Upalne miasto 81

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

**************************************************************************

Skojarzenia ludzkie błąkają się po każdej dziedzinie, płaszczyźnie i temacie. A przodują dziecięce przekręcenia kolęd. W związku z tym dziś na profilu „Zwierzęta są głupie…” opisano JENOTA = mam na imię Jenny (bracia patrzcie jeno).

Jenoty trafiły do Polski z Litwy, Ukrainy i Białorusi tak jak nawozy potasowe, tanie zboże oraz fajki, które wypadły komuś z ciężarówki i tak jak one najliczniej występują na Pomorzu, Mazurach oraz na Podlasiu. Pierwszy raz jenot, który oryginalnie pochodzi aż z Azji, był u nas widziany w 1955 roku w puszczy białowieskiej, później rozlazł się po całej Polsce. Całej poza Karpatami, no bo jednak przepraszam, ale bez przesady.

Jenot jest aktywny przede wszystkim w nocy, a dzień spędza zwykle w jakiejś jaskini, wykrocie, dziupli lub norze po lisie albo borsuku. Czyli dokładnie tak jak Warszawiacy kiedy trafią na Warmię i Mazury, tylko wtedy to się nazywa agroturystyka lub glamping. Glamping jakby ktoś nie wiedział to taki wynalazek, że płacisz za namiot u kogoś za stodołą jak za pokój w Hiltonie, ale za to dostajesz sypanego jacobsa do łóżka i krowi placek przed drzwiami.

Skoro o plackach mowa, na zajmowanych terenach jenoty wyznaczają tzw. latryny, które są nie tylko miejscem załatwiania potrzeb fizjologicznych, ale i centrum życia towarzyskiego. Jenoty zostawiają tam wiadomości dla swoich współplemieńców. Na tej samej zasadzie, działają baseny publiczne oraz kąpieliska.

W przypadku zagrożenia jenot potrafi udawać martwe zwierzę, co patrząc na niego, nie jest wcale jakimś wielkim osiągnięciem. To najmniejszy psowaty występujący w naszym kraju i jedyny, który potrafi zapadać w sen zimowy. Ma od 50 do 80 cm długości, waży zwykle od 4 do 7 kilogramów i wygląda jak szop pracz gdyby jego ojcem był Ryszard Terlecki.

Co je jenot? Jenot je drobne gryzonie, żaby, jaszczurki, ślimaki, ptaki, owady, nasiona, a także padlinę. Czyli wszystko to, co znajdziecie w zapiekance kupionej nad wodą w krainie tysiąca jezior, szmateksów i budek z kebabem ze stolicą w Olsztynie.

Tanuki: to japońska nazwa jenota, albo szopa, borsuka, kunopsa lub rosomaka. Sprawa jest dosyć skomplikowana i nadaje się do czytania po 22, jak wszystko, co wymyślili Japończycy. Dlatego więcej o tanuki napiszę w kolejnym odcinku za tydzień albo wtedy kiedy zejdzie mi trauma po tym czego dowiedziałem się o nim do tej pory.

PS. Dziękuję Szymonowi za informację na temat roli, jaką jenot odegrał w polskiej muzyce sakralnej.

– O, widzę, że autor zabrał się do robienia sałatki jarzynowej lub ruskich pierogów stąd post o cebuli – pomyślała Anna.

CEBULA – polskie rajskie jabłuszko

„Uwielbiam zapach Polski o poranku”

Cebula to warzywo instytucja, duch pokoleń zamknięty w ponadczasowej formie. Oddech historii, od którego uciekają małe dzieci oraz zwierzęta. Uciekają, bo jeszcze nie wiedzą, że czasami zapach smażonej cebuli to jedyne co trzyma w całości ten poszarpany wojnami i nadmiarowymi składkami na ZUS kraj w centrum Europy. Nie wiedzą, że najlepsze pierogi ruskie to te podane na boku kilograma zeszklonej cebulki. Nie wiedzą, że tak jak ogry i cebula ludzie w pewnym wieku mają warstwy i tak samo jak w przypadku cebuli kiedy ktoś pod nie zajrzy, to może zapłakać.

O tym, że cebula, której botaniczna nazwa brzmi czosnek cebula, to rzecz święta wiedzieli już starożytni Egipcjanie. Wierzyli oni, że okrągły kształt i koncentryczne warstwy symbolizują życie wieczne. Pewnie dlatego uznali, że pakowanie cebul do oczodołów martwym faraonom, jest bardzo klawym pomysłem. Albo dlatego, że żaden kot, krokodyl ani inna święta mangusta nie chciały się tam po prostu już zmieścić.

Władcy Nilu i fani wszystkich świętości nie byli jednak pierwszymi miłośnikami cebuli. Najstarsze rysunki tego warzywa pochodzą sprzed 7 tysięcy lat i znaleziono je w wykopaliskach na terenie dzisiejszej Palestyny. Z kolei pierwsze ślady samej cebuli pochodzą sprzed 5000 lat. Obok znaleziono również figi i daktyle, co może wskazywać na obecność Chodakowskiej.

Sportowcy już dawno poznali się na cebuli. W starożytnej Grecji olimpijczycy zjadali cebulę, pili sok z cebuli i smarowali nią ciała, aby rozgrzać sobie mięśnie. Czy to działało? Do końca nie wiadomo, ale dawało pewną przewagę w sportach kontaktowych.

No dobra, bo wiem, że wszyscy na to czekali. Co zrobić, żeby mniej płakać podczas krojenia cebuli:

1. Wybrać najbardziej ostry nóż spośród posiadanych, bo tępe ostrze rozgniata większą ilość płaczogennych komórek cebuli.

2. Kroić cebulę od razu po wyjęciu z lodówki, zanim cholera załapie co się z nią dzieje

3. Kroić cebulę pod bieżącą wodę lub pod jej powierzchnią. W wodzie nikt nie zobaczy, że jesteście beksami.

Ale tak naprawdę nie warto wstydzić się łez. Szczególnie tych pocebulowych. To dobre, polskie łzy i przydadzą się kiedy przed wypłatą nie starczy na sól do smażonej cebuli. Aha, jeżeli z jakiegoś powodu chcielibyście pozbyć się cebulowego oddechu, wystarczy zjeść trochę natki pietruszki albo poczekać 2 lata.

No i oczywiście cebula jest afrodyzjakiem. Tak jak jabłka, kminek, śledzie i paprykarz szczeciński. Serio, wpiszcie sobie w Google dowolne warzywo, mięso lub gminę w mazowieckim, a potem dodajcie słowo „afrodyzjak”. Jedyne czego to dowodzi to, że wszystkie warzywa są seksi, a ludziom potrzeba jedynie pretekstu.

Listopad zakończył się boleśnie, bo lekarka po przebadaniu orzekła u seniorki zapalenie zatok (ponowne) i tchawicy. Męczyła się z dolegliwościami od soboty, diagnozy doczekała w czwartek.  Podczas badania gdy Anna chciała wytrzeć nos lekarka będąca jej koleżanką, powiedziała:

– No, nie bądź taka higienistka. Muszę zobaczyć co tam się dzieje.

Apteka pobrała za leki prawie sto złotych.

Gdy seniorka siedziała na ławce pod wiatą przysiadła się dziewczynka jedząca rogala typu krłasant. Miała na głowie wielokolorową, prawie tęczową dzianinową czapkę, z uszami i wielkimi ustami oraz warkoczykami.

– Jak pani się nazywa? – zapytała mała.

– A ty jak masz na imię?

– Pola. Jak pani myśli  moja czapka to małpa czy krowa?

Seniorka przyjrzała się i stwierdziła, że trudno jednoznacznie ocenić.

Ale zapytała:

– Czy ty jesteś tu sama? – Anna zapytała pamiętając socjologiczny eksperyment z chłopcem bez kurtki siedzącym na ławce w środku miasta.

– Nie, z mamą, tam stoi, ja jeszcze nie mogę chodzić sama.

– A na jaki autobus pani czeka? – dziewczynka kontynuowała kontakt międzyludzki.

– Na „A” – odpowiedziała seniorka dość rozbawiona zachowaniem małej.

– Przed chwilą jechało.

– Nie, to było 132.

– A dokąd pani jedzie?

– Do domu. A ty?

– Do Korony (galeria handlowa), wymienić buty.

– Nieudany zakup?

– Są za małe.

Nadjechał autobus linii „A”.

– Do widzenia Polu – powiedziała Anna podnosząc się z ławki.

– Do widzenia, miłego wieczoru – usłyszała wchodząc do pojazdu.

– Wzajemnie – odparła zanim drzwi się zamknęły. I pomyślała, że albo dziewczynka będzie miała łatwo w życiu z tą swoją kontaktowością, albo trafi na jakiegoś złego osobnika.

Rozpoczęły się Targi Dobrych Książek, więc po zabiegach Anna wsiadła do tramwaju linii prowadzącej bezpośrednio do miejsca targów. Pojazd był starego typu, dwuwagonowy i nieogrzewany. Jak miło.

– Lepiej czytać książkę „Tramwajem przez Wrocław”  niż tak podróżować – pomyślała kąśliwie.

Na dobry początek kupiła nowy numer czasopisma „Książki” i z zamiarem tylko zbierania darmowych katalogów oraz zakładek i robienia zdjęć poszła ścieżkami między stoiskami. Trafiła na pojemnik z książkami po 12,-zł, coś ją tam zatrzymało i cztery książki kupić kazało. Miała nadzieję, że nie okażą się nudnymi bublami. Na promocję „tylko po pięć złotych” już się nie dała zwabić. Wabiły ją za to koty i te fotografowała oraz okładki książek z nietypowymi tytułami: „Kupa faktów o smrodzie”. Rozbawiły ją, obok siebie umieszczone, plakatowe podobizny Jana Miodka i Roberta Makłowicza. Pan od języka i od jedzenia, słodkie nazwisko i kulinarny gwiazdor. Ktoś miał niezły pomysł.

W stosie książek przecenionych znalazła „Boczne drogi” Joanny Chmielewskiej (7,- złotych) i Plutarcha „Żywoty sławnych mężów” wydane w Krakowie, w  „Biblioteka Narodowa”, serja II, nr 3.  Podpisał się też właściciel/ka: A. Hołubiecko (?), ucz. kl. IVa.

Druk W. i L. Anczyca. Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej. Książka jest introligatorsko oprawiona a na przedniej okładce odbite jest kółko po szklance lub kubku z napojem.

Właśnie ta KSW zapoczątkowała, w 1919 roku,  wydawanie klasyki  polskiej i światowej w serii „Biblioteka Narodowa” a nie Ossolineum, które przejęło ją dopiero w 1933 roku.

Tak więc nabyta  książka jest wydaniem sprzed 1933 roku.

Brawo ja za zakup, bo (sądzę, że na skutek oprawy usunięto zniszczoną oryginalną okładkę) nie ma nigdzie podanego roku wydania – pomyślała Anna..

Ci sławni mężowie to: Temistokles, Kamillus, Arystydes, Kato Stary, Perykles, Fabjusz Maksymus, Tymoleon, Aleksander, Tyberjusz i Gajusz Grakchowie,  Marjusz (pisownia oryginalna).

Upalne miasto 80

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************************

W ponury piątek, który zafundował ludziom duży spadek ciśnienia Anna z zachwytem przeczytała tekst o dziwnym zwierzątku znajdując też wycieczkę osobistą w kierunku swojego miasta i jego włodarza.

