„Glony w patisony”

Jakiś czas temu ogłoszono konkurs związany z pisarzem Stanisławem Lemem na „Groteskowy fantastyczny, futurystyczny przepis kulinarny”. Napisałam to co poniżej ale nie wysłałam, bo warunki techniczne były, jak dla mnie, zbyt skomplikowane a i tak, pewnie, nie dostałabym żadnej nagrody bo poczucie humoru konkursowych jurorów rozmija się znacznie z moim.

**********************************************************************************

 Glony w patisony

Zamów telepatycznie składniki

Abyś miał smaczne wyniki.

Glony różnorodne i patisony nadobne.

Mleko z gwiazdy zarannej

I olej z zorzy porannej.

Wymieszaj wszystko starannie

W malutkiej kamiennej wannie.

Dodaj pyłków kwiatowych sporo

żeby potrawa miała piękny kolor.

Wlej do foremki z tytanu

i polej ją  łyżką tranu.

Wsadź do kuchennej kapsuły

i wyślij, aby się nie popsuły.

Czekając umyj zęby nie omijając gęby.

Gdy usłyszysz śpiew delfina

to znak, że potrawa przybywa

i uchyla się naczynia pokrywa,

zapach unosi się nieziemski

nie ma więc oznak klęski.

Spożywaj powoli mlaszcząc

I dłońmi swemi klaszcząc.

Wirus pochmurny (cz. 61)

Przez jakiś czas będę tu w każdą sobotę i środę umieszczać kolejny odcinek „Wirusa”. Pod każdym jest data napisania, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W niektóre poniedziałki będzie tu recenzja książki, inne opowiadanie lub prywatna opowieść. Miłej lektury 🙂

***************************************************************************

Duet eksploratorski wrócił do domu zadowolony choć zmęczony. Musieli jeszcze dokładnie wszystko obejrzeć i posegregować co trzeba będzie tylko umyć czy wyczyścić, a co wyszorować. Zostawili rzeczy do gruntownej renowacji w piwnicy Wacka a pozostałe w edkowej. Jej właściciel straszliwie narzekał na utrudzenie i ciała zmęczenie.

Wacek już na to nie reagował. Obaj byli homo ledwo sapiens ale różnili się podejściem do życia i obowiązków. Pożegnali się i każdy poszedł do siebie.

Wacek wziął krotki prysznic, przebrał się, odgrzał sobie obiadowe danie jednogarnkowe i włączył komputer. A tam same, jak zwykle, dobre wiadomości, które Krzysztof Skiba podsumował:

KIEDY NADEJDZIE BATMAN?

Gdy na czele największej firmy państwowej siedzi facet uwikłany w szemrane interesy, gdy premierem jest notoryczny kłamca skazany sądownie za mówienie nieprawdy, gdy służbami specjalnymi kieruje uzależniony od alkoholu przestępca, gdy telewizją dowodzi mistrz obłudy, który partie zmieniał jak rękawiczki.

Gdy ministrem spraw zagranicznych był facet, który nie znał geografii, a armią przez moment kierował wariat, gdy ministrem zdrowia był pan o tak lepkich rączkach jak klej super glu.

Gdy prezydentem jest narciarz bez kręgosłupa, wicemarszałkiem sejmu były narkoman, nadzorem radiowym kieruje perukarz, a szefuje tym wszystkim facet, który Polskę pomylił z kocią kuwetą we własnej melinie.

I cała ta wesoła ferajna wspomagana jest przez Kościół, który zamienił wiarę w Boga w Wielki Bankomat, a sam stał się parasolem ochronnym dla pedofilii.

To zastanawiam się czy rzeczywiście nie czas już wezwać Batmana”.

– Tylko jakie jest zaklęcie go przywołujące? – zadał retoryczne pytanie czytający. I wpisał to pytanie w Google. Niestety wyskakiwały tylko memy bez hasła.

– Tak i cóż poradzisz jak nic nie poradzisz – westchnął Wacek szczypiąc się w ucho.

Odszedł od nieskutecznego komputera i zabrał się do jedzenia.

– Na frasunek dobry poczęstunek – pomyślał zły trochę z powodu swojej bezradności.

Po obiedzie napił się herbaty i postanowił zająć przywiezionymi z podwórek rzeczami. Ale przypomniał sobie, że nie wie kto to jest jakiś Obajtek i dlaczego podobno odprawiono za niego mszę na Jasnej Górze.

Tym razem Google i wikipedia pomogły prześledzić karierę faceta od wójta Pcimia do prezesa Polskiego Koncernu Naftowego Orlen. Skąd ten skok jakościowy czyli kariera? Podobno jest krewnym byłej premier Szydło. Tej, której syn ksiądz zrezygnował z kapłaństwa. A przedtem dumni rodzice chwalili się nim medialnie. A Obajtek użył wielu słów uznanych za obraźliwe określając swego krewnego. Teraz go tłumaczą, że ma chorobę pod tytułem Zespół Touretta. Złośliwi forumowicze stwierdzili, że raczej zespół przyrośniętego taboreta, czyli stołka.

– Co za bagno – stęknął Wacek wyłączając sprzęt.

Zadzwoniła komórka.

– Dzień dobry, mówi Helena. Mam pytanie – mówią o jakimś Obajtku, masz Internet, możesz mi wyjaśnić co to za człowiek i dlaczego taki ostatnio sławny jest?

– Nie chce pani wiedzieć, szkoda słów i czasu.

– A to dziękuję ci bardzo. Może wstąpisz do mnie na kolację i opowiesz co słychać u ciebie i Kasi?

– A chętnie, idę teraz popracować do piwnicy, bo przywieźliśmy z Edkiem sporo przedmiotów, to wstąpię do pani koło siódmej – dobrze?

– Bardzo dobrze. To czekam.

Kolacja nie była wystawna albowiem nie należy się najadać a raczej nażerać przed snem.

– I co tam u Kasi?

– Martwię się trochę bo poznała w Internecie jakiegoś mężczyznę.

– To chyba dobrze, że nie chce być tylko z dzieckiem?

– Może i dobrze ale jak sprawdzi czy to przyzwoity człowiek?

– A poza Internetem to poznaje się same ideały? – zapytała Helena pomna swoich doświadczeń

– Też prawda ale jak ktoś mieszka w tym samym mieście to łatwiej sprawdzić, chyba.

– Trzeba by wynająć kogoś kto by go śledził.

– A wie pani, że to świetny pomysł? Po tym jak się spotkają pójdę za nim i sprawdzę co i jak.

