Koty, trupy i gangi

Marta Matyszczak – Mamy morderstwo w Mikołajkach. Wydawn. Publicat S.A. oddział we Wrocławiu, 2021, seria: Kryminał z pazurem

WSTĘP: „Pokój na świecie zależy od dobrego nastroju kotów”

O autorce:

Marta Matyszczak urodziła się w Chorzowie. Ukończyła politologię o specjalności dziennikarskiej na Uniwersytecie Śląskim. Jest dziennikarką, autorką scenariuszy, fars teatralnych i gier typu Virtual Reality.

Prowadzi Kawiarenkę Kryminalną portal poświęcony literaturze kryminalnej.

Napisała cykl ośmiu „kryminałów pod psem”, którym jest Gucio, kundel przygarnięty ze schroniska.

O książce:

Po psiej serii autorka tworzy kocią. W tej powieści jest złotooka kotka imieniem Burbur i jej gamoniowaty syn Pedro. Kocia matka pisze pamiętnik a w nim m..in. „Wymierzam karę każdemu, komu się ona należy”. „Ojciec chrzestny mógłby mi kuwetę czyścić”, „Woda to zło. Kąpiel to przekleństwo”. Koty mają denerwujące towarzystwo w postaci odważnej papugi.

Ludzkimi bohaterami są czterdziestoletnia, pochodząca ze Śląska,  uczestniczka Dyskusyjnego Klubu Książki Rozalia, drobna blondynka z wyłupiastymi oczami  i właścicielka kliniki weterynaryjnej o nazwie „Podaj łapę”. „Rozalia Ginter wiedziała jedno: rodzina to jej największy skarb”.

Mąż Paweł, komendant policji, sypia mocno jak ten niedźwiedź czego nie można powiedzieć o żonie. Mają córki bliźniaczki Hanię i Helenę oraz niepełnosprawnego syna.

Poza tym jest zła teściowa i niedobra matka, wścibska sąsiadka, często urywająca się z pracy recepcjonistka Ilona, Niemiec szukający skarbu po dziadku, który kiedyś mieszkał w Mikołajkach, niejaki Maniukiewicz Adam właściciel hotelu, pomocny sąsiad Robert Osipczuk i inni, w tym męski trup zwisający z kładki dla pieszych i damski przejechany autem.

Trupy to za mało więc mamy tu też dwa narkotykowe gangi.

Całość ma humorystyczne wątki jak choćby fragment gdy Niemiec odkopuje skarb po dziadku w postaci wyliniałego futra.

Autorka poza kryminalną akcją przybliża nam historię Mazur, topografię Mikołajek i przekręty w postaci sprzedawania w Internecie cegieł z nielegalnej rozbiórki domów.

Na początku książki autorka zamieściła spis czterdziestu bohaterów z krótką ich charakterystyką a każdy rozdział ma niedługie streszczenie.

Zakończeniem autorka zaskakuje czytelnika co powoduje pytanie: co dalej i oczekiwanie na następną książkę.

Krótka historia namiętności

To opowiadanie napisałam na konkurs po powyższym tytułem. Nagrody ani wyróżnienia nie dostałam – widocznie jurorów nie przekonałam. Może dlatego, że w tekstach znosi mnie w kierunku poczucia humoru a u nas uważa się, że tylko osoby poważne, wzdęte i nadęte są godne uwagi. A reszta się nie liczy. Ale „powaga jest tarczą głupców” napisała Joanna Chmielewska i ja się z nią zgadzam.

*****************************************************************

Pięćdziesięcioletnia chuda Dobrosława powoli szła parkową ścieżką. Miała na sobie bluzkę której kolory zniszczyły liczne prania, tłuste włosy zwisały w nieładzie wokół jej twarzy i widać było, że brzydką cerę systematycznie niszczyła paleniem papierosów. Właśnie zapaliła jednego rozkosznie się nim delektując.

Śledziła JEGO, niedawno poznanego na wieczorze poetyckim. Wiersze,  które czytał trafiły w jej serce strzałą Amora i tam pozostały. Kupiła tomik, zawsze nosiła go w torebce, całowała zdjęcie na książce, przytulała do siebie, znała na pamięć każdy wiersz. Jego twórczość była tak cudowna jak imię – Bożydar. Wyglądał mniej pięknie – najwyżej 170 centymetrów wzrostu, łysiejąca głowa, brak paru zębów i krzywe nogi w obcisłych dżinsach. Mimo trzydziestki wyglądał na dziesięć lat więcej za to był przekonany o swojej niebywałej atrakcyjności i nieodpartym uroku co potwierdzał zachwyt fanek.

Przyspieszyła, bo ON skręcił w boczną uliczkę willowego osiedla, którego przyprawowe nazwy uliczek przypominały kobiecie, że nie ma dla kogo piec ani gotować. A tak wspaniale byłoby dodać cynamonu do szarlotki, zaparzyć mu melisy gdyby był zdenerwowany, dodać pieprzu, kminku lub tymianku do mięsa. Albo bazylii do sałatki czy koperku do młodych ziemniaków.

Wszedł do cukierni więc zatrzymała się przy wystawie sąsiedniego sklepu z rowerami.

– Może powinnam sobie jakiś kupić? – pomyślała. Nie zawsze nadążę za nim na piechotę. Tak, kupię – zdecydowała. Ale nie teraz.

Zapaliła papierosa czekając na śledzonego.

Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna w progu cukierni namiętnie całuje drobną brunetkę.

– O, żesz ty małpo wstrętna – pomyślała. Nie daruję ci tego. Zanotowała w pamięci, aby w Internecie wyszukać, nie dającą objawów i trudno wykrywalną, truciznę.

Poeta przeszedł na drugą stronę jezdni i stanął na przystanku przy ulicy Cynamonowej. Wyciągnął z kieszeni notes i długopis, zaczął coś  pisać.

– Pewnie pisze wiersz o tej idiotce, a może erotyk – zazdrośnie przypuściła Sławka. Dla mnie nikt nigdy nic nie napisał – użaliła się nad sobą.

Mężczyzna wyrwał kartkę z notesu,  zgniótł  i rzucił na ziemię. Gdy się odwrócił wielbicielka udając poprawianie sandałka podniosła papier. Rozwinęła i przeczytała:

Tyś jest wspanialsza niż niebo i piekło

Niż letni deszcz i zimowy puchu śnieg.

Twoje oczy skrzą się jak brylanty u jubilera

A usta czerwieńsze są od wszystkich maków.

Jak cię widzę to szczęście mnie rozpiera.

– O rany, chyba miłość go ogłupia, że takie bzdury wypisuje – trzeźwo oceniła kobieta.

Nadjechał autobus otwierając drzwi obojgu. Usiadła tuż za mężczyzną wdychając, otaczający idola, zapach  wody toaletowej.