Kuoka = Robert Makłowicz w futerku;  to mały torbacz z rodziny kangurowatych, który słynie z wiecznego uśmiechu i odstawiania triku ze śliskim kocykiem, ale na odległość. To nie tak, że kuoka ma życie usłane różami. Jej największym wrogami poza pożarami buszu są lisy no i tradycyjnie wszyscy kuokomacacze. Jeżeli jednak goni ją jakiś australijski rudodupiec to kuoka robi sru bąbelkiem i daje drapaka.

Jak już się oddali, to nie płacze nad rozlanym dzieckiem, tylko wciska play i wznawia zatrzymaną ontogenezę. Tzn. odpauzowuje sobie ciążę, którą trzymała w zanadrzu na taką okazję. Diapauza, bo tak się nazywa ta sztuczka, to nie jedyny mechanizm umożliwiający kuoce przetrwanie w gościnnej jak Lidl w sobotni wieczór Australii. Nasza mała bohaterka jest w stanie przeżyć całkiem długo bez wody oraz jedzenia dzięki tłuszczowi, który gromadzi w 30-centymetrowym ogonie.

Kuoki najbardziej aktywne są w nocy i niechętnie socjalizują się z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Jeżeli już to robią, to w celu przetrwania i przy zachowaniu ścisłej hierarchii. Tzn. samce, które zwykle są większe od samic, tłuką się między sobą o dostęp do dziewczyn oraz najbardziej zacienione miejsca do spania. To właśnie na podstawie ich zwyczajów powstał zarys scenariusza do znanego programu przyrodniczego Hotel Paradise na TVN 7.

Co jedzą kuoki? Różne australijskie trawy i krzewy, w tym łodygę, korę i liście. Gdzie jedzą kuoki? Na zachodzie Australii oraz na dwóch wyspach u jej wybrzeży, to jest Rattnest i Bald Island. Ta pierwsza jest największym siedliskiem kuoki i nazwę zawdzięcza jej samej oraz krótkowzroczności pewnego kapitana floty holenderskiej. Niejaki Willem de Vlamingh, przybił na wyspę w 1696 r. i z miejsca uznał, że kuoki to wielgaśne szczury, a on właśnie wlazł im prosto do gniazda. Miałem tak samo podczas ostatniej wizyty we Wrocku, ale w urzędzie miasta powiedzieli, że jestem już czwartym takim sprytnym tego popołudnia a szczury wielkości kotów to taki sam element życia w wielkim mieście jak drifty tramwajem i prezydent dissujący internautów na fejsie.

Okazało się, że jest jeszcze jeden fajny przyrodniczy profil pod tytułem: Pani od przyry a na nim tekst autora „Zwierzęta…”:

POMRÓW WIELKI – podślimak.

„Wyglądam jak kupa a smakuję jeszcze lepiej”

Specjalnie dla ”Pani z przyry, mam nadzieję, że obudzi najmilsze wspomnienia

Pomrów wielki jest oślizgły, ma podejrzane plamki na ciele, osiąga nawet 20 centymetrów długości i przychodzi niechciany jak zawartość wiadomości z nieznanego konta na Instagramie. Podślimaki zostały do nas zawleczone prawdopodobnie z południowo-zachodniej Europy. To już druga pełzająca apokalipsa w naszym kraju, po działalności rady polityki pieniężnej. Jak to jest, że Polska przyciąga takich oślizgłych typów bez sumienia?

W warunkach naturalnych mało co chce żreć pomrowa. Poza innymi pomrowami, które lubią sobie opędzlować kolegę. Te gluty apokalipsy zjadają również grzyby oraz liście, owoce, korzenie i łodygi różnych roślin. Ogólna zasada jest taka, że im bardziej zależy nam na jakimś warzywie lub kwiatku, tym większa szansa, że pomrów przyjdzie i je zje. Znany jest nawet przypadek pomrowa, który wyżarł z gniazda pisklęta cierniówki.

Pomrowy są obojnakami i hermafrodytami. To znaczy, że mogą rozmnażać się same. Mimo tego z pełną premedytacją ślimaczą się parami w miejscach publicznych, często na wysokości ludzkiej twarzy. BO MOGĄ. Zwisają wtedy z gałęzi drzew na linach z glutów i złych intencji jak spiderman gdyby wymyślono go w kraju byłej demokracji ludowej.

Podślimaki, jak ja was k… nienawidzę.

EDIT: podobno są w naszym kraju niemi bohaterzy, którzy w ostateczności opędzlują sobie pomrowa. Np. kaczki lub jeże. Ewidentnie jest ich zbyt mało.

–  Zdecydowanie nie jest moją główna zaletą – pomyślała o sobie seniorka. Najpierw internetowo zgłosiła się na bezpłatne badanie słuchu. Potem w rozmowie telefonicznej zapisała się konkretnie na dzień i godzinę. A za parę godzin przemyślała sprawę, czyli fakt, że badanie będzie trwać aż 70 minut i rozmówczynię będącą na granicy niegrzeczności. Oraz przypuszczenie, że mogą wmawiać jej głuchotę i konieczność nabycia drogiego aparatu. Nawet bon na 50 złotych do owadziego sklepu jej nie zachęcił. Zadzwoniła i odwołała wizytę, na szczęście nie zapytali o powód, bo miała ochotę warknąć: bo tak!

W takcie wizyty w bibliotece na osiedlu z przyprawowymi nazwami ulic oddała  książkę, niby kryminał z humorem Iwony Banach. Tak jak i poprzednia pozycja tej autorki nie spodobała się Annie. Poczucie humoru typu wymiotowanie i załatwianie się to nie jej klimaty. Nigdy nie była fanką komika Benny Hilla.

Oglądając „Elementarz” Falskiego zauważyła przy temacie 1 Maja dopisek jakiegoś inteligentnego inaczej czytelnika/czki wykonany  czerwonym długopisem: „święto satanistów i masonów”.

– Że też ludzie nie mają poczucia obciachu robiąc takie rzeczy – pomyślała.

Potem zrobiła zakupy w osiedlowym sklepie. Ważąc ulubione żelki malinki  ekspedientka powiedziała, że uwielbia słodycze i mogłaby jeść tylko tego typu pożywienie.

– To słodka z pani kobieta – stwierdziła Anna.

W domu, po rozpakowaniu nabytych produktów i umyciu rąk, posmarowała na ustach miejsce gdzie zaczęła się panoszyć opryszczka. A dwa paznokcie płynem przeciwgrzybicznym. Wprawdzie z antybiotykiem leczącym zapalenie gardła brała osłonowy lek ale grzyby namolnie chciały niszczyć kolejną płytkę nie zrażając się działaniami właścicielki dłoni. Widać w tym było złośliwe działanie diabła stróża.

Na udane zakończenie dnia zanikł program telewizyjny i Internet. Zadzwoniła do dostawczy tych cywilizacyjnych dobroci z nadzieją, że powiedzą o awarii, która niedługo zostanie naprawiona. Ale nie tym razem, konsultantka zaleciła użyć wykałaczki lub zapałki do zresetowania routera. No, dosyć seniorkę to rozbawiło.

– Wot kakaja bolszaja tiochnika – pomyślała. Ale zadziałało.

Zadziałał też gołąb wysiadujący na parapecie – ze złości, że go nie wpuściła okakał  szybę. Czyli prawdziwy a nie Pegasus.

No i nadeszła wiekopomna chwiła, czyli poniedziałek – rehabilitacji kolan początek. Choć właściwym początkiem była wiadomość w ubiegłym tygodniu, że trzeba będzie jeździć do odległej przychodni, bo ta bliższa poszła do remontu.

Wprawdzie połączenie było jednoautobusowe ale gdyby tak jeden rejs wypadł to choć siadłszy płacz, bo tramwajem z domu się nie da. Trzeba kombinować. Potwierdza się powiedzenie „Kto nie kombinuje ten nie żyje”.

Nie potwierdziło się natomiast to „Nie lubię poniedziałku”, bo autobus przyjechał zgodnie z rozkładem, po drodze nie miał awarii i się nie rozkraczył, korki  były do zniesienia, czyli nieduże.

Jak to u nas  – organizacyjnie jest „średnio na jeża” – ale „koniec języka za przewodnika” i Anna dowiedziała się, że kluczyk do szafki w szatni damskiej bierze się z różowego pudełeczka w sali obok której stoi, na korytarzu, wieszak. Faceci mają niebieskie pudełeczko. Rozróżnienie jak u niemowlaków.

Następną niedoróbką był wykaz zabiegów na karcie seniorki gdzie dwa razy umieszczono laser zamiast innego zabiegu. Co na karcie w przychodni już było poprawione. Po przebraniu się w strój do gimnastyki i obuwie raczej domowe, niekoniecznie kapcie z futerkiem

 potraktowano jej kolana laserem, magnetoterapią (przy okazji załapały się dłonie) i prądami. Skonsultowała co z wykazanych rzeczy będzie potrzebne a co raczej nie. Z tych ostatnich bandaże bo mają specjalne opaski.

Na koniec przejechała się dziesięć minut na rowerku siedząc na krzesełku a potem podwieszonymi nogami majtała to zginając je i wręcz przeciwnie. W sumie, razem z czekaniem na kolejny zabieg,  zabrało to półtorej godziny. Dojazd ponad pół godziny, powrót dłużej bo z przesiadką – bezpośredni autobus pokazał figę i ogon odjeżdżając sprzed nosa. Trzy i pół godziny jak obszył. Wróciła do domu cała zmęczona, po drodze kupując tylko chleb włoski.

Święta w górach

Marek Stelar – Góra kłopotów, Wydawn. , Poznań; FILIA 2022

TYTUŁ: Święta w górach

O autorze:

Marek Stelar (właściwie Maciej Biernawski) urodził się w 1976 r. w Szczecinie. Z wykształcenia jest architektem.

W 2014 roku zadebiutował powieścią „Rykoszet” będącą pierwszą częścią trylogii o Krugłym i Michalczyku. W 2017 roku opublikował „Niepamięć” jako początek trylogii z inspektorem Suderem. W 2020 wydano część pierwszą następnej trylogii, tym razem o Rędzi, a od 2022 roku ukazywała się kolejna trylogia – o Przeworskim. Natomiast dylogia o Iwonie Banach w 2023 roku.

Akcja wielu książek Stelara toczy się w Szczecinie.

Napisał też pięć innych powieści i liczne opowiadania.

O książce:

Głównymi bohaterami książki, według mnie, są: śnieg, Szwagier i kot. Akcja toczy się w Świeradowie Zdroju (miasto uzdrowiskowe w województwie dolnośląskim, w powiecie lubańskim), w willi babci Malwiny, położonej u podnóża Sępiej Góry, tuż przed Bożym Narodzeniem. Babcia wylądowała w szpitalu z powodu karbunkuła i nie chodzi o kamień szlachetny barwy czerwonej. Na święta zebrała się  rodzina tubylcza i przyjezdna oraz niespodziewany gość dla którego zawsze powinno być jedno wolne miejsce. Było ale takiego indywiduum nikt nie oczekiwał.

Także nie spodziewano się aż takich opadów śniegu i braku prądu. Co miało swoje liczne, nieprzyjemne skutki. Bo nie zawsze „Gdzie ciemno, tam przyjemno”.

