Upalne miasto 183

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*********************************************************

Czwartek 5.02.

Ja w domu, bo ślisko. O czym donoszą mieszkańcy naszego grodu na FB:

  1. Ja dziś widziałem swoją sąsiadkę (ok. 70+), która szła po pieczywo do piekarni rozsypując przed sobą sól. Miała w torbie 3 kg soli! Krok … sól, 2 minuty stania i krok… I tak krok za krokiem…
  2. Jak nie masz raków (ja właśnie dorwałam ostatnią parę w mieście), to skarpetki na buty, najlepiej frotte
  3. Właśnie się zastanawiałam jak wyjść z psami. Wezmę chyba na plecy wiadro piasku (bo sól pieskom szkodzi) i poduszkę na d…

Niedziela

W Internecie natknęłam się na przepis – cukierki michałki:

Składniki:

Tabliczka czekolady, masło orzechowe, rozdrobnione różne orzechy.

Wykonanie:

Rozpuścić czekoladę, dodać masło i orzechy. Dokładnie wymieszać i do lodówki. Można dodać cukru, a może miodu? Proporcje według uznania, czyli na oko.

Poniedziałek

Po słodyczach czas na grzyby opisane przez autora profilu na fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też”

Grzyby to podstępne, małe dranie. Człowiek myśli, że jak będzie się trzymał tych normalnych, zamiast szukać łysiczek w krowich plackach, to jest w miarę bezpieczny. I wtedy do gry wkracza Lanmaoa asiatica, czyli chiński gatunek borowika, i mówi: „No dalej, zjedz mnie, Alicjo, co może stać się najgorszego?”.

W przypadku polskich grzybów to „najgorsze” jest zwykle dość przewidywalne i kiedy nadejdzie, to przynajmniej nie trzeba się już o czynsz martwić. Tymczasem po zjedzeniu Lanmaoa asiatica ludzie masowo zaczynają widzieć stada innych małych ludzi. Na szczęście nie chodzi o dzieci.

Uczeni przebadali dokładnie azjatyckie borowiki. Nie udało im się wykryć żadnej klasycznej substancji halucynogennej, ale i tak bawili się świetnie. Poza tym, że nie wiadomo właściwie, co w grzybie powoduje zwidy, najdziwniejsze jest to, że wszyscy zwidzą mniej więcej to samo.

Za każdym razem są to małe ludziki, elfy albo żołnierzyki, które masowo wspinają się po meblach i ścianach. Gdybyśmy tylko na trzeźwo byli tak zgodni co do tego, kto jest małym, wrednym człowieczkiem to świat byłby lepszy (to nie przytyk do wzrostu, tylko karłowatości duszy).

W ogóle, dlaczego to zawsze są mali ludzie, a nie na przykład małe kotki? „Stary, wpadaj do mnie, będziemy jeść grzyby i oglądać syjamy”.

Halucynacje są podobno zależne od tego, jak dobrze grzyb jest przygotowany. Kelnerzy w restauracjach dają gościom specjalne ściągawki: powyżej 30 minut – dobrze. Poniżej – Polokoktowcy.

W dodatku inwazja kurdupli trwa od 24 do 72 godzin, czyli mamy całkiem niezły zwrot z inwestycji. No, chyba że komuś się faktycznie uleje grzybową, co podobno również się zdarza. Mimo to każdego roku, gdy przychodzi sezon, ludzie podejmują ryzyko spotkania z najniższym i, jeżeli wierzyć badaczom, robią to z powodu smaku, a nie dla widoków. Nigdzie na świecie nie wykształcił się zwyczaj jedzenia Lanmaoa asiatica dla samych efektów ubocznych.

O ile większość substancji psychozabawnych prowadzi do szerokiego spektrum przywidzeń, halucynacje po tych konkretnych grzybach są powtarzalne. Oznacza to, że gdzieś w naszych głowach jest ośrodek generowania krasnali i da się go odkryć przy pomocy pierogów z kapustą i grzybami.(szczególnie we Wrocławiu i to bez pomocy grzybów – przypisek mój IB).

Badacze (i hipisi) uważają, że grzyby pozwolą lepiej poznać ludzką naturę, i ja się z tym zgadzam. Nic nie mówi o człowieku tyle, co jego reakcja na obcego grzybiarza w jego tajnej, grzybowej miejscówce.

ŚRODA – koszmarny dzień.Aż się nie chce tego opisywać ale spróbuję.

Dzisiaj przeczytałam maila od poczty polskiej, że do przesyłki mam dopłacić 4 złote.  Podano jej numer oraz polecenie „kliknij i opłać”.

Wysyłałam wczoraj list do Holandii ale najzwyklejszy, więc nie miał żadnego numeru jak polecony. Poszłam na pocztę wyjaśnić – oczywiście oszustwo.

Wczoraj – oddział w którym opłacałam comiesięczną składkę ubezpieczenia zwinął się z dotychczasowego lokalu i przeniósł na drugi koniec miasta. Obok jest siedziba podobnej firmy więc zapytałam czy mogę u nich dokonywać wpłat. Tak, ale trzeba się umówić telefonicznie bo akurat dziki tłum tam się tłumił. Wzięłam wizytówkę i poszłam. Zadzwoniłam, umówiłam się na dzisiaj. Urzędniczka miała zapisane, że na jutro. Na szczęście beztłumnie było.

A w komputerze okazało się, że od 2019 roku nie jestem ubezpieczona w PZU tylko nie wiem gdzie. Czyli mam jechać do tej oddalonej siedziby i wyjaśniać. Albo zadzwonić na infolinię. A gdybym chciała być klientką PZU to comiesięczna opłata będzie trzykrotnie wyższa. Cudooownie!

Pojechałam po pismo „Wrocławski Niezbędnik Kulturalny” do „Barbary”, która kiedyś była barem a teraz jest „Wrocławskim Instytutem Kultury”.

Poszłam odpocząć do galerii o nazwie „Żyjnia”, usiadłam i w telefonie wpisałam „jakdojadę”, aby w ten sposób znaleźć najlepszy dojazd do siedziby tego mojego (ale bez kontynuacji) ubezpieczyciela. Wyświetliło mi się, że muszę wpisać kod otrzymany sms-em a potem dopiero doczytałam, że będzie mnie to kosztować 100 złotych miesięcznie płatne dodatkowo  w prenumeracie sieci telefonicznej. Mało szlag mnie nie trafił! Tak, ze złości na swoją nieuwagę.

Z domu zadzwoniłam do sieci – nie mają takiej informacji, polecono mi napisać maila do jakdojade.pl. Zrobiłam to.  Odpowiedzieli, że nie mają takiej aplikacji i mam się dowiedzieć kto to wysłał. Tylko jak to zrobić? Wysłałam do nich ponownie maila cytując cały sms i prosząc o pomoc. Zero odpowiedzi.

PIĄTEK 13.02

Następny kop w splot i psychikę – kurier dpd nie dostarczył mi listu z Niemiec, nie zadzwonił, nie zostawił awizo i przesyłka wraca do nadawcy – dowiedziałam się wczoraj. Nie wrócił.

No to mam piątek i 13 dzień miesiąca już dużo wcześniej. Jak się ma w życiu zezowate szczęście to się ma. Ii diabła stróża.

Wczoraj na zajęciach literackich, z okazji Walentynek (jutro) rozdałam wszystkim (8 osób) pakiety (w zrobionych przez siebie kopertach) składające się z: kartki okolicznościowej (gotowca, miałam pozyskane tu i ówdzie przez lata), pakiecik kwadratowych karteczek notesikowych owiniętych szerokim paskiem papierowym a na to naklejone serduszko i żart wycięty z gazety oraz zakładkę do książki w formie sówki.

Z podanych na stole pączków wzięłam sobie do domu jednego, aby zjeść popijając domową herbatą.

Dzisiaj  w prywatnej osiedlowej piekarni chciałam kupić chałkę ale już nie było. Od sprzedawczyni dowiedziałam się, że wszystkie (upiekli tyle co zawsze) wykupiono a w dodatku liczni klienci domagali się pączków. Ich cukiernicy mają wolne, bo pracowali przy smażeniu pączków czternaście godzin. Jacyś niedosłodzeni klienci  tu są.

W lokalu obok punktu ksero mieści się fryzjer. Takich usług u nas na osiedlu jak mrówków. Doganiają w ilości żabki. I ten zakład oferuje „super” promocję – damskie strzyżenie za 60 złotych zamiast 90. Bardzo śmieszne. Za tyle to zawsze, bez promocji, jest w każdym innym.

Takie na mnie to zrobiło wrażenie, że w nocy z soboty na niedzielę śniła mi się wizyta u „stylisty fryzur”, który po pomasowaniu mojej głowy spowodował nagły, spory  wzrost włosów by potem je obciąć. I gdy doszło do płacenia (jak za zboże) to okazało się, że ktoś ukradł mi kartę płatniczą wkładając do torby nieaktualny mały kalendarzyk. Przebudziłam się, wstałam i sprawdziłam – uff, jest!

Nawet nocą mój złośliwy diabeł stróż nie śpi. Pracoholik jeden wredny!

Upalne miasto 182

Upalne miasto 182

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

************************************************************************

Czwartek – zajęcia literackie prowadzone przez dr Magdę Wieteskę.

