Krótka historia namiętności

To opowiadanie napisałam na konkurs po powyższym tytułem. Nagrody ani wyróżnienia nie dostałam – widocznie jurorów nie przekonałam. Może dlatego, że w tekstach znosi mnie w kierunku poczucia humoru a u nas uważa się, że tylko osoby poważne, wzdęte i nadęte są godne uwagi. A reszta się nie liczy. Ale „powaga jest tarczą głupców” napisała Joanna Chmielewska i ja się z nią zgadzam.

*****************************************************************

Pięćdziesięcioletnia chuda Dobrosława powoli szła parkową ścieżką. Miała na sobie bluzkę której kolory zniszczyły liczne prania, tłuste włosy zwisały w nieładzie wokół jej twarzy i widać było, że brzydką cerę systematycznie niszczyła paleniem papierosów. Właśnie zapaliła jednego rozkosznie się nim delektując.

Śledziła JEGO, niedawno poznanego na wieczorze poetyckim. Wiersze,  które czytał trafiły w jej serce strzałą Amora i tam pozostały. Kupiła tomik, zawsze nosiła go w torebce, całowała zdjęcie na książce, przytulała do siebie, znała na pamięć każdy wiersz. Jego twórczość była tak cudowna jak imię – Bożydar. Wyglądał mniej pięknie – najwyżej 170 centymetrów wzrostu, łysiejąca głowa, brak paru zębów i krzywe nogi w obcisłych dżinsach. Mimo trzydziestki wyglądał na dziesięć lat więcej za to był przekonany o swojej niebywałej atrakcyjności i nieodpartym uroku co potwierdzał zachwyt fanek.

Przyspieszyła, bo ON skręcił w boczną uliczkę willowego osiedla, którego przyprawowe nazwy uliczek przypominały kobiecie, że nie ma dla kogo piec ani gotować. A tak wspaniale byłoby dodać cynamonu do szarlotki, zaparzyć mu melisy gdyby był zdenerwowany, dodać pieprzu, kminku lub tymianku do mięsa. Albo bazylii do sałatki czy koperku do młodych ziemniaków.

Wszedł do cukierni więc zatrzymała się przy wystawie sąsiedniego sklepu z rowerami.

– Może powinnam sobie jakiś kupić? – pomyślała. Nie zawsze nadążę za nim na piechotę. Tak, kupię – zdecydowała. Ale nie teraz.

Zapaliła papierosa czekając na śledzonego.

Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna w progu cukierni namiętnie całuje drobną brunetkę.

– O, żesz ty małpo wstrętna – pomyślała. Nie daruję ci tego. Zanotowała w pamięci, aby w Internecie wyszukać, nie dającą objawów i trudno wykrywalną, truciznę.

Poeta przeszedł na drugą stronę jezdni i stanął na przystanku przy ulicy Cynamonowej. Wyciągnął z kieszeni notes i długopis, zaczął coś  pisać.

– Pewnie pisze wiersz o tej idiotce, a może erotyk – zazdrośnie przypuściła Sławka. Dla mnie nikt nigdy nic nie napisał – użaliła się nad sobą.

Mężczyzna wyrwał kartkę z notesu,  zgniótł  i rzucił na ziemię. Gdy się odwrócił wielbicielka udając poprawianie sandałka podniosła papier. Rozwinęła i przeczytała:

Tyś jest wspanialsza niż niebo i piekło

Niż letni deszcz i zimowy puchu śnieg.

Twoje oczy skrzą się jak brylanty u jubilera

A usta czerwieńsze są od wszystkich maków.

Jak cię widzę to szczęście mnie rozpiera.

– O rany, chyba miłość go ogłupia, że takie bzdury wypisuje – trzeźwo oceniła kobieta.

Nadjechał autobus otwierając drzwi obojgu. Usiadła tuż za mężczyzną wdychając, otaczający idola, zapach  wody toaletowej.

– Gdybym wiedziała jakiej używa to kupiłabym taką samą – zamarzyła. I jak by tu zdobyć część jego garderoby?

