Upalne miasto 212

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

***************************************************************

Czwartek

Jakiś czas temu zamówiłam szafkę i fotel z podnóżkiem w osiedlowym sklepie meblowym. Szafka ma wymiary pasujące do przestrzeni jaką miałam między oknem balkonowym a regałem. Potrzebna była, aby upchnąć w niej parę rzeczy leżących za szafą w sypialni. Tam, za szafą,   postawiłam drabinkę i torbę zakupową na kółkach.

Dzisiaj przed godziną dziesiątą odebrałam telefon, że zamówienie zrealizowane i jest w aucie. Na szczęście w czasie poprzednich dni wyjęłam gotówkę z bankomatu i miałam przygotowaną ustaloną sumę.

Panowie meble wnieśli, pobrali kasę, zaprosili do swego sklepu i poszli. Niestety ich zakład (poza Wrocławiem) nie wykonuje kwietników na zamówienie. No to te trzy kwiatki są na razie na niskim stołku. Nie narzekają, więc widocznie dobrze tam mają.

Piątek

Taki fart rzadko mi się zdarza. Wypadła mi plomba z przedniego zęba. Wypełnienia refundowane przez nfz wypadają mi szybciej niż wpadają, więc muszę stosować te płatne. Wytypowałam trzy miejsca gdzie są stomatolodzy w okolicy. Do poprzedniego mam najdalej. Poszłam więc do najbliższego – pięć minut piechotą. Kiedyś już tam byłam i tam właśnie okazało się, że moje zęby nie tolerują niby bezpłatnych plomb. Musiałam wtedy iść drugi raz i zapłacić.

Dzisiaj weszłam, zapytałam o cenę i termin. Znaleziono moje dane w komputerze. A potem wizyta możliwa jest we czwartek – usłyszałam. A jakoś wcześniej, może w poniedziałek? – dopytywałam.

– A chce pani teraz? Pewnie, że chciałam i tak się załapałam.

Na moją prośbę młody dentysta przejrzał moje pozostałe i powiedział:

– Ma pani piękne ząbki.

Dostałam ataku śmiechu, naprawdę! No, o wszystkim można powiedzieć, że mam piękne tylko nie o zębach! Stwierdziłam, że pan doktor ma ogromne poczucie humoru. Zdziwiony moją reakcją dodał, że mają dobre wypełnienia dentystyczne. Chyba ma zawodowe skrzywienie.

W dodatku okazało się, że ten gabinet tylko w piątki działa przed południem – taki fart miałam.

A po południu, z zaplombowanym zębem, pojechałam do Muzeum Architektury gdzie Fundacja Mosty Serc z prezeską dr Magdą Wieteską poprowadziła spotkanie „Miasto zapisane”. Wcześniej z Jej inicjatywy wiele osób napisało swoje wspomnienia o naszym mieście. Magda wybrała z nich krótkie i trochę dłuższe fragmenty do przeczytania przez autorów. Trwało to półtorej godziny a potem niektórzy obecni  jeszcze wspominali różne miejsca.

Zaprosiłam kilka osób, zdeklarowały się cztery, jedna nie mogła się wyrwać z pracy, druga z objęć rodziny.

Przyszła moja koleżanka bibliotekarka mająca mi uszyć podomkę (dobrze, że pracuje niedaleko tego muzeum). Drugą była córka mojej szkolnej koleżanki, która w drodze do tramwaju powiedziała, że jechała z lotniska i bała się, że się spóźni ale przyszła punktualnie. Obie zadowolone, bo mogły posłuchać wspomnień, skonfrontować ze swoimi lub dowiedzieć się czegoś nowego.

Przygotowałam kserokopie pełnego tekstu i kilka rozdałam z własnoręczną zakładką i małą kartką okolicznościową.

Magda dużo wcześniej przysłała nam scenariusz spotkania i teksty wszystkich autorów.

Jedna z pań zapytała mnie dlaczego tak brzydko napisałam o naszym mieście. Na co ja, że prawdy nie należy ukrywać. Tak jak nie ukryła jej autorka  opowiadając o pracy w budynku Poltegoru, który był kompletnie zarobaczony karaluchami. Wchodziły wszędzie gdzie mogły i nie mogły. Pracownicy dokładnie sprawdzali odzież i torebki przed wyjściem, aby nie zanieść robactwa do domu co nie zawsze się udawało. Miejska legenda niesie, że zburzono go z powodu niechcianych małych ale natrętnych mieszkańców.

Już z domu moja gościni napisała do mnie sms, że szefem budowy Poltegoru był kuzyn jej ojca, który chwalił się tym osiągnięciem nawet na rodzinnym pogrzebie.

W telewizji ECHO pracowała tam moja znajoma ale o karaluchach nie wspomniała.

Z Internetu:

Dawny Poltegor Centre (1982–2007)

  • Lokalizacja: ul. Powstańców Śląskich 95 (dzielnica Krzyki).
  • Historia budowy: Powstawał w latach 1974–1982.
  • Wymiary: Miał 125 metrów wysokości całkowitej (92 metry do dachu) i 25 kondygnacji. Przez lata był najwyższym budynkiem w mieście.
  • Rozbiórka: Został zakupiony w styczniu 2007 roku przez Leszka Czarneckiego i wyburzony 2 czerwca 2007 roku.
  • Następca: W jego miejscu wzniesiono wieżowiec Sky Tower.
  • W budynku mieściły się m.in. biura, a także lokalne media (np. Radio Eska, Radio Aplauz czy Telewizja Echo).

To było miłe spotkanie, pod różnym względem także dlatego, że nie przekroczyło dwóch godzin, bo tyle dla mnie jest akurat do wytrzymania.  Dłuższe spotkania wyżerają ze mnie energię. I całe szczęście, że nie było ani muzyki, ani poczęstunku, bo bardzo przedłużyłoby to spotkanie. A ja lubię jak jest krótko i na temat.  Wszystkie teksty w pełnej wersji będą na stronie Fundacji Mosty Serc.

Mój zamieszczę tutaj wkrótce.

Niedziela

Jakiś czas temu wykupiłam w Muzeum Pana Tadeusza wejściówkę, która zapewniała mini oprowadzenie po części ekspozycji. A dokładnie mowa była o strojach damskich i męskich w dawnej Polsce. Na ekranie wyświetlano różne wierzchnie odzienia męskie jakie nosili panowie z różnych warstw społecznych. Kontusz, żupan, sukmana, chałat.

Tradycyjny polski strój narodowy (Sarmacki)

Nosili go głównie starsi, przywiązani do tradycji szlachcice (np. Sędzia Soplica, Podkomorzy, Gerwazy). Był on symbolem patriotyzmu i manifestacją niechęci do zagranicznych nowinek.

  • Żupan: Długa, dopasowana suknia z wąskimi rękawami, zapinana pod szyją na rząd guzików.
  • Kontusz: Nakładany na żupan, z charakterystycznymi rozciętymi rękawami (wylotami), które można było odrzucić na plecy.
  • Pas kontuszowy: Szeroki, bogato tkany pas (często jedwabny, przetykany złotem, np. słucki), którym przepasywano kontusz.
  • Konfederatka lub czapka rogatywka: Obszyta futrem, często ozdobiona czaplim piórem.
  • Karabela: Lekka, ozdobna szabla, noszona u boku jako nieodłączny element stroju szlacheckiego.

Na innym ubieranie panny w białą sukienkę, kolorowe mogły nosić tylko mężatki lub wdowy.

Metresy pewnie ubierały się jak chciały. Ale o nich nie było mowy.

Oprowadzająca zaleciła przyjrzenie się wzorom na odzieży, aby nas zainspirowały do warsztatów na których wykonywaliśmy hafty.  Na długim stole przygotowano dla każdego torbę zakupową i tamborek, na środku stołu położono mulinę i nożyczki. Igły rozdano. Ależ tę mulinę strasznie się nawleka, bo rozdwaja, roztrzecia, rozczwarcia i rozpiącia się skubana. Trafić do dość dużej ale podłużnej  dziurki trudno. Ołówkiem można było narysować sobie wzór, zaplanowałam kwiatek a wyszło koło roweru ze szprychami. No i często tak mam – jedno zaplanuję, drugie wychodzi. Mi na złość! Wiecie kto tak mąci.

Upalne miasto 211

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

************************************************************************

Środa Cd

A w pozyskanym „Przekroju” wywiad z Jonathanem Silvertownem biologiem ewolucyjnym i popularyzatorem nauki. Jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Edynburskiego. Autorem ośmiu książek – robi wszystko co może, by przemycić w nich poezję. Tytuł wywiadu: „Iloraz humoru”, przeprowadziła go Maria Hawranek.

Cytat: „To, że skłonność do śmiechu mamy w genach, jest pewne, nie wiadomo tylko do końca, skąd się tam wzięła i po co”.

A na początku: „Kinowa komedia to bardzo ryzykowny pomysł na pierwszą randkę, bo jeśli się okaże, że śmieszą nas zupełnie inne momenty, najpewniej nie dojdzie już do kolejnego spotkania. Taki pożyteczny wniosek można wysnuć po przeczytaniu książki Jonathana Silvertowna „The Komedy of Error” [Komedia błędu],  w której autor wyjaśnia, że poczucie humoru ma bardzo dużo wspólnego z inteligencją, a idąc dalej – z doborem naturalnym”.

MH: „Sebastian Gendry, propagator śmiechu jako narzędzia terapeutycznego, mówi o jego wpływie na nasze zdrowie, m.in. o tym, że natlenia komórki, obniża poziom kortyzolu, u osób z cukrzycą wpływa na obniżenie poziomu cukru. I dzieje się to nawet wtedy, kiedy wywołujemy go intencjonalnie”.

Od siebie dodam, że większości osób brakuje poczucia humoru na własny temat, czyli dystansu.

A przecież: „Jeśli umiesz śmiać się z siebie samego będziesz miał powód do radości przez całe życie” – czy jakoś tak.

Piątek

Miły dzień (chociaż „Nie chwal dnia przed zachodem słońca”). Zapisałam się na zajęcia fotograficzne poprowadzone przez Małgorzatę Pacholską. Spotkanie było w Centrum Seniora a praktyka w pobliskim parku im. J. Słowackiego. Mieliśmy (tak, było 3 panów) zrobić zdjęcia na zadane 3 tematy: faktura, światłocień i miejsce w którym dobrze się czujemy.

Wróciliśmy do CS i prowadząca poprosiła, aby wysłać jej swoje trzy prace a ona je wydrukuje na poczekaniu. Miała małą sprytną drukarkę. Nie byłam zdziwiona, że moje zdjęcia opierały się wysłaniu. A jedno to nawet uparcie nie chciało się poddać pobraniu i wydrukowaniu. I to było to miejsce dobrego samopoczucia – jakby jaskinia utworzona przez nachylone do ziemi gałęzie.

A na wspólnym zdjęciu widać tylko kawałek mojej twarzy.

Potem ze znajomą musiałyśmy odrobić spotkaniowe zaległości spowodowane przez obiektywne okoliczności.

Odrabianie przebiegło w wegańskiej restauracji „Bez Lukru” przy ul. Igielnej konsumując gryczane naleśniki z różnymi wkładkami. Oraz relacjonując zdarzenia z własnego, jakże ostatnio urozmaiconego, życia.

Idąc do tramwaju nabyłam pół chleba w „Chlebotece” i zadowolona pojechałam do domu.

Sobota 3.10.26 r.

Grupa nieformalna z Ołbina (osiedle na którym mieszkam od 40. lat) zorganizowała spacer po nim skupiając się na kamienicach i ich historii oraz detalach. Nawet, dzięki przewodniczce (też mieszkanka Ołbina, pracownica Muzeum Miejskiego, Iwona Feier) weszliśmy do kilku bram, aby obejrzeć pięknie zachowane kafle na bocznych ścianach klatki schodowej tuż za drzwiami wejściowymi. Gdzie nie weszliśmy przez szybę oglądaliśmy, a na malowidło sufitowe (też na klatce) udało się spojrzeć dzięki wchodzącemu właśnie mieszkańcowi.