Dzisiaj m.in. mieliśmy  zadanie, aby odpowiedzieć na takie pytania:

– Co widzi filiżanka gdy zostaje sama na stole”

Odp. moja: Obrus i kobietę niosącą dzbanek z herbatą.

– Co widzi niebo o czwartej rano?

Odp.: Świecące latarnie i niektóre szyby niebieskie od telewizorów.

– Co widzi parasol na deszczu?

Odp. Nad sobą niebo, pod sobą rękę i postać, która go niesie.

– Co widzi mój cień?

Odp.: Że znowu mam krzywo zapięty płaszcz.

Tego samego dnia następne zadanie – jakie pięć rzeczy , których nie można dostać za pieniądze zapakuję do walizki przed podróżą:

– wspomnienia,

– nadzieję na spokojną podróż,

– dobry humor,

– swoja książkę z własnoręcznie wykonaną zakładką – na prezent,

– wyrozumiałość dla współpasażerów.

Zadanie domowe to opisać, na pół strony, 

Co widzi niebo o czwartej rano.

(Inne osoby miały filiżankę, cień, parasol)

Niebo jest pracoholikiem, bo działa całą dobę. Zastanawiam się czy odczuwa, czasem, wypalenie zawodowe. Może to wtedy zakrywa się gęstymi chmurami?

O czwartej rano w miastach widzi świecące latarnie, światła rzadko przejeżdżających pojazdów i koty wałęsające się po podwórkach.

Ziewające kobiety stojące pod latarniami blisko podrzędnych knajp z których je już dawno wyrzucono i wstępu zabroniono.

Grupkę szczurów żerujących na śmietnikach i wyśmiewających głupich ludzi z ich durnymi trutkami.

– Im się zdaje, że nas pokonają, ha, ha, ha – powiedział Największy.

– Tyle lat próbują i bez skutku – dodał jego młodszy brat.

– A my trwamy i trwać będziemy – pisnęła szczurzyca.

– Nawet książkę o nas napisali zwalając odpowiedzialność za epidemię.

– Jakby myli ręce, nie rozrzucali jedzenia i szczelnie zamykali pojemniki to mielibyśmy się z pyszna – stwierdził Grubas.

– Ale tacy mądrzy to oni nie są – podsumował Największy.

Niebo nie mogło nic na to poradzić. Na pocieszenie przypomniało sobie wierszyk Ewy Szelburg – Zarembiny:

Idzie niebo ciemną nocą,
ma w fartuszku pełno gwiazd.
Gwiazdy świecą i migocą,
aż wyjrzały ptaszki z gniazd.

Jak wyjrzały, zobaczyły
to nie chciały dłużej spać.

Kaprysiły, grymasiły,
żeby im po jednej dać.
Gwiazdki nie są do zabawy,
tożby nocka była zła.
Bo usłyszy kot kulawy,
cicho bądźcie! Aaa …

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Szelburg-Zarembina

niedziela 1.02.

DODA w DDTVN – brawo ona! A gdzie są inni znani i lubiani tak niby kochający zwierzątka?  

Środa 4.04.26 Wczoraj bardzo zimno z dodatkiem wiatru. Szybko na masaż a potem do pobliskiego sklepu i do domu.

Jeszcze przed świętami zaniosłam do kawiarni „U Alberta” mieszczącej się przy mojej ulicy wykaz zajęć jakie mogę bezpłatnie poprowadzić. Wykaz jest zawiera tytuł zajęć, krótki opis i konieczne materiały.

Niedawno zadzwoniła do mnie pani Dorota z propozycją, abym dzisiaj poprowadziła warsztaty pt. „Drugie życie firanki”, czyli jak uszyć woreczek, który przyda się na: zioła, orzechy, grzyby, cukierki, kasztany, szyszki , kłębków wełny, prezenty  oraz do prania drobnych rzeczy, aby nie znikły w czeluściach pralki. Sky is limit w pomysłach.

Jedyną uczestniczką była Natalia prowadząca kawiarnię. Woli ona zajmować się kwiatami niż szyciem ale uznała, że potrzebuje woreczek do prania skarpetek dziecięcych.

Od 1922 roku jest, z dziećmi,  we Wrocławiu, wcześniej studiowała tu jej córka.

Skorzystała, bo nie tylko ma woreczek ale i przy okazji dowiedziała się jak wygląda francuski szew, który warto stosować, aby nie obrębiać niesfornie zachowującej się tkaniny.

Oto początek tego wykazu:

1. ORGANIZERY z pudełek, puszek, rolek po papierze toalet. (potrzebne: kolorowy papier do oklejenia lub tkanina/filc, pasmanteria różna, koronki i duże cekiny do ozdobienia, nożyczki, klej)

Tytuł: „Zapudłuj co chcesz”

2. RAMKI na zdjęcia i obrazki (potrzebne: sztywny gruby karton, kolorowy papier do oklejenia, filcowe/z tkaniny motywy, pasmanteria, cekiny do ozdobienia, koronki, klej, nożyczki, ołówek, linijka)

Tytuł: „Obramuj wspomnienia”

3. NASZYJNIKI ZAMOTKI i bransoletki z bawełnianych kolorowych koszulek, na drucie i na luzie (potrzebne: koszulki w 10 różnych kolorach, z ładną lewą stroną, łatwo po ucięciu paska zwijające się w rulon; nożyczki, igły, nici, okrągłe druty z zameczkiem, guziki)

Tytuł: „Zamotaj dekolt”

4. KARTKI okolicznościowe – imieniny, urodziny, świąteczne (potrzebne: kolorowe karty – bristol/blok techniczny; roślinne/świąteczne/zwierzęce motywy do przyklejenia – papierowe, z tkaniny lub filcowe; elementy wycięte dziurkaczami ozdobnymi, koronki, cekiny, klej, nożyczki, wydrukowane napisy: w dniu imienin/urodzin, podziękowanie, gratulacje, wesołych świąt)

Tytuł: „Sklej życzenia”

5. PUDEŁECZKA z kółek po szerokiej taśmie klejącej i rolek po papierze toaletowym (potrzebne: papiery kolorowe/tkanina we wzory lub gładkie, cienkie tekturki – na wieczko, cekiny, guziki, pasmanteria, koronka do ozdoby, kleje, nożyczki)

Tytuł: „Schowaj drobiazg”

6. ALBUMY z kopert – recyklingowe (potrzebne: kolorowe kartki z różnych źródeł so zrobienia kopert lub gotowe kolorowe/białe koperty, klej, nożyczki, ładny grubszy sznurek lub tasiemka – nie może być śliska; karton na okładki, kolorowy papier lub tkanina, ozdoby różne – pasmanteria, koronka, cekiny, guziki, nożyczki, klej, dziurkacz, gotowe ozdoby do naklejenia – papierowe, duże cekiny, filcowe itp)

Tytuł: „Koperty pełne cudów”

Wszystkich pozycji  – propozycji jest siedemnaście i to nie jest moje ostatnie słowo.

Upalne miasto 181

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************

23 stycznia, piątek, moje urodziny i spotkanie DKK w Kawiarni Filmowej.

Spotkania ustalamy wcześniej więc wiedziałam, że wypadnie w dniu moich urodzin. Poprzednio wyrwało mi się info na ten temat.

Do kawiarni pojechałam pół godziny wcześniej, aby powiedzieć obsłudze, że uczestnicy DKK zamawiają a ja płacę z w.w. okazji.

Ale, aby mi nie było za dobrze to jak w powiedzeniu „Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech Pana Boga” usłyszałam rechot diabła stróża i drzwi kawiarni zastałam zamknięte. Poszłam do sklepu z drobiazgami i tam też na drzwiach też wisiała kartka z tekstem „zaraz wracam”. Zmówili się, czy co?

Do trzech razy sztuka poszłam więc do piekarni.

Wracam a tu przed drzwiami tłumek uczestników DKK a właściciela jak nie ma, tak nie ma. Przyszedł na ostatnią chwilę.

Jedna z pań pamiętała o mych urodzinach i dostałam od niej torcik wedlowski oraz kartkę okolicznościową do której wpisali się obecni. DZIĘKUJĘ ALU J.

Nie dość tego dobrego Ala przyniosła cukierki okrągłe czekoladki, a druga uczestniczka dubajskie daktyle ale w postaci cukierków. I to było trzy w jednym: daktyl, w nim migdał a na zewnątrz czekolada obsypana wiórkami kokosowymi. No, full wypas.

Omawialiśmy biografię Antoniego Słonimskiego, który bardzo interesującą i wieloraką osobowością był.

A w czwartek na zajęciach literackich z dr Magdą Wieteską czytaliśmy swoje teksty zawierające słowa wykreślone z otrzymanego diagramu. Mnie wyszedł taki – trochę absurdalny, trochę zabawny.

                  METAMORFOZA

(opowiadanie zawierające słowa: podróże, kurs, metamorfoza, szkolenia, Cif, koza, bal, wyzwanie)

To miała być piękna metamorfoza  pewnej brzyduli i wielkie wyzwanie w wykonaniu wizażystki Klaudii. Po znajomości przeszła  niejeden kurs zawodowy a także liczne szkolenia.

Odbyła w tym celu liczne podróże z Cif-em w torbie, bo miała manię czyszczenia każdego przedmiotu a szczególnie podłóg i toalet.