Spodziewano się natomiast, że Szwagier wymyśli kolejne atrakcje utrudniające wszystkim świętowanie. Jest mądry inaczej za to bardzo łakomy, istny wołoduch (określenie z książki „Boczne drogi” Joanny Chmielewskiej). Jacek, siedemnastoletni syn Michała i Bożeny określa wujka jako uschniętą gałąź w drzewie genealogicznym swojej rodziny. „…jest tępy jak noworoczny ból głowy i nieskomplikowany jak łazienkowa waga i to analogowa”. Oczywiście jest przekonany o tym, że wie wszystko i może wszystko załatwić. A najbardziej, z beztroskim uśmiechem,  załatwia wszystkich wokół na szaro.

Michał go nie trawi i najchętniej  usunąłby z tego padołu pełnego śniegu i awarii, a co najgorsze bez Internetu. Czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co ma być, to będzie.

Tak więc prądu w wilii nie ma ale Szwagier za pomocą kradzionego przedmiotu wyłącza światło w całym Świeradowie a włącza w wilii. Zdolny i rodzinny  to facet wbrew pozorom.

Mimo zasp dociera do willi Malwa niespodziewany, nieoczekiwany i niechciany gość Stefan co jest przypadkową zasługą Szwagra. On też ściąga do domu piękną inaczej choinkę, a tę wielką,  piękną  i pełną ozdób powala. Jego działania też nieustannie wszystkich powalają.

Dodatkową atrakcją dla czytelnika jest nielegalna wycinka jodły oraz  mocowanie talerza anteny połączone ze zniszczeniem witraża przedstawiającego Liczyrzepę (Duch Gór – postać fantastyczna, bohater licznych legend związany z obszarem Karkonoszy).

Michał z synem znajdują, w nieczynnej łazience trupa oraz kota w pawlaczu.

Jest to komedia kryminalna więc w myśl zasady „Wszystko kiedyś mija, nawet najdłuższa żmija” rodzina w miłej atmosferze spożywa wigilijny posiłek i cieszy się z prezentów.

Upalne miasto 79

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************************************

– Wśród ludzi też mnóstwo harpii – pomyślała Anna czytając  poniższy tekst na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”.

Harpia wielka to największy ptak drapieżny żyjący w Amazonii i jeden z większych w ogóle. Rozpiętość jej skrzydeł to nawet 200 cm, może ważyć do 9 kg, jej ciało mierzy do 105 cm i w dodatku ma na głowie kukuryku. Ze względu na swoje rozmiary bywa mylona z człowiekiem przebranym za ptaka.

Idziecie sobie przez amazońską dżunglę, narzekacie na komary wielkości świni i generalnie uważacie, żeby was tapir nie wciągnął w zarośla, a na gałęzi siedzi ona, harpia olbrzymia. Przecież to niemożliwe, żeby ptak miał takie rozmiary. Nie ważne co mówił wasz były. To pewnie jakiś tubylec struga pawiana. Mówicie, żeby przestał się wygłupiać, ale koleś nie słucha, tylko kwili. W końcu zaczynacie coś podejrzewać kiedy kończy zjadać leniwca i odlatuje złapać sobie drugie śniadanie. Żałujecie, że wzięliście grzybki od tego szamana.

Pomimo swoich rozmiarów harpia prawie nigdy nie wylatuje ponad korony drzew. Zamiast tego lawiruje między nimi, jakby naoglądała się Top Gun’a, kwili i poluje na leniwce, które stanowią nawet 50% jej diety. Poza tym nie pogardzi również małpą, innym ptakiem, jeleniem lub dydelfem. Harpie znane są też z sokolego wzroku. Potrafią dostrzec monetę z odległości 200 metrów. Nie mam pojęcia, po co im drobne w dżungli, ale może potrzebują na fryzjera.

Najbardziej charakterystyczną cechą harpii poza tym, że zżera leniwce, jest pierzasta kryza wokół jej szyi i korona na głowie. Harpia rusza nimi kiedy czuje się zagrożona. Niby trochę śmieszne, ale jakbym zobaczył w lesie coś, co było w stanie przestraszyć ptaka wielkości Marcina Prokopa, to tez by mi kukuryku chodziło.

A diabeł stróż zrobił Annie kolejne kuku. W niedzielę idąc na zajęcia ceramiczne zabrała ze sobą trzy woreczki z posegregowanymi śmieciami oraz czajnik, który ją wkurzał. Zbyt często musiała przykręcać pewną śrubkę i to od wewnątrz, dało się to zrobić tylko palcami. Więc kupiła nowy a stary postanowiła podać dalej. Postawiła go na pojemniku do tworzyw a papier wyrzuciła do innego. I zadowolona z siebie poszła. Na zajęciach poszlifowała ulepioną przez siebie „miseczkę dla koteczka” – taki napis wyryła na jej dnie. Wracając wstąpiła do piekarnio-cukierni „dinette”, kupiła chleb włoski i wkładając go do torby zobaczyła, że są w niej dwa woreczki ze śmieciami.

– O, żesz ty chamie niemyty – zawołała do diabła. I poszła na podwórko do wiaty z pojemnikami. Udało się jej wyrzucić śmieci a nie chleb.

Poniedziałek przywitał ją deszczem, nie zawołała; jeszcze, jeszcze tylko postanowiła nie wychylać nosa z domu.

W trakcie śniadania odebrała telefon od kogoś „bez nazwy”. Bała się kolejnego molestowania przez namawiacza na udział w biznesowych spotkaniach. Ale okazało się, że jest gorzej – przychodnia w której miała umówione zabiegi ma być remontowana a na zabiegi może chodzić, czyli jeździć do bardzo odległego oddziału. Wkurzyła się niemożebnie, bo zawiadomiono ją prawie na ostatnią chwilę (tydzień przed) ale gdy rozmówczyni uświadomiła, że ma dojazd jednym autobusem i to prawie pod wejście to zdecydowała, że nie zrezygnuje.

– Przecież wiedzieli, że będą remontowani, to po co umawiali pacjentów na rehabilitację – zadała sobie retoryczne pytanie. Nawet nie ma komu dać w mordę.

Poczuła się jak to pochyłe drzewo na które skacze

KOZA DOMOWA = siorka Małysza opisana na ulubionym profilu:

Kozy zostały udomowione około 11 tysięcy lat temu na Bliskim Wschodzie. Potem było już tylko gorzej. Do Ameryki przywędrowały razem z Kolumbem i od tamtej pory nie mogą się wydostać. Na szczęście natura przystosowała je do życia w tamtejszych warunkach. Kozy nie mają siekaczy w górnej szczęce, odkładają dużo tłuszczu wokół organów wewnętrznych i zarówno samica jak i samiec mogą mieć brodę.

W Polsce mamy dwie główne rasy kóz. Kozę polską białą i barwną uszlachetnianą. Obie należą do tzw. ras wszechstronnie użytkowych. Zanim co poniektórych poniesie fantazja, wyjaśniam: oznacza to, że koza nadaje się zarówno do dojenia jak i na kebab. W żadnym wypadku nie nadaje się do tego, o czym pomyśleliście. Nikt i nic się do tego nie nadaje. Sami sobie oglądajcie swoje zdjęcia z wakacji.

Czym się różni koza biała od kozy barwnej? Koza biała jest biała. Teraz kiedy mamy to z głowy możemy przejść do drugorzędnych cech kozowych. U rasy tej występują zarówno osobniki bezrożne jak i z rogami, a kozły lubią nosić bródki i grzywki nad oczami, jakby grały smutnego rocka dla nastolatków w latach 90. Koza barwna natomiast, jak to w Polsce jest z grubsza brązowa i najczęściej nie ma rogów. Pochodzi spod Opola lub Dolnego Śląska i charakteryzuje się wysoką odpornością na niekorzystne warunki środowiskowe, jak zresztą wszyscy miejscowi.

A za oknem siedzi zmoknięty biało – szary gołąb – zauważyła Anna. Kozy  skaczą na pochyłe drzewo a on leciał na prosty parapet zewnętrzny. Nie zaproszę do domu a gdy otworzę okno, aby nasypać ziarna  na pewno odleci. We wtorek też był – gołąb – stalker?

A potem przeczytała list Leopolda Staffa:

List

Pytasz mnie, jak sie czuję. Tak, jak czuć się może
Człowiek dość pełnoletni w końcu listopada,
Gdy w niebie zmierzch pochmurny i błoto na dworze,
A za oknem bez przerwy deszcz ze śniegiem pada.

Lecz zbyt o dnia i roku nie troszcząc się porę,
Bo po słocie pogoda idzie wieczną zmianą,
Więc też o wschodzie słońca wiersz piszę wieczorem,
A nokturny w słoneczne grywam tylko rano.

I jestem zawsze ufny i pełen pewności
Czekając niezachwianie tej chwili jedynej,
Gdy ujrzę, że na świecie są same radości,
I zegar na raz wszystkie wskazuje godziny.

Co to takiego DYDELF? Oto jest pytanie – odpowiada na nie ulubiony autor profilu „Zwierzęta są głupie i  rośliny też”

Dydelf nazywa się jak zwierzęcy odpowiednik bulbulatora, ale jednak naprawdę istnieje. To tylko dowodzi, że nie ma takiego dziwactwa lingwistycznego, którego nie popełniliby miłośnicy fauny i flory. Na szczęście dydelfa można nazywać również oposem i dokładnie tak samo nie zareaguje.

Dydelf być może wygląda jak szczur po amfetaminie lub członek ONRu, ale w rzeczywistości to torbacz. W dodatku jedyny występujący naturalnie w Ameryce Północnej. Dydelf został również przez naturę wyposażony w przeciwstawne „kciuki”, ale żeby było zabawniej, wyrosły mu one przy tylnych kończynach. Dzięki nim potrafi doskonale uciekać na drzewa i otwierać kosze na śmieci. Dwie czynności, bez których współcześnie trudno jest przeżyć w Stanach Zjednoczonych.

W zależności od tego gdzie dydelf mieszka może rozmnażać się od jednego aż do trzech razy w roku. Ciąża trwa jedynie 18 dni, więc młode po urodzeniu są małe jak pszczoły. Zwykle rodzi się ich od 8 do 18 no, chyba że akurat trafi się ciąża na 56 dydelfich bąbelków. Im więcej, tym lepiej. Przynajmniej będzie komu na starość wygrzebać szklankę wody ze śmieci. Niestety samica ma jedynie 13 sutków. W dodatku nie wszystkie dają mleko. Zaraz po urodzeniu młode biorą więc udział w wyścigu szczurów. Te, które nie dorwą się do czynnego sutka, spadają na ziemię, gdzie giną marnie, jak niewystarczająco oddani działacze partyjni.

Oposy mają aż 50 zębów. To więcej niż jakikolwiek inny lądowy drapieżnik w Ameryce Północnej lub dwóch przeciętnych Amerykanów razem wziętych. Ma również sierść składającą się z dwóch rodzajów włosów. Pierwszy to długie włosy ościste zakończone na biało. Drugi to krótsze włosy wełniste, dzięki którym wygląda jak landrynka, która upadła na dywan. Potrafi też robić zdechł opos, a nawet zwisać na ogonie z gałęzi, jak ozdoba choinkowa w domu tego dziwnego wujka, którego zabroniła odwiedzać ci mama.

