Teraźniejszość i przeszłość

Po rozmowie telefonicznej o zbyt, jak dla mnie, wczesnej porze, Tauron przysłał mi dużą kopertę pełną druków głównie małym drukiem zapisanych, w tym kilka do wypełnienia. A że poprzednio do rachunków dołączono pisemko w którym napisano, że od 1 stycznia br nie będę musiała nic robić postanowiłam udać się do biura obsługi przy                        ul. Trzebnickiej.

Sprawdziłam dni i godziny otwarcia, pojechałam tramwajem linii 1 bardzo zadowolona, że to tak niedaleko. A diabeł mój osobisty już tańczył kankana z radości.

No i co się okazało? Mianowicie od SIEDMIU lat nie ma tam biura obsługi. A strona internetowa istnieje. Czy nie mogli tam napisać, żeby klient się nie naciął? Nie mogli bo mają go w …

Podobno w Polsce ludzie nadal bardzo dużo piją. Ja akurat ni,e ale się nie dziwię, trudno wytrzymać na trzeźwo tę rzeczywistość gdzie tak się nas lekceważy.

Boli mnie noga z powodu rwy kulszowej, zdenerwowanie nie wpływa dobrze na rwę. No żesz ..rwa!

Jako klientka zrobiona w konia, a raczej chabetę na wykończeniu, taki Łysek na przykład, postanowiłam pojechać do BO na ul. Menniczą. Nigdy tam nie byłam więc jechałam z dziką pewnością, że zabłądzę, bo mam do tego wybitne zdolności. Ale właśnie, że nie! Trafiłam od pierwszego kopa. Cud jakiś to był. Anioł stróż się obudził i pokazał figę diabłu. 🙂

W informacji wyciągnęłam ten stos papierzysk pytając po co mi tyle tego przysłano. I czy nie szkoda drzew. Urzędniczka uporczywie domagała się odpowiedzi czy to przeczytałam. Musiałabym zatrudnić prawnika z sokolim wzrokiem, żeby to zrobił i przetłumaczył z urzędniczego bełkotu na język polski. Chciałam się tylko dowiedzieć o co tak naprawdę im chodzi. W skrócie. No i dowiedziałam się, że nie muszę tego wypełniać a jak do mnie zadzwonią (bo zadzwonią) to mam powiedzieć, że nie wyrażam zgody. Kolejki nie było.

Wniosek – urzędnicy w centrali T. nudzą się jak ochroniarze na budowie. A że nie mają tam zajęcia w postaci radia, telewizora czy kumpla z połóweczką to wymyślają ruchy pozorne powodując stres u klientów. Ale co ich to obchodzi.

Wracając wstąpiłam do Parku Staromiejskiego, aby zrobić zdjęcia ławkom pod drzewami, bo na Skwerze Skaczącej Gwiazdy postawiono nowe ławki w niezacienionych miejscach. Podobno jest takie zarządzenie prezydenta. Jeśli naprawdę to głupie bardzo. Czyli w czasie upałów duś się człecze w chacie. Grunt, że kasę  ktoś zarobił.

Z pojemnika w parku na uwolnione książki wzięłam „Twój Styl” z 2010 roku.

Aktorzy opowiadają tam o scenach miłosnych w których grali, felietonistka o kryształowym półmisku na jajka, dwie inne o katastrofie samolotu w Smoleńsku, felietonista o tym, że ma marzenie o świecie do którego chciałoby się przenieść gdzie ludzie potrafią być ze sobą, lubić się, iść sobie na rękę. Marzenie dobra rzecz.

W Polsat viasat history program „Prywatne życie średniowiecznych władców” – odcinek pt.: „Kto ma biblioteki, ten ma władzę”- świetny. Lubię ten kanał. Dużo lepszy niż tvp1 i 2 – właściwie nie ma porównania, inny styl, inna klasa i fakty a nie kłamstwo na kłamstwie i manipulacja.

