Wirus następny (cz. 47)

W każdą sobotę pojawia się tu kolejny odcinek tej pandemiczno – optymistycznej powieści. Pod tekstem podaję datę powstania ponieważ umieszczam w nich aktualne wydarzenia. Dla urozmaicenia co drugą środę daję recenzję książki lub inne opowiadanie. Milej lektury 🙂

*********************************************************************

          Wirus następny (47)

Wracając z poczty Helena zrobiła zakupy – mąkę, cukier, mak i masło oraz suszone owoce na kompot. Lubiła swoje osiedle Ołbinem zwane. Cieszyło ją, że od jakiegoś czasu znowu jest tam pasmanteria ale wkurzyło zamknięcie oddziału banku gdzie mogła podejść piechotą zamiast, jak teraz,  jechać autobusem.

Idąc do domu opowiadała sobie w myślach: mamy blisko siebie położone trzy warzywniaki, dwa z nich mają też nabiałową ofertę. Jest duża cukiernia, prywatna piekarnia i sklep mięsny. Biedronka i przy niej Rossman. Jest szewc ale od dawna brakuje szklarza. Punkt przeróbek krawieckich przy Wyszyńskiego zamknięto ale jest inny przy Barlickiego. Drukarnia przeniosła się na Namysłowską. Zamiast księgarni już od wielu lat jest sieciowa piekarnia gdzie można też kupić kanapkę i w lecie lody. Świetna lokalizacja bo przy przystanku trzech autobusów. Ktoś głodny może zrobić hyc po kanapkę lub słodką bułkę albo po prostu pieczywo do domu. Naprzeciwko od kiedy pamiętam jest fryzjer a obok drogeria i sklep z zabawkami. Tam też jest przystanek. Tlenu osiedlu dostarcza park im. S. Tołpy a dla wierzących jest kościół pw. św. Michała Archanioła.

Doszła do domu i tym samym zakończyła myślową wyliczankę. Otworzyła drzwi, zdjęła maseczkę, płaszcz, czapkę, szalik i buty. Wypakowała zakupy i poszła umyć ręce. Postawiła wodę w czajniku na zapalonym palniku gazowym i wzięła kubek z suszarki. Usiadła na krześle i spojrzała przez okno.

– Zapomniałam wyrzucić śmieci, trudno, zrobię to jutro.

Rozmasowała sobie nogę, która czasami ją bolała. Wstała z krzesła i nalała sobie herbaty dodając parę wiśni z koleżeńskiej nalewki.

– No i mam herbatę z prądem – zaśmiała się cichutko.

Nazajutrz wyciągnęła małą sztuczną choinkę i trochę ozdób. Miała je od lat, czasem dokładała coś zrobionego przez siebie, z papieru lub uszytego z tkaniny ze świątecznym wzorem. Parę lat temu odwiedzała lumpeksy gdzie nabywała takie kawałki.

Zadzwonił telefon.

– Dzień dobry pani Heleno, ustaliłem wszystko z pozostałymi osobami. Przygotujemy wieczerzę u Kasi. Czy mam pani pomóc w niesieniu kompotu i makowca?

– Nie trzeba, na pewno Kasia bardziej potrzebuje wsparcia.

– Nie, no przecież jest Aldona.

– Wam mężczyznom wydaje się, że krasnoludki wszystko robią w domu? A umycie okien? A wytrzepanie dywanu? Może jeszcze coś trzeba tam zrobić. Zapytaj Kasię, ona ciągle siedzi przy komputerze, więc nie ma czasu i siły.

– Ale ja się w tym czasie zajmuję wnukiem.

– I bardzo dobrze ale zadzwoń do córki i powiedz, że zrobisz to co wymaga siły. Bądź odpowiedzialnym facetem i włącz się w świąteczną radość – zażartowała Helena.

-Ta radość to mycie okien i trzepanie dywanu? – upewnił się Wacek.

– Przez czyste okna wyraźniej zobaczymy park, a przy trzepaniu wyobrażaj sobie, że walisz tego kogo nie lubisz.

– I to jest bardzo słuszna koncepcja, pani to zawsze znajdzie jakiś fajny argument.

– Tak już mam – podsumowała starsza pani.

Za godzinę zadzwoniła Aldona.

– Pani Heleno, umyję pani okna, kiedy mogę przyjść?

– Ale…

– Żadne ale. Ustaliliśmy z Edkiem, że on wytrzepie pani dywan a ja umyję okna i pomogę w konkretnych porządkach – proszę pomyśleć co trzeba będzie zrobić. Może przejrzymy  szafki w kuchni, szafę w pokoju, pawlacz, coś wyrzucimy, oddamy do sklepu dobroczynnego? Co pani na to?

– A ja na to jak na lato. Kochana jesteś, naprawdę.

– Jeszcze dopytam – czy ma pani środki czystości, bo w razie czego…

– Mam, mam, nie martw się. To przyjdźcie jutro ale nie wcześniej niż o dziesiątej rano.

Ledwie następnego dnia Helena zdążyła się umyć, ubrać i zjeść śniadanie gdy usłyszała dzwonek domofonu.

– Ale szybcy są – pomyślała. Nie mogliby się spóźnić tak choć z pół godziny?

Silna grupa dwóch osób wparowała do mieszkania i zabrała się do działania. Przesuwania, dywanu wysuwania, trzepaczki w pawlaczu szukania, z szafek wszystkiego wyjmowania. Bo na początku musi być chaos.

Aldona szybko i sprawnie przejrzała zawartość mebli kuchennych, przetarła je wodą z octem, skonsultowała z właścicielką co zostawią, a co wyrzucą lub przeniosą na działkę. Ustawiła pozostałe przedmioty i przeszły do szafy gdzie w tym samym trybie uporządkowały półki i szuflady.

Zza okna słychać było odgłosy trzepania i szum śmieciarek.

– To ja teraz umyję okna, a pani może się przejdzie lub zrobi zakupy, bo okno będzie otwarte – powiedziała Aldona. Tylko poproszę płyn, miskę,  gąbko-ściągaczkę oraz bawełniane szmatki. Ach, zapomniałabym, Wacek dał mi dla pani nowy, najmodniejszy  wzór ozdoby choinkowej.

– A co to takiego? – zdziwiła się seniorka.

– Jak to co? Błyskawica. Symbol strajku kobiet.

– Ach, rzeczywiście! A wygląda jak siedząca postać bez głowy. To kupię w sklepie papierniczym przy Nowowiejskiej czerwony karton i powycinam parę.

