Upalne miasto 31

Upalne miasto 31

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************

 Anna weszła do mieszkania Karola z prezentem zapakowanym w torebkę z kolorowego papieru,  którą sama wykonała. Nakleiła na niej kota wyciętego ze starego kalendarza.

Wręczyła mu mówiąc:

– Wyczytałam w Internecie, że 4 listopada ma pan imieniny. Oto prezent, sama uszyłam, duży jest i z kieszeniami.

Karol otworzył torebkę i ucieszony pocałował Annę w policzek.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Bardzo się przyda. Zaraz go włożę i przejrzę się w lustrze. Przeczytałem już przepis i przygotowałem składniki.

Przepis na ciasto drożdżowe ze śliwkami i kruszonką.

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową.

Składniki na ciasto:

  • pół kilo mąki pszennej – około 3 szklanki mąki
  •  cukru – około 3/4 szklanki
  • 3 średnie jajka
  • Ok. pół kostki masła
  • szczypta soli
  • cukier wanilinowy

Składniki na kruszonkę:

 – mąki pszennej – niecała szklanka

–  cukru – niecałe pół szklanki

–  masła – pół kostki

Poza tym:

– pół kilo umytych śliwek, bez pestek, połówki lub ćwiartki

Wykonanie:

Kruszonka:  masło siekamy z cukrem i mąką a potem  łączymy palcami. Wkładamy do lodówki.

CIASTO:

Do miski przesiewamy mąkę, w środku robimy dołek, wkruszamy do niego drożdże (świeże – 25 g lub 14 g suszonych), posypujemy łyżeczką cukru, zalewamy łyżką ciepłej wody lub mleka, zasypujemy mąką.

Rozpuszczamy masło i odstawiamy do przestygnięcia. Gdy drożdże przebiją powierzchnię mąki mieszamy, dodajemy mleko, mieszamy, tłuszcz, mieszamy,  rozbełtane jajka, mieszamy, cukier,  mieszamy dokładnie, wyrabiamy. Najlepiej gdy ciasto nie jest twarde, a nawet dobrze gdy jest luźne, wtedy szybciej wyrasta. Miskę stawiamy w ciepłym miejscu przykryte folią spożywczą i ściereczką.  Gdy wyrośnie przekładamy na blaszkę (może być tortownica). Na wierzch kładziemy śliwki, równomiernie posypujemy kruszoną odrywając małe kawałki. Można odstawić ciasto na jeszcze 20 minut, aby podrosło.

Anna łagodnie dyrygowała Karolem, Pan Kot zaciekawiony wskoczył na blat stołu i po powąchaniu ciasta zrezygnował z próbowania.

Ciasto ładnie wyrosło i pięknie się upiekło. Zapach w mieszkaniu był lepszy niż wszystkie kupne odświeżacze i dopachniacze. Blaszkę z ciastem zostawiono w zgaszonym piekarniku, aby powoli stygło.

– Czy mogę zaprosić Ewę na degustację? – zapytała Anna myjąc ręce.

– A pewnie, proszę do niej zadzwonić.

Ewa nie odbierała więc seniorka zostawiła wiadomość na poczcie głosowej.

– Pewnie jest na uczelni albo zajęta w salonie. Jak będzie wolna to odpowie.

Rzeczywiście studentka i właścicielka salonu kosmetyczno – fryzjerskiego siedziała na wykładzie. Powieka jej nie drgnęła gdy zobaczyła profesora, który był jej wielokrotnym klientem.

– Ciekawe czy warunkiem zaliczenia egzaminu będzie darmowy seks – pomyślała.

I już sobie wyobraziła tę scenę.

 Dostaje pytanie, jest dobrze przygotowana więc płynnie odpowiada i słyszy:

– A teraz proszę się położyć (tu profesor wyciąga karimatę z kąta), jeśli chce pani mieć piątkę.

– A jak  wystarczy mi czwórka?

– To nie musi się pani kłaść, wystarczy klęknąć.

– A może wystarczy wizyta u fryzjera, manicure i zabieg kosmetyczny w moim salonie?

– To za mało, nawet na dwójkę.

– Ale przecież odpowiedziałam na pytanie – Ewa, w tej wizji, próbowała się bronić.

Na szczęście w realu powstrzymała śmiech i zablokowała rozhulaną wyobraźnię.

– Ciekawe czy jeszcze jakiś inny naukowiec był moim klientem? – pomyślała. Tylko tego mi brakowało.

Po wykładzie sprawdziła telefon i oddzwoniła do babci.

– Mamy pyszne ciasto ze śliwkami, przyjdź do mnie jeśli masz czas.

– Muszę jeszcze wstąpić do pracy i zrobić zakupy. Zadzwonię gdy wrócę do domu.

W salonie wszystkie trzy fotele były zajęte przez klientki. Ewa weszła do swojej służbowej kanciapy, włączyła ekspres do kawy, torebkę włożyła do szafki zamykając ja na klucz i usiadła przy biurku.

– Pani Ewo, pani Ewo! – usłyszała.

– O co chodzi? – wyszła myśląc, że chwili spokoju nie ma.

– Ten pan do Grażyny ale ona akurat ma klientkę w części kosmetycznej.

– Proszę usiąść i poczekać – zwróciła się do mężczyzny. Czy napije się pan kawy?

– Bardzo chętnie, poproszę.

Ewa podała kawę, cukier i serwetki. Gość zdążył wypić i przejrzeć katalog aut gdy Grażyna pojawiła się w części fryzjerskiej.

– O, Wiesiek! Co ty tu robisz? Dawno cię nie widziałam. Czegoś chcesz?

– Zaraz chcesz – obruszył się. Do byłej żony przyszedłem.

– No, właśnie – do byłej. Po co?

– Myślałem, że się ucieszysz.

– Nie rozśmieszaj mnie. Nie mam dobrych wspomnień.

– Przecież byłem dobrym mężem, o co ci chodzi?

– Dobrym. Ha, ha, ha – Grażyna zatoczyła się ze śmiechem i oparła o wieszak, który upadł z hukiem.

Wiesiek zrobił sfochowaną minę.

– Zawsze byłaś wredna. Myślałem, że mnie ostrzyżesz, po starej znajomości.

– Czyli za darmo? A nie wiesz, że za darmo już dawno umarło?

– Jakaś ty nieużyta – stwierdził.

W tym momencie do salonu weszła kobieta, w ostrym makijażu, z widocznie ostrzyknętą twarzą i nieumiejętnie doczepionymi blond włosami. Chwiejąc się na wysokich obcasach zawołała:

– Misiaczku, czekam na ciebie i czekam. A nasze łóżko stygnie. Chodź już.

Wiesiek rzucił w stronę Grażyny triumfalne spojrzenie, wziął swoje stuningowane szczęście pod rękę i wyszli.

– A to kretyn – rzuciła była żona. Przyszedł się pochwalić zdobyczą.

Ewa poznała koleżankę po erotycznym fachu ale nic nie powiedziała. Jej personel nic nie wiedział o dodatkowym zajęciu szefowej.

„W trójkącie” – film

„W trójkącie” film reż. Ruben Ostlund

Bardzo dawno nie byłam w kinie ale niedawno przejrzałam repertuar i wybrałam komedię. Przekonana, że będę się dobrze bawić zasiadłam na sali.

Film składa się z trzech aktów. W pierwszym najpierw krygujący się młody telewizyjny dziennikarz odpytuje modeli stojących w kolejce do zaprezentowania się komisji. Fragment jest długi i nudny. Potem jest pokaz mody a następnie randka jednego z modeli Carla z koleżanką po fachu Yayą i ich długawa rozmowa o płaceniu za posiłek przenosząca się do pokoju hotelowego. Montażysta się nie popisał.

