Upalne miasto 104

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************** ****************

Koniec maja obfitował w sms-owe alerty pogodowe. Straszono w nich burzami, piorunami, wichrami (bez namiętności), ulewami i grzmotami. Nie zawsze się sprawdzającymi.

Annę najbardziej wkurzył ten wysłany o siódmej rano, bo ją zbudził. A w jej mieście i na osiedlu żadnych takich zjawisk nie było.

A w czwartek procesja za procesją.

Pogańskie korzenie Bożego Ciałaz (bloga anetapfajfer)

„Jak głoszą niektórzy teolodzy ze świętem Bożego Ciała wiążą się symbole, które swoimi korzeniami sięgają czasów pogańskich. Do najważniejszych należy monstrancja, czyli złoty kielich, w którym umieszczone jest mistyczne ciało Chrystusa. Niegdyś był to symbol Wielkiej Matki. Naczynie to wiązało się z narodzinami, śmiercią i odrodzeniem. Tę symbolikę przejęło później chrześcijaństwo, które jednak odwróciło pradawne reguły: kielich z hostią zaczął wyobrażać ciało Chrystusa i świętego Graala ze średniowiecznych legend, zaś księżyc stał się atrybutem Matki Bożej.

Do innych zwyczajów wywodzących się z czasów pogańskich należy święcenie ziół i kwiatów w ostatnim dniu oktawy Bożego Ciała. Wiązankę lub wianuszek składający się z różnych gatunków ziół, które można zbierać na przełomie maja i czerwca. Najczęściej są to: macierzanka, dziurawiec, rumianek, rozchodnik, glistnik jaskółcze ziele oraz mięta. Tak skomponowany wianuszek należało wzmocnić łykiem lipowym (wszelkie sznurki wykonane ze sztucznych tworzyw są niewskazane, ponieważ zaburzają naturalny przepływ energii w roślinach). Po poświeceniu należało go zasuszyć i wykorzystywać przez cały rok w celach leczniczych zarówno dla ludzi jak i zwierząt.”

„Skoro to jest pogańskie święto, to dlaczego chrześcijanie je obchodzą?”

„Ponieważ Kościół zaadoptował już istniejące święta = obrzędy z kultury tzw. pogańskiej, a raczej słowiańskiej, która na naszych terenach obowiązywała. Także Boże Ciało, jak w zasadzie wg moich ‚badań’ wszystkie święta chrześcijańskie, takie korzenie posiada. Symbolika zresztą jest archetypowa i uniwersalna…”

Religia pogańskich Słowian była ściśle związana z kultem przyrody. Jej święta wyznaczał naturalny cykl upraw i zjawisk atmosferycznych, od narodzin do życia wiosną, poprzez letni rozkwit, jesienny czas zbierania plonów i zimową martwicę. Podstawowe kulty wiązały się z naturą: kult Słońca, Ognia, Matki – Ziemi.

Anna obawiała się, że w piątek żaden sklep i urząd nie będą czynne ale, ku jej zdumieniu, najbliższa poczta była czynna i udało się jej wstrzelić w dziurę między klientami. A za nią już mały wąż kolejkowy się wił.

W lumpexie wpadła jej w oko i do torby ruda bluzka za 11,50. Drugi fart tego dnia. I na tym się skończyło. W pasmanterii klientka wybierała  koronki do podłużenia dwóch sukienek. Bo wrednie się zachowały i skróciły nieproszone. Czasem materiał zbiegnie się w praniu a często te wredne kalorie w nocy wchodzą nam w ciało jednocześnie zwężając ubrania.

Zapowiedziano pchli targ na osiedlu gdzie mieszka Anna. W piątek tak robiła zakupy, aby zgromadzić jak najwięcej drobnych pieniędzy. Mailowo zarezerwowała sobie stolik, przygotowała różne rękodzieła do sprzedania. Dorobiła kartki okolicznościowe. Zawiesiła ceny na niektórych rzeczach. Wzięła płachtę folii do przykrycia gdyby deszcz pokropił. Oraz wodę do picia i parasol. Sprawdziła na fb i poczcie czy nie odwołano imprezy.

Zapakowała wszystko w dwie torby, jedną na kółkach. I prawie sturlała się ze swojego czwartego piętra. Piechotą przeszła przez kawałek osiedla sprawdzając, że jest dziesięć minut po dwunastej, czyli po początku targu.

Zastała na placu jedno młode małżeństwo i seniorkę – rozłożyli na trawniku zabawki i książeczki dla dzieci.

Transportu ze stołami ani widu, ani słychu. Młodzi zwinęli się po pół godzinie, seniorki po 45 minutach.

A w domu okazało się, że mailowo, dużo za późno zawiadomiono, że imprezę odwołano ze względu na zapowiadane burze. Tyle, że do nocy nic się nie burzyło oprócz wystawionych do wiatru osób. Nawet się rozpogodziło. Organizatorzy sobą zachwyceni pewnie są bardzo.

Anna nie omieszkała mailowo wyrazić swojego niezadowolenia, bo ktoś powinien przyjść na plac i sprawdzić czy ktoś jednak tam przyszedł lub chociaż zostawić kartki z informacją na, stojących tam, ławkach. Nikomu jednak nie przyszło to do głowy. Olewactwo i lekceważenie level hard.

– Wolałabym iść na niedzielny spacer bez obciążenia – pomyślała wkurzona Anna. Nasłałabym na nich orłosępy, jeden przyleciał do Poznania to, w ramach „Wszystkie parapety w Polsce są nasze – orłosępie” mógłby odwiedzić i inne miasta. Wraz z kolegami,  głodnymi i w jadle niewybrzydzającymi.

ORŁOSĘP brodaty = eurosęp

Kiedy pan Maciej z Poznania zobaczył obszarpanego padlinożercę na parapecie, pomyślał, że to część kampanii przed wyborami do Europarlamentu. Na szczęście okazało się, że to tylko młody orłosęp, którego dopadł ciężki przypadek miasta doznań i jedna z naszych letnich nawałnic, przychodzących ostatnio dla niepoznaki w maju.

Orłosępy to wielkie ptaki padlinożerne, które na co dzień żyją w Eurazji oraz w Afryce, zwykle powyżej 1000 m n. p. m. Tymczasem jeden z nich trafił nie tylko do Polski, ale w dodatku do Poznania. Wyobrażacie sobie? Wylatujecie spokojnie z Francji, bo stamtąd pochodził ten konkretny egzemplarz, potem lekkie zatrucie kebsem w Berlinie i nagle budzicie się nie dość, że po burzy to jeszcze w Poznaniu. Nie tego spodziewał się młody orłosęp kiedy koordynator Erasmusa obiecywał mu moc doznań.

Nasz bohater przez jakiś czas siedział na parapecie i wyglądał żałośnie, aż w końcu odleciał, usiadł nad brzegiem Warty i zapłakał nad losem swoim oraz poznańskich kierowców. Właśnie wtedy udało się go odłowić i odstawić do poznańskiego zoo, aby doszedł do siebie.

Jak na padlinożercę orłosęp wygląda całkiem nieźle i to nie tylko na plakatach wyborczych jak jego kuzyni. Wprawdzie przyroda wyposażyła go przezornie w czarną przepaskę na oczy, ale poza tym spód tułowia ma biały z rdzawym nalotem, podobnie jak szyję, a skrzydła ciemne z szarymi lotkami oraz sterówkami. Słowem wcale nie wygląda, jakby chciał, wam opierdzielić kota razem z szelkami. Zresztą koty są szybkie i mają mało szpiku w kościach, za którym orłosęp przepada. Pierzasty drań unosi kości wysoko w powietrze i zrzuca na skały, żeby dobrać się do zawartości.

Skoro poruszyliśmy kwestie gastronomiczne, to musicie wiedzieć, że orłosęp potrafi połykać kawałki kości o długości 25 cm i średnicy 4 cm. W tym miejscu miał być żart z Magdaleny Ogórek i jej błyskawicznej kariery w mediach publicznych, ale i tak mi go wytną w redakcji jak ten o Wałęsie i mniejszościach etnicznych, więc nic już więcej o tym nie napiszę.

Orłosępa ostatecznie wypuszczono, ale zanim do tego doszło, zapytano go, co sądzi o naszym kraju. Orłosęp powiedział, że Poznań to piękne miasto, rogale są prawie tak smaczne jak zwierzęce szczątki, okolice Jeziora Maltańskiego to miejsce, w którym przyjemnie spędzą czas zarówno młodzi jak i rodziny z dziećmi oraz seniorzy, a Grunwald i Jeżyce to dwie najbardziej po*ebane dzielnice.

Upalne miasto 103

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Alerty pogodowe straszą ale „niebo skąpi  ziemi  kropli deszczu” czy jakoś tak.

Anna była w piekarni gdzie sprzedaje jej młoda znajoma, uczestniczka imprezy wymiankowej jaką w 1982 roku wymyśliła nazywając  dress – party. Organizowała ją (w różnych miejscach) ponad 30 lat.

Przed seniorką w kolejce stała druga uczestniczka mieszkająca na innym osiedlu. Wychodząc powiedziała Annie, że ładnie wygląda. Na taki komplement seniorka zwykle odpowiada: – Mój dobry charakter widać na twarzy.

Kiedyś usłyszała od czytelniczki (na inne stwierdzenie): no, skromna to ty nie jesteś. Na co odpowiedziała:

– Niech brzydcy i nudni będą skromni, ja nie muszę,

Oczywiście bbyło to pół żartem, pół serio.

Płacąc za pieczywo Anna zażartowała do sprzedawczyni, że taka mała giełda im się zrobiła.

Potem skserowała tekst ogłoszenia dla biblioteki w Centrum Seniora o przyjmowaniu darów gdzie  m.in. poinformowała:

Za książki zniszczone, poplamione, rozklejone,

z oderwaną okładką, techniczne, podręczniki oraz cienkie harlequiny i pozycje autorów opiewających słusznie miniony ustrój dziękujemy, bo ich  nie chcemy.

 Nie poszła do Biedronki choć dostała zachęcającego sms-a ale naczytała się złych opinii o ich promocjach więc sobie odpuściła.

W warzywniaku z lekka podyskutowała ze sprzedawczynią o ogórkach szklarniowych, która twierdziła, że nadają się tylko na małosolne a nie na kiszone.

– No to sprawdzę jak jest naprawdę – pomyślała Anna. Po 3 dniach: nadają się.

W drodze do domu spotkała seniorkę społecznicę mieszkającą na drugim końcu jej bloku. Porozmawiały o złych zachowaniach niektórych lokatorów co widać po wiacie śmietnikowej, jej wnętrzu i najbliższym otoczeniu. Wymieniły się namiarami oraz informacjami o innych mieszkańcach. Anna nie mogła sobie przypomnieć imienia sąsiadki z tego samego piętra. Dopiero po wejściu do domu klapka pamięci jej odskoczyła. A za pół godziny ta sąsiadka dzwoni do drzwi ofiarowując truskawki bo z synem za dużo kupili.

Lubi koktajl jogurtowy z tymi owocami, więc je zmiksowała i się opiła.