Przewodniczka oprócz kserokopii projektów pokazywanych budynków (często odmiennych od realizacji) posiłkowała się książką  „Secesja w architekturze Wrocławia”. W pewnym momencie pokazywała rysunki a tę ciężką książkę włożyła pod pachę. Wyjęłam ją, aby było wygodniej. Ja trzymałam a dwie osoby zrobiły zdjęcia okładki. Zażartowałam: pięć złotych, jedna z pań chwyciła żart i powiedziała: dam siedem, na co ja: kto da więcej? Nikt nie podjął wyzwania.

Zorganizowało to wydarzenie „Arthistorie – spacer, sztuka, sąsiedztwo” – organizacja społeczna, witryna turystyczno – krajoznawcza.

Po spacerze poszliśmy do ołbińskiego CAL-u gdzie na warsztatach, prowadzonych przez Katarzynę Wawruszczak,  można było namalować sobie kafelek na szkle, kafelku i torbie zakupowej. Co zrobiłam i niosąc niewyschnięty kafelek w dłoni do domu przybyłam. Za to w niedzielę się trochę byczyłam.

Poniedziałek w banku spędziłam m.in. wyjmując pieniądze z nowoczesnego bankomatu. Na tyle innego od tych jakie znam, że trochę zgłupiałam patrząc nie tam gdzie powinnam.

Środa

W niedzielę dostałam sms: „Podejmuję się uszycia podomki” Alina. (Reakcja na wpis na blogu).

Jaka Alina? – pomyślałam i w ten sam sposób zapytałam. Okazało się, że to koleżanka bibliotekarka z którą lata temu pracowałam. Uzdolniona krawiecko, drutowo i nie tylko.

Pracuje w uczelnianej bibliotece, umówiłyśmy się na dzisiaj u mnie w nowym mieszkaniu. Przygotowałam materiał, guziki i stara podomkę na wzór oraz swoją książkę oraz kocią zakładkę do niej, bo tytuł książki to „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”. Bardzo była ciekawa jak wygląda budynek i okolice (np. patio), bo pamięta ten teren gdy nie był zabudowany a w dodatku kupowała nasiona w sklepie jaki się tu gdzieś znajdował.

Moją propozycję tyczącą honorarium odrzuciła a w dodatku obdarowała mnie 2 parami skarpetek z sierści norek (pierwszy raz widziałam takie), herbatą z róży w drewnianej skrzyneczce, zestawem kilku kremów do rąk, truflami i czekoladą dunajskimi, 3 słoiczkami wiśni w sosie własnym (osobiście drylowane ale uprzedziła, że pestki mogą się trafić i rzeczywiście – nie odmówiłam sobie spróbowania) oraz jednego z jeżynami. Zrozumiałam, że owoce pochodzą z jej ogrodu.

Przyznam, że tego się nie spodziewałam. Jestem w lekkim pozytywnym szoku. Dobrze choć, że książkę przygotowałam.

Tak byłam zaskoczona, że później zajrzałam do kalendarza – może to jest Gwiazdka lub chociaż 6 grudnia? Ale nie.

A zabawny zbieg okoliczności jeszcze był, bo wcześniej tego dnia zajrzałam do sklepu z różnościami,  klientka  płacąca przede mną kupiła zestaw sporych agrafek. Zwierzyła się ekspedientce, że nimi dryluje wiśnie. Powiedziałam to koleżance z powyższymi darami na co się obśmiała, że dziesięciu kilo agrafką by nie obrobiła, a jeśli to trwało by to i trwało.

Nie znalazłam wpisu o wiśniach na profilu „Zwierzęta są głupie i…” to daję ten o czereśniach, bo – wyjaśnienie poniżej:

Czereśnie popie*doliło – te małe czerwone ku*więta tylko siedzą i knują, jak tu człowiekowi popsuć poranek. Jak nie konsumentom, to sadownikom – zawsze ktoś cierpi z powodu czereśni. Jeszcze do niedawna ludzie płakali, że za cenę kilograma owoców trzeba dać tyle, co za metr kawalerki w Sopocie. Teraz, kiedy podaż wzrosła, to sadownicy załamują ręce. Ja się nie wypowiadam, bo by mi czereśnie powypadały z gęby.

Tymczasem czereśnia nie tylko rujnuje ludzi, ale w dodatku łże jak najęta. Tak naprawdę czereśnie to owoce wiśni, tylko że ptasiej. Mamy ptasią grypę, ptasie móżdżki, no i ptasie wiśnie, czyli czereśnie. Warto mieć to na uwadze, gdyby ktoś za bardzo w piórka obrósł.

Wiele niesłowiańskich języków w ogóle nie wyróżnia oddzielnej nazwy dla czereśni. Dla nich to po prostu cherry, kirsche albo cerise, tak jak inne wiśnie. Słowo czereśnia wzięło się od starożytnego miasta Cerasus w dzisiejszej Turcji, tak jak wakacje od „waka’cjus”, co w starotureckim znaczy „spółkować z kierowcą autokaru”.

Faktycznie, Turcja słynie z czereśni, a odkąd zaczęliśmy tam regularnie jeździć, również z czereśniaków. Nie można jednak ich tak sobie przywieźć w bagażu podręcznym. Jakiś czas temu czereśniowa przemytniczka dostała za 3 kilo czereśni 300 zł kary na lotnisku w Gdańsku. W 2022 roku jeszcze by na tym zarobiła, bo czereśnie na rynku pierwotnym dochodziły do 260 zł za kilogram. Cen z rynku wtórnego nie znam, bo się archiwum zes*ało.

Skoro przy tym jesteśmy, to z czereśniami trzeba ostrożnie z kilku powodów. Po pierwsze, są jak Helena Trojańska, tylko zamiast okręty w morze, wyprawiają ludzi na porcelanę, bo zawierają sorbitol, czyli naturalny alkohol cukrowy. Można się po jego nadmiarze nadąć jak radny na otwarciu Biedronki, a można zamienić w gejzer pionowego startu. Czereśnie w Europie zawdzięczamy, tak jak inne gówniane rzeczy, np. salut i prawo – Rzymianom. A konkretnie wodzowi Lukullusowi, który powinien nazywać się Łykullus, bo pochłaniał czereśnie w takich ilościach, że na jego cześć wymyślono termin „uczta Lukullusa”. To podróż kulinarna, która rozpoczyna się sałatką owocową, a kończy koncertem jelita grubego.

Po drugie, czereśnie są bronią zakazaną konwencją Jordanowską. To od ogródków Jordanowskich, których blaszane zjeżdżalnie latem paliły ogniem tysiąca słońc, a zimą metalowe słupki niewoliły więcej języków niż chińscy cenzorzy i krówki mordoklejki. No więc konwencja Jordanowska stanowczo zabrania wykorzystania czereśni w charakterze broni miotanej, jeżeli uczestnicy potyczki mają na sobie ubrania z grubsza białe. Czereśnie zawierają antocyjany i farbują do tego stopnia, że kiedyś używano ich w charakterze szminki. Jeżeli ubrania są ciemne albo przeciwnik to mój dawny sąsiad Łukaszek, to można naparzać bez ograniczeń. Pie*dol się, Łukaszek, ty już wiesz za co.

Poza antocyjanami czereśnia zawiera amigdalinę, która w kontakcie z kwasami żołądkowymi zamienia się w cyjanowodór. Franca trzyma ją szczelnie zamkniętą, więc trzeba by rozgryźć 200–300 pestek, żeby się człowiek przez czereśnie wybrał do krainy wiecznych lodów – nigdy nie kumałem, dlaczego ktoś miałby wybrać na emeryturze od życia polowanie zamiast nieograniczonego ciamkania Bambino. Poza amigdaliną czereśnie zawierają również melatoninę, więc garść przed snem działa podobnie jak fikuśne tabletki reklamowane w radio pomiędzy spotami na suchość dróg rodnych.

Upalne miasto 210

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

***********************************************************

Niedziela

Ciepło się zrobiło więc spacer po okolicy w towarzystwie znajomej. Dostałam od niej trochę jabłek z przydomowej jabłoni. Od razu część obrałam, część ze skórką pokroiłam, wodą zalałam i udusiłam. Na koniec dodałam kupione powidła śliwkowe, wymieszałam, zagotowałam i wsadziłam w małe słoiczki. Wcześniej zalane wrzątkiem, wysuszone i spirytusem salicylowym oblane. Potem do góry tyłkiem postawione na gazecie i tak nakryte.

Ale kilka dni wcześnie podtrułam się … musztardą. Podobno ma składniki antybakteryjne ale nie zadziałały. Cały czas była w lodówce, do słoiczka przy ostrym świetle nie zajrzałam. Mam nauczkę, bo znowu okupowałam wc i smectę zastosowałam.

 Ja to mam zezowate szczęście jak Bogumił Kobiela w filmie o tym tytule.

Poniedziałek

Autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” uprzejmie donosi z okazji święta tego owocu:

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Polacy tak bardzo lubią jabłka? Ze wszystkich owoców wybraliśmy sobie ten, przez który zerwano pierwszą umowę lokatorską na świecie. Bóg powiedział „nie ruszać” i owszem, to Ewa zerwała, ale zaraz potem przyszli Polacy i powiedzieli: „Nie wolno? To patrz teraz”.

Polska jest światową potęgą w produkcji jabłek. W Unii Europejskiej nie ma jabłkarzy nad Polaków, a na świecie wygrywają z nami tylko USA oraz Chiny, ale Chińczycy pewnie podrabiają swoje jabłka, a w Stanach Steve Jobs zrobił z gryzienia jabłek religię.

Pierwsze oswojone jabłka pochodzą z gór Kazachstanu. Jego stolica – Ałmata – to po ichniemu „ojciec jabłek” i w tamtych stronach można spotkać całe dziko rosnące jabłkowe lasy. Większość dzikich jabłek to małe, kwaśne paskudy, jakby natura zacisnęła piąstki przed wepchnięciem ich nam w buzie. Duże jabłka jednak prawdopodobnie również powstawały początkowo w sposób naturalny. Istnieje teoria, że jabłka słusznego rozmiaru urosły takie z powodu mamutów. Miały wabić megafaunę, która miała megamordę. Nie mam pojęcia, czy Ewa była mamutem, nie pytajcie.

Zakazany owoc prawdopodobnie wcale nie był jabłkiem. To znaczy, teoretycznie mógł nim być, chociaż to mało prawdopodobne ze względu na lokalizację, ale chodzi o to, że w Biblii jest mowa tylko o owocu, a jabłko to już fanfic tłumaczy na głodzie idaredowym. Ale to nie tak, że ktoś sobie użył słowa „owoc” i myśmy to potem zjabczyli. Błąd wynika z użycia słowa malus/malum, które oznaczało zarówno „zło”, jak i „jabłko”. Jabłko z zarania dziejów daje nam do zrozumienia: nie jesteś mamutem? To trzymaj trąbę z daleka.

Swoją drogą jabłko jest krewniakiem róży. I teraz słuchajcie, bo przemawia przeze mnie mądrość płynąca z doświadczenia: sprezentowanie komuś jadalnego bukietu to dobry pomysł. Proszenie go potem, żeby zrobił wam z niego jabłecznik – już gorszy.

No chyba że weźmiecie wybrankę lub wybrańca sposobem. Jeżeli ktoś ma uczulenie na jabłka, to tak naprawdę może mieć uczulenie na brzozę, bo mają podobne białka. Obróbka termiczna czasami wystarcza, żeby zneutralizować jabłko, i w tej sytuacji robienie ciasta to zakichany obowiązek.

