Upalne miasto 31

Upalne miasto 31

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************

 Anna weszła do mieszkania Karola z prezentem zapakowanym w torebkę z kolorowego papieru,  którą sama wykonała. Nakleiła na niej kota wyciętego ze starego kalendarza.

Wręczyła mu mówiąc:

– Wyczytałam w Internecie, że 4 listopada ma pan imieniny. Oto prezent, sama uszyłam, duży jest i z kieszeniami.

Karol otworzył torebkę i ucieszony pocałował Annę w policzek.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Bardzo się przyda. Zaraz go włożę i przejrzę się w lustrze. Przeczytałem już przepis i przygotowałem składniki.

Przepis na ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką.

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową.

Składniki na ciasto:

  • pół kilo mąki pszennej – około 3 szklanki mąki
  •  cukru – około 3/4 szklanki
  • 3 średnie jajka
  • Ok. pół kostki masła
  • szczypta soli
  • cukier wanilinowy

Składniki na kruszonkę:

 – mąki pszennej – niecała szklanka

–  cukru – niecałe pół szklanki

–  masła – pół kostki

Poza tym:

– pół kilo umytych śliwek, bez pestek, połówki lub ćwiartki

Wykonanie:

Kruszonka:  masło siekamy z cukrem i mąką a potem  łączymy palcami. Wkładamy do lodówki.

CIASTO:

Do miski przesiewamy mąkę, w środku robimy dołek, wkruszamy do niego drożdże (świeże – 25 g lub 14 g suszonych), posypujemy łyżeczką cukru, zalewamy łyżką ciepłej wody lub mleka, zasypujemy mąką.

Rozpuszczamy masło i odstawiamy do przestygnięcia. Gdy drożdże przebiją powierzchnię mąki mieszamy, dodajemy mleko, mieszamy, tłuszcz, mieszamy,  rozbełtane jajka, mieszamy, cukier,  mieszamy dokładnie, wyrabiamy. Najlepiej gdy ciasto nie jest twarde, a nawet dobrze gdy jest luźne, wtedy szybciej wyrasta. Miskę stawiamy w ciepłym miejscu przykryte folią spożywczą i ściereczką.  Gdy wyrośnie przekładamy na blaszkę (może być tortownica). Na wierzch kładziemy śliwki, równomiernie posypujemy kruszoną odrywając małe kawałki. Można odstawić ciasto na jeszcze 20 minut, aby podrosło.

Anna łagodnie dyrygowała Karolem, Pan Kot zaciekawiony wskoczył na blat stołu i po powąchaniu ciasta zrezygnował z próbowania.

Ciasto ładnie wyrosło i pięknie się upiekło. Zapach w mieszkaniu był lepszy niż wszystkie kupne odświeżacze i dopachniacze. Blaszkę z ciastem zostawiono w zgaszonym piekarniku, aby powoli stygło.

– Czy mogę zaprosić Ewę na degustację? – zapytała Anna myjąc ręce.

– A pewnie, proszę do niej zadzwonić.

Ewa nie odbierała więc seniorka zostawiła wiadomość na poczcie głosowej.

– Pewnie jest na uczelni albo zajęta w salonie. Jak będzie wolna to odpowie.

Rzeczywiście studentka i właścicielka salonu kosmetyczno – fryzjerskiego siedziała na wykładzie. Powieka jej nie drgnęła gdy zobaczyła profesora, który był jej wielokrotnym klientem.

– Ciekawe czy warunkiem zaliczenia egzaminu będzie darmowy seks – pomyślała.

I już sobie wyobraziła tę scenę.

 Dostaje pytanie, jest dobrze przygotowana więc płynnie odpowiada i słyszy:

– A teraz proszę się położyć (tu profesor wyciąga karimatę z kąta), jeśli chce pani mieć piątkę.

– A jak  wystarczy mi czwórka?

– To nie musi się pani kłaść, wystarczy klęknąć.

– A może wystarczy wizyta u fryzjera, manicure i zabieg kosmetyczny w moim salonie?

– To za mało, nawet na dwójkę.

– Ale przecież odpowiedziałam na pytanie – Ewa, w tej wizji, próbowała się bronić.

Na szczęście w realu powstrzymała śmiech i zablokowała rozhulaną wyobraźnię.

– Ciekawe czy jeszcze jakiś inny naukowiec był moim klientem? – pomyślała. Tylko tego mi brakowało.

Po wykładzie sprawdziła telefon i oddzwoniła do babci.

– Mamy pyszne ciasto ze śliwkami, przyjdź do mnie jeśli masz czas.

– Muszę jeszcze wstąpić do pracy i zrobić zakupy. Zadzwonię gdy wrócę do domu.

W salonie wszystkie trzy fotele były zajęte przez klientki. Ewa weszła do swojej służbowej kanciapy, włączyła ekspres do kawy, torebkę włożyła do szafki zamykając ja na klucz i usiadła przy biurku.

– Pani Ewo, pani Ewo! – usłyszała.

– O co chodzi? – wyszła myśląc, że chwili spokoju nie ma.

– Ten pan do Grażyny ale ona akurat ma klientkę w części kosmetycznej.

– Proszę usiąść i poczekać – zwróciła się do mężczyzny. Czy napije się pan kawy?

– Bardzo chętnie, poproszę.

Ewa podała kawę, cukier i serwetki. Gość zdążył wypić i przejrzeć katalog aut gdy Grażyna pojawiła się w części fryzjerskiej.

– O, Wiesiek! Co ty tu robisz? Dawno cię nie widziałam. Czegoś chcesz?

– Zaraz chcesz – obruszył się. Do byłej żony przyszedłem.

– No, właśnie – do byłej. Po co?

– Myślałem, że się ucieszysz.

– Nie rozśmieszaj mnie. Nie mam dobrych wspomnień.

– Przecież byłem dobrym mężem, o co ci chodzi?

– Dobrym. Ha, ha, ha – Grażyna zatoczyła się ze śmiechem i oparła o wieszak, który upadł z hukiem.

Wiesiek zrobił sfochowaną minę.

– Zawsze byłaś wredna. Myślałem, że mnie ostrzyżesz, po starej znajomości.

– Czyli za darmo? A nie wiesz, że za darmo już dawno umarło?

– Jakaś ty nieużyta – stwierdził.

W tym momencie do salonu weszła kobieta, w ostrym makijażu, z widocznie ostrzyknętą twarzą i nieumiejętnie doczepionymi blond włosami. Chwiejąc się na wysokich obcasach zawołała:

– Misiaczku, czekam na ciebie i czekam. A nasze łóżko stygnie. Chodź już.

Wiesiek rzucił w stronę Grażyny triumfalne spojrzenie, wziął swoje stuningowane szczęście pod rękę i wyszli.

– A to kretyn – rzuciła była żona. Przyszedł się pochwalić zdobyczą.

Ewa poznała koleżankę po erotycznym fachu ale nic nie powiedziała. Jej personel nic nie wiedział o dodatkowym zajęciu szefowej.

Upalne miasto 30

Upalne miasto 30

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Karol nabył rower i bardzo z siebie zadowolony dodał do niego odpowiednią torbę do przewożenia Felka. Kask już miał.

– Może mu się spodobają takie spacery? – pomyślał wybierając fason i kolor torby, zdecydował się na  czerwono – zieloną kratkę.

Jesień akurat fundowała ludziom słoneczną pogodę, więc duet Karol – Felek wybrali się zwiedzać przyrodę. Bez kalania łona natury. Pan Kot nie był płochliwy tylko nadzwyczaj cierpliwy. I ciekawy świata. Urodził się w kanciapie na przybibliotecznym podwórku i cały zapchlony trafił do opiekunki, która, po wyleczeniu,  przekazała go w ręce Karola. Ten nawet się nie bronił zadowolony, że to nie pies i że nie trzeba go wyprowadzać.

Wieczorem w Internecie znalazł wiersze Franciszka Klimka, autora specjalizującego się w poezji o kotach.

Czego potrzeba kotu

Kotu potrzeba niewiele:
Pogłaskać go tylko w niedzielę,
w poniedziałek, wtorek i w środę
leciutko podrapać go w brodę,
w czwartek, w piątek i w sobotę
pobawić się trochę z kotem
i w niedzielę – znów niewiele.

A jeśli ci się uda
pokochać go troszeczkę
i tym co mu smakuje
napełnisz mu miseczkę

i mocno postanowisz
nie oddać go nikomu
i zgodzisz się by czasem
porządził trochę w domu,

to zauważysz potem
(to zresztą przyjdzie z wiekiem),
że będąc bliżej z kotem,
jesteś bardziej człowiekiem.

Przeczytał tekst Panu Kotu, który miaukiem potwierdził prawdziwość spostrzeżeń autora i wskoczył na kolana swego niewolnika domagając się należnych czynności i zachwytów.

W sklepie zarządzanym przez Jadwigę stanął automat herbaciano -kawowy. Właścicielka i kierowniczka nie  były zdecydowane na konkretny napis zamówiły więc u Karola kilka. Każdy wisiał przez tydzień.

– Najpierw kup  ubranie, potem skup się na kawie!

–  U nas zawsze: dobry zakup i dobra kawa.

–  Wybierz towar, zapłać kartą, wypij kawę.

Także krótszą tego wersję:

– Wybierz, zapłać, wypij.

