nie poddawać. Dom mają więc dach nad głową jest.

– Grecką biurokrację siłą spokoju też załatwimy – postanowiły.

Zapłodnienie jednej z nich  już się dokonało i tylko czekały na wynik. Spermę wzięły z banku.

Anna ustawiała przypomnienia w telewizji kablowej na oglądanie horrorów. Tylko takie filmy ją bawiły i poruszały. No, jeszcze angielskie seriale komediowe. Lubiła na przemian pobać się i pośmiać. Taki płodozmian filmowy stosowała. Natomiast nie oglądała relacji sejmowych i wypowiedzi rządzących polityków, bo od tego psuły się jej zęby i wykrzywiała proteza górna. Dolna też. Unikała też używania łaciny kuchennej a musiałaby rzucać mięsem i nieapetycznymi wiązankami, a jako damie nie bardzo jej wypadało. Postanowiła, w ramach rozrywki, napisać wspomnienia i zatytułować „Pocałujcie mnie w … pępek” i złośliwie opisać wszystkich, którzy jej podpadli. Już wymyśliła pierwsze zdanie: „Rodziłam się pośladkowo i tak mi zostało”.

W salonie kosmetyczno – fryzjerskim „AnEwa” klientki bardzo się rozgadały. Tym razem o szkolnych koleżankach. Zaczęła Magda, była żona Wieśka, peelingując klientkę kawitacyjnie.

– W podstawówce miałam koleżankę, jedynaczka hołubiona przez babcię, matmę i ojca. Bardzo humanistycznie uzdolniona, łacina to dla niej było małe miki, w dodatku miała  świetną pamięć. Jednak bardzo egocentryczna, potrafiła zrobić koleżance awanturę, że się zadawała też z inną, a nie tylko z nią.

– Pewnie uważała, że jest pępkiem jej świata – powiedziała czesana za parawanem klientka.

– Straszny z niej był wampir energetyczny, kogo dopadła to się w niego wpijała i ssała. Potem się dziwiła, że ludzie jej unikają.

– A ładna chociaż była?

– Stereotypowo patrząc to nie. Ale gdyby o siebie dbała to mogłaby być interesująca. Niestety, zamiast w dbanie poszła w palenie i picie. Raz mi powiedziała, że najbardziej lubi  niedomyta i niedoprana siedzieć w towarzystwie z butelką piwa.

– Z lumpowej rodziny pochodziła?

–  A skąd! Z inteligenckiej, skończyła studia, pracowała ale się staczała. Ciągle w poczuciu niesprawiedliwości, że gorsza, według niej, koleżanka jest zadbana i lubiana więc jej dokopywała. Potem jeden zawał,  drugi i zaświaty.

– A miała męża i dzieci?

– Nie, bo wszyscy faceci od niej uciekali. Trudno im się dziwić, nie dawała chwili oddechu.

Fryzjerka Gosia rozrabiając farbę powiedziała:

– Ja miałam koleżankę w szkole bardzo ładną, zdolną, bardzo wygadaną i oczko w głowie matki – wdowy. Przez całe życie jest bardzo zajęta i przejęta tylko sobą. Jeśli ktoś miał władzę czy według niej był lepszy to się podlizywała, a jak kogoś uznała za gorszego od siebie to lekceważyła, wykorzystywała i oczekiwała zachwytów.

– Pewnie była zdziwiona, że ich nie było.

– Bardzo. Ciągle szukała ofiar, które byłyby tłem dla jej świetności. I nie pomogło udane małżeństwo, dzieci, wspomagająca przy ich wychowaniu matka oraz kariera naukowa. Też zabija się paleniem i piciem.

– Skąd to się bierze, jak myślicie? – spytała słuchająca tego Ewa.

– Pojęcia nie mam, to tylko jakiś bardzo dobry psycholog mógłby odpowiedzieć – stwierdziła masująca twarz klientki kosmetyczka.

