Wirus poznania (cz. 22)

 Wyznaczonego dnia najpierw elegancki Edek z Aldoną wstąpili po równie zadbanego Wacka,  a potem wszyscy troje poszli do Heleny. Otworzyła im w pełni gotowa do wyjścia.

– Wejdźcie, proszę – powiedziała lustrując dyskretnie kobietę Edka. – Miło mi panią poznać – wyciągnęła rękę do Aldony. – Mam nadzieje, że się polubimy.

Aldona tylko się uśmiechnęła nieśmiało ściskając podaną rękę.

 – Acha, ale nie ustaliliśmy kto za co będzie płacić, a ja lubię jasne sytuacje – seniorka zwróciła się do panów.

– To my panią zapraszamy i wszystko fundujemy – powiedział Wacek. I odmowy nie przyjmujemy.

– Zgoda,  kłócić się z wami przecież nie będę.

Wyszli z bramy w czwórkę, najpierw Edek z partnerką ubraną w letnią sukienkę i narzuconym na nią beżowym sweterkiem, a za nimi Helena   w granatowej spódnicy i niebieskiej bluzce. Wzięła pod rękę  Wacka i dziarsko pomaszerowali na przystanek przy ulicy Sienkiewicza.

Dojechali tramwajem do ronda, przeszli przez ulicę i usiedli przy stoliku.  Aldona zdjęła sweterek i przewiesiła przez oparcie krzesła. Torebkę postawiła na kolanach. Helena zaś swoją na stole.

Podeszła kelnerka z kolczykiem w nosie i wytatuowanym czarnym kotem na przedramieniu. Zamówili trzy pizze. Panie podzieliły się jedną. Na deser podano lody. Czekoladowo – waniliowe dla panów a owocowo – jogurtowe dla pań.

Jedli w ciszy, którą tylko przerywał szum pojazdów z jednej i świergot ptaków z drugiej strony.

– Słyszałam, że nie ma pani pracy – zagaiła Helena.

– Tak, punkt ksero zamknięto przez wirusa. Szef postanowił przejść na emeryturę. Sprzęt kupił jego znajomy i wywiózł poza miasto.

– A była pani w urzędzie pracy?

– Byłam ale teraz wolnych miejsc pracy nigdzie nie ma  – ze smutkiem stwierdziła kobieta.

– I co pani planuje?

– Może wejdziesz do naszej spółki – zaproponował Wacek.

– To jest bardzo dobry pomysł – stwierdziła Helena. – Póki sytuacja na rynku pracy się nie unormuje możecie razem działać. – Co o tym myślicie? – zapytała zwracając się do mężczyzn.

– Jestem za – powiedział Edek.

– No to załatwione. – A teraz inna sprawa. Ustaliliśmy, że jak mój kandydat nie wygra wyborów prezydenckich pomalujecie mi mieszkanie – przypomniała seniorka. – Chociaż moim zdaniem wyniki wyborów sfałszowano. A wiecie jakie jest jedno z haseł tych wyborów? „Jedni z domu wynoszą kulturę a inni telewizor”.

– No i nie wygrał nasz kandydat, choć wszyscy trzaskaliśmy a nie dudniliśmy. Teraz nie dostaniemy od pani po dwa piwa – powiedział Edek.

– Za to będziemy malarzami – roześmiał się Wacek. – To tak trochę jak w powiedzeniu: Zamienił stryjek siekierkę na kijek.

– Jeśli się wam tak bardzo nie chce, to przecież do niczego Was nie zmuszam – ze smutkiem powiedziała Helena.

– Ależ nie, chętnie pomalujemy i potem posprzątamy. – Pomożesz nam Aldona, dobrze? – powiedział Edek.

Aldona potaknęła przeżuwając kolejny kęs pizzy. Znała historię znajomości tych trojga i rozumiała, że to drobna przysługa wobec zasług starszej pani.

Spotkanie zakończyli długim spacerem w Parku Szczytnickim. Szli najpierw wzdłuż ulicy Kopernika, aby potem przejść przez Mickiewicza rozdzielającą dwie części parku.  Kierując się w stronę Hali Stulecia przeszli obok Ogrodu Japońskiego. Potem przysiedli na ławce przy pergoli spoglądając na małe fontanny i dzieci biegające w strumieniach wody. 

– Jak to dobrze, że ostatnio solidnie popadało, susza bardzo dała się nam we znaki – powiedziała Aldona.

– Ale i tak trzeba oszczędzać wodę – ekologicznie wtrąciła Helena.

Po odpoczynku wyszli na plac przed Halą gdzie stała Iglica.  Minęli ją oraz  Muzeum Czterech Kopuł i zakończyli spacer na przystanku tramwajowym.

– Mam już trochę dosyć – powiedziała Helena.

– Spaliliśmy już chyba wszystkie przyswojone dzisiaj kalorie – stwierdził Edek.

Gdy podjechał tramwaj numer jeden, wszyscy wsiedli zakładając maseczki na twarz. Wysiedli na przystanku przy skrzyżowaniu ulic Nowowiejskiej i Wyszyńskiego. Przeszli przez Park Tołpy.

– Pamiętacie ten dzień gdy chciałem … – zaczął Edek.

– Pamiętamy, pamiętamy – powiedzieli Helena i Wacek. – Po co do tego wracać.

– Ale ja nie wiem o co chodzi – stwierdziła Aldona.

– W domu ci powiem – uciął temat Edek.

– Odprowadźcie mnie do domu – poprosiła Helena.

– A co, źle się pani czuje? – zatroskał się Wacek.

– Nie, tylko zmęczona jestem. Edek,  ty z panią idźcie do siebie a Wacek mnie odprowadzi.

W mieszkaniu Helena zdjęła buty i nałożyła kapcie.

– Usiądź na chwilę, porozmawiamy. Jak ci się podoba Aldona?

– Według mnie jest w porządku – stwierdził Wacek.

– Też odniosłam takie wrażenie. Czy oni już mieszkają razem?

– Tak mi się zdaje ale nie pytałem. Ich sprawa.

– Masz rację. Niech im się dobrze wiedzie. We dwójkę, a właściwie we trójkę będzie im raźniej.

– Chodź o wiele ciaśniej – podsumował Wacek.

– Na to już nic nie poradzimy – powiedziała Helena. – A teraz się położę i odpocznę.

– Umówię się z Edkiem na malowanie i zadzwonię do pani, aby wszystko ustalić. To do widzenia, zamknę drzwi na klucz – pożegnał się Wacek.

Napisane 13.07.2020 r.

