Upalne miasto 200

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

********************************************************

 8 lipca środa

Od paru dni jest chłodniej – BARDZO to lubię!

Na początku czerwca zaczęłam szukać nowego, większego (moje ma 19m2, na czwartym piętrze bez windy) mieszkania. Na moim osiedlu, najwyżej pierwsze piętro lub z windą.

Nie, nie wygrałam w totolotka, ani nie znalazłam bogatego sponsora. Własnych tak dużych oszczędności też nie miałam, tylko „mniejszą połowę”.

Najpierw zgłosiłam się do biura nieruchomości gdzie młody pośrednik, bardzo z siebie zadowolony, obiecał, że na pewno takie szybko znajdzie. Czekałam, czekałam aż wreszcie do niego zadzwoniłam. Nie odebrał i nie oddzwonił.

Sama znalazłam ofertę, pozornie bardzo dobrą, bo przy mojej ulicy. Obejrzałam mieszkanie – za wysoko bo dwa i pół piętra, schody bardzo niewygodne, za krótkie, okna wychodzące na ulicę i akurat na przystanek autobusowy gdzie staje pięć linii plus nieustanny sznur aut.

Potem okazało się, że znajoma znajomej ma koleżankę zawodową pośredniczkę. Spotkałyśmy się, dałam jej spisane oczekiwania co do nowego lokalu. Dobrze się złożyło, że mieszkała dość długo na moim osiedlu i zna teren.

Obie szukałyśmy ofert w Internecie wybierając najbardziej pasujące. Było to dziwne doświadczenie, bo ludzie umieszczają, często, oferty nijak się mające do rzeczywistości. Szczególnie jeśli chodzi o zdjęcie budynku. Podają też czasem nazwę innej ulicy. Lub oferta jest ale chęć sprzedaży niekoniecznie.

W końcu obejrzałyśmy pięć. Czwarte okazało się najbliższe moich oczekiwań. Już na wstępnie spodobało mi się, bo przed drzwiami była wycieraczka z motywem kotów. Wiem, że to brzmi infantylnie i mam to w nosie. Kota już nie mam, oprócz tego w głowie to chociaż na wycieraczce.

Udało się z właścicielem uzgodnić cenę i inne sprawy.

Wracam do domu po obejrzeniu piątego mieszkania, idę po schodach i odbieram telefon. A to młody, zachwycony sobą, pośrednik. No to, w wyobraźni, spuściłam go po tych schodach mówiąc, że znalazłam innego pośrednika i mieszkanie dodając,  że sam sobie zepsuł sprawę. Nie czekałam na to co odpowie tylko się wyłączyłam. To trzeba mieć tupet najpierw lekceważyć klienta a potem dzwonić.

W poniedziałek załatwiliśmy sprzedaż u notariusza i przelanie pieniędzy w banku. Nie obyło się bez lekkich perturbacji, bo okazało się, że jestem umówiona z doradcą na tę samą godzinę co niski, bardzo pękaty senior, który o mało mnie nie pobił gdy powiedziałam, że też chcę wejść do gabinetu. Na szczęście udało się załatwić sprawę z kim innym.

Po tym jak umówiona kwota (szybki przelew) znalazła się na koncie sprzedającego przekazano mi klucze do mieszkania.

Całą papierologię załatwia pośredniczka, sama nie dałabym rady, tyle tego jest,  trzeba wiedzieć co zrobić, jakie dokumenty są konieczne do wypełnienia i gdzie pójść, aby wszystko formalnie załatwić. Jeszcze w piątek odwiedzimy razem trzy urzędy.

Jestem w trakcie powolnej przeprowadzki, sama trochę zawożę tramwajem, wczoraj stary (bez niskopodłogowego wejścia, co ważne, bo mam torbę na kółkach) tramwaj pojechał niestałą trasą (niestały jest w poczynaniach jak niektóre osobniki obojga płci), więc zła na nieprzyjazną rzeczywistość poszłam piechotą, spory kawałek to był. Za to bramę otworzył idący przede mną  młodzieniec z psem rasy owczarek, chyba. Ale, żeby mi nie było za dobrze w amoku minęłam windę i poszłam za nim. Przecież wolę koty a poszłam za psem.

W końcu się zorientowałam i zawróciłam.

Dzisiaj było lepiej – dwie tury, w tamtą stronę tramwaj niskopodłogowy,  windy nie minęłam.

Jutro z pomocą znajomych posiadających auto przewiozę kolejne bambetle. Nie byłoby ich tak dużo gdyby nie rękodzielnictwo moje. Materiały różne zajmują całą dużą 6 –cio szufladową komodę i trzy półki w szafie, różne przydasie leżą na górze regału a w tapczanie też niemało.

Finalnie do mebli i reszty rzeczy zamówię firmę. Dobrze, że w nowym mieszkaniu są szafki w kuchni i spora szafa w sypialni to mam gdzie rozkładać przywiezione rzeczy aby  nie leżały w workach na podłodze.

Jest też sprawa przeniesienia Internetu, aby mieć dostęp do telewizji i laptopa. Oglądam podłączenie telewizora, które tu wymaga przewodu elektrycznego z kostką mającą cztery wejścia. Czy powinnam go zabrać, aby instalacja się powiodła? To jedno z miliona pytań i spraw do załatwienia.

Dotychczasowe mieszkanie jest małe ale baaardzo pakowne, zapchane po sam sufit  – różności na regale i dwa pawlacze oraz pięciopółkowy regał z książkami.

Oczywiście wyrzucam co uznaję za zbędne lub odkładam, aby zanieść do sklepu dobroczynnego.

Od nawału spraw boli mnie głowa. Na szczęście nie ma jeszcze upału.

Z fb-owego profilu KRASNALE:

„Mówię to z pełną odpowiedzialnością krasnala, który widział wszystko.

Człowiek myśli, że wyszedł tylko po ziemniaki. A wraca z opowieścią…

Tak właśnie było ostatnio. Warzywniak pani Jagody na zbiegu ulic Górnickiego i Sienkiewicza. Ziemniaki. Kolejka. Miejsce pachnie ziemią, jabłkami, koperkiem i tą szczególną nadzieją, że jeszcze dziś będzie zupa. Pani Jagoda, jak zawsze, swoim podejściem do klientów, budzi u wszystkich zebranych zdrowy apetyt na przyjemnie poukładany dzień…

Kolejka też ma swój charakter. Ktoś przyszedł tylko po pomidory, ktoś bierze trzy marchewki a jeszcze inny pyta, czy młode ziemniaki są „naprawdę młode”…

I wtedy właśnie, w tej spokojnej świątyni codziennych zakupów, rozlega się dźwięk.

Nie ludzki. Jakby kudłate westchnienie połączone z pretensją.

Autor tego dźwięku stał przy wejściu.

Duży biały pies na smyczy, która ciągnęła się aż za drzwi.

Sprzedawczyni przerwała obsługiwanie klientki, która wciąż nie może wybrać odpowiedniej pietruszki. Bez żadnej oznaki zdziwienia podeszła do skrzynki z jabłkami, wybrała jedno i podała psu.

Pies, z godnością, przyjął jabłko i wyszedł z warzywniaka zadowolony.

Koniec sceny?

Oczywiście, że nie.

Kobieta w kolejce nie wytrzymała i zapytała:

„Jak to? Co to?”.

Sprzedawczyni odparła na to spokojnie, że ten pies przychodzi codziennie.

„Najgorzej jest w grudniu”.

„Dlaczego w grudniu?”

„Bo kończą się Lobo. A on nie chce innych jabłek…”

I tu już muszę się zatrzymać, bo mi się czapka filcuje.

Pies, który codziennie przychodzi do warzywniaka po swoje jabłko, sam w sobie jest już zjawiskiem. Ale taki, który ma konkretną, ulubioną odmianę jabłek i nie uznaje zamienników, to już krytyk kulinarny na czterech łapach.

I niech mi nikt nie mówi, że Wrocław nie jest miastem kultury.

Najpiękniejszy w tej historii jest jednak nie sam pies, choć, przyznaję, jest znakomity.

Najpiękniejsze jest to, że wszyscy w tej opowieści robią coś zwyczajnego i niezwyczajnego jednocześnie:

Sprzedawczyni pamięta psa.

Właścicielka płaci raz w miesiącu.

Pies przychodzi po swoje jabłko.

Klienci dowiadują się, że właśnie weszli do miejsca, w którym codzienność ma ogon.

I nikt nie robi z tego wielkiej sprawy.

Bo Wrocław właśnie taki jest. Składa się nie tylko z mostów, kamienic, tramwajów i krasnali, choć oczywiście bez krasnali byłby projektem mocno niedokończonym.

Składa się też z tych małych, niewidocznych na pierwszy rzut oka relacji między ludźmi, zwierzętami i miejscami.

I krasnal wie, że warto o tym opowiedzieć.

Bo z mojego poziomu takie sceny widać najlepiej.

Miasto ma swoje oficjalne historie. Ma kroniki, daty, zabytki, nazwiska i tablice pamiątkowe. Ale ma też historie nieoficjalne. Takie, które zaczynają się od zdania:

„Poszedłem po ziemniaki…”.

I to są często najlepsze historie.

Dlatego mam dziś jedną prośbę:

Kiedy następnym razem pójdziecie po ziemniaki, jabłka, koperek albo cokolwiek, co człowiek kupuje z przekonaniem, że to będzie zwykłe pięć minut – rozejrzyjcie się.

Może obok dzieje się właśnie mały cud codzienności.

My, mali, wiemy, że największe historie bardzo często zaczynają się od spraw małych.

Na przykład od ziemniaków”.

Upalne miasto 199

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

***************************************************

25.06.26 r. czwartek

No, naprawdę jest upalne to miasto moje.

Załatwianie czegokolwiek, nawet podstawowych zakupów potrafi wyssać z człowieka siły i chęć do życia.

A mam oprócz załatwiania różnych bankowo – bytowych spraw dokuczliwość dziwną w gardle. Dzisiaj idę do koleżanki lekarki – internistko  – laryngolożki.

Chyba zrezygnuję ze stacjonarnego telefonu, bo co jakiś czas mam nachalność oszustów. Jakiś czas temu dzwoniła do mnie niby wnuczka, że miała wypadek a wczoraj facet (z prawie niewyczuwalnym akcentem), że na poczcie są dla mnie listy, w tym z banku ale nie ma na nich numeru bramy i mieszkania jeśli mu podam te dane to listonosz  wrzuci do mojej skrzynki. Ponieważ to nie pierwszy raz  uparłam się głośno i stanowczo, że sama odbiorę te listy tylko niech mi poda na jakiej poczcie leżą. Na co facet oburzył się, że na niego krzyczę.