– Ja natomiast miałam koleżankę, która na skutek odrzucenia przez matkę i ojca jej dziecka całe życie szukała potwierdzenia swojej wartości u facetów. Ale nie była w stanie utrzymać związku, bo oczekiwała, że wszyscy wokół będą robić to co ona chce i znosić jej rozchwianą psychikę. Nawet była kilkakrotnie na terapii ale nic nie pomogło. Zapiła się na śmierć.

– Podejrzewam, że zawodowo wszystkie trzy dawały radę a prywatnie okazywały brak dojrzałości i inteligencji emocjonalnej. Niezbadane są meandry psychiki ludzkiej – powiedziała Ewa, wyjęła z szuflady telefon i zadzwoniła do babci.

– Może przyjdziesz do salonu, uczeszę cię a Magda dopieści twoją cerę? Tak za godzinę może? Burza już przeszła, tylko trochę pada. No to czekamy.

Upalne miasto 8

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki lub relację z prywatnych wydarzeń. Miłej lektury 🙂

**************************************************************

Po ulubionej rozrywce gracze wybrali się na spacer cichymi uliczkami osiedla. W pewnej odległości zobaczyli dwóch mężczyzn z rowerami i załadowanymi przy nich przyczepkami.

– To Edek i Wacek, moi znajomi. A właściwie znajomi mojej koleżanki. Edek był w psychicznym i fizycznym dołku. Helena uratowała mu życie i z pomocą Wacka wyprowadzili na prostą – powiedziała Anna.

– Jak fajnie jest usłyszeć, że ludzie sobie pomagają a nie dokopują – stwierdził hazardowy kolega. To takie rzadkie jest.

W domu seniorka postanowiła odpocząć przy cichej muzyce i lekturze powieści Julii Gambrot „Różany eter” opisującej dzieje studentki medycyny, na początku XX wieku w Breslau.

Po masażu Barbara przeciągnęła się leniwie, ziewnęła i rzekła:

– Będę ci mówić po imieniu. Chodź ze mną, pokażę ci skąd masz wziąć pościel i ręczniki. Pokój nie jest posprzątany, musisz zawsze sam o to  dbać. Ręczniki będziesz zmieniać co tydzień, pościel co dwa. Kabinę prysznicową z wc będziesz miał osobną tylko dla siebie. Też bez obsługi, nawet jak będzie nowa pomoc domowa. Sam będziesz sobie przygotowywał posiłki dopóki kogoś nie zatrudnię ale nie przyzwyczajaj się do wszechstronnej obsługi. Prać i prasować też będziesz sam.

– Wieśkowi też takie warunki postawiłaś gdy się tu wprowadzał? – spytał zaskoczony Paweł.

– Oczywiście. Mam na głowie sklepy więc nie zamierzam zajmować się jeszcze tobą.

– A kiedy zatrudnisz nową gosposię?

– Casting już rozpoczęłam, na pewno nie będzie to osoba młoda i ładna – roześmiała się widząc zawiedzioną minę masażysty.

– Naprawdę myślałeś, że sprowadzę tu jakąś laskę w dodatku chętną umilać ci noce i dni, no nie bądź naiwny – dodała.

– Ależ nie, ależ skąd – fałszywie zapierał się Paweł myśląc w duchu: a to wredna i wyrachowana baba. Ale za darmowe mieszkanie warto pocierpieć.

Rozmowę przerwało wejście Wieśka, który trochę się zdziwił:

– Myślałem, że już pan skończył renowację Baśki, he, he, he.

– Nie dość, że nie skończył to z nami zamieszka, w pokoju gościnnym.

– A ja?

– A ty przeniesiesz się do pokoju nad garażem. Tam jest  mała łazienka, aneks kuchenny i nareszcie będziesz miał wolność o której tak często mówisz. Weź z pokoju gościnnego pościel, ręczniki i swoje kosmetyki. Za prąd i wodę nie musisz płacić, podłączona pralka jest w garażu tylko musisz mieć swój proszek. Jak chcesz mieć wyprasowane ciuchy to kup sobie żelazko.