Wirus nowości (cz. 21)

To już 21. część mojej blogowej powieści pandemicznej. Poprzednie odcinki przeczytacie przewijając stronie. Pod każdym jest data napisania odcinka, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia.

*********************************************************************************

Wacek tego dnia wstał, nie wiadomo dlaczego,  w dobrym humorze.  Sprawdził w internecie kilkudniową prognozę pogody. Nie jedząc śniadania poszedł do Edka, aby ustalić dzień spotkania w pizzerii. Po drodze wstąpił do sklepu gdzie nabył chleb na zakwasie, masło, trochę wędliny, herbatę i żółty ser. Uznał, że z takim gościńcem Edek go nie wyrzuci.

Kumpel otworzył drzwi rozmemłany, bo wstawanie o świcie nie było jego ulubionym zajęciem. A kot miał podobne zwyczaje więc spali co najmniej do ósmej.  Gość był zdegustowany dość ale odpuścił. Daruś już konsumował swoje jedzonko a panowie przygotowali śniadanie dla siebie. Spożywając Wacek powiedział:

– Za dwa dni zapowiadają ochłodzenie, moglibyśmy wtedy we czworo pojechać na pizzę. Rozmawiałeś już ze swoją kobietą?

– Ona jeszcze nie moja.

– Dobrze, to jak ma na imię?

– Aldona.

– O, to jak z Mickiewicza.

– Jak to?

– No, z „Konrada Wallenroda”, nie czytałeś w szkole?

– Nie pamiętam.

– Poproś panią Helenę, może ma tę książkę, a jeśli nie to wypożycz z biblioteki.

– Lekturę szkolną będę czytał, zwariowałeś?

– Na uzupełnienie wykształcenia nigdy nie jest za późno.

– Nauczyciel się znalazł – powiedział Edek.

– Zapytaj swoją znajomą czy wie skąd pochodzi i w jakim utworze jest jej imię.

– Ty taki mądry, bo masz Internet.

– Nie tylko, lubię czytać, maturę mam a sklerozy jeszcze nie. Skończyliśmy jeść to idźmy do Heleny. Zaprosimy ją.

– A kto zapłaci za posiłek?

– To ustalimy z Heleną. Zadzwonię teraz do niej i zapytam czy możemy przyjść.

Po rozmowie z seniorką Wacek powiedział:

– Dopiero wstała. Poczekajmy jeszcze pół godziny.

– To wypijemy sobie po kubku kawy. Znalazłem ją koło śmietnika.

– O, nie pochwaliłeś się.

– I dzięki temu jest drobna niespodzianka.

Wypili kawę, gospodarz umył kubki, pogłaskali Pana Kota, opróżnili kuwetę, nalali do miseczki świeżej wody, zabrali śmieci i wyszli z domu.

Helena otworzyła im ubrana w kwiecistą podomkę z kory. Zaprosiła, aby weszli i zapytała:

– Napijecie się czegoś, a może zjecie?

– Nie, dziękujemy, jesteśmy po śniadaniu i kawie.

– No to widzę, że stopa życiowa wam rośnie.

– Teraz to raczej stopka ale rzeczywiście trochę się nam polepszyło.

– Zwłaszcza mnie – powiedział Edek.

– A czy ty masz jakieś dokumenty z poprzednich miejsc pracy? – zapytała Helena.

– Dlaczego? Po co?

– No do emerytury przecież.

– Chyba jestem na to za młody.

– Ale do urzędu pracy mógłbyś pójść, choćby zarejestrować się. Wtedy bezpłatnie możesz się leczyć – zasugerował Wacek.

– Macie rację. Pojadę i spróbuję coś załatwić. Ale my tu przyszliśmy w innej sprawie.

– Bardzo jestem ciekawa, bo masz jakąś dziwną minę – powiedziała Helena.

– Poznałem kobietę – wypalił Edek.

– To świetnie – stwierdziła seniorka.

– No, nie za bardzo. Bezrobotna i bezdomna jest – poinformował Wacek.

– Menelka jakaś?

– Żadna menelka! – obruszył się Edek. – Normalna kobita, tylko po przejściach. Rzeczywiście nie ma pracy i mieszka kątem u rodziny.

– No i dlatego chcieliśmy się z nią spotkać w czwórkę, żeby pani ją obejrzała i oceniła – dodał Wacek.

– Właśnie wymyśliliśmy, że pójdziemy razem na pizzę, zjemy, porozmawiamy, poznamy się.

– To kiedy planujecie?

– A za dwa dni, ma być chłodniej i  powszedni dzień tłoku więc nie będzie.

– To jesteśmy umówieni. A teraz idziemy do roboty – powiedział wstając Wacek. – Chodź Edek.

Napisane 10.07. 2020 r.

Kawiarnia pełna zwierzeń

Ferenz Malwina – Życie pełne barw. Wydawn. Czwarta Strona, Poznań 2019

WSTĘP: „Trzeba grać takimi kartami jakie ma się w rękach”

O autorce:

 Malwina Ferenz urodziła się i mieszka we Wrocławiu. Pracuje w banku. Ma trzy córki. Mają w domu prac i rybki akwariowe. Od wielu lat interesuje się astronomią i uprawia fotografię mobilną. Swoje zdjęcia magicznego Wrocławia pokazuje na wystawach. Napisała m.in. „Szpital na peryferiach”; „Miłość z odzysku”; „Na miłość boską!”; „Poranki o zapachu kawy”

O książce:

Idąc ulicą Ruską we Wrocławiu parę osób skręca na podwórko i trafia do połączenia pubu z kawiarnią o nazwie „Neon Cafe”. Tłumu tam nie ma choć to blisko Rynku. Tam „zadyszany, zabiegany, wiecznie spóźniony Wrocław” a tu cisza, spokój i ktoś kto chce słuchać.

 Życzliwy i wysoce profesjonalny barman w lot odgaduje co klient lubi najbardziej. Podaje ulubione danie oraz napój i zamienia się w słuch.

Intymny klimat sprawia, że kawiarnia staje się jakby konfesjonałem choć właściwie nikt nie czeka na rozgrzeszenie.

Opowieści snuje dziewięćdziesięciolatka Eufrozyna, policjant z komendy przy ulicy Rydygiera, motorniczy Zenon, muzyk Adam i Ukrainka Elena. Panie są seniorkami, panowie w średnim wieku.

Mamy więc opowieść o miłości od pierwszego spojrzenia na zdjęcie z zegarami. O uzależnieniu od hazardu i zgubnych tego skutkach. Ale okazuje się, że czasem nie ma tego złego co by nas nie nauczyło czegoś dobrego. Bo porządny kopniak od losu pomaga niektórym zrozumieć o co  życiu chodzi. „Pokuta to najlepsze co może człowieka spotkać”.