Piątek był  lekkim ześwirowaniem. Truskawkowa sąsiadka wręczyła jej kartkę z informacją ze spółdzielni mieszkaniowej o sporej dopłacie do ogrzewania. Zimą mrozów trzaskających nie było. W dodatku ta kartka znalazła się w skrzynce mieszkanki sąsiedniej bramy. Ta przekazała ją z prośbą o zwrócenie jej zawiadomienia przypuszczając, że będzie w skrzynce Anny. Nie była.

Ale zanim dostała dziwne wiadomości poszła do banku, aby  przelać żądaną kwotę. Dobrze, że zapamiętała jej wysokość, bo okazało się, że pisemko, w drodze do banku, znikło. Diabłu zabrakło papieru toaletowego?

Autobus w obie strony złośliwie pokazał ogon musiała więc się przespacerować. Dalszą trasę przebyła w dusznym, niby nowoczesnym, tramwaju. Wstąpiła do Centrum Seniora, aby zostawić przy regale z książkami skserowane ogłoszenie o przyjmowaniu darów i zabrać z szafy książki nienadające się do tej biblioteki.

Zawiozła je do galerii handlowej na regał przeznaczony do tego celu a w nagrodę zafundowała sobie sok grejpfrutowo – marchewkowy i lody.

Na przystanku dostała smsa proszącego o datek na akcję kamper od nieznanego, podpisanego imieniem i nazwiskiem,  osobnika. Skąd miał numer komórki? I skąd w ludziach tyle bezczelności?

Za to na facebooku kolejna obca osoba, tym razem kobieta, w prywatnej wiadomości napisała: jestem katoliczką, a Ty? Anna odpowiedziała: a ja nie.

Obyło się bez nawracania, na szczęście.

Sobota okazała się dniem spadających rzeczy. Najpierw sfrunęła z zewnętrznego parapetu szmata, wywieszona do schnięcia. Wprawdzie przytrzymywana przez kwiatek w doniczce ale w trakcie przekładania na druga stronę wybrała wolność i fruuu z czwartego piętra. Następny był metalowy (ale nie emaliowany) durszlak/cedzak nieuważnie powieszony na gwoździu, tym co zawsze. Jak spadł to po drodze mocno obił poduszkę palca wskazującego właścicielki. Nie wiadomo co mu się nie spodobało. Może częste wykorzystywanie w celu płukania truskawek? Leniwy jest czy te owoce są, jak dla niego, za mało wyrafinowane czyli ekskluzywne. Niech się cieszy, że nie są to ziemniaki.

Przy wyjściu, aby wyrzucić śmieci okazało się, że szmata zaczepiła się o talerz do odbioru telewizji, dwa piętra niżej. Sąsiadów nie było. W niedzielę nie zawracała im głowy. W poniedziałek o latającej szmacie zapomniała. We wtorek jej już tam nie było. Nie spadła na ziemię. I po szmacie. Nie była taka piękna amerykańska ale przydatna. („A taki był piękny, amerykański, ha, ha, ha” – „Sami swoi”).

We wtorek po całościowym masażu poszła skserować tekst o przyjmowaniu darów ale w postaci ulotki do rozdawania. W tym punkcie na kaloryferze leżą „uwolnione” książki, Anna przejrzała je i jedną zabrała. Co widząc życzliwa obsługująca podarowała dodatkowo jeszcze trzy książki. Seniorka powiedziała dla kogo zostaną przeznaczone.

A na obiad nie zjadła ROZDYMKI Tygrysiej, czyli ryby FUGU opisanej na proilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Ryba fugu, czyli rozdymka tygrysia to mistrz podwodnej samoobrony. Mierzy zwykle 40 centymetrów, jest dosyć podłużna, pływa w wodach otaczających Japonię i skubie kraby, glony oraz koralowce. Kiedy jednak sama ma szansę zostać skubniętą, to wciąga do żołądka wodę i zamienia się w piłkę z kolcami. Jeżeli jakiś napastnik nie zrozumie sugestii i uszczknie kawałek rozdymki, będzie to prawdopodobnie jego ostatni posiłek przed końcem w męczarniach.

Rozdymka tygrysia, a zwłaszcza jej jajniki ikra no i wątroba, zawierają tetradotoksynę. To substancja 100 razy bardziej trująca niż jad czarnej wdowy i aż 1000 razy gorsza od cyjanku. Po jej spożyciu, mięśnie amatora rozdymki ulegają paraliżowi, a on sam traci możliwość oddychania.

No i wtedy na scenę wchodzą mieszkańcy Japonii, ze swoimi fikuśnymi nożami, które tak jak ogry mają warstwy i tną biedną fugu na masę półprzezroczystych plasterków, które w dodatku podają z ciepłą sake. Oporządzanie rozdymki jest na tyle skomplikowane, że każdy kucharz musi przejść kilkuletnie szkolenie i dostać specjalną rządową licencję na niezabijanie. Przygotowanie fugu obejmuje nie tylko wycinanie trujących kawałków, czyli efektywnie większości ryby, ale również wypłukiwanie jej krwi i czasami obróbkę termiczną.

Strasznie dużo zachodu, żeby zjeść coś, co może człowieka wykończyć, ale podobno po tych wszystkich skrawaniach, smażeniach i popijaniu, smak jest wyborny. Zapewne przez porównanie do ciepłej wódy na ryżu. To dokładnie ten sam mindset co u miłośników wątróbki, tylko w jej przypadku cierpienia konsumenta nie kończą się litościwym zejściem. Bo przecież wystarczy smażyć wątróbkę w tłuszczu z jednodniowych gołębi przez cztery dni w jaskini pod wodospadem, aby była zjadliwa. No i jeszcze zasypać ją przemysłowymi ilościami cebulki, żeby przypadkiem smak mięsa nie dał rady się przebić przez całą tę polską ambrozję. Piszę to ze świadomością konsekwencji mych słów, bo mieszkam z wątróbkolubną ilustratorką. Mam też pewne podejrzenia co do moich czytelników, ale nie oceniam Was. Masochizm to przecież nie zbrodnia.

Wracając do rozdymek, to jedyne ryby ościste, które potrafią zamykać oczy. Nie robią tego jednak w żaden normalny powiekoangażujący sposób. Nie, rozdymki wciągają oczy do wnętrza oczodołu, a następnie ściskają skórę otaczającą oko i robią mryg jakby rozmyśliły się siedząc na klopie.

Zęby rozdymki również są dziwne, tylko cztery, połączone ze sobą i nigdy nie przestają rosnąć. W zasadzie wyglądają bardziej jak dziób, a rozdymka używa ich do skubania różnych podwodnych obrzydliwości. To właśnie w ten sposób robi się trująca, ponieważ razem z kawałkami skorupiaków, koralowców i innych takich do ryby dostają się bakterie, które odpowiadają za produkcję tetradotoksyny. Fugu hodowane w niewoli nie mają trucizny, ale wiadomo, bez trucizny się nie najesz.

Z zębami rozdymek wiąże się kolejna urocza historia. Kiedy ryby są jeszcze małe i dosyć przezroczyste, rosną im pierwsze zęby, ale nie wszystkim w jednym czasie. Jak myślicie, co dzieje się z osobnikami opóźnionymi dentalnie? Tak jest, są zjadane, kawałek, po kawałeczku przez bardziej uzębione rodzeństwo, czyli na odwrót niż u nas. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić moją młodszą kuzynkę, której podczas wizyty u mnie akurat wyrzynały się zęby. Kiedy ludzie pytają o bliznę, mówię, że to był wściekły jamnik.

W sumie fugu i tak skończyła lepiej niż ośmiornice, które wylądowały i na talerzach i w filmach, które rytmicznym klaskaniem zawstydziłyby samego Rubika. Aha, już o tym wspominałem, ale najbardziej porąbanymi stworzeniami pływającymi w wodach terytorialnych Japonii są delfiny. Poza Japończykami rzecz jasna. No więc delfiny ciamkają rozdymki, żeby się narkotyzować. Nie wiem, co delfiny robią z ośmiornicami, ale jak znam Japończyków, to też da się to sprawdzić w jakimś hentai.

Upalne miasto 102

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Majowy dyżur biblioteczny w Centrum Seniora Anna rozpoczęła od uporządkowania księgozbioru. W ciągu tygodnia niesamoistnie powstaje tam bałagan, bo częsty jest pogląd: najważniejsze, aby mnie było wygodnie.

Potem opisała przyniesione książki literką działu (P – powieści; K – kryminały i fantastyka/fantazy; D – dla dzieci i młodzieży; H – historia; T – turystyka; R – różne; J – języki obce; C – religijne; B – biografie). Wyłożyła na stół książki z różnych działów kładąc na nich napisy opisujące rodzaj literatury. Oraz napis głoszący, że tu, na miejscu, można sobie zrobić zakładkę do książki: klasyczną, w kształcie kota i sowy. Obok niego położyła przykładowe zakładki.

Porozmawiała z trzema seniorkami na temat biblioteki i odpowiedziała na pytania jakie książki można bibliotece podarować.

W połowie dyżuru zrobiła sobie kawę i przejrzała „Twój Styl” sprzed czternastu lat.

Na koniec włączyła wyłożone książki na półki, zapakowała do siatek kilkanaście książek z serii „koliber”. Pojechała do galerii handlowej, aby te książki zostawić na regale przeznaczonym do tego celu. Przejrzała półki i znalazła na nich: Clinton – Moje życie (896 stron); J. Verne – Wąż morski; J. Andrzejewski – Popiół i diament; H. Sienkiewicz – „Ogniem i mieczem” oraz „Potop” – wydanie w twardej oprawie przez „Świat Książki” w 1995 roku. Idąc do ruchomych schodów wkładała te tomy do siatki i zauważyła, że jeden tom „Potopu” ma mokrą i zapleśniałą górną część. Wróciła więc i odłożyła wszystkie trzy na półkę.

– Wolę ciężkiego Clintona niż zalanego Sienkiewicza – pomyślała.

Wracając nie wyrywała perzu. Nie jest Syzyfem i nie lubi robić w kółko tego samego. Za to autor „Zwierzęta są głupie i rośliny też” znęca się tym razem nad rośliną. Upierdliwą. Niektórzy ludzie są jak:

PERZ – diabelska pszenica

Podobno perz występuje na rozległych obszarach strefy umiarkowanej od Europy po Azję, ale mi się wydaje, że głównie w moim ogródku. Kto wymyślił ten pomiot szatana? Kto go do nas wpuścił i kto powiedział mojej babci, że rwanie go całymi popołudniami to świetne zajęcie dla dorastającego dzieciaka? Na jej obronę należy powiedzieć, że byłem akurat w swoim „gińcie pokrzywy” okresie, ale ścinanie stosunkowo miękkich roślin patykiem to co innego niż klęczenie na piachu i rwanie tej hydro rośliny gołymi rękami.

Pisząc hydro, nie mam bynajmniej na myśli wodnych wymagań tego przeklętego chabazia. Jeżeli o mnie chodzi, to sądzę, że perz mógłby rosnąć na betonie wylanym gdzieś pośrodku Sahary i pozdrawiać stamtąd środkową łodygą wszystkich amatorów hydroponiki. Perz jest grecką hydrą wśród rodzimej flory. Rośnie wysoki na 30 do nawet 200 centymetrów i rozsiewa 100 do 500 ziarniaków, które są w stanie przeczekać nawet 10 lat chudych, zanim wyrosną wam między ogórkami w tempie żabki na nowym osiedlu deweloperskim.