Napisano 20.12. 2020 r.

o mojej książce

jeśli ktoś jeszcze nie czytał mojej książki to może ten tekst go zachęci:

Olga Maria Szelc – redaktorka, radna osiedla Stare Miasto, jej blog ma nazwę: „zapisane chwilą”, a profil na facebooku: „Książki pod ręką”)

Napisała o mojej książce:

Wrocław, koty i…” to zbiór opowiadań Ireny Brojek, rodowitej wrocławianki. Pani Irena przez czterdzieści lat pracowała jako bibliotekarka i z niejednej biblioteki książki czytała.

W 1982 roku wymyśliła pierwsze w Polsce dress-party, czyli tak popularne dziś wymiany odzieży. Od 1997 roku robi kolaże i wyklejanki, tworzy biżuterię, ozdoby świąteczne i kartki okolicznościowe. Udziela się literacko i twórczo, prowadzi blog „kot na gałęzi”

Jak pisze sama autorka – „Wrocław, koty i…” to opowiadania prawie kryminalne, bo – oprócz pojawiających się tu i tam ofiar dziwnych zbrodni – jest jeszcze sporo innych wątków. Przede wszystkim ten związany z odwiecznym pytaniem „kto zabił i dlaczego”. Przy okazji wędrujemy z narratorką, zwiedzając wrocławskie osiedla i zabytki, a także i biblioteki. Pojawia się podróż w czasie… Czy coś z tym wspólnego mają wspomniane w tytule koty? Sami się domyślcie. Wszak koty to zwierzęta bardzo tajemnicze i obdarzone magicznymi mocami…

Główne bohaterki tych opowiadań to przyjaciółki: Irena i Ewa. Jest to więc też opowieść o przyjaźni, która przetrwała od wczesnej młodości po emeryturę i nadal bywa… wybuchowa. Obie panie mniej lub bardziej zgodnie tropią kolejne zbrodnie, przenoszą się w lata 70. i 80. – do Wrocławia, który – chociaż przeminął w rzeczywistości – nadal istnieje we wspomnieniach. Poznajemy również literackie, kulinarne i artystyczne upodobania bohaterek.

To taki dodatkowy smaczek.

Autorka zbioru opowiadań „Wrocław, koty i…” Irena Brojek,

co można przeczytać na okładce: „przed odejściem na emeryturę postanowiła napisać książkę, w której zabije wszystkich swoich wrogów”. Zrobiła to w brawurowym stylu, bawiąc się konwencjami i słowem. Opowiadania „Wrocław, koty i…” sprawią, że się uśmiechniecie i zachęcą Was do zwiedzania przeróżnych zakątków Wrocławia. I, oczywiście, jest w nich mnóstwo miłości do kotów!

Wirus ciągu dalszego (cz. 46)

Wacek z jednej strony wściekał się na trzymających władzę, a z drugiej nieustannie śledził bieżące wydarzenia. W piątek obejrzał wywiad Kolendy – Zaleskiej z Tuskiem, który opowiedział o spotkaniu, w Brukseli, z organizatorką i przywódczynią Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Martą Lempart.

– Czy byliście oboje w maseczkach? – zapytała pani redaktor.

– Oczywiście, ja swoją mam po dziadku z Wehrmachtu – zażartował Tusk. Nie uściślił czy ona jest p/gaz J

– Jakże nam brakuje polityków inteligentnych i z dystansem do własnej osoby – pomyślał Wacek.

Obejrzał też  nagranie z 10 grudnia ze szpitala na Stadionie Narodowym. Głucho i pusto. Na 300 łóżek jest tam 19 pacjentów. Powód podawany przez rzecznika – bo pacjenci tam umieszczeni muszą się samodzielnie poruszać.

– Może i leczyć się powinni samodzielnie? – zapytał sam siebie Wacek. To po cholerę szpital na który z kasy NFZ są pobierane ogromne sumy. Nóż, siekiera oraz pila tarczowa się w kieszeni otwiera na takie szalbierstwo i kasy wyciąganie.

PIS chwali się sukcesem – mimo łamania konstytucji Unia dofinansuje Polskę. Myśmy to zrobili, nie chwalący się – za panem Zagłobą powtarzając. Bardzo siebie chwalą, choć Tusk zdradził, że premier o nic nie walczył tylko pokornie przyjął to co dali. Pewnie nie miał ze sobą zaufanego tłumacza a jego znajomość języków jest nie do  negocjowania raczej. Ziobro powiedział, że tylko „miękiszon” odpuszcza zamiast walczyć. Oj, nie lubią się panowie MM i ZZ. Ale PIS to partia oparta na nienawiści, więc to nic dziwnego.

W czasie protestu w obronie klimatu policja wciągnęła 19-latkę w kocioł, potem ciągnięto ja za szalik do auta i tak wykręcono lewą rękę, że jest złamana i wymaga operacji.

– Ja bym temu łamańcowi wykręcił nie tylko rękę – pomyślał Wacek i przełączył komputer na portal „Uwaga, śmieciarka jedzie”, aby zobaczyć co bliźni wyrzucili a mógłby wraz z Edkiem odnowić i wystawić na sprzedaż.

– Ooo, futerko z białego lisa oddają, może Aldona by chciała? Bo Kasia to raczej niechętna jest takiej odzieży ze zwierzątek zdzieranej.

– Moja renta mała, Edek i Aldona na lichym zasiłku, ona po domach z ankietami chodzić nie może, dobrze, że Kasia ma pracę a Helena emeryturę. Ale nie są to kokosy, najwyżej malutkie jabłuszka – westchnął. Podrapał się po głowie i rozmasował dłonie.

Ucieszył go pomysł posłanki Klaudii Jachiry z wrocławskiego Ołbina, aby czas antenowy TVP został przyznany nie tylko PIS ale i partiom opozycyjnym. W końcu jest utrzymywana z abonamentu i podatków wszystkich obywateli nie tylko członków rządzącej partii.

–  Genialnie proste acz niewykonalne – pomyślał Wacek. Może by jakąś petycję machnąć?

Czytał wiele razy wymądrzania się antycovidowców podpierając niby autorytetami, że żadnej pandemii nie ma a właśnie zmarł aktor Piotr Machalica.

– Głupich nie sieją, sami się rodzą – westchnął we wtorek 15 grudnia w Dzień Herbaty popijając świeżo zaparzoną liściastą.

Zadzwoniła komórka, wyświetliło się, że to Helena.

– Czy organizujemy wspólną Wigilię? – zapytała.

– Zaskoczyła mnie pani.

– Czas już o tym pomyśleć – powiedziała praktyczna seniorka.

– Ma pani rację, to ja zadzwonię do Kasi i Edka a potem dam pani znać.

– Jeśli będziemy razem to trzeba podzielić się obowiązkami, czyli co kto przygotuje. Weźcie pod uwagę, że będzie nas sześcioro ale nie powinniśmy szaleć z ilością jedzenia, aby nic się nie zmarnowało.

