Upalne miasto 176

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Na ostatnich przed świętami zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę dostaliśmy dwa zadania:

– napisać czego prywatnie sobie życzymy w nowym roku

– napisać czego życzymy innym.

Oto moje:

DLA SIEBIE:

  1. Nieustannie dobrego a nawet lepszego zdrowia (bo dolegliwości mi nie brakuje).
  2. Zakończenia wreszcie, ciągnącej się od dwóch lat, urzędowej sprawy.
  3. Tego o czym myślę ale nie napiszę, aby nie zapeszyć.
  4. Tego, aby w naszym kraju wreszcie było normalnie.
  5. I niech sczezną wszyscy, którzy mi źle życzą.

DLA INNYCH:

  1. Pokoju na świecie.
  2. Zdrowia niedomagającym.
  3. Pieniędzy biednym.
  4. Domu bezdomnym.
  5. Życzliwości wrednym.
  6. Mądrości i empatii rządzącym.
  7. Planecie Ziemia mądrych, dbających o nią, mieszkańców.
  8. Opieki wszystkim zwierzętom, bez przemocy i łańcuchów.
  9. Dzieciom dobrych rodziców/opiekunów.
  10. Seniorom pomocy gdy jej potrzebują.

Dorota Zawadzka telewizyjna „Superniania” napisała na swoim fb-owym profilu, że była na spotkaniu koleżeńskim i bardzo jest z niego zadowolona, bo było miło. Na co ja w komentarzu, że wiele lat temu byłam na klasowym i  żałuję. Bo wredne osoby nadal są wredne, najlepszy uczeń mimo kariery jest sfrustrowany a miły kolega okazał się TW.

Nie dodałam, że dwie koleżanki po latach zapiły się na śmierć mimo bardzo odmiennego startu w życie w postaci rodziny.

A w jakiś czas potem opowiedziałam o spotkaniu innej znajomej podsumowując: i wszyscy ode mnie bogatsi. Na co ona: no, o to nietrudno. HA HA HA.

I jeszcze przypomniała mi się scenka jak to w trakcie szkolnego zjazdu mojego liceum jedna z absolwentek powiedziała do telewizyjnej kamery: „nie przyszli na zjazd tylko ci, którym się w życiu nie udało”.  No, jej to już wybitnie.

 A będąc złośliwą małpą pomyślałam patrząc na nią: dała bozia nos, na rozum już nie starczyło.

Niedziela Skończyłam czytać „Amerykański sen” Ewy Marii Slaskiej.  Autorka tak pisze na zakończenie:

„Powieść, którą właśnie przeczytaliście, jest mieszaniną faktów, fikcji i własnych wspomnień autorki. Ta masa materiału miesza się, przelewa przez siebie, pożycza od siebie akapity, frazy i słowa”.

                   Trzy historyjki

ze zdaniami zaczynającymi się na kolejną literę alfabetu

Prowadząca zajęcia literackie w Centrum Seniora dr Magda Wieteska ma milion pomysłów, aby rozruszać i zmuszać nasze szare komórki do działania. Teksty  z takimi, powyżej podanymi, zasadami to właśnie jeden z Jej pomysłów.

Która z nich Wam się najbardziej podoba?

                              ALBUM

Album leżała na stole w salonie.

Biały w różowe kwiatki.

Cały błyszczący i wzrok przyciągający.

Długa czerwona tasiemka zaznaczała przeglądane strony.

Elegancja przedmiotu zachęcała do przeglądu/ania.

Futerał na skrzypce leżał obok.

Granie na tym instrumencie słychać było zza ściany.

 Hałas nagły przerwał muzykę.

Impulsywnie wchodząc  do pokoju z albumem muzyk krzyknął:

– Ja tak pracować nie mogę!

Krzycząc strącał przedmioty leżące wokół niego, w tym album ze zdjęciami.

Lekko rozchyliły się strony.

Łatwo wypadło wiele fotografii.

Można było na nich zobaczyć nietypowe sceny.

Nagie kobiety i mężczyzn.

Oparci o siebie, a nawet na sobie leżący.

Parami lub w trójkątach.

Radośni bardzo, wręcz zachwyceni.

Skonfundowany muzyk podniósł album i schował do szuflady.

Trochę się wkurzył.

Uderzył pięścią w stół.

Wrzasnął także.

Zobaczył bowiem, że to jego żona i siostra brały udział w tych igraszkach.

– Żona mnie zdradza – krzyknął i podciął sobie gardło smyczkiem.

                             ŁAPÓWKA

Adam zatrzasnął drzwi mieszkania.

Bolało go wszystko.

Ciało współpracy odmawiało.

Dotknął klatkę piersiową i jęknął.

– Ewentualnie pójdę do znajomego lekarza – pomyślał.

Facet jest dobry w diagnozowaniu.

Głupio byłoby mu nie uwierzyć.

Hrabią jest w dodatku.

I bardzo cierpliwym.

Jeszcze  nie spotkałem tak spokojnego człowieka.

Kopnąłem go kiedyś ale mi nie oddał.

Lekarzem z powołania jest, widocznie.

Łaska boska, że na takiego trafiłem.

Muszę mu jakoś podziękować.

Na pewno nie ucieszy się z kwiatów.

Ofiaruję mu flaszeczkę.

Piwa pewnie nie pije.

Raczej coś szlachetniejszego,.

Soplicę lub szampana mu dam.

Trudno mi się zdecydować.

Uczynek to będzie dobry, mam nadzieję.

Warto kupić obie flaszki.

Zabiorę je od razu ze sobą.

Żartem powiem: obalimy tu i teraz obie.

                        DŁUG

– Akcja ! – krzyknął reżyser.

Bawiło go od lat, manipulowanie ludźmi.

Cudzymi emocjami.

Dawał z siebie wszystko, aby osiągnąć upragniony cel, czyli sławę i pieniądze.

Efektem wielu lat pracy były nagrody i uznanie środowiska.

Facet był z siebie bardzo zadowolony.

Grał jednak nałogowo w pokera.

Hazard niszczył mu spokój.

I konto w banku.

– Jak z tym zerwać – często się zastanawiał.

Kompletnie nie panował nad nałogiem.

Leku na to nie znalazł.

Łatał budżet zaciągając pożyczki.

Musiał jednak oddawać pieniądze w terminie i to z dużymi procentami.

Nie miał dodatkowego źródła dochodu.

Ostatecznie zwrócił się do lichwiarzy a raczej gangsterów.

Przyszedł termin zwrotu długu.

Radykalny pożyczkodawca zagroził mu odcięciem dłoni.

Spotkali się w kanciapie klubu o nazwie „Ostatnia szansa”.

Typek miał w ręce pistolet.

Uśmiechnął się wrednie.

– Wiesz co się stanie jeśli nie oddasz kasy?

– Zbiorę, obiecuję, poczekaj jeszcze trochę – błagał reżyser.

– Żebrzesz i żebrzesz, giń szmaciarzu – powiedział gangus i wystrzelił.

Upalne miasto 175

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Zmarła Magda Umer. Z tej okazji w poniedziałkowym teatrze telewizji nadano spektakl „Biała bluzka” według opowiadania Agnieszki Osieckiej, w reżyserii MU a w wykonaniu Krystyny Jandy.

Lata temu widziałam je we Wrocławiu. Dawno to było.

Notka z profilu Teatru TVP na FB:

„Biała bluzka” Kultowy spektakl grany od ponad piętnastu lat oparty jest na opowiadaniu, które Agnieszka Osiecka napisała w 1986  roku, a Magda Umer zrealizowała przedstawienie w 1988.

To poruszająca historia kobiety zakochanej w opozycjoniście niemogącej sobie poradzić ze sobą i z Polską lat stanu wojennego. Tytułowa biała bluzka była znakiem przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, stempelków i więźniów politycznych. Kraju braku wolności, w którym tylko fantazja podlewana alkoholem, miłość, przyjaźń i poczucie humoru pozwalały w pełni smakować życie.

„Och-Teatr gra tę sztukę” od czerwca 2010 roku.

Na stronie internetowej Krystyny Jandy czytamy:

Agnieszka Osiecka, autorka tekstu, na podstawie którego powstała sztuka, mówiła o nim tak:

„Napisałam „Białą bluzkę” tuż po stanie wojennym. I nie przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego sztukę teatralną. To było duże opowiadanie czy może raczej mała powieść, ujęta w formę listów.

Bohaterką była dziewczyna półchora psychicznie, półśmieszna, półzabawna, półtragiczna.

Uwikłana w nieszczęśliwą miłość i niedole stanu wojennego. Z jednej strony szalona pijaczka, wariatka ze słońcem we włosach, a z drugiej znakomicie ułożona pedantka.

Wyobrażałam sobie, że taki temat może bardziej nadawać się do czytania niż na scenę.

Ale kiedy „Białą bluzkę” przeczytała Magda Umer, oznajmiła, że chętnie by to przeniosła na scenę. Uważała, że należałoby włączyć tam kilka piosenek i od początku była przekonana, że powinna to zagrać Krystyna Janda. To, że Magda Umer chciała „Białą bluzkę” przenieść na scenę, sprawiło mi ogromną przyjemność. Miałam jednak wątpliwość, czy główną rolę powinna zagrać Krysia Janda. Moją bohaterkę widziałam przecież jako osobę przegraną, nieszczęśliwą, raczej brzydką, a Janda jest tego całkowitym zaprzeczeniem. Jest kobietą piękną, wspaniałą i zawsze zwycięską. Kobietą sukcesu w najlepszym tego słowa znaczeniu.

O cudownych zębach, przepięknych nogach, wydawało mi się, że nikt z publiczności nie uwierzy, że moja bohaterka w wykonaniu Jandy jest kobietą tak głęboko nieszczęśliwą.

Moja próżność była jednak tak pogłaskana, że się oczywiście z rozkoszą zgodziłam.

