Upalne miasto 87

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub filmu. Miłej lektury 🙂

*******************************************************************************

Na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki okazało się, że młoda czytelniczka pisze pracę o roli poezji w biblioterapii. Poprosiła nas o pomoc. I tu się okazało, że inna uczestniczka, biblioterapeutka, miłośniczka poezji, znająca wiele tekstów na pamięć pomogła sobie  leżąc w szpitalnej separatce, sparaliżowana, w czasie pandemii. Zastosowała metody biblioterapeutyczne, m.in. powtarzając sobie w myśli lub na głos znane wiersze, m.in. Szymborskiej. Pomagał jej cytat:

 Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.

  2024  ogłoszono rokiem Melchiora Wańkowicza

https://pl.wikipedia.org/wiki/Melchior_Wa%C5%84kowicz

oto dwie anegdoty o nim:

Kto pyta, nie błądzi

Pisarz i dziennikarz Melchior Wańkowicz, gdy był jeszcze dzieckiem, zapytał rządcy swojej babki:

– Wujek Stefan uprawia warzywa i modli się o deszcz, a wujek Alfred uprawia zboże i modli się o słońce. Przecież tego nie da się pogodzić.

– Nie martw się Melchiorku – odpowiedział rządca – Pan Bóg znajdzie sposób, by zaszkodzić i jednemu i drugiemu.

***

Podobieństwo

Melchior Wańkowicz opowiadał kiedyś, jak jadąc taksówką warszawską, usłyszał od kierowcy o swoim podobieństwie do pisarza Wańkowicza.

– Zna go pan? – zapytał pisarz.- Nieraz go woziłem na Puławską.

– A co się z nim stało? – dopytywał zaintrygowany Melchior.

– Umarł – odpowiedział pewnie taksówkarz.

Nastanie każdego nowego roku Anna nie czci postanowieniami, bo wie, że spełnia się powiedzenie „Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech Pana Boga”, w jej przypadku diabła stróża.

– Ale przecież mogę sobie wymienić stare na nowe – stwierdziła kupując nowy czajnik, nową matę na podłogę miniaturowej kuchni i nowy pasek do zegarka. Zapytała, przy okazji,  zegarmistrzynię o budzik z fosforyzującymi wskazówkami, bo chciałaby po przebudzeniu, gdy jest ciemno, wiedzieć się która jest godzina. Okazało się, że fosforu już się nie stosuje, bo jest trujący. Ale są zegarki ze świecącymi wskazówkami a dodatkowo z przyciskiem do zapalenia żaróweczki. Taki bajer. No i okazało się, że kobieta przyjmuje tylko gotówkę a ta z portfela seniorki poszła już na pasek.

W prywatnej piekarni nabyła rogala i wrzuciła pieniążek do skarbonki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy otrzymując serduszko.

Uparła się na świecący zegarek (wodotrysku już z niego nie oczekiwała) i po kilku dniach się do znanego punktu usługowego  z czasomierzami wybrała. Płacąc za budzik zauważyła, wiszący na ścianie, wśród innych, duży okrągły zegar z widocznymi kółkami zamachowymi. I skojarzyła je z filmem Chaplina „Dzisiejsze czasy” gdzie bohater wpada do maszyny, która wielkimi kołami zębatymi przenosi go na kolejne i kolejne. W ten sposób robiąc z niego element kapitalizmu, mechanizacji i dehumanizacji.

A w piątek o godzinie 9,45 na dzwonek otworzyła drzwi i widząc listonosza powiedziała:

– Tak myślałam, że to pan, na dobry początek dnia.

W odpowiedzi uśmiechnął się.

I to był koniec atrakcji, bo  zamek w drzwiach wiaty śmietnikowej odmówił współpracy. Nie wie, głupek, że po drugiej stronie jest konkurencja i to bardziej przyjazna wyrzucaczom.

Śnieg na podwórku skrzypiał pod butami, czarne ptaszysko z krzykiem zerwało się z ziemi a gołębi czekających na pokarm ani słychu, ani widu. Odleciały do cieplejszej części kraju?

Za to na ulicy i chodniku już nie było biało tylko mokro i  burowato, bardzo trzeba było uważać, aby przejeżdżające auta nie ochlapały przechodniów.

Jedni poprawiają sobie nastrój lekceważąc, poniżając i obrażając kogo się da (a głównie siebie), inni stosując powiedzenie „Na frasunek dobry trunek” lub „Tylko coś słodkiego zrobi ze mnie fajnego” albo „Gdy zjesz kawałek domowego ciasta samopoczucie ci wzrasta”.

Dzień urodzin Anna uczciła różnorodnie. Najpierw poddając się masażowi, potem spotkała się ze znajomą w papuziej kawiarni o nazwie „Parrot Cafe” gdzie dwa razy w tygodniu do dużej klatki przynoszone są, przez właścicieli, trzy papugi – samce. Najmniejszy zielony jest najstarszy. Młodsze są kolorowe, jeden z nich żółto – niebieski. Właściciele karmili je orzechami, namawiali do popisywania się a to gadaniem, a to okręcaniem się wokół osi odwdzięczając się głaskaniem i słodkim przemawianiem. Opiekun powiedział, że w domu swobodnie latają, a nawet czasem zabiera je do garażu podziemnego, aby się intensywnie poruszały.

Tematycznie to bardzo konweniowało z książką jaką właśnie czyta Anna – o małżeństwie Hanny i Antonim Gucwińskich, którzy przez wiele lat zarządzali wrocławskim Ogrodem Zoologicznym.

Tam są też wiewiórki – Barbara, wiewiórka pospolita (tekst z profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”)

Wiewiórka to kawał małego rudego cwaniaka. Biega w kółko po drzewach, skacze po gałązkach i tylko kombinuje, jakie by tu popełnić drobne przestępstwo. Najczęściej kończy się na kradzieży orzechów, owoców lub nasion, ale czasami zdarza się nawet eggnaping.

Natura doskonale przystosowała wiewiórkę do takiego trybu życia. Po pierwsze jest ruda, czego chyba nie muszę komentować. Wiadomo, że uroczym istotom łatwiej wszystko uchodzi na sucho. Po drugie potrafi skakać na odległość nawet dziesięciokrotnie dłuższą niż jej ciało, które mierzy od 20 do 24 cm plus prawie drugie tyle ogona. Po trzecie przestraszona wiewiórka ucieka zygzakiem. Robi to, aby zmylić przeciwników i uniknąć postrzału.

Wiewiórki można spotkać na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antraktydy oraz Australli. Co jest zrozumiale no bo kto normalny chciałby żyć w Australii. W Polsce występują pod wspólnym imieniem Basia. Wszystko z powodu bardzo starej gazety z wiewiórką Basią. Nie wiadomo czy polskie wiewiórki zdają sobie z tego sprawę, bo potrafią czytać jedynie odrobinę lepiej od Australijczyków.

Niestety spryt, erudycja i brak sumienia naszej wiewiórki zdaje się przegrywać z brutalną siłą gościa zza oceanu, który w dodatku posługuje się bronią biologiczną. Mowa o wiewiórce szarej, przyciągniętej do Europy z Ameryki Północnej. Nowa wiewiórka jest większa, silniejsza, a w dodatku przenosi wirusa, który zagraża rodzimej populacji. Na razie wiewiórka szara panoszy się przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich oraz we Włoszech. Chciałoby się powiedzieć, że w drugą stronę nie jest już tak fajnie prawda panowie odkrywcy? Ale dlaczego właściwie sympatyczny rudzielec ma cierpieć za nasze winy?

Brytyjczycy nie byliby sobą gdyby nie wymyślili jakichś sprytnych sposobów na walkę z zagrożeniem, które sami na siebie ściągnęli. Szczególnie dwa wydają się godne uwagi. Pierwszy polega na wspieraniu rozwoju populacji kuny leśnej, która rzekomo lepiej dogaduje się z wiewiórką rudą, a szarą chętniej pożera. Co może pójść nie tak prawda? Drugi to wypromowanie potraw przyrządzanych z mięsa wiewiórki szarej. Nie mam pojęcia, jak wiewiórka szara smakuje, ale gorzej już raczej z wyspiarską kuchnią nie będzie.

Dni specjalnej troski: 21 stycznia obchodzony jest dzień docenienia wiewiórki. Tego dnia na całym świecie miliardy ludzi nie doceniają wiewiórek, bo nie mają pojęcia, że takie święto istnieje. Nawet jeżeli mają pojęcie, to zupełnie o nim zapominają. Dlatego wiewiórka trafiła tutaj 4 dni po swoim święcie.

Aha, wiewiórki podobno nie przenoszą wścieklizny. Co nie znaczy, że by nie chciały.

Tradycyjnie wnuczka Ewa zafundowała jej zabiegi kosmetyczno – fryzjerskie oraz krem i serum z retinolem.

ZUS też się dołożył i przyznał seniorce dodatek opiekuńczy, bo ma 75 lat.

Upalne miasto 86

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************************

Sylwestra  Anna obchodziła za pomocą spaceru, wraz z wnuczką, wczesnym popołudniem ulicami swojego osiedla. Najpierw wstąpiły do nowej kawiarenki o nazwie „Ciekawa”. Seniorce skojarzyła się ona z początkiem piosenki wykonywanej przez Annę German „W kawiarence na rogu…” bo lokalik tak właśnie jest położony. A piosenka to „Tańczące Eurydyki”.

Ewa nie znała tego utworu i szybko sprawdziła dane w smartfonie, obiecując sobie odsłuchanie piosenki.

W trakcie spaceru wspominały różnych znajomych dochodząc do wniosku, że z własnego życia mogłyby, podobnie jak Agnieszka Osiecka, napisać swoją „Galerię potworów”. Rodzinnych, pracowych, szkolnych i poznanych przy różnych okazjach. Takich, którzy traktują wszystkich wokół jak szare tło dla swojej świetności, tło mające robić to czego potwór oczekuje i nic więcej. Bo to więcej jest zagrożeniem dla ich poczucia, że są doskonali więc czują się zagrożeni.  Te osoby często robią karierę, zaczynając od działania w swoim środowisku. I tu panie przypomniały sobie, że takie właśnie typy działają w niektórych CAL-ach (Centrum Animacji Lokalnej). Wycinając tych, którzy okazali się zbyt samodzielni i kreatywni oraz stosując nepotyzm. Nie należy współczuć tym potworom, bo są z siebie bardzo zadowoleni i wszystkich wokół mają za frajerów, których należy zmanipulować i wykorzystać.

Porozmawiały także o tym, że nauczanie religii powinno jak najszybciej wrócić do przykościelnych salek katechetycznych.

Annie bardzo spodobał się żart marszałka Hołownii, wygłoszony na spotkaniu w telewizji śniadaniowej, po otrzymaniu, od prowadzących program, złotego przycisku. Powiedział mianowicie, że kusi go, aby na agresywne zachowanie niektórych posłów w stosunku do jego osoby, powiedzieć: panie pośle proszę się uspokoić, bo pod nogami ma pan zapadnię i wystarczy, że nacisnę tę złotą gałkę.