–  Kieckę kup, potem kawę/herbatę chlup.

– Torebka kupiona, kawa zaparzona.

– Po pierwsze zakup, po drugie kawa, po trzecie dobry humor.

– Bluzka nabyta, kawa wypita. Zapraszamy ponownie.

Pod każdym umieszczono drobnym drukiem: Po zapłaceniu trzystu złotych kaw/herbata gratis. Woda zawsze.

Maciej, klient erotyczny, któremu Ewa zamiast seksu niegdyś zafundowała dobre rady,  zaprosił ją do przytulnej knajpki gdzie wcześniej zamówił stolik. Przyjechał po nią autem pod uczelnię. Otworzył drzwi samochodu a w lokalu wejściowe. Zapytał na którym krześle chce siedzieć i nie szurając  odsunął mebel.

 Kelnerka podała kobiecie  menu bez  cen mówiąc:

– Paniom zawsze taką kartę dajemy.

– Bardzo dobrze, kobieta od razu może sprawdzić czy mężczyzna jest skąpy – zaśmiał się Maciej błyskając pełnym uzębieniem. I nie pozwalając towarzyszce zerknąć na kartę z cenami. Wyłączył też telefon przy okazji prezentując zadbane dłonie.

Masz u mnie plus – pomyślała Ewa.

Wybrała to co lubiła najbardziej, szczególnie wieczorem, czyli smacznie ale lekko. Albowiem dolegliwości gastryczne nie były jej ulubionym stanem.

Rozmawiali o jej studiach, ustalili, że mają podobne poglądy na politykę i religię. On wolał psy, ona koty. Rozbieżności były też w zakresie muzyki, rodzaju literatury oraz filmów. Oboje nie lubili horrorów. Ale okazało się, że mają podobne poczucie humoru.

O przeszłości nie wspominali.

Po dwóch godzinach Maciej zapłacił telefonem.

Wstając od stolika kobieta zaproponowała:

– Może się przejdziemy, wieczór taki piękny.

– Wybacz moje złoto ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą – mężczyzna zacytował koniec wiersza Juliana Tuwima „Spóźniony słowik”.

– Bardzo trafny cytat – pochwaliła go towarzyszka.  Dziękuję za spotkanie, posiłek i spacer.

– Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze? – spytał Maciej zatrzymując auto przed blokiem Ewy.

– Proszę do mnie zadzwonić za kilka dni, mam dużo zajęć na uczelni i w salonie.

– Czyli jak przyjdę do fryzjera, na manicure, pedicure i zabieg kosmetyczny to  zawsze panią zastanę?

– Ha, ha, ha – bardzo sprytnie – zaśmiała się Ewa. Proszę zadzwonić do mnie, umówię pana z pracownicami na termin gdy ja też tam będę. Dobranoc.

Wysiadła z auta i pomachała mu przed wejściem do bramy.

– Do zobaczenia – odpowiedział Maciej i powoli odjechał.

Anna postanowiła kontynuować molestowanie kulinarnie swego sąsiada. Z nabytego w sklepie dobroczynnym kawałka materiału w owocowy wzór uszyła mu fartuch kuchenny. A z pozostałych skrawków rękawicę i łapkę.

– Muszę wymyślić jakiś pretekst do obdarowania go – postanowiła. Kiedyś przecież musi mieć urodziny i imieniny. A do Mikołaja za daleko.

Przejrzała kalendarz i znalazła bardzo bliski termin – 4 listopada. Zupełnie jakby ściągnęła go myślami bo zadzwonił;

– Pani Anno, przeglądałem te przepisy od pani. Chciałbym upiec placek drożdżowy ze śliwkami i kruszonką.

– Wow, ambitnie! Ale do odważnych świat należy. A ma pan wszystkie składniki?

– Tak, kupiłem nawet świeże drożdże.

– I chce to pan teraz wykonać?

– Jeśli pani ma czas…

– Akurat mam. Ale wiesz, że wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową?

– Wiem, wiem.

– To wybij do miseczki dwa jajka, niech się ocieplą, bo pewnie trzymasz je w lodówce? Sprawdź ich temperaturę za 20 minut wkładając palec, czysty!

– Ha, ha, ha – jakbym słyszał mamę: Lolek umyj ręce! Lolek dlaczego wracasz z podwórka taki brudny? Lolek skaranie boskie z tobą!

Upalne miasto 28

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************** ************

Zmywanie Anna zostawiła Karolowi i zapukała do  mieszkania Ewy.

– Zjedliśmy z Karolem obiad, udał mu się rosół, teraz zmywa.

– A ja przyniosłam  kolejne opowiadanie mojej klientki. Takie trochę niesamowite.

– Ale bez duchów, zombie i trupów? – upewniła się Anna.

– Bez, bez, trochę zabawne jest nawet.

– Dobrze, to dawaj. Przeczytam zaraz, bo Karol czeka na naleweczkę.

– No, tego to on na pewno nie odpuści – zakpiła wnuczka.

– Bardzo dobrze się spisał w kuchni więc to będzie dla niego nagroda.

– To ja u ciebie przygotuję kieliszki i karafkę a ty czytaj.

                    Koncert

Sala domu kultury miasteczka była wypełniona tylko w czwartej części ponieważ słuchacze siedzieli, zgodnie z wymaganiami czasu pandemii, co drugie krzesło. Każdemu przed wejściem na salę sprawdzono temperaturę ciała i kazano podpisać oświadczenie dotyczące stanu zdrowia. Koronawirus grasował i nie odpuszczał jak hordy dzikich najeźdźców. Nie potrzebował Dżingis chana, Tuhaj – beja ani innego dowódcy. Nie musiał inwestować w broń ani mundury dla swojej armii. Niewidoczny gołym okiem był groźny jak wszystkie dotychczas wynalezione środki rażenia razem wzięte.

Fortepian stał na podwyższeniu stanowiącym część sali teatralnej. Lśnił szlachetną czernią i napisem Calisia.

Zza kulisy wyszedł młody pianista, ukłonił się publiczności i usiadł  przy instrumencie. Jego blond czupryna i biała koszula odbijały światło reflektora. Czarne spodnie i kamizelka harmonizowały z barwą instrumentu. Muzyk kilkakrotnie poruszył palcami obu rąk i zaatakował klawiaturę nokturnem Chopina.

Po chwili w prawym rogu sali rozległ się głośny dzwonek telefonu komórkowego. Dzwonił i dzwonił. Pianista nie zważając na nic kontynuował granie. Wreszcie komórka umilkła. Po minucie kolejny telefon oznajmił swoją obecność i pracowitość. Właściciel szeptem długo opowiadał gdzie jest, opisał salę, publiczność i lekceważąco osobę grającego.

– E, wiesz, to taki szczeniak. Syn mojej siostry to obiecałem przyjść. Nudzi mnie to, wolę koncerty Zenka. Dobra, już kończę.

Za chwilę telefon zadzwonił w ostatnim rzędzie. Kobieta długo szukała go w torebce a gdy znalazła upuściła na podłogę. On ciągle dzwonił. Właścicielka uklękła w przejściu macając na oślep podłogę wokół krzeseł. Dzwonek nieprzerwanie i uparcie  grał piosenkę „Zakręcona, zakręcona”. Obecni na sali przestali zwracać uwagę na pianistę, wszyscy już byli wkręceni w kibicowanie kobiecie poszukującej zguby.

Pianista bez komentarza przerwał grę, wstał i opuścił salę. Nikt tego nie zauważył. Telefon przestał brzęczeć ale nadal było słychać dźwięki nokturnu. Klawisze same się poruszały a fortepian powoli przesuwał się w stronę krzeseł i publiczności.

W pierwszym rzędzie siedział burmistrz w ślubnym za ciasnym garniturze a obok niego małżonka wystrojona w błyszczącą suknię oraz liczną biżuterię.  Dwójka ich nastoletnich dzieci odziana była w modnie podarte dżinsy. Obok siedzieli radni i lokalni biznesmeni. Każda z tych osób inaczej rozumiała pojęcie elegancji. Na szczęście nikt polecenia: ubierz się w niedzielną odzież nie zrozumiało, że może to być piżama.

 Fortepian niebezpiecznie zsunął się ze sceny i zawisł nad nimi.

– Uciekajmy – szepnęła burmistrzowa brzęcząc bransoletkami.

– E, nie – to są jakieś sztuczki, zostańmy, bo potem się będą z nas śmiali. Może tak było zaplanowane – powiedział małżonek ocierając pot z czoła kraciastą chustką do nosa.

Ich nastoletnie dzieci dostały ataku śmiechu, włączyły smartfony i wszystko nagrywały świetnie się przy tym bawiąc.

– Damy to na wszystkie media społecznościowe – zobaczysz jacy staniemy się sławni – powiedział braciszek do siostry.

– Noo – odpowiedziała inteligentnie dziewczyna nie przestając nagrywać i żuć gumy.

Radni siedzący na bocznych fotelach rzędu  powoli chyłkiem umykali z sali.

Fortepian nadal grając leciał w stronę pierwszego dzwonka telefonu i nogą zawadził o młodego właściciela, który zdołał się uchylić. Instrument zawrócił i ponownie zaatakował młodzika. Ten zdenerwowany zrejterował wykrzykując  przekleństwa i pogróżki.

