Upalne miasto 11

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Dorota, zwana, będąc na służbie, Marysią, z ulgą pozbyła się fioletowego i różowego służbowego odzienia. Zostawiła w drzwiach służbówki klucz na który się zamykała, bo pan domu, mimo kłopotów z poruszaniem się, kilka razy, nocą, zabłądził na poddasze.

A gdy kiedyś zaskoczył ją swoimi ręcznymi umizgami w kuchni, nauczona  przez narzeczonego samoobrony, kopnęła go w klejnoty. Tak jęczał, że wyjęła z lodówki kostki lodu, włożyła do termoforu, owinęła ręcznikiem i z miną siostry miłosierdzia wręczyła leżącemu na kanapie. Jeszcze próbował włożyć jej rękę pod spódnicę więc trzepnęła go pilotem aż baterie wypadły na dywan. A Janowi sztuczna szczęka bo żal mu było forsy na implanty.

Patolog oglądając ciało utopionego zastanawiał się skąd te siniaki. Ale orzekł, ze powodem zejścia był atak serca a nie kop w jaja.

Tak więc uwolniona Dorota zastanawiała się nad tym czy musi wyjść za mąż. Dla niej był to jednak rodzaj zniewolenia. Póki co Marek zachowywał się jak dorosły facet a nie dzieciak – mizogin ale znała powiedzenie „Jak się ożenisz, to się odmienisz”. Postanowiła więc nie spieszyć się z zamążpójściem.

Mieszkali już razem w podarowanym przez Jana mieszkaniu i pewnej gorącej sobotniej nocy ona powiedziała:

– Pomyślałam, że po diabła nam to całe zamieszanie ze ślubem i weselem. Niech zostanie tak jak jest.

– Ufff, cały czas tak myślałem ale nie chciałem robić ci przykrości.

– To świetnie! – uciszyła się Dorota. Oboje nie chcemy mieć dzieci to tylko zostaje nam decyzja czy zaopiekujemy  się jakimś zwierzątkiem.

– Ja bym chciał kota.

– Ja też, ja też.

– No to mamy ustalone dwie najważniejsze rzeczy – powiedział Marek sięgając po butelkę z wodą.

– Właściwie to masz rację. Co do opłat wszelkich już postanowiliśmy. Każde z nas ma swoje konto z którego na wspólne przelewa część dochodów.

– Oboje lubimy i góry, i morze… – stwierdził on.

– A nawet jeziora – dodała ona.

– Oboje umiemy sprzątać i gotować, obsługiwać pralkę i zmywarkę.

– No, popatrz jak nas dobrze wychowano – roześmiała się Dorota. Najgorzej jest z potrawami. Ja lubię słodycze a ty z nich najbardziej schabowego. Ale jakoś to przeżyjemy, tak sądzę.

– Najlepsze jest jednak, że nasze matki nas i siebie nawzajem nie lubią to nie będą nas dołować pytaniami: a kiedy dziecko, dlaczego nie macie dzieci, marzę o wnukach itd.

– Gdyby jednak ktoś cię zapytał to mam dla Ciebie świetną odpowiedź, wyczytaną Internecie,  tylko się nie obraź.

– Dobrze, dobrze, wal!

– Możesz powiedzieć takiemu ciekawskiemu, nie mamy dzieci bo ci  nie staje.

– Ostro pojechałaś!

– Ale wyobrażasz sobie minę tego pytacza? Ha, ha, ha.

– Dobra, a teraz idziemy pod prysznic, i  proszę, nie bierz ze sobą noża.

– Dlaczego noża?

– A tak mi się skojarzyło z filmem Hitchcocka „Psychoza”.

– Jeszcze mógłby być „Zawrót głowy”; „Okno na podwórze”; „Człowiek, który wiedział za wiele”, „Sznur”.

– A do mieszkania mogłyby nam wpaść „Ptaki”.

– Najlepiej pieczone gołąbki.

– W tym upale to kto wie…

– A po zewnętrznym ochłodzeniu zastosujemy wewnętrzne czyli „Pasikonika”:

Składniki drinka:

  • 40 ml likieru kakaowego
  • 40 ml likieru miętowego
  • 40 ml śmietanki
  • kilka listków świeżej mięty

Sposób przygotowania

  • 1.Do shakera wrzuć kilka kostek lodu, a następnie wlej kolejno likier miętowy, kakaowy i śmietankę. Wszystko wstrząśnij aż składniki dokładnie się połączą.
  • 2.Przelej drink do schłodzonego kieliszka koktajlowego i udekoruj listkami mięty.

W trakcie schładzania wnętrza Marek zaproponował:

– Może sobie gdzieś pojedziemy na parę dni?

– No, mamy parę złotych nadwyżki to może do Małego Białego Domku w Lubuskie?

– Czemu nie? Przecież nie musimy w tym celu kserować dolarów jak to zrobił pewien mądry inaczej jeszcze w PRL-u.

– A co mu to dało?

– Myślał, że się ktoś nabierze.

– Kretyn to był?

– Kretyn i zasłużenie w ciupie wylądował.

– Ale to fakt czy fejk.

– Fakt, opowiadała mi znajoma, która prowadziła dom wczasowy. On tam zjechał z kochanką i kserokopiami.

– No to się popisał!

– A jaki był zdziwiony, że się nie udało! I oburzony, że go skazano. Przecież tak sprytnie to wymyślił.

– W więzieniu powinni go byli zatrudnić w bibliotece i kazać tam przepisywać ręcznie „Kodeks karny”.

– W tylu egzemplarzach ilu było więźniów i to bardzo wyraźnym charakterem pisma. Najlepiej dużymi literami.

– I każdemu więźniowi powinni dawać egzemplarz w prezencie na odchodne.

– To by była dla niego taka pismoterapia. A że każda książka powinna mieć okładkę to należałoby tam robić warsztaty introligatorskie.

– O tak, zwykłe tekturowe okładki dla wypuszczanych a ozdobne w półskórku z wytłoczeniem tytułu na grzbiecie dla gości specjalnych.

– I z dedykacją od naczelnika więzienia oraz całego personelu.

– I przydałby się jakiś fajny futerał. Może w postaci aksamitnego woreczka? Z wyhaftowana sentencją:  „Aby cieszyć się wolnością, musimy się kontrolować”. Virginia Woolf

Upał trwał i trwał. Wypalał trawy, liście na drzewach i krzewach. Wysuszał stawy i rzeki. Słonce raziło ostrymi promieniami całą przyrodę, która od tego nadmiaru umierała lub fiksowała. Sprzyjały tej sytuacji miejska betonoza i skoszone trawniki.

Upalne miasto 9

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*************************************************************

Burza nadeszła znienacka. Deszczu strugi zatkały studzienki uliczne, pioruny waliły jak opętane i grzmiało jakby wszystkie  trąby świata zebrały się na sądzie ostatecznym i urządziły popisowy koncert.

Karol z Felkiem, odważne chłopaki,  schowali się pod kołdrę.

Barbara usiadła na tarasie popijając ulubionego drinka i wołając:

– Paweł, przynieś mi aparat fotograficzny, takie piękne pioruny trzeba uwiecznić.

– Ale ja się boję burzy – usłyszała z najciemniejszego kąta.

– Faceci – westchnęła. Wstała i przeszła do salonu. W tej chwili piorun uderzył w wysokie drzewo rosnące blisko tarasu.

– Widzisz co by się stało gdybyśmy tam byli? Zabiłoby nas! – krzyknął rozdygotany Paweł i na ugiętych ze strachu nogach podszedł do barku gdzie zaserwował sobie solidną porcję czystej wódki.

– Nic by ci się nie stało, złego licho nie bierze – bezlitośnie powiedziała pani domu.

– Ale ja jestem dobry – rehabilitant prawie się rozpłakał. Wlał w siebie wódkę i sięgnął po następną porcję.

– Przestań chlać, czas na masaż a po nim… – zawiesiła głos.

– Po nim bieżnia, rower i prysznic – dokończył Paweł.

– Głupiś! Nie to miałam na myśli. Ostatnio się obijasz za bardzo, od rana nic nie robisz, nawet nie ćwiczysz.

– Czasem mogę odpocząć, prawda?

– To twoje czasem staje się nagminne. Do roboty! Nie będziesz mi tu zalegiwał za frico.

