Upalne miasto 196

Upalne miasto 196

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************

Środa 20.05. 26 r.

I rzeczywiście zrobiło się trochę upalnie.

O jakiegoś czasu fiksuje mi odbiór telewizji, nie włączają się przypomnienia a czasem pojawia pytanie czy jestem pełnoletnia bez możności potwierdzenia. Tak, wysłałam informację do sieci. Dwa razy. I w czwartek o nieboskiej godzinie rannej, czyli o 8, 40 zadzwoniono z biura obsługi sieci. Dowiedziałam się, po sprawdzeniu wielu moich danych (nie, o pin do karty nie pytali), że dekoder jest w porządku i mam go odłączyć od prądu na piętnaście minut a potem włączyć. Nie, nie konwersowaliśmy przez te minuty. Ja się myłam a pracownik pewnie odhaczał kolejną sprawę i popijał matchę.

Z Internetu:

Matcha to sproszkowana, wysokogatunkowa zielona herbata, pochodząca głównie z Japonii. Produkowana jest z liści herbaty Camellia sinensis, które są specjalnie uprawiane, zbierane oraz przetwarzane, by osiągnąć wyjątkowe właściwości.

Liście przeznaczone na matchę są zacieniane przez około 3-4 tygodnie przed zbiorami. Dzięki temu wzrasta produkcja chlorofilu oraz aminokwasów, szczególnie L-teaniny, co nadaje matchy jej unikalny smak i intensywny, zielony kolor. Po zbiorach liście są parzone, suszone, pozbawiane nerwów i mielone na drobny proszek – właśnie ten proszek finalnie znamy jako matchę.

Smak matchy jest wyjątkowy i nieco odmienny od klasycznej zielonej herbaty. Wyróżnia go kilka kluczowych cech:

  • Roślinna świeżość: intensywny, świeży smak przypominający młode liście, trawę czy nawet lekko morskie nuty.
  • Lekka goryczka: delikatna, ale wyczuwalna, balansująca słodycz, zwłaszcza w ceremonialnych odmianach matchy.
  • Naturalna słodycz (umami): matcha posiada subtelne, słodkawe nuty umami, wynikające z wysokiej zawartości L-teaniny.
  • Kremowa konsystencja: dobrze przygotowana matcha ma kremową, aksamitną teksturę, co znacząco wpływa na wrażenia smakowe.

Smak matchy może różnić się w zależności od jakości proszku:

  • Matcha ceremonialna: najwyższa jakość, intensywny kolor, smak słodkawy, bogaty, o minimalnej goryczce.
  • Matcha kulinarna: nieco bardziej gorzka, intensywniejsza, używana do gotowania i przyrządzania deserów.

Dzisiaj próbowałam załatwić dwie, ciągnące się od trzech lat, sprawy urzędowe ale udało się tylko połowicznie. Bo muszą nabrać mocy urzędowej za pomocą przejścia przez różne oddziały, komórki i ręce, aby wreszcie podjęto decyzję. Głowa mnie boli od tych ciągłych wyjaśnień: bo wie pani takie mamy procedury. Procedury się liczą a nie czas, energia i zdrowie klienta.

Na podtrzymanie nadwątlonej kondycji poszłam do baru „Witaminka” na lody i świeżo wyciskany sok grejpfrutowy. Po drodze kupiłam trochę truskawek i na deser po obiedzie w domu zrobiłam sobie koktajl jogurtowy.

Wczoraj w czasie zakupów nabyłam m.in. olej rzepakowy. A o roślinie z której robi się to płynne złoto autor profilu na fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też” pisze tak:

Rzepak (olej wszystko i śmiedź ludziom) wali jak siedzenie w PKSie i wygląda jakby stado słoni popuściło w pole. Widać to nawet z kosmosu. W Polsce (3 miejsce w UE) rzepak uprawia się na milionie hektarów. Kosmici to widzą, zawracają nad Radomiem i lecą do Stanów Zjednoczonych, które nie śmierdzą gnojem tylko są przez niego rządzone.

Uuu teraz to autor pojechał. Tak wpływa wdychanie rzepakowego sztynksu na szare komórki (samotnice). Robią się zażółcone jak gęśla jaźń. I jak sukienki tych biednych dziewcząt, które dają nura w rzepakowe chaszcze w celach instagramowych.

A rzepak to nawet nie jest uczciwa roślina tylko owoc międzygatunkowego romansu kapusty (Brassica oleracea) i rzepy (Brassica rapa). Badania rzepaczego genomu wykazały, że do roślinnego mezaliansu doszło w co najmniej czterech miejscach niezależnie od siebie.

Rzepak odziedziczył po mamie i mamie pełen zestaw chromosomów (20 po rzepie i 18 po kapuście). Czyli ma ich łącznie 38, badylarz zachłanny. Ale nie od razu można było je sobie wycisnąć na patelnię albo stłoczyć w paśmie reklamowym. Początkowo rzepak był rośliną przemysłową. Oleju używano do smarowania silników parowych bo jako jeden z niewielu dobrze trzyma się mokrego metalu. Palono nim również w lampach. U nas pojawił się w średniowieczu, ale Chińczycy smrodzili nim już 4000 lat temu.

Dzisiejsza popularność rzepaku to wina Hitlera. W 1940 roku odcięto dostawy rzepaku z Europy i Azji do Ameryki Północnej, więc za produkcję wzięli się Kanadyjczycy. Tak się wzięli, że są obecnie obok Chin i UE największą rzepakową potęgą. Potrzebowali oleju i smarów rzepakowych bo cała masa amerykańskich okrętów, szczególnie transportowych nadal zasuwała na parę. No, ale technologia idzie do przodu, a wojny się kiedyś kończą, mimo naszych najlepszych starań i człowiek zostaje z górą rzepaku polskiego pochodzenia.

Pierwsze ziarna tej tłustej zarazy zasiał w krainie niedźwiedzi klonowych emigrant z Polski, niejaki Fred Solovonuk. Przysłał mu je kumpel prosto z ojczyzny bo szkoda mu było dać bobu. Trzeba było kilkudziesięciu lat żeby w 1978 również Kanadyjczycy opracowali olej Canola, czyli Canadian Oil, Low Acid – pozbawiony tego co szkodziło nam w rzepaku przemysłowym. Chodzi o kwas erukowy i glukozynolany, które psują serca konsumentom natury niestatkowej.

Tak duża popularność rzepaku w Polsce to stosunkowo nowa sytuacja. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o biodiesla. To przepisy UE dotyczące obowiązkowych dodatków z roślin, zamiast po bożemu z przeterminowanych dinozaurów, odpowiadają za to, że nam zżołkła Polska.

Pszczoły liżą rzepak. I to efektywnie. Z jednego hektara można uzyskać 30-100 kilogramów miodu. Trzeba go tylko szybko podpierdzielić pszczołom, to znaczy odwirować bo inaczej się skrystalizuje. Miód rzepakowy zawiera znacznie więcej glukozy niż inne miody. Glukoza krystalizuje się szybciej niż fruktoza żeby dało się z niej robić kostki do herbaty.

Problem z rzepakiem i wszystkimi monokulturami jest taki, że kwitnie w ściśle określonym czasie, a jeść trzeba również kiedy go zabraknie. Zapylacze na obszarach zdominowanych przez rzepak mają jak ludzie, którym ktoś otworzy darmowego mcdonaldsa na 3 miesiące, a potem zamknie wszystkie sklepy w okolicy – przekichane.

No właśnie, a co z alergią na rzepak? Pstro. Badania wykazały, że tylko 0,2 % ludzi wykazuje reakcją alergiczną na pyłek rzepaku, który w dodatku jest w cholere ciężki i lepki bo musi czepiać się tych nieszczęsnych pszczółek. Żeby się nawdychać rzepakowego pyłku trzeba by stać 50 metrów od pola, czego nie polecam bo można dostać łatkę rzepiakary. Albo jeszcze gorzej – numer.

Jeżeli kogoś zatyka w pobliżu rzepaku to prawdopodobnie chodzi o jego zapach, który 1000 nosów wysłał w morze albo o reakcję krzyżową z pyłkami brzóz i trawy. No i jeszcze osoby pracujące przy rzepaku mogą dostać rzepakowej astmy, ale od wdychania pyłu z nasion i łuszczyn co już zasadniczo nie jest winą rzepaku. Natura jest wspaniała, a ludzie jeszcze gorsi.

Czwartek – piątek

Kolejna urzędowa sprawa, kolejne lody jako posiłek regeneracyjny. Ciąg dalszy jeszcze będzie następować. W ten sposób, od kilku lat, poznaję naszą urzędową rzeczywistość i jej koszta.

Awaria odbioru telewizji nie naprawiona. W dodatku mailowo i sms-owo wmawia mi się, że to zrobili. No, szczyt bezczelności i arogancji. Napisałam maila, że niczego nie naprawili i wypraszam sobie traktowanie mnie jak idiotki, która nie wie co widzi a czego nie. Płacę za to, aby odbiór był prawidłowy a nie za samozadowolenie pracowników dostawcy.

Spacer po Ogrodzie Botanicznym, dużo kwitnących krzewów i kwiatów. Sporo remontów i zmian mających tam nastąpić. Rechoczące żabki w małym stawie. Przekwitłe lub przekwitające tulipany. Dużo różnokolorowych azalii. Bratki, nawet piwonie.

Irysy ale toffi nie zauważyłam – już słyszę ten komentarz: a ta autorka to tylko o słodyczach.

Dwie fontanny i jeden mały wodospad.

