Wirus smutku (cz. 25)

Na końcu każdego tekstu podaję datę powstania bo czasem umieszczam aktualne wydarzenia.

*****************************************************************************

   Helena pozbierała upadłe owady i wrzuciła do kubełka na śmieci. W łazience wzięła oszczędny prysznic  wcale nie dlatego, że „częste mycie skraca życie”. Włożyła uszytą przez siebie koszulę nocną z delikatnej bawełnianej kory w drobne kwiatki. Na to ulubioną  podomkę. Krótko popatrzyła w lustro myjąc twarz mleczkiem kosmetycznym.

  „Uroda mija, głupota i zły charakter zostają” – pomyślała pocieszająco.

    Przeszła do kuchni,  nalała herbaty z melisy i usiadła na ulubionym krześle tapicerowanym, wzięła książkę ze stołu i zaczęła czytać. Oczy jej się same zamykały, więc odłożyła powieść zaznaczając zakładką z kotami.

  Wstała i przeszła do nyży. Położyła się i zaraz zapadła w sen. Znalazła się nagle w garażu z filmu „Pół żartem, pół serio”. Nie zdążyła powiedzieć „uciekajcie” gdy wjechało auto z gangsterami, którzy zaczęli strzelać. Hałas ją obudził. Przestraszona nie wiedziała co się stało. Ale po chwili przewróciła się na drugi bok i zasnęła.

Rano niczego nie pamiętała. Ubrała się i po śniadaniu poszła na zakupy. Spotkała po drodze Edka.

  – Czy wiesz kiedy będzie pogrzeb żony Wacka? – zapytała.

– Tak, pojutrze. – Wybierze się pani?

– Nie, raczej nie. To już nie na moje siły. Na cmentarz pojadę innego dnia, aby sprawdzić jak wygląda grób mojej koleżanki.

– A dokąd pani teraz idzie?

– Na zakupy.

– To może pani pomogę nieść to co pani kupi?

– Oj, synku, bardzo chętnie skorzystam z twojej pomocy. Zrobię sobie jakieś zapasy. – A co słychać u Aldony?

– Miała zamiar coś szyć ale rozchorowała się jej siostra i tam poszła.

– Dobrą ma tę siostrę?

– Tak, lubią się. Gorzej ze szwagrem, to podobno gbur niechętny wszystkim.

– To dobrze, że nie musi już tam mieszkać.

– O, to pani już wie, że mieszkamy razem?

– Tak, Wacek mi powiedział. Dobrze się złożyło.

– Pewnie, nawet kot ją polubił – powiedział zadowolony Edek.

Zakupy zajęły trzy duże torby i nie były to reklamówki.

– Jeśli Aldona zajęta to zjedz u mnie obiad – zaprosiła Helena.

– Och, bardzo chętnie. Sam nie umiem gotować choć Aldona próbuje mnie uczyć.

– I jak ci idzie?

– Słabo, żaden ze mnie master chef.

– Och, to też jest kwestia wprawy.

Zanieśli zakupy do mieszkania Heleny przechodząc przez Park Tołpy.

– Pomogę pani się rozpakować i przyjdę o drugiej – dobrze?

– Tak, to dobra godzina, żebym zdążyła coś dobrego ugotować.

 W myśl zasady „Jesteś tym co jesz” Helena przygotowała obiad zdrowy i pożywny a na deser kisiel ze świeżymi malinami.

Edek przyszedł punktualnie z prezentem w postaci drewnianej szkatułki.

– Nie przeszkadza pani, że to jest znalezisko?- zapytał.

– Oczywiście, że nie. Przyda mi się na różne drobiazgi, dziękuję.

Usiedli przy stole, nalali sobie zupę na talerze i Edek powiedział:

– Wacek prosił, aby pani przyszła na pogrzeb jego żony. Będziemy jechać taksówką, więc nie zmęczy się pani dojazdem. Weźmie też składany stołeczek to będzie pani mogła usiąść.

– Skoro tak to się zgadzam. – Na którą mam być gotowa?

– Na dziesiątą rano. A potem wszyscy razem zjemy obiad. Wacek zaprasza.

– Czy zmieścimy się w jego mieszkaniu?

– Nie, pójdziemy do domu jego żony. Córka z synem tam mieszkają i chyba zostaną w Polsce.

– To może upiekę ciasto z owocami, będzie na deser.

– Świetny pomysł. Powiem jego córce. Razem z Aldoną ugotują obiad, pani przyniesie ciasto.

– A panowie co zrobią? – zadała podchwytliwe pytanie seniorka.

– A panowie posprzątają i pozmywają – nie dal się zaskoczyć Edek.

– To lubię – zaśmiała się Helena.

Pogoda tego dnia była przyjazna żałobnikom. Ceremonia nie była zbyt długa. Wszyscy potem przeszli w ciszy przez długą alejkę cmentarza.

– Wszystko tu się kończy: wyścig szczurów, sława, władza, zazdrość i posiadanie – pomyślała Helena. Napisane 26.07.2020 r.

p.s. jeśli chcecie obejrzeć różne moje rękodzieła to zapraszam na facebookowy profil „Robotki z komódki”

Zakurzone barykady

Marcin Wicha – Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Wydawn. Karakter  Kraków 2017

WSTĘP: „Nie wszystko w życiu da się zamienić na śmieszne historyjki”

O autorze:

Marcin Wicha urodził się w 1972 roku w Warszawie. Jest grafikiem, dziennikarzem i pisarzem.

W 2015 roku opublikował zbior esejów „Jak przestałem kochać design”.

