Upalne miasto cz. 2

Poprzedni odcinek można przeczytać przewijając stronę. Pod nim poprosiłam czytelników o pomysły na ciąg dalszy ale w myśl porzekadła „Prosił/kazał pan – musiał sam” sama to wykonałam. W środę umieszczę recenzję książki. Zapraszam do czytania.

*************************************************************************

Upalne miasto 2

Fertyczna* sąsiadka złapała go jednak za gatki i przytrzymała.

–  A nie lepiej to po schodach? – zapytała.

– Nie, bo nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, trzy żony odeszły a z czwartą babą nie zdążyłem się ożenić, bo też dała nogę.

– To gratuluję osiągnięć życiowych – sąsiadka usiadła na leżaku zakładając nogę na nogę. A ja nie jestem siostrą miłosierdzia.

– Ale może chociaż opiekuńczą sąsiadką – Karol zrobił minę spaniela.

– Ha, ha, ha – spadaj, drugi raz nie złapię cię za gacie.

Po raz kolejny zniechęcony do rodu niewieściego Karol poczłapał do drzwi. Wdrapał się na swoje piętro zastając czekającego policjanta.

– Pan znowu tutaj? – zapytał przedstawiciela władzy.

– A tutaj, tutaj, czekam na pana.

– Jakieś dobre nowiny? – pełnym nadziei głosem przypuścił otwierając drzwi.

– Podejrzewamy, że to pańska matka wraz z kochankiem zabili pańskiego ojca. O, widzę, że pan posprzątał mieszkanie. Kot się pewnie ucieszył.

– Z którym?

– Co z którym?

– Z którym kochankiem? Ostatni spis cudzołożników wynosił pięć pozycji.

– To pan się orientuje w pozycjach łóżkowych własnej matki? Kamasutrę przerabia?

– Po pierwsze to moja macocha a poza tym chyba wszystkie dowcipy o policjantach to prawda.

– Na przykład który? Proszę opowiedzieć – zażądał organ.

– Ja dzisiaj jednak zwariuję – jęknął Karol. Przeszedł do kuchni i nalał sobie kranówki do kubka. Panu też wody? – spytał gościnnie.

– Dziękuję, niekoniecznie. Proszę przygotować listę kochanków matki. Imię, nazwisko, adres i numer telefonu.

– A RODO co na to?

– Tu chodzi o morderstwo a nie zabawę w „nie podam danych kochanków mamy”.

– To ja zadzwonię do swojego prawnika, bo widzę, że lekko nie będzie.

Wdowa i jej kochanek właśnie konsultowali się z doradcą prawnym, który powiedział:

– Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, więc proszę powiedzieć jak go zabiliście.

– Jakie zabiliście? – obruszyli się oboje. Sam utonął chociaż jest jak wieloryb i powinien zręcznie pływać – uściśliła wdowa już na czarno, choć nadal skąpo, odziana.

– A wie pan, że wieloryby to ssaki i płetwę ogonową mają poziomą a nie pionową jak ryby? – popisał się morską erudycją Wiesiek kochanek.

– Oszalał pan? – zdenerwował się prawnik.

-Nie, dlaczego? Taka jest prawda.

– Prawdą jest, że pani mąż nie żyje a wy tego nie traktujecie poważnie.

– Oj tam, oj tam. Śmiech to zdrowie, więc wyciągnijmy kij z rowka między pośladkami – zastępca utopionego nie tracił rezonu.

Wdowa poprawiła króciutką sukienkę, wyjęła z torebki kosmetyczkę, z niej pomadkę i lusterko. Pomalowała usta i spytała:

– Czy może pan odczytać nam testament?

– Tylko rodzinie, czyli pani i synowi. Proszę mu przekazać, żeby się ze mną skontaktował, ustalimy dzień i godzinę spotkania. Ale jeśli któreś z was zamordowało denata to majątek przechodzi na niewinnego.

– Ale z tego co wiem to Jan miał nieślubną córkę – powiedział kochanek.

– No żesz …, dopiero teraz mi to mówisz! – zasyczała kobieta.

– Nie chciałem cię denerwować, a w ogóle to nie była moja sprawa.

Prawnik nalał sobie wody do szklanki, rozpiął kołnierzyk koszuli, westchnął i upił dwa łyki.

– Czy znacie adres tej osoby? – zapytał.

– A skąd? Może Karol zna.

– To on wiedział? – wdowa wstała i rozładowując stres energicznie przemierzała biuro .

– Pojęcia nie mam ale kto wie.

– Już ja to z niego wycisnę –  obiecała Barbara.

Anna do zakupowej torby na kółkach włożyła portmonetkę, kartę płatniczą, chusteczki higieniczne i reklamówkę oraz spis planowanych zakupów. Postanowiła skorzystać z chłodniejszego dnia i zrobić trochę zapasów.

Na podwórku wyrzucając śmieci zajrzała do pojemnika na papier, bo czasem znajdowała w nim wyrzucone, w całkiem przyzwoitym, a nawet świetnym stanie książki. I nie chodzi tylko o treść.

Wlała też trochę wody do pojemnika dla ptaków i owadów. Najchętniej przylałaby komuś kto zarządził koszenie podwórkowego trawnika. Słońce wypaliło pozostałości i pozostało tylko rżysko a może ściernisko?

– No bo jak się nazywa to coś co pozostało po ścięciu trawy jeśli oba te wyrazy oznaczają pole po ścięciu zboża? – zapytała siebie w myślach.

Podreptała.

. bo prawie osiemdziesiątkę miała, w kierunku sklepu. Wiatr ją chwilami owiewał a momentami słonce przypiekało.

– Nie posmarowałam się kremem z filtrem a kapelusik został w domu. Ot, skleroza – starość nie radość – westchnęła.

– Pieniądze płyną ja wszystkie wodospady świata, trzeba napaść bank – postanowiła.

Do bankomatu podeszła i kartę wyciągnęła, trzymając ją w palcach najpierw kod-pin sobie trzy razy powtórzyła. Po wyjęciu pieniędzy poszła ciągnąc za sobą torbę. Z piekarni doleciał ją zapach świeżego chleba, z apteki syropu piniowego a z warzywniaka sfermentowanych owoców na których posilały się owady.