Idąc do auta natknęła się na kozę skubiącą trawę na przyblokowym skwerku.

– To ci bal – pomyślała i zwierzątko pogłaskała.

Wsiadła do auta, nastawiła ulubioną muzykę i ruszyła. Aż tu nagle ktoś  zastukał w boczne okienko. To koza użyła przedniego kopytka.

– Zabierz ze sobą mnieee – poprosiła.

– Zwariowałaś?

– Ja też chcę przejść metamorfozęęęę.

– A kim chcesz zostać? Kozuchą Kłamczuchą? – zakpiła Klaudia.

– Nieee, chyba żartujesz – oburzyła się koza. Chcę być śliczna jak Doda.

– To będzie prawdziwe wyzwanie, musimy zatrudnić sztab chirurgów za bardzo duże pieniądze.

– Mam jeee – zapewniła koza wskazując na torebkę wiszącą u jej boku.

– To wsiadaj – Klaudia otworzyła drzwi auta. I pojechały.

Poniedziałek

Upiekłam piernikowe babeczki na zmodyfikowanym, w czasie mieszania składników, przepisu na „brukowce”, bo mi się nie chciało robić pojedynczych porcji i wsadzać im do środka dżemu. A tak to masę wlałam do foremek na muffinki, urosły jak na drożdżach a dodałam sody. Po wystygnięciu kroję na plasterki (albo nie) i smaruję domowym dżemem lub kupną konfiturą.

Poczęstowałam masażystę i panią w banku, zawinięte w papierowe dwie foremki i torebkę śniadaniową z zielonym, spożywczym nadrukiem.

Propozycja zamiast pączków lub faworków.

                        Oto ten oryginalny przepis:

Pierniczki brukowce

SKŁADNIKI:

– 500 g mąki – 1/4 szklanki miodu – 1/3 szklanki cukru
– cukier waniliowy – 100 g masła (pół kostki) – 2 jajka
– 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej – 3 łyżeczki przyprawy do piernika
– łyżka kakao – czekolada – marmolada lub powidła
– blaszka o wym. 35×40 cm
LUKIER:
– 1 szklanka cukru pudru – 1-2 łyżki gorącej wody
– 1 łyżeczka soku z cytryny


Wykonanie:
2 łyżki cukru skarmelizować (rozpuścić, nie mieszając) w małym garnku, najlepiej z grubym dnem.. Dodać 1/3 szklanki wody. Uwaga pryska!
Dodać miód, pozostały cukier, cukier waniliowy, przyprawę do piernika oraz masło. Podgrzewamy do momentu rozpuszczenia wszystkiego. Odstawić do wystudzenia. Ja wstawiam garnek do zimnej wody – w wannie lub misce.
Mąkę przesiewamy razem z sodą oczyszczoną, kakao, dodajemy jajka i przez chwilę mieszamy. Następnie dodajemy lekko ciepłą powyższą mieszankę miodu i cukru, wyrabiamy ciasto. Odstawiamy je na pół godziny.

Potem odrywamy kawałki ciasta wielkości orzecha włoskiego, lekko spłaszczamy wkładamy odrobinę marmolady, dokładnie zlepiamy i formujemy kuleczki.
Foremkę o wym. 35×40 cm posypujemy mąką lub wykładamy papierem do pieczenia. Układamy pierniczki jeden przy drugim. Pieczemy w temp. 180 C przez ok. 15-20 min. Powinny być lekko zarumienione.
Ostudzone pierniczki smarujemy lukrem (wszystkie składniki na lukier mieszamy, aż powstanie gęsta, ale płynna konsystencja).

Ale można je polać rozpuszczoną czekoladą.
Smacznego!

Upalne miasto 180

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************************

Poniedziałek 19. 01.

Czasem mamy w życiu fart, a innym razem niefart. To drugie zjawisko nazywam działaniem osobistego diabła stróża i u mnie jest bardzo częste. Przyzwyczaić się jednak do tego nie mogę. Taka nieprzyzwyczajalna jestem J.

W piątek zrobiłam zakupy m.in. w Rossmanie. Pakiet papieru toaletowego, szczoteczka do zębów i krówki. Płaciłam kartą przy kasie samoobsługowej. A torbę miałam już poprzednio zapełnioną innymi produktami. I w domu po dwóch godzinach zorientowałam się, że przyniosłam tylko papier. Czyli resztę zapomniałam zabrać. A, że byłam już przebrana a te zakupy nie kosztowały niebotycznie to postanowiłam, że pójdę dopiero w poniedziałek i dla porządku zapytam.

Poszłam, zapytałam czy może ktoś je zauważył i oddał obsłudze. Choć przypuszczałam raczej, że zabrał sobie. Ale co mi szkodzi zagadnąć. Tak zrobiłam, ekspedientka odpytała mnie jakiego to było dnia i w jakiej porze, podeszła do siedzącego obok kas pracownika i poprosiła o sprawdzenie monitoringu. Długo to trwało, więc poszłam do sąsiedniego sklepu. Po powrocie dopiero zapytano mnie jak byłam ubrana. Tak samo jak teraz. Znalazł. Widać jak wszystko skanuję (wszystko czyli trzy rzeczy) i co zabieram. Oddano mi to co zapomniałam. Ale i tak nie wiem czy ktoś z klientów „zakosił” te zdobycze, czy obsłudze oddano a ta co zrobiła?

No, nieważne – grunt, że zostawione – odzyskane choć spisałam je na straty.

Na dworze mroźno. Na wierzchu kontenera papierowego znalazłam torbę naprezentową a w niej książkę Nurii Pradas  – „Barcelońskie sny” wydana w 2018 roku. Warto tam zaglądać. Choć nie przestaje mnie zadziwiać ta praktyka – książka do kontenera gdzie zginie wśród innych papierów.

Wtorek

Warto czasem zajrzeć na facebooka bo są tam różne profile, w tym z zabawnymi treściami jak „Kisnę butwiejąc”, którego autorką jest świetna nauczycielka pod nickiem Pani Mrówka z Zielonej Góry, oto ostatni wpis:

Irytacja

Uczeń 1: Ej, a czemu się mówi, że coś jest proste jak budowa cepa?

Uczeń 2: No bo masz dwa kijki związane tegesem i walisz w zboże. C’nie, pani Mrówko?

Mrówka: Owszem. Jest bijak, dzierżak i gązwa.

U2: Łoesssu… u pani to nie może być tak, że dwa patyki i kokardka. Nieee. Od razu definicje, słowa z kosmosu, ordnung muss sein, obliczenia kwantowe i strach się bać, bo wszyscy umrzemy.

Warto  poczytać komentarze do tego wpisu, dobry humor na kawałek dnia zapewniony!

****************************************************

Kiedyś napisałam taki tekst do czasopisma dla seniorów, które nagle przestało się ukazywać. Diabeł mój stróż zadziałał.

                     Nie wyrzucaj – wykorzystaj

 Ekologia najogólniej jest nauką o porządku i nieporządku w przyrodzie oraz o konsekwencjach wynikających z tego porządku i nieporządku dla istnienia biosfery i człowieka.

Recykling to proces mający na celu ograniczenie zużycia surowców naturalnych. Rozumie się przez to metodę odzysku, w ramach której odpady są przetwarzane na produkty, materiały lub substancje, a następnie ponownie wykorzystywane w pierwotnym lub innym celu.

 Upcykling to wyższa forma recyklingu. Oba pojęcia odnoszą się do ponownego przetwarzania odpadów. Jednak w przypadku upcyklingu powstają produkty o wyższej wartości niż pojedyncze materiały użyte do stworzenia danej rzeczy. Najlepiej zobrazuje to przykład modnych ostatnimi czasy mebli z palet. Założeniem upcyklingu jest nadanie używanym przedmiotom nowych funkcji i innych form, a tym samym – podniesienie ich wartości.

Nadrzędnym celem takiego działania jest zmniejszenie zużycia surowców naturalnych oraz powstających odpadów. Zamiast wyrzucać, można przerabiać, zmieniać, stwarzać na nowo. Upcykling to idea, która – z uwagi na dbałość o środowisko – propaguje pracę rąk własnych, ograniczając do minimum zużycie energii elektrycznej i gazu.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los, czyli ocieplenie klimatu. Zachłanność na posiadanie coraz większej ilości przedmiotów bez których moglibyśmy żyć niszczy przyrodę, wysusza akweny wodne, zatruwa środowisko.

I słusznie w mediach zwraca się uwagę na te problemy. Zachęca do sortowania śmieci, naprawiania a nie wyrzucania zepsutych przedmiotów.

Od lat mam, kupioną w PRL-u, lodówkę i dopóki działa nie wymieniam jej na nową. Kilka lat temu fachowiec naprawiający ją powiedział: gdyby pani chciała ją wyrzucić to proszę do mnie zadzwonić, bo ona przetrwa jeszcze wiele lat.

Takie przedmioty żartobliwie nazywane są, przez starsze pokolenie,  „gniotsa, nie łamiotsa”.

W naszym kraju, w słusznie minionym ustroju,  brakowało wszystkiego, także papieru. Bo władza uważała, że łatwy dostęp do tego artykułu spowoduje, że wszyscy natychmiast zaczną drukować materiały obalające ustrój.