Akt drugi – para ta znajduje się w końcu na jachcie, bo Yaya jest influencerką i wycieczkę dostała w prezencie. Pasażerowie i załoga to przekrój społeczeństwa – niewidoczni maszyniści, obsługa, której się uświadamia, że „klient nasz pan”, rosyjski bogacz z żoną, który handluje nawozami z upodobaniem nazywając je gównem, para seniorów –  on wytwarza „przedmioty pomagające utrzymać demokrację”, kobieta po udarze poruszająca się na wózku, para z ciągle płaczącym dzieckiem, potentat nowoczesnych technologii, kobieta zgłaszająca obsłudze i kapitanowi, że żagle jachtu są brudne (jacht nie ma żagli) z mężem, wiecznie pijany kapitan i wymigujący się od trudnych zadań pierwszy oficer oraz sprzątaczki. Wszystko trzyma w garści jedna kobieta, swego rodzaju ochmistrzyni.

Aż tu nagle przychodzi sztorm, pasażerowie namiętnie womitują, muszle klozetowe wybijają i korytarze zalewają, pijani kapitan oraz oligarcha przerzucają się cytatami i żartami. Obcy statek ze sprzętem broniącym demokracji ostrzeliwuje jacht i w końcu na wyspie (akt trzeci) znajduje się tylko paru ocalonych. W tym para modeli, rosyjski bogacz, magnat, ochmistrzyni, niesprawna kobieta bez wózka  i czarnoskóry mechanik. Na plaży wylądowała też łódź ratunkowa a w niej sprytna pokojówka Abigail. Nikt nie umie zdobyć pożywienia ani rozpalić ogniska tylko ona. Szybko przejmuje władzę i wykorzystuje sytuację dla własnej przyjemności. Niby Robinson Cruzoe w spódnicy z wieloma Piętaszkami. Trójkąt też jest. Trochę bermudzki, trochę ludzki.

To film częściowo feministyczny, a częściowo antykapitalistyczny. Reżyser w wywiadzie powiedział, że sam zaznał „rozkoszy” służby w alpejskich kurortach.

Niestety aktorzy i reżyser się nie popisali, film jest za długi i wcale mnie nie śmieszył. Nie polecam.

Upalne miasto 30

Upalne miasto 30

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Karol nabył rower i bardzo z siebie zadowolony dodał do niego odpowiednią torbę do przewożenia Felka. Kask już miał.

– Może mu się spodobają takie spacery? – pomyślał wybierając fason i kolor torby, zdecydował się na  czerwono – zieloną kratkę.

Jesień akurat fundowała ludziom słoneczną pogodę, więc duet Karol – Felek wybrali się zwiedzać przyrodę. Bez kalania łona natury. Pan Kot nie był płochliwy tylko nadzwyczaj cierpliwy. I ciekawy świata. Urodził się w kanciapie na przybibliotecznym podwórku i cały zapchlony trafił do opiekunki, która, po wyleczeniu,  przekazała go w ręce Karola. Ten nawet się nie bronił zadowolony, że to nie pies i że nie trzeba go wyprowadzać.

Wieczorem w Internecie znalazł wiersze Franciszka Klimka, autora specjalizującego się w poezji o kotach.

Czego potrzeba kotu

Kotu potrzeba niewiele:
Pogłaskać go tylko w niedzielę,
w poniedziałek, wtorek i w środę
leciutko podrapać go w brodę,
w czwartek, w piątek i w sobotę
pobawić się trochę z kotem
i w niedzielę – znów niewiele.

A jeśli ci się uda
pokochać go troszeczkę
i tym co mu smakuje
napełnisz mu miseczkę

i mocno postanowisz
nie oddać go nikomu
i zgodzisz się by czasem
porządził trochę w domu,

to zauważysz potem
(to zresztą przyjdzie z wiekiem),
że będąc bliżej z kotem,
jesteś bardziej człowiekiem.

Przeczytał tekst Panu Kotu, który miaukiem potwierdził prawdziwość spostrzeżeń autora i wskoczył na kolana swego niewolnika domagając się należnych czynności i zachwytów.

W sklepie zarządzanym przez Jadwigę stanął automat herbaciano -kawowy. Właścicielka i kierowniczka nie  były zdecydowane na konkretny napis zamówiły więc u Karola kilka. Każdy wisiał przez tydzień.

– Najpierw kup  ubranie, potem skup się na kawie!

–  U nas zawsze: dobry zakup i dobra kawa.

–  Wybierz towar, zapłać kartą, wypij kawę.

Także krótszą tego wersję:

– Wybierz, zapłać, wypij.

–  Kieckę kup, potem kawę/herbatę chlup.

– Torebka kupiona, kawa zaparzona.

– Po pierwsze zakup, po drugie kawa, po trzecie dobry humor.

– Bluzka nabyta, kawa wypita. Zapraszamy ponownie.

Pod każdym umieszczono drobnym drukiem: Po zapłaceniu trzystu złotych kaw/herbata gratis. Woda zawsze.

Maciej, klient erotyczny, któremu Ewa zamiast seksu niegdyś zafundowała dobre rady,  zaprosił ją do przytulnej knajpki gdzie wcześniej zamówił stolik. Przyjechał po nią autem pod uczelnię. Otworzył drzwi samochodu a w lokalu wejściowe. Zapytał na którym krześle chce siedzieć i nie szurając  odsunął mebel.

 Kelnerka podała kobiecie  menu bez  cen mówiąc:

– Paniom zawsze taką kartę dajemy.

– Bardzo dobrze, kobieta od razu może sprawdzić czy mężczyzna jest skąpy – zaśmiał się Maciej błyskając pełnym uzębieniem. I nie pozwalając towarzyszce zerknąć na kartę z cenami. Wyłączył też telefon przy okazji prezentując zadbane dłonie.

Masz u mnie plus – pomyślała Ewa.

Wybrała to co lubiła najbardziej, szczególnie wieczorem, czyli smacznie ale lekko. Albowiem dolegliwości gastryczne nie były jej ulubionym stanem.

Rozmawiali o jej studiach, ustalili, że mają podobne poglądy na politykę i religię. On wolał psy, ona koty. Rozbieżności były też w zakresie muzyki, rodzaju literatury oraz filmów. Oboje nie lubili horrorów. Ale okazało się, że mają podobne poczucie humoru.

O przeszłości nie wspominali.

Po dwóch godzinach Maciej zapłacił telefonem.

Wstając od stolika kobieta zaproponowała:

– Może się przejdziemy, wieczór taki piękny.

– Wybacz moje złoto ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą – mężczyzna zacytował koniec wiersza Juliana Tuwima „Spóźniony słowik”.

– Bardzo trafny cytat – pochwaliła go towarzyszka.  Dziękuję za spotkanie, posiłek i spacer.

– Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze? – spytał Maciej zatrzymując auto przed blokiem Ewy.

– Proszę do mnie zadzwonić za kilka dni, mam dużo zajęć na uczelni i w salonie.

– Czyli jak przyjdę do fryzjera, na manicure, pedicure i zabieg kosmetyczny to  zawsze panią zastanę?

– Ha, ha, ha – bardzo sprytnie – zaśmiała się Ewa. Proszę zadzwonić do mnie, umówię pana z pracownicami na termin gdy ja też tam będę. Dobranoc.

Wysiadła z auta i pomachała mu przed wejściem do bramy.

– Do zobaczenia – odpowiedział Maciej i powoli odjechał.

Anna postanowiła kontynuować molestowanie kulinarnie swego sąsiada. Z nabytego w sklepie dobroczynnym kawałka materiału w owocowy wzór uszyła mu fartuch kuchenny. A z pozostałych skrawków rękawicę i łapkę.

– Muszę wymyślić jakiś pretekst do obdarowania go – postanowiła. Kiedyś przecież musi mieć urodziny i imieniny. A do Mikołaja za daleko.

Przejrzała kalendarz i znalazła bardzo bliski termin – 4 listopada. Zupełnie jakby ściągnęła go myślami bo zadzwonił;

– Pani Anno, przeglądałem te przepisy od pani. Chciałbym upiec placek drożdżowy ze śliwkami i kruszonką.

– Wow, ambitnie! Ale do odważnych świat należy. A ma pan wszystkie składniki?

