Upalne miasto 113

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************

Dyżur biblioteczny w Centrum Seniora w ostatnią środę lipca przebiegł interesująco. Najpierw Anna zobaczyła, na biurku w pokoju gdzie wydają karty seniora, numer drugi nowego wrocławskiego pisma dla seniorów „Życie w pełni” na który czekała, bo zawiera dwa jej teksty:  felieton o bibliotece  w CS oraz recenzję książki o Hannie i Antonim Gucwińskich, wieloletnich zarządzających wrocławskim Ogrodem Zoologicznym.

Wzięła kilka egzemplarzy, aby wręczyć swoim znajomym  a dwóm nawet wysłać pocztą.

Potem przyszła do CS znajoma seniorki, aby coś załatwić, bo intensywnie działa na swoim osiedlu. Prowadzi tam Klub Seniora i jest w Radzie Osiedla. Porozmawiały trochę, Anna pochwaliła się publikacjami wręczając pismo.

Następna rozmówczyni pochwaliła się, że chętnie chodzi na spotkania z twórczymi osobami – autorskie i filmowe a także należy do Dyskusyjnego Klubu Książki. Opowiadała o tym dużo i chętnie. Widać było, że kontakt z twórcami bardzo ją cieszy. Także została poinformowana o tekstach.

Trzecia nosi takie samo imię a w dodatku mieszka na osiedlu Jagodno gdzie w październiku 2023 roku do trzeciej w nocy stali ludzie w kolejce, aby głosować w wyborach. A miejscowa pizzeria częstowała ich swoimi wyrobami.

Pokazała zdjęcia zabudowań na których widać, że domy są najwyżej czteropiętrowe, dużo zieleni a klatki schodowe często sprzątane.

Najlepszym punktem tej rozmowy były zdjęcia kotki tricolorki (biało – czarno – rudej). Wychodzi ze swoją panią poza mieszkaniem będąc na smyczy,  bo poprzednio mieszkała w domu z ogrodem i jest przyzwyczajona do wolności. Z trudem się aklimatyzowała w nowym miejscu.

A propos książek i czytania Wojciech Młynarski napisał wiersz:

„Drogi Rodaku z kolczykiem w uchu,

Z łańcuchem dokoła szyjki,

Niech Ci choć trochę pójdzie do słuchu

Treść mojej historyjki.

Bo przyznać musisz, słodki łobuzie

Z gadżetów pełną chatą,

Że ładne wszystko masz – oprócz buzi!

Buzię masz ryjowatą…

Jak ją odmienić – zachodzisz w głowę,

Tę twarz, co w lustrze skrzeczy,

A ja wyjaśnić chcę w paru słowach

Przyczynę stanu rzeczy:

Jeśli za mało książek znasz

– to Ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz, kim był J. S. Bach – to spłaszcza Ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los

– to deformuje Ci nos.

Gdy nie wiesz, co to savoir – vivre

– żuchwę masz grubą, aż dziw!

Owe przykłady można by mnożyć,

Proszę szanownych Pań, Panów

I całkiem długą listę utworzyć

Zdeformowanych organów.

Niech więc Rodakom sprawa ma służy,

Tu się nie trzeba lenić:

Znam dwóch chirurgów plastycznych, którzy

Mogą ten stan odmienić!

Dwójka chirurgów jest w stanie

Zmienić Wam twarz, bez wątpienia:

Myślenie i Oczytanie…

I tak przez trzy pokolenia!”.

A Stanisław Lem:

„Książką można czytelnikowi głowę, owszem przemeblować o tyle,

 o ile jakieś meble już w niej przed lekturą stały.”

Stanisław Lem, Doskonała próżnia. Wielkość urojona

Z czterdziestoletniego doświadczenia bibliotekarki wynika, że przeważnie tych mebli brak lub są stare, brudne i koślawe.

Pierwszego sierpnia Anna poszła najpierw na pocztę nadać 3 listy priorytetowe, gdy usiadła przy stoliku, aby wysłać sms-y z tą informacją ugryzł ją w przedramię jakiś owad. I nie był to komar tylko większy okaz. Poczuła ukłucie więc odruchowo go pacnęła aż z wrażenia padł martwy na podłogę.

– Spoufalania się nie lubię – stwierdziła. No i ma kolejne napuchnięte i obłędnie swędzące miejsce.