– Niedługo ptaki będą wydziobywać ziarenka ze słonecznika – przypomniała sobie zeszłoroczną scenkę.

Karol pozostawiony sam sobie pozbierał wyschnięte ubrania, poskładał je i ułożył na pólkach i szufladach.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++

*Fertyczny – ruchliwy, zwinny, zręczny

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Upalne miasto

W małym mieszkaniu na dziesiątym piętrze stosy brudnych rzeczy wylewały się tęczową strugą z kosza ustawionego w kącie przedpokoju. Wtórowały im niepozmywane naczynia w zlewozmywaku.

Pokój nie był gorszy – ktoś lub coś powywlekał ubrania, dokumenty i książki z szuflad i półek. Na jednym ze stosów siedział bury kot spokojnie wylizując futerko.

Na tapczanie leżał czterdziestoletni facet w samych gatkach w kwiatki. Otoczony kilkoma pustymi butelkami po piwie.

– Widzisz Felek – odeszła – powiedział. Nie rozumiem dlaczego? Przecież obaj jesteśmy wspaniali, prawda?

– Miau – usłyszał w odpowiedzi. No, właśnie.

 Karol próbował się podnieść z legowiska składającego się z poturbowanej, nieświeżej, poplamionej pościeli. Nie udał mu się ten wyczyn więc z głębokim westchnieniem opadł.

Słońce prażyło bezlitośnie, całe miasto ledwo dyszało. Asfalt się topił, rzeka wysychała, woda w kranach ciurkała tylko do drugiego piętra. Szyny i tory wygięły się w proteście, tramwajom oraz autobusom zapaliły się instalacje.

Władze miasta ogłosiły stan wyjątkowy i wyjechały nad morze do wypasionego pensjonatu, aby nabierać sił po mailowych napaściach sfrustrowanych mieszkańców. Obawiali się też rękoczynów ze strony co bardziej zdeterminowanych. A ochroniarze zwani strażnikami rozbestwili się i żądali podwyżki płac zamiast, pokornie,  strzec swoich zwierzchników.

– Uch, jak ja nie znoszę tej klasy robotniczej – powiedział regionalny szef związków zawodowych zanurzając swoją cielesną obfitość w basenie przy niedawno wzniesionej rezydencji. – Marysiu, niech Marysia przyniesie mi czteropak piwa z lodówki. I dużo kabanosów – zawołał. A co będzie na obiad?

– To co pan lubi najbardziej – usłyszał z okna.

– Ty to byś pewnie chciał kilku rozebranych panienek chętnych do bunga – bunga – zza rogu domu wyszedł szczupły zastępca pluskającego się. A viagrę kupiłeś?

– Nie żartuj, ja jeszcze dużo mogę bez wspomagania – odparował szef gramoląc się z basenu. Niestety tak niezgrabnie, że uderzył głową o wykafelkowany kant pojemnika i spłynął na dno basenu. Zastępca nie zważając na to spokojnie wszedł do chłodnego domu, sięgnął do barku, zrobił sobie drinka o nazwie Black Russian bo był fanem Puszkina a ten prawnukiem czarnoskórego niewolnika przywiezionego do Rosji przez rosyjskiego dyplomatę w prezencie dla cara Piotra I.

Tak więc Wiesiek wrzucił do  wysokiej szklanki pięć kostek lodu, chlusnął sporo wódki dodał likieru kawowego i  pomieszał srebrnym nożem leżącym na stole.

Zdjął letnią szarą marynarkę,  powiesił na oparciu jednego z sześciu tapicerowanych krzeseł i usiadł sobie wygodnie w fotelu przy stoliku umiejscowionym we wnęce salonu blisko wyjścia na taras. Popijając ulubiony trunek wygrzebał w pamięci informację, że pradziadek Puszkina pochodził z północnego Kamerunu, z miejscowości Logone. Miał szczęście, że car kazał go kształcić, a że chłopak był zdolny to został inżynierem.

– Czarny a zdolny, a na świecie tylu białych idiotów – westchnął rasistowsko dopijając drinka.

Gdy odstawiał szklankę weszła do pokoju pani domu w bardzo dopasowanej bluzce i takiejż, nie za długiej spódnicy.

 – O, jesteś, a gdzież to mój równie szanowny co szczupły małżonek – zapytała robiąc sobie ulubionego drinka składającego się z wermutu, soku pomarańczowego, wódki i lodu oraz szczypty cynamonu. Drink nazwała swoim imieniem Persefona. Bogini ta została porwana przez boga Hadesa gdy wraz z towarzyszkami bawiła się na łące.

– I tak tkwię w tym piekle – westchnęła popijając. – On kiedyś był uczciwy i przystojny a ja piękna i młoda. A teraz on ma sylwetkę wieloryba a ja wydatki na medycynę estetyczną. Wszystko schodzi na nierasowe psy. I zrobiła sobie drugiego drinka.

Wiesiek zapytał:

– A może krótką kreseczkę wciągniesz?

– A wciągnę, dlaczego nie?

 Z barku wyciągnęła dwie słomki do koktajli i przysiadła do stolika czekając aż Wiesiek uformuje dwie białe ścieżki. Rozpięła dwa guziki jedwabnej bluzki i zrzuciła espadryle. Spódnica zwinnie podsunęła się w górę ukazując brak stringów.

Mężczyzna rozpiął guzik dżinsowych spodni. Wciągnęli proszek i lekko zataczając się przeszli do łazienki gdzie razem wzięli prysznic. W pokoju gościnnym, tak jak to robili od wielu miesięcy, powoli położyli się na pościelonym podwójnym łóżku. Choć znali mapę własnych ciał ich ręce z przyjemnością podążały znanymi trasami.

   Do drzwi mieszkania Karola ktoś zadzwonił i uparcie to powtarzał budząc go z leniwego letargu. Jeszcze nie całkiem przytomny wstał i otworzył drzwi.

– Dzień dobry, o – widzę, że nie bardzo. Ale muszę z panem porozmawiać.

– Kim pan jest do cholery? – uprzejmie spytał gospodarz.

