Dziećmi nikt się nie przejmował

(taki reportaż o mojej sąsiadce napisałam jako pracę w ramach „Pracowni Opowieści” latem 2013 roku)

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia: trochę zupy albo małą kromkę chleba, czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu. Po tym co tam przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Podróż? Pamiętam smak i zapach spalenizny. Znad lokomotywy unosił się dym. Nawet woda, jaką nam dawano do picia, smakowała węglem.

W wagonie były tylko prycze. I otwór w podłodze – do załatwiania się. Dorośli zasłonili go kocami.

Mało pamiętam. Był luty 1940 roku. Miałam cztery lata i zaraz po wejściu do wagonu zachorowałam.

Nastawię wodę na herbatę. Opowiedzieć od początku?

Tatuś pracował w Stanach, wrócił do Polski i kupił ziemię w województwie tarnopolskim. Mieszkaliśmy na osiedlu Trybuchów. Dom miał trzy pokoje, dużą kuchnię i spiżarnię. Z podwórza wchodziło się do sieni, stamtąd do pozostałych pomieszczeń.

W kuchni stał duży stół, przyjmowano przy nim gości. A każdy z domowników miał własny kubek.

Rodzice – Władysław i Maria – byli bardzo gościnni, w domu było gwarno i wesoło. Nie wiem, o czym się wtedy mówiło, bo dzieci zawsze były odsyłane do innych pomieszczeń.

Mama pięknie wyszywała, pewnie po niej to odziedziczyłam. Prowadziła gospodarstwo, szyła na maszynie i dużo czytała.  Zawsze miałam ubrania w jasnych kolorach – czerwonym, niebieskim, białym.

Bardzo lubiłam psy i koty. Spałam z nimi. Głośno płakałam, jeśli nie znalazłam ich w łóżeczku. Najgorzej było, gdy zginął mój ukochany piesek. Tak rozpaczałam, że tatuś przyniósł mi nowego. Bardzo mnie kochał i na wszystko pozwalał.

Mama przed wybuchem II wojny światowej przeziębiła grypę i umarła. W rok po niej tatuś.  Nie wiem dlaczego. Pamiętam tylko trumny wynoszone z domu.

Zostaliśmy sami – ja i mój brat Władek, starszy ode mnie o dziesięć lat. Wtedy zamieszkali z nami wujostwo i ich dwie córeczki – Zosia i Lucynka, jedna o rok starsza ode mnie, druga w moim wieku. Miałam się z kim bawić. Ale w domu już nie było tak wesoło. Goście przestali tłumnie przychodzić.

Jesienią 1939 roku w biały dzień przyszli Rosjanie z Ukraińcami. Zabrali krowy, konie, świnie. Mieliśmy pięknego, bielusieńkiego konia. Sowieci zabrali go z innymi zwierzętami. Szybko zwrócili, bo kogoś kopnął. Przynajmniej on się za nas zemścił.

 Potem oddali krowę, pewnie wujek ją wyprosił dla dzieci.

Dziesiątego lutego 1940 roku o czwartej nad ranem obudziło nas walenie do drzwi i rosyjskie okrzyki, żebyśmy otworzyli. Sowieci dali nam piętnaście minut na pakowanie. My, dziewczynki stałyśmy jak wryte z okrągłymi z przerażenia oczami. 

Wsadzili nas na sanie i zawieźli do pociągu. Jechaliśmy nim miesiąc, ja ciągle chora leżałam na pryczy.

W Krasnojarsku czekała nas przesiadka na sanie. Popatrz na mapę – to tu, nad Jenisiejem. Boże, jak to daleko! Od Tarnopola prawie 5 000 kilometrów.

Znowu długo jechaliśmy – zapamiętałam ogromny most. Zawieziono nas w tajgę. Stał tam jeden duży barak, w którym mieszkało mnóstwo Polaków. Spaliśmy na pryczach. Do ogrzewania i gotowania były dwa duże żeliwne piece.

Tam wujostwo od razu się od nas, ode mnie i brata, odseparowali. Żeby nie dzielić się jedzeniem. Z ich rodziny przeżyła tylko Lucyna. Musieliśmy sami sobie z bratem radzić.

Na dworze było mnóstwo śniegu. Ludzie się w nim zapadali. Zima na Syberii trwała dziewięć miesięcy. Latem było łatwiej – w lesie zbieraliśmy grzyby, czarne jagody, porzeczki. Zesłańcy uprawiali warzywa – ziemniaki, kapustę, marchew, brukiew, ogórki – gotowali z tego zupę.

Mam placki ziemniaczane. Ile zjesz?

Na przednówku głodowaliśmy. Zbierało się lebiodę, pokrzywę, byle tylko coś zjeść.

Ciągle chorowałam.

Mieszkaliśmy tam trzy miesiące, potem przewieźli nas w miejsce, gdzie stało pięć baraków. Mieszkali w nich nie tylko Polacy. Dorośli, kobiety i mężczyźni, chodzili do pracy, spławiali drewno do tartaków w Archangielsku.

„Rasija kak tiebie zwat`/ Kakaja ty krasiwa/ Job twoju mat`” powtarzali pod nosem zesłańcy. I jeszcze: „Kto nie rabotajet, nie kuszajet”. A ja nie mogłam nic jeść. Wszystko mi śmierdziało dymem z lokomotywy. Tylko wędzoną rybę byłam w stanie przełknąć, co uratowało mnie od śmierci głodowej.

Wreszcie zawieziono mnie do izby przyjęć, 60 kilometrów od baraków. Do nieustalonej choroby dołączył się straszny ból oczu. Leżałam na brzuchu, twarzą w poduszce i krzyczałam z bólu. Groziła mi ślepota, mieli nawet operować mi oczy. Serdecznie zajęła się mną rosyjska sanitariuszka. Nareszcie miałam co jeść. Pamiętam zupę mleczną.

Po dwóch miesiącach przewieziono mnie do dużego szpitala w Abanie. W końcu mnie wyleczono. Dawano mi trzy razy dziennie po łyżce tranu. Do dzisiaj nie lubię ryb.

W tym szpitalu leżałam półtora roku – wszyscy wiedzieli, że nie mam opiekunów. Poza tym byłam jedynym dzieckiem w całym szpitalu. Rozpuścili mnie, wszędzie mi wolno było wejść. Lekarz, też zesłaniec, który mówił do mnie: „pasmatri pad paduszku” – zostawiał dla mnie pralinki. A pacjentki Rosjanki dokarmiały mnie, bo szpitalne jedzenie to była postna zupa kapuściana i kromeczka chleba, przez którą widać było Moskwę.

Pod koniec mojego pobytu zaczęto do szpitala zwozić mężczyzn po wypadkach przy spławianiu drewna. Okropnie wyglądali, nie mogłam na to patrzeć. A kiedy Niemcy napadli na Sowietów, zabrano lekarzy na front. A ja zaczęłam się domagać, że chcę do swoich. I wróciłam do baraków nad rzeką.

Po pobycie w szpitalu mówiłam dobrze po rosyjsku i ludzie powiedzieli, że poszła Polka, a wróciła Ruska. W dodatku chodziłam do rosyjskiego przedszkola. Ale najważniejsze było dla mnie, że dwa razy dziennie dawali jeść – najczęściej zupę ze zmarzniętych ziemniaków, kapusty i marchwi.

Ugotowałam fasolkę, zjesz trochę? Polać ci masłem? Posypać z tartą bułką?

W przedszkolu byłam trzy, może cztery miesiące. Potem zrobił mi się ropień w pachwinie i dostałam malarii. Kazali mi wracać do baraku. Sama poszłam, na szczęście było niedaleko. Dziećmi nikt się nie przejmował.

Żeby nie umrzeć z głodu, chodziłam do wsi i zawsze ktoś mi dał coś do jedzenia. Nie żebrałam. Dostawałam trochę zupy, małą kromkę chleba czy gotowane ziemniaki. W końcu przyzwyczaiłam się do głodu.

W baraku nikt się mną nie zajmował, tylko raz dostałam od kogoś kawałeczek chleba. Ludzie nie mogli nic dać, bo sami nic nie mieli. Wszystko zamieniali na jedzenie. Nie było się czym przykryć, chyba tylko wszami.

Czasem sama sobie prałam ubranie – tylko w wodzie, nie miałam mydła. Byłam głodna, obszarpana i cuchnąca.

Znów dostałam malarii. Zabrali mnie do szpitala do Abanu. Po czterech miesiącach wróciłam do baraku.

Potem zawieźli nas do kołchozu „Woskriesienie” (Zmartwychwstanie) 25 kilometrów od Abanu. Tam pracowali mój brat i kuzynka. Było już co jeść, bo można było coś ukraść. Kołchoźnicy pokazali nam, jak to robić na polach. Oni mieli swoje działki, na których uprawiali warzywa, hodowali kury, to sami kraść nie musieli. Najgorzej było zimą. Chodziliśmy na pole, zbieraliśmy tam przemarznięte ziemniaki, ucieraliśmy, mieszaliśmy z odrobiną mąki i piekliśmy placki ziemniaczane.

Po jakimś czasie zaczęły przychodzić paczki z UNRR-y. Po drodze były rozkradane, do nas docierały resztki. Pamiętam ryż i mleko z puszki. Jakie to było pyszne! W życiu nic lepszego nie jadłam. A kiedyś przyszły ubrania. Dostałam sukienkę w czerwono-niebieską krateczkę z okrągłym kołnierzykiem i sweterek. To był luksus – żeby mieć się w co ubrać, ludzie tkali na krosnach. Potem brało się kawał materiału, wycinało otwór na głowę, przepasywało sznurkiem.

Dzieci w kołchozie nie pracowały, spędzały czas na zabawach. Graliśmy w palanta, berka, klasy. Zabawek nie było.

W końcu trzeba było mnie ubrać i posłać do szkoły, więc trafiłam do rozdzielczego domu dziecka w Kańsku, 240 km na wschód od Krasnojarska. Któregoś dnia przyjechała Wanda Wasilewska – zapamiętałam ją wysoką, szczupłą i pięknie ubraną w niebieski kostiumik. Wasilewska zabierała z rosyjskich domów polskie dzieci i zawoziła do polskich.

Z Krasnojarska wyruszyło nas sześcioro – normalnym pasażerskim pociągiem pojechaliśmy do Jerby. Miejscowość była położona nad górskim potokiem. Jezu, jakie tam piękne kwiaty rosły – podobne do piwonii, tylko w różnych kolorach. Przechodziłam w bród przez potok, żeby popatrzeć na nie.

Pracowaliśmy w ogrodzie należącym do naszego domu dziecka, żeby mieć własne warzywa. Na drzewa owocowe było za zimno. Zimą przemrożone ziemniaki, marchew i kapusta leżały na podwórzu. Kradliśmy marchew i jedliśmy pod kocem w łóżku, żeby nam nikt nie zabrał.

Tam mieszkałam cztery miesiące, chodziłam do pierwszej klasy. Było nas jednak za dużo i niektóre dzieci, w tym mnie, przewieziono do polskiego domu dziecka w Porogu. Nie ma już tej miejscowości, zrobili na rzece wielką elektrownię wodną i ją zalali. Ślad po nas nie został.

W tym domu było nas sto dwadzieścioro, chłopców i dziewcząt. Jeśli ktoś skończył 18 lat zostawiano go tam jako pracownika. W szkole uczyły nas starsze koleżanki. Chłopcy zajmowali się końmi i cięższymi pracami.