Seniorka pomyślała, że powinien dodać: i wyląduje pan w lochu z którego żaden ksiądz Faria pana nie wybawi jak Edmunda Dantesa. Z powieści Aleksandra Dumasa.

Wiele osób wspomina nietypowo spędzonego  sylwestra. Anna też takie ma – kanałowo leczyła zęba. Albowiem serial dentystyczny całożyciowo się jej kontynuuje.

Ostatnio jest moda na alpaki.  Czy u nich jest moda na głaskających i przytulających się do nich, ludzi?

ALPAKA = Alpaczinio

Alpaka to najmniejszy i najbardziej uroczy przedstawiciel rodziny wielbłądowatych na świecie. Umówmy się, że konkurencja nie była jakoś szczególnie silna, więc niepotrzebnie aż tak się starała. Alapaka zaczyna się nieźle, od krótkiego owczego pyska. W górnej szczęce nie ma zębów, a jedynie kostną płytkę, o którą rozgniata pokarm, przez co wygląda jakby wiecznie memlała landrynkę. Dalej następuje grzywka jak u członka boysbendu, a potem prosto w dół po puchatej szyi do reszty ciała przypominającej chodzący, wełniany bochenek.

Od spodu alpaka również jest delikatna, bo choć jej kopyta mogą być ostro zakończone, to ma na nich miękkie poduszki i nie niszczy gruntu, po którym pomyka. Ten z kolei znajduje się przede wszystkim w Peru oraz Boliwii gdzie większość alpak żyje i skąd pochodzą ich przodkowie wikunie andyjskie. Już 6000 lat temu mieszkańcy tamtych terenów uznali, że warto je oswoić i hodować na wełnę. Lamy z kolei pochodzą od gwanako. Są większe, mają dłuższe pyski i uszy oraz charakter, na jaki bardziej zasługujemy.

Większość alpak (ponad 90%) należy do rasy Huacaya, która ma krótkie karbowane futerko. Pozostałe to alpaki Suri o futrze dłuższym i mniej pokręconym. Skoro jesteśmy przy wełnie z alpaki, to występuje ona w 22 różnych, naturalnych kolorach. Z czego mężczyźni rozpoznają trzy (jasny, ciemny oraz inny), a kobiety około 65, a liczba ta podobno wciąż rośnie.

Tak, alpaki plują, choć bardzo rzadko i zwykle tylko na siebie nawzajem. Np. kiedy kolega podbierze im jakiś smakowity kąsek lub wetnie się w kolejkę do sanitariatu. Alpaki bowiem mają tendencję do załatwiania swoich potrzeb w jednym konkretnym miejscu i ustawiania do niego w wężyku. Wygląda to dosyć śmiesznie, ale zapobiega roznoszeniu chorób i sprzyja zacieśnianiu więzi alpakospołecznych.

Alpaki są zwierzętami stadnymi i strasznymi plotkarami, dlatego nie mogą żyć samotnie, bo robią się smutne i zapominają jak poprawnie alpaczyć. W normalnych warunkach sprawdzają się jako zwierzęta stróżujące, gwiżdżąc na niebezpieczeństwo i to dosłownie. Nie robią tego jednak podobno kiedy zostają same. Poza tym alpaki wydają sporo innych odgłosów. Buczą miękko kiedy są zadowolone, wysoko kiedy chcą zadać pytanie i głęboko kiedy coś je zaniepokoi. Jeżeli zaczną chrząkać, klikać i parskać tzn., że właśnie okazują średnią agresję. Dlaczego tylko średnią? Nie mam pojęcia, może nikt nie dożył tak długo, żeby potwierdzić, jak brzmi jej wysoka wersja.

Pozostańmy jeszcze chwilę w temacie odgłosów odalpakowych. Samce w okresie godowym wydają dźwięk zwany „orgling”, brzmiący trochę jak auto, które nie chce odpalić. Dźwięk ten w Polsce i na Słowacji znany jest jako efekt Makłowicza i wywołuje owulację u niektórych samic.

Nowy rok, nowy bigos – postanowiła Anna kupując dwa składniki, bo pozostałe miała w lodówce.

W  przeddzień święta Trzech Króli rano pokroiła małą kapustę pekińską, boczek, kiełbasę, wrzuciła to do garnka dodając kiszoną kapustę, suszone śliwki, suszone warzywa, sól, pieprz ziołowy  i prażoną cebulkę.

– Wprawdzie nie spodziewam się ani jednego króla, którego trzeba by nakarmić ale dla siebie też można ugotować i zamrozić. Bo jestem tego warta. Upieczenia sernika też – stwierdziła.

Poza tym ma takie małe marzenie – posiadać budzik z fosforyzującymi wskazówkami, aby po przebudzeniu od razu widzieć która jest godzina. Weszła do sklepu „dużo różności dla naszych gości” gdzie budziki są ale bez nocnego blasku. Spytała sprzedawczynie o ten cud techniki na co wtrąciła się klientka, że ma pod poduszką latarkę w tym celu. A kiedyś miała zegarek z takimi wskazówkami ale tak świeciły aż blask szedł na sufit, a nie o to jej chodziło. Fosforyzujący napis występował też w serialu „Ranczo” gdy wójt próbował Lucy wystraszyć z odziedziczonego przez nią dworku.

Wieczorem przez domofon zgłosił się kurier.

– Przecież nic nie zamawiałam  – pomyślała Anna.

Okazało się, że owszem – ale przesyłka jest ale dla sąsiadów. Nie byli  na tyle grzeczni aby wcześniej zapytać o pozwolenie – niestety.

Styczeń zaserwował krajowi zimę – śnieg i mróz. Nie wszyscy mogli powiedzie: my się zimy nie boimy, więc ruszyli na zakupy ciepłej odzieży. Kurtek nie podszytych wiatrem tylko podpinką, czapek niekoniecznie z pomponem, szalików szarych lub kolorowych i rękawiczek. No i butów na grubej podeszwie, aby chroniła stopy, niektórzy odważniejsi panowie nawet nabywali kalesony, niekoniecznie białe. Anna założyła pod spodnie czarne legginsy jakie nabyła sobie, aby zakładać je na zabiegi rehabilitacyjne.

W Internecie rozpętała się burza po tym jak pewien redaktor opublikował w GW tekst w którym spowiadał się ze swoich niecnych dokonań wobec licznych kobiet. Ale spowiedź jest tak zakłamana, pełna pustosłowia i grafomańska, że co bystrzejsi czytelnicy nie kryli oburzenia. Odwrotnie niż redakcyjni koledzy, bo solidarność członków jest, według nich, najważniejsza. Ja pochwalę/obronię ciebie a kiedyś ty to zrobisz dla mnie.

Anna dostała pismo z ZUS-u o przyznaniu zasiłku pielęgnacyjnego więc ma swoje lata i doświadczenia. Wynika z nich, że 99,9 % mężczyzn uważa kobiety za stworzenia niższego gatunku stworzone dla ich korzyści, wygody i przyjemności. Mają za jedyne zadanie ich obsługiwać, spełniać rozkazy/zachcianki i zachwycać się, zachwycać i zachwycać. Często też utrzymywać, bo pieniądze są ich największą miłością, oprócz nich samych.

Upalne miasto 85

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

************************************************************************

– Jak to dobrze, że można kupić karpia poporcjowanego na dzwonka a nie żywego dużo wcześniej i trzymać go w wannie do której czasem mydło wpadnnie – pomyślała Anna po przeczytaniu nowego tekstu na profilu „Zwierzęta są głupie…”.

KARP  (= rybka z wanny) to ryba wielu talentów. Jest gatunkiem obcym i smakuje paskudnie, ale za to wali mułem i wygląda okropnie. Z jakiegoś powodu ludzie uznali jednak, że odnajdzie się doskonale na wigilijnym stole obok bigosu, sianka z Carrefoura i 0,7 ciepłej wyborowej, bo goście przecież zawsze przychodzą spóźnieni.

Przygoda ludzi z karpiami sięga dalej niż nasze świąteczne zboczenia. Już 5000 lat przed aferą z Jezusem, hodowano go w Chinach, a później również w starożytnym Rzymie. Oryginalnie karp pochodzi właśnie z ciepłych wód Azji. Do Polski przywlekli go prawdopodobnie w XIII wieku cystersi, bo mieli dosyć żarcia co piątek rzeżuchy, a bobry nauczyły się już przed nimi uciekać. W polskich naturalnych zbiornikach wodnych rozmnaża się tylko rzeczna odmiana karpia, czyli sazan. Na naszych stołach królują jednak odmiany lustrzana i skórzana, które rosną grubsze, mają mniej łusek i serdecznie nie znoszą polskiej pogody.

Wszystkie karpie „domowe”, które można złowić na dziko, pochodzą z zarybień. Nasz wigilijny bohater tragiczny jest trzecią najczęściej wykorzystywaną w tym celu rybą na świecie. W Australii i Ameryce Północnej karpie wydostały się ze stawów hodowlanych jak w Uwolnić Orkę – Historia Prawdziwa i teraz wywierają zemstę na ludziach, zamulając im jeziora i rzeki.

Jak to zwykle bywa, głupi ma szczęście, więc karpia zemsta szkodzi najbardziej nie człowiekowi, a innym wodnym stworzeniom. Żerujący karp ryje w dennym mule jak dzik w trójmiejskim trawniku i podbija go do góry razem z różnymi wodnymi stworkami. Pokarm opada na dno szybciej od mułu, więc ryba oddziela go sobie w ten sposób od otoczenia. Niestety przy okazji woda staje się nieprzejrzysta, przez co stworzenia polegające na wzroku mają problemy, a i rośliny rosną gorzej w takich warunkach.

Na wolności karpie dożywają nawet 45 lat i mogą ważyć 35 kg przy długości do 120 cm. Nie znaczy to jednak, że jeżeli jakiegoś wypuścimy, to osiągnie takie gargantuiczne rozmiary. Wiecie, jak to mówią o niektórych, nawet jak pomogą, to zaszkodzą, jak trzymasz tę latarkę gówniarzu. Tak też jest niestety z osobami nawołującymi do uwalniania karpi. Po pierwsze niektórzy chcieliby je wypuszczać do morza. Dla słodkowodnej ryby, jaką jest karp, kąpiel w Bałtyku jest jeszcze gorsza niż dla człowieka i skończy się dość szybką śmiercią zainteresowanego.

Jeszcze gorzej może być jeżeli wypuścimy karpia ze sklepu do jeziora lub rzeki. Osłabiona marketowym Guantanamo ryba prawdopodobnie złapie infekcję, która zabije ją w ciągu kilku dni lub w pesymistycznym wariancie paru tygodni. Uwalniając karpie, skazujemy je więc na powolną śmierć, ale za to wpuszczamy do środowiska naturalnego różne ciekawe pasożyty, które na nich żerują. Tzw. gambit wigilijny porównywalny w skutkach z rozpoczęciem rozmowy o polityce w trakcie kolacji świątecznej. Dlatego nie wypuszczajmy karpi moi mili. Nie wkładajmy ich również do wanny, bo to czynność okrutna, nawet jeżeli nas już w niej nie ma. Generalnie lepiej się od karpia trzymać z daleka i zainwestować swoje kulinarne moce i chęć zniszczenia w gromadkę, płochliwych, ale jakże smacznych pierogów z kapustą a jeszcze lepiej z serem i ziemniakami.