 Ja, dziecko PRL-u czasem zaglądam do kontenerów na papier, bo ludzie wyrzucają kartony, pudełka, gazety  nawet książki. Nie żebym nurkowała w ich czeluście, taka sprawna i zacięta na odzyskiwanie nie jestem.  Ale dzisiaj na przykład znalazłam duże zeszyty i  kołonotatniki, w których większość kartek jest niezapisanych. Wszystko mnie boli widząc takie marnotrawstwo, więc je zabrałam, wydarłam zapisane kartki a pozostałe wykorzystam osobiście lub na zajęciach rękodzielniczych.

Czasem wyciągam też różne czasopisma, aby wyciąć z nich ilustracje i napisy z których powstają moje wyklejanki i kolaże. Z różnych gazet stron robię koperty, a nawet pojemniki na drobiazgi.

Zdarza mi się też zabrać pojedyncze sztuki odzieży, z których podkoszulki wykorzystuję do zrobienia naszyjników „zamotek” i pasujących do nich bransoletek. Mam swoich kilkanaście zestawów i noszę je codziennie dobierając do stroju.

Ze znalezionych  dżinsów uszyłam sobie organizer – na podwójnej złożonej części nogawki naszyłam kieszenie. Wisi w mojej kuchni a w nim duże noże, łopatki, drewniane szczypce, korkociąg, otwieracz do puszek. Także z takich spodni zrobiłam dwie torby na zakupy, mają dwie krótkie rączki i jeden długi pasek, aby można je wziąć na ramię. I naszytą zewnętrzną oraz wewnętrzną kieszeń.

Przydała się też wyrzucona firanka do uszycia woreczków na warzywno – owocowe zakupy.

Dość dawno uszyłam sobie letnie spódnice z materiałów, których nie trzeba prasować. Po latach  obie się zbiegły a są w zupełnie innych kolorach i nie mogłam ich połączyć. I tu przydały się zabrane ubrania, bo mogłam z nich wyciąć potrzebnej szerokości fragmenty i poszerzyć tę garderobę. Bardzo na tej zmianie zyskała. Zdarza mi się też zabrać niektóre wystawione sztuki odzieży i zanieść do sklepu dobroczynnego.

Zabrane pudełka różne wykorzystuję do trzymania w nich „przydasiów” do rękodzieła oraz kart ATC jakie wymieniam z innymi twórcami.

Jakiś czas temu byłam na zajęciach upcyklingowych. Swoje i przyniesione przez inne osoby rzeczach malowałyśmy we wzory za pomocą szablonów oraz wprasowywałyśmy różne naklejki.

W domu doszłam do wniosku, że biały kolor jednej z bluzek, na skutek wielokrotnego prania zszarzał, więc ją pofarbuję. Był to mój debiut, średnio udany. Ale skorzystałam z tego, że w garnku zostało sporo farby i postanowiłam być oszczędna, a przy okazji ekologiczna, czyli nie wylewać dobrego płynu. Po kolei wkładałam różną odzież, dwie sztuki podomowe i trzy nauliczne. A, że w przepisie nakazano ufarbowane rzeczy wielokrotnie płukać, nie zaznaczając, że należy włożyć rękawce to w efekcie dłonie miałam niebieskie.

 Jest bogini Jutrzenka różanopalca, to ja mogę być niebieskopalca. To też ładny kolorek.

Upalne miasto 179

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Piątek 9 stycznia

Nadal mroźno. Plan na dzisiaj: wyciąć i przylepić kółka na nowe zakładki w kształcie sówki, aby przejrzały na oczy – wykonane.

Zrobić zdjęcie bardzo dużej kartki urodzinowej z wizerunkiem kota. Do pokazania na forum. Wykonane. Ale kiepskie zdjęcie, do powtórki.

Wyrzucić śmieci i w drodze do wiaty nie wykopyrtniąć się mordą na twarz – wykonane.

Dojechać a potem dojść do rynku, aby w bibliotece zostawić dwie książki na regale dla uwolnionych. Wykonane. Przy okazji parę zdjęć wystawy w tej bibliotece.

Pobrać z różnych miejsc informatory różne – częściowo wykonane. Jeden kulturalny przestał ukazywać się w wersji drukowanej.

Nabyć parę produktów żywnościowych – wykonane.

W tym sklepie:

Kasjer siada przy sąsiednim stanowisku i zaprasza.  Wykładam produkty, on zaczyna kasować i po chwili mówi:

– Och, zapomniałam powiedzieć „dzień dobry”.

Ja:

– Jakoś to przeżyłam.

On:

– To dobrze, bo nie wiem jakby się skończyło.

Wychodzę ze sklepu i tuż za drzwiami zaczepia mnie kobieta pytając co to za plasterki kupiłam i do czego będę używać. Nie do opatrywania ran, bo to suszone z pomarańczy.

W rynku niezaplanowane lawirowanie wśród elementów i pojazdów, bo demontują pojarmarkowe kramy.

Tramwaj pokazał mi figę, więc zasuwam do oddalonego przystanku co nie było zaplanowane ale jak się nie ma co się lubi…

Wtorek

Dzień masażu. Czekając aż poprzednia pacjentka wyjdzie z gabinetu, zauważam brak małej figurki mikołaja siedzącego na skraju wysokiej lady. W gabinecie pytam masażystę: gdzie ten mikołaj?

– Zaginął – słyszę w odpowiedzi.

– A zawiadomił pan milicję? (tak, stara jestem).

Śmiech.

Poniższy tekst napisany został niezależnie od zajęć literackich:

POCZĄTEK jest najważniejszą częścią pracy

„Początek jest najważniejszą częścią pracy” – Beata przeczytała w Internecie.

Przecież na początku był chaos – pomyślała. Chaos najlepszym początkiem? Jeśli w głowę mam chaos to jak mam zacząć konkretną pracę?

Siedziała w fotelu trzymając w jednej ręce kubek ze świeżo zaparzoną herbatą liściastą, a w drugiej rurę odkurzacza.

– Mój chaos świadczy o mnie – zmartwiła się. Szczególnie ten, który widzę – spojrzała na pokój, którego stan był poremontowy, czyli bardzo nietypowy.

Siedziała pijąc herbatę i wspominała swoje różne początki.

Bycia zarodkiem nie pamiętała, narodzin też nie. Nawet pierwszych kroków. Pierwsza jazda na rowerze zakończyła się wypadkiem i blizną pod okiem. Wspominanie szkolnych początków sobie darowała.

– Dobra, dosyć tej prokrastynacji, do roboty weź się kobieto – rozkazała sobie samej.

Włączyła odkurzacz i zamiast znajomego szumu usłyszała trzask i zobaczyła oraz poczuła dymek unoszący się nad sprzętem.

– No, nie! Ładny mi początek zaplanowanej pracy! I co teraz mam robić? Jechać po nowy odkurzacz? A może sprzątać za pomocą szczotki i szmat rozmaitych ze starych podkoszulków?

„Miłe złego początki lecz koniec żałosny” – zdołowała się wypijając resztę herbaty. Zadzwonię po ekipę sprzątającą portfela nie drenującą.

Co postanowiła to zrobiła i uspokojona postanowiła:

– Jak już jestem wolna to może skończę wreszcie dzierganie swetra, który zaczęłam pół roku temu. I sięgnęła do pawlacza. Wyciągnęła z niego pudło, otworzyła i trochę ją zatkało. Wewnątrz, na kłębkach różnokolorowej włóczki leżała kotka z trzema maluchami.

– Kicia! Jak żeś się tam dostała? – Beata zdziwiona zapytała.

– Trzeba było nie zostawiać otwartych drzwi balkonowych i rozstawionej drabiny pod pawlaczem – wymiaukała kotka wychodząc z pudełka. A teraz postaw to w ciepłym i cichym miejscu. I przygotuj kuwetę ze żwirkiem oraz jedzenie, bo mam dość polowania na myszy i ptaki.

Beata pomasowała skronie, westchnęła i do życzeń kotki się dostosowała.

W drodze do sklepu pomyślała:

– Zaczęłam od próby sprzątania a skończyłam na kotach. Gdzie tu konsekwencja?

Ekipa sprzątaczy dobrze się sprawiła, a że kotkami zachwyciła to wszystkie trzy za miesiąc poszły w dobre ręce.

*********************************************************

W środę rewitalizowałam swoje oblicze i fryzurę. W takich przypadkach przypomina mi się cytat: „Nie pomoże puder, róż kiedy gęba stara już”. Akurat tych dwóch specyfików nie używam.

W czwartek na zajęciach literackich masowaliśmy szare komórki zadanym przez dr Magdę Wieteskę ćwiczeniem w postaci pisania jednego kolejnego zdania  przez każdą osobę uczestniczącą nawiązując do poprzedniego. Wyszło osiem historyjek, w jednej nawet pojawił się przyjacielski niedźwiedź. Pomysły literackie bywają odjechane. Lubię to J

Za zadanie domowe dostaliśmy napisanie tekstu z wyrazami jakie udało nam się znaleźć we wręczonym diagramie. Będzie tu w następnym odcinku.