Co najważniejsze mało spacerujących. Ogród nie jest duży ale dziwne, że wciąż natykałam się albo widziałam parę w której dziewczyna miała na sobie czarną sukienkę z szerokimi koronkowymi, niesymetrycznymi wstawkami, czarnym makijażem i włosami. Ledwo się powstrzymałam, aby nie zrobić jej zdjęcia.

Poszłam, na wzmocnienie wypić kawę i polizać lody. Usiadłam z dala od nielicznych konsumujących ale i tak usłyszałam rozmawiające seniorki. Jedna doniosła, że jej znajoma przywiozła miód z granatem z Czarnogóry. Powściągnęłam chęć zapytania jej czy wybuchł w czasie podróży, czy może już na miejscu.

A potem rozwinęła się im rozmowa o jedzeniu i tanim jego kupowaniu w marketach.

Lepszy taki temat niż polityka lub narzekanie.

Upalne miasto 195

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************

Środa  6 maja 26 r.

Inhalacje pomogły choć jeszcze skutki choroby są w postaci lekkiego kaszlu i mokrego wnosia.

Ja się pruję, a moja długa podomka z kory, wiele lat temu uszyta przez Ewę, współbohaterkę mojej książki, („Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”) rozdarła się na mym tyłku sadzanym za tapczanie. Zbyt często?

Cerowanie przetartego wokół rozdarcia materiału sens ma jak zawracanie Wisły kijem. Odry też.

Przypomniałam sobie, że mam woreczek uszyty z poprzedniej korowej podomki i mogę go rozpruć oraz zastosować jako łatę.

Dlaczego zadaję sobie tyle trudu? Bo lubię recykling i renowację. Bo lubię tę podomkę w preferowanych żółtych i pomarańczowych kolorach.

W sklepach są tylko krótkie, nie z kory i niebieskie. Taką też mam.

Czwartek

Kontrola medyczna telefoniczna. Nadal mam stosować inhalacje.

Zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską. W ramach ćwiczeń powstały na nich takie dwa ogłoszenia. Z pełną premedytacją tak napisane:

  1. Oddam kota w dobre ręce. Uprzedzam, że jest stary, złośliwy i sika gdzie popadnie. Uwolnijcie mnie od niego jak najszybciej, bo zabiję gada.
  2. Sprzedam garaż mieszczący się na podwórku otoczonym, z każdej strony, domami. Łatwo do niego wjechać i wyjechać, bo nie ma zamka w drzwiach.

Piątek

Punkt opłat ubezpieczenia, kolejna składka. Opowiadam o nękaniu mnie przez firmę, że nie zapłaciłam kolejnej składki choć to w terminie zrobiłam.

– A bo oni mają tak ustawiony automat – usłyszałam od pracownicy.

– To ja pani składkę od razu przeleję ze swojego konta – zadeklarował szef po pobraniu ode mnie terminalem określonej kwoty.

– A to pieniądze idą na pana konto? – upewniam się. Jeśli dziennie dziesięć osób tak panu przeleje to zgarnie pan niezłą sumkę – zażartowałam.

– Jest tyle urzędów sprawdzających co robię ze składkami, że mi się to nie opłaca – zwierzył się.

– No i klienci na pewno nie nosiliby panu paczek do więzienia – dobiłam go.

– Nawet rodzina by tego nie zrobiła – podsumował ze smutkiem.

Na cmentarzu z nikim nie rozmawiałam za to po drodze usłyszałam jak matka seniorka mówi do córki:

– Bo tylko my tu sprzątamy.

W prywatnej piekarni mimo piątku niewielka kolejka ale i oferta zmniejszona, bo wykupiona. Jagodzianka średniej jakości.

A w warzywniaku brązowe pieczarki, kiszona kapusta, cykoria i inne dobrocie.

Zachciało mi się łazanek, więc duszą się pieczarki z kapustą. Choć chłodno okno w pokoju szeroko otwarte a ja opatulona, bo kuchnia nie ma okna.

Czwartek

Ciąg dalszy przeszkód w załatwianiu spraw urzędowych. Czy to się nigdy nie skończy? Zmęczona jestem! I nie ma komu dać po pysku.

Na zajęciach literackich opisałam zdarzenie sprzed chyba trzydziestu lat:

Pochmurny i bardzo wietrzny dzień. Bardzo źle się czułam z powodu bycia kobietą. Idąc od bankomatu tak nieuważnie stanęłam, że upadłam na kolano. Z trudem się podniosłam, przysiadłam na chwilę, na kawałku wystającego muru. Potem poszłam, kuśtykając do tramwaju. Podjechałam do pracy, wysiadłam i po drodze spotkałam znajomą. Opowiedziałam jej co mi się przytrafiło, na co ona, że wstąpimy do apteki. Na szczęście była tuż, tuż.

Poprosiłam o maść na stłuczenia i płacąc zapytałam:

– A stosować ją mam przed czy po jedzeniu?

Aptekarka zawiesiła się z dziwną miną.

Znajoma na to:

– Niech pani się nie przejmuje, ona upadła.

Umieściłam to zdarzenie w swojej książce – tytuł powyżej.

Znajoma ta ostatnio sfochowała się strasznie.

Zasypała mnie narzekaniami:  że mąż tylko wgapia się w telewizor zamiast jej słuchać i adorować – oboje są już na emeryturze. Na jej pretensje stwierdziłam, że decydując się na wyjście za niego wiedziała, że tak będzie. W domyśle: bo uważa się za najmądrzejszą na świecie.

Dawno temu zmanipulowała go, bo miał mieszkanie i auto, nie był wygadany i bez doświadczenia z dziewczynami a rodzice ciągle mówili mu, żeby się ożenił, więc łatwo było. Facet jest naprawdę porządny i powinna go po rękach całować, że wygodnie żyje na jego koszt, niczym się nie przejmując i tracąc większość czasu na życie towarzyskie z prymitywnymi sąsiadkami, przechwalając się (choć naprawdę nie ma czym) i ostro plotkując.

Córka związała się z przemocowcem, aby uciec od wykorzystującej ją mamusi i po latach oraz traumatycznych przeżyciach od niego odeszła. Potem związała się z kolejnym toksykiem. Pewnie myślała, że będzie miała tak jak matka – wygodne życie na koszt męża.

Syn bardzo dobrze zarabia ale na kolejną prośbę o pieniądze powiedział, że matka traktuje go jak skarbonkę. Sama swoich rodziców nie wspomagała finansowo.

Stwierdziłam, że dzieci są takie jakie dostaną geny i wzorce.

A od lat  oczywiste jest dla niej, że wszyscy wokół to banda frajerów i idiotów, którzy istnieją tylko po to, aby się nią zajmować, przejmować a przede wszystkim dotować. Całe życie uważa się za pępek świata i dręczy wszystkich egocentrycznym słowotokiem – zabierając im w ten sposób czas i energię. A ostatni foch był na skutek tego, że gdy zadzwoniła powiedziałam: masz pięć minut. No, jak śmiałam!

Wcześniej pomogłam jej dostać się do dobrego lekarza ale tego nie doceniła.

Niektórzy radośnie, całe życie podcinają gałąź na której siedzą zniechęcając do siebie wszystkich wokół a potem się dziwią skutkom. Inteligencji emocjonalnej bozia nie dała.

Czytam Macieja Hena (to syn pisarza Józefa) „Segretario”. Jest  to dwanaście listów napisanych  między 24 marca a 12 listopada 1496 roku z  Krakowa do Heidelbergu przez  dziewczynę z Niemiec, która w przebraniu chłopca jest sekretarzem Filipa Kallimacha (humanista, poeta i dyplomata, wychowawca synów Kazimierza Jagiellończyka) oraz studiuje medycynę i inne nauki na Akademii Krakowskiej. Pisuje ona do przyjaciółki z dzieciństwa relacjonując nie tylko prywatne wydarzenia. A wtedy w Krakowie dzieje się bardzo wiele, w tym zaraza choroby zwanej krościcą, z objawów wynika, że to czarna ospa. Mieliśmy tę chorobę we Wrocławiu, nawet film o tym nakręcono. Byłam wtedy na wakacjach poza miastem i regionem. Ale cała Polska była przymusowo szczepiona. Po powrocie do domu w szkole sprawdzano zaświadczenie o szczepieniu.

Upalne miasto 194

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona

******************************************************

Poniedziałek 4 maja 2026 r.

Siła złego na jednego biednego.

W piątek i sobotę czułam się w miarę dobrze a w niedzielę kopytkowy się w….ł i dowalił pogorszeniem.

Na szczęście zadzwoniła kontrolnie koleżanka lekarka i poradziła co mam robić. Ale wściekła jestem, bo przez chorobę ucieka mi uczestniczenie w różnych fajnych zajęciach i wykonaniu paru planów. Twórczo w domu też nie za bardzo jestem w stanie działać, czacha mi dymi ale nie pomysłami a całe ciało mdłe ciągle.

Przed naszym budynkiem jest pas zieleni, wiosną kwitną fiołki, bez czarny a nawet biały, wrzosowy i  fioletowy. No i „złoty deszcz” tak uroczo opisany na FB przez autora profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też:

Forsycja to żółta spierdolina, dzięki której już wczesną wiosną możemy poczuć powiew jesieni. Wygląda, jakby ją całą pociągnęli farbą do malowania barierek, a nazywa się jak choroba weneryczna. Jest żółta jak ten zwyrol-chwalipięta z Ulicy Sezamkowej i intensywnością koloru obiecuje owadom nektarową ucztę.

Tymczasem kiedy tylko zapylacze zbliżą się do kwiatów najbardziej znanej odmiany (Forsythia × intermedia), okazuje się, że są puste, tak jak serce forsycji. Pszczółki i motylki przyleciały na darmo. Forsycja niemal zupełnie nie produkuje pyłku i nektaru.