– Wyobrażam sobie dużą choinkę na skraju lasu ozdobioną oposami – pomyślała Anna prychając pitą właśnie herbatą.

W środę odsłoniła okno i zobaczyła ŚNIEG – wprawdzie nie półmetrową warstwę ale przecież jeszcze trwa listopad. A co nam zafunduje grudzień? Prezenty z okazji świętego Mikołaja i podchoinkowe czy podeszczową chlapę?

Upalne miasto 78

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

Ewa jak co tydzień zrobiła duże zakupy dla babci. Wnosząc torby trochę sapiąc powiedziała:

– No, mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam. A czy ty pamiętasz, że na poniedziałek jesteś zapisana na zabiegi do mojego salonu? Zabierze ci to co najmniej trzy godziny: fryzura, manikiur, pedikiur oraz kosmetyczne dopieszczenie twarzy oraz dekoltu.

– Tak, zapisałam sobie to w kalendarzu i w telefonie. Jeśli masz czas to usiądź, zrobię ci herbatę, ukroję ciasta i opowiem moją akcję pt.” „Co ślepy nie zobaczy to zmyśli”.

Anna położyła na stole obiecany poczęstunek i zaczęła.

– Włączyłam pralkę i zajęłam się sprzątaniem. Po pewnym czasie weszłam do łazienki i zauważyłam, ze sprzęt już nie pracuje. Nacisnęłam więc wyłącznik i gdy pokrywa pyknęła otworzyłam klapę. Nigdy bęben nie układa się klapą do góry więc go trzeba przekręcić. A ta  strasznie się  opierała. Jak w końcu przy użyciu siły i szmaty to się udało okazało się, że woda nie została odwirowana. Czyli pralka zepsuta – pomyślałam. Wyciągam więc kolejne sztuki i wykręcam, wykręcam, wykręcam. Nie da się ukryć, że przeklinając diabła, życząc mu, aby rogi i kopyta mu najpierw boleśnie spuchły a potem odpadły.

– Okrutnie dość – zauważyła Ewa. Ale bardzo zasługuje. Mów dalej. Wykręcałaś i przeklinałaś i to koniec?

– A, nie!  Pomyślałam, że do tej wody wsadzę następną partię rzeczy do prania, będzie przynajmniej ekologicznie.

– Nie pomyślałaś, że to bez sensu, bo pralka zepsuta?

– Jakoś nie. Ale wreszcie zauważyłam, że programator nie dojechał do końca cyklu.  Zostawiłam więc resztę niewykręconych rzeczy i zamknęłam obie klapy. Z nadzieją na brak klapy tego działania  włączyłam program wirowania. Udało się i  już ręcznie wyżęte rzeczy  włożyłam i działanie powtórzyłam. Ufff…

– No, toś się nieźle zestresowała – zauważyła wnuczka.

– Musiałam sobie zaparzyć melisy na uspokojenie.

– I, co – pomogło?

– Właśnie czekam na efekt. Ale za to przytomnie upomniałam się o swoje w sklepie.

 Za co?

– No, za ten stres przeżyty. Na kostkach do wc napisano, ze za dwie sztuki  będzie taniej. Potrzebowałam więc kupiłam. Ale samoobsługowa kasa tego nie uwzględniła.

– No, aleś naiwna. Nie po to są obietnice, aby ich dotrzymywać. Zarówno prywatnie, jak i politycznie czy handlowo – zdołowała babcię Ewa.

– No, wodzisz a ja się uparłam. Zgłosiłam obsłudze i oddali mi dwanaście złotych.

– Jak znam życie to informacja o tej promocji zostanie natychmiast zdjęta skoro pułapka na naiwniaka się nie udała.

Nazajutrz Anna długo odsypiała stres i rano już miała wstać gdy usłyszała dźwięk dzwonka do drzwi. Nie domofonu. Zdziwiła się i wstała. Spojrzała przez wizjer i nic nie zobaczyła nie tylko dlatego, że nie założyła okularów. I nie była uczesana oraz nie założyła protezy zębowej. Nie zwalniając łańcucha otworzyła drzwi, przez szparę zauważyła młodego człowieka. Odważnie odsunęła z prowadnicy łańcuch i przekonała się, że to listonosz. Podpisała otrzymanie listu poleconego pytając:

– A pan dlaczego tak wcześnie? (było przed godziną dziewiątą)

– Bo spać nie mogę – usłyszała.

– Nie dość, że młody i przystojny to jeszcze z poczuciem humoru, już go lubię – pomyślała.

I kontynuowała dobry nastrój czytając tekst o STRZYKWIE, czyli ogórku morskim, który nie jest warzywem:

„Strzykwa bywa nazywana ogórkiem morskim i faktycznie trochę go przypomina. Zakładając, że chodzi o ogórek, który grał w filmie Cronenberga. Nie dość, że te gumiaste dranie występują we wszystkich kolorach piekła, to w dodatku całe pokryte są nóżkami ambulakralnymi. Spokojnie możecie przeczytać to na głos, nie przyzywając żadnego arabskiego demona. Sprawdziłem i jedyne co przyzwałem to kolegę z pracy, który myślał, że zadławiłem się wędzoną makrelą. Nóżki ambulakralne są w całości pokryte nabłonkiem, a jakby tego było mało, mogą być wyposażone w przyssawki, jak 360-stopniowy gumowy „masażer karku”.

Spośród 1300 gatunków strzykw, jakie istnieją na świecie, około 50 zjadamy albo robimy z nich np. maści na hemoroidy, czyli wykorzystujemy w medycynie ludowej. Pozostałych nie zjadamy bynajmniej nie z braku chęci, po prostu większość strzykw siedzi sobie na dnie oceanów. Dna oceanów zwykle przykrywa ocean, a to mokre przecież i siedzą w nim strzykwy.

Kojarzycie szwajcarskie scyzoryki? No więc strzykwy mają szwajcarskie dupy. Na końcu układu trawiennego strzykwy znajduje się kloaka, która kurcząc się rytmicznie, wpompowuje wodę do rurkowatych płuc wodnych strzykwy. Zużytą wodą strzykwa strzyka silnym strumieniem na zewnątrz i stąd właśnie jej nazwa.

Zaraz obok kloaki i przy płucach znajduje się organ Cuviera, czyli gruczoł obronny. Strzykwa wali z niego we wrogów toksyną, której celem jest sparaliżowanie przeciwnika. Czasami jeżeli toksyna to za mało strzykwy strzykają we wrogów organami wewnętrznymi. Smacznej kawusi, niech was strzykwa flakami nie zdusi.

Co wspólnego ma strzykwa z pandą? Zupełnie nic!

PANDKA RUDA = panda tulituli

Proszę państwa oto miś. Miś ma kryzys tożsamości dziś. Ta mała franca nie jest bowiem spokrewniona z pandą wielką lub innym niedźwiedziem tylko z szopem, skunksem i naszą swojską łasicą. Czyli w sumie jest niemisiem. Żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, mieszkańcy jej rodzimych Chin nazywają pandkę ognistym lisem, co w zasadzie i tak jest spoko, biorąc pod uwagę, że mogła zostać gorącym psem.

Pandka ruda wygląda jak włochate zaproszenie do przytulania. W przypadku jej dostrzeżenia należy jednak przezwyciężyć pierwotne żądze, ponieważ pandka opracowała unikalną strategię obronną. W obliczu zagrożenia robi łaaaa! Czyli staje na tylnych łapach, a przednie unosi do góry, wywołując u wrogów natychmiastową próchnicę i odruchy rodzicielskie.

Nic dziwnego, że z takim nastawieniem pandka stała się wtórnym roślinożercą i co prawda lubi sobie od czasu do czasu opędzlować rybę lub jajko, ale zasadniczo jest amatorką bambusa. To, oraz obszar występowania to wszystko, co łączy pandkę z jej większą koleżanką, którą Chińczycy tak chętnie wciskali różnym głowom państwa z okazji imienin, wizyt lub rocznicy jakiegoś fajnego ludobójstwa. Na szczęście obecnie gospodarka Chin ma się lepiej, więc mogą kupować zagranicznym ważniakom drogą wódę i dawać łapówki jak normalni politycy.

Jeżeli pandka nie robi akurat nikomu łaaaa! To pewnie łazi po drzewie na swoich obrotowych stopach. Tak jest, panda ruda potrafi przekręcić stopy o 180% co w połączeniu z fałszywym kciukiem, czyli wyrostkiem kości nadgarstka oraz długim i gibkim jak kręgosłup premiera szukającego koalicjantów, ogonem sprawia, że byłaby postrachem górnych partii lasu, gdyby tylko nie wyglądała jak pokemon w wersji live action.

Upalne miasto 77

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*************************************************************************************

– No, uwielbiam autora fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” – pomyślała Anna czytając kolejny tekst:

Krokodyl nilowy = Sznapi nilowy

Wiedzieliście, że potraficie nazwać krokodyla nilowego po łacinie? Serio, ten zielony gad w języku wrogów Asteriksa to CROCODYLUS NILOTICUS. Gdybym nie przeczytał tego w poważnym miejscu, tzn. w książce Pucio Przeprasza za Postkolonializm, to pomyślałbym, że ktoś sobie ze mnie robi jaja.

Skoro przy jajach jesteśmy, to krokodyla mama składa ich nawet 70 w specjalnie wykopanym dołku. Od temperatury w gnieździe zależy czy mały krokodyl będzie samcem, samicą czy jaszczurką na twardo. Pani krokodyl pilnuje gniazda aż do wyklucia się 30-centymetrowych krokodylków, które dojrzałość płciową osiągają dopiero w wieku 7 lat, przy rozmiarze około dwóch metrów.

To cholernie dużo krokodyla, z którego całkiem spora część przypada na dłuższy i węższy niż u aligatora pysk. Wewnątrz pyska znajduje się od 64 do 68 zębów, które służą gadowi głównie do przytrzymywania ofiary. Są zbyt tępe żeby pociąć ją na kawałki, ale doskonale nadają się do przytrzymania jej w miejscu kiedy krokodyl robi w wodzie różne rozpie*dalające mózg trikasy, fikoły i obroty, rozrywając jej ciało na strzępy. Dokładnie w ten sam sposób otwierałem kartony z mlekiem dopóki moja dziewczyna nie kupiła mi nożyczek.

Z wierzchu pyska krokodyla znajdują się nozdrza, małe oczka, którymi krokodyl łypie spod wody na nieostrożne zebry, antylopy i inne afrykańskie patataje, a w dalszej kolejności tarcze rogowe, których 4-6 rzędów przechodzi w końcu w górną krawędź ogona. To właśnie jego krokodyl używa jako napędu kiedy przemierza zbiorniki słodkowodne w poszukiwaniu szczęścia, tzn. ofiar.

Starożytni Egipcjanie uważali krokodyle nilowe za święte zwierzęta co nie powinno być dla nikogo żadnym zaskoczeniem bo goście czcili w zasadzie wszystko co dali radę zabandażować i wsadzić do piramidy. Mieli oczywiście specjalnego krokodylego boga Sobka (mam nadzieję, że był też bóg Meti), który był człowiekiem z głową krokodyla lub krokodylem z głową sokoła, byka, lwa, barana lub szakala. Mało znany fakt – to od Egipcjan Duńczycy zerżnęli anatomię ludzików lego.

