Upalne miasto 12

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

 „Gdy słońce było bogiem” – Anna przypomniała sobie tytuł książki. Ale czy musi być tak okrutne?

I położyła się spać odziana w koszulkę nocną z cieniutkiej tkaniny. Okno było zasłonięte roletą i uchylone. Aż tu nagle obudził ją dziwny hałas. Wstała więc, zapaliła nocną lampkę i spojrzała na budzik – była trzecia w nocy.

Podeszła do okna i odsunęła roletę spod której coś wyfrunęło, coś jakby ptak a raczej mały czarny stwór. Może obcy? I to coś zaczęło krążyć, pod sufitem,  po całym, dość małym, pokoju. W końcu osiadło na  górze regału z książkami. Anna wzięła drabinkę z przedpokoju i płaską szczotkę na długim kiju z szafki tamże położonej. Rozstawiła drabinkę pod regałem i szczotką wypędzała stwora. Który odpowiedział ponownym, kilkakrotnym kołowaniem. Seniorka głosem i szczotką zachęcała go, aby obrał kierunek otwarte okno. Nadaremnie. Stwór osiadł na górze regału po drugiej stronie pokoju. Co było robić – drabinka zmieniła położenie, szczotka w dłoń i ponowna akcja wypędzania. Nie ze stworem te numery. Odbył kilkakrotnie ulubioną rundę pod sufitem i ponownie wylądował na regale z książkami.

– O żesz ty w skrzydła kopany – pomyślała seniorka i przestawiła drabinkę. Tym razem uzbroiła się nie tylko w broń wypędzającą w postaci szczotki ale i w tkaninę do machania i wylotu zachęcania. Nic to nie pomogło. Nadal odbywał się cykl: fruwanie i na jednym z regałów osiadanie. Kobieta spróbowała nakryć stwora tkaniną gdy był na bezksiążkowej szafie  ale bez skutku, bo odleciał. Za którymś razem stworzenie schowało się za regałem z książkami gdzie nie było dostępu szczotkowo – szmatowego.

– K…. ile tak można, a siedź sobie tam, tylko spokojnie – pomyślała Anna robiąc krok w bok co spowodowało upadek drabiny na owalny stolik  z tysiącem i jednym podręcznych drobiazgów. Rozległ się huk a drobiazgi (nożyczki, pędzelki, długopisy, lekarstwa, książki, notes, komórka, aparat fotograficzny, karteczki na notatki, kalendarz, maść na oparzenie, krem do rąk i miseczka ze słonecznikiem) rozprysły się na dywanie.

– Jasne, tego mi jeszcze było trzeba do pełnego szczęścia porą nocną – pomyślała kobieta zestresowana do imentu i upocona wszędzie.

Stwór ciągle dawał o sobie znać skrobiąc i chrobocząc.

W wyniku energicznego zaglądania za roletę złamał się mocujący element i zepsuł kołowrotek. Płachta zwisała i nadziei na ochronienie przed żar –  bogiem nie dawała.

– Co robić i jak żyć? – to fundamentalne pytanie zadała sobie seniorka wkurzona brakiem sukcesu w pozbywaniu się nieproszonego i skrobiącego tył regału, gościa. Nie zasnę ze świadomością, że to coś w każdej chwili może mi siąść na twarzy lub coś gorszego zrobić.

Stworzeniu nagle się znudziło miejsce pobytu i sfrunęło na parapet za zasłonę a potem na oparcie fotela. Anna nakryła go szmatą, mocno schwyciła i za okno wyrzuciła. Ufff…

Ale przestraszona, że nietoperz może być powracającym natrętem musiała zamknąć okno.  Co nie pomogło w ochłodzeniu nagrzanego mieszkania.

Akcja trwała godzinę, bez zbierania drobiazgów – zrobiła to rano. Stres długo nie pozwalał jej zasnąć.

Przed zaśnięciem pomyślała:

– Widocznie upał każdemu stworzeniu, nawet najmniejszemu, miesza w głowie. Choć naszym politykom niezależnie od pogody, czy to słońce, czy  deszcz oni plotą jak Piekarski na mękach.

Planowała pójść do Ogrodu Botanicznego na spotkanie „Zioła nie tylko dla seniora” ale nie była w stanie. Musiała odespać i odtajać, bo przez cały następny dzień bolała ją głowa. Jest powiedzenie: „Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech Pana Boga” a raczej diabła.

– No to teraz czeka mnie wymiana rolet – pomyślała i Internet  tym celu zatrudniła. Okazało się, że firm wiele ale każda oczekuje dużego zamówienia a nie jednookiennego zawracania głowy. A jeśli już to koszt zbliża się niepokojąco  stronę tysiąca złotych.

– Nie mam zdrowia do bezwzględnie widzialnej ręki rynku – pomyślała. Jak się wkurzę to zasłonię okno kocem.

Opowiedziała Ewie swe nocne awantury i wybryki. Ta najpierw się roześmiała a potem skonstatowała:

– Lubisz oglądać horrory to miałaś wizytę Batmana.

– Dziękuję uprzejmie, nie zapraszałam go, szczególnie trzecia w nocy mi nie pasuje. A nie mógł najpierw telefonicznie, w dzień, się zapowiedzieć, jak przystało na dżentelmena?

– Obawiam się, że te latające ssaki nie mają telefonów. Poczekaj sprawdzę u wujka G informacje o nich. O, widzisz – prowadzą nocny tryb życia więc nic dziwnego, że był w trasie. I potrafią latać 55 kilometrów na godzinę.

– No, jak tak kołował pod sufitem to pewnie tyle było. Chyba mu odbiło, żeby tak wlecieć i nie chcieć wylecieć. GPS w postaci echolokacji mu nawalił.

– Ale w końcu chyba zrozumiał, że zabłądził, bo właściwie ci się podłożył.

– Na to wygląda. Ale trwało to i kosztowało mnie godzinę strachu i wysiłku.

– Czytam, że niektóre z nich to upiorowate i wampiry.

–  Brrr, przestaję oglądać horrory.

– A nauka zajmująca się twoim gościem i jego pobratymcami to chiropterologia.

– Chyba wolę jednak chiromancję – zażartowała seniorka.

Następnego dnia żar-bóg trochę odpuścił więc Barbara zadzwoniła do pasierba:

– Już za tydzień będzie wycena domu. To mniej więcej za dwa dostaniesz kasę. A czy ty w ogóle masz konto w banku?

– Jasne, że mam. Za kogo ty mnie masz?

– Za lenia, naciągacza i flejtucha – usłyszał.

– Dziękuję bardzo, powiedzieć co ja o tobie myślę?

– Nie trzeba. Dzwonię, bo jadę na cmentarz uprzątnąć grób. Podjadę po ciebie to mi pomożesz.

– A co tam kamienie trzeba dźwigać, czy co, że ci pomoc potrzebna?

– Ty żałosny obiboku! Ty…

– Dobra, dobra, przyjeżdżaj.

Cmentarz to był nieduży, dość zadbany, nawet ostatnio postawiono wiatę na kilka śmieciowych pojemników.

Niezaprzyjaźniona dwójka pozbierała i zapakowała do worków zwiędłe kwiaty, wypalone znicze i nieudane dekoracje. Zostawili tylko jeden znicz świecący na baterie, ten najmniej kiczowaty.

Upalne miasto 8

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki lub relację z prywatnych wydarzeń. Miłej lektury 🙂

**************************************************************

Po ulubionej rozrywce gracze wybrali się na spacer cichymi uliczkami osiedla. W pewnej odległości zobaczyli dwóch mężczyzn z rowerami i załadowanymi przy nich przyczepkami.

