Upalne miasto 175

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Zmarła Magda Umer. Z tej okazji w poniedziałkowym teatrze telewizji nadano spektakl „Biała bluzka” według opowiadania Agnieszki Osieckiej, w reżyserii MU a w wykonaniu Krystyny Jandy.

Lata temu widziałam je we Wrocławiu. Dawno to było.

Notka z profilu Teatru TVP na FB:

„Biała bluzka” Kultowy spektakl grany od ponad piętnastu lat oparty jest na opowiadaniu, które Agnieszka Osiecka napisała w 1986  roku, a Magda Umer zrealizowała przedstawienie w 1988.

To poruszająca historia kobiety zakochanej w opozycjoniście niemogącej sobie poradzić ze sobą i z Polską lat stanu wojennego. Tytułowa biała bluzka była znakiem przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, stempelków i więźniów politycznych. Kraju braku wolności, w którym tylko fantazja podlewana alkoholem, miłość, przyjaźń i poczucie humoru pozwalały w pełni smakować życie.

„Och-Teatr gra tę sztukę” od czerwca 2010 roku.

Na stronie internetowej Krystyny Jandy czytamy:

Agnieszka Osiecka, autorka tekstu, na podstawie którego powstała sztuka, mówiła o nim tak:

„Napisałam „Białą bluzkę” tuż po stanie wojennym. I nie przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego sztukę teatralną. To było duże opowiadanie czy może raczej mała powieść, ujęta w formę listów.

Bohaterką była dziewczyna półchora psychicznie, półśmieszna, półzabawna, półtragiczna.

Uwikłana w nieszczęśliwą miłość i niedole stanu wojennego. Z jednej strony szalona pijaczka, wariatka ze słońcem we włosach, a z drugiej znakomicie ułożona pedantka.

Wyobrażałam sobie, że taki temat może bardziej nadawać się do czytania niż na scenę.

Ale kiedy „Białą bluzkę” przeczytała Magda Umer, oznajmiła, że chętnie by to przeniosła na scenę. Uważała, że należałoby włączyć tam kilka piosenek i od początku była przekonana, że powinna to zagrać Krystyna Janda. To, że Magda Umer chciała „Białą bluzkę” przenieść na scenę, sprawiło mi ogromną przyjemność. Miałam jednak wątpliwość, czy główną rolę powinna zagrać Krysia Janda. Moją bohaterkę widziałam przecież jako osobę przegraną, nieszczęśliwą, raczej brzydką, a Janda jest tego całkowitym zaprzeczeniem. Jest kobietą piękną, wspaniałą i zawsze zwycięską. Kobietą sukcesu w najlepszym tego słowa znaczeniu.

O cudownych zębach, przepięknych nogach, wydawało mi się, że nikt z publiczności nie uwierzy, że moja bohaterka w wykonaniu Jandy jest kobietą tak głęboko nieszczęśliwą.

Moja próżność była jednak tak pogłaskana, że się oczywiście z rozkoszą zgodziłam.

Potem obserwowałam, jak panie pracowały, i muszę przyznać, że nikomu tego nie życzę, bo pracowały jak dwie krawcowe w furii. Moje drogie przyjaciółki wyszły od detalu i tkały to przedstawienie szczegół po szczególe. Jak taka krawcowa, którą pamiętam z lat dzieciństwa, która nie robiła rysunku, tylko wkładała materiał na człowieka i szyła na nim rękaw po rękawie, falbankę po falbance”. Dziś powrót do tamtej opowieści oznacza przedstawienie datowane znów w tamtych czasach. Przestawienie historyczne.

Ale bohaterka –  dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie.

To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy Agnieszce Osieckiej udało się nadzwyczajnie zapisać tamten czas w codziennych rozmowach i szczegółach, hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony. W spektaklu pojawi się część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej, inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer, muzyką i aranżacjami zajmie się na nowo Janusz Bogacki. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.»

Akurat czytam książkę Ewy Marii Slaskiej „Amerykański sen. Pokolenie Solidarności”.

Jest to szybka historia PRL-u i naszego pokolenia, które reprezentuje para Stefan i Beata. Ale najwięcej miejsca w książce zajmują wydarzenia doprowadzające do powstania NSZZ „Solidarność”.

Dopiero potem  opisane są emigracyjne  losy głównych bohaterów, będące skutkiem stanu wojennego i internowania Stefana.

Zgadnijcie, komu lepiej się powiodło w USA – kobiecie czy mężczyźnie. A może oboje żyją długo i szczęśliwie wraz z potomstwem?

Tu można poczytać o autorce: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Maria_Slaska

Środa

W Pawilonie Czterech Kopuł będącym oddziałem Muzeum Narodowego we Wrocławiu jest czasowa wystawa „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki”, potrwa do 15.02. 2026.

Obejrzałam ją dzisiaj. Na kartę seniora bilet kosztuje pięć złotych.

Niektóre prace są w szklanych gablotach, inne można oglądać tylko w białych rękawiczkach (zwiedzający otrzymują je od obsługi), a przy paru umieszczono naklejkę: „Prosimy nie dotykaj”. Wyobraźnia twórcza artysty jest zazwyczaj nieokiełznana oraz niebanalna.

Obejrzałam ją bo: chciałam; czytam książki, byłam 40 lat bibliotekarką.

Sala wystawowa jest cała na biało. I jak dla mnie ta biel jest oślepiająca i dość męcząca.

Jest, na tej samej sali, boks z kawiarenką ale nie skusiłam się na to, aby usiąść i napić się kawy. Za to zrobiłam dużo zdjęć i te bardziej udane umieściłam na swoim facebookowym profilu.

Tekst ze strony muzeum:

Czym może być książka? Jak różne formy przybiera? Przekonać się mogą widzowie wystawy II Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Książki prezentowanej w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu. Pokazane zostały najnowsze osiągnięcia i dorobek polskich twórców książek artystycznych. Obok tradycyjnych kodeksów, harmonijek i zwojów, zobaczyć można książkę-budowlę, „rękopis” wyszyty nićmi, a nawet przestrzenny ogród zen.

Tematem przewodnim tegorocznej edycji były „Zasięgi”. Wychodząc od tezy, że współczesny człowiek jest niewolnikiem zasięgów – objawiających się dostępem do telefonii komórkowej i internetu, sukcesem mediów społecznościowych mierzonym liczbą obserwujących, nadprodukcją treści i szumem informacyjnym – organizatorzy postawili pytania: jak w tak ukształtowanej epoce znajduje się sztuka książki? Czy książka generuje zasięg lub znajduje się w czyichś zasięgach? Czy niesie treści, za którymi podążą czytelnicy? A może stanowi symbol oporu przed pochłonięciem zasięgami?

82 autorów i zespołów autorskich nadesłało na przegląd 121 prac, z których aż 62 interpretują temat przewodni i zostały zgłoszone jako konkursowe, to spośród nich jury wybrało zwycięzców nagrody przeglądu.

Upalne miasto 163

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Czwartek – zajęcia literackie w Centrum Seniora z doktor Magdą Wieteską, która nas trzy bardzo dowartościowała. W ubiegłym tygodniu dała nam bardzo trudne zadanie domowe. Trudne, bo obwarowane kilkoma „nakazami”, tak że trudno było poszaleć z pisaniem i wyobraźnią. I Magda powiedziała, że świadomie nam to zleciła, bo jesteśmy bardzo zdolne.

Oto te warunki:

– opowiadaj wszystko w czasie przyszłym

– każde zdanie zaczynaj od czasownika

– nie używaj żadnych przymiotników

– wszystkie rzeczowniki muszą być zdrobnieniami

– w tekście nie może się pojawić ani razu słowo zaczynające się na literę ”e”

– co drugie zdanie musi  się kończyć znakiem zapytania

– trzecie zdanie tekstu musi zawierać słowo „czarny”.

Przyznaję, że łatwo nie było, kilka razy przepisywałam tekst (pisałam ręcznie), bo ciągle coś nie pasowało.

I wyszło tak:

Tytuł: KRYMINALIK

– Zamorduję go – postanowiła Agata. Otruję czy uduszę?

Znajdę na półeczce czarną książeczkę opisującą ziółka. Skomponuję naleweczkę, ale czy mam szafeczce wódeczkę?

 Podejdę do regalika i wyciągnę z niego tomika. (tak, wiem ale miało się rymowac).

Odkurzę go najpierw a potem?