Fortepian przeleciał do gadatliwego wujka pianisty i solidnie uderzył go kanciastym bokiem. Mężczyzna zawył z bólu i zrywając maseczkę z twarzy krzyknął:

– Co jest? To jakieś żarty? Ktoś mi za to odpowie!!!

Unikając ponownych uderzeń wybiegł z sali depcząc ludziom po nogach.  Brzydkie wyrazy powtarzając po kilka razy.

Instrument przestał grać i cichym lotem skierował się w stronę kobiety w ostatnim rzędzie, która klęcząc nadal szukała telefonu. Nie widziała co się dzieje wokół więc gdy spróbowała  wstać okazało się, że  coś dużego i ciężkiego ją blokuje. Przeczołgała się do końca rzędu, próbowała ponownie stanąć pionowo ale dostała bokiem fortepianu i padła zemdlona. Mąż próbował ją cucić uderzając mocno w twarz. Ocknęła się i powiedziała:

– Nie bij tutaj.  Wystarczy, że robisz to w domu.

– Cicho, kretynko, trzeba było wyłączyć telefon. Tyle razy ci to mówiłem. Ale do ciebie, jak zwykle nic nie dociera. Wstawaj i wychodzimy.

Podparł ją i postawił na nogi. Chwiejąc się trochę kobieta wyszła na korytarz, by tam znowu osunąć się na podłogę.

– To sobie leż jak lubisz – powiedział opiekuńczo małżonek i opuścił budynek.

– Ja pani pomogę – powiedziała jedna z radnych pomagając kobiecie wstać. – Może zadzwonię po pogotowie? – zapytała.

Poszkodowana skinęła głową i tylko szepnęła:

– Proszę.

Publiczność na sali osłupiała i ze zdziwienia została na miejscach oprócz kilku szybkich radnych.

A fortepian spokojnie przepłynął w powietrzu nad nimi i osiadł na scenie. Zza kulis wyszedł pianista, usiadł i bez słowa zaczął grać uśmiechając się do siebie.

Upalne miasto 26

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************

– Ha, ha, ha – Anna śmiechem zrecenzowała tekst. Twojej klientce pewnie jakaś znajoma bardzo podpadła.

– Ach, ja znam pełno takich babusów. Zresztą facetów też. Powinny mieć na sobie znak ostrzegawczy z napisem „Jestem pępkiem świata”. Albo „Liczę się tylko JA”.

– W tym szkopuł, że nie chcieliby ich nosić, bo uważają się za wzór cnót i bezinteresowności – stwierdziła seniorka dopijając herbatę.

– Czy twój potencjalny uczeń kulinarny już coś ugotował? – spytała Ewa niosąc naczynia do kuchni.

– Dałam mu, zrobioną przez siebie, książkę kucharską z podstawowymi przepisami i namawiałam, by ugotował rosół, bo kupiliśmy podstawowe produkty.

– To ja zadzwonię do niego i zapytam, dobrze? Ewa wzięła komórkę babci i wybrała z kontaktów numer Karola. Niestety włączyła się poczta głosowa.

– Pewnie kupił sobie piwo. Wypił sześciopak i chrapie – złośliwie przypuściła Anna. Zadzwonię do niego później.

Ewa pojechała do swojego salonu fryzjersko – kosmetycznego. Poprzedniego dnia na zabiegi umówił się  klient, któremu na erotycznym spotkaniu dała swoją wizytówkę.

Gdy weszła siedział już na fotelu a fryzjerka pytała go jakie ma życzenia. Widząc Ewę powiedział:

– Skorzystałem z pani rady. Byłem u szewca i krawca oraz dentysty.

– To się cieszę, a ja od października zaczynam studia. Oboje udzieliliśmy  sobie nawzajem dobrych rad. Przygotuję łóżko i sama  zajmę się pańską twarzą – powiedziała Ewa i przeszła do drugiej części salonu.

Na koniec strzyżenia fryzjerka psiknęła odżywką na włosy, zdjęła z klienta fartuch, strzepnęła go delikatnie, pędzlem przejechała po jego szyi  i podziękowała.

Klient imieniem Maciej z nową fryzurą dołączył do Ewy. Zdjął marynarkę, rozpiął kołnierzyk koszuli i położył się na leżance.

– Ale nie będzie bolało? – upewnił się.

– Na pewno nie. Czy nastawić jakąś muzykę? – spytała.

– Poproszę coś spokojnego, bo mam dosyć stresów w pracy – westchnął.

Ewa nakryła go cienkim kocykiem a na głowę założyła mu czepek nie kąpielowy tylko ochronny.

Karol oddzwonił do Anny.

– Jak samopoczucie?  Widzę, że pani dzwoniła.

– Tak, ciekawa jestem czy ugotowałeś zupę według mojego przepisu?

– Właśnie się do tego zabrałem. Dobrze, że pani napisała, aby mięso i jarzyny umyć, ja bym wszystko wsadził bez tego.

– Ha, ha, ha  – skwitowała sąsiadka. Teraz niech się to gotuje powoli co najmniej cztery godziny.

– A ja myślałem, że w przepisie pani się pomyliła.

– Ja rzadko się mylę i przeważnie mam rację – zażartowała Anna.

– A ja coraz częściej mam wręcz odwrotnie.

– O, jakaś depresyjka pana dopadła? Felek nie pomaga?

– On tylko się jedzenia i głasków domaga. Szczególnie o piątej rano.

– Taki już urok niektórych kotów. Ale i tak go lubisz.

– Pewnie, że lubię choć ciągle udowadnia, że jest moim panem.

Barbara ciągle wściekła na Arka zadzwoniła do adwokata, aby załatwić rozwód.

Potem weszła do kuchni i powiedziała:

– Pani Jadwigo, wyrzuciłam kierowniczkę jednego z moich sklepów, nie zechciałaby pani ją zastąpić? Więcej by pani zarobiła ale bez mieszkania u mnie.

– A to nie jest problem, bo moi lokatorzy właśnie się wyprowadzają. Tylko gdzie on się mieści?

– Akurat w pani dzielnicy, nawet blisko domu.

– Kto mnie zastąpi?

– Ta pani protegowana Ukrainka. Widziałam jak sprząta i gotuje więc się nada. Wiem, że pani pracowała w handlu, zrobiłam kiedyś  drobny wywiad. Poza tym ma pani gust, igła i nożyczki nie są pani obce a to  sklep z odzieżą.

– Nigdy tam nie byłam, czy jest miejsce dla krawcowej, która robiłaby przeróbki? Ja się tego nie podejmę, aż taka biegła w szyciu nie jestem.

– Spotkamy się tam i zobaczymy. Ma pani kogoś kto się zechce to robić choć trzy godzinny dziennie?

– Tak, ta kobieta, która przerabiała ubrania po pani mężu dla Karola.

– Dobrze, w sklepie zdecydujemy – powiedziała Barbara. A do końca tygodnia proszę wszystko przekazać i pokazać Olenie żebym nie musiała sobie tym zawracać głowy.

Karol bardzo z siebie zadowolony co pół godziny zaglądał do garnka sprawdzając stan zupy. Po trzech godzinach zadzwonił do Anny.

– A co mam potem zrobić z mięsem? Wyrzucić?

– Broń panie boże! Oskubie pan  wszystkie kości i je wyrzuci. A z mięsa zrobimy pulpety albo krokiety.

– Już się boję, tak skomplikowanie to brzmi – jęknął przerażony początkujący kucharz.

– Pierwsze koty za płoty i nie święci garnki lepią – seniorka pocieszyła ucznia przysłowiami śmiejąc się w duchu.

Jadwiga po przekazaniu Olenie wszystkich obowiązków i zwyczajów pani domu a nawet paru tajemnic zabrała swoje rzeczy z pokoju i zawiozła je do swojego mieszkania. Po auto spod jej domu za dwa dni miał przyjechać Adam.

Nowa kierowniczka postanowiła najpierw iść do powierzonego sobie sklepu jako klientka, aby ocenić lokal, ofertę i personel.

Zanim weszła obejrzała szyby i framugi oceniając ich czystość. Weszła do środka i usłyszała „dzień dobry” a za chwilę: „czy szuka pani czegoś konkretnego i czy mogę pomóc”.

Jadwiga zmieniła się w klientkę wybrzydzaczkę. Nie ten kolor, nie ten fason, za długie, za krótkie, czy pani myśli, że jestem naiwna, żeby wciskać taki drogi szajs i tak dalej. Przymierzyła pięć spódnic, trzy bluzki, dwie kurtki i parę spodni w rezultacie nic nie kupując. Ekspedientka  ciągle z uśmiechem, pod koniec trochę wymuszonym, zajmowała się kobietą.

– Dobrze ją szefowa wyszkoliła – pomyślała Jadwiga. Chyba że jest tu monitoring i nie może inaczej. Spytała jeszcze czy może skorzystać z toalety. Okazało się, że tam wszystko lśni, nie brakuje mydła, papieru toaletowego, ręczników papierowych a nawet jest różowa skrzyneczka.

Po powrocie do domu zadzwoniła do Barbary i umówiła się na wprowadzenie w nowe obowiązki.

Pracownica sklepu miała oczy jak spodki po usłyszeniu, że jej szefową ma być  męcząca klientka.

– Przepraszam, że panią tak przeczołgałam – powiedziała Jadwiga. Zdała pani egzamin na piątkę. Wygląd sklepu także – dodała w stronę właścicielki.