Perz w liczbie pojedynczej, tzn. roślina sztuk jeden może wytworzyć 140 METRÓW rozłogów i 200 pędów naziemnych. Jakie szanse z tą bestią miał sześcioletni chłopiec z wiaderkiem, grabkami i głową pełną muminków? To draństwo jest w stanie przetrwać nawet 45 dni mrozów sięgających do -40 stopni Celsjusza. Poza tym wysysa z gleby przemysłowe ilości azotu, potasu oraz fosforu i tworzy tzw. zielone mosty. Pewnie myślicie, że drań się w końcu przyda do czegoś miłego. Takiego krzaka, zielone mosty to przenoszenie przez rośliny perzu różnych szkodników np. mszyc, ploniarek oraz skrzypionek no i oczywiście chorób jak mączniak prawdziwy.

Oczywiście nie z nami ludźmi takie numery. To, że ja nie potrafiłem zrobić z perzem porządku, to nie znaczy, że jako gatunek, rasa i węziej narodowość nie zrobiliśmy z nim tego co potrafimy najlepiej. Chodzi o alkohol, a konkretnie dość lekkie, ale jednak wciąż piwo. Poza tym młode kłącza perzu są wykorzystywane w ziołolecznictwie, a w okresach głodu z perzu robiono placki i syrop do słodzenia życia i różnych napojów.

Na koniec ciekawostka natury językowej. Słowo perz nie ma nic wspólnego ze słowem perzyna. To znaczy brzmi podobnie i ten pierwszy obróci w to drugie większość waszych ogrodniczych ambicji, ale perz pochodzi od słowa oznaczającego chwasta albo pszenicę, a perzyna od ognia. Pierwotnie w perzynę obracało się coś wyłącznie na drodze pożaru, a nie tak jak teraz, przy pomocy ustawy lub rozporządzenia.

Piątek był, tak jak poprzednie dni, ciepły i wietrzny, ale  nie na tyle, aby zrezygnować z wyjścia z domu. Anna postanowiła odnaleźć dwa miejsca. Jedno w kompletnie nieznanej części miasta gdzie miała, w poniedziałek, brać udział w spotkaniu  ogólnopolskiego czasopisma „Pokolenia”. Wprawdzie dojechała tam jednym tramwajem ale znalezienie budynku trochę potrwało. Koncepcja urbanistyczna tego miejsca jest pomyślana tak, aby utrudnić ludziom znalezienie konkretnego miejsca. Mieszczą się tam głównie różne instytucje, prywatna przychodnia i duże niezadaszone parkingi, czyli smażalnia aut. Frytki, kotlety, rybne filety – wszystko metalowe i pełne łatwopalnych elementów.

W znalezieniu odpowiedniego budynku znalazła pomoc u portierki i ochroniarza tego biznesowego osiedla.

– Jak to dobrze, że zrobiłam rozeznanie, bo na pewno błądziłabym spóźniając się na spotkanie.

Następnym celem był nowootwarty empik na sąsiednim osiedlu. To był jego pierwszy dzień więc spodziewała się balonów, muzyki, hostess i promocji. Nic z tego, tylko oferta mniejsza, z powodu wielkości lokalu,  niż wszędzie i bardzo niska ekspedientka. A ekran wyświetlający co można zakupić często informował, że towar dostępny w innym punkcie empiku.

– Miało być świetnie a wyszło jak zwykle – pomyślała seniorka.

Na poniedziałkowe spotkanie pojechała obawiając się psikusów diabła stróża. Bo zna jego złośliwość. Zapowiadano opady więc wzięła parasol, swoje dwie książki „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne” i „Do serca przytul kota” (połączenie kolaży i rymowanek) oraz dwa tomiki –antologie z drobiazgami literackimi.

Wysiadła razem z kobietą w podobnym wieku ubraną na szmaragdowo a może turkusowo? Anna pomyślała, że idzie ona na to samo zebranie ale tamta poszła dalej a seniorka skręciła i przeszła bocznym wejściem, które poznała w piątek.

W holu budynku podeszła do portiera/ochroniarza siedzącego za ladą i poprosiła o wskazanie zielonej sali. Zapytał a po co? Miała ogromną ochotę odpowiedzieć, że będzie tam robić striptiz ale się opanowała i odpowiedziała, że idzie na spotkanie.

Poprosił, dość kategorycznie, o dowód osobisty i wpisał dane do księgi nie tyle pamiątkowej co gościowej, a może gościnnej. Dał na smyczy zawieszoną plakietkę z napisem visitor/gość i kazał poczekać w holu. A tam już siedziała szmaragdowa pani. Zapytała ją czy też przyszła na spotkanie z redaktorkami czasopisma dla seniorów i okazało się, ze owszem. W dodatku okazało się, że działa na sąsiednim osiedlu i są znajomymi na facebooku. Nie dość tego, w rozmowie wyszło, że znały się w dzieciństwie, bo ich rodzice się znali a ojcowie grywali w brydża.

– No, nie tylko grali – przypomniała sobie Anna.

Zebranie głównie polegało na odpytaniu obecnych dziesięciu osób kim i czym są, co robią. Wszystko po to, aby panie redaktorki znalazły tematy i inspirację do powstania nowych materiałów dla czasopism przeznaczonych dla srebrnych i złotych seniorów a są to „Pokolenia” (dwumiesięcznik dotowany przez m.st. Warszawa) i „Życie w pełni”. To ostanie zaczęła dopiero wydawać firma Novum Finance i pierwszy numer rozprowadza wśród swoich pracowników, zachęcając, aby przekazali znanym sobie seniorom. Anna zrozumiała, że te dwa pisma mają ze sobą współpracować.

Zachęcano też do namawiania znajomych, żeby się do zgłaszali,  teksty pisali lub chociaż informowali o pomysłach do opisania.

Sala mała była bez klimatyzacji, rolety nieszczelne a krzesła plastikowe bez poduszek. I spodnie przecież cienkie bo letnie, przykleiły się seniorce do pośladków. A i tak te półtorej godziny z trudem wysiedziała.

– Oj, nie nadaję się do posiedzeń, zebrań i narad – pomyślała idąc do tramwaju.

******************************************************************************

p.s. poproszono mnie o umieszczenie takiej inormacji/sprostowania:

„Pokolenia” są miesięcznikiem wydawanym przed miasto stołeczne Warszawa. Spotkania redakcyjne tego miesięcznika odbywają się co miesiąc w Warszawie.

Wydawcą dwumiesięcznika „Życie w Pełni” jest firma Novum Finance – firma dystrybuuje magazyn wśród swoich klientów w całej Polsce oraz wśród wrocławskich seniorów.

Pisma nie współpracują ze sobą, a ja i Ola wnosimy w tworzenie „Życia w Pełni” swoje doświadczenie redaktorskie i dziennikarskie, zdobyte przy tworzeniu magazynu senioralnego.

Będzie nam miło, jeśli powiecie Państwo swoim znajomym o tym nowym magazynie, ponieważ największą wartością tego typu wydawnictw jest to, jak tematy do pisma o charakterze senioralnym wypływają od samych seniorów i seniorzy o nich piszą. Ten model został sprawdzony i działa bardzo dobrze.

Upalne miasto 101

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Poniedziałki bywają nieznośne. W dzień po imieninach Anna postanowiła wykonać założony wcześniej plan dnia. Po pierwsze poczta na sąsiednim osiedlu bo urząd na jej osobistym czynny dopiero od 13-tej.

Wstąpiła po drodze do lumpeksu widząc, że dziś wszystko po 2 złote i 50 groszy. Bez nadziei przeglądała rzeczy na wieszakach ale w końcu wypatrzyła cienkie dzianinowe spodnie w jej rozmiarze. Zaszalała i kupiła dwie sztuki z przeznaczeniem do noszenia po domu.

– Jedna w praniu, druga na mnie – pomyślała płacąc pięć złotych. Bardzo ją ucieszył ten zakup, bo od dawna miała podomowe spodnie często łatane na tyłku. Co jedno miejsce dziurawe i zatkane to obok następne się ujawniło złośliwie. I kolejne obcinanie nogawek, aby była z tego łata. Zlatany został cały tyłek. Ale oczekiwanie na kolejną dziurę już się seniorce znudziło.

– Będę  mogła to starocie pociachać, może materiał nadaje się na ścierki.

W umówionym miejscu przejrzała pudło książek wybierając te nadające się do biblioteki w Centrum Seniora. Znajoma stwierdziła, że szybko poszło.

– To skutek czterdziestoletniego doświadczenia zawodowego – odrzekła Anna.

Idąc do przystanku tramwajowo – autobusowego postanowiła wstąpić do bardzo dobrej lodziarni. A tu niefart – czynna dopiero od godziny pierwszej.

– Godzina czekania to zbyt długo nawet na takiego łakomczucha jak ja – pomyślała i niedosłodzona poszła dalej.

Podjechała do następnej poczty a tam kolejka jak z PRL-u, bo poczta czynna dopiero od południa.

– Co to się porobiło z tymi placówkami – jeszcze niedawno były codziennie wcześniej dostępne. Podobno zbyt mało płacą pracownikom, aby byli chętni do zatrudniania się tam.

Ucieszyła się, że czynne są trzy okienka ale za wcześnie. Zaraz jedno zamknięto.

 Jedna z kolejkowiczek przywiązała czarnego psa przed wejściem i uspakajała wychodzącego klienta:

– Pan się nie boi, on każdego lubi, nawet pana.

Na swoim osiedlu, na straganie kupiła, pierwszy raz w tym sezonie, truskawki po 19.- zł za kilogram. Tanio nie jest ale większość owoców ładna, duża. Dobre są szczególnie polane miodem.

Nazajutrz po masażu poszła na zakupy: lep na muchy, krem z zieloną herbatą, farby metaliczne a w spożywczym postanowiła pójść na łatwiznę i taniznę obiadową w postaci lazanii z lodówki gdzie leżą produkty z końcowym terminem ważności.

I nie była to dobra koncepcja, bo mimo dodania soli i pieprzu smakiem nie tylko nie zachwycała ale raczej zniechęcała. No more…

Likaon pstry zapewne też by takiego dania nie chciał. A kot z pogardą zasypywałby choć w pobliżu nie byłoby piasku.

Likaon pstry to taki dziki pies z Afryki i dokładnie tak nazywa się po angielsku (African Wild Dog). Polscy naukowcy zdecydowali się jednak na klasykę i skorzystali z łacińskiej nazwy, według której likaon to „kolorowe zwierzę przypominające wilka”. Chociaż żałuję trochę, że likaona nie nazywał koleś od pająków, wtedy naprawdę pisałbym o pimpusiu kropeczce.