– Gdybym wiedziała jakiej używa to kupiłabym taką samą – zamarzyła. I jak by tu zdobyć część jego garderoby?

Dojechali do śródmieścia, wysiadła na tym samym co on przystanku. Poszła w ślad za poetą, nawet udało się jej wejść do jego bramy. Sprawdziła do którego mieszkania otworzył drzwi.

– Dobra nasza – pomyślała. Wyciągnę ten plik kluczy po dziadku, może coś dopasuję – postanowiła.

Wróciła do domu i przyszło jej na myśl, że powinna w punkcie ksero powiększyć jego podobiznę umieszczoną na tomiku, aby powiesić nad łóżkiem. Albo postawić na szafce a obok pachnącą świeczkę i bukiecik codziennie świeżych kwiatów.

– Jutro rano podejmę decyzję. A najlepiej zrobię to i to. I skseruję każdy wiersz.

Z tą dobrą myślą wypaliła papierosa, wzięła prysznic i po wytarciu się wykonała cowieczorny rytuał: przeczytała trzy wiersze, pocałowała jego zdjęcie i poszła spać. Ostatnią jej myślą przed zaśnięciem było: muszę zabić tę flądrę, on jest mój.

Przebudziła się pełna werwy i chęci do skutecznego działania. Wypiła mocny napar złożony z wielu ziół jaki sobie, każdego ranka, serwowała przekonana, że dają jej moc urody i mądrości. Potem z Internetu spisała najtrudniej wykrywalne trucizny i zamówiła jedną z nich.

Spisała na kartce sprawy do załatwienia:

– kupić rower (najwyżej zrobię debet)

– otruć tę czarną małpę (najpierw sprawdzić co lubi jeść i pić)

– wejść do jego mieszkania i wziąć koszulę lub gatki

– śledzić go,

– sprawić, żeby był mój

Podkreśliła ostatni i najważniejszy dla niej punkt.

Przejrzała szafki w kuchni i przedpokoju szukając pęku kluczy jaki zostawił dziadek.

– Szkoda, że nie dostałam w spadku auta lub kasy na zakup choćby roweru – pożaliła się w duchu. Wyrzuciła z pawlacza upychane tam, przez lata, bambetle, uwalniając tumany kurzu i rojowisko moli.

– No, żesz … – zaklęła wydobywając spore pudło.

Postawiła je na podłodze i otworzyła klapy kartonu. Znalazła stare buty, zjedzoną przez mole odzież męską oraz w puszce, po nie wiadomo czym, pęk kluczy i wytrychów. Albowiem dziadziuś był ślusarzem ze skłonnością do włamań co skończyło się kilkuletnim wyrokiem.

Opróżniła pawlacz i w szale porządków wyniosła wszystko na śmietnik. Po powrocie za pomocą Internetu wyszukała sklepy z rowerami i porównała ceny. Włożyła kurtkę budrysówkę po babci, wykoślawione buty po matce i wyszła z domu obierając kierując się w stronę budynku w którym mieszkał on – wyśniony, wymarzony i bardzo uzdolniony. Po drodze skserowała co chciała.

Doszła do bramy poety i nacisnęła guzik domofonu.

– Jeśli odbierze to znaczy, że jest w domu – pomyślała dzwoniąc w kieszeni kluczami.

– Słucham – usłyszała damski głos.

– O, cholera – zaklęła nie tak znowu Dobra. Przyjdę później – postanowiła.

W sklepie przymierzała do siebie pięć rowerów, w końcu wybrała przyjazny cenowo. Musiała zapłacić całą sumę, bo rat nie stosowano.

Wsiadła na pojazd, zadowolona, że w mieście jest dużo ścieżek dla rowerzystów. Na szczęście w dzieciństwie nauczyła się poruszać na takim wehikule. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć  lornetkę i poobserwować okna mieszkania najdroższego i jego samego też.

Jadąc podśpiewywała: lornetka, lornetka, potrzebna mi lornetka. I numer telefonu, żeby czasem usłyszeć jego głos.

Przed domem zsiadła z roweru, wniosła go do mieszkania, postawiła w przedpokoju. Zapaliła papierosa i usiadła przy komputerze. Na facebooku wpisała imię i nazwisko poety.

– Jest! Mam go! – wykrzyknęła. Polubiła profil i napisała, że uwielbia jego twórczość i że ma tomik z autografem. I zapytała kiedy i gdzie będą następne spotkania z publicznością.

Zgasiła papierosa i przypomniała sobie, że dziadek miał lornetkę.

– Muszę jej poszukać. Gdzie ją schował? Jeden pawlacz mam załatwiony. Czas na drugi – pomyślała.

Wyciągnęła drabinę zza szafy, postawiła pod pawlaczem i ostrożnie na nią weszła. Otworzyła tym razem nie zaskoczona tumanami kurzu. Wyciągnęła kolejne pudło, było zbyt ciężkie do zniesienia, więc zeszła z drabiny i obok niej postawiła stołek. Weszła na górę ponownie, zsunęła karton i postawiła na taborecie. Odstawiła drabinę i zajrzała do pudła.

  – O jejuniu – krzyknęła i  w tył nią miotnęło.

Bo zobaczyła łom, kajdanki, siekierkę, młotek pokaźnego rozmiaru, a na samym dole pistolet zaś obok niego pudełko nabojów.

– No to dziadek zostawił mi niezły spadek – zrymowała refleksję. Wyjęła wszystko powoli odkładając na podłogę. Zostało jeszcze sporego rozmiaru pudełko. Otworzyła je i z radością stwierdziła, że to wojskowa lornetka.

– Brakuje tylko trucizny,  miałabym wtedy wszystkie potrzebne rzeczy do pozbywania się rywalek.

Złożyła karton na płasko a przestępcze akcesoria zaniosła do pokoju. Rozłożyła na stole, usiadła, zapaliła papierosa i napawała się widokiem.

– Teraz tylko trzeba to wszystko zastosować – pomyślała. Co najpierw? Chyba lornetkę.

Zgasiła papierosa i po krótkim prysznicu położyła się spać. Przyśnił się jej dziadek. Siedział w fotelu i czyścił pistolet.

– Jedź rowerem do lasu, weź kilka pustych puszek i pistolet, naucz się celnie strzelać. Jutro przyjdzie paczka z trucizną, powiem ci jak ją zastosować.

Obudziła się ucieszona, że wie co ma robić. Po papierosie i śniadaniu nakleiła skserowane wiersze na tekturki z kartonu i rozwiesiła na ścianach pokoju oraz kuchni. Zdjęcie poety też podkleiła i postawiła na wprost miejsca na którym najczęściej siedziała. Zapaliła obok pachnącą świeczkę. Postanowiła zerwać jakieś kwiatki po drodze i w wazoniku dołączyć do zdjęcia i świeczki.