Dzisiaj było trochę poważniej, ale pewnie w niedzielę wrzucę coś gratis (to uczciwa cena), od czego człowiekowi nie łzawią oczy jak karpiowi w Bałtyku. Więcej pożytecznych informacji o gatunkach obcych podaje Łowca Obcych, którego warto odwiedzić i od którego sam sporo dowiedziałem się o karpiach.

W czwartek przed świętami zastrajkowały w Anny pilocie dwa klawisze – głośniej-ciszej oraz całkowite wyciszanie. Zmieniła baterie ale nie poskutkowało. Wpisała więc pytanie w Google ale rada, aby rozebrać sprzęt i go wyczyścić jakoś ją nie przekonała. Zadzwoniła więc do dostawcy TV/Internetu, mają tam Maję SI, która pyta o co natrętowi chodzi. I podaje rady tak szybko, że nie da się ich ani zapamiętać, ani zapisać. Wysłała też sms z linkiem, który ma zawierać pomoc ale nie zawierał, bo nie wziął pod uwagę takiego przypadku. Właściwie jedyną sensowną podpowiedzią w Internecie było stwierdzenie, że te klawisze są najczęściej używane i wyrabiają się, czyli przestają funkcjonować. Zadzwoniła drugi raz do dostawcy mediów i Maja zrozumiała, że potrzebna jest pomoc człowieka. Konsultantka po rozmowie stwierdziła, że trzeba wymienić pilota i podała gdzie można, od ręki, to załatwić. Wprawdzie Anna miała inne plany na ten dzień ale  w myśl powiedzenia „trudno, świetnie, wręcz fatalnie” postanowiła nazajutrz jechać i załatwić sprawę. Aż tu nagle przy kolejnym naciśnięciem klawisze zadziałały. No, cud!

 Oby tylko w czasie świąt awaria się nie powtórzyła – zażyczyła sobie taki prezent.

Stalker diabeł – stróż nie odpuścił jednak. Zaczęła migać nocna lampka zapięta na klips do regału. Seniorka odpięła ją, aby dokręcić żarówkę. Dokręcała i dokręcała, i dokręcała ale bez efektu, bo żarówka wciąż wypadała. Okazało się, że odpadła połowa oprawki i klops, niesmaczny dość.  Gdy się okazało, że części nie można do siebie dokleić Anna przyniosła lampkę nocną z łazienki gdzie od dawna oryginalna lampa naścienna nie jest używana, bo włączenie wysadza korki.

Ta lampka nie ma klipsa trzeba ja było postawić na dwóch pudełkach, aby spełniła swoją funkcję choć niedoskonale.

– Muszę jednak kupić taką z klipsem ale jak na złość zlikwidowano, na naszym osiedlu sklep z takimi akcesoriami. Mi na złość, oczywiście – pomyślała.

Mydło, które spadło z wanny i złośliwie się schowało za rurą dołączyło do serii zdarzeń pod tytułem: „diabeł w pełni sił i inwencji twórczej”. Podobnie jest złośliwy jak jemioła.

JEMIOŁA = dendro wampir

Żaden inny kawałek flory poza kolczastą i osypującą się w dwie milisekundy po wigilii choinką, nie oddaje tak dobrze atmosfery świąt Bożego Narodzenia jak jemioła. Jemioła jest bowiem rośliną pasożytniczą. Wysysa z drzewa, na którym rośnie wodę oraz sole mineralne, jak walka o ostatni kartonik barszczu z krakusa energię ze mnie przedwczorajszego wieczoru w markecie.

Jej owoce są toksyczne jak atmosfera międzypokoleniowej kolacji kiedy ktoś wspomni, że w końcu będziemy mieli woln(iejsze) media publiczne. No i nie zapominajmy, że jest międzynarodowym symbolem molestowania na imprezie świątecznej w zakładzie pracy.

Niektóre gatunki jemioły strzelają nasionami, jak rodzicie pytaniami o wnuki między kolejnymi daniami. Ciśnienie wody w jej owocach (jemioły, nie mamy i taty) rośnie tak długo, aż eksplodują, wysyłając nasiona z prędkością 80 km na godzinę w stronę kolejnego drzewa. Z tej przyczyny wziął się zwyczaj całowania pod jemiołą, która symbolizuje miłość atakującą serce, by wyssać z niego wszystkie soki, a potem strzelić trującymi nasionami i stąd się z kolei biorą niemowlaki.

Według nordyckiej mitologii natomiast zaczęło się od morderstwa jednego z bogów, a konkretnie Baldura. Jego mama, Frigg sprawiła, że wszystkie rośliny, zwierzęta i obiekty nieożywione dały słowo skauta, że nie zrobią mu krzywdy. No, ale niestety zapomniała o jemiole. Loki jednak pamiętał i przekonał podstępem ślepego boga Hodura, żeby zaciukał brata, czyli Baldura włócznią lub strzałą z drewna jemioły. Baldur zmarł, a ludzie zmarźli, bo jego śmierć sprowadziła na ziemię zimę, jako że był bogiem światła, wiosny i w ogóle wszyscy go bardzo lubili. Potem już tradycyjna zapowiedź zmartwychwstania i Frigg robi z jemioły świętą roślinę, a ludzie zaczynają się pod nią ślimaczyć, żeby oddać cześć denatowi.

Jemioła po angielsku: to mistletoe co w starosaksońskim znaczy dosłownie gówno na gałęzi. Wzięło się to stąd, że starzy Saksoni zauważyli, że jemioła wyrasta często z miejsc, w którym ptaki ulżyły sobie na drzewo (nasionami jemioły). Być może właśnie stąd i z historii o truchle Baldura da się wywieść rodowód najstraszliwszej broni na każdym podwórku, czyli kupy na kiju.

Upalne miasto 84

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************************

– To miałaś urozmaicony dzień. Pisząca klientka zapytała mnie czy może osadzić akcję swojego następnego opowiadania w moim salonie – powiedziała Ewa.

– Ale co to będzie za historia – obyczajowa, romansowa, kryminalna czy fantasy? – zapytała babcia.

– W tym jest problem, że to ma być kryminał.

– Bardzo krwawy?

– Bardzo.

– No to nie wiem czy to jest dobry pomysł. Na pewno nie powinna wymieniać nazwy twojego salonu i zbyt szczegółowo go opisywać.

– Masz rację, nie będzie to dobra reklama dla mnie. Trupy, krew rozbryzgana po całości, rany tłuczone i cięte – o nie, to nie dla mnie.

W piątek przedświątecznego tygodnia Anna pojechała zawieźć książki, znalezione parę dni temu w kontenerze na papier, do galerii handlowej gdzie jest regał na „uwolnione’ pozycje. Oprócz powieści były tam dwa albumy ze zdjęciami fotografów „Gazety Wyborczej” . A wyrzucając śmieci zobaczyła stosik książek położony na boku kontenera. Zabrała tylko jedną powieść a zostawiła sześć sztuk skrótów książek publikowanych przez „Riders Digest”, bo nie ma siły dźwigać aż takich ciężarów.

Przyjemnie ją zaskoczyła reakcja młodych osób, którzy na obu trasach ustąpili jej miejsca.

W holu galerii nabyła bombkę choinkową w postaci małego czarnego kota za szesnaście złotych. To dla ducha, bo dla ciała w mięsnym sklepie uszka z grzybami, boczek (swoje jej nie wystarczają) i pierś indyczą.

W autobusie do domu spotkała znajomą z osiedla, która powiedziała:

– Za każdym razem gdy cię widzę wyglądasz młodziej.

Anna nie powiedziała tego co zawsze w takowej sytuacji, czyli: to mój dobry charakter widać na twarzy. Ale:

– Albo ty masz coraz gorszy wzrok. To żart – powiedziała.

– Mam dobrym czytam bez okularów.

– Ja też, po operacji na zaćmę – powiedziała Anna,

– A ja nie musiałam się operować. Czytam książki na czytniku.

Poniedziałek przedświąteczny podarował ludziom dobrą pogodę więc Anna postanowiła wykonać założony plan niczym stachanowiec z wczesnego PRL-u. Ale wcześniej ściągnął ja z łóżka dzwonek do drzwi wykonany przez listonosza z dwoma listami poleconymi. Otworzyła w piżamie wcale się tym nie przejmując.

Na pierwszy ogień poszło zawiezienie pozostałych znalezionych książek do sklepu dobroczynnego przedtem upewniwszy się, że jest czynny. Ucieszono się, że nie są to kolejne sfilcowane swetry i zużyte buty.

Następnym punktem był dojazd na cmentarz, umycie pomnika i zabranie przekwitłych kwiatów. Udało się,

– Swoją drogą jak już nie będę miała siły tam  chodzić to badyle w doniczkach postoją do  1 listopada następnego roku – pomyślała.

Zrobiła zakupy w osiedlowym warzywniaku w postaci kapusty (kiszoną i pekińską) oraz suszone śliwki na bigos i kandyzowany imbir do herbaty.

– A jakby tak ptaszkiem być – pomyślała czytając poniższy tekst:

RANIUSZEK = draniuszek

Raniuszka najłatwiej rozpoznać po ogonku, który jest wręcz nieprzyzwoicie długi i wystaje stanowczo za daleko za samego raniuszka. W zasadzie jest nawet dłuższy od reszty jego ciała. Nie ma zbyt wielu innych takich gagatków. Zanim powiecie coś zabawnego, nie, węże się nie liczą. Takie też nie.

W związku z ogonem raniuszek podczas lotu wygląda jak jabłko na patyku, ale trudniej się nim najeść, bo jest z niego straszny kurdupel. Rozmiarami przerasta go nawet ten konus wróbel albo sikorka. W dodatku dziób ma słaby, jak kurs złotówki po standupie Glapińskiego, więc żywi się głównie miękkimi owadami i niektórymi owocami.

Raniuszek jest w Polsce średnio liczny, a podczas przelotów nawet nie średnio tylko całkiem. Gniazduje między innymi na Dolnym Śląsku. Przy okazji jest też jedyną jasną rzeczą, która wygląda tam dobrze dłużej niż przez 3 minuty. Jak to robi to już oddzielna historia. Podejrzewam jakieś mroczne rytuały w rodzaju regularnych kąpieli i dbania o higienę osobistą.

Być może najciekawszą rzeczą na temat raniuszka jest jego gniazdo. Jak na takiego malucha, to efekt jego prac jest imponująco przerażający. Nasz mały budowniczy zbiera materiał na swoje kuliste M-raniuszek przez kilka tygodni, a kiedy już się wprowadzi, to tapetuje wnętrze piórami wyrwanymi z piersi martwych ptaków. Skąd raniuszek je bierze? Otóż ani z własnych ofiar jak wiele innych ptaków, ani nie wynosi z zakładu pracy jak wielu… W każdym razie raniuszek lata sobie na miejsca, w których krogulce oskubują ofiary, a potem odstawia hienę cmentarną. Trzeba przyznać, że całkiem sprytnie to sobie wymyślił. Ja akurat jestem w trakcie budowy, więc chętnie przyjmę informacje na temat miejsca, gdzie oskubywane są owce mineralne.