Nazwa dziki pies okazała się niestety dosyć pechowa. Likaon stał się gatunkiem zagrożonym przy wydatnej pomocy lokalnej ludności, której wyjada bydło i zwierzęta domowe. Okazało się jednak, że wystarczyło zmienić dzikiego psa na malowanego, aby zmniejszyć mordercze zapędy lokalsów. Likaonów nadal jest bardzo niewiele, ale łącząc wysiłki językoznawców, normalnych naukowców, wynalazców (dla likaona stworzono obrożę antywnykową) oraz zakładając nowe parki narodowe, jest szansa, że odkręcimy, to cośmy sami zmalowali.

Nie ma dwóch takich samych likaonów. Wiem, że to samo mówi wam pewnie każdy dziki pies z Afryki, ale w przypadku likaonów to prawda. Każdy z nich ma wyjątkowy wzór z czarnych, pomarańczowych i białych łat na ciele. Dzięki temu poszczególne osobniki łatwiej rozróżniają się w stadzie.

A jest się, w czym rozróżniać. Watahy, w których żyją likaony, liczą od 10 do 60 osobników. To największe stada, jakie tworzą ssaki drapieżne poza pseudokibicami z Radomia. Jak to mówią, „za dnia drapieżcą, w nocy zaś ssakiem, sercem i ciałem za Radomiakiem”. No i likaony również porozumiewają się przy pomocy gwizdów, ćwierków i pochrząkiwań. Nie potrafią jednak szczekać.

W stadzie likaony żyją, bawią się, jedzą, rozmnażają i polują. Przejawiają więcej zachowań społecznych nawet od wilków no i zdecydowanie więcej od pseudokibiców. Likaony np. pozwalają szczeniętom, które biorą udział w polowaniu na zaspokojenie głodu przed dorosłymi. Jeżeli jednak maluchy zostały w domu, to dorośli po powrocie zwracają im przetrawiony pokarm. Widzieliście kiedyś, żeby pseudokibic zrobił coś takiego? Nie. Pseudokibice egoistycznie zwracają pokarm jeszcze na stadionie, na infrastrukturę lub na siebie nawzajem, chociaż dawno już się przecież najedli.

Dzięki więziom społecznym oraz inteligencji likaony są świetnymi myśliwymi. Szacuje się, że aż 80% ich ataków kończy się powodzeniem. Dla porównania u lwów to jedynie 30%. Likaony są tak skuteczne z kilku powodów. Po pierwsze bardzo szybko biegają i są całkiem wytrzymałe. Większość z nich jest w stanie utrzymać prędkość 50 km/h na odcinku 5 km co w zupełności wystarcza do złapania antylopy lub zebry, którymi najchętniej się żywią. Dzięki wielkim uszom i rzadkiej sierści, spod której prześwituje im skóra, likaony schładzają się podczas biegu i odstraszają konsultantów Avonu.

Poza tym likaony dzielą się rolami w trakcie polowania. Gonią za zdobyczą całym stadem i kiedy antylopa zmienia kierunek, inne likaony przejmują prowadzenie, a pozostałe w tym czasie odpoczywają. Przypomina to nieco bieg sztafetowy, tylko na końcu czekają smaczne flaczki z antylopy, a nie dyplom i autokar bez klimatyzacji.

No i co ważne likaony opiekują się kalekami oraz osieroconymi młodymi. Karmią je, bronią ich przed lwami i w ogóle zawstydzają ludzi na płaszczyznach od logistycznej, przez gastronomiczną, na wyglądaniu lepiej w cętkach skończywszy.

Wybrane, w zaprzyjaźnionym miejscu, książki dostarczyła do Centrum Seniora rowerem i plecaku przemiła, a w dodatku ładna (niektórych to los szczodrze obdarowuje) pracownica. Akurat 8 maja, czyli w Dzień Bibliotekarek/rzy i Bibliotek.

– Lubię takie zbiegi okoliczności – pomyślała Anna idąc do galerii handlowej, aby zostawić tam parę książek nienadających się do biblioteki CS. Zastała tam (w CS) dary w postaci wielu książek z małej serii z kolibrem. Seniorka zostawiła parę z nich resztę przeznaczając do uwolnienia.

Ucieszyła się, że mogła z regału w galerii zabrać dwie książki, aby uzupełnić ofertę.

Następnego dnia wyszła tylko wyrzucić śmieci, w tym parę słoików postawiła obok pojemników ze szkłem, aby ktoś sobie je przygarnął. Wiata ma wejścia z dwóch stron, seniorka otworzyła jedno a przy drugim pojawiła się kobieta ze sporym psem na smyczy, prosząc o otwarcie drzwi. Anna powiedziała, że pierwsze jest otwarte na co dama z pieskiem stwierdziła:

 – Nie chce mi się chodzić dookoła.

A odległość naprawdę jest niewielka.

 Zapytała też:

– Czy wyrzuciła pani chleb?

– Nie, nigdy go nie wyrzucam – odpowiedziała zdziwiona Anna.

 Czyżby baba karmiła psa wyrzuconym pieczywem?

Dama przykucnęła przy słoikach i wzięła dwa większe stwierdzając z zadowoleniem, że są umyte.

– Ona pewnie wystawiłaby z rocznym brudem – złośliwie pomyślała seniorka. Oj, coś mi się zdaje, że to kolejna baba z cyklu „pępek świata”.

Upalne miasto 100

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************************************

Anna w ramach przynależności do Stowarzyszenia Osób Wielokierunkowo Aktywnych SOWA  pojechała na lubuską wieś. A tam rzeka, jezioro, lasy i żadne hałasy. Najwyżej ptasie. A gdy, z innymi paniami, wybrała się na spacer po lesie, usłyszała bardzo głośny i liczny rechot żab. Taki koncert na wiele rechotów.

Na ścieżce w słońcu wygrzewał się mały zaskroniec.

Spotkania z ludźmi też były interesujące. A to seniorka bardzo szczupła i bardzo  niesłowna. Inna to jest właścicielka drewnianego domku jakby fińskiego, zbudowanego, lata temu, przez górali. W ogrodzie są figury różnych zwierząt a najbardziej widać wielką sowę, wyrzeźbioną z pnia, poza tym jest tam spora siedząca na trawie sarenka, też drewniana. Z innych materiałów wykonane ma figurki dwóch kotów, jeden śpiący drugi wspinający się. Jest też metalowa czapla. Ani jednego krasnala bo to nie Wrocław.

Na sąsiedzkim spotkaniu można było poznać zachowania i charaktery niektórych mieszkańców wsi. W tym opowieść o zaginionym kocie, który najpierw przyszedł do domu z widocznymi znakami skutków ostrej walki z konkurentem do jego terenu. Opatrzono go i wykastrowano, aby nie był takim kotem bojowym. Uciekł gdy próbowano mu zakropić oczy i nie wiadomo co się z nim dzieje. Domysły są przykre.

„Sowa” zorganizowała spotkanie pt. „Moc lasu” w ramach którego każdy kto przyszedł mógł się dowiedzieć jakie ma cechy według horoskopu celtyckiego i pójść na spacer, aby skąpać się w leśnym powietrzu oraz przytulić do drzew. Zaproponowano też mieszkańcom nabycie różnego rękodzieła (w tym ceramiki  o tematyce roślinnej) jednocześnie częstując domowym ciastem i ciasteczkami z nasionami, kawą i napojem z suszonych owoców.

Wiatr płatał figle zwiewając papierowe rękodzieła i napisy. Działał znienacka, aby oferenci nie siedzieli tylko ale ruszali sempiternę i biegali za rękodziełami po piachu.

„Dwa wiatry” Julian Tuwim

Jeden wiatr – w polu wiał,
drugi wiatr – w sadzie grał:
Cichuteńko, leciuteńko,
liście pieścił i szeleścił,
mdlał…

Jeden wiatr – pędziwiatr!
Fiknął kozła, plackiem spadł,
skoczył, zawiał, zaszybował,
świdrem w górę zakołował
i przewrócił się, i wpadł
na szumiący senny sad,
gdzie cichutko i leciutko
liście pieścił i szeleścił
drugi wiatr…

Sfrunął śniegiem z wiśni kwiat,
parsknął śmiechem cały sad,
wziął wiatr brata za kamrata,
teraz z nim po polu lata,
gonią obaj chmury, ptaki,

mkną, wplątują się w wiatraki,
głupkowate mylą śmigi,
w prawo, w lewo, świst, podrygi,
dmą płucami ile sił,
łobuzują, pal je licho!…

A w sadzie cicho, cicho…

Wśród rzadkich kępek trawy seniorka zauważyła roślinkę przypominająca chudy szczypiorek a smakującą odrobinę jak czosnek.

Z Internetu:

Dziki szczypiorek występuje naturalnie w Polsce, zwłaszcza w lasach liściastych, a także w terenach przyleśnych np. na polanach. Można go spotkać także w starych parkach. W postaci zdziczałej pojawia się w różnych innych miejscach np. skwerach zieleni, bulwarach miejskich, czy też w starych ogrodach.

Bardzo zainteresowane ludźmi są tam komarzyce – natrętnie brzęczące i krew pijące. Strzelać się do niech nie da – trzeba się spryskiwać odstraszaczem jakimś, najlepiej skutecznym. Perswazje słowne nie działają, bo komary w de je mają. Bardzo nieładnie z ich strony.

W drodze powrotnej do dużego miasta członkowie „Sowy” zjadły obiad w restauracji „Stara Chata” której wystrój nawiązywał do przeszłości. A najbardziej skrzypiące drzwi – zarówno wejściowe jak i te do i w toalecie. Oprócz dobrego jedzenia zaletą lokalu jest to, że samemu można pilotem ściszyć muzykę.

Anna czuje się jak poniżej opisywany ptak, bo lubi mieszkać w mieście. A jeśli chodzi o podróże to wolałaby latający dywan choć nie ma on zadaszenia i mogłoby w górze być zbyt zimno jak na jej wymagania.

– Ale taka moc przenoszenia się z miejsca na zażyczone miejsce bez podróżowania to byłoby coś pięknego – pomyślała. Szybko i bezkosztowo.

Z facebookowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Sokół wędrowny jest oszustem. Tak jest, dobrze słyszycie. Drań wcale nie wędruje. A przynajmniej nie po ukończeniu pierwszego roku życia. Znajduje sobie wtedy dziewczynę i osiada na przedmieściach jak typowy przedstawiciel klasy średniej, który kocha podróże, ale głównie do biedronki po desperadosy na promocji.

Skąd wziął się w takim razie mylący przydomek sokoła niewędrownego? Dawno, dawno temu, w XVII wieku przed Facebookiem sokoły do polowań łapano, a nie hodowano. Chwytano młode osobniki podczas jesiennych wędrówek, a potem wszyscy byli zbyt leniwi, żeby coś z tym zrobić i tak już zostało.

Kiedyś sokół wędrowny był pospolitym ptakiem w naszych stronach, ale zaczęliśmy stosować pestycydy, a konkretnie DDT, co doprowadziło niemal do zagłady populacji (brawo my). Na szczęście w latach 90. w przerwach od prywatyzacji cukrowni i brania w łapę od gangusów z Wołomina narodowi czempioni stwierdzili, że kto to widział z tym DDT, dajcie spokój. No i nagle sokoły znowu zaczęły pojawiać się na naszym niebie, ale co ciekawe nie w lasach jak do tej pory tylko w miastach. Później podobny proces przeszli mieszkańcy Polski Wschodniej, ale to już inna historia.

