Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.
*********************************************************
Czwartek 5.02.
Ja w domu, bo ślisko. O czym donoszą mieszkańcy naszego grodu na FB:
- Ja dziś widziałem swoją sąsiadkę (ok. 70+), która szła po pieczywo do piekarni rozsypując przed sobą sól. Miała w torbie 3 kg soli! Krok … sól, 2 minuty stania i krok… I tak krok za krokiem…
- Jak nie masz raków (ja właśnie dorwałam ostatnią parę w mieście), to skarpetki na buty, najlepiej frotte
- Właśnie się zastanawiałam jak wyjść z psami. Wezmę chyba na plecy wiadro piasku (bo sól pieskom szkodzi) i poduszkę na d…
Niedziela
W Internecie natknęłam się na przepis – cukierki michałki:
Składniki:
Tabliczka czekolady, masło orzechowe, rozdrobnione różne orzechy.
Wykonanie:
Rozpuścić czekoladę, dodać masło i orzechy. Dokładnie wymieszać i do lodówki. Można dodać cukru, a może miodu? Proporcje według uznania, czyli na oko.
Poniedziałek
Po słodyczach czas na grzyby opisane przez autora profilu na fb „Zwierzęta są głupie i rośliny też”
Grzyby to podstępne, małe dranie. Człowiek myśli, że jak będzie się trzymał tych normalnych, zamiast szukać łysiczek w krowich plackach, to jest w miarę bezpieczny. I wtedy do gry wkracza Lanmaoa asiatica, czyli chiński gatunek borowika, i mówi: „No dalej, zjedz mnie, Alicjo, co może stać się najgorszego?”.
W przypadku polskich grzybów to „najgorsze” jest zwykle dość przewidywalne i kiedy nadejdzie, to przynajmniej nie trzeba się już o czynsz martwić. Tymczasem po zjedzeniu Lanmaoa asiatica ludzie masowo zaczynają widzieć stada innych małych ludzi. Na szczęście nie chodzi o dzieci.
Uczeni przebadali dokładnie azjatyckie borowiki. Nie udało im się wykryć żadnej klasycznej substancji halucynogennej, ale i tak bawili się świetnie. Poza tym, że nie wiadomo właściwie, co w grzybie powoduje zwidy, najdziwniejsze jest to, że wszyscy zwidzą mniej więcej to samo.
Za każdym razem są to małe ludziki, elfy albo żołnierzyki, które masowo wspinają się po meblach i ścianach. Gdybyśmy tylko na trzeźwo byli tak zgodni co do tego, kto jest małym, wrednym człowieczkiem to świat byłby lepszy (to nie przytyk do wzrostu, tylko karłowatości duszy).
W ogóle, dlaczego to zawsze są mali ludzie, a nie na przykład małe kotki? „Stary, wpadaj do mnie, będziemy jeść grzyby i oglądać syjamy”.
Halucynacje są podobno zależne od tego, jak dobrze grzyb jest przygotowany. Kelnerzy w restauracjach dają gościom specjalne ściągawki: powyżej 30 minut – dobrze. Poniżej – Polokoktowcy.
W dodatku inwazja kurdupli trwa od 24 do 72 godzin, czyli mamy całkiem niezły zwrot z inwestycji. No, chyba że komuś się faktycznie uleje grzybową, co podobno również się zdarza. Mimo to każdego roku, gdy przychodzi sezon, ludzie podejmują ryzyko spotkania z najniższym i, jeżeli wierzyć badaczom, robią to z powodu smaku, a nie dla widoków. Nigdzie na świecie nie wykształcił się zwyczaj jedzenia Lanmaoa asiatica dla samych efektów ubocznych.
O ile większość substancji psychozabawnych prowadzi do szerokiego spektrum przywidzeń, halucynacje po tych konkretnych grzybach są powtarzalne. Oznacza to, że gdzieś w naszych głowach jest ośrodek generowania krasnali i da się go odkryć przy pomocy pierogów z kapustą i grzybami.(szczególnie we Wrocławiu i to bez pomocy grzybów – przypisek mój IB).
Badacze (i hipisi) uważają, że grzyby pozwolą lepiej poznać ludzką naturę, i ja się z tym zgadzam. Nic nie mówi o człowieku tyle, co jego reakcja na obcego grzybiarza w jego tajnej, grzybowej miejscówce.
ŚRODA – koszmarny dzień.Aż się nie chce tego opisywać ale spróbuję.
Dzisiaj przeczytałam maila od poczty polskiej, że do przesyłki mam dopłacić 4 złote. Podano jej numer oraz polecenie „kliknij i opłać”.
