Targi, spotkania, książki i koty

1 grudnia Hala Stulecia (niegdyś Ludowa), Wrocław

Pamięć mam dobrą ale krótką więc w komórce miałam przypominaj ki:

– bank, aby przelać

– Targi Książki – aby m.in. kupić pismo „Książki”

– trafika, aby doładować komórkę

Pojechałam, gdzie musiałam, z bólem konta przelałam, w autobus wsiadłam i pojechałam. Tramwaj też bezbiletowo zaliczyłam. Do Hali się udałam.

Komórka zadziałała, sygnał mi przesłała więc posłusznie do stoiska Agory podeszłam i o pismo „Książki” poprosiłam. Taniej o trzy złote niż w kiosku – ale zaoszczędziłam. Przy okazji zapytałam czy można, u nich,  doładować, komórkę.

– Jeśli ma pani ładowarkę – usłyszałam.

– Ale ja chciałam konto uzupełnić, finansowo.

– A to jeszcze nie. Przed chwilą klient pytał o zapłatę bitcoinem.

– Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziecie mieli obie opcje – zachęciłam ich do rozwoju usług.

– Czy chce pani torbę?

– Bezpłatną?  – upewniłam się.

– Tak, jeśli pani dopiero zaczyna zwiedzanie to się przyda.

Spacerując i oczyma stoiska penetrując, aby znaleźć ciekawe obiekty do sfotografowania, zatrzymałam się przy stoisku wydawnictwa Sowello, bo zwrócił moją uwagę  tytuł „Dlaczego szczęśliwy człowiek nie żeni się z kobietą” Marcina Halskiego. I się zaczęło, bo autor był na miejscu, w mikołajowej czapce a w brodę miał wpięte małe bombki choinkowe. Posiadał też poczucie humoru oraz kontaktowość, więc namówił mnie do zakupu. Zapłaciłam, książkę do torby schowałam.

– Ale może zdjęcie z autorem? To ja pani torbę potrzymam – zaproponował inny facet.

– Ale nie ucieknie pan? – upewniłam się.

Ustawiam się do foto, autor bierze książkę ze stoiska, ja ją trzymam, pozujemy, obsługa pstryka. Ja chowam książkę do torby. TAK! Tę drugą. Ale autor był bystry i odebrał.

– Nie udało się – mówię do wszystkich. I w śmiech, oni też.

Autor podzielił się wspomnieniem:

– Na moje spotkanie autorskie przyszły same kobiety. Pomyślałem sobie – po mnie czy do mnie?

– Bo kobiety więcej czytają – powiedziała jedna ze stoiskowych pań.

– Panowie wolą kupować (moje doświadczenie z prowadzonego przez wiele lat w dwu w bibliotekach , kiermaszu tanich książek) – uzupełniłam.

Przesuwam się dalej penetrując otoczenie, z wyczuleniem na darmowe gadżety. Trąca mnie niski puszysty:

– Dzień dobry pani Ireno.

Może i dobry ale kto to jest? Ach, to czytelnik biblioteki w której pracowałam, wtedy młody i bez długiej, jak teraz, brody.

Idę dalej i znosi mnie na stoisko ZLP gdzie stoi znajoma poetka zajmująca się też zbieraniem ziół na terenie Doliny Baryczy,  wytwarzaniem herbatek, kremów i maści z  ziołową zawartością.

W  trakcie obchodu fotografowałam głównie książkowe koty, u niej także. Ale miała też swoje pozaliterackie dzieła i nabyłam sól (bez jodu) mieszaną z ziołami, tworzącą w słoiczku kolorowe paski.

Na innym stoisku zatrzymała mnie zielona okładka z napisem HORACY. Pomyślałam: „O, nowe tłumaczenie Horacego ktoś zrobił”. Podchodzę i sięgam po zakładkę. A młody autor mówi, że pracował nad tą książką półtorej roku. I jeszcze coś o treści ale nie słuchałam tylko zapytałam: a trup jest? Nie ma – odpowiedział zaskoczony.  To nie kupię – odparłam i poszłam sobie. Pewnie nie zrozumiał czym zniechęca ewentualnych nabywców.

Podsłuchane gdzie indziej:

– Będziecie tu do niedzieli?

– Tak, ale to stracony dzień, nikogo nie będzie.

Zrozumiałam, że znowu jakiś mecz kopacze rozegrają.

W holu natknęłam się na stoisko z kolażami – zrobiłam zdjęcia dwóch z motywem kota.

Nie byłam jak Witia z „Samych Swoich” i nie pojechałam do domu na kocie tylko tramwajem.

Komórkę też doładowałam.

Zdjęcia z tej wyprawy są na moim profilu na facebooku, tu z autorem w.w. książki.

Tytuły moich opowiadań i ich pierwsze zdania

Zadzwoniła do mnie dzisiaj koleżanka z którą byłam internowana w Gołdapi z różnymi wiadomościami a przy okazji powiedziała, że delektuje się moją książką. Bo przy pierwszym czytaniu zwracała uwagę tylko na fabułę a teraz na szczegóły. Jedna z recenzentek napisała, że w książce mej bawię się konwencjami i językiem. I to właśnie koleżankę zachwyca. Autorzy lubią mieć pogłaskane ego 🙂

Podobno pierwsze zdanie książki/opowiadania jest bardzo ważne, bo albo zachęca czytelnika lub wręcz odwrotnie. Oto tytuły 20 opowiadań z jakich składa się moja książka „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”  oraz ich pierwsze zdania. Założyłam sobie z góry, że tytuły będą słowami sugerującymi, że ktoś zginął.

Rąbnięta rocznikiem „Był sobie piękny letni dzień”.

– Zwłoki w Parku Szczytnickim „- Drugą pracę też zaczęłaś latem? – zapytała Ewa”.

– Śmiertelny duet przy Szewskiej „Druga połowa XX wieku, lata 80-te”.

– Ciało wystrzyżone „Budynek Imperium wyglądał jak kupa mimochodem upuszczona, w środku miasta przez dinozaura”.

– Topielec przy Galla Anonima „Był lipcowy wieczór 1997 roku we Wrocławiu”.

– Kościotrup pamiętający Breslau „ Trup leżał w Sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 45 przy ulicy Rafała Krajewskiego na Sępolnie”.