Ludzie próbowali wypuszczać sokoły w lesie, zachwalać zalety świeżego powietrza, nawet obiecywać, że nie będą im więcej psikać pestycydami po jajach (DDT obniża grubość skorupki), ale pierzaste dranie nadal wolą tereny miejskie. Prawdę mówiąc, trudno im się dziwić. Ich ofiary to najczęściej gołębie, jerzyki, szpaki, skowronki i inne niewielkie ptaki, które również dosyć dobrze czują się miastach, gdzie śmieciowego jedzenia jest pod dostatkiem i nikt im nie próbuje zaorać habitatu, bo i tak wszędzie stoją już apartamenty inwestycyjne i budki z kebabem. Co ważne sokoły nie polują na zające i bażanty, bo pierwsze nie potrafią wysoko latać, a drugim się nie chce.

Sokół wędrowny jest jednym z najszybszy ptaków drapieżnych na świecie. Podczas pikowania za ofiarą potrafi rozwinąć prędkość 350 km na godzinę. Cóż z tego skoro drań jest wyjątkowo leniwy. Większość ptaków drapieżnych uparcie goni za ofiarą nawet jeżeli pierwsze ataki zakończyły się fiaskiem. Nie sokół wędrowny. Po paru pudłach nasz bohater siada sobie na jakiejś gałęzi albo innej półce skalnej i odpoczywa, nawet do następnego dnia.

Skoro jesteśmy przy półkach skalnych, sokół wędrowny uważa, że dziura w wielkim kamulcu lub wysokim budynku to idealne gniazdo. Dobrze słyszeliście, nie miejsce na gniazdo tylko gniazdo. Sokół z powodzeniem może złożyć jajka w dołku w ziemi, piachu lub żwirze jak Polak na wakacjach w Chorwacji.

No więc sokoły niewędrowne zaczęły sprowadzać się do miast, mieszkają w betonowych dziurach, nie za bardzo chce im się pracować, bo przecież zawsze jest gołąb+ i ogólnie żyją z grubsza jak moi sąsiedzi. Fajnie prawda? Otóż niekoniecznie. Zawsze znajdzie się jakiś wąsaty (piję do stanu umysły, a nie estetyki twarzy), pan życia i śmierci, który wie lepiej co powinno latać po niebie. Sokoły wędrowne, kiedy już przestaną udawać, że lubią wędrować, dobierają się w pary na całe życie. Ostatnio cała Polska, a przynajmniej moja internetowa bańka, żyła tematem lubelskich sokołów Czarta i Wrotki. Wrotka gdzieś się na chwilę zawieruszyła i inna sokolica odbiła jej gniazdo i chłopaka, ale potem udało jej się odzyskać M1, a do tego dostała małe sokoły do wychowania. Kiedy wszyscy mieli już żyć długo i szczęśliwie ktoś otruł Czarta.

Dlaczego? Nie wiadomo. Może mu zjadał gołębie, może nas*ał mu na łysą glacę, może powiedział kilka słów za dużo o jego impotencji umysłowej. Fakty są takie, że sokoła nie udało się odratować. To jest dokładnie ten sam typ działania co rzucanie gwoździ albo szkła psom i kotom. Oby ci draniu deska w kiblu zawsze ciepłą była. Chyba że lubisz zwyrolu, to wtedy nie.

Upalne miasto 99

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Jeśli wtorek to jesteśmy w Belgii. A, nie – to nie ten film. To rzeczywistość.

Dzień był zalany i wystrzałowy a nawet zawiany. Bez procentów. Najpierw Anna, niechcący wylała sobie dużo wody na matę podłogową kuchni. Wytarła wodę ściereczkami, na i pod matę położyła duże ścierki.

Poszła na masaż gdzie porozmawiała o nowo otwartym sklepie z żywnością ukraińską. Drogą więc ceny podano za 100 gram a nie za kilo. Parę osób da się nabrać a potem zegnaj Żenia.

W innym sklepie seniorka nabyła parę produktów z lodówki gdzie są umieszczane produkty z granicznym terminem ważności.

Po drodze nad głową miała słońce a z każdej strony zimny wiatr.

W domu udusiła kurze udka i wyjęła surówkę z lodówki. Po zjedzeniu zaczęła oglądać program o Aleksandrze Dumasie – ojcu, który umarł jako bankrut. I prawdą jest, że w pisaniu pomagali mu ghost – writerzy.

Nagle huk, błysk – nie ma światła, żarówka niedawno wkręcona służeniem się znudziła. Czyli powtórka z awarii się zdarzyła, bo korki w mieszkaniu i na półpiętrze wysadziła. Procedurę już miała opracowaną, więc wajchy obie podniosła. Odłączyła router i poczekała minutę. Aby wsadzić kabelek do gniazdka małego sprzętu leżącego pod telewizorem tak jakoś niezgrabnie to zrobiła, że telewizor w pewnym momencie leciał na podłogę. Na szczęście nie zgłupiała tylko go złapała. Ostrożnie postawiła na podłodze a potem na komodzie. Uff…

Zrobiła sobie herbatę, postawiła na stoliku, upiła kilka łyków i machnęła ręką przewracając kubek. A na stoliku ma różne podręczne rzeczy, w tym sporo papierowych. Płyn plus papier równa się wkurzenie, wycieranie i przeklinanie oraz mokrego papieru wyrzucanie.

– A żeby ci kopyta spuchły na zawsze – życzyła diabłu stróżowi. I ogon też. Na zawsze!

W Internecie znalazła mitologiczne ogłoszenia drobne:

Sprzedam wątrobę. Prometeusz.

Kupię wątrobę. Dionizos.

Loty na lotni z doświadczonym instruktorem. Dedal.

Swetry z pierwszorzędnej wełny owczej. Jazon.

Wdrażam reformy gospodarcze. Syzyf.

Escape room u Minosa zaprasza.

Nawozy organiczne, hurt. Augiasz.

Sprzątanie mieszkań, domów i stajni. Herkules.

Wyrób pamiątek z materiałów klientów. Gorgona.

Casting do programu „Bogata wdowa”. Odyseusz.

Szkoła jazdy konnej. Chiron.

Numizmaty – kupię, sprzedam, wymienię. Charon.

Przędza wysokiej jakości bezpośrednio od producenta Gwarantowana trwałość. Ariadna.

Łucznictwo na imprezach firmowych, budowanie zespołu. Eros.

Prezenty – niespodzianki na każdą okazję. Koń trojański.

Dodała od siebie:

Tkam i pruję na zamówienie – Penelopa;

Zaopiekuję się łabędziami – Leda;

Rzucam gromy doskonale – Zeus;

Uwodzimy w wodzie – Syreny;

Dźwiganie na żądanie. Atlas

Dyżur przy regale z książkami w Centrum Seniora przebiegł w miłej, spokojnej atmosferze. Bo nie przyszła baba uważająca się za pępek świata. Za to dwie panie zechciały poznać tajniki wykonywania zakładek w kształcie sówki. Pokaz był ekspresowy, seniorki zadowolone.

W sekretariacie ktoś zostawił reklamówkę książek – w tym trylogię (na fb Anna zamieściła apel o brakujący pierwszy tom „Potopu”), „Ziemię  obiecaną” i parę innych. Ktoś położył na górze regału dwie, dość zniszczone, książki zupełnie nie nadające się do zaoferowania potencjalnym czytelnikom. Seniorka zapakowała je, wraz z podobnymi, do torby i zawiozła do galerii handlowej, aby położyć na regał przeznaczony na  takie książki. Nawet udało się jej zabrać trzy pozycje, nie dla siebie tylko do zbiorów Centrum Seniora.

Baba pępek świata, tzn. jej charakter, skojarzył się Annie z wyglądem kozy damasceńskiej (podobiznę wyszukać należy w Internecie).

KOZA DAMASCEŃSKA

Demon z Damaszku, rogate plugastwo, Ryszard Terlecki. Różne przerażające imiona noszą kozy tej rasy, ale żadne nie oddaje sprawiedliwości ich urodzie. Koza damasceńska nie mieści się we współczesnych kanonach piękna, na równi z Krupówkami w szczycie sezonu. Koza damasceńska, tak jak stal tego samego imienia ma warstwy, a każdą kolejną brzydszą od poprzedniej. To dokładnie ten poziom złożonej i skoncentrowanej brzydoty, jaki pozwala zarobić ciężkie pieniądze na ludziach, którzy ewidentnie mają ich zbyt wiele. Najdroższe, wystawowe zwierzęta tej rasy potrafią kosztować kilkadziesiąt tysięcy dolarów i wyglądają jakby przyszły na świat kilkaset lat temu w europejskiej dynastii królewskiej.

Tymczasem koza damasceńska ma wspaniały charakter. Tzn. daje dużo mleka i mnoży się, jakby miała wrodzoną wadę wzroku, dając dwa do czterech całkiem ładnych koźląt w jednym miocie. Dopiero z czasem dogania je rzeczywistość. Kozy damasceńskie mają również smaczne mięso i są całkiem spore. Samce osiągają nawet 90 kilogramów uszatej abominacji.

Dlaczego matka natura zrobiła coś takiego swojemu dziecku? Pytam o to co rano przy lustrze, ale w przypadku kozy to wcale nie jej wina. Kozie damasceńskiej przytrafiliśmy się my, ludzie. Zwierzęta tej rasy pochodzą z terenów dzisiejszego Libanu i Syrii. Nigdy nie grzeszyły urodą, miały długie obwisłe uszy, wysunięte czoła i cofnięte nosy. Normalny człowiek, widząc coś takiego myśli sobie, no trudno pewnie ma piękne wnętrze i szykuje podpałkę do grilla. Ale nie hodowcy. Dzięki latom selektywnej hodowli, znacznym wydatkom i chowowi wsobnemu (u hodowcy nie u kozy) udało im się uzyskać zwierzę, którego twarz wygląda, jakby potrzebowała obrzezania. Gratulacje dostajecie honorową odznakę człowieka.

Prosiłem ilustratorkę, żeby oddała pełnię urody tej pechowej kozy, ale powołała się na klauzulę sumienia, drugie przykazanie i prawo do zgromadzeń publicznych, a potem wyskoczyła przez okno, co wcale nie było takie łatwe, bo byliśmy w piwnicy. Dlatego w komentarzu znajdziecie kozę damasceńską w pełnej glorii i chałwie. Proszę nie regulować odbiorników, ona naprawdę tak wygląda.

A jak wyglądają przedmioty i rośliny publicznie dostępne?

Lata temu napisał Ludwik Jerzy Kern:

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie, żłobie, głupszy niż barany,

My się codziennie od lat wypruwamy

W fabryce, w domu, na roli i w szkole,

Żebyś miał, żłobie do popisu pole,

Żebyś dwa piwka mógł wziąć w rączki obie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie żłobie, wstajemy o świcie

I poszerzamy nasz świat, nasze życie

I ciebie mając cały czas na karku,

Klomb jeszcze zakładamy albo lampy w parku,

Żebyś po nocach miał co potłuc sobie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie, żłobie, pomimo żeś łobuz,

My kupujemy Berlieta autobus,

Żebyś mógł wyciąć oparcie z fotela,

Na nowe buty, których pragnie Ela,

Albo tak tylko, bo ci się podobie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie żłobie, o czółku niziutkim,

Z telefonami zakładamy budki,

Żebyś, gdy mortus cię przyciśnie, bracie,

Miał tę rezerwę skromną w automacie.