Usiądę w foteliku i przejrzę stroniczki zaznaczając roślinki z których składać się będzie ten eliksirek.

Wybiorę ale czy będę wiedziała które i czy mają odpowiednie działanie?

Spisała szczególiki różnych ziółek.

Mieszać je będę ręcznie czy blenderkem? – zastanowię się potem.

Myślałam, że będę żyć w dueciku ale przecież nie z tym bałwankiem, prawda?

Postanowiła, a nigdy podjętej decyzyjki nie zmieniła.

KONIEC

Przypomniałam sobie potem jak szukałam w Internecie trujących roślin, bo pisałam opowiadania kryminalne. Powstały i są zawarte w książce „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”.

Poniżej umieszczam tekst „Moje ulubione  miejsce”, bo takie zadanie dostałyśmy kiedyś na zajęciach literackich.

            Moje ulubione miejsce

Zacznę od anegdoty:

W czasie gdy jeszcze pracowałam czytelniczka zapytała mnie dokąd jadę na urlop. Odpowiedziałam, że na Wyszyńskiego.

– A co tam jest? Jakieś sanatorium? – zdziwiła się.

– Nie, moje mieszkanie – odpowiedziałam.

I tak jest naprawdę – najlepiej czuję się u siebie w domu, bo tam jestem wolna, mogę robić co chcę i kiedy chcę.

Ale tak szerzej to moim ulubionym miejscem jest Wrocław. A udowodniłam to w mojej książce „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

Na pierwszym miejscu w tytule jest, jak widać, nazwa miasta. Akcja prawie 20  opowiadań toczy się w moim rodzinnym Wrocławiu.

 Są to przygody dwóch wariatek, czyli moje i mojej koleżanki,  znajdujemy trupy moich wrogów. Znajdujemy, nikogo nie zabijamy.

Aby treść nie była przygnębiająca zastosowałam poczucie humoru.

Wracając do ulubionego miejsca – wypadki umieściłam w kilku bibliotekach gdzie pracowałam, w ogrodzie botanicznym,  gabinecie dentystycznym, w kinie,  szkole do której chodziłam, w muzeum, w starej kamienicy i tak dalej – wszystko na terenie Wrocławia. Wyjątkiem jest ostatnie.

Jednak, aby nie były to tylko zabawne historyjki w niektórych tekstach umieściłam krótkie notki na temat konkretnych miejsc.

W pierwszym o domu w kształcie igloo mieszczącym się na osiedlu Zalesie i o gmachu Politechniki. W innym legendę o lekkomyślnych córkach, historię poniemieckiego globusa stojącego w bibliotece Instytutu Geograficznego naszego Uniwersytetu, wyjaśniam na czym polegała akcja „1000 szkół na tysiąclecie”, co to jest „Salonik trzech Muz” mieszczący się przy ulicy Zawalnej, daję notkę historyczną  ogrodu botanicznego i zoologicznego, opisuję  Mosty Warszawskie, budynek dworca Wrocław Główny,  Muzeum Narodowego, rynek i Halę Stulecia.

Bohaterki chodzą różnymi wrocławskimi ulicami, podaję ich nazwy a nawet krótkie biogramy osób w ten sposób uwiecznionych, czyli będący patronami.

Okładka książki jest moim kolażem – tło to plan Wrocławia, na nim są koty, herb miasta oraz zdjęcie ratusza.

Koty, bo odgrywają w książce dużą rolę, wręcz są motorem wydarzeń ale nie zabójstw.

KONIEC

Piątek złego weekendu początek, bo boli mnie gardło. Dawno mi nic nie dokopywało to mam. A jestem na niedzielę umówiona, że złożę wizytę  znajomej, raz już odwołałam.

Zło z gardła udało mi się spacyfikować połączeniem kilku metod: gardimax, moczenie nóg w gorącej wodzie (nie, nie zostały ugotowane) i duża dawka rutinoscorbiny.

Niedziela była słoneczna, wcześniej w Internecie pokazano mi jak dojechać (jednym autobusem). Jak dojść narysowałam sobie mapkę a i tak trochę zabłądziłam, bo mam w tym kierunku wybitne zdolności, niestety. Wolałabym jakieś mniej stresujące.

Na szczęście znajoma wyszła mi naprzeciw i zawołała z drugiego brzegu ulicy. Dzięki temu zrobiłyśmy sobie spacer uliczno – parkowy. Znajomi mają przy domu mały ogródek z jabłonkami, śliwami i biało – rudym kotem. Podobno jest ostry ale dobrowolnie do mnie podszedł i dał się pogłaskać. Nachalna nie byłam na wszelki wypadek.

Na drzewach owocowych, brzozie i innych, z gałęzi na gałąź przeskakiwała wiewiórka. Gdy spokojnie siedziała kot się w nią wpatrywał ale gdy skakała nie wdrapał się na żadne drzewo. Pewnie zabłądziła z pobliskiego parku i nie umiała wrócić na swój teren. Taka wiewiórka wędrowniczka bez GPS. Ale może w końcu się jej udało.

W ogródku piliśmy herbatę, jedliśmy ciasta i rozmawialiśmy o kotach i ludziach.

Na koniec zostałam obdarowana jabłkami prosto z drzewa, odwieziona do domu z wniesieniem toreb na moje nieulubione czwarte piętro.

Jabłek jest tyle, że nawet mogę trochę podarować, np. sąsiadce na kompot jako „machniom” za kawałek sernika.

„Noc w bibliotece”

Przedstawiam pierwsze opowiadanie jakie w życiu napisałam w 2010 roku. Następnych dwadzieścia jest kryminalnych i wydałam je sobie w zbiorze „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

**************************************************************************

            „Noc w bibliotece”

   Wrocław, środek parnego lata. Zbliżała się północ. Nad ulicą poruszały się dwa cienie. Podłużne, u dołu zwężone. Jeden był mniejszy, filigranowy a drugi przysadzisty. Ona i On. Płynęły objęte od mostu Pokoju nad ulicą kardynała Stefana Wyszyńskiego. Minęli Szczytnicką, Benedyktyńską i Sienkiewicza.

Latarnie jakby zmęczone upałem świeciły niemrawo.

  Po drodze para zaglądała w parterowe okna starych kamienic. W pierwszym zobaczyli kobietę śpiącą przed telewizorem. Rudy kot siedział na stole i wylizywał futerko.

W następnym mieszkaniu nastolatek siedział przy komputerze. Odrabiał lekcje czy oglądał piękne panie? Owszem, tyle że całkowicie ubrane i w kuchni. Był to portal z przepisami kulinarnymi. Lubił gotować czego nikt z jego bliskich nie rozumiał.

Okno obok – kobieta czytała i płakała. Stos zużytych chusteczek higienicznych pokrywał jej stopy.

Przeszli dalej – kot i pies spały objęte na fotelu. Obok para w średnim wieku na dużym łóżku.

Okna pizzeri były zasłonięte. W introligatorni nic się nie działo.

Obłoczki poleciały dalej kierując się w stronę Skweru imienia  Stanisława Tołpy.

Na końcu budynku zauważyły uchyloną górną część okna biblioteki.

– Wpływamy? – zapytała Ona

Lśniła niebieskawo gdzieniegdzie błysnęło srebrne pasemko. On był szary z małymi czarnymi

maziajami

Leciutko unieśli się w górę, przefrunęli przez okno i znaleźli w pracowni komputerowej. Jeden z ekranów znienacka rozbłysnął.

– Popatrz, ktoś zapomniał go wyłączyć – zauważyła Ona.

– No to co z tego? Przecież z niego nie skorzystamy.

– Ty nie, bo ci się nie chciało chodzić na kurs. A ja ukończyłam  Akademię e-seniora UPC i  umiem obsługiwać komputer – pochwaliła się Ona.

– Tak, a ja musiałem sam sobie robić śniadania i samotnie je jeść – pożalił się On

– Trzeba było się nie wylegiwać.

Usadowiła się na krzesełku. On przycupnął na sąsiednim.

– Nic nie zrobisz – On marudził jak zwykle.

– Jak się bardzo skupimy to poruszymy myszką. Spróbujmy, co ci szkodzi?

– Dobrze, dobrze. Zawsze musisz postawić na swoim.

– Nigdy nie umiałeś mnie przegadać, hi, hi, hi – zaśmiała się Ona.

Myszka poruszyła się i lewy klawisz kliknął w ikonkę internetu.