W tramwaju przy wysiadaniu stwierdziła, że nie może oderwać sandała od podłogi. Nie był to ten owad tylko nadepnięta wcześniej guma do żucia. Bo ktoś sobie ją wyrzucił na ulice. Ot, tak. Bo lubi.

Poszła, zdegustowana dwukrotnie, na spacer z przewodnikiem z cyklu „Filmowy Wrocław”. Oprowadzanie jest bezpłatne a to z okazji siedemdziesiątej rocznicy działania wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych.

Z profilu „Filmowy Wrocław”:

W roku Marka Hłaski zapraszamy w letnie czwartki na spacery literacko-filmowe „Tu nie wywczas, tu film”. Ich tytuł nie jest przypadkowy. Nawiązuje do anegdoty związanej z Markiem Hłaską, który podczas realizacji filmu „Baza ludzi umarłych” zjawił się we Wrocławiu, zachęcony słowami kierownika planu Henryka Szlacheta: „Panie Hłaskower, pan przyjedzie. Tu wywczas, tu nie film”. Hłasko od razu włączył się w życie towarzyskie ekipy filmowej, świętując do bladego świtu. Gdy filmowcy wyjeżdżali rano na zdjęcia, Henryk Szlachet poszedł obudzić Marka Hłaskę słowami: „Panie Hłaskower, pan wstaje, tu nie wywczas, tu film!”.

Każdy ze spacerów rozpoczniemy od zwiedzenia wystawy tematycznej w Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, którą przygotowano z okazji 70-lecia Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu i opowieści o wielobarwnej historii wrocławskiej WFF. Następnie zobaczymy plenery filmów, które powstały na kanwie utworów literackich, w tym Marka Hłaski, Leopolda Tyrmanda, Bolesława Prusa, Janusza Korczaka, Jerzego Andrzejewskiego czy Gerharta Hauptmanna.

W Muzeum Teatru jest nieduża wystawa rekwizytów wypożyczonych z WFF, a na niej parę kostiumów filmowych (m. in. suknia Beaty Tyszkiewicz z „Lalki”; szata Cybulskiego z „Rękopis znaleziony w Saragossie”), duży reflektor, kamera, stół montażowy, popiersie Zbigniewa Cybulskiego.

Przedstawiono chronologicznie dzieje WFF za pomocą tytułów i fotosów filmów powstałych w kolejnych latach.

Grupa wyszła z muzeum trochę po godz. 17 i usłyszała hymn. A wcześniej bicie dzwonów i syreny uczciły rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Poszli potem w parę miejsc gdzie albo wiszą okolicznościowe tablice (okazuje się, że parę takich tablic, przy odnawianiu budynków, zniknęło na zawsze, koszt jednej to pięć tysięcy złotych a władze miasta nic nie zrobiły, aby je odzyskać) albo w tym miejscu nakręcano sceny do konkretnego filmu lub  serialu.  Dowiedziała się też, że scen hotelowych wcale nie nakręcano w hotelu Monopol tylko w hali wytwórni. W szklaneczkach podpalano benzynę a nie spirytus. Musiało bosko pachnieć, bo pewnie scenę powtarzano kilkakrotnie.

Udekorowana światłami uliczka i wejście do Teatru Kameralnego grało w serialu „Strachy” według książki Marii Ukniewskiej z Izabellą Trojanowską w głównej roli.

Scena kwesty w kościele z „Lalki” toczy się nie w Warszawie a w jednej z wrocławskich świątyń.

Sytuacji w banku z filmu „80 milionów” nie nagrywano  w działającym oddziale a w budynku dawnego Banku Rzeszy, który w czasie realizacji już przestał być Bankiem WBK.

Przed dawnym barem „Barbara” a teraz siedzibą Wrocławskiego Instytutu Kultury jest figurka krasnala Vincenta przed sztalugą z blejtramem, a to na cześć Vincenta van Gogha o którym powstał animowany film „Mój Vincent”.

Kieślowski kręcił swój film „Personel”  w Operze Wrocławskiej. I tak dalej itd.

Upalne miasto 112

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************************

Upały nadal wrocławianom w kość dawały. A seniorce w dodatku obłędnie swędzące wypryski jakie pojawiły się na ramieniu, przedramieniu i dekolcie po powrocie z weekendu. Nie zauważyła, żeby ją coś pogryzło a tu taka niemiła siurpryza. Stosuje więc aerosol na komary, który łagodzi skutki ugryzienia. Ale i tak dwa miejsca musi zalepiać plasterkiem, aby odruchowo, z furią, nie podrapać wyprysku.