Spotkania z ludzką przyrodą też bywają interesująco – stwierdziła seniorka przypominając sobie rozmowy z sąsiadkami na schodach.

Scenka I

Sąsiadka 1:

– chciałam kupić ocieplane kapcie, bo marzną mi nogi ale od kilku dni nie ma już tego straganu na rogu

Sąsiadka 2:

– ja mam włóczkowe skarpety z podeszwą, zakładam je na zwykłe skarpetki, do wnętrza wszyłam filcowe wkladki

Scenka 2

Sąsiadka 1 zmartwiona:

– w piwnicy szczury pogryzły mi zostawiony tam polar

Sąsiadka 2:

– gdy się tu wprowadziłam ponad trzydzieści lat temu zeszłam do piwnicy i natknęłam się na szczura. I więcej już tam nie poszłam.

Autor profilu „Zwierzęta są głupie…” nadal w wysokiej formie:

Dziobak ma kaczy dziób, bobrzy ogon, ciało wydry i generalnie wygląda, jakby bóg złożył go na kacu z resztek po crash testach pierwszej arki Noego, która nie otrzymała homologacji, a całą sprawą zamieciono pod dywan. Niektórzy uczeni uważają, że dziobak jest ogniwem łączącym ssaki, gady i być może również ptaki. Inni uczeni uważają, że ci pierwsi chyba się z dziobakiem na łby pozamieniali, bo ten wilgotny drań to po prostu ssak z grupy stekowców, który jako jedyny z tej ekipy składa jaja. Jak to, ssak składa jaja? A co z mlekiem? No jak to co, normalnie wydziela je przez pory na skórze, gdzie gromadzi się w kałuże, żeby małe dziobaczki mogły je spokojnie zlizać, bo mama nie ma sutków jak dziewczyny na Instagramie.

Co do jasnej kolczatki? A to dopiero początek. Skoro już jesteśmy przy kolczatce to ona, dziobak oraz kilka bardzo pokręconych ryb nie mają żołądków. No, ale co z jedzonkiem? Trafia ono prosto do jelit, ale wcześniej jest rozgniatane przez płytki kostne w miękkim dziobie dziobaka. Czyli, że dziobak nie ma zębów? Też nie, bo ma je kiedy jest młody, ale potem mu wypadają. Aha, niektórzy uczeni uważają, że poza korzystaniem z płytek kostnych nabiera do dzioba żwiru jak lektor na dworcu PKP i w ten sposób wspomaga mielenie pokarmu.

Większość zwierząt bez żołądków żywi się przede wszystkim skorupiakami i koralowcami, które są bardzo bogate w wapń, czyli pierwiastek znany z tego, że neutralizuje kwasy, w tym te żołądkowe więc w sumie bez sensu inwestować w żołądek. Czy to znaczy, że dziobak żywi się głównie skorupiakami i koralowcami? Takiego stekowca. Jasne chętnie przekąsi sobie słodkowodną krewetkę, czy raka, ale poza tym odżywia się różnymi robalami oraz insektami i ich larwami. Konsensus wśród uczonych w kwestii tego dlaczego dziobak nie ma żołądka, wydaje się brzmieć „a cholera go wie”.

XYXYXYXYXY – ten ciąg znaków, który wygląda jak historia wyszukiwań nastolatka, zanim nauczy się używać trybu prywatnego, to chromosomy płciowe pana dziobaka. Tak jest, ma ich aż 10 i nie zawaha się ich użyć, żeby przekazać dalej swoje totalnie pokręcone geny. Np. ten, który odpowiada za to, że świeci na zielononiebiesko w świetle UV. Nie wiadomo do końca, dlaczego świeci, ale pewnie dla szpanu. Poza tym drań jest jadowity. Przy czym truciznę produkuje jedynie samiec.

Dziobak zatruwa swoje ofiary przy pomocy ostróg na tylnych łapkach więc chociaż wygląda jak samobieżny termofor to lepiej go nie przytulać. W zasadzie jeżeli akurat znajdujecie się we wschodniej Australii lub Tasmanii i macie tendencję do tycania różnych śmiesznych żyjątek to dziobak, który tam mieszka, będzie pewnie waszym najmniejszym zmartwieniem. Warto jednak wiedzieć, że chociaż jego jad nie jest śmiertelny dla ludzi, to powoduje bardzo silny i długotrwały ból (nawet kilka tygodni), na który nie działa morfina. Samica również rodzi się z ostrogami, ale traci je po około roku. Samiec natomiast zachowuje je do końca życia, czyli 12 lat na wolności lub 20 w jakimś dziobakoprzyjaznym zoo.

Poza tym dziobak wykrywa pole elektryczne generowane przez swoje ofiary w zamulonych wodach, które przemierza podczas polowania. Po złapaniu wynosi je na powierzchnię w workach policzkowych. Na lądzie natomiast biega sobie w tę i nazad na kłykciach, żeby nie uszkodzić błon pławnych.

Podsumowując, dziobak jest bobro-wydro-kaczką, która wykrywa pola elektryczne, nie ma żołądka, ma natomiast jadowite stopy oraz ponieważ produkuje mleko i jednocześnie składa jaja więc potrzebuje tylko mąki żeby przyrządzić własny budyń. Wszystko to są cechy, których potrzebuje prawdziwy agent specjalny Pan Dziobak.

Helweci dzisiaj

Agnieszka Kamińska – Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony. Wydawn. Poznańskie 2021

WSTĘP: „Etykietka światowej prymuski  przylgnęła do tego kraju niczym przekonanie, że po alpejskich łąkach naprawdę hasają niebieskie krowy”

O autorce:

Agnieszka Kamińska urodziła się w 1984 r. Przed emigracją mieszkała Słupsku. To socjolożka i dziennikarka. Publikowała swoje teksty w różnych czasopismach. Autorka bloga „I`m not Swiss”. Mieszka w niemieckojęzycznej części Szwajcarii.

O książce:

Agnieszka Kamińska jest autorką bloga „I`m not Swiss” i z tych tekstów powstała książka.

Rozpoczyna się jakby wstępem składającym się z rozdziałów „Na stałe?” i „Szwajcaria nie istnieje”.

O tym, że jednak jest przekonuje nas w kolejnych rozdziałach.

Opisuje zawody w podrzucaniu flagą, a jest ona nietypowa, bo kwadratowa. Autorka wylicza  czym różni się od innych  ten kraj składający się z 26 kantonów, a mimo to  państwo jest niczym sprawnie działające puzzle. Napisała co sprawia, że Szwajcaria istnieje mimo wielu różnic – języków i narodowości.

Pisze o tym jak wielkie znaczenie ma tam tradycja, opowiada o Wilhelmie Tellu i o granicy z ziemniaka. Chodzi tu o różnice między częścią francusko a niemieckojęzyczną między którymi czasem zgrzyta. Dowiadujemy się jakiego miasta mieszkańcy mają opinię wywrotowców i awanturników. A kogo nazywają introligatorami choć nie wykonują tego zawodu.

Zabawne mogą nam się wydać różne przepisy dotyczące grzybów, a także psów. A nawet godzin gdy można włączać pralkę.

A jak myślicie dlaczego „Jazda autem w Szwajcarii to duża przyjemność”?

Podoba mi się, że ich hasłem w życiu codziennym jest KOMPROMIS a  ludzie władzy jeżdżą bez obstawy.

Gorzej jest z językami bo każdy kanton, a nawet gmina mają swoją odmianę języka. Tam „…w języku panuje swoboda granicząca z anarchią”. Inne są języki urzędowe a inne domowe.

O Zurichu (gdzie w 1926 roku mieszkał Lenin): „Jest trochę jak bogata ciotka, którą odwiedzamy niechętnie, bojąc się rozlać herbatę na haftowany obrus”.

I jeszcze wiele, wiele innych szczegółów. O narkotykach, ludziach bezdomnych, o małżeństwach i sytuacji kobiet.

 Najbardziej podoba mi się fakt, że tam prezydent zmienia się każdego roku.

Trochę mniej. że sąsiad może donieść na sąsiada, bo nie zrobił tego co powinien – ale to może tylko plotki?

Nie dowiedziałam się niczego o działaniach, nie zawsze szlachetnych, banków szwajcarskich – uniki dają dobre wyniki?

Na koniec:

„Okazuje się, że państwo opiekuńcze to nie tylko takie, które rozdaje pieniądze, ale też takie, w którym troska o najsłabszych to wewnętrzny imperatyw samych obywateli”.

Upalne miasto 83

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***********************************************************************

Grozy mamy dosyć ze strony ludzi a tu okazuje się, że jest też ptasia.

Sikora bogatka  = groza z cytrynowym brzuszkiem

Bogatka nie jest duża. Mierzy do 16 cm i waży od 20 do 30 gramów. Tymczasem podczas jednego sezonu potrafi zjeść 3 miliony lub 75 kg owadów. To prawie tyle, co ja podczas ostatniej wycieczki rowerowej na Mazurach. Sikorki, w przeciwieństwie do mnie są jednak wszystkożerne. Prawdopodobnie zeżarłyby nawet wątróbkę (fuj). Na pewno jedzą nasiona, owoce, a także niesoloną słoninę. To ważne, aby o tym pamiętać, bo solona słonina przyciąga Sasina, a to nawet gorsze niż sikorka.

Jeżeli pod ręką nie ma akurat ani słoniny, ani nasion, ani gównianych Midasów, to sikorkom zdarza się polować na inne małe kręgowce np. niewielkie ptaki oraz śpiące nietoperze. Sikorki wbijają im do jaskiń podczas hibernacji i wydziobują oczy, bo wiadomo, oczy są najsmaczniejsze.

Sikorka nie pogardzi również padliną, a w sytuacji stresowej inną sikorką lub wróblakiem. Generalnie zima budzi w sikorce bestię, kanibala i miłośnika radiowych kolęd, ale kto nie był w takiej sytuacji gdy o 6 rano po ciemku i na mrozie trzeba było odstawiać Michała Anioła na samochodowej szybie, niech pierwszy rzuci zdechłą nornicą.

Sikory to również rekordzistki jeżeli chodzi o różnorodność odgłosów dziobowych. Bogatka potrafi ich z siebie wydać aż 260. Z czego 250 to delikatne sugestie, żebyśmy dali jej jeść, albo palili wroty.

A imię jej czterdzieści i prawie cztery: Według różnych szacunków wyróżnia się od 16 do 43 podgatunków sikor bogatek i dokładnie takiej precyzji spodziewałbym się od ludzi, którzy je badają.

Zbliżający się czas to Święta Dużego Najedzenia tak nazwała je Magda Gałęzia rysowniczka zabawnych komiksów o kocie Jaśniepanie.