Zapakowała pistolet i naboje do torby, przypięła ją do ramy roweru, zniosła go na parter i pojechała za miasto. Skręciła w steczkę i zatrzymała się na małej polance. Zapaliła papierosa, wyciągnęła z torby pięć puszek po kukurydzy i groszku, rozejrzała się i postawiła je na niskiej gałęzi. Odeszła parę kroków, naładowała pistolet i wystrzeliła. Odrzut był taki, że zawyła z bólu. Pomasowała sobie dłoń i ramię i ponownie wystrzeliła. Podeszła do gałęzi.

– Trafiłam dwie, ma się talent w genach – stwierdziła. Szkoda kul, nie będę więcej próbować. Rzuciła peta na trawę, przydusiła obcasem, zabrała puszki i bardzo z siebie zadowolona odjechała.

Nazajutrz odebrała od kuriera przesyłkę z trucizną. Paląc papierosa otworzyła buteleczkę i powąchała. Nic nie poczuła.

– Zadziała czy nie, spróbować mogę – postanowiła.

Owinęła flaszeczkę w watę i parę warstw gazety, włożyła do plastikowego woreczka i zawiązała czerwoną gumką recepturką. Potem umieściła obok pistoletu i lornetki w rowerowej torbie. Usiadła przy kuchennym stole, zapaliła papierosa i zaczęła planować pozbycie się rywalki.

Zadzwonił telefon.

– Słucham? Tak. Znam ale głównie jego wiersze. Co się stało? Jak to nie żyje? Zastrzelony? Przez kogo? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Przedwojenni aktorzy

Sławomir Koper – Gwiazdy Drugiej Rzeczypospolitej; Wydawn. Bellona 2013

WSTĘP: „…starałem się… przedstawić mozaikę polskiego teatru i kina międzywojennego”

O autorze:

Sławomir koper urodził się 21 listopada 1963 roku w Warszawie. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. Jest autorem książek historycznych, publicystą, , scenarzysta radiowym i telewizyjnym. Współpracuje z czasopismami historycznymi. Uważa, „… że życie prywatne z jego wszystkimi składnikami jest istotną częścią biografii każdego człowieka”.

Napisał m.in.: Śladami pierwszych Piastów; Spacer po Lwowie; Życie prywatne elit II Rzeczypospolitej; Kobiety w życiu Mickiewicza; Józef Piłsudski. Człowiek i polityk; Życie artystek PRL; Nobliści skandaliści.

O książce:

W pierwszym rozdziale autor zapoznaje nas z przedwojennymi instytucjami kulturalnymi. Opisuje  teatry w stolicy, Lwowie i Krakowie nie zapominając o recenzentach. Pisze też o kabaretach i początkach przemysłu filmowego. Osobno omawia sylwetkę Andrzeja Własta, który prowadził kabaret „Morskie Oko”. Informuje nas też ile ówcześni celebryci zarabiali i jakimi sposobami.

Z ciekawostek: Piłsudski lubił oglądać kreskówki a Zimińska romansowała z arystokratą.

Następne części to: „Stefan Wielki”, czyli Stefan Jaracz, którego autor nazwał niepokornym buntownikiem i wiecznym marzycielem. Dowiadujemy się o  jego niełatwej drodze do teatru, nałogu, pobycie w obozie, chorobie.

„Król Eugeniusz” omawia postać Eugeniusza Bodo, który nie był amantem ale miał charyzmę i skłonność do prostych kobiet o śniadej skórze. Dowiadujemy się, że zajmował się rękodziełem i co kolekcjonował. Jakiego miał psa i ile znał języków. Gdzie i dlaczego  umarł.

Następny rozdział pod tytułem: „Cała miłość w jednym Tomie” to sylwetka „Najwszechstronniejszego artysty Warszawy” Konrada Toma. Taki nosił pseudonim, a jak  on i inni artyści naprawdę mieli na nazwisko dowiecie się z książki. Przy okazji poznajemy sylwetkę Zuli Pogorzelskiej i dlaczego śpiewała altem. Oraz komu zawdzięczmy sprowadzenie prochów Ordonówny do Polski.

Poznajemy też powojenne losy tego artysty.

Mamy więc 3 panów (Jaracz, Bodo, Konrad Tom) więc czas na kobietę: „Boska Loda” to sylwetka Lody Halamy, jej rodziców, opowieść o występach, romansach, małżeństwach, pobycie za granicą i powrocie do Polski w latach powojennych.

Rozdział „Nasza Jadzia Kochana” przybliża nam postać Jadwigi Smosarskiej.  Autor stwierdza: „bez Smosarskiej nie można sobie wyobrazić polskiego kina w latach międzywojennych”. A zaczynała jako niezbyt pilna uczennica na pensji co bardzo wpłynęło na jej sposób bycia. Zgadnijcie kto zachęcił ją do studiowania aktorstwa co połączyła z pracą w banku?  Kim był jej mąż i co zbudował w Krynicy? Jakiemu znanemu politykowi remontował dom? Ile lat trwała kariera Smosarskiej i co robiła na emigracji? Odpowiedzi są oczywiście  w książce.

Następna kobieta omawiana jest w rozdziale „Piękna Tola”, która „przykuwała uwagę mężczyzn od pierwszego wejścia na scenę”. To o Toli Mankiewiczównie. Aktorce śpiewającej w kraju i za granicą. Na scenie i w filmach. „Była wspaniałą koleżanką i człowiekiem. Reprezentowała klasę, której już dzisiaj nie ma…”

Książka finiszuje sylwetkami dwóch panów. „Zapomniany gwiazdor” to tekst o komiku Antonim Fertnerze, a ”Pierwszy amant Drugiej Rzeczypospolitej” o Aleksandrze Żabczyńskim, który naprawdę miał na imię Bożydar.

Kogo interesuje ta tematyka przeczyta książkę z przyjemnością choć ja zarzucam autorowi preferowanie męskich bohaterów. A gdzie Zimińska, Pogorzelska, Ina Benita – one też były gwiazdami.

Wirus zakończenia (cz.117)

I tak się kończy moja opowieść o zwyczajnych – niezwyczajnych ludziach na moim osiedlu. Bohaterów wymyśliłam, nigdy nie spotkałam takich ludzi. To tylko moje marzenie o dobrych i życzliwych osobach. Ale może Wy znacie podobnych?

**************************************************************

Ależ mamy złośliwy prima aprilis, śnieg w kwietniu zamiast w styczniu lub lutym  – pomyślała Helena opatulając kolana, stopy i gardło.

Od jakiegoś czasu źle się czuła, serce a to waliło, a to jakby stawało. W uszach szumiało, w kościach strzykało mocniej niż zwykle. Całe szczęście, że Aldona i Wacek codziennie u niej byli na zmianę i opiekowali się seniorką.

Nie była w stanie, od paru dni wychodzić z domu więc zaprosiła do siebie bliskie osoby.