– Ja się podejmuję zrobić gar bigosu – zdeklarował Wacek.

– Świetnie, ja ugotuję kompot z suszonych owoców i upiekę makowiec.

– To co nam jeszcze zostaje?

– No przecież ryba i sałatka jarzynowa – zapomniałeś?

– Przez ostatnie lata sam byłem na święta.

– Biedaku, ale to już przeszłość, na szczęście.

– Ale, ale – podobno jest zarządzenie, że może być tylko pięć osób na Wigilii.

– Jak nasi trzymający władzę wymyślą jakieś zarządzenie to wszystko opada. Tak samo mądre jest to o dwóch godzinach dla seniorów na zakupy. Zdenerwowałam się, dzwoń do wszystkich, ja muszę się napić melisy.

– Pani Heleno, proszę się nie wyłączać, opowiem pani aktualny dowcip.

– Chętnie posłucham, bo jakoś brak mi powodów do śmiechu.

– Dzwoni facet na policję i mówi: informuję, że u sąsiadów jest dwanaście osób na Wigilii. Gdybyś pan nie był takim gnojkiem (użył gorszego określenia) to i ciebie by zaprosili – odpowiedział policjant.

– Ha, ha,, ha – dziękuję. A teraz idę na pocztę wrzucić listy z życzeniami do moich znajomych spoza Wrocławia.

– Dużo ich pani wysyła?

– Co roku kilkanaście, sama robię kartki to przynajmniej o tyle taniej, bo znaczki coraz droższe.

– Oj, zazdroszczę tym osobom, ja dawno nie dostałem kartki na święta.

– I właśnie poddałeś mi pomysł – dostaniecie ode mnie po takiej kartce z życzeniami.

– Pani to jest nie do przeceniania – pożegnał seniorkę Wacek.

Napisane 12 – 18. 12. 2020 r.

Kot potęgą jest

Katarzyna Berenika Miszczuk – Ja cię kocham, a ty miau, Wydawnictwo WAB 2020

WSTĘP: „Najmarniejszy kot jest arcydziełem” Leonardo da Vinci

O autorce:

Katarzyna Berenika Miszczuk urodziła się 2 września 1988 roku w Warszawie. Z wykształcenia jest lekarką. Pierwszą powieść napisała mając 14 lat, wydano ją trzy lata później. Jest autorką powieści obyczajowych, kryminałów, thrillerów, fantasy i książek dla młodzieży a także scenariuszy i opowiadań.

Niektóre z nich można pogrupować w serie: diabelsko – anielska; „Kwiat paproci”; „W lekarskim fartuchu”.

Ma dwa koty, które urządzają biegi o czwartej nad ranem. A w  Internecie swoją oficjalną stronę.

O książce:

Przez trzydzieści jeden  rozdziałów plus wstęp i epilog śledzimy przygody puszystego (nie tylko z powodu sierści) siedmioletniego kota imieniem Lord zakochanego w swojej opiekunce Ali Nawrockiej. Jest ona wysoką blondynką z kręconymi włosami i ilustratorką książek dla dzieci. Pewnego dnia otrzymuje list z zaproszeniem do udziału w konkursie zorganizowanym przez ekscentrycznego bogacza, który z dziesięciu kandydatów (wszyscy to artyści) chce wybrać swojego spadkobiercę. Do rezydencji położonej na odludziu Dolnego Śląska jadą oboje, kot w transporterze oczywiście.

Powieść zaczyna się jak u Hitchcocka czyli najpierw jest trzęsienie ziemi a potem napięcie wzrasta. No, czasem siada. Ale początek jest dobry – Lord wracając z nocnej wycieczki znajduje trupa jednego z artystów. 

To nie jest ponury skandynawski kryminał, więc autorka serwuje nam poczucie humoru, co widać, m.in., w tytułach rozdziałów, przykładowo: Fortuna kotem się toczy, Duma i zakłaczenie, Moje wielkie kocie wakacje, Koci zawodowiec, Najtrudniejszy pierwszy kot, Nawiedzony drapak, Kot da Vinci, Kotu bije dzwon.

Mimo tuszy Lord to bystrzak, uważa, że „większość artystów ma poprzewracane we łbach”. Nastawił się na objęcie spadku i postanowił zrobić co w jego mocy, aby Ala wygrała wyścig do kasy. W tym celu wędruje tunelami wentylacyjnymi, podsłuchuje i podpatruje – stara się jak może, aby zamieszkać w rezydencji i tarzać się, wraz z ukochaną Alą, w luksusie. Lord uważa, że żaden mężczyzna nie jest Ali potrzebny do szczęścia, bo przecież jest ON. A wyrosła mu konkurencja w postaci weterynarza, którego jedyną zaletą jest posiadanie kotki imieniem Marchewka.

Nie jest łatwo, bo pan domu niemiły, pomagają mu dwa oprychy ale choć tyle dobrego, że jeden z nich lubi koty. Artyści konkurenci patrzą na siebie wilkiem zamiast łagodnym kotem, wspomagają się ćpaniem i manipulowaniem. „Tu wszyscy kłamią. To przecież konkurs. Każdy dba tylko o siebie”.

A oto co myśli Lord o telefonach komórkowych: „Małe prostokątne urządzenia, które tylko hałasują, świecą i odciągają uwagę  od tego co ważne, czyli ode mnie”.

W dodatku akcja toczy się późną jesienią i dom zostaje odcięty od cywilizacji za pomocą śnieżnej zawieruchy. Zasypało ich na biało i zasięgu brak. Co im zostało? Strach, rany boskie, strach.

Mamy też podejrzenie, że pan domu jest złodziejem dzieł sztuki i neonazistą. Czy to prawda i kto wygrał dowiecie się z książki.

p.s. Czytałam tę książkę mając na stopach skarpetki w koci wzór.

Wirus mrożący krew (cz. 45)

Kolejny odcinek tej pandemiczno – optymistycznej powieści ukazuje się tu w każdą sobotę. Pod każdym tekstem wpisuję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Co drugą środę wklejam recenzję książki lub inne opowiadanie. Miłej lektury 🙂

****************************************************************************

– Co tam, panie w polityce? – zapytała Helena Wacka, dzwoniąc do niego niespodziewanie pewnego grudniowego dnia gdy śnieg przykrył domy, drzewa, krzewy i psie kupy wszędzie.

– Chińczyki trzymają się mocno – odpowiedział rozmówca albowiem czytał dramat i oglądał wersję filmową „Wesela” Wyspiańskiego.

– Wuhan, źródło covida19, pewnie także – stwierdziła seniorka. A wiesz, że niedługo nas będą szczepić, bo seniorów w pierwszej kolejności ma to objąć?