Reklamy

Na własne oczy

czwartek

Jakiś czas temu dostałam wezwanie do szpitala, aby załatwić sprawę kolejnej operacji zaćmy. Poprzednio, 4 lata temu, operowano mi lewe oko, bo miałam otwór w plamce oka i przy okazji zaćmę. A i tak pani doktor chirurg lekko próbowała mnie zniechęcić mówiąc, że sokolego wzroku to ja w nim nigdy nie będę miała. A nawet jastrzębiego.  Tylko że otwór pewnie by się powiększał i powiększał. Operacja się odbyła, pacjentka przeżyła.

Jakiś czas temu zrobiłam kilkakrotnie sąsiadce zakupy i dostałam wylewu w tym oku.  Okulistka przy okazji badania powiedziała, że mam wtórną zaćmę! O wciórności!

No i od tego czasu ono mnie pobolewa. Albowiem każdy dobry uczynek zostanie słusznie ukarany.

Pojechałam więc do szpitala mając ze sobą lekką (zarówno pod względem ciężaru jaki i treści) książkę co się przydało choć nie było tłumu pacjentów. Dostałam ankietę do wypełnienia w domu, skierowanie na badania i EKG oraz termin wizyty na którą mam przyjść z wynikami badań i pozwoleniem na operację od lekarza rodzinnego. Z tym papierkiem ostatnim razem miałam kłopot bo rodzinna opierała się i nie chciała takiegoż wystawić.

– Bo oni w szpitalu na nas rodzinnych zwalają odpowiedzialność – usłyszałam.

Jakoś wyprosiłam ale teraz zapytałam rejestratorkę jakiego argumentu mam użyć, aby sytuacja się nie powtórzyła. Zapytała kogoś i powiedziała, że jeśli wyniki będą dobre to zaświadczenie niekonieczne. Tylko skąd mam wiedzieć, że są dobre? Z internetu?

Dopiero wracając do domu przypomniałam sobie, że kiedyś z badania wynikło, że mam za niski potas. To przed badaniami na następną operację zażyłam ten specyfik. A teraz nie. I co wyjdzie? Jak nie urok to przemarsz wojsk. Ruskich czy niemieckich?

Byłam na czczo, więc od razu poszłam do wampira na pobranie krwi. W gabinecie na ścianie namalowano widoczek gdzie głównym bohaterem jest miś koala na drzewie. Trochę mnie zdziwiła ta dekoracja, bo co ma wspólnego pobieranie krwi z koalą? Pielęgniarka powiedziała, że to ze względu na dzieci, aby oderwać ich uwagę od zabiegu. Lepszy by był, chyba, gaz rozweselający – tak sądzę.

 A potem na EKG – to najmilsze z badań – szybko i bezboleśnie się odbywa. Bluzkę tylko trzeba podwinąć do góry. Sukienkę to jednak musiałabym zdjąć. Ale nie noszę.

Chciałam się pokrzepić kawą z automatu i tu się okazało, kolejny raz, jaką gapą jestem. Bo wrzuciłam 2.- zł a nacisnęłam klawisz kawy za 2,20.-. No i stałam jak durna czekając i się dziwiąc a w duchu brzydkie wyrazy powtarzając po kilka razy. Dopiero przywołana na pomoc przytomna portierka nacisnęła co trzeba.

Widocznie naciskanie to nie moja specjalność.

Piątek

Odebrałam wyniki badań. Nie chciano mi powiedzieć co jest źle a co dobrze. Zapytam koleżankę lekarkę. Wiem tylko, że tam gdzie przy wynikach są strzałki w górę to wynik jest zbyt wysoki,  największy mam EOS – przeczytałam w google. Pocieszam się, że taki wynik bo mam silną alergię. Jest taka możliwość. Inne są gorsze. Pomyślę o tym jutro.

W szpitalu zapytałam o lewe oko – w sierpniu po dopasowaniu nowej soczewki będą mi badali obadwa. Natomiast wtórną zaćmę likwiduje się laserem i powinnam była dostać na skierowanie na taki zabieg od okulistki przy badaniu wylewu. Bo w szpitalu mi tego nie zrobią.