– Opowiedzcie mi co u was słychać, co u Kasi, jak się ma Adaś?

Aldona wcześniej, jak co dzień od miesiąca,  przyniosła obiad, którego seniorka zjadła tylko połowę.

Wacek pierwszy zabrał głos:

– Mietek tak długo się nie pokazywał, bo jego mama chorowała i zmarła.

– Covid? – zapytała Helena.

– Głównie serce ale i zapalenie płuc swoje zrobiło. Musiał więc pozałatwiać wszystkie sprawy a potem zabrał się za porządkowanie i remont mieszkania. Ale jest dobra wiadomość – zamierzają się pobrać z Kasią.

– O, to świetnie, a kiedy?

– Jeśli będzie termin w Urzędzie Stanu Cywilnego to zaraz po świętach. I ślub będzie tylko cywilny. I bez hucznego wesela, tylko obiad w naszym gronie – poinformował Wacek.

– A gdzie będą mieszkać? – spytała Aldona krojąc ciasto drożdżowe.

– U Kasi, bo ma większe mieszkanie.  Mietka lokal sprzedadzą, żeby mieć na remont chaty Kasi i zmianę auta na nowszy model, bo ten, który ma  sypie się i rzęzi. A oszczędności nie mają, bo i z czego.

– No to czeka cię dużo pracy, bo wyobrażam sobie, że będziesz im pomagał. Na szczęście jesteś tak zwaną złotą rączką, a nawet dwiema – zażartowała Helena.

– Ociepli się, wszystko będzie szybciej schnąć, więc wiosna to dobry czas na remonty – praktycznie podsumował sytuację Wacek.

Po spotkaniu Aldona pomogła Helenie umyć się i położyć.

Nazajutrz Wacek otworzył drzwi jej mieszkania i zastał starszą panią elegancko ubraną, nawet z butami  a nie, jak zawsze w domu,  kapciami. Siedziała i spała w fotelu. Gość dotknął jej ramienia, które bezwładnie opadło. Zadzwonił po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon z powodów naturalnych. Ciało poddano kremacji, bo tak sobie Helena życzyła żałując, że jej prochy nie mogą użyźnić działki. Nie chciała żadnego pomnika.

Na stole leżał testament, który odczytano na popogrzebowym spotkaniu.

Okazało się, że zmarła zapisała swoje własnościowe mieszkanie Edkowi i Aldonie pod warunkiem, że jak najszybciej się pobiorą. W dodatku pozostawiła pieniądze oraz zgodę i plan rozbudowania lokalu o kawałek dużego holu tak, aby  do kuchni z nyżą , przedpokojem i łazienką dodatkowo powstał pokój.

Aldona zaczęła płakać, Edek gwałtownie szukał chusteczki do nosa.

– Masz, sieroto – podał mu ją kumpel i jak zawsze w reakcji na nietypowe wydarzenia pociągnął się za ucho.

– Dzięki – powiedział Edek wstając i portki podciągając choć przybrał na wadze dzięki regularnym posiłkom. Ale odruch mu pozostał.

Testament zawierał też sugestię, aby od razu przenieśli się do jej mieszkania a swoje udostępnili ukraińskiej rodzinie za darmo dopóki nie znajdą sobie pracy, aby potem móc płacić choćby niewielki czynsz.

– No to najpierw ja z Edkiem posprzątamy Heleny mieszkanie, pomalujemy a potem się przeprowadzimy – gospodarnie zarządziła Aldona.

– Zabierzcie tylko swoje najpotrzebniejsze rzeczy, bo chata spadkodawczyni jest dobrze wyposażona – doradził Wacek. Nie zapomnijcie o Panu Kocie, bo on jest najważniejszy.

– Nie wiem jak zniesie przeprowadzkę – zmartwił się Edek. No i potem remont. Może jednak zostaniemy u siebie na ten czas?

– Nie bądź głupi, twoje mieszkanie jest bez łazienki a zanim uprawomocni się spadek i znajdziemy odpowiednich fachowców to minie dużo czasu – stwierdziła partnerka niewolnika kota.

– Masz rację, nie pomyślałem – przyznał Edzio.

– To może zrobimy dwa śluby razem? – zaproponował Wacek. Wy i Kasia z Mietkiem? Będzie praktycznej, Helena pewnie by tak chciała.

– I to jest bardzo dobra koncepcja ale trzeba to z nimi skonsultować – powiedziała Aldona.

– Już  o tym rozmawiałem, bo znałem treść testamentu – przyznał Wacek. Postanowiliśmy, że dobre a niepotrzebne rzeczy z mieszkania Mietka i Heleny sprzedam w Internecie, żeby były pieniądze na niespodziewane wydatki. A resztę oddamy do sklepu dobroczynnego.

– Ta Helena to jest dla nas jak dobra wróżka – rozrzewnił się Edek.

– Oj, tak – ze świecą szukać tak dobrej osoby. Seniorzy z wiekiem często stają się egoistyczni i skąpi a ona o nas wszystkich pomyślała – podsumował spotkanie Wacek.

Na Olimpie codzienności

Parę ładnych lat temu napisałam ten tekst, był na poprzednim blogu ale portal zamknięto. Trochę tekst poprawiłam i uzupełniłam, Zapraszam 🙂

*************************************************************

Jak co sobotę byłam na Olimpie i złożyłam ofiarę, z siebie, wielu bogom. Przede wszystkim temu dwojga imion „Pranie-sprzątanie”. Nie lubię go bo wymusza cotygodniową daninę z mojego czasu i energii.

 Istnieją też inne domowe „bożki” jak: „Zmywanie”, „Prasowanie”, „Odmrażanie lodówki”. Oddaję im cześć najrzadziej jak mogę.

Najbardziej lubię tego o nazwie „Wyrzucanie” i poddaję się mu z przyjemnością. Dzień bez wyrzucania jest, dla mnie, dniem straconym. Po zakupieniu jakiejś rzeczy staram się wyrzucić/oddać dwie inne. Kupię buty, wyrzucam (lub zanoszę do sklepu dobroczynnego) bluzkę, spódnicę lub torebkę. Ostatnio nawet część ręczników, pościeli, serwetek oraz obrazków ściany ozdabiających.

Lubię też skutki składania kultu bożkom „Gotowanie” i „Pieczenie”. Najgorsze, że w paradę wchodzą zaraz następne „Zmywanie” i „Sprzątanie”. I drą się wielkim głosem jeśli o nich zapomnę. Egocentrycy wredni tacy!

 Nie mogę zapomnieć o bóstwie związanym z domem ale kultywowanym poza nim o imieniu „Kupowanie”. Ono ma różne odmiany jakie wszyscy znamy: „Kupowanie jedzenia”, „Kupowanie ubrania”, „Kupowanie słowa pisanego”, „Kupowanie dla kota”, „Kupowanie dla higieny”, „Kupowanie dla urody” i tak dalej.