Wszak drobne często są potrzebne tobie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie, żłobie, męczymy się wszyscy,

Musimy tworzyć, żebyś miał co niszczyć.

Gdyby nas wszystkich nie było, mój złoty,

Sam byś się musiał zabrać do roboty

I innych wtedy miałbyś na wątrobie –

Zrozum to, żłobie!

Ludwik Jerzy Kern 1973 rok

Żałoba po przyjacielu

Sigrid Nunez – Przyjaciel, Wydawn. Pauza  2019

TYTUŁ:  Żałoba po przyjacielu

WSTĘP: „Każda powieść próbuje, tak naprawdę, odpowiedzieć na pytanie Czy warto żyć? Nicholson Baker

O autorce:

Sigrid Nunez urodziła się w Nowym Jorku i tam mieszka. W 208 roku za powieść „Przyjaciel” otrzymała National Book Award. Oprócz niej napisała siedem powieści i biografię Susan Sontag z której synem była związana w latach siedemdziesiątych XX wieku. Jej teksty ukazywały się w różnych czasopismach.

O książce:

Czy „Przyjaciel”  jest odpowiedzią na powyższe pytanie czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć.

Punktem wyjścia powieści jest samobójcza śmierć pisarza, przyjaciela narratorki. Pozostał po nim pies niemiecki dog arlekin imieniem Apollo, którym nikt nie chce lub nie może się zająć. Robi to w końcu narratorka choć w budynku, w którym mieszka nie wolno trzymać zwierząt. Pies bardzo tęskni i ciągle wyje.

„Nie da się wytłumaczyć śmierci. A miłość zasługuje na coś lepszego”.

Przyjaciółka pisarza stwierdza: „Wolę zwierzęta, które poradzą sobie beze mnie” – czyli koty. A przecież tak nie jest, tylko dzikie jakoś sobie radzą.

Mieszka  w Nowym Jorku, na Manhattanie, w budynku na piątym piętrze.

To książka o śmierci, żałobie zarówno człowieka jak i zwierzęcia po kimś bardzo bliskim. „Zwierzęta robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty”.

I tu się nie zgodzę – to koty uważają się za naszych bogów.

Jednocześnie o kondycji pisarza i  środowisku literackim Nowego Jorku. O warsztatach literackich prowadzonych dla kobiet wykorzystywanych i zmuszonych do nierządu. Jest też rada dla piszących: „Czytaj na głos robocze wersje tekstu”.

Natalia Ginzburg napisała: „Pisanie nie ukoi twego smutku”.

Koleżanka narratorki, z zawodu psycholożka uważa, że „… pisanie ręczne wspomaga koncentrację, a kartka w linie jest bardziej zachęcająca niż pusty ekran”.

To powieść bardzo erudycyjna , według mnie zbytnio naszpikowana cytatami o pisaniu i pisarzach. Znalazł się też wśród nich Czesław Miłosz ”Kiedy w rodzinie rodzi się pisarz, rodzina jest skończona”.

Zacytowano także Baudleaire`a, Philipa Rotha, Simone Weil, Rilkego.

Ta książka to żałoba po przyjacielu ale na koniec czeka nas niespodzianka. Nie zdecydowałam czy miła. Musicie ocenić to sami.

Upalne miasto 98

              UPALNE miasto 98

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************

Kwiecień postanowił nie być wiosennym miesiącem tylko letnim. Co ludzie przyjęli z radością, bo nie wiedzieli jak się ubrać a rozterki różnej ważności są ludzką ulubiona rozrywką.

Gdy Anna wyrzucała śmieci do wiaty wszedł młody mężczyzna z dwoma pojemnikami zabawek i książek dla dzieci oraz dorosłych. Do dziecięcych rzuciła się młoda mama a do dorosłych seniorka. Proza była tylko anglojęzyczna a pozostałe to poezja: Krasiński, Przerwa – Tetmajer, Miłosz. W tomiku tego autora znalazła wiersz:

Do pani profesor w obronie honoru kota i nie tylko” (z okazji artykułu Przeciw okrucieństwu Marii Podrazy – Kwiatkowskiej)

Mój miły pomocnik, nieduży tygrysek,

Śpi słodko na biurku obok komputera

I nic nie wie, że Pani jego ród obraza.

   Koty bawią się myszą czy półżywym kretem,

   Myli się jednak Pani, to nie z okrucieństwa.

   Po prostu widzą rzecz, która się rusza.

Bo jednak zważmy, że tylko świadomość

Umie na chwilę przenieść się w to Inne,

Współ- odczuć mękę i panikę myszy,

   I tak jak kot, cała przyroda

   Obojętna niestety na zło i na dobro,

   Obawiam się, że kryje się tutaj dylemat.

Historia naturalna ma swoje muzea.

Nie prowadzimy tam dzieci. Po co im potwory,

Ziemia gadów i płazów przez miliony lat?

   Natura pożerająca, natura pożerana,

   Dzień i nic czynna rzeźnia dymiąca od krwi.

   I kto ją stworzył? Czyżby dobry bozia?

Tak, niewątpliwie, one są niewinne:

Pająki, modliszki, rekiny, pytony.

To tylko my mówimy: okrucieństwo.

   Nasza świadomość i nasze sumienie

   Samotne w bladym mrowisku galaktyk

   Nadzieje pokładają w ludzkim Bogu.

Który nie może nie czuć i nie myśleć,

Który jest nam pokrewny i ciepłem, i ruchem,

Bo Jemu, jak oznajmił, jesteśmy podobni.

   Ale jeżeli tak, to lituje się

   Nad każdą schwytaną myszą, skaleczony, ptakiem.

   Wszechświat dla Niego jak Ukrzyżowanie.

Oto, ile wynika z ataku na kota:

Teologiczny augustiański grymas,

Z którym chodzić po ziemi, wie Pani, jest trudno.

**********************************************

Ale nietrudno jest zanieść niepotrzebne rzeczy do sklepu dobroczynnego – stwierdziła Anna zalecając ten kierunek mężczyźnie.

W drodze na przystanek spotkała mieszkankę osiedla ucieszoną z wyboru jej kandydata na radnego i polecająca głosowanie na kobietę w drugiej turze wyborów na prezydenta miasta.

W jednej ze znalezionych książek była kartka z cytatem (Mickiewicz – „Dziady, cz. III”):

Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,

Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.
Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów docieką,
Gdzie pędzi, czy się domyślą?

Robiąc zakupy w osiedlowym sklepie nie udało się nabyć czosnku niedźwiedziego ale ostatniego dorsza wędzonego już tak. I zabrakło dla następnej klientki. Anna żartobliwie podsumowała sytuację:

– Kto zjada ostatki bywa piękny i gładki – co po mnie widać.

Na co otrzymała szczerbaty uśmiech ekspedientki.

– Ta to sobie nie pogryzie rzodkiewki tondo – pomyślała starsza pani kupując dwa pęczki tego warzywa.

Na sąsiednim stoisku kupiła  żelki malinki mówiąc:

– Czekając na świeże te poproszę. Nie oszukam smaku tylko oczy.

Nie kupiła sałaty, a może szkoda, bo mógł się na niej znaleźć

ŚLIMAK winniczek opisany przez „Zwierzęta są głupie i rośliny też”

„Wyobraźcie sobie, że jesteście winniczkiem, escargotem lub ślimakiem rzymskim jak niektórzy na was wołają. Zasuwacie sobie, ile fabryka w stopie dała przez malowniczy krajobraz francuskiej wsi po deszczu. Woda szybko wsiąka w krętą drogę, a malwy rosnące za starym, drewnianym ogrodzeniem, pozdrawiają was, prostując wesoło łodygi w salucie rzymskim. Jak miło, że pamiętały.

Pod płotem jednak czai się zło. A konkretniej Francuzi, co na jedno wychodzi. Każdy w berecie, z cienkim wąsem pod nosem i bagietką sterczącą z majtek. Nie usłyszycie ich, bo jak wszyscy we Francji są mimami no i jak wszystkie ślimaki ni w ząb nie macie uszu. Nie zobaczycie ich z kolei, bo mają na sobie obcisłe koszulki w maskujące czarnobiałe paski jak wychudzone zebry z przebarwieniami od wina na zębach. No dobra, niektórzy są nadzy, to przecież Francja. Ale i tak ich nie zobaczycie, bo ślimaki widzą maksymalnie na odległość kilku centymetrów od ślimaka.

Nagle, spod płotu odrywa się cień. Chociaż to prawie niemożliwe, przyspieszacie nawet odrobinę ponad 1 km/h, przekraczając tym samym barierę jednej ślimakogodziny. Wiatr rozwiewa wam czułki i świszczy w skorupie. Nie ma w Europie szybszego ślimaka. Niestety cień nie jest mięczakiem i zagradza wam drogę. Lepka łapa, której paznokcie rzucają wyzwanie czarnoziemom wschodniej Ukrainy, łapie was za mieszkanie i unosi wysoko, wysoko do góry. Tam, gdzie nawet komary latają jedynie gdy wszystkie łydki już zasłonięto. Ale co to? Gdzie się podział cienki wąs? Zamiast niego pod nosem zwisa wielki zielony…

Gil zniknął w akompaniamencie, przyprawiającego o mdłości harkotu.

– Fuuuu! Marek, ciocia mówiła, żebyś nie połykał. – Rozległ się piskliwy głos gdzieś z boku.

– Cicho Alka, zobacz lepiej co mam. Ten jest chyba nawet większy od poprzedniego.

Faktycznie, jesteście ślimakiem w kwiecie wieku, a wasza brązowa, pokryta ciemniejszymi pasami muszla ma przeszło 5 centymetrów wysokości. Teraz, wisząc wśród chmur, albo jeszcze wyżej, tam, gdzie rosną rajskie maliny, uświadamiacie sobie, że popełniliście fatalny błąd w obliczeniach. Zbyt szybko pędziliście przez życie i kraje Europy Zachodniej. Nie jesteście już we Francji. Ani nawet w słynących z jawnej miłości do kiełbasy i skrytej do czystek etnicznych Germanii. Prawda jest znacznie gorsza. Trafiliście do Polski.

A konkretnie w moje mniej więcej jedenastoletnie ręce, pewnego lipcowego popołudnia, kiedy jak zwykle przez połowę wakacji zbierałem z moją wakacyjną koleżanką Alką ślimaki. Kto nie robił za bajtla podobnie, ten miał rodziców fundujących mu wczasy w Bułgarii. Zresztą, w Złotych Piaskach też są Winniczki, podobnie jak w całej południowej, centralnej i wschodniej Europie. Da się je znaleźć nawet w południowej Skandynawii. Ja ich jednak nie jadłem, tylko układałem pod drzewem na wielkim ślimaczym ranczo. Za Alkę nie ręczę, dziewczyna była nieobliczalna, jak zresztą wszyscy w Kołobrzegu.