Zapyla się bez pomocy owadów trzecich, to znaczy pomiędzy kolegami. Ma jednak mechanizm, który zapobiega samozapyleniu. Mianowicie w jednej populacji część roślin ma długie słupki i krótkie pręciki, a część odwrotnie. Zjawisko to nosi nazwę heterostylii i pisał o nim sam Darwin w przerwach od narzekania, że go przyroda w życie uwiera.

Ale spokojnie, nie myślcie, że forsycja wam się będzie na działce po kątach chędożyć. Większość forsycji ogrodowych to klony, więc i tak nie mogą się zapylić. Prawie cała europejska populacja forsycji to ogrodniczy ślepy zaułek.

Z jakiegoś powodu po świecie krąży plotka, że forsycja produkuje laktozę, cukier spotykany w mleku. Na szczęście to bzdura. Jeszcze tego by brakowało, żeby po niej motyle pierdziały.

Na forsycji poznał się już Martin Vahl – botanik, który w 1804 roku nadał jej nazwę. Uczcił w ten sposób Williama Forsytha, szkockiego ogrodnika na dworze króla Jerzego III. Forsyth był współzałożycielem Royal Horticultural Society – jednej z najważniejszych organizacji ogrodniczych świata i oszustem hobbystą.

Forsyth zbudował w 1774 roku jeden z pierwszych skalnych ogrodów w historii ogrodnictwa. Ściągnął ponad 40 ton skał spod Tower of London, łącznie z łupkiem i kredą z pobliskich dolin, a nawet kawałkami islandzkiej lawy. Następnie wszystkie te kamulce zwalił na kupę i czekał, aż mu na niej zakwitną bratki. Nie doczekał się, więc uznał, że jego przeznaczeniem jest zostać uzdrawiaczem roślin. Wiecie, ręce, które leczo i inne węgierskie potrawy.

Pod koniec życia ogłosił, że wynalazł „plaister” – maść na rany drzew. Maść składała się z krowiego łajna, wapna, popiołu drzewnego i piasku. Bo bez krowiego łajna to gówno, nie lekarstwo.

Forsyth twierdził, że przy pomocy tego ekskrementalnego betonu uleczy nawet dęby z wydrążonymi pniami. Dostał za to 1500 funtów od brytyjskiego parlamentu, który pilnie potrzebował zdrowych drzew na okręty przeciw Napoleonowi.

Grupa prominentnych ogrodników i botaników powiedziała jednak „sprawdzam” i przetestowała wynalazek Forsytha. Co za niespodzianka, okazało się, że maść jest gówno warta. Forsyth został zdemaskowany, ale nie spotkały go z tego powodu żadne nieprzyjemności, bo miał farta i zaraz potem umarł.

I na jego część nazwano forsycję. Nic dziwnego, że franca wypuszcza kwiaty przed liśćmi, oszukuje wygłodniałe po zimie owady i wygląda, jakby ktoś poszczuł na krajobraz wściekłe przedszkolaki z żółtymi kredkami. Jedyną jej jasną stroną jest to, że ogrodowa odmiana nie potrafi się sama zapylić.

No dobra, forsycja nie karmi co prawda pszczół, ale człowiek z cierpliwymi ustami (bo cholera ma malutkie płatki) mógłby się nią najeść. Tylko pamiętajcie żeby jeść kwiatki bo liście mogą być toksyczne. Tymczasem według chińskiej medycyny ludowej kwiaty forsycji oddziałują na meridiany serca, płuc i jelita cienkiego. Grubego nie, bo się człowiek przy wpychaniu urobi po łokcie.

Niestety forsycja to potwór w żółtej skórze – jest stoloniferyczna (o dziwo nie ma to nic wspólnego ze stolcem). Chodzi o to, że kiedy końcówka gałęzi dotyka ziemi, zakorzenia się i daje początek nowemu krzewowi. Zostawiona bez opieki forsycja rozpełza się po okolicy jak obca forma życia albo sprzedawcy e-papierosów..

W dodatku rośnie 60 cm rocznie i nie daje pod sobą przestrzeni żadnej innej florze. Jej korzeń wygląda jak pal, który trzeba wydobyć w całości. Jeżeli zostanie choćby kawałek, to forsycja wróci jak próchnica i moda na dzwony.

Żeby pozbyć się forsycji, trzeba kilku sesji z herbicydami, kopania rowu o głębokości 30–40 centymetrów wokół krzewu, a nierzadko ciągnika z łańcuchem.

**************************************

Czy powinnam zastosować ten przepis kiedyś przeze mnie wymyślony?

Groteskowy, fantastyczny, futurystyczny  przepis kulinarny 

Glony w patisony

Zamów telepatycznie składniki

Abyś miał smaczne wyniki.

Glony różnorodne i patisony nadobne.

Mleko z gwiazdy zarannej

I olej z zorzy porannej.

Wymieszaj wszystko starannie

W malutkiej kamiennej wannie.

Dodaj pyłków kwiatowych sporo

żeby potrawa miała piękny kolor.

Wlej do foremki z tytanu

i polej ją  łyżką tranu.

Wsadź do kuchennej kapsuły

i wyślij, aby się nie popsuły.

Czekając umyj zęby nie omijając gęby.

Gdy usłyszysz śpiew delfina

to znak, że potrawa przybywa

i uchyla się naczynia pokrywa,

zapach unosi się nieziemski

nie ma więc oznak klęski.

Spożywaj powoli mlaszcząc

I dłońmi swemi klaszcząc.

Upalne miasto 193

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona

********************************************************

Środa 22 kwietna 26

Czytam książkę „Reporterka” o Hannie Krall. Zapytano co Ją inspiruje. Odpowiedziała, że między innymi malarstwo. Oprócz ludzi, oczywiście.

A, że nie pisze Ona o błahych sprawach przypomniała mi się scena:

W trakcie wielogodzinnego przesłuchiwania mnie funkcjonariusze PRL-owskiej Służby Bezpieczeństwa zrobili przerwę.

Zmęczona długim siedzeniem na krześle i odpowiadaniem na kretyńskie pytania wstałam i podeszłam do okna (chyba na drugim piętrze) wychodzącego na ulicę Podwale.  Widziałam część ulicy Świdnickiej,  budynek hotelu Monopol, za nim Operę a po drugiej stronie kościół p.w. św. Ducha.

Pomyślałam wtedy: kiedy znowu przejdę się tą trasą? (okazało się, że dopiero po trzech miesiącach).

Teraz czytając „Reporterkę” przyszło mi na myśl, że była to scena podobna do obrazów Edwarda Hoppera.

Szary pokój przesłuchań, trzy biurka, na jednym maszyna do pisania. Kilka krzeseł, pilnujący mnie  Sb-ek i ja przy oknie tyłem do pokoju. Szarość, samotność i obcość. Bo czy może być większa niż między przedstawicielem władzy stanu wojennego a działaczką „Solidarności”?.  Gdybym umiała malować jak Hopper…

I nie, nie chodzi mi o to, aby Hanna Krall napisała o mnie reportaż. Tak tylko skojarzyło mi się z Jej inspiracją malarstwem.

Czwartek 23 kwietnia

Dzisiaj jest Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich a ja, z powodu choroby, nie mogę być na zajęciach literackich.

A żeby cię pokręciło na stałe ty wredny diable stróżu mój!!!

I dodatkowo już drugi raz spowodował, że nie dotarła do mnie przesyłka z Niemiec (kartyATC i przydasie), znowu wraca ona do nadawczyni. Za pierwszym DPD mi jej nie dostarczyło, a teraz Hermes.

Obie z nadawczynią nie rozumiemy o co chodzi więc ja mam tylko powyższe wytłumaczenie.

Na facebooku śledziłam profil posła Łukasza Litewki i jego energiczne działania na rzecz ludzi oraz zwierząt. Miał 36 lat i zginął dzisiaj śmiertelnie potrącony przez samochód gdy jechał rowerem. Wielka strata. Nieodżałowana.

Piątek

Uznałam, że pójdę na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Jednak za wcześnie  chojrakowałam więc tylko zaniosłam przeczytaną i wzięłam następną.

Po drodze nabyłam składniki na rosół, bo podobno bardzo prozdrowotny jest. Raczej nie zaszkodzi.

Sobota

Nadal homo ledwo sapiens jestem. Dobrze, że pralka sama pierze. Szkoda, że nie ma dodatkowej funkcji w postaci zaniesienia i rozwieszenia mokrych rzeczy na strychu.

Czwartek

W ubiegłym tygodniu, z powodu choroby, nie poszłam na masaż. Tym razem zapytałam czy czuć, że opuściłam jeden zabieg.

Masażysta powiedział, że nic nie czuje.

Na co ja:

– No, tak – bo się umyłam.

A  pytając miałam na myśli swoje ciało a nie zapach.

Takie czasem mamy rozmówki od czapy.

Zakończyłam branie antybiotyku ale nadal trochę pokasłuję. Na noc serwuję sobie dawkę tiocodinu.

Pogoda zmyłkowa bardzo, bo słonecznie i momentami bardzo ciepło ale potrafi zawiać bardzo zimny wiatr. Ze wschodu? Tak więc tylko krótką wyprawę po zakupy niezbędne wykonałam.

Angielski król Karol (za którym nie przepadam) został bardzo dobrze przygotowany przez swoich doradców do wizyty u pomarańczowego prezydenta USA. Chyba znielubię ten kolor.

Podarował mu dzwon z okrętu podwodnego HMS Trump, który służył podczas II wojny światowej mówiąc:   

Gdybyście kiedykolwiek musieli się z nami skontaktować, po prostu zadzwońcie.               