Dojechali do śródmieścia, wysiadła na tym samym co on przystanku. Poszła w ślad za poetą, nawet udało się jej wejść do jego bramy. Sprawdziła do którego mieszkania otworzył drzwi.

– Dobra nasza – pomyślała. Wyciągnę ten plik kluczy po dziadku, może coś dopasuję – postanowiła.

Wróciła do domu i przyszło jej na myśl, że powinna w punkcie ksero powiększyć jego podobiznę umieszczoną na tomiku, aby powiesić nad łóżkiem. Albo postawić na szafce a obok pachnącą świeczkę i bukiecik codziennie świeżych kwiatów.

– Jutro rano podejmę decyzję. A najlepiej zrobię to i to. I skseruję każdy wiersz.

Z tą dobrą myślą wypaliła papierosa, wzięła prysznic i po wytarciu się wykonała cowieczorny rytuał: przeczytała trzy wiersze, pocałowała jego zdjęcie i poszła spać. Ostatnią jej myślą przed zaśnięciem było: muszę zabić tę flądrę, on jest mój.

Przebudziła się pełna werwy i chęci do skutecznego działania. Wypiła mocny napar złożony z wielu ziół jaki sobie, każdego ranka, serwowała przekonana, że dają jej moc urody i mądrości. Potem z Internetu spisała najtrudniej wykrywalne trucizny i zamówiła jedną z nich.

Spisała na kartce sprawy do załatwienia:

– kupić rower (najwyżej zrobię debet)

– otruć tę czarną małpę (najpierw sprawdzić co lubi jeść i pić)

– wejść do jego mieszkania i wziąć koszulę lub gatki

– śledzić go,

– sprawić, żeby był mój

Podkreśliła ostatni i najważniejszy dla niej punkt.

Przejrzała szafki w kuchni i przedpokoju szukając pęku kluczy jaki zostawił dziadek.

– Szkoda, że nie dostałam w spadku auta lub kasy na zakup choćby roweru – pożaliła się w duchu. Wyrzuciła z pawlacza upychane tam, przez lata, bambetle, uwalniając tumany kurzu i rojowisko moli.

– No, żesz … – zaklęła wydobywając spore pudło.

Postawiła je na podłodze i otworzyła klapy kartonu. Znalazła stare buty, zjedzoną przez mole odzież męską oraz w puszce, po nie wiadomo czym, pęk kluczy i wytrychów. Albowiem dziadziuś był ślusarzem ze skłonnością do włamań co skończyło się kilkuletnim wyrokiem.

Opróżniła pawlacz i w szale porządków wyniosła wszystko na śmietnik. Po powrocie za pomocą Internetu wyszukała sklepy z rowerami i porównała ceny. Włożyła kurtkę budrysówkę po babci, wykoślawione buty po matce i wyszła z domu obierając kierując się w stronę budynku w którym mieszkał on – wyśniony, wymarzony i bardzo uzdolniony. Po drodze skserowała co chciała.

Doszła do bramy poety i nacisnęła guzik domofonu.

– Jeśli odbierze to znaczy, że jest w domu – pomyślała dzwoniąc w kieszeni kluczami.

– Słucham – usłyszała damski głos.

– O, cholera – zaklęła nie tak znowu Dobra. Przyjdę później – postanowiła.

W sklepie przymierzała do siebie pięć rowerów, w końcu wybrała przyjazny cenowo. Musiała zapłacić całą sumę, bo rat nie stosowano.

Wsiadła na pojazd, zadowolona, że w mieście jest dużo ścieżek dla rowerzystów. Na szczęście w dzieciństwie nauczyła się poruszać na takim wehikule. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć  lornetkę i poobserwować okna mieszkania najdroższego i jego samego też.

Jadąc podśpiewywała: lornetka, lornetka, potrzebna mi lornetka. I numer telefonu, żeby czasem usłyszeć jego głos.

Przed domem zsiadła z roweru, wniosła go do mieszkania, postawiła w przedpokoju. Zapaliła papierosa i usiadła przy komputerze. Na facebooku wpisała imię i nazwisko poety.

– Jest! Mam go! – wykrzyknęła. Polubiła profil i napisała, że uwielbia jego twórczość i że ma tomik z autografem. I zapytała kiedy i gdzie będą następne spotkania z publicznością.