– Ochchch, udało się – westchnęli oboje.

– Czego szukamy? – zapytał.

– Może wejdźmy na portal ze zdjęciami? Tam są nasze dzieci, wnuki i znajomi – zaproponowała.

   Duchy zaczęły się intensywnie kurczyć jednocześnie nabierając intensywniejszych barw. Jemu powiększyły się ciemne plamki.

Weszli w google, wpisali adres.

Chyba musimy się zalogować? – On znowu marudził.

– Nie, do oglądania nie trzeba.

Pooglądali fotki wspominając gdzie i kiedy były zrobione.

– Może sprawdzimy co słychać w polityce? – zaproponował On.

– A idź ty! Co nas to teraz obchodzi? Przecież nie żyjemy – trzeźwo zauważyła Ona.

– Masz rację. Pewnie i tak służby zdrowia nie zreformowali. Emerytur nie podnieśli tylko diety posłom i podatki.

– Sprawdźmy – On kliknął w Onet.pl.

– Patrz, Palikot został prezydentem – ucieszyła się Ona.

– A Kuba Wojewódzki prezesem TVP.

– Szymon Majewski ministrem kultury.

– Janina Ochojska ministrem zdrowia.

– Owsiak ministrem spraw wewnętrznych.

– A Kwaśniewska z córką założyły sieć klubów go-go. Bardzo eleganckie są to lokale.

– Macierewicz i Kaczyński wstąpili do zakonu.

– Tusk pisze wspomnienia.

– Wałęsa przyznał się, że nie przeskoczył sam muru tylko go podsadzili.

– Zdrojewski założył firmę budowlaną i buduje wały na Kozanowie.

– Dutkiewicz wyemigrował do Pernambuco w Brazylii.

– A dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej została kobieta i nie jest to była wice.

   Ona kliknęła w plus w prawym górnym rogu zamykając stronę.

– Dosyć tych nieważnych doczesności – stwierdziła. Lecimy do wypożyczalni.

Przelecieli przez dziurkę od klucza i rozejrzeli po wnętrzu.

– Może pooglądamy przewodniki po miejscach dokąd wyjeżdżaliśmy na wakacje? – zaproponowała Ona.

Wyciągnęła książkę o Borach Tucholskich.

– Pamiętasz ten domek w lesie? – zapytała.

– Tak, piękny był i przestronny inaczej. Każdego roku znajomi pytali czy zabieramy ze sobą dużo gazet bo przypominał kiosk Ruchu

– I tak przez trzydzieści parę lat – westchnęła Ona.

– Cisza, spokój, chodziłem sobie na ryby…

– I nigdy nic nie złowiłeś – docięła Ona.

– Nooo, czasem coś się trafiło – bronił się dość nieudolnie.

– Ja więcej grzybów i jagód nazbierałam.

– I nie udało ci się mnie otruć – ucieszył się.

– Bo cię kocham. Objęła go i przytuliła.

– No i znam się na grzybach –  nie odmówiła sobie satysfakcji.

Objęci stali, a właściwie unosili się nad podłogą.

– No, musimy już iść. Patrz, za oknem zrobiło się szaro. Zaraz wzejdzie słońce.

Wypłynęli przez uchylone okno zaplecza, minęli podwórko i otwartą bramę od ulicy Prusa.

Przenieśli się do Parku Nowowiejskiego, wionęli przez trawniki, wzgórze i osiedli na ławce przy stawku naprzeciw budynku Politechniki.

Coś się poruszyło pod nimi. Zajrzeli i zobaczyli śpiącego bezdomnego . Obok niego leżały tobołki, a na nich czarny kot.

– Pewnie strasznie śmierdzi – powiedział On.

– Nie żyjemy więc nie czujemy zapachów, nawet tych ładnych – zasmuciła się Ona.

   Słońce pokazało się nad dachem budynku. Para rozwiała się w powietrzu.

Kot wstał, przeciągnął się. Bezdomny chrapnął i przewrócił się na drugi bok.

2010 rok

Upalne miasto 120

              Upalne miasto 120

W tym odcinku też tylko prawdę napisałam.

*****************************************************

Czwartek 19.09.24

Numer siedem siódemek (71) 7777777 infolinią  w sprawach powodziowych.

Centrum Zarządzania Kryzysowego Wrocławskiego Centrum Rozwoju Społecznego organizuje i koordynuje wolontariat powodziowy. Zgłosiło się ponad 7000 osób, nie tylko Polacy.

Odra we Wrocławiu jeszcze się nie wystąpiła z brzegów. Woda w niej zasuwa z prędkością niecodzienną, jakby spieszyła się z dostawą do morza. Słonecznie, opady przez meteorologów nie są przewidziane.

Ludzi dobrej woli jest więcej, niosą wszelką pomoc poza naszym miastem, na facebooku podają co i gdzie jest potrzebne, co już dostarczono.

Niestety nie brakuje w mediach społecznościowych trolli i fake newsów siejących panikę i z satysfakcją zwalając winę za wszystko, na obecny rząd, który lekko nie ma.

Ratowane są też zwierzęta – psy, koty a nawet gołębie.

W Nysie zalany jest szpital, można wpłacać pieniądze na podane w telewizji konto.

W telefonie kliknęłam coś mało inteligentnie, wysłałam sms na numer 8001 i play zaraz wystawiło mi fakturę na 37 groszy. Pojęcia nie mam co to za numer. Pomocowy czy naciągaczowy?

Zrobiłam zapas wody w dwóch miskach i trzech dużych słoikach.

Na osiedlu spokojnie, idąc po zakupy zobaczyłam kilka niedużych, zieloniutkich worków z piaskiem, luźno postawionych pod długim budynkiem. Ktoś się rozmyślił czy czekają na dostawę?

Przeczytałam swój tekst opisujący powódź z 1997 roku, bo na blog wkleiłam go nie czytając. Nie da się ukryć, strasznie było.

Wojsko prowadzi operację „Feniks”, której zadaniem są:

  • zapewnienie bezpieczeństwa (monitorowanie wałów),
  • pomoc zdrowotna (punkty medyczne, ewakuacja),
  • wsparcie mobilności (odbudowa dróg),
  • logistyka (dostawy żywności i wody),
  • szkolenia w zakresie zarządzania kryzysowego.

Jakiś typ przebrany w żołnierski mundur, jeżdżący autem na fałszywych numerach chodził i straszył ludzi, że będą wysadzane wały. Sam to wymyślił czy ktoś go wynajął? I komu zależy na sianiu paniki?

Szabrownicy okradli jubilera w Lądku,  ratowników we Wrocławiu wykorzystując ich sen, komuś ukradli samochód, innej osobie okradli garaż.

Powodzianie w połowie października dostaną po 10000.- złotych, a potem 100 000 lub 200000 zł bezzwrotnej zapomogi na remonty.

Piątek 20.09.24

Obudziłam się w nocy, bo usłyszałam damski głos mówiąc głośno i wyraźnie: ziemniaki. Przyznaję, że trochę się przestraszyłam. Zapaliłam światło, wzięłam książkę „Co się mieści w dwóch walizkach. 11 lat w klasztorze” Veroniki Peters. Ten klasztor jest w Niemczech, akcja toczy się tuż przed zburzeniem muru berlińskiego i potem. Nie ma  niej żadnych skandalizujących opowieści, żadnego molestowania, wykorzystywania. Między słowami można jednak wyczuć poniżanie, obrażanie i manipulację.

15 września prezydent Wrocławia ogłosił alarm przeciwpowodziowy dla miasta.

Fala kulminacyjna ma dotrzeć do nas dzisiaj. Pójdę na Mosty Warszawskie zobaczyć jak wygląda sytuacja.

Ale zanim to zrobiłam przyszedł młody  fachowiec i powiedział: więcej gazu! I stała się najpierw śmierdząca woń a potem płomienie.

Zrobiłam zdjęcia kanału i Odry – w jednym nurcie spokojnie, druga woda zalała przedwałową przestrzeń. Zastawiono wejścia na wały. Ten niedaleko mnie jest ulicą Pasterską. Nigdy nie widziałam, aby coś się tam pasło a i domów brak.

W tanim sklepie wiader brak za to dużo misek. Kupiłam nożyczki z ząbkami dla znajomej spoza Wrocławia.