 Na szczęście nie jestem zakupoholiczką, całożyciowe dochody mnie od tego ustrzegły oraz nie mam takich skłonności.

Domowym bożkiem może być też „Czytanie książek”, „Wykonywanie Rękodzieła”, „Oglądanie telewizji” lub „Surfowanie w necie”. Poza tym „Rozwiązywanie krzyżówek i sudoku” (mam koleżankę tym  zajęciem opętaną) i „Narzekanie”.

„Gadulstwo” jest bóstwem, któremu oddaje cześć wiele osób. Zarówno w domu jak i poza nim. Jestem przekonana, że to nie jest objaw inteligencji, wręcz odwrotnie. Szczególnie jeśli to są  opowieści nudnych treści bez poczucia humoru. O, „Poczucie Humoru” jest dla mnie bóstewkiem  miło okraszającym codzienność.

Malutkim bóstwem, ale potrzebnym, były dla mnie kotki Alodia i  Misia. Były bo odeszły i czas kota u mnie minął bezpowrotnie.

Na koniec zostawiłam ważne dla mnie „Czytanie ze zrozumieniem” a także „Pisanie”. Oraz „Oglądanie filmów” też ze zrozumieniem i wyciąganiem wniosków.

Wybór bóstw i przedmiotów kultu należy do każdego z nas. 

p.s. specjalnie nie wspominam o polityce

Wirus wojny 2 (cz. 116)

To druga przedostatnia część mojej powieści w odcinkach, druga bo planuję napisać zakończenie. Starałam się ocieplić panującą sytuację życzliwymi bohaterami i poczuciem humoru. Wojna w Ukrainie odebrała mi chęć żartowania.

Pod tekstem podaję datę napisania.

Następne wpisy będą zawierać recenzje książek, krótkie opowiadania lub prywatne relacje.

******************************************************************

Psalm  – Wisława Szymborska

O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!
Ile to chmur nad nimi bezkarnie przepływa,
ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju,
ile górskich kamyków stacza się w cudze włości
w wyzywających podskokach!

Czy muszę tu wymieniać ptaka za ptakiem jak leci,
albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?
Niechby to nawet był wróbel – a już ma ogon ościenny,
choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku – ależ się wierci!

Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce,
która pomiędzy lewym a prawym butem strażnika
na pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi.

Och, zobaczyć dokładnie cały ten nieład naraz,
na wszystkich kontynentach!
Bo czy to nie liguster z przeciwnego brzegu
przemyca poprzez rzekę stutysięczny listek?
Bo kto, jeśli nie mątwa zuchwale długoramienna,
narusza świętą strefę wód terytorialnych?

Czy można w ogóle mówić o jakim takim porządku,
jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać,
żeby było wiadomo, która komu świeci?

I jeszcze to naganne rozpościeranie się mgły!
I pylenie się stepu na całej przestrzeni,
jak gdyby nie był wcale wpół przecięty!

I rozlegnie się głosów na usłużnych falach powietrza:
przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów!

Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.
Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> 

Grupa Anonymus wymyśliła sposób na rosyjską propagandę. Zaleca znalezienie w Google maps restauracji lub firmy rosyjskiej i zamieszczenie tam prawdy o napaści na Ukrainę.

Przykładowy tekst:

  • „Jedzenie było świetne! Niestety Putin popsuł nam apetyty, najeżdżając Ukrainę. Sprzeciw się swojemu dyktatorowi, przestań zabijać niewinnych ludzi!” – tak brzmi jedna z przykładowych recenzji, jakie internauci zamieszczają na stronach rosyjskich biznesów w Google
  • Do tworzenia tego typu komunikatów namawia grupa Anonymous
  • „Nie zapomnij dać pięciu gwiazdek! Akcja ma na celu informację, a nie szkodzenie biznesowi” – podkreślają hakerzy.

Wacek wziął się do roboty i gdzie tylko mógł zrobił krecią robotę. Od tłustego czwartku wielokrotnie pociągał się, ze zdenerwowania, za ucho i oba miał naderwane. Z radością przeczytał w Internecie, że wiele firm wychodzi z Rosji.

Razem z Heleną, Edkiem, Aldoną, Kasią z Mietkiem zrobili zakupy potrzebnych Ukraińcom towarów i zanieśli do punktu przy ul. Łokietka.

A po powrocie trafił w Internecie na wiersz:

Wisławy Szymborskiej Krucjata Dzieci

Tam – w najżarliwszym z naszych miast
grzęzną twarzami w skrzepłą krew
trupy dziecięce.

Pierwsza zabawa w wojnę – nie na niby,
pierwszy zuchwały start.
Ktoś pokazał. Spróbował. Teraz to już żart.
Strzelać – to takie proste. Nie chybi.
Pierwsza przygoda. Prawdziwa dorosła.
Ściska flaszkę z benzyną baczny i uparty.
Wczoraj były trzy tanki – dzisiaj będzie czwarty.
Ręce zniecierpliwione wyprzedzają rozkaz.

Poprzez miasto walące się w gruz,
w płomienie, których już nikt nie potrafi spętać,
zbrojna w zawarte pięści, zastygła w okrzyku
brnie pod kul gęsty, ciepły grad
krucjata małych uliczników.

Oczy nasze zmęczone są pamięcią świeżą,
lecz ręce wiedzą, wierzą.
Ręce, których mamy unieść ciężar świata
wiedzą: świat się odrodzi bez wojennych widm,
że wypłaci bez reszty za zdeptane lata
i wierzą w nowy ład i rytm.

… i może też dla tego
dławi nas dniem i nocą
najsmutniejsze: dlaczego,
milczące: po co,
-trupy poległych dzieci.

(z tomu „Czarna piosenka”)

Wirus wojny (cz. 115)

To przedostatnia część mojej powieści w odcinkach. Starałam się ocieplić panującą sytuację życzliwymi bohaterami i poczuciem humoru. Wojna w Ukrainie odebrała mi chęć żartowania.

Pod tekstem podaję datę napisania.

Następne wpisy będą zawierać recenzje książek, krótkie opowiadania lub prywatne relacje.

**********************************************************

Ajahn Brahm

Pewnego dnia mysz zauważyła, że właściciel farmy zastawił pułapkę na myszy. Opowiedziała o tym kurczakowi, owcy i krowie.

Ale wszyscy odpowiedzieli:

– Pułapka na myszy to twój problem, to nie ma z nami nic wspólnego!

Nieco później wąż wpadł w pułapkę na myszy – i ugryzł żonę rolnika. Próbując ją wyleczyć, zrobili rosół dla jego żony. Następnie zabili owce, aby nakarmić wszystkich, którzy przyszli odwiedzić chorą kobietę. I wreszcie zabili krowę, aby odpowiednio nakarmić gości na pogrzebie.