Chodziłam do szkoły i pracowałam w kołchozie, tak jak wszyscy, nawet wychowawcy. Wykopywaliśmy ziemniaki, plewiliśmy – tak zarabialiśmy na utrzymanie.

W budynku było bardzo zimno, silne wiatry wywiewały ciepło. Wtedy spałyśmy po kilka w jednym łóżku, aby się ogrzać. Raz w tygodniu chłopcy palili w łaźni nad rzeką i wszyscy się kąpaliśmy.

Ubrania mieliśmy z UNRR-y. Takie fajne kurteczki pamiętam, niebieskie zapinane na guziki. Przysyłano konserwy, mięsne i sojowe, fasolę. Dodawano je do zupy. Kiedyś trafiły się puszki z fasolą śmierdzącą naftą. Nie było nic innego, więc tym nas nakarmiono. Ależ dzieci po tym chorowały! Ja odmówiłam i dzięki temu ominęły mnie  biegunka i wymioty. Bardzo rzadko, ale trafiały się też ciastka i czekoladki. Od czasu tych pralinek ze szpitala w Abanie nie miałam nic słodkiego w ustach.

Ukroić ci kawałek ciasta? Mam szarlotkę, koleżanka mi przyniosła

Dziewięć miesięcy po wojnie, 25 marca 1946 roku musieliśmy oddać ubrania i wszystkie polskie książki. W zamian dostaliśmy jakieś łachy, po czym zapakowano nas na ciężarówki i zawieziono do Krasnojarska.

Mieszkańcy Poroga żegnali nas wzruszeni, bo bali się, że będziemy ich okradać, tak jak to robiły rosyjskie dzieci. „Polskie dzieci nie kradną” powiedział im na początku nasz dyrektor.

Z Krasnojarska trafiliśmy do Polski. Tam rozwieziono nas po różnych domach dziecka, żebyśmy w dużej grupie nie wspominali zesłania. Część zostawiono w Łodzi, Kłodzku. Ja z paroma koleżankami od maja do sierpnia 1946 roku byłam w Bardzie Śląskim, w internacie prowadzonym przez zakonnice. Przed wojną to była szkoła. Bardzo duży budynek, nazywał się „Jutrzenka”. Mieszkałyśmy po 5-7 na sali, a nie jak poprzednio w dużych grupach. Tam zakonnice wyleczyły mi nogi, bo całe były w strupach.

Od września 1946 do 1952 roku byłam w domu dziecka w Ząbkowicach. Tylko z trzema koleżankami stamtąd mam kontakt. Nigdy nie wspominamy zesłania, raczej pobyt w polskich domach dziecka.

Po tym co przeszłam, to w Polsce wszędzie był raj.

Posłano mnie do zawodowej szkoły krawieckiej. Wolę wyszywać, ale dzięki tej szkole umiałam sobie coś uszyć. Jednak maszynę do szycia kupiłam dopiero w latach 80-tych XX wieku. Przedtem obszywała mnie koleżanka. Już nie żyje.

Po szkole miałam 20 lat i zostałam wychowawczynią w prewentorium. To takie trzymiesięczne sanatorium dla dzieci. Na początek dano mi prawie dorosłych nastolatków myśląc, że sobie nie dam rady. A ja dogadałam się z nimi: powiedziałam, że jak będą mnie słuchać, to ja ich też. I spełnię to, co tylko będę mogła.

Przepracowałam tam cztery lata.

W 1956 roku z koleżanką pojechałam do Wrocławia. Chciałam mieć zawód, który bym lubiła i dlatego poszłam do dwuletniej szkoły pielęgniarskiej, przy ulicy Bartla.

Po jej skończeniu wszystkie absolwentki wysłano do sanatorium w Trzebnicy. Przez rok opiekowałyśmy się maleńkimi dziećmi (od 8 miesięcy do półtora roku), które były po chorobie Heinego-Medina.

Wróciłam do Wrocławia i tu pracowałam w różnych szpitalach do emerytury.

Pewnie, że byłam zakochana. Miałam 16 lat. Ale miłość się skończyła, kiedy on poszedł do wojska i mnie zdradzał. To po co mi taki? Nie, nie żałuję, że nie wyszłam za mąż. Pewnie tak miało być. Teraz jest mi bardzo dobrze. Mam dużo znajomych, ludzie się mną interesują.

Wtedy, jako młoda dziewczyna, byłam wstydliwa, nieśmiała i zakompleksiona. Nie miałam w co się ubrać, w ogóle niczego nie miałam. Pewności siebie nabrałam dopiero gdy zaczęłam podróżować.

To było w 1975 roku. Na oddziale kobiety bardzo się kłóciły i taka fajna pani ordynator powiedziała, że szkoda mnie dla nich i powinnam sobie gdzieś pojechać, odpocząć. Ze Sport-Turistem pojechałam do Hiszpanii, widziałam corridę. Myślałam, że to męczenie zwierząt, ale tam jest piękny taniec torreadorów. W czasie wbijania szpad w byka zamykałam oczy.

A 14 sierpnia jadę na Madagaskar. I co z tego, że mam 76 lat? Mówisz, że jeszcze tam mnie nie było? Właśnie dlatego! Kupiłam sobie kijki do chodzenia, czapeczkę i środek przeciw komarom. Jak siedzę długo w domu, to sufit mi się wali na głowę.

Upalne miasto 205

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

************************************************************

Piątek 14.08.26

CAŁKOWITA PRZEPROWADZKA –wszystkie meble i bambetle.  Panowie wszystko znosili z czwartego piętra. Na szczęście na większe sztuki mieli sprytny, prawie samo jeżdżący po schodach, wózek. Nie musieli taszczyć pralki, lodówki i tapczanu a i tak dopytywali o warunki dostawy na nowym miejscu. Winda ich ucieszyła a na korytarz mieli dwie platformy na kółkach.

 Zajęło wszystko cztery godziny. Jestem wykończona choć niby tylko pozamiatałam podłogę i powycierałam meble z kurzu.

Jutro i w niedzielę ma być dziki upał to nie będę wychodzić na zewnątrz tylko poszaleję we wnętrzu. Jeden z panów stwierdził: ale będzie rozpakowywania.

Niedziela

Przez pięć godzin od 7,30 rozpakowywałam wory i parę paczek  rozmieszczając  zawartość na półkach i dziwiąc się hałasowi jaki robią samoloty. Nie włączyłam telewizora, radio gra cichutko. Później do mnie dotarło co to za święto. Ale po w.w. czasie i zjedzeniu obiadu padłam jak kawka.

Sprawdziłam – w tym powiedzeniu o kawce pierwotnie wcale nie chodziło o ptaka tylko o panienki negocjowanego afektu. Tyz piknie.

Tak byłam zajęta a potem zmęczona, że nie dałam nowego wpisu na blogu. Nikt nie zauważył.

Poniedziałek

Pojechałam na poprzednie miejsce zamieszkania. Na jutro jestem umówiona z pośredniczką to dziś umyłam podłogi, wannę, blat kuchenki i zlewozmywak, żeby w.w. nie padła na zawał widząc ściany w pokoju. No, tam wszystkie ściany i sufity piękne są niesłychanie, akurat nadają się do kręcenia horroru,  może to jest pomysł na zarobek? A ja w charakterze białej damy lub zombie.

I nie jest tak że nie dbałam o chatę tylko się wylegiwałam.

Przez 40 lat wymieniłam lub nowe na zamówienie dodałam:  

kuchenkę gazową, okno, drzwi do łazienki na harmonijkowe, szafkę kuchenną  wiszącą trzyczęściową i  podzlewową, zlew, oba krany (łazienka i kuchnia), sedes i dolnopłuk, pawlacz i stolik opuszczany w kuchni, pawlacz w przedpokoju, oklejenie tapetą samoprzylepną drzwi szafy wnękowej (wysokiej do sufitu) i  2 szafek licznikowych oraz jednej pod nimi, tapeta i pas kafelków w łazience, także tam nowa lampa, linoleum (parkiet jest tylko w pokoju) w kuchni i przedpokoju. Sama kilkakrotnie pomalowałam ściany w przedpokoju i sufity mniejszych pomieszczeń. Aby całkowicie pomalować czy nawet wyremontować (niefunkcjonalne umieszczenie kontaktów, stosowałam 4 przedłużacze) mieszkanie musiałabym wyprowadzić się na co najmniej miesiąc. A nie miałam dokąd.

Zdążyłam do domu przed burzą – trochę grzmotów i dość obfity deszcz. Sądzę jednak, że to była kropla w morzu potrzeb przyrody.

WTOREK

Ależ miałam koszmarny wieczór i noc. Jakieś jedzenie mnie zatruło a że spożyłam kilka produktów to nie wiem co tak mi dokopało. Długo okupowałam łazienkę, jedynym jeńcem byłam ja sama. Podwójna smecta późno zadziałała. Co się namęczyłam to moje. Mój diabeł stróż w szale radości, że mi dokopał.

A to nie koniec – nad ranem około piątej obudziłam się i nie mogłam zasnąć, bo miałam wrażenie, że meblom nie podoba się nowe miejsce i postanowiły wyjść z mieszkania. Stukały i pukały z małymi przerwami. Nie umiałam się wyłączyć postanowiłam radio włączyć. Nic nie pomogło. Już miałam wstać i poszukać tego złośliwego stukacza gdy, w końcu, uświadomiłam sobie, że to deszcz bije o zewnętrzny parapet.

 Budynek jest z 2017 roku, materiały z jakich go wykonano jakieś takie, że stuki przenoszą się doskonale. Nie wiem co jest na przykład pod panelami ale gdy coś upuszczę na podłogę hałas jest dość duży, co mnie nie przestaje dziwić i zaskakiwać.

A jak hałasują lwy dowiecie się z poniższego tekstu zamieszczonego na FB profilu  „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

LEW

Dziewczyny wolą brunetów. Nawet nie próbujcie z tym dyskutować. Na dowód mam przykład zupełnie niezwiązanego z nami gatunku, więc to musi być prawda. Im ciemniejszą i bujniejszą zaczesę ma Panlew, tym panie bardziej na niego lecą.

Lew wcale nie jest leniwy – on oszczędza energię. Co prawda najczęściej na polowanie rusza lwica, ale bycie w gotowości też potrafi wyczerpać i tak to było, Wysoki Sądzie. Jak to rozwód z orzeczeniem winy?

Lwice odpowiadają za jakieś 85–90% wszystkich polowań, ale to samiec zawsze je pierwszy. Potrafi wciągnąć 40 kilo mięsa od jednego lwiosiedzenia. Kiedy kończy, jest tak obżarty, że ledwo się rusza i przesypia kilka dni cięgiem.

Samiec rusza na polowanie tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia albo zwierzyna jest naprawdę duża. Na przykład kiedy chce sobie zeżreć żyrafę. Polowanie na sawannowe lizacze chmur należy do bardzo niebezpiecznych zajęć, bo można zarobić od nich z kopyta.

Panowie polują również wtedy, kiedy wylecą ze stada. Dzieje się tak regularnie, kiedy zaczynają dorastać. W wieku 2–3 lat tata wywala ich na zbitego lwa, żeby w przyszłości nie robiły mu koło pióra. Wygnani bracia formują kotalicje i błąkają się po sawannie, aż nabiorą sił, żeby dokonać jakiemuś staremu samcowi abdykacji.