Pocztex będzie dostarczał przesyłki fanaberyjne, bo jeśli w czwartek wieczorem już jest we Wrocławiu to adresat dostanie swoją dopiero w poniedziałkowe popołudnie. Wprawdzie przyjdzie sms z informacją, że tego dnia paczka zostanie dostarczona i podadzą nawet numer telefonu kuriera ale ten ma zapchaną skrzynkę głosową a telefonu nie odbiera. Siedź adresacie na czterech literach i czekaj, bo co innego masz do roboty? Nic przecież. W tygodniu przedświątecznym będzie jeszcze gorzej. Wszyscy zachwyceni.

W polityce zmiany, zmiany, zmiany, poprzednicy zioną jadem oraz złością i szykują progi z barierami, aby nowej władzy zatruć życie. Jeden oszołom postanowił walczyć gaśnicą z chanukowym świecznikiem. Od dawna nadaje się do leczenia psychiatrycznego. W Sejmie takiego lekarza powinni zatrudnić na stałe.

– Najważniejsze to przejąć media – pomyślała Anna. I każdego dnia w każdych wiadomościach nadawać krótki reportaż o przestępstwach poprzedników. A niedzielę wszystkie sześć powtarzać – pomyślała Anna. Aby do zmanipulowanych łbów dotarła prawda. Zima odpuściła, już się nie boję, że złamię nogę na lodzie lub sopel przebije mi czaszkę.

Jadwiga zadzwoniła do wszystkich znajomych z propozycją oblewania zmian w kraju połączonych z Wigilią.

– Powinniśmy przygotować prezenty nawiązujące do tych zdarzeń – powiedziała do Anny.

– Jak ty sobie to wyobrażasz? Może załatwisz dla każdego zdjęcie nowego premiera z autografem? I w ładnej ramce.

– To bardzo dobry pomysł! A zdjęcia poprzedniego rządu i członków partii z niechlubnym działaniami będziemy palić w kominku.

– Z rozkoszą w dodatku. Karol je wydrukuje na byle jakim papierze.

– Jak pan taki papier – zaśmiała się Jadwiga.

– No to pójdę do pasmanterii po świąteczną – postanowiła seniorka. W sklepie obsługiwała sympatyczna Ukrainka, zadowolona z pobytu w Polsce. Na początku trafiła do dobrej rodziny i ma pracę, którą lubi. Wprawdzie tam skąd pochodzi nie ma działań wojennych ale często są alarmy i trzeba schodzić do schronu. Z tego powodu nauka w szkole ma zaburzony rytm, bo alarmy dezorganizują tok nauki.

Wygrała w polityce  koalicja a w przyrodzie kotek zwany MANUL EM.

MANUL – Nieczęsto zdarzają się w życiu człowieka chwile kiedy może z czystym sercem powiedzieć „jestem dumny” i ani nikogo nie urazić, ani nie wstawać akurat z toalety. To właśnie jeden z takich momentów. Magellan, adept szkoły manula z zoo w Poznaniu wygrał internetowy Puchar Świata Manuli. W finale zmierzył się nie byle z kim, bo z japońskim manulem stepowym Bolem. Nie wiem, czy to do wszystkich dotarło, ale wygraliśmy z Japonią w bitwie na słodkie kotki. To tak jakby wygrać z Finami w stanie na odległość lub z Niemcami w wojnę! Tym razem skończy się jednak trochę lepiej, bo nieplanowanym biogramem manula.

Wiadomo, że kula to najbardziej doskonały z kształtów. Okrągłe są wszystkie najsmaczniejsze owoce i warzywa, np. ziemniaki i cebula. Okrągłe jest słońce, dzięki, któremu na twarzach dzieci pojawiają się okrągłe rumieńce i zmuszają je do powrotu do domu, a my zmęczeni życiem dorośli mamy plażę dla siebie. No i okrągła jest ziemia, jedyna planeta we wszechświecie, na której żyją manule, czyli najbardziej okrągłe ze wszystkich kotów.

Manul swój obły kształt zawdzięcza gęstemu futru, które chroni go przed surowym klimatem w Mongolii, Chinach, Kazachstanie i okolicach jeziora Bajkał gdzie je, modli się i kocha. No, dwa z trzech to nadal niezły wynik. Futro manula jest jednym z najdłuższych i najbardziej gęstych wśród wszystkich dzikich kotów. Nic dziwnego, że puchaty drań wydaje się być znacznie cięższy niż jest w rzeczywistości. Tak naprawdę manul waży mniej więcej tyle ile przeciętny kot lub świąteczna porcja pierogów ruskich, czyli od 3 do 5 kilogramów.

Ruja samicy manula jest natomiast najkrótsza spośród wszystkich kotów i trwa od 26 do 42 GODZIN w lutym lub w marcu. Dobrze słyszeliście. Pan manul ma mniej niż dwie doby na zmajstrowanie małych manuli i odrobinę manulej miłości. Tutaj powinienem wrzucić jakiś żart o mojej byłej, ale Kaśka, nie jestem taki.

Manule nie są najlepszymi biegaczami, podobnie jak większość stworzeń zbudowanych na obraz i podobieństwo włochatego tortu urodzinowego. Na swoje ofiary czają się zwykle w śniegu lub za jakimś kamulcem i skaczą dopiero kiedy ryzyko pudła staje się bliskie ziobra.

Manule stepowe są zbudowane do przetrwania w ekstremalnych warunkach. Ich łapy pokrywa gęsta sierść, która chroni je przed żarem pustyni i chłodem śniegu, po którym manule całkiem sprawnie pomykają. Jeżeli temperatura jest za niska nawet dla manulich kończyn to nie ma sprawy, kot stanie po prostu na własnym puchatym ogonie.

Manule wyglądają jak pantery śnieżne z chińskiej bajki i często można je spotkać w tym samym miejscu co większych krewniaków, czyli nawet na wysokości 5000 m n.p.m. Tak wysoko zapuszczają się jednak jedynie latem. Kiedy śnieg leży gdzieś zbyt długo, manul daje drapaka na z góry upatrzone pozycje, czyli w dół.

Niegdyś uważano, że manul jest przodkiem kotów perskich. Jak to zwykle bywa z rzeczami, które uważano niegdyś, okazało się to totalną bzdurą. Wierzę, że kiedyś ten sam los spotka przekonanie, że pizza to nie jest zrównoważony posiłek, a na razie zadowolę się tym, że najbliższym krewnym manula jest podobno kot bengalski, którego prapraprawnuków z drobnymi domieszkami, mam w domu sztuk trzy. Wracając jeszcze do podstaw, czyli do Magellana, czyż to nie jest najsłodszy kot z pierdzącą miną na świecie? Lojalnie uprzedzam, że każda odpowiedź mniej stanowcza niż „A czy Manul sra w stepie?” spotka się z ostracyzmem i manulą miną z mojej strony.

O konkursie dowiedziałem się z relacji Make life harder. Praca u podstaw i śmieszne obrazki. Tak wygrywa się bitwy w Internecie.

Po powrocie z miejskich wojaży Anna zadzwoniła do Ewy:

– Jeśli masz czas opowiem ci co robiłam, w tym o wizycie w bibliotece. Najpierw odwiedziłam pocztę, aby wysłać kopertę z kartami ATC. Potem wykupiłam lek niezbędny do utrzymywania się w pionie. Poprosiłam o specyfik na uodpornienie organizmu, polecono mi witaminę D i C. Odpowiedziałam, że zażywam. To wystarczy – orzekła farmaceutka, bo inne to suplementy i nie będę pani opowiadać bajek. Bajek aptecznych uzupełniłam.

Wymieniłyśmy porozumiewawczy uśmiech.

 Jak wiesz jadę do biblioteki  w jedną stronę prawie pół godziny. Nie był to pierwszy raz no i zmiany, zmiany, zmiany. Nie tylko w polityce i w pogodzie. Okazało się, że docelowy przystanek jest teraz „na życzenie” i pojechałam dalej. Potem, z powrotem po błocie zasuwałam, klnąc oczywiście. A po błocie, bo z tej strony tego nowego osiedla nie ma chodnika tylko niemrawa trawa.

Zawiozłam koleżance dwie książki znalezione w pojemniku na papier – jak wiesz zaglądanie do nich i wyciąganie książek jest moją ulubioną rozrywką, ha, ha, ha. Na osłodzenie ostatnich miesięcy przed emeryturą dałam jej też dwie upieczone przez siebie, muffinki. Poczęstowana zostałam herbatą z głogiem, obdarowana małym, białym i błyszczącym, płaskim reniferem oraz książkami i szczepką kolendry kubańskiej. Od razu kupiłam ziemię i zasadziłam, ciekawa jestem czy się przyjmie.

Pochwaliłam koleżanki sweterek w moich ulubionych jesiennych barwach i dowiedziałam się, że dostała w prezencie od czytelniczki. Ponieważ  koleżanka ubiera się na luzie i niebogato to uznano, że potrzebna jej taka pomoc.

A już szczególne kogoś wzruszyło, że koleżanka odgrzewa sobie pizzę na kaloryferze. A tak naprawdę to ma na zapleczu mikrofalówkę i tylko na chwilę odłożyła otrzymaną od kuriera potrawę.

Upalne miasto 82

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

**********************************************************************

MASKONUR – pingwin koleżanki twojej starej (z profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”)

Maskonury być może wyglądają jak pingwiny na paradzie równości, ale są od nich lepsze, a w dodatku latają. I to całkiem sprawnie, bo rozpędzone osiągają 90 km na godzinę. Pływać i nurkować również potrafią i to głęboko, bo aż na 60 metrów. Na szczęście dla siebie pingwiny pozostają w nieświadomości maskonurzej supremacji, bo żyją na półkuli południowej a maskonury na północnej. Przede wszystkim na Islandii.

Natura wyposażyła maskonura w specjalne wyżłobienia i dodatkową kość w dziobie. Dzięki temu jest w stanie upchnąć do środka w poprzek nawet 10 ryb na raz. Rekord w tej dziedzinie należy do ptaka z Wielkiej Brytanii, który został przyłapany z 62 rybami! Co prawda część świadków twierdzi, że to nie był maskonur, tylko Szkot z Edynburga i nie miał ryb w dziobie, tylko tak brzmi szkocki akcent, ale to w zasadzie na jedno wychodzi.

Skoro już mowa o dziobie to maskonur potrafi zmieniać i rozmiar i kolor swojej przedniej końcówki i to bez użycia żadnych nakładek. Zimą dziób traci intensywną barwę i nieco się zmniejsza. Wiosną natomiast kiedy trzeba zaimponować maskonurom płci przeciwnej, dziób rośnie i nabiera rumieńców. Dzioby zresztą są imponujące nie tylko w świetle słonecznym. Ich buźki tak jak sypialnie nastolatków świecą gdy są oglądane w ultrafiolecie.

Maskonur pod wrażeniem drugiego maskonura pozostaje najczęściej do końca życia. Chociaż część jesieni no i zimę maskonury spędzają zwykle osobno, to spotykają się ponownie na wiosnę przy swojej norce i robią wspólnie jednego maskonurzego pisklaka. No, chyba że np. pani maskonur nie przyjdzie na umówione spotkanie. Wtedy jej partner znajduje sobie nową samicę, jednak tylko do czasu aż wróci jego oryginalna wybranka.