Anna postanowiła uciec od żaru do kina. Wybrała z pliku ulotek jedną, sprawdziła godziny seansów i zadowolona z siebie i tego planu najpierw przełożyła wizytę w banku, aby zdążyć na film. Sprawę szybko załatwiła, więc jechać do galerii handlowej postanowiła. Co wykonała. Dawno akurat w tej nie była więc zaplanowała obejście wszystkich poziomów. Nie oparła się wstąpieniu do sklepiku z herbatami, akurat bez klientów. Przeglądała ofertę na półkach aż ekspedientka zapytała czego poszukuje. Metalowego czajniczka z sitkiem do zaparzania. Wie, że najlepsze są ceramiczne ale nie wytrzymują podgrzewania esencji. Owszem były ale tak ciężkie, że rękę urywa.

Młoda ekspedientka zainteresowała się niebanalnym wyglądem seniorki. Czyli koszykiem zrobionym z pasków kolorowych gazet poklejonych taśmą przeźroczystą z kocimi naklejkami. Bluzką bawełnianą powstałą z męskiego białego podkoszulka  z pociętym na frędzle dołem i kolorowymi maziajami zrobionymi rozcieńczonym tuszem kreślarskim. Ma ona wycięty i obszyty koronką dekolt. Na szyi, jak zawsze, Anna zawiesiła naszyjnik „zamotkę” a na przegubie zamotkową bransoletkę.

Ekspedientka stwierdziła, że sama lubi prostotę w ubraniu ale docenia oryginalność u innych.

Anna zauważyła puszkę z motywem czarnych kotów i im się nie oparła. Zapytała o promocyjne ceny i okazało się, że owszem są takie a jedna z herbat jest nawet z konopiami. I tu dziewczę opowiedziało jak to, kiedyś, na promocji zaparzyła sobie taką tylko konopiową i ta bardzo ją rozluźniła. Nawet za bardzo. Akurat tej nie było w ofercie. Buuuu.

Z wizją relaksu niesłychanego seniorka pojechała do kina. A tam niespodziewanka, bo kasjerka ze sprężynką w nosie i pryszczami na czole poinformowała, że wybranego filmu nie grają tylko festiwalowe. A przecież festiwal to inne kino. W dodatku bilety droższe a pryszczata nie potrafiła powiedzieć kto gra w filmie na najbliższym seansie..

– Nie lubię stawiania pod ścianą – pomyślała Anna i zrezygnowała.

W piątek za to zafundowała sobie (za 20 złotych) pobyt w Ogrodzie Botanicznym. Wcześniej kupiła butelkę wody i „Tygodnik Powszechny”, aby przeczytać rozmowę Hanny Krall i Adama Bonieckiego polecaną przez Mariusza Szczygła.

Odwiedzających było sporo ale nie na tyle, aby się potrącali na ścieżkach. Można było nawet znaleźć ławkę w zacienionym miejscu. Seniorka spacerując robiła zdjęcia nie tylko kwiatkom. Przeszła pierwsza część, przysiadła przy stoliku, napiła się wody i zagłębiła w prasie. Odsapnęła i poszła dalej. Zauważyła, że tam gdzie kiedyś stał kiosk – bar jest teraz plac zabaw dla małych dzieci. A duży bar jest w zupełnie innej części ogrodu, w budynku ze stolikami wewnątrz i na zewnątrz.

Sfotografowała więc m.in. indiańskiego banana, derenia, iglaka małego, który czubek swój wygiął śmiało, sylwetkę małego wędkarza, pomnik pewnego uczonego, metalowe koło i pszczółkę, biedronkę na dalii, drzewo, które postanowiło nie rosnąć prosto i się wygło, dzielżana jesiennego itd.

Rośliny opisanej na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” na szczęście w tym ogrodzie nie ma. A może jest?

GYMPIE – GYMPIE = Krzywdzizielka

Kiedy Polak wpadnie w pokrzywy, to jest po prostu kwestia biologiczna, naturalna, poparzenie jak poparzenie. A dla Australijczyka? Dla Australijczyka to tragedia, to dramatyczne doświadczenie, to metafizyka i spotkanie z najwyższym. I to całkiem dosłownie, bo podobno dotknięcie gympie-gympie może wyzwolić myśli ostateczne. Ból, który mu towarzyszy jest porównywalny z byciem porażonym prądem i podpalonym w tym samym czasie. Albo do oglądania rozgrywek Ekstraklasy i ja wiem, że się powtarzam, ale widzieliście mecz rozpoczynający ten sezon? A Wy, jakie macie chore zainteresowania?