I przez cały ten czas mysz obserwowała, co się dzieje przez dziurę w ścianie i myślała o rzeczach, które z nikim nie mają nic wspólnego.

Wacek przeczytał w internecie:

„Na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów ale milczenie naszych przyjaciół”.

– Czy robimy duże zapasy jedzenia? – zapytał w trakcie zakupów.

– Ale skąd! Żeby potem wyrzucać? Kupujemy tak jak zawsze, z lekkim zapasem na niedaleką przyszłość.

– Na szczęście benzyny do rowerów nie potrzebujemy tylko mięśni nóg. Ale musimy zwracać uwagę na kody kreskowe 460 – 469 i nie kupować rosyjskich produktów.

Po powrocie do domu usiedli przy stole i herbacie zakąszając daktylami.

– Popatrz jak Polacy świetnie organizują pomoc dla uciekających przed wojną Ukraińców – powiedziała Helena.

– I jak świetnie spisuje się ich prezydent. Proponowano mu wyjazd za granicę na co odpowiedział, że potrzebuje amunicji a nie przejażdżki.

Pasuje do niego:

Gdy wieje wiatr historii

Ludziom jak pięknym ptakom

Rosną skrzydła

Natomiast

Trzęsą się portki pętakom..

(Ballada o trzęsących się portkach – K.I. Gałczyński)

Oby tym pętakiem okazał się pusty emocjonalnie najeźdzca i psychopata.

– Ukraiński były premier spokojnie w mediach tłumaczył jak zrobić koktajle Mołotowa.

Butelka zapalająca (tzw. Koktajl Mołotowa) składa się ze szklanej butelki napełnionej w 2/3 łatwopalną cieczą (benzyna lub ropą), zazwyczaj zaczopowanej zwitkiem tkaniny stanowiącym lont. Jest to najpowszechniejszy ze względu na swą prostotę sposób budowy butelek zapalających. Jest on jednak dość niebezpieczny, gdyż butelka nie jest szczelnie zamknięta i istnieje prawdopodobieństwo, że przy przechyleniu butelki wypłynie więcej paliwa, niż jest w stanie wchłonąć materiał i może ono zwilżyć zewnętrzne ścianki butelki, co przy próbie zapalenia lontu może zakończyć się wypadkiem. Prawidłowo wykonany koktajl Mołotowa powinien mieć szczelną zatyczkę i lont przywiązany do szyjki butelki.

– A czy nareszcie do naszych władz dotarło, że Putin nie zamierza zatrzymać się na Ukrainie. Że chce zagarnąć wszystkie sąsiednie kraje, w tym Polskę?

– Raczej podepną się pod działania obywateli, bo sami nie są zdolni do empatii i pomocy.

–  Pamiętam powódź w 1997 roku, wtedy w telewizji wolontariusz apelował, aby darczyńcy nie opróżniali sobie piwnic i nie przynosili rzeczy kompletnie nie nadających się do użytku. Teraz też tak jest, niestety – powiedziała seniorka.

– Wtedy i pewnie teraz nie brakuje cwaniaków, którzy coś dla siebie zachachmęcą.

– A żeby im rączka spuchła.

– Najlepiej obie. I nóżki też.

– Węgry nie pomogą Ukrainie i nie pozwolą na przejazd dostaw przez swój kraj.

– No to życzę im braku pomocy w potrzebie.

– A nasz Ogród Zoologiczny przekazał 10 tysięcy euro zoo w Kijowie, a razem 15 tysięcy dla ogrodów na Ukrainie.

– Zwierzakom domowym idącym wraz z właścicielami też nasi pomagają.

– Serce rośnie gdy się na to patrzy i o tym słucha. Nie zostawia się domowników i przyjaciół w potrzebie a takie są zwierzątka.

– A co mają w głowie rosyjscy żołnierze, którym w czołgu zabrakło paliwa i poprosili ukraińskich policjantów o pomoc?

– Mają mózgi przeżarte przez putinowską propagandę, która głosiła, że jadą bronić Ukrainy przed wrogami i mieszkańcy powitają ich chlebem i solą oraz kwiatami.

– Oraz wódką i paliwem.

Pieśń o Bośni – Josif Brodski

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,

jesz posiłek, sadzasz tyłek

na kanapie, łykasz wino –

ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach

grad ołowiu, grzmot żelaza:

nieświadomi, co ich winą,

ludzie giną.

W wioskach, których nie wyśledzi

wzrok – bez krzyku, bez spowiedzi,

bez żegnania się z rodziną

ludzie giną.

Ludzie giną, gdy do urny

wrzucasz głos na nowych durni

z ich nie nową już doktryną:

“Nie tu giną”.

W stronach zbyt dalekich, by nas

przejąć mógł czyjś bólu grymas,

gdzie strach lecieć cherubinom –

ludzie giną.

Wbrew posągom i muzeom-

jako opał służy dziejom

przez stulecia po Kainie

ten, kto ginie.

W chwili, kiedy mecz oglądasz,

czytasz, co wykazał sondaż,

bawisz dziecko śmieszną miną –

ludzie giną.

Czas dzielący ludzkie byty

na zabójców i zabitych

zmieści cię w rubryce szerszej

tak, w tej pierwszej.

Napisane 24.02 – 2.03.2022 r.

Wirus niszczenia (cz. 114)

Pod każdym tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczam recenzję książki lub relację prywatną. Miłej lektury 🙂

*********************************************************

– Mamy powtórkę z usuwania dyrektora teatru – ze smutkiem stwierdziła Helena będąc z wizytą u Kasi.

– Żeby powtórkę, ale drugi raz z powodu „Dziadów” – Kasia zrobiła sobie przerwę w pracy online goszcząc Mietka i seniorkę.

– Mickiewicz się w grobie przewraca i powinien decydentów straszyć po dniach i nocach – powiedział Mietek pomagając Adasiowi budować miasto z klocków Lego.

– Ja poszłabym dalej – niech wszyscy nieżyjący polscy pisarze straszą tych debili – radykalnie podsumowała starsza pani krojąc przyniesione ciasto.

– Ma pani rację. Tym bardziej, że chcą wymienić piętnastowieczny manuskrypt Kroniki Korwina z Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu za zbroję króla Zygmunta Augusta, którą w ubiegłym roku Orban dał Polsce  – dodała Kasia nalewając gościom herbatę z kandyzowanym imbirem.

– A przecież manuskrypt jest wyceniany na 5 razy więcej niż zbroja. A w ogóle czy była taka umowa, że on zbroję, a my tę księgę?

– Chyba nie, ale kto ich wie. Jest propozycja, żeby przekazać im Korwina – Mikke.

– Ha, ha, ha, ale czy go zechcą?

– Można na jego ciele wytatuować tekst z manuskryptu oraz zapakować w jakąś, wysadzaną szkiełkami udającymi drogocenne kamienie, okładkę. Zapinaną na metalową klamrę.