– Naprawdę tak chcesz zrobić?

– Naprawdę. Już jeden nieudany związek ma za sobą i wystarczy – powiedział troskliwy ojciec szczypiąc się w ucho.

– No, jak uważasz – westchnęła seniorka.

Nazajutrz zainteresowani bieżącymi wydarzeniami mieli powód do radości, bo sąd orzekł, że tęcza na obrazku z Matką Boską nie obraża uczuć religijnych. Poza tym ksiądz pedofil Arkadiusz H. w trakcie rozprawy przepraszał za swoje słabości. Słabość to jest zjedzenie dodatkowej porcji deseru po sutym obiedzie a nie zmarnowanie dziecku życia.

Natomiast hitem Internetu jest spot – reklama premiera, w którym podano, że  jako 11-latek konspirował i był prześladowany przez SB.

Kończ waść, wstydu oszczędź, sobie i krajowi  – ciśnie się na usta.

Za to Piotr Żyła został mistrzem świata w skokach narciarskich. Dobrze skacze lecz nie jest błyskotliwie wygadany. Ale nobody`s perfect.

Polski wymiar (nie)sprawiedliwości znowu się popisał – skazano  Jozefa Piniora za korupcję. Pewnie w ramach opluwania działaczy pierwszej „Solidarności”, bo prezes wiodącej (kraj do zguby) partii ani przez minutę nie był nawet internowany?

Wisienką na śmierdzącym torcie wydarzeń jest dwuczęściowy dokument o zakonnicach gwałconych przez księży i manipulowanych, aby nikogo nie oskarżyły. Kiedyś było powiedzenie „Panie Boże spuść bombę na tę głupią trąbę”. Ile bomb powinien już dawno spuścić i na kler i na polityków? Wszystkich bojowych zasobów by nie starczyło.

Napisane 1. – 5. 03.2021 r.

Wirus ciepła (cz. 60)

Przez jakiś czas będę tu w każdą sobotę i środę umieszczać kolejny odcinek „Wirusa”. Pod każdym jest data napisania, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W niektóre poniedziałki będzie tu recenzja książki, inne opowiadanie lub prywatna opowieść. Miłej lektury 🙂

********************************************************************************

Wacek zajrzał na facebookowy profil „Uwaga śmieciarka jedzie” i zapisał sobie miejsca z których można zabrać dobre rzeczy.

O jedenastej był u Edka ale ten grzebalski ledwie zaczął jeść śniadanie.

– Chyba z twoim kotem będę chodził i zbierał z wystawek przedmioty na sprzedaż, bo ty do pracy rwiesz się jak ja do uprawiania wspinaczki wysokogórskiej – stwierdził dość złośliwie.

– Ojej, nie pali się. Śniadanie to podstawowy posiłek przecież jest.

– Może napijesz się kawy? – zapytała Aldona.

– Chętnie, bo mi w domu zabrakło. Lubię zapach kawy o poranku – sparafrazował cytat z „Czasu Apokalipsy”.

– A kiedy dostajesz rentę?

– Dopiero za parę dni, dlatego chcę skorzystać z prawie letniej pogody i obejść jak najwięcej podwórek.

Pan Kot podszedł do gościa i wdrapał mu się na kolana.

– Co Daruś? Pójdziesz z nami? Będziesz przepędzał gołębie i szczury?

Kot zaczął łapkami ugniatać Wacka i głośno mruczeć.

– Dlaczego on cię tak lubi? – zapytał zazdrosny Edek.

– Bo zwierzęta wyczuwają dobrych ludzi – wyjaśniła Aldona podsuwając gościowi kawę i miód.

– Ale mnie też przecież lubi – stwierdził Edek.

– No bo taki najgorszy to ty nie jesteś, tylko nie masz chęci do roboty, ani rano, ni wieczorem.

– Bo praca człowieka męczy, więc się do niej nie nadaje – wyjaśnił pan domu i kota.

– Przestań bo będę na ciebie mówić Powolniak, jak ten leniwy bohater serialu „Co ludzie powiedzą”.

– O mój borze szumiący, jakie ja mam ciężkie życie – stękając i portki podciągając powiedział Edek.

Słońcu coś się pomyliło i mocno Wrocław ogrzewało. Helena nie wiedziała w co się ubrać, aby  nie zmarznąć ale i  nie spocić. Wybrała się po zakupy, najważniejszy był zakup emaliowanego niedużego garnka z rączką i dzióbkiem. Niestety najbliższy sklep agd przy ul. Poniatowskiego takich nie miał w ofercie. Wstąpiła więc do „Koloru Zielonego”, którego właścicielka niedawno była w Jordanii. Seniorka zapytała ją czy pojechała tam prywatnie, czy może po towar. Okazało się, że z pochodzenia jest półpalestynką, a w Jordanii mieszka jej ojciec. Helena dowiedziała się też, że badania kosztowały kobietę tyle samo co podróż. A gdyby chciała przywieźć towar do sklepu to musiałaby płacić cło.

Starsza pani pomyślała o wysokości obiecanej przez władze „trzynastce” – co będzie mogła sobie nadprogramowego za to kupić. I wcale nie jest wdzięczna prezesowi przewodniej partii za te pieniądze, bo doskonale zdawała sobie sprawę, że to z podatków a nie żadna łaska żoliborskiego satrapy.

Edek stękając zszedł z Wackiem do swojej piwnicy. Wyciągnęli edkowy rower i własnoręcznie sprokurowaną przyczepkę będącą nowatorskim połączeniem części dużego dziecięcego wózka, plastikowego, dość wysokiego kosza i plandeki okrywającej w razie opadów pozyskane skarby.

Wackowy rower był nowszy a przyczepka mniej przypominała racjonalizatorski składak.

Przeszli ulica Prusa w kierunku Nadodrza. Potem ulicą Kilińskiego gdzie na skrzyżowaniu z ulicą Jedności Narodowej ujrzeli w szybie sklepu „Wawel” informację, że uległ pandemii i  likwidacji.

– A to się Helena zmartwi. Bo tu kupowała swoje ulubione cukierki „cytruski” powiedział Wacek, kilkakrotne nimi poczęstowany. Przeszli w ulice Niemcewicza obok SKiBA (Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy). Zapachniało im z sąsiedniego baru a i cukiernia blisko położona kusiła wystawą. Edek przystanął przed nią ale wspólnik pociągnął go za rękaw.

– Najpierw robota a potem słodycze.

– Aleś ty nudny – powiedział Edek.