No tak, czytanie o głupich zwierzętach i roślinach też. Wracajmy w takim razie w pokrzywy. Gympie-gympie dorasta do rozmiarów krzewu lub małego drzewa, a jej liście przypominają ząbkowane na krawędziach serca o średnicy mniej więcej 20 centymetrów. Zarówno liście, jak i cała roślina z wyjątkiem korzeni pokryte są tysiącami cieniutkich włosków, które z łatwością przebijają skórę oraz ubrania i uwalniają neurotoksynę.

Moroidyna, bo tak nazywa się to paskudztwo, powoduje straszliwy ból, ale nie uszkadza żadnych organów witalnych. Wiecie dlaczego? Bo gympie-gympie chce, żeby jej ofiary cierpiały. Czerpie z tego satysfakcję i przyjemność jak dentyści, nauczyciele matematyki i najgorsi ze wszystkich – polscy artyści kabaretowi. Pierwsze godziny to ból paraliżujący, potem kilka tygodni bólu straszliwego, a na koniec co parę lat dolegliwości mogą powracać w dowolnym momencie jak koszmary o tym, że człowiek przyszedł goły do szkoły.

Gympie-gympie potrafi razić nawet na odległość i w czasie. Od samego stania obok drzewa można dostać podrażnień skóry i dróg oddechowych. Liście unoszone wiatrem ranią jak ulotki o promocji na piwo dwa w cenie jednego, która trwała tylko do wczoraj. No i nawet stuletnie zasuszone listki mogą człowieka poparzyć jeżeli coś mu odbije, weźmie zielnik i zacznie uczyć się botaniki.

Igiełki gympie-gympie, są prawie niemożliwe do usunięcia metodami konwencjonalnymi. Dlatego ratownicy w Australii używają podczas pracy z rośliną masek i rękawic spawalniczych. Wożą też zestawy do depilacji gorącym woskiem, bo to jedyna metoda, która daje przynajmniej częściowe wytchnienie ofiarom poparzeń.

Aborygeni używają gympie-gympie do leczenia reumatyzmu, a przerośnięte szypułki owoców podobnych do morwy, są nawet jadalne. Natywne gatunki ptaków, torbaczy oraz owadów potrafią zresztą zjeść każdy element gympie-gympie, ale już dla psów lub koni roślina jest tak samo niebezpieczna jak dla nas. Pomimo tych wszystkich diabelskich supermocy gympie-gympie i tak jest w Australii gatunkiem zagrożonym. Trochę strach pytać przez co, ale odpowiedź to pewnie jak zwykle – człowiek.

W Europie gympie-gympie można obejrzeć na żywo w ogrodzie zamku Alnwick. Właścicielką zamku jest księżna Jane Percy, która została szlachcianką kiedy niespodziewany koniec spotkał brata jej męża. Żeby uczcić, to znaczy upamiętnić ten fakt, założyła ogród z najbardziej niebezpiecznymi roślinami świata. No w ogóle niepodejrzane. Co prawda szwagier wpadł pod autobus, ale niesmak pozostał. Jeżeli ktoś nadal czuje się zaniepokojony, to księżna Percy uspokaja, że założyła ogród, żeby zainteresować nim dzieci.

Popisy dostawcy mediów trwają nadal. Tym razem domagają się wpłaty choć Anna zleciła bankowi, aby co miesiąc przelewał na ich konto określoną w umowie kwotę.

– Ja sobie chyba spokojnie zwariuję i za nic, nawet za opłaty, nie będę odpowiadać, bo nie mam już cierpliwości do tej zwariowanej rzeczywistości oraz ludzkiej bezmyślności – postanowiła Anna.

Jakby dla wyrównania doświadczeń w gabinecie masażu minęła się z wychodzącą pacjentką, która ją poznała i przypomniała, że wystawiała w, prowadzonej przez Annę bibliotece, swoje obrazy. W dodatku skomplementowała seniorkę, że świetnie wygląda. Zaskoczona Anna nie zdążyła odpowiedzieć, jak zwykle, że to dobry charakter tak pozytywnie wpływa na jej wygląd. Tak pół żartem, pół serio.

Anna Borcz jest z wykształcenia polonistką i absolwentką ASP https://aborcz.eu/pl/

Upalne miasto 111

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************

Lipiec kontynuował przypalanie wszystkiego ale Anna poczuła, że powinna ruszyć się z domu w celu kulturalnym.