Ewa już ubrana stała w oknie apartamentu klienta, który okazał się, pod każdym względem, młokosem. Chciała jak najszybciej znaleźć się w domu, bo zaczął coś bredzić o miłości a nawet małżeństwie.

– W głowie mu się przewróciło od rodzicielskich pieniędzy – pomyślała. Nie uczy się, nie pracuje, śliczny nie jest a w dodatku w łóżku trzy ruchy i koniec balu. No i zakochał się, kretyn. Czy on myśli, że całe życie o takim niedojdzie marzyłam? A teraz śpi bo się strasznie zmęczył. Idę.

Zabrała pieniądze, schowała do torebki i wyszła.

Agata z Kaśką siedziały przy laptopie i organizowały swoje przenosiny na Kretę. Chciały jak najprędzej załatwić transport części mebli i pozostałego dobytku. Na szczęście mogły to zrobić z pomocą Wieśka, którego kumpel zajmował się różnymi biznesami, w tym i transportem międzynarodowym. Kwestię stanowił jego rodzaj – pociąg i statek czy samolot.

Wprawdzie załamały je wymagania jakie muszą spełnić, aby tam osiąść na stałe ale postanowiły się nie poddawać. Dom mają więc dach nad głową jest.

– Grecką biurokrację siłą spokoju też załatwimy – postanowiły.

Zapłodnienie jednej z nich  już się dokonało i tylko czekały na wynik. Spermę wzięły z banku.

Anna ustawiała przypomnienia w telewizji kablowej na oglądanie horrorów. Tylko takie filmy ją bawiły i poruszały. No, jeszcze angielskie seriale komediowe. Lubiła na przemian pobać się i pośmiać. Taki płodozmian filmowy stosowała. Natomiast nie oglądała relacji sejmowych i wypowiedzi rządzących polityków, bo od tego psuły się jej zęby i wykrzywiała proteza górna. Dolna też. Unikała też używania łaciny kuchennej a musiałaby rzucać mięsem i nieapetycznymi wiązankami, a jako damie nie bardzo jej wypadało. Postanowiła, w ramach rozrywki, napisać wspomnienia i zatytułować „Pocałujcie mnie w … pępek” i złośliwie opisać wszystkich, którzy jej podpadli. Już wymyśliła pierwsze zdanie: „Rodziłam się pośladkowo i tak mi zostało”.

W salonie kosmetyczno – fryzjerskim „AnEwa” klientki bardzo się rozgadały. Tym razem o szkolnych koleżankach. Zaczęła Magda, była żona Wieśka, peelingując klientkę kawitacyjnie.

– W podstawówce miałam koleżankę, jedynaczka hołubiona przez babcię, matmę i ojca. Bardzo humanistycznie uzdolniona, łacina to dla niej było małe miki, w dodatku miała  świetną pamięć. Jednak bardzo egocentryczna, potrafiła zrobić koleżance awanturę, że się zadawała też z inną, a nie tylko z nią.

– Pewnie uważała, że jest pępkiem jej świata – powiedziała czesana za parawanem klientka.

– Straszny z niej był wampir energetyczny, kogo dopadła to się w niego wpijała i ssała. Potem się dziwiła, że ludzie jej unikają.

– A ładna chociaż była?

– Stereotypowo patrząc to nie. Ale gdyby o siebie dbała to mogłaby być interesująca. Niestety, zamiast w dbanie poszła w palenie i picie. Raz mi powiedziała, że najbardziej lubi  niedomyta i niedoprana siedzieć w towarzystwie z butelką piwa.

– Z lumpowej rodziny pochodziła?

–  A skąd! Z inteligenckiej, skończyła studia, pracowała ale się staczała. Ciągle w poczuciu niesprawiedliwości, że gorsza, według niej, koleżanka jest zadbana i lubiana więc jej dokopywała. Potem jeden zawał,  drugi i zaświaty.

– A miała męża i dzieci?

– Nie, bo wszyscy faceci od niej uciekali. Trudno im się dziwić, nie dawała chwili oddechu.

Fryzjerka Gosia rozrabiając farbę powiedziała:

– Ja miałam koleżankę w szkole bardzo ładną, zdolną, bardzo wygadaną i oczko w głowie matki – wdowy. Przez całe życie jest bardzo zajęta i przejęta tylko sobą. Jeśli ktoś miał władzę czy według niej był lepszy to się podlizywała, a jak kogoś uznała za gorszego od siebie to lekceważyła, wykorzystywała i oczekiwała zachwytów.

– Pewnie była zdziwiona, że ich nie było.

– Bardzo. Ciągle szukała ofiar, które byłyby tłem dla jej świetności. I nie pomogło udane małżeństwo, dzieci, wspomagająca przy ich wychowaniu matka oraz kariera naukowa. Też zabija się paleniem i piciem.

– Skąd to się bierze, jak myślicie? – spytała słuchająca tego Ewa.

– Pojęcia nie mam, to tylko jakiś bardzo dobry psycholog mógłby odpowiedzieć – stwierdziła masująca twarz klientki kosmetyczka.

– Ja natomiast miałam koleżankę, która na skutek odrzucenia przez matkę i ojca jej dziecka całe życie szukała potwierdzenia swojej wartości u facetów. Ale nie była w stanie utrzymać związku, bo oczekiwała, że wszyscy wokół będą robić to co ona chce i znosić jej rozchwianą psychikę. Nawet była kilkakrotnie na terapii ale nic nie pomogło. Zapiła się na śmierć.

– Podejrzewam, że zawodowo wszystkie trzy dawały radę a prywatnie okazywały brak dojrzałości i inteligencji emocjonalnej. Niezbadane są meandry psychiki ludzkiej – powiedziała Ewa, wyjęła z szuflady telefon i zadzwoniła do babci.

– Może przyjdziesz do salonu, uczeszę cię a Magda dopieści twoją cerę? Tak za godzinę może? Burza już przeszła, tylko trochę pada. No to czekamy.

Upalne miasto

W małym mieszkaniu na dziesiątym piętrze stosy brudnych rzeczy wylewały się tęczową strugą z kosza ustawionego w kącie przedpokoju. Wtórowały im niepozmywane naczynia w zlewozmywaku.

Pokój nie był gorszy – ktoś lub coś powywlekał ubrania, dokumenty i książki z szuflad i półek. Na jednym ze stosów siedział bury kot spokojnie wylizując futerko.

Na tapczanie leżał czterdziestoletni facet w samych gatkach w kwiatki. Otoczony kilkoma pustymi butelkami po piwie.

– Widzisz Felek – odeszła – powiedział. Nie rozumiem dlaczego? Przecież obaj jesteśmy wspaniali, prawda?

– Miau – usłyszał w odpowiedzi. No, właśnie.

 Karol próbował się podnieść z legowiska składającego się z poturbowanej, nieświeżej, poplamionej pościeli. Nie udał mu się ten wyczyn więc z głębokim westchnieniem opadł.

Słońce prażyło bezlitośnie, całe miasto ledwo dyszało. Asfalt się topił, rzeka wysychała, woda w kranach ciurkała tylko do drugiego piętra. Szyny i tory wygięły się w proteście, tramwajom oraz autobusom zapaliły się instalacje.

Władze miasta ogłosiły stan wyjątkowy i wyjechały nad morze do wypasionego pensjonatu, aby nabierać sił po mailowych napaściach sfrustrowanych mieszkańców. Obawiali się też rękoczynów ze strony co bardziej zdeterminowanych. A ochroniarze zwani strażnikami rozbestwili się i żądali podwyżki płac zamiast, pokornie,  strzec swoich zwierzchników.

– Uch, jak ja nie znoszę tej klasy robotniczej – powiedział regionalny szef związków zawodowych zanurzając swoją cielesną obfitość w basenie przy niedawno wzniesionej rezydencji. – Marysiu, niech Marysia przyniesie mi czteropak piwa z lodówki. I dużo kabanosów – zawołał. A co będzie na obiad?

– To co pan lubi najbardziej – usłyszał z okna.

– Ty to byś pewnie chciał kilku rozebranych panienek chętnych do bunga – bunga – zza rogu domu wyszedł szczupły zastępca pluskającego się. A viagrę kupiłeś?