– Zimny trup obok liceum „Czy pamiętasz zimę na przełomie lat 2009 i 2010?”.

– Zeszła w kanciapie „Pewnego popołudnia oglądałam „Telewizyjny Klub Seniora”.

– Denni denaci „Ta sobota była pełna słońca a lekki wiaterek rozpędzał uliczne wonie”.

– Ofiara w ogrodzie „ Ewa wielokrotnie namawiała mnie na obejrzenie jej działki.”

– Poległa pod lampą „Jak każdego wieczoru, bocznymi drzwiami do biblioteki, weszła sprzątaczka”.

– Otruci w pociągu „Wyszłam z windy wrocławskiego mrówkowca na szóstym piętrze nucąc „Wsiąść do pociągu…”.

– Morderstwo w muzeum „O godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć zadzwonił mój telefon stacjonarny”.

– Uduszona w piwnicy „Lato 2013roku było jakieś szare”.

– Parada wisielców  „W małym kinie nikt już dzisiaj nie gra na pianinie, nie ma już seansów w małym kinie”.

– Zmasakrowani w lochu „Obie z Ewą byłyśmy obrazem nędzy i rozpaczy czyli homo ledwo sapiens”.

– Zabójcza miłość, czyli co się przydarzyło pani M.? „Klatka schodowa przy ulicy Hercena 13 we Wrocławiu budziła jednocześnie podziw i zgrozę”.

– Konkursowa śmierć „Zebranie zespołu redakcyjnego „Dziennika Dolnośląskiego” wyznaczono na poniedziałkowe południe”.

– Zbrodnia na Psich Budach „Fasady kamieniczek stojących przy staromiejskiej uliczce zacierały się w zapadającym zmroku”.

– Spici w krzakach „ Misia nie żyje – powiedziałam setny raz tego dnia”.

A wszystko to bo…

We wtorek przed tłustym czwartkiem niechcący strąciłam z łazienkowej półeczki lusterko. Spadło na klapę sedesu i rozprysło się w drebiezgi lokując je w różnych miejscach pomieszczenia. Może by się tak nie stało gdyby wytwórca nie przykleił okrągłej tafli do plastikowej obudowy bardzo oszczędnie serwując paseczek kleju na gorąco. Niby nie jestem przesądna ale w czwartek Putler napadł na Ukrainę. I mało mnie obchodzi, że miał ciężkie dzieciństwo, ojczym go bił a dzieci w szkołach wyśmiewały. To psychopata, którego należy zamknąć w psychuszce.

No i mamy trzy plagi: PiS, pandemia i Putin. Za duży wiatr na naszą wełnę.

W ramach pomocy uciekinierom m.in. kupiłam w pierogarni pół kilo pielmieni. Włożyłam do lodówki, aby zjeść następnego dnia. Nastawiona na ucztę wyciągnęłam plastikowy pojemnik i zaczęłam wyciągać pierożki. ANI JEDEN nie dał się wyjąć w całości! Czy ciasto było zbyt miękkie, czy powinny być obficiej posypane mąką, czy za długo stały w ciepłym pomieszczeniu – nie wiem. W każdym razie zrobiłam szybkie ciasto pierogowe, poporcjowaną  rozpadająco-klejącą się masę nadzieniowo-ciastową umieściłam w swoim cieście robiąc sakiewki. Gotować je trzeba było odpowiednio dłużej. Jak na moje wymagania miały za dużo czosnku i jego absmak czułam w ustach jeszcze przez trzy dni.

Miałam trochę oddechu od tych „ sukcesów” gdy w piątek bardzo zaswędziało mnie lewe przedramię. Podrapałam się dość mocno no i Z tego wykluło się paskudne uczulenie. Bolące i okropnie swędzące. Próbowałam je „załatwić” odmownie dwiema maściami ale bez skutku. Okazało się, że minął termin ich przydatności. Potem próbowałam ratować sytuację traktując czerwono – różowe plamy wodą utlenioną, argolem, tonikiem kosmetycznym, maścią z wit. A, oxycortem w aerosolu. Uczulenie pokazywało mi figę. Bez maku. Zastanawiałam się nad pastą do zębów, sodą oczyszczoną, kisielem, budyniem, okładami ze świeżych  owoców i jarzyn.  Na szczęście nie byłam aż w takiej desperacji, aby dojść do pasty do butów.

Poszperałam na półce z medykamentami i znalazłam żel foxill. Od razu przetłumaczyłam to jako: chory lis. Zachęcające to nie było. Okazało się, że mam też trzy tabletki musującego wapna. Zastosowałam a i tak przez swędzenie pół nocy z niedzieli na poniedziałek nie przespałam. Stosuję z marnym skutkiem.

W Internecie znalazłam informację, że dermatolog u której byłam już parę razy przyjmuje w poniedziałki. Zadowolona wielce tam pojechałam, aby dowiedzieć się, że: a) w poniedziałki pani dr nie przyjmuje b) potrzebuję nowego skierowania, bo byłam tam cztery lata temu a nowe trzeba mieć co 2 lata. I tu już miałam dosyć więc wyciągnęłam broń silnego rażenia w postaci legitymacji osoby represjonowanej, dzięki której mam pierwszeństwo w dostępie do lekarzy. I żeby nie było wątpliwości oraz zazdrości: nie zawsze to działa. Bo wizyty u lekarza rehabilitanta i rehabilitacji na NFZ mi to nie załatwiło. Bo nie! Wicie, rozumicie! Nie rozumicie? Wasz, czyli pacjenta, problem.

Następnego dnia u dermatolożki. Zadaje mi pytanie:

 – Z czym pani do mnie przychodzi?

No przecież nie z kopą jajek czy półtuszą świniaka.

Pokazuję uczulenie i mówię, że bardzo swędzi.

– A co pani podejrzewa jako powód

– No, wojnę może – próbuję serwować czarny humor.

– A to wszyscy tak mamy.

– To może chińską zupkę.

– A kiedyś już tak się zdarzyło?

– Nie, nigdy.

Rzadko w ogóle jadam ten fast food ale skoro wirus z Chin to może i zupka jest  wirusowato –  bakteryjno –  uczulająca? Kto wie?