Jeden z klientów trafił tutaj szukając jubilera. Chce kupić żonie prezent, bo po wielu latach zaszła w ciążę. Opowieść jest dość dwuznaczna, bo spod zwykłego życia dwojga wyłazi łeb węża kuszącego Ewę nie tylko jabłkiem ale i gruszką oraz brzoskwinią.

Autorka zamieściła w dwu historiach sporo tzw. „momentów”, czyli erotyki. Taki teraz mamy literacki klimat.

Jedna opowieść powinna mi się podobać najbardziej bo jest o kocie a raczej kotce imieniem Komenda. Narrator stracił żonę a znalazł zwierzątko i to dało mu chęć do życia. Zresztą nie tylko jemu. Czyli mamy felinoterapię. Niestety autorka tak bardzo manipuluje uczuciami czytelnika, że opowieść jest łzawa jak z taniego romansidła. Szkoda.

Bohaterowie mieszkają i pracują w różnych miejscach, więc poznajemy osiedla Nadodrze, Popowice, Stare Miasto i budynek Sky Towe.

Między tymi historiami autorka umieszcza swoje rozważania dotyczące Wrocławia, ocenia jego komunikację i zabudowania jednego z osiedli. Opisuje miasto jako żywy ludzki organizm, którego sercem jest rynek. Według niej to cielsko przecięte pięcioma rzekami. Nigdy tak o moim mieście nie pomyślałam. Ale gdybym była ptakiem to kto wie… Jest w tej książce też element magiczny więc jeśli lubicie  życzliwych ludzi oraz miejsca i realizm magiczny to polecam.

Wirus sympatii (cz. 20)

To 20-ta część mojej blogowej powieści z czasów koronowirusa. Na końcu każdego odcinka podaję datę powstania, bo zamieszczam aktualne wydarzenia. Wcześniejsze można przeczytać przewijając stronę.

***************************************************************************************

Noga Heleny nadspodziewanie szybko się zrosła, co wykazało kolejne prześwietlenie.

– No, no, w tym wieku taki wynik – pokręcił głową lekarz. – Gratuluję.

Wacek wyprowadził seniorkę z przychodni.

– To może jakoś to uczcimy? – zapytał.

– A co proponujesz?

– Zaprosimy Edka i pojedziemy któregoś dnia do pizzerii przy rondzie Kochanowskiego. Słyszałem, że tam jest smaczna.

– Dobrze. Dawno tego dania nie jadłam. No i trzeba trochę zmienić otoczenie. A teraz do domu.

– „Życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę musisz być w ciągłym ruchu” podobno tak powiedział Einstein.

– No to już może nie ja, ale wy z Edkiem jesteście w pełni sił, więc ruszajcie się jak najwięcej.

Następnego dnia Wacek zadzwonił do Edka zapraszając go na pizzę.

– To się dobrze składa, bo mam wam coś bardzo ważnego do powiedzenia.

– Spotkajmy się dzisiaj na podwórku przy ulicy Orzeszkowej to mi opowiesz.

Podwórka te łączą bramy przejezdne zarówno od Orzeszkowej jak i Daszyńskiego.

Nie jest tam najgorzej ale zawsze może być lepiej. Sprawdzili całą przestrzeń, trochę posprzątali, nic nie znaleźli, więc usiedli na ławce pijąc przyniesioną z domu przegotowaną wodę. Mnożenie ilości plastikowych śmieci, dzięki Helenie, już ich nie interesowało. Nie rozmawiali w myśl powiedzenia Tove Jansson „Mówienie tak bardzo przeszkadza w myśleniu”.

– To chodźmy jeszcze na podwórko od ulicy Jedności – zaproponował Edek po dłuższej chwili. Wacek spodziewał się wprawdzie opowieści o tym co kumplowi się przydarzyło ale uznał, że ten jeszcze nie jest gotów. Musiała to być naprawdę ważna i trudna sprawa.

Przeszli ulicą Daszyńskiego i na widok kwietników –  landar wystających daleko na tę ulicę i Żeromskiego skręciło ich ze złości.

– Tyle forsy wyrzucone w błoto na te paskudy zamiast na likwidację pieców opalanych węglem i remont kamienic – powiedział Wacek.

– A urzędnicy tacy są z siebie dumni. Jakby ocalili świat przed zagładą – dodał kolega. – Wystarczyłyby przecież te małe kwietniko – ławki i co drugie drzewko posadzone przy Daszyńskiego. Już w jednym miejscu zapada się chodnik przez tę ogrodniczą atrakcję. I planują takie same cuda ustawić na ulicy Żeromskiego. Zgroza.

Przeszli na podwórko między Jedności a  Damrota. Tu było lepiej. A koło pojemnika stało plastikowe naczynie, jakby wiadro bez uchwytu a może duża doniczka. Obejrzeli ją – nie była pęknięta.

– Popatrz, mówisz i masz. Będzie na zużytą wodę do przelewania toalety – powiedział Wacek wręczając znalezisko Edkowi. – To teraz powiedz co miałeś powiedzieć.

– Ale nie tak na ulicy. Chodźmy do mnie. Daruś się ucieszy.

Przeszli ulicą Miarki, Daszyńskiego, Wyszyńskiego i przez Park Tołpy.

Już nie musieli zatykać nosów wchodząc do bramy, bo toaleta była zadbana  ale ściany klatki schodowej nadal pozostawały zarośnięte brudem, kurzem i pajęczynami. Jednak podłoga jeszcze pamiętała ich sprzątanie.

Weszli do mieszkania, które przyjemnie kontrastowało z korytarzem. Było skromną czystością i zadbaniem.

Kot wyszedł na spotkanie i ocierał się o ich nogi.

– Zawsze tak cię wita? – zapytał Wacek.

– Tak, lubi gdy wracam i jestem w domu.

– Fajny zwierzaczek.

Usiedli przy stole. Edek wyciągnął z lodówki butelkę piwa i rozlał do kubków.

– Poznałem kobietę – powiedział.

– Nooo, gdzie, kiedy, jak? – zapytał Wacek.

– A kiedyś na naszym podwórku wyrzucałem śmieci i ona szukała czegoś w pojemnikach.

– Szukała? To bezrobotna i bezdomna jakaś? Może jeszcze pije? W coś ty się wplątał?

– Nie, no rzeczywiście jest bez pracy, bo zamknęli firmę przez wirusa, mieszka kątem u rodziny. Uciekła od pijącego i bijącego męża.