Ile musiałabym wypić alkoholu, aby zrozumieć działanie  naszej służby zdrowia?  

Nowi sąsiedzi – opowiadanie

Napisałam ponad 20 opowiadań kryminalnych – w tym historyczne (lata 70-te), współczesne a nawet futurystyczne. Poza tym obyczajowe, kulinarne i zabrakło tylko opowiastek dla dzieci i młodzieży oraz horroru. Wszystko z poczuciem humoru, czasem złośliwym.

„Nowi sąsiedzi” są próbą tego ostatniego gatunku 🙂

Niedomykające się drzwi wejściowe w połowie były popękaną szybą zbrojoną. Klamka nie służyła do niczego a szczególnie do otwierania i zamykania.

W piwnicy rządziły szczury, a na strychu gołębie, a na półpiętrach umierające kwiaty i podarte firanki.

Zmęczeni trudami codzienności mieszkańcy nie zwracali już uwagi na otoczenie.

30 września rano do mieszkania nr 6 wprowadziła się sympatyczna młoda para. Budynek przy ulicy Słonecznej był długi, szary  i nudny. Z bramy nr 66 wchodziło się na wąską klatkę schodową, która kolorystyką doskonale współgrała z fasadą budynku – była wcieleniem szarości, burości i nijakości. Jak prawie cały czas PRL-u.

Daria i Szymon. Ona była drobną blondynką z krótką fryzurką, a on mocnej postury brunetem.  Jedyne co ich wyróżniało to strój – zawsze ubrani byli na czarno. Ale Daria chętnie nosiła czerwoną torebkę, a Szymek czerwony szalik.

  Po południu odwiedzili wszystkich mieszkańców swojej klatki. Każdemu wręczyli prezent powitalny w postaci serca z piernika polukrowanego na czerwono  z posypką przypominającą mak.

Mieszkańcy byli bardzo zaskoczeni tym miłym gestem ale nikt nie zaprosił ich do siebie.

Nowi w ciągu miesiąca nie tylko urządzili swoje mieszkanie ale pomalowali na żółto klatkę schodową, wyrzucili suche rośliny, umyli okna naprawili klamkę i wyrzucili okropne szmaty udające firanki.

Wszystkim mieszkańcom zrobiło się więc trochę weselej. Z uśmiechem odpowiadali na każde dzień dobry młodej pary. A nawet zagadywali przy wyrzucaniu śmieci. Seniorka z pierwszego piętra zagadnęła kiedyś Darię:

– Dlaczego, dziecko nie zrobisz czegoś z tymi wystającymi ząbkami?

– Ach, dentysta mówi, że tak ma zostać, bo są zdrowe.

– Ale twój mąż ma takie same, to dziwne.

– Bo to nie jest mąż tylko brat.

– Aha, czyli to rodzinne?

– Tak, rodzice nasi też takie mieli – odpowiedziała Daria i uśmiechnęła się tak, aby za bardzo nie odsłonić  zębów.

Mimo porządków na klatce schodowej bardzo szybko okazało się, że zagnieździły się tam liczne pająki snujące gęste pajęczyny. Często też, nie wiadomo dlaczego, nie działała elektryczność i psuły się żarówki. Administracja po kilkakrotnych naprawach poradziła mieszkańcom, aby nosili ze sobą latarki, bo nic się nie da z tym zrobić. Ktoś wybił jedno okno na półpiętrze i przez dziurę wlatywały ptaki, dziobiąc mieszkańców i zostawiając odchody. Nastrój klatki schodowej stawał się jeszcze gorszy niż przed wprowadzką rodzeństwa.

Zbliżało się święto zmarłych. Mieszkańcy planowali odwiedzić groby swoich bliskich, zakupili wcześniej doniczki z chryzantemami i znicze. Emerytki zrobiły je ze słoiczka i resztek świeczek, których ostatnio wiele zużyły.