– Odpowiedzialny a nie nudny. Dno widać w naszych portfelach – zapomniałeś?

– U nas kasą rządzi Aldona to nigdy nie wiem ile mamy forsy – podzielił się rodzinnymi układami wspólnik osiedlowych i podwórkowych peregrynacji.

– Ale przecież ci mówi, że nie macie pieniędzy na zakupy?

– No, czasem coś mówi ale nie bardzo słucham.

– Nie obchodzi cię to tak zupełnie?

– No, wiesz baby ciągle coś tam gadają. Kto by tego słuchał? One są jakieś dziwne – nie uważasz?

– Dziwny to ty jesteś, ciągle jak pijane dziecko we mgle.

– Przecież nie piję – zaprotestował Edek.  

Nie żyje się samą miłością, żyje się też za pieniądze.

Napisane 23.-25.02. 2021 r.

Wirus wybuchu (cz. 59)

Przez jakiś czas będę tu w każdą sobotę i środę umieszczać kolejny odcinek „Wirusa”. Pod każdym jest data napisania, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W niektóre poniedziałki będzie tu recenzja książki, inne opowiadanie lub prywatna opowieść. Miłej lektury 🙂

************************************************************************

Wulkan Etna na Sycylii wziął i udowodnił swe istnienie wybuchem – usłyszała w telewizji Helena. Do tej pory robił to ponad 200 razy, ostatnio w 2017 roku. Jest wpisany na listę światowego dziedzictw UNESCO.

– No to mają szczęście mieszkańcy okolicy, że nie skończyli jak ci z Herculanum i Pompejów – pomyślała.

Szymon Hołownia chciałby być politycznym wulkanem ale nie jest ani nawet gejzerem czy źródełkiem. Za to przeciąga na swoją stronę polityków z innych partii, dziwne jednak, że nie z PiS. Trzy razy wstępował i występował z zakonu. Czyżby nie wytrzymał, bo nikt się nim nie zachwycał i nie potakiwał? Jego żona jest pilotką MIG-a więc kierowanie mężem to dla niej pikuś. Widocznie chce zostać prezydentową, że nie powstrzymuje męża przed nieustannymi występami publicznymi.

– To co mówi to raczej występki – westchnęła seniorka.

Zmarł ksiądz Dymer o którego pedofilii przełożeni wiedzieli od wielu lat ale bardzo był zaradny w zarabianiu pieniędzy, więc go kryli.

– Mam nadzieję, że piekło ma kilka poziomów i w tym najniższym są mordercy, pedofile, przemocowcy  wszelkiej maści i bezwzględnie zachłanni na kasę.    

Dr habilitowany prawnik Matczak odmówił przyjęcia tytułu profesorskiego z rąk prezydenta Dudy, w liście do niego napisał m.in. „Szczególnie teraz jestem zobowiązany pozostać wierny wartościom, które są bliskie każdemu prawnikowi: wierności Konstytucji i szacunkowi dla prawa. Pana działania w ostatnich latach były, niestety, zaprzeczeniem tych wartości”.

– Dobrze im tak – prezydentowi i Kaczorowi – skomentował Wacek.

Członek Rady Fundacji św. Józefa Robert Fidura gdzie był przedstawicielem osób molestowanych przez duchownych zrezygnował z obecności w tejże, bo nie jest w stanie dalej firmować postępowania Konfederacji Episkopatu Polski. Bo mu się po reportażu o księdzu Dymerze przelała czara goryczy.

– No to się obudził – dwugłosem podsumowali Edek i Aldona.

– Łazik wylądował na Marsie – usłyszała Kasia w radiowych wiadomościach.

– Mamo, a co to jest łazik?

– Taki facet co ciągle chodzi, chodzi i chodzi.

– A dlaczego?

– Bo nie chce nic robić w domu, nie lubi swojej rodziny i nie chce mu się pracować.

– To jak mój tatuś – prawda?

– Bo faceci są z Marsa a kobiety z Wenus – podsumowała Kasia obierając jarzyny do zupy i na surówkę.

Adaś już miał zapytać co to jest Wenus ale dał sobie spokój. Pomyślał, że mama znowu powie coś takiego czego nie zrozumie. A potem się zdenerwuje, że ciągle pyta. Poszedł do swojego pokoju porozmawiać z misiem.

Wacek przeglądając facebooka ucieszył się na widok informacji podanej przez Joannę Szczepkowską, że dostała nagrodę im. Konstantego Puzyny za stworzenie nowej formuły teatru domowego (Teatr na Dole i Teatr Pudło), pomysłowością i dowcipem przezwyciężając teatralny lockdown i pandemiczne ograniczenia.

 No, nareszcie jakaś dobra wiadomość – pomyślał.          

Rozbawiła go a zarazem wkurzyła wiadomość, którą przekazał światu i okolicy niejaki Andrzej J. Zybertowicz, podobno socjolog i profesor  uczelni w Toruniu, doradca  prezydenta, że po zapłodnieniu macica jest własnością państwową a nie każdej kobiety.

– Czy męskie organy płciowe także? – zapytał sam siebie Wacek bo nie znał adresu mailowego pana Zet.

O wiele gorszą wiadomością jest fakt utonięcia Jana Lityńskiego działacza KOR, uczestnika obrad Okrągłego Stołu, który ratował swojego psa z Narwi.

– A tylu zbirów żyje – westchnął mężczyzna. Wstał i rozprostował się.

– Dość tego złego, za oknem słońce, trzeba zrobić zakupy i obejść podwórka.

Zadzwonił do Edka.

– Wstałeś już? – zapytał, wiedząc, że kumpel jest leniwcem, najchętniej by leżał lub siedział głaszcząc kota i myśląc o niebieskich migdałach czekając, że gołąbki same mu wlecą do gąbki.

– Oooch, zaraz wstanę – ziewnął Edek. Co ty taki napalony? Która godzina? – zapytał czochrając resztki włosów.

– Już dziesiąta! – krzyknął Wacek.

– Dzieeesiąta? – zdziwił się śpioch. Dobra, to już wstaję, ale czego chciałeś?

– Wyciągnąć cię do roboty.

– Tylko, żebym nie musiał kopać rowów – zastrzegł Edek.

– Skąd ci rowy przyszły na myśl? – zdziwił się rozmówca.

– A bo coś takiego mi się śniło. Aldona, wstaję – zawołał odkładając telefon na szafkę.

– A to niespodzianka, myślałam, że zamieniłeś się w misia i prześpisz całą zimę – zakpiła kobieta.