Pokrzepiona została tym tekstem oraz śniadaniem w postaci grahamowej kromki chleba, białego sera, własnoręcznie wykonanego i przy pomocy piekarnika upieczonego pasztetu drobiowego, świeżego oraz suszonego pomidora, a na deser kawałka drożdżowego placka ze śliwkami. Też ukręconego własnoręcznie. Zażyła konieczne, aby się nie przewracać, leki i zachęcona słońcem poszła do sklepu dobroczynnego z torbą zapełnioną butami sąsiadki oraz znalezionymi przy pojemniku: prześcieradłem poliesterowym, kolorową kredą, czapką dzianinową obszytą kolorową lametą oraz kredkami. Po drodze wysłała do dwóch osób karty ATC (artistic trading card).

Formy w scrapbookingu są bardzo różne. Prace tworzone z papieru mogą być średniej wielkości, bardzo duże lub wyjątkowo malutkie. Do tej ostatniej kategorii zaliczamy karty ATC. Ich wymiary to zaledwie 8,9 cm na 6,4 cm. Dlaczego te wymiary są takie dziwne, niezaokrąglone? Dlatego, że ATC, czyli Artist Trading Cards, swój rozkwit przeżywały – jak cały scrapbooking – w USA i ich wymiary były początkowo podawane w calach. Wynoszą one wówczas 2,5 na 3,5 cala.

ATC w scrapbookingu są kartami kolekcjonerskimi, takimi, jak np. słynne karty baseballowe znane nam z filmów. Różnica polega jedynie na tym, iż scrapowe karty ATC są wykonywane własnoręcznie. Tworząc Artist Trading Cards trzeba też trzymać się kilku wytycznych, wśród których nie tylko rozmiar jest istotny! Ponieważ jednym z podstawowych zamysłów tworzenia ATC jest wymienianie się nimi i kolekcjonowanie ich, przyjęło się, iż:

  • tworzy się dwie jednakowe ATC, z czego jedną zostawia się dla siebie, a drugą wysyła „w świat”;
  • przód karty możesz ozdobić dowolną techniką i stylem, ale ważne, aby nie tworzyć kart zbyt grubych i przestrzennych, bo stają się później problematyczne w przechowywaniu;
  • na odwrocie karty muszą się znaleźć następujące informacje: tytuł pracy, imię i nazwisko jej autora, dane kontaktowe (dziś wystarczy e-mail, ale może być także adres domowy do korespondencji) oraz data powstania ATC;
  • poza powyższymi danymi, na odwrocie karty możesz zamieścić także informacje związane z: ilością takich samych kart w danej edycji, nazwą i rodzajem wymiany, na którą karty były tworzone, imię i nazwisko lub pseudonim artystyczny osoby, do której w pierwotnej wymianie karta trafiła.

Jak przechowywać ATC? Można je trzymać w specjalnym, dedykowanym albumie z kieszonkami odpowiadającymi wymiarami wymiarom kart, jeśli jednak lubisz ciut bogatsze kompozycje na Artist Trading Cards, wygodnym rozwiązaniem będzie np. drewniane pudełko, w którym poustawiasz swoje „ateciaki” w rządku.

Anna przechowuje swoje karty zarówno w albumach jak i w  pudełku, bo bardzo się wkręciła w ich wykonywanie. Najbardziej ją satysfakcjonuje robienie tych nietypowych, z resztek ścinków różnych papierów i kartoników oraz dodawanie zabawnych dymków lub podpisów. Używa także zapałek robiąc ilustrację hasełka „Dziecko + zapałki = pożar” czy trawersując powiedzenie „Home, sweet home:” na „Home, burn home” jako podpis pod domkiem wyklejonym z zapałek. Nie jest to zachęta do piromanii czy naśladowania Nerona tylko do odcięcia się od złych doświadczeń doznanych w szeroko pojętym domu – dzieciństwie, rodzinie, środowisku.

Zrobiła też kartę przyklejając błyszczące (udające szkło) kawałki płyty CD a na nich biedronkę z podpisem „wylądowała z trzaskiem”. Cieszy ją także pomysł wykorzystania drobiazgów, które się zwykle wyrzuca –  plastikowych oraz metalowych kółeczek i innych elementów, wieszaczków, kawałeczków nie wiadomo czego. W taki sposób zrobiła karty o tytule „Ja, robot” w nawiązaniu do filmu p tym tytule.

A ulubiony profil nawiązał do polskiego godła i Dnia niepodległości, tylko jakoś niedokładnie, bo nasze godło to orzeł biały.

Orzeł bielik = niereszka

Bielik to prawdopodobnie najbardziej znany orzeł w Polsce. Problem w tym, że pierzasty drań tylko udaje orła, a tak naprawdę jest orłanem, który nawiasem mówiąc, jest od orła większy i ma gołe skoki. Bielik faktycznie jest duży. To czwarty pod względem rozmiaru ptak drapieżny na świecie.

Swoje imponujące gabaryty może wykorzystywać do polowania nawet na znacznie większą od siebie zdobycz, ale zwykle mu się nie chce. Zadowala się mordowaniem słabszych i mniejszych stworzeń. Najchętniej ptaków wodnych oraz ryb. Aż 90% całkowitego czasu polowania bielika to wypatrywanie ofiary, żeby przypadkiem nie znaleźć takiej, przy której się zmęczy.

W sezonie zimowym Bielik nie pogardzi padliną. Oczywiście nie szuka jej sam. Obserwuje innych padlinożerców, np. kruki, a potem wprasza się na darmową wyżerkę. Nie odnotowano do tej pory przypadku, w którym bielik przyniósłby do obiadu, choćby wino z CPN-uu.

Lot godowy bielika wygląda co najmniej dziwnie. Dwa ptaki sczepiają się w powietrzu szponami i spadają, koziołkując. Rozłączają się dopiero tuż nad ziemią, po czym podlatują do góry i zaczynają cały proces od nowa. Można by pomyśleć, że są prostsze sposoby nakłonienia kogoś do robienia brzydkich rzeczy. Z drugiej strony ludzie wymyślili całe święto skoncentrowane wokół czekoladek w kształcie dupy. Koziołkowanie jest przynajmniej za darmo.

Dom Bielika zwykle waży od 200 do 600 kilogramów, a jego budową zajmuje się samica. Samiec dostarcza materiały. Zewnętrzna konstrukcja składa się z gałęzi. Wewnątrz gniazda można znaleźć wodorosty, rośliny lądowe, mech, wełnę, resztki martwych zwierząt, a w najgorszym wypadku bielika.

A Google donoszą:

Według legendy Lech zobaczył gniazdo białego orła z pisklętami na drzewie i w tym miejscu postanowił osiąść, a majestatycznego ptaka umieścił w swoim herbie. Bielik, wyglądający podobnie do orła, był uważany za króla ptaków. Przyjmuje się, iż to ten gatunek jest uwidoczniony w godle Polski.

Godłem Rzeczypospolitej Polskiej jest wizerunek orła białego ze złotą koroną na głowie zwróconej w prawo, z rozwiniętymi skrzydłami, z dziobem i szponami złotymi, umieszczony w czerwonym polu tarczy.

ALE:

Jest jednak jeden problem — otóż bielik nie jest orłem! To gatunek dużego ptaka drapieżnego z rodziny jastrzębi. Potocznie jednak jest nazywany orłem, ponieważ jest duży i znacznie większy od swojego kuzyna jastrzębia, ale tak naprawdę w godle mamy… gatunek jastrzębia.

Upalne miasto 76

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

************************************************************************

Poniedziałek przed środowym pierwszym dniem listopada był prawie letni. Słoneczny i bezwietrzny zachęcał mieszkańców do odwiedzenia grobów swoich bliskich. Także Annę do  pojechachania na odległy cmentarz na grób koleżanki. Co roku przed 1.XI. i Wielkanocą zawoziła tam własnoręcznie wykonany wianek i znicz.

 Z jednej strony cieszyła się, że dzień z dobrą pogodą przypadł blisko tego dnia, bo cmentarz jest bardzo rozległy a do grobu idzie się, idzie, idzie i idzie. A jeśli nie ma tam nikogo istnieje obawa przed ewentualnym napastnikiem. Obrona małym zniczem i niewielkim wiankiem mogłaby być nieskuteczna.

Z drugiej w tramwaju, w obie strony było bardzo dużo osób i to wykluczało  możliwość skorzystania z wolnego miejsca. Trudno, coś za coś.

Seniorka pozytywnie zaskoczona była widokiem grobu, bo po sześciu latach rodzina postawiła pomnik. Ze zdjęciem na którym koleżanka jest uśmiechnięta.

– Jak miło – pomyślała i oduśmiechnęła się.

Na szczęście nie spotkała tam bohatera poniższego fb wpisu autora profilu „Zwierzęta głupie i rośliny też”:

Szczur śniady – ksywa- szczur pamiątkowy

Co przynosi szczur śniady? Dżumę i prezenty. Ale głównie dżumę, a konkretniej zadżumione pchły. Ten mniejszy kuzyn szczura wędrownego prawdopodobnie odpowiada za wybicie 1/3 ludności Europy, osłabienie pozycji kościoła katolickiego i rozpoczęcie mody na maseczki. I to są wyniki, a nie jakaś tam inflacja. Istnieje też teoria, że za wszystkim stały myszoskoczki (serio), ale trudno wyrobić sobie opinię herolda zagłady kiedy twoją główną metodą lokomocji jest hycanie.

Szczura śniadego prawdopodobnie po raz pierwszy przytargali do nas Rzymianie znad Gangesu. Nie chcę być niewdzięczny, ale następnym razem wystarczy magnes na lodówkę. Szczurzy import, ustał na pewien czas wraz z rozpadem imperium, ale rozkwit handlu w średniowieczu dokończył dzieła, rozpoczętego w starożytności.

Poza dżumą szczur śniady roznosi również wściekliznę, tyfus, różne fajne nicienie i włosogłówkę ludzką. Zwykle jednak pamięta się wyłącznie o największych hitach, a równie ciekawe, ale mniej znane osiągnięcia jakoś nam umykają.

Współczesny szczur śniady wydaje się być cieniem samego siebie sprzed kilku wieków. Stara się jak może. Przegryza instalacje elektryczne, niszczy żywność, meble i głośno słucha muzyki w miejscach publicznych. Świat jednak nie stoi w miejscu i nie potrzebujemy już pomocy myszowatych w organizacji globalnych pandemii. Dziękuję bardzo, poradzimy sobie sami. W dodatku szczur śniady jeżeli może to siedzi na drzewie, a nie w ciasnej norze. Nic dziwnego, że nie do końca odnajduje się we współczesnym świecie.

Wszystkie kolory szczura: nie każdy szczur śniady musi być śniady. Może być również brązowy, a czasami i biały. Anglikom udało się nawet wyhodować zielonego szczura śniadego. Pewnie po to żeby im pasował do wykładziny w toalecie.

– Pojęcia nie miałam, że Anglicy maja tylko zielone wykładziny w toaletach. Muszę zapytać znajomą tam mieszkającą – pomyślała Anna pewnego zalanego piątku. Deszczem zalanego. Zastanawiała się czy wychynąć z domu opatulona wszędzie, bo zapowiedziano tylko 12 stopni oraz z parasolem czarnym jak gawron opisany w kolejnym tekście.