Kiedy jest po wszystkim, to niestety pozbywają się lwiątek, bo dopóki tego nie zrobią, samice nie wejdą w ruję i nie zajdą ponownie w ciążę. Potem rodzą się małe biedronki. To znaczy lewki w plamki. Ciapki pozwalają łatwiej schować się w gęstej trawie. Dlatego tylu mieszkańców Wielkiej Brytanii ma piegi. Chowali się przed wikingami.

Wszystkie lwy są palcochodne, co oznacza, że ciągle chodzą na palcach. Podobnie jak baletnice, psy i koty domowe. Ich pięty nigdy nie dotykają ziemi. Dzięki temu zwierzęta mogą lepiej się skradać, a baletnice nie budzą widzów podczas przedstawienia.

Lew wcale nie jest królem dżungli. Nie jest tam nawet księciem ani szambelanem. Ewentualnie może cieciować w jakimś zagajniku, ale prawie nigdy nie mieszka w dżungli. Współcześnie wyjątkiem są tylko lwy azjatyckie w lesie Gir w Indiach, które rzuciły wszystko i wyjechały w Bieszczady.

Lew potrafi bardzo szybko biegać – nawet do 80 km/h – ale jeszcze szybciej się męczy. Ma dosyć małe serce i płuca jak na takiego bydlaka, więc po 30 metrach dostaje zadyszki i czeka na następny autobus.

Jeżeli jakiś lew chce pożyczyć od was kasę, to przyjrzyjcie się dokładnie jego mordzie. Te czarne plamki w okolicy wibrysów to odpowiednik lwich linii papilarnych. Każdy lew jest nakrapiany na swój sposób.

Lwy śmierdzą nawet bardziej, niż wyglądają. To wynik interakcji społecznych. Kiedy dwa koty przechodzą obok siebie, często ocierają się pyskami. Zostawiają w ten sposób na współmiziantach swój zapach i biorą sobie trochę cudzego. Z połączenia wszystkich indywidualnych aromatów powstaje eau de lew – unikalny sztynks, który umożliwia rozpoznanie członków stada.

Nie ma lwicy bez kolców. Lwa zresztą też nie. Kojarzycie te czarne kitki na końcówce lwiego ogona? Wewnątrz kryje się mała, zrogowaciała ostroga. Naukowcy do tej pory nie są w 100% pewni, do czego służy. Ja sądzę, że chodzi o to żeby lew się zbyt miękko nie kończył.

PS. Dzisiaj, czyli 10 sierpnia obchodzimy światowy dzień lwa, lub czasopism.

No i na dodatek wkurzający zarządca budynku – mieszkam tu od ponad miesiąca i mimo dwóch telefonów oraz maila nie mogę się doprosić o podanie kwoty jaką mam przelewać im za czynsz. Dzisiaj pracownik, któremu zgłaszałam (z dokumentem) przejęcie mieszkania powiedział, że NIE MAJĄ mnie w systemie!!! No, wszystko opada!

Za to kilkakrotnie molestowali mailami poprzedniego właściciela domagając się opłat. Tłumaczył im jak komuś mądremu, że od 6 lipca już nie jest w posiadaniu tego lokalu.

Rozmawiałam z nim telefonicznie, stwierdził, że nie zna dobrego zarządcy.

Upalne miasto 204

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

**************************************************************

Poniedziałek 3.08. 26

Żar żarzy się niemiłosiernie! A wrrrr! Dobrze, że w nowym mieszkaniu mam zewnętrzne rolety, które można opuścić gdy po południu słońce bezczelnie wpycha się do chaty. A poszło won z tym grzaniem!

Rano zawiozłam trzy reklamówki ze zbędnymi rzeczami do sklepu dobroczynnego. Teraz mam tam bliżej niż poprzednio ale autobus pod bramę nie podjeżdża jednakowoż.

Nie odbyłam kolejnej trasy stare – nowe miejsce tylko zrobiłam zakupy. Kiedyś trzeba. Nawet trafiłam na półtorakilogramowy woreczek z ziemniakami (przeważnie są 2 kg), a że rzadko jadam to warzywo skusiłam się i do torby na kółkach wsadziłam wraz z innymi produktami. Mam nowy garnek (nowy, bo kuchenka indukcyjna) z nietypową pokrywką – ma po dwóch stronach dziurki – mniejsze i większe przez które można przecedzić co się ugotowało. Makaron nitki raczej ucieknie, trzeba jednak użyć sitka.

Czy lubicie arbuzy? Oto co o nich napisał na FB autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Arbuz (zmutowany agrest) to jagoda, która dostała rozstępów, bo żarła po 18:00. Mark Twain nazwał go królem owoców i uważał, że to jedzenie aniołów, z czym mogę się zgodzić, bo Gabriel i spółka mieli PTSD po tej hecy w raju, więc nie tykali niczego, co przypominało im jabłko.

Arbuz z botanicznego punktu widzenia jest ogromną jagodą. Istnieje kilka zasad, które musi spełnić owoc, żeby zasłużyć na to miano:

1. Musi rozwinąć się z jednego kwiatu, który posiada tylko jedną zalążnię.

2. Jego wnętrze (owocnia) musi być miękkie i mięsiste. Nie może posiadać w centrum jednej, twardej pestki otoczonej zdrewniałą łupiną, jak u tej dupy zamszowej – brzoskwini.

3. Musi zawierać nasiona, które ktoś byle jak ciepnął wewnątrz miąższu bez zachowania zasad feng shui i bukkake.

Arbuz spełnia wszystkie te warunki, i to z nawiązką, więc naukowcy nazwali go jagodą dyniowatą. Okazuje się, że dyniowate są też ogórek, cukinia i, dzięki Bogu, dynia. Kiedy jednak osiągnięto już ten delikatny konsensus, przyszli goście z Oklahomy i ogłosili, że arbuz to ich oficjalne stanowe warzywo. Oficjalnym owocem jest tam truskawka. Z angielskiego strawberry, czyli jagoda słomkowa. Truskawka oczywiście jagodą nie jest. Tacy ludzie boją się patrzeć w górę na Drogę Mleczną, bo mają nietolerancję laktozy.

Arbuz jest jadalny w 100%. Nawet ta skórka, przez którą wygląda jak niedojrzały tygrys. Można ją kisić, marynować, dusić lub smażyć jak warzywo w stir-fryu. A ta biała część miąższu zawiera masę cytruliny, która w organizmie przekształca się w argininę. Naukowcy udowodnili, że dzięki temu arbuz może działać jak viagra, tylko mniej się go mieści w kieszeni.

Istnieją dwie metody sprawdzania, czy arbuz jest smaczny:

1. Metoda akustyczna – opukujemy dziada. Jeżeli usłyszymy głuchy dźwięk, to oznacza, że arbuz jest pełen wody, czyli soczysty.

2. Metoda chromatyczna – szukamy żółtej plamy – to miejsce, w którym arbuz stykał się z ziemią. Jeżeli jest kremowo-żółta lub pomarańczowa, to znaczy, że dojrzewał w słońcu. Jeżeli biała, ktoś zerwał dziada za wcześnie.

Arbuz oryginalnie pochodzi z Afryki. Egipcjanie go uwielbiali i pakowali do grobowca, jak im się szef przekręcił. Na przykład u Tutenchamona znaleziono pestki arbuza (które, swoją drogą, można prażyć jak pestki dyni). Z drugiej strony, czego to Egipcjanie nie wsadzali do grobowców? Mam wrażenie, że pod pretekstem religii zrobili sobie z piramidy składzik na graty.

Arbuz to w ogóle trochę oszustwo. Człowiek myśli, że kupuje owoc, a tak naprawdę dostaje w 92% wodę. Reszta to opłata kaucyjna. Najgorsze, że jak się człowiek tej wody pozbędzie, to przychodzą wegetarianie, zabierają mu arbuza i robią z niego łososia. Odwodniony, marynowany arbuz podobno do złudzenia przypomina mięso. Pomaga, jeżeli człowiek podczas próbowania też jest odwodniony.

Arbuz jest też nieuprzejmy. Kojarzycie pomidory? Warzywa znane z tego, że są skarbnicą przeciwutleniaczy, bo zawierają pełno likopenu? No więc arbuz ma tego szajsu 1,5 razy więcej – zachłanny łajdak.

Japończycy z kolei znęcają się nad arbuzami, żeby były kwadratowe. Pakują je do form ze szkła hartowanego i sprzedają po 100 dolców za sztukę. Mają też niemal całkowicie czarne arbuzy z Hokkaido, które potrafią na licytacji kosztować ponad 6000 dolarów. To żadna ściema. Widziałem osobiście w sklepie w Tokio winogrona po 60 zł za kulkę. Strach pomyśleć, ile by kosztowała cała kiść arbuzów.

No i arbuz wcale nie musi być różowy. Są arbuzy białe, pomarańczowe i przede wszystkim żółte. Te ostatnie mają więcej cukru, są słodsze. Dzisiaj, czyli 3 sierpnia obchodzimy międzynarodowy dzień arbuza i z tej okazji wszystkim dyniojagodom, niezależnie od koloru chciałbym życzyć wszystkiego niewegetariańskiego.

Czwartek – sąsiadka nie zajrzała do pralni gdzie zostawiłam wiele dobrych i sprawnych rzeczy. Nie chce się jej, czy nie wierzy, że tam jest coś dobrego? A może boi się, że będzie musiała za coś zapłacić nie tylko pieniędzmi?

Wczoraj zawiozłam następną partię rzeczy do sklepu dobroczynnego.

Dzisiaj kolejne opróżnianie pawlaczy, segregowanie i pakowanie.

W tamtą stronę jechałam w upale a wracałam w przyjaznej temperaturze. No, co ta pogoda z nami wyprawia to zwariować można.

Sobota  – Od wczoraj trochę chłodniej.

Wczoraj i dzisiaj na starych śmieciach. Pakuję i pakuję. Wywożę i wywożę.

To nie do pojęcia ile rzeczy mieściło się na tych skromnych 19 m2.

Dzisiaj sąsiadka powiedziała, że może zajrzy do pralni obejrzeć zostawione tam przeze mnie rzeczy. Szafki nie chce ani do mieszkania, ani na działkę, ani do piwnicy. Może tragarze sobie ją wezmą wraz z wysokim regałem na książki.

Kupiłam sobie lody i mały chłodnik ogórkowy.

Niedziela – Sąsiadka do pralni nie zajrzała. Jej strata.

Dzisiaj kolejny mały transport na nowe miejsce. Przedostatni?

Poniedziałek – znowu wysokie temperatury. Jak by tu to dowcipnie skomentować? Potrzebne ludziom i miastu jak rybie rower? Jak politykowi z pewnej opcji uczciwość i dobre wychowanie? Jak kotu pusta miska?

Zawiozłam trochę rzeczy do sklepu dobroczynnego. Posegregowałam  śmieci i jutro zamierzam je znieść i wyrzucić.

Firma przewozowa umówiona na piątek. Nie, nie można wcześniej, bo po drodze progi i bariery różne.

Drugi raz kupiłam mały chłodnik ogórkowy.

Wtorek – masaż i poprzednie mieszkanie. Nagrzane, więc potrzebowało przewietrzenia. Będzie wymagało sprzątania, różne środki są tylko jeszcze nabyłam płyn do szyb.