– A może mnie coś w tych (pięciu) miejscach ugryzło  a ja nie zauważyłam? – dzielę się przypuszczeniem.

– Może.

Doceniam lapidarność, bo nie lubię słowotoku.

Zapisano mi maść (nawet niedrogą) na e-receptę, przekazano sposób stosowania, poinformowano, że jeśli po 2 tygodniach stan się nie poprawi mam się zgłosić osobiście lub na teleporadę. I zapytano czy mam  jeszcze jakąś sprawę. Zrozumiałam, że koniec kontaktu, który przebiegł na zasadzie „Załatw sprawę i żegnaj”. Nie wiem czy trwało to pięć minut. Akurat nie należę do osób dla których każda okazja jest dobra, aby zamęczać wszystkich wokół swoim życiorysem ze szczególnym uwzględnieniem chorób i nieszczęść. Wrogów zaś załatwiam w swoich opowiadaniach :). Odniosłam jednak wrażenie, że pani dr brzydzi się swoich pacjentów dlatego ogranicza czas wizyty. Najbardziej lubi teleporady?

Wasza pogryziona i podrapana Irena – Alodia

p.s. na zdjęciu moja kotka Misia (na kocyku a nie na gałęzi 🙂 )

Nieproszeni goście i tego skutki, czyli esbeków trzech

Tekst ten został wyróżniony w konkursie Instytutu Literatury pt. „Pokolenie Solidarności”.

***********************************************************

        „Nieproszeni goście i tego skutki, czyli esbeków trzech”

Mały pokój sublokatorski na poddaszu, wrocławskie Zalesie.

Wolna sobota 9 stycznia 1982 roku po godzinie 10-tej rano. Jestem jeszcze w piżamie. Na stole stoi kubek z kakao rozpuszczalnym otrzymanym w świątecznej paczce od brata z USA.

– Puk, puk – otwieram drzwi i widzę trzech mężczyzn.

– Irena Brojek? – pytają

– Tak – potwierdzam

– Jesteśmy z … (nie usłyszałam), zrobimy u pani przeszukanie.

Odsunęłam się, weszli. Szukali i szukali. Znaleźli kilka dolarów, książkę o I zjeździe „S”. Zaglądali do szafy, pojemnika na pościel tapczanika, pod matę ścienną, chodniki. Nie zajrzeli do siatki na zakupy, w której były brudne rzeczy do prania i prasa podziemna. Miałam z nimi iść do ciotki.

– Pójdzie pani z nami.

Wyszli na półpiętro. Dowódcę, silnej grupy zapytałam czy mam wziąć materiały opatrunkowe bo spodziewam się okresu.

– Nie, nie, trzeba. Złoży pani tylko zeznania.

I tak wzięłam.

Ubierałam się trzęsącymi rękoma trochę. Zaskoczyli mnie bardzo, byłam pewna, że się mną nie interesują.

Zeszliśmy na dół, przed domem stał duży fiat. Powiedziałam, że jestem umówiona z ciotką, która na mnie czeka i zapytałam czy możemy do niej wstąpić? Zgodzili się. Po drodze rozmawiam z jednym z nich o dzielnicy w której ciotka mieszka. Kiedyś tu mieszkał i pamięta, że na skwerku stoi duży kamień.

Weszłam do ciotki, powiedziałam co się dzieje, dostałam czekoladę, podałam jej adres koleżanki z Komisji Zakładowej, aby ją uprzedziła.  

Schodzę, na półpiętrze stoi funkcjonariusz. Zapewne pilnuje, żebym nie uciekła.

Jedziemy na Podwale, wchodząc do budynku dowódca grupki mówi: „ta pani jest ze mną”. Jakbym była jego krewną czy znajomą.

Zaprowadził mnie do pokoju przesłuchań i zaczęło się.

– Gdzie są dokumenty Komisji Zakładowej „S” przy Szkole Inspekcji Pracy CRZZ im. Wilhelma Piecka we Wrocławiu?

– Oddałam dyrektorowi.

– Nieprawda. Pokazują mi paczkę z makulaturą jaką dałam zamiast dokumentów.

– Spaliłam je.

– W jaki sposób?

– Na dużej popielniczce.

Oprócz głównego przesłuchującego byli też inni, wchodzili, włączali się w przesłuchanie lub nie.

Nie kontynuowano tematu palenia.

Wszystko co mówiłam przesłuchujący pisał na maszynie. Niezdarnie mu szło, a ja skończyłam kurs maszynopisania więc zaproponowałam, że będę pisać. Nie zgodził się.

Może nawet obraził? A byłoby szybciej. Na początku byłam zdenerwowana, potem już tylko znudzona i zmęczona. Stąd ta propozycja.

Po dłuższym czasie (pytali, pisał powoli, pytali…) wyszli. Zostałam tylko z jednym. Wstałam, podeszłam do okna. Popatrzyłam na Podwale, fosę i ulicę Świdnicką i tak przez głowę mi mignęło: „kiedy znowu  przejdę się ta ulicą?”.

Wrócili, pytali: kto bywał  w szkole z Zarządu Regionu „S”, a skąd te znajomości, a czy znam – tu nazwisko. Nie, nie znam. A czy wiem, ze jeden z kolegów się z nim kontaktował. Nie, nie wiem. Skąd mieliśmy „bibułę” do rozprowadzania? Bibułę? Nic o tym nie wiem. Kto najczęściej bywał w bibliotece szkoły (tam cały czas pracowałam)? Podałam nazwiska dyrektora i dwóch „czerwonych” pracowników.

Przesłuchujący straszył mnie, że dostanę pięć lat za fałszywe zeznania. Około siódmej wieczorem odprowadził mnie do aresztu mówiąc, że idę tam, gdzie sobie zasłużyłam.

Prowadzający mnie do celi strażnik zapytał czy wzięli mnie z domu. Chciał zarobić przekazując wiadomość ode mnie czy przekazać adres esbecji?

W celi dwie starsze ode mnie panie „spekulantki”.

Podium do spania. Muszla klozetowa, bez klapy, zarośnięta brudem pewnie jeszcze sprzed II wojny. Stół. Miska. Brak kranu. Zabrano mi sznurowadła, torebkę i torbę ze środkami opatrunkowymi.