3 listopada koło południa listonosz zapukał do drzwi, zaciekawionej uzębieniem Darii, seniorki. Nikt nie otwierał a przecież lokatorka wiedziała, że tego dnia miał przyjść z emeryturą, która oszczędnie wystarczała jej najwyżej do piętnastego dnia każdego miesiąca.

Doręczyciel długo pukał, potem załomotał. Bez skutku. Zadzwonił do drzwi sąsiadów. Też bez efektu.  Zdziwił się ale był obowiązkowy, więc postanowił spróbować gdzie indziej. Nikt nie otwierał. Nacisnął klamkę mieszkania na drugim piętrze, drzwi  otworzyły się. Listonosz wszedł i ze zdziwieniem spostrzegł, że małżeństwo leży w łóżku.

– Halo, już południe, wstawajcie!  – podszedł do nich i potrząsnął mężczyzną. Ten bezwładnie się osunął.

Listonosz zajrzał jeszcze do kilku mieszkań – wszędzie była podobna sytuacja. Nie pozostało mu nic innego jak tylko zawiadomić policję.

Przyjechali radiowozem dopiero wieczorem, bo  obchodzili imieniny kolegi. Po wizytacji każdego otwartego mieszkania zadzwonili po pogotowie. Lekarz zbadał lokatorów i orzekł śmierć na zawał serca. Jednak bystremu policjantowi coś się nie zgadzało. Przecież to niemożliwe, aby tak nagle wszyscy, w jednym terminie, umarli. Lekarz wypisał akty zgonu i poszedł, bo była już północ.

Policjanci zostawili zwłoki, zamknęli wszystkie drzwi znalezionymi w mieszkaniach kluczami i wrócili na posterunek.

Nazajutrz młody bystry zabrał te klucze i dokładnie sprawdził jak wyglądają ciała . Zauważył, że każde ma na szyi dwa, blisko siebie położone, ślady jakby ukąszenia komara. Postanowił jeszcze zapukać do mieszkania numer 6, aby sprawdzić stan lokatorów.

Drzwi były otwarte, rodzeństwo leżało na dywanie z bardzo wzdętymi brzuchami i ustami pełnymi krwi.

– Matko Boska, wampiry! – zakrzyknął bystrzak i zemdlał.

Dary losu

Upały mnie zmęczyły i osłabiły, więc diabeł stróż mi dokopał i na wardze opryszczkę wywalił. Wara mi trochę zwisa L. Traktuję ją odpowiednią maścią bakteriobójczą  ale marzy mi się maść diablobójcza.

Gdy mam ciężką torbę z zakupami podjeżdżam do domu jeden przystanek autobusem. W czwartek obok mnie usiadła seniorka też z zakupami. Podzieliła się refleksją, że my kobiety cale życie z ciężkimi torbami. I, że rozpuściła męża, który jako naukowiec siedzi tylko w książkach choć gdy dostanie kartkę z wykazem to kupi co trzeba.

Opowiedziałam jej anegdotę o znanym aktorze, który poszedł do sklepu z kartką od żony ale nie nabył wszystkiego. A na zarzut braku paru produktów powiedział:

– dlaczego nie powiedziałaś, że zapisałaś też drugą stronę? 😀

Dzisiaj  miałam nadzwyczaj rozrywkowo. Pilot rano ze mną nie poleciał, czyli nie włączył telewizora. Sprawdziłam, że odbiornik jest w porządku – ma z boku włącznik ale dekodera trzeba obsłużyć pilotem. Takie ma preferencje.  Wymieniłam baterie ale nie zadziałało.