– Policjantem.

– Zrobiłem coś?

– To się dopiero okaże. Nie żyje pański ojciec. Utopił się.

– Przecież umiał pływać – zdziwił się Karol.

– Sprawdzamy czy to wypadek, czy mu ktoś pomógł. Proszę nie wyjeżdżać z miasta. Swoją drogą mógłby pan tu trochę posprzątać – powiedział policjant po czym odwrócił się i zszedł po schodach.

Kot otarł się o nogi mężczyzny.

– Chodź Felek, posprzątamy ten bardak. Władza ma zawsze rację – prawda?

– Miau – potwierdził kot.

– Swoją drogą to się żona ojca ucieszy, że ma starego upierdliwca z głowy. Chyba że udowodnią jej winę ale taka głupia to ona nie jest.

Pozbierał wszystkie części garderoby i posegregował kolorami, tyle pamiętał z nauk pierwszej żony. Włożył pierwszą część do pralki, której umiejętność obsługi zawdzięczał drugiej połowicy. Trzecia nauczyła go zmywać i sprzątać. Czwarta kobieta trzy dni temu spakowała co miała, pokazała mu wyciągnięty palec i opuściła mówiąc:

– Jakie to szczęście, że za ciebie jednak nie wyszłam.

Karol całkiem spokojnie i  bardzo powoli wszystko wyprał, porozwieszał i posprzątał a potem nakarmił kota. Dla siebie zamówił pizzę. Nie starczyło kobiet w jego życiu, aby nauczył się gotować.

Zadzwoniła komórka.

– Tak, wiem, był policjant. Dobrze, pomogę. To zadzwoń jak wydadzą ciało. Co ty powiesz – napisał testament? A znasz jego treść? Acha, jest u adwokata. No to czekają nas niespodzianki tylko nie wiem czy miłe. Cześć. A przy okazji czy są u was klucze do mojego mieszkania? Tak? To dobrze. A nie, nic – tylko pytam.

Otworzył okno, stanął na parapecie i skoczył.

– Kurwa, zapomniałem, że zamówiłem pizzę – lecąc sobie przypomniał i wylądował dwa piętra niżej na tarasie sąsiadów gdzie rozłożono gruby materac. Akurat opalająca się na nim młoda kobieta poszła do kuchni po wodę.

– O, dzień dobry, skąd się pan tu wziął? – zapytała popijając z butelki.

– A z mojego okna dwa piętra wyżej – odparł nieskonfundowany sytuacją. Tym bardziej, że sąsiadka była młoda i tylko w skąpym bikini.

– Czyli tak sobie pan wypadł i wpadł do mnie? – uściśliła sytuację.

– No, właśnie – tak jakoś to wyszło.

– I co teraz? Napije się pan wody?

– A poproszę, może z kostką lodu i odrobiną wódki?

– Bez przesady, niezaproszonym gościom drinków nie robię. Najwyżej woda.

– To ja dziękuję i lecę.

Przechylił się gwałtownie przez barierkę tarasu i poleciał w dół.

Czytelniku dopisz ciąg dalszy: czy Karol zatrzymał się na następnym tarasie, czy tam poczęstowano go alkoholowym drinkiem, czy zjadł zamówioną pizzę oraz co ojciec zapisał mu w testamencie.

Niedopasowana

Sayaka Murata – Dziewczyna z konbini.  Wydawn. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019; Seria z żurawiem

WSTĘP: Konbini to niewielkie sklepy czynne całą dobę, w których można kupić artykuły pierwszej potrzeby.

O autorce:

Sayaka Murata urodziła się 14.08. 1979 r. w Inzai, Japonia. Już w szkole podstawowej zaczęła pisać a zadebiutowała w 2003 roku opowiadaniem „Junyn”, które powstało w trakcie jej studiów.

„Dziewczyna z konbini” to jej dziesiąta powieść, przetłumaczona została na dwadzieścia języków. Powstała na podstawie własnych doświadczeń autorki.

W 2016 roku otrzymała tytuł kobiety roku japońskiego „Vogue`a”.

O książce:

Keiko Furukura ma 36 lat i pracuje dorywczo w japońskim sklepie typu „żabka”. Od dziecka ma problem z rozpoznawaniem i okazywaniem emocji co, w dużym stopniu” izoluje ją od innych. Może cierpi na zespół Aspergera ale nikt tego nie zdiagnozował i jej nie pomógł. Keiko nie spełnia społecznych oczekiwań, czyli nie jest w związku, nie ma dzieci a nawet nie jest zatrudniona na etacie. Ale bardzo się stara dopasować do wszystkich  naśladując ich zachowania a nawet sposób mówienia. W czasie studiów zaczęła pracować w konbini i tam została na osiemnaście lat mimo skromnych zarobków.

Dzięki Keiko poznajemy ten rodzaj sklepu, oferowane artykuły i niektórych klientów. A także codzienny rytuał odprawy na którym kierownik mówi co danego dnia należy szczególnie polecać, na jakie produkty zwracać uwagę, a kończy się (co dla polskiego czytelnika może być zabawne) słowami – hasłami najczęściej powtarzanymi w czasie pracy. „Konbini to miejsce obowiązkowej normalności”.

Keiko bardzo odpowiadają sztywne zasady tam panujące. Nie jest Charlim z „Dzisiejszych czasów”, który zwariował wykonując codziennie te same ruchy, raczej „buntownikiem z wyboru” uciekającym od stereotypowego postrzegania jakim powinien być każdy człowiek. Czyli kobieta powinna wyjść za mąż i urodzić dziecko lub pracować na pełen etat i robić karierę. Mężczyznę też to obowiązuje. Szczególnie w  Japonii uniformizacja życia zapewnia społeczną akceptację a wyłamanie się z niej odrzucenie. „Ludzie wchodzą z buciorami w życie każdego, kto odbiega od normy”.

Dlatego Keiko próbuje sprostać tym oczekiwaniom za pomocą aseksualnego związku z kolegą z pracy.