– Nie żartuj, ja jeszcze dużo mogę bez wspomagania – odparował szef gramoląc się z basenu. Niestety tak niezgrabnie, że uderzył głową o wykafelkowany kant pojemnika i spłynął na dno basenu. Zastępca nie zważając na to spokojnie wszedł do chłodnego domu, sięgnął do barku, zrobił sobie drinka o nazwie Black Russian bo był fanem Puszkina a ten prawnukiem czarnoskórego niewolnika przywiezionego do Rosji przez rosyjskiego dyplomatę w prezencie dla cara Piotra I.

Tak więc Wiesiek wrzucił do  wysokiej szklanki pięć kostek lodu, chlusnął sporo wódki dodał likieru kawowego i  pomieszał srebrnym nożem leżącym na stole.

Zdjął letnią szarą marynarkę,  powiesił na oparciu jednego z sześciu tapicerowanych krzeseł i usiadł sobie wygodnie w fotelu przy stoliku umiejscowionym we wnęce salonu blisko wyjścia na taras. Popijając ulubiony trunek wygrzebał w pamięci informację, że pradziadek Puszkina pochodził z północnego Kamerunu, z miejscowości Logone. Miał szczęście, że car kazał go kształcić, a że chłopak był zdolny to został inżynierem.

– Czarny a zdolny, a na świecie tylu białych idiotów – westchnął rasistowsko dopijając drinka.

Gdy odstawiał szklankę weszła do pokoju pani domu w bardzo dopasowanej bluzce i takiejż, nie za długiej spódnicy.

 – O, jesteś, a gdzież to mój równie szanowny co szczupły małżonek – zapytała robiąc sobie ulubionego drinka składającego się z wermutu, soku pomarańczowego, wódki i lodu oraz szczypty cynamonu. Drink nazwała swoim imieniem Persefona. Bogini ta została porwana przez boga Hadesa gdy wraz z towarzyszkami bawiła się na łące.

– I tak tkwię w tym piekle – westchnęła popijając. – On kiedyś był uczciwy i przystojny a ja piękna i młoda. A teraz on ma sylwetkę wieloryba a ja wydatki na medycynę estetyczną. Wszystko schodzi na nierasowe psy. I zrobiła sobie drugiego drinka.

Wiesiek zapytał:

– A może krótką kreseczkę wciągniesz?

– A wciągnę, dlaczego nie?

 Z barku wyciągnęła dwie słomki do koktajli i przysiadła do stolika czekając aż Wiesiek uformuje dwie białe ścieżki. Rozpięła dwa guziki jedwabnej bluzki i zrzuciła espadryle. Spódnica zwinnie podsunęła się w górę ukazując brak stringów.

Mężczyzna rozpiął guzik dżinsowych spodni. Wciągnęli proszek i lekko zataczając się przeszli do łazienki gdzie razem wzięli prysznic. W pokoju gościnnym, tak jak to robili od wielu miesięcy, powoli położyli się na pościelonym podwójnym łóżku. Choć znali mapę własnych ciał ich ręce z przyjemnością podążały znanymi trasami.

   Do drzwi mieszkania Karola ktoś zadzwonił i uparcie to powtarzał budząc go z leniwego letargu. Jeszcze nie całkiem przytomny wstał i otworzył drzwi.

– Dzień dobry, o – widzę, że nie bardzo. Ale muszę z panem porozmawiać.

– Kim pan jest do cholery? – uprzejmie spytał gospodarz.

– Policjantem.

– Zrobiłem coś?

– To się dopiero okaże. Nie żyje pański ojciec. Utopił się.

– Przecież umiał pływać – zdziwił się Karol.

– Sprawdzamy czy to wypadek, czy mu ktoś pomógł. Proszę nie wyjeżdżać z miasta. Swoją drogą mógłby pan tu trochę posprzątać – powiedział policjant po czym odwrócił się i zszedł po schodach.

Kot otarł się o nogi mężczyzny.

– Chodź Felek, posprzątamy ten bardak. Władza ma zawsze rację – prawda?

– Miau – potwierdził kot.

– Swoją drogą to się żona ojca ucieszy, że ma starego upierdliwca z głowy. Chyba że udowodnią jej winę ale taka głupia to ona nie jest.

Pozbierał wszystkie części garderoby i posegregował kolorami, tyle pamiętał z nauk pierwszej żony. Włożył pierwszą część do pralki, której umiejętność obsługi zawdzięczał drugiej połowicy. Trzecia nauczyła go zmywać i sprzątać. Czwarta kobieta trzy dni temu spakowała co miała, pokazała mu wyciągnięty palec i opuściła mówiąc:

– Jakie to szczęście, że za ciebie jednak nie wyszłam.

Karol całkiem spokojnie i  bardzo powoli wszystko wyprał, porozwieszał i posprzątał a potem nakarmił kota. Dla siebie zamówił pizzę. Nie starczyło kobiet w jego życiu, aby nauczył się gotować.

Zadzwoniła komórka.

– Tak, wiem, był policjant. Dobrze, pomogę. To zadzwoń jak wydadzą ciało. Co ty powiesz – napisał testament? A znasz jego treść? Acha, jest u adwokata. No to czekają nas niespodzianki tylko nie wiem czy miłe. Cześć. A przy okazji czy są u was klucze do mojego mieszkania? Tak? To dobrze. A nie, nic – tylko pytam.

Otworzył okno, stanął na parapecie i skoczył.

– Kurwa, zapomniałem, że zamówiłem pizzę – lecąc sobie przypomniał i wylądował dwa piętra niżej na tarasie sąsiadów gdzie rozłożono gruby materac. Akurat opalająca się na nim młoda kobieta poszła do kuchni po wodę.

– O, dzień dobry, skąd się pan tu wziął? – zapytała popijając z butelki.

– A z mojego okna dwa piętra wyżej – odparł nieskonfundowany sytuacją. Tym bardziej, że sąsiadka była młoda i tylko w skąpym bikini.

– Czyli tak sobie pan wypadł i wpadł do mnie? – uściśliła sytuację.

– No, właśnie – tak jakoś to wyszło.

– I co teraz? Napije się pan wody?

– A poproszę, może z kostką lodu i odrobiną wódki?

– Bez przesady, niezaproszonym gościom drinków nie robię. Najwyżej woda.

– To ja dziękuję i lecę.

Przechylił się gwałtownie przez barierkę tarasu i poleciał w dół.

Czytelniku dopisz ciąg dalszy: czy Karol zatrzymał się na następnym tarasie, czy tam poczęstowano go alkoholowym drinkiem, czy zjadł zamówioną pizzę oraz co ojciec zapisał mu w testamencie.

Wszystko już było

„Gazeta Wyborcza” w dodatku „Duży Format”, w latach dwutysięcznych prowadziła rubrykę pt.: „Czytelnicy do pióra”. Pan redaktor zadawał temat a chętni pisali i teksty do redakcji przysyłali.

Jedno z zadań: „Z pamiętnika starego tetryka proza miała być, panie, lekko sklerotyczna i taka, panie tego, stetryczała nieco, i żeby się narratorowi tak czasem mimo woli, jak to panie, popularnie mówią, rymnęło. O. Taka miała być i gderliwa też na ogół była.

Mój tekst wydrukowano poprzedzając tymi słowy:

Pani Irena Brojek z Wrocławia debiutuje na podium lapidarnie i przekonywająco. Witamy! Nagroda – „Królowa” Karen Essex.

GW DF nr 18, z 17. maja 2004 roku.

Pisząc to miałam 55 lat, czyli do stetryczenia było mi daleko.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

TYTUŁ: Wszystko już było

Środek nocy. Ciśnienie na pęcherz. Wstaję. Z trudem. Żona i pies chrapią. Ja człapię.

Ranek. Zbyt wczesny. Durne ptaki się drą. Pies lata za pchłą. Na ogonie. Żona w wannie. Niech tam zostannie.

Południe. Nudnie i paskudnie. Głupie słońce świeci. Wrzeszczą podłe dzieci. Na co to komu. Wstaję z ławki i idę do domu.

Obiad. Ja siorbię, żona kłapie szczęką. Życie jest wieczną męką.

Popołudnie. Drzemka. Śniło mi się… Co mi się śniło? Wszystko już było. Żona cała w serialu. Azja na palu.

Wieczorem. Co tam, panie, w polityce? Znowu się błaźnicie! Ja to bym ich wszystkich… jak Azję. Przed wojną to… Żona spaliła bigos. Pies liże nos.