 I zaserwował parę zdań w stylu poczucia humoru Monty Pytona. Czy zachwycony sobą mieszkaniec Białego Domu coś z tego zrozumiał?  A jeśli nie, to czy podwładni ośmielą mu wytłumaczyć o co w nich chodziło?  Jeśli tak to na pewno strzeli focha i zwolni odważnego.

Największymi krajami rządzą psychopaci. Mniejszymi paroma także lub są choć w opozycji i mieszają w narodowym kotle.

Dawno tu nie było tekstu z facebookowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Jaguarundi wygląda jak spleśniała wydra. Ma krótkie nóżki, tułów chudego jamnika i dziwny spiczasty ryjek, z którego źle mu patrzy. Gdyby Disney nagrywał kocią wersję Bonda, to jaguarundi, knułby jak wprowadzić ogólnoświatowy zakaz mówienia „good boy” poza klubami dla fanów lateksu.

Tymczasem jaguarundi waży średnio cztery kilo. Nie jest więc w stanie nikomu zagrozić. No chyba, że żabie, rybie, ptakom, marmozetom (to takie brzydkie małpy) albo trawie i owocom, na które również poluje. Jeszcze oposy i pancerniki mają z nim przes*ane. Jest też postrachem kurników w Ameryce południowej i części USA, gdzie żyje.

Nie ma niewinnych kotów, są tylko słabo obserwowane. Jaguarundi nie jest jednak łatwo badać bo żyje na skrajach lasów deszczowych i ma kolor jak pacha orangutana.

Jaguarundi pojawiają się i znikają więc trudno stwierdzić ile jest ich dokładnie i jak długo żyją na wolności (w niewoli około 15 lat). Przez jakiś czas sądzono, że są całkiem pospolite bo często je obserwowano. Potem okazało się jednak, że po prostu prowadzą dzienny tryb życia bardziej kompatybilny z naszym nędznym aparatem wzrokowym.

Nie robią tego z miłości do pytania na śniadanie tylko po to żeby uniknąć innych kotów. Ich najbliższymi żyjącymi krewnymi są pumy, ale jaguarundi jest kocim konusem i waży od 3 do 7 kilo. W przypadku jaguarundi mówimy też o efekcie ocelota. Oznacza to, że tam gdzie pojawiają się oceloty tam znikają jaguarundi. Nie dlatego, że większy kuzyn je zjada bo bez przesady (od czego mamy pumę), chodzi o to, że wydrokot nie wytrzymuje konkurencji o pokarm i siedliska. Coś jak efekt człowieka u… Po prostu efekt człowieka.

Jaguarundi świetnie skacze i pływa co nie dziwi bo wygląda jak porośnięty sierścią węgorz albo tłusta łasica. Przy czym w kwestii futra ma wyjątkowego farta. Jest ono za krótkie i zbyt gładkie żeby ludziom chciało się na niego polować. To klucz do przetrwania w świecie Homosapiens, nie być na tyle brzydkim żeby cię znienawidzili i nie na tyle ładnym żeby zanadto polubili.

Upalne miasto 192

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************

Środa

Ja na pewno w końcu zwariuję.

Mimo że opłaciłam składkę ubezpieczenia 9 kwietnia, wczoraj 14.04. dostałam mailowo i sms-owo przypomnienie. Bo szef punktu nie przelał kasy na ubezpieczyciela, dzisiaj też nie – pracownica mu przekazała dokument potwierdzający przelew. On przelewa te kasę ale gdzie?

Powiedziałam, że jestem bardzo niezadowolona i zagroziłam, że jak się to powtórzy to zrezygnuję z ubezpieczenia u nich. Nawet jakbym miała na tym stracić.

Ponownie nie dochodzi do mnie ta sama paczka zawierająca karty ATC nadana w Niemczech. Dzisiaj dostałam sms z zapytaniem czy ją odebrałam i jaka była zawartość. Nie, bo nie dostałam żadnej informacji gdzie ją mogę odebrać, zawartość to rękodzieło. Następny sms – a jakie to rękodzieło, bo paczka chyba zgubiła naklejkę. Odpowiedziałam, że małe karty okolicznościowe (mogą nie wiedzieć co to są kartyATC) i materiały do ich wykonywania.  Odpowiedź: weryfikujemy losy paczki.

Jestem w kontakcie z nadawczynią. Przypuszcza, że ktoś podejrzewa, że przesyłamy sobie środki dopingujące. Zażartowałam, aby następnym razem wysłała mi siano (sucha trawa) to nareszcie będą mieli powód do tych dziwnych zachowań.

Czwartek

Spotkanie przy wiacie śmietnikowej ze znajomą, która lata temu chodziła do biblioteki, którą prowadziłam. Lektorka języka francuskiego na wyższej uczelni z talentem do malowania. Przez parę ładnych lat, wraz z grupą seniorek, uczęszczała na zajęcia plastyczne prowadzone przez leciwą plastyczkę. Lata płyną i z powodów zdrowotnych oraz odejścia w zaświaty zajęć już nie ma.

Mieszka ta znajoma w bloku jaki widzę przez moje okno na podwórze.

Zapytała mnie czy jestem chętna na włóczki, raczej nie więc dałam jej namiary na sklep dobroczynny. Jest na naszym osiedlu a wiele osób o nim nie wie.

W wiacie porzucone dwie sztuki odzieży w całkiem dobrym stanie, można je było zanieść do w.w. sklepu lub chociaż położyć na szufladzie pojemnika na odzież stojącego niedaleko wiaty.

Poniższy tekst powstał w trakcie warsztatów prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę. Na jej prośbę nie podaję jakie wymogi miał ten tekst spełniać. Może zgadnijcie sami.

Dlaczego bestsellerowa, droga, gruba książka poradnikowa leży nieprzeczytana, zapomniana oczekująca niecierpliwie otwarcia? Takie pytanie zadała sobie Agniesia.

Cholera jasna, to na pewno ten drapichrust Janek ją zlekceważył. Mateczka chciała hodować perliczki według poradnika licząc na pomoc córek. Ale Grażka i Funia gapiły się na nieboskłon zamiast wertować poradnik.

Za oknem rosła ogromna malwa a szczekadełko w postaci pudelka obsikiwało wszystkie kwiatki. Dla niego to była fraszka, dla kota zresztą też.

Pod jednym z krzaków w ogrodzie coś zamigotało.

Piesek zaczął tam kopać a potem bardzo głośno szczekać. Zdenerwowana tym Grażka wybiegła z domu, aby go uspokoić. Mądra psina doprowadziła dziewczynę do krzaka.

– Co tu tak migoce?

Sięgnęła zaciekawiona, odgarnęła ziemię, okazało się, że to pierścionek. Niestety leżał on na placu odciętej dłoni.

Grażka zemdlała i padła prosto w dużą kępę pokrzyw.

Piątek

Piękny, słoneczny dzień. Chętnie więc ruszyłam w drogę. Najpierw na przystanek tramwajowy Mosty Warszawskie z wiatą, ławkami i czynną tablicą świetlną co nie jest takie oczywiste i wszechobecne. Wysiadłam na przystanku Uniwersytet i przeszłam ulicą Odrzańską do Rynku. Po drodze mijając uliczkę artystyczną Jatki pomyślałam o znajomej pani profesor Ewie Marii Poradowskiej – Werszler, która ma tam galerię tkacką.

Do Dolnośląskiej Biblioteki Publicznej zaniosłam w darze dwie ciężkie książki.

Zajrzałam do Muzeum Pana Tadeusza zabierając niektóre materiały informacyjne.

Po drodze postanowiłam poznać trasę, okolicę i samo „Odra Centrum” mieszczące się na wodzie  przy Moście  Grunwaldzkim. Zapisałam się na dwa zajęcia dla wiecznie młodych duchem choć nie ciałem  osób a że nigdy tam nie byłam to zrobiłam sobie małą wycieczkę. Z chodnika ulicznego schodzi się po stromym trapie, nie czułam się tam zbyt pewnie ale przeżyłam.

Na miejscu trochę się rozejrzałam a potem zamówiłam sok ze świeżych owoców cytrusowych.  W niedużej skrzynce są przedmioty do wzięcia a obok wieszak z częściami garderoby. Taki kącik zero waste.

Pokrzepiona witaminami raźno pomaszerowałam naszym zabytkowym, dużym Mostem Grunwaldzkim, dawno, bardzo dawno go nie przemierzałam piechotą . Jagiełły ani Krzyżaków nie spotkałam.

Psycholodzy zalecają, aby zmieniać swoje codzienne trasy, bo to dobrze wpływa na mózg. No to zmieniłam.

Sobota

I się załatwiłam czyli mocno przeziębiłam. Diabeł nie pozwoli przecież, abym się dobrze poczuła. No i ledwie dyszę, kicham, kaszlę i zużywam mnóstwo płatków papierowego ręcznika.

Niedziela

Ciąg dalszy w.w. dolegliwości nastąpił. Czuję się jakbym była na krótkiej ostatniej prostej.

Wtorek

Jeszcze nie ostatnia ta prosta a raczej krzywa.

Dzięki  aniołowi stróżowi mam koleżankę lekarkę, która przyjmuje w prywatnym gabinecie i lubi swój zawód. Jest lekarzem rodzinnym/internistą/laryngologiem. Osłuchała mnie, zajrzała do gardła i nosa. Jak zawsze gdy mi tam zagląda zachwycona nie jest. Bo drogi oddechowe mam schrzanione. Życiowe też.

– Bez antybiotyku się nie obejdzie – orzekła, informując, że mam zapalenie oskrzeli i zajęte gardło oraz zatoki. To już wiem skąd te bóle głowy. A  myślałam, że to z powodu wieku i co z tym związane ubytku na rozumie. Ale nazwy stale stosowanych  kropli donosowych antyalergicznych przypomnieć sobie nie umiałam.