Pojechałam do placu Bema, aby tam zobaczyć jak się zachowuje rzeka, szczególnie przy budynku o nazwie Młyn Maria, bo w 1997 roku było tam groźnie. Na szczęście władze miasta odrobiły lekcję i postawiły obok dźwig z łapą, która w razie potrzeby wybiera, tamujące wodę na przęsłach, gałęzie i inne zawaliwody.

W prywatnej piekarni sprzedający mężczyzna bardzo kontaktowy i szybko obsługujący. O godzinie 14,30 chleb, choć nie w powalającej ilości, był na półkach. Także bułki, rogaliki i chałki. I bez długiej kolejki. W tej piekarni nie można płacić kartą, albo gotówka, albo blik. A gdy powiedziałam, że go nie mam sprzedawca poprosił, abym sobie  zainstalowała specjalne dla niego. Rozbawił mnie.

Słonecznie, na ulicach spokojnie, tylko czasem słychać warkot helikopterów.

Z osiedla Opatowice ewakuowano cztery osoby – dwoje dorosłych i dwójka dzieci. Ta część Wrocławia jest otoczona wodą, bo znajduje się na ternie zalewowym Oławki.

Zalany Paczków gdzie mieszka jedna z koleżanek z którą byłam internowana w Gołdapi. Nie mam z nią kontaktu.

Znajoma aktorka Beata Rakowska ogłosiła na facebooku, zbiórkę różnych potrzebnych rzeczy dla mieszkańców Stronia Śląskiego. Brawo Pani Beato!

Sobota 21.09.24

Wczoraj wieczorem wymyśliłam, że w bibliotece Centrum Seniora zrobię promocję i będę wymieniać dwie biblioteczne książki za jedną od czytelnika/darczyńcy i zostanie dodana, zrobiona przeze mnie,  zakładka do książki jako bonus. Już napisałam informację na kartoniku. Zobaczę czy pomysł zadziała.

No, nie mogę tylko siedzieć i stresować się rozmyślaniem: zaleje czy nie zaleje? Będzie w kranie dobra woda, czy trzeba ją będzie dźwigać z beczkowozu?

Zbierane są dary dla powodzian, między innymi w Czasoprzestrzeni (dawna zajezdnia tramwajowa na Biskupinie). Mam nadzieję, że ludzie nie będą sobie czyścić piwnic, strychów i komórek z gratów i dawać je w przekonaniu, że są bardzo szlachetni. A tak niektórzy z robili w 1997 roku. Nie byli. Wtedy nawet ze Skandynawii chciano podarować naszym powodzianom zapleśniałe kontenery.

Ponad 200 szkół zostały zalane, zniszczone. Dzieciom z tych szkół zostaną zapewnione „zielone szkoły”, pierwsza grupa przyjedzie z Kłodzka do Sopotu. Jest to program „szkoła szkole”.

Osoby sprzątające bałagan popowodziowy grozi tężec, konieczne jest ich szczepienie.

Głuchołazy przestały istnieć, restauracja została zalana pod sam sufit. Na odbudowę miasta trzeba będzie wydać ćwierć miliona złotych.   

Niedziela 22.09.24

W 1934 roku siedmiometrowa fala wody nawiedziła Kotlinę Kłodzką i zgarnęła po drodze co mogła. W 1997 roku powódź zniszczyła, nie tylko tam,  co tylko mogła. Mamy 2024 rok i Kolina Kłodzka nadal bezbronna.

Przez kilka dni wrocławskie cmentarze były zamknięte. Od dziś już można tam odwiedzać groby.

Poniedziałek 23.09.24

Na remont i wyposażenie szpitala w Nysie potrzeba 6,7 miliona złotych.

A do wyciągania wilgoci z  zalanych domów urządzenia „osuszacze”.

Na wrocławskich osiedlach Ołbin i  Nadodrze są zbierane prywatne worki z piaskiem. Co stanie się z tymi pod innymi budynkami? Doczekają wiosny?

Odra nadal przepełniona i pędzi przez województwo lubuskie grożąc zalaniem paru miejscowościom.

Woda we wrocławskich kranach zdatna do picia.

Kłodzkie Schronisko dla Zwierząt to jedna wielka ruina i pobojowisko, raczej pozalewisko.

Czy jesteśmy skazani na zagładę i nic na to nie możemy poradzić?

Upalne miasto 119

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki.

Ten odcinek to prawda i tylko prawda.

*************************************************************************

Poniedziałek 16.09. 2024 r.

Powódź zdemolowała Kłodzko, Nysę, Bystrzycę, Stronie Śląskie. Ogłoszono stan klęski żywiołowe w województwach Dolnośląskim, Opolskim i Śląskim. Niektórzy mieszkańcy nie chcą się ewakuować, z obawy, że dom czy mieszkanie rabusie im ogołocą. O tym, że mogą zginąć nie myślą.

 Ludzie w panice ogałacają z różnych artykułów sklepy. We Wrocławiu w supermarketach brak chleba i wody.

Na szczęście nie piję butelkowanej tylko przegotowaną kranówkę. Trzeba będzie jutro zrobić zapas wody. Mam wannę, 3 miski i 2 wiadra. Jakbym miała taszczyć wodę z beczkowozu na 4-te piętro jak w 1997 roku to wolę śmierdzieć. Nie mam już na to siły.

Największa fala ma przypłynąć do W-wia w środę po południu. Byłam dzisiaj na Mostach Warszawskich, kanał i Odra w normie. Z terenu między wodą a wałem ewakuuje się Beach Bar.

Przez Wrocław przepływa pięć rzek i to  ile w nich będzie wody zdecyduje o sytuacji w mieście.

W sklepie Dino, około godziny 13-tej, zapasy wody butelkowanej w końcówce. Kupiłam te produkty, które akurat mi się skończyły albo są tylko ich resztki. W kolejce i na ulicy rozmowy tylko o powodzi.

Na poczcie ogromna kolejka – nie stanęłam, aby odebrać awizowane przesyłki. Byłam wtedy w domu, mógł listonosz je dostarczyć ale poszedł na łatwiznę, w dodatku w piątek  nie było listów w urzędzie, bo nie oddał. Lubi mieć? Czy… polubił i  przyswoił?

U optyka osoba naprawiająca okulary zachorowała i nadal męczę się z krzywym zausznikiem. Siła złego na jednego starszego.

Tak, wiem – zalani mają o wiele gorzej.

Około 18-tej znowu zaczęło padać. Po cholerę, ja się pytam!

Wtorek 17.09.24

Siła złego na niejednego. Nie dość, że zagrożenie powodzią to właśnie teraz zaczęto wymieniać w piwnicy naszego budynku rury doprowadzające gaz, bo są bardzo zniszczone. I nie będzie go do poniedziałku – powiedział młody fachowiec. Jak to było? Nie należy zabijać posłańca przynoszącego złe wiadomości? No to nie zabiłam. Ale albo będę obiady jadać na mieście, albo kupię elektryczną płytkę i to chyba tańsze będzie.

Mam tylko małą grzałkę elektryczną, obiadu nią nie ugotuję.

Na dworze słonecznie i ciepło. W telewizji różne stacje zdają powodziowe relacje. Także podają różne działania rządu, ludzi oraz instytucji dobrej woli na rzecz powodzian. Oraz spontaniczne działania różnych osób, które ratują nie tylko ludzi ale i zwierzęta, nawet swoje jeże.

Jak odbudować swoje życie gdy straciło się wszystko oprócz dokumentów i zdjęć? Czy wystarczą zapomogi? A co psychiką? Trudne zadanie przed władzami – czy dadzą sobie z tym radę, czy bezdusznie dadzą jakąś kwotę i „dalej radźcie sobie sami”?

Tak jak w 1997 roku słychać czasem warkot helikopterów.

Dobrze mieć odskocznię od złych myśli w takich momentach – skończyłam czytać czasopismo „Książki”, wycięłam z niego materiały do rękodzieł i przeszłam do robienia nowych kart ATC.

Dzisiejszy całościowy masaż też mi pomoże pozbyć się stresu. Ciotka masażysty mieszkająca na wsi, nad rzeką, między Lądkiem a Kłodzkiem właśnie wyremontowała cały rodzinny dom. Przyszła woda i po remoncie. Dobrze choć, że jako jedyna na tej ulicy jest ubezpieczona.

Okazało się, że obok gabinetu jest optyk. Wchodząc zauważyłam przy drzwiach sześć worków z piaskiem.

– O, widzę, że są panie przygotowane – powiedziałam.