– To Edek i Wacek, moi znajomi. A właściwie znajomi mojej koleżanki. Edek był w psychicznym i fizycznym dołku. Helena uratowała mu życie i z pomocą Wacka wyprowadzili na prostą – powiedziała Anna.

– Jak fajnie jest usłyszeć, że ludzie sobie pomagają a nie dokopują – stwierdził hazardowy kolega. To takie rzadkie jest.

W domu seniorka postanowiła odpocząć przy cichej muzyce i lekturze powieści Julii Gambrot „Różany eter” opisującej dzieje studentki medycyny, na początku XX wieku w Breslau.

Po masażu Barbara przeciągnęła się leniwie, ziewnęła i rzekła:

– Będę ci mówić po imieniu. Chodź ze mną, pokażę ci skąd masz wziąć pościel i ręczniki. Pokój nie jest posprzątany, musisz zawsze sam o to  dbać. Ręczniki będziesz zmieniać co tydzień, pościel co dwa. Kabinę prysznicową z wc będziesz miał osobną tylko dla siebie. Też bez obsługi, nawet jak będzie nowa pomoc domowa. Sam będziesz sobie przygotowywał posiłki dopóki kogoś nie zatrudnię ale nie przyzwyczajaj się do wszechstronnej obsługi. Prać i prasować też będziesz sam.

– Wieśkowi też takie warunki postawiłaś gdy się tu wprowadzał? – spytał zaskoczony Paweł.

– Oczywiście. Mam na głowie sklepy więc nie zamierzam zajmować się jeszcze tobą.

– A kiedy zatrudnisz nową gosposię?

– Casting już rozpoczęłam, na pewno nie będzie to osoba młoda i ładna – roześmiała się widząc zawiedzioną minę masażysty.

– Naprawdę myślałeś, że sprowadzę tu jakąś laskę w dodatku chętną umilać ci noce i dni, no nie bądź naiwny – dodała.

– Ależ nie, ależ skąd – fałszywie zapierał się Paweł myśląc w duchu: a to wredna i wyrachowana baba. Ale za darmowe mieszkanie warto pocierpieć.

Rozmowę przerwało wejście Wieśka, który trochę się zdziwił:

– Myślałem, że już pan skończył renowację Baśki, he, he, he.

– Nie dość, że nie skończył to z nami zamieszka, w pokoju gościnnym.

– A ja?

– A ty przeniesiesz się do pokoju nad garażem. Tam jest  mała łazienka, aneks kuchenny i nareszcie będziesz miał wolność o której tak często mówisz. Weź z pokoju gościnnego pościel, ręczniki i swoje kosmetyki. Za prąd i wodę nie musisz płacić, podłączona pralka jest w garażu tylko musisz mieć swój proszek. Jak chcesz mieć wyprasowane ciuchy to kup sobie żelazko.

– Feminizm posunął się stanowczo za daleko – pomyślał Wiesiek. Ten polityk ma rację, że baby to powinny być tylko do garów, rodzenia dzieci i obsługiwania swego pana.

– Ale będę mógł masować i trenować jeszcze inne pacjentki – zatroskał się o swoje dochody i odrobinę wolności Paweł.

– Oczywiście, nawet dostaniesz moje auto, ja będę używać tego po mężu. Do roboty panowie, nie stać proszę, nie gapić się z głupimi minami tylko wykonywać to co poleciłam. Bez narzekania i sprzeciwu – zakończyła pani domu przechodząc do swojego gabinetu.

Dom na parterze składał się z dużego salonu z wyjściem na taras, dużej kuchni łączącej się rozsuwanymi drzwiami z salonem, gabinetu pani domu gdzie załatwiała sprawy służbowe, pokoju SPA zawierającego dwa pomieszczenia wypełnione stołem do masażu, rowerem stacjonarnym, bieżnią i osobny prysznic z wc.

Górną część zajmowała sypialnia pani domu i pokój gościnny, sypialnia męża Barbary – wszystkie z łazienkami i toaletami. Zaadaptowano też poddasze dla pomocy domowej. Poziom -1 zawierał, obok garażu męski pokój (też z sanitariatami) gdzie Jan z kolegami i wspólnikami załatwiali interesy oraz oddawali się ulubionym rozrywkom. Barbara nie sprawdzała jakim. Po śmierci męża zamknęła pomieszczenie na cztery spusty, aby nie dopuścić do dalszego ciągu rozpusty.

Ewa wróciła do domu po siódmej rano i zmęczona położyła się spać. Lubiła tego klienta ale jego pomysły na seks były bardzo męczące.

– Chyba bierze za dużo viagry albo stosuje wspomagacze typu mucha hiszpańska. To substancja pozyskiwana od chrząszcza noszącego niespecjalnie namiętną nazwę, mianowicie pryszczel lekarski, ha, ha, ha. Wolę truskawki, czekoladę lub małże. Bo nie zamierzam robić dawnych mikstur jak te:

Proszek afrodyzyjny:

wziąć po trzy grosy cynamonu, korzenia Dzięga, goździków, kwiatów muszkatołowych, gałki muszkatołowej, liści indyjskich i galangi, po grosie nardu indyjskiego, dużego i małego kardamonu, półtora grosa imbiru, po dwa grosy drewna aloesowego, żółtego sandałowca i długiego pieprzu. Wszystko zmielić. Zażywa się po pół grosa w bulionie albo w dobrym winie.

Wyjaśnienia:

Galanga – roślina o imbirowo-pieprzowym smaku, podobna z wyglądu do imbiru,

Nard indyjski – nazwa roślin z rodzaju kozłek

Tynktura afrodyzyjna:

Wziąć cztery piędzi ros Solis, po uncji cynamonu, gałki muszkatołowej, kwiatu muszkatołowego, Gożdzików, imbiru, nieco piżma, osiem funtów winiaku. Wymieszać wszystko razem i odstawić na dwadzieścia dni, potem odlać tynkturę, rozpuścić w niej funt cukru i zatkać w osobnym naczyniu, gotową do użycia. Pić po łyżeczce do kawy.

Wyjaśnienia:

Ros Solis to inaczej róża słoneczna; jej czerwona płatki wyrastają z łodygi; przy liściach pojawia się puch czerwony; kwiat ten jest owadożerny; rzekomo zewnętrzne zastosowanie tej rośliny ułatwia poród.

Tynktura – nalewka, roztwór

Ewa po czterech godzinach wstała, wzięła prysznic („wziął prysznic i tyż nic” zaśmiała się na wspomnienie jednego z klientów), włożyła bieliznę, krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, zaparzyła w kawiarce ulubiony napój, wyjęła z chlebaka kromkę grahama a z lodówki plaster białego koziego sera. Posmarowała go miodem i usiadła przy stole przeglądając smartfona.

– Przez pandemię mam długi to sobie muszę jakoś radzić. Bycie call girl mi pasuje. Mam w dupie co inni o tym myślą – poprowadziła mini monolog wewnętrzny.

Po śniadaniu zapukała do Anny:

– Czy mam ci coś kupić? – zapytała.

– Przygotowałam kartkę a tu masz pieniądze.

– Nie trzeba, rozliczymy się później, pa.

Sfrustrowany Wiesiek zabrał swoje lary i penaty z pokoju gościnnego przenosząc je do lokalu nad garażem. Otworzył okno, pościelił łóżko, rozłożył i powiesił ubrania.