Nobody`s  perfect – prawda?

Upalne miasto 191

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************

Piątek 3 kwietnia 2026

Dawno nie było o psikusach diabła stróża a on nie zasypia gruszek w popiele. Najpierw sprzątałam kolejną półkę regału, tuż przy tapczanie, z wieloma różnymi, potrzebnymi rzeczami. Odkurzyłam telefon stacjonarny, jego ładowarkę. Chcę postawić na nią telefon i … nie ma go. Szukam i szukam, no – nie ma! O ty wredny czarcie! Zadzwoniłam z komórkowego i znalazłam. Zsunął go (diabeł telefon) głęboko między oparcie tapczanu a materac.

Poszłam ci ja sobie do najbliższego sklepu spożywczego, aby nabyć, między innymi, masło. Zapakowałam produkty i przeszłam, do obok położonego, warzywniaka. I widzę, że na prośbę jednej z klientek zdejmuje różne artykuły z półek ekspedientka ze spożywczego.

– Znowu mam omamy – pomyślałam a do ekspedientki powiedziałam:

– Rozdwoiła się pani?

A  za chwilę ona wręcza mi masło, zapomniałam go w poprzednim sklepie. No, nie udało się kopytnemu.

Myślicie, że odpuścił? A w życiu! Nie on!

Kupiłam pęczek rzodkiewki i wychodząc zerwałam woreczek. Już idąc ulicą włożyłam do niego rzodkiewki. Przychodzę do domu a tu się okazuje, że w torbie tylko jedna marna rzodkieweczka. Pęczku w woreczku nie ma! I diabli chichot niesie się po osiedlu.

Sobota

Skutkiem porządków jest wór pełen niepotrzebnych maneli. Nie tylko ja takie wyrzucam, choć rzeczy w dobrym stanie zanoszę do sklepu dobroczynnego. Dzisiaj zobaczyłam w wiacie śmietnikowej dwie reklamówki pełne ubrań w jednej, a w drugiej  koce, dość zakurzone. Przeniosłam obie pod pojemnik na odzież, nie pada, więc może ktoś sobie coś wybierze.

 Ale najbardziej zdziwiły mnie, osobno leżące dwie skórki z norek. Bez moli. Nie żebym była zwolenniczką prawdziwych futer, bardzo nie.

Wtorek

Nigdy nie robię na święta tak dużej ilości jedzenia, aby je wyrzucać czy wkładać do lodówki społecznej. Ale słyszałam o facecie, bardzo zamożnym i bardzo skąpym, który przez cały rok pokonuje trasę od lodówki do lodówki i zabiera stamtąd jedzenie. W ramach oszczędności i (w jego mniemaniu) gospodarności.

Środa

Zadźwigałam dużą torbę ze sklepu Action, pełną usuniętych z mieszkania rzeczy, do sklepu dobroczynnego. Dźwiganie było do i od autobusu, nim dwa przystanki.  Dobrze, że jest przy mojej ulicy. Wcześniej zadzwoniłam do nich z pytaniem czy sklep jest czynny, bo wyprawa pod zamknięte drzwi wkurzyłaby mnie totalnie.

Czytam, nagrodzoną NIKE książkę Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono”.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Eliza_K%C4%85cka

Jest to częściowo autobiografia a w dużej części  wspomnienia. Opisuje  życie autorki i jej córki będącej w spektrum autyzmu. Bardzo trudne życie obu postaci, bo to nie choroba, nie ma na to lekarstwa, bo zachowania dziecka są nieprzewidywalne, bo obie spotykają się z niezrozumieniem i nietolerancją. Wciąż za mało wiemy na ten temat.

Książka jest tak napisana, że momentami byłam i tą córką, i matką – wraz z nimi przeżywałam to co one, borykające się z bardzo trudną codziennością i często bezradnością.

W książce pojawiają się także rodzice autorki, ojca w niej nie ma.

„Wiedziałam, że zawsze muszę być gotowa na scenariusz dziki, dziwny. I że musimy się w nim trzymać razem.”

Na rozdaniu nagród Nike autorka była z córka, która w pewnej chwili wbiegła na scenę i stanęła obok mamy.

Jadąc dzisiaj autobusem widziałam taką scenkę – mała dziewczynka bije swoją matkę i bardzo głośno płacze. Może to ten przypadek?

Czwartek

Poniższy tekst powstał w ramach warsztatów prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę.

  1. Był to deszczowy poniedziałek.
  2. Pasażerowie siedzieli w ciszy z nosami w telefonach.
  3. Nastolatek ze słuchawkami na  uszach podrygiwał w takt muzyki.
  4. „Wsiąść do pociągu byle jakiego” nieznajomy zaśpiewał na cały głos.
  5. Dobrze choć, że nie fałszował.
  6. Nagle rozległ się krzyk.
  7. Obok pasażerów przebiegł konduktor z siekierą w ręce.
  8. Zabiję ja, zabiję – powtarzał.
  9. Za nim biegł SOK-ista z gaśnicą .

10.Ktoś pociągnął za hamulec.

Może ciąg dalszy nastąpi.

Sobota

Wyciągnęłam z półki około (nie policzyłam) dziesięciu antyram ze szkłem, różnej wielkości. Opakowałam gazetami, na to kawałki tektury różnej (przydały się znaleziska z pojemnika na papier), okleiłam taśmą. Potem obwiązałam sznurkiem, robiąc nawet rączkę. Mam nadzieję donieść to cało do sklepu dobroczynnego.

Poniedziałek

Udało się – doniosłam w całości, uprzedziłam, że tam jest szkło, czy odpowiednio ostrożnie odpakują – nie wiadomo.

Potem w galerii handlowej w nagrodę wypiłam kawę i rozpoczęłam sezon na lody. W trakcie przystanął przy moim stoliku znajomy z pozdrowieniem. W krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że oboje mieszkamy w okolicy dlatego mamy daleko do obecnej siedziby Wrocławskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury.

Zaopatrzyłam się w kosmetyki w sklepie firmowym niedrogiej marki. Znajoma kosmetyczka twierdzi, że szkoda pieniędzy na drogie, bo płaci się za reklamę i fikuśne opakowania a nie za lepszą jakość. Do większego zakupu otrzymuje się bonus w postaci próbek różnych kosmetyków.

Płaciłam kartą i opowiedziałam jak to niedawno zapomniałam pinu do karty co uniemożliwiło mi pobranie pieniędzy z bankomatu. I jaki to był dla mnie wielki stres.

Nikogo oprócz nas dwu nie było w sklepie.

Wracając tramwajem natknęłam się na dawno niewidzianą znajomą. Nie porozmawiałyśmy, bo zaraz wysiadała. Ale zdążyła mnie zapytać czy byłam już w Ogrodzie Botanicznym, bo niedaleko mieszkam – dwa przystanki autobusem plus trochę piechotą. Była rozczarowana, że jeszcze nie wstąpiłam w te roślinne progi. Bo nie lubię zimnego wiatru, który ciągle wieje i wieje.

Na przystanku autobusowym na inną, mieszkającą blisko niego, w dodatku na piętrze. Zażartowałam: jedziesz do domu autobusem? Nie ma podobnego poczucia humoru i obruszyła się, mówiąc, że nie tylko do domu jeździ.

A dawno spotkana koleżanka z klasy uświadomiła mi: nigdy nie wiem czy mówisz poważnie, czy żartujesz. Ciągle o tym zapominam.

Upalne miasto 190

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************

Wtorek 31 marca

Lubię gdy otaczające mnie przedmioty sprawnie funkcjonują skoro ja coraz mniej wydolna jestem.

Tak więc kran w kuchni wymieniony, klamka z mechanizmem zamykającym połówkę okna usprawniony, a dzisiaj odebrałam od masażysty żaróweczkę do kota. Tak, mój kot działa na prąd.

Bo jest soli a nie z tego co mnie boli.

I rozśmieszyła mnie kasa samoobsługowa w markecie, bo kazała poczekać na obsługę. Dlaczego? Bo skasowałam produkt przeznaczony dla klientów pewnej kategorii wiekowej. Nie, nie była to grzechotka ani pieluchy. Tylko setka. Używam jej, po rozcieńczeniu pół na pół z wodą, do topienia rodzynek a czasem i fig oraz moreli. Potem stosuję zawartość słoiczka do deserów i ciast. A tak w ogóle % nie używam. Całe życie. Także nie dymię. Trawki nie próbowałam, okazji nie było. To żart!

Ekspedientce powiedziałam, że może przy kasach powinna być kamerka oceniająca wiek klientów.

Na dworze zimno, wiatr złośliwie dmucha po całości. Biedne kwitnące roślinki.

Środa

Wczoraj przypadkiem zobaczyłam fragment talk show Wojewódzkiego w trakcie którego rozmawiał z zawodowym kucharzem i autorem książki. Zapytał go jaką zupę ugotowałby dla Trumpa. Kucharz odpowiedział, że żurek a ja od razu pomyślałam, że ugotowałabym czarną polewkę. Nigdy takiej potrawy nie gotowałam i nie jadłam ale dla niego poświęciłabym czas i brak umiejętności.

I chyba mi to zaszkodziło (ta wredna chęć potraktowania wybranego w demokratycznych wyborach przywódcy wolnego narodu), bo postanowiłam skatować się porządkami na półkach nieruszanych od wielu, wielu lat. Bo kurz jest po to, żeby leżał, przecież.

A że chatę mam najmniejsza z najmniejszych to oprócz książek są na półkach upchane różności. A to banknoty w skarpetach, a to klejnoty w samodzielnie uszytych woreczkach, a to sztabki złota naklejone na ściany ha, ha, ha.