– Feminizm posunął się stanowczo za daleko – pomyślał Wiesiek. Ten polityk ma rację, że baby to powinny być tylko do garów, rodzenia dzieci i obsługiwania swego pana.

– Ale będę mógł masować i trenować jeszcze inne pacjentki – zatroskał się o swoje dochody i odrobinę wolności Paweł.

– Oczywiście, nawet dostaniesz moje auto, ja będę używać tego po mężu. Do roboty panowie, nie stać proszę, nie gapić się z głupimi minami tylko wykonywać to co poleciłam. Bez narzekania i sprzeciwu – zakończyła pani domu przechodząc do swojego gabinetu.

Dom na parterze składał się z dużego salonu z wyjściem na taras, dużej kuchni łączącej się rozsuwanymi drzwiami z salonem, gabinetu pani domu gdzie załatwiała sprawy służbowe, pokoju SPA zawierającego dwa pomieszczenia wypełnione stołem do masażu, rowerem stacjonarnym, bieżnią i osobny prysznic z wc.

Górną część zajmowała sypialnia pani domu i pokój gościnny, sypialnia męża Barbary – wszystkie z łazienkami i toaletami. Zaadaptowano też poddasze dla pomocy domowej. Poziom -1 zawierał, obok garażu męski pokój (też z sanitariatami) gdzie Jan z kolegami i wspólnikami załatwiali interesy oraz oddawali się ulubionym rozrywkom. Barbara nie sprawdzała jakim. Po śmierci męża zamknęła pomieszczenie na cztery spusty, aby nie dopuścić do dalszego ciągu rozpusty.

Ewa wróciła do domu po siódmej rano i zmęczona położyła się spać. Lubiła tego klienta ale jego pomysły na seks były bardzo męczące.

– Chyba bierze za dużo viagry albo stosuje wspomagacze typu mucha hiszpańska. To substancja pozyskiwana od chrząszcza noszącego niespecjalnie namiętną nazwę, mianowicie pryszczel lekarski, ha, ha, ha. Wolę truskawki, czekoladę lub małże. Bo nie zamierzam robić dawnych mikstur jak te:

Proszek afrodyzyjny:

wziąć po trzy grosy cynamonu, korzenia Dzięga, goździków, kwiatów muszkatołowych, gałki muszkatołowej, liści indyjskich i galangi, po grosie nardu indyjskiego, dużego i małego kardamonu, półtora grosa imbiru, po dwa grosy drewna aloesowego, żółtego sandałowca i długiego pieprzu. Wszystko zmielić. Zażywa się po pół grosa w bulionie albo w dobrym winie.

Wyjaśnienia:

Galanga – roślina o imbirowo-pieprzowym smaku, podobna z wyglądu do imbiru,

Nard indyjski – nazwa roślin z rodzaju kozłek

Tynktura afrodyzyjna:

Wziąć cztery piędzi ros Solis, po uncji cynamonu, gałki muszkatołowej, kwiatu muszkatołowego, Gożdzików, imbiru, nieco piżma, osiem funtów winiaku. Wymieszać wszystko razem i odstawić na dwadzieścia dni, potem odlać tynkturę, rozpuścić w niej funt cukru i zatkać w osobnym naczyniu, gotową do użycia. Pić po łyżeczce do kawy.

Wyjaśnienia:

Ros Solis to inaczej róża słoneczna; jej czerwona płatki wyrastają z łodygi; przy liściach pojawia się puch czerwony; kwiat ten jest owadożerny; rzekomo zewnętrzne zastosowanie tej rośliny ułatwia poród.

Tynktura – nalewka, roztwór

Ewa po czterech godzinach wstała, wzięła prysznic („wziął prysznic i tyż nic” zaśmiała się na wspomnienie jednego z klientów), włożyła bieliznę, krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, zaparzyła w kawiarce ulubiony napój, wyjęła z chlebaka kromkę grahama a z lodówki plaster białego koziego sera. Posmarowała go miodem i usiadła przy stole przeglądając smartfona.