– Nie krzyczę tylko głośno i wyraźnie mówię, że chcę sama odebrać listy a nie chcę panu podawać numeru bramy i mieszkania.

Na co się wyłączył. Biedaczek, nie udało się. Pieniędzy nie ma a pić się chce, trzeba kogoś naciągnąć.

Opowiedziałam to znajomej, która miała jeszcze lepszy numer przekazany przez pewną wdowę.

Zadzwonił facet: babciu miałem wypadek, potrzebuję pieniędzy.

Na co ona: zawołam dziadka, Józek, chodź tu, wnuk dzwoni. Poczekaj trochę, wiesz przecież, że on wolno chodzi a ze cmentarza długa droga.

No i domniemany wnuk się rozłączył.

Koleżanka lekarka orzekła, że nic nie trzeba wydłubywać z mojego gardła, jak to drzewiej kilka razy bywało, tylko zawias szczęki mi z powodu skrywania emocji, stresów i peselu nawala. No i muszę się codziennie wieczorem kurować pastylką oraz masażami z żelem. Jest nadzieja, że to  pomoże.

Poniedziałek 26.06.26

Lubię czereśnie. Poniższy opis z profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” też mi się podoba.

„Czereśnie to polskie czerwone złoto, bo ludzie je kochają i potrafią kosztować tyle za kilogram. Tymczasem czereśnia to wiśnia dla mięczaków. Co to za owoc, co nie wykrzywia mordy? Agrest, porzeczka, pigwa – to są porządne owoce. Albo ARONIA – nie dość, że kwaśna, to jeszcze cierpka i gorzka jak życie.

Ludzie, którzy sięgają po czereśnie, to ci sami, którzy zamiast chleba kupują bułki. I wiecie co? Nikt wam za to nie podziękuje. Ani rynek sztucznie rozgrzany spekulacjami na owocach pestkowych. Ani środowisko naturalne nękane wzrostem zużycia detergentów wybielających w sezonie czerwonoplamnym. Ani nawet sama czereśnia, bo nie macie dosyć przyzwoitości, żeby zrobić z nią to, do czego została stworzona. Zjeść w całości, przelecieć kilka kilometrów i zdefekować pestkę pod płotem.

Cały plan czereśni na życie to zwabić ptaki słodkim syropem, a potem, kiedy one będą unosić się w dal, przelecieć im przez układ pokarmowy jak Magda Gessler w 1221 przez Kaukaz na czele hord mongolskich.

Czereśnia, jak wiele innych owoców, zabezpieczyła się na wypadek, gdyby ktoś chciał pestkę schrupać zamiast wydalić. Na pestkożerców czeka amigdalina, która podczas trawienia zamienia się w cyjanowodór. Jeżeli przez przypadek połkniecie czereśnię razem z pestką, to niech wam za mocno żal dupy nie ściska bo się draństwo wchłonie przez błony śluzowe.

Nawet z ptakami czereśnia nie obchodzi się łagodnie. Gdy owoce wiszą zbyt długo na gałęziach, to fermentują, a ptaki to jedzą i latają pod wpływem. Łacińska nazwa czereśni to Prunus avium, czyli śliwa ptasia, a powinna brzmieć – drzewo bimbrowe.

Każda czereśnia to potencjalne zagrożenie bombowe. Już pomijając ptaki, które mają wys*ane na to, że właśnie umyłem samochód. Czereśnie dosłownie wybuchają od deszczu, bo uważały na fizyce. Ich skórka działa jak półprzepuszczalna membrana. Kiedy na owoc pada deszcz, woda na zewnątrz ma mniejsze stężenie cukrów niż sok w środku, więc napiera do wnętrza, żeby je wyrównać. Owoc nie wytrzymuje ciśnienia i pęka jak niewprawiony adept diety sokowej po drodze do toalety.

Czereśnia nazywa się podobnie w podejrzanie wielu językach. Po angielsku wołają ją cherry, we Francji cerise, w Niemczech Kirsche, a w Hiszpanii cereza. Wszystkiemu, jak zwykle, winni są Rzymianie, a konkretnie Lukullus, który w 72 r. p.n.e. podbił miasto Kerasus (dzisiejsze Giresun w Turcji). Uznał, że najcenniejszym łupem będą sadzonki tamtejszych drzew owocowych. Podejrzewam, że moja babcia może być wcieleniem Lukullusa.

Kojarzycie robale, które czasami można znaleźć w czereśniach? To wcale nie robaki, możecie jeść spokojnie – to tylko larwy muchówki, nasionnicy trześniówki.

Co wpływa na okresowo wysokie ceny czereśni? Poza masonami i Tuskiem, rzecz jasna. Przede wszystkim jej własne, bezczelne kaprysy. Czereśnia lubi, jak ją zimą mróz w jajka gigla. Każde drzewo potrzebuje od 700 do 1200 godzin w temperaturze od 0 do 7 stopni Celsjusza, by załapać, że jest zima, i wypuścić pąki na wiosnę. Współczesne rolnictwo za bardzo skupia się na nawozach sztucznych, a za mało na nauce drzew obsługi kalendarza.

A, no i czereśnia się opala. Kiedy ludzie w pocie czoła próbują zarobić na kubek czerwonych glutocukierków, jej drewno wystawione na słońce bezczelnie ciemnieje. Ponieważ pie*rzyć twoje posadzki, dobrane pod kolor komody. Skoro stać cię na czereśnie, to stać cię na remont owocowy burżuju.

A spróbujcie ją popić wodą. Czereśnia tylko na to czeka gotowa opuścić okręt brunatną falą. Winne nie są drożdże czy fermentacja w jelitach jak próbują nam wmówić rożne czereśniaki. Czereśnia po prostu zawiera sorbitol, który wchodzi w reakcję z bakteriami w kiszkach. W dodatku pogonienie pół kilo fruktozowej masy porcją wody działał jak spłuczka w toalecie i zamienia człowieka w rakietę o napędzie błotnym”.

Wtorek 30.06

Jakiś czas temu zaszkodziło mi coś – lody czy jogurt? Raczej to pierwsze,  w kubełku znanej marki.

No to spróbowałam zrobić własne, kilka dni temu ze zmiksowanych śmietanki, mleka skondensowanego i czekolady w proszku. Po dłuższym czasie wyciągnęłam pojemnik i przemieszałam. Po zamrożeniu nie były takie jak z lodziarni ale dobre w smaku.

Dzisiaj nabyłam dojrzałe banany, brzoskwinie i śmietankę. Dodałam trochę cukru, ekstrakt z wanilii i zmiksowałam. Mieszanka się mrozi a nie mam zamrażarki tylko PRL-owską lodówkę z zamrażalnikiem. Zastanawiam się nad dodaniem czereśni (bez pestek) i namoczonych w lekkim alkoholu rodzynek. Będą wieloowocowe i bakaliowe.

Wtorek to dzień moich masaży. Zachwyciła mnie tamtejsza temperatura i bardzo zgnębiona tą w moim mieszkaniu zaproponowałam, że na noce będę tam przychodzić, bo miejsce na łóżku się marnuje. Tylko mogłabym, przewracając się z boku na bok, spaść na kafelkową podłogę.

– A w domu pni spada?

– Nie, ale tapczan mam przysunięty do ściany.

– To tutaj też przysuniemy – zadeklarował.

Tylko nie zapytałam ile zażyczyłby sobie za nocleg.

ŚRODA

Trochę chłodniej ale tylko na zewnątrz, bo w chacie nadal duszno, parno i koszmarno.

Lody ładnie się zamroziły wraz z czereśniami. Lubię to. Będę kontynuować.

Krótka historia namiętności

Pięćdziesięcioletnia chuda Dobrosława powoli szła ścieżką w parku im. Stanisława Tołpy na wrocławskim Ołbinie.

 Miała na sobie bluzkę której kolory zniszczyły liczne prania, tłuste włosy zwisały w nieładzie wokół jej twarzy i widać było, że brzydką cerę systematycznie niszczyła paleniem papierosów. Właśnie zapaliła jednego rozkosznie się nim delektując.

Śledziła JEGO, niedawno poznanego na wieczorze poetyckim. Wiersze,  które czytał trafiły w jej serce strzałą Amora i tam pozostały. Kupiła tomik, zawsze nosiła go w torebce, całowała zdjęcie na książce, przytulała do siebie, znała na pamięć każdy wiersz. Jego twórczość była tak cudowna jak imię – Bożydar. Wyglądał mniej pięknie – najwyżej 170 centymetrów wzrostu, łysiejąca głowa, brak paru zębów i krzywe nogi w obcisłych dżinsach. Mimo trzydziestki wyglądał na dziesięć lat więcej za to był przekonany o swojej niebywałej atrakcyjności i nieodpartym uroku co potwierdzał zachwyt fanek.

Wsiadła za nim w autobus numer 111 i uważnie śledziła każdy jego ruch, aby nie przegapić przystanku na którym sens jej życia raczy opuścić pojazd. Co zrobił dopiero po półgodzinie w Lipie Piotrowskiej.

ON skręcił w boczną uliczkę willowego osiedla, którego przyprawowe nazwy uliczek przypominały kobiecie, że nie ma dla kogo piec ani gotować. A tak wspaniale byłoby dodać cynamonu do szarlotki, zaparzyć mu melisy gdyby był zdenerwowany, dodać pieprzu, kminku lub tymianku do mięsa. Albo bazylii do sałatki czy koperku do młodych ziemniaków.

Wszedł do cukierni więc zatrzymała się przy wystawie sąsiedniego sklepu z rowerami.

– Może powinnam sobie jakiś kupić? – pomyślała. Nie zawsze nadążę za nim na piechotę. Tak, kupię – zdecydowała. Ale nie teraz.

Zapaliła papierosa czekając na śledzonego.

Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna w progu cukierni namiętnie całuje drobną brunetkę.

– O, żesz ty małpo wstrętna – pomyślała. Nie daruję ci tego. Zanotowała w pamięci, aby w Internecie wyszukać, nie dającą objawów i trudno wykrywalną, truciznę.

Poeta przeszedł na drugą stronę jezdni i stanął na przystanku przy ulicy Cynamonowej. Wyciągnął z kieszeni notes i długopis, zaczął coś  pisać.