Pomimo moich najlepszych chęci, ślimaki raczej nie były szczęśliwe na ranczu pod sosną. Nie miały tam świeżych liści, młodych pędów, bulw lub kłączy do pałaszowania. Mam jedynie nadzieję, że pomogłem paru z nich znaleźć odrobinę ślimaczej miłości. Ale, co się dzieje na ślimaczym ranczo, to zostaje na ślimaczym ranczo. Zupełnie nie jak w hotelu sejmowym. No i ślimaki mają odwagę mówić głośno, że są hermafrodytami.

Winniczki uwielbiają również owoce i warzywa, mięso ignorują, a nie znoszą lawendy, majeranku oraz przywrotnika. To samo dotyczy szałwii, rumianku, gorczycy oraz jak ich Francuzi gotują w bulionie i wpychają sobie w wąsate paszczęki. Tymczasem niewsadzony w paszczękę i dobrze odżywiony jabłkami winniczek mógłby sobie hasać po łąkach i lasach nawet przez 30 długich lat. Tzn. hasałby od marca do października, bo resztę roku spędza zagrzebany pod kamieniami lub w ściółce leśnej z drzwiami do chaty zabitymi na głucho przy pomocy specjalnego wieczka, tzn. epifragmy.

Jak już winniczek się odkorkuje, przeciągnie i ziewnie trzy razy, to z marca robi się maj i ślimak bierze się za rozród. Potem wykopuje w ziemi dołek, składa do niego od 40 do 60 jaj, zakopuje ślimacze gniazdo i cyk mamy drugą połowę lipca. Potem jeszcze umyć zęby, opierdzielić mojej babci sałatę w ogródku i znowu można uderzać w kimono. Dzień dobry i dobranoc”.

Upalne masto 97

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

– No, homo ledwo sapiens jestem – pomyślała Anna idąc na wybory samorządowe w temperaturze 28 stopni. Zewnętrznej a nie własnej temperaturze, oczywiście.

Nie była w stanie iść na spacer bo spływała potem. Kupiła sobie, na pociechę, lody ale nie zachwyciły jej swoim smakiem. Para celebrytów kiedyś je reklamująca powinna się wstydzić.

W ramach prac kreatywnych zrobiła i wystawiła na facebookowych profilach karty ATC z żartami.

Na plaży

– Nakryj głowę ręcznikiem, bo ci słońce zaszkodzi! Uważaj tam jest głęboko! Gdzie ty płyniesz? Dość, idziemy do domu!

– Mamo, ale ja tu jestem ratownikiem.

Sąsiadki

– Pani Kowalska, pożycz mi pani wałek.

– Nie mogę, ja też na męża czekam.

Wojsko

Oficer dyżurny instruuje wartownika:

– Jakby ktoś pytał to jestem u dowódcy bazy.

– A jakby pytał dowódca bazy?

Mama dobra rada

– Mamo, dzisiaj zaoszczędziłem!

– Jak?

– Nie kupiłem biletu i całą drogę do domu goniłem autobus!

– To nie mogłeś gonić taksówki?

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *

Następnego dnia okazało się, że ludziom nie zależy na ich małych ojczyznach. Nie dość, że na wybory samorządowe poszedł mały procent obywateli to jeszcze przewagę mają kandydaci partii dla której Anna ułożyła kiedyś hasło: „Nie głosuj na PiS, bo jest jak w kurniku lis”.

Błędem było, że młodzi ludzie nie mogli pobrać kart głosowania poza własnym miejscem zamieszkania.

Już dawno nie robiła kolaży i wyklejanek a zobaczyła filmik jak powstaje „journal”. Są dwa rodzaje „junk journal”, czyli śmieciowy i „art journal” piękny, dopieszczony z użyciem najróżniejszych metod ozdabiania.

A że Anna lubi stosować recykling to skleiła, kilka razy,  po trzy karty zniszczonej książki, okleiła sztywnym papierem, a wnętrze ozdobiła resztkami z prac kreatywnych. Misz masz powstał kiczowato- bałaganiarsko – kolorowy, czyli śmieciowy. Ale żeby nie było aż tak junkowo na każdej karcie jest małe zdjęcie kota, wycięte skądkolwiek, skąd się dało.

Druga praca to junk/art journal  – karty powstały w taki  sam sposób, a na nich różne wyklejanki z podpisem. Na okładce jest obrazek trochę jakby z epoki powstawania fabryk ale w nietypowej konwencji, a tekst głosi: Myśl globalnie, działaj lokalnie. Tak wyszło a propos wyborów.

Po otwarciu journala widzimy, po lewej stronie,  duży znaczek pocztowy z Peru z napisem „Habilitada I Congreso Nac. De Turismo Lima 1947 a po prawej lokomotywę i napis: „Pociąg do – jeszcze tu nie byłem”, a w rogach, na górze i na dole kartki małe koty.

Następna karta głosi: „Być albo nie – to kiepskie pytanie” (tylko napis). Obok na następnej stronie głowa kobiety z podpisem: „Czy naprawdę warto wspinać się na palce”.

I tak dalej.

– Nie mogę powiedzieć sobie, że oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba ale rzeczywiście mam nieduże wymagania materialne – powiedziała seniorka do wnuczki Ewy jednocześnie ozdabiając następne dwa art/junk journale z wyklejankami. Wiesz, znajoma z okazji świąt życzyła mi tylko zdrowia, bo stwierdziła, a zna mnie od lat, że mam niewielkie potrzeby. Prawda, instynkt posiadania to raczej u mnie jako priorytet, na szczęście,  nie przeważa. Moim ulubionym zajęciem nie jest narzekanie na wszystko, a szczególnie na brak pieniędzy, bo wiem, że narzekanie jest objawem niedojrzałości. Podobnie rozbuchana żądza pieniądza i przedmiotów. A szczególnie dobrze uzmysłowiło mi to internowanie w czasie wojennym.

– To duża ulga, taka świadomość – powiedziała Ewa przeglądając babcine prace.

Środę Anna miała bardzo urozmaiconą. Najpierw wyjęła ze skrzynki cztery  listy z kartami ATC od koleżanek z Internetu. Poszła na pocztę i to była trzecia próba odebrania listu, bo w poniedziałek kolejka się wiła i ciągnęła odstraszająco. We wtorek po masażu okazało się, że poczta dopiero będzie czynna od trzynastej, czyli dopiero za godzinę. A zakupy zajęły jej tylko pół.

Po bezkolejkowym załatwieniu sprawy (awizo w skrzynce mimo że o tej porze była w domu) pojechała na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora. Na szczęście tym razem nie przyszła roszczeniowa baba co to „ja jestem pępkiem świata i macie robić co dla mnie jest wygodne, korzystne i przyjemne”. Za to do stołu przed regałem z książkami przysiadły dwie seniorki. Do działania w postaci zrobienia sobie zakładki nie były chętne za to do rozmowy bardziej o polityce niż o książkach już tak.

Zapowiadane opady deszczu były niemrawe, parasol niewykorzystany nudził się w torbie.

W prywatnej piekarni seniorka powiedziała” „poproszę rycerza” a chodziło o chleb o nazwie „rycerski”, bo ma bardzo spieczoną skórkę.

A w domu, po obiedzie usłyszała dzwonek domofonu i słowo „kurier”. Pomyślała, że znowu niesie paczkę do młodych sąsiadów. Ale nie – przesyłka była do niej. Już imieninowa – oprócz drobnych drobiazgów główny prezent – skarbonka w postaci czerwonej skrzynki na listy o wymiarach 12 x 8 x 8 cm, z dwoma kluczykami, z tyłu ma otwory, aby można ją było zawiesić. Bardzo fajny gadżet, uznała. I bardzo a propos, bo  pisują do siebie analogowo (czyli nie cyfrowo) od 60 lat. Skarbonka była bez grosza wewnątrz i słusznie, bo w transporcie grosz telepałby się wewnątrz i ktoś mógłby pomyśleć, że to bomba. I tu przypomniała się jej scena z „Gangu Olsena” gdy Kjeld zostawił w holu dworca lub lotniska pudełko z ciastem a ochrona uznała, że jest podejrzana i sprowadzono saperów.

Czy dzięki groszowi pieniądze będą się mnożyć jak króliki o których fb-owy profil „Zwierzęta są głupie i rośliny też” donosi?

KRÓLIKA jako pierwsi hodowali starożytni Rzymianie około 2000 lat temu. Robili to w celach konsumpcyjnych. Za szczególny rarytas uważali nienarodzone lub świeżo narodzone królicze dzieci, czyli laurices. Tak, Rzymianie pałaszowali królicze płody oraz noworodki. Właśnie stąd pochodzi starorzymska maksyma „bez zabijania dzieci się nie najesz”.

W średniowieczu pałeczkę od Rzymian przejęli mnisi, którzy hodowali króliki i wypuszczali je jako zwierzynę łowną. Przy okazji krzyżowali je na różne ciekawe sposoby. Ale nie tak jak Rzymianie, tylko ze sobą nawzajem. To między innymi dzięki nim na świecie istnieje ponad 300 ras tych kicających drani.

Poza Rzymianami i średniowiecznymi mnichami na króliki dybią również szopy, sowy, lisy, węże, orły, jastrzębie i myśliwi. W tym co najmniej jeden niezbyt bystry, pulchny łowczy ze śmieszną czapką i wcale nie piję tutaj do Arcybiskupa Głodzia.

Na szczęście dla królików, robienie nowych królików to coś, co wychodzi im bardzo dobrze. Królicza ciąża trwa średnio 31 dni, a samica jest gotowa do kolejnej już następnego dnia po porodzie. W ten sposób błyskawicznie powstają całe stada tych uszatych drani, które żyją wspólnie w rozległych systemach podziemnych komór i korytarzy.

W 1859 roku Anglicy ściągnęli do Australii króliki i była to druga najgorsza rzecz, jaka spotkała ten kontynent, zaraz po Anglikach. Uszate dranie z krzywymi zębami zaczęły mnożyć się na potęgę i wkrótce opanowały całą Australię. Z królikami było podobnie. Obecnie liczebność gatunku jest regulowana przy pomocy chińskiego wirusa, ale akurat tym razem robimy to specjalnie. Swoją drogą to chyba jedyny przypadek w historii kiedy Anglicy coś komuś dali, zamiast zabierać i sami widzicie, jak wyszło.

Małe co nieco: Koreańczycy i Japończycy wierzą, że króliki żyją na księżycu i przyrządzają tam ryżowe ciastka nazywane tteok lub mochi. Skąd taki pomysł? Króliki znane są z tego, że wydalają dwa rodzaje odchodów twarde i miękkie. Te miękkie służą im do jedzenia. Matematykę pozostawiam wam. Ale dziwni ci Japończycy prawda? A teraz przepraszam, muszę nałożyć sobie trochę bobków śniadaniowych od Nesquika.

Jeżeli nadal cierpicie na niedostatek informacji o królikach, to polecam książkę „Wodnikowe Wzgórze” i jej animowaną ekranizację z 1978 roku. Świetne kino familijne, takie nie za słodkie.