Pokazałam szkodę jaką sobie wyrządziłam, bo „Starość nie radość i nieuważność”. Zostawiłam, na czas zabiegu, okulary z nadzieją tylko zapytałam ile to będzie kosztować.

– Jeśli z naszą śrubką to pięć złotych.

Okazało się być bezkosztowo, więc bezinteresownie pooglądałam oprawki wystawione w gablotach. Właściwie spodobała mi się tylko jedna. Nie najtańsza.

Na poczcie znowu był ogon jak do mięsnego w Peerelu. Ustalili przedziwne godziny otwarcia i zostawianie awizo w skrzynce bez sprawdzania czy adresat jest w domu. Listonosz mógłby chociaż zadzwonić domofonem i poprosić o zejście na dół. Odrobina dobrej woli bardzo pożądana jest.

Postanowiłam więc pojechać do galerii handlowej, aby kupić jednopłytową kuchenkę elektryczną do przetrwania braku gazu konieczną. Wyboru nie było ale szwendanie się po sklepach i wyszukiwanie innej opcji odpuściłam sobie. Młoda ekspedientka wyraziła nadzieję, że nas nie zaleje, bo też mieszka na moim osiedlu.

Środa 18.09.24

Taka informacja:

„Punkt z darmową kawą i ciepłym ciastem dla strażaków, medyków oraz wszystkich wrocławskich ratowników już działa! Stoimy na rogu Borowskiej i Armii Krajowej (obok Komendy Wojewódzkiej PSP oraz Szpitala Uniwersyteckiego) codziennie od 9 do 19, a kiedy nadejdzie wielka woda- również w nocy.

Będziemy do dyspozycji aż zły czas minie i nad naszym miastem znowu wzejdzie słońce

Tymczasem – w imieniu całego zespołu brazylijskiego konsulatu- życzymy spokojnego dnia!”

-poinformował dzisiaj Radek Tadajewski – Konsul Brazylii we Wrocławiu.

Niestety osiedla Stabłowice, Marszowice już zalane, te ostatnie zabezpieczyły nawet swoje nasadzenia. Cmentarz podtopiony. Woda blisko przęseł mostu Grunwaldzkiego. Uniwersytet, ZOO i Narodowe Forum Muzyki potrzebują pomocy przy układaniu worków z piaskiem.

Idąc do tramwaju spotkałam sąsiadkę z innej bramy. Zapytała czy zrobiłam zapasy. Na wypełnionej torbie z kółkami miała następne, też pełne. Nie zapytałam o zawartość.

Jadąc, z Ołbina przez Nadodrze i Stare Miasto, na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora, widziałam pod niektórymi sklepami, instytucjami, budynkami białe, czarne, granatowe worki z piaskiem. Niektórzy zastosowali podwójną barierę i worki położyli na grubej folii.  Parę spotkań zaplanowanych w ramach Dni Seniora zostało odwołanych. Policjanci przekazali Schronisku dla Zwierząt dużą ilość karmy.

Chama można spotkać wszędzie, w bibliotece i pocztowym urzędzie. Tu akurat pani była bardzo miła i pomocna za to klient tatuś z kilkuletnią córką rozsiedli się na jedynych dwu krzesłach dla klientów. Kompletnie nie zauważając stojących niedaleko nich seniorek. Do córki powiedziałam: ustąp mi miejsca, bo zaraz padnę. Usiadłam a rozparty tatusiek do mnie: proszę. Powiedziałam „proszę” ale dodałam: „szkoda, że pana córka nie ma odruchu ustępowania starszej osobie”. Na co on: „a niby dlaczego ma ustąpić? Szkoda, że pani nie ma kultury”. I tu mnie zatkało. Stojąca za mną seniorka nieprzychylnie skomentowała zachowanie buca. Na co mamuśka: „I po co te komentarze”? Ale obi też będą kiedyś starzy i schorowani. Złośliwie życzę im, aby wtedy też się spotykali z taką życzliwością inaczej.

Wszystko opada. Debilizm empatyczny coraz powszechniejszy jest. Przez osiem lat przykład szedł z góry a i zawiodły domowe wzory. Ale jestem pewna, że los się, zadowolonej z siebie, rodzince odpłaci czymś równie niemiłym.

Niemiłe też było spotkanie z osobnikiem noszącym, przeze mnie nadaną, ksywą „chamowaty”.

Przez kilkanaście lat w bibliotece prowadziłam (oprócz normalnej działalności) kiermasz taniej książki. Przychodzili tam różni klienci w większości mężczyźni. I między innymi ten typ. Przyuważyłam go kiedyś, że ukradł książki i kazałam je oddać – to wyciągał z torby po jednej, Uparłam się, że ma oddać wszystkie. I nazajutrz zastałam kilka zapałek w zamku biblioteki.

Dziś go ujrzałam przy stole na którym rozkładam wartościowsze pozycje, aby po dyżurze schować je do szafy. A jest to skutek początków tej biblioteki, gdy jeszcze mnie tam nie było. Pracownica CS wykładała dobre książki na regał i w krótki czas potem zjawiali się „przysposabiacze”, pakowali je w torby, aby potem sprzedawać na targu. Dzisiaj zapytałam osobnika czy ma jakieś książki na wymianę, na co on:

– Mogę pani dać całą ciężarówkę.

– Nie chcę ciężarówki tylko książkę za książkę.

– Eee, tu nie ma nic dobrego – rzekł patrząc na regałowe pozycje i HAPS jedną z biografii od razu pakując do reklamówki.

Na co ja:

– Proszę oddać, to są książki na wymianę.

No i doczekałam się epitetu „panienki nieciężkich obyczajów”.

No, cóż – „pieniędzy nie ma, a pić się chce” i do roboty ma się dwie lewe ręce.

Do powyższych dręczeń dołączają się codzienne sms-y obiecujący dużą wygraną.

W Stroniu Śląskim grasują złodzieje, powstała tam straż obywatelska.

Premier Donald Tusk jest we Wrocławiu i sensownie odpowiadał na pytania w głównym wydaniu dziennika w TVP1.

Targi, spotkania, książki i koty

1 grudnia Hala Stulecia (niegdyś Ludowa), Wrocław

Pamięć mam dobrą ale krótką więc w komórce miałam przypominaj ki:

– bank, aby przelać

– Targi Książki – aby m.in. kupić pismo „Książki”

– trafika, aby doładować komórkę

Pojechałam, gdzie musiałam, z bólem konta przelałam, w autobus wsiadłam i pojechałam. Tramwaj też bezbiletowo zaliczyłam. Do Hali się udałam.

Komórka zadziałała, sygnał mi przesłała więc posłusznie do stoiska Agory podeszłam i o pismo „Książki” poprosiłam. Taniej o trzy złote niż w kiosku – ale zaoszczędziłam. Przy okazji zapytałam czy można, u nich,  doładować, komórkę.

– Jeśli ma pani ładowarkę – usłyszałam.

– Ale ja chciałam konto uzupełnić, finansowo.

– A to jeszcze nie. Przed chwilą klient pytał o zapłatę bitcoinem.

– Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziecie mieli obie opcje – zachęciłam ich do rozwoju usług.

– Czy chce pani torbę?

– Bezpłatną?  – upewniłam się.

– Tak, jeśli pani dopiero zaczyna zwiedzanie to się przyda.

Spacerując i oczyma stoiska penetrując, aby znaleźć ciekawe obiekty do sfotografowania, zatrzymałam się przy stoisku wydawnictwa Sowello, bo zwrócił moją uwagę  tytuł „Dlaczego szczęśliwy człowiek nie żeni się z kobietą” Marcina Halskiego. I się zaczęło, bo autor był na miejscu, w mikołajowej czapce a w brodę miał wpięte małe bombki choinkowe. Posiadał też poczucie humoru oraz kontaktowość, więc namówił mnie do zakupu. Zapłaciłam, książkę do torby schowałam.

– Ale może zdjęcie z autorem? To ja pani torbę potrzymam – zaproponował inny facet.

– Ale nie ucieknie pan? – upewniłam się.

Ustawiam się do foto, autor bierze książkę ze stoiska, ja ją trzymam, pozujemy, obsługa pstryka. Ja chowam książkę do torby. TAK! Tę drugą. Ale autor był bystry i odebrał.

– Nie udało się – mówię do wszystkich. I w śmiech, oni też.