Starsza z kobiet w nocy miała atak bólu wątroby. Strażnik nie reagował na prośbę o leki.

Druga – trochę mnie wypytywała. Obie czekały na rozprawę.

W niedzielę strażnik pozwolił mi pójść na spacer. Spacernik jak studnia, wokół wysokie mury na nich rozciągnięty drut kolczasty. Ołowiane niebo.

Jedzenie w postaci pół bochenka chleba, na nim położona kupka margaryny. Noża nie dano. Na obiad breja – nie jem.

Gdy biorę wodę z umywalni naprzeciw celi gruby strażnik pyta skąd ja jestem. Mówię, że z „Solidarności”. „A to najwyżej internują panią” – pocieszył.

Mimo to noc z soboty na niedzielę miałam bardzo ciężką. Nie spałam. Nad ranem pogodziłam się z ewentualnym wyrokiem 5 lat i pomyślałam: no to najwyżej poprowadzę bibliotekę więzienną.

Poniedziałek – znowu przesłuchanie. Przesłuchujący esbek częstuje mnie herbatą, podkreślając, że to jego prywatna. Hojny i bezinteresowny taki. A odciski palców to tak przy okazji.

Pytania z soboty powtarzają się. Wreszcie stracił cierpliwość i zapytał o kolegę, którego internowali już 31 grudnia zabierając z pracy (Szkoły Inspekcji Pracy).

Co o nim mogę powiedzieć? Nic właściwie. Gadatliwa nigdy nie byłam. W końcu odmawiam odpowiedzi na ten temat. Nie żebym miała co opowiadać. Stwierdził, że ta odmowa to już jest coś. Ale zyskał!

Pokazują mi dokumenty naszej KZ „S” znalezione już w piątek u koleżanki z KZ. Kazałam je sobie pokazać, żeby zobaczyć czy to na pewno nasze. Przeczytano mi fragmenty zeznań tej koleżanki, która powiedziała, że ode mnie dostawała „bibułę”. Upieram się, że to kłamstwo.

Bardzo chcą obciążyć kolegę (jego ojciec i stryj byli w AK, co odsiedzieli). Na pewno na ich upór miały wpływ żarty niektórych pracowników szkoły, ze założą partyzantkę szczytnicką (szkoła mieści się w Parku Szczytnickim) z siedzibą w dziupli dużego drzewa stojącego obok budynku. Któryś z nich to doniósł jako dowód na przestępczą działalność.

Esbek namawia mnie, żebym nie brała wszystkiego na siebie, sugeruje, że kolega mną sterował. Akurat było odwrotnie ale się tym nie pochwaliłam. Skromna jestem albowiem.

Na koniec, bardzo zirytowany, stwierdził (ewidentnie chcąc mnie obrazić), ze nie rozumie kto mnie wybrał na przewodniczącą KZ „S” i albo jestem taka głupia, albo tak dobrze udaję. Ale mi walnął komplement i poprawił nastrój.

Po kilku godzinach idę na „dołek”, gruby strażnik pozwala mi wziąć prysznic, nawet przymyka drzwi, abym się nie krępowała.  Mydła i ręcznika nie dostałam.

Niedługo potem wywołują mnie. Dostaję adres od starszej z pań, aby zawiadomić jej rodzinę.

Nie zrobię tego bo przewożą mnie do więzienia przy ul. Kleczkowskiej.

Na zakończenie prawdziwa anegdota:

Gdy na początku kwietnia, przed Wielkanocą wróciłam do domu,  po internowaniu w Gołdapi, rozmawiałam z kobietą mieszkającą  na parterze domu gdzie wynajmowałam pokój. To ona otworzyła drzwi esbekom 9 stycznia.

Miałam do niej lekką pretensję:

– Pani Krysiu, czy widziała pani, żeby kiedyś do mnie przychodziło aż  trzech facetów na raz?

– A bo my pędziliśmy wódkę, śmierdziało w całym domu i ucieszyłam się, że to nie po mnie przyszli.

Jak dobrze mieć sąsiada.

Życzenia

Wam, Polsce i sobie życzę WOLNOŚCI od złych rządów zarówno świeckich jak i kościelnych.

A w ramach przykładu zwycięskiej walki dobra ze złem dzisiejszy wpis Mariusza Szczygła na facebooku:

Zamawiam taksówkę. Dzwoni kierowca: „Czy mogę być z psem?”.
„A jakie imię?” – pytam.
„Dariusz” – słyszę odpowiedź.
„Pies Dariusz?”.
„Nie, to ja, a pies – Leila”.
„A da się Leila pogłaskać?”.
„Oczywiście”.
„To jadę”.
W samochodzie combi okazuje się, że Leila jeździ z tyłu za siedzeniami,
w części towarowej.
„Bo, panie Mariuszu, ona jest ze schroniska. Sąd ją odebrał okropnej właścicielce,
lepiej nie wchodzić w szczegóły. Dlatego chyba nie akceptuje kobiet.
Zostawiam ją z żoną i ona zmusza ją, żeby do mnie dzwoniła”.
„Jak to zmusza?”.
„Zauważyła, że kiedy dzwonię na komórkę, to szybko potem jestem w domu.
I rzeczywiście najczęściej mówię: już zjeżdżam. Usłyszała mój głos przez telefon
i uważa, że on zapewnia moją obecność. Zaczęła więc przynosić żonie komórkę,
kiedy mnie długo nie ma. Ewidentnie chce, żeby żona zadzwoniła czyli zapewniła
moją obecność. Nie ma ten pies serca do żony. Skoro tak tęskni,
postanowiłem ją wozić jako pasażerkę. I jeździ już tak dwa lata.
Oczywiście zawsze pytam, czy mogę podjechać z psem.
Może pan ją głaskać do woli”.