Blisko mego domu jest sklep elektroniczny gdzie już kiedyś zepsutego pilota zamieniałam na lepszy model. Zamiast więc zabrać się za ulubione sobotnie zajęcia poszłam do sklepu. Przede mną klient próbował zapłacić kartą ale się nie udało. Zapytał czy jest w pobliżu bankomat – i owszem, opisałam, że na skrzyżowaniu bliskich ulic i po schodkach. Poszedł a ja do sprzedawcy z problemem swoim. Wyjął pilotopodobne urządzenie i dalejże sprawdzać, podał diagnozę – pilot padł sobie, poszedł na urlop czy nie lubi upałów? Może powinnam go trzymać lodówce?

Otworzył część pilota z bateriami i okazało się, że jedną źle włożyłam z tych nerw.  Bystrość fachowca nic nie pomogła. I tu usłyszałam:

– szkoda, że pani nie przyszła z tym w środę, bo wtedy składaliśmy zamówienia, a teraz to trzeba będzie czekać co najmniej dwa tygodnie, bo tam mają czas urlopowy.

Ucieszyłam się, oczywiście,  jak nigdy w życiu. Już się rwałam do całowania faceta po rękach  gdy wszedł  klient pożądający bankomatu.

I zapytał:

– ma pani telewizję od UPC i dekoder Horizon? To może pani pojechać do Korony, tam są ich stoiska w holu, za darmo wymieniają zepsutego pilota tylko trzeba mieć dowód osobisty i numer klienta.

Wstąpiła we mnie nadzieja, że przechytrzę tego wrednego kopytnego. Poszłam na przystanek, aby zobaczyć godziny odjazdu odpowiedniego autobusu i do chaty po potrzebne rzeczy.

Postanowiłam napić się herbaty a potem pojechać do supermarketu. Weszłam do domu i tak z głupia frant nacisnęłam guzik pilota. I ZADZIAŁAŁO! Chyba w sklepie mają sprzęt dobry do chrzanu tarcia a nie do sprawdzania pilota. W poniedziałek tam pójdę i powiem jak było. Chyba, że jutro nastąpi awaryjna powtórka z niechcianej rozrywki i korona mi będzie pisana. Szkoda, że nie szczerozłota wysadzana drogimi kamieniami.

A oto fragment wywiadu ze mną zamieszczonego w książce „Szczerze  życiu bez dzieci” Edyty Brody

http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,24817299,bezdzietna-pani-irena-w-mojej-rodzinie-uwazalo-sie-ze-dzieci.html?fbclid=IwAR0BTFk4R8Kf4p_NxXgsyVaNj5nCfMd15-dQ6OW3QqYr6j8pDM1N2Abs6sU#s=BoxOpLink

Przyznaję, że jestem mile zaskoczona reakcją moich znajomych na to co powiedziałam  – żadnego moherowego hejtu. Jedna z koleżanek orzekła, że jestem w nim bardzo szczera, odpowiedziałam, że albo mówić należy szczerze albo milczeć.

 A poza tym podoba mi się dołączony rysunek choć nie noszę pereł tylko zamotki.

Puszyste rymowanki moje

kobieta gruba skakanka r

Postanowienie

Może by się odchudzić

mignęła mi myśl taka

nabyłam  pieczonego kurczaka.

Pysznego, z chrupiącą skórką

pożarłam go idąc przez podwórko.

Więc od jutra zacznę dietę

a teraz zagryzę kotletem.

Odpędzam wyrzuty sumienia

kładąc się wygodnie,

tak mijają mi tygodnie.

Puszysta

Idę sobie chodnikiem

sadełko mi faluje

bioderka mam obfite

udka dobrze nabite.

Brzuszek mi sterczy i kuper

jest mi po prostu super!

Każdy ciuch jest jak namiot

Bo duży ze mnie klamot.

Łakoma

Idę sobie ulicą

a oczka mi się świcą

bo na wystawie cukierni

mruga do mnie piernik.

Ślinka mi ciecze z ust

i ciężko faluje biust.

Ach, wgryźć się w te kalorie

brzmi w ustach jak melodia.

Co powie grupa wsparcia?

Że jestem do chrzanu tarcia?

Że schudłam wirtualnie

a wciąż gruba mentalnie?