Autor podzielił się wspomnieniem:

– Na moje spotkanie autorskie przyszły same kobiety. Pomyślałem sobie – po mnie czy do mnie?

– Bo kobiety więcej czytają – powiedziała jedna ze stoiskowych pań.

– Panowie wolą kupować (moje doświadczenie z prowadzonego przez wiele lat w dwu w bibliotekach , kiermaszu tanich książek) – uzupełniłam.

Przesuwam się dalej penetrując otoczenie, z wyczuleniem na darmowe gadżety. Trąca mnie niski puszysty:

– Dzień dobry pani Ireno.

Może i dobry ale kto to jest? Ach, to czytelnik biblioteki w której pracowałam, wtedy młody i bez długiej, jak teraz, brody.

Idę dalej i znosi mnie na stoisko ZLP gdzie stoi znajoma poetka zajmująca się też zbieraniem ziół na terenie Doliny Baryczy,  wytwarzaniem herbatek, kremów i maści z  ziołową zawartością.

W  trakcie obchodu fotografowałam głównie książkowe koty, u niej także. Ale miała też swoje pozaliterackie dzieła i nabyłam sól (bez jodu) mieszaną z ziołami, tworzącą w słoiczku kolorowe paski.

Na innym stoisku zatrzymała mnie zielona okładka z napisem HORACY. Pomyślałam: „O, nowe tłumaczenie Horacego ktoś zrobił”. Podchodzę i sięgam po zakładkę. A młody autor mówi, że pracował nad tą książką półtorej roku. I jeszcze coś o treści ale nie słuchałam tylko zapytałam: a trup jest? Nie ma – odpowiedział zaskoczony.  To nie kupię – odparłam i poszłam sobie. Pewnie nie zrozumiał czym zniechęca ewentualnych nabywców.

Podsłuchane gdzie indziej:

– Będziecie tu do niedzieli?

– Tak, ale to stracony dzień, nikogo nie będzie.

Zrozumiałam, że znowu jakiś mecz kopacze rozegrają.

W holu natknęłam się na stoisko z kolażami – zrobiłam zdjęcia dwóch z motywem kota.

Nie byłam jak Witia z „Samych Swoich” i nie pojechałam do domu na kocie tylko tramwajem.

Komórkę też doładowałam.

Zdjęcia z tej wyprawy są na moim profilu na facebooku, tu z autorem w.w. książki.

Medycyna, tajemnice i romanse

Julia Gambrot – Różany eter; Liliowe opium, Wydawn. Lira, Warszawa 2019 i 2020

WSTĘP: „Każda rodzina ma swoje czarne strony, tajemnice, które skrywa przed światem”

O autorce:

Julia Gmbrot napisała mi o sobie:

„…urodziłam się 30.07.1987 we Wrocławiu. Pomysł na napisanie cyklu o pierwszych kobietach – lekarkach zrodził się w trakcie moich studiów na Wrocławskiej Akademii Medycznej. Jest to uczelnia mogąca poszczycić się wybitnymi profesorami, którzy na zawsze zapisali się w historii medycyny. Alois Alzheimer, Jan Mikulicz Radecki, Albert Neisser… Długo mogłabym jeszcze wymieniać. W mojej podgrupie były same studentki, stąd zaczęłam zastanawiać się  jak to było gdy płeć piękna po raz pierwszy przekroczyła progi uniwersytetów medycznych. Główne bohaterki są fikcyjne, ponieważ chciałam mieć całkowitą dowolność w kreowaniu ich losów, ale tło jest historyczne. Długo zgłębiałam materiały źródłowe o medycynie z początku XX wieku, sięgając między innymi do gazet lekarskich z tamtego okresu”.

Jest lekarką okulistką. Uważa, że największym szczęściem dla okulisty jest oślepnąć z miłości. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w swoim zawodzie, ma psa i dwa koty. „Różany eter” jest jej debiutem, napisała też „Liliowe opium” i „Laurowy pean”

Jej życiowe motto głosi, że trzeba żyć tak, aby każdy dzień miał szanse stać się najpiękniejszym dniem życia.

O książce:

Po przeczytaniu obu książek ma ambiwalentne uczucia. Bo z jednej strony bardzo podoba mi się sam pomysł, czyli historia sieroty Róży Zimmerman, rudowłosej osiemnastolatki z zielonymi oczami, która jest narratorką ”Różanego eteru”. Mieszka w niemieckim Wrocławiu, czyli Breslau, na początku XX wieku. Ambitna, prawie sufrażystka – uparła się studiować medycynę mimo braku rodziny, która by ją wspierała i finansowała. A w dodatku nie nosi gorsetu bo już wie, że to szkodzi.

Nie jest jedyna na roku bo studiują wraz z nią Lilia, Iris i Laura. Oczywiście wykładowcy i koledzy uważają, że kobiety powinny pielęgnować cnoty niewieście a nie pchać się na studia, w dodatku tak trudne.

Ale to nie jedyny wątek powieści. Mamy więc kilka tajemnic w trakcie rozwoju akcji powoli rozwiązywanych. Największą jest pochodzenie Róży i jej rodzina. Są seryjne morderstwa i poszukiwanie ich sprawcy. Kilka postaci ofiarnych lekarzy w tym Mikulicza-Radeckiego twórcy nowoczesnej chirurgii.  Opisy zajęć jakie mieli studenci medycyny, operacji przeprowadzanych w szpitalu i w warunkach domowych. Dowiecie się w jaki sposób studenci wtedy zdobywali czaszki.  I  tego, że lekarze stosowali wtedy eter do usypiania pacjentów oraz zakładali niciane rękawiczki.

Są też wątki romantyczne szczęśliwe – śledzimy rozwój uczucia między Róża a Fryderykiem. Ale i nieszczęśliwe związki zakończone samobójstwem lub nielegalnym usuwaniem ciąży.

W ramach przybliżania czytelnikowi tamtych czasów są też opisy ubrań damskich i męskich, wystroju wnętrz, potraw (specjalnością Breslau było ciasto drożdżowe z cynamonową kruszonką), leków i metod stosowanych w różnych chorobach i przypadłościach. Na przykład jak leczono obłęd dwoisty czy zapalenie opon mózgowych lub gruźlicę płuc. Autorka podaje też fakty z życia społecznego – przynajmniej raz w miesiącu pod bramę klasztoru podrzucano dziecko.

W drugiej książce narratorką jest Lilia von Schiller. Została chirurgiem, wiedzie jej się zawodowo natomiast prywatnie jak po grudzie. Wychodzi za mąż za dawnego wielbiciela bo „Samotność to w końcu najgorsza choroba jaką zna ludzkość” ale ten kocha tylko swój zawód. Pojawia się więc adorator do którego Lilia czuje ogromny pociąg. I to jest bardzo dobry wątek z niespodziewanym finałem. Spora część akcji toczy się w czasie I wojny światowej więc mamy opis ówczesnych warunków życia i nastrojów mieszkańców Niemiec. A także  seryjnego mordercę, kobietę podającą się za nieślubną córkę brata, choroby i tajemnice nie tylko rodzinne. I tylko w jednej scenie przemyka bury kot. A poza tym  nie ma w obu powieściach zwierząt domowych. Szkoda.

Książki są dobrze napisane, czyta się je z zainteresowaniem i czeka na ciąg dalszy, który nie jest oczywisty.

Jednak mam pretensję do wydawnictwa, (a jest to debiut tej autorki), że nie przyłożyli się do redakcji tekstu. Według mnie książki wymagają skrótów – np. w pierwszej części jest zbyt dużo jest rozważań bohaterki na różne tematy. Róża jawi się w nich jako osoba sentymentalna i egzaltowana a przecież jest naprawdę przebojową i zdecydowaną na wiele kobietą. W obu częściach jest zbyt dużo dokładnych opisów różnych przypadków chorobowych i  operacji. Skróciłabym ksiązki do najwyżej czterystu stron.

Oraz brak w nich (ale to tylko moje osobiste skrzywienie)  poczucia humoru, który by się przydał, aby zrównoważyć ponury nastrój wielu scen.

Wirus zakończenia (cz.117)

I tak się kończy moja opowieść o zwyczajnych – niezwyczajnych ludziach na moim osiedlu. Bohaterów wymyśliłam, nigdy nie spotkałam takich ludzi. To tylko moje marzenie o dobrych i życzliwych osobach. Ale może Wy znacie podobnych?