– Ale ty nie wierz we wszystko co mówi. Sprawdź najpierw czy to prawda. Bo jak ona pije to i ciebie w to wciągnie wtedy przepadniesz.

– Masz rację, będę ostrożny ale ona mi się strasznie podoba.

– Widzę, że cię wzięło. To zaproś ją – pójdziemy razem z Heleną na pizzę. Przyjrzymy się jej trochę. Helena jako kobieta szybciej zorientuje się jaka to osoba.

– Dobrze, mam nadzieję, że się zgodzi.

– To ją namów. Jeśli będziecie razem to albo ją zaakceptujemy albo nie i wtedy nasze kontakty nie będą już takie dobre.

Napisane 5.07.2020 r.

Dzień seniora

Wyczytałam niedawno w Internecie, że Wrocławskie Centrum Seniora organizuje konkurs na najładniej ozdobiony parasol i najoryginalniejszą/najładniejszą maseczkę z tym, że nie musi być praktyczna. W to mi graj jeśli nie musi, bo praktycznych to uszyłam sobie kilkanaście.

Tę na konkurs wykonałam z płytki CD z filmem „Kopciuszek”, owinęłam ją kawałkiem firanki oraz dodałam dwa sznureczki. Zdjęcie zrobiłam i wysłałam pisząc, że to maseczka recyklingowo – ekologiczna, bo Kopciuszek biedna była. A, jak to często bywa, książę okazał się żebrakiem.

No i dostałam w czwartek telefon, że maseczka otrzymała wyróżnienie w konkursie. Ktoś się wykazał poczuciem humoru. 🙂 Zaproszono mnie na plac Wolności przed NFM na godz. 9,45 co dla mnie było nie do przeskoczenia, bo wstaję przeważnie o godz. 9. Ale nastawiłam budzik oraz komórkę i udało mi się zwlec o 8,30. Zdążyłam się więc umyć się, napić herbaty, zjeść wafla kukurydzianego oraz wyrzucić śmieci – nie przez okno a osobiście do właściwego kontenera.

Pogoda sprzyjała, seniorzy z zaproszeniami pobranymi wcześniej we WCS, parasolami i maseczkami, czasem zachowując dystans, zebrali się na placu. Ja zgłosiłam się do p. Marty Ł. po przepustkę, która potem na smyczy dyndała mi pod „zamotką”. Gdyby nie otrzymane wyróżnienie to bym się tam nie wybrała. Jakoś nie lubię tłumu. Spotkałam dwie znajome i jednego gadułę – dałam im zaproszenia na moje spotkanie (wystawa i wieczór autorski) w Klubie Osiedla Anna 6.X. o godz. 17 pt. „Czas nieutracony – wiosna 2020”. Zapraszam i Was.

Przy wejściu do budynku mierzono nam temperaturę a potem każdy musiał wypełnić krótką ankietę n.t. zdrowia i dwa razy się tam podpisać. Bo jeden podpis nieważny?

Byłam pierwszy raz w NFM i wg mnie gmaszysko to jest nie dość, że wielkie to i nieprzyjazne. Kojarzy mi się z piramidą, którą postawiono na cześć faraona Muzyki, a w niej wiele korytarzy, aby poszukiwacze skarbów pogubili się w ich krętości. Głównym skarbem jest tajemnica dlaczego musiała być taka wielka oraz ile to kosztowało i dlaczego tak drogo.

Żadna impreza nie może się obyć bez części oficjalnej. Prowadził ją Jerzy Skoczylas a przemawiał m.in. prezydent Jacek Sutryk. Potem były nagrody i odznaczenia dla osób zasłużonych na polu i niwie senioralnej, uściski rąk i krótkie wypowiedzi obdarowanych. Następnie wywołano na scenę osoby, które otrzymały trzy pierwsze nagrody za parasol i maseczkę. Niektórzy odbierający byli za młodzi na seniorów, chyba reprezentowali swoich podopiecznych z DPS-u.

Wyróżnionych nie zaproszono na scenę, kazano nam czekać do końca koncertu. I byłby on udany gdyby nie za głośny, a momentami nawet trio instrumentalne zagłuszało solistę. Występy zapowiadała pani M.Z. a solistów było dwoje: córka zapowiadającej i mężczyzna z głosem podobnym do Wodeckiego zaś  jeśli chodzi o fryzurę to ma wręcz odwrotnie.

Jestem raczej niemuzyczna ale przetrwałam trochę z bólem uszu z powodu decybeli.

Na dobry koniec rozdano nam wyróżnionym papierowe torby z zawartością: długopis, kubek, granatowe: portfelik, torba z tkaniny na zakupy i podkoszulek oraz pakiet 10 maseczek jednorazowych i folder reklamowy firmy Kawon z czterema ekspresowymi, ziołowymi herbatkami. Na przedmiotach oczywiście aktualne napisy: WCRS, WCS, Dni Seniora i Aktywny Senior na dużym podkoszulku.

Trochę byłam spragniona jakiegoś napitku, więc zaserwowałam sobie sok marchewkowy w galerii handlowej i przechodząc wzdłuż sklepów trafiłam na taki gdzie mogłam kupić, od dawna poszukiwaną patelnię stalową, bo ceramiczna jakoś nie za bardzo mi się sprawdza. Szczególnie jak się coś przypali. No i tych moich licznych „sukcesów” to już osobisty diabeł stróż nie wytrzymał. Chyba trochę przysnął ale obudził się i zepsuł zwrotnicę na torach dzięki czemu staliśmy w tramwaju między przystankami i staliśmy. Widziałam tylko koniuszek ogona i kopyta oraz słyszałam diabli chichot.

 Ale to nie koniec. Miałam we wtorek jechać do Famy nagrać zdanie: „Baba jak ten kot, kto pogłaszcze ten panem” do spotu na Feministyczny Festiwal Literacki „Feminatywa.” Ustaliłam godzinę 12 ale okazało się, że muszę na 10, 30 bo o 11-tej trzeba oddać kamerę. To zebrałam się w sobie i w kupę, wstałam ogarniając się szybko. Poczęstowana tam zieloną herbatą pochwaliłam się tęczową maseczką własnoręcznie uszytą. Do nagrania musiałam ją zdjąć, jaka szkoda, ha ha ha ha. Po wygłoszeniu w.w. hasełka przeczytałam kilkanaście umniejszających określeń jakie słyszą dziewczyny/kobiety odstające od wzorca wymyślonego przez mężczyzn. W nagrodę za nagranie otrzymałam 4 paczuszki chusteczek higienicznych z napisem: Na otarcie łez po patriarchacie. Chusteczki są małe jak mój żal po nim . Dogadywanie jest ważne a nie dominowanie.