W 2017 roku otrzymał nagrodę Paszport Polityki w kategorii literatura, a w 2019 Literacką Nagrodę Nike i Literacką Nagrodę im. W. Gombrowicza za książkę „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”.

Napisał też 5 książek dla dzieci.

O książce:

Bezlitośnie niszczymy swoją planetę zaśmiecając ją wyrzucanymi przedmiotami  w pędzie za czymś nowym, niby lepszym. Ci bardziej świadomi biją na alarm i namawiają do ekologicznych i recyklingowych zachowań.

Spadkobiercy mają problem: co zrobić z rzeczami po zmarłych? Mariusz Szczygieł w książce „Nie ma” opisał węgierski sklep z takimi przedmiotami. Na facebooku jest portal: „Uwaga śmieciarka jedzie” gdzie można wstawić zdjęcia swoich rzeczy do oddania a także położonych obok różnych śmietników.  

Marcin Wicha porządkując mieszkanie swojej matki napisał tę książkę.

Składa się ona z kilku części i krótkich, czasem bardzo krótkich rozdziałów. Ma 183 strony a część pierwsza to „Kuchnia mojej matki”  składająca się z 18. tekstów.

Część 2 ma tytuł: Słownik a część 3 to „Śmiech w odpowiednich momentach”.

To zbiór esejów na różne tematy, na pierwszy rzut oka jest wspomnieniem, opowieścią o matce autora, która „Terroryzowała ludzi mówiąc im prawdę w oczy”. Zawodowo była jednoosobowym komitetem ratowania nieszczęśników rozjechanych przez system edukacji.

Jak na rodzinę inteligencką przystało w domu było bardzo dużo książek a współczesny antykwariusz nazwał je makulaturą. Profan jeden.

Autor jest grafikiem więc na podstawie domowej biblioteki opisuje wygląd książek w latach 40., 50., 60., 70., 80. i 90. XX wieku. Wyjaśnia dlaczego powstała seria „Nike”: „Małe formaty do małych mieszkań”.

W paru miejscach książki błyska poczucie humoru jak niespodziewanie znaleziony brylant w szparze drewnianej podłogi: „Współczesne książki robią się coraz grubsze i coraz lżejsze. Głównie dzięki technologii spulchniania papieru”.

Mamy tu także, modny teraz, wątek kulinarny – matka wycinała i zbierała przepisy kulinarne.

Ale to nie jest tylko wspomnieniowa pozycja o matce i książkach. Zawiera o wiele więcej treści. Jest historią polskiego powojennego pokolenia w dodatku z przeszłością naznaczoną holocaustem, bo obie babcie autora były Żydówkami. Ale o tym się w rodzinie nie mówiło.

Jest o zmaganiu się z peerelowską rzeczywistością, biurokracją, czy niesprawnie działającymi wodociągami. O codziennej gazecie zamieszczającej powieść w odcinkach.

Po próbie wyrejestrowania abonamentu RTV na poczcie napisał:

„…urzędniczki są wieczne. Potężniejsze od premierów, prezydentów i sekretarzy”. Ponieważ ich supermocą jest obojętność”.

Wicha z matką rozmawiał wciąż o polityce i uważa, że jest to nasz odpowiednik angielskiej pogody, czyli ucieczka przed myśleniem o dołującej nas codzienności i chorobach. Pisał to przed koronawirusem. Czy ma rację?

Na koniec: „Nie znikniemy bez śladu”. Zostaną po nas rzeczy – zakurzone barykady.

Polecam.

Wirus pomysłu (cz. 24)

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę w dół. Pod każdym odcinkiem umieszczam datę napisania, bo są w nich aktualne wydarzenia.

*********************************************************************

     Aldona wstała widząc Helenę.

– A co pani tu robi? – zapytała zaskoczona seniorka.

– Przyszłam opowiedzieć jak się panowie spisują czyli malują. Jutro wszystko posprzątamy i wieczorem będzie pani mogła wrócić do siebie. Dobrze, że jest ciepło to ściany szybko schną. Przesuwając meble zauważyłam, że ma pani maszynę do szycia.

– Rzeczywiście mam. Czy pani umie ją obsługiwać?

– Tak, kiedyś trochę szyłam.

– I co, chciałaby pani ją pożyczyć?

– Tak sobie pomyślałam – może mogłabym szyciem trochę zarobić.

– O, to pani jest krawcową?

– Krawcową to nie. Ale znajdujemy koło śmietnika różne ubrania.  Niektóre wymagają tylko uprania. A na przykład ze spodni dżinsowych mogłabym szyć fajne torby na zakupy.

– Ma pani rację. Pożyczę pani maszynę. Cieszę się, że ma pani pomysł jak zarobić zamiast siedzieć i narzekać.

– Na narzekanie szkoda czasu i energii – stwierdziła Aldona.

– Słusznie bardzo, to jest właściwa postawa.

Helena postawiła torbę na krześle, zdjęła sandały i włożyła frotowe kapcie.

W tej chwili wszedł Wacek cały zachlapany farbą.

– Co się stało? – zapytała Helena. – Siadaj, pewnie to coś ważnego, że przerwałeś pracę i przybiegłeś.

– Tak, to bardzo ważne. Zadzwoniła do mnie córka.

– O, to ty masz córkę? – zdziwiła się Helena.

– Tak, mieszkała z dzieckiem w Anglii. Teraz przyjechała bo zmarła moja była żona.

– Czyli byłeś żonaty i masz córkę oraz wnuka, czy wnuczkę – podsumowała starsza pani.

– Wnuka.

– No i co teraz zrobisz? – spytała Aldona.