Ten sklep to Japonia a może i cały świat wywierający presję, abyśmy spełniali oczekiwania większości i nie sprawiali kłopotu. A tym samym potwierdzali, że większość ma rację i dzięki temu przekonaniu może dobrze się czuć. A  ci inni psują im dobre mniemanie o sobie, sieją wątpliwość czy ich wybory są dobre i słuszne bo przecież można inaczej.

To książka o samotności, nieprzystosowaniu, społecznej presji do spełniania oczekiwanych ról, uniformizacji oraz niedopasowaniu. A przede wszystkim  o braku tolerancji dla inności. Napisana w taki sposób, że bohaterka zdobywa naszą sympatię, współczujemy jej i kibicujemy. Polecam.

Tytuły moich opowiadań i ich pierwsze zdania

Zadzwoniła do mnie dzisiaj koleżanka z którą byłam internowana w Gołdapi z różnymi wiadomościami a przy okazji powiedziała, że delektuje się moją książką. Bo przy pierwszym czytaniu zwracała uwagę tylko na fabułę a teraz na szczegóły. Jedna z recenzentek napisała, że w książce mej bawię się konwencjami i językiem. I to właśnie koleżankę zachwyca. Autorzy lubią mieć pogłaskane ego 🙂

Podobno pierwsze zdanie książki/opowiadania jest bardzo ważne, bo albo zachęca czytelnika lub wręcz odwrotnie. Oto tytuły 20 opowiadań z jakich składa się moja książka „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”  oraz ich pierwsze zdania. Założyłam sobie z góry, że tytuły będą słowami sugerującymi, że ktoś zginął.

Rąbnięta rocznikiem „Był sobie piękny letni dzień”.

– Zwłoki w Parku Szczytnickim „- Drugą pracę też zaczęłaś latem? – zapytała Ewa”.

– Śmiertelny duet przy Szewskiej „Druga połowa XX wieku, lata 80-te”.

– Ciało wystrzyżone „Budynek Imperium wyglądał jak kupa mimochodem upuszczona, w środku miasta przez dinozaura”.

– Topielec przy Galla Anonima „Był lipcowy wieczór 1997 roku we Wrocławiu”.

– Kościotrup pamiętający Breslau „ Trup leżał w Sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 45 przy ulicy Rafała Krajewskiego na Sępolnie”.

– Zimny trup obok liceum „Czy pamiętasz zimę na przełomie lat 2009 i 2010?”.

– Zeszła w kanciapie „Pewnego popołudnia oglądałam „Telewizyjny Klub Seniora”.

– Denni denaci „Ta sobota była pełna słońca a lekki wiaterek rozpędzał uliczne wonie”.

– Ofiara w ogrodzie „ Ewa wielokrotnie namawiała mnie na obejrzenie jej działki.”

– Poległa pod lampą „Jak każdego wieczoru, bocznymi drzwiami do biblioteki, weszła sprzątaczka”.

– Otruci w pociągu „Wyszłam z windy wrocławskiego mrówkowca na szóstym piętrze nucąc „Wsiąść do pociągu…”.

– Morderstwo w muzeum „O godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć zadzwonił mój telefon stacjonarny”.

– Uduszona w piwnicy „Lato 2013roku było jakieś szare”.

– Parada wisielców  „W małym kinie nikt już dzisiaj nie gra na pianinie, nie ma już seansów w małym kinie”.

– Zmasakrowani w lochu „Obie z Ewą byłyśmy obrazem nędzy i rozpaczy czyli homo ledwo sapiens”.

– Zabójcza miłość, czyli co się przydarzyło pani M.? „Klatka schodowa przy ulicy Hercena 13 we Wrocławiu budziła jednocześnie podziw i zgrozę”.

– Konkursowa śmierć „Zebranie zespołu redakcyjnego „Dziennika Dolnośląskiego” wyznaczono na poniedziałkowe południe”.

– Zbrodnia na Psich Budach „Fasady kamieniczek stojących przy staromiejskiej uliczce zacierały się w zapadającym zmroku”.

– Spici w krzakach „ Misia nie żyje – powiedziałam setny raz tego dnia”.

Diamenty i dziewczyna

Kristen Ashley – Córka gliniarza. Rock Chick. Wydawn. Akurat 2020

WSTĘP: „Śmierć nie robi na nim wrażenia”

O autorce:

Kristen Ashley urodziła się 8 kwietnia w Gary, Indiana, mieszka w Phoenix. Napisała i wydała ponad 75 powieści. W tym cykl „Rock Chic” składający się z 9 części i  czteroczęściowy „Mężczyzna marzeń”. Są to powieści obyczajowe z silnym wątkiem miłosnym, czasem kryminalnym i erotycznymi scenami.

O książce:

Trzydziestoletnia India Savage odziedziczyła po babci księgarnio-antykwariat w której świetną kawę parzy zaniedbany nieco Rosie. Indy jest wysoką, niebanalną w swoim stylu bycia, laską, którą zachwyca się każdy facet. Jest córką policjanta zaprzyjaźnionego z rodziną Nightingalów do której należy jej przyjaciółka Ally oraz bracia Hank i Liam zwany Lee.
Dla Indy „Dorastanie wydawało się niezbyt fajne” więc radośnie pakowała się w kolejne kłopoty nie słuchając dobrych rad.

Wszyscy męscy pozytywni bohaterowie są wysocy, przystojni, seksowni, opiekuńczy i świetni w różne klocki, nawet łóżkowe.

Aż tu nagle przed księgarnią ktoś strzela do bohaterki rozpoczynając serię wydarzeń typu: porwanie, mordobicie, strzelanie, używanie paralizatora, krępowanie kajdankami nie tylko przestępców, pościgi i wybuchy samochodowe oraz seksistowskie odzywki. Między tymi atrakcjami jest plantacja marihuany, zaginione diamenty, mafia i kombatant z Wietnamu właściciel kotów. Sąsiedzi Indy to para gejów z pieskiem, jeden z nich to drag queen. Ma ona też natrętnego wielbiciela, który jest paskudny ale  uważa się za amanta wszechświata.

Jednak India od piątego roku życia kocha Liama tylko jakoś im się, jak dotąd, nie układało. Wszystko zmieniło się po jej porwaniu, bo Lee jest jak z komiksu o Supermanie i ją ratuje.