– Pewnie pisze wiersz o tej idiotce, a może erotyk – zazdrośnie przypuściła Sławka. Dla mnie nikt nigdy nic nie napisał – użaliła się nad sobą.

Mężczyzna wyrwał kartkę z notesu,  zgniótł  i rzucił na ziemię. Gdy się odwrócił wielbicielka udając poprawianie sandałka podniosła papier. Rozwinęła i przeczytała:

Tyś jest wspanialsza niż niebo i piekło

Niż letni deszcz i zimowy puchu śnieg.

Twoje oczy skrzą się jak brylanty u jubilera

A usta czerwieńsze są od wszystkich maków.

Jak cię widzę to szczęście mnie rozpiera.

– O rany, chyba miłość go ogłupia, że takie bzdury wypisuje – trzeźwo oceniła kobieta.

Nadjechał autobus otwierając drzwi obojgu. Usiadła tuż za mężczyzną wdychając, otaczający idola, zapach  wody toaletowej.

– Gdybym wiedziała jakiej używa to kupiłabym taką samą – zamarzyła. I jak by tu zdobyć część jego garderoby?

Dojechali do śródmieścia, wysiadła na tym samym co on przystanku. Poszła w ślad za poetą, nawet udało się jej wejść do jego bramy. Sprawdziła do którego mieszkania otworzył drzwi.

– Dobra nasza – pomyślała. Wyciągnę ten plik kluczy po dziadku, może coś dopasuję – postanowiła.

Wróciła do domu i przyszło jej na myśl, że powinna w punkcie ksero powiększyć jego podobiznę umieszczoną na tomiku, aby powiesić nad łóżkiem. Albo postawić na szafce a obok pachnącą świeczkę i bukiecik codziennie świeżych kwiatów.

– Jutro rano podejmę decyzję. A najlepiej zrobię to i to. I skseruję każdy wiersz.

Z tą dobrą myślą wypaliła papierosa, wzięła prysznic i po wytarciu się wykonała cowieczorny rytuał: przeczytała trzy wiersze, pocałowała jego zdjęcie i poszła spać. Ostatnią jej myślą przed zaśnięciem było: muszę zabić tę flądrę, on jest mój.

Przebudziła się pełna werwy i chęci do skutecznego działania. Wypiła mocny napar złożony z wielu ziół jaki sobie, każdego ranka, serwowała przekonana, że dają jej moc urody i mądrości. Potem z Internetu spisała najtrudniej wykrywalne trucizny i zamówiła jedną z nich.

Spisała na kartce sprawy do załatwienia:

– kupić rower (najwyżej zrobię debet)

– otruć tę czarną małpę (najpierw sprawdzić co lubi jeść i pić)

– wejść do jego mieszkania i wziąć koszulę lub gatki

– śledzić go,

– sprawić, żeby był mój

Podkreśliła ostatni i najważniejszy dla niej punkt.

Przejrzała szafki w kuchni i przedpokoju szukając pęku kluczy jaki zostawił dziadek.

– Szkoda, że nie dostałam w spadku auta lub kasy na zakup choćby roweru – pożaliła się w duchu. Wyrzuciła z pawlacza upychane tam, przez lata, bambetle, uwalniając tumany kurzu i rojowisko moli.

– No, żesz … – zaklęła wydobywając spore pudło.

Postawiła je na podłodze i otworzyła klapy kartonu. Znalazła stare buty, zjedzoną przez mole odzież męską oraz w puszce, po nie wiadomo czym, pęk kluczy i wytrychów. Albowiem dziadziuś był ślusarzem ze skłonnością do włamań co skończyło się kilkuletnim wyrokiem.

Opróżniła pawlacz i w szale porządków wyniosła wszystko na śmietnik. Po powrocie za pomocą Internetu wyszukała sklepy z rowerami i porównała ceny. Włożyła kurtkę budrysówkę po babci, wykoślawione buty po matce i wyszła z domu obierając kierując się w stronę budynku w którym mieszkał on – wyśniony, wymarzony i bardzo uzdolniony. Po drodze skserowała co chciała.

Doszła do bramy poety i nacisnęła guzik domofonu.

– Jeśli odbierze to znaczy, że jest w domu – pomyślała dzwoniąc w kieszeni kluczami.

– Słucham – usłyszała damski głos.

– O, cholera – zaklęła nie tak znowu Dobra. Przyjdę później – postanowiła.

W sklepie przymierzała do siebie pięć rowerów, w końcu wybrała przyjazny cenowo. Musiała zapłacić całą sumę, bo rat nie stosowano.

Wsiadła na pojazd, zadowolona, że w mieście jest dużo ścieżek dla rowerzystów. Na szczęście w dzieciństwie nauczyła się poruszać na takim wehikule. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć  lornetkę i poobserwować okna mieszkania najdroższego i jego samego też.

Jadąc podśpiewywała: lornetka, lornetka, potrzebna mi lornetka. I numer telefonu, żeby czasem usłyszeć jego głos.

Przed domem zsiadła z roweru, wniosła go do mieszkania, postawiła w przedpokoju. Zapaliła papierosa i usiadła przy komputerze. Na facebooku wpisała imię i nazwisko poety.

– Jest! Mam go! – wykrzyknęła. Polubiła profil i napisała, że uwielbia jego twórczość i że ma tomik z autografem. I zapytała kiedy i gdzie będą następne spotkania z publicznością.

Zgasiła papierosa i przypomniała sobie, że dziadek miał lornetkę.

– Muszę jej poszukać. Gdzie ją schował? Jeden pawlacz mam załatwiony. Czas na drugi – pomyślała.

Wyciągnęła drabinę zza szafy, postawiła pod pawlaczem i ostrożnie na nią weszła. Otworzyła tym razem nie zaskoczona tumanami kurzu. Wyciągnęła kolejne pudło, było zbyt ciężkie do zniesienia, więc zeszła z drabiny i obok niej postawiła stołek. Weszła na górę ponownie, zsunęła karton i postawiła na taborecie. Odstawiła drabinę i zajrzała do pudła.

  – O jejuniu – krzyknęła i  w tył nią miotnęło.

Bo zobaczyła łom, kajdanki, siekierkę, młotek pokaźnego rozmiaru, a na samym dole pistolet zaś obok niego pudełko nabojów.

– No to dziadek zostawił mi niezły spadek – zrymowała refleksję. Wyjęła wszystko powoli odkładając na podłogę. Zostało jeszcze sporego rozmiaru pudełko. Otworzyła je i z radością stwierdziła, że to wojskowa lornetka.

– Brakuje tylko trucizny,  miałabym wtedy wszystkie potrzebne rzeczy do pozbywania się rywalek.

Złożyła karton na płasko a przestępcze akcesoria zaniosła do pokoju. Rozłożyła na stole, usiadła, zapaliła papierosa i napawała się widokiem.

– Teraz tylko trzeba to wszystko zastosować – pomyślała. Co najpierw? Chyba lornetkę.

Zgasiła papierosa i po krótkim prysznicu położyła się spać. Przyśnił się jej dziadek. Siedział w fotelu i czyścił pistolet.

– Jedź rowerem do lasu, weź kilka pustych puszek i pistolet, naucz się celnie strzelać. Jutro przyjdzie paczka z trucizną, powiem ci jak ją zastosować.

Obudziła się ucieszona, że wie co ma robić. Po papierosie i śniadaniu nakleiła skserowane wiersze na tekturki z kartonu i rozwiesiła na ścianach pokoju oraz kuchni. Zdjęcie poety też podkleiła i postawiła na wprost miejsca na którym najczęściej siedziała. Zapaliła obok pachnącą świeczkę. Postanowiła zerwać jakieś kwiatki po drodze i w wazoniku dołączyć do zdjęcia i świeczki.

Zapakowała pistolet i naboje do torby, przypięła ją do ramy roweru, zniosła wszystko na parter i pojechała za miasto. Skręciła w steczkę i zatrzymała się na małej polance. Zapaliła papierosa, wyciągnęła z torby pięć puszek po kukurydzy i groszku, rozejrzała się i postawiła je na niskiej gałęzi. Odeszła parę kroków, naładowała pistolet i wystrzeliła. Odrzut był taki, że zawyła z bólu. Pomasowała sobie dłoń i ramię i ponownie wystrzeliła. Podeszła do gałęzi.

– Trafiłam dwie, ma się talent w genach – stwierdziła. Szkoda kul, nie będę więcej próbować. Rzuciła peta na trawę, przydusiła obcasem, zabrała puszki i bardzo z siebie zadowolona odjechała.

Nazajutrz odebrała od kuriera przesyłkę z trucizną. Paląc papierosa otworzyła buteleczkę i powąchała. Nic nie poczuła.

– Zadziała czy nie, spróbować mogę – postanowiła.

Owinęła flaszeczkę w watę i parę warstw gazety, włożyła do plastikowego woreczka i zawiązała czerwoną gumką recepturką. Potem umieściła obok pistoletu i lornetki w rowerowej torbie. Usiadła przy kuchennym stole, zapaliła papierosa i zaczęła planować pozbycie się rywalki.

Zadzwonił telefon.

– Słucham? Tak. Znam ale głównie jego wiersze. Co się stało? Jak to nie żyje? Zastrzelony? Przez kogo? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

O wrocławskim ZOO

Marek Górlikowski – Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie. Wydawn. Znak Kraków 2021

O autorze:

Marek Górlikowski urodził się w 1968 roku. Przez 25 lat pracował w „Gazecie Wyborczej” jako redaktor i reporter.

Cztery razy nominowano go do nagrody Grand Press.

W 2018 roku dostał Nagrodę im. Jana Jędrzejewicza dla najlepszej polskiej książki poświęconej historii nauk za biografię „Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój”.

O książce:

„Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie – twierdził brytyjski historyk, polityk i pisarz Lord Acton. 

Wbrew pierwszej części tytułu to nie jest książka tylko o małżeństwie Gucwińskich. Najmniej z niej dowiemy się o ich prywatnych relacjach. Najwięcej o Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym i o ludziach oraz zwierzętach z nim związanych. Oczywiście na pierwszy plan wybijają się Gucwińscy, bo Antoni był dyrektorem a jego żona Hanna specjalistą do spraw hodowli. A tak naprawdę to ona tam rządziła, w dodatku bardzo twardą ręką. Mąż dyrektor był tym dobrym, ona tym złym policjantem.