– Tak, kupiłem nawet świeże drożdże.

– I chce to pan teraz wykonać?

– Jeśli pani ma czas…

– Akurat mam. Ale wiesz, że wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową?

– Wiem, wiem.

– To wybij do miseczki dwa jajka, niech się ocieplą, bo pewnie trzymasz je w lodówce? Sprawdź ich temperaturę za 20 minut wkładając palec, czysty!

– Ha, ha, ha – jakbym słyszał mamę: Lolek umyj ręce! Lolek dlaczego wracasz z podwórka taki brudny? Lolek skaranie boskie z tobą!

Upalne miasto 29

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************

– Upalne lato minęło, żegnam je bez żalu – pomyślała Anna smarując, poparzone gorącym czajnikiem, miejsce na przedramieniu maścią ze srebrem.

Gdy szła  parkiem na zakupy w głowie ułożył się jej  aktualny wierszyk:

 JESIEŃ

Kolorowe liście pod drzewem,

wielobarwny kilim z deseniem przemijania.

Ostrożnie zbieram najładniejsze,

Zrobię z nich bukiet,

który przetrwa do wiosny.

O niektórych autorach mówi się: „Poeta tylko głowa nie ta”. Ale mus ich woła do tworzenia.

Siedzący na parkowej ławce amator browarowej twórczości zaczepił seniorkę:

– Pani da złotówkę, bardzo mie suszy.

– Mam przy sobie wodę mineralną i papierowy kubek – mogę pana poczęstować.

– Jeszcze taki chory nie jestem, żeby pić wodę.

– Nie, to nie. Nie zamierzam być więźniem cudzych oczekiwań – pomyślała i poszła przed siebie wypatrując kolorowych liści, żeby je zebrać i zrobić róże, które potem utrwali mocnym lakierem do włosów.

Karol wybrał się do na zakupy do sklepów internetowych, aby nabyć rower. Kliknął na zakładkę „Jaki rower miejski wybrać?”

I tu zaczęły się schody po których rowerem jeździć Karol nie lubił bo za bardzo trzęsie. Te schody to gadulstwo autorów tekstu. Zanim się człowiek dokopie konkretu musi przejść przez morze informacji. A to, że rowery dzielą się na damskie i męskie i jaka to różnica. Amerykę odkryli i drzwi otwarte wyważyli.

Doradzają nabyć rower miejski z akumulatorem ale uprzedzają, że jest ciężki. To świetnie, przy okazji można na nim ćwiczyć podnoszenie ciężarów. Dwa w jednym.

To Karolowi specjalnie się spodobało:

Jedną z odmian rowerów do miasta są stylowe rowery miejskie. Gatunek mieszczuchów ukochany przez kobiety. Rynek jest aktywny, firmy dostrzegają potrzeby nabywców, a niektórzy producenci wręcz specjalizują się w dostarczaniu klientom maszyn, których kształty ram, ogólny wygląd i kolorystyka są po prostu dopracowane wizualnie i designersko. Takie rowery, podobnie jak biżuteria, stanowią środek do wyrażenia siebie, swoich gustów. Stylowe rowery miejskie swoją praktycznością nie odbiegają od typowych rowerów miejskich, a użytkowe cechy łączą z designerskim wyglądem.

Ale dlaczego takie tylko dla kobiet? Czuję się dyskryminowany ze względu na płeć. Co to – ja nie mam prawa mieć gustu? – pomyślał rozżalony. Nie zgadzam się, aby mnie obrażano! No i jakoś dziwnie to napisano – rowery to gatunek mieszczuchów? Albo ja nie kumam, albo z polszczyzną u autora nietęgo.

Wstał i wyjął piwo z lodówki. Pan Kot Felek miauknął i otarł się o nogi swego niewolnika.

– Też chcesz piwa? A, nie. Pewnie jedzonko różnorakie w kilku miseczkach, a potem będziesz wybrzydzał – tego nie, tamto be, po tym rzygam, po innym mam rozwolnienie, prawda?

– Miau – potwierdził Felo z uśmiechem na pyszczku.

– Dobra, to wracam do moich baranów, czyli rowerów. O, słuchaj kocie co na koniec napisano: Bądźmy jednak szczerzy, każdy rower pozwala na sprawne poruszanie się po mieście. Kluczem jest jego dodatkowe wyposażenie. Choćby w oświetlenie i błotniki. 

No, ale autor dostał honorarium za tekst, pewnie im dłuższy tym lepszy, ha, ha, ha. Chyba jednak pójdę do sklepu i tam się poprzymierzam do różnych jednośladów. A swój stary komuś sprezentuję. Komuś kto go będzie używał a nie sprzeda za butelkę wódki.

Ewa rozpoczęła studia, zadowolona, że może myśleć o czymś innym niż zarabianie pieniędzy oraz spełnianie cudzych życzeń. Też nie lubiła być więźniem cudzych oczekiwań. Miała to po babci. Po zajęciach zrobiła zakupy dla siebie i seniorki.  Wstąpiła do niej i opowiedziała pierwsze wrażenia.

– A wiesz, że ten klient, który namówił mnie na studiowanie dzwonił do mnie i zaprosił na kawę?

– I co, zgodziłaś się?

– Powiedziałam, że na kawę to nie, ale chętnie na obiad.

– Testujesz jego szczodrość?

– Trochę tak. Kawę to sobie mogę w domu zrobić. Jeśli jest skąpy to niech spada.

– Masz rację, Scroogów ci u nas dostatek, szkoda na nich czasu.

– Ten u Dickensa się zmienił, co jest tylko świąteczną bajką – Ewa popisała się znajomością „Wigilijnej opowieści”.

– To zamów drogie dania i napoje – zaproponowała babcia.

Baśka zatrudniła nowego masażystę imieniem Norbert. Tym razem był to rehabilitant i kręgarz w jednym. I gej.

– Ale ja go do siebie przekonam – kobieta nigdy nie traciła dobrego mniemania o sobie. Zastosowała manipulację w stylu: jestem taka mala przypominając sobie przedwojenną piosenkę:

Jakaś jeśtem twych ramiona taka mala

Mógłbyś wziąć mnie na ręce i nieść

Taka jestem zmęczona i nieśmiala

Tylko pieść mnie, ach pieść mnie, ach pieść

Ale masażysta znał ciąg dalszy i nie dał się nabrać.

Użera się w kuchni, na schodach od rana

słychać jej wrzask.

Potem się wymalowała jak ściana

I drzwiami trzask.

Do cukierni, do Lidki i Ziutki na plotki

I ciacha żrą…

Baśka nie miała czasu na plotki i ciacha ale reszta się zgadzała, bo niełatwy charakter miała.

Wszyscy schodzili jej z drogi tylko Olena nie dała sobie w kaszę dmuchać. Albo miała wrodzony talent, albo przeszła kurs asertywności, bo po kilku próbach Barbara przestała nią pomiatać a zaczęła szanować. Doceniła profesjonalizm w gotowaniu i sprzątaniu. Mąż Oleny był perłą wśród „złotych rączek”, więc zatrudniali go także znajomi chlebodawczyni.

Jadwiga szybko wdrożyła się w nowe obowiązki. Zatrudniła też krawcową do drobnych przeróbek i dopasowań nabytej przez klientki, odzieży. Umieściła ją w kanciapie, która była niewykorzystanym magazynkiem.

Sklep był dość duży więc Jadwiga zadzwoniła do właścicielki:

– Pani Barbaro, tu jest sporo miejsca, może by tak zrobić kącik ze stolikiem, dwoma krzesłami oraz automatem do kawy i herbaty, takim jak są w sieci kumkających sklepów? Klientki mogłyby sobie posiedzieć, pomyśleć a potem kupić,  lub odwrotnie, co pani o tym myśli?

– To nie jest zły pomysł ale żeby nie zrobiła się z tego tania kawiarnia i żeby kobiety się nie rozsiadały zamiast kupować.

– To powiesimy napis: Najpierw kup  ubranie, potem oddaj się kawie!- zaproponowała nowa kierowniczka.