– Spróbowałby nie, prawie codziennie tu jestem i wszystko sprawdzam. Pańskie oko konia tuczy. To teraz zapoznam panią ze sklepową biurokracją. Chodźmy na zaplecze.

Ekspedientka, po ich wyjściu, usiadła z westchnieniem ulgi modląc się, aby choć przez kwadrans nikt nie wszedł do sklepu.

Upalne miasto 25

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Anna trochę potłuczona ale przytomna zadzwoniła do Ewy:

– Zrób mi, proszę, zakupy, bo upadłam i boli mnie lewa ręka.

– Ale co się stało? Byłaś u lekarza?

– Opowiem ci jak przyjdziesz. Spis zakupów przesłałam ci sms-em.

– Świetnie, to może też coś z apteki potrzebujesz?

– Masz rację, kup maść na stłuczenia. Bo okłady z liści kapusty jakoś nie pomagają.

Po upływie dwóch godzin Ewa otworzyła drzwi babci swoimi kluczami. Pocałowała Annę w policzek i wypakowała zakupy w kuchni. Zaparzyła herbatę i w ulubionych kubkach z kocim motywem postawiła na stole w pokoju. Na talerzyk wyłożyła andruty posmarowane kajmakiem i dżemem.

Gdy Ewa stojąc smarowała jej rękę Anna opowiedziała w jaki sposób stała się kobietą potłuczoną. Po zabiegu Ewa usiadła i powiedziała wręczając kartkę:

– Dzisiaj klientka przyniosła mi swoje opowiadanie, dość zabawne, poczytaj a ja sprawdzę swoją pocztę mailową.

                     Hrabina  Celina

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest wyłącznie przypadkowe. Bohaterkę stworzyłam na podstawie faktów zaobserwowanych, przeczytanych i zasłyszanych, a więc jest to kompilacja a nie istniejąca osoba.

Pięćdziesięcioletnia kobieta wyszła z szeregówki położonej przy spokojnej uliczce powiatowego miasta. Jak zwykle była ubrana w kusą spódnicę, bo uważała, że swojej piękności nie może żałować napotkanej ludności.  Zapukała do drzwi sąsiadów i zapytała:

– Czy pani mąż mógłby skopać mój ogródek i to jeszcze dzisiaj? Bo ja nie mam siły.

– Tyle razy mówiłam, że nie będziemy niczego dla pani robić bo nie damy się wykorzystywać. Za darmo  dawno umarło! – usłyszała wraz z trzaśnięciem drzwi.

– Nieużytki – mruknęła kobieta.

Idąc uliczką ze złością obrywała kwiatki kwitnących krzewów do momentu gdy skaleczyły ją kolce.

Ssąc rankę skręciła w stronę sklepu. Wzięła koszyk na kółkach i powoli idąc alejkami wkładała do niego produkty.

Gdy zapełniła kosz do sklepu wtoczyło się trzech zawianych osobników. Ani budrysów, ani muszkieterów, ot prowincjonalnych piwem opitych, bezrobotnych menelów. Jeden przewrócił stojak z prasą, drugi nieskoordynowanym ruchem zrzucił kilka butelek z sokami a trzeciemu tak się to spodobało, ze radośnie przejechał ręką po półce z majonezami, flakami i gołąbkami.

Sprzedawczyni zaczęła krzyczeć:

– Co robicie? Zaraz zadzwonię po policję!

– Szefowa kochana, my nic, my tylko po jednym piwku chcielim –   wybełkotał rzadki blondyn. Siwy i łysy tylko bezgłośnie chwiali się przy ladzie.

 Celina korzystając z zamieszania wyjechała ze sklepu wózkiem pełnym towarów zachwycona okazją do niepłacenia.

Bardzo z siebie zadowolona biegła w stronę domu. Przy dużej kępie krzaków stanęła, wyciągnęła z kieszeni cienkie torby na zakupy i przepakowała produkty. Wózek wepchnęła głębiej w gąszcz i spokojnie kontynuowała powrót. Obie ręce miała zajęte więc kwiaty ocalały.

Weszła do domu, w kuchni wyjęła zakupy z siatek i bardzo z siebie zadowolona rozsiadła się zapalając papierosa. Otworzyła puszkę z karmą i zawołała psa. Nie lubiła go ale był pozostałością po rodzicach podobnie jak szeregowy dom z ogródkiem, garażem i nowym drogim autem. Celina nigdy nie zrobiła prawa jazdy, na to była zbyt leniwa. Sprzedała więc auto a garaż wynajęła. Wraz z odziedziczonym kontem w banku miała na tyle pieniędzy, aby pracować tylko na pół etatu i żyć na wysokiej stopie zaspokajając zachcianki polegające na nieustannym dbaniu  siebie, oszczędzaniu na wydatkach i naciąganiu innych.  A i tak skarżyła się, że jest przemęczona i mało zarabia. Korzystała z każdej okazji, aby wykorzystać znajomych a rewanżowała się im kwiatami zerwanymi na publicznym kwietniku lub pod płotem oraz przedmiotami znalezionymi obok śmietnika.

Tym razem postanowiła wysępić obiad i zadzwoniła:

– Ela? Mam dla ciebie ładny kubek w biało-czarny wzór, taki jak lubisz, bardzo chcę się z tobą spotkać i ci go ofiarować. Masz kubki? Ale ten jest wyjątkowy, na pewno ci się spodoba. Acha, jesteś w kawiarni koło ratusza. To ja wsiądę na rower i przyjadę. Poczekaj na mnie.

– Mam nadzieję, że jakoś wymuszę na niej ten obiad – pomyślała. To frajerka przecież.

Opakowała kubek w darmową reklamową gazetkę, włożyła legginsy i krótką bluzkę, której było mniej niż więcej. Wsiadła na rower i popedałowała.

Zatrzymała się przy stoliku pod parasolem gdzie z koleżanką siedział nieznany jej mężczyzna.

– To już jestem. Nie miałam torebki, ha, ha, ha – powiedziała wręczając koleżance drogocenny, we własnym mniemaniu, prezent. Przedstaw mi pana.

– A nie, ja już idę – zerwał się kolega Eli.

– Czy to przeze mnie? – zapytała minoderyjnie Celina.

– Ależ nie, jestem już spóźniony na spotkanie – powiedział.

– Szkoda – stwierdziła Celina stawiając rower w tak, że kierownicą rozdarła sobie bluzkę. Nie miała stanika ale bezstresowo się tylko zaśmiała i usiadła obok koleżanki.

Mężczyzna uciekł w popłochu. Ela rozwijając gazetkę powiedziała:

– To jest ten piękny kubek? Czy ja wyglądam na kretynkę, że takie badziewie mi dajesz? Wstydziłabym się dać komukolwiek podobną skorupę. Zabierz to sobie i zakryj cycki, może tą gazetką – powiedziała, wstała i odeszła.

Celina wzruszyła ramionami, wstała, zabrała ze stolika kubek, kawiarniany wazonik i niewykorzystane saszetki z cukrem. Jak zwykle niczym się nie przejmując odeszła z łupem nie zapominając o  rowerze.

Wracając wstąpiła na spotkanie Klubu Seniora, spóźniając się pół godziny.

– O, już jesteście? – zdziwiła się fałszywie. To ja sobie zrobię kawę. A co teraz robicie? Wianuszki wiosenne? To dla mnie też zróbcie.

– Ale trzeba było przynieść kwiatki i wstążki – powiedziała szefowa klubu.

– Ach, przecież starczy dla mnie  tego co przyniosłyście – beztrosko stwierdziła Celina wlewając wodę do szklanki z kawą.

– Nie starczy! – chórem powiedziały seniorki.

– Och, jakie wy jesteście nieużyte. To ja tylko napiję się kawy. Gdzie jest mój kubek? A czy jest do niej mleczko?

– Nie ma! – ponownie odpowiedział chór.

Usiadła z boku i popijając przeglądała osiedlowe pisemko. Wreszcie zniechęcona wyszła.

– Jej się wydaje, że jest pępkiem świata i wszyscy powinni się nią  zachwycać. Bo liczy się tylko ona, jej korzyść, wygoda i przyjemność. Więc tylko cela byłaby dla niej najlepszym miejscem – powiedziała jedna z pań.

– I to pojedyncza, żeby nie miała kogo dręczyć opowiadaniem o sobie  – dodała druga.

– Na małej misce ryżu dziennie, bez kawy i papierosów – przyłączyła się trzecia.

– I w szczelnym kombinezonie zakrywającym całe ciało, żeby jej nic nie wylatywało – zakończyła czwarta.

Zniesmaczona koleżankami, które nie dały się wykorzystać Celina jechała do domu i tak była zajęta rozpamiętywaniem ludzkiej nieużyteczności i dla niej nieprzydatności, że nie zauważyła pędzącego dużego auta. Nastąpił huk, przeleciała przez ulicę i uderzyła w kamienny murek.

Lekarz pogotowia stwierdził zgon. Na pogrzebie była tylko daleka krewna dziedzicząca dobra ruchome i nieruchome. Sąsiedzi i wszyscy, którzy znali zmarłą odetchnęli z ulgą.

Upalne miasto 24

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************** *******

Anna spotkała Karola przed bramą.

– Widzę, że już dobrze pan chodzi – powiedziała.

– Zapisałem się na rehabilitację, pewnie  mi pomogła.