Od „365 twarzy Greya” widocznie jest taki przymus i moda więc książka okraszona jest wieloma scenami erotycznymi przerywanymi a to dzwonkiem telefonu do faceta wzywającego go do działania, a to natrętnym pukaniem do drzwi w tym samym celu. A bohater wprawdzie kocha  kobietę ale bardziej swoją pracę i wypasione sprzęty do jej wykonywania. I oczekuje podziwu oraz akceptacji.

Relacja jest w pierwszej osobie i kobieta nie szczędzi nam szczegółowych opisów swojej garderoby, makijażu oraz tyłka, oczu i mięśni kochanka. Zbyt często jak dla mnie.

Książkę ratuje poczucie humoru bohaterki, jej komentarze i niepokorny charakter oraz parę zabawnych scen jak ta w barze oparta na wzorach ze slapstickowych komedii.

Jest to mieszanka rozrywkowa kryminalno – erotyczno – komediowa. Czy strawna sami sprawdźcie, niczego nie narzucam.

Wszystko już było

„Gazeta Wyborcza” w dodatku „Duży Format”, w latach dwutysięcznych prowadziła rubrykę pt.: „Czytelnicy do pióra”. Pan redaktor zadawał temat a chętni pisali i teksty do redakcji przysyłali.

Jedno z zadań: „Z pamiętnika starego tetryka proza miała być, panie, lekko sklerotyczna i taka, panie tego, stetryczała nieco, i żeby się narratorowi tak czasem mimo woli, jak to panie, popularnie mówią, rymnęło. O. Taka miała być i gderliwa też na ogół była.

Mój tekst wydrukowano poprzedzając tymi słowy:

Pani Irena Brojek z Wrocławia debiutuje na podium lapidarnie i przekonywająco. Witamy! Nagroda – „Królowa” Karen Essex.

GW DF nr 18, z 17. maja 2004 roku.

Pisząc to miałam 55 lat, czyli do stetryczenia było mi daleko.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

TYTUŁ: Wszystko już było

Środek nocy. Ciśnienie na pęcherz. Wstaję. Z trudem. Żona i pies chrapią. Ja człapię.

Ranek. Zbyt wczesny. Durne ptaki się drą. Pies lata za pchłą. Na ogonie. Żona w wannie. Niech tam zostannie.

Południe. Nudnie i paskudnie. Głupie słońce świeci. Wrzeszczą podłe dzieci. Na co to komu. Wstaję z ławki i idę do domu.

Obiad. Ja siorbię, żona kłapie szczęką. Życie jest wieczną męką.

Popołudnie. Drzemka. Śniło mi się… Co mi się śniło? Wszystko już było. Żona cała w serialu. Azja na palu.

Wieczorem. Co tam, panie, w polityce? Znowu się błaźnicie! Ja to bym ich wszystkich… jak Azję. Przed wojną to… Żona spaliła bigos. Pies liże nos.

W nocy. Znowu mnie dusi. A może to żona? Poszedł psie głupi!

Nie tylko malarze

Marek Sołtysik – Klan Kossaków, Wyd. 2 zmienione, Wydawn. Arkady 2020

WSTĘP: „O Kossakach, zepchniętych niegdyś na margines, trzeba pisać”.

O autorze: Marek Sołtysik urodził się 19 lipca 1950 roku w Olkuszu. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Jest pisarzem, eseistą, poetą, wykładowcą akademickim i krytykiem sztuki. Napisał 30  książek, m.in. Klan Matejków; Zbrodniarze i cudotwórcy; Jak upadają wielcy; Mocne ramiona pani Kicz; Sekrety nieśmiertelnych; Czułość i podniecenie.

O książce:

Autor we wstępie napisał: „Ludzie z mojego otoczenia znali Wojciecha i Jerzego. Ich relacje, pozbawione stronniczości, uchroniły mnie przed błędami…”.

Za to wiele błędów w swoim życiu popełnił każdy z członków tej rodziny, najmniej Juliusz a może nie ma na to dowodów.

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że siedzę z autorem w przytulnym saloniku i słucham jego opowieści. Autor ma ze sobą zdjęcia, reprodukcje obrazów i „Wspomnienia” Wojciecha Kossaka przełożone pocztówkami przedstawiającymi stary Kraków lub fragmenty prac  jednego z trzech malarzy.

A więc słucham o Juliuszu, zwanym „Preziem”, który był dzieckiem „najgorętszych uniesień miłości” i dlatego przesunięto mu o  47 dni datę urodzin. O nim matka mówiła, że był jedynym z pięciorga dzieci, które nigdy nic nie zepsuło.

Jemu to urodziły się bliźnięta jednojajowe: Wojciech i Tadeusz i tylko ten pierwszy kontynuował tradycję rodzinną. Za to drugi miał córkę pisarkę Zofię.

O Wojciechu sybarycie, romansowym bardzo a także pracowitym i hojnym. O jego dwóch córkach pisarkach, poetce i prozaiczce. I o synu Jerzym, którego wychowanie oraz wykształcenie ojciec zaniedbał i jakie tego były skutki.

O tym jakie były Magdalena o pseudonimie Samozwaniec i Maria zwana Lilką można dowiedzieć się z dwóch książek tej pierwszej: „Maria i Magdalena” oraz „Zalotnica niebieska”.

 „Klan Kossaków” nie jest opowieścią chronologiczną. Autor trochę, jak niesforna żabka, skacze po wydarzeniach i osobach. To się zatrzyma przy Wojciechu, a przypomni sobie o Magdalenie. Albo o Jerzym napomknie i przejdzie do jego siostry Simony co to w Puszczy Białowieskiej osiadła. Przy okazji polecam jej biografię „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”.

Skojarzy mu się nagle romans Wojciecha z piękną Zofią, więc o nim czytamy.

A potem o zarobkowych (i dlaczego takich) jego wyjazdach do Ameryki. A także o peregrynacjach po zamożnych domach bliższych i dalszych znajomych.

Najsmutniejszym fragmentem relacji jest ten dotyczący Jerzego. To postać tragiczna, z rujnującymi jego osobiście i rodzinę nałogami.