– Przez pandemię mam długi to sobie muszę jakoś radzić. Bycie call girl mi pasuje. Mam w dupie co inni o tym myślą – poprowadziła mini monolog wewnętrzny.

Po śniadaniu zapukała do Anny:

– Czy mam ci coś kupić? – zapytała.

– Przygotowałam kartkę a tu masz pieniądze.

– Nie trzeba, rozliczymy się później, pa.

Sfrustrowany Wiesiek zabrał swoje lary i penaty z pokoju gościnnego przenosząc je do lokalu nad garażem. Otworzył okno, pościelił łóżko, rozłożył i powiesił ubrania.

– No i fajnie – pomyślał. Przynajmniej nie będzie mnie bez przerwy napastować. Pawełek zobaczy jak to fajnie być zależnym od nimfomanki. Też sobie zamówię jedzenie pudełkowe. Widzę, że jest lodówka,  czajnik, kubek, talerzyki i sztućce, kawa i herbata, dobra nasza. Laptopa i smartfona mam. Będę wolny, wolny, wooooolny – zaśpiewał  wdzięczny losowi za tę zmianę.

Upalne miasto 7

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Karol siedział sfrustrowany głaszcząc pupila i rozmyślając jak by zmusić macochę do szybkiego działania w celu go dofinansowania.

Wstał z fotela ostrożnie kładąc Felka na ogrzany swoim ciepłem mebel i przeszedł do łazienki. Obejrzał się w lustrze, uznał, że nieogolony i nieuczesany wygląda świetnie, założył wczorajszą koszulkę, spodenki do kolan i sandały z wyprzedaży. Wyprężył wąską klatę i zadowolony z siebie bardzo wszedł do kuchni. Tam otworzył lodówkę, wyjął piwo i chipsy. Stojąc wypił i zagryzł a kot wszedł miaucząc ponaglająco.

– Jasne, jedzonko dla Jaśniepana obowiązkowo dostarczone być musi – powiedział wyciskając z saszetki pokarm. Pogłaskał kocurka, nalał świeżej wody do drugiej miseczki i powiedział:

– Idę do tej małpy, może wydębię jakąś kasę.

Z przedpokoju wyciągnął rower pamiętający PRL i pełen nadziei na lepsze jutro udał się w drogę na drugi koniec miasta.

Po godzinie prawie osiągnął cel, jeszcze tylko jeszcze skręcił w prawo i zatrzymał się przed furtką. Nacisnął dzwonek, raz, drugi, trzeci ale bez efektu.

– Tak być nie będzie – zacytował bohatera telewizyjnego serialu. Postanowił okrążyć posiadłość i znaleźć najsłabsze ogniwo ogrodzenia.

Trochę szedł, trochę się skradał, trochę przeklinał bo nie lubił się wysilać. W końcu znalazł wyłamany szczebel ogrodzenia i przecisnął się wraz z rowerem. Rozejrzał się i uznał, że jest blisko tarasu, musiał tylko przedrzeć się przez kępę kolczastych róż, które podarły mu odzienie.

– O nie! – wykrzyknął. Moje najlepsze spodenki. Dobrze choć, że z boku a nie z przodu – pocieszył się idąc powolutku.

Dotarł do tarasu  na którym stał komplet ogrodowych mebli. A  stolik zastawiony był jedzeniem i piciem. Karol nigdy nie gardził darmochą, więc usiadł w wiklinowym fotelu i zabrał się do pałaszowania świeżutkich rogalików dodając  do nich masła i miodu. Do filiżanki nalał kawy z dzbanka  – termosu i wyciągając przed siebie nogi westchnął zadowolony.

– Takie życie to ja lubię – stwierdził sięgając po sok grejfrutowy.

– A ty co tu robisz? – usłyszał głos macochy.

– Jem, nie widzisz? – odparł nieskonfundowany pasierb.

– A już won mi stąd! – usłyszał.