Potem obserwowałam, jak panie pracowały, i muszę przyznać, że nikomu tego nie życzę, bo pracowały jak dwie krawcowe w furii. Moje drogie przyjaciółki wyszły od detalu i tkały to przedstawienie szczegół po szczególe. Jak taka krawcowa, którą pamiętam z lat dzieciństwa, która nie robiła rysunku, tylko wkładała materiał na człowieka i szyła na nim rękaw po rękawie, falbankę po falbance”. Dziś powrót do tamtej opowieści oznacza przedstawienie datowane znów w tamtych czasach. Przestawienie historyczne.

Ale bohaterka –  dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie.

To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy Agnieszce Osieckiej udało się nadzwyczajnie zapisać tamten czas w codziennych rozmowach i szczegółach, hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony. W spektaklu pojawi się część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej, inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer, muzyką i aranżacjami zajmie się na nowo Janusz Bogacki. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.»

Akurat czytam książkę Ewy Marii Slaskiej „Amerykański sen. Pokolenie Solidarności”.

Jest to szybka historia PRL-u i naszego pokolenia, które reprezentuje para Stefan i Beata. Ale najwięcej miejsca w książce zajmują wydarzenia doprowadzające do powstania NSZZ „Solidarność”.

Dopiero potem  opisane są emigracyjne  losy głównych bohaterów, będące skutkiem stanu wojennego i internowania Stefana.

Zgadnijcie, komu lepiej się powiodło w USA – kobiecie czy mężczyźnie. A może oboje żyją długo i szczęśliwie wraz z potomstwem?

Tu można poczytać o autorce: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Maria_Slaska

Środa

W Pawilonie Czterech Kopuł będącym oddziałem Muzeum Narodowego we Wrocławiu jest czasowa wystawa „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki”, potrwa do 15.02. 2026.

Obejrzałam ją dzisiaj. Na kartę seniora bilet kosztuje pięć złotych.

Niektóre prace są w szklanych gablotach, inne można oglądać tylko w białych rękawiczkach (zwiedzający otrzymują je od obsługi), a przy paru umieszczono naklejkę: „Prosimy nie dotykaj”. Wyobraźnia twórcza artysty jest zazwyczaj nieokiełznana oraz niebanalna.

Obejrzałam ją bo: chciałam; czytam książki, byłam 40 lat bibliotekarką.

Sala wystawowa jest cała na biało. I jak dla mnie ta biel jest oślepiająca i dość męcząca.

Jest, na tej samej sali, boks z kawiarenką ale nie skusiłam się na to, aby usiąść i napić się kawy. Za to zrobiłam dużo zdjęć i te bardziej udane umieściłam na swoim facebookowym profilu.

Tekst ze strony muzeum:

Czym może być książka? Jak różne formy przybiera? Przekonać się mogą widzowie wystawy II Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Książki prezentowanej w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu. Pokazane zostały najnowsze osiągnięcia i dorobek polskich twórców książek artystycznych. Obok tradycyjnych kodeksów, harmonijek i zwojów, zobaczyć można książkę-budowlę, „rękopis” wyszyty nićmi, a nawet przestrzenny ogród zen.

Tematem przewodnim tegorocznej edycji były „Zasięgi”. Wychodząc od tezy, że współczesny człowiek jest niewolnikiem zasięgów – objawiających się dostępem do telefonii komórkowej i internetu, sukcesem mediów społecznościowych mierzonym liczbą obserwujących, nadprodukcją treści i szumem informacyjnym – organizatorzy postawili pytania: jak w tak ukształtowanej epoce znajduje się sztuka książki? Czy książka generuje zasięg lub znajduje się w czyichś zasięgach? Czy niesie treści, za którymi podążą czytelnicy? A może stanowi symbol oporu przed pochłonięciem zasięgami?

82 autorów i zespołów autorskich nadesłało na przegląd 121 prac, z których aż 62 interpretują temat przewodni i zostały zgłoszone jako konkursowe, to spośród nich jury wybrało zwycięzców nagrody przeglądu.

Upalne miasto 174

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**********************************************************************

Poniedziałek Wymyśliłam niezłą fuzję. Nie, nie chodzi o broń.

AI donosi: „Fuzja” w kontekście broni to historyczna nazwa dla ciężkiej ręcznej broni palnej z XVII-XIX wieku, będącej przodkiem karabinu, często mylona lub określająca potocznie strzelbę myśliwską śrutową, zwłaszcza starszego typu (flinta). W nowoczesnym kontekście, fuzja odnosi się do połączenia w fizyce (fuzja jądrowa), a nie jest to typ broni, ale proces, który mógłby być wykorzystany do stworzenia broni o niewyobrażalnej mocy, jak broń termojądrowa (choć potocznie ludzie mogą łączyć pojęcia). 

Moja fuzja to połączenie czekolady deserowej ze sklepu z dżemem własnoręcznie zrobionym z podarowanych, ogródkowych jabłek plus trochę miodu. Bardzo dobre mazidło wyszło, lekko kwaskowe.

A propos kwaskowe to wyjęłam ze słoika, ostatnie w tym roku, kiszone ogórki i w tym samym naczyniu z resztkami przypraw (plus dosypałam nowe), zakisiłam cztery małe pokrojone na ćwiartki, nieobrane buraczki. Zobaczę jak się zachowają. Taki domowy eksperyment prawie chemiczny. Wiem, że nie odkryłam Ameryki a nawet Europy czy najmniejszej bezludnej wyspy.

Ale jak na moje nielubienie wszelkich prac domowych to i tak to jest osiągnięcie.

Znajoma, której przesłałam messengerem zdjęcie na którym jestem z inną znajomą, obie w bluzkach w koci wzór, zapytała skąd wzięłyśmy tyle kotów. Na co ja: z łapanki. Sklepowej oczywiście. A zdjęcie zostało zrobione w trakcie zajęć w Kawiarni Filmowej.

Środa Dostałam od mikołaja słodycze, herbatę i puszeczkę kremu „marcepan z makiem” – spojrzałam i powiedziałam:

– Jeszcze takiego kremu nie jadłam.

Na co mikołaj:

– Ale to jest KREM DO RĄK!

Obśmiałam się jak norka ze swojej bystrości.

Czwartek Na zajęciach literackich było nas 11 osób i wszystkim rozdałam gotowe, kwadratowe kartki świąteczne z kopertą papierową i foliową.  Dodałam zrobioną przez siebie zakładkę, gotową zawieszkę do prezentu, aniołka do powieszenia  oraz wyciętą przez siebie z papieru ozdobę na choinkę. Jedna z uczestniczek odmówiła przyjęcia, bo nie wysyła, znaczki takie drogie. Mój argument, że nie musi wysyłać, może dodać do prezentu podchoinkowego jej nie przekonał.

Inna uczestniczka powiedziała, że następne kartki rozdam na Wielkanoc. Na co ja, że wtedy to ona to zrobi. Lubię jak mi się narzuca jakieś działanie. No, po prostu przepadam za tym.

Dr Magda Wieteska poleciła nam napisanie miłego wspomnienia ze świąt. A, że takie mogę opisać w trzech zdaniach to wymyśliłam poniższe opowiadanko nic nie mające wspólnego z prawdą:

              Świąteczne wspomnienie

Przyjechałam do swojej chaty za wsią tydzień przed świętami. Wnętrze było ciepłe i zadbane dzięki osobom opiekującym się domem w czasie mojej nieobecności. W salonie stała prawdziwa choinka, a lodówka była pełna różnych produktów.

Wypuściłam czarną kotkę z kontenera i rozpakowałam walizkę oraz torbę.

Zmieniłam buty na ciepłe kapcie z futerkiem i nastawiłam płytę z kolędami w wykonaniu zespołu „Mazowsze”.

Dzień przed Wigilią weszłam do kuchni, wyciągnęłam z szafki mielony mak, miód i bakalie a z lodówki świeże drożdże, masło klarowane, jajka i suszone owoce.

– Zrobię taką struclę makową jaką piekła moja babcia – postanowiłam zalewając mak mlekiem.

Usłyszałam pukanie do drzwi, otworzyłam je i wpuściłam zziębniętą „Dziewczynkę z zapałkami”.

– Pomogę ci w przygotowaniach – powiedziała rozcierając zgrabiałe dłonie.

– To podgrzej i wymieszaj mak ale najpierw napij się herbaty z prądem – to mówiąc powitałam nowych gości.

– Witajcie Jasiu z Małgosią, widzę, że przynieśliście dużo pierniczków. Przydadzą się do powieszenia na choince, orzechy i cukierki już tam są.

Ponowne stukanie wykonała Kopciuszek w jednym bucie.

– Uciekłam przed królewiczem stalkerem – powiedziała. Ale zdążyłam zabrać z balu puszkę kawioru i skrzynkę szampana. Siedmiu krasnoludków mi pomogło.

– Jak miło, to zróbcie sałatkę jarzynową. Wszystko macie na stole w miskach.

– Nie widzę Czerwonego Kapturka – zauważyła Dziewczynka już bez zapałek, mieszająca odcedzony mak z namoczonymi w lekkim alkoholu, bakaliami.

– Och, na pewno przyjdzie. Jej babcia boi się wilka, więc leśniczy jest ich ochroniarzem.

– Ale wilka nie zaproszono? – upewniła się Kopciuszek.

– Co to, to nie. Baby Jagi i złych macoch też nie.

Krasnoludki nuciły „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło, Mazowsze śpiewało kolędy a w chacie pachniało kompotem z suszu i ciastem drożdżowym.

Powyższa wersja jest krótka, bo przeznaczona na zajęcia. Niektórzy uczestnicy mają skłonność do długiego rozpisywania się i nie wystarcza czasu na prace innych osób. Dlatego zalecono nam zwięzłość.

Dodałam tutaj ciąg dalszy:

Coś zameczało i zastukało za progiem. Otworzyłam drzwi a to Koziołek Matołek w czerwonej kurteczce, spodenkach i szaliczku, z czapeczką w takim też kolorze na głowie mi się objawił.

