Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂
**************************************************************************
Skojarzenia ludzkie błąkają się po każdej dziedzinie, płaszczyźnie i temacie. A przodują dziecięce przekręcenia kolęd. W związku z tym dziś na profilu „Zwierzęta są głupie…” opisano JENOTA = mam na imię Jenny (bracia patrzcie jeno).
Jenoty trafiły do Polski z Litwy, Ukrainy i Białorusi tak jak nawozy potasowe, tanie zboże oraz fajki, które wypadły komuś z ciężarówki i tak jak one najliczniej występują na Pomorzu, Mazurach oraz na Podlasiu. Pierwszy raz jenot, który oryginalnie pochodzi aż z Azji, był u nas widziany w 1955 roku w puszczy białowieskiej, później rozlazł się po całej Polsce. Całej poza Karpatami, no bo jednak przepraszam, ale bez przesady.
Jenot jest aktywny przede wszystkim w nocy, a dzień spędza zwykle w jakiejś jaskini, wykrocie, dziupli lub norze po lisie albo borsuku. Czyli dokładnie tak jak Warszawiacy kiedy trafią na Warmię i Mazury, tylko wtedy to się nazywa agroturystyka lub glamping. Glamping jakby ktoś nie wiedział to taki wynalazek, że płacisz za namiot u kogoś za stodołą jak za pokój w Hiltonie, ale za to dostajesz sypanego jacobsa do łóżka i krowi placek przed drzwiami.
Skoro o plackach mowa, na zajmowanych terenach jenoty wyznaczają tzw. latryny, które są nie tylko miejscem załatwiania potrzeb fizjologicznych, ale i centrum życia towarzyskiego. Jenoty zostawiają tam wiadomości dla swoich współplemieńców. Na tej samej zasadzie, działają baseny publiczne oraz kąpieliska.
W przypadku zagrożenia jenot potrafi udawać martwe zwierzę, co patrząc na niego, nie jest wcale jakimś wielkim osiągnięciem. To najmniejszy psowaty występujący w naszym kraju i jedyny, który potrafi zapadać w sen zimowy. Ma od 50 do 80 cm długości, waży zwykle od 4 do 7 kilogramów i wygląda jak szop pracz gdyby jego ojcem był Ryszard Terlecki.
Co je jenot? Jenot je drobne gryzonie, żaby, jaszczurki, ślimaki, ptaki, owady, nasiona, a także padlinę. Czyli wszystko to, co znajdziecie w zapiekance kupionej nad wodą w krainie tysiąca jezior, szmateksów i budek z kebabem ze stolicą w Olsztynie.
Tanuki: to japońska nazwa jenota, albo szopa, borsuka, kunopsa lub rosomaka. Sprawa jest dosyć skomplikowana i nadaje się do czytania po 22, jak wszystko, co wymyślili Japończycy. Dlatego więcej o tanuki napiszę w kolejnym odcinku za tydzień albo wtedy kiedy zejdzie mi trauma po tym czego dowiedziałem się o nim do tej pory.
PS. Dziękuję Szymonowi za informację na temat roli, jaką jenot odegrał w polskiej muzyce sakralnej.
– O, widzę, że autor zabrał się do robienia sałatki jarzynowej lub ruskich pierogów stąd post o cebuli – pomyślała Anna.
CEBULA – polskie rajskie jabłuszko
„Uwielbiam zapach Polski o poranku”
Cebula to warzywo instytucja, duch pokoleń zamknięty w ponadczasowej formie. Oddech historii, od którego uciekają małe dzieci oraz zwierzęta. Uciekają, bo jeszcze nie wiedzą, że czasami zapach smażonej cebuli to jedyne co trzyma w całości ten poszarpany wojnami i nadmiarowymi składkami na ZUS kraj w centrum Europy. Nie wiedzą, że najlepsze pierogi ruskie to te podane na boku kilograma zeszklonej cebulki. Nie wiedzą, że tak jak ogry i cebula ludzie w pewnym wieku mają warstwy i tak samo jak w przypadku cebuli kiedy ktoś pod nie zajrzy, to może zapłakać.
O tym, że cebula, której botaniczna nazwa brzmi czosnek cebula, to rzecz święta wiedzieli już starożytni Egipcjanie. Wierzyli oni, że okrągły kształt i koncentryczne warstwy symbolizują życie wieczne. Pewnie dlatego uznali, że pakowanie cebul do oczodołów martwym faraonom, jest bardzo klawym pomysłem. Albo dlatego, że żaden kot, krokodyl ani inna święta mangusta nie chciały się tam po prostu już zmieścić.
Władcy Nilu i fani wszystkich świętości nie byli jednak pierwszymi miłośnikami cebuli. Najstarsze rysunki tego warzywa pochodzą sprzed 7 tysięcy lat i znaleziono je w wykopaliskach na terenie dzisiejszej Palestyny. Z kolei pierwsze ślady samej cebuli pochodzą sprzed 5000 lat. Obok znaleziono również figi i daktyle, co może wskazywać na obecność Chodakowskiej.
Sportowcy już dawno poznali się na cebuli. W starożytnej Grecji olimpijczycy zjadali cebulę, pili sok z cebuli i smarowali nią ciała, aby rozgrzać sobie mięśnie. Czy to działało? Do końca nie wiadomo, ale dawało pewną przewagę w sportach kontaktowych.
No dobra, bo wiem, że wszyscy na to czekali. Co zrobić, żeby mniej płakać podczas krojenia cebuli:
1. Wybrać najbardziej ostry nóż spośród posiadanych, bo tępe ostrze rozgniata większą ilość płaczogennych komórek cebuli.