Tak naprawdę to puste woreczki, guziki, nici, koraliki, świeczki mniejsze i większe, muszelki, puszki, garnuszki to znaczy kubki z motywem kota. Itd., itp. To na jednej części regału tylko. Czekają jeszcze trzy, też zapchane.

Tam też znalazłam woreczek z, uszytymi ręcznie, maseczkami z czasów pandemii. Zrobiłam selekcję – część zostawiłam, najlepsze, część przeznaczyłam na szmatki bo „w moim domu nic się nie marnuje”.

Ale zabrałam się za osobny regał z książkami, odkurzając a przy okazji zrobiłam selekcję.  Półki cztery  powiedziały z ulgą uff.

No i wspięłam się kilka razy na drabinę do górnych półek i pudełek, pudełeczek na górze regału leżących. Trochę ich się  nazbierało a one sporo kurzu. Stosuję zasadę baba w babie, czyli pudełeczka w pudełkach ale i tak zajmują miejsce i pobierają kurz. Chyba nim się żywią ale jakoś marnie, bo ciągle go pełno zostaje. Dla mnie i szmatki w mojej ręce.

Jednak jednej zaginionej książki nie znalazłam. Bezcenna nie była ale zawierała moje, konkursowe, opowiadanie o miłości.

Zmachana jestem jakbym kamienie rozbijała w upale. SKS po prostu.

Czwartek

Z wczorajszego rozpędu rano uporządkowałam dwie następne półki. Te akurat łatwe były.

W poniedziałek świąteczny stała duża torba z Action pełna rzeczy do sklepu dobroczynnego. Mam nadzieję zatargać ją w środę.

Powtórne awizo w skrzynce ale pierwszego nie było. Leniuszek listonosz/ka. Pani pocztowa do mnie w te słowa:

– Nie znajdę pani paczki, bo mi się system zawiesił.

I oczami wyobraźni ujrzałam jak system zakłada sobie pętlę na szyję, odkopuje stołek…

Ale rozmyślił się i zszedł ze stołka, czyli się odwiesił. Przesyłkę odebrałam bez czekania w kolejce.

Po drodze kwiaciarnia, no to  postanowiłam, że kupię jakiś wiosenny kwiatek doniczkowy, żonkile albo tulipany, bo hiacynty za intensywnie pachną. Jednak z doniczkowych to tylko orchidee. Eeee… Nie kupiłam.

Sałatka jarzynowa wyszła mi bardzo dobra – bez ziemniaków, z własnym majonezem. Sernik będzie z rodzynkami namoczonymi w lekkim alkoholu. I z płatkami migdałowymi, bo kto bogatemu zabroni.

W nawiązaniu do ostatnich zajęć napisałam

         Wielkanocne opowiadanko

Maria obudziła się w przedświąteczny czwartek prawie wyspana ale przymuszona do odwiedzin toalety. Już myła ręce gdy usłyszała ciche:

– Umyj mnie, wstydzę się, że jestem brudne.

 – No, chyba mam omamy – pomyślała.

Weszła do pokoju i tu prośba była głośniejsza.

– Borze szumiący, chyba potrzebuję psychiatry – przestraszyła się.

– Umyj mnie – rozległo się jednocześnie z brzękiem szyb.

– Okno do mnie mówi, jerzu kolczasty, a myślałam, że z powodu osteoporozy kręgów szyjnych tylko dzwoni mi w uszach.

To kto kogo przetrzyma – oto jest pytanie.

Usiadła na tapczanie aż tu nagle z kilku półek wypadły, po jednej, książki. I słychać było:

– Odkurz nas, tak dawno tego nie robiłaś!

– Nie, no to naprawdę jest molestowanie, odwalcie się ode mnie. Same się myjcie i odkurzajcie, a ja sobie poczytam!

Wzięła ze stolika stojącego obok tapczanu książkę Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono”.

Jeszcze jej nie otworzyła gdy usłyszała:

– Odkurz nas, bo wszystkie wypadniemy ci na głowę.

– A ja wybiję sobie szyby – dodało okno.

– My wypadniemy z futryn – dodały drzwi.

– Ja ci się zroluję pod nogami, upadniesz i złamiesz obie nogi – dodał dywan.

– A my pospadamy z góry regału i rozsypiemy wszystkie kolaże papierowe oraz roślinne po całym mieszkaniu – dodały pudełka i teczki.

– No, to jest już terroryzm, odwalcie się! – warknęła.

– Jak chcesz ale masz czas do soboty. Wszystko ma być na błysk. I zrób wreszcie selekcję tych swoich dupereli i przydasi, bo się tu zadusimy.

Książki, do których nie zajrzałaś od lat oddaj do biblioteki, różności, których masz za dużo oddaj do sklepu dobroczynnego. Dobrze ci radzimy.

– Chyba wam odbiło, wiosna tak na was działa czy to bez te atomy?

– Nie dowcipkuj tylko weź się do roboty leniwa babo – odezwała się niewłączony telewizor.

– To naprawdę fascynujące, myślałam, że za jakiś czas będą nami rządzić roboty a tu okazuje się, że nawet to robią zwykłe przedmioty – powiedziała Maria. Pomyślę o tym jutro – postanowiła.

Upalne miasto 189

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************

Środa – wczoraj byłam na nietypowych dla mnie zajęciach kreatywnych w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej.

Ponieważ SKS i diabeł stróż działa to nie doczytałam, że zajęcia są na 17, 30 a nie na 17.

 Były to zajęcia pod tytułem „Pocztówka z Wrocławia” pod kierownictwem Ewy Maszczyk.

Z rozłożonych zdjęć różnych obiektów miasta można było sobie wybrać jeden motyw. Potem rysowałyśmy go akwarelowymi kredkami, a na końcu rozprowadzałyśmy kolory pędzelkiem mającym pojemniczek z wodą.

Zaczęłam rysować budynek i w pewnym momencie poczułam się prawie jak ten osobnik z wąsikiem przed niechlubną karierą. Nie przyjęli go na studia artystyczne, klepał biedę i zarabiał rysując lub malując m.in. budynki (to mu podobno wychodziło najlepiej)  sprzedając je jako pocztówki. Majątku się nie dorobił.

Wybrałam Halę Stulecia, jest ona poniemieckim zabytkiem, którego architektem był Max Berg.

Poprosiłam prowadzącą, aby narysowała mi na froncie budynku czarnego kota bo lubię i było miejsce. Czasem w Hali odbywała się wystawa kotów rasowych.

Raz na takiej byłam i nigdy więcej, biedne, umęczone zwierzątka.

Na koniec każdą naszą pracę pani Ewa oprawiła w antyramę. Fajnie było choć moje „dziełko” jest bardziej zabawne niż profesjonalne.

Środa

Pogoda przyjazna przyrodzie calutkiej. Udało mi się załatwić kilka spraw. Odebrać przesyłkę z paczkomatu zawierającą karty ATC, przydasie, herbatki owocowe i czekoladę z  truskawkowym wsadem.

Przeszłam piechotą ulicami i osiedlowym parkiem do sklepu dobroczynnego, zostawiłam tam wypełnioną reklamówkę.

Na przystanku czekając na autobus lub tramwaj spotkałam znajomą, która też wybierała się do tego miejsca, z firankami, bo zaszalała i nowe nabyła.

Niby spisałam sobie połączenia mpk-owe ale diabeł zawsze wetknie gdzieś swoje kopyto. Jakoś dałam radę i dotarłam na cmentarz gdzie na grobie koleżanki zostawiłam zrobiony przez siebie skromny wianek z trzema jajkami i czerwonym tulipanem. Jajka styropianowe a nie na twardo ugotowane. W środku wianka postawiłam znicz.

W galerii handlowej wrzuciłam list do skrzynki i kupiłam rolkę ręcznika papierowego – oba punkty obok siebie. Lubię to.

Piechotą do lata i na kolejny przystanek idąc zauważyłam, że tramwaje mają jakieś, nietypowe trasy. A w dodatku patrząc na dwuczłonowy myślałam, że mam omamy czy otaty. O mało oczy nie wyszły mi na wierzch, zatrzymały się jednak na szkłach okularów. Bo na pierwszym wagonie był numer 17, a na drugim 15. Wiosna ich pogilgała i mają pomroczność jasną?

Czwartek

Zajęcia literackie z dużą frekwencją. Na dobry początek rozdałam prezent w postaci kartki świątecznej (gotowce) w kopertach zrobionych przeze mnie z naklejką małą w lewym górnym rogu i karteczką dość ozdobną pośrodku. Potrzebna była, bo koperty były czerwone – taki miałam papier pozyskany bezpłatnie. Tylko prowadząca zajęcia i koleżanka szkolna mojego brata dostały kartki mojego autorstwa.

Piątek

Zdecydowałam się na zgłoszenie konieczności naprawy jednego skrzydła okna, bo klamka się nie domykała a w dodatku trzeba było bardzo ramę dociskać i to mnie ostatecznie wkurzyło. Oddzwoniono, poprosiłam, aby fachowiec się nie spóźnił, bo muszę wyjść z domu o konkretnej godzinie. Jednak Oleg (tak, Ukrainiec) się spóźnił trochę ale najpierw zadzwonił i zapytał czy poczekam.

Moje dwuskrzydłowe jedyne okno jest dość zabytkowe, bo wstawiano je w 1997 roku. Fachowiec obejrzał je i wyliczył co trzeba by było zrobić. Dosłownie wyliczył koszt tych zabiegów – prawie tysiąc złotych. No, bez przesady. Stanęło na regulacji i smarowaniu a raczej psikaniu smarem, którym potem jakiś czas „jechało” po nosie. A nie mógłby pachnieć fiołkami lub chociaż lawendą?

Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Kawiarni Filmowej. Dla uczestników przygotowałam recyklingowe kartki świąteczne (też w czerwonych kopertach) i mały plik kwadratowych karteczek, umieściłam to w torebce papierowej recyklingowej. Tak, zrobiłam je.

Prowadząca obdarowała nas czekoladowymi małymi zajączkami a jedna z pań rękodziełem szydełkowym swojej córki – jest to kurczaczek (ja wybrałam pomarańczowego – lubię ten kolor) ale ma taki dół, że można go nałożyć na jajko. Bardzo fikuśny i fajny pomysł. Świetne wykonanie.

Niedziela

Spacer rozpoczęty pod pomnikiem papieża Jana XXIII, który wygląda jak Fantomas z francuskiej serii o tej postaci.

Potem kawa z napełnionej gośćmi kawiarni u sióstr zakonnych i spacer po Ostrowie Tumskim. Kłódki zakochanych nadal wiszą tyle że na innych balustradach. Krokusy kolorowe w pełnej krasie na trawniku.

Poniedziałek

Podróż na cmentarz, na szczęście jednym tramwajem i grób niedaleko głównego wejścia. Odwinęłam z krzyża wianek z poprzednich świąt i zawinęłam (aby nie ukradziono jak za pierwszym razem mimo że go przywiązałam, zniczowi też wtedy nie podarowano) z aktualnymi ozdobami. Sama zrobiłam.

W pasmanterii nabyłam trochę zielonych listków i innych różności. Trochę błyszczących, trochę matowych a nawet serduszkowych. Rozbawiłam ekspedientkę pytając czy ma narzędzie do quillingu takie bardziej wypasione. Bardziej profesjonalne – poprawiła.

W piekarni solanka a w rybnym sałatka krabowa. Na wczesną kolację. Także wędzony morszczuk i zapomniałam, że rybka lubi pływać. Rybny tego asortymentu procentowego nie zapewnia. Świeżych ryb brak. Wiosna to nie czas na wodne łowy?

W promieniach słonecznych szłam do przystanku tramwajowego zauważając, że złoty deszcz czyli forsycje są w pełnym rozkwicie. Lubię to.

W tramwaju podchodzi do mnie kontrolerka i pyta:

– A pani to za uśmiech jedzie?

– Tak, za uśmiech – potwierdziłam.

No, jak miło się zrobiło!

Czwartek

Remontowana jest ulica z tramwajowymi torami i najgorszym przystankiem w mieście. I to jest jak z wizytą u lekarza – pójdziesz to dowiesz się ile masz chorób a w aptece, że na wykup leków zabrakło  ci kasy.

Tak więc remont wymaga głębokiego i szerokiego rycia. Co utrudnia przedostanie się do miejsca pracy mojej znajomej. Szłam i szłam a przejścia na drugą stronę ulicy nie było widać.

Dotarłam tam w  charakterze zajączka wielkanocnego ale bez uszu. Za to znajoma rozbawiła mnie taką ozdobą biało – różową i to w dodatku ruchomą.

Wymieniłyśmy dary i najlepsze życzenia oraz informacje zawodowo – prywatne.

Skorzystałam z okazji i nabyłam, w pobliskim sklepie,  buty jakie lubię – z dziurami. Na górze a nie na podeszwie. Oraz kapcie bez wentylacji.

Wracając wstąpiłam do piętrowej Biedronki, aby sucharki kupić. Nie mieli na żadnym poziomie.

– Ale na pewno będą w prywatnej piekarni – pomyślałam. I cóż za niespodziewanka: sucharki? W piekarni?

To może w sklepie spożywczym? Jeszcze czego!

W pasmanterii też ich nie było ale nie po to tam poszłam. Tyle że następna klientka dowiedziała się, że nie ma nici białych i czarnych.

Czwartek to  dzień różnego niemania  widocznie jest.

Upalne miasto 188

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************

8 marca, niedziela, Dzień Kobiet

Jak myślicie, jaki prezent dał mi los? I to już wczoraj?

Miałam ogromne zawroty głowy mimo regularnego zażywania potrzebnych leków – okropne uczucie i chodzenie z opieraniem się o ściany – wrr.

Diabeł nakrył ogonem mój ulubiony długopis (mam inny).

Zepsuł się element mojego telefonu stacjonarnego. Spadło to – to za tapczan i się urwały małe druciki wtyczki – usb? Zauważyłam to dopiero dzisiaj a słuchawka na tyle była naładowana, że zdążyłam zadzwonić do operatora. Mają kurierem przekazać nowe ustrojstwo, mam tylko przełożyć kartę sim.

Po dłuższej chwili na komórkę zadzwonił do mnie pracownik sieci, aby poinformować, że bezpłatnie wymienią mi cały zestaw, łącznie z aparatem, bo ma już sześć lat a oni wymieniają po czterech. Niby wymieniają, bo dwa lata temu nikt mi wymiany nie zaproponował.

Wczoraj przygotowywałam pakiety (zawierające materiały do wykonania kartek świątecznych) na zajęcia kreatywne we wrocławskiej kawiarni „Równik” zatrudniającej osoby z intelektualną niepełnosprawnością. Rozmawiałam z panią prezes ich Stowarzyszenia i ustaliłyśmy, że przyjdą cztery osoby niepełnosprawne a ja zaprosiłam dwie swoje znajome, w ramach integracji.

Tak,  sama to wymyśliłam i zaproponowałam.

Karty wykonane przez osoby niepełnosprawne zostaną w kawiarni wystawione na sprzedaż. Moje znajome poproszę, aby też zrobiły co najmniej jedną kartkę na ten cel.

Zajęcia są bezpłatne, ja też nic za to nie dostaję, a Stowarzyszenie ma zakupić trochę elementów do zajęć. I finalnie nie kupiono podstawowej rzeczy, czyli bloku technicznego na karnety. No, super. Dobrze, że ja przygotowałam dla każdego po kilka sztuk. I wiele innych elementów też.

Zaproponowałam takie zajęcia też kawiarni „U Brata Alberta” i „Kawiarni Filmowej” – odzewu brak.

Na pocieszenie oglądam kolejny odcinek serialu „Pan wzywał milordzie?”.

Poniedziałek

Wrzuciłam do skrzynki listy z życzeniami świątecznymi. Jeden wrócił do mnie, bo źle zaadresowałam, zabrakło jedynki przy numerze bramy.

A  potem miałam bieg z przeszkodamiw trakcie ubezpieczania się.

Czekałam trochę, agent ubezpieczał grubego pana. Mówili sobie po imieniu. Na koniec klient wstał, ze stolika zabrał dwa długopisy i dwa cukierki. Sama nie wzięłam. Trochę żałuję.

Gdy wyszedł powiedziałam:

– Nie ma to jak koledzy, wszystko darmowe wezmą i to podwójnie.

W czasie wypełniania druku umowy okazało się, że:

– z klawiatury nie wchodzi litera T

–  nie mam przy sobie telefonu komórkowego

– oraz nie znam peselu osoby uposażonej.

No to poszłam do domu pozyskać dane i telefon. Udało się. Od jutra jestem ubezpieczona,  dzisiaj muszę żyć i być ostrożnie.

WTOREK

Pierwszy raz poprowadziła zajęcia kreatywne z młodymi osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Odbyły się w restauracji „Równik” prowadzonych przez takie osoby, pod nadzorem oczywiście.

Z trzech pełnosprawnych  moich znajomych przyszła tylko jedna. Młodzi to Ania, Karolina, Aurelka i Piotrek.

No i ten się popisywał – niestety gadaniem zamiast słuchać poleceń dlatego jego kartki, w porównaniu do tych wykonanych przez koleżanki, nie były udane. Jego ulubiony tekst, powtórzony kilkakrotnie: a bo ja jestem bardzo miły dla kobiet. Na co ja, że jesteśmy tu, aby robić kartki a nie przechwalać się. I nie, nie kpię z niego, bo jest sympatyczny a nawet ma poczucie humoru  ale to gadulstwo! Żeby nie było – mam sprawnych znajomych też straszliwie gadatliwych. W ten sposób chcą namolnie zwrócić na siebie uwagę ale innych zniechęcają do siebie. Mnie bardzo.

Za to jest świetny w obsługiwaniu klientów.

Po kilku dniach dowiedziałam się, z innego źródła, że ma autyzm.

Dawałam im rady mówiąc, że na kartce nie powinno być zbyt dużo elementów, bo wtedy można powiedzieć, że są naćpane. I tu Piotrek poprosił o wyjaśnienie co to znaczy. Określiłam je tak, bo ponaklejał co mógł z przodu i tyłu kartki, bez ładu i składu.

I otrzymał. Odpowiedź. Ale dowiedział się, że określenie to dotyczy też osób będących pod wpływem narkotyków.

 Jego koleżanki najwyżej prosiły mnie o pomoc, której udzielałam pozostawiając im możliwość wyboru co i jak umieszczą na kartce.

Na szczęście przygotowałam sporo własnych materiałów, w tym karnety prostokątne, oraz w kształcie jaj oraz zajączków.

W trakcie zajęć wycinałam i kleiłam koperty do każdej kartki – dobrze, że wzięłam ze sobą arkusze papieru A – 4. Znajoma zrobiła koperty do swoich kartek. Wszystkie zostawiła „Równikowi”.

Ogólna moja konstatacja jest taka – zadziwiające jak pełnosprawne intelektualnie osoby mało się różnią od tych, które spotkałam na zajęciach. Fakt, zostały wybrane pod kątem sprawności manualnej i intelektualnej na tyle, aby móc być choć trochę kreatywnym.