– Witaj Koziołku – powiedziałam. Czy wracasz z Pacanowa, a może dopiero tam zmierzasz?

– Postanowiłem do Was wstąpić jeszcze bez podkówek. Spotkałem Pyzę, która mi powiedziała, że przyjmujecie wszystkich bohaterów bajek.

– I gdzie ona jest?

– A zagadała się po drodze z Kubusiem Puchatkiem, chyba znaleźli barć i wyjadają z niej miodek.

– Nie boją się pszczół? – zdziwiłam się.

– Smok Wawelski je tak przestraszył, że schowały się w mysią dziurę.

– Biedne myszki.

– Ale skąd, najpierw zjadły Popiela a teraz wczepiły się w futro Kota w Butach i niedługo tu się zjawią – powiedział Koziołek witając się ze wszystkimi  jednocześnie mecząc radośnie.

********************************************************************************

A oto prawdziwe wspomnienie:

około 20 lat temu przed świętami, a może więcej, na ulicy Piastowskiej zaczepiła mnie szczupła kobieta w średnim wieku ze zniszczoną twarzą, prosząc o pięć złotych. Zazwyczaj nie daję pieniędzy takim osobom ale szybko pomyślałam, że idą święta, co mi szkodzi. I dałam. W życiu nie widziałam tak szczęśliwej osoby. I wszystko mi jedno czy ją suszyło i musiała się napić, czy zabrakło jej na chleb.

Upalne miasto 173

 Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***********************************************************************************

Wtorek 2.12.25

No, nie lubię takich ponurych dni. Co by słonku zależało, aby nam świeciło i dzień umilało?

Masaż w ciepłym pomieszczeni gabinetu trochę poprawił mi nastrój. Także opowieść rehabilitanta jak to rozbawił swoją partnerkę mówiąc, że stojące w poczekalni dwa mikołaje w nocy się naparzały, który lepszy i hojniejszy. A może nawet ładniejszy? W dzielnicy ostatnio mamy wysyp fryzjerów, manikiurzystek oraz kebabów, to wszyscy, w tym mikołaje mogą zadbać o swoje wnętrze oraz zewnętrzność.

Na poprawienie kondycji upiekłam sobie różne warzywa, w tym bataty. Tylko marchewki, oporne cholery, nadal twarde choć były w niezbyt grubych plasterkach.

Środa 3.12.  Na godzinę jedenastą kreatywne zajęcia w Kawiarni Filmowej. Współpraca z szefem trudna.

Obiecał dać 30.11. ogłoszenie na fb-owym profilu kawiarni – nie było. Dopiero jak przypomniałam umieszczono informację o godz. 16. A kawiarnia czynna od trzynastej, mail ode mnie poszedł dużo wcześniej.

Obiecanego plakatu i  przygotowanych materiałów z filmowymi materiałami do umieszczenia na kartkach nie było. Ręce opadają tym bardziej, że szef wygląda na bardzo z siebie zadowolonego.

Nie wiem czy to brak zdolności organizacyjnych, czy lekceważenie.

A przecież ja nie potrzebuję wpisania tych zajęć w CV czy sprawozdanie. Już się nawpisywałam. Te zajęcia idą na konto działań szefa kawiarni a nie na moje.

To jednak prawda, że mężczyźni rozwijają się tylko do piątego roku życia a potem tylko rosną. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Są też pozytywy – zaprosił dwie swoje znajome seniorki, które przyjechały aż z Popowic (odległe osiedle). Gdyby był plakat może przyszedłby ktoś z mojego i tego gdzie mieści się kawiarnia. Dobrze, że mam mini fan klub moich zajęć i trzy znajome przyjechały. Też blisko nie miały. Tak więc kreatywnych seniorek było pięć. Dlaczego tylko seniorek? Po pierwsze taka godzina, że wiele osób jest w pracy, po drugie środa jest w kawiarni cenowo przyjazna seniorom.

Ja dostałam w prezencie od szefa herbatę gotową do picia choć i tak zabrałam ze sobą napełniony tym napojem kubek termiczny. Jego zawartość wypiłam w domu.

Panie zrobiły tyle kartek ile chciały, a nawet aniołki. Mogły, jeśli chciały zabrać ze sobą materiały jakie każdej uczestniczce dałam w pakiecie powitalnym. Oraz w domu zrobione przez mnie sztywne torebeczko – pudełeczka, otwarte,  z czerwoną wstążką jako rączkami. Można w nie zapakować i podarować nieduży prezent. Willa z ogrodem a nawet auto się nie zmieszczą ale kosztowne drobiazgi już tak.

Sprzyjała nam także pogoda – nie padało, a nawet nie było ponuro.

Na koniec trzeba było posprzątać, szef zauważył puste malutkie puszki (po jednoporcjowej kukurydzy) jakie przyniosłam i nalałam do nich płynnego kleju. Zaskoczyły go swoją wielkością a raczej małością na co ja, że robiłam je całą noc. On, że w hucie czy innym metalowym zakładzie? Ja, że takie do paprykarza szczecińskiego też robię. Na co kolega szefa, że „paprykarz to niech pani szanuje”, a ja, że nigdy go nie jadłam. Usłyszałam, że czas nadrobić zaległości, bo dobry jest. No to stwierdziłam, że zaraz idę do pobliskiej Biedronki na zakupy. I tak się rozstaliśmy.

W domu po zjedzeniu obiadu porządkowałam materiały aż do godziny dziewiątej wieczorem. No, nie mogłam wszystkiego smyrgnąć do szuflady, bo później bym siebie przeklinała za pójście na łatwiznę.

Czwartek Wybrałam się do rynku. Zastawionego jarmarcznymi budami z różnymi, drogimi dobrami. Ale nie po nie tylko po informator kulturalny „Co jest grane”.

Przechodziłam obok stoiska/budy o nazwie „Kuźnia” i pooglądałam ofertę, były tam breloczki okrągłe i romboidalne z wygrawerowanym a raczej wykutym małym wzorem. A że była wśród nich litera M to pomyślałam, że zrobię koleżance prezent z zawieszką na której będzie pierwsza litera jej imienia. Poprosiłam o taką ale okazało się, że trzeba czekać godzinę, bo kowala właśnie nie ma. To poszłam zrobić zakupy do DINOzaura (zapomniałam kupić paprykarz szczeciński)  a potem na kawę do „Witaminki”.

Posiedziałam tam, poczytałam bezpłatną gazetę  a potem przedzierając się wśród bud pomyślałam, że na pewno tego stoiska nie znajdę, bo błądzenie jest moją wielką sprawnością.

Ale nie, znalazłam bez trudu. Za to jeszcze  musiałam poczekać na zakończenie obróbki ogniem, lakierem i wyborem: ma to być breloczek czy wisiorek. Wisiorek na rzemyku. W domu mam karabińczyk od smyczy to koleżance dodam gdyby uparła się, że jednak woli jako breloczek. Jarmark się przydał ale i tak go nie lubię.

A i znalazłam bank, który uciekł mi (i innym klientom) z dotychczasowego lokalu. Okazało się, że mieści się nawet  niedaleko ale muszę teraz przechodzić rzez dwie ruchliwe ulice naszego osiedla. Nad wejściem wiszą balony (za wysoko, żeby je ze złości przebić) no to zachęcona weszłam i do jednego z dwóch bankomatów podeszłam. Stukam, pukam, pin wklepuję a ten nie kwapi się do wypłaty, w dodatku informuje tylko, że nie przyjmuje wpłat. Łaskawie wydrukował stan konta. Się z lekka wściekłam ale klientka odeszła od sąsiedniego, więc dałam bankowi szansę, wsunęłam kartę i wpisałam kod dostępu. O dziwo zadziałało. Naprawdę nie mogli zaprogramować urządzenia, aby wyświetlił: nie mam pieniędzy, zapraszamy obok. Lepiej niż: „Nie mamy twoich pieniędzy i co nam zrobisz”?.

Sobota „Olimp codzienności” zdobyty, na obiad pieczone wczoraj różne jarzyny, na deser ciasto drożdżowe z rodzynkami pieczone jednocześnie z w.w. Piekarnik w kuchence gazowej z czasów PRL-u, bez termometru (zepsuł się szybko za szybką), światełka (żaróweczka dawno nie wytrzymała) i termoobiegu. Istny eksponat muzeum techniki.

Niedziela 33.Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Hali Stulecia. Pogoda wyjątkowo sprzyjająca, bo pamiętam rok gdy od tramwaju do Hali szłam w mocno padającym mokrym śniegu.

W tym roku także płaci się za wstęp, seniorzy pięć złotych.

Nie zostawiłam kurtki w szatni i to był błąd.

Poszłam bez planu na zakupy, tylko, aby zaopatrzyć się w darmowe materiały – foldery, katalogi, zakładki. Jest ich po pandemii bardzo mało. Przedtem z targów dźwigałam ciężką torbę, dzisiaj parę zakładek i jeden katalog.

Zrobiłam zdjęcia nietypowych nazw wydawnictw (Harde, Wydawnictwo Nocą, Skórka Pomarańczy, CzuCzu, Stara Szkoła, Aż się czyta, Wielka Litera), kotów na okładkach, torbie i bluzie.

Kupiłam trzy książki: Wojciech Szot – Panna Doktór Sadowska, Helena Leblanc (autorka z francuskimi korzeniami) – Świetny (święty) Mikołaj, Tomasz Broda – Rękopis znaleziony we Wrocławiu, to katalog towarzyszący wystawie w Muzeum Teatru im. H. Tomaszewskiego na którą muszę się wybrać.

W Bolesławcu powstały talerze i kubki z tymi  motywami  nawiązującymi do  filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Rękopis znaleziony w Saragossie”), które narysował Tomasz Broda.