Zniosłam, wyniosłam i wyrzuciłam trzy worki niepotrzebności. Jeszcze drugie tyle zostało, nie mówiąc o tym co w pralni.

Tym razem byłam tam bez torby na kółkach i bez znoszenia ciężkiej z czwartego piętra, turlania do tramwaju i do domu. Tylko po drodze zakupy.

Zanim wyszłam z obecnego mieszkania zastosowałam hennę na brwi. A tu dzwonek do drzwi. Przez wizjer zaglądam – facet, łańcucha drzwi nie mają, szkoda. Otwieram listonosz z poleconym, ma kod do bramy. Podpisałam, list zabrałam. Na szczęście doręczyciel patrzył w dokumenty jakie miałam podpisać a nie na moją twarz umazaną henną.

Po powrocie zastaję paczkę pod drzwiami- to pocztex od znajomej, której wysłałam swoją książkę – bardzo dziękuję za herbaty i słodycze oraz kartkę z kotem. Nie obawiali się tak zostawić przesyłki, dziwne.

Upalne miasto 203

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

*****************************************************************

Poniedziałek 27.07.26

Kolejny dzień na trasie: poprzednie – nowe mieszkanie. Na szczęście wczorajszy upał nie kontynuuje swojej obecności.

Po rozłożeniu przywiezionych rzeczy odpoczęłam i wyruszyłam na polowanie. Jakiegoś mamuta kawałek zdobyć czasem trzeba. Także jaja raczej kurze no i środki czystości. Torba na kółkach bardzo przydatna.

Wracając wstąpiłam do baru „Pierożek” nabywając po pół porcji czterech rodzajów, w konsumpcji okazało się, że są tylko trzy. No, nieładnie. Ale ładnie, że sprzedawczyni pomogła mi znieść torbę z zakupami z pięciu schodków baru.

Środa

Kolejna, codzienna wyprawa do poprzedniego mieszkania. Około dziesiątej rano i już upał. Czasem tramwaje są klimatyzowane i niskopodłogowe.

Głupieje powoli od tej powtarzalności, więc poszłam na zajęcia literackie mające na celu powstanie osobistego tekstu o Wrocławiu. Prowadzone przez dr Magdę Wieteskę.

Przyszłam punktualnie a tu już większość pań i dwóch panów siedzi przy stołach. Usadowiłam się więc na wolnym krześle stojącym przy rogu stołu mówiąc:

– Przysiądę tu sobie. Staropanieństwo już mam, powtórne mi nie grozi. Na to sąsiadka:

– Nigdy nie mów nigdy.

Na co ja:

– A w życiu!

Wspominaliśmy osoby, które kojarzą się nam z miastem – sąsiadów czy obsługę w sklepie, punkcie usługowym.

Ja opowiedziałam o sąsiadce z bloku naprzeciwko, która była moją czytelniczką i telefonicznie poprosiła o lekturę dla wnuka.

– Ale zrzuć mi ją z okna, żebym nie musiała wchodzić na to twoje  czwarte piętro.

Zapakowałam w woreczek foliowy i rzuciłam. Celnie.

Miałyśmy (bo właśnie się przeprowadziłam) wspólny śmietnik na podwórku.

I nawiązując do mojego rzucania przez okno popłynęły opowieści o wyrzucaniu kluczy, bo zamek w drzwiach się zaciął, o wychodzeniu na zewnętrzny szeroki parapet, aby dobrać się do dojrzałych winogron itp.

Wspomniałam też, nieżyjącą sąsiadkę, która jako dziecko straciła rodziców, wychowywali ją i brata, krewni. I z nimi  wywieźli ją na Sybir. Parę lat temu chodziłam na letnie zajęcia pt. „Pracownia opowieści” i na zajęcia z reportażu napisałam o niej tekst (wypytałam ją na okoliczność) „Dziećmi nikt się nie przejmował”).

Dam go tu na blogu jako osobny wpis.

https://gazetawroclawska.pl/wroclawska-pracownia-opowiesci-dzis-wernisaz/ar/977120

czwartek

Upał nad upały! Nie – na – wi – dzę! Rano kupiłam tylko chleb graham i, w innym niż poprzednio, barze pierogi. Zmęczona jestem, nie chce mi się gotować, więc idę w gotowce.

Zadzwoniłam do firmy ”Elektromieci” z pytaniem co się dzieje, bo 2 tygodnie temu zgłosiłam konieczność odebrania ode mnie starych (choć czynnych) lodówki i pralki a ciągle brak odzewu. Urzędniczka powiedziała, że jutro zadzwonią i może w poniedziałek odbiorą, bo w moim mieście działają podwykonawcy. Pojęczałam trochę, że muszę opróżnić mieszkanie i  niedługo potem zadzwonił pracownik z pytaniem czy jestem na miejscu, bo mogą przyjechać. Umówiłam się z nimi, że dojadę za 40 minut i poprosiłam, aby do mnie zadzwonili, gdy będą już na miejscu, pytając czy jestem już pod podanym adresem.

Udało się zgrać w czasie, panowie zabrali sprzęt a nawet za drobną opłatą wynieśli zdezelowany tapczan. Do dużych elektrośmieci mają specjalny wózek a do tapczanów tylko siłę swoich młodych ciał. W efekcie spuszczali spanko ze schodów tylko przenosząc na zakrętach.

Zachęcona ich przykładem skopałam (dosłownie) ze schodów stary zwinięty materac, podgłówek z w.w. i sklejone taśmą chodniczek oraz maty. Najlepiej i jakby najchętniej ślizgał się po stopniach podgłówek.

Dzięki bardzo przyjaznym bliźnim, mimo dzikiego upału,  trochę rzeczy przewieźliśmy na nowe miejsce. W tym mały stolik,  to teraz jadam przy nim, a nie przy drugim krześle, bo na tutejszym stoi telewizor czekając na swoją komodę.

Posegregowałam przywiezione rzeczy, sporo odłożyłam z przeznaczeniem do sklepu dobroczynnego. Tam nie miałam warunków tego zrobić.

W poprzednim mieszkaniu zrobiło się trochę miejsca po usunięciu tapczanu i kilku toreb, będzie można pakować następne rzeczy, w tym sporo książek.

Tylko niech już minie ten koszmarny upał.

W nowym mieszkaniu jest do wytrzymania bez dodatkowych działań jak w poprzedniej siedzibie (przeciąg, mokre szmaty na dywanie, wentylator).

Piątek

Na nowym miejscu wstaję około ósmej rano a nie, jak poprzednio, dziewiątej. I dobrze się stało, bo chwilę potem usłyszałam warkot – to młody człowiek ścinał trawę na patio. Kosiarka mogłaby być trochę cichsza. Tłumik potrzebny? Codzienna trasa zaniechana z powodu upału.

Sobota

Wcześnie wstałam, więc szybko ogarnęłam poranne czynności i pojechałam na stare śmieci (w pewnym sensie dosłownie).

Postanowiłam, że niepotrzebne rzeczy zostawię piętro wyżej w nieużywanej pralni i mieszkańcy będą sobie mogli coś wybrać oraz zabrać (koc wełniany gruby, koc cienki, narzuta, szafka, regał na książki, patelnia, płaski emaliowany garnek,  koc gruby wełniany nietknięty przez mole, deska do prasowania rękawów, szafka i półeczka łazienkowa, druciana półeczka, trochę odzieży, grzejnik elektryczny z prl, ręczna maszynka do mięsa,  …). Resztę, po dłuższym czasie zaniosę do sklepu dobroczynnego.

Przywiozłam trochę ubrań na jesienną porę. Poskładałam i upchnęłam na dole szafki kuchennej. Sypialniana duża już całkowicie zajęta.

Niedziela 2.08. 26

Trochę pochłodniało, na szczęście. Mogłam więc bez przerażenia i porażenia pojechać tam gdzie wiecie i dokonać czynności segregacyjno – pakowniczych.

Powynosiłam też to co powyżej wyliczyłam. Oprócz szafki i regału, musi ktoś silniejszy to zrobić.

Pracowałam tak trzy godziny, na szczęście zostawiłam tam bardzo złachaną podomkę, przebrałam się w nią, aby trudząc się nie ubrudzić i nie zapocić normalnej odzieży.

Akurat zobaczyłam, że sąsiadka wychodzi z mieszkania to powiedziałam, że już może iść do pralni i wybrać co zechce.

Upalne miasto 202

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

****************************************************************

Środa 22.07.26

Mili pomocni znajomi przewieźli mój telewizor w poniedziałek, bo pracownik sieci powiedział, że zainstalują mi Internet tego dnia między godz. 12  a 16.

Dzwoni technik z pytaniem czy mam numer telefonu do zarządcy, bo potrzebuje dostęp do tablicy z odpowiednimi urządzeniami. Nie miałam ale poradził, abym zeszła na parter, tam na pewno jest tablica z informacją. Była, spisałam i podałam. Zadzwonił tam, okazało się, że ktoś od zarządcy otworzy drzwi schowka dopiero jutro o ósmej rano. Umówiłam się z technikiem na godz. 13-tą i dlatego musiałam odwołać masaż. Przysłano sms-a, że technik będzie między 8-mą a 12-tą. Czekam wczoraj i czekam, wreszcie dzwonię do sieci (tak, rozmowa ze sztuczną inteligencją jest moim ulubionym hobby, mogłabym codziennie. Bo uwielbiam powiedzenie: „Mówił dziad do obrazu …”).

No i okazało się, że ja się umawiam na wtorek o godz. 13, a sieć ma to w nosie i zmienia na środę w godz. 8-12. „Nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi?”.

Tak więc masaż mi przepadł, kręgosłup od dźwigania rzeczy z czwartego piętra woła o pomoc ale pisz skargi na Berdyczów.

Kontaktowy technik Adam strasznie się borykał z podłączeniem, stwierdzając, że ja sama mam sobie podłączyć router, dekoder i telewizor, bo on jest tylko od światłowodu. W dodatku okazało się, że nie ma śrubokręta, musiał użyć mojego noża z tępym czubkiem. Borykał się i borykał, narzekał i narzekał, wydzwaniał i konsultował. Biegał do skrzynki z przewodami. Ponad godzinę to trwało i w końcu się udało. A myślałam, że w nowym (2017 r.) budownictwie taka instalacja to bułka z masłem. A okazało się, że to  sucha, krusząca się kromka.

Przy okazji stwierdziłam, że mamy XXI wiek a tak wiele przewodów i wtyczek trzeba do podłączenia.

Nocuję już na nowym miejscu, nie pamiętam co mi się śniło pierwszej nocy. Codziennie przewożę trochę rzeczy, aby móc tutaj funkcjonować w miarę normalnie. Uczę się obsługiwać kuchenkę indukcyjną, czeka mnie jeszcze, inna niż moja poprzednia, pralka. Zadzwoniłam do „Elektrośmieci”, aby zabrali starą pralkę i lodówkę, termin to 10 dni roboczych, mają zadzwonić w przeddzień.

Nie mogę  zamówić transportu mebli i ich zawartości, bo  wszystkiego jeszcze nie spakowałam no i lodówka stoi w małym przedpokoju uniemożliwiając szerokie otwarcie drzwi, potrzebne do wyniesienia dużych gabarytów.

Zapalenie oskrzeli uleczone za to dokopuje mi bólem okolica prawego migdała. Jak już się uładzę, jako tako, z przeprowadzką zadzwonię, aby szybko zrobiono mi endoskopię tego miejsca (zalecenie laryngolożki).