Nie pomogło mu stosowanie powiedzenia „Na frasunek dobry trunek”.

Zabrakło mi większego omówienia postaci Zofii Kossak – Szczuckiej.

Ta rodzina składała się z wielu twórczych postaci, każda z nich zasługuje na osobną biografię a tylko niektórzy takiej się doczekali.

Ale książkę, choć trochę powierzchowna, polecam bo widać z niej, że autor lubi te postaci i współczuje tym, którzy na to zasługują.

Babka na bank

Cóż poradzę, że znosi mnie w stronę kryminału? Ale jest i sporo obyczaju. Zapraszam 🙂

*********************************************************

                BABKA NA BANK – opowiadanie

Niewielki oddział banku usytuowany był  na spokojnym osiedlu, w budynku z lat sześćdziesiątych. Graficiarze mu nie odpuścili i  zaznaczyli swoją obecność niczym psy na spacerze. Dwoje pracowników weszło bocznymi drzwiami pół godziny przed rozpoczęciem przyjmowania interesantów.  Włączyli komputery i czajnik. Zagotowali wodę, włożyli torebki z podłą herbatą do firmowych kubków, którymi klienci pogardzili bo tak były piękne. Przedstawiały bowiem prezesa z kotem z jednej strony i premiera z drugiej.  Napis głosił: Polski Ład wam jest rad.

Barbara, w białej bluzce i ciemnych spodniach, ze złotymi kolczykami w uszach, sprawdziła czy ma na swoim stanowisku długopis, kartki duże i małe oraz czy drukarka jest czynna. Jej kolega Karol tego nie zrobił bo był pewien, że jest doskonały a więc i wszystko wokół niego. W razie czegoś nieoczekiwanego wykorzysta dobrze przygotowaną koleżankę.

– Baśka otwórz drzwi, już dziewiąta – powiedział poprawiając nienagannie ostrzyżoną fryzurę i sprawdzając sms-y w  smartfonie.

– Leń, obibok i wykorzystywacz – rzuciła w jego stronę. Ale spłynęło to po nim jak po stadzie kaczek, gęsi i łabędzi.

Izolda siedziała w sypialni przed toaletką lekko retuszując swoją nieprzemijającą, dzięki ingerencji medycyny estetycznej, urodę. Naturalnie rude włosy wiły się wokół jej twarzy jak miedziane sprężynki. Jej mąż mówił, w chwili złości, że to żmije jadowite tak jak ona.

– Kretyn – pomyślała malując usta. Popatrzyła na swoje paznokcie pokryte fioletowymi hybrydami z namalowanymi zielonymi żabami bo lubiła kumkające.

Zdjęła podomkę, z szafy wyjęła dżinsy i błękitny sweterek. Sprawdziła zawartość torebki wiszącej na oparciu krzesła, zapięła ją i zachichotała.

Z toaletki wzięła telefon i wybrała jeden kontakt.

– Jestem przygotowana i zdecydowana. Ty też, mam nadzieję? Przecież wszystko ustaliliśmy, miałeś tylko przygotować ewakuację. Bilety na samolot masz? To przyjedź taksówką po moje walizki. I ubierz się tak, żeby cię nikt potem nie rozpoznał. Wiem, że sto razy ci to mówiłam, tylko przypominam. Czekaj na mnie tam gdzie wiesz.

Odłożyła telefon, ze stosiku białych karteczek oderwała jedną, wyjęła z kubka długopis i napisała:

„Kochana, wyjeżdżam na długie wakacje, bo jestem bardzo zmęczona. Jesteś już dużą dziewczynką, poradzisz sobie. Dbaj o koty. Zostawiam ci kartę do osobnego konta”.

Odłożyła długopis, przeszła do sąsiedniego pokoju, notatkę położyła na biurku córki a na niej kartę bankomatową.

W przedpokoju włożyła adidasy, szarą kurtkę, szarą czapkę i popielaty szalik. Czarną dużą torebkę zarzuciła na ramię. Bardzo chciała, aby wszystko się jej udało więc ludowym rosyjskim zwyczajem przysiadła na krześle. Oparła głowę o ścianę wspominając dzieciństwo na wsi i dojazdy do szkoły rozklekotanym autobusem. Ciążę z dopiero co poznanym na zabawie, chłopakiem. Wyklinających ją rodziców i aborcję u przekupionego lekarza.

Energicznie wstała otrzepując się z ponurych myśli. Pogasiła światła, sprawdziła czy wszystkie okna są zamknięte, pogłaskała koty, zmieniła wodę w miseczce i dosypała karmy. Wyszła na korytarz i zamknęła drzwi trzema kluczami.

Otworzyła garaż i wyprowadziła elektryczną hulajnogę.

– Hulaj dusza, piekła nie ma – powiedziała pod nosem. I włączyła pojazd.

Dyrektor banku ściągnął do pracy koło południa w stanie wskazującym na zużycie. Miał na sobie wymięty garnitur, poplamiony krawat i koszulę trzeciej świeżości. W gabinetowej lodówce zawsze czekał na niego kefir oraz soki z kiszonych ogórków i pomidorów. Sprzątaczka miała obowiązek na bieżąco uzupełniać zestaw. Na szczęście nie na swój koszt. Czasem sama też korzystała z tych zasobów. O wiele rzadziej jednak niż przełożony, który właśnie usiadł na wygodnym fotelu i sięgnął do lodówki. Otworzył ją i wyciągnął litrową butelkę kefiru. Nie zauważył, że z półki wyskoczyła myszka. Tym razem nie była biała jak trzy dni temu gdy miał,  przechodzoną w domu, delirkę. Na szczęście zawsze w takich wypadkach pomagał mu szkolny kolega będący sanitariuszem. Kroplówką odtruwał go do następnego razu. Tym razem powinien wystarczyć kefir – pomyślał wlewając w usta kwaśny płyn.

Musiał zapić każdą wizytę gościa, któremu prał pieniądze.