– To co? Zabieramy się do gotowania?

– Przemyślałem i zdecydowałem, że poproszę o parę lekcji.

– Więc najpierw zakupy.

– Bardzo dobrze, bo w lodówce mam głównie światło i kawałek tortu z wesela Baśki.

– Udało się? Dobrze się pan bawił?

– Było jakoś dziwnie. Niby najpierw wszystko normalnie a potem Arek wyniósł z domu  duże wypchane torby i odjechał z nimi oraz  parą gości. A Jadwiga ogłosiła, że panna młoda przeprasza ale bardzo źle się czuje. No i się rozeszliśmy.

– Rzeczywiście dziwnie. A tort chociaż dobry? Z cukierni czy Jadwigi wypiek.

– Nie wiem, mam kawałek, spróbuje pani. Nie mam przy sobie karty, muszę iść do domu.

– To ja z panem, zobaczę co jest w lodówce i w szafkach.

Weszli na klatkę schodową i przywołali windę.

– Czy pamięta pani film „Nie lubię poniedziałku” i scenę w windzie?

– Oczywiście, Rudzki w windzie, Kowalski jako jedyny fachowiec od takich wind obrażony, że chcą poszukać innego.

Zakupy musiały być dość duże, bo Karol tak przyziemnymi zajęciami nie zawracał sobie głowy. Torba na kółkach i druga bardzo duża zostały w sklepie zapełnione po brzegi.

Wypakowanie i ułożenie wszystkiego zajęło im sporo czasu. Felek ocierał im się o nogi, pomiaukiwał i domagał się głasków.

– Dobrze, to ja teraz pójdę do siebie po książkę kucharską jaką dla pana zrobiłam. Zaraz wracam.

Anna zamknęła za sobą drzwi i lekko zachwiała. Oparła się o ścianę i osunęła na podłogę, jęknęła pod wpływem bólu w  lewej ręce.

Po jakimś czasie zdziwiony nieobecnością sąsiadki Karol uchylił swoje drzwi i zobaczywszy leżącą seniorkę wziął ją pod pachy i podniósł.

– Zadzwonię na pogotowie – powiedział.

– Nie, może to tylko stłuczenie – zaoponowała. Zaprowadź mnie do mieszkania. W kieszeni mam klucze.

– Trzeba zrobić prześwietlenie, zadzwonię.

Posadził Annę w jej ulubionym fotelu i wybrał numer pogotowia. Pozwolono mu pojechać z sąsiadką.

Prześwietlenie wykazało  stłuczenie.

– Jak dobrze, nikt nie będzie musiał  mnie obsługiwać – pomyślała. A Ewa zrobi  mi zakupy.

– No to odkładamy nasze lekcje? – spytał, dość zadowolony z tego obrotu sprawy, Karol.

– Niestety tak. Ale tam leży książka kucharska, proszę ją zabrać i w wolnej chwili przejrzeć. Jeśli coś się panu wyda bardzo proste proszę spróbować ugotować. Radzę zacząć od rosołu. Proste to nie jest ale kupiliśmy kawałki różnych mięs i jarzyny, więc powinien być pyszny. Proszę dokładnie stosować się do przepisu, niczego nie pominąć, bo to nie jest łatwa potrawa.

Karol zabrał książeczkę i wyszedł nie zapytawszy czy może jeszcze w czymś pomóc.

Jadwiga, nazajutrz rano po uroczystości, znalazła chlebodawczynię leżącą w salonie, chrapiącą i rozchełstaną. Próbowała ją obudzić ale bez skutku. Przykryła więc lekkim kocem i przeszła do kuchni. Tam zaparzyła mocną kawę i wyciągnęła z lodówki sok pomarańczowy.

Barbara obudziła się wczesnym popołudniem. Wstała opierając się na kanapie a potem opadła na nią z jękiem. Popatrzyła na opróżnioną butelkę i westchnęła.

– Pani Jadziu, gdzie jest moja komórka? – zawołała.

Gosposia przyniosła pożądany przedmiot wraz z sokiem i kawą.

Skacowana pani domu wzięła telefon i wybrała jeden kontakt.

– Przyjedźcie jak najszybciej – powiedziała podając adres a potem pijąc sok i kawę.

Doprowadzenie organizmu do normalnego stanu za pomocą kroplówki trochę trwało. Nie pierwszy raz to stosowała, już kilka lat temu mąż przekazał jej ten sposób. Nieufna Baśka wtedy sprawdziła informację w Internecie:

Kroplówki witaminowe zdają egzamin nie tylko w przypadku wychodzenia z nałogu alkoholowego, ale sprawdzają się również w niwelowaniu nieprzyjemnych objawów kaca.
Odtrucie alkoholowe pomaga wypłukać z organizmu resztki alkoholu i jego metabolitów, a jednocześnie szybko nawadnia i uzupełnia elektrolity. Działanie kroplówki na kaca odczuwalne jest niemal natychmiastowo, a osoba może o wiele szybciej wrócić do swoich codziennych obowiązków.

I odtąd ratowała się w ten sposób. Na szczęście zdarzało się to najwyżej raz w roku.

Wieczorem już była w dobrej kondycji i poprosiła o lekki obiad. Jadwiga podała jedzenie i powiedziała:

– Mam do pani pewną sprawę.

– Dobrze, proszę poczekać aż zjem, napiję się mocnej herbaty i wtedy porozmawiamy.

Usiadły przy małym stole w salonie i gosposia zaczęła:

– Mam znajome małżeństwo, ona to Ukrainka Olena, on jest Polakiem, ma na imię  Adam. Muszą natychmiast wyprowadzić się z mieszkania i nie znajdą odpowiedniego lokum tak od ręki.

– I co w związku z tym? Mam ich tu przyjąć? Oszalała pani?

– Nie, ale mam pomysł – niech zamieszkają nad garażem. Ona dobrze sprząta, umie też gotować więc się tu przyda, a może i w pani sklepach. On jest „złotą rączką”, prawie wszystko naprawi, zadba też o ogród. Zapłaci im pani albo za wykonaną pracę albo za godzinę biorąc pod uwagę koszt mieszkania. Acha, mają małego psa, ale jest łagodny i dobrze ułożony.

– I będą się gnieść w kawalerce?

– Już im powiedziałam jak to wygląda, przyjmą propozycję z wdzięcznością.

– No, nie wiem. Niech przyjdą to z nimi porozmawiam.

– Ale ja za nich ręczę,

– Wszystko jedno, chcę poznać ludzi, których wpuszczę pod swój dach.

– Dobrze, to ja zaraz do nich zadzwonię. Kiedy mają przyjść?

– Jak im się pali ziemia pod nogami to jutro o dziesiątej rano.

Rozmowa przebiegła w miłej atmosferze przy kawie, herbacie, szarlotce i misce z wodą dla psa, który rzeczywiście okazał się niepotykanie spokojnym zwierzęciem.

Ustalono warunki mieszkania oraz pracy, więc nowi lokatorzy od razu się wprowadzili. Pies spenetrował cały ogród, zostawił kilka znaków dla pobratymców i zrobił kupę pod krzakiem. Potem przybiegł do właścicieli szczekając radośnie.

– Acha, zostawiłeś gdzieś prezent, prawda? No to pokaż gdzie leży. Zaczekaj wezmę łopatkę, zakopię to zamiast zaśmiecać środowisko torebką.

Upalne miasto 23

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Ślub odbył się szybko i cicho, w ogrodzie Baśki. Ubrana była kuso i na biało, na głowie miała wianek z ogrodowych stokrotek z białą woalką,  nad nią, w trakcie składania przysięgi,  leciał motylek. Arek miał na sobie letni garnitur w kolorze blue, w tym samym kolorze półbuty z licznymi dziurkami oraz letni kapelusz zakrywający zbyt wysokie czoło.

Panna młoda zaprosiła tylko, już sprawnego Karola, dwie kierowniczki swoich sklepów z mężami, szkolną koleżankę z którą zawsze rywalizowała i Wieśka. W prezencie ślubnym dla siebie kazała się mu się w ciągu tygodnia  wyprowadzić. Jego kawalerkę zająć miała Jadwiga, zadowolona, że zamieszka blisko ale osobno. No i będzie miała mniej schodów do pokonania.

Karol nie zrobił awantury, bo rano zobaczył na swoim koncie sporą sumę.

Jadwiga przygotowała dietetyczne, nietuczące potrawy i usiadła z boku obserwując zebranych. Karol, jak zwykle ubrany bardzo niezobowiązująco, miał na sobie podkoszulek z napisem: wyszłam za mąż – zaraz wracam, przysiadł się do niej i przez chwilę nie rozmawiając popijali drinki.

– A wie pani, że pani Anna chce mnie nauczyć gotować?

– Naprawdę? I co, zgodził się pan?

– Zastanawiam się, jakoś nie czuję powołania w tym kierunku.

– Spróbować warto, może ma pan ukryty talent?

– Ha, ha, ha, pewnie jest on bardzo ukryty.

– Co panu szkodzi, będzie pan niezależny od restauracji.

– Zastanowię się – powiedział Karol i podszedł do Baśki.

– Dzięki za forsę.

– Pewnie ją szybko przehulasz ale nie licz na wsparcie.

– Wiem, wiem, znam cię.

– A jaki prezent mi przyniosłeś? – zapytała panna młoda.