Czwartek

W  nowym mieszkaniu czuję się trochę  dziwnie. Jakbym była tymczasowo w cudzym domu. Sadzę, że transporcie mebli poczuję się lepiej, w pełni u siebie.

Mam tu różne spotkania – bliskie i dalekie. Technik instalator Internetu, błądzący kurierzy, młodzieniec z psem, mieszkańcy mijający mnie przy wejściu/wyjściu z windy. Na  parterowym patio widziałam młodą kobietę wyprowadzającą psa choć umieszczono tam DWIE tabliczki z napisem „Zakaz wyprowadzania psów”. Przepisy są po to, aby je łamać? Wczoraj tamże po trawie biegały dwa biało – czarne koty. Zakazu wyprowadzania tych zwierzątek nie ma. I słusznie. Przecież one nie fajdają.

Dzisiaj wyrzucając śmieci zobaczyłam, biegającą po otwartym pojemniku na śmieci mieszane myszkę a może to był szczur?

 Gdyby wszystkie były zamknięte oraz nie leżałyby rozsypane to gryzonie zmniejszyłyby swoją populację.

Pod koniec dnia pojechałam tramwajem, aby zdążyć na  zajęcia literackie. W  momencie gdy wyszłam z tramwaju lunęło i tak trzymało całą drogę do Centrum Seniora. Parasol miałam ale stopy ze skarpetkami i butami dokładnie zostały przemoczone. Oraz spodnie do kolan. Nie miałam się gdzie zatrzymać, aby przeczekać.

Siedząc w holu wielokrotnie wycierałam nogawki, buty i stopy bezpłatnymi gazetami. Trochę pomogło. Dobrze, że nie było zimno. Czy powinnam nosić ze sobą suszarkę do włosów, tak na wszelki wypadek? Bo pogoda ostatnio jest nieobliczalna kompletnie.

Sobota

Nadejszła wiekopomna chwila, aby użyć nieznanej mi pralki w nowym mieszkaniu marki Gorenije (co znaczy: spalanie – też wymyślili). Dobrze, że zostawiono instrukcję obsługi. No i od dzisiaj ociepliło się, więc mogę mokre rzeczy powiesić na stojącej suszarce, na balkonie. W poprzednim mieszkaniu, w łazience miałam trzy suszarki (podsufitowa, boczna harmonijkowa i z trzema ruchomymi ramionami) i możliwość powieszenia wszystkiego na strychu. A tu ani strychu, ani piwnicy, ani komórki lokatorskiej za to jest balkonik. 

W ogóle mieszkanie jest z widokiem na wiele cudzych  balkonów, trochę za blisko jak dla mnie. Od znajomego pośrednika usłyszałam, że teraz deweloperzy budują mieszkania z, choćby najmniejszym (widziałam naprawdę bardzo małe) balkonem, bo to podraża cenę.

Poniższy tekst powstał jako zadanie domowe w ramach zajęć literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę.

                       REGATY

(tak, wiem, że jest odjechane)

Morze w czasie swojego istnienia niejedno widziało. Tym razem jednak zaskoczenie było połączone z niedowierzaniem.

Wpłynęło więc na grunt gdzie stała latarnia i zapytało:

– Co tu się, do diaska, wyprawia?

Latarnia zajęta i przejęta swoją rolą zignorowała pytanie.

Ale morze nie ustępowało:

– No, przestań udawać, że jesteś strasznie zajęta. Nie świruj, przecież steruje tobą komputer.

Latarni błysnęła jedną lampą i zirytowana spytała:

– Czego chcesz, ciągle szumisz i szumisz.

– A ty ciągle świecisz i świecisz.

– Dobrze, nie licytujmy się, o co chodzi?

– Wytłumacz mi dlaczego ciągle z twoich schodów spadają walizki a z okien wyfruwają papugi? Potem muszę je nosić i znosić na swoich falach.

– To jakieś regaty czy inne wyścigi. Wymyślił to facet mający za dużo pieniędzy i za mało rozumu. Taki lokalny trampek. Obiecał w nagrodę wybrane akta IPN lub wieczór i noc z jego żoną.

– Zwariował?

– Ani chybi. Tyle tylko, że ścigać się będą papugi na walizkach, a nagrodę odbiorą właściciele.

– Czyli jak zawsze, jedni się natrudzą, a inni zgarną nagrody – podsumowało morze i odpłynęło. A kot spokojnie się mył.

Upalne miasto 201

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

*******************************************************

Piątek 10.07

Piątek weekendu początek i dla niektórych tak właśnie jest. W związku z nabyciem nowego mieszkania trzeba załatwić różne sprawy w kilku odległych od siebie miejscach miasta.

Jednym z nich jest Biuro Obsługi Klienta UM. A obok mieści się jakaś knajpa ze stolikami na zewnątrz.

Melodie miasta są różne: szum aut, zgrzyt tramwajów, warkot motorów, syreny różne – karetek czy straży pożarnej. W takich miejscach (około rynkowych) jest gwar klientów. Tu akurat był bardzo głośny rechot grupki samców homo ale nie wiem czy sapiens. Urzędniczki jakoś mało tym zachwycone.

Zrobiłyśmy sobie, dobrowolnie przymusowo, wycieczkę po mieście zmuszone załatwić sprawę w biurze Tauronu. I gdzie się mieści? No, oczywiście nie w środku miasta. Na dodatek wejście nie jest od ulicy, tylko w odległym budynku, w ramach ułatwiania życia petentowi. Tak więc trzeba krążyć po osiedlu, aby do nich dotrzeć. To jedyne biuro na cały Wrocław – ma 672 tysiące mieszkańców plus studenci i pracownicy czasowi co wynosi ponad 800 000. A jeszcze kilka lat temu załatwiałam sprawę w centrum bo tam mieli siedzibę. I komu to przeszkadzało?

Adres to ulica Na Ostatnim Groszu. Patrząc na ceny prądu to rzeczywiście dobrze wybrali siedzibę.

A na zakończenie spraw u zarządcy budynku zapytałam obsługującego mnie młodzieńca czy jak się będę wprowadzać zastanę rozciągnięty czerwony dywan i orkiestrę. Małe zaskoczenie na twarzy ujrzałam a potem:

– Niestety, nie.

– Rozumiem, że nie macie na to funduszy.

– A gdyby przygotowano takie powitanie wliczono by je pani w opłaty – dodała pośredniczka.

Sobota

Główne zalety nowego mieszkania to 34 m2, 2 piętro z windą, okna wychodzące na patio, balkonik z daszkiem i lampą na nim. Szafa w sypialni, stolik i dwa krzesła w kuchnio – pokoju oraz okrągły stolik i dwa krzesła metalowe na balkonie. Pralka, zmywarka i lodówka oraz tapczan też są w wyposażeniu.

Moje lodówka i pralka są bardzo stare i nadają się raczej do utylizacji choć działają. Na lodówce miałam różne magnesy a tutaj cały sprzęt obudowano szafkami. To umieściłam je na boku kaloryferów. Nie wiem czy w sezonie grzewczym nie spadną. A spadochronów nie mają. Wady lokalu wyjdą w używaniu.

Budynek mieści się niedaleko Skweru Skaczącej Gwiazdy, który uporządkowano i trochę zagospodarowano parę lat temu, postawiono kilka ławek, więc można odpocząć wracając z zakupów..

Nazwa ta pochodzi od historycznie położonych w tym rejonie dawnych murów miejskich – położona tu ulica Na Szańcach, to toponimiczny (toponimia – nauka o nazwach geograficznych) ślad po dawnych fortyfikacjach miejskich wzniesionych w latach 1771–1782 z rozkazu króla pruskiego Fryderyka II. Samo określenie „Skaczącej Gwiazdy” wywodzi się natomiast od identycznej nazwy (Springstern) zespołu bastionów stanowiących północno-wschodnie umocnienia osiemnastowiecznego Wrocławia zlokalizowanych niegdyś właśnie w tym rejonie (zespół ten obejmował trzy bastiony: Różankowy – Rosenthaler Bastion, Psiego Pola – Hundsfelder Bastion i Nowowiejskiego – Neudorfer Bastion; wraz z obwałowaniami i fosami). Nazwa Springstern pochodzi od układu tego zespołu fortyfikacyjnego. Fortyfikacje te zostały rozebrane w 1807 r. po zdobyciu miasta przez wojska francuskie na ich rozkaz. Tędy przebiegło również jedno z ówczesnych ramion rzeki Odry (fosa zasilana wodami z rzeki), które w tym samym okresie zostało zasypane.

Będzie mi brakować czterech osiedlowych sklepów przy sąsiedniej ulicy, bo tam najbliżej jest budka z kebabem (nigdy nie odważyłam się spróbować tego specjału) i żabka. Dalej, przemieszczając się piechotą, mam warzywniak, biedronkę, aptekę i lumpeks.

Kierując się na lewo mam bar, dwie piekarnie,  oczywiście żabkę, lodziarnię, restaurację i już jestem na Ostrowie Tumskim.

Mogę podjechać jeden przystanek do sklepu mięsnego i dwóch spożywczych. Nie ma tak wielu linii autobusowych i tramwajowych jak przy starej siedzibie ale przecież nie szwendam się nieustannie po mieście.

PROSTY MAŁY SERNK NA ZIMNO

– dwie galaretki owocowe

– serek śmietankowy 250 g

Galaretki rozpuścić w gorącej wodzie i schłodzić. Gdy płyn jest zimny do naczynia dodać pokruszony serek i dobrze zmiksować. Przelać do jednego naczynia lub miseczek. Wstawić do lodówki.

NIEDZIELA

No i diabeł nie odpuścił. Zainfekował mi maksymalnie gardło a może i więcej. Cała jestem rozbita na bardzo drobne kawałeczki, jeden kaszle i kaszle, wszystkie bolą i bolą.

Zadzwoniła do mnie koleżanka lekarka, zgodziła się mnie przyjąć we wtorek, zaaprobowała przyjmowanie antybiotyku jaki mi pozostał po kwietniowym zapaleniu oskrzeli.

WTOREK

Umówiona byłam na godzinę 16-tą. W chwili gdy miałam wychodzić zaczął padać deszcz. Wzięłam parasol. Zdążyłam zejść z czwartego piętra i lunęło okropnie z dodatkiem grzmotów. Zamówiłam taksówkę u kolejnej wirtualnej rozmówczyni. W oznaczonym czasie pojazd nie dotarł, dzwonię (ulewa trwa) – tym razem człowiek płci damskiej powiedziała, że kierowca potrzebuje jeszcze 15 minut. Zrezygnowałam. Ulewa zmniejszyła nasilenie, więc pokornie podreptałam na przystanek autobusowy. Stamtąd jeden autobus, przesiadka w drugi i  spacer uliczką willowego osiedla.

Powiedziałam w gabinecie o perypetiach na co usłyszałam:

– To zaoszczędziłaś, będziesz miała na leki. Rozbawiła mnie ta uwaga.

Mniej diagnoza – mam obustronne zapalenie oskrzeli i tchawicy. Plus ropnego czopa na migdałach – jednostronnie.

Ja to jestem jakaś zachłanna – jedna dolegliwość mi nie wystarczy?

Deszcz nie lał, a nawet nie padał, więc od razu podjechałam do apteki.