Wirus ekologii (cz. 19)

To 19-ta część mojej blogowej powieści w odcinkach. Opowiada o przyjaźni oraz o radzeniu sobie z wykluczeniem i biedą ludzi po przejściach i z przeszłością. A to wszystko dzieje się na wrocławskim Ołbinie. Na końcu każdego odcinka umieszczam datę napisania tekstu, bo wplatam w akcję aktualne krajowe wydarzenia.

****************************************************************************************

Wacek przy pomocy Heleny i kuchennych narzędzi obrał warzywa, umył i poporcjował kurczaka. Skrzydełka, kręgosłup i szyję przeznaczyli do zupy, resztę do upieczenia w piekarniku wraz z ziemniakami i marchewką, selerem i cukinią. Gdy w kuchni  zaczęło już smacznie pachnieć przyszedł Edek.

– I jak, załatwiłeś coś w przychodni?

– Ale skąd! Odesłali mnie do MOPS-u. A tam usłyszałem, że pracownicy boją się wirusa, że większość z nich siedzi w domu i żebym sam się panią zajął.

– W komunie było takie powiedzenie: „Popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem”.

– A gówno! – wykrzyknęła Helena. Będę jeszcze żyła długo, aby rano się budzić z myślą, że przeżyłam jeszcze jednego skurwysyna.

– Brawo pani Heleno! – wykrzyknęli panowie.

– Ale nie możemy myśleć tylko o sobie i zapominać o naszej planecie. Już ją troszeczkę ratujecie dając drugie życie wyrzuconym przedmiotom. Mam jeszcze takie sugestie: zużytą wodą do mycia i zmywania przelewajcie toaletę.

– Ale jak? Ja mam wc na korytarzu przecież – powiedział Edek.

– Ale blisko to wylewaj zużytą wodę do wiadra i tam zanoś.

– Nie mam wiadra – wykręcał się. – No i to dodatkowa robota jest.

– Ty leniu patentowany! – zakrzyknęła seniorka. – Pracujesz może na trzy etaty a w domu żona i pięcioro dzieci czeka na ciebie? Ja mam ponad osiemdziesiąt lat i mogę dodawać sobie zajęć, żeby nie niszczyć ziemi a ty nie?

– Ale przecież obchodzę podwórka, porządkuję je. No i kot Daruś jest w domu.

– Zdrowy jesteś, nie marudź tylko stosuj się.

– Ratowanie świata jest trudne – podsumował Wacek. – A wiadro może też znajdziemy.

– Możemy przecież stosować metodę małych kroków a ty naczyń – dodała Helena. – A teraz zabieramy się do jedzenia. Acha, jeśli robicie zakupy to bierzcie tylko polskie warzywa i owoce.

Panowie tylko westchnęli ale wiedzieli, że starsza pani nie odpuści. A w ramach kary odetnie ich od pysznych obiadów.

Nazajutrz Wacek odwiedził seniorkę, aby zobaczyć jak się czuje i zapytać czy czegoś nie potrzebuje.

– Tylko wyrzuć śmieci. Wiesz,  Sandor Marai napisał: „Dopóki mamy książki nie jesteśmy sami na świecie”, więc sobie czytam. A Szymborska „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką ludzkość wymyśliła”.

W tej chwili wszedł Edek, prawie pląsając radośnie.

– A coś ty taki wesolutki? – zapytał Wacek.

– Bo obok śmietnika stał całkiem dobry rower z kartką na której napisano: dobry rower czeka na dobrego cyklistę. To wziąłem, chodź do przedpokoju to zobaczysz.

– Wprowadź go tutaj, niech i ja zobaczę – powiedziała Helena.

Rzeczywiście pojazd był w przyzwoitym stanie choć lakier tu i ówdzie odpadał.

– Świetnie. Pomalujemy go, posmarujemy co trzeba, dodamy koszyk z tyłu i nawet z kotem będziesz mógł jeździć – podsumował Wacek.

– E, nie wiem czy się nie przestraszy. Ale różne znaleziska łatwiej nam będzie we dwa rowery transportować. A propos mam dla pani kilka książek i zieloną herbatę – też z odzysku.

– No to uczcijmy to herbatą i obiadem – zaproponowała gospodyni.

– To samo co wczoraj zjemy? – pogrymasił Wacek.

– A nie, wczoraj był rosół, dzisiaj jest krupnik. A na drugie danie risotto, czyli ryż, mięsko i jarzyny razem. A jak kupicie mi małe świeże ogórki, czosnek, chrzan i koper to zakisimy ogórki – lubicie?

– Pewnie, że lubimy – zgodnie potwierdzili mężczyźni.

– Jak wyzdrowieję to upiekę ciasto drożdżowe z owocami.

– Też lubimy – zaśmiali się panowie.

Po obiedzie panowie pozmywali, zabrali woreczek ze śmieciami i pożegnali się.

Helena otworzyła leżący na komódce album ze zdjęciami. Przeglądając go pomyślała, że czas jest epidemią, zabiera nam zdrowie, urodę i tych, których kochamy.

Zamknęła album i włączyła telewizor. Akurat trafiła na wiadomości i wypowiedzi pewnego polityka. Ze smutkiem przypomniała sobie powiedzenie Oscara Wilde`a: „Czasami myślę, że Bóg tworząc człowieka przecenił swoje możliwości”.

Napisane 2/3.07.2020 r.

Rolada z owocami – przepis

Owoców ci u nas dostatek chociaż tanie nie są. Ale tanie są u nas tylko dranie :). A ja proponuję roladę z owocami, mogą być śliwki, jabłka, gruszki, borówki albo ich mieszanka. Polecam „Przepisy Joli” bo stamtąd ten pochodzi.

SKŁADNIKI:

5 jajek, 1 szklanka cukru, 1 cukier wanilinowy, 1 szklanka mąki, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, ok. pół kg śliwek lub innych owoców, cukier puder, prostokątna blaszka

Oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy na sztywno, potem dodając po łyżce cukier nadal ubijamy. Następnie dodajemy po jednym żółtku kontynuując zajęcie. Dodajemy mąkę pomieszaną z proszkiem do pieczenia i mieszamy, łyżką lub łopatką. Na blaszce kładziemy papier do pieczenia i na nim rozkładamy równomiernie owoce, np. połówki śliwek lub pokrojone inne. Na to wylewamy ciasto, aby wszystkie owoce przykryło. Pieczemy 25 minut w temperaturze 160 stopni. Po wyjęciu z piekarnika, przydadzą się kuchenne rękawice, czekamy aż trochę ostygnie. Na stole rozkładamy papier śniadaniowy lub czystą ściereczkę do naczyń i sypiemy na całość cukier puder. Delikatnie wykładamy ciasto górą na cukier. Ostrożnie zdejmujemy papier do pieczenia i posypujemy ciasto cukrem pudrem i cynamonem. Z pomocą papieru śniadaniowego lub ściereczki zwijamy ciasto w roladę. Kładziemy ją brzegiem ciasta na dół i czekamy aż ostygnie. Ciasto wychodzi biszkoptowe bo bez tłuszczu.