ZAWROTY GŁOWY – czyli czekaj pacjencie i/lub opróżnij portfel

28.07

Ja to mam szczęście – takie bardziej zezowate. Pewnego prawie ślicznego poranka wstając o mało się nie przewróciłam. Gdy się to powtarzało powiedziałam o tym mojej koleżance lekarce. Zapisała mi betaserc. Po jakimś czasie zapytała czy pomaga ale nie zauważyłam poprawy. No to czas na badania. Neurolog, laryngolog, okulista (dno oka). Laryngologiem jest koleżanka, do okulisty chodzę regularnie co pół roku. Do neurologa dostać się na fundusz – bardzo odległe terminy. Postanowiłam to przeskoczyć i pójść prywatnie, 140 złotych nie majątek. Ja w poczekalni, godzina przyjęcia minęła, komu mogę dać w mordę? Najwyżej sobie. W końcu, po odpytywaniu i badaniu neurolożka dała mi receptę na betaserc i neurovit oraz skierowanie na usg tętnic dogłowowych, rezonans magnetyczny i rtg kręgosłupa szyjnego. Bardzo śmiesznie było gdy okazało się, że jak idziesz prywatnie do lekarza to musisz za wszystkie badania płacić z własnej kieszeni – pani dr mnie o tym nie uprzedziła a powinna była. Na szczęście od koleżanki dostałam nfz-owe skierowanie na rezonans. Obdzwoniłam pół miasta, wreszcie znalazłam miejsce ale termin ponad miesiąc. Dobrze, że nie rok. No, ciśnie się PRL-owskie powiedzenie: Popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem.

W Internecie przeczytałam, że usg szyi kosztuje 150,- i można to zrobić na moim osiedlu. Zdecydowałam się, bo na nfz terminy nieludzkie. Ale że czas urlopowy to wiadomo – i tu czekać trzeba miesiąc.

 Wtorek W poczekalni prawie godzinę a tu gorąco i duszno. Badanie wykazało, że nie mam miażdżycy. I słusznie bo i po co? Domniemanie pani dr – wina kręgosłupa. Masażysta powinien się skupić na odcinku szyjnym. Powiem mu, bo co tydzień, od dawna,  masuje mi plecy. A gdybym nie brała tych masaży tak regularnie to pewnie w ogóle nie mogłabym wstać z łóżka. No i sama też chyba powinnam sobie gimnastykować tę część. Internecie na pomoc! A tam co strona to inne ćwiczenia.

Środa – wizyta u neurologa na fundusz. Znów czekanie, wyznaczona godzina minęła, przede mną dwie pacjentki. Upał, maseczka na pysku cała już mokra. Następna neurolożka po wysłuchaniu i przeczytaniu tego co napisała poprzednia wystawiła skierowanie na rtg szyi i na rehabilitację. Szczęście jest połowiczne, bo rtg mogę tam zrobić za dwa dni a na rehabilitację zapisują (trzeba zostawić skierowanie) dopiero na następny rok. Już nie zapytałam na jaki miesiąc.

Piątek – Zarejestrowałam się do neurologa, bo mam się zgłosić z wynikami badań,na wrzesień. Kilkuosobowa kolejka do rentgena, dobrze, że mogłam usiąść. Sporo młodych ludzi. Kontaktową pielęgniarkę zapytałam czy mam zmiany, wykrętnie stwierdziła (ulubiona fraza pracowników służby zdrowia), że w tym wieku… Na co ja, że SKS. Płytkę dają od razu, klisz analogowych nie robią, opis we wtorek.

Opis odebrany, za 3 dni telefon od koleżanki lekarki. Czytam jej opis rtg szyi.

– O, to masz osteoporozę, postaraj się o skierowanie, nie wiem kto to leczy, reumatolog czy neurolog. W przychodni będą wiedzieć.

Wiedzieli – jest specjalistyczna przychodnia, jedyna we Wrocławiu. Nawet na moim osiedlu. Termin na nfz. – maj 2022 roku. Prywatna wizyta 220,- zł.

Na tydzień przed rezonansem należy zrobić badanie na zawartość kreatyniny. Od pielęgniarki dowiedziałam się po co – czy rezonans będzie z kontrastem, czy bez.. Wampir jest w przychodni na osiedlu, wybrałam się w poniedziałek 9-tego. Wynik miał być na wtorek. W środę nie było. I nadal nie ma komu dać w mordę, a chciałoby się, ręce swędzą.

Piątek 13-tego

Idę odebrać wynik, nadal nie ma. Rejestratorka sprawdza w komputerze – brak.  Dzwoni do wykonawcy – po dość długiej rozmowie okazuje się, że wysłano go do przychodni skąd dostałam skierowanie a nie tam gdzie wykonano badanie. To dlaczego w środę tego nie ustalono? Dobrze, że obie przychodnie są na moim osiedlu.

Poniedziałek

Z duszą na ramieniu pojechałam sama na rezonans magnetyczny głowy do szpitala. Obawiamy się bowiem nieznanego. Zalecono mi wziąć ciepłą odzież bo będzie zimno. Wzięłam sweterkową narzutkę i dużą ciepłą chustę. I jeśli mam klaustrofobię lek uspakajający. Oraz nie za dużą ilość osób towarzyszących. I nie jeść 3 godziny przed badaniem. Nie wolno mieć w sobie niczego metalowego, najwyżej stalowe nerwy. Na miejscu musiałam wypełnić 3 formularze. Pielęgniarz orzekł, że nie muszę się dodatkowo okrywać. Nie miał racji – zmarzłam. Dał zatyczki do uszu – słusznie, bo maszyna warczy, burczy, charczy, stuka, fuka, puka, świszczy, piszczy i łomoce. Mimo zatyczek wszystko słyszałam. Leży się na łożu wsuwanym pod kopułę z unieruchomioną głową, z hełmem na niej, dobrze choć, że z okienkami na górze. Najgorsze jest to, że nie wolno się poruszyć przez 20 minut. W razie czegoś niedobrego jest możliwość naciśnięcia gumowej gruszki/jaja. Dla mnie było to okropne doświadczenie. Czułam się jakbym była w kabinie prymitywnego radzieckiego statku kosmicznego lecącego w niepewną dal. Czyli jak biedna psica Łajka.  Dla niej była to podróż w jedną stronę.

Powiedziałam po wszystkim: to cud, ze przeżyłam. Zastosowałam w czasie leżenia metodę opowiadania sobie filmów jakie kilkakrotnie widziałam ale i tak ze stresu rozbolała mnie głowa. Dostałam zapis badania na płytce. Wydruk wyjątkowo szybko – sms we wtorek, odbiór w środę. Nie wiem czy to dobra, czy zła nowina.