– Trochę się tego boję choć zapewniają, że szczepionka jest bezpieczna. Trzeba więc pisać testamenty, żeby spadkobiercy nie mieli kłopotu to naszym odejściu.

– Ja już dawno napisałam, a ty? – podpytała rozmówczyni.

– Jeszcze nie, ale ma pani rację. Znajdę w Internecie jak to zrobić. Dziękuję za radę.

W przedmikołajową sobotę hucznie obchodzono 29. rocznicę powstania Radia Maryja i z tej okazji Rydzyk w kazaniu powiedział: „To, że ksiądz zgrzeszył, no zgrzeszył. A kto nie ma pokus? Niech się pokaże”.

Poza tym według niego kaliski biskup Janiak (antybohater filmu dokumentalnego o pedofilii „Zabawa w chowanego braci Sekielskich) jest męczennikiem. Papież go usunął z biskupstwa ale co tam. Rydzyk wie lepiej.

I to wszystko w obecności polityków PIS, w tym Ministra Sprawiedliwości Ziobry. Oczywiście wierni nie przestrzegali nakazanej odległości między sobą. 

No i nieważne, że prymas Polski przeprosił za zachowanie (ukrywanie pedofilii) tego biskupa i zgłosił sprawę do Watykanu.

– Kościół katolicki niszczony jest rękoma (i nie tylko) księży i biskupów – pomyślał Wacek czytając te wiadomości w Internecie. Nawet Helena przestala przyjmować księdza po kolędzie, nie mówiąc o mnie, Kasi, Edku i Aldonie. Bardzo sprawnie i konsekwentnie podcinają gałąź na której siedzą. Coraz więcej osób dokonuje apostazji a większość duchowieństwa ciągle nic nie widzi, nie słyszy i obraża ludzi swoimi wypowiedziami. Kłamstwo powtarzane sto razy staje się prawdą ale tylko dla tych bezmyślnych.

„Wątpliwość – minimalna praca mózgu”.

Rozbawiła go, ale dość gorzko, odpowiedź prezydenta na pytanie czy zatrudniłby osobę LGBT w swojej kancelarii: „Nie wyobrażam sobie, aby ktoś półnagi paradował po kancelarii”.

– No, nie wiedziałem, że te osoby wszędzie i zawsze są półnagie. Muszę zapytać swoich znajomych LGBT dlaczego chodzą całkowicie ubrani.  Ale sądząc po węgierskim homofonicznym polityku, który półnagi uciekał po rynnie z orgietki to może rzeczywiście tak bywa. Ale tylko na i zaraz po takich imprezach rozpędzonych przez policję – stwierdził Wacek. Chyba musze się napić melisy tak jak robi to Helena. Chociaż tak naprawdę to obecnej rzeczywistości „bez wodki nie razbieriosz”.

We wtorek przeczytał, że Orlen kontrolowany przez PiS kupił grupę wydawniczą Polska Press. Czyli będzie kontrolował/cenzurował 20 z 24.  dzienników regionalnych i 500 portali internetowych.

– No, chyba się porzygam albo komuś dam w mordę –  stwierdził. Tylko komu? Słabszemu nie bo szkoda, mocniejszemu też nie, bo odda. Jak żyć?

W czwartek media podały, że Rosjanie są bardzo niechętni szczepionkom antycovidovym, bo przyjęcie jej wymaga miesięcznej abstynencji.

Szkoda, że picie alkoholu nie niszczy wszelkich wirusów i bakterii – powiedział Edek do Aldony. A kot Darek potwierdził to głośnym MIAU.

– Przecież ty nie pijesz procentów – zdziwił się jego niewolnik i podnóżek w postaci faceta.

– On cię tak kocha, że pewnie piłby razem z tobą – złośliwie zażartowała Aldona.

– Daruś, czy ty słyszysz co ona gada? Przecież ja już nie piję. A propos kiedy będzie obiad?

– Ty najpierw nakarm kota, widzisz przecież, że kręci się wokół miski i trąca ją łapką.

– Jasne, widać kto tu jest najważniejszy – ze smutkiem stwierdził Edek, wstał z ulubionego fotela i sięgnął po saszetkę z karmą.

– Wodę też mu zmień, ale daj przegotowaną, bo tylko taką lubi.

– Przecież wiem, nie musisz mi przypominać.

– Ale tego czy słodzę kawę to nie pamiętasz – poskarżyła się kobieta wsypując makaron do gotującej się wody.

– Oj, Donka – najważniejsze, że sama  wiesz co lubisz. A będzie trochę mięsa do tego makaronu? – zapytał pan domu zaglądając do garnka i podciągając spodnie.

– Będzie, będzie, ty mięsożerco – zaśmiała się Aldona przysmażając cebulę na patelni. Wiesz, że „Kot w odróżnieni u od ludzi, nie pije, nie pali i nie marudzi”?

– To znaczy, że ja marudzę?

– Przypominam, że ludzie to także kobiety są, nie tylko faceci.

– Morza nie wypijesz, kobiety nie przegadasz – mruknął Edek.

Napisano 7- 10 .12.2020 r.

Wirus protestu (cz. 44)

Kolejny odcinek tej pandemicznej ale jednak optymistycznej powieści ukazuje się tu w każdą sobotę. Pod tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. W co drugą środę umieszczam na tym blogu recenzję książki lub inne opowiadanie. Miłej lektury życzę 🙂

********************************************************************************

Duet zaradny odebrał telewizor a ich kumpel zainstalował antenę. Edek czytać książek od małego nie nauczony, więc wolał oglądać telewizję. Wprawdzie mógł chodzić na mecze do Wacka ale  kot Darek obrażał się gdy ukochanego opiekuna długo, szczególnie wieczorem, nie było w domu. W końcu to on, kot, jest panem domu i wszyscy mają się mu podporządkować. A jeśli jakiś ludź tego nie rozumie to jest głupszy od pantofelka.

Tak więc z jednej strony Edek i Aldona cieszyli się z nowego przybytku ale głowa ich zaczęła od niego boleć. Głównie od przekazywanych złych wiadomości. Ostatnio wszystko im opadło od kolejnych wypowiedzi rządzących „dzbanów”, a to, że generał de Gaulle wnosił skargi do Unii Europejskiej, ale nie zauważyli, że umarł przed jej powstaniem. A to przyczepili się do znaku błyskawicy na tablicach z napisami i bluzkach protestujących kobiet, bo według tych, pożal się Boże, znawców jest to znak wynaleziony i używany przez faszystów. A okazuje się, że błyskawica i piorun to znak gniewu, oburzenia ale również siły i szybkości działania. Symbol ten funkcjonował także w polskiej symbolice wojskowej. To jeden z najdawniejszych, funkcjonujących w wielu kulturach, archetypicznych wręcz znaków. Wiązanie go z symboliką faszystowską jest świadomą manipulacją, obliczoną na niewiedzę odbiorców albo przejawem kompletnej ignorancji.