**************************************************************

Ależ mamy złośliwy prima aprilis, śnieg w kwietniu zamiast w styczniu lub lutym  – pomyślała Helena opatulając kolana, stopy i gardło.

Od jakiegoś czasu źle się czuła, serce a to waliło, a to jakby stawało. W uszach szumiało, w kościach strzykało mocniej niż zwykle. Całe szczęście, że Aldona i Wacek codziennie u niej byli na zmianę i opiekowali się seniorką.

Nie była w stanie, od paru dni wychodzić z domu więc zaprosiła do siebie bliskie osoby.

– Opowiedzcie mi co u was słychać, co u Kasi, jak się ma Adaś?

Aldona wcześniej, jak co dzień od miesiąca,  przyniosła obiad, którego seniorka zjadła tylko połowę.

Wacek pierwszy zabrał głos:

– Mietek tak długo się nie pokazywał, bo jego mama chorowała i zmarła.

– Covid? – zapytała Helena.

– Głównie serce ale i zapalenie płuc swoje zrobiło. Musiał więc pozałatwiać wszystkie sprawy a potem zabrał się za porządkowanie i remont mieszkania. Ale jest dobra wiadomość – zamierzają się pobrać z Kasią.

– O, to świetnie, a kiedy?

– Jeśli będzie termin w Urzędzie Stanu Cywilnego to zaraz po świętach. I ślub będzie tylko cywilny. I bez hucznego wesela, tylko obiad w naszym gronie – poinformował Wacek.

– A gdzie będą mieszkać? – spytała Aldona krojąc ciasto drożdżowe.

– U Kasi, bo ma większe mieszkanie.  Mietka lokal sprzedadzą, żeby mieć na remont chaty Kasi i zmianę auta na nowszy model, bo ten, który ma  sypie się i rzęzi. A oszczędności nie mają, bo i z czego.

– No to czeka cię dużo pracy, bo wyobrażam sobie, że będziesz im pomagał. Na szczęście jesteś tak zwaną złotą rączką, a nawet dwiema – zażartowała Helena.

– Ociepli się, wszystko będzie szybciej schnąć, więc wiosna to dobry czas na remonty – praktycznie podsumował sytuację Wacek.

Po spotkaniu Aldona pomogła Helenie umyć się i położyć.

Nazajutrz Wacek otworzył drzwi jej mieszkania i zastał starszą panią elegancko ubraną, nawet z butami  a nie, jak zawsze w domu,  kapciami. Siedziała i spała w fotelu. Gość dotknął jej ramienia, które bezwładnie opadło. Zadzwonił po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon z powodów naturalnych. Ciało poddano kremacji, bo tak sobie Helena życzyła żałując, że jej prochy nie mogą użyźnić działki. Nie chciała żadnego pomnika.

Na stole leżał testament, który odczytano na popogrzebowym spotkaniu.

Okazało się, że zmarła zapisała swoje własnościowe mieszkanie Edkowi i Aldonie pod warunkiem, że jak najszybciej się pobiorą. W dodatku pozostawiła pieniądze oraz zgodę i plan rozbudowania lokalu o kawałek dużego holu tak, aby  do kuchni z nyżą , przedpokojem i łazienką dodatkowo powstał pokój.

Aldona zaczęła płakać, Edek gwałtownie szukał chusteczki do nosa.

– Masz, sieroto – podał mu ją kumpel i jak zawsze w reakcji na nietypowe wydarzenia pociągnął się za ucho.

– Dzięki – powiedział Edek wstając i portki podciągając choć przybrał na wadze dzięki regularnym posiłkom. Ale odruch mu pozostał.

Testament zawierał też sugestię, aby od razu przenieśli się do jej mieszkania a swoje udostępnili ukraińskiej rodzinie za darmo dopóki nie znajdą sobie pracy, aby potem móc płacić choćby niewielki czynsz.

– No to najpierw ja z Edkiem posprzątamy Heleny mieszkanie, pomalujemy a potem się przeprowadzimy – gospodarnie zarządziła Aldona.

– Zabierzcie tylko swoje najpotrzebniejsze rzeczy, bo chata spadkodawczyni jest dobrze wyposażona – doradził Wacek. Nie zapomnijcie o Panu Kocie, bo on jest najważniejszy.

– Nie wiem jak zniesie przeprowadzkę – zmartwił się Edek. No i potem remont. Może jednak zostaniemy u siebie na ten czas?

– Nie bądź głupi, twoje mieszkanie jest bez łazienki a zanim uprawomocni się spadek i znajdziemy odpowiednich fachowców to minie dużo czasu – stwierdziła partnerka niewolnika kota.

– Masz rację, nie pomyślałem – przyznał Edzio.

– To może zrobimy dwa śluby razem? – zaproponował Wacek. Wy i Kasia z Mietkiem? Będzie praktycznej, Helena pewnie by tak chciała.

– I to jest bardzo dobra koncepcja ale trzeba to z nimi skonsultować – powiedziała Aldona.

– Już  o tym rozmawiałem, bo znałem treść testamentu – przyznał Wacek. Postanowiliśmy, że dobre a niepotrzebne rzeczy z mieszkania Mietka i Heleny sprzedam w Internecie, żeby były pieniądze na niespodziewane wydatki. A resztę oddamy do sklepu dobroczynnego.

– Ta Helena to jest dla nas jak dobra wróżka – rozrzewnił się Edek.

– Oj, tak – ze świecą szukać tak dobrej osoby. Seniorzy z wiekiem często stają się egoistyczni i skąpi a ona o nas wszystkich pomyślała – podsumował spotkanie Wacek.

Wirus wojny 2 (cz. 116)

To druga przedostatnia część mojej powieści w odcinkach, druga bo planuję napisać zakończenie. Starałam się ocieplić panującą sytuację życzliwymi bohaterami i poczuciem humoru. Wojna w Ukrainie odebrała mi chęć żartowania.

Pod tekstem podaję datę napisania.

Następne wpisy będą zawierać recenzje książek, krótkie opowiadania lub prywatne relacje.

******************************************************************

Psalm  – Wisława Szymborska

O, jakże są nieszczelne granice ludzkich państw!
Ile to chmur nad nimi bezkarnie przepływa,
ile piasków pustynnych przesypuje się z kraju do kraju,
ile górskich kamyków stacza się w cudze włości
w wyzywających podskokach!

Czy muszę tu wymieniać ptaka za ptakiem jak leci,
albo jak właśnie przysiada na opuszczonym szlabanie?
Niechby to nawet był wróbel – a już ma ogon ościenny,
choć dzióbek jeszcze tutejszy. W dodatku – ależ się wierci!

Z nieprzeliczonych owadów poprzestanę na mrówce,
która pomiędzy lewym a prawym butem strażnika
na pytanie: skąd dokąd – nie poczuwa się do odpowiedzi.

Och, zobaczyć dokładnie cały ten nieład naraz,
na wszystkich kontynentach!
Bo czy to nie liguster z przeciwnego brzegu
przemyca poprzez rzekę stutysięczny listek?
Bo kto, jeśli nie mątwa zuchwale długoramienna,
narusza świętą strefę wód terytorialnych?

Czy można w ogóle mówić o jakim takim porządku,
jeżeli nawet gwiazd nie da się porozsuwać,
żeby było wiadomo, która komu świeci?

I jeszcze to naganne rozpościeranie się mgły!
I pylenie się stepu na całej przestrzeni,
jak gdyby nie był wcale wpół przecięty!

I rozlegnie się głosów na usłużnych falach powietrza:
przywoływawczych pisków i znaczących bulgotów!

Tylko co ludzkie potrafi być prawdziwie obce.
Reszta to lasy mieszane, krecia robota i wiatr.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> 

Grupa Anonymus wymyśliła sposób na rosyjską propagandę. Zaleca znalezienie w Google maps restauracji lub firmy rosyjskiej i zamieszczenie tam prawdy o napaści na Ukrainę.

Przykładowy tekst:

  • „Jedzenie było świetne! Niestety Putin popsuł nam apetyty, najeżdżając Ukrainę. Sprzeciw się swojemu dyktatorowi, przestań zabijać niewinnych ludzi!” – tak brzmi jedna z przykładowych recenzji, jakie internauci zamieszczają na stronach rosyjskich biznesów w Google
  • Do tworzenia tego typu komunikatów namawia grupa Anonymous
  • „Nie zapomnij dać pięciu gwiazdek! Akcja ma na celu informację, a nie szkodzenie biznesowi” – podkreślają hakerzy.