Książka przedstawia obie te postaci chronologicznie – z jakich rodzin pochodzili, gdzie się uczyli i pracowali przed zatrudnieniem we wrocławskim zoo. Jak się poznali i pobrali. Opisuje ich najlepsze lata, w tym występy w programie „Z kamerą wśród zwierząt”. Także ogromne przywiązanie Hanny do różnych stworzeń, którymi się opiekowała i wiele w domu przechowywała choć można było je przenieść na wybiegi.

Państwo Gucwińscy nie traktowali ogrodu jak miejsca pracy, to było ich życie dlatego tak trudno było im przejść na emeryturę. W dodatku czuli się tam jak na prywatnym folwarku co wielu, słusznie, miało im za złe.

Autor przeprowadził z tą parą rozmowy nie unikając trudnych tematów, a było ich trochę, w tym oskarżenie o znęcanie się nad zwierzętami.

„Oni bali się konkurencji, czyli osób, które wiedziały więcej od nich, a jednocześnie sami nie zdobywali wiedzy, nie uczyli się”.

Dla mnie najciekawsze były rozdziały opisujące losy różnych zwierząt – w jaki sposób trafiały do ogrodu, jak się zachowywały, czasem pozwalając na wielką bliskość a czasem, choć wychowane od niemowlęcia, raniąc opiekunów. Potrafiły też uciekać z wybiegów strasząc zwiedzających.

Ludzie też potrafią się zadziwiająco dobrze lub źle zachowywać w stosunku do naszych braci mniejszych. Podano różne przykłady.

Oprócz głównych bohaterów poznajemy sylwetki niektórych pracowników ogrodu – nie tylko Polaków. Jednym z nich był Niemiec Herbert Globig, lektor kościoła ewangelickiego.

Na pewno nietuzinkową pracownicą była hrabina Stadnicka, która mimo oczytania i znajomości kilku języków zatrudniona była w szalecie.

To jest książka nie tylko biograficzna ale także reporterska, bo autor rozmawia o bohaterach i ogrodzie z wieloma osobami. W tym z Barbarą Trzeciak – Pietkiewicz, wrocławską dziennikarką, internowaną w stanie wojennym w Gołdapi, gdzie ją poznałam.

Dziennikarka wraz z dwoma innymi internowanymi koleżankami po zwolnieniu z Gołdapi sprzedawały w ogrodzie lody.

Bardzo polecam tę książkę, zawiera wiele cennych informacji a autor stara się być obiektywny w swych relacjach.

Jak zrobić karierę

Opowiadanie prawie niekryminalne

Pisarz Marek Pogodny od lat był  samotnikiem. Mieszkał na kieleckiej wsi w odrestaurowanym, po wielu latach opuszczenia i stawania się coraz większą ruiną, dworze Wielowiejskich.

Do posiadłości należał spory park, duży sad i ogród oraz trzy zarybiane stawy. Była tam też rzeczka zasilana przez źródełko mające opinię uzdrawiającego oraz las z różnorodnym runem.

Artysta był bliskim kuzynem nowego właściciela, który w szlachetnym porywie a może w ramach dowartościowywania się postanowił zostać   mecenasem sztuki, zapewnił pisarzowi bezpłatne lokum wraz z wiktem i opierunkiem.

Obaj, właściciel i pisarz urodzili się w tej wsi, i choć mieli niezbyt dobre wspomnienia z dzieciństwa  po wielu latach życia w różnych miejscach, w kraju i za granicą, wrócili do korzeni. Prawie jak w piosence „Powrócisz tu”. A może jak w powiedzeniu „Co się martwisz, co się smucisz, ze wsi jesteś, na wieś wrócisz”?

Pisarz miał za sobą udaną karierę literacką, wiele nagród choć bez Nobla i niezłe dochody. Nie musiał więc jeździć po kraju, aby zarabiać na spotkaniach autorskich czego nienawidził z całego serca.  Fanów swojej twórczości także. I w ogóle ludzie go mierzili i nudzili, uważał bowiem, że nie dorastają mu do pięt.

Kolejne żony taktował jak na wieśniaka przystało, czyli jak służące bez prawa głosu a szczególnie oporu. Wyszedł ze wsi ale wiejskie maniery i poglądy na rolę kobiety w nim pozostały. Pierwsza żona urodziła syna i umarła. Druga i trzecia szybko zorientowały się jaki ma charakter i odeszły.

Pogodny był typem narcyza – najpierw bombardował miłością i zainteresowaniem a potem pomału, pomału dręczył i poniżał obruszając się na zarzuty.

Syna wychowywała matka żony nieustannie oskarżająca go o psychiczne znęcanie się i  doprowadzenie córki do śmierci. Tak więc pisarz zbulwersowany brakiem zachwytu ze strony rodziny i żeńskiej połowy świata odciął się od środowiska i osiadł w rodzinnej wsi.

Teraz dwór Wielowiejskich był hotelem przeznaczonym na biznesowe spotkania. Szemrane głównie, bo właściciel dorobił się na przemycie, hazardzie i sutenerstwie. W hotelu zapewniano nie tylko nocleg, wyżywienie oraz sale spotkań (nie tylko konferencji), ale i różne rozrywki zależne od życzeń klienta. Czyli panienki, chłopcy, alkohol, hazard, snusy, także sprzęt do sado – maso oraz duży wybór filmów w małej kinowej sali. Panowała tu zasada „klient nasz pan byle sowicie płacił”.

Pisarz nie korzystał z tych rozrywek, najwyżej podglądał przez niewidoczne okienka lub na ekranach, bo kamery zainstalowano wszędzie. Albowiem właściciel lubił być dobrze poinformowany. Autor igrce obserwował z przyjemnością a potem opisywał je w swoich książkach dzięki czemu uchodził za kontrowersyjnego skandalistę co go bardzo cieszyło, bo przysparzało wielu czytelników. Na zewnątrz dbał bardzo o swój wizerunek nobliwego twórcy, co to ani skręta, ani procenta.

Miał już 85 lat, a mieszkał u kuzyna od dwudziestu pięciu. Dorabiał sobie pisząc cotygodniowy felieton do regionalnej gazety. Opisywał w nich uroki życia na wsi zaczynając od piękna świata o świcie choć zawsze wstawał najwcześniej o dziewiątej ale od czego Internet? Na dowód wysłał jedno swoje zdjęcie, bo kiedyś jechał nocnym pociągiem a na wieś autobusem. Wysiadł, zrobił zdjęcie poranka, akurat było pięknie i na tym zakończył karierę skowronka pod tytułem „Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blask duszkiem pić” czy jakoś tak.

Pogodny w tekstach chwalił zalety spożywania owoców i warzyw prosto z ogrodu, który owszem tam był ale dbali o niego pracownicy hotelarza. Zachwycał się smakiem mleka prosto od krowy  i jajek od szczęśliwych kur. Gdy go jakiś czytelnik zapytał skąd wie, że one są szczęśliwe i czy mu to osobiście powiedziały nadął się i sfochował odpowiadając, że nie będzie rozmawiał z dyletantami i laikami.

Oczywiście żadnej kury ani krowy nie tknął nigdy nawet palcem a nawet się ich brzydził.

Na propozycję nie do odrzucenia wyrażoną przez kuzyna napisał tekst do reklamowego folderu, zamieszczając taką, między innymi informację:  właściciel serwuje gościom własne jajka, mleko i wędliny.

Pisarz nie przejmując się tym, że w życiu nie zajmował się roślinami, nigdy nie miał ani jednego kwiatka (wszystkie przy nim natychmiast więdły), kota, psa czy chomika, na łamach gazety prowadził, używając pseudonimu ”Wiejski  Miczurin”,  rubrykę „Na ty z przyrodą”. Fakty zbierał w internecie, czasami tylko wypytując pracowników kuzyna. Wychodził z założenia, że „Pecunia non olet” a petunia i inne takie to raczej olet.

W okołoliterackich działaniach pomagała mu Krystyna jako sekretarka, menadżerka i plenipotentka. Załatwiała wszystkie urzędowe sprawy, spotkania i ewentualne zlecenia.  Pisarz rzadko udzielał wywiadów chyba że dziennikarka była młoda, ładna, zgrabna i nim zachwycona.

I tak pewnego dnia początkująca, ambitna dziennikarka Jagna postanowiła zrobić karierę za pomocą napisania biografii  lub choćby wywiadu rzeki jakiegoś pisarza. Po wielu odmowach trafiła do Krystyny a ta przekonała podopiecznego za pomocą fotografii bardzo skąpo ubranej Jagny, która nie żałowała swojego wizerunku mediom społecznościowym.

Ustalono termin spotkania, dziennikarka zarezerwowała pokój na tydzień, w ten sposób inwestując w swoją przyszłą karierę.

Menadżerka przyjechała swoim autem dwa dni wcześniej,  ulokowała się w pokoju obok mieszkania pisarza mieszczącego się w bocznym skrzydle dworu z widokiem na park. Wypakowała pojemność walizki i torby w której przywiozła parę książek i materiały prasowe o twórczości podopiecznego nie mając zaufania do pracowitości Jagny.

Młoda ambitna przyjechała taksówką narzekając na trudy i koszta  podróży. Paplała też  o swoich osiągnięciach na co zniecierpliwiona Krystyna powiedziała:

– Ależ proszę tak bardzo się nie przejmować. Mistrz jest życzliwym starszym panem, szczególnie dla kobiet młodych i ładnych.

– O czym pani mówi? – zdziwiła się Jagna. Jestem profesjonalistką a nie pustą lalą.

– Rozumiem, że przeczytała pani wszystkie książki mistrza a jest ich trzydzieści pięć i wszystkie materiały na temat jego twórczości? – podchwytliwie zapytała sekretarko – menadżerka.

– Książki? Ale po co? Przecież w  Internecie są ich recenzje i komentarze czytelników.

– No, tak – westchnęła Krystyna. To spotkamy się jutro po śniadaniu, które mistrz jada o jedenastej. A teraz proszę odpocząć po podróży i przeczytać materiały jakie zostawiłam dla pani w recepcji.

– To świetnie, bo ja też jadam śniadanie o tej porze – ucieszyła się aspirująca do kariery, sławy i dużych pieniędzy. I poszła do baru gdzie zamówiła drinka.

– Jestem gościem mistrza, on zapłaci – oznajmiła bardzo pewnym tonem.

Barman nie uwierzył, zadzwonił do sekretarki i odmówił naciągaczce nalania alkoholu. Ta się sfochowała, zamówiła kolację z dostawą i poszła do pokoju.

Nazajutrz o dziewiątej rano włożyła legginsy, podkoszulkę, adidasy i poszła pobiegać. Albowiem uwielbiała o siebie dbać.