Na zdjęciu moje ciasto bez cukru pudru.

Wirus powyborczy (cz. 18)

To już 18-ta część mojej blogowej powieści napisanej w czasie pandemii. Na końcu każdego odcinka podaję datę powstania tekstu, bo przemycam w nim aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę.

****************************************************************

W poniedziałek po wyborach we Wrocławiu lało jak z cebra. Może przyroda tak oceniała postawę Polaków? Bo tylko w czterech województwach zachodniej Polski wygrał Rafał T.

Helena zadzwoniła do Wacka:

– Przyjdźcie do mnie zaraz.

– Coś się stało? – zapytał.

– A stało, stało. Macie pomalować moje mieszkanie.

– Przecież ma być druga tura.

– Ale nadzieje są marne więc musicie się wziąć do roboty.

– Dobrze, to zaniesiemy pismo w sprawie remontu klatki u Edka do administracji i przyjdziemy.

Seniorka posmarowała bolące kolano maścią, umyła ręce i zaparzyła świeżą herbatę liściastą.

Popatrzyła przez okno na mokre dachy, drzewa, trawę, śmieci i pojemniki.

– Jak nie susza to ulewa. Jak nie komuna to takie coś co mamy teraz. Jak żyć? – pomyślała.

Przetarła papierowym ręcznikiem zakurzony parapet. Podlała geranium i bazylię. Zdjęła z suszarki filiżanki i talerzyki, postawiła na stole razem z czajniczkiem pełnym esencji. Wygładziła obrus i usiadła przy stole wspominając wybory w czerwcu 1989 roku gdy poszła głosować ze znaczkiem „Solidarności” wpiętym w klapę żakietu. I nadzieję, że już zawsze Polską będą rządzić mądrzy ludzie.

Słysząc dzwonek podeszła do drzwi. Zahaczyła stopą o rąbek dywanu i upadła. Dzwonek dzwonił raz, drugi, trzeci i znowu. Potem telefon. Wacek otworzył drzwi swoim kluczem. Weszli obaj z Edkiem do przedpokoju i zobaczyli leżącą Helenę. Podnieśli ją ostrożnie i postawili na nogi. Starsza pani jęknęła.

– Chyba złamałam nogę – powiedziała.

– O, cholera, dzwonię na pogotowie – zdecydował Wacek. – Pani niech powie Edkowi gdzie jest jakaś torba turystyczna, żeby spakować najpotrzebniejsze rzeczy do pobytu w szpitalu.

– Ja nie chcę do szpitala. Wolę w domu.

– Każdy by wolał ale to zależy od lekarzy.

Na szczęście prześwietlenie wykazało tylko pęknięcie kości nogi bez przemieszczenia. Nogę usztywniono i panowie przywieźli  Helenę do domu.

– No to mamy kłopot – powiedziała. – Siądźcie, przynajmniej napijemy się herbaty, poczęstujcie się też biszkoptami. – Wacek idź do przychodni i zapytaj czy mogę liczyć na jakąś pomoc i opiekę.

– Jak znam naszą służbę, ha ha ha, zdrowia to wykręcą się koronowanym wirusem – stwierdził Edek. – Ale przecież my pani we wszystkim pomożemy.

– Miało być malowanie a będzie polegiwanie – podsumowała seniorka pijąc herbatę. – Wypakujcie torbę, dajcie mi piżamę, zaprowadźcie mnie do łazienki, przebiorę się, włożę podomkę i kapcie a potem pomożecie mi przejść tu z powrotem. Dobrze, że mam malutkie mieszkanie i blisko do łóżka.

– A czy ma pani coś do odgrzania na obiad? – zapytał Wacek.

– Niestety, miałam zamiar iść po zakupy, kupić kurczaka i warzywa. Ale teraz …

– Możemy zamówić jedzenie w jakiejś knajpce lub zrobić zakupy i coś pani ugotować.

–  Wolałabym to drugie, bo restauracyjne jedzenie może być niemiłą niespodzianką – powiedziała Helena. – Macie tu pieniądze, zróbcie zakupy a przedtem włączcie telewizor. Potem razem zjemy obiad. I nie będziemy rozmawiać o polityce, bo mi się zdrowie pogorszy.

 – Ach, to przez wyniki wyborów pani się przewróciła?

– Miała się przewrócić sytuacja w kraju, nie wyszło to padło na mnie – zażartowała starsza pani.

– Druga tura będzie 12 lipca. Jest nadzieja – powiedział Wacek.

– Raczej beznadzieja – podsumował Edek.

– Pomóżcie mi przejść do łazienki – poprosiła Helena. – Niezależnie od sytuacji politycznej trzeba dbać o siebie, bo na polityków nie ma co liczyć. Oprócz kurczaka i jarzyn kupcie chleb w prywatnej piekarni przy ulicy Barlickiego. Coś do chleba też poproszę – żółty i biały ser – niedużo, najwyżej po 20 deko i kiełbasę lisiecką – tyle samo. No i dwa małe naturalne jogurty – wapno mi potrzebne. Nie zapomnijcie o założeniu maseczek w sklepie i przychodni.

Panowie zostawili zaopiekowaną seniorkę i poszli na zakupy. Nabyli produkty na obiad oraz dla siebie na deser po piwku.

– To może jeszcze trochę truskawek kupimy?

– Jasne, witaminy są konieczne dla każdego chłopca i dziewczyny.

– I dla naszego tercetu. Idź do przychodni zapytać o pomoc dla Heleny a ja zaniosę zakupy i zabiorę się do gotowania obiadu. Wróć szybko  to mi pomożesz.

Napisano 29.06. 2020 r.

Wirus przedwyborczy (cz.17)

To 17-ta część opowiadająca o niemłodych mieszkańcach wrocławskiego Ołbina w czasie pandemii. Na końcu każdego tekstu podaję datę powstania odcinka, bo umieszczam w tekście aktualne zdarzenia. Miłego towarzyszenia moim bohaterom życzę :). Poprzednie części można przeczytać przewijając stronę.