Autorkę  „Świetnego Mikołaja” zapytałam czy okładka musiała być taka disnejowska. Tak, bo książki sprzedają się po okładkach. Czyli „Jak cię widzą, tak cię piszą/kupują”. A na książkach są przecież notki o autorze i treści. Można poczytać.

Na sali były nie tylko stoiska z książkami i zakładkami ale i rękodziełem i odzieżą. Zobaczyłam skarpetki z kotami, których nie mogłam sobie odmówić. Zapytałam sprzedającego młodzieńca, czy kuwetę też dołącza ale za bardzo go zaskoczyłam i nic nie odpowiedział. Moje poczucie humoru nie do każdego trafia.

Upalne miasto 172

Upalne miasto 172

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************************

Wtorek

Nie był to dzień z cyklu: niespodzianek worek.

Masaż przeszedł na rozmowie o nieudanym sprzęcie grzejnym (grzewczym), rodzinie (nie mojej), gołąbkach klasycznych (ja wolę z włoskiej kapusty z kaszą gryczaną i grzybami) i filmie o rodzinnej przemocy  (nie pójdę, dość mam swoich doświadczeń).

Oszołomiłam się zakupami w markecie i końcową sumą do zapłacenia. Chociaż skorzystałam trochę z lodówkowej przeceny. Towary bez szaleństw i szpanowania markami a i tak kwota powala. Po masażu, przy płaceniu,  bez problemu trzymałam się w pionie.

W ramach hasła „zasługujesz na to” kilka dni temu byłam u kosmetyczki, która jest zarazem fryzjerką. Ale nie tylko, podczas zabiegu zauważyła w kąciku mego ślicznego oka narośl spowodowaną zatkaniem kanalika łzowego. I powiedziała, że ona takie coś usuwa za pomocą igły połączonej z prądem. A ja ją rozbawiłam informacją, że mam od okulistki skierowanie do szpitala na ten zabieg. Gdzie oczywiście nie ma miejsca na takie drobnostki a prywatnie to rok temu kosztowało 800.- zł. W sam raz dla budżetowej emerytki, ha, ha, ha. Obśmiałam się jak norka.

Zabieg trwał niecałe dziesięć minut, trochę bolało ale „nie takie świat dramaty zna” jak mówiła, często, moja koleżanka. Przy okazji usunęła mi też drobiazg z powieki na tym samym oku.

Lewe mam po witrektomii i obraz przez nie oglądany zawsze jest pofalowany, to na prawym takie wyżej wymienione atrakcje. Na obu narasta wtórna zaćma i widzę coraz gorzej ale pod laser jeszcze się nie nadaje.

Aby wydać więcej pieniędzy (zaoszczędzonych w powyższej sprawie) zafundowałam sobie mainikir. Pedi w domu. Tatuażowanie – nie. Kolczykowanie – nie. Lifting – nie. Liposukcja – nie. Botoksowanie – nie. Boksowanie też nie. Itd., itp. – ciągle nie.

ŚRODA

Kiedyś w pojemniku na papier znalazłam zielony wór z białym napisem wesołych świąt i motywem choinek. Zaczęłam do niego pakować przede wszystkim odzież sezonową, dużo papierowych torebek naprezentowych (głównie mikołajowo – świątecznych) i jeszcze inne znaleziska. Wór był ciężki ale jakoś dotachałam go do i od autobusu a kobieta w sklepie dobroczynnym ucieszyła się i z wora, i z torebek, i z odzieży XXL.

W dużym pobliżu tego sklepu jest kawiarnia u „U Alberta” gdzie herbata kosztuje siedem złotych a kawa dziesięć. I w dodatku zaczęli prowadzić warsztaty rękodzielnicze.

Byłam też w „Kawiarni Filmowej” gdzie, być może, poprowadzę zajęcia na których będziemy robić kartki i ozdoby świąteczne z filmowym motywem.

ŚRODA 26.11. Pada śnieg. Jest prawie jak w „Kabarecie Starszych Panów”:

„Na całej połaci śnieg.

W przeróżnej postaci śnieg.

Dla sióstr i dla braci

Zimowy plakacik śnieg, śnieg”.

No, we Wrocławiu to raczej błoto-śnieg.

A pada, bo zaplanowałam zaniesienie kolejnej dużej torby z ciężką zawartością do sklepu dobroczynnego. Diabeł złośliwy czuwa.

Skąd biorę tyle rzeczy? Z zapchanego każdego mebla i kąta maleńkiego mieszkania mego. Pojemne jest.

Od kilku dni przygotowuję materiały do zajęć kreatywnych.

Kartoniki, gotowe motywy świąteczne, wycięte z różnych bezpłatnych katalogów i folderów i użytych już kartek świątecznych. Bo to są, w dużym stopniu,  zajęcia ekologiczne i recyklingowe. I wycięte dziurkaczami ozdobnymi  różności kojarzące się ze świętami.

 Daję także pasmanteryjne bałwanki, choinki, gwiazdki, napisy „wesołych świąt”. I gotowe naklejki. Plus nożyczki i klej, chusteczki nawilżone do wycierania zabrudzonych palców itd., itp.

Jako wzór pokażę też i nauczę jak robić papierowe aniołki.

Z doświadczenia wiem, że najlepiej jest zrobić pakiety zawierające różne materiały, o mniej więcej podobnej zawartości, aby sprytniejsi nie zabrali innym najlepszych elementów.

Zawsze prowadzę takie zajęcia bezpłatnie, przynosząc swoje materiały.

Zabiorę także ze sobą różne, wykonane przeze mnie, kartki w tym z filmowymi motywami, które zrobiłam z posiadanych materiałów, wyszło ich kilkanaście, jako przykład choć liczę na kreatywność uczestników.

PIĄTEK Wczoraj zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską. Czytaliśmy swoje teksty – zadania domowe. Trzeba było napisać reportaż pt. „Widok z okna” w dodatku z magicznymi elementami. Mnie wyszło raczej opowiadanie niż reportaż.

                       Podwórkowa impreza

Jakie widoki na przyszłość ma budżetowy senior? Raczej marne.  Ale czasem wystarczy spojrzeć za okno.

Niby zwykłe podwórko, drzewa, wiata śmietnikowa, trawnik, parę ławek, stolik i krzesła zabrane z miejsca na gabaryty, tworzące „męski klub podwórkowy”, garaże i auta.

Pewnego letniego poranka Roman podniósł rolety i zobaczył coś w co nie mógł uwierzyć.

Na dachu garaży tańczyła grupka skąpo ubranych cheerleaderek machając kolorowymi, błyszczącymi pomponami.  Między wiatą śmietnikową a miejscami postojowymi samochodów stała orkiestra i grała wtórując stojącemu na dachu wiaty piosenkarzowi.  Wystylizowany na Elvisa Presleya  kołysał się  w takt wykonywanej piosenki. Płynęła „Love me tender” a po jej zakończeniu rozległy się z okien oklaski i prośby o bis.

Roman też krzyczał zachwycony powrotem do lat młodości. Gdy wykonawcy zaczęli grać i śpiewać „O sole mio” mężczyzna sięgnął do metalowego kufla i wyjął z niego banknot dziesięciozłotowy. Włożył go w woreczek strunowy obciążając trzema kasztanami i dodając zdjęcie swego kota Miśka na którego odwrocie napisał drukowanymi literami DZIĘKUJĘ. Rzucił to przez okno celując w perkusistę.

Sąsiedzi poszli w jego ślady i posypał się grad pakuneczków. Z bramy prowadzącej na podwórko wyszła parterowa sąsiadka z mężem. Nieśli składany stolik i krzesła. Widocznie namówili innych mieszkańców, bo ci dołączyli się z następnymi meblami i wiktuałami w postaci chleba, wędlin, sera, pomidorów, ogórków świeżych i kiszonych a do tego mieli papierowe talerzyki i kubki. Przydały się, bo pojawiły się też  butelki z domowym winem.

– Widzę, że szykują się niezłe balety – stwierdził mężczyzna z pieskiem.

– Przyjęcie w mieszkaniu to domówka, a ta podwórkówka? – spytała dama bez pieska.

– Może nadworówka, bo na dworze? Bo raczej nie terenówka.

– Trudno też to spotkanie nazwać garden party, choć pod murami mamy kwiatki – dodała następna kobieta niosąc duży termos z wrzątkiem a jej syn sporą ilość kawy i herbaty oraz sztućce i cukier.

Nie zapomniano o zwierzętach, postawiono miski z wodą oraz karmą dla psów, kotów i ptaków.

Sąsiad z pierwszego piętra zszedł z oswojoną papugą na ramieniu, która karmiona orzeszkiem mówiła: „Kaziu, zakochaj się”.  Jego córka przybyła z kotem w objęciach.

Uczta,  integracja, śpiewy i tańce trwały do późnego wieczora.

Zziębnięty Roman obudził się na podłodze pod oknem czując, że ścierpły mu nogi. Obok niego siedział kot trącając łapką i pomiaukując, bo był najwyższy czas na wieczorny posiłek.

Upalne miasto 171

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************************

Poniedziałek Dzisiaj jest Dzień Czarnego Kota! Alodia i Misia też były czarne. Na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też autor napisał:

„Czarny kot wygląda jak cień, który się zbuntował i zaczął żądać żarcia. Jak dziura w osnowie rzeczywistości, której wali tuńczykiem z paszczy. Czarny kot nie przynosi pecha, on go w sposób konsekwentny organizuje. Próbowaliście kiedyś znaleźć czarnego kota w mieszkaniu po ciemku? Jest na to jeden niezawodny sposób. Wystarczy wstać z łóżka, a na bank się o dziada wykopyrtniecie. Drań zlewa się z otoczeniem jak miejski miłośnik gór za Żabką, po czwartej tatrze.