Przedtem D. przeczytała swój tekst o kaligrafii. Okazało się, że była, przez wiele lat, nauczycielką w klasach 1-3 i uczyła wszystkiego, w ramach tzw. nauczania początkowego. Powiedziała w jakiej szkole, E. zapytała czy pamięta osobę nauczycielki (tu podała nazwisko), ja zapytałam o imię. Panie go nie pamiętały ale gdyby się zgadzało to byłyśmy w tym samym czasie internowane w Gołdapi.

Upalne miasto 178

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************************

Zrobiło się zimno to może warto zaparzyć sobie rozgrzewającą herbatę, niekoniecznie z prądem?

Ze strony „Ania gotuje”:

Według mnie herbata zimowa powinna zawierać goździki oraz korę cynamonu i coś do posłodzenia. Polecam miód lub syrop malinowy lub żurawinowy, czy cytrynowy. W ostateczności może być też cukier. Sama dodaję czasem jeszcze trochę anyżku oraz kardamon. Nie są one jednak niezbędne i można je śmiało pominąć. Jeśli chodzi o ilość przypraw, to na jedną, dużą szklankę/słoik daję jedną laskę cynamonu, 3-4 goździki i dwie łyżki syropu lub miodu. Kardamon, czy anyżek raczej na koniec, bardziej dla ozdoby. 

Bardzo ważne podczas szykowania zimowej herbaty są cytrusy. Możesz dać sok i plasterki samej cytryny, czy limonki lub też dodać do swojej herbaty i cytrynę i pomarańczę i limonkę. Jak mam, to dodaję je wszystkie. Do tego zestawu obowiązkowo plasterki i/lub sam sok z imbiru oraz maliny (zimą mrożone). W moich słoiczkach pojawił się też świeży rozmaryn, który przed dodaniem do herbaty rozcieram najpierw lekko w dłoniach. 

Super sprawdzą się też świeże lub suszone plasterki jabłek oraz świeża lub suszona żurawina. Jeśli nie masz owoców, to dodaj łyżkę dowolnej konfitury, a nawet owoce liofilizowane (maliny, truskawki, ananas i inne). Oprócz rozmarynu zawsze pasuje też listek mięty, czy też melisy i suszone płatki róży.

Moja wersja:

Zaparzona czarna herbata (mocna esencja), sypana czyli listki a nie z torebki, kandyzowany imbir, kora cynamonu, goździki, suszony plasterek jabłka, kawałek suszonej gruszki, trochę skórki pomarańczy,  2-3 daktyle i morele – też suszone. Zalewam wszystko wrzątkiem i podgrzewam. Potem słodzę miodem. I to jest herbato – kompot, smaczny.

Piątek 2 stycznia Światowy Dzień Introwertyka

Introwertyk

Ta osoba, która nie chce być w centrum uwagi… Dobrze sobie radzi ze sobą. Może spędzać całe dnie w domu, delektując się ciszą, nikt nie wie, czy tam jest, czy nie.

Wstaje, uśmiecha się do sąsiadów z grzeczności, idzie do pracy, wraca do domu… a potem zamknij drzwi do świata. Jego azylem jest jego przestrzeń, jego świat.

Może mieszka w tej samej okolicy od lat, nie znając prawdziwych imion swoich sąsiadów. Nie dlatego, że nie lubi ludzi, ale dlatego, że nigdy nie czuła potrzeby wymuszenia więzi.

Zdecydowanie woli dobrą książkę, serial, który ją rozśmiesza, wieczór sam na sam z kawą/herbatą i myślami. A jednak…

Gdy poświęcisz czas, by ją poznać, odkrywasz osobę o nieskończonej łagodności. Wielkie serce, pełne dobroci.

Z tymi, którym ufa, staje się prawdziwą kulą energii, zabawną, drażniącą, czasem nawet trochę szaloną. Ale to widzą tylko uprzywilejowani.

W grupie słucha więcej niż mówi. Jeśli ktoś do niej podchodzi, uśmiecha się z szacunku, ale nie zmusza się do odgrywania roli.

Nie jest wyniosła ani odległa. Ona jest po prostu nią: introwertyczną, wrażliwą, głęboką duszą… i szczera.

Jeśli rozpoznajesz siebie, wiedz, że nie jesteś sam. I nie musisz się zmieniać, żeby kogoś zadowolić!

– Jason Lapointe

Dla mnie: Rozmowy, spotkania towarzyskie najchętniej przy jakimś kreatywnym działaniu. Nie znoszę egocentrycznego słowotoku, bo to zabiera mi energię. Takie osoby są dla mnie wampirami energetycznymi.

Sobota

W 175 odcinku tego bloga opisałam wystawę z tematem książka i zapytałam na FB jaką czytelnicy wystawę ostatnio oglądali. Znajoma napisała, że wystawę pocztówek świątecznych w swoim domu, wzorując  się na filokartyście S. Chmurze.

Na co ja odpisałam, że mogłabym zrobić wystawę wykonanych przez siebie  kartek świątecznych ale nie mam miejsca.

A święta, nowy rok i Trzech Króli spędziłam sama, w domu i bardzo mi było dobrze, że nie musiałam nigdzie iść.

Zaczęłam wypełniać kartki art – junk journala zrobionego ze stron czasopisma „Książki”. Tym samym narzuciły mi się tematy – książki, pisarze, czytanie, pisanie. Lubię tak masować swoje szare komórki. Oczywiście oprócz papierowych materiałów stosuję poczucie humoru.

Pisarka Joanna Chmielewska napisała: „Powaga jest tarczą głupców”.

Kolejny pomysł z zajęć literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę – tekst zawierający przedmioty (i ich nazwy) teraz nieużywane, a jeśli to w innej wersji.

                      STAROŚWIECKO

Na stole przystawionym do okna stał gramofon z dużą tubą.

Wszyscy mieszkańcy kamienic otaczających podwórko słyszeli głos Hanki Ordonówny śpiewającej „Miłość ci wszystko wybaczy”.

I ten kaligrafujący, na kartce okolicznościowej, życzenia imieninowe dla swojej ukochanej.  I ta wycierająca kurze leżące na meblościance. Także kobieta w kuchni mieszająca mątewką składniki sosu. 

I para wspominająca wizytę w fotoplastykonie.

– Serwus, klawo grają – powiedział młodzieniec wyprowadzający na spacer swojego pupila.

Na trzepaku siedziały dwa podlotki umawiając się na oglądanie filmu z kasety VHS.

– Zbliżają się wakacje, dokąd jedziecie na letnisko? – zapytała blondyneczka z końskim ogonem.

– Do naszych krewnych  na wieś. Wyjadą po nas na stację bryczką.

– Moje uszanowanie – usłyszały od przechodzącego obok starszego sąsiada.

– Kiedyś na spotkaniu w szkole opowiadał nam jak przez wiele lat obsługiwał kino objazdowe – powiedziała natrzepakowa koleżanka, szatynka z kucykami.

Pies młodzieńca podbiegł do seniora i obsikał mu nogawkę spodni.

– A poszedł ty won! – krzyknął starszy pan.

Z okna wyleciała makutra prosto na dach syrenki  tworząc, poszarpany na brzegach, otwór.

Na podwórko wszedł mężczyzna głośno oznajmiając: noże ostrzę , garnki lutuję.

– Jeszcze saturatora nam tu brakuje – powiedziała kobieta wychodząc z bramy trzymająca warząchiew w jednej i tłuczek do mięsa w drugiej ręce. Podeszła do auta i systematycznie tłukła jego szyby.

– Ciociu, co robisz? – krzyknęła blondynka.

– Idź do diabła, smarkulo – warknęła niszczycielka. Nie będzie ta ladacznica wozić tyłka w naszym aucie.

Nie wybaczyła.

Upalne miasto 177

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Poniedziałek  22.12.25 

Jak zwykle wyrzucając śmieci zaglądam do pojemnika na papier, a tam: pudełko prawie pełne  bardzo starych czekoladek i trzy kapelutki. Nie papierowe. Nie wzięłam. Czekoladki wolę świeże, kapelutki mam własne.

Ale Mikołaj/Aniołek/Gwiazdor (niepotrzebne skreślić) zostali zmanipulowani przez mojego kopytnego stalkera! Bo jeden z nich postanowił dać mi prezent ale w.w. się wtrącił i …

Osobno wśród różności była szklana biała choinka wysoka na ok. 30 cm i z nią, w tym samym osobnym woreczku „zrywce” wiszącym na uchwycie pojemnika, świąteczny łańcuch ale nietypowy.

Składa się z dziesięciu małych, czerwonych z białym mankietem na górze (długich na 6,5 cm) skarpetek, w odległości od siebie 14 centymetrów. W skarpetkach są dziureczki w kształcie choinki wydziabane.

 Powiązane są czerwonym filcowym sznurkiem i białym przewodem, bo każda skarpetka ma w sobie żaróweczkę. Na końcu łańcucha jest białe pudełeczko na baterie. Wzięłam to myśląc, że oderwę skarpetki i zastosuję do rękodzieła, bo skoro wyrzucono to znaczy, że jest popsute.  Ale okazało się, że po przesunięciu dyngsa na pudełeczku  żaróweczki się palą! A to niespodziewanka! No to sobie zawiesiłam na regale i mam. Taki prezent  mi zrobiono choć przekazanie nietypowe bardzo.