– Zastanawiałem się ale nie mogłem zdecydować co byś wolała: żywego psa czy kota?

– Żartujesz? Nie waż się! – wykrzyknęła oburzona macocha.

– Pewnie chciałabyś kolię z brylantami ale nie mam tyle kasy, chyba że z tombaku i ze szkiełkami.

– Twoje poczucie humoru jest jak tombak i szkiełka razem wzięte – Baśka odwróciła się i poszła do domu skorzystać z łazienki. Podchodząc do drzwi toalety usłyszała podejrzane odgłosy. Poszła w ich kierunku i zobaczyła jedną z kierowniczek ze swoim właśnie poślubionym mężem jak okazywali sobie wielką sympatię na łóżku do masowania. Stanęła jak wryta a potem runęła w ich stronę łapiąc po drodze ciężarek do ćwiczeń.

Sekundę wcześniej para ją zobaczyła i ze stołu zeskoczyła więc furia tylko ramię Arka skaleczyła.

– Auuuu, zwariowałaś? Mogłaś mnie zabić! – krzyknął.

– Zabiłabym ciebie, a odpowiadałabym za człowieka. Zejdź mi z oczu! Spakuj swoje rzeczy i wynocha! Rozwód szybko załatwię, nie martw się! A pani już u mnie nie pracuje – skierowała do kobiety w pośpiechu zbierającej części odzieży. Też w kolorze blue.

– Ale daj spokój kochanie, to nie to co myślisz – Arek naciągając spodnie próbował niezdarnie ratować sytuację.

– Precz chamie! – wykrzyknęła i rzuciła ciężarek w jego stronę. Masażysta uchylił się i wybiegł. Za nim  już bezrobotna kierowniczka.

Arek zaczekał na nią za drzwiami:

– Ja jestem zadowolony, że pozbyłem się tej baby. A ty jak ze swoim mężem?

– Powiem mu ale i tak byliśmy o krok od tej decyzji. Mamy dwa mieszkania więc może zaraz się przeprowadzić.

– Może i on ma jakąś babę na boku?

– A kto go wie? W łóżku jest beznadziejny ale ma forsę i nie jest skąpy to jakąś sobie znajdzie jeśli już tego nie zrobił.

– Ale straciłaś robotę.

– I tak miałam zamiar ją rzucić. Odłożyłam trochę, od męża też pewnie coś dostanę, miałam propozycję lepszej pracy, więc wszystko dobrze się układa.

– Tylko ja nie mam gdzie mieszkać.

– Wprowadź się do mnie, jeśli nam się ułoży to możemy być razem. Jedną dziedzinę już sprawdziliśmy i wiemy, że pasujemy do siebie. Oboje się zaśmiali i poszli na górę po rzeczy Arka. Spakowali je i skierowali się w stronę auta Heńki. Po drodze ta poinformowała męża:

– Jedziemy do domu.

– A co on tu robi z torbami? – zapytał małżonek.

– Wyprowadza się i zamieszka ze mną. Ty przenieś się do tego  drugiego mieszkania. Właśnie lokatorzy się wynieśli.

– To świetnie, właśnie zbierałem się powiedzieć ci, że chcę to zrobić.

– Czyli będziemy się rozwodzić – podsumowała Heńka.

– Uff, nareszcie mamy jasną sytuację – odetchnął uwolniony od zobowiązań mąż. Naprawdę wielkie dzięki, ulżyło mi.

– Jak miło się zrobiło – powiedział Arek. Zabrałem z weselnego stołu szampana to może to oblejemy? – zaproponował.

– Jestem na tak – powiedzieli małżonkowie.

Po wejściu do mieszkania żona, prawie rozwiedziona,  zaproponowała:

– To ja najpierw pomogę ci się spakować. Chyba że prześpisz się tutaj a jutro pojedziesz na nowe miejsce.

– A, nie. Wolę dzisiaj. Wam tez będzie wygodniej, prawda?

Nowa para pokiwała głowami wdzięczna losowi za takie rozwiązanie.

Po szampańskim toaście zagryzanym szybko odgrzanymi w mikrofalówce pasztecikami mąż, z pomocą Arka, zniósł torby do taksówki.

– Powodzenia – powiedzieli obaj prawie jednocześnie i zaśmiali się.

Arek wszedł do mieszkania Heńki i powiedział:

– Przyzwoity ten twój mąż.

– Szczególnie wtedy kiedy mu pasuje, ha, ha, ha – stwierdziła Heńka.

– No to rozbieraj się, dokończymy to co zaczęliśmy i ta kretynka nam przerwała – zaproponował Arek zdejmując ślubny garnitur.

– To może razem pod prysznic?

– Czemu nie, lubię szum i dotyk ciepłej wody.

– No to teraz polubisz mój dotyk – Heńka zgrabnie pozbywała się garderoby.

Nadzy i objęci poszli do łazienki.

Barbara wściekła, że następny facet wymknął jej się z rąk wyciągnęła butelkę czystej wódki  z barku i pijąc obmyślała zemstę.

Tak zastała ją Jadwiga.

– Czy wyjdzie pani do gości, pytają o panią.

– Niech spadają jak najszybciej.

– A co się stało?

– Ten cham, ten niewdzięcznik, to zero po liftingu zdradził mnie w gabinecie z moją pracownicą.

– Coś takiego – powiedziała gosposia. I co teraz?

– Wyrzuciłam go. Spakował się i razem z nią odjechał.

– Szybko poszło. To ja powiem gościom, że pani źle się czuje i przeprasza.

– Wszystko mi jedno, niech pani powie co chce, tylko nie prawdę.

– Oczywiście.

Upalne miasto 22

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Ewa załatwiła wszystkie sprawy na uczelni i zadowolona postanowiła to uczcić razem z babcią. Kupiła ulubione lody oraz świeże maliny i zapukała do sąsiednich drzwi.

Anna zerknęła przez wizjer i przekręciła zamek.

– Wchodź, wchodź, miło, że przyszłaś – powiedziała całując wnuczkę w policzek.

– Przyszłam oblać z tobą pomyślne załatwienie spraw na uczelni. Zaczynam od października – Ewa postawiła pojemniki na blacie w kuchni. Gdzie masz miseczki i łyżeczki?

Usiadły w pokoju przy stole delektując się deserem.

– To ja ci teraz opowiem o progach i barierach jaki pokonałam, aby doprowadzić mojego laptopa do lepszej formy. Najpierw zaniosłam go do znanego mi fachowca ale na drzwiach wisiała kartka, że mają urlop. W sierpniu! Jakby nie wiedzieli, że jak urlop to tylko w lipcu?

– Ale dlaczego uważasz, że  tylko w lipcu?

– Bo tak byłoby mi wygodniej.

– Acha, rozumiem, ha, ha, ha.

– Po tygodniu ponownie zaniosłam sprzęt i przeczytałam: JESTEM NA AWARII. Wrócę o godz. 14. A była 12-ta. Zniechęciłam się i  pomyślałam, że nie znam takiego imienia „Awaria”.

– Żartujesz chyba?

– No, oczywiście. Często stosuję metodę obśmiania trudności. Następnego dnia ponowiłam pielgrzymkę i ucieszyłam się, że drzwi otwarte. Weszłam i powiedziałam, że laptop mi świruje.

 Fachowiec zapytał: „Co to znaczy świruje?”.

Ja: „Rozumiem, że w języku komputerowym nie ma takiego fachowego określenia”. I opowiedziałam co i jak. Na co, sympatyczny młodzieniec stwierdził, że dobrze by było wymienić część z myszką. Zdecydowałam się. I trzeba było zabrać laptopa do domu, bo na miejscu tej części nie ma, należy zamówić, co przy mnie zrobiono. Miałam czekać na telefon. To był wtorek, minął następny a informacji ani widu a szczególnie słychu. To w środę dzwonię na komórkę fachowca a potem na firmowy telefon. Nikt nie odpowiada. Postanowiłam iść osobiście. Nie zdążyłam, bo facet oddzwonił i okazało się, że nie pamięta sprawy,

– Wkurzyłaś się?

– No, pewnie. Postanowiłam mu powiedzieć, żeby jadł średniej wielkości wieloryba dziennie.

– Co ty mówisz? Jakiego wieloryba?

– A to cytat z jakiegoś filmu. Taką radę tam przekazano, żeby komuś poprawiła się pamięć.

– Rozumiem, i co dalej?

– W trakcie rozmowy sprawdził, że zamówienie poszło ale przesyłka nie wyszła. Zamówił ponownie.

– Długo czekałaś?

– Tydzień. Firma od części zamiennej usprawiedliwiała się, że pracownik był na urlopie. Zaniosłam sprzęt w środę rano, facet zapytał czy coś na laptopa wylałam. Ja na to, że to są odciski palców dla policji. Taki żarcik. A po południu już był telefon, że za godzinę mogę przyjść i zabrać laptopa. Ale zapytał czy palę papierosy. Zaprzeczyłam z oburzeniem.

– No, ta zniewaga krwi wymaga. I co? Poleciałaś ze śpiewem na ustach.

– A właśnie że nie. Żadnego latania i śpiewania.

– Zastosowałaś luz bluz.

– Cierpliwość i dystans raczej.

– Z odbiorem nie było kłopotu?

– Żartujesz? Oczywiście, że był. Terminal im padł i nie mogłam zapłacić kartą a nie noszę przy sobie takiej gotówki.