Czarne koty określamy jako melanistyczne, co oznacza nadprodukcję ciemnego barwnika. Ale nawet taki kot z nadmiarem mroku w genach, jak mu się dobrze przyjrzeć, okazuje się bardziej brązowy albo pręgowany. Czyli nie jest czarny, tylko łobuz ściemnia.

Dzięki kolorowi łatwiej mu ładować baterie na słońcu. Jest też podobno bardziej odporny na różne kocie choróbska. Nie jest jednak odporny na ludzi, którzy w naszej części świata ubzdurali sobie, że jest magiczny. Ale nie magiczny w dobry sposób pod tytułem zamiana wody w wyroby alkoholowe, tylko że się brata z wiedźmami, rzuca klątwy i oszukuje podczas gry w statki.

Nie wszędzie na świecie czarne koty mają złą prasę. Na przykład w Japonii i w Wielkiej Brytanii przynoszą szczęście. Irlandzcy i angielscy żeglarze trzymali czarne koty na statkach. Nie tylko dlatego, że żarły szczury jak współcześni żeglarze penicylinę. Czarny kot był kiedyś uważany za talizman na pomyślne wiatry. Coś jak grochówka w Polsce.

Brytyjczycy wierzą co prawda, że czarny kot, który przeszedł drogą, przynosi pecha, ale TYLKO jeżeli oddala się od człowieka. Jeżeli idzie w naszą stronę, to wszystko jest „splendid”, jeżeli w drugą, to „bloody hell” albo „god dammit sh*t f*ck”, zależy, po którym Guinnessie.

Czarny kot ma pewne jasne strony. Poza różowym odbytem rzecz jasna, którym tak lubi się chwalić. Mianowicie pasuje do wszystkiego jak mała czarna. Z tego powodu bywa częściej adoptowany przez pierwszorazowych właścicieli kotów, którzy szukają rozwiązań uniwersalnych i jeszcze nie poznali, jaka to przyjemność, kiedy ciemny kąt w pokoju nagle odwzajemnia spojrzenie.

Czarny kot zawsze wygląda, jakby skrywał jakąś mroczną tajemnicę. Wielki książę ciemności, który boi się odkurzacza, a na widok ogórka zamienia w kota pionowego startu. W głowie, zamiast sekretów, ma tylko szum wiatru i myśli o mordowaniu gołębi.

Mój dom również został dotknięty klątwą czarnego kota. I to podwójnie. Jeden nazywa się Kraken, a drugiego ilustratorka ochrzciła Lucyfer. Jakby dranie potrzebowały dodatkowej zachęty. Kocham moje czarne koty, ale jak ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że są „magiczne”, to mu pokażę magiczną sztuczkę — jak zamienić pościel świeżą w świeżo obrzyganą.

Piszę o czarnym kocie właśnie dzisiaj, bo 17 listopada obchodzimy Międzynarodowy Dzień Czarnego Kota. Wymyślili to Włosi. Tak jak u nas 13 jest najbardziej pechową liczbą, tak u nich tę rolę pełni 17, bo się zawsze spóźniają. Ten dzień ma odczarować czarne koty, które mimo zainteresowania początkujących kociarzy nadal mają najmniejszą szansę na adopcję. Niektórzy uważają, że z powodu przesądów, inni, że dlatego, bo ich na zdjęciach prawie nie widać.

W każdym razie, jeżeli przed przygarnięciem miauczącego księcia ciemności powstrzymują was przesądy, to pamiętajcie, że to wszystko bzdury. Czarny kot nie jest ani trochę bardziej mroczny od zwykłego kota z tego samego powodu, dla którego woda nie może być bardziej mokra”.

Przy obrazku (akwareli?) przedstawiającym czarnego kota autor napisał: „Nie przynoszę ci pecha. Nie kopię leżącego”.

*************************************************

Ależ zimno się zrobiło! Dobrze, że włożyłam zimową kurtkę z kapturem, a w kieszeni były rękawiczki.

Wyrzucając śmieci zajrzałam do pojemnika na papier i znalazłam 3 książki (kulinarną wydaną w PRL-u o warzywach, mały słownik rosyjsko polski i polsko – rosyjski oraz monografię Soczi, nie sprawdziłam w jakim języku – bułgarskim czy rosyjskim, w każdym razie cyrylica na okładce). Zostawiłam je na kaloryferze w punkcie ksero,  leżały tam trzy harlekiny i bardzo się nudziły. To sobie upichcą warzywa a potem ze słownikiem pojadą do Soczi.

Dzisiaj bankomat nie odmówił współpracy za to w prywatnej piekarni zabrakło chałek. Pewnie je zeżarł jakiś Michałek.

Po manikirze postanowiłam w sklepie różanego faceta nabyć, polecaną przez kosmetyczkę, odżywkę. I tu niespodziewanka kolejna w postaci napisu: „awaria prądu”. A przez ścianę Biedronka w pełni oświetlenia. Inne mają podłączenia?

Na kwiatowym regale stoją m.in. grudniki ale wszystkie czerwone i z małymi kwiatkami – takie dwa mamy na oknach półpiętra. A znajome internetowe pokazują swoje – jakże inne. Też bym takie chciała.

Jednym z zadań domowych jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę było napisane „Listu z ogrodu”. Większość skupiła się na wyliczaniu i opisywaniu roślin, tylko ja napisałam tak:

                       List z ogrodu

                                         Drodzy nieznajomi!

Piszę do Was z ogrodu, którego nie mam. A nawet nigdy mieć nie chciałam albowiem jestem zdeklarowanym mieszczuchem.

Jednak nie jestem do bólu konsekwentna, bo uznałam, że moim ogrodem jest park mieszczący się na moim osiedlu.

On nie jest plantacją kwiecia wszelkiego, nie ma kolorowego dywanu w postaci klombów. Jedynie wiosną, na jednym z trawników, pokazują się krokusy.  A wszędzie białymi główkami chwalą się stokrotki, żółtymi zaś mlecze. Poza tym kwitną różne krzewy i wszystko mi jedno jaką noszą nazwę.

Ten park jest dobrym miejscem dla psiarzy wydzielono bowiem ogrodzone miejsce z drewnianymi przeszkodami. Dla psów oczywiście ale kto zabroni właścicielom je pokonywać w ramach współpracy psio-ludzkiej.

– No, Azorek, popatrz jak pan pięknie skacze! Nie leż jak ta leniwa buła, wejdź na pniak i skacz!

Na niektórych drzewach są karmniki – stołówki dla ptaków ale korzystają z nich także wiewiórki i myszy oraz inne sprawne we wspinaniu się, zwierzątka. Zwierzę też człowiek i jeść przecież musi.

Pośrodku parku jest staw z kępą krzewów oraz dużym napisem LEPIEJ. To kojarzy mi się ze spopularyzowanymi przez Wisławę Szymborską „lepiejami”.

Lepiej iść na spacer do parku

Niż mieszać w dziurawym garnku.

Po stawie pływają kaczki, a parę lat temu na wysepce gnieździły się łabędzie. Siedzę na ławce, których jest tu wiele wzdłuż ścieżek, rozmieszczonych. Niektóre stoją pod dużymi drzewami, ich korony chronią przed ostrym słońcem a czasem nawet przed deszczem.

Wystarczy przejść przez ulicę, aby wybrać dwa kierunki – jeden to kościół p.w. św. Michała Archanioła, a drugi to sklep monopolowy. Niedaleko przejścia na pasach, pod krzewami, stoi ławeczka,  ulubiona przez panów, a czasem i panie spragnionych napojów z procentami. Po spożyciu są, zapewne, bardzo zmęczeni, bo pozostawiają po sobie pamiątkę w postaci pustych puszek.

Ten park z każdej strony  otoczony jest ulicami i słychać dolatujący z nich szum. Co kojarzy mi się z piosenką: „Nie dla mnie szum samochodów, niech jadą wprost przed siebie…”.

Jedną z tych arterii jeżdżą też tramwaje co wywołuje następne skojarzenie, czyli piosenkę wykonywaną prze Marię Koterbską „Mkną po szynach niebieskie tramwaje przez wrocławskich ulic sto”. Piosenkarkę uwieczniono na muralu przy ulicy Kołłątaja. Z inicjatywy MPK mural stworzył duet działający pod szyldem o nazwie Czary Mary. Koterbska jest też patronką pierwszego tramwaju Moderus Gamma. Na obrazie Koterbska trzyma w ręce mikrofon a w tle widać mały fragment Ostrowa Tumskiego i rotundy Panoramy Racławickiej.

Wracając do parku – jest w nim, pod wierzbą płaczącą, blisko stawu, kapliczka, postawiona w 1956 roku. Upamiętnia ona śmierć dziewczynki, której piłka wleciała do wody, ta próbowała wyciągnąć ją patykiem i naruszyła niewybuch. Gdy czyszczono staw odkryto na jego dnie broń i sprzęt wojskowy.

Na drugim końcu parku jest duży kamienny stół z szachownicą i z niej mieszkańcy czasami korzystają. Nie przyłączam się, nie umiem grać.

Z pozdrowieniami Irena

Upalne miasto 170

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*****************************************************************************

Niedziela 9.11.25

Słońca brak. Weny brak. Pomysł jest ale czy wypali? Potrzebna współpraca osoby umiejącej spojrzeć niekonwencjonalnie, kogo na to stać? Mało takich.

Za oknem mgła, więc diabeł uznał, że w mieszkaniu przyda się też taka atmosfera. Najpierw mocno przypalił mi grzankę, trudno i do kosza. Potem zapalił kawałek ręcznika papierowego. Zgasiłam i tamże wrzuciłam. A dym coraz większy. Skądże ach skądże, czyżby zza okna? A, nie!  W koszu się tli i dymi. Bo i w niedzielę trzeba narozrabiać.

Czytam, ponownie, „Odrzanię”, bo będziemy ją omawiać na spotkaniu DKK.