2. Kroić cebulę od razu po wyjęciu z lodówki, zanim cholera załapie co się z nią dzieje
3. Kroić cebulę pod bieżącą wodę lub pod jej powierzchnią. W wodzie nikt nie zobaczy, że jesteście beksami.
Ale tak naprawdę nie warto wstydzić się łez. Szczególnie tych pocebulowych. To dobre, polskie łzy i przydadzą się kiedy przed wypłatą nie starczy na sól do smażonej cebuli. Aha, jeżeli z jakiegoś powodu chcielibyście pozbyć się cebulowego oddechu, wystarczy zjeść trochę natki pietruszki albo poczekać 2 lata.
No i oczywiście cebula jest afrodyzjakiem. Tak jak jabłka, kminek, śledzie i paprykarz szczeciński. Serio, wpiszcie sobie w Google dowolne warzywo, mięso lub gminę w mazowieckim, a potem dodajcie słowo „afrodyzjak”. Jedyne czego to dowodzi to, że wszystkie warzywa są seksi, a ludziom potrzeba jedynie pretekstu.
Listopad zakończył się boleśnie, bo lekarka po przebadaniu orzekła u seniorki zapalenie zatok (ponowne) i tchawicy. Męczyła się z dolegliwościami od soboty, diagnozy doczekała w czwartek. Podczas badania gdy Anna chciała wytrzeć nos lekarka będąca jej koleżanką, powiedziała:
– No, nie bądź taka higienistka. Muszę zobaczyć co tam się dzieje.
Apteka pobrała za leki prawie sto złotych.
Gdy seniorka siedziała na ławce pod wiatą przysiadła się dziewczynka jedząca rogala typu krłasant. Miała na głowie wielokolorową, prawie tęczową dzianinową czapkę, z uszami i wielkimi ustami oraz warkoczykami.
– Jak pani się nazywa? – zapytała mała.
– A ty jak masz na imię?
– Pola. Jak pani myśli moja czapka to małpa czy krowa?
Seniorka przyjrzała się i stwierdziła, że trudno jednoznacznie ocenić.
Ale zapytała:
– Czy ty jesteś tu sama? – Anna zapytała pamiętając socjologiczny eksperyment z chłopcem bez kurtki siedzącym na ławce w środku miasta.
– Nie, z mamą, tam stoi, ja jeszcze nie mogę chodzić sama.
– A na jaki autobus pani czeka? – dziewczynka kontynuowała kontakt międzyludzki.
– Na „A” – odpowiedziała seniorka dość rozbawiona zachowaniem małej.
– Przed chwilą jechało.
– Nie, to było 132.
– A dokąd pani jedzie?
– Do domu. A ty?
– Do Korony (galeria handlowa), wymienić buty.
– Nieudany zakup?
– Są za małe.
Nadjechał autobus linii „A”.
– Do widzenia Polu – powiedziała Anna podnosząc się z ławki.
– Do widzenia, miłego wieczoru – usłyszała wchodząc do pojazdu.
– Wzajemnie – odparła zanim drzwi się zamknęły. I pomyślała, że albo dziewczynka będzie miała łatwo w życiu z tą swoją kontaktowością, albo trafi na jakiegoś złego osobnika.
Rozpoczęły się Targi Dobrych Książek, więc po zabiegach Anna wsiadła do tramwaju linii prowadzącej bezpośrednio do miejsca targów. Pojazd był starego typu, dwuwagonowy i nieogrzewany. Jak miło.
– Lepiej czytać książkę „Tramwajem przez Wrocław” niż tak podróżować – pomyślała kąśliwie.
Na dobry początek kupiła nowy numer czasopisma „Książki” i z zamiarem tylko zbierania darmowych katalogów oraz zakładek i robienia zdjęć poszła ścieżkami między stoiskami. Trafiła na pojemnik z książkami po 12,-zł, coś ją tam zatrzymało i cztery książki kupić kazało. Miała nadzieję, że nie okażą się nudnymi bublami. Na promocję „tylko po pięć złotych” już się nie dała zwabić. Wabiły ją za to koty i te fotografowała oraz okładki książek z nietypowymi tytułami: „Kupa faktów o smrodzie”. Rozbawiły ją, obok siebie umieszczone, plakatowe podobizny Jana Miodka i Roberta Makłowicza. Pan od języka i od jedzenia, słodkie nazwisko i kulinarny gwiazdor. Ktoś miał niezły pomysł.
W stosie książek przecenionych znalazła „Boczne drogi” Joanny Chmielewskiej (7,- złotych) i Plutarcha „Żywoty sławnych mężów” wydane w Krakowie, w „Biblioteka Narodowa”, serja II, nr 3. Podpisał się też właściciel/ka: A. Hołubiecko (?), ucz. kl. IVa.
Druk W. i L. Anczyca. Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej. Książka jest introligatorsko oprawiona a na przedniej okładce odbite jest kółko po szklance lub kubku z napojem.
Właśnie ta KSW zapoczątkowała, w 1919 roku, wydawanie klasyki polskiej i światowej w serii „Biblioteka Narodowa” a nie Ossolineum, które przejęło ją dopiero w 1933 roku.
Tak więc nabyta książka jest wydaniem sprzed 1933 roku.
– Brawo ja za zakup, bo (sądzę, że na skutek oprawy usunięto zniszczoną oryginalną okładkę) nie ma nigdzie podanego roku wydania – pomyślała Anna..
Ci sławni mężowie to: Temistokles, Kamillus, Arystydes, Kato Stary, Perykles, Fabjusz Maksymus, Tymoleon, Aleksander, Tyberjusz i Gajusz Grakchowie, Marjusz (pisownia oryginalna).