– No i fajnie – pomyślał. Przynajmniej nie będzie mnie bez przerwy napastować. Pawełek zobaczy jak to fajnie być zależnym od nimfomanki. Też sobie zamówię jedzenie pudełkowe. Widzę, że jest lodówka,  czajnik, kubek, talerzyki i sztućce, kawa i herbata, dobra nasza. Laptopa i smartfona mam. Będę wolny, wolny, wooooolny – zaśpiewał  wdzięczny losowi za tę zmianę.

Krótka historia namiętności

To opowiadanie napisałam na konkurs po powyższym tytułem. Nagrody ani wyróżnienia nie dostałam – widocznie jurorów nie przekonałam. Może dlatego, że w tekstach znosi mnie w kierunku poczucia humoru a u nas uważa się, że tylko osoby poważne, wzdęte i nadęte są godne uwagi. A reszta się nie liczy. Ale „powaga jest tarczą głupców” napisała Joanna Chmielewska i ja się z nią zgadzam.

*****************************************************************

Pięćdziesięcioletnia chuda Dobrosława powoli szła parkową ścieżką. Miała na sobie bluzkę której kolory zniszczyły liczne prania, tłuste włosy zwisały w nieładzie wokół jej twarzy i widać było, że brzydką cerę systematycznie niszczyła paleniem papierosów. Właśnie zapaliła jednego rozkosznie się nim delektując.

Śledziła JEGO, niedawno poznanego na wieczorze poetyckim. Wiersze,  które czytał trafiły w jej serce strzałą Amora i tam pozostały. Kupiła tomik, zawsze nosiła go w torebce, całowała zdjęcie na książce, przytulała do siebie, znała na pamięć każdy wiersz. Jego twórczość była tak cudowna jak imię – Bożydar. Wyglądał mniej pięknie – najwyżej 170 centymetrów wzrostu, łysiejąca głowa, brak paru zębów i krzywe nogi w obcisłych dżinsach. Mimo trzydziestki wyglądał na dziesięć lat więcej za to był przekonany o swojej niebywałej atrakcyjności i nieodpartym uroku co potwierdzał zachwyt fanek.

Przyspieszyła, bo ON skręcił w boczną uliczkę willowego osiedla, którego przyprawowe nazwy uliczek przypominały kobiecie, że nie ma dla kogo piec ani gotować. A tak wspaniale byłoby dodać cynamonu do szarlotki, zaparzyć mu melisy gdyby był zdenerwowany, dodać pieprzu, kminku lub tymianku do mięsa. Albo bazylii do sałatki czy koperku do młodych ziemniaków.

Wszedł do cukierni więc zatrzymała się przy wystawie sąsiedniego sklepu z rowerami.

– Może powinnam sobie jakiś kupić? – pomyślała. Nie zawsze nadążę za nim na piechotę. Tak, kupię – zdecydowała. Ale nie teraz.

Zapaliła papierosa czekając na śledzonego.

Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna w progu cukierni namiętnie całuje drobną brunetkę.

– O, żesz ty małpo wstrętna – pomyślała. Nie daruję ci tego. Zanotowała w pamięci, aby w Internecie wyszukać, nie dającą objawów i trudno wykrywalną, truciznę.

Poeta przeszedł na drugą stronę jezdni i stanął na przystanku przy ulicy Cynamonowej. Wyciągnął z kieszeni notes i długopis, zaczął coś  pisać.

– Pewnie pisze wiersz o tej idiotce, a może erotyk – zazdrośnie przypuściła Sławka. Dla mnie nikt nigdy nic nie napisał – użaliła się nad sobą.

Mężczyzna wyrwał kartkę z notesu,  zgniótł  i rzucił na ziemię. Gdy się odwrócił wielbicielka udając poprawianie sandałka podniosła papier. Rozwinęła i przeczytała:

Tyś jest wspanialsza niż niebo i piekło

Niż letni deszcz i zimowy puchu śnieg.

Twoje oczy skrzą się jak brylanty u jubilera

A usta czerwieńsze są od wszystkich maków.

Jak cię widzę to szczęście mnie rozpiera.

– O rany, chyba miłość go ogłupia, że takie bzdury wypisuje – trzeźwo oceniła kobieta.

Nadjechał autobus otwierając drzwi obojgu. Usiadła tuż za mężczyzną wdychając, otaczający idola, zapach  wody toaletowej.

– Gdybym wiedziała jakiej używa to kupiłabym taką samą – zamarzyła. I jak by tu zdobyć część jego garderoby?

Dojechali do śródmieścia, wysiadła na tym samym co on przystanku. Poszła w ślad za poetą, nawet udało się jej wejść do jego bramy. Sprawdziła do którego mieszkania otworzył drzwi.

– Dobra nasza – pomyślała. Wyciągnę ten plik kluczy po dziadku, może coś dopasuję – postanowiła.

Wróciła do domu i przyszło jej na myśl, że powinna w punkcie ksero powiększyć jego podobiznę umieszczoną na tomiku, aby powiesić nad łóżkiem. Albo postawić na szafce a obok pachnącą świeczkę i bukiecik codziennie świeżych kwiatów.

– Jutro rano podejmę decyzję. A najlepiej zrobię to i to. I skseruję każdy wiersz.

Z tą dobrą myślą wypaliła papierosa, wzięła prysznic i po wytarciu się wykonała cowieczorny rytuał: przeczytała trzy wiersze, pocałowała jego zdjęcie i poszła spać. Ostatnią jej myślą przed zaśnięciem było: muszę zabić tę flądrę, on jest mój.

Przebudziła się pełna werwy i chęci do skutecznego działania. Wypiła mocny napar złożony z wielu ziół jaki sobie, każdego ranka, serwowała przekonana, że dają jej moc urody i mądrości. Potem z Internetu spisała najtrudniej wykrywalne trucizny i zamówiła jedną z nich.

Spisała na kartce sprawy do załatwienia:

– kupić rower (najwyżej zrobię debet)

– otruć tę czarną małpę (najpierw sprawdzić co lubi jeść i pić)

– wejść do jego mieszkania i wziąć koszulę lub gatki

– śledzić go,

– sprawić, żeby był mój

Podkreśliła ostatni i najważniejszy dla niej punkt.

Przejrzała szafki w kuchni i przedpokoju szukając pęku kluczy jaki zostawił dziadek.

– Szkoda, że nie dostałam w spadku auta lub kasy na zakup choćby roweru – pożaliła się w duchu. Wyrzuciła z pawlacza upychane tam, przez lata, bambetle, uwalniając tumany kurzu i rojowisko moli.

– No, żesz … – zaklęła wydobywając spore pudło.

Postawiła je na podłodze i otworzyła klapy kartonu. Znalazła stare buty, zjedzoną przez mole odzież męską oraz w puszce, po nie wiadomo czym, pęk kluczy i wytrychów. Albowiem dziadziuś był ślusarzem ze skłonnością do włamań co skończyło się kilkuletnim wyrokiem.

Opróżniła pawlacz i w szale porządków wyniosła wszystko na śmietnik. Po powrocie za pomocą Internetu wyszukała sklepy z rowerami i porównała ceny. Włożyła kurtkę budrysówkę po babci, wykoślawione buty po matce i wyszła z domu obierając kierując się w stronę budynku w którym mieszkał on – wyśniony, wymarzony i bardzo uzdolniony. Po drodze skserowała co chciała.

Doszła do bramy poety i nacisnęła guzik domofonu.

– Jeśli odbierze to znaczy, że jest w domu – pomyślała dzwoniąc w kieszeni kluczami.

– Słucham – usłyszała damski głos.

– O, cholera – zaklęła nie tak znowu Dobra. Przyjdę później – postanowiła.