 Zmieniliśmy miejscówkę z narynkowej biblioteki na kawiarnię filmową przy ulicy Jedności Narodowej. Prowadzi ją były pracownik lub absolwent (nie jestem pewna, dopytam) SKIBA (Pomaturalne Studium Animatorów Kultury), którą zlikwidowano. A przez wiele lat, od 1960 roku, kształciła bibliotekarzy i kaowców (tak kiedyś nazywano animatorów kultury). To jedyna szkoła, którą dobrze wspominam.

PONIEDZIAŁEK  Listopadowa plucha. Za ścianą wiercenie. W telewizji „Rio Bravo”.

Ledwie wstałam, jeszcze zębów nie umyłam i nie założyłam a tu dzwoni znajoma, że jej koleżanka przywiezie mi dzisiaj miód, który pędzi jej mąż w duecie  inną panią. Trzy panie, jeden facet i pszczoły – niezła zgraja.

Ogarnęłam się, śniadanie i dragi zjadłam, dwie torby i parasol przygotowałam, aby te pięć ciężkich słoików wewlec na moje wysokości.

Trochę surfowałam po wodzie Internetu a trochę czytałam „Odrzanię”. Doczekałam się, parasola nie użyłam, bo znajoma pod bramę słodycze przyniosła. Nie pierwszy raz i zawsze wręczam jej podziękowanie w postaci rękodzieła. Tyle mogę, a pieniądze za miód przeleję na konto.

Odpoczęłam, tak – ciężkie były i wyszłam na zewnątrz z planem. Który się zmienił, bo przy pojemniku na papier stała spora papierowa reklamówka z torebkami na prezenty. Oczywiście używanymi ale widać, że jednokrotnie. No, nie mogłam sobie odmówić zabrania. Te długie (pewnie po butelkach z rozweselającą zawartością) przecięłam na pół i zaadaptowałam na dwie mniejsze. Bawi mnie bycie ekologiczną, recyklingową pomysłową Dobromirką. Tak, on był lepszy.

WTOREK 11.XI.25

Mariusz Szczygieł napisał na FB:

„Patriotyzm? Moim zdaniem:

ogródek przy swoim bloku założyć;

nie porzucać pustej butelki na trawniku;

stworzyć fundację, która pomoże innym;

śmieć podnieść w parku i wrzucić do kosza;

raz w tygodniu poczytać na głos pensjonariuszom w domu starców;

raz na rok książkę przeczytać po polsku;

nie mówić „tą” książkę;

nie wypalać traw, nie niszczyć natury, nie zostawiać śmieci w lesie;

wybierać lokalne produkty, wspierać polskich rolników i rzemieślników;

jeździć rowerem lub komunikacją, by mniej truć powietrze, które wszyscy wdychamy;

dbać o swoją formę fizyczną – przyda się Polsce;

nie hejtować w sieci czyli szanować współobywateli nawet, gdy się nie zgadzamy;

być życzliwym wobec cudzoziemców i uchodźców — to też pokazuje, jacy jesteśmy jako naród;

płacić podatki uczciwie;

znać historię własnej rodziny i miejscowości;

znać cały hymn państwowy.

I jeszcze jedno. Zacytuję – paradoksalnie – Rosjankę. Supergwiazda pop ZSRR i Rosji, o polskich korzeniach, dziś emigrantka, która wyprowadziła się po ataku na Ukrainę i stała się zagorzałą antyputinistką. Ałła Pugaczowa, bo o niej mowa, udzieliła niedawno w Estonii trzygodzinnego wywiadu rosyjskiej dziennikarce emigrantce.

– Patriotyzm – powiedziała – to także powiedzieć Ojczyźnie, że się myli”.

I ja się z nim zgadzam.

Środa Miało być dobrze a wyszło jak zwykle. Dobrze, bo masaż a potem kosmetyczka z fryzjerką w jednej osobie. W dodatku moja imienniczka.  Wracając z masażu podeszłam do bankomatu, aby pobrać określoną kwotę. Wpisałam pin no i odmowa bo błędny. Innego nie pamiętałam. Idę więc do kosmetyczki i mówię, że zapomniałam kodu i albo teraz pójdę do domu, bo mam w telefonie zapisany kod, pójdę do bankomatu a potem wrócę na zabieg albo najpierw fryz i lico a potem dom i bankomat. Zgodziła się na drugą opcję.

W domu sprawdzam w nowym telefonie, pinu tam nie ma. Nadal nic mi się nie przypomina w tej kwestii tylko plącze się po rozumie ten, którego wczoraj używałam w innym celu.

Dobrze, że zostawiłam sobie poprzednią (małą Nokię) komórkę, bo tam cyferki potrzebne znalazłam. NIC zupełnie mi się z tymi nie kojarzyło. Okropne uczucie!

Zapisałam i poszłam do najbliższego bankomatu mieszczącego się przy banku. A tam sprzęt nieczynny! Wchodzę na salę obsługi i pytam. Forsę można pobrać tylko od człowieka a nie z maszyny. Siedzi przy pulpitach kilka pań ale TYLKO U JEDNEJ można dokonać transakcji. I do niej kolejka.

O, żesz ty! Lecę na skrzydłach wściekłości do innego bankomatu. Furia mną trzęsie. Na szczęście ten czynny.

Wracam do kosmetyczki, płacę i wychodzę. Robię zakupy, w domu przygotowuję obiad i przypominam sobie, że zapomniałam się umówić na zabieg o którym rozmawiałyśmy.

I tak sobie mój diabeł – stróż poszalał po mojej psychice. A żeby mu ogon i kopyta odpadły a widły zamieniły się w kwaśnego lizaka.

CZWARTEK – Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Kawiarni Filmowej na sąsiednim osiedlu. Właściciel Bartek jest absolwentem i był wykładowcą SKIBY. Zamknięto ją, budynek przejęła ASP i nie wiem co i czy się tam coś dzieje.

Kawiarnia ma dwa poziomy 0 i -1 gdzie są prowadzone warsztaty filmowe w każdy poniedziałek.

Przy nabytej kawie, herbacie a nawet cieście o nazwie „miodownik” omawialiśmy „Odrzanię” Zbigniewa Rokity. Każdy rozdział jest osobnym reportażem opisującym ludzi i zdarzenia na terenach przyłączonych do Polski po II wojnie światowej. Autor urodził się w 1989 roku więc musiał przewertować wiele dokumentów, tekstów prasowych i książek. Rozmawiał też z różnymi osobami – historykami jak m.in. Krzysztof Ruchniewicz, czy pisarzami Stefan Chwin, Ryszard Liskowacki i inni. Nie tylko dla mnie jest to książka zawierająca wiele interesujących wiadomości ale jednocześnie dość chaotyczna.

Nie samymi książkami i spotkaniami człowiek żyje, więc trzeba też czasem, nabyć leki, zostawić paręnaście złotych w pasmanterii i cieszyć się, że w portfelu była gotówka, bo następny bankomat nieczynny.

W dodatku wracając do domu wstąpiłam do oddziału banku, aby sprawdzić czy bankomat działa a tu PASKUDNA niespodzianka: informacja, że oddział zmienia lokalizację, czyli gdybym chciała coś tam załatwić to będę miała o wiele dalej.

To już drugi bank, który ucieka z mojego osiedla. Klątwa jakaś czy nadal działania tego z ogonem i kopytami?

Upalne miasto 169

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Sobota 1.11. Tłum to nie jest moja bajka dlatego dzisiaj na cmentarz nie poszłam. Wykonałam cosobotnie czynności, czyli byłam na Olimpie codzienności.

Kiedyś napisałam taki tekst:

Na Olimpie codzienności

Jak co sobotę byłam na Olimpie i złożyłam ofiarę, z siebie, wielu bogom. Przede wszystkim temu dwojga imion „Pranie-sprzątanie”. Nie lubię go bo wymusza cotygodniową daninę z mojego czasu i energii.

 Istnieją też inne domowe „bożki” jak: „Zmywanie”, „Prasowanie”, „Odmrażanie lodówki”. Oddaję im cześć najrzadziej jak mogę.

Najbardziej lubię tego o nazwie „Wyrzucanie” i poddaję się mu z przyjemnością. Dzień bez wyrzucania jest, dla mnie, dniem straconym. Po zakupieniu jakiejś rzeczy staram się wyrzucić/oddać dwie inne. Kupię buty, wyrzucam (lub zanoszę do sklepu dobroczynnego) bluzkę, spódnicę lub torebkę. Ostatnio nawet część ręczników, pościeli, serwetek oraz obrazków ściany ozdabiających.

Lubię też skutki składania kultu bożkom „Gotowanie” i „Pieczenie”. Najgorsze, że w paradę wchodzą zaraz następne „Zmywanie” i „Sprzątanie”. I drą się wielkim głosem jeśli o nich zapomnę. Egocentrycy wredni tacy!

 Nie mogę zapomnieć o bóstwie związanym z domem ale kultywowanym poza nim o imieniu „Kupowanie”. Ono ma różne odmiany jakie wszyscy znamy: „Kupowanie jedzenia”, „Kupowanie ubrania”, „Kupowanie słowa pisanego”, „Kupowanie dla kota”, „Kupowanie dla higieny”, „Kupowanie dla urody” i tak dalej.

 Na szczęście nie jestem zakupoholiczką, całożyciowe dochody mnie od tego ustrzegły oraz nie mam takich skłonności.

Domowym bożkiem może być też „Czytanie książek”, „Wykonywanie rękodzieła”, „Oglądanie telewizji” lub „Surfowanie w necie”.

Poza tym „Rozwiązywanie krzyżówek i sudoku” (mam koleżankę tym  zajęciem opętaną) i „Narzekanie”.

„Gadulstwo=słowotok” jest bóstwem, któremu oddaje cześć wiele osób. Zarówno w domu jak i poza nim. Jestem przekonana, że to nie jest objaw inteligencji, wręcz odwrotnie. Szczególnie jeśli to są  opowieści nudnych treści bez poczucia humoru. O, „Poczucie humoru” jest dla mnie bóstewkiem  miło okraszającym codzienność.