– Jak ja się w to wplątałem? – myślał w rzadkich chwilach refleksji. Odpowiedź była prosta – obiecano mu, że to będzie jednorazowa akcja. I on, kretyn, uwierzył. Owszem, opłaciło mu się. Piękny dom, piękna żona, utalentowana muzycznie córka dziwnie do niego niepodobna no i dwa przymilne koty. Nie wspominając o dwóch drogich samochodach, wakacjach na Seszelach, domu w Hiszpanii i licznych kontach za granicą. Tylko poczucie nieustannego zagrożenia mąciło jego spokój i pogłębiało nałóg.

– A taki byłem zdolny – przypomniał sobie sukcesy w szkole i na uczelni. Śpiewał tam w chórze i udzielał się w kole plastycznym. Obrazy leżały zakurzone na strychu domu, a głos stracił moc i barwę.

– Muszę odczepić się od tego gościa – postanowił. Tylko jak? Wynająć płatnego zabójcę? Dosypać trucizny do picia lub jedzenia? Skąd wziąć truciznę? I jeszcze musiałem zatrudnić tego dupka, który nadaje się do pracy jak ja do baletu. Czknął, rozwiązał krawat i wrzucił go do kosza.

Izolda podjechała do kawiarni, wprowadziła na zaplecze hulajnogę i przywitała się ze swoją siostrą Imogeną, która była właścicielką lokalu. Obie miały innych ojców ale po matce odziedziczyły rudowłosość. I bardzo się lubiły.

– Jesteś zdecydowana? – zapytała kawiarniana siostra.

– Pewnie. Wszystko przyszykowane i zorganizowane.

– Ufasz mu?

– Tak, z małą nutką niepewności, ale i na tę ewentualność jestem przygotowana.

– To świetnie. Napijesz się kawy?

– Chętnie. Pomoże mi precyzyjniej działać.

– To siadaj przy stoliku, może jakiś deserek, na przykład tiramisu?

– A daj, nie wiem kiedy będę znowu jadła.

Iza popijając kawę i powolutku smakując smakołyk wspominała dziecięcy zachwyt watą cukrową i krówkami ciągutkami.

Wysączyła ostatnią kroplę napoju, oblizała łyżeczkę, wytarła serwetką usta i wstała z krzesła. Bez słowa pocałowała siostrę w policzek. Wyszła z kawiarni zostawiając tam hulajnogę. Powoli wkładając na twarz maseczkę przeszła na drugą stronę ulicy i otworzyła drzwi do banku. Podeszła do stanowiska przy którym obsługiwał Karol, wyciągnęła z torby pistolet i strzeliła dwa razy.

Z gabinetu wyszedł Adam dyrektor. Zachwiał się w progu i krzyknął:

– Iza, co ty robisz?

Kobieta nie zwracając na niego uwagi spokojnie schowała pistolet do torebki i wyszła z banku. Wsiadła do czekającego na nią auta i odjechała.

Na lotnisku czekał na nią pracownik obsługi, przekazał bilet i klucz do skrytki bagażowej życząc udanego lotu.

Dyrektor wysłał sms-a do córki:

– Matka zabiła Karola.

A ona odpisała:

– Dobrze mu tak.

– Ale dlaczego?

– Bo był jej i moim kochankiem.

– A ja myślałem, że jest gejem.

– To też go interesowało. Zadzwoniłeś na policję?

– I do ojca Karola. Ten to da mi popalić.

– Przecież nie ty go zabiłeś!

– Ale moja żona.

– Pamiętaj, że rozwiedziona.   

– Myślisz, że oni to wezmą pod uwagę?

– Byli świadkowie?

– Tylko Baśka.

– Nie martw się na zapas. Pa.

Dawno i prawda

Joanna Olczak – Ronikier  –  Wtedy. O powojennym Krakowie. Wydawn. Znak Kraków 2011

WSTĘP: „Opisałam przeszłość, którą pamiętam”

O autorce:

Joanna Olczak – Ronikier urodziła się 12 listopada 1934 roku. Jest pisarką i scenarzystką. Jedną z założycielem kabaretu „Piwnica pod Baranami”. Napisała „Korczak. Próba biografii”; monografię „Piwnicy pod Baranami”; biografię Piotra Skrzyneckiego; sztukę teatralna „Ja – Napoleon”, scenariusz widowiska teatralnego „Z biegiem lat, z biegiem dni” granego w Teatrze Starym w reżyserii Andrzeja Wajdy, później zekranizowanego dla telewizji oraz „W ogrodzie pamięci” za którą otrzymała Nagrodę Literacką Nike w 2002 roku.

O książce:

Książka „W ogrodzie pamięci” (bardzo polecam ją do przeczytania) opisuje dzieje rodziny autorki od 1867 do 1945 roku. A miała ona wielkie zasługi dla polskiej kultury. Dziadek Jakub Mortkowicz był właścicielem wydawnictwa, które, po jego śmierci, prowadziły babka i matka autorki. Wojna zabrała im wszystko – dom, majątek, wydawnictwo, dobre i twórcze życie.

Po wojnie matka i babka, zapewne na skutek tych strat, nie wyrzucały żadnego zapisanego świstka, a przede wszystkim listów. Stały się one dla autorki nieocenionym źródłem wiedzy o tamtych czasach i ludziach.

Tutaj autorka skupia się na życiu w powojennym Krakowie ale powraca też wspomnieniami do losów swoich i rodziny w czasie II wojny. Opisuje swoją tułaczkę i stosowanie zasady rebe Nachmana: „Człowiek o swojej rozpaczy powinien rozmawiać tylko z Bogiem. I nie dłużej niż kwadrans na dobę”.

Poznajemy historię domu przy ulicy Krupniczej gdzie mieszkało wielu twórców jak Wisława Szymborska, Sławomir Mrożek, Gałczyński, Szaniawski, Dygat, Kazimierz Brandys, Różewicz a także babka i matka autorki. W jaki sposób organizowali sobie tam życie i jakie niedogodności musieli znosić, aby „… opowiedzieć o tym niepojętym, które się wydarzyło”. „Danie świadectwa przeszłości uważali za swój obowiązek”.

Opisuje nieustanne zabiegi matki, aby utrzymać całą trójkę bo babka żyła mentalnie przed wojną. 