W sklepie przymierzała do siebie pięć rowerów, w końcu wybrała przyjazny cenowo. Musiała zapłacić całą sumę, bo rat nie stosowano.

Wsiadła na pojazd, zadowolona, że w mieście jest dużo ścieżek dla rowerzystów. Na szczęście w dzieciństwie nauczyła się poruszać na takim wehikule. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć  lornetkę i poobserwować okna mieszkania najdroższego i jego samego też.

Jadąc podśpiewywała: lornetka, lornetka, potrzebna mi lornetka. I numer telefonu, żeby czasem usłyszeć jego głos.

Przed domem zsiadła z roweru, wniosła go do mieszkania, postawiła w przedpokoju. Zapaliła papierosa i usiadła przy komputerze. Na facebooku wpisała imię i nazwisko poety.

– Jest! Mam go! – wykrzyknęła. Polubiła profil i napisała, że uwielbia jego twórczość i że ma tomik z autografem. I zapytała kiedy i gdzie będą następne spotkania z publicznością.

Zgasiła papierosa i przypomniała sobie, że dziadek miał lornetkę.

– Muszę jej poszukać. Gdzie ją schował? Jeden pawlacz mam załatwiony. Czas na drugi – pomyślała.

Wyciągnęła drabinę zza szafy, postawiła pod pawlaczem i ostrożnie na nią weszła. Otworzyła tym razem nie zaskoczona tumanami kurzu. Wyciągnęła kolejne pudło, było zbyt ciężkie do zniesienia, więc zeszła z drabiny i obok niej postawiła stołek. Weszła na górę ponownie, zsunęła karton i postawiła na taborecie. Odstawiła drabinę i zajrzała do pudła.

  – O jejuniu – krzyknęła i  w tył nią miotnęło.

Bo zobaczyła łom, kajdanki, siekierkę, młotek pokaźnego rozmiaru, a na samym dole pistolet zaś obok niego pudełko nabojów.

– No to dziadek zostawił mi niezły spadek – zrymowała refleksję. Wyjęła wszystko powoli odkładając na podłogę. Zostało jeszcze sporego rozmiaru pudełko. Otworzyła je i z radością stwierdziła, że to wojskowa lornetka.

– Brakuje tylko trucizny,  miałabym wtedy wszystkie potrzebne rzeczy do pozbywania się rywalek.

Złożyła karton na płasko a przestępcze akcesoria zaniosła do pokoju. Rozłożyła na stole, usiadła, zapaliła papierosa i napawała się widokiem.

– Teraz tylko trzeba to wszystko zastosować – pomyślała. Co najpierw? Chyba lornetkę.

Zgasiła papierosa i po krótkim prysznicu położyła się spać. Przyśnił się jej dziadek. Siedział w fotelu i czyścił pistolet.

– Jedź rowerem do lasu, weź kilka pustych puszek i pistolet, naucz się celnie strzelać. Jutro przyjdzie paczka z trucizną, powiem ci jak ją zastosować.

Obudziła się ucieszona, że wie co ma robić. Po papierosie i śniadaniu nakleiła skserowane wiersze na tekturki z kartonu i rozwiesiła na ścianach pokoju oraz kuchni. Zdjęcie poety też podkleiła i postawiła na wprost miejsca na którym najczęściej siedziała. Zapaliła obok pachnącą świeczkę. Postanowiła zerwać jakieś kwiatki po drodze i w wazoniku dołączyć do zdjęcia i świeczki.

Zapakowała pistolet i naboje do torby, przypięła ją do ramy roweru, zniosła go na parter i pojechała za miasto. Skręciła w steczkę i zatrzymała się na małej polance. Zapaliła papierosa, wyciągnęła z torby pięć puszek po kukurydzy i groszku, rozejrzała się i postawiła je na niskiej gałęzi. Odeszła parę kroków, naładowała pistolet i wystrzeliła. Odrzut był taki, że zawyła z bólu. Pomasowała sobie dłoń i ramię i ponownie wystrzeliła. Podeszła do gałęzi.

– Trafiłam dwie, ma się talent w genach – stwierdziła. Szkoda kul, nie będę więcej próbować. Rzuciła peta na trawę, przydusiła obcasem, zabrała puszki i bardzo z siebie zadowolona odjechała.

Nazajutrz odebrała od kuriera przesyłkę z trucizną. Paląc papierosa otworzyła buteleczkę i powąchała. Nic nie poczuła.

– Zadziała czy nie, spróbować mogę – postanowiła.

Owinęła flaszeczkę w watę i parę warstw gazety, włożyła do plastikowego woreczka i zawiązała czerwoną gumką recepturką. Potem umieściła obok pistoletu i lornetki w rowerowej torbie. Usiadła przy kuchennym stole, zapaliła papierosa i zaczęła planować pozbycie się rywalki.

Zadzwonił telefon.

– Słucham? Tak. Znam ale głównie jego wiersze. Co się stało? Jak to nie żyje? Zastrzelony? Przez kogo? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Wirus zakończenia (cz.117)

I tak się kończy moja opowieść o zwyczajnych – niezwyczajnych ludziach na moim osiedlu. Bohaterów wymyśliłam, nigdy nie spotkałam takich ludzi. To tylko moje marzenie o dobrych i życzliwych osobach. Ale może Wy znacie podobnych?

**************************************************************

Ależ mamy złośliwy prima aprilis, śnieg w kwietniu zamiast w styczniu lub lutym  – pomyślała Helena opatulając kolana, stopy i gardło.

Od jakiegoś czasu źle się czuła, serce a to waliło, a to jakby stawało. W uszach szumiało, w kościach strzykało mocniej niż zwykle. Całe szczęście, że Aldona i Wacek codziennie u niej byli na zmianę i opiekowali się seniorką.

Nie była w stanie, od paru dni wychodzić z domu więc zaprosiła do siebie bliskie osoby.

– Opowiedzcie mi co u was słychać, co u Kasi, jak się ma Adaś?

Aldona wcześniej, jak co dzień od miesiąca,  przyniosła obiad, którego seniorka zjadła tylko połowę.

Wacek pierwszy zabrał głos:

– Mietek tak długo się nie pokazywał, bo jego mama chorowała i zmarła.

– Covid? – zapytała Helena.

– Głównie serce ale i zapalenie płuc swoje zrobiło. Musiał więc pozałatwiać wszystkie sprawy a potem zabrał się za porządkowanie i remont mieszkania. Ale jest dobra wiadomość – zamierzają się pobrać z Kasią.

– O, to świetnie, a kiedy?

– Jeśli będzie termin w Urzędzie Stanu Cywilnego to zaraz po świętach. I ślub będzie tylko cywilny. I bez hucznego wesela, tylko obiad w naszym gronie – poinformował Wacek.

– A gdzie będą mieszkać? – spytała Aldona krojąc ciasto drożdżowe.

– U Kasi, bo ma większe mieszkanie.  Mietka lokal sprzedadzą, żeby mieć na remont chaty Kasi i zmianę auta na nowszy model, bo ten, który ma  sypie się i rzęzi. A oszczędności nie mają, bo i z czego.

– No to czeka cię dużo pracy, bo wyobrażam sobie, że będziesz im pomagał. Na szczęście jesteś tak zwaną złotą rączką, a nawet dwiema – zażartowała Helena.

– Ociepli się, wszystko będzie szybciej schnąć, więc wiosna to dobry czas na remonty – praktycznie podsumował sytuację Wacek.

Po spotkaniu Aldona pomogła Helenie umyć się i położyć.