Żeby mi nie było za dobrze i dla wyrównani:

–  wbiła mi się długa igła w udo poniżej pośladka. Nie pytajcie jak to było 😀

– dwa razy zapaliła mi się szmata i smród w całym, bo małym, domu, gaszenie jej, pranie (patrz następny punkt) i obcinanie spalonych części nie jest moją ulubioną rozrywką, taka jakaś wymagalna co do rozrywek jestem,

– nie zliczę ile razy (no, co najmniej trzy) wykipiała mi lekko podgrzewana, w metalowym czajniczku z sitkiem, esencja herbaciana dzięki czemu stareńka kuchenka gazowa lśni dawno niewidzianą bielą, ona zadowolona, ja mniej w wyniku czego brzydkie wyrazy powtarzam po kilka razy.

Środa

Jest starodawna zasada, że należy się kąpać raz koło Wielkiej Nocy. A, że to dla mnie za rzadko to chociaż dziś zmieniłam pościel na świeżą i używaną wyprałam. I uważam, że zasadę, mniej więcej, zastosowałam, ha ,ha , ha. Tylko święta są inne. Co zrobię z okazji Wielkanocy to jeszcze nie wiem. Zależy jaki prezent znajdę wyrzucając śmieci :D.

Święta spędzam w kupionym za TRZY złote swetrze mającym moją ulubioną gamę kolorystyczną: ciepły beż, rudy, jasny brąz.

Takie pytanie z Internetu, które popieram: „Dlaczego zawsze introwertykom mówi się, żeby wyszli z domu, otworzyli się na ludzi a ekstrawertykom nigdy nikt nie powie : Zamknij w końcu mordę i zastanów się nad sobą! Dlaczego? Dlaczego?”.

Niedziela

Święta, święta i niedługo koniec roku. Mnie jest wszystko jedno, koniec czy początek. Nie robię podsumowań ani postanowień.

Bo postanowiłam w czasie świąt wykonać trzy zadania a skończyło się na połowie jednego. Jak żyć?

Może wziąć przykład z poniżej opisanej bohaterki?:

Bohater/ka literacki/a jako współczesny/a influencer

(takie zadanie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Iza Ł. miała dosyć nudnej kuzynki i narzekającego ojca, który od lat trwonił odziedziczone pieniądze na beztroskie życie arystokraty nie odmawiając sobie niczego dobrego i złego też.

Do nauki nie miała głowy i chęci za to była śliczna i na tym postanowiła oprzeć swoją przyszłość kosztem męskiego ramienia i majątku. Niestety kolejni fatyganci oczekiwali, że po tym jak jej zrobią zaszczyt ożenkiem, ona zawsze będzie młoda, śliczna, nimi zachwycona i bez szemrania wykonująca obowiązki wielofunkcyjnej pomocy domowej oraz matki wspólnych dziatek. Im dobiegacz był mniej przystojny i zasobny tym większe były jego oczekiwania. Wprawdzie, od lat, pętał się wokół niej jeden bogaty ale był dużo starszy i bardzo namolny, w dodatku ostentacyjne szpanował swoją zasobnością. Geriatria Izy nie interesowała, wolała młodszego kuzyna czego nie omieszkała demonstrować nawet w pociągu. Kuzynek niestety był biedny, rozrzutny, zadłużony i czekał na spadek.

Bystrości jej wystarczyło, aby zauważyć, że dużo brzydsze rówieśnice zarabiają w Internecie, na tik-toku dzięki czemu są influenserkami i celebrytkami szpanującymi na różnych ściankach.

Na  zakup modnej odzieży i dodatków, fryzjera i kosmetyczkę zarobiła pozując nago różnym fotografom. Sesje były udane, bo okazała się być fotogeniczną i bezpruderyjną. Pomyślała przed pierwszą:

– Mogła to robić Marylin Monroe to dlaczego nie ja?

Pieniądze były duże, bo dodatkowo nie żałowała swych wdzięków fotografom i ich asystentom, niezależnie od płci.

Wcześniej miała nadzieję na zarobkowy wyjazd do Dubaju ale nie znalazła dojścia do tej oferty.

Dzięki pieniądzom za zdjęcia sprawiła sobie co chciała, pobrała kilka lekcji u znanej stylistki, makijażu u dobrej makijażystki oraz dbania o skórę u kosmetologa. Zapisała się też na siłownię.

Tak przygotowana zaczęła publikować swoje nagrania w Internecie. Tematem były dobre maniery, których doskonałą znajomość wyniosła z domu.

Jej główną zaletą, oprócz urody i modnego wyglądu, była autentyczna ale nie nachalna miłość do zwierząt (w domu mieli, wzięte ze schroniska, trzy psy i trzy koty) oraz poczucie humoru. Na szczęście była najwyżej sarkastyczna ale nigdy wrednie złośliwa.

Przez pierwsze pół roku nie zgłosiła się do niej żadna firma, której produkty mogłaby reklamować i na tym zarabiać.

Nie poddała się ale, aby przetrwać musiała pożyczyć pieniądze od bogatej ciotki. Ta radziła Izie szybkie zamążpójście za bogatego stalkera, bo „latka płyną a ty nie jesteś coraz młodsza” ale raz sypnęła groszem.

W końcu za pomocą kolejnych niebezinteresownych przyjaciół mogła się wkręcać na różne biznesowe imprezy. Najpierw jako hostessa, potem w charakterze, dobrze opłacanej, osoby towarzyszącej po cichu kompletnie bezpruderyjnej a publicznie utrzymującej dystans.

I tak powoli, powoli po dwóch latach stała się znana z tego, że jest znana oraz dobrze zarabiająca.

Na szczęście miała trochę oleju w głowie i zarobione pieniądze mądrze inwestowała, nie tylko w swój wygląd.

W międzyczasie ciotka odeszła zostawiając jej niezłą sumkę, ojciec zmarł bezspadkowo a kuzynka poszła do zakonu.

Z biegiem czasu influenserstwo zaczęło ją męczyć. Rano wstawała z myślą:

– Rany, znowu te ciuchy, kosmetyki, zabiegi medycyny estetycznej i siłownia. Znowu muszę wymyślać temat kolejnego wystąpienia, udawać szczęśliwą i podlizywać się widzom. Oszaleję!

Po pięciu latach miała dosyć. Poszła na kurs fotograficzny gdzie okazało się, że ma do tego smykałkę. Z czasem okazała się bardzo dobrym i wziętym fotografem. Tak, fotografem, bo przeszła operację zmiany płci.  I nareszcie zaczęła być szczęśliwa.

Upalne miasto 176

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Na ostatnich przed świętami zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę dostaliśmy dwa zadania:

– napisać czego prywatnie sobie życzymy w nowym roku

– napisać czego życzymy innym.

Oto moje:

DLA SIEBIE:

  1. Nieustannie dobrego a nawet lepszego zdrowia (bo dolegliwości mi nie brakuje).
  2. Zakończenia wreszcie, ciągnącej się od dwóch lat, urzędowej sprawy.
  3. Tego o czym myślę ale nie napiszę, aby nie zapeszyć.
  4. Tego, aby w naszym kraju wreszcie było normalnie.
  5. I niech sczezną wszyscy, którzy mi źle życzą.

DLA INNYCH:

  1. Pokoju na świecie.
  2. Zdrowia niedomagającym.
  3. Pieniędzy biednym.
  4. Domu bezdomnym.
  5. Życzliwości wrednym.
  6. Mądrości i empatii rządzącym.
  7. Planecie Ziemia mądrych, dbających o nią, mieszkańców.
  8. Opieki wszystkim zwierzętom, bez przemocy i łańcuchów.
  9. Dzieciom dobrych rodziców/opiekunów.
  10. Seniorom pomocy gdy jej potrzebują.

Dorota Zawadzka telewizyjna „Superniania” napisała na swoim fb-owym profilu, że była na spotkaniu koleżeńskim i bardzo jest z niego zadowolona, bo było miło. Na co ja w komentarzu, że wiele lat temu byłam na klasowym i  żałuję. Bo wredne osoby nadal są wredne, najlepszy uczeń mimo kariery jest sfrustrowany a miły kolega okazał się TW.

Nie dodałam, że dwie koleżanki po latach zapiły się na śmierć mimo bardzo odmiennego startu w życie w postaci rodziny.

A w jakiś czas potem opowiedziałam o spotkaniu innej znajomej podsumowując: i wszyscy ode mnie bogatsi. Na co ona: no, o to nietrudno. HA HA HA.

I jeszcze przypomniała mi się scenka jak to w trakcie szkolnego zjazdu mojego liceum jedna z absolwentek powiedziała do telewizyjnej kamery: „nie przyszli na zjazd tylko ci, którym się w życiu nie udało”.  No, jej to już wybitnie.

 A będąc złośliwą małpą pomyślałam patrząc na nią: dała bozia nos, na rozum już nie starczyło.

Niedziela Skończyłam czytać „Amerykański sen” Ewy Marii Slaskiej.  Autorka tak pisze na zakończenie:

„Powieść, którą właśnie przeczytaliście, jest mieszaniną faktów, fikcji i własnych wspomnień autorki. Ta masa materiału miesza się, przelewa przez siebie, pożycza od siebie akapity, frazy i słowa”.