Wacek postanowił, na odstresowanie się, poszukać w sieci aktualnych żartów i znalazł rozmowę młodej kobiety i mężczyzny:

K – Przeniesiono mnie do nowego wydziału.

M – Jakiego?

K – To wydział zwalczania zorganizowanej Wigilii.

Helena zwalczała stres związany z postępowaniem polityków, toksycznym covidem i tego skutkami  za pomocą  picia melisy i oglądania komediowych seriali. Jej ulubionymi były „Co ludzie powiedzą”, „Rodzina zastępcza” i Allo, allo”.

W międzyczasie szyła sobie i bliskim maseczki. A to z tęczą, a to z błyskawicą. Zastanawiała się czy nie wyszyć paru gwiazdek oznaczających najpopularniejsze hasła strajku kobiet.

W sobotę musiała podwoić dawkę uspokajacza, bo okazało się, że posłanka Barbara Nowacka od policji dostała gazem po oczach w czasie protestu w rocznicę uzyskania przez kobiety praw wyborczych. Chociaż pokazała im legitymację poselską. I tak dołączyliśmy do Rosji, Białorusi i Węgier. „Opowieść podręcznej” to nie fikcja, Polsce coraz bliżej ma do Gileadu. A w sejmie ciągle nie można doprowadzić do uchwalenia ustawy o przemocy domowej. Prostaki zwane przez Paulinę Młynarską dziadersami w Internecie wymieniali się poglądami, którą z aktywnych publicznie kobiet  chętnie by „zaliczyli”. Martę Lempart to nie ale Klaudię Jachirę chętnie. Dla facetów ciągle jest nie do pojęcia, że takie chęci i wypowiedzi to nie jest dla kobiet komplement a wręcz odwrotnie. Przypomniał jej się Lepper rechoczący, że prostytutkę można zgwałcić.

– Jakie to szczęście, że alkohol nigdy nie działał na mnie rozluźniająco, bo wpadłabym w nałóg – pomyślała. Chyba zrobię kilka laleczek podobnych do paru trzymających władzę i będę w nie wbijać bardzo grube szpile aż do skutku. Mają zrezygnować z władzy lub zmienić sposób działania. No i oddać zagrabioną kasę.

Edek postanowił zrobić mikołajkowy prezent sobie i Aldonie. Poszedł do Wacka i poprosił:

– Zobacz w Internecie jak działa Urząd Stanu Cywilnego.

– A po co ci to?

– Postanowiłem, że przed świętami weźmiemy z Aldoną ślub.

– A poprosiłeś ją o rękę, klękając i pierścionek zaręczynowy wręczając?

– Zwariowałeś? Skąd bym wziął pieniądze na to?

– A skąd narzeczona weźmie kasę na odpowiednią sukienkę? Pomyślałeś o tym?

– No, nie. Przecież goła nie chodzi, ma się w co ubrać.

– Ale to uroczystość jest. Trzeba się odpowiednio ubrać. Czy ty masz porządny garnitur?

– Ależ mnie dołujesz! Nie mogę w dżinsach i swetrze?

– Nie, nie możesz!

– To co mam zrobić jak nie mam pieniędzy, a jest pandemia i nawet jakbym miał to nie chcę szwendać się po sklepach.

– No, tak – to jest problem. Musisz o tym pogadać z Aldoną. Może przełożycie ślub na wiosnę a do tej pory oszczędzicie na odpowiednie stroje? – doradził Wacek.

– Ale jak się wystroimy za bardzo to te ciuchy potem się nam nie przydadzą i forsa wywalona w błoto – zmartwił się Edek.

– To kupicie takie, żeby przydały się na potem.

– Ale przecież nie chodzimy na jakieś uroczyste spotkania.

– No, jak minie klęska wirusowa to może wybierzecie się do teatru albo opery.

– Zwariowałeś? Do teatru, w życiu nie byłem.

– Oj, tam, oj, tam. Wszystko da ludzi. Możecie zacząć od teatru muzycznego.

– O, muzykę to my z Doną lubimy.

– Sam widzisz, pogadaj z kobietą i do dzieła. A tu mam trochę kasy dla ciebie za sprzedane przedmioty.

Napisane 26.11. – 1.12. 2020 r.

Mroczny Wrocław

 Marek Krajewski – W otchłani mroku. Wydawn. Edipresse 2020 Seria: Czarny kryminał

WSTĘP: „Kto walczy z potworami, ten niechaj baczy, by przy tym samemu nie stać się potworem”.
 Fryderyk Nietzsche

O autorze:

Marek Krajewski urodził się w 1966 roku we Wrocławiu. Jego rodzina pochodzi z okolic Lwowa. Z wykształcenia jest filologiem klasycznym i doktorem nauk humanistycznych. Pracował jako wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim. Od 2007 roku zawodowo zajmuje się pisaniem książek. Jego twórczość można podzielić na cykle: 11 książek o Eberhardzie Mocku (z akcją w Breslau), 9 o Edwardzie Popielskim (z akcją we Lwowie); dwie, z cyklu o Jarosławie Paterze, napisał wspólnie z Mariuszem Czubajem. Otrzymał wiele nagród, m.in. w 2005 roku „Paszport Polityki”.  W 2015 został odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
 O książce:

Gdy wydawano książki Krajewskiego, przeczytałam kolejne cztery i przerażona powiększającą się tam ilością brutalności i przemocy powiedziałam sobie: nigdy więcej. Ale niedawno, w kiosku na Karłowicach zobaczyłam „W otchłani mroku” za 10 złotych. Książka Krajewskiego w tej cenie? W twardej okładce? Biorę!

I nie żałuję! Nie dlatego, że opisuje powojenny czas mojego miasta, bo ten poznałam już z książki Jacka Inglota „Wypędzony”. I bardzo nie dlatego, że autor (zainspirowany filmem „Róża”) opisuje bestialstwo Armii Czerwonej.

W tej książce prawie nie ma, oprócz głównego bohatera detektywa Popielskiego i jego kuzynki, pozytywnych postaci. Zarówno Polacy, jak Rosjanie i mieszkający jeszcze we Wrocławiu Niemcy, to kanalie. Gwałciciele, mordercy, złodzieje dóbr materialnych i intelektualnych, alkoholicy, narkomani, paserzy, mizogini, współpracownicy UB i NKWD – istna parada zakazanych typów.