Ach, wy bździągwy paskudne

Właśnie, że trochę schudnę!

 

 

Dolnośląskie jest kobietą

ks Edyty

Wieczorem w środę brałam udział w pierwszym spotkaniu „Dolnośląskie jest kobietą” zorganizowanym przez młodą socjolożkę Natalię Pancewicz w Księgarni Hiszpańskiej.

Pretekstem do spotkania była książka Edyty Brody „Szczerze o życiu bez dzieci”, czyli o nieposiadaniu dzieci – z wyboru własnego lub losowego. Edyta prowadzi blog bedzietnik.pl i dzięki niemu, także profilowi na facebooku zebrała sporo materiałów. To pierwsza taka, bardzo potrzebna, pozycja na naszym rynku, napisana dostępnym językiem a miejscami z poczuciem humoru. Warto ją przeczytać.

W książce jest kilka wywiadów, m.in. ze mną – jestem tam przedstawicielką pokolenia w którym był wręcz przymus wychodzenia za mąż i posiadania dzieci. Jakoś  uciekłam od tego stereotypu ale nie tylko ja – mam parę koleżanek i znajomych kobiet w tej samej sytuacji. Jakoś nie widziałam, aby waliły głową w mur i gryzły palce z powodu nieposiadania dzieci.

Oprócz autorki i mnie gościem była Marta Lempart z którą wywiad  również jest  w w.w. publikacji.

Zapytano czy godzę się na streaming, żartując odpowiedziałam, że nie takie rzeczy przeżyłam, więc i strumień (informacji) nie jest mi straszny.

Najpierw Natalia nam trzem zadawała pytania, a potem zachęciła do tego publiczność.

Zapytała czy długo się zastanawiałam nad decyzją udzielenia wywiadu i co wpłynęło, że się zgodziłam. Odpowiedziałam, że wcale, a zdecydowała ciekawość – nowej osoby, nowego tematu. I, że lubię kontakt z osobami młodszymi ode mnie, bo rówieśnicy w większości mówią o chorobach, wnukach i uprawianiu działki. W dowolnej kolejności. A to nie są tematy, które mnie zajmują.

Z wielu wypowiedzi wynika, że nadal jest wielka presja na młodych ludzi, szczególnie będących w związkach, aby się rozmnażali. Używam tego słowa, bo zadający pytanie: „a kiedy dziecko?” kompletnie nie liczą się z uczuciami i poglądami pytanego. Masz mieć dzieci i już. Argumenty są przeróżne – odsyłam na blog i do książki.

Natalia zapytała mnie jak sobie z ta presją radziłam i była bardzo zdziwiona, że mnie nikt nigdy nie zadał tego pytania. Ale z okazji imienin w pracy życzono mi dobrego męża. Co odpowiedziałam  przeczytacie w książce. W każdym razie więcej takich życzeń nie było.

Zarówno takie życzenia jak i pytania o dziecko są, łagodnie mówiąc, nietaktowne.

Na spotkanie przyszła też moja była znajoma. Była, bo zerwałam z nią kontakty gdy przekroczyła próg mojej życzliwości, tolerancji i cierpliwości. Siedziała w dodatku naprzeciwko mnie.  Jak zwykle próbowała być gwiazdą spotkania. Ale nie uszkodziłam jej ani słownie, ani fizycznie. Albowiem mam dobry charakter.

Po spotkaniu podeszła do mnie młoda kobieta, przypomniała, że była moją czytelniczką i poprosiła o autograf na książce. Powiedziała też, że bardzo się jej spodobał mój pomysł na „załatwienie wrogów” i poradziła swojemu znajomemu, aby go zastosował. Podobno już zaczął pisać.

Takie spotkania Natalia planuje na Dolnym Śląsku. Najbliższe 17 czerwca w Kłodzku, w bibliotece. Brawo koleżanki bibliotekarki. Ciekawe czy przyjdą panie rozpoznawane po pewnym nakryciu głowy.