                   Trzy historyjki

ze zdaniami zaczynającymi się na kolejną literę alfabetu

Prowadząca zajęcia literackie w Centrum Seniora dr Magda Wieteska ma milion pomysłów, aby rozruszać i zmuszać nasze szare komórki do działania. Teksty  z takimi, powyżej podanymi, zasadami to właśnie jeden z Jej pomysłów.

Która z nich Wam się najbardziej podoba?

                              ALBUM

Album leżała na stole w salonie.

Biały w różowe kwiatki.

Cały błyszczący i wzrok przyciągający.

Długa czerwona tasiemka zaznaczała przeglądane strony.

Elegancja przedmiotu zachęcała do przeglądu/ania.

Futerał na skrzypce leżał obok.

Granie na tym instrumencie słychać było zza ściany.

 Hałas nagły przerwał muzykę.

Impulsywnie wchodząc  do pokoju z albumem muzyk krzyknął:

– Ja tak pracować nie mogę!

Krzycząc strącał przedmioty leżące wokół niego, w tym album ze zdjęciami.

Lekko rozchyliły się strony.

Łatwo wypadło wiele fotografii.

Można było na nich zobaczyć nietypowe sceny.

Nagie kobiety i mężczyzn.

Oparci o siebie, a nawet na sobie leżący.

Parami lub w trójkątach.

Radośni bardzo, wręcz zachwyceni.

Skonfundowany muzyk podniósł album i schował do szuflady.

Trochę się wkurzył.

Uderzył pięścią w stół.

Wrzasnął także.

Zobaczył bowiem, że to jego żona i siostra brały udział w tych igraszkach.

– Żona mnie zdradza – krzyknął i podciął sobie gardło smyczkiem.

                             ŁAPÓWKA

Adam zatrzasnął drzwi mieszkania.

Bolało go wszystko.

Ciało współpracy odmawiało.

Dotknął klatkę piersiową i jęknął.

– Ewentualnie pójdę do znajomego lekarza – pomyślał.

Facet jest dobry w diagnozowaniu.

Głupio byłoby mu nie uwierzyć.

Hrabią jest w dodatku.

I bardzo cierpliwym.

Jeszcze  nie spotkałem tak spokojnego człowieka.

Kopnąłem go kiedyś ale mi nie oddał.

Lekarzem z powołania jest, widocznie.

Łaska boska, że na takiego trafiłem.

Muszę mu jakoś podziękować.

Na pewno nie ucieszy się z kwiatów.

Ofiaruję mu flaszeczkę.

Piwa pewnie nie pije.

Raczej coś szlachetniejszego,.

Soplicę lub szampana mu dam.

Trudno mi się zdecydować.

Uczynek to będzie dobry, mam nadzieję.

Warto kupić obie flaszki.

Zabiorę je od razu ze sobą.

Żartem powiem: obalimy tu i teraz obie.

                        DŁUG

– Akcja ! – krzyknął reżyser.

Bawiło go od lat, manipulowanie ludźmi.

Cudzymi emocjami.

Dawał z siebie wszystko, aby osiągnąć upragniony cel, czyli sławę i pieniądze.

Efektem wielu lat pracy były nagrody i uznanie środowiska.

Facet był z siebie bardzo zadowolony.

Grał jednak nałogowo w pokera.

Hazard niszczył mu spokój.

I konto w banku.

– Jak z tym zerwać – często się zastanawiał.

Kompletnie nie panował nad nałogiem.

Leku na to nie znalazł.

Łatał budżet zaciągając pożyczki.

Musiał jednak oddawać pieniądze w terminie i to z dużymi procentami.

Nie miał dodatkowego źródła dochodu.

Ostatecznie zwrócił się do lichwiarzy a raczej gangsterów.

Przyszedł termin zwrotu długu.

Radykalny pożyczkodawca zagroził mu odcięciem dłoni.

Spotkali się w kanciapie klubu o nazwie „Ostatnia szansa”.

Typek miał w ręce pistolet.

Uśmiechnął się wrednie.

– Wiesz co się stanie jeśli nie oddasz kasy?

– Zbiorę, obiecuję, poczekaj jeszcze trochę – błagał reżyser.

– Żebrzesz i żebrzesz, giń szmaciarzu – powiedział gangus i wystrzelił.

Upalne miasto 175

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Zmarła Magda Umer. Z tej okazji w poniedziałkowym teatrze telewizji nadano spektakl „Biała bluzka” według opowiadania Agnieszki Osieckiej, w reżyserii MU a w wykonaniu Krystyny Jandy.

Lata temu widziałam je we Wrocławiu. Dawno to było.

Notka z profilu Teatru TVP na FB:

„Biała bluzka” Kultowy spektakl grany od ponad piętnastu lat oparty jest na opowiadaniu, które Agnieszka Osiecka napisała w 1986  roku, a Magda Umer zrealizowała przedstawienie w 1988.

To poruszająca historia kobiety zakochanej w opozycjoniście niemogącej sobie poradzić ze sobą i z Polską lat stanu wojennego. Tytułowa biała bluzka była znakiem przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, stempelków i więźniów politycznych. Kraju braku wolności, w którym tylko fantazja podlewana alkoholem, miłość, przyjaźń i poczucie humoru pozwalały w pełni smakować życie.

„Och-Teatr gra tę sztukę” od czerwca 2010 roku.

Na stronie internetowej Krystyny Jandy czytamy:

Agnieszka Osiecka, autorka tekstu, na podstawie którego powstała sztuka, mówiła o nim tak:

„Napisałam „Białą bluzkę” tuż po stanie wojennym. I nie przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego sztukę teatralną. To było duże opowiadanie czy może raczej mała powieść, ujęta w formę listów.

Bohaterką była dziewczyna półchora psychicznie, półśmieszna, półzabawna, półtragiczna.

Uwikłana w nieszczęśliwą miłość i niedole stanu wojennego. Z jednej strony szalona pijaczka, wariatka ze słońcem we włosach, a z drugiej znakomicie ułożona pedantka.

Wyobrażałam sobie, że taki temat może bardziej nadawać się do czytania niż na scenę.

Ale kiedy „Białą bluzkę” przeczytała Magda Umer, oznajmiła, że chętnie by to przeniosła na scenę. Uważała, że należałoby włączyć tam kilka piosenek i od początku była przekonana, że powinna to zagrać Krystyna Janda. To, że Magda Umer chciała „Białą bluzkę” przenieść na scenę, sprawiło mi ogromną przyjemność. Miałam jednak wątpliwość, czy główną rolę powinna zagrać Krysia Janda. Moją bohaterkę widziałam przecież jako osobę przegraną, nieszczęśliwą, raczej brzydką, a Janda jest tego całkowitym zaprzeczeniem. Jest kobietą piękną, wspaniałą i zawsze zwycięską. Kobietą sukcesu w najlepszym tego słowa znaczeniu.

O cudownych zębach, przepięknych nogach, wydawało mi się, że nikt z publiczności nie uwierzy, że moja bohaterka w wykonaniu Jandy jest kobietą tak głęboko nieszczęśliwą.

Moja próżność była jednak tak pogłaskana, że się oczywiście z rozkoszą zgodziłam.

Potem obserwowałam, jak panie pracowały, i muszę przyznać, że nikomu tego nie życzę, bo pracowały jak dwie krawcowe w furii. Moje drogie przyjaciółki wyszły od detalu i tkały to przedstawienie szczegół po szczególe. Jak taka krawcowa, którą pamiętam z lat dzieciństwa, która nie robiła rysunku, tylko wkładała materiał na człowieka i szyła na nim rękaw po rękawie, falbankę po falbance”. Dziś powrót do tamtej opowieści oznacza przedstawienie datowane znów w tamtych czasach. Przestawienie historyczne.

Ale bohaterka –  dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie.

To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy Agnieszce Osieckiej udało się nadzwyczajnie zapisać tamten czas w codziennych rozmowach i szczegółach, hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony. W spektaklu pojawi się część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej, inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer, muzyką i aranżacjami zajmie się na nowo Janusz Bogacki. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.»

Akurat czytam książkę Ewy Marii Slaskiej „Amerykański sen. Pokolenie Solidarności”.

Jest to szybka historia PRL-u i naszego pokolenia, które reprezentuje para Stefan i Beata. Ale najwięcej miejsca w książce zajmują wydarzenia doprowadzające do powstania NSZZ „Solidarność”.

Dopiero potem  opisane są emigracyjne  losy głównych bohaterów, będące skutkiem stanu wojennego i internowania Stefana.

Zgadnijcie, komu lepiej się powiodło w USA – kobiecie czy mężczyźnie. A może oboje żyją długo i szczęśliwie wraz z potomstwem?

Tu można poczytać o autorce: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Maria_Slaska

Środa

W Pawilonie Czterech Kopuł będącym oddziałem Muzeum Narodowego we Wrocławiu jest czasowa wystawa „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki”, potrwa do 15.02. 2026.

Obejrzałam ją dzisiaj. Na kartę seniora bilet kosztuje pięć złotych.

Niektóre prace są w szklanych gablotach, inne można oglądać tylko w białych rękawiczkach (zwiedzający otrzymują je od obsługi), a przy paru umieszczono naklejkę: „Prosimy nie dotykaj”. Wyobraźnia twórcza artysty jest zazwyczaj nieokiełznana oraz niebanalna.