– Lepiej: Dobry zakup, dobra kawa. Albo: Wybierz, zapłać, wypij.

Lub: Kieckę kup, potem kawę chlup. Torebka kupiona, kawa zaliczona.

– A drobnym drukiem: Po zapłaceniu trzystu złotych kawa gratis – dodała Jadwiga.

– Dobrze, ja to przemyślę, zorientuję się w cenach automatu i dam znać.

Empuzjon

Olga Tokarczuk – Empuzjon. Horror przyrodoleczniczy.  Wydawn. Literackie, Kraków 2022

WSTĘP: „…to co nie może być wyjaśnione, musi być zapomniane” Fernando Pessoa

O autorce:

Olga Tokarczuk urodziła się 29 stycznia w 1962 roku w Sulechowie. Studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i przez jakiś czas była psychoterapeutką w Wałbrzychu. Mieszka we Wrocławiu i ma dom w Krajanowie na Dolnym Śląsku. Jest pisarką, eseistką, scenarzystką.

Debiutowała opowiadaniami w czasopiśmie „Na Przełaj”. Pierwszą powieść „Podróż ludzi Księgi” wydała w 1993 roku, w 1995 „E.E”;  w 1996 „Prawiek i inne czasy”; w 1997 „Szafa”; w 1998 „Dom dzienny, dom nocny”; w 2004 „Ostatnie historie”; 2007 „Bieguni”; 2009 „Prowadź pług prze kości umarłych”; 2014 :Księgi Jakubowe”; 2022 „Empuzjon”.

Otrzymała wiele nagród a w 2019 Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok.

O książce:

Tokarczuk wyznała, że „pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem samemu sobie bajek. Tak jak to robią dzieci, zanim zasną. Posługują się przy tym językiem z pogranicza snu i jawy, opisują i zmyślają”.

Z pogranicza snu, jawy i horroru jest też „Empuzjon”. Empusa to widmo z otoczenia bogini Hekate przybierająca różne kształty – jako byk, muł, piękna kobieta czy pies. Miała jedną nogę ze spiżu a drugą z krowiego łajna. Żywiła się ludzkim mięsem a najbardziej lubiła krew mężczyzn, których najpierw w sobie rozkochiwała, a potem pożerała.

Głównym bohaterem powieści jest chory student Mieczysław Wojnicz, który we wrześniu 1913 roku przyjeżdża do niemieckiego górskiego uzdrowiska, teraz noszącego nazwę Sokołowsko. Powoli oswaja się z kuracjuszami, otoczeniem, zwyczajami i zabiegami. Oprócz poddawania się leczeniu główną rozrywką pacjentów jest gadanie. A o czym panowie chętnie rozprawiają? O sporcie i o seksie, czyli kobietach. Bohater poznaje poglądy różnych filozofów (wyliczonych na końcu książki) przekazane przez współkuracjuszy, którzy koniecznie chcą z nieśmiałego młodzieńca zrobić mężczyznę. Według tych poglądów „kobiety bez mężczyzny cierpią na histerię”; „zbliżenie dla kobiety jest koniecznym lekarstwem. Nawet gdy nie chce, należy ją leczyć w ten sposób”.

Wojnicz jest nadwrażliwy, ma kompleksy i skrywa pewną tajemnicę – czy przekonają go te poglądy, które traktują  kobiety jak przedmioty nieracjonalne, uległe i niesamodzielne, mające tylko sferę pożądania i macierzyństwa? Bohater słyszał od ojca,  że kobiety są zdradliwe i chwiejne, a stryj cytował „Baba, żaba, diabeł trzeci to rodzone dzieci”.

To czasy ogromnej mizoginii, która nawet dzisiaj ma się dobrze i służy politykom do wpływania na życie kobiet.

„Czy kobiety nie powinny też poprzebierać się w jakieś mundury i obaretkować w zależności od tego ile urodziły dzieci, ile ugotowały obiadów, ilu chorych pielęgnowały”.

Od lekarza Wojnicz usłyszał, że „Kształtuje nas nie to,  co w nas silne ale anomalia właśnie, to co słabe i nieakceptowane”.

Poznajemy też historię uzdrowiska w którym leczono choroby płucne i gardlane oraz sposoby leczenia gruźlicy. Pewną rolę w tym odgrywa nalewka Schwarmerei i proszek Dovera.

Autorka opisuje miejscowość (książka zawiera pocztówki, zdjęcia, znaczki i mapy z jej zbiorów) i budynki w których mieściły się sanatoria. W największym była biblioteka z czasopismami w języku niemieckim i tylko dwiema książkami po polsku. Bibliotekarzem jest tam bardzo młody Czech, który ostrzega bohatera przed starymi mężczyznami: „Każą robić rzeczy, które nie są dobre”.

W podtytule jest słowo „horror”, bo książka, oprócz antyfeministycznych poglądów, co dla wielu z nas  jest horrorem,  zawiera elementy metafizyczne oraz kryminalne. „Tutaj co roku ginie mężczyzna, czasem dwóch. Rozszarpani na kawałki w lesie”.

Narratorkami opowieści są tajemnicze postaci, z rzadka ujawniające swą obecność, podglądające kuracjuszy a potem ulatniające się przez komin.

Upalne miasto 28

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************** ************

Zmywanie Anna zostawiła Karolowi i zapukała do  mieszkania Ewy.

– Zjedliśmy z Karolem obiad, udał mu się rosół, teraz zmywa.

– A ja przyniosłam  kolejne opowiadanie mojej klientki. Takie trochę niesamowite.

– Ale bez duchów, zombie i trupów? – upewniła się Anna.

– Bez, bez, trochę zabawne jest nawet.

– Dobrze, to dawaj. Przeczytam zaraz, bo Karol czeka na naleweczkę.

– No, tego to on na pewno nie odpuści – zakpiła wnuczka.

– Bardzo dobrze się spisał w kuchni więc to będzie dla niego nagroda.

– To ja u ciebie przygotuję kieliszki i karafkę a ty czytaj.

                    Koncert

Sala domu kultury miasteczka była wypełniona tylko w czwartej części ponieważ słuchacze siedzieli, zgodnie z wymaganiami czasu pandemii, co drugie krzesło. Każdemu przed wejściem na salę sprawdzono temperaturę ciała i kazano podpisać oświadczenie dotyczące stanu zdrowia. Koronawirus grasował i nie odpuszczał jak hordy dzikich najeźdźców. Nie potrzebował Dżingis chana, Tuhaj – beja ani innego dowódcy. Nie musiał inwestować w broń ani mundury dla swojej armii. Niewidoczny gołym okiem był groźny jak wszystkie dotychczas wynalezione środki rażenia razem wzięte.

Fortepian stał na podwyższeniu stanowiącym część sali teatralnej. Lśnił szlachetną czernią i napisem Calisia.

Zza kulisy wyszedł młody pianista, ukłonił się publiczności i usiadł  przy instrumencie. Jego blond czupryna i biała koszula odbijały światło reflektora. Czarne spodnie i kamizelka harmonizowały z barwą instrumentu. Muzyk kilkakrotnie poruszył palcami obu rąk i zaatakował klawiaturę nokturnem Chopina.

Po chwili w prawym rogu sali rozległ się głośny dzwonek telefonu komórkowego. Dzwonił i dzwonił. Pianista nie zważając na nic kontynuował granie. Wreszcie komórka umilkła. Po minucie kolejny telefon oznajmił swoją obecność i pracowitość. Właściciel szeptem długo opowiadał gdzie jest, opisał salę, publiczność i lekceważąco osobę grającego.

– E, wiesz, to taki szczeniak. Syn mojej siostry to obiecałem przyjść. Nudzi mnie to, wolę koncerty Zenka. Dobra, już kończę.