– Jeszcze czego! Twoje róże podarły mi spodenki. Żądam odszkodowania!

– A coś ty robił w różach? Ktoś cię tu w ogóle prosił?

– Nie otwierałaś furtki to sobie inaczej poradziłem – dumnie pochwalił się swoją zaradnością.

– No to muszę sprowadzić fachowca, żeby sprawdził ogrodzenie, tyle z tego dobrego.

– Widzisz jaki jestem przydatny, mogłabyś to mi wynagrodzić brzęczącą monetą lub chociaż codziennymi posiłkami.

– Jak cię znam wolałbyś banknoty o wysokim nominale.

– Pewnie, że bym wolał. Moneta to przenośnia.

– Dosyć tych pogaduszek, spadaj!

– A co? Zaraz przyjdzie kochanek czy kosmetyczka z zastrzykiem oraz przystojny masażysta? – zakpił Karol.

– Nie twoja sprawa. Pilnuj swego nosa.

– Pójdę jak dostanę trochę kasy. Kot mi głoduje – manipulacje nie były gościowi obce.

– Masz tu pięćset złotych i już cię nie ma! – wkurzona Barbara wyciągnęła z torebki pieniądze i wetknęła je nachałowi do kieszonki.

– Idę, już idę! – powiedział pasierb powoli wstając i brzoskwinię dogryzając.

Zszedł z tarasu, ujął rower za kierownicę i noga za nogą skierował się w stronę furtki. ­

Blisko domu minął faceta z bicepsami i pachnącego olejkami do masażu. W pewnym odstępie za nim energicznym krokiem szła kobieta z torbą wyglądającą na lekarski sakwojaż.

– Baśka pogotowie remontowe pewnie wezwała – pomyślał Karol zamykając furtkę.

W baśkowym gabinecie odnowy składającym się z pokoju kąpielowego, kosmetycznego i treningowego rozpoczął się ulubiony rytuał pani domu. Dwa razy w tygodniu masaż ciała i twarzy,  codzienne ćwiczenia z osobistym trenerem oraz, w pewnych odstępach czasu, zastrzyki wypełniające zmarszczki.

Gdy kosmetyczka już zrobiła swoje i wyszła leżąca Barbara zapytała:

– Jak się panu wiedzie Pawełku? Wszystko dobrze?

– No właśnie, nie za bardzo. Wypowiedziano mi mieszkanie i nie mam gdzie się podziać.

– To może tutaj pan zamieszka, mam wolny pokój gościnny.

– A co na to pan Wiesław?

– Och, jakoś sobie z nim poradzimy – lekceważąco machnęła ręką masowana pacjentka.

– Ja bym na jego miejscu nie odpuścił.

– Pan jest młody, przystojny i pełen werwy. A Wiesiek, cóż – ma swoje lata i ograniczone możliwości. Wyprowadzi się do pokoju nad garażem a jak mu się  nie spodoba to jego problem.

Ewa wyszła ze swojego gabinetu kosmetycznego odbierając telefon.

– Tak, jestem już wolna. Na ile i za ile? Noc, to znaczy od siódmej wieczorem do siódmej rano dwadzieścia tysięcy. Nie, nie mam promocji. No to będę za godzinę.

Włożyła smartfona do torebki i zdążając w kierunku zaparkowanego niedaleko auta parsknęła:

– Promocja, też coś! Co to ja jestem serek z Biedronki?

Wsiadła do auta i pojechała na  umówione, nie bezinteresowne spotkanie.

Anna też była umówiona. Z czwórką znajomych, od lat,  oddawali się hazardowi grając w pokera. Na pieniądze, wprawdzie sumy nie były wielkie ale w ciągu popołudnia i wieczora potrafiła wygrać sto złotych. Rzadko przegrywała bo pokerowe miny miała. Spotykali się raz w tygodniu,  naprzemiennie w swoich domach,  mieszkali bowiem na jednym osiedlu. A wygrane pieniądze przejadali w najbliższą sobotę lub niedzielę w osiedlowej restauracji. Mieli więc trochę emocji i przyjemności. Bo nie zamierzali starzeć się z godnością.