Kot Darek wskoczył na łóżko domagając się porannej porcji miziania.

Napisane 18.02.-22.2021 r.

Wirus żenady (cz. 58)

Przez jakiś czas będę tu w każdą sobotę i środę umieszczać kolejny odcinek „Wirusa”. Pod każdym jest data napisania, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W niektóre poniedziałki będzie tu recenzja książki, inne opowiadanie lub prywatna opowieść. Miłej lektury 🙂

***************************************************************************************

Po pysznym obiedzie Edek pod rękę z Aldoną a Wacek z Heleną poszli na krótki spacer do parku. Trochę się ślizgając, trochę przytupując, aby strząsnąć śnieg z butów.

– Trzeba kupić pastę do butów, taką klasyczną z cyklu „Pasta kiwi but ożywi”, żadne tak kremy czy aerosole – powiedziała Helena.

– To ja odprowadzę panią i pójdę do Rossmana, tam pewnie mają – zaofiarował się Wacek. Dawno nie pastowałem butów, jakoś nie lubię tego robić.

– Kup trzy sztuki – będzie dla każdego domu po jednej – doradziła seniorka.

I był to bardzo dobry pomysł, bo akurat przeceniono ten produkt.

Już w domu Helena i Aldona przetarły swoje buty mokrym ręcznikiem papierowym wiedząc, że sól zabarwi je na biało.

– Edek, ty też to zrób – powiedziała Aldona.

– E, tam – nie chce mi się, później – odrzekł facet typu „dojutrek”, bo wszystko odkłada do jutra.

– Jasne, bo masz kupę forsy i kupisz sobie nowe buty – zakpiła partnerka.

– Przestań być taka upierdliwa, kobieto! Nie będę niewolnikiem butów.

Edek rozsiadł się na tapicerowanym krześle i wziął kota na kolana. Ale Aldona nie odpuściła, zabrała Darka a na edkowy podołek położyła gazetę, na nią buty i papierowy ręcznik.

– Ani słowa więcej na ten temat – pogroziła palcem.

Kot usiadł na parapecie wylizując futerko.

– Kocie, tobie to dobrze – nie wychodzisz na dwór, nie masz butów – westchnął niby sponiewierany mężczyzna.

Wacek dostarczył przyjaciołom zakup a swoje buty postawił na gazecie rozłożonej w przedpokoju. Przypomniał sobie radę Heleny przekazaną w czasie spaceru, więc wytarł je mokrą szmatką.

Zrobił sobie kawę rozpuszczalną, dosypał do niej cynamonu i dodał pół łyżeczki miodu.

Włączył komputer i w zanim zaczął czytać informacje odłożył maseczkę papierową od seniorki do papierowych odpadków odcinając gumki, aby można je było użyć następnym razem.

Usiadł przed ekranem i stwierdził, że Krzysztof Skiba sensownie i z humorem komentuje bieżące wydarzenia: Szefem wrocławskiego oddziału IPN został Tomasz Greniuch. Facet ma bardzo ładne zdjęcia z manifestacji ONR jak wspólnie z kolegami „zamawia pięć piw”, czyli wyciąga rękę w hitlerowskim pozdrowieniu.

IPN tłumaczy, że to błędy młodości. No to niech stanowisko ministra sprawiedliwości czy generalnego prokuratora minują wielokrotnego mordercę i też tak tłumaczą – pomyślał.

Okazuje się, że nie tylko stolica ma szpital tymczasowy na stadionie. Wrocław też się go dorobił. W Centrum Kongresowym za 35 milionów. Nigdy go nie uruchomiono. Ale faktury wystawiono, zasłużone dla władzy osoby kasę przytuliły. Pewnie niemałą. Na koniec stycznia naliczono w kraju trzynaście takich placówek.

Przeczytał też różne opinie o serialu „Osiecka”. Chociaż nie ogląda TVP, przez złośliwców zwaną kurwizją (od nazwiska prezesa TV Kurskiego) to przełamał się dla tego programu. I zgadzał się z osobami krytykującymi produkcję.

– A serial o Annie German był całkiem udany – skonstatował. Czyli można.

Na facebooku napisał, że oglądał ale się nie zaciągał/zachwycał.

A w dodatku po ostatnim odcinku w tvp2 nadano kilka piosenek z tekstami Osieckiej, nazwano to „Zielono mi” odwołując się do świetnego koncertu w Opolu w  1997 roku. Ale teraz zmasakrowano go pokazując tylko prorządowych lub nieżyjących wykonawców z innych programów.

– Manipulacja to pierwsze, drugie i trzecie imię PIS-u – westchnął Wacek. Gdzie ja mam tę melisę od Heleny? A może herbatkę z prądem sobie strzelę? Ale najpierw wypastuję wszystkie buty, będę to miał na jakiś czas z głowy.

Zadzwonił do Edka:

– Tę pastę masz zastosować a nie do szafki schować – poradził.

– Następny się znalazł, a może ja lubię chodzić w brudnych butach? – zbuntował się koleś niemrawo.

– Ha, ha , ha jasne, Aldona ci odpuści. Nie łudź się, kolego tylko zasuwaj do roboty. I jej obuwie też wypastuj. Masz szczęście, że twój kot nie jest Kotem w butach.

– Bo on mnie kocha i nie chce mnie wykorzystywać – stwierdził, znękany wizją narzuconego zajęcia, Edek.

Napisano 15 – 17. 02.2021 r.

Aptekarzowa prowadzi śledztwo

Karolina Morawiecka – Śledztwo od kuchni, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem) Wydawn.  Lira Publishing Sp. Z.o.o, 2018

WSTĘP: „Konfesjonałami XXI wieku stały się zakłady fryzjerskie”

O autorce: Karolina Morawiecka jest rodowitą krakowianką i doktorem nauk humanistycznych z zakresu literaturoznawstwa. Mieszka z mężem antykwariuszem i trzema psami w podkrakowskiej Wielmoży.”Śledztwo…” to jej debiut literacki.

O książce:

Cały tytuł mówi już prawie wszystko o tej powieści napisanej z przymrużeniem oka. Autorka w wywiadzie odżegnuje się od określenia komedia kryminalna ale główną bohaterkę, która nazywa się tak samo jak autorka, Morawiecka  narysowała grubą kreską. Jest to ponad sześćdziesięcioletnia wdowa po aptekarzu, słusznej postury, z włosami koloru buraka. Lubiąca gotować i to wcale nie tradycyjne polskie dania – tu autorka przekazuje nam swój gust kulinarny. Pysznym jedzonkiem Karolina manipuluje policjantami, zakonnicą i kim się da, aby osiągnąć swój cel. Można dostać ślinotoku czytając co podała na kolację wydaną dla  podkomisarza, aby wydusić z niego szczegóły śledztwa.