Za chwilę telefon zadzwonił w ostatnim rzędzie. Kobieta długo szukała go w torebce a gdy znalazła upuściła na podłogę. On ciągle dzwonił. Właścicielka uklękła w przejściu macając na oślep podłogę wokół krzeseł. Dzwonek nieprzerwanie i uparcie  grał piosenkę „Zakręcona, zakręcona”. Obecni na sali przestali zwracać uwagę na pianistę, wszyscy już byli wkręceni w kibicowanie kobiecie poszukującej zguby.

Pianista bez komentarza przerwał grę, wstał i opuścił salę. Nikt tego nie zauważył. Telefon przestał brzęczeć ale nadal było słychać dźwięki nokturnu. Klawisze same się poruszały a fortepian powoli przesuwał się w stronę krzeseł i publiczności.

W pierwszym rzędzie siedział burmistrz w ślubnym za ciasnym garniturze a obok niego małżonka wystrojona w błyszczącą suknię oraz liczną biżuterię.  Dwójka ich nastoletnich dzieci odziana była w modnie podarte dżinsy. Obok siedzieli radni i lokalni biznesmeni. Każda z tych osób inaczej rozumiała pojęcie elegancji. Na szczęście nikt polecenia: ubierz się w niedzielną odzież nie zrozumiało, że może to być piżama.

 Fortepian niebezpiecznie zsunął się ze sceny i zawisł nad nimi.

– Uciekajmy – szepnęła burmistrzowa brzęcząc bransoletkami.

– E, nie – to są jakieś sztuczki, zostańmy, bo potem się będą z nas śmiali. Może tak było zaplanowane – powiedział małżonek ocierając pot z czoła kraciastą chustką do nosa.

Ich nastoletnie dzieci dostały ataku śmiechu, włączyły smartfony i wszystko nagrywały świetnie się przy tym bawiąc.

– Damy to na wszystkie media społecznościowe – zobaczysz jacy staniemy się sławni – powiedział braciszek do siostry.

– Noo – odpowiedziała inteligentnie dziewczyna nie przestając nagrywać i żuć gumy.

Radni siedzący na bocznych fotelach rzędu  powoli chyłkiem umykali z sali.

Fortepian nadal grając leciał w stronę pierwszego dzwonka telefonu i nogą zawadził o młodego właściciela, który zdołał się uchylić. Instrument zawrócił i ponownie zaatakował młodzika. Ten zdenerwowany zrejterował wykrzykując  przekleństwa i pogróżki.

Fortepian przeleciał do gadatliwego wujka pianisty i solidnie uderzył go kanciastym bokiem. Mężczyzna zawył z bólu i zrywając maseczkę z twarzy krzyknął:

– Co jest? To jakieś żarty? Ktoś mi za to odpowie!!!

Unikając ponownych uderzeń wybiegł z sali depcząc ludziom po nogach.  Brzydkie wyrazy powtarzając po kilka razy.

Instrument przestał grać i cichym lotem skierował się w stronę kobiety w ostatnim rzędzie, która klęcząc nadal szukała telefonu. Nie widziała co się dzieje wokół więc gdy spróbowała  wstać okazało się, że  coś dużego i ciężkiego ją blokuje. Przeczołgała się do końca rzędu, próbowała ponownie stanąć pionowo ale dostała bokiem fortepianu i padła zemdlona. Mąż próbował ją cucić uderzając mocno w twarz. Ocknęła się i powiedziała:

– Nie bij tutaj.  Wystarczy, że robisz to w domu.

– Cicho, kretynko, trzeba było wyłączyć telefon. Tyle razy ci to mówiłem. Ale do ciebie, jak zwykle nic nie dociera. Wstawaj i wychodzimy.

Podparł ją i postawił na nogi. Chwiejąc się trochę kobieta wyszła na korytarz, by tam znowu osunąć się na podłogę.

– To sobie leż jak lubisz – powiedział opiekuńczo małżonek i opuścił budynek.

– Ja pani pomogę – powiedziała jedna z radnych pomagając kobiecie wstać. – Może zadzwonię po pogotowie? – zapytała.

Poszkodowana skinęła głową i tylko szepnęła:

– Proszę.

Publiczność na sali osłupiała i ze zdziwienia została na miejscach oprócz kilku szybkich radnych.

A fortepian spokojnie przepłynął w powietrzu nad nimi i osiadł na scenie. Zza kulis wyszedł pianista, usiadł i bez słowa zaczął grać uśmiechając się do siebie.

Upalne miasto 27

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Karol zaprosił Annę na degustację pierwszej przez siebie ugotowanej zupy. Seniorka trochę obawiała się przykrej niespodzianki, którą zaraz po pierwszej łyżce będzie musiała wypluć. Jednak postanowiła, że powie prawdę i tylko prawdę. Wzięła ze sobą dwa głębokie talerze i dwie łyżki stołowe oraz łyżkę wazową przewidując skromne zasoby karolowego gospodarstwa.

I dobrze się stało, bo świeżo upieczony kucharz stał bezradnie nad garnkiem i nie wiedział co dalej. Miał tylko kubek, kilka miseczek dla kota i płaskie talerze. Jeśli przyniesiono mu, w czasie unieruchomienia gipsem, zupę to jadł ją prosto ze słoika i to łyżeczką do herbaty. Jakoś nie wpadło mu do głowy poprosić o uzupełnienie zastawy. Stworzony był przecież, jak większość mężczyzn, do wyższych, bliżej nieokreślonych celów. I do obsługiwania kota.

Felek słysząc kroki pod drzwiami podbiegł do nich i zamiauczał poznając gościa nawet przez zamknięte drzwi.

– Dzień dobry, panowie. Kupiłam to panu, w sklepie dobroczynnym – powiedziała kładąc przyniesione rzeczy na blacie w kuchni.

– Jak dobrze, że pani pomyślała. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że będą potrzebne.

– Po posiłku przejrzę pańskie kuchenne zasoby i uzupełnię braki jeśli zdecyduje się pan gotować.

– Ale nie wiem czy ta zupa jest jadalna. Bo jeśli  nie,  to niczego więcej nie będę pitrasił.

– A makaron pan ugotował?

– Tak, według przepisu na opakowaniu. Ale nie jest al dente, bo nie lubię.

– Ja też nie, bo mi potem ciąży w żołądku – stwierdziła sąsiadka. To ja nalewam a pan zanosi do pokoju. Czy stół nakryty?

– Tak, mam kolorowe czasopisma, więc przy okazji można poczytać.

– Pan żartuje oczywiście? – zaniepokoiła się Anna.

– Nie do końca. Na stole rzeczywiście leżą strony kolorowego tygodnika ale na nich przeźroczysty obrus.

– Ale pewnie nie ma pan serwetek?

– A po co? Mam przecież papier toaletowy i ręcznik papierowy – stwierdził zadowolony z siebie Karol.

– Ja o takich z tkaniny mówiłam, żeby trochę ocieplić tę folię.

– A, nie – takich dziwactw to nie mam.

– To żadne dziwactwa tylko kultura życia codziennego – pouczyła go seniorka. I wyciągnęła z kieszeni dwie kolorowe bawełniane serwetki z kocim wzorem.

– Pani to jest, naprawdę – westchnął Karol z zachwytem. Słów nie mam.

– I nie trzeba, Siadajmy i zajadajmy. Ale Felowi też się coś należy. Czy dałeś mu trochę mięsa z zupy?

– Nie, nie wiedziałem czy można – przyznał Karol.

– Nie wierzę, że się nie dopominał.

– Bardzo nachalnie nawet ale czekałem na panią, żeby się poradzić czy wolno mu to jeść.

– Bardzo słusznie, to teraz pokrój mu niedużą porcję i wsyp do miski. A my do stołu z gorącą zupą.

Usiedli, Anna z wielką obawą nabrała zupy na łyżkę i powoli uniosła ją do ust. Wlała płyn z makaronem i nie wypluła. Następne porcje bardzo jej smakowały.

– Muszę przyznać, że dobrze się pan spisał. Brawo.

– To dzięki pani świetnemu przepisowi – skromnie stwierdził Karol.

