Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
******************************************************
Poniedziałek przedwalentynkowy raczej nie był z tych miłosnych. Najpierw tramwaj i autobus okazały Annie, z pogardą, ogon więc musiała zasuwać per pedes ich trasami. Wnerwiona, bo wiedziała, że się spóźni na umówione spotkanie. No, nie lubi się spóźniać – tak ma. Na miejscu okazało się, że poprzedni klient jeszcze przesiaduje w gabinecie, bo jego smartfon nie jest smart. Czekała więc pół godziny. Dobrze, że pojemniku na papier znalazła trzy książki, w tym „Kamień na kamieniu” Myśliwskiego i „Moje młode lata” Artura Rubinsteina. Zaczęła czytać pierwszą ale temat zaciągania długów na zakończenie budowy nagrobka dla żyjącego bohatera ją zniechęcił. Ta druga odstręczała dość zaawansowanym zniszczeniem – odklejona całość od podartej okładki, pęknięta w połowie i stara taśma klejąca swego zadania nie spełniająca. Już kiedyś te wspomnienia czytała ale czas zrobił swoje więc czekając zagłębiła się w lekturze.
W domu okładkę „Kamienia…” okleiła przezroczystą taśmą samoprzylepną, bo była dość zużyta. Współczesne taśmy są lepsze niż te z PRL-u.
Do autobiografii pianisty musiała bardziej się przyłożyć uzupełniając braki zielonym papierem i taśmą klejącą.
A w trakcie spotkania zastrajkowała drukarka. Był to cykl zdarzeń potwierdzający tytuł filmu „Nie lubię poniedziałku”. I to był „odjechany dzień”.
„Na frasunek dobry trunek” – nie tylko ludzie stają się alkoholikami. Jeśli dać świniom alkohol to chętnie wpadają w nałóg, mają też skłonność do zapijania stresu.
A na koniec powyższego spotkania seniorka stwierdziła, że dobrowolnie przymusowo dzieciństwo, pierwszą i drugą oraz kawał trzeciej młodości spędziła w porąbanym ustroju jakim był PRL, potem było trochę oddechu i znowu nadeszła czarna chmura z rządami zachłannych tumanów.
– Zamiast, żeby świat i ludzie mądrzeli to odnoszę wrażenie, że totalnie głupieje. A chciałabym na starość pożyć spokojnie, bez widma wojny na karku, bez rządów porąbanych psychicznie polityków, którym się zdaje, że są bogami i należy im się władza, zachwyt obywateli i całe pieniądze tego świata.
Ach, słoniem być, który całym sobą odstręcza przeciwników, uszami wachluje się gdy brak ochrony przed przypiekającym słońcem oraz jest wegetarianinem.
A tak to zwierzątko opisano na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:
S Ł O Ń zaczyna się dość chytrze, bo od stosunkowo cienkiej szarej rurki, którą nazywamy trąbą. Przy jej pomocy słoń gada, wącha, je, podnosi małe i duże przedmioty, przytula, poklepuje, walczy, a kiedy jest mały, to ssie ją, jak dziecko kciuk, albo dorosły Jacka Danielsa. W tym pomarszczonym szarym spaghetti znalazło się miejsce dla 17 mięśni, które składają się z kolei ze 150 000 oddzielnych pęczków. W dodatku na końcu trąby słonie mają wyrostki, których mogą używać jak palców. Afrykańskie mają dwa, a Indyjskie tylko jeden, ale nie wiadomo czy przy ich pomocy pozdrawiają się tak jak ludzie. Skoro jesteśmy już przy gatunkach, to obecnie uważa się, że są trzy różne słonie. Słoń indyjski lub azjatycki oraz dwa afrykańskie: leśny i sawannowy.
Za trąbą słoń ma niemal 5-kilogramowy mózg, w którym skrupulatnie notuje kto i kiedy mu podpadł. Słonie bowiem nigdy nie zapominają. Muabe, jeżeli to czytasz, przysięgam, że oddam ci tę dychę, po najbliższej wypłacie. Nie musisz mnie tak tratować. Ale poważnie, dranie słyną z doskonałej pamięci i to również międzypokoleniowej. Słonie żyją w matriarchacie, czyli, że rządzi nimi słoń babeczka. Nie tylko rządzi, ale również przekazuje wiedzę na temat źródeł wody pitnej, jedzonka i potencjalnych zagrożeń. Sami przyznacie, że to nowa jakość w porównaniu do tego kto rządzi np. nami. Dostaliście kiedyś banana od prezydenta? Bo ja tylko figę z makiem.
Słonie nie tylko potrafią dotrzeć do oazy położonej kilkaset kilometrów, w której nigdy przedtem nie były, ale tak wymierzyć czas podróży, że docierają na miejsce, akurat jak im obrodzą banany. Tymczasem ja potrafię zgubić się w drodze do żabki, których statystycznie mamy po dwie na jednego Polaka.
Słonie tak jak Polacy lubią swoich zmarłych na smutno. Raz na jakiś czas urządzają pielgrzymki do wielkich słoniowych cmentarzy i dotykają kości przodków, oddając się przy tym zadumie. Nic mi nie wiadomo na temat spekulacji chryzantemami i zniczy z piosenkami ich troje, co tylko potwierdza pogłoski o tym, że słonie są całkiem mądre, potrafią liczyć, używać narzędzi i słuchać stopami.