 I nieprawdą jest to co lekceważąco powiedziała ich opiekunka, że to zajęcie nie wymaga żadnego pomyślunku i wysiłku bo to przecież trzeba tylko nakleić.

Myślę o niewielkiej różnicy w inteligencji emocjonalnej tych obu środowisk – sprawnych i tych mniej. I tu i tam są gaduły popisujące się, są osoby wycofane, są chętnie proszące o pomoc czy bardziej samodzielne i kreatywne. Takie były te trzy dziewczęta – każda inna.  Trochę bałam się czy dam sobie radę w tym środowisku ale poszło bardzo dobrze.

Jednak żeby mi nie było za dobrze przy myciu puszeczek do których nalałam kleju rozcięłam sobie palec tak niefortunnie, że krew nieprzerwanie płynęła. Dobrze, że w pobliżu jest apteka i mogłam kupić sobie plastry zatrzymujące krwawienie.

Środa

Operator telefonu mego stacjonarnego wysłał do mnie nowy aparat kurierem. Miał dotrzeć wczoraj. Trochę się stresowałam, bo sporo czasu nie było mnie w domu. Ale jednak nie dotarł.

 Dzisiaj dostałam wiadomość mailową, że będzie u mnie o godzinie 10, 40. Przyjechał około piętnastej. Ale i tak mam dobrze, bo po podłączeniu aparatu wszystko zadziałało. A sześć lat temu gdy wymieniano mi telefon (przy zmianie sieci) kurier zostawił paczkę w punkcie do którego wysłano mi link ale ten się nie otwierał. Potem karta sim okazała się nieaktywna. Oczywiście nie uwierzyli mi na początku, ale sprawdziłam ją wkładając w komórkę. Taka byłam sprytna.

I tak mam CAŁE ŻYCIE. Progi i bariery. Pod górę i pod wiatr a raczej huragan.

CZWARTEK

We Wrocławiu jeżdżą tramwaje których patronami są różne osoby związane z tym miastem. I tak kiedyś jechałam na Wojciechu J. Hasie (w Hasie?) reżyserze filmów m.in.  „Pożegnania”; „Pętla”; „Lalka”, „Jak być kochaną”; „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”; „Sanatorium pod klepsydrą”) a dzisiaj na/w Wandzie Rutkiewicz. Góry jakie zdobywam są zupełnie inne niż jej.

Zaginiony długopis nadal w czarnej dziurze albo w trójkącie bermudzkim. Czy mu tam lepiej niż u mnie, biedakowi? Chyba nie lubi pisać, może uważa, że przecież nie jest grafomanem. Nie wiem.

Wesołych świąt, zdrowia i nieustannych powodów do radości.

Upalne miasto 187

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

************************************************************

Przypadkiem dowiedziałam się (no, nie pamiętałam z powodu różnych zdarzeń), że od ubezpieczyciela mogę otrzymać odszkodowanie należne w razie śmierci rodzica.

Ubezpieczyciel skasował placówkę na sąsiednim osiedlu i w ramach udogodnień dla klienta przeniósł na odległe. Musiałam więc wykonać pracę logistyczną – gdzie to jest, kiedy otwarte i  jak dojechać. Okazało się, że jest bezpośredni tramwaj – uff.

Wypisałam sobie kolejność przystanków i narysowałam mapkę jak dojść, bo nie znam tamtego terenu. A i tak nie obyło się bez „koniec języka za przewodnika”.

Wyciągnęłam z szuflady stos dokumentów, bo przecież nie wiadomo czego zażądają – grupy krwi, świadectwa moralności z parafii (kultowa opinia sprzed wielu lat: „z moralnością nie ma nic wspólnego”), zaświadczenia o wpłatach na cele dobroczynne, zaświadczenia o stanie konta i wyliczenie (z wyceną) wszelkich dóbr (MOPS ma takie żądania) itd. Na szczęście wystarczył akt zgonu, nr konta i dowód osobisty.

Kolejki nie było ale zadziwiło mnie pytanie (taką mają ankietę) czy należę do jakiejś partii. Chyba im (tym, którzy tę ankietę układali) mózg pogięło.

Podobno inni klienci to zgłaszali ale „góra” nie zareagowała. Tak samo na zgłoszenia, że w Internecie widnieje zlikwidowana placówka. Brawo wy!

Czwartek

Już wczoraj wieczorem przelano mi zasiłek należy z powodu śmierci rodzica. Super express to jest. Trochę się zrehabilitowali. Teraz szukam w Internecie firmy ubezpieczeniowej dla seniorów. Nie chcę dotychczasowego.

Zaplanowana wizyta u okulisty. Nadal nie można usunąć mi wtórnej zaćmy, bo jeszcze odpowiednio się nie rozszalała. A widzę coraz gorzej. Szczególnie wieczorem blisko mi do kreta – zwierzątka a nie złoczyńcy.

Teraz na blaszce kwadratowej (prostokątna nie ma jednego brzegu) piekę różne warzyw pokrojone różniście: marchewka (dużo, bo ma witaminę A), kalarepka, batat, ziemniak, jeden buraczek w plasterkach na próbę,  uparcie twarde warzywo to jest.

Czytam biografię Konopnickiej na przemian z czasopismem „Książki”.

Piątek

Z zaplanowanych czterech spraw załatwiłam półtora.

BO: szef będzie w poniedziałek, proszę przyjść za tydzień (półsprawa), nagle poczułam się tak źle, że musiałam w te pędy (tramwajowo – piechotne) iść do domu.

Wymiana licznika gazowego przeszła gładko i z humorem: fachowiec zalecił mi mało gotować. Miał na myśli cenę gazu czy ilość jedzenia do spożycia? Ale nie obyło się bez jego narzekania – nie na mnie ale na to, że musi odbębnić tę samą biurokrację i na papierze, i w telefonie.

****************************************************

Czy zastanawialiście się jakie słowa powinny być jednak używane a nie są? Np. krotochwila albo chędogi. Napisałam nawet taką petycję:

(tekst  powstał w ramach warsztatów prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Petycja do redaktora „Słownika języka polskiego”

                        Wielce szanowny Panie Redaktorze!

Uprzejmie proszę o spowodowanie, aby słowo CHĘDOGI było nie tylko w słowniku ale i w powszechnym użyciu.

Oznacza ono bowiem, że ktoś jest czysty, zadbany lub/i ogólnie ogarnięty.

A ogarnięcia wielu osobom brakuje zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego.

I nie mam na myśli zoperowanych i naszpikowanych jakimś wypełniaczem (silikon, botoks) celebrytek.

Myślę o cechach charakteru jak życzliwość (najlepiej bezinteresowna), dobre wychowaniem czyli kindersztuba, odpowiedzialność, brak galopującego egoizmu i wyrachowania z połączeniem traktowania wszystkich wokół jak frajerów i idiotów, których należy wykorzystać. A także powściąganie, katującego cudze uszy, słowotoku, bo w ten sposób udowadniają, że są wampirami energetycznymi.

Poczucie humoru i dystans do siebie też by się przydały w ramach tego ogarnięcia.

Zewnętrznie wystarczy dokładne codzienne mycie, częste pranie odzieży, dbanie o zęby, dłonie i stopy.

A ci, którym to słowo kojarzy się z seksem niech przestaną oglądać pornosy.

Z poważaniem IB

ŚRODA

Byłam na bardzo udanym wieczorze autorskim mojej bliskiej znajomej Grażyny. Wydała właśnie piąty tomik wierszy i zorganizowała spotkanie w Klubie Muzyki i Literatury – prestiżowym miejscu Wrocławia.

Na krzesłach były karteczki z napisem REZERWACJA plus imię i nazwisko znajomego oraz kartonik z naklejonym wierszem na odwrocie którego podano wykaz utworów muzycznych. Wykonała je młoda białoruska pianistka.

 Mnie przypadło miejsce obok innej znajomej, świetnej artystki wykonującej piękne obrazy z suszonych elementów roślin, nazywa je florotypiami. Dawno się nie widziałyśmy więc była okazja trochę porozmawiać.

Na początku było trochę zamieszania z rozlokowaniem słuchaczy ale udało się wszystko uładzić.

Grażyna ułożyła precyzyjny plan spotkania.

Na ekranie ściennym wyświetlały się jej biało – czarne zdjęcia. Przeczytała kilka wierszy, potem pianistka zagrała pierwszy utwór. Taka była przeplatanka. A niespodzianką było zastosowanie tekstów jakie każdy otrzymał. Wnuczka (imieniem Oliwka)  jednej z pań wyciągała ze skrzyneczki tytuł wiersza i osoba, która go miała mogła  publicznie to przeczytać lub odmówić. Tylko jedna, na kilkanaście osób, to zrobiła. Czytało trzech panów, w tym mąż pianistki, też Białorusin.

No i mnie też wylosowano. Większość czytała ze swojego miejsca a ja zrobiłam za aktorkę, wyszłam z rzędu, stanęłam przodem przed publicznością i ponad zsuniętymi na nos okularami przeczytałam.

INNA JA

Zanurzam się

W nicość

Nie ma mnie

Ulatuję

(nie)obecna

Przestrzeń ciała

Już pusta

Lecę w dal

Przyjazną

Świetlaną

Moją

*********

Ela zapytała, gdy wróciłam na miejsce: „Jak było?” ha ha ha. Spoko, nie przewróciłam się.

Potem autorka przedstawiła nam jeszcze parę utworów z muzyczną przerwą.

Wisienką na torcie był krótki występ dorosłej i małej Białorusinki. A raczej oliwką na torcie biorąc pod uwagę imię dziewczynki.