Wróciła po trzech kwadransach, wzięła prysznic, umyła włosy, nałożyła na nie odżywkę, ciało posmarowała balsamem a na twarz nałożyła maseczkę. Po jej zmyciu wklepała krem i pomalowała rzęsy i usta.

Zeszła do jadalni i dołączyła do pisarza i jego sekretarki.

– Dzień dobry, jestem weganką, mam nadzieję, że są tu takie posiłki? – spytała.

– Proszę zapytać kelnera, mistrz nie je glutenu a ja mam uczulenie na truskawki.

Hotel choć położony na wsi był nastawiony na wszelkie fanaberyjne żądania klientów, nie tylko w kwestii rozrywek.

– Mistrz zgodził się spotkać z panią od pierwszej do trzeciej, bo potem jest obiad – poinformowała Krystyna.

– To co ja mam robić?

– Zapoznać się z przygotowanymi przeze mnie materiałami – usłyszała.

Naburmuszona Jagna poszła do pokoju, rozłożyła stojący na balkonie leżak, rozebrała do stringów, posmarowała się kremem z filtrem i usiadła wystawiając ciało  na słońce.

Obudziło ją głośne stukanie do drzwi, otwierając je usłyszała:

– Co z panią? Mistrz już od kwadransa czeka! Jak pani wygląda?

– Niech pani na mnie nie krzyczy! To jest przemoc!

– Słuchaj no, paniusiu. Twój brak dobrego wychowania zwala z nóg! Za dziesięć minut masz być w salonie inaczej nici z wywiadu!

– Phi – parsknęła dziewczyna. Poszła do łazienki, wzięła prysznic, nie spiesząc się nawilżyła ciało balsamem, dłonie i stopy kremem, twarz zmyła mleczkiem kosmetycznym i nałożyła delikatny makijaż. Na dole była z półgodzinnym opóźnieniem.

– No, już jestem. Mistrzu, jest pan wspaniały! – powiedziała siadając mu na kolanach i mocno całując w usta.

– Chyba pani zwariowała – stwierdziła sekretarka.

Mistrz próbował pozbyć się nachalnej dziewuchy ale bez skutku. W pewnym momencie głowa mu dziwnie zwisła na oparcie fotela. Krystyna odciągnęła Jagnę, dotknęła pulsu pisarza i zadzwoniła na pogotowie.

Jagna zdziwiona i zaskoczona wybełkotała:

– Ale o co chodzi? Nie spodobało mu się? Umarł? I zaczęła histerycznie szlochać.

Mistrz odszedł do krainy wiecznego pisania.

Jagna w szoku spiła się w drebiezgi i tańczyła na stołach jadalni, śpiewając nawet melodyjnie „bo we mnie jest seks” i zdejmując z siebie kolejne elementy garderoby.

Na co wezwano właściciela hotelu, który zdjął półnagą dziewczynę ze stołu i zaniósł do swojego pokoju. Nazajutrz gdy wytrzeźwiała i doszła do siebie oświadczył się jej i został przyjęty. Nieważne, że był czterdzieści lat starszy. Jest powiedzenie „Nie ważna płeć, ważne uczucie”, tutaj to raczej „Nieważna data urodzin, ważna kasa”.

Upalne miasto 198

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************

Sobota 30.05.26

No i mamy powtórkę z rozrywki. Zadzwonił telefon stacjonarny, numer nieznany, kobieta mówi:

– Czy wiesz co nam się stało?

Ja:

– Nie wiem.

Ona:

– Mamo, mieliśmy wypadek.

Ja:

– To pomyłka i się rozłączam.

Ewidentnie komuś, czyli oszustom, zabrakło kasy i pomyślunku. Bo zastosowano stary, opisywany w mediach numer.

Z fb-owego profilu „Chujowa pani domu” wpadki językowe:

– Rozmawiałam pewnej zimnej wiosny z sąsiadem Kanadyjczykiem i skomentowałam że w Kanadzie wiosna bardzo się opóźnia bo nie topicie Marzanny. Spytał co to znaczy więc mu opowiedziałam tym moim łamanym angielskim że w Polsce jest pradawny zwyczaj topienia w rzece kukły uosabiającej zimę i zaraz zaczyna się wiosna. Jak skończyłam , nadeszła jego żona i on zielony na twarzy powiedział jej tak: ”czy ty wiesz że w społeczeństwie co roku na wiosnę oni rytualnie topią jednego człowieka????” Jej mina ( jego też):

 BEZ-CENN-NA !!!

– Witam seniorów na dorocznym spacerze walking dead ( zamiast nordic walking). Ale to nie za granicą, tylko na rodzimym gruncie błysnęłam angielskim.

Przypuszczam, że nie szli na cmentarz – przypisek  mój autorki bloga

Kiedyś w niemieckimi sklepie spożywczym szukałam buraków albo chociaż gotowca i mówię pod nosem „nie mają kurwa nawet barszczu”, a pani wykładająca towar: „no kurwa nie mają” śmiechom nie było końca.

– Nie ja, ale kiedyś czytałam i pamiętam do tej pory. Chłopak w UK zapomniał, jak nazywają się kurczaki (wiecie, udka chciał czy inne piersi). Wybrnął tak – złapał wytłoczkę jajek i zapytał ekspedientki: Where is mommy?

Mój znajomy też nie wiedział jak powiedzieć kurczak, a chciał kupić dwie sztuki pieczonego. Powiedział za to Cwaj sztyken kukuryken.

– w Omanie w markecie chciałam spytać, czy ten ser to z mleka krowiego, więc zamuczałam pytająco. Pani pokiwała głową i odmuczała. Spełniona została najważniejsza funkcja języka czyli komunikacja.

Ponad 20 lat temu wyjazd do Włoch z rodzicami Polonezem Atu. Coś zaczęło stukać, tata Włochom w warsztacie wytłumaczył „Fiato Polaco bum bum”. Naprawili.

Wtorek

Po masażu i obiedzie pojechałam na zajęcia rękodzielnicze na barkę gdzie mieści się ośrodek  „Odra-Centrum”, tuż przy Moście Grunwaldzkim.

Miały być robione ozdoby recyklingowe ale zeszło na lalki – motanki. Panie wykonały swoje bardzo eleganckie a ja bardzo prostą na zasadzie „com tam miał tom se ubrał”.

Ale najpierw jak zobaczyłam kolorowe sznurki to się nie mogłam oprzeć i zrobiłam naszyjnik „zamotkę”. W domu ją przerobiłam i jest też bransoletka.

Odra – Centrum to Ośrodek edukacyjno-kulturalny zbudowany przez Fundację OnWater.pl, w którym realizowane są projekty edukacyjne dotyczące szerzenia wiedzy na temat Odry, historii, ekologii, ochrony środowiska naturalnego rzek i akwenów. W Odra Centrum podejmowane są również projekty kulturalne i społeczne, mające na celu budowanie tożsamości odrzańskiej.

Lalka motanka to tradycyjny słowiański amulet i talizman tworzony ze skrawków materiałów, sznurków i wstążek bez użycia ostrych narzędzi. Nazwa pochodzi od ukraińskiego słowa „motaty” (motać). Wierzono, że lalki te chronią domostwo, przynoszą szczęście, zdrowie i pomagają w spełnianiu życzeń.

Po zajęciach zrobiłam dość długi spacer, nie tylko przez Most Grunwaldzki ale także przez Campus gdzie dużo nowych budynków postawiono. I do przystanku autobusowego blisko Ostrowa Tumskiego.

Czwartek – scrapbooking, leżing, eating, telewizing, reading, mahjoning, pasjanżing przy otwartym oknie, bo nie ma upału.

I na koniec roku szkolnego: (napiszcie, które streszczenie podoba się Wam najbardziej)

Lektury szkolne  jednym zdaniem przeze mnie opisane:

Lalka, czyli jak biznesmen stracił głowę ale nie majątek.

Przedwiośnie, czyli stłuczone szklane domy i złudzenia.

Dziady, czyli o co biega temu Mickiewiczu?

Pan Tadeusz, czyli mrówki, czarna polewka i dzięcielina pała.

Pan Tadeusz, czyli molestowanie, awantury i konkury.

Zemsta, czyli muru  głową nie przebijesz.

Chłopi, czyli jak molestować macochę.

Moralność pani Dulskiej, czyli frustracje pani domu.

Wesele, czyli miałeś chamie złoty róg.

Hamlet, czyli duch ojca, czaszka i Ofelio idź do klasztoru.

Zbrodnia i kara, czyli jak siekierą pozbyć się długu.

Skąpiec, czyli kasa to coś, co nas podnieca.

Skąpiec, czyli żądza pieniądza.

Makbet, czyli żona to zła kobieta była.

Granica, czyli skutki lekkich obyczajów.

Krzyżacy, czyli tortury, molestowanie i wygrana bitwa.

W pustyni i w puszczy, czyli zabłąkane dzieciaki i zwierzaki.

Antygona, czyli uparta siostra grzebie.

Iliada, czyli jak jedna baba zmanipulowała napalonych facetów.

Odyseja, czyli jak Odys uciekł od żony a ona tkała i pruła przez lata.

Trylogia, czyli kończ waść, wstydu oszczędź.

Ogniem i mieczem, czyli trzech rycerzy – Kmicic, Skrzetuski i Podbipięta a Zagłoba się gdzieś pałęta.

Potop, czyli jak wysadzić kolumbrynę i dać się przypiec.

Pan Wołodyjowski, czyli jak polec z honorem ale bez sensu.

Ania z Zielonego Wzgórza, czyli ruda egzaltacja i słowotok.

Dzieci z Bullerbyn, czyli wsi spokojna, wsi wesoła.

Balladyna, czyli zabójcza miłość siostrzana z malinami i walką o tron.

Syzyfowe prace, czyli ucz się dziecko ucz a garb ci sam wyrośnie.

Tajemniczy ogród, czyli  ogrodoterapia.

Stary człowiek i morze, czyli jak przegrać z rybą.

Przygody Tomka Sawyera, czyli chłopaki nie płaczą.

Quo vadis, czyli Rzym płonie, Neron śpiewa a Ursus ocala Ligię.

Noce i dnie, czyli brak posagu rodzi wiecznie niezadowolenie.

Nad Niemnem, czyli jak  dobrowolnie zostać wykorzystywaną chłopką.

Upalne miasto 197

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***********************************************************

poniedziałek

I rzeczywiście jest dziś upał – 26 stopni pana C.

Odwołano moje załatwianie sprawy urzędowej, bo nie mają tam prądu. Roboty uliczne ukradły?