Grając popijali co kto lubił – wodę, sok, kawę, herbatę a nawet piwo. Wprawdzie od piwa głowa się kiwa a czasem i rozum ale piwosze to lekceważą.

Upalne miasto 6

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki. Miłej lektury 🙂

****************************************************************

Anna zapakowała do torby na kółkach, opłacone w samoobsługowej kasie,  zakupy. Wstawiając firmowy koszyk w drugi nie doczekała się pomocy ze strony pracownicy obok stojącej.

– Pewnie jednozadaniowa jest, pomaga tylko przy kasach. Do koszyków powinien być, według niej, osobny personel. Koniecznie wysoko wyspecjalizowany – złośliwie trochę pomyślała seniorka.

W sklepie obok nabyła ekologiczny papier toaletowy czym torbę dobiła aż ta sapnęła przepełnioną się czując.

– Spoko, opróżnisz się w domu – uspokoiła kółkową zakupową.

Wdrapując się na swój szczyt, bo winda akurat się zacięła,  seniorka przystawała na półpiętrach zastanawiając się nad koncepcją remontową spółdzielni, która pomalowała tylko część wejściową klatki schodowej i to od strony podwórka.

– Ale kto zrozumie tych wszystkich  trzymających władzę? – retorycznie zapytała.

W mieszkaniu rozpakowała torbę postanawiając wstawić mąkę i cukier w pawlaczu i przy okazji wytrzeć tam kurze. Rozstawiła drabinę i weszła na trzy stopnie. Wyjęła paczuszkę, która okazała się mąką kukurydzianą. Woreczek foliowy nie uchronił jej przed inwazją moli.

– Niech je szlag – zaklęła. Nic nie pomaga, odporne są cholery.

Owinęła zamoloną mąkę w jeszcze dwa woreczki postanawiając jak najszybciej to plugastwo wyrzucić. Ledwie odstawiła drabinę do kąta rozległ się dzwonek u drzwi. Otworzyła i widząc wnuczkę zawołała:

– O, Ewunia! Kochanie, co się stało, że tak niespodziewanie przyszłaś?

– Zobaczyłam, babciu przez okno, że idziesz z torbą pełną zakupów. Przecież nieraz ci mówiłam, że skoro mieszkam obok ciebie to mogę nawet codziennie coś ci kupić.

– Ja wiem ale chcę, póki mogę, być samodzielna. Ale na przyszłość będę kupować tylko lekkie rzeczy a ty te cięższe. A czy dzisiaj coś jadłaś? Wiem, że jesteś weganką i martwię się o twoje zdrowie.

– Wszystko w porządku, nie martw się. Napisz mi na kartce czego potrzebujesz to wstąpię do ciebie wieczorem i porozmawiamy. Opowiem ci o naszym biznesie – pocałowała Annę w policzek i poszła do siebie.

Barbara telefonicznie umówiła się na zastrzyki wypełniające zmarszczki. Chciała być wygładzona na pogrzebie, żeby wkurzyć   zawistne żony kumpli męża.

– Niech mi zazdroszczą, że nie dość, żem piękna i ponętna to jeszcze niezależna od grubego i nudnego faceta – pomyślała przeglądając się w lustrze damskiej łazienki. – I wcale nie muszę pytać lustereczka kto jest najpiękniejszy w świecie, bo to jasne.

Wiesiek wyszedł z  łazienki wycierając się błękitnym ręcznikiem.

Spotkali się w sypialni gdzie z podziwem dla siebie samego przejrzał się w dużym lustrze. Byłby idealnym okazem samca gdyby nie odklejający się tupecik i brak trójki w górnej szczęce.

– Śniadanko czy kochanko?  – spytał Baśkę.