CZWARTEK

Nastąpiło grande finale załatwiania spraw związanych z nowym mieszkaniem. W siedzibie Tauronu. Bez kolejki, sprawnie, nawet to czego niby nie dało się załatwić po jakimś czasie urzędniczka załatwiła. Można? Można!

Ale że nie jestem jeszcze w dobrej kondycji to wyprawa (autem) na drugi koniec miasta, potem do nowej chaty z dwoma niezbyt ciężkimi torbami, powrót tramwajem i kupienie patelni po drodze skopało mnie fizycznie dokładnie.

Upalne miasto 200

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

********************************************************

 8 lipca środa

Od paru dni jest chłodniej – BARDZO to lubię!

Na początku czerwca zaczęłam szukać nowego, większego (moje ma 19m2, na czwartym piętrze bez windy) mieszkania. Na moim osiedlu, najwyżej pierwsze piętro lub z windą.

Nie, nie wygrałam w totolotka, ani nie znalazłam bogatego sponsora. Własnych tak dużych oszczędności też nie miałam, tylko „mniejszą połowę”.

Najpierw zgłosiłam się do biura nieruchomości gdzie młody pośrednik, bardzo z siebie zadowolony, obiecał, że na pewno takie szybko znajdzie. Czekałam, czekałam aż wreszcie do niego zadzwoniłam. Nie odebrał i nie oddzwonił.

Sama znalazłam ofertę, pozornie bardzo dobrą, bo przy mojej ulicy. Obejrzałam mieszkanie – za wysoko bo dwa i pół piętra, schody bardzo niewygodne, za krótkie, okna wychodzące na ulicę i akurat na przystanek autobusowy gdzie staje pięć linii plus nieustanny sznur aut.

Potem okazało się, że znajoma znajomej ma koleżankę zawodową pośredniczkę. Spotkałyśmy się, dałam jej spisane oczekiwania co do nowego lokalu. Dobrze się złożyło, że mieszkała dość długo na moim osiedlu i zna teren.

Obie szukałyśmy ofert w Internecie wybierając najbardziej pasujące. Było to dziwne doświadczenie, bo ludzie umieszczają, często, oferty nijak się mające do rzeczywistości. Szczególnie jeśli chodzi o zdjęcie budynku. Podają też czasem nazwę innej ulicy. Lub oferta jest ale chęć sprzedaży niekoniecznie.

W końcu obejrzałyśmy pięć. Czwarte okazało się najbliższe moich oczekiwań. Już na wstępnie spodobało mi się, bo przed drzwiami była wycieraczka z motywem kotów. Wiem, że to brzmi infantylnie i mam to w nosie. Kota już nie mam, oprócz tego w głowie to chociaż na wycieraczce.

Udało się z właścicielem uzgodnić cenę i inne sprawy.

Wracam do domu po obejrzeniu piątego mieszkania, idę po schodach i odbieram telefon. A to młody, zachwycony sobą, pośrednik. No to, w wyobraźni, spuściłam go po tych schodach mówiąc, że znalazłam innego pośrednika i mieszkanie dodając,  że sam sobie zepsuł sprawę. Nie czekałam na to co odpowie tylko się wyłączyłam. To trzeba mieć tupet najpierw lekceważyć klienta a potem dzwonić.

W poniedziałek załatwiliśmy sprzedaż u notariusza i przelanie pieniędzy w banku. Nie obyło się bez lekkich perturbacji, bo okazało się, że jestem umówiona z doradcą na tę samą godzinę co niski, bardzo pękaty senior, który o mało mnie nie pobił gdy powiedziałam, że też chcę wejść do gabinetu. Na szczęście udało się załatwić sprawę z kim innym.

Po tym jak umówiona kwota (szybki przelew) znalazła się na koncie sprzedającego przekazano mi klucze do mieszkania.

Całą papierologię załatwia pośredniczka, sama nie dałabym rady, tyle tego jest,  trzeba wiedzieć co zrobić, jakie dokumenty są konieczne do wypełnienia i gdzie pójść, aby wszystko formalnie załatwić. Jeszcze w piątek odwiedzimy razem trzy urzędy.

Jestem w trakcie powolnej przeprowadzki, sama trochę zawożę tramwajem, wczoraj stary (bez niskopodłogowego wejścia, co ważne, bo mam torbę na kółkach) tramwaj pojechał niestałą trasą (niestały jest w poczynaniach jak niektóre osobniki obojga płci), więc zła na nieprzyjazną rzeczywistość poszłam piechotą, spory kawałek to był. Za to bramę otworzył idący przede mną  młodzieniec z psem rasy owczarek, chyba. Ale, żeby mi nie było za dobrze w amoku minęłam windę i poszłam za nim. Przecież wolę koty a poszłam za psem.

W końcu się zorientowałam i zawróciłam.

Dzisiaj było lepiej – dwie tury, w tamtą stronę tramwaj niskopodłogowy,  windy nie minęłam.

Jutro z pomocą znajomych posiadających auto przewiozę kolejne bambetle. Nie byłoby ich tak dużo gdyby nie rękodzielnictwo moje. Materiały różne zajmują całą dużą 6 –cio szufladową komodę i trzy półki w szafie, różne przydasie leżą na górze regału a w tapczanie też niemało.

Finalnie do mebli i reszty rzeczy zamówię firmę. Dobrze, że w nowym mieszkaniu są szafki w kuchni i spora szafa w sypialni to mam gdzie rozkładać przywiezione rzeczy aby  nie leżały w workach na podłodze.

Jest też sprawa przeniesienia Internetu, aby mieć dostęp do telewizji i laptopa. Oglądam podłączenie telewizora, które tu wymaga przewodu elektrycznego z kostką mającą cztery wejścia. Czy powinnam go zabrać, aby instalacja się powiodła? To jedno z miliona pytań i spraw do załatwienia.

Dotychczasowe mieszkanie jest małe ale baaardzo pakowne, zapchane po sam sufit  – różności na regale i dwa pawlacze oraz pięciopółkowy regał z książkami.

Oczywiście wyrzucam co uznaję za zbędne lub odkładam, aby zanieść do sklepu dobroczynnego.

Od nawału spraw boli mnie głowa. Na szczęście nie ma jeszcze upału.

Z fb-owego profilu KRASNALE:

„Mówię to z pełną odpowiedzialnością krasnala, który widział wszystko.

Człowiek myśli, że wyszedł tylko po ziemniaki. A wraca z opowieścią…

Tak właśnie było ostatnio. Warzywniak pani Jagody na zbiegu ulic Górnickiego i Sienkiewicza. Ziemniaki. Kolejka. Miejsce pachnie ziemią, jabłkami, koperkiem i tą szczególną nadzieją, że jeszcze dziś będzie zupa. Pani Jagoda, jak zawsze, swoim podejściem do klientów, budzi u wszystkich zebranych zdrowy apetyt na przyjemnie poukładany dzień…

Kolejka też ma swój charakter. Ktoś przyszedł tylko po pomidory, ktoś bierze trzy marchewki a jeszcze inny pyta, czy młode ziemniaki są „naprawdę młode”…

I wtedy właśnie, w tej spokojnej świątyni codziennych zakupów, rozlega się dźwięk.

Nie ludzki. Jakby kudłate westchnienie połączone z pretensją.

Autor tego dźwięku stał przy wejściu.

Duży biały pies na smyczy, która ciągnęła się aż za drzwi.

Sprzedawczyni przerwała obsługiwanie klientki, która wciąż nie może wybrać odpowiedniej pietruszki. Bez żadnej oznaki zdziwienia podeszła do skrzynki z jabłkami, wybrała jedno i podała psu.

Pies, z godnością, przyjął jabłko i wyszedł z warzywniaka zadowolony.

Koniec sceny?

Oczywiście, że nie.

Kobieta w kolejce nie wytrzymała i zapytała:

„Jak to? Co to?”.

Sprzedawczyni odparła na to spokojnie, że ten pies przychodzi codziennie.

„Najgorzej jest w grudniu”.

„Dlaczego w grudniu?”

„Bo kończą się Lobo. A on nie chce innych jabłek…”

I tu już muszę się zatrzymać, bo mi się czapka filcuje.

Pies, który codziennie przychodzi do warzywniaka po swoje jabłko, sam w sobie jest już zjawiskiem. Ale taki, który ma konkretną, ulubioną odmianę jabłek i nie uznaje zamienników, to już krytyk kulinarny na czterech łapach.

I niech mi nikt nie mówi, że Wrocław nie jest miastem kultury.

Najpiękniejszy w tej historii jest jednak nie sam pies, choć, przyznaję, jest znakomity.

Najpiękniejsze jest to, że wszyscy w tej opowieści robią coś zwyczajnego i niezwyczajnego jednocześnie:

Sprzedawczyni pamięta psa.

Właścicielka płaci raz w miesiącu.

Pies przychodzi po swoje jabłko.

Klienci dowiadują się, że właśnie weszli do miejsca, w którym codzienność ma ogon.

I nikt nie robi z tego wielkiej sprawy.

Bo Wrocław właśnie taki jest. Składa się nie tylko z mostów, kamienic, tramwajów i krasnali, choć oczywiście bez krasnali byłby projektem mocno niedokończonym.

Składa się też z tych małych, niewidocznych na pierwszy rzut oka relacji między ludźmi, zwierzętami i miejscami.

I krasnal wie, że warto o tym opowiedzieć.

Bo z mojego poziomu takie sceny widać najlepiej.

Miasto ma swoje oficjalne historie. Ma kroniki, daty, zabytki, nazwiska i tablice pamiątkowe. Ale ma też historie nieoficjalne. Takie, które zaczynają się od zdania:

„Poszedłem po ziemniaki…”.

I to są często najlepsze historie.

Dlatego mam dziś jedną prośbę:

Kiedy następnym razem pójdziecie po ziemniaki, jabłka, koperek albo cokolwiek, co człowiek kupuje z przekonaniem, że to będzie zwykłe pięć minut – rozejrzyjcie się.

Może obok dzieje się właśnie mały cud codzienności.

My, mali, wiemy, że największe historie bardzo często zaczynają się od spraw małych.

Na przykład od ziemniaków”.

Upalne miasto 199

Drodzy czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

***************************************************

25.06.26 r. czwartek

No, naprawdę jest upalne to miasto moje.

Załatwianie czegokolwiek, nawet podstawowych zakupów potrafi wyssać z człowieka siły i chęć do życia.

A mam oprócz załatwiania różnych bankowo – bytowych spraw dokuczliwość dziwną w gardle. Dzisiaj idę do koleżanki lekarki – internistko  – laryngolożki.

Chyba zrezygnuję ze stacjonarnego telefonu, bo co jakiś czas mam nachalność oszustów. Jakiś czas temu dzwoniła do mnie niby wnuczka, że miała wypadek a wczoraj facet (z prawie niewyczuwalnym akcentem), że na poczcie są dla mnie listy, w tym z banku ale nie ma na nich numeru bramy i mieszkania jeśli mu podam te dane to listonosz  wrzuci do mojej skrzynki. Ponieważ to nie pierwszy raz  uparłam się głośno i stanowczo, że sama odbiorę te listy tylko niech mi poda na jakiej poczcie leżą. Na co facet oburzył się, że na niego krzyczę.

– Nie krzyczę tylko głośno i wyraźnie mówię, że chcę sama odebrać listy a nie chcę panu podawać numeru bramy i mieszkania.