**************************************************************

Nazajutrz Helena zadzwoniła do Edka, zapraszając, aby wraz z Wackiem przyszli do niej na podwieczorek.

Przyszli razem niosąc dużą donicę z dieffenbachią.

– Ktoś ją wyrzucił, może pani przytuli bidulkę?

– A chętnie. Ale czy wiecie jakie ma wymagania?

– Sprawdziłem w Internecie – powiedział Wacek. – Lubi jasne miejsca ale nie za bardzo słoneczne. Latem trzeba ją podlewać dwa razy w tygodniu, zimą raz. Nie można zostawiać wody na podstawce. I trzeba od czasu do czasu odkurzać liście.

– Dziękuję wam bardzo, chłopcy. Siadajcie. Wacek nalej herbaty do dzbanka a potem do filiżanek, które kiedyś znaleźliście obok śmietnika.  Mają  taki delikatny deseń w  kwiatki. I akurat są trzy. Edek pokrój ciasto i ułóż na dużym talerzu – powiedziała Helena rozkładając talerzyki, łyżeczki i serwetki. – Oczywiście wiecie jakie ważne wydarzenie nas czeka? – zapytała.

– Pani imieniny czy urodziny? – zapytał Wacek.

– Człowieku, ocknij się! Larum grają!

– Jakie larum? I w ogóle co to jest ten larum? – zapytał Edek.

– No, kochany, widzę, że masz zaległości w czytaniu.

Helena wstała i wyciągnęła z półki „Pana Wołodyjowskiego”.

– Masz, przeczytaj koniecznie – powiedziała wręczając książkę.

– Eeee, taka gruba – skrzywił się Edek.

– Ciesz się, że to nie „Ogniem i mieczem” – powiedział Wacek. – Swoją drogą powinieneś od tego zacząć. Akurat pada, pracować nie możemy, możesz czytać. Kot się ucieszy, że jesteś w domu. A propos, jak on się ma?

– Jak król, oczywiście. Siedzi, leży lub wylizuje się na tym fotelu, który przytaszczyliśmy  z podwórka. Wytrzepałem go, fotel oczywiście, no i ma swoje ulubione miejsce.

– Siadajcie, zajadajcie i wracając do mojego pytania, miałam na myśli wybory. Naturalnie idziecie spełnić obywatelski obowiązek? – powiedziała seniorka.

– Eeee, to chyba nie ma sensu. I tak to nic nie zmieni – powiedział Edek.

– Chyba cię trzasnę – zamachnął się Wacek.

– No, co? – obruszył się kolega. Mogą przecież sfałszować wyniki.

– Pewnie, najlepiej nic nie robić a potem mieć pretensję do innych – stwierdziła Helena. – Już ja was przypilnuję, żebyście obaj poszli. Głosujemy w tym samym miejscu to się nie wykręcisz Eduś. Macie się elegancko ubrać, zagłosować a potem obiad u mnie. Będzie piwko – obiecała.

– I to jest argument – zaśmiał się Edek całując Helenę w rękę.

– Tylko nie wiem na kogo głosować – zmartwił się.

– Podoba ci się to co obecna władza robi? – zapytał Wacek.

– No, nie bardzo.

– To głosuj na kogoś innego.

– Ale na kogo?

– Pójdziemy do mnie to ci w Internecie pokażę wystąpienia wszystkich kandydatów  i sobie wybierzesz. Jest ich jedenastu ale największe szanse mają: Rafał T., Robert B., Szymon H. i może Władek K-K. Obecnego prezydenta nie biorę pod uwagę.

– Mnie też się on nie podoba – stwierdziła Helena.

– Mówią o nim „długopis” – zaśmiał się Wacek. – Czego to ludzie nie zrobią dla kasy, bo przecież władzy to on nie ma żadnej, jest tylko posłusznym wykonawcą poleceń prezesa. Jego żona jest jak mumia.  A córka uciekła za granicę.

– Ciekawe dlaczego prezes nie kandyduje  – spytał Edek.

– Jego brat był prezydentem zarówno Warszawy jak i Polski, zginął w katastrofie samolotu w Smoleńsku. Trudno z tym konkurować. Poza tym wygodnie jest rządzić nie ponosząc odpowiedzialności – podsumowała Helena.

– A jakie są prezydenta uprawnienia i obowiązki? – zapytał Edek. – Ma w ogóle na coś wpływ czy tylko reprezentuje i przecina wstęgi?

– To też znajdziemy w Internecie – powiedział Wacek dolewając sobie herbaty z dużego fajansowego czajnika. – Czy ten czajnik to też znalezisko?

– A, nie, kupiłam go w sklepie dobroczynnym, który jest niedaleko. Spodobał mi się wzór na nim. Pasuje do filiżanek – prawda?

– Odwrotnie niż nasz prezydent do swojego urzędu, ha, ha, ha – złośliwie zaśmiał się Wacek.

– Jeśli wygra mój kandydat stawiam wam po dwa piwa – zadeklarowała Helena.

– A jeśli przegra? – zapytał Wacek.

– To pomalujecie mi całe mieszkanie, łącznie ze stolarką. A potem wszystko dokładnie posprzątacie – powiedziała seniorka.

– O cholera! – zakrzyknęli mężczyźni. – Ale dlaczego mamy to zrobić, przecież to nie będzie nasza wina.

– Bo chcę, aby chociaż w moim mieszkaniu był porządek – stwierdziła starsza pani.

– To a propos porządku może wreszcie napiszemy podanie do administracji w sprawie remontu naszej klatki schodowej – zaproponował Edek.

– Masz rację. Pani Heleno proszę o kartkę i długopis, trzeba wreszcie to załatwić – zdecydował Wacek.

Napisane 24. 06. 2020 r.

Wirus codzienności (cz.16)

To 16 część wirusowej opowieści/powieści blogowej. cz. 1 – Wirus wszędzie; 2 – W. osobisty; 3 – W. nie odpuszcza; 4 – Wirusowe zawirowania; 5 W. świru;s 6 – W. na Ołbinie; 7 – W. niebanalny; 8 – W. przyjaźni 9 – W. nadziei; 10 W. zaradności; 11 – W. polityki; 12 – W. czystości; 13 – W. kultury; 14 – W. zagrożenia; 15 – W. kucharzenia

****************************************************************************

Po powrocie ze spaceru Helena poprosiła, aby panowie po umyciu rąk zrobili jej i sobie herbatę.

– Trochę się zmęczyłam – powiedziała wychodząc z łazienki. Wypiła powoli kilka łyków napoju.