Malutkim bóstwem, ale potrzebnym, były dla mnie kotki Alodia i  Misia. Były bo odeszły i czas kota u mnie minął bezpowrotnie.

Na koniec zostawiłam ważne dla mnie „Czytanie ze zrozumieniem” a także „Pisanie”. Oraz „Oglądanie filmów” też ze zrozumieniem i wyciąganiem wniosków.

Wybór bóstw i przedmiotów kultu należy do każdego z nas. 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

A wieczorem wyciągnęłam zza telewizora zrobiony przez siebie lampion, w słoiczku wosk albo stearyna (nie pamiętam co to jest) wymieszana z lawendą, plus knot.

Na zewnątrz omotanie pomarańczową wstążeczką i przyklejone pomarańczowe malutkie plastikowe dynie. To znicz zapalony za dusze tych bliskich na których grobach nie być mogłam.

Niedziela Pogodzie znudziła własna dobroć, więc pada deszcz. Kto poszedł na cmentarz wczoraj ten parasola brać nie musiał.

A mojemu diabłu stróżowi znudziła się chwilowa bezczynność. Lampion się wczoraj cały nie wypalił postanowiłam pozostałość rozpuścić i wlać do dwóch małych słoiczków oczywiście dodając knoty. Ale zakrętki muszą mieć dziurki, aby ogień mógł trwać. Wzięłam więc do prawej ręki nożyczki z ostrym zakończeniem, lewą przytrzymywałam zakrętkę na blacie i pach, pach w pokrywkę i PACH  DZIAB w palec wskazujący lewej dłoni. No i SIK a nawet fontanna krwi. Opanować tego przez dłuższy czas nie mogłam. Pewnie diabeł naprowadził ostrze na naczynie krwionośne, tak dla fanu. Czerwonego fanu. Wielbicielem Rosji jest czy co? Na pewno nie ma dobrze pod kopułą tylko wrednie i złośliwie.

Przyznaję, że zakręciło mi się w głowie ale, na szczęście, nie upadłam.

SOBOTA – Mam tak jak kelnerka z „Misia” – jakaś oklapła jestem. Środę spędziłam w domu, w czwartek nie poszłam na wernisaż prac seniorów spoza Wrocławia, nie czułam się na siłach. Jesień czy starość, a może to duet egzotyczny?

W piątek przemogłam słabość i zaniosłam do biblioteki w rynku cztery niepotrzebne książki, wrzuciłam list do skrzynki na rynkowej poczcie i zrobiłam zakupy w DT „Feniks”. To przedwojenny budynek, wielokrotnie  przerabiany.  Na ulicy prowadzącej do rynku już stawiane są stragany jarmarkowe. Rozpełzną się na rynek, przejść spokojnie tam nie będzie można do 6 stycznia. A ja tak lubię pusty i cichy rynek.

A propos cichy to nadal marzę, aby za ścianą młodzieńcy gapili się w telefony a nie ogłuszali siebie i mnie dudniącymi rytmami brzmiącymi jakby ktoś wielkim młotem wbijał wielkie gwoździe.

A kolejnym zadaniem domowym zleconym przez prowadzącą zajęcia literackie dr Magdę Wieteskę było napisanie „Instrukcji obsługi emocji”.

Oto moja:

                     Instrukcja obsługi  emocji

Nazwa produktu: zawiść

Opis produktu: zawiść to silne negatywne uczucie niechęci lub wrogości wobec kogoś kto posiada coś cennego lub odnosi sukcesy jakich my nie mamy. Kluczową cechą zawiści jest pragnienie, by ta osoba straciła swój dobytek lub osiągnięcie. Zawiść może prowadzić do negatywnych myśli, umniejszania zasług innych, a nawet chęci zaszkodzenia.

Kraj pochodzenia: cały świat i okolice.

Zastosowanie: często, przez osoby niedojrzale emocjonalnie. Radzimy jak najrzadziej a najlepiej wcale.

Historia emocji: pojawiła się już w raju. Ewa zazdrościła wężowi giętkości, wąż Adamowi Ewy, jabłko wszystkim wszystkiego, Adam Bogu wszechmocy.

Reklamacje:  zażalenia i skargi można pisać na Berdyczów lub do Pana Boga – adresy znajdziecie na stronie: www.stworcawszystkiego.raj.com

Będą uwzględniane lub nie. Pan Bóg nie lubi gdy mu się zawraca głowę. Święty Piotr jest zajęty otwieraniem i zamykaniem wrót niebieskich oraz czyszczeniem kluczy. Diabeł dokładaniem do ognia pod kotłami.

Ostrzeżenie: używanie zawiści powoduje niechęć otoczenia.

Konserwacja: nie konserwujemy, wyrzucamy z organizmu przez dowolny otwór. 

Sposób utylizacji: należy udać się do psychologa.

Upalne miasto 168

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***********************************************************************

Poniedziałek Strrraszna pogoda! Aż wyjść się nie chce. Ale czasem się musi. Śmieci wyrzucić, pomidory kupić i szybko pod parasolem do domu wrócić.

Do nieprzyjaznej aury czasem dochodzą toksyczne osoby. I tak było w sklepie spożywczym.

Wchodzę, klientów brak, dwie ekspedientki i jedna seniorka nadająca, gadająca z nieokiełznanym słowotokiem.

Stanęłam przy ladzie a ona tuż za mną i gada, paple mi nad uchem. W końcu się zniecierpliwiłam, bo zagłusza wymianę zdań między mną a sprzedawczynią. I powiedziałam:

– Proszę przestać gadać, bo się nie mogę skupić i zapominam co mam kupić.

Odeszła ale niedaleko i podlizuje się obsłudze: och j ja się za wami stęskniłam.

Podejrzewam, że panie nie za bardzo odwzajemniają tę tęsknotę. A uciec nie mogą.

Wtorek Za to masażysta miał pacjentkę – wampirkę mającą wszystko wszystkim i wszystkiemu za złe. Umęczyła go psychicznie bardzo. Nawet zaleciła mu, apodyktycznie,  zmianę samoopadającej deski w wc, bo może się zepsuć. Nieważne, że jest sprawna. Ona wie lepiej.

W czasie następnej wizyty tak się zachowywała, że oddał jej pieniądze i wyprosił.

W nocy skończyłam czytać, pożyczoną od jednej z uczestniczek DKK książkę „Dobra zła dziewczyna” Alice Feeney.

Z pozoru jest to kryminał, bo jest przestępstwo, trupy i sprawca. Ale tak naprawdę to historia trzech kobiet rodzinnie ze sobą powiązanych.

Edith seniorka ma 80 lat i mieszka w domu opieki czego nienawidzi z całego serca.

 Jej córka Clio jest terapeutką ale ze swoimi traumami sobie nie radzi. Frankie jest bibliotekarką w więzieniu. I mieszka na łodzi.  

Patience pracuje w tym domu opieki gdzie mieszka Edith i pomaga seniorce jak może, między innymi opiekując się jej psem Dickensem.

Ginie kierowniczka tej placówki walnięta czymś w głowę i zostawiona w windzie z napisem ”zepsuta”.

Zagadka kto zabił zostaje wyjaśniona ale to nie jest w tej historii najważniejsze. Bo to opowieść o rodzinnych, bardzo pogmatwanych, relacjach rodzinnych.

O braku zrozumienia i porozumienia. O urazach nie mijających przez wiele lat. O nieumiejętności przyznania się do winy i przeproszenia. O braku odpuszczania sobie i innym.

Historia ta może wydawać się wydumana ale są na niebie i ziemi rzeczy o jakich filozofom i psychologom się nie śniło.

Starsi Panowie Dwaj śpiewali: „Rodzina, ach rodzina, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej nie ma samotnyś jak pies”.

Czasem jednak najlepszą rodziną są osoby z nami nie spokrewnione. Polecam, bo to książka dobrze napisana i przetłumaczona.

Środa Ponownie pojechałam na jeden z cmentarzy. Bardzo ładna pogoda więc tłumy.

Poprzednio (tydzień temu) zostawiłam tylko jeden mały znicz, którego dziś nie zastałam. W ubiegłym roku ukradziono zrobiony przeze mnie wianek i znicz. W tym pomyślałam, już po powrocie, że zrobię wianek z drutu mającego niby igły (mam w pawlaczu), ozdobię go skromnie tym co mam w domu i założę na dół krzyża końcówki tak zaginając, aby to nie było widoczne. Dodałam też nowy znicz ale w powrotnej drodze wymyśliłam, że na przyszłość będę zostawiać, w pojemniku z odzysku, lub małym słoiczku tea light, czyli świeczkę do podgrzewacza. Nawet jak ktoś ukradnie to wiele nie zyska.

Podobno znicze znikają, bo bezdomni się nimi ogrzewają. Podobno złodzieje kwiatów i wianków sprzedają je handlarzom sprzed cmentarza.  Oby im rączka i nóżka spuchła i długo bolała.

PIĄTEK  Ależ miałamintensywny, pieszy dzień. Piękna pogoda, więc postanowiłam pospacerować po osiedlowym parku. Przy okazji zrobiłam tam parę zdjęć.

Celem była galeria handlowa a że uciekł mi sprzed nosa odpowiedni tramwaj to postanowiłam iść piechotą. Jak ten słowik, choć nie był to wieczór. („Czeka pani słowikowa w gniazdku na akacji…”). Po drodze przypomniałam sobie, że niedaleko przy ulicy której patronem jest autor „Żywota człowieka poczciwego” rośną miłorzęby, których liście przypominają wachlarze. Poszłam tą drogą je pozyskując je z chodnika. Kontynuując znalazłam się przy ulicy Piastowskiej gdzie siedem  tygodni temu otwarto niedużą ale dwupoziomową kawiarnię „Angelus Cafe” mającą wystrój nawiązujący do Breslau. Właścicielem i kolekcjonerem wyeksponowanych artefaktów  jest  pan Adam Marecik.  Zamówiłam cappuccino, zrobiłam zdjęcia (są na FB) i porozmawiałam. Anioła pan Adam nie przypomina ale jest sympatyczny i  kontaktowy. Zapytałam skąd pomysł na taką właśnie kawiarnię.