Kwiaty cierpiącego świata

GiG

Margaret Atwood – Grace i Grace. Wydawn. Prószyński i Ska 2017

WSTĘP: „Wina bierze się z nie z tego co zrobiłaś ale z tego co inni zrobili tobie”

O autorce:

Margaret Atwood urodziła się 18 listopada 1939 roku w Ottawie. Ukończyła studia na Uniwersytecie Toronto i Radcliffe College na Uniwersytecie Harvarda. Jest laureatką Nagrody Bookera i Nagrody Księcia Asturii. Jej najsłynniejsza książka to „Opowieść podręcznej” na podstawie której zrealizowano film i serial.

Wykładała na kilku uczelniach w Kanadzie i USA.

Jest pisarką, krytyczką literacką, aktywistką społeczną i ekologiczną.

O książce:

Książkę rozpoczyna haiku japońskiego autora Basho:

Chodź, zobacz

Prawdziwe kwiaty

Cierpiącego świata

Kanadyjska pisarka sięgnęła do prawdziwej historii życia Grace Marks. Osnową powieści jest próba wyjaśnienia czy Grace brała udział w morderstwie dwóch osób w 1843 roku. Po odkryciu morderstwa służący, który zabił pracodawcę i jego kochankę został skazany na śmierć a ona na długoletnie więzienie – siedziała w nim ponad 28 lat, wyszła mając 46.

„Są rzeczy, o których wszyscy powinni zapomnieć i nigdy o nich nie wspominać”  – uważa Grace.

Na początku każdego rozdziału jest fragment wiersza autora z tamtej epoki lub artykułu jaki napisano o Grace.

Autorka wyraźnie lubi swoją bohaterkę, nie potępia jej, nie osądza, rozumie ją i broni.

Jednak główną wartością tej książki jest bardzo dokładna panorama życia różnych warstw społecznych częściowo w Irlandii ale przede wszystkim Kanadzie XIX wieku.

Główna bohaterka pochodzi z Irlandii skąd, aby uciec od biedy, wraz z ojcem i kilkorgiem rodzeństwa, emigrowała do Kanady. Mając 13 lat została służącą, aby pomóc rodzinie, bo ojciec wydawał rzadko zarobione pieniądze na alkohol.

Dzięki pracy Grace w różnych domach poznajemy zakres obowiązków służby i sposób w jakie ich traktowano. Także wyposażenie budynków, warunki życia służby i ich pracodawców.

Nawet takie szczegóły jak wyrabiano masło – maselnica była obsługiwana za pomocą nożnego pedału lub  psa biegającego w kółko po rozżarzonych węglach.

W książce oprócz Grace jest parę Interesujących postaci jak domokrążca Jeremiasz i jego kolejne metamorfozy, młody lekarz Jordan, jego matka, kochanka, adwokat bohaterki, duchowny, żona i córki komendanta więzienia. Każde z nich to osobna historia.

Mamy tu przegląd sposobów leczenia osób psychicznie chorych, poglądy.  „Nie ma wnętrz straszniejszych niż mózg”. Młody lekarz zadaje sobie pytanie: „Co i jak musi być zniszczone, aby powstało szaleństwo”.

Powszechnie zaś uważano, że religia i porządne lanie to najlepsze lekarstwo na zepsuty charakter.

Poznajemy warunki życia oraz stosunki międzyludzkie w więzieniu, zajęcia jakie musiały wykonywać więźniarki.

Opisano  domy publiczne i gospody, w których jedli i nocowali podróżni. A także los panien, które zaszły w ciążę.

Nie zabrakło też opisów ubrań bogatych i biednych. A także mody na szycie kołder, poznajemy nawet nazwy różnych wzorów.

Zajmowano się wtedy także wywoływaniem duchów i hipnotyzowaniem, dzięki autorce  dowiadujemy się przebiegały takie seanse.

Podziwiam wielostronność badań jakich dokonała autorka, aby tak szczegółowo i wielokierunkowo opisać tamten czas i ludzi.