Możecie też użyć argumentu, że jabłko należy dobić zaraz po wniesieniu do domu, bo to dywersant i bezczelny tlenojad. Po zerwaniu jabłko nadal żyje i oddycha. Jego tkanki zużywają tlen i wydzielają dwutlenek węgla. Współcześnie jabłka są przetrzymywane w komorach z kontrolowaną atmosferą. Sztucznie obniża się im poziom tlenu niemal do zera, żeby się nie podusiły, tylko zapadły w hibernację jak owocowe misie, ale niech was Bóg broni przed magazynowaniem jabłek w łodzi podwodnej, bo wam mogą całe powietrze wyoddychać.

Nawet jeżeli tego nie zrobią, to postarają się wykończyć konkurencję, to znaczy inne owoce. Jabłka wydzielają gaz przyspieszający dojrzewanie. Pierdzą dookoła etylenem, który jest roślinnym hormonem dojrzewania w postaci gazowej. Jeżeli obok jabłka znajduje się zielony banan lub awokado, to zbrązowieją, zanim zdążycie sobie przypomnieć przepis na ulubioną kanapkę Adama Małysza.

Te robale w jabłku to wcale nie dżdżownice. Wiem, że pewnie nie muszę tego tłumaczyć nikomu, kto wyszedł z badaniami przyrody poza bajki Disneya, ale niech tam. Poza tym z tego robala wyrasta potem motyl – owocówka jabłkóweczka (Polska powinna dostać literackiego Nobla za nazwy robali). Co prawda motyl jest niezbyt piękny, bo nocny, ale za to sra tam, gdzie żeruje.

Te brązowe okruszki w pobliżu dziurki w jabłku to mogą być kupska gąsienicy. Zostawiła je po drodze do komory nasiennej, gdzie znajdziecie ich jeszcze więcej. Z jabłkami trzeba ostrożnie, bo nigdy nie wiadomo, czy człowiek nie przegryzie się do toi-toia dla motyli.

PS. dzisiaj obchodzimy światowy dzień jabłka. Jabłka, nie jabłecznika, cwaniaki.

Wtorek – niespodzianek worek

Pierwszą było poranne zdziwienie, że nad częścią kuchenną świecą się żarówki (czy co tam jest), których wieczorem nie włączałam, bo przy stojącej lampie działałam. A lamp ci u mnie dostatek – dwie stojące i 4 wiszące (w obu pokojach). Nad stolikiem w części kuchennej jest mały klosz w kształcie fajansowego czajniczka do parzenia herbaty.

Następny zdziw to brak programu TV a lubię do śniadania pooglądać „śniadaniówki”. Zadzwoniłam do sieci, po odpytaniu mnie przez AI szybko połączono z konsultantką. A ta zapytała czy resetowałam dekoder. Nie, na skutek ostatnich przejść zapomniałam, że można to zrobić.

Odłączyłam go (dekoder, nie konsultantkę), czekałam i czekałam. I nic, ekran czarny. Wreszcie kobieta zapytała czy mam włączony telewizor. Nie miałam. Sama z siebie się pośmiałam.

Czekam na następne zaskoczenia.

Po masażu poszłam powiesić w mojej poprzedniej bramie duże ogłoszenie o remoncie a w peesie dodałam informację o szafce w pralni czekającej na zabranie.

Postanowiłam, w jednym z trzech sklepów meblowych (na moim osiedlu) zamówić szafkę jakiej nie znalazłam w Internecie. Przy okazji zapytałam o fotel z podnóżkiem i wybrałam. Podnóżek jest pustym pufem z miejscem na schowanie czegoś co ktoś chce, np. złudzeń, że ludzie, w większości, są dobrzy. Nie są.

Zamówiłam, wybrałam fason i kolor, wypisano kwity, ustalono termin realizacji z dostawą i zadowolona zrobiłam zakupy w warzywniaku oraz prywatnej piekarni.

Weszłam do mieszkania, rozpakowałam się i spojrzałam na swoje meble – tzn. kolor. I okazało się, że wybrałam olchę, która jest czerwonawa a potrzebuję coś mniej agresywnego. Zadzwoniłam do sklepu, powiedziałam, że nie odróżniam kolorów i chcę inny. Zrobiłam zdjęcie kawałka mebla i jutro pójdę prostować. No, nie chcę mieć jak u Chmielewskiej „wszystko czerwone”. A moja znajoma chce mieć czerwony ryż, mam go, dla niej,  nabyć w sklepie z azjatyckimi produktami mieszczącym się na sąsiedniej ulicy. Jeszcze takiego nie jadłam. Może i sobie kupię?

Drugi ciepły dzień mamy, jednak przed jedenastą momentami w cieniu wiało chłodem. Na bluzkę założyłam więc dżinsową kurtkę bez podszewki ale na stopy sandały, albowiem moje indiańskie imię brzmi „Ciepła Stopa” – ha, ha, ha.

Środa

Sklep azjatycki czynny dopiero od południa – tego nie przewidziałam, a była jedenasta. Poszłam więc do sklepu meblowego skorygować kolor zamówionych mebli za pomocą zrobionego zdjęcia. I co się okazało? Że to jednak olcha tylko odcienie bywają mniej lub bardziej nachalne. Ciekawe jaki mi przypadnie.

Potem (w ramach czekania na południe) wypiłam kawę w miejscu położonym bliżej mojego poprzedniego mieszkania. Następnie nabyłam cynamontkę w chwalonej cukierni i korzystając z bardzo ładnej pogody (nadal w sandałach) przeszłam się po parku im. S. Tołpy. Jesień jeszcze tam się nie rozzuchwaliła, większość drzew i krzewów jest zielonolistna. Dwie fontanny w stawie sikały, więc je zdjęciowo uwieczniłam.

Spiesząc się powoli poszłam do sklepu po ryż czerwony. I tu kolejna niespodziewanka – nie ma, może będzie za trzy tygodnie. Z tą niemiłą wiadomością poszłam do „Domu Pokoju” odebrać „Przekrój” z 2025 roku i słoiczek z herbatą.

Idąc tam wstąpiłam do warzywniaka „Gra w pomidor” i nabyłam dwie dynie. Jedną małą ozdobną z zakręconym końcem i wypustkami – brodawkami a drugą Hokkaido. Tę pierwszą przeznaczyłam na stół balkonowy, bo czarny jest a nie lubię tego koloru. Druga na razie leży na stole kuchennym a pod nią mała serwetka z kocim motywem.

Przechodząc przez skrzyżowanie przy parku pomyślałam, że może znajdę kasztany pod drzewem. Były – dwa. Trudno, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Szłam do domu przez podwórko i cóż widzą moje piękne oczy? Mnóstwo  kasztanów. Rzuciłam się jak dzik na żołędzie, bo wymyśliłam, że małą dynię nimi otoczę – taki jesienny stroik se na balkonie zrobię. Kto bogatemu w kasztany zabroni?

Upalne miasto 209

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

******************************************************************************

Niedziela 20.09.26

Dzisiaj (a może już wczoraj?) minęły dwa miesiące od kiedy zamieszkałam na nowym miejscu. Akt kupna był 6.07 ale trzeba było najpierw przewieźć sporo rzeczy, aby w miarę normalnie funkcjonować. A w poprzedniej chacie pakować, pakować, pakować.

O wadach pisałam to teraz zalety nowej chaty:

– to samo osiedle, bo mieszkam tu 40 lat i je lubię

– drugie piętro i winda

– o wiele większe – 34 m2

– okna wychodzą na patio, ale widzę z balkonu głównie cudze, bo trawa jest dwa piętra niżej, nad garażami

– sąsiadów mało słychać, czasem niezbyt głośne szczekanie

– kabina prysznicowa a nie wanna

– w łazience jest umywalka (poprzednio brak) a nad nią lustro z oświetleniem,

– zastałam tu: dużą szafę w sypialni, sporą przy drzwiach wejściowych, lodówkę z zamrażarką, kuchenkę indukcyjną a nad nią wyciąg, zmywarkę – w obudowie dzięki czemu jest kilka szafek,  stolik rozkładany i 2 krzesła, pralkę, rozkładaną suszarkę łazienkową, mały balkon a na nim metalowy stolik i takie 2 krzesła, nad balkonem jest daszek z lampą, w łazience i obok szafki w części kuchennej regalik drewniany, za oknami są żaluzje – nie antywłamaniowe ale dobrze odcinają ostre światło. Tylko przycisk opuszczająco-wznoszący w ścianie nie działa trzeba ręcznie ciągnąć.

Uznałam, że potrzebuję dużego ściennego, cichego zegara i szafki, aby parę rzeczy nie kisiło się w kącie za szafą w sypialni.

Byłam w dużym, dwupiętrowym sklepie meblowym, takiej szafki jaką bym chciała nie mają. I mieć nie będą, bo indywidualnych zamówień nie realizują. Foteli z podnóżkiem też nie mają takich jak potrzebuję. Dwa piętra i kicha.

Wczoraj zawiozłam do sklepu dobroczynnego długi elektryczny grzejnik, dzisiaj odkurzacz. Wczoraj przechadzając się po tym sklepie zauważyłam spory kawałek tkaniny typu kora w jesienny deseń. Czy znajdę kogoś, kto mi z niego uszyje podomkę, czy po prostu wytnę na górze dziurę, obrębię ją, ręcznie zszyję boki i będę miała taką podomową szatę?

Wracając stamtąd wysiadłam wcześniej, aby wstąpić do nieznanego mi sklepiku z różnościami i kupiłam bawełnianą piżamę.

Spotkałam znajomą, która opowiedziała mi o koszmarnych skutkach naprawy dachu w postaci nieczyszczonych od lat przewodów wentylacyjnych. Różni fachowcy jak kominiarz wmawiali jej co chcieli tylko że ona jest z wykształcenia architektem, a w dodatku wykładała na politechnice. No i wykazała im, że zna temat doskonale i wie lepiej od nich co powinno być dawno zrobione za co firma brała od lat kasę.

To się panowie najpierw nadęli popisując fachowością a z każdym jej słowem kurczyli się w sobie. Istne „kobieta mnie bije” – znajomością przedmiotu.

A teraz coś słodkiego z profilu fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też” opisanego:

PĄCZKI

opisane przez autora profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Pączka wymyślił pewien Niemiec na swój obraz i podobieństwo. Jest tłusty, okrągły i nienawidzi Polaków. Spójrzcie na tego rumianego sadystę. Jaki z siebie zadowolony. On wie, że już za chwilę będzie na językach całej Polski. A potem, przetworzony przez Narodowy System Trawienny, popłynie razem z osoczem i nienawiścią do badań okresowych, do naszych tętnic wieńcowych. Miażdżyca is the new blitzkrieg.

O dziwo, po niemiecku pączek nie nazywa się, jakby planował anszlus Austrii, tylko Pfannkuchen – tak samo jak naleśnik. Ale to tylko pozory. Wynalazca pączka nie mógł służyć w armii ze względu na stan zdrowia, więc zaczął dla niej gotować. Pączek miał przypominać kulę armatnią i jakoś tak wyszło, że robi to samo z żołądkiem.

Przeciętny Polak zjada w tłusty czwartek dwa i pół pączka. Każdy jeździec tłuszczokalipsy to średnio 250–400 kalorii, ale na żołądku leży, jakby miał co najmniej drugie tyle. Zresztą cukiernicy prześcigają się w tworzeniu pączków coraz większych i bardziej słodkich. Jakby czerpali perwersyjną radość z tuczenia rodaków.

I o co, do diabła, chodzi z pączkami kraftowymi? Zredukowana esencja z mchu i paproci na klarowanym maśle z mleka himalajskich świstaków. Co tylko klient zechce, a teraz proszę wyskakiwać z 45 złotych. Za tyle to lepiej, żeby mi ten pączek PIT-a wypełnił.