Wysyłałam wczoraj list do Holandii ale najzwyklejszy, więc nie miał żadnego numeru jak polecony. Poszłam na pocztę wyjaśnić – oczywiście oszustwo.
Wczoraj – oddział w którym opłacałam comiesięczną składkę ubezpieczenia zwinął się z dotychczasowego lokalu i przeniósł na drugi koniec miasta. Obok jest siedziba podobnej firmy więc zapytałam czy mogę u nich dokonywać wpłat. Tak, ale trzeba się umówić telefonicznie bo akurat dziki tłum tam się tłumił. Wzięłam wizytówkę i poszłam. Zadzwoniłam, umówiłam się na dzisiaj. Urzędniczka miała zapisane, że na jutro. Na szczęście beztłumnie było.
A w komputerze okazało się, że od 2019 roku nie jestem ubezpieczona w PZU tylko nie wiem gdzie. Czyli mam jechać do tej oddalonej siedziby i wyjaśniać. Albo zadzwonić na infolinię. A gdybym chciała być klientką PZU to comiesięczna opłata będzie trzykrotnie wyższa. Cudooownie!
Pojechałam po pismo „Wrocławski Niezbędnik Kulturalny” do „Barbary”, która kiedyś była barem a teraz jest „Wrocławskim Instytutem Kultury”.
Poszłam odpocząć do galerii o nazwie „Żyjnia”, usiadłam i w telefonie wpisałam „jakdojadę”, aby w ten sposób znaleźć najlepszy dojazd do siedziby tego mojego (ale bez kontynuacji) ubezpieczyciela. Wyświetliło mi się, że muszę wpisać kod otrzymany sms-em a potem dopiero doczytałam, że będzie mnie to kosztować 100 złotych miesięcznie płatne dodatkowo w prenumeracie sieci telefonicznej. Mało szlag mnie nie trafił! Tak, ze złości na swoją nieuwagę.
Z domu zadzwoniłam do sieci – nie mają takiej informacji, polecono mi napisać maila do jakdojade.pl. Zrobiłam to. Odpowiedzieli, że nie mają takiej aplikacji i mam się dowiedzieć kto to wysłał. Tylko jak to zrobić? Wysłałam do nich ponownie maila cytując cały sms i prosząc o pomoc. Zero odpowiedzi.
PIĄTEK 13.02
Następny kop w splot i psychikę – kurier dpd nie dostarczył mi listu z Niemiec, nie zadzwonił, nie zostawił awizo i przesyłka wraca do nadawcy – dowiedziałam się wczoraj. Nie wrócił.
No to mam piątek i 13 dzień miesiąca już dużo wcześniej. Jak się ma w życiu zezowate szczęście to się ma. Ii diabła stróża.
Wczoraj na zajęciach literackich, z okazji Walentynek (jutro) rozdałam wszystkim (8 osób) pakiety (w zrobionych przez siebie kopertach) składające się z: kartki okolicznościowej (gotowca, miałam pozyskane tu i ówdzie przez lata), pakiecik kwadratowych karteczek notesikowych owiniętych szerokim paskiem papierowym a na to naklejone serduszko i żart wycięty z gazety oraz zakładkę do książki w formie sówki.
Z podanych na stole pączków wzięłam sobie do domu jednego, aby zjeść popijając domową herbatą.
Dzisiaj w prywatnej osiedlowej piekarni chciałam kupić chałkę ale już nie było. Od sprzedawczyni dowiedziałam się, że wszystkie (upiekli tyle co zawsze) wykupiono a w dodatku liczni klienci domagali się pączków. Ich cukiernicy mają wolne, bo pracowali przy smażeniu pączków czternaście godzin. Jacyś niedosłodzeni klienci tu są.
W lokalu obok punktu ksero mieści się fryzjer. Takich usług u nas na osiedlu jak mrówków. Doganiają w ilości żabki. I ten zakład oferuje „super” promocję – damskie strzyżenie za 60 złotych zamiast 90. Bardzo śmieszne. Za tyle to zawsze, bez promocji, jest w każdym innym.
Takie na mnie to zrobiło wrażenie, że w nocy z soboty na niedzielę śniła mi się wizyta u „stylisty fryzur”, który po pomasowaniu mojej głowy spowodował nagły, spory wzrost włosów by potem je obciąć. I gdy doszło do płacenia (jak za zboże) to okazało się, że ktoś ukradł mi kartę płatniczą wkładając do torby nieaktualny mały kalendarzyk. Przebudziłam się, wstałam i sprawdziłam – uff, jest!
Nawet nocą mój złośliwy diabeł stróż nie śpi. Pracoholik jeden wredny!