Oczywiście autor nie żałuje czytelnikom opisów różnych okropności, nie tylko postaci, ale i ruin, gdzie mieszczą się szczury i ludzkie szumowiny. Jest też parę tortur – bo dlaczego nie, to przecież znak firmowy autora.

I byłaby to dla mnie okropna lektura, gdyby nie to, że spora część akcji toczy się na moim osiedlu, czyli Ołbinie. Popielski (60 lat, łysy, byczy kark, pseudonim „Cyklop”) mieszka na ulicy Grunwaldzkiej i był na pogrzebie jednej z ofiar na cmentarzu przy ulicy Bujwida,  a tam mieści się grób moich krewnych. Spotyka się z rosyjskim kapitanem na ulicy Galla Anonima, gdzie przez kilkanaście lat pracowałam w bibliotece. Często chodzi piechotą z Karłowic do domu przez ulicę św. Wojciecha (teraz nazywa się kard. S. Wyszyńskiego), na której mieszkam od wielu lat.

W dodatku jubiler przy ulicy Szczytnickiej ma kota, a to moje ulubione zwierzątko. .

Czytelnika mogą znużyć rozważania i polemiki filozoficzne dwóch nauczycieli  którzy spierają się o to, czy świat dąży do dobra, czy do zła. A wy jak sądzicie – do czego?
Książka ma dwie narracje, autora i detektywa, oraz kilka płaszczyzn czasowych. Rozdziały to daty. Zaczyna się od 1991, przez 2012, 1989, 1946, 1989, 2012, i znów 1991.
Zawiera posłowie i aneksy składające się ze słowniczka nie używanych dzisiaj nazw miejsc i tak np. Mosty Warszawskie były po wojnie Mostem Katowickim oraz słowniczka wyrażeń i zwrotów dialektycznych i obcojęzycznych (dużo łaciny).

„Historia człowieka to dzieje walki dobra ze złem”. Widzimy kto wygrywa.

Wirus deja vu (43)

  Kolejne odcinki tej aktualnej powieści ukazują się w każdą sobotę. Co drugą środę pojawia się ( nie znika mam nadzieję) tu recenzja książki lub inne moje opowiadanie. Milej lektury 🙂

*********************************************************************

Helena po śniadaniu przygotowała sobie duży kubek melisy i włączyła telewizor, aby obejrzeć TVN-owskie „Fakty”. Wiedziała, że miło nie będzie. I nie było. Kaczyński zarzucił opozycji, że ma krew na rękach, wszyscy oni będą siedzieć i żeby zdjęli te esesmańskie błyskawice, bo dopuścili się zbrodni. A jest szefem resortu bezpieczeństwa.

– Czy jest jakaś medyczna specjalizacja, która leczy takie osobniki? Bo psychiatria to chyba za mało. Słusznie ludzie gwałtownie reagują nawet używając  słów uznawanych za obelżywe, czyli ”jebać PiS” i „wypierdalać”– stwierdziła seniorka uspakajając się melisą.

Nie zdążyła wypić wszystkiego gdy zobaczyła jak policja otacza kordonek protestujące kobiety i puszcza na nie gaz  niektóre przemocą wpychając do radiowozu.

Wacek na facebooku przeczytał wpis Mariusza Szczygła, że odporność należy wzmacniać literaturą a piosenka „Majteczki w kropeczki” zubaża nasz system immunologiczny. Twórca tego hitu disco polo otrzymał od Ministerstwa Kultury ponad pół miliona dotacji jako rekompensatę za straty na skutek odwołania koncertów. W dodatku, jako ten mądry inaczej, tfurca wyraził się pogardliwie o zespole „Kult”, któremu do pięt nie dorasta. W konsekwencji ludzie zaczęli masowo kupować płyty tego zespołu, czyli „Kultu”. Dotacje zatrzymano na skutek protestów.

Wszystko w naszym kraju stanęło na głowie, niekompetencja, chamstwo i prostactwo dorwało się do władzy i kasy. Znowu mamy dyktaturę ciemniaków – pomyślał Wacek.

Przywódczyni strajku kobiet Marta Lempart dostała zakaz wstępu do sejmu – boją się jednej kobiety, czy co?

Na stadionie narodowym w stolicy zorganizowano szpital, gdzie są łóżka z czasów wczesnego Gierka, pobiera z budżetu państwa osiem razy więcej dotacji niż inne placówki i przebywa tam 25-30  pacjentów. Miesięczna ich dotacja  wynosi 21,5 mln złotych, czyli na jednego pacjenta 800 000. I kto śmie mówić, że służba zdrowia jest u nas niedofinansowana.

Rządowa tuba czyli TVP ustami premiera – Pinokia mówi, że puste sale świadczą o tym, że nie ma wielu chorych. To dlaczego biorą kasę z NFZ?

Wacek potarł sobie energicznie czoło, pomasował skronie ale i tak niczego nie zrozumiał.

Zadzwonił do Edka.

– Słuchaj, mam ochotę dać komuś w mordę!

– Ale co się stało?

– Jak to co? Wiesz co się dzieje w kraju?

– No, słuchamy radia, przecież wiesz, że nie mamy ani telewizora, ani komputera.

– Na profilu facebooka „Uwaga śmieciarka jedzie” ktoś chce oddać sprawny telewizor, chcecie?

– Pewnie ale potrzebna będzie antena.

– Nie bój nic, mam znajomego zainstaluje ci i to.

– Drogo to będzie?

– Damy radę, nie bój nic.

– To fajne, dzięki. Kiedy jedziemy odebrać telewizor.

– Umówiłem się na dzisiaj na godz. 15.

– Jak to daleko?

– Uśmiejesz się, na placu Bema.

– No to piechotą możemy.

– Ale mamy wózek to dźwigać nie będziemy.

– I to jest druga bardzo dobra wiadomość w tym oceanie krajowej beznadziei – stwierdził Edek.

– Nie możemy opuszczać rąk i majtek. Będę śledził ten profil, ludzie oddają tam różne fajne rzeczy, podają też miejsca gdzie leżą obok śmietników wystawione przedmioty, można będzie uzupełnić swoje posiadanie.

– Ale sprzedawać tego nie możemy? – zmartwił się Edek.

– Tych rzeczy z ogłoszenia to nie, ale wystawione to tak jak zwykle – do domu i do sprzedania. A jak idzie Aldonie w pracy?

– Ludzie się boją i nie wpuszczają obcych do domu, więc z ankietami koniec. Ale pomaga w domu tym seniorom, których poznała na początku. Ich sąsiedzi w podobnym wieku też korzystają z jej usług, więc finansowo jakoś dajemy radę. Aldona narobiła przetworów  z owoców i warzyw więc mamy zapasy.

– To świetnie. Kasia nauczyła się piec bardzo dobry chleb i na drożdżach, i na zakwasie to może ją też nauczyć. Zawsze to taniej niż w sklepie.