Poza okresem lęgowym maskonury spędzają prawie cały czas na wodzie. Są do tego zresztą wręcz stworzone. Kolor zapewnia im maskowanie w morskiej toni, a w dodatku mają za oczami system do odfiltrowywania soli z wody. Jakby natura nie była wystarczająco hojna w stosunku do maskonurów, to uczyniła je w dodatku całkiem łebskimi. Te dziobate france są uważane za inteligentne, bo używają patyczków do drapania się w trudno dostępnych miejscach. Chciałem sprawdzić, czy to faktycznie tak działa, ale ludzie w lodziarni dziwnie na mniej patrzyli.

– Rzeczywistość nie składa się z zabawnych tekstów i zdarzeń a szkoda  pomyślała Anna. Niewyspana bo o drogiej w nocy obudził ją sms z informacją o przestępcy poszukiwanym. Zaraz potem był drugi z jego rysopisem.

– Jacy operatywni policjanci nagle się okazali. Szkoda, że tak się nie spisali przy zgłoszeniu przez ojca, że nastoletnia córka do niego zadzwoniła, mówiąc że nie wie co się z nią dzieje. Trzymali ojca dwie godziny zamiast zaraz ustalić gdzie jest dziewczynka za pomocą zlokalizowania jej telefonu. I zmarła.

U-hu-ha, u-hu-ha nasza zima zła – powiedziała Anna motając się w liczne warstwy odzieży. Bo dolegliwość zatokowa ponowiła się w stopniu jeszcze większym.

Niedzielę w domu przesiedziała choć inne plany miała. W poniedziałek pojechała na zabiegi ale przeceniła swoje samopoczucie. W trakcie pobierania prądów dostała ataku kaszlu i kontynuowała go prawie 15 minut. Więc zrezygnowała z gimnastyki i do apteki się udała gdzie nabyła syrop, bo kaszel nie jest dobrze widzianym gościem w  jej domu.

Mole też nie a ostatnio się uaktywniły. I teraz szukaj człowieku co one tak żrą i się rozmnażają.

Z tych wszystkich dobrodziejstw aż się jej kręci w głowie. Co poskutkowało nagłym upadkiem. Na dywan – szkoda, że nie jest bardziej puchaty. Na przykład jak, poniżej opisane na ulubionym profilu zwierzątko.

Rosomak = (trochę miś) to przerośnięta łasica o bardzo złej prasie. Można go spotkać przede wszystkim w Skandynawii i na Alasce gdzie sieje popłoch wśród wszystkiego, co choć trochę przypomina padlinę. Powszechnie uważa się, że rosomak jest agresywny jak spoty reklamowe Media Expert. Tymczasem te puchate misie zdecydowanie wolą ofiary, które już się nie bronią, jak martwe łosie, jelenie, renifery i gospodarka pewnego kraju w centrum Europy.

Rosomaki są samotnikami. Żyją w pojedynkę na bardzo rozległym terytorium, do którego samce dopuszczają tylko 2-3 samice a i to niechętnie. Rzadko widuje się starcie dwóch rosomaków no bo po pierwsze zwierzęta te nie są głupie żeby bić się między sobą skoro wokół jest tyle innych wkurzających i mniej śmiercionośnych zwierząt, a po drugie kto by chciał siedzieć na takim zadupiu i gapić się na rosomaka? Zanim wybijecie sobie ręce z barków pamiętajcie, że rosomaki co prawda są padlinożercami, ale nie dlatego, że lubią smak tygodniowej łosiny. Decydują się na taką dietę bo są leniwe, tzn. pragmatyczne. Zgaduję jednak, że dobranie się do Waszych tyłków nie byłoby dla rosomaka dużo trudniejsze niż przeżucie zamarzniętego na kość jeleniego zadka. Jeżeli myślicie, że spoko, przecież zdążę uciec zanim do mnie podejdzie, to nic z tego. Łapy rosomaka poza tym, że są uroczo puchate, to mają sporą średnicę i pełnią rolę rakiet śnieżnych. Dzięki nim rosomak gania po białym puchu jak Maradona u szczytu kariery.

Sprawność bojową rosomaków doceniło wojsko polskie, zlecając jak najszybsze dostarczenie kilkuset z nich do magazynu pod Siemianowicami. Niestety załatwianie zamówień publicznych na bombie to w równym stopniu polska tradycja jak i przekleństwo. Tym razem ktoś się z kimś nie dogadał i w naszych magazynach pojawiły się wozy opancerzone zamiast łasic bojowych. O dziwo tym razem wyszło całkiem nieźle, ale gdzieś tam kogoś spotkała duża niespodzianka w postaci kilku kontenerów nieoclonych łaszowatych na sterydach. Podobnego błędu chciano uniknąć z karakalami, ale udało się tylko połowicznie, bo co prawda nie zamówiliśmy śmigłowców, ale za to kotów też nam nie przysłali.

Lepiej na dywan upaść niż na bruk – bo to i większą krzywdę można zrobić ciału oraz odzieży. A tu tylko dezynfekcja otartego do krwi naskórka oraz lekki ból stłuczonej ręki i nogi – pocieszała się sycząc przy traktowaniu rany watką ze spirytusem salicylowym. Tyle mojego co się w ten sposób procentów, z oparów,  napiję, bo doprzełykowo nie mogę. Pić akurat mogę tylko thiocodin. Dobrze choć, że pomaga no i w ten sposób mam dragi w postaci stałej i płynnej. Kto ma tak dobrze jak ja?

Miałabym jednak lepiej gdybym była pancernikiem, upadłabym bez szwanku.

Pancernik wygląda jak mysz gdyby projektowali ją Niemcy w 39′ i na zmianę karmili mrówkami i metamfetaminą, tylko rzadziej najeżdża Polskę. Jego naturalnym terenem występowania jest Ameryka Południowa, gdzie poluje na niego np. harpia wielka.

Nic dziwnego, że pancerniki dziewięciopaskowe dały nogę najpierw do Meksyku, a później do Stanów Zjednoczonych gdzie nie mają zbyt wielu naturalnych wrogów. Ale spokojnie, mają nas. Ludzie załatwili im wroga nienaturalnego, czyli przemysł motoryzacyjny. Biedne dranie w obliczu pędzących na nie dwóch ton amerykańskiego stylu życia podskakują na metr w górę. Metoda być może sprawdza się z harpią wielką, ale nie z nowym fordem f-150, teraz z chromowanym zgniataczem pancerników w standardzie.

Poza pancernikiem dziewięciopaskowym na świecie żyje 20 innych gatunków tego ufortyfikowanego ssaka, a każdy bardziej porąbany od poprzedniego. Na przykład pancernik brazylijski i południowy trzypaskowy potrafią zwijać się w kulkę. Ale nie w taką jak ludzie po pracy, tylko ładną, równą, niepłaczącą nad swoim życiem kulkę. Pozostałe tego nie potrafią, bo mają za dużo płytek kostnych.

Jest też Zębolita Olbrzymia, która z ogonem potrafi mierzyć 150 cm, a waży aż 80 kg. W dodatku ma 20-centymetrowe pazury. To największe szpony, jakie stwierdzono u ssaka, który nie używa samoopalacza. Tytuł najmniejszego pancernika należy z kolei do pink fairy armadillo. Jego polska nazwa to pancernik karłowaty. Bardziej po polsku byłoby tylko gdyby dodać, że jest szary. Długość różowej wróżki to około 13 centymetrów, a waga 85 gramów. W dodatku ma pionową płytę w okolicach zadka, której używa do zakopywania za sobą piaskowych tuneli. Zdjęcie różowej wróżki oraz jej zadka znajdziecie w komentarzach.

Pancerniki to straszne śpiochy. Kimają średnio do 16 godzin na dobę i to zwykle bez innych przedstawicieli tego samego gatunku w norce. Nie znaczy to jednak, że są same. Często dzielą lokum ze szczurami, żółwiami i wężami. Jeżeli akurat nie uprawiają międzyrasowego drzemingu to szukają czegoś na ząb. Zwykle pada na owady, ale czasami opędzlują również jakiegoś gryzonia lub węża. Nie wiem niestety, czy tego samego, który w nocy robił im za przytulankę.

Aha, pancerniki są jedynymi ssakami poza ludźmi, które mogą przenosić trąd. I teraz uwaga, skąd wziął się trąd u pancerników? Prawdopodobnie zaraziły się od 15-wiecznych odkrywców, znanych w języku pancerników jako “gdzie pchasz te łapy, postaw mi najpierw kolację wąsaty draniu”.

Przemoc jest wszędzie

Karolina Korwin – Piotrowska – Wszyscy wiedzieli, Wydawn. WAM 2022

WSTĘP: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela.” Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej

O autorce:

Karolina Korwin – Piotrowska, jej rodowe nazwisko to  Sommer. Urodziła się 13 stycznia 1971 roku w Warszawie. Ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Dziennikarka prasowa, radiowa i telewizyjna. Autorka książek: „Sława”; „Krótka książka o miłości”; „Bomba, czyli alfabet polskiego szołbiznesu”; „Reset. Świat na nowo”; „Wszyscy wiedzieli”

o książce:

We wstępie autorka wspomina swoje doświadczenia z mobbingiem w pracy co skończyło się jej depresją.

Pisze: „Chcę odpowiedzieć na pytanie, dlaczego godziliśmy się na poniżenie, molestowanie, na mobbing, dlaczego mamy zwichrowane kryteria oceny, dlaczego nie przeciwstawiamy się oprawcom. A także dlaczego w końcu podnieśliśmy głowy, powiedzieliśmy „dość”; przecież tuż po calloucie z filmówki w sieci pojawiły się tysiące opowieści o „kulturze” pracy w innych branżach”.

„Pierwsza była aktorka Alyssa Milano, która w październiku 2017 roku zamieściła tweet z ha sztagiem #MeeToo”.

Książka zawiera tekst postu aktorki Anny Paligi opisujący przemoc w łódzkiej szkole filmowej oraz wywiad jakiego udzieliła autorce.

Przeczytać możemy też wywiady z aktorami: Weroniką Rosati, Joanną Koroniewską, Aleksandrą Domańską, Patrycją Volny, Zuzanną Litl, Piotrem Witkowskim, Wiktorią Wolańską i Martą Nieradkiewicz oraz NN.

Wykładowcami: Aleksandrą Konieczną, Piotrem Głowackim, Martą Miłoszewską, Wojciechem Malajkatem, który obala mit, że teatr to świątynia, że aktor  może nie przyjść do teatru tylko wtedy gdy nie żyje.

Dla mnie najciekawsze były wywiady ze specjalistami: Moniką Klonowską (psycholożka, trenerka i konsultantka), która m.in. powiedziała: „Kiedy człowiekowi stworzy się warunki do bezpiecznego rozwoju, jest w stanie zrobić, wykreować znacznie więcej, niż kiedy musi walczyć ze stresem”.