Ale nie zawsze tak było. Historia pączków sięga starożytnego Rzymu. Tylko że wtedy lepiono je z twardego ciasta chlebowego i faszerowano słoniną. Potem smażono i maczano w sosie rybnym. Jeszcze w XV wieku w Polsce porządny pączek rzucony na stół odbijał się od blatu i zostawiał limo gospodyni. A może to był gospodarz, tyle mamy tych tradycji…

Dopiero Arabowie wpadli na to, żeby pączka zrobić z ciasta drożdżowego oraz polać miodem. Tylko że tam ma to sens, bo oni muszą gromadzić wodę w tłuszczu jak te ich garbate konie. No, a potem dorwaliśmy się do pączków my, Polacy, i dodaliśmy do języka znaki diakrytyczne, a do ciasta wódę. Rzekomo po to, by ograniczyć nasiąkanie pączka tłuszczem. Szkoda, że nikt nam nie wytłumaczył, że na ludzi to działa odwrotnie.

Zauważyliście, że pączek wiecznie wygląda, jakby mu wystawał bebech? Ta jasna obręcz wokół osi to nie biały pas w byciu porządnym deserem, tylko znak, że pączek jest odpowiednio nadęty i unosi się na powierzchni oleju, zamiast w nim utonąć. Ciasto na pączka ma na języku sprawiać wrażenie napowietrzonego jak gąbka do naczyń maczana w Kangusach, podanych na patelni po smażeniu schabowych.

Jedzenie pączka nad talerzem jest jak czytanie instrukcji – to rozsądne, więc nikt tego w Polsce nie robi. Nie, my – naród kulinarnych Winkelriedów (Winkelried to taki smutny Don Kichot) – żremy pączki podczas jazdy samochodem, nad ważnymi dokumentami i koniecznie po założeniu białej koszuli.

Tymczasem pączki to jedzenie podwyższonego ryzyka. Ugryziesz ze złej strony – suchy jak pięta Mojżesza. Z drugiej złej (pączek nie ma stron dobrych) – sru! – po nosie kremem jak w rosyjskiej ruletce u Rona Jeremy’ego.

Ale najgorsza ze wszystkiego jest tradycja z migdałem. Człowiek jest w pączkowej euforii, wgryza się w cukrzycowego drożdżaka, aż mu marmolada w oko tryska. I nagle: chrup! Auf Wiedersehen, jedynko! 1:0 dla pączka. Ukryte migdały przynoszą szczęście tylko dentystom.

No, to wszystkiego najlepszego z okazji tłustego czwartku. Tym dniem udowadniamy wszystkim niedowiarkom, że jeżeli chodzi o faszerowanie się cukrem to mamy keine grenzen. No i że gloryfikujemy głównie przegrane. Nawet z deserem.

PS Mamo, wpadnę wieczorem. Zostaw mi jednego z toffi.

Środa

Ostatnia rzecz przewieziona z pralni to łazienkowa szafka z lustrami na drzwiczkach. Dość ciężka i nieporęczna. Wymyśliłam jednak, że ze stelaża torby na kółkach zdejmę torbę i na nim postawię szafkę. Była zabezpieczona folią bąbelkową oraz naprawdę dużym workiem na śmieci. I tak ją przewiozłam. Autobusem, siłą własną i stelażem od torby.

Już wychodząc z klatki schodowej zauważyłam zatkniętą nad stojącym tam od dawna i bardzo zakurzonym rowerem, informację napisaną długopisem na połowie kartki z zeszytu w kratkę. Informującą, że w moim poprzednim mieszkaniu jest remont do końca października. Padłam ze śmiechu na ten widok, bo założę się, że nikt tego nie zauważy i nie przeczyta. Jeśli na malej kartce to należało wrzucić do skrzynki pocztowej każdego mieszkańca. Jeśli jedna do wszystkich to na dużej grubym pisakiem. Dla mnie to proste.

Przypomniałam sobie, że niedaleko nowego mieszkania jest zegarmistrz, więc tam piechotą (spora odległość) podeszłam i wybrałam czasomierz. Porozmawiałam z właścicielką pracującą w tym zawodzie od szesnastego roku życia a jest już w wieku emerytalnym. Nie ma następcy, syn jest prawnikiem. Nie wychowała następcy/następczyni – szkoda.

Upalne miasto 208

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

****************************************************************

Niedziela 13.o9.26

Nie tylko wtedy gdy dnia trzynastego jest piątek, niedziela dla diablich psikusów też jest dobra.

Ale najpierw, patrząc na białe plamy na meblach spowodowane srebrną taśmą  jaką zastosowałam na drzwi przed przeprowadzką, przypomniałam sobie, że mam bejcę. Bo to bielactwo dosyć mnie irytowało. I zastosowałam ten specyfik. Różnie wyszło ale jest lepiej.  No to zadowolona z wyniku jeszcze potraktowałam meble, w dostępnych miejscach, płynem dla nich przeznaczonym.

W misce rozmrażały się kotlety i gdy już były miękkie chciałam je udusić. A tu niespodziewanka bardzo niemiła się pojawiła. Płyta indukcyjna się nie włącza tylko światełko między dwoma innymi niż zwykle ikonkami. Próbowałam kilka razy – bez skutku. Niech to wszyscy diabli lub święci.

Zanim wykonałam telefon do poprzedniego właściciela poprosiłam o pomoc wujka googla. A ten podał kilka opcji działania, które nie zadziałały. Do wyłączenia prądu w całym mieszkaniu się nie posunęłam. Sugerował naciskanie tego i owego, w tym kłódki ale w końcu zadziałała ikonka timera o której AI nie wspomniała.

No i jak ja mam być zdrowa jeśli ciągle coś mnie stresuje do niemożliwości. No bo głodna jestem, kotlety surowe nie nadadzą się do ponownego zamrożenia i jak żyć?
W kuchence gazowej wiedziałam – albo jest gaz i działa, albo palnik się zatkał. A tu ikonek od groma, ledwie się naumiałam jak zwiększać lub zmniejszać siłę palnika gdy jest włączony (przez przypadek i domysł) a tu taka siurpryza.

Środa

Wczoraj masażysta powiedział, że mam barki twarde jak beton. No jakie mam mieć gdy ciągle coś mnie negatywnie zaskakuje?

Po masażu spotkanie z byłą sąsiadką, której kiedyś zaproponowałam, aby zajrzała do pralni gdzie zostawiłam różne, dobre, rzeczy. Nie zrobiła tego. Teraz z rozmowy wynikało, że była pewna, że są to ubrania. Powiedziałam, że zużyte wrzuciłam do kontenera na podwórku a resztę zabrałam. W pralni zostawiłam zupełnie coś innego i po kolei zawożę te rzeczy do sklepu dobroczynnego. Minę miała jakby nic nie rozumiała.

Wczoraj zawiozłam wełniany koc, który był pozostałością po wrednej ciotce. Pozbyłam się, aby nie mieć skojarzeń no i ciężki był. A kupiłam sobie lekki koc z mikrofibry  – jest bez złych skojarzeń.

        „Do przeczytania jeden krok”

(opowiadanie powstało jako zadanie domowe na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę”).

Okulary pierwszy raz zobaczyły książkę leżącą na stoliku przy tapczanie i zrozumiały, że to jest ta jedyna. Wyczyściły irchą swoje szkła i powoli zbliżyły się do leżącej mówiąc:

– Jaką piękną ma pani okładkę, czerwoną ze złotymi napisami. To moje ulubione kolory.

– Moje także – odpowiedziała. Czy zechce pan mnie otworzyć i przeczytać?

– Ach, nigdy bym się nie odważył poprosić o to ale jeśli pani pozwoli…

– Niech pan nie będzie taki nieśmiały. Po szkłach widać, że jest pan wrażliwy i dobrze wychowany.

– Ogromnie się cieszę, że tak pani myśli. Czy mogę zobaczyć pani kartę tytułową?

– Oczywiście, z przyjemnością ją zaprezentuję. Czy interesuje pana też mój rok wydania?

– Ależ skąd! Wiem, że kobiety nie należy pytać o wiek. Zresztą wygląda pani tak ślicznie i młodo. No i pięknie pani pachnie nowym drukiem. Czy mogę zapytać kim są ani rodzice?

– Miałam tylko mamę co widać na karcie tytułowej. Zdecydowała się na bank spermy, bo jest lgtb.

– O, to interesujące. Czy mogę zaprosić panią na spacer do parku, tam chciałbym przeczytać pani pierwszy rozdział.

– Z rozkoszą. I mam nadzieję, że będzie obopólna.

A kot na to MIAU.

Czwartek

Niektórzy myślą lub piszą: „A mnie jest szkoda lata”. Ja nie żałuję, nie znoszę upałów to znaczy temperatur powyżej 26 st. C.

Bardziej mi żal likwidacji trzech sklepów papierniczo – zabawkarskich na moim i sąsiednim osiedlu. Teraz nie mam gdzie kupić wkładu do długopisu, muszę nabyć cały, nowy.

W lokalu po takim sklepie powstaje … kebab. Chyba dwusetny w moim mieście. Ciekawe, że nie kolejna żabka. A naprzeciwko jest budka z zapieksami, makaronami i tym podobnymi daniami, których nie jadam (PiecZone).

Podobnie żal mi, że zlikwidowano dwa sklepy pasmanteryjne. Na sąsiednim osiedlu, w odległych miejscach są dwa ale jak długo? Niedobrze mi się robi na widok kolejnego kebaba i żabki.

Na zajęciach literackich masowałyśmy szare komórki, aby nie zanikły, bo organ nieużywany ginie i żegnaj myślenie.

Odwiedziła mnie młoda sąsiadka z naprzeciwka z prośbą, bo wyjeżdżają na tydzień nad morze. Rozmowna jest więc dowiedziałam się, że takich stałych jak my lokatorów jest w tym budynku niewiele. Na przykład całe trzecie piętro wykupił przedsiębiorca z Krakowa i wynajmuje, na dłużej lub na weekendy. Teraz nie dziwię się, że na większości balkonów nie ma kwiatów. Ona z mężem mieszkają od czasu gdy tu była tylko dziura w ziemi, czyli od początku. Tak, nie mieszkali w dziurze, po prostu opłacili z góry konkretne mieszkanie.

Piątek

Kolejna urzędowa droga przez mękę. Zawsze myślę w takich przypadkach: wejdę, trochę poczekam w kolejce, załatwię i wyjdę. Jeszcze czego! Najpierw okazało się, że urząd ma remont i trzeba wędrować po biurokratycznym molochu. Potem jedna urzędniczka spuściła mnie na drzewo twierdząc, że nie mam racji, bo przekazano mi złą informację . Druga zainteresowała się i skierowała do trzeciej. Ta życzliwie weszła do komputera (opierał się bardzo, bo wiadomo – diabeł), poszukała, wyszła zadzwonić, wróciła i do pierwszej zaprowadziła. Wytłumaczyła o co chodziło, w tym niełatwym do rozgryzienia, przypadku i zostawiła. Trwało to i trwało. Zawsze tak mam i nie powinnam być zdziwiona – a jednak.

Zmęczona wstąpiłam do domu towarowego (nie do galerii) i kupiłam kilka samoprzylepnych wieszaczków. Ciekawa jestem czy ta przylepność długo potrwa.

A na pocieszenie kubek z motywem kota mający sitko do zaparzania fusów i pokrywkę.  Taki chciałam.

Upalne miasto 207

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

****************************************************************

Wtorek 8.09.26

Upał jak w środku lipca – 30 stopni. Pogodzie się pozajączkowało chyba.

Mam szczęście do zachwyconych sobą osobniczek i osobników. Co to najpierw narozrabiają a potem manipulują potokiem słów, zrzucaniem swojej winy na innych i oburzeniem gdy się im to wytknie.

Ten dzień dodatkowo jest urozmaicony przygodami komunikacyjnymi. Najpierw zagapiłam się i nie wysiadłam na odpowiednim przystanku, a następny był odległy i nie miałam siły (upał) wrócić się piechotą. Na szczęście szybko podjechał tramwaj i dowiózł pod siedzibę ZUS-u gdzie miałam zgłosić zmianę adresu. Automat numerki bez oporu wydawał, na sali chłodno, krzesła wygodne. Druczek pobrany w informacji wypełniłam (okazało się, że prawidłowo) i czekałam na wywołanie.