– Kochanko, bo Marysi już nie ma a ja nie będę cię kulinarnie obsługiwać. Póki kogoś nie zatrudnimy sam sobie rób posiłki –odpowiedziała. Jej rozchylający się szlafroczek był lekki jak obłoczek.

– A ty co? Powietrzem żyjesz?

– Zamówiłam dietetyczne jedzenie na cały dzień. Dostawa jest codziennie rano.

– A o  mnie nie pomyślałaś?

– Rączki masz, lodówka pełna, zrób to sam.

– Dobrze, najpierw seks a potem przyjemność – zażartował.

– Ja ci dam takie żarty! Bo wrócisz do swojego mieszkania, które właśnie wynająłeś.

– A skąd wiesz?

– Bo wynajęły je córki mojej znajomej, ha, ha, ha. A teraz koniec gadania i łóżko z poduszką.

Rzeczywiście nie gadali, raczej wzdychali a potem wstali i prysznicem się oblali.

Barbara otworzyła pierwsze pudełko zawierające śniadanie. Wiesiek wzdychając i pod nosem narzekając otworzył lodówkę.

Zadzwonił telefon.

– Czy już wiesz ile jest wart dom i kiedy dostanę swoją działkę?– zapytał Karol.

– Przestań mnie nagabywać, dostajesz co miesiąc kasę, musi ci wystarczyć. Oceniacz powiedział, że to potrwa co najmniej trzy miesiące.

– To daj mu w łapę, niech przyspieszy.

– Sam mu daj, mnie się nie spieszy.

– Jeszcze czego – warknął ubogi dziedzic mniemanej fortuny.

   Wieczorem Ewa wracając z pracy ponownie  spotkała Karola.

– O, dzień dobry! Pan tu jeszcze? Spadek dopiero w drodze? – zakpiła.

– A żeby pani wiedziała. Macocha złośliwie nie chce przyspieszyć wyceny domu i ja się tak tu męczę.

– Współczuję, ale rozumiem, że pracuje pan i nieźle zarabia.

– Praca nie jest dla człowieka bo go męczy.

– Pan to powinien mieć koszulki z takim hasłem.

– A wie pani, że to świetny pomysł? Zaraz sobie ją zaprojektuję i zamówię.

   Ewa zastukała do drzwi Anny.

– Jestem babciu – powiedziała wchodząc z torbą pełną zakupów.

– A ja przygotowałam świeżą herbatę i wafle przekładane kajmakiem oraz kwaskowatym dżemem.

– Uwielbiam to i ciebie – Ewa pocałowała seniorkę w policzek.

– To teraz opowiadaj jak idzie nasz biznes. Prowadziłam go przez trzydzieści lat zanim ci go przekazałam ale ciągle jestem ciekawa co się tam dzieje.

– Pamiętam, od dziecka lubiłam tam przychodzić, przyjemnie pachniało chyba że fryzjerka robiła trwałą.

– Tak, kiedyś ten zabieg trochę śmierdział, nie to co teraz. Za to maseczki kosmetyczne i kremy zawsze pachniały.

– Nadal klientki opowiadają o sobie i plotkują. A propos spotkałam w windzie sąsiada Karola. Tego co to spadł i do mnie wpadł. Zmarł jego ojciec i nie może się doczekać spadku.

– A co? Nie pracuje?

– On z tych co to „ni mom chęci do roboty, ani rano, ni wieczorem…” choć jest zdolnym grafikiem.

– Pewnie najchętniej zostałby z zawodu dyrektorem.

– Oj, pewnie tak. Albo utrzymankiem. Miał trzy żony, czwarta kobieta właśnie od niego odeszła.

– Bidulek, widać bardzo potrzebuje kasy i zachwytów.

– Jak będzie miał kasę to i zachwytów nie zabraknie.

– Pod warunkiem, że nie będzie skąpy – dodała, doświadczona życiem, babcia.

Kotka pisarka

Cristian Teodorescu, Octavian Mardale – Kocie opowieści, Wydawn. Amaltea, Wrocław 2019

WSTĘP: „Zabrałam się do napisania tych opowiastek , czy jak je tam zwał, dla siebie i dla kotek, z którymi miałam kontakt”.