Poza tym ona zawsze wszystko wie lepiej od innych i, w swoim mniemaniu, zawsze ma rację. Charakterem przypomina Hiacyntę Bucket z serialu „Co ludzie powiedzą”. Karolina nie ma męża ani sióstr  do musztrowania, więc wyżywa się na innych. Pragnie sławy i pochwał uważając się za wcielenie panny Marple.

Drugą ważną postacią jest zakonnica siostra Tomasza (nie chodzi o faceta), z wykształcenia polonistka a z poglądów feministka. „Naprawdę już najwyższy czas, żeby kobiety zobaczyły, że spełnianie oczekiwań innych, nawet własnych rodziców, nie ma najmniejszego sensu”. Z wygląda siostra jest chuda jak szczapa a „Karolina nigdy nie ufała osobom szczuplejszym od siebie”. Tu jednak się przemogła i obie panie robią co mogą, aby mordercy czyn haniebny nie uszedł na sucho.

W książce trup jest jeden – młodej kelnerki na zamku w Pieskowej Skale i wokół tego toczy się cała historia.

Kulinaria to hołd autorki dla Klubu Pickwicka Dickensa. I nie jest to jedyne nawiązanie do literatury. Dużą rolę odgrywa też pewien cytat z „Lalki” Prusa.

W książce wspomniano też o tamtejszej bibliotece: „Biblioteka w Wielmoży to odremontowany (niech żyją fundusze unijne! Niech żyją dotacje!) niewielki budynek ukryty w zagajniku…”, niestety rzadko odwiedzany.

Zawsze zwracam uwagę czy w czytanej przeze mnie książce są zwierzęta, szczególnie koty. Tu jest tylko pięćdziesięciokilowy, śliniący się pies imieniem Trufla.

Zagadka zostaje rozwiązana, Karolina publicznie doceniona. Czytelnik czyli ja – zadowolony. Polecam.

Wirus zamachu (cz. 57)

          Teraz w każdą środę i sobotę umieszczam tu kolejny odcinek tej powieści pandemiczno – optymistycznej. A w poniedziałki, czasem, recenzję książki, inne opowiadanie lub osobistą opowieść. Milej lektury 🙂

*************************************************************************************

Poczłapali więc do prywatnej piekarni, warzywniaka, Biedronki i Rossmana. Z pełnymi torbami najpierw poszli do Kasi, która zaprosiła wszystkich na obiad.

– Zrobię dużo tych łazanek to i dla was starczy.

– Ale Edek to głównie mięcho by wcinał – podrażnił się z kumplem jej ojciec szczypiąc się w ucho.

– Jak raz nie go nie zje, to nie umrze – stwierdziła córka.

– Dobra, dobra, już się nade mną nie znęcajcie – stęknął Edek podciągając spodnie.

Wracali przez Park Nowowiejski gdzie na śniegu widać było ślady ptasich łapek. A poza tym biało, cicho i tylko słychać było szum wolno jadących aut po ulicy Wyszyńskiego.

Oddając zakupy i rozliczając się, w  imieniu Kasi zaprosili Helenę na obiad. Ucieszyła się i obiecała upiec ciasto.

Wacek w domu włożył zakupy do lodówki i szafki. Spojrzał na zegarek.

– Jeszcze wcześnie to mogę zjeść kromkę pysznego chleba z Barlickiego – stwierdził zadowolony. Z czym by tu, z czym by tu – może z serem albo kiełbasą lisiecką. A przede wszystkim ze smakiem.

Ale przecież mam jeszcze kawałek drobiowego pasztetu od Heleny – przypomniał sobie.

Nalał sobie gorącej herbaty do kubka z kotem, który znalazł, kiedyś, obok śmietnika. Usiadł przy stole i włączył telewizor. I tu czekała go przykra niespodzianka bo działały tylko stacje rządowe. Otworzył laptopa i przeczytał, że to dzień protestu niezależnych mediów. Władza zrobiła dług na bilion złotych przekupując wyborców i samemu się dofinansowując, więc postanowili, że obłożą niezależne środki przekazu podatkiem od reklam co oznacza dla nich brak pieniędzy na działanie, w tym na obnażanie rządowych przewałek. I nie tylko rządowych. Także pomyłek sądowych – przykładem sprawa niewinnego Tomasza Komendy. Czy pedofilii w Kościele.

Protestowało 40 mediów – stacje telewizyjne, radiowe i gazety oraz portale internetowe. Droższa reklama to wyższa cena reklamowanego produktu. W tym wielu  leków.

Wacek przeszukał Internet i okazało się, że stacja Polsat płaci 90 milionów podatku, TVN 33 miliony, TVP 7 milionów. Tylko TVP dostaje z budżetu 2 miliardy, a 800 milionów z abonamentu.

Reklamy są JEDYNYM źródłem dochodów mediów nierządowych. Rządowe dostają nasze pieniądze – napisał Mariusz Szczygieł.

A Kraśko: „Świat popatrzył na to co robi Polska i powiedział: kochani, my akurat jesteśmy zajęci lotem na Marsa, jeśli wy wolicie jechać furmanką na Białoruś to wolna droga”.

A  prezydentowa Dudowa wozi obiady kombatantom. Tak jak premier seniorom zakupy? Znajduje je pod drzwiami sąsiadów?

Wacek przeczytał też dawno napisany wiersz:

Kornel Filipowicz, „Niewola”

W państwie totalitarnym

Wolność

Nie będzie nam odebrana

Nagle

Z dnia na dzień

Z wtorku na środę

Będą nam jej skąpić powoli

Zabierać po kawałku

(Czasem nawet oddawać

Ale zawsze mniej, niż zabrano)

Codziennie po trochę

W ilościach niezauważalnych

Aż pewnego dnia

Po kilku lub kilkunastu latach

Zbudzimy się w niewoli

Ale nie będziemy o tym wiedzieli

Będziemy przekonani

Że tak być powinno

Bo tak było zawsze.

Humor poprawił Wackowi obiad ze znajomymi i rodziną. Łazanki udały się jego córce nadzwyczajnie.

– Czego do nich dodałaś, że są takie pyszne? – zapytał.