Czekanie plus załatwianie trwało pół godziny. To pierwsze dłużej, a drugie pięć minut.

– Chyba dzisiaj jestem najkrócej załatwianym petentem – stwierdziłam i miłego dnia urzędniczce pożyczyłam.

Zadowolona podjechałam w okolicę byłego mieszkania, z pralni wzięłam narzutę z przeznaczeniem do sklepu dobroczynnego. Ale po drodze do autobusu wypiłam kawę w dinette jako nagrodę za podjęty, w tym upale, trud.

No i tu diabeł stróż się wnerwił. Bo jak to? Tylko przegapienie przystanku? To za mało! I czekałam na autobus do sklepu dość długo, jeden kurs wypadł. Diabeł kopyto podłożył niechybnie.

Czytam czasopismo „Książki” i dowiedziałam się, że Gogol to właściwie Mikola Hohol – Janowski. I, że był Ukraińcem. Oraz, że duży wpływ na niego miała babcia Tetiana, która nauczyła go rysunku, haftu i robienia na drutach. „Robótki ręczne ukochał na całe życie” – pisze w artykule „Rosjanie wzięli Gogola siłą” Renata Lis. A hohol (gogol) znaczy kaczka nurkująca (gągol krzykliwy).

Czwartek

Z powodu nieustannego stresu (rozprawy sądowe w sprawie spadku – prawie 3 lata, szukanie i oglądanie ofert mieszkaniowych, pakowanie zawartości mieszkania utrudnione wielodniowym czekaniem  na ekipę elektrośmieci, utrudnione załatwianie spraw związanych  z nabyciem nowego mieszkania, wielokrotne pakowanie rzeczy do toreb, znoszenie z czwartego piętra i przewożenie tramwajem, przewiezienie reszty rzeczy, w tym mebli, na nowe miejsce,  rozpakowywanie, załatwianie z kłopotami urzędowymi – sprzedaży poprzedniego mieszkania), najpierw rozbolały mnie szczęki, bo zaciskałam zęby a teraz od wtorku brzuch, bardzo boleśnie mi zastrajkował. Nie pomógł espumisan, ani no – spa, więc poprosiłam koleżankę lekarkę o pomoc i idę do niej dzisiaj.

Wątpia mnie bolały, wiec postanowiłam pojechać taksówką. HA HA HA. Nie zadzwoniłam na ostatnią chwilę ale kolejne korporacje:

1 – czekam, czekam i dostaję info, że dwaj kierowcy odrzucili zlecenie, bo co – za krótki kurs?

2 – czas oczekiwania 40 minut

3,  4, 5, 6 – czas oczekiwania co najmniej 20 minut

Brzuch mną rządzi a ja niczym. Wysłałam info do lekarki i wsiadłam do tramwaju, a potem do autobusu. Siłą woli dotarłam piechotą na miejsce. Po drodze przechodzień walnął mnie rogiem plecaka. Kolejny siniak nadchodzi.

Zostałam zbadana i podsumowana – stresy mi dokopują kolejny raz. Recepta na dwa leki wykupiona po drodze. I do domu. Zażycie leku i padnięcie na tapczan. Udało mi się krótko przespać. A potem coś zjeść – niedużo.

Do kompletu nie ma cały dzień ciepłej wody, Zimny prysznic to nie moja bajka – zbyt wiele dostaję ich całe życie.

Piątek

Miałam jakiś miły sen a tu dzwoni telefon. To zatroskana koleżanka lekarka z pytaniem jak się czuję. Lepiej – odpowiedziałam. Parę dodatkowych wytycznych medycznych dostałam. Zastosuję oczywiście.

Sobota

Wysłałam,  dość dawno temu, swój wiersz na purnonsensowny konkurs i dzisiaj dostałam taki mail:

Dzień dobry,

Już dzisiaj zapraszam na Galę Poezji Purnonsensu, która odbędzie się w sobotę 14 listopada o godz. 17  w Witkacy Atelier (ul. Chramcówki 15). W programie ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie statuetki dla zwycięzcy. Będzie też można usłyszeć wiersze laureatów. O godz. 19.00 zapraszamy wszystkich uczestników wraz z osobami towarzyszącymi do kawiarni Teatru Witkacego (Scena A. Bazakbala) na spektakl „Demonizm zakopiański” a następnie na bankiet. Proszę o informację zwrotną, czy Państwo się wybierają na Galę.

Beata Zalot

w imieniu zespołu Teatru Witkacego

Jak widać nie podano nazwisk laureatów. Szkoda. Ale nawet jakbym nim była to i tak tam nie pojadę. I tak odpowiedziałam.

Oto ten mój wiersz (wiem, że już tu był):

  Groteskowy, fantastyczny, futurystyczny  przepis kulinarny

Glony w patisony

Zamów telepatycznie składniki

Abyś miał smaczne wyniki.

Glony różnorodne i patisony nadobne.

Mleko z gwiazdy zarannej

I olej z zorzy porannej.

Wymieszaj wszystko starannie

W malutkiej kamiennej wannie.

Dodaj pyłków kwiatowych sporo

żeby potrawa miała piękny kolor.

Wlej do foremki z tytanu

i polej ją  łyżką tranu.

Wsadź do kuchennej kapsuły

i wyślij, aby się nie popsuły.

Czekając umyj zęby nie omijając gęby.

Gdy usłyszysz śpiew delfina

to znak, że potrawa przybywa

i uchyla się naczynia pokrywa,

zapach unosi się nieziemski

nie ma więc oznak klęski.

Spożywaj powoli mlaszcząc

I dłońmi swemi klaszcząc.

Upalne miasto 206

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

*******************************************************************

Sobota 29.08. 26

Nie przypuszczałam, że znajdę się w sytuacji z filmu Barei. Potrzebowałam zaświadczenia ze spółdzielni mieszkaniowej, że poprzednia chata jest moją własnością. I okazało się, że w komputerze mają taką informację ale niczego na papierze – ani oryginału, ani kopii.

Czyli: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.

Na szczęście ja mam ale tylko kopię, a przy wykupywaniu powinni byli dać mi i oryginał, i kopię. Ale urzędy tak mają – robią co chcą a potem rozkładają ręce: no, nie mamy tego dokumentu. To pani problem.

 I zasypywanie petenta gradem słów mających zamulić mózg. Oczywiście słowa przepraszam NIE MA w ich repertuarze. Jeszcze czego!!!

Na nowym miejscu mieszka mi się bardzo dobrze, choć ciągle czuję się trochę tymczasowo, czyli dziwnie.

Z wad: na podłogach i meblach codziennie jest kurz, a po kątach zbierają się kurzowe koty. Dobrze choć, że nie miauczą i jeść nie wołają.

Ciepła woda w kranach leci dopiero po dłuższym czasie. Mam   odruch oszczędzania wody, więc tę zimną zbieram do miski postawionej w umywalce i pod prysznic. Potem ją używam do spłukiwania toalety.

Cokolwiek spadnie na podłogę tworzy spory hałas.

Woda w kabinie prysznicowej bardzo powoli i w niewielkiej ilości wpada w szpary odprowadzające. Chyba jest zbyt małe nachylenie podłogi. Po umyciu ściągam wodę z kafelków dolnych i bocznych oraz szklanej ścianki. Niedopracowane to jest.

Poniedziałek

I tu bardzo mogę się zgodzić z tytułem filmu „Nie lubię poniedziałków”. Bo sama musiałam zadzwonić tam gdzie obiecano kontakt telefoniczny.

Bo jak wyszłam z domu to zaczęło padać, a szłam piechotą po papierek (nie od cukierka) potrzebny, aby załatwić konkretną sprawę. Następne było zaświadczenie, wersja poprawiona – w innym miejscu. A deszcz się rozhulał. W dodatku parasolka fiksowała a jeszcze wiatr dawał jej w żagle.

Do następnego urzędu dotarłam na pół przemoczona i mało zadowolona.

A tam to dopiero były jaja jak berety Guliwera. Automat nie wydawał numerków, taka była ilość osób chętnych, głównie zagranicznych, załatwić daną sprawę, podobną do mojej. Niestety przyszli w ostatni możliwy dzień zamiast wcześniej i bez dużych kolejek. Jest określenie „dojutrek” na tak zachowujące się osoby.

W końcu przed żądny zemsty tłum wyszła urzędniczka i wytłumaczyła sytuację. To pojechałam do domu, cała mokra.

A jak już w nim wylądowałam to przestało padać i wyszło słońce. Chętnemu załatwić swoje sprawy nie na ostatnią chwilę zawsze wiatr w oczy.

Wtorek

Masaż a potem urząd. Automat wydaje numerki z przerwami, aby nie dopuścić do zbyt wielkiej ilości petentów i ich ewentualnego buntu oraz szturmu biurek połączonych z przeklinaniem. Osoba, która się zarejestrowała przez Internet też musiała swoje odczekać.

Miałam trochę szczęścia, bo prawie półtorej godziny siedziałam na krześle. A był tłum i mogłabym czekać na stojąco. W końcu rozbolała mnie tylna część ciała i wstałam przechadzając się po korytarzu z wyjściem na zewnątrz. Nowoczesność techniczna trochę działa, bo oprócz numerkotomatu jest tablica z wyświetlaniem kierująca klientów do odpowiedniego stanowiska, także informacja głosowa działała i kierowała. Co z tego kiedy się czeka, czeka i czeka.

Razem załatwianie sprawy zajęło mi dwie godziny i wykończyło.

Środa

Kolejny etap tej samej sprawy. Nie padało. Szybko, sympatycznie i sprawnie. Gorzej w miejscu gdzie zagubiono dokument, bo mam tam nadpłatę  ale rozliczenia robią dopiero na koniec roku. I nie wiadomo czy nadpłata nie okaże się niedopłatą. Jakim cudem? Pojąć trudno.

Czwartek

Dzień oddechu i zajęcia literackie z Magdą Wieteską. Ma ona niezliczoną ilość pomysłów, aby nas rozruszać i wzmóc pisarską kreatywność.

Piątek

Załatwianie sprawy w banku. Spodziewałam się, że na moim koncie jest już obiecana suma ale nie było. No przecież diabeł nie darowałby sobie kolejnego psikusa.

Dobrze, że są telefony komórkowe i dzięki nim szybki kontakt międzyludzki. Przy okazji przelewałam opłatę za nowe mieszkanie oraz podatek, więc czekałyśmy na sygnał, że pieniądze doszły. W końcu! Ale co się nadenerwowałam to moje. Bo akt sprzedaży jest od środy a w piątek forsy jeszcze nie było.

Jak już tam sprawy trzy załatwiłam to okazało się, że dzięki remontom autobus linii prowadzącej mnie do domu nie staje tam gdzie zawsze. Musiałam przystanku szukać przy pomocy nawigacji „koniec języka za przewodnika”. Dobrze choć, że nie padało.

Miałam trochę czasu przed bankiem więc wstąpiłam do osiedlowego Empiku i nabyłam nowy numer czasopisma „Książki”. Czytanie zaczynam od wypełniania krzyżówki jolki, z pomocą wyszukiwarki internetowej, nie ukrywam.

Czekając na umówione spotkanie poszłam na kawę i lody do ołbińskiego  WWCafe. Przede mną zamawiały kawę dwie panie, które zwierzyły się, że kiedyś tu mieszkały i przyszły na spacer sprawdzić co i jak się zmieniło. Na pewno pozytywnie były zaskoczone, bo przedtem był w tym miejscu, bardzo taki sobie, sklep spożywczy.

Przekazanie poprzedniego mieszkania z kluczami i opisami liczników się dokonało, a w skrzynce listowej nowe naliczenie czynszu czekało. Taki mają oryginalny zwyczaj – co miesiąc naliczają inną sumę różniącą się od poprzedniej o złotówkę, dwie, trzy. Mało zabawne.