Na co się wyłączył. Biedaczek, nie udało się. Pieniędzy nie ma a pić się chce, trzeba kogoś naciągnąć.

Opowiedziałam to znajomej, która miała jeszcze lepszy numer przekazany przez pewną wdowę.

Zadzwonił facet: babciu miałem wypadek, potrzebuję pieniędzy.

Na co ona: zawołam dziadka, Józek, chodź tu, wnuk dzwoni. Poczekaj trochę, wiesz przecież, że on wolno chodzi a ze cmentarza długa droga.

No i domniemany wnuk się rozłączył.

Koleżanka lekarka orzekła, że nic nie trzeba wydłubywać z mojego gardła, jak to drzewiej kilka razy bywało, tylko zawias szczęki mi z powodu skrywania emocji, stresów i peselu nawala. No i muszę się codziennie wieczorem kurować pastylką oraz masażami z żelem. Jest nadzieja, że to  pomoże.

Poniedziałek 26.06.26

Lubię czereśnie. Poniższy opis z profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” też mi się podoba.

„Czereśnie to polskie czerwone złoto, bo ludzie je kochają i potrafią kosztować tyle za kilogram. Tymczasem czereśnia to wiśnia dla mięczaków. Co to za owoc, co nie wykrzywia mordy? Agrest, porzeczka, pigwa – to są porządne owoce. Albo ARONIA – nie dość, że kwaśna, to jeszcze cierpka i gorzka jak życie.

Ludzie, którzy sięgają po czereśnie, to ci sami, którzy zamiast chleba kupują bułki. I wiecie co? Nikt wam za to nie podziękuje. Ani rynek sztucznie rozgrzany spekulacjami na owocach pestkowych. Ani środowisko naturalne nękane wzrostem zużycia detergentów wybielających w sezonie czerwonoplamnym. Ani nawet sama czereśnia, bo nie macie dosyć przyzwoitości, żeby zrobić z nią to, do czego została stworzona. Zjeść w całości, przelecieć kilka kilometrów i zdefekować pestkę pod płotem.

Cały plan czereśni na życie to zwabić ptaki słodkim syropem, a potem, kiedy one będą unosić się w dal, przelecieć im przez układ pokarmowy jak Magda Gessler w 1221 przez Kaukaz na czele hord mongolskich.

Czereśnia, jak wiele innych owoców, zabezpieczyła się na wypadek, gdyby ktoś chciał pestkę schrupać zamiast wydalić. Na pestkożerców czeka amigdalina, która podczas trawienia zamienia się w cyjanowodór. Jeżeli przez przypadek połkniecie czereśnię razem z pestką, to niech wam za mocno żal dupy nie ściska bo się draństwo wchłonie przez błony śluzowe.

Nawet z ptakami czereśnia nie obchodzi się łagodnie. Gdy owoce wiszą zbyt długo na gałęziach, to fermentują, a ptaki to jedzą i latają pod wpływem. Łacińska nazwa czereśni to Prunus avium, czyli śliwa ptasia, a powinna brzmieć – drzewo bimbrowe.

Każda czereśnia to potencjalne zagrożenie bombowe. Już pomijając ptaki, które mają wys*ane na to, że właśnie umyłem samochód. Czereśnie dosłownie wybuchają od deszczu, bo uważały na fizyce. Ich skórka działa jak półprzepuszczalna membrana. Kiedy na owoc pada deszcz, woda na zewnątrz ma mniejsze stężenie cukrów niż sok w środku, więc napiera do wnętrza, żeby je wyrównać. Owoc nie wytrzymuje ciśnienia i pęka jak niewprawiony adept diety sokowej po drodze do toalety.

Czereśnia nazywa się podobnie w podejrzanie wielu językach. Po angielsku wołają ją cherry, we Francji cerise, w Niemczech Kirsche, a w Hiszpanii cereza. Wszystkiemu, jak zwykle, winni są Rzymianie, a konkretnie Lukullus, który w 72 r. p.n.e. podbił miasto Kerasus (dzisiejsze Giresun w Turcji). Uznał, że najcenniejszym łupem będą sadzonki tamtejszych drzew owocowych. Podejrzewam, że moja babcia może być wcieleniem Lukullusa.

Kojarzycie robale, które czasami można znaleźć w czereśniach? To wcale nie robaki, możecie jeść spokojnie – to tylko larwy muchówki, nasionnicy trześniówki.

Co wpływa na okresowo wysokie ceny czereśni? Poza masonami i Tuskiem, rzecz jasna. Przede wszystkim jej własne, bezczelne kaprysy. Czereśnia lubi, jak ją zimą mróz w jajka gigla. Każde drzewo potrzebuje od 700 do 1200 godzin w temperaturze od 0 do 7 stopni Celsjusza, by załapać, że jest zima, i wypuścić pąki na wiosnę. Współczesne rolnictwo za bardzo skupia się na nawozach sztucznych, a za mało na nauce drzew obsługi kalendarza.

A, no i czereśnia się opala. Kiedy ludzie w pocie czoła próbują zarobić na kubek czerwonych glutocukierków, jej drewno wystawione na słońce bezczelnie ciemnieje. Ponieważ pie*rzyć twoje posadzki, dobrane pod kolor komody. Skoro stać cię na czereśnie, to stać cię na remont owocowy burżuju.

A spróbujcie ją popić wodą. Czereśnia tylko na to czeka gotowa opuścić okręt brunatną falą. Winne nie są drożdże czy fermentacja w jelitach jak próbują nam wmówić rożne czereśniaki. Czereśnia po prostu zawiera sorbitol, który wchodzi w reakcję z bakteriami w kiszkach. W dodatku pogonienie pół kilo fruktozowej masy porcją wody działał jak spłuczka w toalecie i zamienia człowieka w rakietę o napędzie błotnym”.

Wtorek 30.06

Jakiś czas temu zaszkodziło mi coś – lody czy jogurt? Raczej to pierwsze,  w kubełku znanej marki.

No to spróbowałam zrobić własne, kilka dni temu ze zmiksowanych śmietanki, mleka skondensowanego i czekolady w proszku. Po dłuższym czasie wyciągnęłam pojemnik i przemieszałam. Po zamrożeniu nie były takie jak z lodziarni ale dobre w smaku.

Dzisiaj nabyłam dojrzałe banany, brzoskwinie i śmietankę. Dodałam trochę cukru, ekstrakt z wanilii i zmiksowałam. Mieszanka się mrozi a nie mam zamrażarki tylko PRL-owską lodówkę z zamrażalnikiem. Zastanawiam się nad dodaniem czereśni (bez pestek) i namoczonych w lekkim alkoholu rodzynek. Będą wieloowocowe i bakaliowe.

Wtorek to dzień moich masaży. Zachwyciła mnie tamtejsza temperatura i bardzo zgnębiona tą w moim mieszkaniu zaproponowałam, że na noce będę tam przychodzić, bo miejsce na łóżku się marnuje. Tylko mogłabym, przewracając się z boku na bok, spaść na kafelkową podłogę.

– A w domu pni spada?

– Nie, ale tapczan mam przysunięty do ściany.

– To tutaj też przysuniemy – zadeklarował.

Tylko nie zapytałam ile zażyczyłby sobie za nocleg.

ŚRODA

Trochę chłodniej ale tylko na zewnątrz, bo w chacie nadal duszno, parno i koszmarno.

Lody ładnie się zamroziły wraz z czereśniami. Lubię to. Będę kontynuować.

Krótka historia namiętności

Pięćdziesięcioletnia chuda Dobrosława powoli szła ścieżką w parku im. Stanisława Tołpy na wrocławskim Ołbinie.

 Miała na sobie bluzkę której kolory zniszczyły liczne prania, tłuste włosy zwisały w nieładzie wokół jej twarzy i widać było, że brzydką cerę systematycznie niszczyła paleniem papierosów. Właśnie zapaliła jednego rozkosznie się nim delektując.

Śledziła JEGO, niedawno poznanego na wieczorze poetyckim. Wiersze,  które czytał trafiły w jej serce strzałą Amora i tam pozostały. Kupiła tomik, zawsze nosiła go w torebce, całowała zdjęcie na książce, przytulała do siebie, znała na pamięć każdy wiersz. Jego twórczość była tak cudowna jak imię – Bożydar. Wyglądał mniej pięknie – najwyżej 170 centymetrów wzrostu, łysiejąca głowa, brak paru zębów i krzywe nogi w obcisłych dżinsach. Mimo trzydziestki wyglądał na dziesięć lat więcej za to był przekonany o swojej niebywałej atrakcyjności i nieodpartym uroku co potwierdzał zachwyt fanek.

Wsiadła za nim w autobus numer 111 i uważnie śledziła każdy jego ruch, aby nie przegapić przystanku na którym sens jej życia raczy opuścić pojazd. Co zrobił dopiero po półgodzinie w Lipie Piotrowskiej.

ON skręcił w boczną uliczkę willowego osiedla, którego przyprawowe nazwy uliczek przypominały kobiecie, że nie ma dla kogo piec ani gotować. A tak wspaniale byłoby dodać cynamonu do szarlotki, zaparzyć mu melisy gdyby był zdenerwowany, dodać pieprzu, kminku lub tymianku do mięsa. Albo bazylii do sałatki czy koperku do młodych ziemniaków.

Wszedł do cukierni więc zatrzymała się przy wystawie sąsiedniego sklepu z rowerami.

– Może powinnam sobie jakiś kupić? – pomyślała. Nie zawsze nadążę za nim na piechotę. Tak, kupię – zdecydowała. Ale nie teraz.

Zapaliła papierosa czekając na śledzonego.

Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna w progu cukierni namiętnie całuje drobną brunetkę.

– O, żesz ty małpo wstrętna – pomyślała. Nie daruję ci tego. Zanotowała w pamięci, aby w Internecie wyszukać, nie dającą objawów i trudno wykrywalną, truciznę.

Poeta przeszedł na drugą stronę jezdni i stanął na przystanku przy ulicy Cynamonowej. Wyciągnął z kieszeni notes i długopis, zaczął coś  pisać.

– Pewnie pisze wiersz o tej idiotce, a może erotyk – zazdrośnie przypuściła Sławka. Dla mnie nikt nigdy nic nie napisał – użaliła się nad sobą.

Mężczyzna wyrwał kartkę z notesu,  zgniótł  i rzucił na ziemię. Gdy się odwrócił wielbicielka udając poprawianie sandałka podniosła papier. Rozwinęła i przeczytała:

Tyś jest wspanialsza niż niebo i piekło

Niż letni deszcz i zimowy puchu śnieg.

Twoje oczy skrzą się jak brylanty u jubilera

A usta czerwieńsze są od wszystkich maków.

Jak cię widzę to szczęście mnie rozpiera.

– O rany, chyba miłość go ogłupia, że takie bzdury wypisuje – trzeźwo oceniła kobieta.

Nadjechał autobus otwierając drzwi obojgu. Usiadła tuż za mężczyzną wdychając, otaczający idola, zapach  wody toaletowej.

– Gdybym wiedziała jakiej używa to kupiłabym taką samą – zamarzyła. I jak by tu zdobyć część jego garderoby?

Dojechali do śródmieścia, wysiadła na tym samym co on przystanku. Poszła w ślad za poetą, nawet udało się jej wejść do jego bramy. Sprawdziła do którego mieszkania otworzył drzwi.

– Dobra nasza – pomyślała. Wyciągnę ten plik kluczy po dziadku, może coś dopasuję – postanowiła.