GAWRON – śląski ptak rajski

Gawron należy do rodziny krukowatych i tak jak większość swoich krewniaków oraz emerytów jest gatunkiem synatropijnym. Oznacza to, że potrafi dostosować się do niemal każdych zastanych warunków, nie boi się ludzi i chętnie korzysta z tego co może mu dać nasze sąsiedztwo. Czyli głównie ze śmieci.

Wszystkim wydaje się, że gawron jest po prostu czarny. Tymczasem gawron dla gawrona jest tęczowy jak połowa skrajnej prawicy kiedy myślą, że nikt nie patrzy. Jeżeli sami chcecie się o tym przekonać, wyjdźcie przed dom, wyjmijcie gawrona ze śmietnika i obejrzyjcie go sobie pod światłem ultrafioletowym.

Gawrony można spotkać w całej Polsce, ale najwięcej tych pozornie czarnych drani gnieździ się w Wielkopolsce i na Śląsku. Żyją z tego co uda im się wygrzebać z ziemi tak jak górnicy i wprost przeciwnie do grabarzy. Podobnie jak ci pierwsi gawrony potrafią działać w grupie dla osiągnięcia wspólnego celu. Co prawda rzadko urządzają grilla pod sejmem, ale nieźle sobie radzą z odstraszaniem wszystkich innych drapieżników.

Gawrony są niezwykle inteligentne, zarówno jak na ptaki jak i na mieszkańców Śląska. Dlatego kiedy tylko nadchodzi zima, biorą skrzydła za pas i nawiewają w jakieś cieplejsze miejsce. Jeżeli widzieliście gawrona w lutym, to prawdopodobnie pochodził z Europy Wschodniej lub z północy. Dla nich to my jesteśmy ciepłym krajem. Zagraniczne gawrony można poznać głównie po akcencie no i po tym, że narobiły nam na czapkę zimą, a nie latem.

Anna  woli kupić, w sezonie, grzyby w warzywniaku niż wstawać świtem, jechać (nie ma samochodu) kilkoma środkami komunikacji, wałęsać się po lesie, być pogryzioną przez wszystko co się tam rusza a potem udawać, że było świetnie. Tym bardziej, że kompletnie nie odróżnia prawdziwka od szatana.

Autor ulubionego profilu „Zwierzęta są…” prześmiewczo zajął się królem grzybów:

BOROWIK szlachetny – Pan Prawdziwek

Wyprawa na grzyby to wspaniała przygoda, tak jak wspaniałą przygodą jest trekking przez malownicze pola minowe Bośni i Hercegowiny. Na każdym kroku na grzybiarza czyha niechęć, wyzwiska i ostracyzm społeczny. A to wszystko, zanim jeszcze wyjdzie z domu o jakiejś nieludzkiej godzinie, budząc całą rodzinę. Wiadomo „przecież później wszystko mi wyzbierają”.

Naprawdę grzybiarz grzybiarzowi grzybiarzem. Chyba jedynie wędkarze bardziej zazdrośnie strzegą swoich tajnych miejscówek, ale oni przynajmniej nie biegają z nożami po lesie. Jeżeli zdecydujecie się dołączyć do tej podejrzanej hałastry, to powinniście pamiętać o jednym. Król grzybów jest tylko jeden i jest to prawdziwek. Poza tym warto wiedzieć, że za pisanie o pieczarkach na grupach grzybiarskich jest ch… do dupy i listwa na dziąsło, ale o tym innym razem.

Kapelusz prawdziwka może mieć nawet 25 centymetrów średnicy, chyba żeby wierzyć mojemu sąsiadowi to wtedy 50. Rekordowy zbiór borowików szlachetnych to 60 kg zebrane jednego dnia przez pewnego grzybiarza w nadleśnictwie Narol w Kotlinie Sandomierskiej w sierpniu 2004 r. Ciekawe kto to potem wszystko czyścił i jaki jest odsetek rozwodów w tym grzybowym raju?

Szukając prawdziwków najlepiej trzymać się z dala od dużych miast. Warto natomiast odwiedzać obrzeża lasów, najlepiej świerkowych. Inne jadalne odmiany borowika znajdziecie pod dębami, sosnami, bukami i brzozami. W Polsce rośnie aż 20 gatunków borowików. Niestety większość jest niejadalna. Nie oznacza to od razu, że są trujące, ale np. taki goryczak żółciowy, którego łatwo pomylić z borowikiem jadalnym, jest obrzydliwy i sam może zmusić was do robienia obrzydliwych rzeczy. Raczej nie zaczniecie nagle słuchać Martyniuka, ale jest szansa, że po konsumpcji, perystaltyka waszych jelit będzie robić na trzy zmiany. Jest też borowik szatański, który załatwi wam wątrobę bardziej niż choroba filipińska. Dlatego jeżeli już naprawdę ciągnie was do lasu, to lepiej sięgnijcie do źródeł, w których autor nie przezywa roślin i zwierząt.

Prawdziwki rosną najczęściej w tzw. czarcich kręgach. Tzn. że można je znaleźć wokół pni drzew. Dzieje się tak, ponieważ grzyby trzymają z drzewami sztamę i w zamian za związki organiczne dostarczane przez ich korzenie, zaopatrują swoich większych kumpli w związki mineralne. Układ ten jest znany jako mikoryza. Wraz ze wzrostem drzewa i wydłużeniem się korzeni wędruje również grzybnia, dlatego im starsze drzewo, tym dalej od pnia rosną prawdziwki.

Prawdziwek i polityka: borowik szlachetny był znany w przeszłości pod wieloma imionami. Niektóre z nich jak grzyb prawy, grzyb prawdziwy, prawak lub grzyb biały nie mówią absolutnie nic o jego poglądach politycznych, bo to grzyb na litość boską, odstawcie już ten internet.

Upalne miasto 75

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************************

Anna czasem nie kuma otaczającej jej rzeczywistości oraz ludzi. Tak się jej to skojarzyło z kolejnym tekstem na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

ŻABA moczarowa – żaba moczy rowa

Żaba moczarowa jak sama nazwa wskazuje całkiem dobrze radzi sobie z brakiem wody. Kica sobie wesoło nawet podczas słonecznej pogody w lasach świerkowych lub liściastych, na polanach, a nawet na suchych terenach o podłożu wapiennym takich jak polska noc kabaretowa.

Na ogół żaba moczarowa wygląda dość normalnie jak na płaza. Tzn. jest brudno zielono-brązowa z brzydkimi ciemniejszymi plamami na całym ciele. Na przełomie marca i kwietnia samcom jednak coś lekko odwala, a ich skóra robi się niebieska, jak Żoliborz podczas strajku kobiet jesienią ubiegłego roku. Różnica jest taka, że żaby się dziewczyn nie boją, a nawet chcą je w ten sposób zachęcić.

Samica składa jaja przede wszystkim nocą. W tym samym czasie samiec siedzi jej na plecach i zapładnia je w locie. Ta romantyczna pozycja nazywa się ampleksus i jest cholernie trudna do zaobserwowania. Z jakiegoś powodu kiedy tylko amator żabich figli podejdzie do stawu, wszystkie zwierzęta milkną i wskakują do wody. Aby ponownie cieszyć oczy widokiem czochrających się żab, trzeba poczekać kilka minut. Wszyscy wiemy, że i tak to zrobicie, więc równie dobrze możecie wziąć ze sobą kanapkę z ogórkiem, żebyście nie oglądali na pusty żołądek.

Nadszedł dzień kontroli stanu uocznienia seniorki. Na wstępie oznajmiła, że przed badaniem musi powiedzieć  o łzawieniu lewego oka, bo zapomni z powodu „nie te lata, nie te oczy”. Kolejny raz okazało się, że wtórna zaćma jeszcze nie nadaje się do potraktowania laserem, bo jest jej zbyt mało chociaż powoduje coraz gorsze widzenie. A przy okazji dowiedziała się, że operacja o trudnej nazwie witrektomia jakiej doznało jej lewe oko jest najtrudniejszym okulistycznym zabiegiem, bo komplikacje mogą być niesłychane.

– To już rozumiem dlaczego lekarka chirurżka próbowała delikatnie mnie do tego zniechęcić – powiedziała Anna. Dobrze, że nie wiedziałam co ewentualnie najgorszego może się zdarzyć. Wprawdzie na to oko nie dość, że niewyraźnie widzę, to jeszcze obraz jest pofałdowany ale zawsze co dwoje oczu to nie jedno.

I z tym optymistycznym nastawieniem poszła wykorzystać bankomat oraz nabyć kolejny numer czasopisma „Książki”. Kosztuje ono 19,99 zł. Płacąc seniorka powiedziała do ekspedientki:

– Naprawdę ustalający cenę myślą, że jak ktoś czyta takie pismo jest idiotą i daje się nabierać tej manipulacji? Że pismo kosztuje 19 a nie 20 złotych? To jednak obraźliwe jest.

A na facebooku spotkała  zaskrońca – p.s.. zasrańca, czyli kolejny tekst z cyklu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Zaskroniec jest brzydki i śmierdzi. Tzn. śmierdzi kiedy poczuje się zagrożony. Wydala wtedy ciecz, która wyjątkowo podle zalatuje zaskrońcem. Brzydki jest natomiast bez przerwy i to nawet przez 150 centymetrów w przypadku samic. Samce są nieco mniejsze. Większość zaskrońców ma charakterystyczne żółte plamki po bokach głowy, ale nie poprawia to jakoś dramatycznie ich wyglądu.

Najłatwiej spotkać je na terenach podmokłych albo bezpośrednio w wodzie. Zaskrońce bowiem doskonale pływają, a nawet nurkują. Wyobraźcie sobie, że pływacie w leśnym stawie lub jeziorku, oglądacie rybki i traszki, a tu nagle pojawia się zaskroniec. Okropne. W dodatku drań prawdopodobnie przypłynął po to, żeby zeżreć, to co oglądacie.

Na lądzie zaskrońce żywią się głównie małymi gryzoniami. Dlatego można je spotkać w gospodarstwach domowych, stodołach, spichlerzach i w siedzibie prokuratury generalnej w Warszawie.

Zaskroniec nie stanowi zagrożenia dla człowieka, ale już w drugą stronę to nie działa tak dobrze. Na swoje nieszczęście jest dosyć podobny do żmii zygzakowatej. Jest jednak mniej masywny, ma słabiej wyodrębnioną głowę i nie ma charakterystycznego zygzaka na grzbiecie. No i nie będzie próbował wysłać was do krainy wiecznych łowów. Warto odwdzięczyć mu się tym samym choćby przez zwykłe ludzkie współczucie.

EDIT: W obliczu przytłaczającej aktywnością klubu zaskrońca w komentarzach cofam swoje wcześniejsze słowa. Zaskroniec jest piękny jak frekwencja referendalna i pachnie piwoniami.

A w pochmurny, prawie listopadowy ale jeszcze październikowy dzień przeczytała, autorowi z czym się kojarzy halloween:

Nasosznik trzęś (p.s. „Boże, jakie bydlę)” to pokojowy zawadiaka, obrońca miru domowego i kanibal hobbysta. Statystycznie rzecz biorąc, jest też trzecią najczęstszą przyczyną, dla której kobiety łamią drugie przykazanie. Niestety panowie, pierwsze dwie to rachunki za wodę i gaz, ale to nie znaczy, że mamy przestać się starać.