Wacek wziął się do roboty i gdzie tylko mógł zrobił krecią robotę. Od tłustego czwartku wielokrotnie pociągał się, ze zdenerwowania, za ucho i oba miał naderwane. Z radością przeczytał w Internecie, że wiele firm wychodzi z Rosji.

Razem z Heleną, Edkiem, Aldoną, Kasią z Mietkiem zrobili zakupy potrzebnych Ukraińcom towarów i zanieśli do punktu przy ul. Łokietka.

A po powrocie trafił w Internecie na wiersz:

Wisławy Szymborskiej Krucjata Dzieci

Tam – w najżarliwszym z naszych miast
grzęzną twarzami w skrzepłą krew
trupy dziecięce.

Pierwsza zabawa w wojnę – nie na niby,
pierwszy zuchwały start.
Ktoś pokazał. Spróbował. Teraz to już żart.
Strzelać – to takie proste. Nie chybi.
Pierwsza przygoda. Prawdziwa dorosła.
Ściska flaszkę z benzyną baczny i uparty.
Wczoraj były trzy tanki – dzisiaj będzie czwarty.
Ręce zniecierpliwione wyprzedzają rozkaz.

Poprzez miasto walące się w gruz,
w płomienie, których już nikt nie potrafi spętać,
zbrojna w zawarte pięści, zastygła w okrzyku
brnie pod kul gęsty, ciepły grad
krucjata małych uliczników.

Oczy nasze zmęczone są pamięcią świeżą,
lecz ręce wiedzą, wierzą.
Ręce, których mamy unieść ciężar świata
wiedzą: świat się odrodzi bez wojennych widm,
że wypłaci bez reszty za zdeptane lata
i wierzą w nowy ład i rytm.

… i może też dla tego
dławi nas dniem i nocą
najsmutniejsze: dlaczego,
milczące: po co,
-trupy poległych dzieci.

(z tomu „Czarna piosenka”)

Wirus wojny (cz. 115)

To przedostatnia część mojej powieści w odcinkach. Starałam się ocieplić panującą sytuację życzliwymi bohaterami i poczuciem humoru. Wojna w Ukrainie odebrała mi chęć żartowania.

Pod tekstem podaję datę napisania.

Następne wpisy będą zawierać recenzje książek, krótkie opowiadania lub prywatne relacje.

**********************************************************

Ajahn Brahm

Pewnego dnia mysz zauważyła, że właściciel farmy zastawił pułapkę na myszy. Opowiedziała o tym kurczakowi, owcy i krowie.

Ale wszyscy odpowiedzieli:

– Pułapka na myszy to twój problem, to nie ma z nami nic wspólnego!

Nieco później wąż wpadł w pułapkę na myszy – i ugryzł żonę rolnika. Próbując ją wyleczyć, zrobili rosół dla jego żony. Następnie zabili owce, aby nakarmić wszystkich, którzy przyszli odwiedzić chorą kobietę. I wreszcie zabili krowę, aby odpowiednio nakarmić gości na pogrzebie.

I przez cały ten czas mysz obserwowała, co się dzieje przez dziurę w ścianie i myślała o rzeczach, które z nikim nie mają nic wspólnego.

Wacek przeczytał w internecie:

„Na końcu będziemy pamiętać nie słowa naszych wrogów ale milczenie naszych przyjaciół”.

– Czy robimy duże zapasy jedzenia? – zapytał w trakcie zakupów.

– Ale skąd! Żeby potem wyrzucać? Kupujemy tak jak zawsze, z lekkim zapasem na niedaleką przyszłość.

– Na szczęście benzyny do rowerów nie potrzebujemy tylko mięśni nóg. Ale musimy zwracać uwagę na kody kreskowe 460 – 469 i nie kupować rosyjskich produktów.

Po powrocie do domu usiedli przy stole i herbacie zakąszając daktylami.

– Popatrz jak Polacy świetnie organizują pomoc dla uciekających przed wojną Ukraińców – powiedziała Helena.

– I jak świetnie spisuje się ich prezydent. Proponowano mu wyjazd za granicę na co odpowiedział, że potrzebuje amunicji a nie przejażdżki.

Pasuje do niego:

Gdy wieje wiatr historii

Ludziom jak pięknym ptakom

Rosną skrzydła

Natomiast

Trzęsą się portki pętakom..

(Ballada o trzęsących się portkach – K.I. Gałczyński)

Oby tym pętakiem okazał się pusty emocjonalnie najeźdzca i psychopata.

– Ukraiński były premier spokojnie w mediach tłumaczył jak zrobić koktajle Mołotowa.

Butelka zapalająca (tzw. Koktajl Mołotowa) składa się ze szklanej butelki napełnionej w 2/3 łatwopalną cieczą (benzyna lub ropą), zazwyczaj zaczopowanej zwitkiem tkaniny stanowiącym lont. Jest to najpowszechniejszy ze względu na swą prostotę sposób budowy butelek zapalających. Jest on jednak dość niebezpieczny, gdyż butelka nie jest szczelnie zamknięta i istnieje prawdopodobieństwo, że przy przechyleniu butelki wypłynie więcej paliwa, niż jest w stanie wchłonąć materiał i może ono zwilżyć zewnętrzne ścianki butelki, co przy próbie zapalenia lontu może zakończyć się wypadkiem. Prawidłowo wykonany koktajl Mołotowa powinien mieć szczelną zatyczkę i lont przywiązany do szyjki butelki.

– A czy nareszcie do naszych władz dotarło, że Putin nie zamierza zatrzymać się na Ukrainie. Że chce zagarnąć wszystkie sąsiednie kraje, w tym Polskę?

– Raczej podepną się pod działania obywateli, bo sami nie są zdolni do empatii i pomocy.

–  Pamiętam powódź w 1997 roku, wtedy w telewizji wolontariusz apelował, aby darczyńcy nie opróżniali sobie piwnic i nie przynosili rzeczy kompletnie nie nadających się do użytku. Teraz też tak jest, niestety – powiedziała seniorka.

– Wtedy i pewnie teraz nie brakuje cwaniaków, którzy coś dla siebie zachachmęcą.

– A żeby im rączka spuchła.

– Najlepiej obie. I nóżki też.

– Węgry nie pomogą Ukrainie i nie pozwolą na przejazd dostaw przez swój kraj.

– No to życzę im braku pomocy w potrzebie.

– A nasz Ogród Zoologiczny przekazał 10 tysięcy euro zoo w Kijowie, a razem 15 tysięcy dla ogrodów na Ukrainie.

– Zwierzakom domowym idącym wraz z właścicielami też nasi pomagają.

– Serce rośnie gdy się na to patrzy i o tym słucha. Nie zostawia się domowników i przyjaciół w potrzebie a takie są zwierzątka.

– A co mają w głowie rosyjscy żołnierze, którym w czołgu zabrakło paliwa i poprosili ukraińskich policjantów o pomoc?

– Mają mózgi przeżarte przez putinowską propagandę, która głosiła, że jadą bronić Ukrainy przed wrogami i mieszkańcy powitają ich chlebem i solą oraz kwiatami.

– Oraz wódką i paliwem.

Pieśń o Bośni – Josif Brodski

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,

jesz posiłek, sadzasz tyłek

na kanapie, łykasz wino –

ludzie giną.

W miastach o dziwacznych nazwach

grad ołowiu, grzmot żelaza:

nieświadomi, co ich winą,

ludzie giną.

W wioskach, których nie wyśledzi

wzrok – bez krzyku, bez spowiedzi,

bez żegnania się z rodziną

ludzie giną.

Ludzie giną, gdy do urny

wrzucasz głos na nowych durni

z ich nie nową już doktryną:

“Nie tu giną”.

W stronach zbyt dalekich, by nas

przejąć mógł czyjś bólu grymas,

gdzie strach lecieć cherubinom –

ludzie giną.

Wbrew posągom i muzeom-

jako opał służy dziejom

przez stulecia po Kainie

ten, kto ginie.

W chwili, kiedy mecz oglądasz,

czytasz, co wykazał sondaż,

bawisz dziecko śmieszną miną –

ludzie giną.

Czas dzielący ludzkie byty

na zabójców i zabitych

zmieści cię w rubryce szerszej

tak, w tej pierwszej.

Napisane 24.02 – 2.03.2022 r.