Na zdjęciu krasnal wsadzający pacjenta do „pieca” tomografu.

Szczepienie i inne przypadki

                       O pandemii nie tylko wirusa    

Covid19 daje całej ziemi popalić choć różni płaskoziemcy w niego nie wierzą. I nie chcą się szczepić. A jeśli się zarażą to chcą, aby inni też byli chorzy. Obostrzeń rzadko kto przestrzega, szczególnie w kościołach, w jednym nawet wirtualnie dodano ławki, aby na nagraniu udowodnić, że są tam przepisowe odległości między wiernymi. Czego to ludzie nie wymyślą, aby taca nie była pusta.

Ja zdecydowałam się chociaż pamiętam jak w liceum zemdlałam w toalecie po jakimś szczepieniu. Zrobiło mi się niedobrze, poszłam do wc i obudziłam się na podłodze słysząc szum wody w rezerwuarach. A potem była lekcja języka rosyjskiego na której była klasówka z „Oniegina”. Coś napisałam. Tak więc lekką obawę miałam.

Na początku roku próbowałam zgłosić się internetowo to wyświetliła się głupia odpowiedź, że już otrzymałam termin. Po jakimś czasie zadzwoniłam na infolinię i też było świetnie, bo automat trzymał mnie przy telefonie i trzymał, potem powiedział, że czekają 4 osoby a za chwilę, że 50 i się wyłączył. Po jakimś czasie udało mi się zgłosić internetowo i czekałam, czekałam, czekałam. Kolejny automat zadzwonili do mnie 24 marca wyznaczając wizytę na 27 kwietnia, na godz. 13,10 w małej  przychodni. Sprawdziłam w Internecie – to wprawdzie na sąsiednim osiedlu ale dość daleko. Trzeba dojść do autobusu, podjechać 3 przystanki i znowu iść spory kawałek. A przecież niedaleko mojego domu jest duża przychodnia. Chciałam być cwana, w ząbek czesana, więc poszłam tam zapytać czy szczepią? .

– Owszem ale dlaczego w odpowiednim czasie nie stałam od świtu w kolejce i nie zapisałam się do nich na szczepienie? – zadano mi pytanie.

– Bo nie chciałam się w tym tłumie zarazić – rezolutnie odpowiedziałam.

Co nie pomogło, bo twierdzą, że mają odległe terminy, więc mam się trzymać tego co mi oferowano. Może to i lepiej. Byłam umówiona ze znajomą, że w razie gorszego  samopoczucia  mam dać znać i zaraz przyjedzie po mnie taksówką. Pokazałam jej w domu gdzie co mam, szczególnie testament, klucze od dawna jej przekazane, na wypadek wylądowania w szpitalu lub gorszego wypadku.

Dwa dni przed terminem, przewidując Armagedon samopoczuciowy, zapakowałam w dużą torbę rzeczy potrzebnych w szpitalu, opisałam poszczególne rzeczy – np. ładowarki, bankowe zlecenia, podlewanie kwiatka, książki do przekazania pewnej bibliotece, zniosłam wyprane rzeczy ze strychu, wywietrzyłam mieszkanie i niespokojna wyszła. Niespokojna z dwóch powodów.

Pierwszy – niewiadome skutki szczepienia. Drugi – w poniedziałek nalot na mnie, za pomocą telefonu stacjonarnego, pary oszustów. Pierwszą była uprzejma kobieta informująca, że mają dwa listy do mnie skierowane (z banku i zus-u) bez numeru bramy i mieszkania. Zdziwiło mnie to, zapytałam skąd dzwoni – z poczty głównej, a skąd ma numer telefonu – znaleźli mnie po nazwisku. Podałam, podziękowała mówiąc, że obie przesyłki będą we wtorek w mojej skrzynce. Ale prawie natychmiast zadzwonił do mnie mężczyzna mówiąc, że jest policjantem, że przed chwilą dzwonił ktoś do mnie z poczty, że śledzą mnie dwaj mężczyźni, że włamano się na moje konto bankowe , że tam dwie kobiety są w zmowie i żebym wzięła kartkę i długopis. Mówił dużo i głośno – tak pod stetryczałego, przygłuchego i przymulonego seniora.

Zapytałam: ale po co (ten długopis i kartka)? A on się rozłączył.

No, bardzo mnie rozczarował, bo oczywiście zorientowałam się, że to naciągacz i chciałam go podpuścić, aby bardziej się odkrył. Nie wiem co go spłoszyło. Bo przecież nie widział mojej miny. Nie wiedziałam, że odmowa wzięcia przyborów do pisania tak zniechęca przestępców. Całe życie się uczę.

Zadzwoniłam do banku – na moim koncie wszystko w porządku.

Na wszelki wypadek poprosiłam sąsiada, aby w czasie mojej nieobecności szczepiennej nasłuchiwał czy pod drzwiami coś złego się nie dzieje, przypadkiem. Nasłuchiwał, niczego nie usłyszał. Sąsiedzi też mają telefon stacjonarny i oszuści próbowali ich kiedyś naciągnąć – nie dali się.

Tych obiecanych listów w skrzynce nie było co mnie nie zdziwiło..

Do małej przychodni wchodzi się od podwórka, więc musiałam okrążyć budynek. Zalecane jest posiadanie przy sobie dowodu osobistego ale nikt go nie sprawdzał. Pod leżanką w gabinecie EKG karton z napisem: Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych. Nie zajrzałam, nie sprawdziłam co tam jest. Jakoś mało ciekawska jestem.

Akcja szczepienie odbyło się typowo: wypełnienie ankiety, (z refleksją: dlaczego to biurko takie miękkie – bo to przewijak :D) otrzymanie ulotki, czekanie (ja wyjątkowo długo w porównaniu z innymi), szczepienie Pfizerem (Johnsona, którego się podaje tylko raz akurat wczoraj mieli, mój diabeł – stróż pilnuje, aby mi nie było za dobrze albo mają tylko dla swoich), 15 minut w poczekalni i do domu. 99% pacjentów, którzy tam przyszli to seniorzy, którzy, tak jak ja, powinni byli już dawno być zaszczepieni. A do takich ledwo poruszających się powinna jeździć osobna ekipa.