– Zgódźmy się, że zasługa obustronna, a właściwie trójstronna, bo składniki też na tę dobroć wpłynęły. Jak zjemy to zapraszam do mnie. Zabiorę mięso z rosołu, zmiksuję je, usmażymy naleśniki i razem zrobimy  krokiety.

– Razem? – jęknął facet ciągle bez chęci do roboty, ani rano, ni wieczorem.

– Razem, razem. Nauczy się pan przy okazji kolejnego dania. Po zupie widać, że ma pan talent.

– Ale ja go nie widzę u siebie i nie czuję powołania w tym kierunku. Jestem grafikiem a nie kucharzem – facet wymigiwał się jak mógł.

– Można być i tym, i tym – bezlitośnie stwierdziła Anna. Idziemy! Na deser mam naleweczkę – zachęcająco zanęciła.

– Ale nie na kościach?

– Ma pan na myśli denaturat? Nie, nie na kościach, na śliwkach. Dostałam w prezencie.

– Uff, bo już zacząłem podejrzewać, że się chce pani mnie pozbyć – przyznał były podopieczny.

W mieszkaniu Anny słychać było cichą muzykę i pachniało świeżym ciastem drożdżowym. Na stole leżał obrus a nie folia. Na parapecie w doniczkach rosło geranium, aloes i  żyworódka.

– Proszę stanąć koło mnie i patrzeć co robię – poleciła gospodyni. W niedużym garnku z dzióbkiem rozrobiła jajko z mlekiem, dodała szczyptę soli oraz dwie łyżki oleju, i ciągle mieszając dodawała mąkę. Na patelnię wlała trochę oleju, postawiła ją na palniku, rozgrzała i powoli lała na nią ciasto kołysząc patelnią tak że ciasto spływało we wszystkich kierunkach. Ale tylko na patelni. Po chwili odwróciła placek na drugą stronę i krótko podsmażyła.

– Teraz pan – poleciła kategorycznym tonem.

Chciał, nie chciał Karol wykonał podpatrzone u seniorki ruchy. I udało się, naleśnik wyszedł prawie idealny.

– Brawo, pan naprawdę ma talent. Proszę kontynuować a ja przygotuję mięso. Dodam  do niego jajko i przyprawy oraz trochę gęsiego smalcu, bo jest zbyt suche.

– To ja już skończyłem i nawet się nie poparzyłem – oznajmił bardzo zadowolony  z siebie  początkujący kucharz.

– Świetnie, ja też. Proszę popatrzeć jak nakładam mięso i zawijam. Można każdego krokieta potraktować jak kotlet schabowy, czyli  obtoczyć w jajku i bułce tartej ale to tylko  dodaje kalorii, więc sobie darujemy. Podsmażymy tylko, nienachlanie,  z każdej strony. Czy robimy jakiś sos do nich, czy wystarczy chrzan, ketchup, musztarda?

– Nie wiem z czym będzie lepsze. Chyba nigdy nie jadłem krokietów.

– To wyjmę z lodówki wszystkie dodatki i sprawdzimy. Nie chce mi się robić sosu pomidorowego ale umieściłam przepis w pańskiej książce.

Krokiety mogą być też z kapustą i grzybami, klasycznie pasuje do nich czerwony barszcz.

– A surówkę jakąś też przyswoimy? – Karol wysilił się na podstępne pytanie.

– Też, też – nie zaskoczyłeś mnie. Pomidory, ogórki  kiszone i cykoria – może być?

– Osobno czy razem?

– A jak wolisz? W jednej ręce krokiet, w drugiej ogórek?

– A w trzeciej pomidor, tylko co zrobię z cykorią?

– Dobrze, wszystko to pokroimy, oliwą pokropimy, solą i pieprzem posypiemy …

– I ze smakiem zjemy – dokończył Karol.

Upalne miasto 26

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************

– Ha, ha, ha – Anna śmiechem zrecenzowała tekst. Twojej klientce pewnie jakaś znajoma bardzo podpadła.

– Ach, ja znam pełno takich babusów. Zresztą facetów też. Powinny mieć na sobie znak ostrzegawczy z napisem „Jestem pępkiem świata”. Albo „Liczę się tylko JA”.

– W tym szkopuł, że nie chcieliby ich nosić, bo uważają się za wzór cnót i bezinteresowności – stwierdziła seniorka dopijając herbatę.

– Czy twój potencjalny uczeń kulinarny już coś ugotował? – spytała Ewa niosąc naczynia do kuchni.

– Dałam mu, zrobioną przez siebie, książkę kucharską z podstawowymi przepisami i namawiałam, by ugotował rosół, bo kupiliśmy podstawowe produkty.

– To ja zadzwonię do niego i zapytam, dobrze? Ewa wzięła komórkę babci i wybrała z kontaktów numer Karola. Niestety włączyła się poczta głosowa.

– Pewnie kupił sobie piwo. Wypił sześciopak i chrapie – złośliwie przypuściła Anna. Zadzwonię do niego później.

Ewa pojechała do swojego salonu fryzjersko – kosmetycznego. Poprzedniego dnia na zabiegi umówił się  klient, któremu na erotycznym spotkaniu dała swoją wizytówkę.

Gdy weszła siedział już na fotelu a fryzjerka pytała go jakie ma życzenia. Widząc Ewę powiedział:

– Skorzystałem z pani rady. Byłem u szewca i krawca oraz dentysty.

– To się cieszę, a ja od października zaczynam studia. Oboje udzieliliśmy  sobie nawzajem dobrych rad. Przygotuję łóżko i sama  zajmę się pańską twarzą – powiedziała Ewa i przeszła do drugiej części salonu.

Na koniec strzyżenia fryzjerka psiknęła odżywką na włosy, zdjęła z klienta fartuch, strzepnęła go delikatnie, pędzlem przejechała po jego szyi  i podziękowała.

Klient imieniem Maciej z nową fryzurą dołączył do Ewy. Zdjął marynarkę, rozpiął kołnierzyk koszuli i położył się na leżance.

– Ale nie będzie bolało? – upewnił się.

– Na pewno nie. Czy nastawić jakąś muzykę? – spytała.

– Poproszę coś spokojnego, bo mam dosyć stresów w pracy – westchnął.

Ewa nakryła go cienkim kocykiem a na głowę założyła mu czepek nie kąpielowy tylko ochronny.

Karol oddzwonił do Anny.

– Jak samopoczucie?  Widzę, że pani dzwoniła.

– Tak, ciekawa jestem czy ugotowałeś zupę według mojego przepisu?

– Właśnie się do tego zabrałem. Dobrze, że pani napisała, aby mięso i jarzyny umyć, ja bym wszystko wsadził bez tego.

– Ha, ha, ha  – skwitowała sąsiadka. Teraz niech się to gotuje powoli co najmniej cztery godziny.

– A ja myślałem, że w przepisie pani się pomyliła.

– Ja rzadko się mylę i przeważnie mam rację – zażartowała Anna.

– A ja coraz częściej mam wręcz odwrotnie.

– O, jakaś depresyjka pana dopadła? Felek nie pomaga?

– On tylko się jedzenia i głasków domaga. Szczególnie o piątej rano.

– Taki już urok niektórych kotów. Ale i tak go lubisz.

– Pewnie, że lubię choć ciągle udowadnia, że jest moim panem.

Barbara ciągle wściekła na Arka zadzwoniła do adwokata, aby załatwić rozwód.

Potem weszła do kuchni i powiedziała:

– Pani Jadwigo, wyrzuciłam kierowniczkę jednego z moich sklepów, nie zechciałaby pani ją zastąpić? Więcej by pani zarobiła ale bez mieszkania u mnie.

– A to nie jest problem, bo moi lokatorzy właśnie się wyprowadzają. Tylko gdzie on się mieści?

– Akurat w pani dzielnicy, nawet blisko domu.

– Kto mnie zastąpi?

– Ta pani protegowana Ukrainka. Widziałam jak sprząta i gotuje więc się nada. Wiem, że pani pracowała w handlu, zrobiłam kiedyś  drobny wywiad. Poza tym ma pani gust, igła i nożyczki nie są pani obce a to  sklep z odzieżą.