W nocy. Znowu mnie dusi. A może to żona? Poszedł psie głupi!

Babka na bank

Cóż poradzę, że znosi mnie w stronę kryminału? Ale jest i sporo obyczaju. Zapraszam 🙂

*********************************************************

                BABKA NA BANK – opowiadanie

Niewielki oddział banku usytuowany był  na spokojnym osiedlu, w budynku z lat sześćdziesiątych. Graficiarze mu nie odpuścili i  zaznaczyli swoją obecność niczym psy na spacerze. Dwoje pracowników weszło bocznymi drzwiami pół godziny przed rozpoczęciem przyjmowania interesantów.  Włączyli komputery i czajnik. Zagotowali wodę, włożyli torebki z podłą herbatą do firmowych kubków, którymi klienci pogardzili bo tak były piękne. Przedstawiały bowiem prezesa z kotem z jednej strony i premiera z drugiej.  Napis głosił: Polski Ład wam jest rad.

Barbara, w białej bluzce i ciemnych spodniach, ze złotymi kolczykami w uszach, sprawdziła czy ma na swoim stanowisku długopis, kartki duże i małe oraz czy drukarka jest czynna. Jej kolega Karol tego nie zrobił bo był pewien, że jest doskonały a więc i wszystko wokół niego. W razie czegoś nieoczekiwanego wykorzysta dobrze przygotowaną koleżankę.

– Baśka otwórz drzwi, już dziewiąta – powiedział poprawiając nienagannie ostrzyżoną fryzurę i sprawdzając sms-y w  smartfonie.

– Leń, obibok i wykorzystywacz – rzuciła w jego stronę. Ale spłynęło to po nim jak po stadzie kaczek, gęsi i łabędzi.

Izolda siedziała w sypialni przed toaletką lekko retuszując swoją nieprzemijającą, dzięki ingerencji medycyny estetycznej, urodę. Naturalnie rude włosy wiły się wokół jej twarzy jak miedziane sprężynki. Jej mąż mówił, w chwili złości, że to żmije jadowite tak jak ona.

– Kretyn – pomyślała malując usta. Popatrzyła na swoje paznokcie pokryte fioletowymi hybrydami z namalowanymi zielonymi żabami bo lubiła kumkające.

Zdjęła podomkę, z szafy wyjęła dżinsy i błękitny sweterek. Sprawdziła zawartość torebki wiszącej na oparciu krzesła, zapięła ją i zachichotała.

Z toaletki wzięła telefon i wybrała jeden kontakt.

– Jestem przygotowana i zdecydowana. Ty też, mam nadzieję? Przecież wszystko ustaliliśmy, miałeś tylko przygotować ewakuację. Bilety na samolot masz? To przyjedź taksówką po moje walizki. I ubierz się tak, żeby cię nikt potem nie rozpoznał. Wiem, że sto razy ci to mówiłam, tylko przypominam. Czekaj na mnie tam gdzie wiesz.

Odłożyła telefon, ze stosiku białych karteczek oderwała jedną, wyjęła z kubka długopis i napisała:

„Kochana, wyjeżdżam na długie wakacje, bo jestem bardzo zmęczona. Jesteś już dużą dziewczynką, poradzisz sobie. Dbaj o koty. Zostawiam ci kartę do osobnego konta”.

Odłożyła długopis, przeszła do sąsiedniego pokoju, notatkę położyła na biurku córki a na niej kartę bankomatową.

W przedpokoju włożyła adidasy, szarą kurtkę, szarą czapkę i popielaty szalik. Czarną dużą torebkę zarzuciła na ramię. Bardzo chciała, aby wszystko się jej udało więc ludowym rosyjskim zwyczajem przysiadła na krześle. Oparła głowę o ścianę wspominając dzieciństwo na wsi i dojazdy do szkoły rozklekotanym autobusem. Ciążę z dopiero co poznanym na zabawie, chłopakiem. Wyklinających ją rodziców i aborcję u przekupionego lekarza.

Energicznie wstała otrzepując się z ponurych myśli. Pogasiła światła, sprawdziła czy wszystkie okna są zamknięte, pogłaskała koty, zmieniła wodę w miseczce i dosypała karmy. Wyszła na korytarz i zamknęła drzwi trzema kluczami.

Otworzyła garaż i wyprowadziła elektryczną hulajnogę.

– Hulaj dusza, piekła nie ma – powiedziała pod nosem. I włączyła pojazd.

Dyrektor banku ściągnął do pracy koło południa w stanie wskazującym na zużycie. Miał na sobie wymięty garnitur, poplamiony krawat i koszulę trzeciej świeżości. W gabinetowej lodówce zawsze czekał na niego kefir oraz soki z kiszonych ogórków i pomidorów. Sprzątaczka miała obowiązek na bieżąco uzupełniać zestaw. Na szczęście nie na swój koszt. Czasem sama też korzystała z tych zasobów. O wiele rzadziej jednak niż przełożony, który właśnie usiadł na wygodnym fotelu i sięgnął do lodówki. Otworzył ją i wyciągnął litrową butelkę kefiru. Nie zauważył, że z półki wyskoczyła myszka. Tym razem nie była biała jak trzy dni temu gdy miał,  przechodzoną w domu, delirkę. Na szczęście zawsze w takich wypadkach pomagał mu szkolny kolega będący sanitariuszem. Kroplówką odtruwał go do następnego razu. Tym razem powinien wystarczyć kefir – pomyślał wlewając w usta kwaśny płyn.

Musiał zapić każdą wizytę gościa, któremu prał pieniądze.

– Jak ja się w to wplątałem? – myślał w rzadkich chwilach refleksji. Odpowiedź była prosta – obiecano mu, że to będzie jednorazowa akcja. I on, kretyn, uwierzył. Owszem, opłaciło mu się. Piękny dom, piękna żona, utalentowana muzycznie córka dziwnie do niego niepodobna no i dwa przymilne koty. Nie wspominając o dwóch drogich samochodach, wakacjach na Seszelach, domu w Hiszpanii i licznych kontach za granicą. Tylko poczucie nieustannego zagrożenia mąciło jego spokój i pogłębiało nałóg.

– A taki byłem zdolny – przypomniał sobie sukcesy w szkole i na uczelni. Śpiewał tam w chórze i udzielał się w kole plastycznym. Obrazy leżały zakurzone na strychu domu, a głos stracił moc i barwę.

– Muszę odczepić się od tego gościa – postanowił. Tylko jak? Wynająć płatnego zabójcę? Dosypać trucizny do picia lub jedzenia? Skąd wziąć truciznę? I jeszcze musiałem zatrudnić tego dupka, który nadaje się do pracy jak ja do baletu. Czknął, rozwiązał krawat i wrzucił go do kosza.

Izolda podjechała do kawiarni, wprowadziła na zaplecze hulajnogę i przywitała się ze swoją siostrą Imogeną, która była właścicielką lokalu. Obie miały innych ojców ale po matce odziedziczyły rudowłosość. I bardzo się lubiły.

– Jesteś zdecydowana? – zapytała kawiarniana siostra.

– Pewnie. Wszystko przyszykowane i zorganizowane.

– Ufasz mu?

– Tak, z małą nutką niepewności, ale i na tę ewentualność jestem przygotowana.

– To świetnie. Napijesz się kawy?

– Chętnie. Pomoże mi precyzyjniej działać.

– To siadaj przy stoliku, może jakiś deserek, na przykład tiramisu?

– A daj, nie wiem kiedy będę znowu jadła.

Iza popijając kawę i powolutku smakując smakołyk wspominała dziecięcy zachwyt watą cukrową i krówkami ciągutkami.

Wysączyła ostatnią kroplę napoju, oblizała łyżeczkę, wytarła serwetką usta i wstała z krzesła. Bez słowa pocałowała siostrę w policzek. Wyszła z kawiarni zostawiając tam hulajnogę. Powoli wkładając na twarz maseczkę przeszła na drugą stronę ulicy i otworzyła drzwi do banku. Podeszła do stanowiska przy którym obsługiwał Karol, wyciągnęła z torby pistolet i strzeliła dwa razy.

Z gabinetu wyszedł Adam dyrektor. Zachwiał się w progu i krzyknął:

– Iza, co ty robisz?