– Córka załatwia sprawy związane z pogrzebem. Muszę jej pomóc.

– Oczywiście – zgodnie stwierdziły panie.

– Edek dokończy malowanie, razem z Aldoną posprzątają, proszę się nie martwić.

Wacek wyszedł poprawiając gazetową czapkę zsuwającą mu się na czoło.

– A to nowina! – powiedziała Helena. – Nie wiadomo czy córka zostanie w Polsce czy wróci do Anglii. Zapytam go przy okazji.

– To ja już pójdę. Zabiorę maszynę do Edka.

– Idź dziecko, idź. Ja zrobię sobie coś do jedzenia.

Włączyła radio na stację grając cichą muzykę. Usiadła przy stole i spokojnie zjadła posiłek. Nalała do kubka rano zaparzoną herbatę liściastą.

Przed snem przeczytała kilkanaście kartek „Domu tęsknot” Piotra Adamczyka. Świetnej powieści opisującej rodzinę autora i nasze miasto, od czasów powojennych do współczesnych,  na podstawie dziejów mieszkańców jednej kamienicy na Krzykach.

Nazajutrz późnym południem Edek z Aldoną przyszli, aby przenieść rzeczy Heleny do jej mieszkania.

Seniorka obejrzała odnowione mieszkanie i zachwycona ucałowała oboje.

– Świetnie się spisaliście. Wszystko nabrało blasku. Meble jak nowe. Tylko, proszę zdejmijcie zasłony, bo trzeba je wyprać. Zaraz wyciągnę czyste to od razu założycie i będzie pięknie.

– Książki też odkurzyliśmy – pochwalił się Edek. I pożyczyłem sobie „Konrada Wallenroda”, żeby poczytać o Aldonie.

– Bardzo dobrze, to razem poczytajcie. – A co słychać u Wacka?.

– Załatwia pogrzeb. Oboje pójdziemy choć nie znaliśmy jego żony.

– To i córki nie znacie?

– Nie, i wnuka też nie. Wacek mówił, że jego ojciec jest Anglikiem ale małżeństwo się nie udało.

– Pił i bił?

– Nie wiem. Szczegółów Wacek nie zna, bo od lat nie mieli kontaktu z córką.

Edek i Aldona powiesili nowe zasłony i pożegnali się.

Helena zaczęła rozpakowywać torbę. Otworzyła okno ale zaraz je tylko uchyliła, bo komary zaczęły nawiedzać jej mieszkanie. A z nimi jedna bardzo namolna i brzęcząca mucha. Seniorka zwinęła gazetę i zaczęła się z nimi konsekwentnie żegnać.

– Trudno, albo ja albo one – pomyślała. „Racyja mocniejszego zawżdy lepszą bywa” – zacytowała sobie w duchu zbierając upadłe owady.

– Muszę się posmarować olejkiem waniliowym, podobno odstrasza.

Napisane 22.07. 2020 r.

Pasztet drobiowy – przepis

PASZTET  drobiowy – przepis

Składniki:

 20 dag serc drobiowych

20 dag żołądków drobiowych

15 dag wątróbki drobiowej (nie więcej)

20 dag mięsa drobiowego

2 jajka

1 czerstwa bułka

pieprz czarny lub ziołowy

sól

mała marchewka, mała pietruszka, mały kawałek selera,

cebula  świeża lub prażona

Wykonanie:

Umyte serca, żołądki i pokrojone mięso, pokrojoną marchewkę, pietruszkę, selera razem dajemy do jednego garnka, posypujemy pieprzem i podsmażoną (lub prażoną gotową) i dusimy do miękkości. Pod koniec dodajemy wątróbkę i jeszcze dusimy. Bułkę zalewamy mlekiem, gdy zmięknie odciskamy płyn. Po wystygnięciu mięso mielimy w maszynce lub miksujemy. Łączymy z bułką i jajkami. Dokładnie mieszamy. Masę wykładamy do foremki podłużnej lub kwadratowej wyłożonej szczelnie surowymi plasterkami boczku lub papierem do pieczenia. Wierzch smarujemy olejem lub rozpuszczonym smalcem. Pieczemy 50 minut w gorącym piekarniku. W moim termometr nie działa, więc nie umiem podać ile ma być stopni.

Wirus nadążania (cz. 23)

To już 23-cia część mojej współczesnej blogowej powieści, z akcją na wrocławskim Ołbinie, opowiadającej o seniorach, ich przyjaźni, wzajemnej pomocy, radzeniu sobie w trudnych czasach, trochę o ekologii, przewija się tu także kot Daruś jako felinoterapia.

Pod każdym odcinkiem umieszczam datę jego napisania bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Poprzednie części można znaleźć przewijając stronę.

****************************************************************************************

Szaleństwo malowania mieszkania Heleny zaczęło się od propozycji nie do odrzucenia. Edek, Wacek i Aldona przyszli do seniorki, usiedli i Wacek powiedział:

– Malowanie pani mieszkania razem ze sprzątaniem potrwa dwa dni. Może pan przeniesie się do mnie na dwie noce a ja tu będę spał. Proszę zabrać potrzebne rzeczy.

– Ale… – zaczęła starsza pani.

– Żadne ale. Tak będzie wygodniej i nam, i pani.

– Może macie rację… – zawahała się.

– Mamy, mamy i się nie poddamy – powiedział Edek. Aldona tylko potakująco kiwnęła głową.

– Dobrze, to kiedy zaczynacie?

– Najlepiej proszę już zabrać co trzeba, pomożemy zanieść to do mnie. Ja się tu przeniosę i rano zaczniemy pracę.