Mają Herman – psychiatrką i psychoterapeutką: „Sadysta odczuwa satysfakcję, kiedy ofiara się boi, próbuje uciec, krzyczy i się szamocze. Odczuwa satysfakcję, bo ją poniżył, umniejszył”.

Anna Mochnaczewską – psycholożką, psychoterapeutką: „Jeśli nie ma gotowości, by zmierzyć się ze sobą, uruchamia się mechanizm zaprzeczenia”.

Aliną Czyżewską – absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, aktorką, działaczką społeczną: „Jeżeli wszyscy będziemy brać sprawy w swoje ręce, to świat będzie taki, jaki sobie wynegocjujemy, uzgodnimy, wypracujemy”.

Tak jak napisałam w tytule tekstu – przemoc jest wszędzie. W rodzinach, korporacjach, instytucjach, sklepach, zakładach usługowych, a nawet w bibliotekach.

p.s. 16.06.2023 – teatr w Genewie odwołał premierę sztuki reżyserowaną przez Krystiana Lupę. Natalia Waloch na wyborcza.pl napisała m.in.: Krystian Lupa pojechał robić spektakl w Genewie i zdziwił się, że nie przeszło tam polskie chamstwo i typowy dla naszego teatru folwarczny „styl pracy”.

Upalne miasto 81

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

**************************************************************************

Skojarzenia ludzkie błąkają się po każdej dziedzinie, płaszczyźnie i temacie. A przodują dziecięce przekręcenia kolęd. W związku z tym dziś na profilu „Zwierzęta są głupie…” opisano JENOTA = mam na imię Jenny (bracia patrzcie jeno).

Jenoty trafiły do Polski z Litwy, Ukrainy i Białorusi tak jak nawozy potasowe, tanie zboże oraz fajki, które wypadły komuś z ciężarówki i tak jak one najliczniej występują na Pomorzu, Mazurach oraz na Podlasiu. Pierwszy raz jenot, który oryginalnie pochodzi aż z Azji, był u nas widziany w 1955 roku w puszczy białowieskiej, później rozlazł się po całej Polsce. Całej poza Karpatami, no bo jednak przepraszam, ale bez przesady.

Jenot jest aktywny przede wszystkim w nocy, a dzień spędza zwykle w jakiejś jaskini, wykrocie, dziupli lub norze po lisie albo borsuku. Czyli dokładnie tak jak Warszawiacy kiedy trafią na Warmię i Mazury, tylko wtedy to się nazywa agroturystyka lub glamping. Glamping jakby ktoś nie wiedział to taki wynalazek, że płacisz za namiot u kogoś za stodołą jak za pokój w Hiltonie, ale za to dostajesz sypanego jacobsa do łóżka i krowi placek przed drzwiami.

Skoro o plackach mowa, na zajmowanych terenach jenoty wyznaczają tzw. latryny, które są nie tylko miejscem załatwiania potrzeb fizjologicznych, ale i centrum życia towarzyskiego. Jenoty zostawiają tam wiadomości dla swoich współplemieńców. Na tej samej zasadzie, działają baseny publiczne oraz kąpieliska.

W przypadku zagrożenia jenot potrafi udawać martwe zwierzę, co patrząc na niego, nie jest wcale jakimś wielkim osiągnięciem. To najmniejszy psowaty występujący w naszym kraju i jedyny, który potrafi zapadać w sen zimowy. Ma od 50 do 80 cm długości, waży zwykle od 4 do 7 kilogramów i wygląda jak szop pracz gdyby jego ojcem był Ryszard Terlecki.

Co je jenot? Jenot je drobne gryzonie, żaby, jaszczurki, ślimaki, ptaki, owady, nasiona, a także padlinę. Czyli wszystko to, co znajdziecie w zapiekance kupionej nad wodą w krainie tysiąca jezior, szmateksów i budek z kebabem ze stolicą w Olsztynie.

Tanuki: to japońska nazwa jenota, albo szopa, borsuka, kunopsa lub rosomaka. Sprawa jest dosyć skomplikowana i nadaje się do czytania po 22, jak wszystko, co wymyślili Japończycy. Dlatego więcej o tanuki napiszę w kolejnym odcinku za tydzień albo wtedy kiedy zejdzie mi trauma po tym czego dowiedziałem się o nim do tej pory.

PS. Dziękuję Szymonowi za informację na temat roli, jaką jenot odegrał w polskiej muzyce sakralnej.

– O, widzę, że autor zabrał się do robienia sałatki jarzynowej lub ruskich pierogów stąd post o cebuli – pomyślała Anna.

CEBULA – polskie rajskie jabłuszko

„Uwielbiam zapach Polski o poranku”

Cebula to warzywo instytucja, duch pokoleń zamknięty w ponadczasowej formie. Oddech historii, od którego uciekają małe dzieci oraz zwierzęta. Uciekają, bo jeszcze nie wiedzą, że czasami zapach smażonej cebuli to jedyne co trzyma w całości ten poszarpany wojnami i nadmiarowymi składkami na ZUS kraj w centrum Europy. Nie wiedzą, że najlepsze pierogi ruskie to te podane na boku kilograma zeszklonej cebulki. Nie wiedzą, że tak jak ogry i cebula ludzie w pewnym wieku mają warstwy i tak samo jak w przypadku cebuli kiedy ktoś pod nie zajrzy, to może zapłakać.

O tym, że cebula, której botaniczna nazwa brzmi czosnek cebula, to rzecz święta wiedzieli już starożytni Egipcjanie. Wierzyli oni, że okrągły kształt i koncentryczne warstwy symbolizują życie wieczne. Pewnie dlatego uznali, że pakowanie cebul do oczodołów martwym faraonom, jest bardzo klawym pomysłem. Albo dlatego, że żaden kot, krokodyl ani inna święta mangusta nie chciały się tam po prostu już zmieścić.

Władcy Nilu i fani wszystkich świętości nie byli jednak pierwszymi miłośnikami cebuli. Najstarsze rysunki tego warzywa pochodzą sprzed 7 tysięcy lat i znaleziono je w wykopaliskach na terenie dzisiejszej Palestyny. Z kolei pierwsze ślady samej cebuli pochodzą sprzed 5000 lat. Obok znaleziono również figi i daktyle, co może wskazywać na obecność Chodakowskiej.

Sportowcy już dawno poznali się na cebuli. W starożytnej Grecji olimpijczycy zjadali cebulę, pili sok z cebuli i smarowali nią ciała, aby rozgrzać sobie mięśnie. Czy to działało? Do końca nie wiadomo, ale dawało pewną przewagę w sportach kontaktowych.

No dobra, bo wiem, że wszyscy na to czekali. Co zrobić, żeby mniej płakać podczas krojenia cebuli:

1. Wybrać najbardziej ostry nóż spośród posiadanych, bo tępe ostrze rozgniata większą ilość płaczogennych komórek cebuli.

2. Kroić cebulę od razu po wyjęciu z lodówki, zanim cholera załapie co się z nią dzieje

3. Kroić cebulę pod bieżącą wodę lub pod jej powierzchnią. W wodzie nikt nie zobaczy, że jesteście beksami.

Ale tak naprawdę nie warto wstydzić się łez. Szczególnie tych pocebulowych. To dobre, polskie łzy i przydadzą się kiedy przed wypłatą nie starczy na sól do smażonej cebuli. Aha, jeżeli z jakiegoś powodu chcielibyście pozbyć się cebulowego oddechu, wystarczy zjeść trochę natki pietruszki albo poczekać 2 lata.

No i oczywiście cebula jest afrodyzjakiem. Tak jak jabłka, kminek, śledzie i paprykarz szczeciński. Serio, wpiszcie sobie w Google dowolne warzywo, mięso lub gminę w mazowieckim, a potem dodajcie słowo „afrodyzjak”. Jedyne czego to dowodzi to, że wszystkie warzywa są seksi, a ludziom potrzeba jedynie pretekstu.

Listopad zakończył się boleśnie, bo lekarka po przebadaniu orzekła u seniorki zapalenie zatok (ponowne) i tchawicy. Męczyła się z dolegliwościami od soboty, diagnozy doczekała w czwartek.  Podczas badania gdy Anna chciała wytrzeć nos lekarka będąca jej koleżanką, powiedziała:

– No, nie bądź taka higienistka. Muszę zobaczyć co tam się dzieje.

Apteka pobrała za leki prawie sto złotych.

Gdy seniorka siedziała na ławce pod wiatą przysiadła się dziewczynka jedząca rogala typu krłasant. Miała na głowie wielokolorową, prawie tęczową dzianinową czapkę, z uszami i wielkimi ustami oraz warkoczykami.

– Jak pani się nazywa? – zapytała mała.

– A ty jak masz na imię?

– Pola. Jak pani myśli  moja czapka to małpa czy krowa?

Seniorka przyjrzała się i stwierdziła, że trudno jednoznacznie ocenić.

Ale zapytała:

– Czy ty jesteś tu sama? – Anna zapytała pamiętając socjologiczny eksperyment z chłopcem bez kurtki siedzącym na ławce w środku miasta.

– Nie, z mamą, tam stoi, ja jeszcze nie mogę chodzić sama.

– A na jaki autobus pani czeka? – dziewczynka kontynuowała kontakt międzyludzki.

– Na „A” – odpowiedziała seniorka dość rozbawiona zachowaniem małej.

– Przed chwilą jechało.

– Nie, to było 132.

– A dokąd pani jedzie?

– Do domu. A ty?

– Do Korony (galeria handlowa), wymienić buty.

– Nieudany zakup?

– Są za małe.

Nadjechał autobus linii „A”.

– Do widzenia Polu – powiedziała Anna podnosząc się z ławki.

– Do widzenia, miłego wieczoru – usłyszała wchodząc do pojazdu.

– Wzajemnie – odparła zanim drzwi się zamknęły. I pomyślała, że albo dziewczynka będzie miała łatwo w życiu z tą swoją kontaktowością, albo trafi na jakiegoś złego osobnika.

Rozpoczęły się Targi Dobrych Książek, więc po zabiegach Anna wsiadła do tramwaju linii prowadzącej bezpośrednio do miejsca targów. Pojazd był starego typu, dwuwagonowy i nieogrzewany. Jak miło.

– Lepiej czytać książkę „Tramwajem przez Wrocław”  niż tak podróżować – pomyślała kąśliwie.

Na dobry początek kupiła nowy numer czasopisma „Książki” i z zamiarem tylko zbierania darmowych katalogów oraz zakładek i robienia zdjęć poszła ścieżkami między stoiskami. Trafiła na pojemnik z książkami po 12,-zł, coś ją tam zatrzymało i cztery książki kupić kazało. Miała nadzieję, że nie okażą się nudnymi bublami. Na promocję „tylko po pięć złotych” już się nie dała zwabić. Wabiły ją za to koty i te fotografowała oraz okładki książek z nietypowymi tytułami: „Kupa faktów o smrodzie”. Rozbawiły ją, obok siebie umieszczone, plakatowe podobizny Jana Miodka i Roberta Makłowicza. Pan od języka i od jedzenia, słodkie nazwisko i kulinarny gwiazdor. Ktoś miał niezły pomysł.