– Dobre produkty plus świadomość dla kogo gotuję – odrzekła. Chcesz dokładkę?

– Nie, ja nie dlatego chwalę – roześmiał się tato głaszcząc ją po ramieniu.

– Zrobiłam bardzo dużo, więc każde z was dostanie do domu słoiczek z nimi. A teraz kawa, herbata i ciasto Heleny. Kto mi pomoże?

Napisane 10 – 11.02.2021 r.

Wirus porąbany (cz. 56)

Ostatnio dodaję tu kolejny odcinek tej powieści w soboty i w środy, bo napisałam ich ponad 70. Pod każdym tekstem podaję datę napisania bo umieszczam aktualne wydarzenia.

********************************************************************************

– Ach te wredne media – westchnął Wacek. Wszystko wykryją i ujawnią. I Krystynę Pawłowicz (sędzinę zasłużonego w wydaniu całkowitego zakazu aborcji Trybunału Konstytucyjnego), która remontowała się w Spa Malinowego Zdroju, a gdy jakaś instalacja zaczęła się palić ewakuowała służbowym autem. Ale jest jak bumerang bo wróciła. I o lewackich informacjach na ten temat się wypowiadała. Bo tylko prawackie się liczą.

I to, że ksiądz Andrzej Dymer, który molestował nieletnich dostał 10 milionów od PiS.

Za oknami śnieg ozdobił budynki i przyrodę, a nawet psie kupy na trawnikach. Działań rządowych nic nie przykryje, tylko rządowa szczujnia zakłamie.

Zima z opadami zaskoczyła wszystkich, od lat tak nie było. Tramwaje się wykolejają, zwrotnice zamarzają, pasażerowie się wkurzają.

Wacek wyszedł z domu i zadzwonił do drzwi Heleny.

– O, jaka miła niespodzianka? Co cię sprowadza? – zapytała zapraszając do mieszkania. Czy napijesz się kawy albo herbaty? Z ciastem.

– Ale pani kusi, jak z ciastem to chętnie kawy.

– To siadaj i opowiadaj co cię sprowadza.

– Śnieg jest miły do oglądania ale nie do chodzenia, więc pomyślałem, że zapytam czy nie potrzebuje pani zakupów.

– Jak miło, że pomyślałeś! Zbierałam się do wyjścia jak sójka za morze. Z nieba mi spadłeś.

– Proszę napisać na karteczce czego pani potrzebuje. Pójdę też do Kasi i o to samo zapytam, niech się nie naraża na upadek.

– Wstąp też do Edka, może też potrzebują zakupów, we dwóch pójdzie wam szybciej.

– Słusznie, ma pani rację.

– Prawie zawsze ją mam – zaśmiała się seniorka. To siadam i piszę.

Wacek zjadł, wypił, podziękował i karteczkę z pieniędzmi schował. Dostał też woreczek z dżinsów uszyty. Przejrzał się w przedpokojowym lustrze, przeczesał czuprynę ręką, włożył kurtkę i buty.

Powoli idąc chodnikiem dotarł do bramy kumpla. Daleko nie było.

Edek jak zwykle niechętny wszelkiemu wysiłkowi został zmotywowany przez Aldonę:

– Ile saszetek zostało dla kota? – zapytała.

– No, tylko jedna – przyznał.

– A więc na zakupy marsz! – bezwzględnie zarządziła pani domu.

– Miau – potwierdził kot ocierając się o nogi.

– I to jest propozycja nie do odrzucenia – zaśmiał się Edek. Włożył kurtkę, buty i czapkę, owinął szyję szalikiem zrobioną na drutach przez Aldonę. Spruła, znalezione obok śmietnika, swetry, wyprała włóczkę i wykonała dwa szaliki. Dla siebie i partnera. W tęczowe paski.

Wacek zauważył to i powiedział:

– Ja też chcę taki. Skąd masz? Kupiłeś?

– A skąd! Aldona zrobiła. Aldona, masz jeszcze trochę tej włóczki?

– Mam, mogę ci Wacek zrobić. Starczy na dwa, może i Kasia by chciała?

– Zapytam, oczywiście zapłacimy.

– Nie trzeba.

– Trzeba, trzeba, za pracę należy się wynagrodzenie. Chodź Edek, trzeba uzupełnić nasze lodówki a potem brzuchy.

Wacek zadzwonił do Kasi, aby podała mu listę zakupów dla siebie i Adasia.

I raźnie choć potykając się o zwały odsuniętego z ulic śniegu, poszli realizować zakupowe zamówienia.

– Kasia powiedziała, że chce zrobić łazanki z kapustą i pieczarkami – powiedział Wacek.

– Z mięsem? – zapytał mięsożerca.

– Nie, one z przyprawami i cebulą są.

– Eeee, to co to za jedzenie.

– Nikt cię nie zmusza ale mięsne gołąbki nie lecą same do gąbki.

– Manna z nieba też nie – westchnął Edek.

Napisane 8-9. 02.2021 r.

Szczepienie i inne przypadki

                       O pandemii nie tylko wirusa    

Covid19 daje całej ziemi popalić choć różni płaskoziemcy w niego nie wierzą. I nie chcą się szczepić. A jeśli się zarażą to chcą, aby inni też byli chorzy. Obostrzeń rzadko kto przestrzega, szczególnie w kościołach, w jednym nawet wirtualnie dodano ławki, aby na nagraniu udowodnić, że są tam przepisowe odległości między wiernymi. Czego to ludzie nie wymyślą, aby taca nie była pusta.

Ja zdecydowałam się chociaż pamiętam jak w liceum zemdlałam w toalecie po jakimś szczepieniu. Zrobiło mi się niedobrze, poszłam do wc i obudziłam się na podłodze słysząc szum wody w rezerwuarach. A potem była lekcja języka rosyjskiego na której była klasówka z „Oniegina”. Coś napisałam. Tak więc lekką obawę miałam.

Na początku roku próbowałam zgłosić się internetowo to wyświetliła się głupia odpowiedź, że już otrzymałam termin. Po jakimś czasie zadzwoniłam na infolinię i też było świetnie, bo automat trzymał mnie przy telefonie i trzymał, potem powiedział, że czekają 4 osoby a za chwilę, że 50 i się wyłączył. Po jakimś czasie udało mi się zgłosić internetowo i czekałam, czekałam, czekałam. Kolejny automat zadzwonili do mnie 24 marca wyznaczając wizytę na 27 kwietnia, na godz. 13,10 w małej  przychodni. Sprawdziłam w Internecie – to wprawdzie na sąsiednim osiedlu ale dość daleko. Trzeba dojść do autobusu, podjechać 3 przystanki i znowu iść spory kawałek. A przecież niedaleko mojego domu jest duża przychodnia. Chciałam być cwana, w ząbek czesana, więc poszłam tam zapytać czy szczepią? .