Wtorek wieczorem – ręka trochę mnie boli i swędzi. Środa – ramię boli ale nie muszę brać środka przeciwbólowego. Koleżanka, w moim wieku, po drugiej dawce przez 3 dni miała silne objawy grypy – i tego się boję. Następna dawka 1 czerwca.

Jakiś czas temu znajoma ze stolicy napisała, że będzie się szczepić na Stadionie Narodowym gdzie pomagają młodzi żołnierze. Zapytałam czy się cieszy. Odpowiedziała, że tak. No to dopytałam czy ze względu na młodziaków. Oczywiście – odpowiedziała. Po szczepieniu zapytałam i jak tam ci pomocnicy? Mniam, mniam – odpisała. I lekarz też bardzo, bardzo – dodała. Nie ma to jak zabawne anegdoty na niezabawne czasy.

Dzień seniora

Wyczytałam niedawno w Internecie, że Wrocławskie Centrum Seniora organizuje konkurs na najładniej ozdobiony parasol i najoryginalniejszą/najładniejszą maseczkę z tym, że nie musi być praktyczna. W to mi graj jeśli nie musi, bo praktycznych to uszyłam sobie kilkanaście.

Tę na konkurs wykonałam z płytki CD z filmem „Kopciuszek”, owinęłam ją kawałkiem firanki oraz dodałam dwa sznureczki. Zdjęcie zrobiłam i wysłałam pisząc, że to maseczka recyklingowo – ekologiczna, bo Kopciuszek biedna była. A, jak to często bywa, książę okazał się żebrakiem.

No i dostałam w czwartek telefon, że maseczka otrzymała wyróżnienie w konkursie. Ktoś się wykazał poczuciem humoru. 🙂 Zaproszono mnie na plac Wolności przed NFM na godz. 9,45 co dla mnie było nie do przeskoczenia, bo wstaję przeważnie o godz. 9. Ale nastawiłam budzik oraz komórkę i udało mi się zwlec o 8,30. Zdążyłam się więc umyć się, napić herbaty, zjeść wafla kukurydzianego oraz wyrzucić śmieci – nie przez okno a osobiście do właściwego kontenera.

Pogoda sprzyjała, seniorzy z zaproszeniami pobranymi wcześniej we WCS, parasolami i maseczkami, czasem zachowując dystans, zebrali się na placu. Ja zgłosiłam się do p. Marty Ł. po przepustkę, która potem na smyczy dyndała mi pod „zamotką”. Gdyby nie otrzymane wyróżnienie to bym się tam nie wybrała. Jakoś nie lubię tłumu. Spotkałam dwie znajome i jednego gadułę – dałam im zaproszenia na moje spotkanie (wystawa i wieczór autorski) w Klubie Osiedla Anna 6.X. o godz. 17 pt. „Czas nieutracony – wiosna 2020”. Zapraszam i Was.

Przy wejściu do budynku mierzono nam temperaturę a potem każdy musiał wypełnić krótką ankietę n.t. zdrowia i dwa razy się tam podpisać. Bo jeden podpis nieważny?

Byłam pierwszy raz w NFM i wg mnie gmaszysko to jest nie dość, że wielkie to i nieprzyjazne. Kojarzy mi się z piramidą, którą postawiono na cześć faraona Muzyki, a w niej wiele korytarzy, aby poszukiwacze skarbów pogubili się w ich krętości. Głównym skarbem jest tajemnica dlaczego musiała być taka wielka oraz ile to kosztowało i dlaczego tak drogo.

Żadna impreza nie może się obyć bez części oficjalnej. Prowadził ją Jerzy Skoczylas a przemawiał m.in. prezydent Jacek Sutryk. Potem były nagrody i odznaczenia dla osób zasłużonych na polu i niwie senioralnej, uściski rąk i krótkie wypowiedzi obdarowanych. Następnie wywołano na scenę osoby, które otrzymały trzy pierwsze nagrody za parasol i maseczkę. Niektórzy odbierający byli za młodzi na seniorów, chyba reprezentowali swoich podopiecznych z DPS-u.

Wyróżnionych nie zaproszono na scenę, kazano nam czekać do końca koncertu. I byłby on udany gdyby nie za głośny, a momentami nawet trio instrumentalne zagłuszało solistę. Występy zapowiadała pani M.Z. a solistów było dwoje: córka zapowiadającej i mężczyzna z głosem podobnym do Wodeckiego zaś  jeśli chodzi o fryzurę to ma wręcz odwrotnie.

Jestem raczej niemuzyczna ale przetrwałam trochę z bólem uszu z powodu decybeli.

Na dobry koniec rozdano nam wyróżnionym papierowe torby z zawartością: długopis, kubek, granatowe: portfelik, torba z tkaniny na zakupy i podkoszulek oraz pakiet 10 maseczek jednorazowych i folder reklamowy firmy Kawon z czterema ekspresowymi, ziołowymi herbatkami. Na przedmiotach oczywiście aktualne napisy: WCRS, WCS, Dni Seniora i Aktywny Senior na dużym podkoszulku.

Trochę byłam spragniona jakiegoś napitku, więc zaserwowałam sobie sok marchewkowy w galerii handlowej i przechodząc wzdłuż sklepów trafiłam na taki gdzie mogłam kupić, od dawna poszukiwaną patelnię stalową, bo ceramiczna jakoś nie za bardzo mi się sprawdza. Szczególnie jak się coś przypali. No i tych moich licznych „sukcesów” to już osobisty diabeł stróż nie wytrzymał. Chyba trochę przysnął ale obudził się i zepsuł zwrotnicę na torach dzięki czemu staliśmy w tramwaju między przystankami i staliśmy. Widziałam tylko koniuszek ogona i kopyta oraz słyszałam diabli chichot.