– Zaskoczyliście mnie. Sama nie wiem co mam wziąć.

– Spokojnie proszę pomyśleć. My sobie pójdziemy, pani zapakuje co trzeba a potem do mnie zadzwoni, dobrze? – zaproponował Wacek.

– Dobrze, synku. To ja sobie spiszę najpierw na kartce.

– A torbę jakąś pani ma czy może przynieść?

– Mam, mam.

Goście wyszli a Helena usiadła przy stole, wzięła kartkę, długopis i zaczęła pisać: piżama, pościel, 2 ręczniki, mydło, szczoteczka i pasta do zębów, książka, telefon, kapcie, podomka, bielizna osobista, leki.

– Zupełnie jakbym szła do szpitala – pomyślała.

Wyciągnęła torbę turystyczną i zaczęła pakować.

– Powinnam chyba wziąć jedzenie z lodówki, przecież nie będę go objadać – pomyślała.

Wyciągnęła chleb, masło, ser, wędlinę, kawałki kurczaka, pomidory, ogórki , paprykę i cukinię, z półki kuchennej zdjęła olej,  przyprawy i herbatę.

– Acha, jeszcze landrynki na osłodę.

Zadzwoniła do Wacka. Przeprowadzka obojga przeszła szybko i bezboleśnie.

Wcześniej zakupione farby i pędzle stały w mieszkaniu Wacka, więc  spakował je wraz z rzeczami osobistymi. Przedtem pokazał nowej lokatorce gdzie może się rozgościć i korzystać ze sprzętów.

– To może zjemy kolację i potem pójdę do pani – zaproponował gospodarz.

– O, to świetnie. Lubię jeść w miłym towarzystwie. Podzielę się z tobą tym co przyniosłam. Ty weź swoje zapasy, też musisz coś jeść przez te dwa dni.

– Zawsze mogę coś dokupić.

– Szkoda pieniędzy jeśli masz jedzenie w domu. Nie powinno się nic zmarnować.

– No tak, ekologia – stwierdził Wacek.

– I oszczędzanie – dodała Helena.

Zjedli kolację i rozstali się. Helena włączyła radio na muzyczną stację, usiadła w wygodnym fotelu i wzięła książkę.

Rano wstając już nie pamiętała co się jej śniło.

Przez dwa dni nie zaglądała do swojego mieszkania. Uznała, że należy się jej jakaś atrakcja i poszła do Ogrodu Botanicznego. Najpierw skierowała się w stronę stawu. Tam przysiadła na ławce podziwiając różnokolorowość i wielokształtność roślin.

– Ludzie też są różni ale się kłócą, awanturują, narzucają innym swoje poglądy. A  rośliny rosną spokojnie obok siebie choć nie są jednakowe. No i  i nie wywołują wojen. Wśród zwierząt nie bywa już tak łagodnie. Przypomniała sobie wierszyk „Idylla maleńka taka” Mikołaja Biernackiego – Rodocia

Idylla maleńka taka:
Wróbel połyka robaka,
Wróbla kot dusi niecnota,
Pies chętnie rozdziera kota,
Psa wilk z lubością pożera,
Wilka zadławia pantera.
Panterę lew rwie na ćwierci,
Lwa – człowiek; a sam, po śmierci
Staje się łupem robaka.
Idylla maleńka taka.

Pospacerowała po ogrodzie wdychając zapachy, ciesząc się spokojem, zapachami i śpiewem ptaków.

Po drodze wstąpiła do sklepu dobroczynnego, aby zobaczyć jak wygląda po remoncie. Do domu wróciła dotleniona i trochę głodna. A tam już czekała na nią Aldona.

Napisane 15.07.2020 r.

Kobiety w historii

Morato Cristina – Królowe przeklęte.  Wydawn. Świat Książki 2016

WSTĘP: „Książęta i księżniczki są po prostu niewolnikami swojej pozycji, nie mogą ulegać skłonnościom serca”

O autorce:

Cristina Morato urodziła się w 1961 r. w Barcelonie. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Nauk Informacyjnych. Przez wiele lat była reżyserką telewizyjną i reporterką wojenną. W 2000 roku porzuciła to zajęcie, aby podróżować. Od 20 lat jeździ po świecie zwłaszcza po Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji. Pisze książki o zapomnianych odkrywcach przeszłości i nietypowe biografie znanych kobiet.

Opublikowała: „Nieustraszeni i żądni przygód podróżnicy” (2001);  „Królowe Afryki” (2003); „Damy wschodu, wielcy podróżnicy po krajach arabskich” (200); „Captive In Arabia” (2009); „Divas Rebeldes” (2010);  „Reinas Malditas” (2014); „Divina Lola” (2017)

O książce:

Autorka wybrała sześć historycznych postaci kobiet i opowiedziała o nich tak, aby uzasadnić dlaczego uważa je za przeklęte choć z pozoru prowadziły życie lekkie, łatwe i przyjemne.

W tamtych czasach córki „Urodziły się by być posłuszne i w swoim czasie muszą się tego nauczyć”

Opowiada więc o cesarzowej Sissi, żonie Franciszka Józefa, który niby ją kochał ale liczył się tylko ze swoją matką i jej był posłuszny. Znalazłam kilka podobieństw w życiorysach Sissi i księżnej Diany – wyszły za mąż bardzo młodo, weszły w obce, nieprzyjazne środowisko, które zamiast im pomóc wiecznie je krytykowało, mężowie byli emocjonalnie niedojrzali i  – obie były wyższe od swoich mężów.