Słonie afrykańskie są kurczę gigantyczne. Mogą ważyć nawet 6,5 tony przy wzroście 4 metrów. Zanim nawrzucacie im od gruboli dobrze się jednak zastanówcie, bo skubańce mogą was zidentyfikować na kilka różnych sposobów. Po pierwsze rozpoznają waszą płeć, po drugie głos, po trzecie twarz, a po czwarte język, jakim się porozumiewacie. Uprzedzając pytanie, tak to prawda, że statystyczny słoń afrykański lubi język polski i potrafi wyrazić w nim podziw, strach, dezaprobatę, smutek i radość, a wszystko to przy pomocy jednego krótkiego wyrazu. Chodzi oczywiście o „no” po którym następują „raczej” i „co ty” lub „nieźle”, a nawet niemieckie zakręty.
Jak myślicie, kto jest najsprawniejszym wielkim pływakiem w Afryce? Oczywiście, że słoń. Skubany uprawia nawet snorkeling, czyli zrurkonurkowanie. Wystawia trąbę nad wodę, przebiera girami i bawi się w szarą łódź podwodną o napędzie stópkowym. Tymczasem ten łgarz hipopotam nie pływa w ogóle, tylko zasuwa po dnie na piechotę.
Co czuje słoń w głębi słonia i co na to inne słonie? Jeżeli stado zauważy, że któryś z jego członków ma doła to prawdopodobnie spróbuje go jakoś pocieszyć. Pocieszanie obejmuje dotykanie słonia trąbą i innymi częściami słonia oraz sygnały dźwiękowe, które mają na celu wytłumaczenie smutasowi, że przecież nic się nie stało, każdemu się zdarza, a teraz wytrzyj stopy, kupimy ci nowego człowieka.
Oprócz kontaktów z bankomatem trzeba czasem odwiedzić swój bank. A tam proszą o okazanie dowodu osobistego. Jest dziwny zwyczaj, że dostarczone urzędowi zdjęcie jest dziwnie przerobione i delikwent posiadający ten dokument często wygląda jak przestępca.
Anna powiedziała do urzędniczki:
– Wyglądam jak na liście gończym.
– I w ten sposób niechcący, nawiązują do pani przeszłości (w stanie wojennym) – odpowiedziała miła pani.
Obie się zaśmiały.
W piątek wybrała się do Centrum Seniora, aby wolontariacko zająć się książkami na ustawionym w holu regale mającym być biblioteką. Zabrała ze sobą, zrobione w domu, z własnego kartonu, zakładki, flamastry i klej. Najpierw kolejno wykładała książki na stół i wycierała półkę z nawarstwionego kurzu. Odkładała pozycje nadające się do czytania, czyli w dobrym stanie, w tym klasykę. Pozostałe przeznaczono na makulaturę, bo były: bardzo zniszczone, brakowało im stron, powstały w słusznie minionym ustroju i zawierały ideologiczne motywy. Niektóre przydatne wymagały podklejenia. Podzieliła je tematycznie i postawiła z powrotem na półkach. Powstały działy: powieści i opowiadania; biografie + wspomnienia; dla dzieci i młodzieży; religijne; kryminały+ fantastyka+ fantasy; w językach obcych; historia; podróże + turystyka; różne. Na przyniesionych zakładkach umieściła te nazwy. No i okazało się, że musi jeszcze parę ich dorobić. Praca zajęła jej trzy godziny i nieźle zmęczyła.
Rozmawiała też z paniami zawiadującymi pracą z seniorami, jedna z nich stwierdziła, że Anna spadła im z nieba. Ona na to, że raczej z Ołbina (nazwa osiedla na którym mieszka).
Tego też dnia wyżebrała u koleżanki bibliotekarki metalowe zakładki do podtrzymywania księgozbioru. Obiecano osiem. Tego dnia był u Anny w domu złotorączkowy mąż koleżanki, aby naprawić strajkujące sprzęty. Obejrzał wszystko i doszedł do wniosku, że musi kupić części bo bez tego ani rusz. Zwierzył się też, że pojadą do biblioteki z zakładkami. Poprosiła, aby je zabrali i jej, w dowolnym terminie, przekazali. Potem wykonała kartonowe zakładki dla czytelników, aby szukając dla siebie książki wstawiali je w miejsce wyciągniętej, bo może akurat nie będzie odpowiednia. I trzeba ją wstawić tam gdzie stała a nie półkę – dwie – trzy niżej.
Okazało się jednak, że „Kazał pan – musiał sam”, czyli w poniedziałek seniorka pojechała sama po te szczodre dary, bo nie zostały odebrane. W jedną stronę jechała tam około pół godziny, w drugą, do Centrum Seniora, 45 minut. Pomyślała, że jak już tam jest to, oprócz wstawienia zakładek metalowych, dodania trzech kartonowych z opisem działu, ułoży chociaż jeden, największy dział, alfabetycznie według autorów. Co wykonała i zabrało jej to dwie godziny. Nie ma to jak pracowicie spędzony, deszczowy lutowy poniedziałek.