Chciałam od razu zanieść do biura spółdzielni mieszkaniowej odczyt wodomierzy ale drzwi zamknięte, metalowe rolety na wszystkich oknach opuszczone – bo pracują do 14,45.

Niedziela 6.09.26

Wczoraj domowe zajęcia wykonywałam, między innymi prułam. Ale żem nie Penelopa to nie tkałam.

Dzisiaj podjechałam na stary adres, tym razem do pralni na piąte piętro. Też bez windy. Zabrałam stamtąd parę lekkich rzeczy a pozostałe (przeznaczone dla sklepu dobroczynnego) popakowałam w wory i torby – reklamówki. I będę je sukcesywnie tam zawozić. Nie chcę wystawiać koło śmietnika, bo deszcz, psy i ptaki mogą je zniszczyć a rzeczy te są w dobrym stanie. Tak, utrudnianie sobie życia to moje drugie, a może trzecie imię.

Dziećmi nikt się nie przejmował

(taki reportaż o mojej sąsiadce napisałam jako pracę w ramach „Pracowni Opowieści” latem 2013 roku)

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia: trochę zupy albo małą kromkę chleba, czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu. Po tym co tam przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Podróż? Pamiętam smak i zapach spalenizny. Znad lokomotywy unosił się dym. Nawet woda, jaką nam dawano do picia, smakowała węglem.

W wagonie były tylko prycze. I otwór w podłodze – do załatwiania się. Dorośli zasłonili go kocami.

Mało pamiętam. Był luty 1940 roku. Miałam cztery lata i zaraz po wejściu do wagonu zachorowałam.

Nastawię wodę na herbatę. Opowiedzieć od początku?

Tatuś pracował w Stanach, wrócił do Polski i kupił ziemię w województwie tarnopolskim. Mieszkaliśmy na osiedlu Trybuchów. Dom miał trzy pokoje, dużą kuchnię i spiżarnię. Z podwórza wchodziło się do sieni, stamtąd do pozostałych pomieszczeń.

W kuchni stał duży stół, przyjmowano przy nim gości. A każdy z domowników miał własny kubek.

Rodzice – Władysław i Maria – byli bardzo gościnni, w domu było gwarno i wesoło. Nie wiem, o czym się wtedy mówiło, bo dzieci zawsze były odsyłane do innych pomieszczeń.

Mama pięknie wyszywała, pewnie po niej to odziedziczyłam. Prowadziła gospodarstwo, szyła na maszynie i dużo czytała.  Zawsze miałam ubrania w jasnych kolorach – czerwonym, niebieskim, białym.

Bardzo lubiłam psy i koty. Spałam z nimi. Głośno płakałam, jeśli nie znalazłam ich w łóżeczku. Najgorzej było, gdy zginął mój ukochany piesek. Tak rozpaczałam, że tatuś przyniósł mi nowego. Bardzo mnie kochał i na wszystko pozwalał.

Mama przed wybuchem II wojny światowej przeziębiła grypę i umarła. W rok po niej tatuś.  Nie wiem dlaczego. Pamiętam tylko trumny wynoszone z domu.

Zostaliśmy sami – ja i mój brat Władek, starszy ode mnie o dziesięć lat. Wtedy zamieszkali z nami wujostwo i ich dwie córeczki – Zosia i Lucynka, jedna o rok starsza ode mnie, druga w moim wieku. Miałam się z kim bawić. Ale w domu już nie było tak wesoło. Goście przestali tłumnie przychodzić.

Jesienią 1939 roku w biały dzień przyszli Rosjanie z Ukraińcami. Zabrali krowy, konie, świnie. Mieliśmy pięknego, bielusieńkiego konia. Sowieci zabrali go z innymi zwierzętami. Szybko zwrócili, bo kogoś kopnął. Przynajmniej on się za nas zemścił.

 Potem oddali krowę, pewnie wujek ją wyprosił dla dzieci.

Dziesiątego lutego 1940 roku o czwartej nad ranem obudziło nas walenie do drzwi i rosyjskie okrzyki, żebyśmy otworzyli. Sowieci dali nam piętnaście minut na pakowanie. My, dziewczynki stałyśmy jak wryte z okrągłymi z przerażenia oczami. 

Wsadzili nas na sanie i zawieźli do pociągu. Jechaliśmy nim miesiąc, ja ciągle chora leżałam na pryczy.

W Krasnojarsku czekała nas przesiadka na sanie. Popatrz na mapę – to tu, nad Jenisiejem. Boże, jak to daleko! Od Tarnopola prawie 5 000 kilometrów.

Znowu długo jechaliśmy – zapamiętałam ogromny most. Zawieziono nas w tajgę. Stał tam jeden duży barak, w którym mieszkało mnóstwo Polaków. Spaliśmy na pryczach. Do ogrzewania i gotowania były dwa duże żeliwne piece.

Tam wujostwo od razu się od nas, ode mnie i brata, odseparowali. Żeby nie dzielić się jedzeniem. Z ich rodziny przeżyła tylko Lucyna. Musieliśmy sami sobie z bratem radzić.

Na dworze było mnóstwo śniegu. Ludzie się w nim zapadali. Zima na Syberii trwała dziewięć miesięcy. Latem było łatwiej – w lesie zbieraliśmy grzyby, czarne jagody, porzeczki. Zesłańcy uprawiali warzywa – ziemniaki, kapustę, marchew, brukiew, ogórki – gotowali z tego zupę.

Mam placki ziemniaczane. Ile zjesz?

Na przednówku głodowaliśmy. Zbierało się lebiodę, pokrzywę, byle tylko coś zjeść.

Ciągle chorowałam.

Mieszkaliśmy tam trzy miesiące, potem przewieźli nas w miejsce, gdzie stało pięć baraków. Mieszkali w nich nie tylko Polacy. Dorośli, kobiety i mężczyźni, chodzili do pracy, spławiali drewno do tartaków w Archangielsku.

„Rasija kak tiebie zwat`/ Kakaja ty krasiwa/ Job twoju mat`” powtarzali pod nosem zesłańcy. I jeszcze: „Kto nie rabotajet, nie kuszajet”. A ja nie mogłam nic jeść. Wszystko mi śmierdziało dymem z lokomotywy. Tylko wędzoną rybę byłam w stanie przełknąć, co uratowało mnie od śmierci głodowej.

Wreszcie zawieziono mnie do izby przyjęć, 60 kilometrów od baraków. Do nieustalonej choroby dołączył się straszny ból oczu. Leżałam na brzuchu, twarzą w poduszce i krzyczałam z bólu. Groziła mi ślepota, mieli nawet operować mi oczy. Serdecznie zajęła się mną rosyjska sanitariuszka. Nareszcie miałam co jeść. Pamiętam zupę mleczną.

Po dwóch miesiącach przewieziono mnie do dużego szpitala w Abanie. W końcu mnie wyleczono. Dawano mi trzy razy dziennie po łyżce tranu. Do dzisiaj nie lubię ryb.

W tym szpitalu leżałam półtora roku – wszyscy wiedzieli, że nie mam opiekunów. Poza tym byłam jedynym dzieckiem w całym szpitalu. Rozpuścili mnie, wszędzie mi wolno było wejść. Lekarz, też zesłaniec, który mówił do mnie: „pasmatri pad paduszku” – zostawiał dla mnie pralinki. A pacjentki Rosjanki dokarmiały mnie, bo szpitalne jedzenie to była postna zupa kapuściana i kromeczka chleba, przez którą widać było Moskwę.

Pod koniec mojego pobytu zaczęto do szpitala zwozić mężczyzn po wypadkach przy spławianiu drewna. Okropnie wyglądali, nie mogłam na to patrzeć. A kiedy Niemcy napadli na Sowietów, zabrano lekarzy na front. A ja zaczęłam się domagać, że chcę do swoich. I wróciłam do baraków nad rzeką.

Po pobycie w szpitalu mówiłam dobrze po rosyjsku i ludzie powiedzieli, że poszła Polka, a wróciła Ruska. W dodatku chodziłam do rosyjskiego przedszkola. Ale najważniejsze było dla mnie, że dwa razy dziennie dawali jeść – najczęściej zupę ze zmarzniętych ziemniaków, kapusty i marchwi.

Ugotowałam fasolkę, zjesz trochę? Polać ci masłem? Posypać z tartą bułką?

W przedszkolu byłam trzy, może cztery miesiące. Potem zrobił mi się ropień w pachwinie i dostałam malarii. Kazali mi wracać do baraku. Sama poszłam, na szczęście było niedaleko. Dziećmi nikt się nie przejmował.

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia. Nie żebrałam. Dostawałam trochę zupy, małą kromkę chleba czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu.

W baraku nikt się mną nie zajmował, tylko raz dostałam od kogoś kawałeczek chleba. Ludzie nie mogli nic dać, bo sami nic nie mieli. Wszystko zamieniali na jedzenie. Nie było się czym przykryć, chyba tylko wszami.

Czasem sama sobie prałam ubranie – tylko w wodzie, nie miałam mydła. Byłam głodna, obszarpana i cuchnąca.

Znów dostałam malarii. Zabrali mnie do szpitala do Abanu. Po czterech miesiącach wróciłam do baraku.

Potem zawieźli nas do kołchozu „Woskriesienie” (Zmartwychwstanie) 25 kilometrów od Abanu. Tam pracowali mój brat i kuzynka. Było już co jeść, bo można było coś ukraść. Kołchoźnicy pokazali nam, jak to robić na polach. Oni mieli swoje działki, na których uprawiali warzywa, hodowali kury, to sami kraść nie musieli. Najgorzej było zimą. Chodziliśmy na pole, zbieraliśmy tam przemarznięte ziemniaki, ucieraliśmy, mieszaliśmy z odrobiną mąki i piekliśmy placki ziemniaczane.

Po jakimś czasie zaczęły przychodzić paczki z UNRR-y. Po drodze były rozkradane, do nas docierały resztki. Pamiętam ryż i mleko z puszki. Jakie to było pyszne! W życiu nic lepszego nie jadłam. A kiedyś przyszły ubrania. Dostałam sukienkę w czerwono-niebieską krateczkę z okrągłym kołnierzykiem i sweterek. To był luksus – żeby mieć się w co ubrać, ludzie tkali na krosnach. Potem brało się kawał materiału, wycinało otwór na głowę, przepasywało sznurkiem.

Dzieci w kołchozie nie pracowały, spędzały czas na zabawach. Graliśmy w palanta, berka, klasy. Zabawek nie było.

W końcu trzeba było mnie ubrać i posłać do szkoły, więc trafiłam do rozdzielczego domu dziecka w Kańsku, 240 km na wschód od Krasnojarska. Któregoś dnia przyjechała Wanda Wasilewska – zapamiętałam ją wysoką, szczupłą i pięknie ubraną w niebieski kostiumik. Wasilewska zabierała z rosyjskich domów polskie dzieci i zawoziła do polskich.

Z Krasnojarska wyruszyło nas sześcioro – normalnym pasażerskim pociągiem pojechaliśmy do Jerby. Miejscowość była położona nad górskim potokiem. Jezu, jakie tam piękne kwiaty rosły – podobne do piwonii, tylko w różnych kolorach. Przechodziłam w bród przez potok, żeby popatrzeć na nie.

Pracowaliśmy w ogrodzie należącym do naszego domu dziecka, żeby mieć własne warzywa. Na drzewa owocowe było za zimno. Zimą przemrożone ziemniaki, marchew i kapusta leżały na podwórzu. Kradliśmy marchew i jedliśmy pod kocem w łóżku, żeby nam nikt nie zabrał.

Tam mieszkałam cztery miesiące, chodziłam do pierwszej klasy. Było nas jednak za dużo i niektóre dzieci, w tym mnie, przewieziono do polskiego domu dziecka w Porogu. Nie ma już tej miejscowości, zrobili na rzece wielką elektrownię wodną i ją zalali. Ślad po nas nie został.