Dowiedziałam się, Maria Antonina miała krzywe zęby i zastosowano (już wtedy XVIII wiek) aparat prostujący. Ona też bardzo młodo weszła w obce i niechętne jej środowisko.

Krystyna Wazówna (to XVII wiek – Królowa Krystyna) borykała się ze swoją tożsamością płciową a „Wczesna śmierć ojca i niestabilność emocjonalna matki pozostawiły widoczne ślady w psychice Krystyny”.

Przy okazji dowiedziałam się, że nie tylko hitlerowcy rabowali dzieła sztuki w podbitych krajach.

Natomiast Eugenia de Montijo urodziła się w XIX wieku. Podobnie jak Sissi dużo podróżowała. Powiedziała: „Gdy miałam dwanaście lat  chciałam być aktorką. Nie miałam szczęścia – zostałam cesarzową”. Żyła bardzo długo ale niezbyt szczęśliwie. Dlaczego? Przeczytajcie. To akurat mniej znana postać z omawianych.

Królowa Wiktoria wydaje się z nich najszczęśliwsza – kochający mąż, spora gromadka dzieci, długie życie, wpływ na politykę nie tylko swojego kraju. A jednak przeklęta. Z ciekawostek – była przeciwniczką równouprawnienia kobiet i karmienia dzieci piersią.

Aleksandra Romanowa – żona cara Mikołaja II wydaje się najbardziej pasująca do tytułu książki. Także weszła w obce środowisko, które nie okazało jej wsparcia. Z ciekawostek – paliła francuskie papierosy.

To książka nie tylko o tych kobietach, bo autorka umieszcza je w  konkretnym kontekście politycznym, rodzinnym, majątkowym, obyczajowym. Opisuje zwyczaje panujące na królewskich dworach, stroje bohaterek,  zajęcia i charaktery. Czy można te kobiety uznać za „przeklęte”? Zdecydujcie sami.

Wirus poznania (cz. 22)

 Wyznaczonego dnia najpierw elegancki Edek z Aldoną wstąpili po równie zadbanego Wacka,  a potem wszyscy troje poszli do Heleny. Otworzyła im w pełni gotowa do wyjścia.

– Wejdźcie, proszę – powiedziała lustrując dyskretnie kobietę Edka. – Miło mi panią poznać – wyciągnęła rękę do Aldony. – Mam nadzieje, że się polubimy.

Aldona tylko się uśmiechnęła nieśmiało ściskając podaną rękę.

 – Acha, ale nie ustaliliśmy kto za co będzie płacić, a ja lubię jasne sytuacje – seniorka zwróciła się do panów.

– To my panią zapraszamy i wszystko fundujemy – powiedział Wacek. I odmowy nie przyjmujemy.

– Zgoda,  kłócić się z wami przecież nie będę.

Wyszli z bramy w czwórkę, najpierw Edek z partnerką ubraną w letnią sukienkę i narzuconym na nią beżowym sweterkiem, a za nimi Helena   w granatowej spódnicy i niebieskiej bluzce. Wzięła pod rękę  Wacka i dziarsko pomaszerowali na przystanek przy ulicy Sienkiewicza.

Dojechali tramwajem do ronda, przeszli przez ulicę i usiedli przy stoliku.  Aldona zdjęła sweterek i przewiesiła przez oparcie krzesła. Torebkę postawiła na kolanach. Helena zaś swoją na stole.

Podeszła kelnerka z kolczykiem w nosie i wytatuowanym czarnym kotem na przedramieniu. Zamówili trzy pizze. Panie podzieliły się jedną. Na deser podano lody. Czekoladowo – waniliowe dla panów a owocowo – jogurtowe dla pań.

Jedli w ciszy, którą tylko przerywał szum pojazdów z jednej i świergot ptaków z drugiej strony.

– Słyszałam, że nie ma pani pracy – zagaiła Helena.

– Tak, punkt ksero zamknięto przez wirusa. Szef postanowił przejść na emeryturę. Sprzęt kupił jego znajomy i wywiózł poza miasto.

– A była pani w urzędzie pracy?

– Byłam ale teraz wolnych miejsc pracy nigdzie nie ma  – ze smutkiem stwierdziła kobieta.

– I co pani planuje?

– Może wejdziesz do naszej spółki – zaproponował Wacek.

– To jest bardzo dobry pomysł – stwierdziła Helena. – Póki sytuacja na rynku pracy się nie unormuje możecie razem działać. – Co o tym myślicie? – zapytała zwracając się do mężczyzn.

– Jestem za – powiedział Edek.

– No to załatwione. – A teraz inna sprawa. Ustaliliśmy, że jak mój kandydat nie wygra wyborów prezydenckich pomalujecie mi mieszkanie – przypomniała seniorka. – Chociaż moim zdaniem wyniki wyborów sfałszowano. A wiecie jakie jest jedno z haseł tych wyborów? „Jedni z domu wynoszą kulturę a inni telewizor”.

– No i nie wygrał nasz kandydat, choć wszyscy trzaskaliśmy a nie dudniliśmy. Teraz nie dostaniemy od pani po dwa piwa – powiedział Edek.

– Za to będziemy malarzami – roześmiał się Wacek. – To tak trochę jak w powiedzeniu: Zamienił stryjek siekierkę na kijek.

– Jeśli się wam tak bardzo nie chce, to przecież do niczego Was nie zmuszam – ze smutkiem powiedziała Helena.

– Ależ nie, chętnie pomalujemy i potem posprzątamy. – Pomożesz nam Aldona, dobrze? – powiedział Edek.

Aldona potaknęła przeżuwając kolejny kęs pizzy. Znała historię znajomości tych trojga i rozumiała, że to drobna przysługa wobec zasług starszej pani.