Obejrzałam ją bo: chciałam; czytam książki, byłam 40 lat bibliotekarką.

Sala wystawowa jest cała na biało. I jak dla mnie ta biel jest oślepiająca i dość męcząca.

Jest, na tej samej sali, boks z kawiarenką ale nie skusiłam się na to, aby usiąść i napić się kawy. Za to zrobiłam dużo zdjęć i te bardziej udane umieściłam na swoim facebookowym profilu.

Tekst ze strony muzeum:

Czym może być książka? Jak różne formy przybiera? Przekonać się mogą widzowie wystawy II Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Książki prezentowanej w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu. Pokazane zostały najnowsze osiągnięcia i dorobek polskich twórców książek artystycznych. Obok tradycyjnych kodeksów, harmonijek i zwojów, zobaczyć można książkę-budowlę, „rękopis” wyszyty nićmi, a nawet przestrzenny ogród zen.

Tematem przewodnim tegorocznej edycji były „Zasięgi”. Wychodząc od tezy, że współczesny człowiek jest niewolnikiem zasięgów – objawiających się dostępem do telefonii komórkowej i internetu, sukcesem mediów społecznościowych mierzonym liczbą obserwujących, nadprodukcją treści i szumem informacyjnym – organizatorzy postawili pytania: jak w tak ukształtowanej epoce znajduje się sztuka książki? Czy książka generuje zasięg lub znajduje się w czyichś zasięgach? Czy niesie treści, za którymi podążą czytelnicy? A może stanowi symbol oporu przed pochłonięciem zasięgami?

82 autorów i zespołów autorskich nadesłało na przegląd 121 prac, z których aż 62 interpretują temat przewodni i zostały zgłoszone jako konkursowe, to spośród nich jury wybrało zwycięzców nagrody przeglądu.

Upalne miasto 174

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**********************************************************************

Poniedziałek Wymyśliłam niezłą fuzję. Nie, nie chodzi o broń.

AI donosi: „Fuzja” w kontekście broni to historyczna nazwa dla ciężkiej ręcznej broni palnej z XVII-XIX wieku, będącej przodkiem karabinu, często mylona lub określająca potocznie strzelbę myśliwską śrutową, zwłaszcza starszego typu (flinta). W nowoczesnym kontekście, fuzja odnosi się do połączenia w fizyce (fuzja jądrowa), a nie jest to typ broni, ale proces, który mógłby być wykorzystany do stworzenia broni o niewyobrażalnej mocy, jak broń termojądrowa (choć potocznie ludzie mogą łączyć pojęcia). 

Moja fuzja to połączenie czekolady deserowej ze sklepu z dżemem własnoręcznie zrobionym z podarowanych, ogródkowych jabłek plus trochę miodu. Bardzo dobre mazidło wyszło, lekko kwaskowe.

A propos kwaskowe to wyjęłam ze słoika, ostatnie w tym roku, kiszone ogórki i w tym samym naczyniu z resztkami przypraw (plus dosypałam nowe), zakisiłam cztery małe pokrojone na ćwiartki, nieobrane buraczki. Zobaczę jak się zachowają. Taki domowy eksperyment prawie chemiczny. Wiem, że nie odkryłam Ameryki a nawet Europy czy najmniejszej bezludnej wyspy.

Ale jak na moje nielubienie wszelkich prac domowych to i tak to jest osiągnięcie.

Znajoma, której przesłałam messengerem zdjęcie na którym jestem z inną znajomą, obie w bluzkach w koci wzór, zapytała skąd wzięłyśmy tyle kotów. Na co ja: z łapanki. Sklepowej oczywiście. A zdjęcie zostało zrobione w trakcie zajęć w Kawiarni Filmowej.

Środa Dostałam od mikołaja słodycze, herbatę i puszeczkę kremu „marcepan z makiem” – spojrzałam i powiedziałam:

– Jeszcze takiego kremu nie jadłam.

Na co mikołaj:

– Ale to jest KREM DO RĄK!

Obśmiałam się jak norka ze swojej bystrości.

Czwartek Na zajęciach literackich było nas 11 osób i wszystkim rozdałam gotowe, kwadratowe kartki świąteczne z kopertą papierową i foliową.  Dodałam zrobioną przez siebie zakładkę, gotową zawieszkę do prezentu, aniołka do powieszenia  oraz wyciętą przez siebie z papieru ozdobę na choinkę. Jedna z uczestniczek odmówiła przyjęcia, bo nie wysyła, znaczki takie drogie. Mój argument, że nie musi wysyłać, może dodać do prezentu podchoinkowego jej nie przekonał.

Inna uczestniczka powiedziała, że następne kartki rozdam na Wielkanoc. Na co ja, że wtedy to ona to zrobi. Lubię jak mi się narzuca jakieś działanie. No, po prostu przepadam za tym.

Dr Magda Wieteska poleciła nam napisanie miłego wspomnienia ze świąt. A, że takie mogę opisać w trzech zdaniach to wymyśliłam poniższe opowiadanko nic nie mające wspólnego z prawdą:

              Świąteczne wspomnienie

Przyjechałam do swojej chaty za wsią tydzień przed świętami. Wnętrze było ciepłe i zadbane dzięki osobom opiekującym się domem w czasie mojej nieobecności. W salonie stała prawdziwa choinka, a lodówka była pełna różnych produktów.

Wypuściłam czarną kotkę z kontenera i rozpakowałam walizkę oraz torbę.

Zmieniłam buty na ciepłe kapcie z futerkiem i nastawiłam płytę z kolędami w wykonaniu zespołu „Mazowsze”.

Dzień przed Wigilią weszłam do kuchni, wyciągnęłam z szafki mielony mak, miód i bakalie a z lodówki świeże drożdże, masło klarowane, jajka i suszone owoce.

– Zrobię taką struclę makową jaką piekła moja babcia – postanowiłam zalewając mak mlekiem.

Usłyszałam pukanie do drzwi, otworzyłam je i wpuściłam zziębniętą „Dziewczynkę z zapałkami”.

– Pomogę ci w przygotowaniach – powiedziała rozcierając zgrabiałe dłonie.

– To podgrzej i wymieszaj mak ale najpierw napij się herbaty z prądem – to mówiąc powitałam nowych gości.

– Witajcie Jasiu z Małgosią, widzę, że przynieśliście dużo pierniczków. Przydadzą się do powieszenia na choince, orzechy i cukierki już tam są.

Ponowne stukanie wykonała Kopciuszek w jednym bucie.

– Uciekłam przed królewiczem stalkerem – powiedziała. Ale zdążyłam zabrać z balu puszkę kawioru i skrzynkę szampana. Siedmiu krasnoludków mi pomogło.

– Jak miło, to zróbcie sałatkę jarzynową. Wszystko macie na stole w miskach.

– Nie widzę Czerwonego Kapturka – zauważyła Dziewczynka już bez zapałek, mieszająca odcedzony mak z namoczonymi w lekkim alkoholu, bakaliami.

– Och, na pewno przyjdzie. Jej babcia boi się wilka, więc leśniczy jest ich ochroniarzem.

– Ale wilka nie zaproszono? – upewniła się Kopciuszek.

– Co to, to nie. Baby Jagi i złych macoch też nie.

Krasnoludki nuciły „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło, Mazowsze śpiewało kolędy a w chacie pachniało kompotem z suszu i ciastem drożdżowym.

Powyższa wersja jest krótka, bo przeznaczona na zajęcia. Niektórzy uczestnicy mają skłonność do długiego rozpisywania się i nie wystarcza czasu na prace innych osób. Dlatego zalecono nam zwięzłość.

Dodałam tutaj ciąg dalszy:

Coś zameczało i zastukało za progiem. Otworzyłam drzwi a to Koziołek Matołek w czerwonej kurteczce, spodenkach i szaliczku, z czapeczką w takim też kolorze na głowie mi się objawił.

– Witaj Koziołku – powiedziałam. Czy wracasz z Pacanowa, a może dopiero tam zmierzasz?

– Postanowiłem do Was wstąpić jeszcze bez podkówek. Spotkałem Pyzę, która mi powiedziała, że przyjmujecie wszystkich bohaterów bajek.

– I gdzie ona jest?

– A zagadała się po drodze z Kubusiem Puchatkiem, chyba znaleźli barć i wyjadają z niej miodek.

– Nie boją się pszczół? – zdziwiłam się.

– Smok Wawelski je tak przestraszył, że schowały się w mysią dziurę.

– Biedne myszki.

– Ale skąd, najpierw zjadły Popiela a teraz wczepiły się w futro Kota w Butach i niedługo tu się zjawią – powiedział Koziołek witając się ze wszystkimi  jednocześnie mecząc radośnie.

********************************************************************************

A oto prawdziwe wspomnienie:

około 20 lat temu przed świętami, a może więcej, na ulicy Piastowskiej zaczepiła mnie szczupła kobieta w średnim wieku ze zniszczoną twarzą, prosząc o pięć złotych. Zazwyczaj nie daję pieniędzy takim osobom ale szybko pomyślałam, że idą święta, co mi szkodzi. I dałam. W życiu nie widziałam tak szczęśliwej osoby. I wszystko mi jedno czy ją suszyło i musiała się napić, czy zabrakło jej na chleb.