Upalne miasto 96

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

**********************************************

Przez ostatnie osiem lat główna polityczna orka rządziła i za pomocą podwładnych pożerała kogo dopadła. Aż „Przyszła kryska na Matyska” i do głównego pomagiera wróciła karma. Czekamy aż wróci do prezesa.

ORKA  OCEANICZNA –  z fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”

Wbrew temu co twierdzą Anglosasi, orka wcale nie jest wielorybem zabójcą. Drugi człon nazwy co prawda się zgadza, bo orki to wyjątkowo krwiożercze bestie (tak jak i zresztą Anglosasi), ale pierwszy to ściema. Orki należą do delfinowatych. Tak, orki są delfinami i to największymi w całej rodzinie. To zresztą sporo tłumaczy, bo wszystkie delfiny to chore po*eby. Jeszcze do tego kiedyś wrócimy.

Orki żyją mniej więcej tak jak ludzie. Na szczęście nie w podobnych warunkach, tylko równie długo. Walenie mordercy (tytuł sekstaśmy Tomasza, który nie uważał na pasach) dożywają nawet 90 lat, przy czym tak jak u ludzi, panie orki żyją dłużej od panów.

Skoro jesteśmy przy kwestiach kulturowych. Wiecie, że orki mają własną kulturę? I to nie taką jak jogurt albo mieszkańcy Podlasia. Orki żyją w rodzinach liczących zwykle od 5 do 10 członków. Taką familią rządzi matrona rodu. Jeżeli urodzi jej się syn, to zostaje z nią do końca życia. Czyli jak u Włochów, tylko mama, zamiast przekazać synkowi rodowy przepis na makaron, uczy go unikalnych metod polowania na foki. Zanim się oburzycie, że na Podlasiu ludzie również przekazują sobie różne rzeczy, to nie, żubr w puszce się nie liczy. Nawet pod biblioteką.

Na swoje ofiary orki czasami polują pojedynczo i wtedy są w stanie złapać nawet dwukrotnie większą od siebie ofiarę. Często łączą jednak siły w ramach tzw. klanów, które gromadzą zwierzęta z kilku różnych rodzin. Znany jest przypadek gdzie klan 75 orek, upolował płetwala błękitnego u wybrzeży Australii. Polowanie to coś, na czym orki naprawdę dobrze się znają. Potrafią np. wywoływać falę, która zmyje fokę z kry lodowej. Albo wyskoczyć na plażę, żeby dopaść opalającą się uchatkę. O zaganianiu w stadzie pingwinów i całych rybich ławic nie będę się rozpisywał, bo to typowe orcze sprawy.

Orki nie Szwajcarzy i swój język mają. Nawet wiele języków i przekazują je sobie w ramach rodzin i klanów. Orki z różnych stron świata wypracowały unikalne języki, a te żyjące trochę bliżej siebie, dialekty. Czy to oznacza, że gdzieś na świecie jest orka, która zno ślunsko gadke? Raczej nie, o ile bóg istnieje rzecz jasna.

Po całym świecie pływa jednak sporo orek, które potrafią dostać menopauzy. Cóż za wspaniała umiejętność, tylko po cholerę im ona? Jako że orki żyją w grupach rodzinnych, to starsze osobniki z biegiem czasu stają się spokrewnione z coraz większą liczbą innych orek w pobliżu. To całkiem dobry powód, żeby wstrzymać reprodukcję. Nie wierzycie? Zapytajcie Habsburgów. Nie możecie? No właśnie.

Orki nie są najmilszymi stworzeniami na świecie. Jak to jest, że im bardziej inteligentne jest zwierzę, tym większa szansa, że odwali jakąś chorą jazdę? Np. niektóre orki chętnie polują na rekiny, ale nie zjadają ich całych, tylko wyżerają im wątroby. Rekin bez wątroby zupełnie nie jest sobą, robi się apatyczny i w końcu (zwykle po paru minutach) umiera. Orki jedzą również foki, pingwiny, żółwie morskie, różne skorupiaki, cheetosy serowe no i ryby. Jak to cheetosy serowe? No właśnie, założę się, że przy żubrach i Podlasiu nikt się tak nie dziwił.

Jednym ze świątecznych motywów są zajączki (obok kurczaczków, jajek i bazi), a tak je opisuje autor „Zwierzęta są głupie i …”

Zając szarak, lub gwarowo filip ma 40-70 centymetrów długości zająca i waży od 3 do 7 kilogramów. Ma dłuższe tylne kończyny, ostro zakończone uszy i wyraz pyska jakby dobrze wiedział co myśliwi wyrabiają w krzakach kiedy myślą, że nikt nie widzi. Wracając do uszu, są one dłuższe niż u królika i zakończone czarnymi szpicami.

Pomimo krótszych uszu królik ma więcej farta. Zacznijmy od tego, że za jego wizerunek w popkulturze odpowiadają Amerykanie. Dlatego koleś przegryza marchew, mówi „co jest doktorku” i cwaniakuje wyprowadzając myśliwych w pole. Zając niestety dostał PRowców z bloku wschodniego. Dlatego pali, przeklina i rżnie w karty z wilkiem, który sam wygląda, jakby spędził pół życia w łagrze, a drugą połowę na drobnych rozbojach lub pod Opolem.

Tymczasem zając rozwija prędkość do 80 kilometrów na godzinę, potrafi skakać bez rozbiegu na wysokość trzech metrów. Ma doskonały słuch, a jego kąt widzenia wynosi prawie 360 stopni. Chociaż nie wygląda, to potrafi również świetnie pływać i tak jak inni sportowcy robi to wszystko, byleby tylko nie pracować.

Skoro trudno go złapać w biegu to może by tak zaczaić się przed zajęczą norą, żeby zrobić mu jakąś fotkę na święta? Nic z tego, szaraki wcale nie kopią. Zamiast tego sypiają w płytkich zagłębieniach terenu z udeptaną trawą jak studenci na juwenaliach. Samce zająca w okresie godowym wdają się również w zajęcze bójki. Stają wtedy na tylnych łapkach i okładają się krótszymi przednimi, jakby brały udział w celebryckim meczu bokserskim, tylko zające faktycznie coś tam potrafią.

Niestety populacja zająca w Polsce wynosi jedynie pół miliona i spada, a jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku kicało ich u nas ponad sześć razy tyle. I to wszystko mimo tego, że zajęczą się 3-4 razy do roku, a w miocie zdarza się nawet 10 maluchów. Swoją drogą uszate sryle po urodzeniu mają otwarte oczka, gęste futerko i ani trochę własnego zapachu. Wszystko po to, żeby uniknąć niebezpieczeństwa.

Zając ma sporo naturalnych wrogów, np. wilki, psy, puchacze, jastrzębie, kuny, lisy, tchórze, koty, myszołowy, wrony siwe i przemysł motoryzacyjny. Pod kołami co roku ginie nawet 25% całej populacji. Do tego dochodzi fragmentacja gruntów i coraz krótsza odległość od miedzy do jezdni. Co prawda wygląda na to, że udało nam się pokonać przynajmniej jednego śmiertelnego wroga zajęcy, czyli mroźne zimy. Nie wiem tylko, czy akurat tutaj jest się z czego cieszyć.

No dobrze, ale dlaczego zając, Wielkanoc i jajka? Być może dlatego, że długouchy cwaniak był kiedyś uważany za symbol płodności. Później malowano go u stóp Matki Boskiej. Wiecie tej samej, która pominęła kilka kluczowych ruchów na drodze do macierzyństwa. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale matka zawsze dziewica, zając symbol płodności i mamy materiał na nową książkę Dana Browna.

Autor tego profilu zawsze udowadnia, że ma poczucie humoru ale już pierwszego kwietnia popisał się zasługując na wielki złoty medal z brylantami. Tylko nie wiem czy bohater wymieniony w tekście  z nazwiska ma tak ogromny dystans do siebie.

PANTERKA PODLASKA (polski kot błotny)

Rzadko w naszym pięknym kraju ktoś odkrywa nowy gatunek zwierzęcia. W zasadzie nawet te, które mamy wykazują raczej nastroje emigracyjne i wcale nie mam tutaj na myśli eksodusu miłośników odzieży sportowej po otwarciu granic z unią Europejską, który opisano szerzej w Dresów Księdze Wyjścia. Z tym większą radością przeczytałem o odkryciu grupy leśników z Puszczy Białowieskiej.

Tuż przy granicy z Białorusią w okolicach zabagnionej doliny rzeki Hwoźny odkryto nowy gatunek dzikiego kota. Początkowo leśnicy sądzili, że mają do czynienia z nieco zmęczonym życiem czarnym dachowcem, które zabalował ze żbikami i obudził się w lesie i na kacu i co gorsze na Podlasiu. Zaczęli coś podejrzewać dopiero kiedy dachowiec wskoczył do Hwoźny, zanurkował jak wydra i po kilkudziesięciu sekundach wyszedł na brzeg z żółwiem błotnym w pysku. Wiadomo, że żółwie błotne są u nas pod ochroną niemal na równi z interesami deweloperów budowlanych. Dlatego dzielni leśnicy rzucili się na ratunek gadowi.

Nie wiem, czy próbowaliście kiedyś złapać kota na moczarach w lesie. W każdym razie leśnicy odnieśli sukces i to przy marginalnych stratach własnych, więc zdecydowanie zasługują na swoją najniższą krajową + tyle chrustu ile zdołają zjeść. Żółw został uratowany i wypuszczony do Hwoźny, a kot schwytany i zawinięty w polar najmłodszego leśnika, wybranego na ochotnika do odstąpienia odzieży przez starszych kolegów. Chłopak podobno i tak miał jeszcze wystarczająco dużo zawleczek po żubrach, które stanowią oficjalny środek płatniczy w Białymstoku, żeby kupić sobie nowy, więc nic się nie stało.

Początkowo leśnicy chcieli oddać kota straży miejskiej w Surpraślu, ale kiedy kot zobaczył co jedzą strażnicy w Surpraślu, to stanowczo odmówił wyjścia z polaru. Później leśnicy zawieźli kota do zoo w Białymstoku. Wiedzieliście, że w Białymstoku jest zoo? Nie tylko jest, ale w dodatku jego zarządcą jest schronisko dla zwierząt. Kociak nie mógł więc trafić lepiej. Przynajmniej nie bez przekraczania granic województwa.

W zoo kota w końcu udało się wyciągnąć z polaru, przede wszystkim obiecując mu, że nie będzie musiał jeść kotletów z mortadeli. Kiedy pracownicy zoo zważyli kota, okazało się, że waży trochę ponad 9 kilo. Kiedy go umyli, waga spadła do niecałych siedmiu kilogramów. Co ważniejsze okazało się jednak, że to nie kot, tylko Pan Robert Makłowicz, znany polski krytyk kulinarny, podróżnik, dziennikarz i model bielizny męskiej. Pan Robert podziękował pracownikom zoo oraz leśnikom i obiecał, że nigdy więcej nie będzie próbował podlaskiej wódki, po czym rozwinął skrzydła i wyleciał przez okno. Polaru nigdy nie odnaleziono.