Spotkanie zakończyli długim spacerem w Parku Szczytnickim. Szli najpierw wzdłuż ulicy Kopernika, aby potem przejść przez Mickiewicza rozdzielającą dwie części parku.  Kierując się w stronę Hali Stulecia przeszli obok Ogrodu Japońskiego. Potem przysiedli na ławce przy pergoli spoglądając na małe fontanny i dzieci biegające w strumieniach wody. 

– Jak to dobrze, że ostatnio solidnie popadało, susza bardzo dała się nam we znaki – powiedziała Aldona.

– Ale i tak trzeba oszczędzać wodę – ekologicznie wtrąciła Helena.

Po odpoczynku wyszli na plac przed Halą gdzie stała Iglica.  Minęli ją oraz  Muzeum Czterech Kopuł i zakończyli spacer na przystanku tramwajowym.

– Mam już trochę dosyć – powiedziała Helena.

– Spaliliśmy już chyba wszystkie przyswojone dzisiaj kalorie – stwierdził Edek.

Gdy podjechał tramwaj numer jeden, wszyscy wsiedli zakładając maseczki na twarz. Wysiedli na przystanku przy skrzyżowaniu ulic Nowowiejskiej i Wyszyńskiego. Przeszli przez Park Tołpy.

– Pamiętacie ten dzień gdy chciałem … – zaczął Edek.

– Pamiętamy, pamiętamy – powiedzieli Helena i Wacek. – Po co do tego wracać.

– Ale ja nie wiem o co chodzi – stwierdziła Aldona.

– W domu ci powiem – uciął temat Edek.

– Odprowadźcie mnie do domu – poprosiła Helena.

– A co, źle się pani czuje? – zatroskał się Wacek.

– Nie, tylko zmęczona jestem. Edek,  ty z panią idźcie do siebie a Wacek mnie odprowadzi.

W mieszkaniu Helena zdjęła buty i nałożyła kapcie.

– Usiądź na chwilę, porozmawiamy. Jak ci się podoba Aldona?

– Według mnie jest w porządku – stwierdził Wacek.

– Też odniosłam takie wrażenie. Czy oni już mieszkają razem?

– Tak mi się zdaje ale nie pytałem. Ich sprawa.

– Masz rację. Niech im się dobrze wiedzie. We dwójkę, a właściwie we trójkę będzie im raźniej.

– Chodź o wiele ciaśniej – podsumował Wacek.

– Na to już nic nie poradzimy – powiedziała Helena. – A teraz się położę i odpocznę.

– Umówię się z Edkiem na malowanie i zadzwonię do pani, aby wszystko ustalić. To do widzenia, zamknę drzwi na klucz – pożegnał się Wacek.

Napisane 13.07.2020 r.

Wirus nowości (cz. 21)

To już 21. część mojej blogowej powieści pandemicznej. Poprzednie odcinki przeczytacie przewijając stronie. Pod każdym jest data napisania odcinka, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia.

*********************************************************************************

Wacek tego dnia wstał, nie wiadomo dlaczego,  w dobrym humorze.  Sprawdził w internecie kilkudniową prognozę pogody. Nie jedząc śniadania poszedł do Edka, aby ustalić dzień spotkania w pizzerii. Po drodze wstąpił do sklepu gdzie nabył chleb na zakwasie, masło, trochę wędliny, herbatę i żółty ser. Uznał, że z takim gościńcem Edek go nie wyrzuci.

Kumpel otworzył drzwi rozmemłany, bo wstawanie o świcie nie było jego ulubionym zajęciem. A kot miał podobne zwyczaje więc spali co najmniej do ósmej.  Gość był zdegustowany dość ale odpuścił. Daruś już konsumował swoje jedzonko a panowie przygotowali śniadanie dla siebie. Spożywając Wacek powiedział:

– Za dwa dni zapowiadają ochłodzenie, moglibyśmy wtedy we czworo pojechać na pizzę. Rozmawiałeś już ze swoją kobietą?

– Ona jeszcze nie moja.

– Dobrze, to jak ma na imię?

– Aldona.

– O, to jak z Mickiewicza.

– Jak to?

– No, z „Konrada Wallenroda”, nie czytałeś w szkole?

– Nie pamiętam.

– Poproś panią Helenę, może ma tę książkę, a jeśli nie to wypożycz z biblioteki.

– Lekturę szkolną będę czytał, zwariowałeś?

– Na uzupełnienie wykształcenia nigdy nie jest za późno.

– Nauczyciel się znalazł – powiedział Edek.

– Zapytaj swoją znajomą czy wie skąd pochodzi i w jakim utworze jest jej imię.

– Ty taki mądry, bo masz Internet.

– Nie tylko, lubię czytać, maturę mam a sklerozy jeszcze nie. Skończyliśmy jeść to idźmy do Heleny. Zaprosimy ją.

– A kto zapłaci za posiłek?

– To ustalimy z Heleną. Zadzwonię teraz do niej i zapytam czy możemy przyjść.

Po rozmowie z seniorką Wacek powiedział:

– Dopiero wstała. Poczekajmy jeszcze pół godziny.

– To wypijemy sobie po kubku kawy. Znalazłem ją koło śmietnika.

– O, nie pochwaliłeś się.

– I dzięki temu jest drobna niespodzianka.

Wypili kawę, gospodarz umył kubki, pogłaskali Pana Kota, opróżnili kuwetę, nalali do miseczki świeżej wody, zabrali śmieci i wyszli z domu.