Ten smukłonogi kawaler chętnie poluje nawet na znacznie większe i bardziej jadowite pająki, np. na kątniki domowe. Myślę, że wszyscy zgodzimy się co do tego, że kątniki to pomioty szatana zesłane nam na pognębienie razem z tiktokiem i czarnymi żelkami.

Co jeszcze jada nasosznik? Np. korniki, komary i inne nasoszniki. Prowadzone są nawet badania, które mają na celu wykorzystanie nasoszników do walki z malarią. We Francji są również plany stawiania specjalnych trzęsiowych budek lęgowych w starych budynkach. Pająki miałyby docelowo zastąpić pestycydy kiedy już zdecydujemy się odpuścić trochę matce naturze.

Nasosznik jest jednak dosyć wybredny i nie zamieszka w byle ruderze. Preferuje wnętrza suche, ciepłe i takie, w których występuje do ośmiu innych nasoszników. Jeżeli jest ich więcej lub brakuje jedzenia populacja przestawia się na dietę nasosznikową i szybko pożera nadmiarowe egzemplarze.

Pożycie nasosznika to też nie rurki z kremem. Pan trzęś gdy chce zrobić małe nasoszniki, musi pofatygować się do sieci swojej dziewczyny. W zależności od tego, w jakim nastroju będzie gospodyni, kawaler może przyczynić się do powiększenia gatunku lub zmniejszenia głodu samicy. Po udanym stosunku nadal istnieje spora szansa, że samiec zostanie opędzlowany. Dlatego po kopulacji daje nogi do swojej własnej sieci, którą trzącha, ale tylko, gdy coś go zaniepokoi.

„Czy nasosznik może użreć mnie w piętę?” No nie za bardzo, ale już czarną wdowę opędzluje koncertowo. Jeżeli żadnej nigdy nie widzieliście, to wiecie już komu za to dziękować.

„Ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas” śpiewał pewien polski zespół co w przypadku Anny oznaczało kolejną godzinę z gliną. Tym razem wypaloną. Dwie sztuki . kubek i wazonik, malowała („jestem malarzem nieszczęśliwym”) a dwie następne (miseczka dla koteczka i prawie kwadratowy talerzyk) lekko szorowała, aby wygładzić nierówności. Chciała potem wybrać się na spacer ale zniechęcił ją, momentami wiejący przenikliwie, wiatr.

W domu udusiła (gołymi rękami na patelni) grzyby oraz warzywa.

W poniedziałek znalazła na fb kolejny wpis „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tym razem dotyczący nietoperzy. I tu sobie przypomniała nocną wizytę tego stworzenia, którego drapanie w szybę otwartego okna zbudziło ją o trzeciej w trakcie letniej nocy. Przez godzinę próbowała go namówić na wyfrunięcie ale ona wolał kołować pod sufitem, siadać na górze regału oraz z tyłu półki z książkami drapiąc go nie wiadomo po co. Spać się przy tym hałasie nie dało. Zastosowała w namawianiu do opuszczenia pokoju szczotkę na długim kiju oraz szmatę, którymi wywijała zaganiając w stronę otwartego okna. Nietoperz chyba tych głupszych był bo nie rozumiał ani słów jakim go namawiała, ani czynów szmatowo – szczotkowych.  Wreszcie jednak wylądował na parapecie za zasłoną a chwilę potem na oparciu fotela. Szmata się przydała do nakrycia go i wyekspediowania za okno.

Nie rozumie czego u niej szukał, przecież jego pożywienie to raczej na dworze niż w mieszkaniach przebywa.

NOCEK DUŻY

Spójrzcie na tego brzydkiego drania. A teraz jeszcze raz. Okropny. Niby człowiek się brzydzi, a jednak wzroku oderwać nie może, jak podczas transmisji rozgrywek polskiej ekstraklasy.

Dorosły nocek mierzy od 7 do 8 centymetrów, waży około 20-40 gramów i nazywa się go dużym, więc chłopaki, nie dajcie sobie wmówić, że w waszym przypadku jest inaczej.

Nocek to największy i najbardziej liczny nietoperz w Polsce. Najłatwiej spotkać go na poddaszu lub na strychu gdzie siedzi sobie i czeka na zachód słońca. Dopiero nocą wylatuje chwiejnie ze swojej kryjówki i rusza na poszukiwania chrząszczy, larw, wijów, pająków, a w sierpniu również odrobiny nietoperzej miłości.

Panie nocki żyją w koloniach liczących od kilkudziesięciu do nawet kilku tysięcy nocków. Panowie trzymają się na uboczu, przede wszystkim w dziuplach i budkach dla nietoperzy. Odróżnienie ich od siebie nie jest łatwe i wymaga obejrzenia elementów nocka, które nie jest łatwo zobaczyć, a których zapomnieć nie da się wcale.

Co ma koziołek do nocka: nocek ma koziołka w uchu. Koziołek to charakterystyczny płatek skórny, którego kształt zależny jest od gatunku nietoperza, a nazwa od losowych przedmiotów użytku codziennego. Koziołek nocka jest nożowaty, ale mógłby być rogalikowaty, grzybkowaty, a nawet inny.

Upalne miasto 74

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*********************************************************************************

To opowiadanie jakie ci obiecałam – powiedziała Ewa wręczając Annie kartki.

                                   Kobieta i życie

       (opowiadanie napisane przed wyborami 15.10.2023)

  Lodówka marki polar stała w przedpokoju maleńkiego, dwudziestometrowego mieszkania. Co jakiś czas włączając się buczała a czasem warczała. Wykonana za czasów PRL-u była sprzętem typu gniotsa nie łamiotsa tylko czasem psujotsa.

Czarna kotka lubiła siadać na jej tylnej części bo tam było najcieplej. Bywały chwile, że obie mruczały jednocześnie. Taki duet domowy, lodówka Pola i kotka Tola. Jedna biała, a druga czarna.

Panią na tych włościach była kobieta imieniem Mela ale ze świadomością, że jest podporządkowana zwierzątku. Nie bez przyjemności zresztą.

Ten poranek przyniósł hałas na klatce schodowej. Kłócili się dachowi fachowcy z tymi od kablówki. Sąsiedzi seniorzy uchylając drzwi przysłuchiwali się sprzeczce.

– Gdzie leziesz dziadu, zniszczyłeś mi skrzynkę – krzyczał mikry z wąsem.

– Odczep się dupku – odwarknął brzuchaty z łysiną idąc schodami w górę.

– Niech cie lawina dachówek przysypie – rzucił za nim nieduży.

– A ciebie niech prąd mocno popieści, bo na pewno żadna kobita nie chce.

– Bo za twoim bębnem wszystkie szaleją.

– A żebyś wiedział, mam żonę i trzy kochanki.

– To chyba są gołębice z dachu. Wiesz jak to się nazywa? Zoofilia.

– Mądrala! A twoimi kochankami są tylko śrubki i nakrętki.

I obaj się roześmiali a mieszkańcy im wtórowali.

Mela zamknęła drzwi mówiąc do siebie:

– Faceci z dystansem do siebie samych, niebywałe.

 Otworzyła lodówkę i wyciągnęła słoik z zupą. Bardzo gęstą, bo składała się ze zmiksowanej indyczej porcji drobiowej oraz kilku jarzyn plus sól i pieprz. Po schłodzeniu była bardzo gęsta, więc zawsze można było dodać wody i pomidora. Albo ogórka kiszonego czy ugotowanych suszonych grzybów. Byle nie wszystko naraz.

Mela swoim przedmiotom nadawała imiona: telewizor był Tolkiem, odkurzacz Olkiem, stół Sebą, a komoda Kiką. Dywan Dyziem, a pralka Romą, bo była włoskiej firmy Zanussi. Kwiatek geranium to Gienia, a lampka nocna to Leda. Bo żarówkę miała ledową. Okulary zostały Protem, bo są protezą. Szukała ich czasem wzywając na pomoc świętego Antoniego i swego dziadka o tym imieniu. Łatwiej było znaleźć telefon komórkowy o imieniu Kromek, wystarczyło wybrać jego numer za pomocą telefonu stacjonarnego nazwanego Gad – od słowa gadanie.

Była całkiem normalna ale miała specyficzne poczucie humoru więc wymyślała sobie, dla urozmaicenia codzienności, różne zabawy. Garaże na podwórku nazwała Gargamelami, a wiatę śmietnikową Rezą od Rezydencji. To w nawiązaniu do serialu „Co ludzie powiedzą” w którym główna bohaterka Hiacynta zawsze odbierała telefon w ten sam sposób: „Tu rezydencja państwa Bukiet, przy telefonie pani domu”.

Był to też sposób na oswajanie, dość nieprzyjaznego dla niej, świata i ludzi. Albowiem im lepiej ich poznawała, tym bardziej lubiła zwierzęta.

Roztarła koniuszek swego nosa, który był tak samo zimny jak jej kotki Toli, która zeskoczyła właśnie z lodówki, przeciągnęła się w przód i w tył, przeszła do kuchni gdzie stały jej miseczki – na karmę i wodę.

Mela na oko miała pięćdziesiątkę ale sama nie pamiętała ile wiosen i zim już zaliczyła. Bo kto by się tym zajmował, przecież nie ona. Pracowała w biurze fundacji tylko na pół etatu albowiem niedawno dostała spadek po samotnym seniorze, któremu pomagała. Mieszkanie po nim zabrała rodzina, ale dostęp za pomocą upoważnienia do pieniędzy na koncie dostała jeszcze za jego życia. Z czego skorzystała bez wyrzutów sumienia.

Weszła do wanny, wzięła prysznic, wytarła się i wysuszyła krótkie, prawie siwe, włosy. Kotka w tym czasie wylizywała futerko. Już przestała się dziwić, że jej opiekunka, a właściwie niewolnica zdejmuje swoje futro i moczy się codziennie calutka zamiast wylizywać co przecież jest łatwiejsze i zdrowsze. Ale jaki kot zrozumie ludzi? Najważniejsze, aby dobrze służyli swoim władcom.

Mela ubrała się i wyłożyła zawartość słoika do garnka dolewając wodę,  dodając pastę pomidorową i powoli mieszając.

Zadzwonił telefon stacjonarny.

Masując swój bolący koniec pleców powiedziała:

– Słucham?

– Tu kancelaria premiera – usłyszała. Została pani powołana na stanowisko ministra kultury i dziedzictwa.

– A co to za wygłupy? Kto mówi?

– To ja, Malwina. Nie chciałabyś zostać ministrą?

– Żartujesz chyba? Przecież musiałabym słuchać poleceń z Żoliborza.

– Ale lubisz koty i kasę byś miała konkretną.

– Z głodu nie umieram a bratanie się z tą opcją jest ponad moją odporność. Dobrze, że to tylko żart.

– A propos żart – słyszałaś, że każdy kto nie przyjmie księdza po kolędzie zostanie wpisany na czarną listę, ta zaś przekazana prymasowi i nazwiska z adresami będą wyczytywane z ambon we wszystkich polskich kościołach na każdej mszy?

– Fajnie, będę wyczytana, a może i wyklęta czyli ekskomunikowana. Acha, a co z  RODO?

– Kościół dostanie dyspensę.