Nazajutrz Wacek otworzył drzwi jej mieszkania i zastał starszą panią elegancko ubraną, nawet z butami  a nie, jak zawsze w domu,  kapciami. Siedziała i spała w fotelu. Gość dotknął jej ramienia, które bezwładnie opadło. Zadzwonił po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon z powodów naturalnych. Ciało poddano kremacji, bo tak sobie Helena życzyła żałując, że jej prochy nie mogą użyźnić działki. Nie chciała żadnego pomnika.

Na stole leżał testament, który odczytano na popogrzebowym spotkaniu.

Okazało się, że zmarła zapisała swoje własnościowe mieszkanie Edkowi i Aldonie pod warunkiem, że jak najszybciej się pobiorą. W dodatku pozostawiła pieniądze oraz zgodę i plan rozbudowania lokalu o kawałek dużego holu tak, aby  do kuchni z nyżą , przedpokojem i łazienką dodatkowo powstał pokój.

Aldona zaczęła płakać, Edek gwałtownie szukał chusteczki do nosa.

– Masz, sieroto – podał mu ją kumpel i jak zawsze w reakcji na nietypowe wydarzenia pociągnął się za ucho.

– Dzięki – powiedział Edek wstając i portki podciągając choć przybrał na wadze dzięki regularnym posiłkom. Ale odruch mu pozostał.

Testament zawierał też sugestię, aby od razu przenieśli się do jej mieszkania a swoje udostępnili ukraińskiej rodzinie za darmo dopóki nie znajdą sobie pracy, aby potem móc płacić choćby niewielki czynsz.

– No to najpierw ja z Edkiem posprzątamy Heleny mieszkanie, pomalujemy a potem się przeprowadzimy – gospodarnie zarządziła Aldona.

– Zabierzcie tylko swoje najpotrzebniejsze rzeczy, bo chata spadkodawczyni jest dobrze wyposażona – doradził Wacek. Nie zapomnijcie o Panu Kocie, bo on jest najważniejszy.

– Nie wiem jak zniesie przeprowadzkę – zmartwił się Edek. No i potem remont. Może jednak zostaniemy u siebie na ten czas?

– Nie bądź głupi, twoje mieszkanie jest bez łazienki a zanim uprawomocni się spadek i znajdziemy odpowiednich fachowców to minie dużo czasu – stwierdziła partnerka niewolnika kota.

– Masz rację, nie pomyślałem – przyznał Edzio.

– To może zrobimy dwa śluby razem? – zaproponował Wacek. Wy i Kasia z Mietkiem? Będzie praktycznej, Helena pewnie by tak chciała.

– I to jest bardzo dobra koncepcja ale trzeba to z nimi skonsultować – powiedziała Aldona.

– Już  o tym rozmawiałem, bo znałem treść testamentu – przyznał Wacek. Postanowiliśmy, że dobre a niepotrzebne rzeczy z mieszkania Mietka i Heleny sprzedam w Internecie, żeby były pieniądze na niespodziewane wydatki. A resztę oddamy do sklepu dobroczynnego.

– Ta Helena to jest dla nas jak dobra wróżka – rozrzewnił się Edek.

– Oj, tak – ze świecą szukać tak dobrej osoby. Seniorzy z wiekiem często stają się egoistyczni i skąpi a ona o nas wszystkich pomyślała – podsumował spotkanie Wacek.

Na Olimpie codzienności

Parę ładnych lat temu napisałam ten tekst, był na poprzednim blogu ale portal zamknięto. Trochę tekst poprawiłam i uzupełniłam, Zapraszam 🙂

*************************************************************

Jak co sobotę byłam na Olimpie i złożyłam ofiarę, z siebie, wielu bogom. Przede wszystkim temu dwojga imion „Pranie-sprzątanie”. Nie lubię go bo wymusza cotygodniową daninę z mojego czasu i energii.

 Istnieją też inne domowe „bożki” jak: „Zmywanie”, „Prasowanie”, „Odmrażanie lodówki”. Oddaję im cześć najrzadziej jak mogę.

Najbardziej lubię tego o nazwie „Wyrzucanie” i poddaję się mu z przyjemnością. Dzień bez wyrzucania jest, dla mnie, dniem straconym. Po zakupieniu jakiejś rzeczy staram się wyrzucić/oddać dwie inne. Kupię buty, wyrzucam (lub zanoszę do sklepu dobroczynnego) bluzkę, spódnicę lub torebkę. Ostatnio nawet część ręczników, pościeli, serwetek oraz obrazków ściany ozdabiających.

Lubię też skutki składania kultu bożkom „Gotowanie” i „Pieczenie”. Najgorsze, że w paradę wchodzą zaraz następne „Zmywanie” i „Sprzątanie”. I drą się wielkim głosem jeśli o nich zapomnę. Egocentrycy wredni tacy!

 Nie mogę zapomnieć o bóstwie związanym z domem ale kultywowanym poza nim o imieniu „Kupowanie”. Ono ma różne odmiany jakie wszyscy znamy: „Kupowanie jedzenia”, „Kupowanie ubrania”, „Kupowanie słowa pisanego”, „Kupowanie dla kota”, „Kupowanie dla higieny”, „Kupowanie dla urody” i tak dalej.

 Na szczęście nie jestem zakupoholiczką, całożyciowe dochody mnie od tego ustrzegły oraz nie mam takich skłonności.

Domowym bożkiem może być też „Czytanie książek”, „Wykonywanie Rękodzieła”, „Oglądanie telewizji” lub „Surfowanie w necie”. Poza tym „Rozwiązywanie krzyżówek i sudoku” (mam koleżankę tym  zajęciem opętaną) i „Narzekanie”.

„Gadulstwo” jest bóstwem, któremu oddaje cześć wiele osób. Zarówno w domu jak i poza nim. Jestem przekonana, że to nie jest objaw inteligencji, wręcz odwrotnie. Szczególnie jeśli to są  opowieści nudnych treści bez poczucia humoru. O, „Poczucie Humoru” jest dla mnie bóstewkiem  miło okraszającym codzienność.

Malutkim bóstwem, ale potrzebnym, były dla mnie kotki Alodia i  Misia. Były bo odeszły i czas kota u mnie minął bezpowrotnie.

Na koniec zostawiłam ważne dla mnie „Czytanie ze zrozumieniem” a także „Pisanie”. Oraz „Oglądanie filmów” też ze zrozumieniem i wyciąganiem wniosków.

Wybór bóstw i przedmiotów kultu należy do każdego z nas. 

p.s. specjalnie nie wspominam o polityce

Wirus piosenek (cz. 111)

Pod każdym tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugi poniedziałek lub środę zamieszczam recenzję książki lub relację prywatną. Miłej lektury 🙂

*********************************************************************

– Jak ja nie lubię Zenka – powiedziała Aldona wracając z zakupów wkurzona cenami.

– A co ci, biedak, zawinił? – zapytał Edek głaszcząc pana Kota.

– Bo jest twarzą obecnej władzy – warknęła kobieta rozkładając produkty.

– Raczej mordą.

– Mordami to są ci trzymający władzę. A chodziło mi o propozycję Suskiego, aby w radiu w godzinach 5-24 nadawano 80% polskich piosenek.

– Przypuszczam, że w wykonaniu Zenka, Maryli i Edzi?

– A pozostałe 20% to rosyjskie z okresu Związku Zdradzieckiego może.

– Ale to, że młodzież na studniówce śpiewała je… … to nie bardzo mi się podoba, choć rozumiem to wkurzenie – stwierdziła Dona.