Kobieta nie zwracając na niego uwagi spokojnie schowała pistolet do torebki i wyszła z banku. Wsiadła do czekającego na nią auta i odjechała.

Na lotnisku czekał na nią pracownik obsługi, przekazał bilet i klucz do skrytki bagażowej życząc udanego lotu.

Dyrektor wysłał sms-a do córki:

– Matka zabiła Karola.

A ona odpisała:

– Dobrze mu tak.

– Ale dlaczego?

– Bo był jej i moim kochankiem.

– A ja myślałem, że jest gejem.

– To też go interesowało. Zadzwoniłeś na policję?

– I do ojca Karola. Ten to da mi popalić.

– Przecież nie ty go zabiłeś!

– Ale moja żona.

– Pamiętaj, że rozwiedziona.   

– Myślisz, że oni to wezmą pod uwagę?

– Byli świadkowie?

– Tylko Baśka.

– Nie martw się na zapas. Pa.

Rozstanie

Opowiadanie powstało jako ćwiczenie zadane przez trenerkę pisania Beatę Wawryniuk. Miało być o rozstaniu, krótkie i z elementem/osobą przeszkadzającą parze bohaterów.

************************************************************************

Zaskoczyło ją, zaproponowane przez Jacka, miejsce spotkania. Zawsze był to porządny lokal a dzisiaj bar mleczny. Bo tam są placki ziemniaczane takie jak lubię – uzasadnił. I mam blisko do domu.

– Ale może to i lepiej – stwierdziła. Zamówię sobie barowy zestaw obowiązkowy, ruskie i kefir, zdążę zjeść bo on przecież i tak się spóźni.

– Jak bar mleczny to dżinsy, sweter i polarowa kurtka będą odpowiednie. I bez makijażu, nie będę się wysilać – pomyślała.

Wysiadła z tramwaju na sąsiednim osiedlu, przeszła dwa razy przez ulice na skrzyżowaniu, obejrzała wystawę kwiaciarni i po kilku krokach popchnęła drzwi prawie pustego baru. Zamówiła w kasie jedzenie i usiadła przy oknie. Czekając przeglądała informacje na facebooku i instagramie. Wpisała kilka komentarzy.

Kończąc ostatniego pieroga zobaczyła Jacka w drzwiach. Jak zwykle był nieuczesany i niedokładnie ogolony. Miał na sobie płaszcz po tatusiu, modny w latach sześćdziesiątych XX wieku.

– No, jest mój misiaczek – westchnęła. Spóźniony pół godziny.

– Jesteś już? – zdziwił się. O i zjadłaś? To ja sobie zamówię placki.

Wracając zawadził o krzesło, które przewróciło się z hukiem na kafelki podłogi.

– Mam ci coś ważnego do powiedzenia – zakomunikował z poważną miną.

– Placki ziemniaczane do odebrania – usłyszeli zza lady.

Jacek wstał po ulubione danie. Z talerzem w ręce usiadł, rozejrzał się i powiedział:

– Możesz mi przynieść sztućce? – poprosił.

– Monika bez słowa wstała.

– Masz – cisnęła nóż i widelec zawinięte w serwetkę.

– Coś ty taka jakaś dziwna?

– Nic, nic, porozmawiamy jak skończysz.

On jadł, ona przeglądała zawartość smartfona.

Wreszcie skończył, popił kefirem, odsapnął i powiedział:

– Pomyślałem, że możemy się pobrać. Mama się zgodziła.

Wyciągnął z kieszeni używaną chusteczkę higieniczną, rozwinął ją i wyjął cienki srebrny pierścionek z małym bursztynem.

– Mama mi dała dla ciebie – oznajmił z dumą.

– Ha, ha, ha, ha – roześmiała się Monika tak głośno, że nieliczni klienci spojrzeli na nią zaciekawieni. Od Ewy wiem, że znalazła sobie konkurenta za którego wychodzi za mąż. I wyjeżdża z miasta sprzedając mieszkanie. Postanowiła więc, że znajdziesz sobie frajerkę, która cię będzie utrzymywać i obsługiwać.

W tym momencie podszedł do nich mężczyzna po którym było widać, że życie go nie oszczędzało, prosząc:

– Państwo młodzi wspomóżcie mnie paroma złociszami, zjadłbym coś.

– Spadaj dziadu – warknął Jacek.

Monika sięgnęła do torebki i zapytała:

– Co panu zamówić?

– Przestań, nie widzisz, że to pijak?

–  Zamknij się, idioto. I zabierz ten nędzny pierścionek. Sam sobie go noś. Żadnego ślubu nie będzie. Koniec z nami. Wstała i razem z proszącym o obiad podeszła do lady.

Jacek siedział ogłuszony. Jak ona mogła, przecież było tak fajnie, zawsze płaciła za mnie, słuchała co mówię, nie zachwycała się co prawda… E, znajdę sobie lepszą.

Podszedł do lady i powiedział:

– Będziesz żałować, takich jak ty jest na pęczki.

Odwrócił się i szybko wyszedł przewracając kolejne krzesło.

– Pani nie żałuje, to jakiś dupek jest – stwierdził mężczyzna.

– Wiem, po to przyszłam, żeby z nim zerwać. Niech go mamusia hołubi do końca życia jak sobie go tak wychowała.

Krótka historia namiętności

To opowiadanie napisałam na konkurs po powyższym tytułem. Nagrody ani wyróżnienia nie dostałam – widocznie jurorów nie przekonałam. Może dlatego, że w tekstach znosi mnie w kierunku poczucia humoru a u nas uważa się, że tylko osoby poważne, wzdęte i nadęte są godne uwagi. A reszta się nie liczy. Ale „powaga jest tarczą głupców” napisała Joanna Chmielewska i ja się z nią zgadzam.

*****************************************************************

Pięćdziesięcioletnia chuda Dobrosława powoli szła parkową ścieżką. Miała na sobie bluzkę której kolory zniszczyły liczne prania, tłuste włosy zwisały w nieładzie wokół jej twarzy i widać było, że brzydką cerę systematycznie niszczyła paleniem papierosów. Właśnie zapaliła jednego rozkosznie się nim delektując.

Śledziła JEGO, niedawno poznanego na wieczorze poetyckim. Wiersze,  które czytał trafiły w jej serce strzałą Amora i tam pozostały. Kupiła tomik, zawsze nosiła go w torebce, całowała zdjęcie na książce, przytulała do siebie, znała na pamięć każdy wiersz. Jego twórczość była tak cudowna jak imię – Bożydar. Wyglądał mniej pięknie – najwyżej 170 centymetrów wzrostu, łysiejąca głowa, brak paru zębów i krzywe nogi w obcisłych dżinsach. Mimo trzydziestki wyglądał na dziesięć lat więcej za to był przekonany o swojej niebywałej atrakcyjności i nieodpartym uroku co potwierdzał zachwyt fanek.

Przyspieszyła, bo ON skręcił w boczną uliczkę willowego osiedla, którego przyprawowe nazwy uliczek przypominały kobiecie, że nie ma dla kogo piec ani gotować. A tak wspaniale byłoby dodać cynamonu do szarlotki, zaparzyć mu melisy gdyby był zdenerwowany, dodać pieprzu, kminku lub tymianku do mięsa. Albo bazylii do sałatki czy koperku do młodych ziemniaków.

Wszedł do cukierni więc zatrzymała się przy wystawie sąsiedniego sklepu z rowerami.

– Może powinnam sobie jakiś kupić? – pomyślała. Nie zawsze nadążę za nim na piechotę. Tak, kupię – zdecydowała. Ale nie teraz.

Zapaliła papierosa czekając na śledzonego.

Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna w progu cukierni namiętnie całuje drobną brunetkę.

– O, żesz ty małpo wstrętna – pomyślała. Nie daruję ci tego. Zanotowała w pamięci, aby w Internecie wyszukać, nie dającą objawów i trudno wykrywalną, truciznę.

Poeta przeszedł na drugą stronę jezdni i stanął na przystanku przy ulicy Cynamonowej. Wyciągnął z kieszeni notes i długopis, zaczął coś  pisać.

– Pewnie pisze wiersz o tej idiotce, a może erotyk – zazdrośnie przypuściła Sławka. Dla mnie nikt nigdy nic nie napisał – użaliła się nad sobą.