Okazało się, że przez wiele lat był zawodowym fotografem. Mieszka na krańcu Wrocławia i z psem chodzi na spacery po polach. Pewnego razu coś mu mignęło w świeżo zaoranej ziemi. Był to mały kawałek ceramiki. Zachęcił się i na każdym spacerze wypatrywał znalezisk. Ma nieduży kufel pełen poniemieckich ceramicznych korków do butelek.

W wystroju wnętrza jest między innymi maszyna do szycia jego babci (nie z Breslau) jako stolik przy którym można wypić kawę, herbatę i zjeść coś słodkiego. Nad nim na ścianie zaś w gablotce z szuflady stare elementy nawiązujące do szycia.

Oczywiście na ścianach wisi dużo zdjęć Wrocławia gdy był Breslauem. Wymieniliśmy zgodne poglądy na teorię spiskową jakoby Niemcy chcieli nam zabrać ojczyznę.

Można tam nabyć różne słodycze, w tym pierniczki noszące różne nazwy, ja kupiłam „Białą Ślązaczkę” ze składem: mąka pszenna, jajka, cukier, przyprawy korzenne, woda różana, skórka z cytryny, sok z cytryny – smaczne są.

 Piecze je „Wrocławskie Pierniki RHD Jacek Rudy. Jest to rodzinna manufaktura. Na miejscu można poznać, czyli poczytać,  historię każdego rodzaju tych ciasteczek.

Kawę wypiłam, pierniki schowałam do torby, wnętrze obfotografowałam, zapłaciłam i poszłam do galerii. A tam mnóstwo przedmiotów ze świątecznymi motywami. Tylko Mikołaja i elfów brakowało. Wisi tam, od dawna,  wielka różowa małpa mająca coś reklamować. To już wolałabym sanie z reniferami i prezentami sypiącymi mi się pod nogi w wielkiej obfitości. Mogą być brylanty, złote monety ewentualnie euro o wysokim nominale – nie pogardzę.

Upalne miasto 167

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************************

Środa 22.10.25 r. O, jakże przyjazna pogoda dzisiaj nam nastała. Choć ze zdziwieniem rano na barometrze (po dziadku) opadnięcie wskazówki na niepogodę ujrzałam.

Korzystając ze sprzyjających okoliczności wybrałam się na grób koleżanki. Leży on na cmentarzu osiedla gdzie chodziłam do szkół, dwóch podstawowych i jednego liceum. Wszystkich dobrze nie wspominam. Co znalazło odzwierciedlenie w opowiadaniach zawartych w zbiorze „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

Jadąc autobusem zauważyłam na ogrodzeniu LO ogłoszenie o planowanym na 28.11. zjeździe absolwentów. No, w życiu! Znam przyjemniejsze rozrywki.

Niedaleko przystanku w tamtej okolicy jest cukiernia o której, w poście na fb, wspomniała moja znajoma. Wspomniała i zachwalała.  Wstąpiłam więc i nabyłam ciasto nazwane „rwaniec” a ja dla siebie „rwaniec – skubaniec”. A to po prostu ciasto formowane w bułeczki, które tak są układane na blasze, że się ze sobą stykają. Sprzedają je pojedynczo, czyli je trzeba rwać.

Są tam też ciasteczka magdalenki (Proust – „W poszukiwaniu straconego czasu”) ale się nie skusiłam, bo jedno małe kosztuje sześć złotych. No, chyba że w środku jest jakaś cenna niespodzianka.

W tymże pojeździe siedziałam przy oknie czując woń benzyny. Chyba trochę się jej nawdychałam. A w powrotnym siedziałam obok seniora dziwnie pachnącego. Wysiadłam więc wcześniej niż planowałam, bo już mnie głowa rozbolała.

Postanowiłam wzmocnić się kawą nabytą w kawiarni WUWA, mieszczącą się w wolnostojącym budyneczku blisko tego poniemieckiego eksperymentalnego osiedla.

 Pamiętam dawne czasy gdy tam mieścił się zakład fryzjerski – w budyneczku kawiarni.

Czym jest WUWA można przeczytać tu:

https://pl.wikipedia.org/wiki/WUWA

Jednym z budynków wchodzących w skład tego mini osiedla jest obecny Park Hotel, który ma bardzo oryginalnie zaplanowane wnętrze, tzn. układ pokojów.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Park_Hotel_we_Wroc%C5%82awiu.

Ale w czasach PRL- u był internatem Szkoły Inspekcji Pracy CRZZ im. Wilhelma Piecka, w której pracowałam jako bibliotekarka.

Po drodze pozbierałam trochę kasztanów i zerwałam różnokolorowe liście do ususzenia.

CZWARTEK Wyjrzałam przez okno – nie padało. Parasola nie wzięłam. Wyszłam z domu i po kilkunastu krokach  – pada.

– Może to tak tylko przelotnie – pomyślałam i dzielnie idę. Trochę przestało ale potem i tak popadywało.

I tak było ciągle, z tym, że „autobusy i tramwaje zapłakane deszczem” – parafrazując piosenkę. Ja też trochę.

Mimo to poszłam na kolejny cmentarz, bo nie jestem z cukru, nie rozpuszczam się. Z soli czy z kawy też nie.

Przed warzywniakiem wybrałam pomidory i widzę, że wychodzi z niego młody mężczyzna a za nim bardzo powoli  starsza kobieta. Czekam aż spod sklepu weźmie swoją torbę na kółkach uprzednio schowawszy niewielkie zakupy.

Wchodzę, kładę produkty na ladzie a ekspedientka do mnie:

– Tyle lat pracuję ale to zdarzyło mi się pierwszy raz! Ten młody zapłacił za zakupy starszej pani.

– Czy zabrakło jej pieniędzy? – pytam.

– Nie, nic nie mówiła. Młodzi wcale nie są tacy źli jak się często ich ocenia. To raczej starsi są złośliwi, roszczeniowi i z wszystkiego niezadowoleni.

– Jest taka teza, że na starość zalety zanikają a wady się powiększają – zakończyłam rozmowę.

SOBOTA Od dłuższego czasu mam kłopot z paznokciami. Pękają wzdłuż mimo masowania, smarowania witaminą E, rycyną, olejkiem herbacianym oraz zażywania różnych, mających pomóc, specyfików. Odżywiam się różnorodnie, bo nie lubię monotonii ale widocznie brakuje organizmowi jakiegoś składnika. Jakiego?

A za ścianą znowu głośno gadatliwe towarzystwo. A mówi się, że młodzi to tylko wgapiają się w telefony i nie rozmawiają ze sobą. Trafiły mi się nietypowe egzemplarze? O tym, aby się wgapiały marzę.

Bardzo męczące jest bycie WWO.

Poniżej opowiadanko powstałe jako zadanie domowe na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę:

Rozstanie – dialog

Miejsce akcji RAJ. Osoby: Adam i Ewa. Na gałęzi wąż. W  niebie Bóg.

Adam leży cały goły i zajada arbuza. Podchodzi Ewa śpiewając pod nosem:  „Nic nie może wiecznie trwać”.

Adam wypluwając pestki:

– O, jesteś! Gdzie byłaś?

Ewa zrywając figę z drzewa:

– Tam gdzie chciałam.

Adam krztusząc się owocem:

– Ale przecież ja tu czekam!

Ewa lekceważąco:

– No, to co? Masz jakieś pilne zajęcia? A może spotkanie?

Adam rzuca w nią skórką arbuza:

– Jak ty do mnie mówisz? A gdzie szacunek jaki kobieta powinna mieć dla mężczyzny?

Ewa zajadając figę:

– Na szacunek trzeba sobie zasłużyć. A ty albo leżysz i obżerasz się, albo włóczysz się z gorylami i podobno zaliczyłeś jedną szympansicę.

Adam wzruszając ramionami:

– E, taka tam nieważna przygoda. A ty skąd wiesz?

Ewa wskazując palcem na gałąź:

– Ten mi doniósł. Podobno masz się z nią żenić. Może poprosisz, abym została waszą druhną?

Adam ze złością:

– Też coś! Żenić się z ta małpą? W życiu!

Ewa złośliwie:

– Ale podobno ona jest w ciąży. Piękne będziecie mieli dzieci, ha, ha, ha.

Adam wkurzony:

– Ona ma już męża i z nim jest w ciąży.

Ewa rozbawiona:

– No to zazdrosny rogacz da ci popalić! Już się cieszę!

Adam wstając:

– Bo co? Odejdziesz ode mnie? Znajdziesz sobie innego?

Ewa:

– A żebyś wiedział. Wolałabym węża niż ciebie!

Adam ironicznie:

– To może on lepszy jest de mnie?

Ewa:

– Lepszy jest, bo dłuższy.

Adam:

– Ale dzieci z tego nie będzie!

Ewa:

– Nadrobisz to z wszystkimi gorylicami i szympansicami. Piękni i mądrzy będą wasi potomkowie.

Adam:

– Obowiązkiem kobiety jest mieć dzieci!

Ewa:

– A mężczyzny dbać o kobietę a nie szlajać się z małpami po krzakach.

Adam:

– Będę robił co zechcę, nie zabronisz mi!

Ewa:

– A idź w cholerę, na pewno nie będę po tobie płakać.

Adam:

– Jeszcze zobaczymy. Powiem Bogu jak się zachowujesz!

Ewa:

– On widzi i wie wszystko. Na pożegnanie daję ci to jabłko.

Rzuciła owoc w jego stronę. Zręcznie złapał i ugryzł. Rozsunęła się chmura w niebie i Bóg wygonił ich z Raju.