– Dobra, powiem jej. Pewnie znowu zagoni mnie do roboty.

– Ty leniu, w porównaniu z tym co miałeś gdy się poznaliśmy żyjesz jak król a nawet cysorz.

– Jaki cysorz? Zwariowałeś?

– No ten, o którym napisał Andrzej Waligórski a śpiewał Chyła.

– Aaa, ten co to miał klawe życie.

– Ten właśnie. Wracając do konkretów to masz być u mnie o wpół do trzeciej. Pójdziemy po telewizor.

Napisane 19/25.11.2020 r.

Wirus beznadziei (cz. 42)

Kolejny odcinek tej choć pandemicznej to optymistycznej powieści blogowej ukazuje się w każdą sobotę. Pod każdym tekstem podaję datę powstania, bo umieszczam w nim aktualne wydarzenia. Co drugą sobotę pojawia się tu albo recenzja książki, albo inne opowiadanie. Milej lektury.

****************************************************************************************

Następnego dnia czyli w niedzielę Wacek z dziką radością usłyszał potwierdzenie wiadomości, że Trump przegrał wybory. A w Internecie zobaczył nagranie amerykańskiej telewizji na którym dziennikarz przerwał nadawanie przemówienia tego prezydenta punktując wypowiedziane kłamstwa. Trump zamierza wytoczyć procesy, aby udowodnić, że wybory były sfałszowane.

– Przegrać z klasą dupek nie umie – skomentował Wacek. A już myślał, że jest pępkiem świata i wszyscy się nim zachwycają.

Zadzwonił do Edka i Heleny mówiąc:

– Zapraszam na balangę z okazji zmiany  na lepsze w Stanach. Ale balanga ma być składkowa. Ja mam dwa piwa, co dajecie?

– Dołożę bezalkoholowego szampana – zaoferowała Helena. I upiekę ciasto.

– Jesteśmy bez kasy, więc nie możemy się dołożyć, chyba że przyniesiemy dżem jabłkowo – dyniowy – powiedziała Aldona.

– To jesteśmy umówieni, proponuję godzinę czwartą. Odpowiada wam?

– Mam propozycję, aby przed spotkaniem iść na spacer do parku. Może namówisz Kasię, aby poszła z nami – spytała Helena.

– To jest dobra, a nawet słuszna koncepcja, zaraz do niej zadzwonię – stwierdził Wacek. Ale niezależnie od tego spotykamy się w samo południe nad stawem w Parku Tołpy.

Dzień był piękny, więc Kasia z synkiem poszła na plac dla dzieci a seniorzy powoli spacerowali po parku i skwerze Edyty Stein. Podnieśli parę kasztanów wierząc, że noszenie ich w kieszeni dobrze wpływa na samopoczucie.

– Ja masuję kasztanami dłonie idąc na zakupy – powiedziała Helena.

– Gdzieś wyczytałam, że podobno można prać w obranych kasztanach – dodała Aldona. Nigdy nie próbowałam.

– Wiem, że są orzechy piorące, raz nawet kupiłam ale one nadają się do prania prawie czystych rzeczy. Jak są większe zabrudzenia to już tak się nie sprawdzają – stwierdziła seniorka. Może z kasztanami też tak jest ale zapisałam sobie takie rady:

Zawsze należy owoce wyjąć z brązowych skorupek.

Do prania ręcznego: owoce należy wydłubać ze skorupek i pokroić na drobne kawałki lub, w miarę możliwości, rozetrzeć bokiem noża na papkę. Na jedno pranie powinno wystarczyć około 10 owoców. Roztarte kasztany przekładamy do garnka i zalewamy szklanką wody. Całość stawiamy na gaz, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy przez 10 minut. Następnie przelewamy miksturę (można odcedzić kawałki owoców) do miski, w której dokonamy prania.

Do pralki lepiej jest użyć niegotowanych kasztanów pokrojonych na cztery części i włożonych np. do zawiązanej skarpetki. Najlepsze jest to, że w ten sposób możemy za jednym razem wyprać ubrania kolorowe i białe, gdyż saponiny nie uwalniają kolorów z tkanin i dzięki temu nic nie zafarbuje. Do prania białych rzeczy warto dodać łyżkę sody oczyszczonej, aby biel była wyraźniejsza.

– No to zbieramy, czy żołędzie także? – schylając się zapytała Aldona.

– A nie wiem, Wacek sprawdź w Internecie, tylko ty masz dostęp.

– Ja też ale mniej czasu od taty – odezwała się Kasia dołączając do seniorów.

– No to idziemy do ciebie na świętowanie – zdecydował Wacek pokazując szyjkę butelki z piwem.

Uprzedzona wcześniej Kasia nie była zdziwiona. Goście zobaczyli nakryty stół – szklaneczki na napoje i talerzyki na ciasto.

Zdjęli maseczki, umyli dokładnie ręce i usiedli na niedawno pomalowanych krzesłach. Teraz były różne w kształcie ale jednakowe w kolorze.

– Czy myślicie, że zmiana prezydenta w USA spowoduje zmiany i u nas? – zadał trudne pytanie Wacek.

Zapadła cisza, przetrawiano trudny temat.

– Sądzę, że nie, PIS okopał się mocno. Polacy muszą naprawdę bardzo się uprzeć, aby odsunąć go od koryta władzy i pieniędzy – stwierdziła Helena.

– Proponuje pani zamach stanu? – zapytała Aldona.

– Zamach ale bezkrwawy. Bo na nowe wybory nie ma co liczyć.

– No to jedyną nadzieją jest śmierć prezesa a teraz i wicepremiera Kaczyńskiego.

– No, nie wiem czy to coś zmieni na lepsze. Po Leninie do władzy dorwał się Stalin. U nas może to być Macierewicz, a to nie jest dobra perspektywa – podsumował Wacek.

Seniorom czas bardzo szybko płynie. Ani się obejrzeli już była połowa listopada. Bieżące wydarzenia nie napawały optymizmem.

Coraz więcej ludzi umierało nie tylko na covid 19 a rząd uznał, że nie będzie ulegał wymaganiom Unii Europejskiej w sprawie przestrzegania praworządności i ma w nosie jej dotacje. Przyjęcie ich albowiem grozi Polsce utratą suwerenności. Niejaki Wójcik powiedział, że zgoda na praworządność to zgoda na kupowanie dzieci na targu i małżeństwa jednopłciowe.

Czy oni stołują się w jednym miejscu gdzie dosypują im czegoś szkodliwego do jedzenia?

Niepokornemu sędzi Igorowi Tuleyi zabrano immunitet.