W tym domu było nas sto dwadzieścioro, chłopców i dziewcząt. Jeśli ktoś skończył 18 lat zostawiano go tam jako pracownika. W szkole uczyły nas starsze koleżanki. Chłopcy zajmowali się końmi i cięższymi pracami.

Chodziłam do szkoły i pracowałam w kołchozie, tak jak wszyscy, nawet wychowawcy. Wykopywaliśmy ziemniaki, plewiliśmy – tak zarabialiśmy na utrzymanie.

W budynku było bardzo zimno, silne wiatry wywiewały ciepło. Wtedy spałyśmy po kilka w jednym łóżku, aby się ogrzać. Raz w tygodniu chłopcy palili w łaźni nad rzeką i wszyscy się kąpaliśmy.

Ubrania mieliśmy z UNRR-y. Takie fajne kurteczki pamiętam, niebieskie zapinane na guziki. Przysyłano konserwy, mięsne i sojowe, fasolę. Dodawano je do zupy. Kiedyś trafiły się puszki z fasolą śmierdzącą naftą. Nie było nic innego, więc tym nas nakarmiono. Ależ dzieci po tym chorowały! Ja odmówiłam i dzięki temu ominęły mnie  biegunka i wymioty. Bardzo rzadko, ale trafiały się też ciastka i czekoladki. Od czasu tych pralinek ze szpitala w Abanie nie miałam nic słodkiego w ustach.

Ukroić ci kawałek ciasta? Mam szarlotkę, koleżanka mi przyniosła

Dziewięć miesięcy po wojnie, 25 marca 1946 roku musieliśmy oddać ubrania i wszystkie polskie książki. W zamian dostaliśmy jakieś łachy, po czym zapakowano nas na ciężarówki i zawieziono do Krasnojarska.

Mieszkańcy Poroga żegnali nas wzruszeni, bo bali się, że będziemy ich okradać, tak jak to robiły rosyjskie dzieci. „Polskie dzieci nie kradną” powiedział im na początku nasz dyrektor.

Z Krasnojarska trafiliśmy do Polski. Tam rozwieziono nas po różnych domach dziecka, żebyśmy w dużej grupie nie wspominali zesłania. Część zostawiono w Łodzi, Kłodzku. Ja z paroma koleżankami od maja do sierpnia 1946 roku byłam w Bardzie Śląskim, w internacie prowadzonym przez zakonnice. Przed wojną to była szkoła. Bardzo duży budynek, nazywał się „Jutrzenka”. Mieszkałyśmy po 5-7 na sali, a nie jak poprzednio w dużych grupach. Tam zakonnice wyleczyły mi nogi, bo całe były w strupach.

Od września 1946 do 1952 roku byłam w domu dziecka w Ząbkowicach. Tylko z trzema koleżankami stamtąd mam kontakt. Nigdy nie wspominamy zesłania, raczej pobyt w polskich domach dziecka.

Po tym co przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Posłano mnie do zawodowej szkoły krawieckiej. Wolę wyszywać, ale dzięki tej szkole umiałam sobie coś uszyć. Jednak maszynę do szycia kupiłam dopiero w latach 80-tych XX wieku. Przedtem obszywała mnie koleżanka. Już nie żyje.

Po szkole miałam 20 lat i zostałam wychowawczynią w prewentorium. To takie trzymiesięczne sanatorium dla dzieci. Na początek dano mi prawie dorosłych nastolatków myśląc, że sobie nie dam rady. A ja dogadałam się z nimi: powiedziałam, że jak będą mnie słuchać, to ja ich też. I spełnię to, co tylko będę mogła.

Przepracowałam tam cztery lata.

W 1956 roku z koleżanką pojechałam do Wrocławia. Chciałam mieć zawód, który bym lubiła i dlatego poszłam do dwuletniej szkoły pielęgniarskiej, przy ulicy Bartla.

Po jej skończeniu wszystkie absolwentki wysłano do sanatorium w Trzebnicy. Przez rok opiekowałyśmy się maleńkimi dziećmi (od 8 miesięcy do półtora roku), które były po chorobie Heinego-Medina.

Wróciłam do Wrocławia i tu pracowałam w różnych szpitalach do emerytury.

Pewnie, że byłam zakochana. Miałam 16 lat. Ale miłość się skończyła, kiedy on poszedł do wojska i mnie zdradzał. To po co mi taki? Nie, nie żałuję, że nie wyszłam za mąż. Pewnie tak miało być. Teraz jest mi bardzo dobrze. Mam dużo znajomych, ludzie się mną interesują.

Wtedy, jako młoda dziewczyna, byłam wstydliwa, nieśmiała i zakompleksiona. Nie miałam w co się ubrać, w ogóle niczego nie miałam. Pewności siebie nabrałam dopiero gdy zaczęłam podróżować.

To było w 1975 roku. Na oddziale kobiety bardzo się kłóciły i taka fajna pani ordynator powiedziała, że szkoda mnie dla nich i powinnam sobie gdzieś pojechać, odpocząć. Ze Sport-Turistem pojechałam do Hiszpanii, widziałam corridę. Myślałam, że to męczenie zwierząt, ale tam jest piękny taniec torreadorów. W czasie wbijania szpad w byka zamykałam oczy.

A 14 sierpnia jadę na Madagaskar. I co z tego, że mam 76 lat? Mówisz, że jeszcze tam mnie nie było? Właśnie dlatego! Kupiłam sobie kijki do chodzenia, czapeczkę i środek przeciw komarom. Jak siedzę długo w domu, to sufit mi się wali na głowę.

Upalne miasto 205

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

************************************************************

Piątek 14.08.26

CAŁKOWITA PRZEPROWADZKA –wszystkie meble i bambetle.  Panowie wszystko znosili z czwartego piętra. Na szczęście na większe sztuki mieli sprytny, prawie samo jeżdżący po schodach, wózek. Nie musieli taszczyć pralki, lodówki i tapczanu a i tak dopytywali o warunki dostawy na nowym miejscu. Winda ich ucieszyła a na korytarz mieli dwie platformy na kółkach.

 Zajęło wszystko cztery godziny. Jestem wykończona choć niby tylko pozamiatałam podłogę i powycierałam meble z kurzu.

Jutro i w niedzielę ma być dziki upał to nie będę wychodzić na zewnątrz tylko poszaleję we wnętrzu. Jeden z panów stwierdził: ale będzie rozpakowywania.

Niedziela

Przez pięć godzin od 7,30 rozpakowywałam wory i parę paczek  rozmieszczając  zawartość na półkach i dziwiąc się hałasowi jaki robią samoloty. Nie włączyłam telewizora, radio gra cichutko. Później do mnie dotarło co to za święto. Ale po w.w. czasie i zjedzeniu obiadu padłam jak kawka.

Sprawdziłam – w tym powiedzeniu o kawce pierwotnie wcale nie chodziło o ptaka tylko o panienki negocjowanego afektu. Tyz piknie.

Tak byłam zajęta a potem zmęczona, że nie dałam nowego wpisu na blogu. Nikt nie zauważył.

Poniedziałek

Pojechałam na poprzednie miejsce zamieszkania. Na jutro jestem umówiona z pośredniczką to dziś umyłam podłogi, wannę, blat kuchenki i zlewozmywak, żeby w.w. nie padła na zawał widząc ściany w pokoju. No, tam wszystkie ściany i sufity piękne są niesłychanie, akurat nadają się do kręcenia horroru,  może to jest pomysł na zarobek? A ja w charakterze białej damy lub zombie.

I nie jest tak że nie dbałam o chatę tylko się wylegiwałam.

Przez 40 lat wymieniłam lub nowe na zamówienie dodałam:  

kuchenkę gazową, okno, drzwi do łazienki na harmonijkowe, szafkę kuchenną  wiszącą trzyczęściową i  podzlewową, zlew, oba krany (łazienka i kuchnia), sedes i dolnopłuk, pawlacz i stolik opuszczany w kuchni, pawlacz w przedpokoju, oklejenie tapetą samoprzylepną drzwi szafy wnękowej (wysokiej do sufitu) i  2 szafek licznikowych oraz jednej pod nimi, tapeta i pas kafelków w łazience, także tam nowa lampa, linoleum (parkiet jest tylko w pokoju) w kuchni i przedpokoju. Sama kilkakrotnie pomalowałam ściany w przedpokoju i sufity mniejszych pomieszczeń. Aby całkowicie pomalować czy nawet wyremontować (niefunkcjonalne umieszczenie kontaktów, stosowałam 4 przedłużacze) mieszkanie musiałabym wyprowadzić się na co najmniej miesiąc. A nie miałam dokąd.

Zdążyłam do domu przed burzą – trochę grzmotów i dość obfity deszcz. Sądzę jednak, że to była kropla w morzu potrzeb przyrody.

WTOREK

Ależ miałam koszmarny wieczór i noc. Jakieś jedzenie mnie zatruło a że spożyłam kilka produktów to nie wiem co tak mi dokopało. Długo okupowałam łazienkę, jedynym jeńcem byłam ja sama. Podwójna smecta późno zadziałała. Co się namęczyłam to moje. Mój diabeł stróż w szale radości, że mi dokopał.

A to nie koniec – nad ranem około piątej obudziłam się i nie mogłam zasnąć, bo miałam wrażenie, że meblom nie podoba się nowe miejsce i postanowiły wyjść z mieszkania. Stukały i pukały z małymi przerwami. Nie umiałam się wyłączyć postanowiłam radio włączyć. Nic nie pomogło. Już miałam wstać i poszukać tego złośliwego stukacza gdy, w końcu, uświadomiłam sobie, że to deszcz bije o zewnętrzny parapet.

 Budynek jest z 2017 roku, materiały z jakich go wykonano jakieś takie, że stuki przenoszą się doskonale. Nie wiem co jest na przykład pod panelami ale gdy coś upuszczę na podłogę hałas jest dość duży, co mnie nie przestaje dziwić i zaskakiwać.

A jak hałasują lwy dowiecie się z poniższego tekstu zamieszczonego na FB profilu  „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

LEW

Dziewczyny wolą brunetów. Nawet nie próbujcie z tym dyskutować. Na dowód mam przykład zupełnie niezwiązanego z nami gatunku, więc to musi być prawda. Im ciemniejszą i bujniejszą zaczesę ma Panlew, tym panie bardziej na niego lecą.

Lew wcale nie jest leniwy – on oszczędza energię. Co prawda najczęściej na polowanie rusza lwica, ale bycie w gotowości też potrafi wyczerpać i tak to było, Wysoki Sądzie. Jak to rozwód z orzeczeniem winy?

Lwice odpowiadają za jakieś 85–90% wszystkich polowań, ale to samiec zawsze je pierwszy. Potrafi wciągnąć 40 kilo mięsa od jednego lwiosiedzenia. Kiedy kończy, jest tak obżarty, że ledwo się rusza i przesypia kilka dni cięgiem.

Samiec rusza na polowanie tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia albo zwierzyna jest naprawdę duża. Na przykład kiedy chce sobie zeżreć żyrafę. Polowanie na sawannowe lizacze chmur należy do bardzo niebezpiecznych zajęć, bo można zarobić od nich z kopyta.

Panowie polują również wtedy, kiedy wylecą ze stada. Dzieje się tak regularnie, kiedy zaczynają dorastać. W wieku 2–3 lat tata wywala ich na zbitego lwa, żeby w przyszłości nie robiły mu koło pióra. Wygnani bracia formują kotalicje i błąkają się po sawannie, aż nabiorą sił, żeby dokonać jakiemuś staremu samcowi abdykacji.

Kiedy jest po wszystkim, to niestety pozbywają się lwiątek, bo dopóki tego nie zrobią, samice nie wejdą w ruję i nie zajdą ponownie w ciążę. Potem rodzą się małe biedronki. To znaczy lewki w plamki. Ciapki pozwalają łatwiej schować się w gęstej trawie. Dlatego tylu mieszkańców Wielkiej Brytanii ma piegi. Chowali się przed wikingami.