Odbiór telewizji nadal niepełny – tzn. nie działa funkcja „przypomnienie”. Cwana sieć na mój wkurzony mail odpowiedziała, że ma 30 dni na reakcję. Ale płacić to muszę w terminie.

Zawiozłam torbę rzeczy do sklepu dobroczynnego, przeszłam przez park do sklepów. Z przykrością zauważyłam, że likwidują sklep papierniczo – zabawkarski. To już trzeci w najbliższej okolicy. Tak, codziennie kupowałam tony zabawek i papieru oraz innych artykułów.

Rozpoczęłam sezon na zjadanie bobu. Lubię tylko ten młody.

W ramach Dyskusyjnego Klubu książki czytamy Małgorzaty Czyńskiej „Zgiełk serca. Opowieść o Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej”. Autorka skupia się na życiu emocjonalnym poetki, często cytując jej wiersze. Dla mnie to dość monotonne i mało interesujące.

Ale będąc w sklepie dobroczynnym zajrzałam do ich lokalu w suterynie gdzie są m.in. książki i na regale przy kasie, wśród różności zauważyłam mini tomik 5,5 cm x 6,5 cm tej poetki pod tytułem „Dancing, Karnet balowy”, wydany przez Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe w 1983 roku, w serii „Bibliofilska edycja miniatur”. Kosztował wtedy 140 złotych. Ja kupiłam za siedem.

Zamieszczono notkę „Podstawą tej edycji był tomik wydany przez F. Hoesticka w roku 1927.

Chwila na werandzie

Wicher u okiennic zgrzyta

Drzewa są raz głośniejsze raz cichsze

A księżyc jest jak pierś srebrzysta

Z miłości

Na wichrze odkryta.

********************************************

Przedwiośnie

Dwa obłoki na pustem niebie

I my w oknie salonu sami

Chmury tulą się mocno do siebie

Cicho krzycząc błyskawicami

Wtorek

Przyjemny chłodek w gabinecie masażu.

Truskawki w najbliższym warzywniaku kosztują 21 złotych.

Kurier przyniósł sąsiadce kwiatek od syna z okazji Dnia Matki a jej nie ma ani nie odpowiada na telefon. Prezent stoi u mnie w przedpokoju a na drzwiach sąsiadki nakleiłam karteczkę z informacją.

Zadzwonił do mnie pracownik sieci dostarczającej TV, Internet i telefon i zapytał czy umiałabym sama naprawić sobie telewizyjną usterkę. Nawet nie zapytałam w jaki sposób, bo poprzednia rada nie zadziałała. Przyślą jutro fachowca, upewniłam się, że usługa będzie bezpłatna.

Ha, ha, ha. Otworzyłam pocztę mailową a tam aż dwa dotyczące płatnej usługi jaką, niby, zamówiłam. No, oszaleć można. To zadzwoniłam do nich, nie dogadałam się z wirtualną asystentką ale wreszcie mnie połączyła z człowiekiem i sprawę wyjaśniłam, że jednak usługa będzie bezpłatna, bo dostałam bonus. To po cholerę wysyłają maile i denerwują klienta. Takie mają ulubione rozrywki?

Piątek

W środę kolejna mała sprawa urzędowa załatwiona. Posiłek regeneracyjny także.

W czwartek przyjechał technik z sieci i zaczął mi, jak jakiej głupiej, pokazywać jak się ustawia funkcję „przypomnienie”. Uświadomiłam go, że to umiem ale nie działa. Orzekł, ze to wina dekodera i mogę iść do galerii gdzie jest stoisko tej sieci, aby wymienić ten sprzęt. A tu niespodziewanka, funkcja zaczęła działać. Sama z siebie czy moje interwencje zadziałały? Nie wiem.

Początek nowej sprawy. W dodatku z trudnym dojazdem z powodu dużego remontu ulicy z niebezpiecznymi dla pasażerów przystankami.

I zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską na których przeczytałam ten tekst zainspirowany doświadczeniami uczestników. Słowa uznawane za obelżywe są cytatem a nie moim sposobem na kontakty międzyludzkie.

W wiosenny pogodny dzień ludzie chętnie wychodzą z domu ale nie zawsze są w dobrym nastroju.

Seniorka wyrzuciła śmieci i mijając,  siedzącego na ławeczce zmęczonego życiem mężczyznę, usłyszała:

– Kierowniczko, pani da pięć złotych, głodny jestem.

– Nic nie dam, bo pewnie je przepijesz.

– Wredna stara baba, wredna stara rura – wyrzucił z siebie zawiedziony niedopity.

– A idź ty, pijaku do diabła – odesłała go seniorka i obsypała, wyciągniętym z kieszeni, pieprzem.

Na środku podwórka stała zjeżdżalnia i huśtawki.

Kulejąca dziewczynka podeszła do stojącej obok sprzętu młodej kobiety i powiedziała:

– Zobacz ciociu, zjechałam i w kolano się uderzyłam ale nie boli.

Kobieta pogłaskała małą po głowie, a do stojącego przy niej mężczyzny rzuciła:

– Jakbym chciała dziecko to bym ci, kurwa, powiedziała.

Niebo zagrzmiało.

KONIEC

Lubię gdy uda mi się wykonać zaplanowane zadania. Ale przecież nie może iść jak z płatka. Te róże muszą mieć kolce.

Są, w tym wypadku, remonty uliczne dzięki czemu trzeba zasuwać per pedes apostolorum zamiast wozić 4 litery z pozostałościami miejskim transportem.

Tak więc zasuwałam do apteki gdzie wczoraj zamówiłam płyn argol no i okazało się, że go nie dostarczono. Nie, to nie.

Przymusowo przeszłam przez pół sąsiedniego osiedla po drodze nabywając pieczywo, odwiedzając bankomat i zauważając nieopodal dwóch młodzieńców siedzących na kupkach piachu blisko niedużego wykopu. Bohaterowie są zmęczeni?

Lek nabyłam w innej aptece, wstąpiłam też do sklepu odzieżowego gdzie kontaktowa ekspedientka poskarżyła się, że ma coraz mniej klientek, bo większość kupuje przez Internet. W dodatku sama nabrała się na taką ofertę, bo sukienka, którą się zachwyciła i nabyła okazała się poliestrową wyblakłą szmatą.

No i jakby na zakończenie pięknego dnia zapukała do mnie młodziutka sąsiadka z parteru z pytaniem czy widziałam pod ich drzwiami paczkę. Tak, widziałam i wychodząc, i wracając. Nawet mignęło mi, aby przesyłkę zabrać i zostawić karteczkę, że jest u mnie. Szkoda, że nie posłuchałam intuicji, bo ktoś sobie paczkę przytulił. Mam nadzieję, że zawarte w niej kosmetyki mu/jej zaszkodzą.

Upalne miasto 196

Upalne miasto 196

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************

Środa 20.05. 26 r.

I rzeczywiście zrobiło się trochę upalnie.

O jakiegoś czasu fiksuje mi odbiór telewizji, nie włączają się przypomnienia a czasem pojawia pytanie czy jestem pełnoletnia bez możności potwierdzenia. Tak, wysłałam informację do sieci. Dwa razy. I w czwartek o nieboskiej godzinie rannej, czyli o 8, 40 zadzwoniono z biura obsługi sieci. Dowiedziałam się, po sprawdzeniu wielu moich danych (nie, o pin do karty nie pytali), że dekoder jest w porządku i mam go odłączyć od prądu na piętnaście minut a potem włączyć. Nie, nie konwersowaliśmy przez te minuty. Ja się myłam a pracownik pewnie odhaczał kolejną sprawę i popijał matchę.

Z Internetu:

Matcha to sproszkowana, wysokogatunkowa zielona herbata, pochodząca głównie z Japonii. Produkowana jest z liści herbaty Camellia sinensis, które są specjalnie uprawiane, zbierane oraz przetwarzane, by osiągnąć wyjątkowe właściwości.

Liście przeznaczone na matchę są zacieniane przez około 3-4 tygodnie przed zbiorami. Dzięki temu wzrasta produkcja chlorofilu oraz aminokwasów, szczególnie L-teaniny, co nadaje matchy jej unikalny smak i intensywny, zielony kolor. Po zbiorach liście są parzone, suszone, pozbawiane nerwów i mielone na drobny proszek – właśnie ten proszek finalnie znamy jako matchę.

Smak matchy jest wyjątkowy i nieco odmienny od klasycznej zielonej herbaty. Wyróżnia go kilka kluczowych cech:

  • Roślinna świeżość: intensywny, świeży smak przypominający młode liście, trawę czy nawet lekko morskie nuty.
  • Lekka goryczka: delikatna, ale wyczuwalna, balansująca słodycz, zwłaszcza w ceremonialnych odmianach matchy.
  • Naturalna słodycz (umami): matcha posiada subtelne, słodkawe nuty umami, wynikające z wysokiej zawartości L-teaniny.
  • Kremowa konsystencja: dobrze przygotowana matcha ma kremową, aksamitną teksturę, co znacząco wpływa na wrażenia smakowe.

Smak matchy może różnić się w zależności od jakości proszku:

  • Matcha ceremonialna: najwyższa jakość, intensywny kolor, smak słodkawy, bogaty, o minimalnej goryczce.
  • Matcha kulinarna: nieco bardziej gorzka, intensywniejsza, używana do gotowania i przyrządzania deserów.

Dzisiaj próbowałam załatwić dwie, ciągnące się od trzech lat, sprawy urzędowe ale udało się tylko połowicznie. Bo muszą nabrać mocy urzędowej za pomocą przejścia przez różne oddziały, komórki i ręce, aby wreszcie podjęto decyzję. Głowa mnie boli od tych ciągłych wyjaśnień: bo wie pani takie mamy procedury. Procedury się liczą a nie czas, energia i zdrowie klienta.

Na podtrzymanie nadwątlonej kondycji poszłam do baru „Witaminka” na lody i świeżo wyciskany sok grejpfrutowy. Po drodze kupiłam trochę truskawek i na deser po obiedzie w domu zrobiłam sobie koktajl jogurtowy.

Wczoraj w czasie zakupów nabyłam m.in. olej rzepakowy. A o roślinie z której robi się to płynne złoto autor profilu na fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też” pisze tak:

Rzepak (olej wszystko i śmiedź ludziom) wali jak siedzenie w PKSie i wygląda jakby stado słoni popuściło w pole. Widać to nawet z kosmosu. W Polsce (3 miejsce w UE) rzepak uprawia się na milionie hektarów. Kosmici to widzą, zawracają nad Radomiem i lecą do Stanów Zjednoczonych, które nie śmierdzą gnojem tylko są przez niego rządzone.