Helena otworzyła im ubrana w kwiecistą podomkę z kory. Zaprosiła, aby weszli i zapytała:

– Napijecie się czegoś, a może zjecie?

– Nie, dziękujemy, jesteśmy po śniadaniu i kawie.

– No to widzę, że stopa życiowa wam rośnie.

– Teraz to raczej stopka ale rzeczywiście trochę się nam polepszyło.

– Zwłaszcza mnie – powiedział Edek.

– A czy ty masz jakieś dokumenty z poprzednich miejsc pracy? – zapytała Helena.

– Dlaczego? Po co?

– No do emerytury przecież.

– Chyba jestem na to za młody.

– Ale do urzędu pracy mógłbyś pójść, choćby zarejestrować się. Wtedy bezpłatnie możesz się leczyć – zasugerował Wacek.

– Macie rację. Pojadę i spróbuję coś załatwić. Ale my tu przyszliśmy w innej sprawie.

– Bardzo jestem ciekawa, bo masz jakąś dziwną minę – powiedziała Helena.

– Poznałem kobietę – wypalił Edek.

– To świetnie – stwierdziła seniorka.

– No, nie za bardzo. Bezrobotna i bezdomna jest – poinformował Wacek.

– Menelka jakaś?

– Żadna menelka! – obruszył się Edek. – Normalna kobita, tylko po przejściach. Rzeczywiście nie ma pracy i mieszka kątem u rodziny.

– No i dlatego chcieliśmy się z nią spotkać w czwórkę, żeby pani ją obejrzała i oceniła – dodał Wacek.

– Właśnie wymyśliliśmy, że pójdziemy razem na pizzę, zjemy, porozmawiamy, poznamy się.

– To kiedy planujecie?

– A za dwa dni, ma być chłodniej i  powszedni dzień tłoku więc nie będzie.

– To jesteśmy umówieni. A teraz idziemy do roboty – powiedział wstając Wacek. – Chodź Edek.

Napisane 10.07. 2020 r.

Kawiarnia pełna zwierzeń

Ferenz Malwina – Życie pełne barw. Wydawn. Czwarta Strona, Poznań 2019

WSTĘP: „Trzeba grać takimi kartami jakie ma się w rękach”

O autorce:

 Malwina Ferenz urodziła się i mieszka we Wrocławiu. Pracuje w banku. Ma trzy córki. Mają w domu prac i rybki akwariowe. Od wielu lat interesuje się astronomią i uprawia fotografię mobilną. Swoje zdjęcia magicznego Wrocławia pokazuje na wystawach. Napisała m.in. „Szpital na peryferiach”; „Miłość z odzysku”; „Na miłość boską!”; „Poranki o zapachu kawy”

O książce:

Idąc ulicą Ruską we Wrocławiu parę osób skręca na podwórko i trafia do połączenia pubu z kawiarnią o nazwie „Neon Cafe”. Tłumu tam nie ma choć to blisko Rynku. Tam „zadyszany, zabiegany, wiecznie spóźniony Wrocław” a tu cisza, spokój i ktoś kto chce słuchać.

 Życzliwy i wysoce profesjonalny barman w lot odgaduje co klient lubi najbardziej. Podaje ulubione danie oraz napój i zamienia się w słuch.

Intymny klimat sprawia, że kawiarnia staje się jakby konfesjonałem choć właściwie nikt nie czeka na rozgrzeszenie.

Opowieści snuje dziewięćdziesięciolatka Eufrozyna, policjant z komendy przy ulicy Rydygiera, motorniczy Zenon, muzyk Adam i Ukrainka Elena. Panie są seniorkami, panowie w średnim wieku.

Mamy więc opowieść o miłości od pierwszego spojrzenia na zdjęcie z zegarami. O uzależnieniu od hazardu i zgubnych tego skutkach. Ale okazuje się, że czasem nie ma tego złego co by nas nie nauczyło czegoś dobrego. Bo porządny kopniak od losu pomaga niektórym zrozumieć o co  życiu chodzi. „Pokuta to najlepsze co może człowieka spotkać”.

Jeden z klientów trafił tutaj szukając jubilera. Chce kupić żonie prezent, bo po wielu latach zaszła w ciążę. Opowieść jest dość dwuznaczna, bo spod zwykłego życia dwojga wyłazi łeb węża kuszącego Ewę nie tylko jabłkiem ale i gruszką oraz brzoskwinią.

Autorka zamieściła w dwu historiach sporo tzw. „momentów”, czyli erotyki. Taki teraz mamy literacki klimat.

Jedna opowieść powinna mi się podobać najbardziej bo jest o kocie a raczej kotce imieniem Komenda. Narrator stracił żonę a znalazł zwierzątko i to dało mu chęć do życia. Zresztą nie tylko jemu. Czyli mamy felinoterapię. Niestety autorka tak bardzo manipuluje uczuciami czytelnika, że opowieść jest łzawa jak z taniego romansidła. Szkoda.

Bohaterowie mieszkają i pracują w różnych miejscach, więc poznajemy osiedla Nadodrze, Popowice, Stare Miasto i budynek Sky Towe.

Między tymi historiami autorka umieszcza swoje rozważania dotyczące Wrocławia, ocenia jego komunikację i zabudowania jednego z osiedli. Opisuje miasto jako żywy ludzki organizm, którego sercem jest rynek. Według niej to cielsko przecięte pięcioma rzekami. Nigdy tak o moim mieście nie pomyślałam. Ale gdybym była ptakiem to kto wie… Jest w tej książce też element magiczny więc jeśli lubicie  życzliwych ludzi oraz miejsca i realizm magiczny to polecam.