– Jak dla wszystkich ich uczynków. Ale Europa się laicyzuje.

– Za to Afryka jest coraz bardziej przez nich zindoktrynowana.

– Ale mam genialny pomysł.

– No, dawaj ale muszę powiedzieć, że już się boję.

– Strachajło z ciebie. Więc słuchaj. Idą jeszcze gorsze czasy więc idziemy w dzień powszedni do każdego parku i zbieramy chrust. Składamy go w swojej piwnicy.

– Ja wolę usmażyć, bo mam centralne ogrzewanie.

– Milcz i słuchaj. Na twojej działce a ja na trawniku podwórka posiejemy ryż i będziemy go w odpowiedniej porze zbierać. Miski przecież mamy.

– Oszalałaś? Ryż się uprawia na bardzo podmokłym terenie a u nas ostatnio susza przecież.

– Czytałam, że w Polsce już jest kilka miejsc gdzie są dobre wyniki.

– Kretynko, to doczytaj jakie są warunki konieczne i nie zawracaj głowy.

Mela odłożyła słuchawkę i wlała ugotowaną gorącą zupę na talerz. Kotka z podniesionym ogonem otarła się o jej nogi.

– Też byś coś zjadła? Do wyboru masz: wołowinka, drób, cielęcinka i rybka.

Tola  miauknęła przy rybce.

Mela wyłożyła zawartość puszki do miseczki, wymieszała zawartość, aby kocia spryciula nie wylizała sosu. Postawiła naczynie na podłodze obok miski z wodą. Przeszła z zupą do pokoju. Spojrzała przez okno – dwa gołębie spacerowały po zewnętrznym parapecie zaglądając do mieszkania.

– A jeśli to jest Pegasus, który tylko udaje ptaka? – pomyślała Mela. E, nie – chyba mam paranoję. Ale jeśli podsłuchują rozmowy telefoniczne i mają urządzenia nastawione na hasła: PiS, premier, Dobra Zmiana, Nowy Ład, inflacja to leżę. Nie, jednak siedzę, bo ich interesują głównie czynni politycy.

Odetchnęła z ulgą.

Upalne miasto 73

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

15 października 2023 roku ludzie runęli – na lokale wyborcze. I choć wyniki wyborów nie były idealne to ludzie zaczęli mieć nadzieję na normalność.

– Swoją drogą to będzie droga przez mękę pogodzić różne stanowiska opozycyjnych partii – pomyślała Anna.

W Kabarecie Starszych Panów” Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski dawno temu śpiewali a Dana Z. wieczorem w dniu wyborów na facebooku zacytowała

Dobranoc, dobranoc ojczyzno

Już księżyc na czarnej lśni tacy

Dobranoc i niech Ci sie przyśnią

Pogodni zamożni Polacy

Że luźnym zdążają tramwajem

Wytworną konfekcją okryci

I darzą uśmiechem się wzajem

I wszyscy do czysta wymyci

I wszyscy uczciwi od rana

Od morza po góry aż hen

Dobranoc ojczyzno kochana

Już czas na sen.

Annę dopadło zapalenie zatok, bo centralne ogrzewanie centralnie wypięło się na grzanie. Zadzwoniła do spółdzielni i dowiedziała się, że akurat ten dostawca ciepła ma usterkę. Mimo opatulania się w dzień i w nocy choróbsko ją dopadło i trzymało jak rzep psiego ogona.

– A bodaj ci nóżka spuchła, a nawet obie – zacytowała Fredrę kierując życzenie do diabła – stróża.

 A na zasadzie, że nieszczęścia chodzą parami dopadł ją okropny katar. Wykupiła więc leki zapisane przez lekarza plus krople do nosa oraz nowy, duży ręcznik papierowy do wycierania nosa. Chusteczek  higienicznych by nie starczyło.

Do przepisanego antybiotyku postanowiła zastosować ten naturalny, czyli rosół. Kupiła indyczą porcję rosołową oraz warzywa i po obraniu i umyciu włożyła do garnka.

Niezmiennie poprawia jej humor wpis na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”. Wprawdzie czytała, będąc dzieckiem książkę o wspomnianym wróbelku ale nic nie pamięta. A tu takie ciekawostki:

Wróbel – Bróbel

Wizerunek wróbla w kulturze popularnej został utrwalony za sprawą postaci Wróbelka Elemelka, wiejskiego głupka, kompulsywnego żarłoka i złodziejaszka hobbysty. Określenia te są dla niego zresztą zbyt łaskawe. Wróbel to typowy miejski cwaniaczek. Czasami przekąsi okruszek spod śmietnika, innym razem upoluje drobnego owada lub okradnie staruszkę. Typowe wróble sprawy.

Wróbel jest też niestety ptakiem towarzyskim. Chętnie skrzykuje swoich kompanów i godzinami wyśpiewuje wulgarne piosenki w parkach, na skwerach i w innych miejscach użyteczności publicznej. Jeżeli nie drze dzioba, to prawdopodobnie zajęty jest kompulsywną kopulacją. Wróble potrafią wróblić się nawet do kilkudziesięciu razy na dobę.

Kiedy wróbel się zmęczy, to wraca do domu. Można by pomyśleć, że wkłada tyle samo wysiłku w konstruowanie gniazda co w jego zapełnianie. Nic z tego, jego dom to często samowola budowlana doklejana do gniazda większego ptaka.

A oto co napisał o JELENIU:

Samiec jelenia to kawał byka. Dosłownie. Waży do 250 kg i nazywa się go bykiem. Jego dziewczyna to łania i lepiej nie mylić jej z sarną. Ewentualna pomyłka skończyłaby się opłakanie dla sarny, która osiąga około 15 kg wagi, stanowi całkiem odrębny gatunek i nie przepada za śmiercią przez zadeptanie.

Łanie lecą przede wszystkim na wyrostki. Im więcej ma ich na porożu samiec i im bardziej jest ono okazałe, tym większą szansę na zaliczenie ma właściciel. Wygląd to jednak nie wszystko. Liczy się jeszcze jelenia gadka. Co roku jesienią, jelenie urządzają sobie rykowiska, czyli spędy, na których drą na siebie nawzajem mordy, jakby brały udział w programie Elżbiety Jaworowicz. W przeciwieństwie do jego uczestników jeleniom udaje się jednak czasami coś załatwić.

Ich porykiwania wyrażają różne emocje. Może to być gniew, smutek, radość ze zwycięstwa w pchełki, ale również poczucie żalu z powodu nieubłaganie uciekającego czasu, który z każdym dniem spycha nas głębiej w otchłań niebytu.

Jeżeli zabiegi oralne nie wystarczą, jelenie przechodzą do rogoczynów, czyli dawania sobie z bańki. Zwycięski samiec otrzymuje dostęp do całej chmary samic. I to dosłownie, bo właśnie taki jest profesjonalny myśliwski termin oznaczający grupę jeleni. Albo grupę żubrów. Albo dzieci. Wszystko jedno.

Październikowy czwartek deszcz zafundował całej przyrodzie. Dzięki czemu na ulicach, sklepach, aptekach i pocztach nie  było chmary przechodniów i klientów. Ryczały tylko, daleko gdzieś, syreny. I nie wabiły na manowce nikogo swoimi głosami.

– Macie, ludzie, swoje dobrowolne wybory, nie musimy wam pomagać – zdecydowały na Walnym Zebraniu Wszystkich Syren. Które odbywa się, co pięć lat,  na dnie, najmniej zanieczyszczonego  oceanu. Hostessami są tam delfiny, wykidajłami rekiny, foki kelnerkami, wieloryby organizatorami, orki z ośmiornicami przygotowały catering, żółwie były podręcznymi stolikami, koniki morskie wraz z rybią drobnicą zapewniały rozrywkę w postaci występów,  na przykład tańca pt. „Wodę kochamy i bronimy”.

Ewa obudziła babcię  wodnych rozważań:

– Hej, jak się czujesz? Przyniosłam zakupy i opowiadanie klientki – powiedziała.

– Mam jeszcze prozdrowotny rosołek, zjesz trochę?

– Jasne, dobry rosołek nie jest zły, szczególnie wykonany przez Ciebie – podziękowała wnuczka. Ale widzę, że czas na twoją wizytę u kosmetyczki fryzjera. Lato i upał wszystko wysusza.

– Szkoda, że nie wytapia nam tłuszczyku – zażartowała Anna. Mogłoby mieć funkcję liposukcji. To dawaj to opowiadanie.

– Weź pod uwagę, że jest napisane jeszcze przed wyborami.

– Dobrze, wezmę. Ale, ale – zadzwoniła do mnie Jadwiga. Robi oblewanie wyników wyborów. Wprawdzie robi to z pewną nieśmiałością, bo uważa, że pogrom powinien być całkowity ale na początek dobre i to.

– Bardzo się boję, że wielkie ego każdego z liderów partii opozycyjnych stanie na drodze sensownemu porozumieniu – powiedziała Ewa pomiędzy kolejnymi łyżkami rosołu.

– Była jedna liderka partii ale się nie utrzymała, bo „baba będzie mi mówić co mam robić”?

– No, właśnie. „Partia Kobiet” też padła. Ech, ci nasi patrioci bez bożej łaski.

– Masz rację, z bożej łaski to oni też są.

–  Jakiegoś dziwnego boga. Dość złośliwego i źle Polakom życzącego.

– Każdemu się zdarza roztargnienie, ja czasem muszę się cofać do pokoju, bo zapomniałam co chciałam wziąć z kuchni. Przeczytałam w Internecie przykłady takich zachowań:

  • Pewnego upalnego dnia kupiłyśmy z siostrą lody zapakowane w miękki plastik w formie kiełbaski. Zapomniałyśmy o nich i zostawiłyśmy je na stole. Trzy godziny później moja siostra przypomniała sobie o lodach, wzięła do ręki opakowanie, a ono eksplodowało! Cała kuchnia i my obie byłyśmy upaćkane lodami. 
  • Pewnego dnia postanowiłem zrobić jajecznicę.Plan: rozbić jajka, wrzucić na patelnię, wyrzucić skorupki. Rzeczywistość: rozbiłem jajka i wrzuciłem je do kosza na śmieci. Stałem nad koszem ze skorupkami w rękach i przez kolejne 30 sekund nie mogłem zrozumieć, co się właściwie stało.
  • Zdarza mi się umyć wszystkie naczynia poza patelnią. Kiedyś zapomniałam o jej umyciu w przeddzień wyjazdu służbowego. Wróciłam półtora miesiąca później. Po wejściu do kuchni od razu zobaczyłam patelnię: była tak pełna, że nawet pokrywka się uniosła. Urósł w niej ogromny kożuch pleśni, puchaty i sprężysty, z plamami pięciu kolorów: białego, czarnego, żółtego, zielonego i czerwonego, bardzo misternie połączonych. Ale, co ciekawe, bez nieprzyjemnego zapachu!

– To ja miałam jeszcze lepiej. Włożyłam kurtkę i wyszłam z domu kierując się na przystanek tramwajowy. Wsiadłam do pojazdu i skorzystałam z wolnego miejsca. Oparłam się i coś mnie uwierało w plecy. Obejrzałam się, na oparciu niczego nie było. Zdjęłam kurtkę i okazało się, że na patce wisi drewniany wieszak – powiedziała Anna. I tak szłam całą drogę, ha, ha, ha.