 Ale to nie koniec. Miałam we wtorek jechać do Famy nagrać zdanie: „Baba jak ten kot, kto pogłaszcze ten panem” do spotu na Feministyczny Festiwal Literacki „Feminatywa.” Ustaliłam godzinę 12 ale okazało się, że muszę na 10, 30 bo o 11-tej trzeba oddać kamerę. To zebrałam się w sobie i w kupę, wstałam ogarniając się szybko. Poczęstowana tam zieloną herbatą pochwaliłam się tęczową maseczką własnoręcznie uszytą. Do nagrania musiałam ją zdjąć, jaka szkoda, ha ha ha ha. Po wygłoszeniu w.w. hasełka przeczytałam kilkanaście umniejszających określeń jakie słyszą dziewczyny/kobiety odstające od wzorca wymyślonego przez mężczyzn. W nagrodę za nagranie otrzymałam 4 paczuszki chusteczek higienicznych z napisem: Na otarcie łez po patriarchacie. Chusteczki są małe jak mój żal po nim . Dogadywanie jest ważne a nie dominowanie.

Kanapki filmowe

kanapka rybka

W bufecie kina gdzie trwał festiwal „Nowe Horyzonty” sprzedawano drogie ale za to niewyszukane składowo kanapki.

Z filmowymi tytułami może zachęcałyby do nabycia.

Wymyśliłam takie:

Casablanka – z romansem w postaci książki

Kiler – z pomyłką  – zamiast chleba maca

Vabank – z banknotem przedwojennym

Pół żartem, pół serio – z mafią paliwową

Seksmisja – z prezerwatywą przedziurawioną

Krzyżacy – z mieczem lub kwieciem co pachnie (do wyboru)

Potop – z wodą ognistą w postaci szklanki z wodą i pudełka zapałek

Popioły – z posypką szaro – burą ale jadalną

Dzieje grzechu – z miłością (serce narysowane ketchupem)

Czekolada – z pralinką

Bękarty wojny – z zemstą w postaci szpinaku zamiast szynki

Psy – z filmem „Lassie wróć”

Kler – z kadzielnicą i ziołami w niej

Miś – ze słomą z butów wystającą

Amator – z ukrytą kamerą

Dzień świra – z zupą pomidorową

Mała Moskwa – z kawiorem

Bogowie – z sercem piernikowym

Zimna wojna – z lodami

Forrest Gump – z czekoladką

Rzymskie wakacje – z szampanem

Rejs  – z cenzurą lub cenzurką

Wesele – z rosołem

Kingsajz – z krasnoludkiem Życzliwkiem

Sami swoi – z wódką na talon

Zezowate szczęście – z okularami (z majonezu)

Którą z tych kanapek wybieracie?

 

 

 

 

 

 

Teraźniejszość i przeszłość

Po rozmowie telefonicznej o zbyt, jak dla mnie, wczesnej porze, Tauron przysłał mi dużą kopertę pełną druków głównie małym drukiem zapisanych, w tym kilka do wypełnienia. A że poprzednio do rachunków dołączono pisemko w którym napisano, że od 1 stycznia br nie będę musiała nic robić postanowiłam udać się do biura obsługi przy                        ul. Trzebnickiej.

Sprawdziłam dni i godziny otwarcia, pojechałam tramwajem linii 1 bardzo zadowolona, że to tak niedaleko. A diabeł mój osobisty już tańczył kankana z radości.

No i co się okazało? Mianowicie od SIEDMIU lat nie ma tam biura obsługi. A strona internetowa istnieje. Czy nie mogli tam napisać, żeby klient się nie naciął? Nie mogli bo mają go w …

Podobno w Polsce ludzie nadal bardzo dużo piją. Ja akurat ni,e ale się nie dziwię, trudno wytrzymać na trzeźwo tę rzeczywistość gdzie tak się nas lekceważy.

Boli mnie noga z powodu rwy kulszowej, zdenerwowanie nie wpływa dobrze na rwę. No żesz ..rwa!

Jako klientka zrobiona w konia, a raczej chabetę na wykończeniu, taki Łysek na przykład, postanowiłam pojechać do BO na ul. Menniczą. Nigdy tam nie byłam więc jechałam z dziką pewnością, że zabłądzę, bo mam do tego wybitne zdolności. Ale właśnie, że nie! Trafiłam od pierwszego kopa. Cud jakiś to był. Anioł stróż się obudził i pokazał figę diabłu. 🙂

W informacji wyciągnęłam ten stos papierzysk pytając po co mi tyle tego przysłano. I czy nie szkoda drzew. Urzędniczka uporczywie domagała się odpowiedzi czy to przeczytałam. Musiałabym zatrudnić prawnika z sokolim wzrokiem, żeby to zrobił i przetłumaczył z urzędniczego bełkotu na język polski. Chciałam się tylko dowiedzieć o co tak naprawdę im chodzi. W skrócie. No i dowiedziałam się, że nie muszę tego wypełniać a jak do mnie zadzwonią (bo zadzwonią) to mam powiedzieć, że nie wyrażam zgody. Kolejki nie było.

Wniosek – urzędnicy w centrali T. nudzą się jak ochroniarze na budowie. A że nie mają tam zajęcia w postaci radia, telewizora czy kumpla z połóweczką to wymyślają ruchy pozorne powodując stres u klientów. Ale co ich to obchodzi.

Wracając wstąpiłam do Parku Staromiejskiego, aby zrobić zdjęcia ławkom pod drzewami, bo na Skwerze Skaczącej Gwiazdy postawiono nowe ławki w niezacienionych miejscach. Podobno jest takie zarządzenie prezydenta. Jeśli naprawdę to głupie bardzo. Czyli w czasie upałów duś się człecze w chacie. Grunt, że kasę  ktoś zarobił.

Z pojemnika w parku na uwolnione książki wzięłam „Twój Styl” z 2010 roku.

Aktorzy opowiadają tam o scenach miłosnych w których grali, felietonistka o kryształowym półmisku na jajka, dwie inne o katastrofie samolotu w Smoleńsku, felietonista o tym, że ma marzenie o świecie do którego chciałoby się przenieść gdzie ludzie potrafią być ze sobą, lubić się, iść sobie na rękę. Marzenie dobra rzecz.

W Polsat viasat history program „Prywatne życie średniowiecznych władców” – odcinek pt.: „Kto ma biblioteki, ten ma władzę”- świetny. Lubię ten kanał. Dużo lepszy niż tvp1 i 2 – właściwie nie ma porównania, inny styl, inna klasa i fakty a nie kłamstwo na kłamstwie i manipulacja.