– No to mam nadzieję, że odpowiednio do tego hasła zagłosują w czasie wyborów.

– Miau – potwierdził Darek.

– Tylko nie wiadomo czy znowu nie zamataczą wyborów. Bo co do poprzednich mam takie silne podejrzenie.

– A wiesz, że system podsłuchowy Pegasus był nielegalnie kupiony za 33 miliony złotych? – dobił kobietę Edzio.

– Nie dziwi mnie to wcale. A hasło ustalili bardzo trudne do odgadnięcia.

– Wiem, nigdy bym się nie domyślił. Brzmi ono „Orzeł Biały” w Internecie: orzelbialy.

– Jak myślisz – czy ten skrzydlaty koń zaniesie PiS do Hadesu? – zapytała Aldona myjąc produkty na obiad.

– Mitologicznie ci się odbija, widzę. Oby, najwyższy czas dla nich na piekło.

– Politykom ciągle się odbija podsłuchami. A wiesz dlaczego minister Zero uwziął się na Giertycha? Bo kiedyś przyszedł do jego kancelarii z prośbą o przyjęcie i pomoc w zostaniu adwokatem w dodatku próbował nim manipulować źle mówiąc o Lechu Kaczyńskim wiedząc, że ewentualny szef ma z LK zatargi. G. odmówił, bo uważa go za złego prawnika a Z. taką nędzną i wredną manipulacją obraził jego inteligencję.

– No to się podpiął pod PiS i rządzi, teraz chce ludziom utrudnić rozwody.

– E, tam rządzi. Jest na pasku Wuca i jego obsesji. Z kotem przecież nie musi brać rozwodu.

– A co  sądzisz o tym, że „Nieposłuszeństwo jest prawdziwą podstawą wolności. Posłuszni muszą być tylko niewolnicy” (G. Orwell)

– Nie wiem czy muszą. Oni tak chcą, bo to wygodniejsze. Nie trzeba się męczyć myśleniem i stawianiem oporu. A nuż trzeba by było znosić jakieś represje? – zapytała Dona zajęta porcjowaniem kurczaka.

– Mnie się podoba to: „Głową muru nie przebijesz ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej” (J. Piłsudski).

– Trzeba mieć żelazny łeb, dobrze, że ten drób nie jest żelazny – wsadzając powstałą porcję rosołową do garnka powiedziała kobieta.

– I żelazną wolę odporną na manipulacje.

– Ale można od tego umrzeć jak dyrektor z CBA, który wprowadzał i nadzorował Pegasusa.

– Śmiercią naturalną zszedł był?

– A kto to wie?

– Ciekawostką przyrodniczą jest fakt, że system podsłuchowy nie został kupiony od producenta w Izraelu tylko od firmy Matic założonej przez byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa PRL. Za wdrożenie i szkolenie dostali 8 milionów.

– Teraz budowany jest mur w Białowieży, jak myślisz który krewny i znajomy królika na tym zarobi?

– Tego nie wiem ale najgorsze, że niszczą przyrodę ciężkim sprzętem. Obieraj jarzyny, nie leń się.

– Na Chińczyków się zapatrzyli? – zapytał Edek powoli wstając i portki podciągając. Pan Kot tylko zerknął kpiąco na swojego niewolnika.

– E, nie. To zdaje się przykład od bratanków.

– Ale oni nie niszczyli sobie rezerwatu przyrody?

– Tego nie wiem ale obwarowali czy raczej omurowali się solidnie. Zresztą nie tylko oni. Parę innych krajów też.

– Stany Zjednoczone mają problem z nielegalnymi przybyszami głównie z Meksyku, Europa także. A może by tak Rosja przyjęła wszystkich? Miejsca u nich dużo – facet rzucił propozycję od czapy a może nawet uszanki.

– Jak ty już coś powiesz – zakpiła kobieta. Lepiej kończ to, opłucz, pokrój i do garnka.

– Będzie rosołek choć dziś nie wtorek?

– Dzisiaj sobota, dzień hołubienia kota – stwierdziła pani domu wrzucając pokrojoną pierś kurczaka do kociej miseczki.

Darek wstał, przeciągnął się leniwie i powoli podszedł do swojej jadalni.

– Edek, zmień mu wodę i obejrzyj piasek w kuwecie.

– „Życie to głupi i śmieszny żart” – powiedział Edek wrzucając jarzyny do garnka.

– A skądżeś wziął tę mądrość? – zakpiła Dona.

– Zacytowałem Lermontowa tylko – obruszył się jej życiowy partner.

– No, widzę, żeś zdolny jak Powolniak z serialu „Co ludzie powiedzą” i jak on leniwy.

Napisane 20 – 25. 01.2022 r.

Wirus złota (cz.101)

Pod każdym tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugi poniedziałek zamieszczam recenzję książki lub relację prywatną. Miłej lektury  🙂

***********************************************************************

Kasia zadzwoniła do ojca.

– Tato, trzeba zrobić remont w mojej łazience.

– A co się stało?

– Pękła muszla klozetowa.

– A to świetnie, kupię ci złotą jak Obajtek sobie stół.

– Ale nie chcę marmurowej umywalki.

– Ależ dlaczego? Widziałem piękną w Internecie. Zafunduję ci w prezencie od Mikołaja i pod choinkę.

– No, skoro się upierasz. Ale nie wiedziałam, że masz taką dużą emeryturę.

– Przecież nasza władza dzień i noc tylko myśli o tym jak emerytom ozłocić i ułatwić życie.

– Ha, ha, ha – ale wymienić muszlę trzeba, niestety.

– Wymienić by się przydało, i to jak najszybciej, nasz rząd, bo to co się dzieje to przechodzi wszystko – stwierdził Wacek.

– Śmierć kobiety w Pszczynie na skutek sepsy, bo lekarze czekali aż bardzo niepełnosprawny płód umrze to skandal. Zostawiła zrozpaczoną matkę, męża i córeczkę.

– Zawieszono lekarzy, którzy pozwolili na tę śmierć – powiedział ojciec.

– Ale jej to nic nie pomoże.

– Pewnie sędziowie z Trybunału Konstytucyjnego są bardzo z siebie dumni.

– Jasne, uważają, że są świetni. Podejrzewam, że ci wszyscy ustawodawcy nienawidzą kobiet – westchnęła Kasia.

– Macie uprawiać cnoty niewieście i cicho siedzieć, bo tak chcą sędziowie TK.

– A żeby im nóżka spuchła.

– Nóżka ale chyba ta trzecia, ha, ha, ha.

– I nigdy nie przestała boleć – podsumowała Kasia.

Helena poszła do prywatnej piekarni przy ulicy Barlickiego po chleb i chałkę. Dopadła ją sąsiadka od wypełniania ankiety.

– Jak to dobrze, że władze założą Polski Instytut Rodziny i Demografii, prawda?

– Wspaniale wręcz – zakpiła Helena. Po pierwsze będzie to kosztować 30 milionów z naszej kieszeni, bo wszystko strasznie podrożało. No i pensja dla kolejnych krewnych i znajomych królika. Po drugie szefem będzie Wróblewski inicjator ustawy o zakazie aborcji, która doprowadziła do śmierci kobiety w Pszczynie. Po trzecie pięćset plus nie zadziałało i wskaźnik urodzin jest bardzo niski. Myśli pani, że jakiś urząd zapłodni miliony młodych kobiet? Naziści tworzyli obozy rozpłodowe (lebensborn) to może po to będzie ten instytut?

– Pani w piekle będzie się smażyć, oby jak najprędzej.