Trwają protesty kobiet (błyskawica ich symbolem), policja ogrodziła Sejm i Senat barierkami, swoimi wozami i kordonem funkcjonariuszy. Pochód przeniósł się pod siedzibę TVP protestując przeciw nieustannym kłamstwom jakie nadaje telewizja publiczna.

Napisane 10/15.11.2020 rok

Koncert

To opowiadanie napisałam na konkurs, którego motywem przewodnim był FORTEPIAN. Oczywiście nagrody nie dostałam, bo jurorzy rzadko okazują poczucie humoru, nawet jeśli je mają.

********************************************************************************

Sala domu kultury miasteczka była wypełniona tylko w czwartej części ponieważ słuchacze siedzieli, zgodnie z wymaganiami czasu pandemii, co drugie krzesło. Każdemu przed wejściem na salę sprawdzono temperaturę ciała i kazano podpisać oświadczenie dotyczące stanu zdrowia. Koronawirus grasował i nie odpuszczał jak hordy dzikich najeźdźców. Nie potrzebował Dżingis chana, Tuhaj – beja ani innego dowódcy. Nie musiał inwestować w broń ani mundury dla swojej armii. Niewidoczny gołym okiem był groźny jak wszystkie dotychczas wynalezione środki rażenia razem wzięte.

Fortepian stał na podwyższeniu stanowiącym część sali teatralnej. Lśnił szlachetną czernią i napisem Calisia.

Zza kulisy wyszedł młody pianista, ukłonił się publiczności i usiadł  przy instrumencie. Jego blond czupryna i biała koszula odbijały światło reflektora. Czarne spodnie i kamizelka harmonizowały z barwą instrumentu. Muzyk kilkakrotnie poruszył palcami obu rąk i zaatakował klawiaturę nokturnem Chopina.

Po chwili w prawym rogu sali rozległ się głośny dzwonek telefonu komórkowego. Dzwonił i dzwonił. Pianista nie zważając na nic kontynuował granie. Wreszcie komórka umilkła. Po minucie kolejny telefon oznajmił swoją obecność i pracowitość. Właściciel szeptem długo opowiadał gdzie jest, opisał salę, publiczność i lekceważąco osobę grającego.

– E, wiesz, to taki szczeniak. Syn mojej siostry to obiecałem przyjść. Nudzi mnie to, wolę koncerty Zenka. Dobra, już kończę.

Za chwilę telefon zadzwonił w ostatnim rzędzie. Kobieta długo szukała go w torebce a gdy znalazła upuściła na podłogę. A on ciągle dzwonił. Właścicielka uklękła w przejściu macając na oślep podłogę wokół krzeseł. Dzwonek nieprzerwanie i uparcie  grał piosenkę „Zakręcona, zakręcona”. Obecni na sali przestali zwracać uwagę na pianistę, wszyscy już byli wkręceni w kibicowanie kobiecie poszukującej zguby.

Pianista bez komentarza przerwał grę, wstał i opuścił salę. Nikt tego nie zauważył. Telefon przestał brzęczeć ale nadal było słychać dźwięki nokturnu. Klawisze same się poruszały a fortepian powoli przesuwał się w stronę krzeseł i publiczności.

W pierwszym rzędzie siedział burmistrz w ślubnym za ciasnym garniturze a obok niego małżonka wystrojona w błyszczącą suknię oraz liczną biżuterię.  Dwójka ich nastoletnich dzieci odziana była w modnie podarte dżinsy. Obok siedzieli radni i lokalni biznesmeni. Każda z tych osób inaczej rozumiała pojęcie elegancji. Na szczęście nikt polecenia: ubierz się w niedzielną odzież nie zrozumiało, że może to być piżama.

 Fortepian niebezpiecznie zsunął się ze sceny i zawisł nad nimi.

– Uciekajmy – szepnęła burmistrzowa brzęcząc bransoletkami.

– E, nie – to są jakieś sztuczki, zostańmy, bo potem się będą z nas śmiali. Może tak było zaplanowane – powiedział małżonek ocierając pot z czoła kraciastą chustką do nosa.

Ich nastoletnie dzieci dostały ataku śmiechu, włączyły smartfony i wszystko nagrywały świetnie się przy tym bawiąc.

– Damy to na wszystkie media społecznościowe – zobaczysz jacy staniemy się sławni – powiedział braciszek do siostry.

– Noo – odpowiedziała inteligentnie dziewczyna nie przestając nagrywać.

Radni siedzący na bocznych fotelach rzędu  powoli chyłkiem umykali z sali.

Fortepian nadal grając leciał w stronę pierwszego dzwonka telefonu i nogą zawadził o młodego właściciela, który zdołał się uchylić. Instrument zawrócił i ponownie zaatakował młodzika. Ten zdenerwowany zrejterował wykrzykując  przekleństwa i pogróżki.

Fortepian przeleciał do gadatliwego wujka pianisty i solidnie uderzył go kanciastym bokiem. Mężczyzna zawył z bólu i zrywając maseczkę z twarzy krzyknął:

– Co jest? To jakieś żarty? Ktoś mi za to odpowie!!!

Unikając ponownych uderzeń wybiegł z sali depcząc ludziom po nogach.  Brzydkie wyrazy powtarzając po kilka razy.

Instrument przestał grać i cichym lotem skierował się w stronę kobiety w ostatnim rzędzie, która klęcząc nadal szukała telefonu. Nie widziała co się dzieje wokół więc gdy spróbowała  wstać okazało się, że  coś dużego i ciężkiego ją blokuje. Przeczołgała się do końca rzędu, próbowała ponownie stanąć pionowo ale dostała bokiem fortepianu i padła zemdlona. Mąż próbował ją cucić uderzając mocno w twarz. Ocknęła się i powiedziała:

– Nie bij tutaj.  Wystarczy, że robisz to w domu.

– Cicho, kretynko, trzeba było wyłączyć telefon. Tyle razy ci to mówiłem. Ale do ciebie, jak zwykle nic nie dociera. Wstawaj i wychodzimy.

Podparł ją i postawił na nogi. Chwiejąc się trochę kobieta wyszła na korytarz, by tam znowu osunąć się na podłogę.

– To sobie leż jak lubisz – powiedział opiekuńczo małżonek i opuścił budynek.

– Ja pani pomogę – powiedziała jedna z radnych pomagając kobiecie wstać. – Może zadzwonię po pogotowie? – zapytała.

Poszkodowana skinęła głową i tylko szepnęła:

– Proszę.

Publiczność na sali osłupiała i ze zdziwienia została na miejscach oprócz kilku szybkich radnych.

A fortepian spokojnie przepłynął w powietrzu nad nimi i osiadł na scenie. Zza kulis wyszedł pianista, usiadł i bez słowa zaczął grać uśmiechając się do siebie.