– Owszem ale dlaczego w odpowiednim czasie nie stałam od świtu w kolejce i nie zapisałam się do nich na szczepienie? – zadano mi pytanie.

– Bo nie chciałam się w tym tłumie zarazić – rezolutnie odpowiedziałam.

Co nie pomogło, bo twierdzą, że mają odległe terminy, więc mam się trzymać tego co mi oferowano. Może to i lepiej. Byłam umówiona ze znajomą, że w razie gorszego  samopoczucia  mam dać znać i zaraz przyjedzie po mnie taksówką. Pokazałam jej w domu gdzie co mam, szczególnie testament, klucze od dawna jej przekazane, na wypadek wylądowania w szpitalu lub gorszego wypadku.

Dwa dni przed terminem, przewidując Armagedon samopoczuciowy, zapakowałam w dużą torbę rzeczy potrzebnych w szpitalu, opisałam poszczególne rzeczy – np. ładowarki, bankowe zlecenia, podlewanie kwiatka, książki do przekazania pewnej bibliotece, zniosłam wyprane rzeczy ze strychu, wywietrzyłam mieszkanie i niespokojna wyszła. Niespokojna z dwóch powodów.

Pierwszy – niewiadome skutki szczepienia. Drugi – w poniedziałek nalot na mnie, za pomocą telefonu stacjonarnego, pary oszustów. Pierwszą była uprzejma kobieta informująca, że mają dwa listy do mnie skierowane (z banku i zus-u) bez numeru bramy i mieszkania. Zdziwiło mnie to, zapytałam skąd dzwoni – z poczty głównej, a skąd ma numer telefonu – znaleźli mnie po nazwisku. Podałam, podziękowała mówiąc, że obie przesyłki będą we wtorek w mojej skrzynce. Ale prawie natychmiast zadzwonił do mnie mężczyzna mówiąc, że jest policjantem, że przed chwilą dzwonił ktoś do mnie z poczty, że śledzą mnie dwaj mężczyźni, że włamano się na moje konto bankowe , że tam dwie kobiety są w zmowie i żebym wzięła kartkę i długopis. Mówił dużo i głośno – tak pod stetryczałego, przygłuchego i przymulonego seniora.

Zapytałam: ale po co (ten długopis i kartka)? A on się rozłączył.

No, bardzo mnie rozczarował, bo oczywiście zorientowałam się, że to naciągacz i chciałam go podpuścić, aby bardziej się odkrył. Nie wiem co go spłoszyło. Bo przecież nie widział mojej miny. Nie wiedziałam, że odmowa wzięcia przyborów do pisania tak zniechęca przestępców. Całe życie się uczę.

Zadzwoniłam do banku – na moim koncie wszystko w porządku.

Na wszelki wypadek poprosiłam sąsiada, aby w czasie mojej nieobecności szczepiennej nasłuchiwał czy pod drzwiami coś złego się nie dzieje, przypadkiem. Nasłuchiwał, niczego nie usłyszał. Sąsiedzi też mają telefon stacjonarny i oszuści próbowali ich kiedyś naciągnąć – nie dali się.

Tych obiecanych listów w skrzynce nie było co mnie nie zdziwiło..

Do małej przychodni wchodzi się od podwórka, więc musiałam okrążyć budynek. Zalecane jest posiadanie przy sobie dowodu osobistego ale nikt go nie sprawdzał. Pod leżanką w gabinecie EKG karton z napisem: Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych. Nie zajrzałam, nie sprawdziłam co tam jest. Jakoś mało ciekawska jestem.

Akcja szczepienie odbyło się typowo: wypełnienie ankiety, (z refleksją: dlaczego to biurko takie miękkie – bo to przewijak :D) otrzymanie ulotki, czekanie (ja wyjątkowo długo w porównaniu z innymi), szczepienie Pfizerem (Johnsona, którego się podaje tylko raz akurat wczoraj mieli, mój diabeł – stróż pilnuje, aby mi nie było za dobrze albo mają tylko dla swoich), 15 minut w poczekalni i do domu. 99% pacjentów, którzy tam przyszli to seniorzy, którzy, tak jak ja, powinni byli już dawno być zaszczepieni. A do takich ledwo poruszających się powinna jeździć osobna ekipa.

Wtorek wieczorem – ręka trochę mnie boli i swędzi. Środa – ramię boli ale nie muszę brać środka przeciwbólowego. Koleżanka, w moim wieku, po drugiej dawce przez 3 dni miała silne objawy grypy – i tego się boję. Następna dawka 1 czerwca.

Jakiś czas temu znajoma ze stolicy napisała, że będzie się szczepić na Stadionie Narodowym gdzie pomagają młodzi żołnierze. Zapytałam czy się cieszy. Odpowiedziała, że tak. No to dopytałam czy ze względu na młodziaków. Oczywiście – odpowiedziała. Po szczepieniu zapytałam i jak tam ci pomocnicy? Mniam, mniam – odpisała. I lekarz też bardzo, bardzo – dodała. Nie ma to jak zabawne anegdoty na niezabawne czasy.

Wirus niemożliwy (cz. 55)

Teraz dodaję nowy odcinek tej pandemiczno – optymistycznej powieści w każdą sobotę i środę. Pod tekstem podaję datę napisania bo umieszczam w nim aktualne wydarzenia. W poniedziałek czekać Was będzie tu niespodzianka – zapraszam 🙂

*************************************************************************

Wacek ostatnio z coraz większą obawą otwierał komputer i czytał wiadomości. Tam podsumowano pierwszy tydzień lutego 2021 roku:

Barbara Nowak – kurator oświaty: masturbacja jest nielegalna.

Poseł Kamil Bortniczuk: dożywocie za aborcję.

Agnieszka Borowska- rzeczniczka resortu sprawiedliwości postuluje stworzenie dla kobiet w traumie po urodzeniu i szybkiej śmierci dziecka – pokój do wypłakania się.

Jarosław Kuźniar zaś popisał się wpisem, że dzieci z wadami to karykatury człowieka. Gratulujemy empatii.