Mężczyzna wyrwał kartkę z notesu,  zgniótł  i rzucił na ziemię. Gdy się odwrócił wielbicielka udając poprawianie sandałka podniosła papier. Rozwinęła i przeczytała:

Tyś jest wspanialsza niż niebo i piekło

Niż letni deszcz i zimowy puchu śnieg.

Twoje oczy skrzą się jak brylanty u jubilera

A usta czerwieńsze są od wszystkich maków.

Jak cię widzę to szczęście mnie rozpiera.

– O rany, chyba miłość go ogłupia, że takie bzdury wypisuje – trzeźwo oceniła kobieta.

Nadjechał autobus otwierając drzwi obojgu. Usiadła tuż za mężczyzną wdychając, otaczający idola, zapach  wody toaletowej.

– Gdybym wiedziała jakiej używa to kupiłabym taką samą – zamarzyła. I jak by tu zdobyć część jego garderoby?

Dojechali do śródmieścia, wysiadła na tym samym co on przystanku. Poszła w ślad za poetą, nawet udało się jej wejść do jego bramy. Sprawdziła do którego mieszkania otworzył drzwi.

– Dobra nasza – pomyślała. Wyciągnę ten plik kluczy po dziadku, może coś dopasuję – postanowiła.

Wróciła do domu i przyszło jej na myśl, że powinna w punkcie ksero powiększyć jego podobiznę umieszczoną na tomiku, aby powiesić nad łóżkiem. Albo postawić na szafce a obok pachnącą świeczkę i bukiecik codziennie świeżych kwiatów.

– Jutro rano podejmę decyzję. A najlepiej zrobię to i to. I skseruję każdy wiersz.

Z tą dobrą myślą wypaliła papierosa, wzięła prysznic i po wytarciu się wykonała cowieczorny rytuał: przeczytała trzy wiersze, pocałowała jego zdjęcie i poszła spać. Ostatnią jej myślą przed zaśnięciem było: muszę zabić tę flądrę, on jest mój.

Przebudziła się pełna werwy i chęci do skutecznego działania. Wypiła mocny napar złożony z wielu ziół jaki sobie, każdego ranka, serwowała przekonana, że dają jej moc urody i mądrości. Potem z Internetu spisała najtrudniej wykrywalne trucizny i zamówiła jedną z nich.

Spisała na kartce sprawy do załatwienia:

– kupić rower (najwyżej zrobię debet)

– otruć tę czarną małpę (najpierw sprawdzić co lubi jeść i pić)

– wejść do jego mieszkania i wziąć koszulę lub gatki

– śledzić go,

– sprawić, żeby był mój

Podkreśliła ostatni i najważniejszy dla niej punkt.

Przejrzała szafki w kuchni i przedpokoju szukając pęku kluczy jaki zostawił dziadek.

– Szkoda, że nie dostałam w spadku auta lub kasy na zakup choćby roweru – pożaliła się w duchu. Wyrzuciła z pawlacza upychane tam, przez lata, bambetle, uwalniając tumany kurzu i rojowisko moli.

– No, żesz … – zaklęła wydobywając spore pudło.

Postawiła je na podłodze i otworzyła klapy kartonu. Znalazła stare buty, zjedzoną przez mole odzież męską oraz w puszce, po nie wiadomo czym, pęk kluczy i wytrychów. Albowiem dziadziuś był ślusarzem ze skłonnością do włamań co skończyło się kilkuletnim wyrokiem.

Opróżniła pawlacz i w szale porządków wyniosła wszystko na śmietnik. Po powrocie za pomocą Internetu wyszukała sklepy z rowerami i porównała ceny. Włożyła kurtkę budrysówkę po babci, wykoślawione buty po matce i wyszła z domu obierając kierując się w stronę budynku w którym mieszkał on – wyśniony, wymarzony i bardzo uzdolniony. Po drodze skserowała co chciała.

Doszła do bramy poety i nacisnęła guzik domofonu.

– Jeśli odbierze to znaczy, że jest w domu – pomyślała dzwoniąc w kieszeni kluczami.

– Słucham – usłyszała damski głos.

– O, cholera – zaklęła nie tak znowu Dobra. Przyjdę później – postanowiła.

W sklepie przymierzała do siebie pięć rowerów, w końcu wybrała przyjazny cenowo. Musiała zapłacić całą sumę, bo rat nie stosowano.

Wsiadła na pojazd, zadowolona, że w mieście jest dużo ścieżek dla rowerzystów. Na szczęście w dzieciństwie nauczyła się poruszać na takim wehikule. Pomyślała, że dobrze byłoby mieć  lornetkę i poobserwować okna mieszkania najdroższego i jego samego też.

Jadąc podśpiewywała: lornetka, lornetka, potrzebna mi lornetka. I numer telefonu, żeby czasem usłyszeć jego głos.

Przed domem zsiadła z roweru, wniosła go do mieszkania, postawiła w przedpokoju. Zapaliła papierosa i usiadła przy komputerze. Na facebooku wpisała imię i nazwisko poety.

– Jest! Mam go! – wykrzyknęła. Polubiła profil i napisała, że uwielbia jego twórczość i że ma tomik z autografem. I zapytała kiedy i gdzie będą następne spotkania z publicznością.

Zgasiła papierosa i przypomniała sobie, że dziadek miał lornetkę.

– Muszę jej poszukać. Gdzie ją schował? Jeden pawlacz mam załatwiony. Czas na drugi – pomyślała.

Wyciągnęła drabinę zza szafy, postawiła pod pawlaczem i ostrożnie na nią weszła. Otworzyła tym razem nie zaskoczona tumanami kurzu. Wyciągnęła kolejne pudło, było zbyt ciężkie do zniesienia, więc zeszła z drabiny i obok niej postawiła stołek. Weszła na górę ponownie, zsunęła karton i postawiła na taborecie. Odstawiła drabinę i zajrzała do pudła.

  – O jejuniu – krzyknęła i  w tył nią miotnęło.

Bo zobaczyła łom, kajdanki, siekierkę, młotek pokaźnego rozmiaru, a na samym dole pistolet zaś obok niego pudełko nabojów.

– No to dziadek zostawił mi niezły spadek – zrymowała refleksję. Wyjęła wszystko powoli odkładając na podłogę. Zostało jeszcze sporego rozmiaru pudełko. Otworzyła je i z radością stwierdziła, że to wojskowa lornetka.

– Brakuje tylko trucizny,  miałabym wtedy wszystkie potrzebne rzeczy do pozbywania się rywalek.

Złożyła karton na płasko a przestępcze akcesoria zaniosła do pokoju. Rozłożyła na stole, usiadła, zapaliła papierosa i napawała się widokiem.

– Teraz tylko trzeba to wszystko zastosować – pomyślała. Co najpierw? Chyba lornetkę.

Zgasiła papierosa i po krótkim prysznicu położyła się spać. Przyśnił się jej dziadek. Siedział w fotelu i czyścił pistolet.

– Jedź rowerem do lasu, weź kilka pustych puszek i pistolet, naucz się celnie strzelać. Jutro przyjdzie paczka z trucizną, powiem ci jak ją zastosować.

Obudziła się ucieszona, że wie co ma robić. Po papierosie i śniadaniu nakleiła skserowane wiersze na tekturki z kartonu i rozwiesiła na ścianach pokoju oraz kuchni. Zdjęcie poety też podkleiła i postawiła na wprost miejsca na którym najczęściej siedziała. Zapaliła obok pachnącą świeczkę. Postanowiła zerwać jakieś kwiatki po drodze i w wazoniku dołączyć do zdjęcia i świeczki.

Zapakowała pistolet i naboje do torby, przypięła ją do ramy roweru, zniosła go na parter i pojechała za miasto. Skręciła w steczkę i zatrzymała się na małej polance. Zapaliła papierosa, wyciągnęła z torby pięć puszek po kukurydzy i groszku, rozejrzała się i postawiła je na niskiej gałęzi. Odeszła parę kroków, naładowała pistolet i wystrzeliła. Odrzut był taki, że zawyła z bólu. Pomasowała sobie dłoń i ramię i ponownie wystrzeliła. Podeszła do gałęzi.

– Trafiłam dwie, ma się talent w genach – stwierdziła. Szkoda kul, nie będę więcej próbować. Rzuciła peta na trawę, przydusiła obcasem, zabrała puszki i bardzo z siebie zadowolona odjechała.