Wróciła do domu i przyszło jej na myśl, że powinna w punkcie ksero powiększyć jego podobiznę umieszczoną na tomiku, aby powiesić nad łóżkiem. Albo postawić na szafce a obok pachnącą świeczkę i bukiecik codziennie świeżych kwiatów.

– Jutro rano podejmę decyzję. A najlepiej zrobię to i to. I skseruję każdy wiersz.

Z tą dobrą myślą wypaliła papierosa, wzięła prysznic i po wytarciu się wykonała cowieczorny rytuał: przeczytała trzy wiersze, pocałowała jego zdjęcie i poszła spać. Ostatnią jej myślą przed zaśnięciem było: muszę zabić tę flądrę, on jest mój.

Przebudziła się pełna werwy i chęci do skutecznego działania. Wypiła mocny napar złożony z wielu ziół jaki sobie, każdego ranka, serwowała przekonana, że dają jej moc urody i mądrości. Potem z Internetu spisała najtrudniej wykrywalne trucizny i zamówiła jedną z nich.

Spisała na kartce sprawy do załatwienia:

– kupić rower (najwyżej zrobię debet)

– otruć tę czarną małpę (najpierw sprawdzić co lubi jeść i pić)

– wejść do jego mieszkania i wziąć koszulę lub gatki

– śledzić go,

– sprawić, żeby był mój

Podkreśliła ostatni i najważniejszy dla niej punkt.

Przejrzała szafki w kuchni i przedpokoju szukając pęku kluczy jaki zostawił dziadek.

– Szkoda, że nie dostałam w spadku auta lub kasy na zakup choćby roweru – pożaliła się w duchu. Wyrzuciła z pawlacza upychane tam, przez lata, bambetle, uwalniając tumany kurzu i rojowisko moli.

– No, żesz … – zaklęła wydobywając spore pudło.

Postawiła je na podłodze i otworzyła klapy kartonu. Znalazła stare buty, zjedzoną przez mole odzież męską oraz w puszce, po nie wiadomo czym, pęk kluczy i wytrychów. Albowiem dziadziuś był ślusarzem ze skłonnością do włamań co skończyło się kilkuletnim wyrokiem.

Opróżniła pawlacz i w szale porządków wyniosła wszystko na śmietnik. Po powrocie za pomocą Internetu wyszukała sklepy z rowerami i porównała ceny. Włożyła kurtkę budrysówkę po babci, wykoślawione buty po matce i wyszła z domu obierając kierując się w stronę budynku w którym mieszkał on – wyśniony, wymarzony i bardzo uzdolniony. Po drodze skserowała co chciała.

Doszła do bramy poety i nacisnęła guzik domofonu.

– Jeśli odbierze to znaczy, że jest w domu – pomyślała dzwoniąc w kieszeni kluczami.

– Słucham – usłyszała damski głos.

– O, cholera – zaklęła nie tak znowu Dobra. Przyjdę później – postanowiła.

W sklepie przymierzała do siebie pięć rowerów, w końcu wybrała przyjazny cenowo. Musiała zapłacić całą sumę, bo rat nie stosowano.

Wsiadła na pojazd, zadowolona, że w mieście jest dużo ścieżek dla rowerzystów. Na szczęście w dzieciństwie nauczyła się poruszać na takim wehikule. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć  lornetkę i poobserwować okna mieszkania najdroższego i jego samego też.

Jadąc podśpiewywała: lornetka, lornetka, potrzebna mi lornetka. I numer telefonu, żeby czasem usłyszeć jego głos.

Przed domem zsiadła z roweru, wniosła go do mieszkania, postawiła w przedpokoju. Zapaliła papierosa i usiadła przy komputerze. Na facebooku wpisała imię i nazwisko poety.

– Jest! Mam go! – wykrzyknęła. Polubiła profil i napisała, że uwielbia jego twórczość i że ma tomik z autografem. I zapytała kiedy i gdzie będą następne spotkania z publicznością.

Zgasiła papierosa i przypomniała sobie, że dziadek miał lornetkę.

– Muszę jej poszukać. Gdzie ją schował? Jeden pawlacz mam załatwiony. Czas na drugi – pomyślała.

Wyciągnęła drabinę zza szafy, postawiła pod pawlaczem i ostrożnie na nią weszła. Otworzyła tym razem nie zaskoczona tumanami kurzu. Wyciągnęła kolejne pudło, było zbyt ciężkie do zniesienia, więc zeszła z drabiny i obok niej postawiła stołek. Weszła na górę ponownie, zsunęła karton i postawiła na taborecie. Odstawiła drabinę i zajrzała do pudła.

  – O jejuniu – krzyknęła i  w tył nią miotnęło.

Bo zobaczyła łom, kajdanki, siekierkę, młotek pokaźnego rozmiaru, a na samym dole pistolet zaś obok niego pudełko nabojów.

– No to dziadek zostawił mi niezły spadek – zrymowała refleksję. Wyjęła wszystko powoli odkładając na podłogę. Zostało jeszcze sporego rozmiaru pudełko. Otworzyła je i z radością stwierdziła, że to wojskowa lornetka.

– Brakuje tylko trucizny,  miałabym wtedy wszystkie potrzebne rzeczy do pozbywania się rywalek.

Złożyła karton na płasko a przestępcze akcesoria zaniosła do pokoju. Rozłożyła na stole, usiadła, zapaliła papierosa i napawała się widokiem.

– Teraz tylko trzeba to wszystko zastosować – pomyślała. Co najpierw? Chyba lornetkę.

Zgasiła papierosa i po krótkim prysznicu położyła się spać. Przyśnił się jej dziadek. Siedział w fotelu i czyścił pistolet.

– Jedź rowerem do lasu, weź kilka pustych puszek i pistolet, naucz się celnie strzelać. Jutro przyjdzie paczka z trucizną, powiem ci jak ją zastosować.

Obudziła się ucieszona, że wie co ma robić. Po papierosie i śniadaniu nakleiła skserowane wiersze na tekturki z kartonu i rozwiesiła na ścianach pokoju oraz kuchni. Zdjęcie poety też podkleiła i postawiła na wprost miejsca na którym najczęściej siedziała. Zapaliła obok pachnącą świeczkę. Postanowiła zerwać jakieś kwiatki po drodze i w wazoniku dołączyć do zdjęcia i świeczki.

Zapakowała pistolet i naboje do torby, przypięła ją do ramy roweru, zniosła wszystko na parter i pojechała za miasto. Skręciła w steczkę i zatrzymała się na małej polance. Zapaliła papierosa, wyciągnęła z torby pięć puszek po kukurydzy i groszku, rozejrzała się i postawiła je na niskiej gałęzi. Odeszła parę kroków, naładowała pistolet i wystrzeliła. Odrzut był taki, że zawyła z bólu. Pomasowała sobie dłoń i ramię i ponownie wystrzeliła. Podeszła do gałęzi.

– Trafiłam dwie, ma się talent w genach – stwierdziła. Szkoda kul, nie będę więcej próbować. Rzuciła peta na trawę, przydusiła obcasem, zabrała puszki i bardzo z siebie zadowolona odjechała.

Nazajutrz odebrała od kuriera przesyłkę z trucizną. Paląc papierosa otworzyła buteleczkę i powąchała. Nic nie poczuła.

– Zadziała czy nie, spróbować mogę – postanowiła.

Owinęła flaszeczkę w watę i parę warstw gazety, włożyła do plastikowego woreczka i zawiązała czerwoną gumką recepturką. Potem umieściła obok pistoletu i lornetki w rowerowej torbie. Usiadła przy kuchennym stole, zapaliła papierosa i zaczęła planować pozbycie się rywalki.

Zadzwonił telefon.

– Słucham? Tak. Znam ale głównie jego wiersze. Co się stało? Jak to nie żyje? Zastrzelony? Przez kogo? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

O wrocławskim ZOO

Marek Górlikowski – Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie. Wydawn. Znak Kraków 2021

O autorze:

Marek Górlikowski urodził się w 1968 roku. Przez 25 lat pracował w „Gazecie Wyborczej” jako redaktor i reporter.

Cztery razy nominowano go do nagrody Grand Press.

W 2018 roku dostał Nagrodę im. Jana Jędrzejewicza dla najlepszej polskiej książki poświęconej historii nauk za biografię „Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój”.

O książce:

„Każda władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie – twierdził brytyjski historyk, polityk i pisarz Lord Acton. 

Wbrew pierwszej części tytułu to nie jest książka tylko o małżeństwie Gucwińskich. Najmniej z niej dowiemy się o ich prywatnych relacjach. Najwięcej o Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym i o ludziach oraz zwierzętach z nim związanych. Oczywiście na pierwszy plan wybijają się Gucwińscy, bo Antoni był dyrektorem a jego żona Hanna specjalistą do spraw hodowli. A tak naprawdę to ona tam rządziła, w dodatku bardzo twardą ręką. Mąż dyrektor był tym dobrym, ona tym złym policjantem.

Książka przedstawia obie te postaci chronologicznie – z jakich rodzin pochodzili, gdzie się uczyli i pracowali przed zatrudnieniem we wrocławskim zoo. Jak się poznali i pobrali. Opisuje ich najlepsze lata, w tym występy w programie „Z kamerą wśród zwierząt”. Także ogromne przywiązanie Hanny do różnych stworzeń, którymi się opiekowała i wiele w domu przechowywała choć można było je przenieść na wybiegi.

Państwo Gucwińscy nie traktowali ogrodu jak miejsca pracy, to było ich życie dlatego tak trudno było im przejść na emeryturę. W dodatku czuli się tam jak na prywatnym folwarku co wielu, słusznie, miało im za złe.

Autor przeprowadził z tą parą rozmowy nie unikając trudnych tematów, a było ich trochę, w tym oskarżenie o znęcanie się nad zwierzętami.

„Oni bali się konkurencji, czyli osób, które wiedziały więcej od nich, a jednocześnie sami nie zdobywali wiedzy, nie uczyli się”.

Dla mnie najciekawsze były rozdziały opisujące losy różnych zwierząt – w jaki sposób trafiały do ogrodu, jak się zachowywały, czasem pozwalając na wielką bliskość a czasem, choć wychowane od niemowlęcia, raniąc opiekunów. Potrafiły też uciekać z wybiegów strasząc zwiedzających.

Ludzie też potrafią się zadziwiająco dobrze lub źle zachowywać w stosunku do naszych braci mniejszych. Podano różne przykłady.

Oprócz głównych bohaterów poznajemy sylwetki niektórych pracowników ogrodu – nie tylko Polaków. Jednym z nich był Niemiec Herbert Globig, lektor kościoła ewangelickiego.

Na pewno nietuzinkową pracownicą była hrabina Stadnicka, która mimo oczytania i znajomości kilku języków zatrudniona była w szalecie.

To jest książka nie tylko biograficzna ale także reporterska, bo autor rozmawia o bohaterach i ogrodzie z wieloma osobami. W tym z Barbarą Trzeciak – Pietkiewicz, wrocławską dziennikarką, internowaną w stanie wojennym w Gołdapi, gdzie ją poznałam.

Dziennikarka wraz z dwoma innymi internowanymi koleżankami po zwolnieniu z Gołdapi sprzedawały w ogrodzie lody.

Bardzo polecam tę książkę, zawiera wiele cennych informacji a autor stara się być obiektywny w swych relacjach.