– Masz tu Wacek moje zapasowe klucze – powiedziała wyciągając je z szuflady komódki. – Zawsze będziesz mógł sprawdzić co się ze mną dzieje gdybym nie odbierała telefonu.

– To bardzo dobrze, w razie czego nie będę się martwił tylko przyjdę. – Chodźmy Edek, pani Helena sobie odpocznie.

– A weźcie sobie bigosu i zupy – powiedziała seniorka. – Słoiki są w dolnej szafce. Resztę przełóżcie do mniejszych garnków i wstawcie do lodówki. Jakbyście jeszcze umyli puste garnki i kubki po sobie byłabym szczęśliwa.

– Oczywiście, zrobimy to.

– A potem zamknijcie za sobą drzwi. I pamiętajcie o maseczkach w miejscach publicznych.

Panowie wykonawszy polecenia wyszli zamykając drzwi na klucz.

Helena wyjęła z kryształowej miseczki landrynkę, rozwinęła papierek i włożyła sobie do ust. Popiła herbatą.

– Forrest Gump powiedział, że życie jest jak czekoladka w pudełku, nigdy nie wiadomo jaką wyciągniesz. A moje landrynki są zawsze takie same. Muszę kupić jakieś inne – pomyślała i bez rozbierania położyła się na łóżku.

Obudziła się zdezorientowana. Spojrzała na budzik – była siódma wieczorem. Włączyła radio i w wiadomościach wrocławskiej rozgłośni usłyszała, że koronowirusem zaraził się ksiądz z kościoła przy ul. Wittiga. I, że mieszkańcy tego osiedla powinni być szczególnie ostrożni.

– Nikogo nie oszczędza – mruknęła do siebie. – Jak znam ludzi to tylko garstka będzie ostrożna.

Przeszła do kuchni i napiła się przegotowanej wody. Ze stosu znalezionych na śmietniku książek wzięła jedną, usiadła w fotelu i zaczęła czytać.

I nagle płynęła nad dachami osiedla zaglądając ludziom do okien. Zobaczyła, że Edek głaszcze kota i czyta kryminał.  Wacek surfuje w Internecie a  kobieta w czerwonej kurtce wyprowadza na spacer swojego wielorasowca.  Dołączył do niej mężczyzna z białym pudlem ubrany w tiszert z napisem „konstytucja”. Ekspedientki z warzywniaka zanosiły wystawiony towar do sklepu a młoda matka z dwójką maluchów  przechodziła na pasach. Młodzieniec ze słuchawkami w uszach ogłuszał się muzyką i ledwo zdążył uciec przed autem przejeżdżającym na czerwonym świetle.

– Lubię to nasze osiedle – pomyślała seniorka i obudziła się.

Zdjęła okulary i wraz z książką położyła je na stole. Popatrzyła na zegarek i uznała, że czas na sen.

„Śmiech, sen i nadzieja to trzy rzeczy nam dane po to, aby osłodzić przykrości życia” napisała Maria Dąbrowska.

Następnego dnia słońce zaglądające w jej okno powiedziało: wyjdź z domu, czekam na ciebie i starsza pani posłuchała. Zawiązała woreczki z posegregowanymi śmieciami i wyszła z budynku.

– Znowu mamy kałuże obok śmietnika, zawsze tak jest po deszczu. Nie pomaga sypanie żwiru czy gruzu. Zapadnia tam jest czy co? – A może ktoś lub coś ryje pod nami? Lub znowu ktoś knuje w podziemiu.

Ominęła wodę i wrzuciła śmieci do odpowiednich pojemników. Jak zwykle rozejrzała się, czy ktoś nie pozbył się czegoś dobrego. Podniosła małą poduszkę, której żakardowa powłoczka miała bożonarodzeniowe motywy.

– Ktoś znielubił święta – pomyślała pakując poduszkę do torby.

Przeszła przez Skwer Edyty Stein do ulicy Nowowiejskiej i skręciła w ulicę Żeromskiego. Tam skierowała się w przestrzeń obok nowego budynku wybudowanego na miejscu kina „Polonia”. Przypomniała sobie czas gdy chodziła tam na filmowe Konfrontacje, czyli pokazy premier polskich i zagranicznych.

Na ugorze po zlikwidowanym warsztacie samochodowym zerwała parę chabrów. Rosły tam też maki ale wiedziała, że nie przetrwają w wazonie.

– Tu powinna być piękna łąka lub choćby skwerek z ławkami tak jak niedaleko przy ulicy Barlickiego – pomyślała. I roześmiała się na wspomnienie prezydenckich obietnic „oczko wodne dla każdego”.

– I gdzie ja sobie to oczko zainstaluję? W piwnicy?  Bardziej by się tu przydał skwerek i mała fontanna, mieszkańcy na pewno by się ucieszyli, szczególnie w czasie upałów. A tak to seniorom zostają tylko nocniki.

Przeszła na ulicę Orzeszkowej do apteki obok przychodni. Zrealizowała receptę i schodząc po schodach przypomniała sobie, że miała zamiar iść do sklepu o nazwie „Kolor Zielony” przy ul. Jedności Narodowej.

Na przystanku przy Nowowiejskiej tuż przy przychodni kardiologicznej wsiadła do tramwaju linii zero „0” i podjechała do miejsca gdzie zbiegały się ulice Poniatowskiego i Jedności Narodowej. Ze stojącej tam toalety nie skorzystała. Na wystawie sklepu z tkaninami zobaczyła maseczki za dwanaście złotych i dziewięćdziesiąt groszy.

– No, to już przesada – pomyślała. – Przecież to tylko kawałek materiału i gumka. W innych miejscach kosztują pięć, sześć najwyżej siedem złotych. A ja kilka uszyłam sobie ręcznie ze starej bluzki.

Minęła cukiernię „Warszawską” i mając po prawej stronie kościół zwany „okrąglakiem” (p.w. Opieki św. Józefa) weszła do sklepu.

Na regale „daj-weź” położyła parę swoich drobiazgów i przejrzała pobieżnie to co tam leżało. Wybrała mały wazonik w japońskie wzory i przeszła się po sklepie oglądając ofertę. Zaciekawił ja szampon w kostce. Wybrała pasujący do jej włosów, zapłaciła i zadowolona wróciła do domu ulicą Oleśnicką.

Wypakowała leki i wazonik do którego wstawiła zerwane kwiatki. Umyła ręce i zrobiła sobie herbatę. Otworzyła okno i z ulgą usiadła. Para gołębi przyfrunęła na zewnętrzny parapet.

– Miło pić dobrą herbatę w dobrym towarzystwie – pomyślała.

Napisane 10.06. 2020 r.