– Domyślam się, że musiałaś latać po osiedlu do bankomatu, jeden był nieczynny a drugi oporny.

– Otóż nie. Wprawdzie złośliwość losu spowodowała, że dawno zamknięto oddział mojego banku położony blisko punktu napraw ale fachowiec miał dzień dobroci dla klientki i pozwolił mi zabrać laptopa bez płacenia.

– Tak zupełnie?

– Nie, no bez przesady. Zapłaciłam następnego dnia. Bez procentu. Weszłam i powiedziałam: pewnie pan myślał, że nie przyjdę. Zaprzeczył. Ale pewnie mała nutka niepewności w nim tkwiła.

– Ufff, twój diabeł stróż jest cholernie pracowity.

– A anioł się nie wyrabia na zakrętach. Ostatnio przeczytałam, bardzo prawdziwą  sentencję znajomej o nicku Ostatek: „Starość jest jak pudełko czekoladek z piołunem. Żebyś nie wiem jak się starał trafisz na gorycz”

– Nadzwyczaj prawdziwe stwierdzenie.

Barbara postanowiła zostać panną młodą i zmanipulować Arka, aby się oświadczył uważając, że to jego pomysł. Zamówiła u pani Jadzi swoje ulubione danie w postaci piersi z indyka na parze:

Jeżeli planujemy gotowanie mięsa na parze, to pamiętajmy, aby je najlepiej na noc zamarynować w oliwie i przyprawach. Mięso jest wtedy bardziej soczyste i wyraziste w smaku. Warzywa można przyprawić tuż przed gotowaniem. Nie żałujmy ziół i aromatycznych przepraw. Ponieważ gotowanie na parze ma być dietetyczne, starajmy się nie używać soli. Ewentualnie można posolić już na talerzu, przed samym podaniem.

Składniki:

– 400 g piersi indyka

– 3-4 ziemniaki

– mieszanka ziół

– mieszanka suszonych warzyw

– kminek 1 łyżeczka

– czerwona cebula

– mrożona marchewka mini ½ opakowania

–  olej

Wykonanie:

Mięso kroimy w cztery plastry. Obsypujemy obficie ziołową mieszanką – ok.3 łyżk). Odstawiamy do lodówki na noc ( pod przykryciem ) lub minimum na godzinę.

Ziemniaki obieramy, kroimy w niezbyt grube plastry, obsypujemy kminkiem i zmiksowanymi, suszonymi warzywami. Polewamy oliwą i dokładnie mieszamy. Cebulę kroimy w plastry. Układamy kolejno w parowarze: plastry mięsa, ziemniaki z cebulą, marchewkę. Następnie nastawiamy parowar na 30 minut. Gotowe danie przyprawiamy ewentualnie solą, pieprzem, sproszkowaną papryką. Podajemy z sezonową surówką lub z konserwowym ogórkiem.

– Wprawdzie przypuszczam, że najchętniej pożarłby dużą golonkę lub wielkiego schabowego a do tego kilka piw ale nie pozwolę, aby się roztył – pomyślała. Ma wierzyć, że dania z parowara są jego ulubionymi i już. Jak tak jadam więc i on może. A na deser dostanie pyszną bezę z zapieczoną pokruszoną tabletką dopingową. To będzie piękna noc.

Upalne miasto 21

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************

„Talent to jest wypuszczanie gołębia z pustego kapelusza. W każdej dziedzinie” napisał na FB Mariusz Szczygieł.

– Jednak bywają talenty małe, średnie i duże – pomyślała Anna. Czy wtedy zmieniają się też proporcje gołębia i kapelusza? A jeśli jest to tylko  talent do bycia złym, głupim, podłym i wyrachowanym egoistą, co wtedy? Należy strzelać do tego gołębia i podpalić kapelusz?

Tak rozmyślała seniorka obierając ziemniaki na placki ziemniaczane. Zaprosiła na nie Ewę, obie lubiły dobrze wysmażone, ciasto bez jajka, a gotowe posypane cukrem.

Ewa przyszła z zakupami, kefirem i mrożonymi malinami.

– Zjemy sobie takie niby lody – zaproponowała.

– Czyżby spotkało cię coś przykrego?

– Ach, wiesz jacy są ludzie… – westchnęła wnuczka.

– Oj, wiem. Większość nie szanuje siebie i podle się zachowuje za to oczekują  szacunku i zachwytów.

– A frustrację z powodu braku tego wyładowują na innych, poniżając ich i obrażając.

– To ci musiał ktoś mocno dopiec – stwierdziła Anna smażąc placki.

– Jakiś zły dzień dziś mam – i kłótliwa, naprawdę bez powodu, klientka w salonie, i niewydolny klient zwalający na mnie winę za swoją niemoc.

– To go zablokuj w telefonie.

– Już to zrobiłam. Ale mam lepszą wiadomość.

– O, jaką? Daj talerzyk to ci nałożę.

– Postanowiłam dokończyć studia. Pamiętasz, że mam za sobą trzy lata psychologii?

– Pamiętam, oczywiście. A byłaś już na uczelni załatwić tę sprawę?

– Będą to studia płatne więc nie stawiają przeszkód. Obiecali też  zaliczyć mi tamte egzaminy.

– Rozumiem, że cię już stać na opłaty, czyli wyszłaś z długów?

– Jeszcze nie ale już niedługo. Jak wszystko spłacę i trochę zaoszczędzę to skończę z bycia osobą na telefon.

– Oby jak najprędzej. Żałuję, że nie mam oszczędności i nie mogę Ci pomóc.

– Przekazując mi salon wystarczająco pomogłaś. Miałam dokąd uciec od koszmaru świata modelek.

– Tak, to się dobrze złożyło – powiedziała Anna siadając i placki posypane cukrem zajadając. Obie nie kroiły ich tylko zwijały w rulonik i odgryzały kolejny kęs delektując się posiłkiem i swoim towarzystwem.

Pan Kot Felek bardzo był zadowolony, że do obsługi i głaskania ma trzy osoby – Karola, Annę i Jadwigę.

Właśnie Anna skończyła sprzątanie kawalerskiego mieszkania obu panów i spytała Karola:

– A pan to próbował kiedyś coś ugotować?

– Nie, nigdy. Nie mam talentu w tym kierunku.

– Nie próbował ale wie, że nie? A może jednak? Nauczyłabym pana najprostszych rzeczy, chce pan?

– Bo ja wiem? Może jak mi zdejmą gips.

– A kiedy to będzie?

– Za trzy dni.

– No to skończy się nasza opieka i będzie pan musiał być samodzielny.

– Oj tam – dotąd jakoś sobie radziłem.

– Podejrzewam, że to jakoś to było byle jak. Proszę się zastanowić – już bez zapłaty mogę parę razy przyjść i dać panu parę lekcji prostego gotowania podstawowych dań.

– To ja do pani zadzwonię.

– Jeśli za tydzień pan tego nie zrobi to ja się skontaktuję. Pójdziemy do sklepu, przy okazji nauczę pana robić sensowne zakupy.

– Jeśli już pani tak koniecznie chce.

– Ja się nie narzucam. Ale warto być dorosłym czyli samodzielnym.

Po wyjściu seniorki Karol zadzwonił do Barbary.

– Gdzie jest moja spadkowa kasa? – zakrzyczał do słuchawki.

– Uspokój się, jutro będzie na koncie.

– Sprawdzę i jeśli nie – to przyjadę i zamieszkam u ciebie.

– Już się boję, ha, ha, ha – Baśka odłożyła słuchawkę.

Gips sprawnie zdjęto, noga okazała się blada i nieco sflaczała.

– Przydałaby się panu jakaś rehabilitacja – powiedziała pielęgniarka.

– Na fundusz?

– Żartuje pan? Tylko prywatnie. Napiszę panu jakie i gdzie można wykupić.

Ostatnie zakupy dla podopiecznego Jadwiga zrobiła jak dla czteroosobowej rodziny o czym ten powiadomił panią Annę.

– Jak już wszystko przejem to dopiero wtedy pójdziemy na zakupy. Chyba potrwa to co najmniej tydzień, może półtora.

– Dobrze, w międzyczasie zrobię dla pana książkę kucharską – w segregatorze A-5, w koszulkach, nakleję  na kartki papieru swoje i cudze przepisy. Podzielę na działy kolorowymi kartkami. Powycinam też, z gazetek reklamowych, zdjęcia produktów i potraw i nimi ozdobię tę książkę.

– Och, dziękuję ale ja nie będę mógł pani zapłacić – powiedział skąpiec.

– Nie ma sprawy, to w ramach pomocy sąsiedzkiej.

– Ale się baba uparła, ale co mi tam, może rzeczywiście mam talent kulinarny, bo dlaczego nie? Mój stryjek był świetnym kucharzem to kto wie? – pomyślał Karolek, odgrzał sobie pyszny obiadek, popił świeżo zaparzoną herbatą uświadamiając sobie, że nie kupił  piwa.

– E, to jutro przy okazji załatwiania zabiegów.

Położył się na tapczanie a obok niego Felek. I tak sobie drzemali przy cichej muzyce Aż tu nagle usłyszeli kobiecy jazgot. Potem hałas przesuwanych mebli i liczne, siarczyste przekleństwa.

– Było cicho i komu to przeszkadzało? Karol  wstał, otworzył drzwi wejściowe i zszedł piętro niżej zobaczyć powód tego koszmaru. I zobaczył.