Wszystkie lwy są palcochodne, co oznacza, że ciągle chodzą na palcach. Podobnie jak baletnice, psy i koty domowe. Ich pięty nigdy nie dotykają ziemi. Dzięki temu zwierzęta mogą lepiej się skradać, a baletnice nie budzą widzów podczas przedstawienia.

Lew wcale nie jest królem dżungli. Nie jest tam nawet księciem ani szambelanem. Ewentualnie może cieciować w jakimś zagajniku, ale prawie nigdy nie mieszka w dżungli. Współcześnie wyjątkiem są tylko lwy azjatyckie w lesie Gir w Indiach, które rzuciły wszystko i wyjechały w Bieszczady.

Lew potrafi bardzo szybko biegać – nawet do 80 km/h – ale jeszcze szybciej się męczy. Ma dosyć małe serce i płuca jak na takiego bydlaka, więc po 30 metrach dostaje zadyszki i czeka na następny autobus.

Jeżeli jakiś lew chce pożyczyć od was kasę, to przyjrzyjcie się dokładnie jego mordzie. Te czarne plamki w okolicy wibrysów to odpowiednik lwich linii papilarnych. Każdy lew jest nakrapiany na swój sposób.

Lwy śmierdzą nawet bardziej, niż wyglądają. To wynik interakcji społecznych. Kiedy dwa koty przechodzą obok siebie, często ocierają się pyskami. Zostawiają w ten sposób na współmiziantach swój zapach i biorą sobie trochę cudzego. Z połączenia wszystkich indywidualnych aromatów powstaje eau de lew – unikalny sztynks, który umożliwia rozpoznanie członków stada.

Nie ma lwicy bez kolców. Lwa zresztą też nie. Kojarzycie te czarne kitki na końcówce lwiego ogona? Wewnątrz kryje się mała, zrogowaciała ostroga. Naukowcy do tej pory nie są w 100% pewni, do czego służy. Ja sądzę, że chodzi o to żeby lew się zbyt miękko nie kończył.

PS. Dzisiaj, czyli 10 sierpnia obchodzimy światowy dzień lwa, lub czasopism.

No i na dodatek wkurzający zarządca budynku – mieszkam tu od ponad miesiąca i mimo dwóch telefonów oraz maila nie mogę się doprosić o podanie kwoty jaką mam przelewać im za czynsz. Dzisiaj pracownik, któremu zgłaszałam (z dokumentem) przejęcie mieszkania powiedział, że NIE MAJĄ mnie w systemie!!! No, wszystko opada!

Za to kilkakrotnie molestowali mailami poprzedniego właściciela domagając się opłat. Tłumaczył im jak komuś mądremu, że od 6 lipca już nie jest w posiadaniu tego lokalu.

Rozmawiałam z nim telefonicznie, stwierdził, że nie zna dobrego zarządcy.

Upalne miasto 204

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

**************************************************************

Poniedziałek 3.08. 26

Żar żarzy się niemiłosiernie! A wrrrr! Dobrze, że w nowym mieszkaniu mam zewnętrzne rolety, które można opuścić gdy po południu słońce bezczelnie wpycha się do chaty. A poszło won z tym grzaniem!

Rano zawiozłam trzy reklamówki ze zbędnymi rzeczami do sklepu dobroczynnego. Teraz mam tam bliżej niż poprzednio ale autobus pod bramę nie podjeżdża jednakowoż.

Nie odbyłam kolejnej trasy stare – nowe miejsce tylko zrobiłam zakupy. Kiedyś trzeba. Nawet trafiłam na półtorakilogramowy woreczek z ziemniakami (przeważnie są 2 kg), a że rzadko jadam to warzywo skusiłam się i do torby na kółkach wsadziłam wraz z innymi produktami. Mam nowy garnek (nowy, bo kuchenka indukcyjna) z nietypową pokrywką – ma po dwóch stronach dziurki – mniejsze i większe przez które można przecedzić co się ugotowało. Makaron nitki raczej ucieknie, trzeba jednak użyć sitka.

Czy lubicie arbuzy? Oto co o nich napisał na FB autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Arbuz (zmutowany agrest) to jagoda, która dostała rozstępów, bo żarła po 18:00. Mark Twain nazwał go królem owoców i uważał, że to jedzenie aniołów, z czym mogę się zgodzić, bo Gabriel i spółka mieli PTSD po tej hecy w raju, więc nie tykali niczego, co przypominało im jabłko.

Arbuz z botanicznego punktu widzenia jest ogromną jagodą. Istnieje kilka zasad, które musi spełnić owoc, żeby zasłużyć na to miano:

1. Musi rozwinąć się z jednego kwiatu, który posiada tylko jedną zalążnię.

2. Jego wnętrze (owocnia) musi być miękkie i mięsiste. Nie może posiadać w centrum jednej, twardej pestki otoczonej zdrewniałą łupiną, jak u tej dupy zamszowej – brzoskwini.

3. Musi zawierać nasiona, które ktoś byle jak ciepnął wewnątrz miąższu bez zachowania zasad feng shui i bukkake.

Arbuz spełnia wszystkie te warunki, i to z nawiązką, więc naukowcy nazwali go jagodą dyniowatą. Okazuje się, że dyniowate są też ogórek, cukinia i, dzięki Bogu, dynia. Kiedy jednak osiągnięto już ten delikatny konsensus, przyszli goście z Oklahomy i ogłosili, że arbuz to ich oficjalne stanowe warzywo. Oficjalnym owocem jest tam truskawka. Z angielskiego strawberry, czyli jagoda słomkowa. Truskawka oczywiście jagodą nie jest. Tacy ludzie boją się patrzeć w górę na Drogę Mleczną, bo mają nietolerancję laktozy.

Arbuz jest jadalny w 100%. Nawet ta skórka, przez którą wygląda jak niedojrzały tygrys. Można ją kisić, marynować, dusić lub smażyć jak warzywo w stir-fryu. A ta biała część miąższu zawiera masę cytruliny, która w organizmie przekształca się w argininę. Naukowcy udowodnili, że dzięki temu arbuz może działać jak viagra, tylko mniej się go mieści w kieszeni.

Istnieją dwie metody sprawdzania, czy arbuz jest smaczny:

1. Metoda akustyczna – opukujemy dziada. Jeżeli usłyszymy głuchy dźwięk, to oznacza, że arbuz jest pełen wody, czyli soczysty.

2. Metoda chromatyczna – szukamy żółtej plamy – to miejsce, w którym arbuz stykał się z ziemią. Jeżeli jest kremowo-żółta lub pomarańczowa, to znaczy, że dojrzewał w słońcu. Jeżeli biała, ktoś zerwał dziada za wcześnie.

Arbuz oryginalnie pochodzi z Afryki. Egipcjanie go uwielbiali i pakowali do grobowca, jak im się szef przekręcił. Na przykład u Tutenchamona znaleziono pestki arbuza (które, swoją drogą, można prażyć jak pestki dyni). Z drugiej strony, czego to Egipcjanie nie wsadzali do grobowców? Mam wrażenie, że pod pretekstem religii zrobili sobie z piramidy składzik na graty.

Arbuz to w ogóle trochę oszustwo. Człowiek myśli, że kupuje owoc, a tak naprawdę dostaje w 92% wodę. Reszta to opłata kaucyjna. Najgorsze, że jak się człowiek tej wody pozbędzie, to przychodzą wegetarianie, zabierają mu arbuza i robią z niego łososia. Odwodniony, marynowany arbuz podobno do złudzenia przypomina mięso. Pomaga, jeżeli człowiek podczas próbowania też jest odwodniony.

Arbuz jest też nieuprzejmy. Kojarzycie pomidory? Warzywa znane z tego, że są skarbnicą przeciwutleniaczy, bo zawierają pełno likopenu? No więc arbuz ma tego szajsu 1,5 razy więcej – zachłanny łajdak.

Japończycy z kolei znęcają się nad arbuzami, żeby były kwadratowe. Pakują je do form ze szkła hartowanego i sprzedają po 100 dolców za sztukę. Mają też niemal całkowicie czarne arbuzy z Hokkaido, które potrafią na licytacji kosztować ponad 6000 dolarów. To żadna ściema. Widziałem osobiście w sklepie w Tokio winogrona po 60 zł za kulkę. Strach pomyśleć, ile by kosztowała cała kiść arbuzów.

No i arbuz wcale nie musi być różowy. Są arbuzy białe, pomarańczowe i przede wszystkim żółte. Te ostatnie mają więcej cukru, są słodsze. Dzisiaj, czyli 3 sierpnia obchodzimy międzynarodowy dzień arbuza i z tej okazji wszystkim dyniojagodom, niezależnie od koloru chciałbym życzyć wszystkiego niewegetariańskiego.

Czwartek – sąsiadka nie zajrzała do pralni gdzie zostawiłam wiele dobrych i sprawnych rzeczy. Nie chce się jej, czy nie wierzy, że tam jest coś dobrego? A może boi się, że będzie musiała za coś zapłacić nie tylko pieniędzmi?

Wczoraj zawiozłam następną partię rzeczy do sklepu dobroczynnego.

Dzisiaj kolejne opróżnianie pawlaczy, segregowanie i pakowanie.

W tamtą stronę jechałam w upale a wracałam w przyjaznej temperaturze. No, co ta pogoda z nami wyprawia to zwariować można.

Sobota  – Od wczoraj trochę chłodniej.

Wczoraj i dzisiaj na starych śmieciach. Pakuję i pakuję. Wywożę i wywożę.

To nie do pojęcia ile rzeczy mieściło się na tych skromnych 19 m2.

Dzisiaj sąsiadka powiedziała, że może zajrzy do pralni obejrzeć zostawione tam przeze mnie rzeczy. Szafki nie chce ani do mieszkania, ani na działkę, ani do piwnicy. Może tragarze sobie ją wezmą wraz z wysokim regałem na książki.

Kupiłam sobie lody i mały chłodnik ogórkowy.

Niedziela – Sąsiadka do pralni nie zajrzała. Jej strata.

Dzisiaj kolejny mały transport na nowe miejsce. Przedostatni?

Poniedziałek – znowu wysokie temperatury. Jak by tu to dowcipnie skomentować? Potrzebne ludziom i miastu jak rybie rower? Jak politykowi z pewnej opcji uczciwość i dobre wychowanie? Jak kotu pusta miska?

Zawiozłam trochę rzeczy do sklepu dobroczynnego. Posegregowałam  śmieci i jutro zamierzam je znieść i wyrzucić.

Firma przewozowa umówiona na piątek. Nie, nie można wcześniej, bo po drodze progi i bariery różne.

Drugi raz kupiłam mały chłodnik ogórkowy.

Wtorek – masaż i poprzednie mieszkanie. Nagrzane, więc potrzebowało przewietrzenia. Będzie wymagało sprzątania, różne środki są tylko jeszcze nabyłam płyn do szyb.

Zniosłam, wyniosłam i wyrzuciłam trzy worki niepotrzebności. Jeszcze drugie tyle zostało, nie mówiąc o tym co w pralni.

Tym razem byłam tam bez torby na kółkach i bez znoszenia ciężkiej z czwartego piętra, turlania do tramwaju i do domu. Tylko po drodze zakupy.

Zanim wyszłam z obecnego mieszkania zastosowałam hennę na brwi. A tu dzwonek do drzwi. Przez wizjer zaglądam – facet, łańcucha drzwi nie mają, szkoda. Otwieram listonosz z poleconym, ma kod do bramy. Podpisałam, list zabrałam. Na szczęście doręczyciel patrzył w dokumenty jakie miałam podpisać a nie na moją twarz umazaną henną.

Po powrocie zastaję paczkę pod drzwiami- to pocztex od znajomej, której wysłałam swoją książkę – bardzo dziękuję za herbaty i słodycze oraz kartkę z kotem. Nie obawiali się tak zostawić przesyłki, dziwne.