– Nigdy tam nie byłam, czy jest miejsce dla krawcowej, która robiłaby przeróbki? Ja się tego nie podejmę, aż taka biegła w szyciu nie jestem.

– Spotkamy się tam i zobaczymy. Ma pani kogoś kto się zechce to robić choć trzy godzinny dziennie?

– Tak, ta kobieta, która przerabiała ubrania po pani mężu dla Karola.

– Dobrze, w sklepie zdecydujemy – powiedziała Barbara. A do końca tygodnia proszę wszystko przekazać i pokazać Olenie żebym nie musiała sobie tym zawracać głowy.

Karol bardzo z siebie zadowolony co pół godziny zaglądał do garnka sprawdzając stan zupy. Po trzech godzinach zadzwonił do Anny.

– A co mam potem zrobić z mięsem? Wyrzucić?

– Broń panie boże! Oskubie pan  wszystkie kości i je wyrzuci. A z mięsa zrobimy pulpety albo krokiety.

– Już się boję, tak skomplikowanie to brzmi – jęknął przerażony początkujący kucharz.

– Pierwsze koty za płoty i nie święci garnki lepią – seniorka pocieszyła ucznia przysłowiami śmiejąc się w duchu.

Jadwiga po przekazaniu Olenie wszystkich obowiązków i zwyczajów pani domu a nawet paru tajemnic zabrała swoje rzeczy z pokoju i zawiozła je do swojego mieszkania. Po auto spod jej domu za dwa dni miał przyjechać Adam.

Nowa kierowniczka postanowiła najpierw iść do powierzonego sobie sklepu jako klientka, aby ocenić lokal, ofertę i personel.

Zanim weszła obejrzała szyby i framugi oceniając ich czystość. Weszła do środka i usłyszała „dzień dobry” a za chwilę: „czy szuka pani czegoś konkretnego i czy mogę pomóc”.

Jadwiga zmieniła się w klientkę wybrzydzaczkę. Nie ten kolor, nie ten fason, za długie, za krótkie, czy pani myśli, że jestem naiwna, żeby wciskać taki drogi szajs i tak dalej. Przymierzyła pięć spódnic, trzy bluzki, dwie kurtki i parę spodni w rezultacie nic nie kupując. Ekspedientka  ciągle z uśmiechem, pod koniec trochę wymuszonym, zajmowała się kobietą.

– Dobrze ją szefowa wyszkoliła – pomyślała Jadwiga. Chyba że jest tu monitoring i nie może inaczej. Spytała jeszcze czy może skorzystać z toalety. Okazało się, że tam wszystko lśni, nie brakuje mydła, papieru toaletowego, ręczników papierowych a nawet jest różowa skrzyneczka.

Po powrocie do domu zadzwoniła do Barbary i umówiła się na wprowadzenie w nowe obowiązki.

Pracownica sklepu miała oczy jak spodki po usłyszeniu, że jej szefową ma być  męcząca klientka.

– Przepraszam, że panią tak przeczołgałam – powiedziała Jadwiga. Zdała pani egzamin na piątkę. Wygląd sklepu także – dodała w stronę właścicielki.

– Spróbowałby nie, prawie codziennie tu jestem i wszystko sprawdzam. Pańskie oko konia tuczy. To teraz zapoznam panią ze sklepową biurokracją. Chodźmy na zaplecze.

Ekspedientka, po ich wyjściu, usiadła z westchnieniem ulgi modląc się, aby choć przez kwadrans nikt nie wszedł do sklepu.

Podróż do siebie

Virginie Grimaldi – Najwyższy czas znów zapalić gwiazdy,  Wydawn. Sonia Draga, Katowice 2022

WSTĘP: „Czy znalazłaś to, czego pojechałaś szukać”?

O autorce:

Virginie Grimaldi urodziła się w 1977 roku w pobliżu Bordeaux. Zaczęła pisać gdy miała 8 lat. Jako dorosła osoba od marca 2009 roku  do 2019 r. prowadziła bloga na którym z humorem opisywała otaczającą ją rzeczywistość.

W 2015  opublikowała swoją pierwszą powieść, a druga (2016 r.) została sprzedana w milionie egzemplarzy. 

Opublikowała pięć powieści, które stały się we Francji bestsellerami.

O książce:

Informacja o autorce podaje, że tworzy ona powieści przypisywane nurtowi chill lit – czyli książki pisane i przeznaczone dla kobiet. Czyżby mężczyznom wstęp do czytania tych pozycji był surowo wzbroniony? No, uwielbiam takie mizoginiczne podziały.

Głównymi bohaterkami „Najwyższego czasu…” są matka i dwie córki.  Anna, 37-latka, samotna,  przez lata pracowała w restauracji, boryka się z trudnościami finansowymi, bo ojciec córek nie dokłada się do budżetu. Rozwiodła się z nim mając ważny powód. On czuje się pokrzywdzony. Sensem jej życia są córki i dbanie o ich dobrostan. Starsza córka Chloe ma siedemnaście lat bardzo chce być kochana, aby to osiągnąć zgadza się spełniać oczekiwania chłopaków. „Zazdroszczę tym którzy nie potrzebują aprobaty innych, żeby lubić siebie”. Bardzo tęskni za ojcem z którym ma kontakt jedynie telefoniczny. „Zmierzam ku dorosłości gubiąc po drodze kamyki niewinności”

Młodsza Lily, dwunastolatka, nie lubi tatusia i nazwała swojego szczurka jego imieniem, bo szczury pierwsze uciekają z tonącego pokładu.

Książka to monolog Anny przeplatany wpisami w pamiętniku Lily i  blogowymi Chloe.

Matka postanawia rzucić przygnębiającą rzeczywistość –  brak pracy, długi,  codzienny kołowrót i uciec z córkami kamperem do Skandynawii mimo że: „Nieznane napawa mnie strachem, brak kontroli paraliżuje.

„Najwyższy czas…” to powieść drogi. W trakcie podróży bohaterki lepiej poznają siebie i dowiadują się jakie są te najbliższe osoby. Bywa różnie, bo w domu przeważnie się mijały albo zamykały w swoich pokojach.

To powieść o samotnym macierzyństwie, męskiej niedojrzałości, o braku pomocy finansowej ze strony państwa, stracie, miłości, samotności w każdym wieku, trudnym dojrzewaniu nastolatek, o borykaniu się z własną nadwrażliwością i innością, ocenianiem, przemocą w domu i w szkole ale i o nadziei, przyjaźni. To hymn na cześć rodziny.

„Człowiek boi się odmienności dlatego ją odrzuca”.

Książka ma też humorystyczne fragmenty, a to Lily nie chce pić wody kupionej w Kolonii, bo to woda kolońska,  nie pozwala usunąć wszy z włosów bo to jest znęcanie się nad zwierzętami a to współuczestnik kamperowej wyprawy walczy z łosiem za pomocą kopniaka. „Śmiech to najlepsze lekarstwo na łzy”.

Na koniec Anna stwierdza: „Myślę, że się udało, że znowu zapaliłyśmy gwiazdy”. „Miłość jest czymś więcej niż świecą, miłość potrafi zapalić gwiazdy”.

Upalne miasto 25

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Anna trochę potłuczona ale przytomna zadzwoniła do Ewy:

– Zrób mi, proszę, zakupy, bo upadłam i boli mnie lewa ręka.

– Ale co się stało? Byłaś u lekarza?

– Opowiem ci jak przyjdziesz. Spis zakupów przesłałam ci sms-em.

– Świetnie, to może też coś z apteki potrzebujesz?

– Masz rację, kup maść na stłuczenia. Bo okłady z liści kapusty jakoś nie pomagają.

Po upływie dwóch godzin Ewa otworzyła drzwi babci swoimi kluczami. Pocałowała Annę w policzek i wypakowała zakupy w kuchni. Zaparzyła herbatę i w ulubionych kubkach z kocim motywem postawiła na stole w pokoju. Na talerzyk wyłożyła andruty posmarowane kajmakiem i dżemem.