Zgasiła papierosa i przypomniała sobie, że dziadek miał lornetkę.

– Muszę jej poszukać. Gdzie ją schował? Jeden pawlacz mam załatwiony. Czas na drugi – pomyślała.

Wyciągnęła drabinę zza szafy, postawiła pod pawlaczem i ostrożnie na nią weszła. Otworzyła tym razem nie zaskoczona tumanami kurzu. Wyciągnęła kolejne pudło, było zbyt ciężkie do zniesienia, więc zeszła z drabiny i obok niej postawiła stołek. Weszła na górę ponownie, zsunęła karton i postawiła na taborecie. Odstawiła drabinę i zajrzała do pudła.

  – O jejuniu – krzyknęła i  w tył nią miotnęło.

Bo zobaczyła łom, kajdanki, siekierkę, młotek pokaźnego rozmiaru, a na samym dole pistolet zaś obok niego pudełko nabojów.

– No to dziadek zostawił mi niezły spadek – zrymowała refleksję. Wyjęła wszystko powoli odkładając na podłogę. Zostało jeszcze sporego rozmiaru pudełko. Otworzyła je i z radością stwierdziła, że to wojskowa lornetka.

– Brakuje tylko trucizny,  miałabym wtedy wszystkie potrzebne rzeczy do pozbywania się rywalek.

Złożyła karton na płasko a przestępcze akcesoria zaniosła do pokoju. Rozłożyła na stole, usiadła, zapaliła papierosa i napawała się widokiem.

– Teraz tylko trzeba to wszystko zastosować – pomyślała. Co najpierw? Chyba lornetkę.

Zgasiła papierosa i po krótkim prysznicu położyła się spać. Przyśnił się jej dziadek. Siedział w fotelu i czyścił pistolet.

– Jedź rowerem do lasu, weź kilka pustych puszek i pistolet, naucz się celnie strzelać. Jutro przyjdzie paczka z trucizną, powiem ci jak ją zastosować.

Obudziła się ucieszona, że wie co ma robić. Po papierosie i śniadaniu nakleiła skserowane wiersze na tekturki z kartonu i rozwiesiła na ścianach pokoju oraz kuchni. Zdjęcie poety też podkleiła i postawiła na wprost miejsca na którym najczęściej siedziała. Zapaliła obok pachnącą świeczkę. Postanowiła zerwać jakieś kwiatki po drodze i w wazoniku dołączyć do zdjęcia i świeczki.

Zapakowała pistolet i naboje do torby, przypięła ją do ramy roweru, zniosła go na parter i pojechała za miasto. Skręciła w steczkę i zatrzymała się na małej polance. Zapaliła papierosa, wyciągnęła z torby pięć puszek po kukurydzy i groszku, rozejrzała się i postawiła je na niskiej gałęzi. Odeszła parę kroków, naładowała pistolet i wystrzeliła. Odrzut był taki, że zawyła z bólu. Pomasowała sobie dłoń i ramię i ponownie wystrzeliła. Podeszła do gałęzi.

– Trafiłam dwie, ma się talent w genach – stwierdziła. Szkoda kul, nie będę więcej próbować. Rzuciła peta na trawę, przydusiła obcasem, zabrała puszki i bardzo z siebie zadowolona odjechała.

Nazajutrz odebrała od kuriera przesyłkę z trucizną. Paląc papierosa otworzyła buteleczkę i powąchała. Nic nie poczuła.

– Zadziała czy nie, spróbować mogę – postanowiła.

Owinęła flaszeczkę w watę i parę warstw gazety, włożyła do plastikowego woreczka i zawiązała czerwoną gumką recepturką. Potem umieściła obok pistoletu i lornetki w rowerowej torbie. Usiadła przy kuchennym stole, zapaliła papierosa i zaczęła planować pozbycie się rywalki.

Zadzwonił telefon.

– Słucham? Tak. Znam ale głównie jego wiersze. Co się stało? Jak to nie żyje? Zastrzelony? Przez kogo? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

2 myśli na temat “Krótka historia namiętności

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s