Na noszach wynoszono nieprzytomnego lokatora, którego pobił zazdrosny mąż, kolega z pracy. Żona i kochanka kłóciły się bez szarpania za włosy albowiem kulturalne były. Brat żony przesuwał meble i przeklinał na czym świat stoi.

– On tak musi, te meble? Wyprowadzać się będą? – zapytał Karol sąsiada – gapia.

– A skąd! Jakie wyprowadzać, ale siostra mu powiedziała, że zazdrosny mąż chował dowody zdrady za szafą, to odsuwa.

– I co by to miało być? Te dowody?

– A kto to wie? Może filmiki sobie nagrywali? Może tylko zdjęcia robili? Pojęcia nie mam.

– To niech pomaca dół szafy, może tam jest jakaś paczuszka – doradził Karol i poczłapał na górę.

– Nigdy nic sobie nie nagrałem, żadnego bunga bunga. Może szkoda – pomyślał siadając przy komputerze bo dostał nowe zlecenie. Sprawdził czy na koncie pojawiły się pieniądze ze spadku. Nie było.

– Trzeba zarobić na rehabilitację – pomyślał. Kasy nigdy za wiele.

Upalne miasto 20

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

Pobyt w „Leśnej nimfie” Barbara uznała, mimo wszystko, za udany. Ona się zrewitalizowała a Arek dokształcił. Wyjechali z ośrodka w poniedziałek rano i dotarli do domu po trzech godzinach.

Wysiedli z auta, kierowca – rehabilitant wyjął torby i walizki z bagażnika a Barbara otworzyła wejściowe drzwi.

– Co tu się stało???? – Arek usłyszał jej krzyk. Porzucił bagaż i wbiegł do domu.

Oboje zobaczyli skutki balangi – leżące, śpiące nagie panie i jednego pana. Wieśka zalanego krwią i patrzącego błędnym wzrokiem. Rozbite szkło meblowe i lustro, plamy na dywanie a nawet na suficie i ścianie, poprzewracane krzesła i fotele, oberwane zasłony i firanki.

Barbara wściekła dopadła Wieśka, postawiła go na nogi i chlasnęła parę razy po twarzy.

– Arek, trzeba go zanieść pod prysznic. Pozostałych też. Albo lepiej nie. Tam tylko Wieśka, ich wyrzuć na trawnik i odkręć deszczownicę.  Ja przyniosę ubrania dla Wieśka, a ich ciuchy wyrzucę na zewnątrz.

Co powiedziała to zrobiła.

Po chwili zobaczyli jak pięcioro nagich i mało przytomnych postaci zatacza się po ogrodzie.

Wiesiek po prysznicu trochę oprzytomniał, ubrał się i usiadł na kanapie zastanawiając jak wybrnąć z sytuacji.

– Ty kretynie! – krzyknęła Baśka siadając naprzeciw niego. Ty skończony, ograniczony kretynie! Masz załatwić sprzątanie, malarzy, pranie dywanu, wstawienie szyb i odkupisz alkohole oraz szklanki i kieliszki. Dobrze, że pani Jadwiga ma parę dni wolnego, bo gdyby to zobaczyła zawał murowany.

– Ale…

– Żadne ale, ty narozrabiałeś, ty ponosisz konsekwencje. I ani słowa bo nie wytrzymam i tak ci przyłożę,  że się nie pozbierasz. A teraz wynocha z mojego domu i nie masz tu wstępu! Oddawaj klucze! A za godzinę ma tu być ekipa sprzątająca i nie obchodzi mnie jak to załatwisz.

Towarzystwo na trawniku powoli trzeźwiało, to podnosiło się, to padało i szukało swoich ubrań – znaleźli je przy drzwiach wejściowych. Pomięte jak oni sami.

Gdy Wiesiek wyszedł z domu, napadli go z pretensjami.

– No, co się dzieje? Dlaczego nadzy wylądowaliśmy na trawie?

– Bo zachciało się wam łona natury – kłamliwie poinformował kumpel.

– Trzeba było nas powstrzymać.

– Akurat! Całą piątkę? Jak? Zarzucić na was sieć rybacką?

– Dobra, to teraz chcemy wziąć prysznic – powiedział kolega a cztery panienki milcząco przytaknęły.

– A nie wystarczy wam tego lania? Dobra, chodźcie do mnie, bo mam zakaz wstępu do Baśki.

Wieśkowa kabina prysznicowa była pojedyncza i duetów nie mieściła. Panowie nie byli zadowoleni. Panie wręcz odwrotnie. Zużyli zapasy mydła, szamponu i wszystkie ręczniki.

– Słabo wyposażone masz to gospodarstwo – skrytykowała jedna z panienek. Kosmetyki najtańsze, ręczniki zużyte, woda ledwie ciepła.

– Nie jestem darmową łaźnią, idźcie już, głowa mnie boli – niegościnnie popędzał gości Wiesiek. Muszę załatwić porządki i malowanie u Baśki. Ty się dołożysz do kosztów – wskazał na kumpla.

– Jeszcze czego! Zaprosiłeś to sam płać! – usłyszał. Chodźcie dziewczyny, jedziemy do mnie. Niech sobie sam siedzi ten skąpiec.

– Skąpiec, skąpiec, skąpiec – wychodząc powtarzały panienki.

– Moliera się naczytały czy co? – pomyślał nieszczęsny organizator orgietki masując skronie.

Zadzwonił do znajomej Ukrainki, która wielokrotnie już sprzątała u Baśki. I do malarza, jej znajomego. W Internecie zamówił szklanki i kieliszki podobne do tych jakie potłukli. Najtrudniej było ze szklarzem i lustrem ale w końcu też to załatwił.

Zaparzył sobie mocną kawę myśląc: jakie to szczęście, że nie chcieli, żebym ich poczęstował, bo mam bardzo dobrą, szkoda by było.

Karol z trudem wytrzymywał utrudnienie w poruszaniu się i swędzącą nogę pod gipsem. Felek uspokajał go mruczeniem i ocieraniem się.

Jego niewolnik wykonał zleconą pracę i czekał na przelew należności marząc co sobie kupi za te pieniądze.

– Na wypasione auto czy motor nie starczy, najwyżej na rower i to z dolnej półki ale i tak będzie lepszy niż ten, który mam – pomyślał. Ciągle nie wiem ile dostanę od Baśki. I kiedy. Szkoda, że nie jestem hakerem tylko grafikiem. Włamałbym się do jakiegoś banku i przelał sobie godną mojej osobowości sumkę. A potem wyjechał gdzieś daleko i żył sobie lekko, łatwo  przyjemnie.

Weszła pani Jadwiga z kolejnym zapasem jedzenia. Była na urlopie więc tym razem przyniosła zupy z marketu, płynne i chińskie. Zajrzała do zamrażalnika sprawdzając stan produktów. Dołożyła woreczki z domowym leczo a jedną porcję włożyła do garnka i postawiła na palniku.

– Na jutro ma pan w lodówce faszerowaną paprykę i naleśniki z serem – powiedziała zbierając swoje rzeczy. Pani Anna zaraz przyjdzie i tu posprząta. Chodź Feluś, nalałam ci świeżej wody i wsypałam trochę groszków, które lubisz.

Kot poocierał się o jej nogi i zabrał do pałaszowania.

Ewa pojechała na kolejne spotkanie biznesowo- łóżkowe. Tym razem był to niedawno rozwiedziony pięćdziesięcioletni właściciel firmy transportowej. Wymienić chciał żonę na nowszy model ale żadna młódka go nie chciała, bo nie był fizycznie atrakcyjny. Brakowało mu kilku zębów, cerę miał w pryszczach a poza tym chrapał nieznośnie. I nie chciał od Ewy seksu tylko, żeby mu wytłumaczyła dlaczego nie ma brania.

– Najpierw pieniądze, potem rozmowa – postawiła warunek. Mam być szczera czy skłamać, aby się pan dobrze poczuł? – zapytała chowając pieniądze do torebki.

– Szczera ale nie do bólu – poprosił.

– Proszę bardzo, zapiszę panu – wyciągnęła notes i długopis.

Po pierwsze kosmetyczka – mogę polecić dobry salon, wyjęła z torebki wizytówkę swojego. Po drugie dobry fryzjer. Po trzecie – czyszczenie zębów i uzupełnienie ubytków. Po czwarte garderoba – garnitur szyty na miarę, dobrej jakości  bawełniana bielizna i skarpetki oraz skórzane buty. Po czwarte to nieprawda, że częste mycie skraca życie. Po piąte dezodorant do ciała i do stóp. Stać pana na to wszystko. I do lekarza proszę iść, żeby powiedział dlaczego pan chrapie.

– To samo mówiła moja żona – przyznał się bez bicia.

– I dlatego się pan z nią rozwiódł?

– Tak naprawdę to mnie zdradzała, bo ja już nie bardzo się sprawdzam.

– A viagrę pan stosował?

– Jeszcze nie, a powinienem?

– O to musi pan zapytać lekarza, on zaleci różne badania, wtedy okaże się co i dlaczego nie działa.

– Może powinna pani zostać psychologiem seksualnym? – zapytał.

– A wie pan, że myślałam o tym. Mam za sobą trzy lata psychologii, może warto skończyć te studia. Dziękuję za podpowiedź.