Gruby Przemysław Czarnek minister edukacji stwierdził, że po powrocie dzieci do szkół zostanie wprowadzony program większej ilości lekcji wf-u, głównie dla dziewczynek bo są za grube. Poradzono mu, aby schudł 20 kilogramów, bo ma nadwagę ale zadeklarował tylko pięć.

A tymczasem handlarz bronią opchnął Orlenowi maseczki bez atestów za mega gruby hajs.

– Bez wodki nie razbieriosz – stwierdził zdołowany Wacek. Ale na złość tym … nie rozpiję się.

Przesunął stronę w internecie i zobaczył, że ambasadorem USA w Polsce podobno ma być  Mike Carpenter, specjalista od Europy Środkowo – Wschodniej, który pracuje dla nowego prezydenta Bidena od dawna. Ma męża i dwoje dzieci.

– Ha, ha, ha a to się będzie działo. Ciekawe czy polski rząd może się na takiego kandydata nie zgodzić – pomyślał Wacek. I jakimi konsekwencjami zagrozić? Że nie zaproszą prezydenta do Polski? Że nasz nie pojedzie? Wprowadzą wizy dla Amerykanów? A to się zmartwią, oszaleją ze śmiechu.

Helena już wykupiła całą melisę w najbliższej okolicy. Postanowiła kłusować w dalszych osiedlach. I poprosić wszystkich bliskich, aby też kupowali. Dla siebie i dla niej. Bo choć oraz mniej śledziła bieżące wiadomości to i tak nerwy nią szarpały bez przerwy.

Przez cały styczeń Kawiarnia Sąsiedzka „Firleja” zbierała od sąsiadów bliskich i dalekich sprawdzone przepisy kulinarne wraz z ich zdjęciami i historiami z tym związanymi.

Helena pozbierała swoje ulubione i zaczęła gotować oraz piec. Robiła to co kilka dni a Wacek je fotografował i przesyłał koordynatorce Kasi. Marzyło im się wydanie „Kuchni sąsiedzkiej”. Ale bez kasy zostają tylko śledzie matjasy.

Wacek zadzwonił do Edka i umówili się na wycieczkę po podwórkach wskazanych na profilu „Uwaga śmieciarka jedzie”.

Ubrani w ciepłe kurtki i buty, owinięci szalikami, z maseczkami na nosach i ustach spotkali się u zbiegu ulic Prusa i Wyszyńskiego.

– Szkoda, że nie znaleźliśmy nigdy jeleniego poroża – powiedział Wacek.

– Dlaczego? – zdziwił się kumpel.

– Podobno płacą w skupie 400 złotych za jedno poroże. Niestety bezwzględni i zachłanni egoiści racami płoszyli te zwierzęta, aby je gubiły zahaczając o drzewa. Ponad trzydzieści sztuk wpadło do jeziora Ińsko w zachodniopomorskiem. Strażacy wycinali lód pilarkami ale wyciągnięto tylko piętnaście jeleni. Dwadzieścia jeden utonęło.

– No i złapali tych gnoi?

– Nie wiem, nie podano. Ale tam nie ma monitoringu, więc nie ma dowodów – ze smutkiem stwierdził Wacek.

– Miejscowa ludność na pewno wie kim są ci kłusownicy.

– I nikogo nie wydadzą, bo sami nie są bez winy.

– Chyba że ktoś doniesie z zawiści. Znajomy, który był w partyzantce, w czasie II wojny, opowiadał, że nie złe warunki bytowania w lesie były najgorsze tylko donosicielstwo chłopów.

– Bo dla nich doraźne korzyści są najważniejsze. Wystarczy przeczytać „Chłopów” Reymonta. I Helena kiedyś mi opowiadała o swojej wiejskiej koleżance, która różnymi sposobami próbowała dobrać się do jej pieniędzy.

– Ale w mieście też pełno zachłannych i wyrachowanych ludzi.

– Bo nasze społeczeństwo to głównie potomkowie chłopów. Inteligencję prawie do cna wybito w czasie wojny, a komuna popierała chamstwo i prostactwo oraz nieuczciwość. Normalne niedobitki z trudem broniły się przed zeszmaceniem.

– A teraz nie jest lepiej.

– Ano nie jest – westchnął Wacek. W naszym kraju wszystko jest dobrze i nie ma nadziei na lepsze – zakpił. Najlepszym dowodem jest to, że nieposłusznych władzy prokuratorów deleguje się na drugi koniec kraju. I to już od dwóch lat się dzieje. Ale teraz się nasiliło.

– A prezydent powiedział, że jak im się nie podoba to mogą zmienić zawód.

– On też może zmienić prezydencki stołek.

– Ale jakoś mu się nie spieszy.

– Widocznie lubi być bezwolnym narzędziem zakompleksionego, wrednego i zachłannego prezesa.

– Taki sługa i podnóżek.

– Pewnie codziennie dostaje wytyczne i ochrzan jak się z czymś wychyli.

– Jasne, takich trzeba poniżać i obrażać, bo widocznie to lubią. A przy okazji dostają, wraz z żoną, niezłe pieniądze.

– Ktoś powiedział, że mężczyźni rozwijają się tylko do trzeciego roku życia potem tylko rosną.

– Złośliwy ten ktoś ale w tym wypadku miał rację.

Zamilkli bo cóż po słowach gdy głupota wszędzie.

Przeszli przez podwórka przy Prusa, Wyszyńskiego, Górnickiego, Sienkiewicza. Znaleźli parę ładnych krzeseł do niewielkiego odnowienia i parę książek – polskiej klasyki, w dobrym stanie. 

– Czy mówiłem ci, że posprzątałem i pomalowałem swoją piwnicę? – spytał Wacek.

– Nie, a co cię napadło?

-Nie napadło tylko już nie można się było tam ruszyć. A jak wygląda twoja?

– No, tego, nie wiem, właściwie…

– Nie kręć, tylko wal prawdę.

– Bałagan typu wszystko tam wrzuciłem i oczami nie błądziłem– przyznał Edek.

-Noo, Eduś – tu cię mam. Zaniesiemy krzesła do mnie, książki do Heleny, żeby sobie coś wybrała, a potem zabierzemy się za twoją piwnicę.

Edek się skrzywił i westchnął.

– Nie wzdychaj, we dwóch szybko nam pójdzie.

– Wiem, wiem, sprzeciwianie się tobie jest jak przekonywanie pisowca, że nie ma racji.

Prawica to upór światopoglądowy, uzbrojony w sfanatyzowane idee” – Maria Anna Potocka, filozofka sztuki.

Napisane 6-7.02.2021 r.