– Dziękuję za dobre życzenie, bo w tym kraju już mi się odechciewa żyć – podsumowała seniorka i weszła do piekarni marząc aby zaraza wytłukła wszystkich propisowców. I to jak najszybciej. A ten twór powinien się nazywać Polski Instytut Etyki, Rodziny i Demografii – w skrócie PIERD.

W domu zatrzęsło seniorką gdy usłyszała, że ozdoba PiS-u wicemarszałek Terlecki nazwał pytającą go kobietę kretynką i nie zamierza przepraszać „bo zrobił to grzecznie”.

– A jakby to było niegrzecznie? – zadała sobie pytanie. Bicie? Kopanie? Strzelanie?

– A już to, że Czarnecki dostał tytuł honoris causa na uzbekistańskiej uczelni jest naprawdę skeczem kabaretowym. Kto mu to załatwił i po co? – ilość pytań bez odpowiedzi rosła.

– Myślę sobie , że w każdej miejscowości powinny jeździć auta z takimi napisami:

I ruszył Pinokio na objazd kraju by wmówić ciemnocie, że żyje w raju. Nowy Ład – stary burdel ale kryminał zawsze ten sam.

– Prokuratura zaczęła tracić czas na dochodzenie w sprawie słów jakie wypowiedziała/napisała aktorka Barbara Kurdej – Szatan.

– Na pewno były szatańskie, czyli niezgodne z obowiązkową linią rządzącej partii.

Giertych zadał kilka pytań:

– Dlaczego ambasador Białorusi nie został jeszcze wydalony?

– Dlaczego nadal pozwalamy latać polskim liniom, które przewożą uchodźców?

– Dlaczego nie stosujemy sankcji gospodarczych?

Odpowiedź: bo PiS jest zachwycony tym co się dzieje. Odwraca to uwagę obywateli od ich przekrętów i łamania prawa.

– No to bardzo prawdopodobne jest, że to wszystko ustalono „między nami dyktatorami”.

– Tak się rodzi kolejny faszyzm, pora umierać –  westchnęła Helena.

Napisane 2.10 –10. 10.2021 r.

Zaradny duet

Beata Wawryniuk trenerka pisania na facebookowym profilu zaproponowała, aby czytelnicy napisali krótki tekst zaczynający się od słów „Nikt niczego nie zauważył”. Mnie wyszło to co poniżej. Dawno nie napisałam czegoś kryminalnego, więc jest 🙂

********************************************************************************

Nikt niczego nie zauważył a przecież głośno dwa razy chlupnęło. Spotkali się w sklepie monopolowym – seniorka i trzydziestolatek. Ona w dżinsach, luźnej bluzce w koci wzór i adidasach. On prawie łysy, w bojówkach i z lekkim brzuszkiem. Kobieta nabyła jedno piwo, on sześciopak.

Wyszli ze sklepu i skierowali się w stronę parku. Usiedli na jednej ławce, psyknęły otwierane puszki.

Pierwszy zaczął on:

– Wie pani nie udało mi się małżeństwo. Mieszkamy razem w lokalu wyremontowanym i wyposażonym za moją kasę. Ona tylko ogląda seriale albo z koleżankami pije całymi dniami. Nie chce  mi się wracać do domu.

– Rozumiem cię. Ja mieszkam wnukiem pijakiem.

– No to chluśniem bo uśniem – zaproponował mężczyzna.

–  Pamiętasz cytat z serialu „Ranczo”? „Nic się nie zmienia od na dupie siedzenia”.

– Ale co możemy zrobić?

– Otruć, utopić, zastrzelić – seniorka z każdym łykiem piwa stawała się bardziej radykalna.

– Pani tak poważnie?

– No pewnie. Ci nasi pijacy nie zorientują się jak im nasypiemy środka nasennego do alkoholu.

– Ale co potem? – zastanowił się on.

– Zawieziemy pod most i wrzucimy do wody.

– To ja pożyczę auto od szwagra.

– Trzeba by jednak obciążyć ich ciała. Ale przedtem trzeba ich namówić, żeby w mieszkaniu zostawili kartkę, że wyjeżdżają. Jak myślisz – da się to robić?

– Spróbować nie zawadzi.

Upłynęło dwa tygodnie w ciągu których ustalono szczegóły akcji.

Deszczowej jesiennej nocy rzeka otworzyła swoje podwoje dla  dwojga nowych mieszkańców. Nikt niczego nie zauważył a bohaterów, na dobre, związała wspólna tajemnica. I zaczęli spokojne, pełne wzajemnego zrozumienia i pomocy, życie.

Dwa kryminały Alka R.

Alek Rogoziński – Raz, dwa, trzy … giniesz ty, Wydawn. SKARPA 2019
TYTUŁ: Zamieszanie na filmowym planie
WSTĘP: „Ktoś, kto wydaje się chodzącym niewiniątkiem może okazać się prawdziwym potworem”.
O autorze:
Aleksander Rogoziński urodził się 20.01. 1973 r. w Warszawie. Jest dziennikarzem, redaktorem, autorem komedii kryminalnych i powieści obyczajowych. Od połowy lat 90-tych pracował w różnych stacjach radiowych, w latach 2007 – 2020 dwutygodniku „Party”. Od 2020 roku koncentruje się na pisaniu książek. Debiutował powieścią „Ukochany z piekła rodem” (2015 rok). Napisał też „Jak cię zabić kochanie?”, „Do trzech razy śmierć”, „Lustereczko powiedz przecie”, „Zbrodnia w wielkim mieście”.
O książce:
Na początku książki podano personalia dwudziestu głównych bohaterów i ich dowcipną albo złośliwą charakterystykę. Jedna z tych osób jest kierowniczką castingów, która lubi wyłapywać aktorów także do swoich własnych produkcji, niekoniecznie fabularnych.
Wykaz to jest dobra koncepcja, bo postaci w powieści jest bez liku. Czytając książkę poczułam się jakbym była w bardzo ciasnym pokoju bez okien z tłumem różnorodnym płciowo i wiekowo. W dodatku z trupami. Żywi gadają jeden przez drugiego. Trupy leżą i nie wstają do ukłonów.
Widać skutki zainteresowań i trzynastoletniej pracy autora w plotkarskim piśmie, bo wyśmiewa on środowisko filmowo-aktorsko-modelingowo-literackio-dziennikarskie, głównie skupiając się na celebrytach. A to reżyser przynudza na temat swojej nieudanej kariery. A to obsadowa rekruterka zalicza kolejnych kandydatów na amantów lub brutali. A to zamiast scenografii balu przywieziono pal – taki żarcik: pal na bal.
Giną te osoby, które w scenariuszu do kręconego filmu zostały pozbawione życia. Jest też trup sprzed siedemnastu lat z obecnymi konsekwencjami. Spalony sernik oraz wywiad prowadzony w czasie bolesnego azjatyckiego masażu. Podejrzenie jest, że wykonuje go Koreanka z północy. Oraz wyścigi karaluchów w szpitalu noszące miana polityków.
Mamy oczywiście śledczego, przystojniaka wygadanego molestowanego przez dziennikarzy, albowiem jest taki świetny.
No i przekazano czytelnikowi męską mądrość życiową: „W pewnym wieku trójpak piwa i chipsy są czasem o wiele lepsze od seksu”.