Wirus sympatii (cz. 20)

To 20-ta część mojej blogowej powieści z czasów koronowirusa. Na końcu każdego odcinka podaję datę powstania, bo zamieszczam aktualne wydarzenia. Wcześniejsze można przeczytać przewijając stronę.

***************************************************************************************

Noga Heleny nadspodziewanie szybko się zrosła, co wykazało kolejne prześwietlenie.

– No, no, w tym wieku taki wynik – pokręcił głową lekarz. – Gratuluję.

Wacek wyprowadził seniorkę z przychodni.

– To może jakoś to uczcimy? – zapytał.

– A co proponujesz?

– Zaprosimy Edka i pojedziemy któregoś dnia do pizzerii przy rondzie Kochanowskiego. Słyszałem, że tam jest smaczna.

– Dobrze. Dawno tego dania nie jadłam. No i trzeba trochę zmienić otoczenie. A teraz do domu.

– „Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz być w ciągłym ruchu” podobno tak powiedział Einstein.

– No to już może nie ja, ale wy z Edkiem jesteście w pełni sił, więc ruszajcie się jak najwięcej.

Następnego dnia Wacek zadzwonił do Edka zapraszając go na pizzę.

– To się dobrze składa, bo mam wam coś bardzo ważnego do powiedzenia.

– Spotkajmy się dzisiaj na podwórku przy ulicy Orzeszkowej to mi opowiesz.

Podwórka te łączą bramy przejezdne zarówno od Orzeszkowej jak i Daszyńskiego.

Nie jest tam najgorzej ale zawsze może być lepiej. Sprawdzili całą przestrzeń, trochę posprzątali, nic nie znaleźli, więc usiedli na ławce pijąc przyniesioną z domu przegotowaną wodę. Mnożenie ilości plastikowych śmieci, dzięki Helenie, już ich nie interesowało. Nie rozmawiali w myśl powiedzenia Tove Jansson „Mówienie tak bardzo przeszkadza w myśleniu”.

– To chodźmy jeszcze na podwórko od ulicy Jedności – zaproponował Edek po dłuższej chwili. Wacek spodziewał się wprawdzie opowieści o tym co kumplowi się przydarzyło ale uznał, że ten jeszcze nie jest gotów. Musiała to być naprawdę ważna i trudna sprawa.

Przeszli ulicą Daszyńskiego i na widok kwietników –  landar wystających daleko na tę ulicę i Żeromskiego skręciło ich ze złości.

– Tyle forsy wyrzucone w błoto na te paskudy zamiast na likwidację pieców opalanych węglem i remont kamienic – powiedział Wacek.

– A urzędnicy tacy są z siebie dumni. Jakby ocalili świat przed zagładą – dodał kolega. – Wystarczyłyby przecież te małe kwietniko – ławki i co drugie drzewko posadzone przy Daszyńskiego. Już w jednym miejscu zapada się chodnik przez tę ogrodniczą atrakcję. I planują takie same cuda ustawić na ulicy Żeromskiego. Zgroza.

Przeszli na podwórko między Jedności a  Damrota. Tu było lepiej. A koło pojemnika stało plastikowe naczynie, jakby wiadro bez uchwytu a może duża doniczka. Obejrzeli ją – nie była pęknięta.

– Popatrz, mówisz i masz. Będzie na zużytą wodę do przelewania toalety – powiedział Wacek wręczając znalezisko Edkowi. – To teraz powiedz co miałeś powiedzieć.

– Ale nie tak na ulicy. Chodźmy do mnie. Daruś się ucieszy.

Przeszli ulicą Miarki, Daszyńskiego, Wyszyńskiego i przez Park Tołpy.

Już nie musieli zatykać nosów wchodząc do bramy, bo toaleta była zadbana  ale ściany klatki schodowej nadal pozostawały zarośnięte brudem, kurzem i pajęczynami. Jednak podłoga jeszcze pamiętała ich sprzątanie.

Weszli do mieszkania, które przyjemnie kontrastowało z korytarzem. Było skromną czystością i zadbaniem.

Kot wyszedł na spotkanie i ocierał się o ich nogi.

– Zawsze tak cię wita? – zapytał Wacek.

– Tak, lubi gdy wracam i jestem w domu.

– Fajny zwierzaczek.

Usiedli przy stole. Edek wyciągnął z lodówki butelkę piwa i rozlał do kubków.

– Poznałem kobietę – powiedział.

– Nooo, gdzie, kiedy, jak? – zapytał Wacek.

– A kiedyś na naszym podwórku wyrzucałem śmieci i ona szukała czegoś w pojemnikach.

– Szukała? To bezrobotna i bezdomna jakaś? Może jeszcze pije? W coś ty się wplątał?

– Nie, no rzeczywiście jest bez pracy, bo zamknęli firmę przez wirusa, mieszka kątem u rodziny. Uciekła od pijącego i bijącego męża.

– Ale ty nie wierz we wszystko co mówi. Sprawdź najpierw czy to prawda. Bo jak ona pije to i ciebie w to wciągnie wtedy przepadniesz.

– Masz rację, będę ostrożny ale ona mi się strasznie podoba.

– Widzę, że cię wzięło. To zaproś ją – pójdziemy razem z Heleną na pizzę. Przyjrzymy się jej trochę. Helena jako kobieta szybciej zorientuje się jaka to osoba.

– Dobrze, mam nadzieję, że się zgodzi.

– To ją namów. Jeśli będziecie razem to albo ją zaakceptujemy albo nie i wtedy nasze kontakty nie będą już takie dobre.

Napisane 5.07.2020 r.