– Drewnianą najlepiej, bez otworów na oddychanie.

– Albo niech ich porwie wichura, jedna z tych obecnie dających nam popalić. I niech nimi rzuci na wyspie bezludnej z krwiożerczymi tygrysami ludojadami – zaproponowała Kasia.

– No, strach się bać tego co wymyślasz.

– A bo już nie mam cierpliwości do tego bezładu.

– Ale wiesz skąd te wichury?

– A co to  ja meteorologiem jestem?

– Ech, ty nieuświadomiona. Tusk oddycha i stąd te silne wiania.

– A nie mógłby tak oddychnąć na Żoliborzu?

– Trzeba mu to zasugerować. Ale i jeszcze na Kreml, żeby Putina wywiało na Kamczatkę i nie mógł nigdy wrócić.

– No to przydałby się łagier o bardzo zaostrzonym rygorze. Aby wybić mu zakusy na Ukrainę i inne byłe republiki sowieckie. Jemu marzy się następny ZSRR pod jego wodzą.

– Tak to jest gdy do władzy dorwie się kagiebista.

– Nie wiem czy on ma ogromne kompleksy, które sobie tak wyrównuje, czy po prostu jest psychiczny?

– Tam to jest stara świecka tradycja – car musi być. A może czuje się drugim Piotrem Wielkim?

– Raczej połączeniem Stalina z Hitlerem, niestety.

Helena w czwartek 24. lutego nie smażyła pączków tylko zadzwoniła do przychodni z prośbą o receptę na środek uspakajający.

– Pani napije się melisy – usłyszała.

– Melisę to ja piję hektolitrami od dawna, teraz potrzebuję czegoś mocniejszego, bo Putin napadł na Ukrainę i może być trzecia wojna.

– Przesadza pani.

– Nie przesadzam, długo żyję i spodziewam się najgorszego. Proszę mi wysłać e-receptę, bo przyjdę do przychodni i położę się wam na progu.

– Niech pani nie przesadza.

– Jestem w takim stanie nerwów, że mogę zrobić coś gorszego.

– Dobrze, już dobrze.

Helena odłożyła słuchawkę i powiedziała w przestrzeń: zachodni władcy od dawna wiedzieli o pomysłach Putina i zamiast ostro reagować to brali na przeczekanie. Od razu gdy wojska rosyjskie weszły na Krym powinni byli Rosji wszystko blokować. Cholera, co za durne pały! Historii nie znają? O Hitlerze nie słyszeli? I dlaczego Ukraina nie należy do NATO a ich wojska są przy naszej zachodniej granicy a nie przy wschodniej? No, szlag mnie trafi zaraz! Mamy trzy plagi: PiS, pandemię i Putina.

Seniorka podgrzała sobie mocną melisę i wypiła duszkiem trzęsąc się ze zdenerwowania.

Zadzwonił telefon.

– Pani Heleno, idę do sklepów, czy coś pani potrzebuje? – zapytał Wacek.

– Kochany jesteś, że dzwonisz. Taka jestem wkurzona,  że miejsca nie mogę sobie znaleźć. Wstąpmy też do sklepu ze sprzętem medycznym przy ulicy Sienkiewicza, potrzebuję taboret do wanny a tam podobno są antypoślizgowe.

– To może pójdziemy razem najpierw na spacer a potem na zakupy?

– Chodźmy, choć nikt nie woła.

Stanisław Barańczak

Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka,

której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,

Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby

nie było przykro podnieść się i odejść;

Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,

Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,

Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć,

kiedy nadejdzie czas następnej przeprowadzki

na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy

lub świat.

Kto ci powiedział, że wolno ci się przyzwyczajać?

Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?

Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy

w świecie

czuł się jak u siebie w domu?

Napisane 10.02 – 24.02.2022 r.

A wszystko to bo…

We wtorek przed tłustym czwartkiem niechcący strąciłam z łazienkowej półeczki lusterko. Spadło na klapę sedesu i rozprysło się w drebiezgi lokując je w różnych miejscach pomieszczenia. Może by się tak nie stało gdyby wytwórca nie przykleił okrągłej tafli do plastikowej obudowy bardzo oszczędnie serwując paseczek kleju na gorąco. Niby nie jestem przesądna ale w czwartek Putler napadł na Ukrainę. I mało mnie obchodzi, że miał ciężkie dzieciństwo, ojczym go bił a dzieci w szkołach wyśmiewały. To psychopata, którego należy zamknąć w psychuszce.

No i mamy trzy plagi: PiS, pandemia i Putin. Za duży wiatr na naszą wełnę.

W ramach pomocy uciekinierom m.in. kupiłam w pierogarni pół kilo pielmieni. Włożyłam do lodówki, aby zjeść następnego dnia. Nastawiona na ucztę wyciągnęłam plastikowy pojemnik i zaczęłam wyciągać pierożki. ANI JEDEN nie dał się wyjąć w całości! Czy ciasto było zbyt miękkie, czy powinny być obficiej posypane mąką, czy za długo stały w ciepłym pomieszczeniu – nie wiem. W każdym razie zrobiłam szybkie ciasto pierogowe, poporcjowaną  rozpadająco-klejącą się masę nadzieniowo-ciastową umieściłam w swoim cieście robiąc sakiewki. Gotować je trzeba było odpowiednio dłużej. Jak na moje wymagania miały za dużo czosnku i jego absmak czułam w ustach jeszcze przez trzy dni.

Miałam trochę oddechu od tych „ sukcesów” gdy w piątek bardzo zaswędziało mnie lewe przedramię. Podrapałam się dość mocno no i Z tego wykluło się paskudne uczulenie. Bolące i okropnie swędzące. Próbowałam je „załatwić” odmownie dwiema maściami ale bez skutku. Okazało się, że minął termin ich przydatności. Potem próbowałam ratować sytuację traktując czerwono – różowe plamy wodą utlenioną, argolem, tonikiem kosmetycznym, maścią z wit. A, oxycortem w aerosolu. Uczulenie pokazywało mi figę. Bez maku. Zastanawiałam się nad pastą do zębów, sodą oczyszczoną, kisielem, budyniem, okładami ze świeżych  owoców i jarzyn.  Na szczęście nie byłam aż w takiej desperacji, aby dojść do pasty do butów.

Poszperałam na półce z medykamentami i znalazłam żel foxill. Od razu przetłumaczyłam to jako: chory lis. Zachęcające to nie było. Okazało się, że mam też trzy tabletki musującego wapna. Zastosowałam a i tak przez swędzenie pół nocy z niedzieli na poniedziałek nie przespałam. Stosuję z marnym skutkiem.