Przybliża nam historię teatru lalkowego „Groteska”, prywatne sklepiki  i lodziarnię. Podwórko na którym się bawiła.  Wesołe miasteczko, fotoplastikon, turlanie się z wykopów, skakanie z szafy. O tym wszystkim pisze z dużym sentymentem: „Nie zmartwychwstają raje mojego dzieciństwa, nie powrócą smaki i zapachy tamtych zgrzebnych lat”.

Wspomina Leopolda Staffa jej ojca chrzestnego. Bibliotekę z której wypożyczała książki – „W katalogach (księgi w czarnych, ceratowych okładkach) pochyłymi, staroświeckim i literami wymienione były alfabetycznie nazwiska autorów, tytuły i numery dzieł”. Opowiada o przyjaźni z córką Gałczyńskiego i o tym, że ojciec przyjaciółki  uważał „…że jedyny ratunek przed rzeczywistością to nie traktować jej zbyt serio”.

Nad powojennym życiem Polaków ciągle wisiał cień wojny, który powodował, że nie opowiadało się o sobie, nie zadawało pytań.

Część jej rodziny mieszkała w Stanach, autorka cytuje wymieniane z nimi listy. I pobyt tam swojej matki.

Babka i matka autorki reaktywowały rodzinne przedwojenne  wydawnictwo, nawet dawały pisarzom zaliczki na poczet przyszłych utworów. Ale długo to nie trwało, bo upaństwowiono wszystkie teatry, kina, radio i drukarnie, papier stał się monopolem państwowym. A nad wszystkim czuwała cenzura.

Jest też historia dzieł wszystkich Kamila Cypriana Norwida opracowywanych przez Miriama Przesmyckiego.

Kończy swoje wspomnienia: „Nie chcę opowiadać o tym, co działo się później. Zbyt trudne, zbyt smutne”.

Rozstanie

Opowiadanie powstało jako ćwiczenie zadane przez trenerkę pisania Beatę Wawryniuk. Miało być o rozstaniu, krótkie i z elementem/osobą przeszkadzającą parze bohaterów.

************************************************************************

Zaskoczyło ją, zaproponowane przez Jacka, miejsce spotkania. Zawsze był to porządny lokal a dzisiaj bar mleczny. Bo tam są placki ziemniaczane takie jak lubię – uzasadnił. I mam blisko do domu.

– Ale może to i lepiej – stwierdziła. Zamówię sobie barowy zestaw obowiązkowy, ruskie i kefir, zdążę zjeść bo on przecież i tak się spóźni.

– Jak bar mleczny to dżinsy, sweter i polarowa kurtka będą odpowiednie. I bez makijażu, nie będę się wysilać – pomyślała.

Wysiadła z tramwaju na sąsiednim osiedlu, przeszła dwa razy przez ulice na skrzyżowaniu, obejrzała wystawę kwiaciarni i po kilku krokach popchnęła drzwi prawie pustego baru. Zamówiła w kasie jedzenie i usiadła przy oknie. Czekając przeglądała informacje na facebooku i instagramie. Wpisała kilka komentarzy.

Kończąc ostatniego pieroga zobaczyła Jacka w drzwiach. Jak zwykle był nieuczesany i niedokładnie ogolony. Miał na sobie płaszcz po tatusiu, modny w latach sześćdziesiątych XX wieku.

– No, jest mój misiaczek – westchnęła. Spóźniony pół godziny.

– Jesteś już? – zdziwił się. O i zjadłaś? To ja sobie zamówię placki.

Wracając zawadził o krzesło, które przewróciło się z hukiem na kafelki podłogi.

– Mam ci coś ważnego do powiedzenia – zakomunikował z poważną miną.

– Placki ziemniaczane do odebrania – usłyszeli zza lady.

Jacek wstał po ulubione danie. Z talerzem w ręce usiadł, rozejrzał się i powiedział:

– Możesz mi przynieść sztućce? – poprosił.

– Monika bez słowa wstała.

– Masz – cisnęła nóż i widelec zawinięte w serwetkę.

– Coś ty taka jakaś dziwna?

– Nic, nic, porozmawiamy jak skończysz.

On jadł, ona przeglądała zawartość smartfona.

Wreszcie skończył, popił kefirem, odsapnął i powiedział:

– Pomyślałem, że możemy się pobrać. Mama się zgodziła.

Wyciągnął z kieszeni używaną chusteczkę higieniczną, rozwinął ją i wyjął cienki srebrny pierścionek z małym bursztynem.

– Mama mi dała dla ciebie – oznajmił z dumą.

– Ha, ha, ha, ha – roześmiała się Monika tak głośno, że nieliczni klienci spojrzeli na nią zaciekawieni. Od Ewy wiem, że znalazła sobie konkurenta za którego wychodzi za mąż. I wyjeżdża z miasta sprzedając mieszkanie. Postanowiła więc, że znajdziesz sobie frajerkę, która cię będzie utrzymywać i obsługiwać.

W tym momencie podszedł do nich mężczyzna po którym było widać, że życie go nie oszczędzało, prosząc:

– Państwo młodzi wspomóżcie mnie paroma złociszami, zjadłbym coś.

– Spadaj dziadu – warknął Jacek.

Monika sięgnęła do torebki i zapytała:

– Co panu zamówić?

– Przestań, nie widzisz, że to pijak?

–  Zamknij się, idioto. I zabierz ten nędzny pierścionek. Sam sobie go noś. Żadnego ślubu nie będzie. Koniec z nami. Wstała i razem z proszącym o obiad podeszła do lady.

Jacek siedział ogłuszony. Jak ona mogła, przecież było tak fajnie, zawsze płaciła za mnie, słuchała co mówię, nie zachwycała się co prawda… E, znajdę sobie lepszą.

Podszedł do lady i powiedział:

– Będziesz żałować, takich jak ty jest na pęczki.

Odwrócił się i szybko wyszedł przewracając kolejne krzesło.

– Pani nie żałuje, to jakiś dupek jest – stwierdził mężczyzna.

– Wiem, po to przyszłam, żeby z nim zerwać. Niech go mamusia hołubi do końca życia jak sobie go tak wychowała.