Alek Rogoziński – Dom tajemnic, Wydawn. Ediress 2019
TYTUŁ: Telewizyjny dom zły
WSTĘP: Nic tak dobrze nie działa na rozgłos jak dobry skandal
O książce: Tym razem grupkę celebrytów autor umieścił w starym domiszczu gdzie kreatywni telewizyjni scenografowie umieścili różne urozmaicenia typu zapadnie, pokój z nieżyczliwymi przeglądającym się w nich lustrami, zabawkami, laserami, kurtynami wodnymi, płomieniami itp. To taki escape house. Uczestnicy programu mają dążyć do wyjścia za pomocą odgadywania kolejnych zagadek. Transmisja idzie na żywo i zabawa byłaby przednia gdyby nie śmiertelny wypadek sprzed wielu lat i mściwi odwetowcy, którzy ją psują. Przy okazji autor nie żałuje wbijania szpili pisarzom, piosenkarkom, sportowcom a przede wszystkim prywatnym stacjom telewizyjnym i ich właścicielom. Dostało się też rządowemu programowi finansowego wspierania posiadania dzieci w postaci propozycji „Kierpce plus” dla górali, którzy będą nosić stroje ludowe. Najlepiej w dzień i w nocy. Z ciupagą w garści – to już mój pomysł.
Tym razem poczułam się jakbym była w sporym piekielnym kotle gdzie diabły z ostrymi widłami walą w łeb każdego wychylającego się. Na szczęście parę postaci przedstawionych z poczuciem humoru ratuje całość. Szczególnie spodobał mi się duet: tubylka Jadwiga z Podlasia i Stefania celowo błąkające się po lesie pod wpływem miejscowego bimbru. I historyjka z węgorzem i kotką, którą opowiada matka Miśki, wielbicielka książki „Klin”.
Autor, w obu książkach, nawiązuje do twórczości Joanny Chmielewskiej niedoścignionej autorski „Lesia”, „Wszystko czerwone”, „Całe zdanie nieboszczyka”. Ta ostatnia jest moją ulubioną.
Wniosek: jednak królowa jest tylko jedna.

Mazurki wielkanocne

Czy pieczecie mazurki, a może tylko sernik i babę drożdżową? Oto kilka przepisów z książki wyroczni dobrego gotowania, pieczenia i w ogóle życia.

W sobotę będzie tu kolejny odcinek powieście blogowej z cyklu „Wirus”

****************************************************************************

Ćwierczakiewiczowa Lucyna – Baby, placki i mazurki. Praktyczne przepisy pieczenia chleba, bułek, placków, mazurków, tortów, ciastek, pierników itp. Nakład i własność Jana Fiszera, Nowy Świat 9. Druk L. Bilińskiego i W. Maślankiewicza, Warszawa, Nowogrodzka 17, 1909 rok. Cena w opr[awie]60  kopiejek,  stron 124  + spis treści str. I – III , Warszawa

O autorce:

Lucyna Ćwierczakiewiczowa (z domu Bachman) urodziła się 17.X. 1826 r. w Warszawie, zmarła 26.II. 1901 r. Pochowana jest na cmentarzu ewangelicko – reformowanym w stolicy. Jej ojciec był prawnikiem. Odebrała domową edukację. Była dwukrotnie zamężna, nie miała dzieci. Jej książka „365 obiadów za 5 złotych” wydano w 1869 roku, miała potem 20 wydań.

W latach 1865 – 18944 prowadziła dział mody i gospodarstwa domowego w tygodniku „Bluszcz”. Współpracowała też z innymi wydawnictwami.

Była zwolenniczką emancypacji, propagowała pracę zawodową kobiet. Miała, jak na tamte czasy, postępowe poglądy na temat higieny, czystości i zdrowia. Propagowała zdrową dietę, ruch i gimnastykę. Sama była bardzo otyła. Także skąpa.

Napisała 6 książek, które przyniosły jej tak duże pieniądze, że mogła za nie kupić trzy majątki ziemskie.

„Książka „365 obiadów” w twardej oprawie kosztowała 1 rubel i 80 kopiejek.

O książce:

W tej niewielkiej książeczce jest czterdzieści przepisów na mazurki. Może to było ulubione ciasto autorki?

Wybrałam takie przepisy, które (jeśli się uprzeć)  można i teraz zrealizować.

MAZUREK KRÓLEWSKI

Funt masła (0, 4095 kg) młodego (cokolwiek to znaczy, może chodzi o świeże) utrzeć w donicy. Wbić w to po jednemu 12 żółtek, jeden funt cukru i jeden funt mąki wymieszawszy, kłaść po łyżce za każdem żółtkiem cztery łuty (1 łut – 0, 0128 kg) gorzkich migdałów utłuczonych na masę, wsypać i wiercić tę masę w zimnem miejscu całą godzinę, a uwierciwszy, na blachę wyłożoną papierem, który masłem wysmarować, układać na grubość palca. Piec powinien być taki jak na biszkopty, to jest dobrze ale nie nazbyt gorący.

p.s. zamiast ucierać w donicy na pewno można zmiksować.

MAZUREK WIKTORIA

Rozciągnąć cienką warstwę ciasta babowego (drożdżowego), gdy ta podrośnie upiec, a potem ułożyć na nią dużo pokrajanych suchych konfitur, dużo krajanych migdałów, rodzynków i cykaty (Cykata to kandyzowane wiórki jesiennej marchwi. Kiedyś była bardzo popularna. wykorzystywano ją jako bakalię do pieczenia wielkanocnych bab (zastępowała pomarańcze). Uwiercić, biorąc na jeden zwykły mazurek kwaterkę (0,25 l)  młodego, niesolonego masła, z cukrem i wanilią i tem nałożyć na cal odległości, po kawałku kładąc, cały mazurek, na wierzch zaś  posmarować grubo bardzo tęgą pianą z pięciu białek i pół funta cukru wymieszaną i natychmiast wstawić do gorącego pieca na górną kondygnację, aż nabierze rumianego koloru.

MAZUREK DAKTYLOWY

Utrzeć biały lukier z 6 białek i funta miałkiego cukru pudru, póki zupełnie białe i gęste się nie zrobi, wcisnąć sok z jednej cytryny, wtedy wsypać funt drobno i cienko krajanych migdałów (teraz można kupić płatki migdałowe), troszkę wanilii, której zapach nigdy ciasta nie zepsuje, wymieszać dobrze i układać na opłatki (teraz można na suche wafle), wstawić do pieca miernie gorącego,  żeby tylko wyschło.

p.s. w nazwie jest „daktylowy” a w przepisie ani słowa o nich. Sadzę, że można zamiast migdałów dać suszone daktyle.

MAZUREK CZEKOLADOWY

Funt cukru, funt czekolady, funt migdałów cienko krajanych (płatki), łyżka mąki pszennej, sześć na pianę ubitych i dwa całe jaja wymieszać  doskonale na salaterce i na opłatki (suche wafle), zlepione razem, naprzykład:  cztery, sześć lub ośm ułożone na blasze posypanej mąką lub młodem masłem posmarowanej, układać na pół palca grubości i w ciepły piec na kwadrans wstawić. Taki sam robić można na kruchem cieście zamiast na opłatkach.

MAZUREK MAKOWY

Kwartę osianego (przesianego) maku zagnieść na stolnicy z funtem młodego masła, funtem przesianego przez sito cukru, (sądzę, że cukru pudru), funtem mąki pszennej i dwoma jajkami. Dla nadania ostrzejszego smaku  wsypać pół utartej gałko muszkatołowej. Wymieszawszy to wszystko, układać na opłatki, posmarować żółtkiem i upiec w niezbyt gorącym piecu. Gdyby były suche dodać trochę araku.

FUNT – 0, 4095 kg; ŁUT – 0, 0128 kg

p.s. pisownia oryginalna