Gdy Ewa stojąc smarowała jej rękę Anna opowiedziała w jaki sposób stała się kobietą potłuczoną. Po zabiegu Ewa usiadła i powiedziała wręczając kartkę:

– Dzisiaj klientka przyniosła mi swoje opowiadanie, dość zabawne, poczytaj a ja sprawdzę swoją pocztę mailową.

                     Hrabina  Celina

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest wyłącznie przypadkowe. Bohaterkę stworzyłam na podstawie faktów zaobserwowanych, przeczytanych i zasłyszanych, a więc jest to kompilacja a nie istniejąca osoba.

Pięćdziesięcioletnia kobieta wyszła z szeregówki położonej przy spokojnej uliczce powiatowego miasta. Jak zwykle była ubrana w kusą spódnicę, bo uważała, że swojej piękności nie może żałować napotkanej ludności.  Zapukała do drzwi sąsiadów i zapytała:

– Czy pani mąż mógłby skopać mój ogródek i to jeszcze dzisiaj? Bo ja nie mam siły.

– Tyle razy mówiłam, że nie będziemy niczego dla pani robić bo nie damy się wykorzystywać. Za darmo  dawno umarło! – usłyszała wraz z trzaśnięciem drzwi.

– Nieużytki – mruknęła kobieta.

Idąc uliczką ze złością obrywała kwiatki kwitnących krzewów do momentu gdy skaleczyły ją kolce.

Ssąc rankę skręciła w stronę sklepu. Wzięła koszyk na kółkach i powoli idąc alejkami wkładała do niego produkty.

Gdy zapełniła kosz do sklepu wtoczyło się trzech zawianych osobników. Ani budrysów, ani muszkieterów, ot prowincjonalnych piwem opitych, bezrobotnych menelów. Jeden przewrócił stojak z prasą, drugi nieskoordynowanym ruchem zrzucił kilka butelek z sokami a trzeciemu tak się to spodobało, ze radośnie przejechał ręką po półce z majonezami, flakami i gołąbkami.

Sprzedawczyni zaczęła krzyczeć:

– Co robicie? Zaraz zadzwonię po policję!

– Szefowa kochana, my nic, my tylko po jednym piwku chcielim –   wybełkotał rzadki blondyn. Siwy i łysy tylko bezgłośnie chwiali się przy ladzie.

 Celina korzystając z zamieszania wyjechała ze sklepu wózkiem pełnym towarów zachwycona okazją do niepłacenia.

Bardzo z siebie zadowolona biegła w stronę domu. Przy dużej kępie krzaków stanęła, wyciągnęła z kieszeni cienkie torby na zakupy i przepakowała produkty. Wózek wepchnęła głębiej w gąszcz i spokojnie kontynuowała powrót. Obie ręce miała zajęte więc kwiaty ocalały.

Weszła do domu, w kuchni wyjęła zakupy z siatek i bardzo z siebie zadowolona rozsiadła się zapalając papierosa. Otworzyła puszkę z karmą i zawołała psa. Nie lubiła go ale był pozostałością po rodzicach podobnie jak szeregowy dom z ogródkiem, garażem i nowym drogim autem. Celina nigdy nie zrobiła prawa jazdy, na to była zbyt leniwa. Sprzedała więc auto a garaż wynajęła. Wraz z odziedziczonym kontem w banku miała na tyle pieniędzy, aby pracować tylko na pół etatu i żyć na wysokiej stopie zaspokajając zachcianki polegające na nieustannym dbaniu  siebie, oszczędzaniu na wydatkach i naciąganiu innych.  A i tak skarżyła się, że jest przemęczona i mało zarabia. Korzystała z każdej okazji, aby wykorzystać znajomych a rewanżowała się im kwiatami zerwanymi na publicznym kwietniku lub pod płotem oraz przedmiotami znalezionymi obok śmietnika.

Tym razem postanowiła wysępić obiad i zadzwoniła:

– Ela? Mam dla ciebie ładny kubek w biało-czarny wzór, taki jak lubisz, bardzo chcę się z tobą spotkać i ci go ofiarować. Masz kubki? Ale ten jest wyjątkowy, na pewno ci się spodoba. Acha, jesteś w kawiarni koło ratusza. To ja wsiądę na rower i przyjadę. Poczekaj na mnie.

– Mam nadzieję, że jakoś wymuszę na niej ten obiad – pomyślała. To frajerka przecież.

Opakowała kubek w darmową reklamową gazetkę, włożyła legginsy i krótką bluzkę, której było mniej niż więcej. Wsiadła na rower i popedałowała.

Zatrzymała się przy stoliku pod parasolem gdzie z koleżanką siedział nieznany jej mężczyzna.

– To już jestem. Nie miałam torebki, ha, ha, ha – powiedziała wręczając koleżance drogocenny, we własnym mniemaniu, prezent. Przedstaw mi pana.

– A nie, ja już idę – zerwał się kolega Eli.

– Czy to przeze mnie? – zapytała minoderyjnie Celina.

– Ależ nie, jestem już spóźniony na spotkanie – powiedział.

– Szkoda – stwierdziła Celina stawiając rower w tak, że kierownicą rozdarła sobie bluzkę. Nie miała stanika ale bezstresowo się tylko zaśmiała i usiadła obok koleżanki.

Mężczyzna uciekł w popłochu. Ela rozwijając gazetkę powiedziała:

– To jest ten piękny kubek? Czy ja wyglądam na kretynkę, że takie badziewie mi dajesz? Wstydziłabym się dać komukolwiek podobną skorupę. Zabierz to sobie i zakryj cycki, może tą gazetką – powiedziała, wstała i odeszła.

Celina wzruszyła ramionami, wstała, zabrała ze stolika kubek, kawiarniany wazonik i niewykorzystane saszetki z cukrem. Jak zwykle niczym się nie przejmując odeszła z łupem nie zapominając o  rowerze.

Wracając wstąpiła na spotkanie Klubu Seniora, spóźniając się pół godziny.

– O, już jesteście? – zdziwiła się fałszywie. To ja sobie zrobię kawę. A co teraz robicie? Wianuszki wiosenne? To dla mnie też zróbcie.

– Ale trzeba było przynieść kwiatki i wstążki – powiedziała szefowa klubu.

– Ach, przecież starczy dla mnie  tego co przyniosłyście – beztrosko stwierdziła Celina wlewając wodę do szklanki z kawą.

– Nie starczy! – chórem powiedziały seniorki.

– Och, jakie wy jesteście nieużyte. To ja tylko napiję się kawy. Gdzie jest mój kubek? A czy jest do niej mleczko?

– Nie ma! – ponownie odpowiedział chór.

Usiadła z boku i popijając przeglądała osiedlowe pisemko. Wreszcie zniechęcona wyszła.

– Jej się wydaje, że jest pępkiem świata i wszyscy powinni się nią  zachwycać. Bo liczy się tylko ona, jej korzyść, wygoda i przyjemność. Więc tylko cela byłaby dla niej najlepszym miejscem – powiedziała jedna z pań.

– I to pojedyncza, żeby nie miała kogo dręczyć opowiadaniem o sobie  – dodała druga.

– Na małej misce ryżu dziennie, bez kawy i papierosów – przyłączyła się trzecia.

– I w szczelnym kombinezonie zakrywającym całe ciało, żeby jej nic nie wylatywało – zakończyła czwarta.

Zniesmaczona koleżankami, które nie dały się wykorzystać Celina jechała do domu i tak była zajęta rozpamiętywaniem ludzkiej nieużyteczności i dla niej nieprzydatności, że nie zauważyła pędzącego dużego auta. Nastąpił huk, przeleciała przez ulicę i uderzyła w kamienny murek.

Lekarz pogotowia stwierdził zgon. Na pogrzebie była tylko daleka krewna dziedzicząca dobra ruchome i nieruchome. Sąsiedzi i wszyscy, którzy znali zmarłą odetchnęli z ulgą.