Uuu teraz to autor pojechał. Tak wpływa wdychanie rzepakowego sztynksu na szare komórki (samotnice). Robią się zażółcone jak gęśla jaźń. I jak sukienki tych biednych dziewcząt, które dają nura w rzepakowe chaszcze w celach instagramowych.

A rzepak to nawet nie jest uczciwa roślina tylko owoc międzygatunkowego romansu kapusty (Brassica oleracea) i rzepy (Brassica rapa). Badania rzepaczego genomu wykazały, że do roślinnego mezaliansu doszło w co najmniej czterech miejscach niezależnie od siebie.

Rzepak odziedziczył po mamie i mamie pełen zestaw chromosomów (20 po rzepie i 18 po kapuście). Czyli ma ich łącznie 38, badylarz zachłanny. Ale nie od razu można było je sobie wycisnąć na patelnię albo stłoczyć w paśmie reklamowym. Początkowo rzepak był rośliną przemysłową. Oleju używano do smarowania silników parowych bo jako jeden z niewielu dobrze trzyma się mokrego metalu. Palono nim również w lampach. U nas pojawił się w średniowieczu, ale Chińczycy smrodzili nim już 4000 lat temu.

Dzisiejsza popularność rzepaku to wina Hitlera. W 1940 roku odcięto dostawy rzepaku z Europy i Azji do Ameryki Północnej, więc za produkcję wzięli się Kanadyjczycy. Tak się wzięli, że są obecnie obok Chin i UE największą rzepakową potęgą. Potrzebowali oleju i smarów rzepakowych bo cała masa amerykańskich okrętów, szczególnie transportowych nadal zasuwała na parę. No, ale technologia idzie do przodu, a wojny się kiedyś kończą, mimo naszych najlepszych starań i człowiek zostaje z górą rzepaku polskiego pochodzenia.

Pierwsze ziarna tej tłustej zarazy zasiał w krainie niedźwiedzi klonowych emigrant z Polski, niejaki Fred Solovonuk. Przysłał mu je kumpel prosto z ojczyzny bo szkoda mu było dać bobu. Trzeba było kilkudziesięciu lat żeby w 1978 również Kanadyjczycy opracowali olej Canola, czyli Canadian Oil, Low Acid – pozbawiony tego co szkodziło nam w rzepaku przemysłowym. Chodzi o kwas erukowy i glukozynolany, które psują serca konsumentom natury niestatkowej.

Tak duża popularność rzepaku w Polsce to stosunkowo nowa sytuacja. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o biodiesla. To przepisy UE dotyczące obowiązkowych dodatków z roślin, zamiast po bożemu z przeterminowanych dinozaurów, odpowiadają za to, że nam zżołkła Polska.

Pszczoły liżą rzepak. I to efektywnie. Z jednego hektara można uzyskać 30-100 kilogramów miodu. Trzeba go tylko szybko podpierdzielić pszczołom, to znaczy odwirować bo inaczej się skrystalizuje. Miód rzepakowy zawiera znacznie więcej glukozy niż inne miody. Glukoza krystalizuje się szybciej niż fruktoza żeby dało się z niej robić kostki do herbaty.

Problem z rzepakiem i wszystkimi monokulturami jest taki, że kwitnie w ściśle określonym czasie, a jeść trzeba również kiedy go zabraknie. Zapylacze na obszarach zdominowanych przez rzepak mają jak ludzie, którym ktoś otworzy darmowego mcdonaldsa na 3 miesiące, a potem zamknie wszystkie sklepy w okolicy – przekichane.

No właśnie, a co z alergią na rzepak? Pstro. Badania wykazały, że tylko 0,2 % ludzi wykazuje reakcją alergiczną na pyłek rzepaku, który w dodatku jest w cholere ciężki i lepki bo musi czepiać się tych nieszczęsnych pszczółek. Żeby się nawdychać rzepakowego pyłku trzeba by stać 50 metrów od pola, czego nie polecam bo można dostać łatkę rzepiakary. Albo jeszcze gorzej – numer.

Jeżeli kogoś zatyka w pobliżu rzepaku to prawdopodobnie chodzi o jego zapach, który 1000 nosów wysłał w morze albo o reakcję krzyżową z pyłkami brzóz i trawy. No i jeszcze osoby pracujące przy rzepaku mogą dostać rzepakowej astmy, ale od wdychania pyłu z nasion i łuszczyn co już zasadniczo nie jest winą rzepaku. Natura jest wspaniała, a ludzie jeszcze gorsi.

Czwartek – piątek

Kolejna urzędowa sprawa, kolejne lody jako posiłek regeneracyjny. Ciąg dalszy jeszcze będzie następować. W ten sposób, od kilku lat, poznaję naszą urzędową rzeczywistość i jej koszta.

Awaria odbioru telewizji nie naprawiona. W dodatku mailowo i sms-owo wmawia mi się, że to zrobili. No, szczyt bezczelności i arogancji. Napisałam maila, że niczego nie naprawili i wypraszam sobie traktowanie mnie jak idiotki, która nie wie co widzi a czego nie. Płacę za to, aby odbiór był prawidłowy a nie za samozadowolenie pracowników dostawcy.

Spacer po Ogrodzie Botanicznym, dużo kwitnących krzewów i kwiatów. Sporo remontów i zmian mających tam nastąpić. Rechoczące żabki w małym stawie. Przekwitłe lub przekwitające tulipany. Dużo różnokolorowych azalii. Bratki, nawet piwonie.

Irysy ale toffi nie zauważyłam – już słyszę ten komentarz: a ta autorka to tylko o słodyczach.

Dwie fontanny i jeden mały wodospad.

Co najważniejsze mało spacerujących. Ogród nie jest duży ale dziwne, że wciąż natykałam się albo widziałam parę w której dziewczyna miała na sobie czarną sukienkę z szerokimi koronkowymi, niesymetrycznymi wstawkami, czarnym makijażem i włosami. Ledwo się powstrzymałam, aby nie zrobić jej zdjęcia.

Poszłam, na wzmocnienie wypić kawę i polizać lody. Usiadłam z dala od nielicznych konsumujących ale i tak usłyszałam rozmawiające seniorki. Jedna doniosła, że jej znajoma przywiozła miód z granatem z Czarnogóry. Powściągnęłam chęć zapytania jej czy wybuchł w czasie podróży, czy może już na miejscu.

A potem rozwinęła się im rozmowa o jedzeniu i tanim jego kupowaniu w marketach.

Lepszy taki temat niż polityka lub narzekanie.

Upalne miasto 195

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************

Środa  6 maja 26 r.

Inhalacje pomogły choć jeszcze skutki choroby są w postaci lekkiego kaszlu i mokrego wnosia.

Ja się pruję, a moja długa podomka z kory, wiele lat temu uszyta przez Ewę, współbohaterkę mojej książki, („Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”) rozdarła się na mym tyłku sadzanym za tapczanie. Zbyt często?

Cerowanie przetartego wokół rozdarcia materiału sens ma jak zawracanie Wisły kijem. Odry też.

Przypomniałam sobie, że mam woreczek uszyty z poprzedniej korowej podomki i mogę go rozpruć oraz zastosować jako łatę.

Dlaczego zadaję sobie tyle trudu? Bo lubię recykling i renowację. Bo lubię tę podomkę w preferowanych żółtych i pomarańczowych kolorach.

W sklepach są tylko krótkie, nie z kory i niebieskie. Taką też mam.

Czwartek

Kontrola medyczna telefoniczna. Nadal mam stosować inhalacje.

Zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską. W ramach ćwiczeń powstały na nich takie dwa ogłoszenia. Z pełną premedytacją tak napisane:

  1. Oddam kota w dobre ręce. Uprzedzam, że jest stary, złośliwy i sika gdzie popadnie. Uwolnijcie mnie od niego jak najszybciej, bo zabiję gada.
  2. Sprzedam garaż mieszczący się na podwórku otoczonym, z każdej strony, domami. Łatwo do niego wjechać i wyjechać, bo nie ma zamka w drzwiach.

Piątek

Punkt opłat ubezpieczenia, kolejna składka. Opowiadam o nękaniu mnie przez firmę, że nie zapłaciłam kolejnej składki choć to w terminie zrobiłam.

– A bo oni mają tak ustawiony automat – usłyszałam od pracownicy.

– To ja pani składkę od razu przeleję ze swojego konta – zadeklarował szef po pobraniu ode mnie terminalem określonej kwoty.

– A to pieniądze idą na pana konto? – upewniam się. Jeśli dziennie dziesięć osób tak panu przeleje to zgarnie pan niezłą sumkę – zażartowałam.

– Jest tyle urzędów sprawdzających co robię ze składkami, że mi się to nie opłaca – zwierzył się.

– No i klienci na pewno nie nosiliby panu paczek do więzienia – dobiłam go.

– Nawet rodzina by tego nie zrobiła – podsumował ze smutkiem.

Na cmentarzu z nikim nie rozmawiałam za to po drodze usłyszałam jak matka seniorka mówi do córki:

– Bo tylko my tu sprzątamy.

W prywatnej piekarni mimo piątku niewielka kolejka ale i oferta zmniejszona, bo wykupiona. Jagodzianka średniej jakości.

A w warzywniaku brązowe pieczarki, kiszona kapusta, cykoria i inne dobrocie.

Zachciało mi się łazanek, więc duszą się pieczarki z kapustą. Choć chłodno okno w pokoju szeroko otwarte a ja opatulona, bo kuchnia nie ma okna.

Czwartek

Ciąg dalszy przeszkód w załatwianiu spraw urzędowych. Czy to się nigdy nie skończy? Zmęczona jestem! I nie ma komu dać po pysku.

Na zajęciach literackich opisałam zdarzenie sprzed chyba trzydziestu lat:

Pochmurny i bardzo wietrzny dzień. Bardzo źle się czułam z powodu bycia kobietą. Idąc od bankomatu tak nieuważnie stanęłam, że upadłam na kolano. Z trudem się podniosłam, przysiadłam na chwilę, na kawałku wystającego muru. Potem poszłam, kuśtykając do tramwaju. Podjechałam do pracy, wysiadłam i po drodze spotkałam znajomą. Opowiedziałam jej co mi się przytrafiło, na co ona, że wstąpimy do apteki. Na szczęście była tuż, tuż.