W Internecie znalazłam informację, że dermatolog u której byłam już parę razy przyjmuje w poniedziałki. Zadowolona wielce tam pojechałam, aby dowiedzieć się, że: a) w poniedziałki pani dr nie przyjmuje b) potrzebuję nowego skierowania, bo byłam tam cztery lata temu a nowe trzeba mieć co 2 lata. I tu już miałam dosyć więc wyciągnęłam broń silnego rażenia w postaci legitymacji osoby represjonowanej, dzięki której mam pierwszeństwo w dostępie do lekarzy. I żeby nie było wątpliwości oraz zazdrości: nie zawsze to działa. Bo wizyty u lekarza rehabilitanta i rehabilitacji na NFZ mi to nie załatwiło. Bo nie! Wicie, rozumicie! Nie rozumicie? Wasz, czyli pacjenta, problem.

Następnego dnia u dermatolożki. Zadaje mi pytanie:

 – Z czym pani do mnie przychodzi?

No przecież nie z kopą jajek czy półtuszą świniaka.

Pokazuję uczulenie i mówię, że bardzo swędzi.

– A co pani podejrzewa jako powód

– No, wojnę może – próbuję serwować czarny humor.

– A to wszyscy tak mamy.

– To może chińską zupkę.

– A kiedyś już tak się zdarzyło?

– Nie, nigdy.

Rzadko w ogóle jadam ten fast food ale skoro wirus z Chin to może i zupka jest  wirusowato –  bakteryjno –  uczulająca? Kto wie?

– A może mnie coś w tych (pięciu) miejscach ugryzło  a ja nie zauważyłam? – dzielę się przypuszczeniem.

– Może.

Doceniam lapidarność, bo nie lubię słowotoku.

Zapisano mi maść (nawet niedrogą) na e-receptę, przekazano sposób stosowania, poinformowano, że jeśli po 2 tygodniach stan się nie poprawi mam się zgłosić osobiście lub na teleporadę. I zapytano czy mam  jeszcze jakąś sprawę. Zrozumiałam, że koniec kontaktu, który przebiegł na zasadzie „Załatw sprawę i żegnaj”. Nie wiem czy trwało to pięć minut. Akurat nie należę do osób dla których każda okazja jest dobra, aby zamęczać wszystkich wokół swoim życiorysem ze szczególnym uwzględnieniem chorób i nieszczęść. Wrogów zaś załatwiam w swoich opowiadaniach :). Odniosłam jednak wrażenie, że pani dr brzydzi się swoich pacjentów dlatego ogranicza czas wizyty. Najbardziej lubi teleporady?

Wasza pogryziona i podrapana Irena – Alodia

p.s. na zdjęciu moja kotka Misia (na kocyku a nie na gałęzi 🙂 )

Wirus drożyzny (cz. 113)

Pod każdym tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczam recenzję książki lub relację prywatną. Miłej lektury 🙂

***********************************************************

– Pandemia, drożyzna i podsłuchy, to trzej jeźdźcy Apokalipsy – przeczytał Wacek w Internecie. Czwarty to Nowy Ład a raczej stary bardak.

– A przede wszystkim głupota i zachłanność polityków oraz wyborcy z ptasim móżdżkiem – dobił się tym stwierdzeniem.

Przeszedł do przedpokoju, włożył kurtkę, buty, czapkę, wziął szalik zrobiony przez Aldonę i dwie torby na zakupy. Wyszedł z bramy i wdepnął w psią kupę. Zaklął szpetnie. Przeszedł skwerek i wytarł buty w trawę poprawiając papierowym ręcznikiem jakiego kawałek zawsze nosił w torbie.

Zadzwonił domofonem do mieszkania Heleny. Otwierając seniorka powiedziała:

– Jak dobrze, że cię widzę. Czy pójdziesz ze mną po zakupy?

– Właśnie miałem pani zaproponować ich zrobienie. Jest ładna pogoda to może zrobimy sobie mały spacer po parku?

– I za to cię cenię, za dobre pomysły oraz życzliwość, której tak brakuje, bo jest odgórne pozwolenie na chamstwo.

– Właśnie w tego dowód wdepnąłem.

– Osobisty? – zdziwiła się starsza pani.

– Osobisty jakiegoś psa, no i chamstwa osoby wyprowadzającej.

– Niestety, Wrocław jest miastem psiej kupy.

– Zakupione czy raczej zasrane miasto – podsumował Wacek ciągnąc się za ucho.

– To może patrzmy pod nogi zamiast na drzewa i krzewy – zaproponowała seniorka poprawiając maseczkę. A czy tam przed nami nie idzie Edek z psem?

– Edek, Edek! – zawołał towarzysz spaceru.

Mężczyzna stanął, obejrzał się i pomachał. Dwójka znajomych podeszła do niego.

– Wdepnąłem dziś przed bramą w psie gie. Jeśli nie sprzątasz po wyprowadzanych przez siebie to cię palnę – obiecał Wacek.

– Sprzątam, sprzątam. I właściciele kazali, i Aldona mi o tym przypomina.

– A propos Aldona, idziemy po zakupy, może wam coś potrzeba?

Zapytany wyciągnął komórkę i skonsultował sprawę przekazując telefon kumplowi, który przyjął zamówienie.

Edek podciągnął spodnie, schylił się, pogłaskał psa mówiąc:

– Idziemy do domu Misiek. Czas na michę.

– Acha, Edek, czy ty nosisz dres w domu? – zapytał Wacek.

– Tak, a dlaczego pytasz?

– Bo podobno jeśli tak to wszystko co robisz w domu liczy się jako uprawianie sportu.

– He, He, He – rozumiem, że z ciebie też taki sportowiec?

– Lepszy niż nasz prezydent, który za naszą kasę fundnął sobie wycieczkę, na Olimpiadę, do Pekinu.

– Jako zawodnik?

– Jakby była olimpiada kompromitujących się nieustannie prezydentów to na pewno zgarnąłby złoty medal.

– Tylko naszego hymnu dla takiego szkoda.

– Ale za to powstał hymn Pispatologii:

Zbudujemy nową Polskę

Zbudujemy Nowy Ład

W którym wszystko sp……..y

W którym każdy będzie dziad.

Wyludnione miasta

Zrujnowane wsie.

Zbudujemy nową Polską

Jak w koszmarnym śnie.

– Ale „Zanim prawda włoży buty, kłamstwo obiegnie ziemię” Mark Twain.

– W dodatku nie pytając o zgodę premiera zwolniono ministra finansów.

– Widocznie Pinokio jest do odstrzału i Wuc już ostrzy colta.

– A kot mu podaje wycior i naboje.

– A może nawet naciśnie spust?

– Kto wie? Koty zdolne są do wszystkiego, szczególnie gdy taki pan mu daje przykład.

– Już sobie wyobrażam, że w ogrodzie mają strzelnicę i obaj ćwiczą.

– Nawet wiem czyja podobizna jest na tarczy.

– Tego od wina, oczywiście.

Napisane 6 – 7.02.2022 r.