O autorach:

Cristian Teodorescu urodził się 10 grudnia 1954 roku, w Medgidii (Rumunia). Po studiach filologicznych krótko pracował jako nauczyciel. Od 1987 roku jest dziennikarzem i redaktorem prasowym. Zadebiutował w 1985 roku zbiorem opowiadań „Mistrz oświetlenia”, potem opublikował powieści „Sekrety serca” i „Faust opowiedziany moim dzieciom”, kilka tomów opowiadań m.in. Kocie opowieści” i powieść „Droga cnoty. Księga psa”.

Octavian Mardale – urodził się w 1960 roku, jest absolwentem Narodowego Uniwersytetu Sztuki w Bukareszcie, artysta grafik, designer i performer.

O książce:

Tomik składa się z  56 krótkich rozdziałów i dodatku „Okiem redaktorki”. Całość urozmaicona jest kolorowymi rysunkami Octaviana Mardale.

Dowiadujemy  się skąd pochodzi pisząca kotka, dlaczego ma tylko jedno oko i jak trafiła do domu obecnych opiekunów, czyli rodziny pisarza. W domu są też inne zwierzęta – psy i koty.

Kocia autorka dowcipnie opisuje relacje między domownikami, ich zwyczaje. Czasem wychodzi też na zewnątrz domu. Dzieli się z czytelnikami wspomnieniami z niełatwego dzieciństwa na wsi. A także dementuje lub potwierdza ludzkie opinie o kotach.

„Ileż to głupot wygadują o nas ludzie! I przekazują je sobie z pokolenia na pokolenie. Największą głupotą jest to, że niby nie kochamy swoich opiekunów! No przecież kochamy!”. I tu podaje różnicę w mentalności kotów i psów.

Pisze też o  kotach: „Nasza reputacja, że niby jesteśmy złodziejami, nie jest całkowicie bezpodstawna”.

Z rozdziału „Kot papieża” dowiecie się który biskup Rzymu i był miłośnikiem miauczących i jak jego kotka się wabiła. Puentą jest stwierdzenie: „…kotka…  papieża doszła do szacownego wieku… ale jest komunikatywna i … odkąd nie mieszka już w Watykanie z pewnością czuje się o wiele lepiej”.

Natomiast  z „Waniuszka” Oczko opowiada o rudym kocurze Putina a właściwie kilku –  jeden z nich jest dyplomatą specjalizującym się w byłych krajach komunistycznych, drugi rozmawia z  niemieckimi kotami w ich języku, inne z francuskimi, hiszpańskimi, włoskimi, chińskimi (jest ich tylu ile regionów i odmian języka w tym kraju) oraz hinduskimi pobratymcami. Kolega Oczka zna język rumuński, więc rozmowa popłynęła gładko a na koniec „…Waniuszka zaproponował, że zaśpiewa mi coś ze złotego repertuaru rosyjskich chórów, bo ruskie pierogi, wędzona ryba i i wódka nie wchodzą dobrze bez odrobiny muzyki”. Książkę opublikowano w 2017 roku, czy teraz autor umieściłby w zbiorze taki rozdział? Nie sądzę choć, według mnie,  autor kpi z otoczenia rosyjskiego satrapy w żywe oczy.

Wierzcie lub nie ale Oczko twierdzi, że koty mają swoją kocią międzynarodową sieć porozumienia, nie potrzebują Internetu i telefonów.

Z końcowego rozdziału „P.s. Moje prawa autorskie” dowiadujemy się, że Teodorescu znalazł w swoim laptopie folder „Opowieść Oczka” i wziął jak je swoje, bo nikt nie podpisałby umowy z kotem. To żart oczywiście.

A co zwierzęta naprawdę mogłyby powiedzieć o ludziach i świecie, nie tylko w wigilijną noc, gdyby umiały mówić i pisać? Strach pomyśleć.