Nazajutrz odebrała od kuriera przesyłkę z trucizną. Paląc papierosa otworzyła buteleczkę i powąchała. Nic nie poczuła.

– Zadziała czy nie, spróbować mogę – postanowiła.

Owinęła flaszeczkę w watę i parę warstw gazety, włożyła do plastikowego woreczka i zawiązała czerwoną gumką recepturką. Potem umieściła obok pistoletu i lornetki w rowerowej torbie. Usiadła przy kuchennym stole, zapaliła papierosa i zaczęła planować pozbycie się rywalki.

Zadzwonił telefon.

– Słucham? Tak. Znam ale głównie jego wiersze. Co się stało? Jak to nie żyje? Zastrzelony? Przez kogo? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Wirus zakończenia (cz.117)

I tak się kończy moja opowieść o zwyczajnych – niezwyczajnych ludziach na moim osiedlu. Bohaterów wymyśliłam, nigdy nie spotkałam takich ludzi. To tylko moje marzenie o dobrych i życzliwych osobach. Ale może Wy znacie podobnych?

**************************************************************

Ależ mamy złośliwy prima aprilis, śnieg w kwietniu zamiast w styczniu lub lutym  – pomyślała Helena opatulając kolana, stopy i gardło.

Od jakiegoś czasu źle się czuła, serce a to waliło, a to jakby stawało. W uszach szumiało, w kościach strzykało mocniej niż zwykle. Całe szczęście, że Aldona i Wacek codziennie u niej byli na zmianę i opiekowali się seniorką.

Nie była w stanie, od paru dni wychodzić z domu więc zaprosiła do siebie bliskie osoby.

– Opowiedzcie mi co u was słychać, co u Kasi, jak się ma Adaś?

Aldona wcześniej, jak co dzień od miesiąca,  przyniosła obiad, którego seniorka zjadła tylko połowę.

Wacek pierwszy zabrał głos:

– Mietek tak długo się nie pokazywał, bo jego mama chorowała i zmarła.

– Covid? – zapytała Helena.

– Głównie serce ale i zapalenie płuc swoje zrobiło. Musiał więc pozałatwiać wszystkie sprawy a potem zabrał się za porządkowanie i remont mieszkania. Ale jest dobra wiadomość – zamierzają się pobrać z Kasią.

– O, to świetnie, a kiedy?

– Jeśli będzie termin w Urzędzie Stanu Cywilnego to zaraz po świętach. I ślub będzie tylko cywilny. I bez hucznego wesela, tylko obiad w naszym gronie – poinformował Wacek.

– A gdzie będą mieszkać? – spytała Aldona krojąc ciasto drożdżowe.

– U Kasi, bo ma większe mieszkanie.  Mietka lokal sprzedadzą, żeby mieć na remont chaty Kasi i zmianę auta na nowszy model, bo ten, który ma  sypie się i rzęzi. A oszczędności nie mają, bo i z czego.

– No to czeka cię dużo pracy, bo wyobrażam sobie, że będziesz im pomagał. Na szczęście jesteś tak zwaną złotą rączką, a nawet dwiema – zażartowała Helena.

– Ociepli się, wszystko będzie szybciej schnąć, więc wiosna to dobry czas na remonty – praktycznie podsumował sytuację Wacek.

Po spotkaniu Aldona pomogła Helenie umyć się i położyć.

Nazajutrz Wacek otworzył drzwi jej mieszkania i zastał starszą panią elegancko ubraną, nawet z butami  a nie, jak zawsze w domu,  kapciami. Siedziała i spała w fotelu. Gość dotknął jej ramienia, które bezwładnie opadło. Zadzwonił po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon z powodów naturalnych. Ciało poddano kremacji, bo tak sobie Helena życzyła żałując, że jej prochy nie mogą użyźnić działki. Nie chciała żadnego pomnika.

Na stole leżał testament, który odczytano na popogrzebowym spotkaniu.

Okazało się, że zmarła zapisała swoje własnościowe mieszkanie Edkowi i Aldonie pod warunkiem, że jak najszybciej się pobiorą. W dodatku pozostawiła pieniądze oraz zgodę i plan rozbudowania lokalu o kawałek dużego holu tak, aby  do kuchni z nyżą , przedpokojem i łazienką dodatkowo powstał pokój.

Aldona zaczęła płakać, Edek gwałtownie szukał chusteczki do nosa.

– Masz, sieroto – podał mu ją kumpel i jak zawsze w reakcji na nietypowe wydarzenia pociągnął się za ucho.

– Dzięki – powiedział Edek wstając i portki podciągając choć przybrał na wadze dzięki regularnym posiłkom. Ale odruch mu pozostał.

Testament zawierał też sugestię, aby od razu przenieśli się do jej mieszkania a swoje udostępnili ukraińskiej rodzinie za darmo dopóki nie znajdą sobie pracy, aby potem móc płacić choćby niewielki czynsz.

– No to najpierw ja z Edkiem posprzątamy Heleny mieszkanie, pomalujemy a potem się przeprowadzimy – gospodarnie zarządziła Aldona.

– Zabierzcie tylko swoje najpotrzebniejsze rzeczy, bo chata spadkodawczyni jest dobrze wyposażona – doradził Wacek. Nie zapomnijcie o Panu Kocie, bo on jest najważniejszy.

– Nie wiem jak zniesie przeprowadzkę – zmartwił się Edek. No i potem remont. Może jednak zostaniemy u siebie na ten czas?

– Nie bądź głupi, twoje mieszkanie jest bez łazienki a zanim uprawomocni się spadek i znajdziemy odpowiednich fachowców to minie dużo czasu – stwierdziła partnerka niewolnika kota.

– Masz rację, nie pomyślałem – przyznał Edzio.

– To może zrobimy dwa śluby razem? – zaproponował Wacek. Wy i Kasia z Mietkiem? Będzie praktycznej, Helena pewnie by tak chciała.

– I to jest bardzo dobra koncepcja ale trzeba to z nimi skonsultować – powiedziała Aldona.

– Już  o tym rozmawiałem, bo znałem treść testamentu – przyznał Wacek. Postanowiliśmy, że dobre a niepotrzebne rzeczy z mieszkania Mietka i Heleny sprzedam w Internecie, żeby były pieniądze na niespodziewane wydatki. A resztę oddamy do sklepu dobroczynnego.

– Ta Helena to jest dla nas jak dobra wróżka – rozrzewnił się Edek.

– Oj, tak – ze świecą szukać tak dobrej osoby. Seniorzy z wiekiem często stają się egoistyczni i skąpi a ona o nas wszystkich pomyślała – podsumował spotkanie Wacek.

Wirus wojny 2 (cz. 116)

To druga przedostatnia część mojej powieści w odcinkach, druga bo planuję napisać zakończenie. Starałam się ocieplić panującą sytuację życzliwymi bohaterami i poczuciem humoru. Wojna w Ukrainie odebrała mi chęć żartowania.

Pod tekstem podaję datę napisania.

Następne wpisy będą zawierać recenzje książek, krótkie opowiadania lub prywatne relacje.

******************************************************************

Psalm  – Wisława Szymborska

O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!
Ile to chmur nad nimi bezkarnie przepływa,
ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju,
ile górskich kamyków stacza się w cudze włości
w wyzywających podskokach!

Czy muszę tu wymieniać ptaka za ptakiem jak leci,
albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?
Niechby to nawet był wróbel – a już ma ogon ościenny,
choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku – ależ się wierci!

Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce,
która pomiędzy lewym a prawym butem strażnika
na pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi.

Och, zobaczyć dokładnie cały ten nieład naraz,
na wszystkich kontynentach!
Bo czy to nie liguster z przeciwnego brzegu
przemyca poprzez rzekę stutysięczny listek?
Bo kto, jeśli nie mątwa zuchwale długoramienna,
narusza świętą strefę wód terytorialnych?

Czy można w ogóle mówić o jakim takim porządku,
jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać,
żeby było wiadomo, która komu świeci?

I jeszcze to naganne rozpościeranie się mgły!
I pylenie się stepu na całej przestrzeni,
jak gdyby nie był wcale wpół przecięty!

I rozlegnie się głosów na usłużnych falach powietrza:
przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów!

Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.
Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> 

Grupa Anonymus wymyśliła sposób na rosyjską propagandę. Zaleca znalezienie w Google maps restauracji lub firmy rosyjskiej i zamieszczenie tam prawdy o napaści na Ukrainę.

Przykładowy tekst:

  • „Jedzenie było świetne! Niestety Putin popsuł nam apetyty, najeżdżając Ukrainę. Sprzeciw się swojemu dyktatorowi, przestań zabijać niewinnych ludzi!” – tak brzmi jedna z przykładowych recenzji, jakie internauci zamieszczają na stronach rosyjskich biznesów w Google
  • Do tworzenia tego typu komunikatów namawia grupa Anonymous
  • „Nie zapomnij dać pięciu gwiazdek! Akcja ma na celu informację, a nie szkodzenie biznesowi” – podkreślają hakerzy.

Wacek wziął się do roboty i gdzie tylko mógł zrobił krecią robotę. Od tłustego czwartku wielokrotnie pociągał się, ze zdenerwowania, za ucho i oba miał naderwane. Z radością przeczytał w Internecie, że wiele firm wychodzi z Rosji.

Razem z Heleną, Edkiem, Aldoną, Kasią z Mietkiem zrobili zakupy potrzebnych Ukraińcom towarów i zanieśli do punktu przy ul. Łokietka.

A po powrocie trafił w Internecie na wiersz:

Wisławy Szymborskiej Krucjata Dzieci

Tam – w najżarliwszym z naszych miast
grzęzną twarzami w skrzepłą krew
trupy dziecięce.

Pierwsza zabawa w wojnę – nie na niby,
pierwszy zuchwały start.
Ktoś pokazał. Spróbował. Teraz to już żart.
Strzelać – to takie proste. Nie chybi.
Pierwsza przygoda. Prawdziwa dorosła.
Ściska flaszkę z benzyną baczny i uparty.
Wczoraj były trzy tanki – dzisiaj będzie czwarty.
Ręce zniecierpliwione wyprzedzają rozkaz.

Poprzez miasto walące się w gruz,
w płomienie, których już nikt nie potrafi spętać,
zbrojna w zawarte pięści, zastygła w okrzyku
brnie pod kul gęsty, ciepły grad
krucjata małych uliczników.

Oczy nasze zmęczone są pamięcią świeżą,
lecz ręce wiedzą, wierzą.
Ręce, których mamy unieść ciężar świata
wiedzą: świat się odrodzi bez wojennych widm,
że wypłaci bez reszty za zdeptane lata
i wierzą w nowy ład i rytm.

… i może też dla tego
dławi nas dniem i nocą
najsmutniejsze: dlaczego,
milczące: po co,
-trupy poległych dzieci.

(z tomu „Czarna piosenka”)

Wirus piosenek (cz. 111)

Pod każdym tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugi poniedziałek lub środę zamieszczam recenzję książki lub relację prywatną. Miłej lektury 🙂

*********************************************************************

– Jak ja nie lubię Zenka – powiedziała Aldona wracając z zakupów wkurzona cenami.

– A co ci, biedak, zawinił? – zapytał Edek głaszcząc pana Kota.

– Bo jest twarzą obecnej władzy – warknęła kobieta rozkładając produkty.

– Raczej mordą.

– Mordami to są ci trzymający władzę. A chodziło mi o propozycję Suskiego, aby w radiu w godzinach 5-24 nadawano 80% polskich piosenek.

– Przypuszczam, że w wykonaniu Zenka, Maryli i Edzi?

– A pozostałe 20% to rosyjskie z okresu Związku Zdradzieckiego może.

– Ale to, że młodzież na studniówce śpiewała je… … to nie bardzo mi się podoba, choć rozumiem to wkurzenie – stwierdziła Dona.

– No to mam nadzieję, że odpowiednio do tego hasła zagłosują w czasie wyborów.

– Miau – potwierdził Darek.

– Tylko nie wiadomo czy znowu nie zamataczą wyborów. Bo co do poprzednich mam takie silne podejrzenie.

– A wiesz, że system podsłuchowy Pegasus był nielegalnie kupiony za 33 miliony złotych? – dobił kobietę Edzio.

– Nie dziwi mnie to wcale. A hasło ustalili bardzo trudne do odgadnięcia.

– Wiem, nigdy bym się nie domyślił. Brzmi ono „Orzeł Biały” w Internecie: orzelbialy.

– Jak myślisz – czy ten skrzydlaty koń zaniesie PiS do Hadesu? – zapytała Aldona myjąc produkty na obiad.

– Mitologicznie ci się odbija, widzę. Oby, najwyższy czas dla nich na piekło.

– Politykom ciągle się odbija podsłuchami. A wiesz dlaczego minister Zero uwziął się na Giertycha? Bo kiedyś przyszedł do jego kancelarii z prośbą o przyjęcie i pomoc w zostaniu adwokatem w dodatku próbował nim manipulować źle mówiąc o Lechu Kaczyńskim wiedząc, że ewentualny szef ma z LK zatargi. G. odmówił, bo uważa go za złego prawnika a Z. taką nędzną i wredną manipulacją obraził jego inteligencję.

– No to się podpiął pod PiS i rządzi, teraz chce ludziom utrudnić rozwody.

– E, tam rządzi. Jest na pasku Wuca i jego obsesji. Z kotem przecież nie musi brać rozwodu.

– A co  sądzisz o tym, że „Nieposłuszeństwo jest prawdziwą podstawą wolności. Posłuszni muszą być tylko niewolnicy” (G. Orwell)

– Nie wiem czy muszą. Oni tak chcą, bo to wygodniejsze. Nie trzeba się męczyć myśleniem i stawianiem oporu. A nuż trzeba by było znosić jakieś represje? – zapytała Dona zajęta porcjowaniem kurczaka.

– Mnie się podoba to: „Głową muru nie przebijesz ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej” (J. Piłsudski).

– Trzeba mieć żelazny łeb, dobrze, że ten drób nie jest żelazny – wsadzając powstałą porcję rosołową do garnka powiedziała kobieta.

– I żelazną wolę odporną na manipulacje.

– Ale można od tego umrzeć jak dyrektor z CBA, który wprowadzał i nadzorował Pegasusa.

– Śmiercią naturalną zszedł był?

– A kto to wie?

– Ciekawostką przyrodniczą jest fakt, że system podsłuchowy nie został kupiony od producenta w Izraelu tylko od firmy Matic założonej przez byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa PRL. Za wdrożenie i szkolenie dostali 8 milionów.

– Teraz budowany jest mur w Białowieży, jak myślisz który krewny i znajomy królika na tym zarobi?

– Tego nie wiem ale najgorsze, że niszczą przyrodę ciężkim sprzętem. Obieraj jarzyny, nie leń się.

– Na Chińczyków się zapatrzyli? – zapytał Edek powoli wstając i portki podciągając. Pan Kot tylko zerknął kpiąco na swojego niewolnika.

– E, nie. To zdaje się przykład od bratanków.

– Ale oni nie niszczyli sobie rezerwatu przyrody?

– Tego nie wiem ale obwarowali czy raczej omurowali się solidnie. Zresztą nie tylko oni. Parę innych krajów też.

– Stany Zjednoczone mają problem z nielegalnymi przybyszami głównie z Meksyku, Europa także. A może by tak Rosja przyjęła wszystkich? Miejsca u nich dużo – facet rzucił propozycję od czapy a może nawet uszanki.

– Jak ty już coś powiesz – zakpiła kobieta. Lepiej kończ to, opłucz, pokrój i do garnka.

– Będzie rosołek choć dziś nie wtorek?

– Dzisiaj sobota, dzień hołubienia kota – stwierdziła pani domu wrzucając pokrojoną pierś kurczaka do kociej miseczki.

Darek wstał, przeciągnął się leniwie i powoli podszedł do swojej jadalni.

– Edek, zmień mu wodę i obejrzyj piasek w kuwecie.

– „Życie to głupi i śmieszny żart” – powiedział Edek wrzucając jarzyny do garnka.

– A skądżeś wziął tę mądrość? – zakpiła Dona.

– Zacytowałem Lermontowa tylko – obruszył się jej życiowy partner.

– No, widzę, żeś zdolny jak Powolniak z serialu „Co ludzie powiedzą” i jak on leniwy.

Napisane 20 – 25. 01.2022 r.