W stosie książek przecenionych znalazła „Boczne drogi” Joanny Chmielewskiej (7,- złotych) i Plutarcha „Żywoty sławnych mężów” wydane w Krakowie, w  „Biblioteka Narodowa”, serja II, nr 3.  Podpisał się też właściciel/ka: A. Hołubiecko (?), ucz. kl. IVa.

Druk W. i L. Anczyca. Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej. Książka jest introligatorsko oprawiona a na przedniej okładce odbite jest kółko po szklance lub kubku z napojem.

Właśnie ta KSW zapoczątkowała, w 1919 roku,  wydawanie klasyki  polskiej i światowej w serii „Biblioteka Narodowa” a nie Ossolineum, które przejęło ją dopiero w 1933 roku.

Tak więc nabyta  książka jest wydaniem sprzed 1933 roku.

Brawo ja za zakup, bo (sądzę, że na skutek oprawy usunięto zniszczoną oryginalną okładkę) nie ma nigdzie podanego roku wydania – pomyślała Anna..

Ci sławni mężowie to: Temistokles, Kamillus, Arystydes, Kato Stary, Perykles, Fabjusz Maksymus, Tymoleon, Aleksander, Tyberjusz i Gajusz Grakchowie,  Marjusz (pisownia oryginalna).

Upalne miasto 80

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************************

W ponury piątek, który zafundował ludziom duży spadek ciśnienia Anna z zachwytem przeczytała tekst o dziwnym zwierzątku znajdując też wycieczkę osobistą w kierunku swojego miasta i jego włodarza.

Kuoka = Robert Makłowicz w futerku;  to mały torbacz z rodziny kangurowatych, który słynie z wiecznego uśmiechu i odstawiania triku ze śliskim kocykiem, ale na odległość. To nie tak, że kuoka ma życie usłane różami. Jej największym wrogami poza pożarami buszu są lisy no i tradycyjnie wszyscy kuokomacacze. Jeżeli jednak goni ją jakiś australijski rudodupiec to kuoka robi sru bąbelkiem i daje drapaka.

Jak już się oddali, to nie płacze nad rozlanym dzieckiem, tylko wciska play i wznawia zatrzymaną ontogenezę. Tzn. odpauzowuje sobie ciążę, którą trzymała w zanadrzu na taką okazję. Diapauza, bo tak się nazywa ta sztuczka, to nie jedyny mechanizm umożliwiający kuoce przetrwanie w gościnnej jak Lidl w sobotni wieczór Australii. Nasza mała bohaterka jest w stanie przeżyć całkiem długo bez wody oraz jedzenia dzięki tłuszczowi, który gromadzi w 30-centymetrowym ogonie.

Kuoki najbardziej aktywne są w nocy i niechętnie socjalizują się z innymi przedstawicielami swojego gatunku. Jeżeli już to robią, to w celu przetrwania i przy zachowaniu ścisłej hierarchii. Tzn. samce, które zwykle są większe od samic, tłuką się między sobą o dostęp do dziewczyn oraz najbardziej zacienione miejsca do spania. To właśnie na podstawie ich zwyczajów powstał zarys scenariusza do znanego programu przyrodniczego Hotel Paradise na TVN 7.

Co jedzą kuoki? Różne australijskie trawy i krzewy, w tym łodygę, korę i liście. Gdzie jedzą kuoki? Na zachodzie Australii oraz na dwóch wyspach u jej wybrzeży, to jest Rattnest i Bald Island. Ta pierwsza jest największym siedliskiem kuoki i nazwę zawdzięcza jej samej oraz krótkowzroczności pewnego kapitana floty holenderskiej. Niejaki Willem de Vlamingh, przybił na wyspę w 1696 r. i z miejsca uznał, że kuoki to wielgaśne szczury, a on właśnie wlazł im prosto do gniazda. Miałem tak samo podczas ostatniej wizyty we Wrocku, ale w urzędzie miasta powiedzieli, że jestem już czwartym takim sprytnym tego popołudnia a szczury wielkości kotów to taki sam element życia w wielkim mieście jak drifty tramwajem i prezydent dissujący internautów na fejsie.

Okazało się, że jest jeszcze jeden fajny przyrodniczy profil pod tytułem: Pani od przyry a na nim tekst autora „Zwierzęta…”:

POMRÓW WIELKI – podślimak.

„Wyglądam jak kupa a smakuję jeszcze lepiej”

Specjalnie dla ”Pani z przyry, mam nadzieję, że obudzi najmilsze wspomnienia

Pomrów wielki jest oślizgły, ma podejrzane plamki na ciele, osiąga nawet 20 centymetrów długości i przychodzi niechciany jak zawartość wiadomości z nieznanego konta na Instagramie. Podślimaki zostały do nas zawleczone prawdopodobnie z południowo-zachodniej Europy. To już druga pełzająca apokalipsa w naszym kraju, po działalności rady polityki pieniężnej. Jak to jest, że Polska przyciąga takich oślizgłych typów bez sumienia?

W warunkach naturalnych mało co chce żreć pomrowa. Poza innymi pomrowami, które lubią sobie opędzlować kolegę. Te gluty apokalipsy zjadają również grzyby oraz liście, owoce, korzenie i łodygi różnych roślin. Ogólna zasada jest taka, że im bardziej zależy nam na jakimś warzywie lub kwiatku, tym większa szansa, że pomrów przyjdzie i je zje. Znany jest nawet przypadek pomrowa, który wyżarł z gniazda pisklęta cierniówki.

Pomrowy są obojnakami i hermafrodytami. To znaczy, że mogą rozmnażać się same. Mimo tego z pełną premedytacją ślimaczą się parami w miejscach publicznych, często na wysokości ludzkiej twarzy. BO MOGĄ. Zwisają wtedy z gałęzi drzew na linach z glutów i złych intencji jak spiderman gdyby wymyślono go w kraju byłej demokracji ludowej.

Podślimaki, jak ja was k… nienawidzę.

EDIT: podobno są w naszym kraju niemi bohaterzy, którzy w ostateczności opędzlują sobie pomrowa. Np. kaczki lub jeże. Ewidentnie jest ich zbyt mało.

–  Zdecydowanie nie jest moją główna zaletą – pomyślała o sobie seniorka. Najpierw internetowo zgłosiła się na bezpłatne badanie słuchu. Potem w rozmowie telefonicznej zapisała się konkretnie na dzień i godzinę. A za parę godzin przemyślała sprawę, czyli fakt, że badanie będzie trwać aż 70 minut i rozmówczynię będącą na granicy niegrzeczności. Oraz przypuszczenie, że mogą wmawiać jej głuchotę i konieczność nabycia drogiego aparatu. Nawet bon na 50 złotych do owadziego sklepu jej nie zachęcił. Zadzwoniła i odwołała wizytę, na szczęście nie zapytali o powód, bo miała ochotę warknąć: bo tak!

W takcie wizyty w bibliotece na osiedlu z przyprawowymi nazwami ulic oddała  książkę, niby kryminał z humorem Iwony Banach. Tak jak i poprzednia pozycja tej autorki nie spodobała się Annie. Poczucie humoru typu wymiotowanie i załatwianie się to nie jej klimaty. Nigdy nie była fanką komika Benny Hilla.

Oglądając „Elementarz” Falskiego zauważyła przy temacie 1 Maja dopisek jakiegoś inteligentnego inaczej czytelnika/czki wykonany  czerwonym długopisem: „święto satanistów i masonów”.

– Że też ludzie nie mają poczucia obciachu robiąc takie rzeczy – pomyślała.

Potem zrobiła zakupy w osiedlowym sklepie. Ważąc ulubione żelki malinki  ekspedientka powiedziała, że uwielbia słodycze i mogłaby jeść tylko tego typu pożywienie.

– To słodka z pani kobieta – stwierdziła Anna.

W domu, po rozpakowaniu nabytych produktów i umyciu rąk, posmarowała na ustach miejsce gdzie zaczęła się panoszyć opryszczka. A dwa paznokcie płynem przeciwgrzybicznym. Wprawdzie z antybiotykiem leczącym zapalenie gardła brała osłonowy lek ale grzyby namolnie chciały niszczyć kolejną płytkę nie zrażając się działaniami właścicielki dłoni. Widać w tym było złośliwe działanie diabła stróża.

Na udane zakończenie dnia zanikł program telewizyjny i Internet. Zadzwoniła do dostawczy tych cywilizacyjnych dobroci z nadzieją, że powiedzą o awarii, która niedługo zostanie naprawiona. Ale nie tym razem, konsultantka zaleciła użyć wykałaczki lub zapałki do zresetowania routera. No, dosyć seniorkę to rozbawiło.

– Wot kakaja bolszaja tiochnika – pomyślała. Ale zadziałało.

Zadziałał też gołąb wysiadujący na parapecie – ze złości, że go nie wpuściła okakał  szybę. Czyli prawdziwy a nie Pegasus.

No i nadeszła wiekopomna chwiła, czyli poniedziałek – rehabilitacji kolan początek. Choć właściwym początkiem była wiadomość w ubiegłym tygodniu, że trzeba będzie jeździć do odległej przychodni, bo ta bliższa poszła do remontu.

Wprawdzie połączenie było jednoautobusowe ale gdyby tak jeden rejs wypadł to choć siadłszy płacz, bo tramwajem z domu się nie da. Trzeba kombinować. Potwierdza się powiedzenie „Kto nie kombinuje ten nie żyje”.

Nie potwierdziło się natomiast to „Nie lubię poniedziałku”, bo autobus przyjechał zgodnie z rozkładem, po drodze nie miał awarii i się nie rozkraczył, korki  były do zniesienia, czyli nieduże.

Jak to u nas  – organizacyjnie jest „średnio na jeża” – ale „koniec języka za przewodnika” i Anna dowiedziała się, że kluczyk do szafki w szatni damskiej bierze się z różowego pudełeczka w sali obok której stoi, na korytarzu, wieszak. Faceci mają niebieskie pudełeczko. Rozróżnienie jak u niemowlaków.

Następną niedoróbką był wykaz zabiegów na karcie seniorki gdzie dwa razy umieszczono laser zamiast innego zabiegu. Co na karcie w przychodni już było poprawione. Po przebraniu się w strój do gimnastyki i obuwie raczej domowe, niekoniecznie kapcie z futerkiem

 potraktowano jej kolana laserem, magnetoterapią (przy okazji załapały się dłonie) i prądami. Skonsultowała co z wykazanych rzeczy będzie potrzebne a co raczej nie. Z tych ostatnich bandaże bo mają specjalne opaski.

Na koniec przejechała się dziesięć minut na rowerku siedząc na krzesełku a potem podwieszonymi nogami majtała to zginając je i wręcz przeciwnie. W sumie, razem z czekaniem na kolejny zabieg,  zabrało to półtorej godziny. Dojazd ponad pół godziny, powrót dłużej bo z przesiadką – bezpośredni autobus pokazał figę i ogon odjeżdżając sprzed nosa. Trzy i pół godziny jak obszył. Wróciła do domu cała zmęczona, po drodze kupując tylko chleb włoski.