Poprosiłam o maść na stłuczenia i płacąc zapytałam:

– A stosować ją mam przed czy po jedzeniu?

Aptekarka zawiesiła się z dziwną miną.

Znajoma na to:

– Niech pani się nie przejmuje, ona upadła.

Umieściłam to zdarzenie w swojej książce – tytuł powyżej.

Znajoma ta ostatnio sfochowała się strasznie.

Zasypała mnie narzekaniami:  że mąż tylko wgapia się w telewizor zamiast jej słuchać i adorować – oboje są już na emeryturze. Na jej pretensje stwierdziłam, że decydując się na wyjście za niego wiedziała, że tak będzie. W domyśle: bo uważa się za najmądrzejszą na świecie.

Dawno temu zmanipulowała go, bo miał mieszkanie i auto, nie był wygadany i bez doświadczenia z dziewczynami a rodzice ciągle mówili mu, żeby się ożenił, więc łatwo było. Facet jest naprawdę porządny i powinna go po rękach całować, że wygodnie żyje na jego koszt, niczym się nie przejmując i tracąc większość czasu na życie towarzyskie z prymitywnymi sąsiadkami, przechwalając się (choć naprawdę nie ma czym) i ostro plotkując.

Córka związała się z przemocowcem, aby uciec od wykorzystującej ją mamusi i po latach oraz traumatycznych przeżyciach od niego odeszła. Potem związała się z kolejnym toksykiem. Pewnie myślała, że będzie miała tak jak matka – wygodne życie na koszt męża.

Syn bardzo dobrze zarabia ale na kolejną prośbę o pieniądze powiedział, że matka traktuje go jak skarbonkę. Sama swoich rodziców nie wspomagała finansowo.

Stwierdziłam, że dzieci są takie jakie dostaną geny i wzorce.

A od lat  oczywiste jest dla niej, że wszyscy wokół to banda frajerów i idiotów, którzy istnieją tylko po to, aby się nią zajmować, przejmować a przede wszystkim dotować. Całe życie uważa się za pępek świata i dręczy wszystkich egocentrycznym słowotokiem – zabierając im w ten sposób czas i energię. A ostatni foch był na skutek tego, że gdy zadzwoniła powiedziałam: masz pięć minut. No, jak śmiałam!

Wcześniej pomogłam jej dostać się do dobrego lekarza ale tego nie doceniła.

Niektórzy radośnie, całe życie podcinają gałąź na której siedzą zniechęcając do siebie wszystkich wokół a potem się dziwią skutkom. Inteligencji emocjonalnej bozia nie dała.

Czytam Macieja Hena (to syn pisarza Józefa) „Segretario”. Jest  to dwanaście listów napisanych  między 24 marca a 12 listopada 1496 roku z  Krakowa do Heidelbergu przez  dziewczynę z Niemiec, która w przebraniu chłopca jest sekretarzem Filipa Kallimacha (humanista, poeta i dyplomata, wychowawca synów Kazimierza Jagiellończyka) oraz studiuje medycynę i inne nauki na Akademii Krakowskiej. Pisuje ona do przyjaciółki z dzieciństwa relacjonując nie tylko prywatne wydarzenia. A wtedy w Krakowie dzieje się bardzo wiele, w tym zaraza choroby zwanej krościcą, z objawów wynika, że to czarna ospa. Mieliśmy tę chorobę we Wrocławiu, nawet film o tym nakręcono. Byłam wtedy na wakacjach poza miastem i regionem. Ale cała Polska była przymusowo szczepiona. Po powrocie do domu w szkole sprawdzano zaświadczenie o szczepieniu.

Upalne miasto 194

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona

******************************************************

Poniedziałek 4 maja 2026 r.

Siła złego na jednego biednego.

W piątek i sobotę czułam się w miarę dobrze a w niedzielę kopytkowy się w….ł i dowalił pogorszeniem.

Na szczęście zadzwoniła kontrolnie koleżanka lekarka i poradziła co mam robić. Ale wściekła jestem, bo przez chorobę ucieka mi uczestniczenie w różnych fajnych zajęciach i wykonaniu paru planów. Twórczo w domu też nie za bardzo jestem w stanie działać, czacha mi dymi ale nie pomysłami a całe ciało mdłe ciągle.

Przed naszym budynkiem jest pas zieleni, wiosną kwitną fiołki, bez czarny a nawet biały, wrzosowy i  fioletowy. No i „złoty deszcz” tak uroczo opisany na FB przez autora profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też:

Forsycja to żółta spierdolina, dzięki której już wczesną wiosną możemy poczuć powiew jesieni. Wygląda, jakby ją całą pociągnęli farbą do malowania barierek, a nazywa się jak choroba weneryczna. Jest żółta jak ten zwyrol-chwalipięta z Ulicy Sezamkowej i intensywnością koloru obiecuje owadom nektarową ucztę.

Tymczasem kiedy tylko zapylacze zbliżą się do kwiatów najbardziej znanej odmiany (Forsythia × intermedia), okazuje się, że są puste, tak jak serce forsycji. Pszczółki i motylki przyleciały na darmo. Forsycja niemal zupełnie nie produkuje pyłku i nektaru.

Zapyla się bez pomocy owadów trzecich, to znaczy pomiędzy kolegami. Ma jednak mechanizm, który zapobiega samozapyleniu. Mianowicie w jednej populacji część roślin ma długie słupki i krótkie pręciki, a część odwrotnie. Zjawisko to nosi nazwę heterostylii i pisał o nim sam Darwin w przerwach od narzekania, że go przyroda w życie uwiera.

Ale spokojnie, nie myślcie, że forsycja wam się będzie na działce po kątach chędożyć. Większość forsycji ogrodowych to klony, więc i tak nie mogą się zapylić. Prawie cała europejska populacja forsycji to ogrodniczy ślepy zaułek.

Z jakiegoś powodu po świecie krąży plotka, że forsycja produkuje laktozę, cukier spotykany w mleku. Na szczęście to bzdura. Jeszcze tego by brakowało, żeby po niej motyle pierdziały.

Na forsycji poznał się już Martin Vahl – botanik, który w 1804 roku nadał jej nazwę. Uczcił w ten sposób Williama Forsytha, szkockiego ogrodnika na dworze króla Jerzego III. Forsyth był współzałożycielem Royal Horticultural Society – jednej z najważniejszych organizacji ogrodniczych świata i oszustem hobbystą.

Forsyth zbudował w 1774 roku jeden z pierwszych skalnych ogrodów w historii ogrodnictwa. Ściągnął ponad 40 ton skał spod Tower of London, łącznie z łupkiem i kredą z pobliskich dolin, a nawet kawałkami islandzkiej lawy. Następnie wszystkie te kamulce zwalił na kupę i czekał, aż mu na niej zakwitną bratki. Nie doczekał się, więc uznał, że jego przeznaczeniem jest zostać uzdrawiaczem roślin. Wiecie, ręce, które leczo i inne węgierskie potrawy.

Pod koniec życia ogłosił, że wynalazł „plaister” – maść na rany drzew. Maść składała się z krowiego łajna, wapna, popiołu drzewnego i piasku. Bo bez krowiego łajna to gówno, nie lekarstwo.

Forsyth twierdził, że przy pomocy tego ekskrementalnego betonu uleczy nawet dęby z wydrążonymi pniami. Dostał za to 1500 funtów od brytyjskiego parlamentu, który pilnie potrzebował zdrowych drzew na okręty przeciw Napoleonowi.

Grupa prominentnych ogrodników i botaników powiedziała jednak „sprawdzam” i przetestowała wynalazek Forsytha. Co za niespodzianka, okazało się, że maść jest gówno warta. Forsyth został zdemaskowany, ale nie spotkały go z tego powodu żadne nieprzyjemności, bo miał farta i zaraz potem umarł.

I na jego część nazwano forsycję. Nic dziwnego, że franca wypuszcza kwiaty przed liśćmi, oszukuje wygłodniałe po zimie owady i wygląda, jakby ktoś poszczuł na krajobraz wściekłe przedszkolaki z żółtymi kredkami. Jedyną jej jasną stroną jest to, że ogrodowa odmiana nie potrafi się sama zapylić.

No dobra, forsycja nie karmi co prawda pszczół, ale człowiek z cierpliwymi ustami (bo cholera ma malutkie płatki) mógłby się nią najeść. Tylko pamiętajcie żeby jeść kwiatki bo liście mogą być toksyczne. Tymczasem według chińskiej medycyny ludowej kwiaty forsycji oddziałują na meridiany serca, płuc i jelita cienkiego. Grubego nie, bo się człowiek przy wpychaniu urobi po łokcie.

Niestety forsycja to potwór w żółtej skórze – jest stoloniferyczna (o dziwo nie ma to nic wspólnego ze stolcem). Chodzi o to, że kiedy końcówka gałęzi dotyka ziemi, zakorzenia się i daje początek nowemu krzewowi. Zostawiona bez opieki forsycja rozpełza się po okolicy jak obca forma życia albo sprzedawcy e-papierosów..

W dodatku rośnie 60 cm rocznie i nie daje pod sobą przestrzeni żadnej innej florze. Jej korzeń wygląda jak pal, który trzeba wydobyć w całości. Jeżeli zostanie choćby kawałek, to forsycja wróci jak próchnica i moda na dzwony.

Żeby pozbyć się forsycji, trzeba kilku sesji z herbicydami, kopania rowu o głębokości 30–40 centymetrów wokół krzewu, a nierzadko ciągnika z łańcuchem.

**************************************

Czy powinnam zastosować ten przepis kiedyś przeze mnie wymyślony?

Groteskowy, fantastyczny, futurystyczny  przepis kulinarny 

Glony w patisony

Zamów telepatycznie składniki

Abyś miał smaczne wyniki.

Glony różnorodne i patisony nadobne.

Mleko z gwiazdy zarannej

I olej z zorzy porannej.

Wymieszaj wszystko starannie

W malutkiej kamiennej wannie.

Dodaj pyłków kwiatowych sporo

żeby potrawa miała piękny kolor.

Wlej do foremki z tytanu

i polej ją  łyżką tranu.

Wsadź do kuchennej kapsuły

i wyślij, aby się nie popsuły.

Czekając umyj zęby nie omijając gęby.

Gdy usłyszysz śpiew delfina

to znak, że potrawa przybywa

i uchyla się naczynia pokrywa,

zapach unosi się nieziemski

nie ma więc oznak klęski.

Spożywaj powoli mlaszcząc

I dłońmi swemi klaszcząc.