– Co tu by wybrać z bogatej letniej oferty? Zwiedzanie miasta wspominając PRL? Niekoniecznie, zbyt dobrze go poznałam. A może rejs po rzece? Jakoś mnie nie ciągnie w wodną stronę. Może do Muzeum Teatru na wystawę o Wrocławskiej Wytwórni Filmowej. Chętnie ale innym razem. A może zobaczyć plac Nowy Targ z zielonymi  nasadzeniami, którymi się tak chwalą władze miasta. Przedtem zrobiwszy tam totalną betonozę i stawiając niby ławki w formie katafalków. Czy projektantowi wtedy w głowie dudniło „memento mori” na skutek brania jakichś leków lub ich odstawienia? Ale ktoś to zaakceptował. I dlaczego? Była taka jedna piosenka w filmie „Kabaret” odpowiadająca na to pytanie.

Zastanawiała się też nad Wzgórzem Partyzantów zwanym elegancko Bastionem Sakwowym. Bo podobno pięknie odnowionym. Ale czy trzeba tam mieć przy sobie sakiewkę pełną dukatów?

Stanęło na filmie „Do usług szanownej pani”.

Ostatnio w mieście tramwaje pozmieniały swoje trasy, więc seniorka postanowiła jechać autobusem pospiesznym. 

„Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech diabła”. I tak było tym razem. Nie przyjechał. A więc tramwaj, ten który szybko podjechał podejrzewała o skręt w prawo a że woli kierunek na wprost po trzech przystankach wysiadła. I na rozkładzie okazało się, że źle zrobiła, bo, jej na złość, nie skręcał. Na następny musiała poczekać a czas płynął. Dojechała, weszła do budynku i zapytała czy zdąży na wybrany seans. Okazało się, że owszem, bo idą reklamy. Zdziwiła się, ostatnio jak tam była nie katowano widzów długimi komercyjnymi ogłoszeniami.

– Wszystko schodzi na parchate psy – pomyślała. Ale też uważam, że zwierzęta umierają lub odchodzą a nie zdychają jak upiera się prof. Bralczyk.

Pomysł na ten film jest dość prosty: Anglik Andrew Blake (John Malkovitch) po śmierci żony jest załamany i postanawia pojechać do  Francji w miejsce gdzie spędził z nią najpiękniejsze chwile. Wynająć tam pokój i powspominać. Komedia pomyłek zaczyna się od zderzenia z kucharką Odile, która bierze go za lokaja i umieszcza go w obskurnym pokoiku. Wielki dom i majątek nie jest, po śmierci właściciela, w najlepszym stanie, wdowa Nathalie (Fanny Ardant) sobie nie radzi i czeka ją przymusowa sprzedaż dworu.

Andrew bardzo chce tam pozostać i godzi się na rolę lokaja o której nie ma pojęcia. Ale dla chcącego to nic trudnego. No, w każdym razie jakoś daje radę. Odile pysznie gotuje głównie dla swojego grubego rasowego kota imieniem Mefisto.

Pokojówka ma problemy osobiste, zarządca majątku jest nieobytym dzikusem budującym wypasione domki dla jeży.

Andrew jest siłą spokoju oraz pomocą  w drobnych i większych sprawach. A to naprawi wideofon, a to zemści się na fałszywej przyjaciółce Nathalie, a to namówi pokojówkę na sensowne działanie, a to podszkoli dzikusa z zachowania przy stole i konwersacji z kobietą. Poświęca się do tego stopnia, że ją, kobietę, udaje przebrany w blond perukę i z umalowanymi ustami. Wygląda okropnie. W ramach pomocy nawet strzela do agentów nieruchomości.

W dodatku kot Mefisto okazuje się Miećką i rozmnaża na strychu.

No, pomyślcie co może jeden załamany Anglik. A ci nie załamani? Strach pomyśleć. Wynajdą ponownie proch, druk, maszynę parową i podróże międzygalaktyczne kolonizując wszystko, co się da, po drodze.

Dość to zabawna komedia akurat na letnie upały.

– Dobrze, że wzięłam letni żakiet, bo pamiętałam, że klimatyzacja potrafi trochę zmrozić – pomyślała Anna zakładając go w trakcie seansu.

Za to na weekend pojechała ze znajomymi na wieś w lubuskie. Założycielka Stowarzyszenia SOWA (Stow. Osób Wielostronnie Aktywnych) organizuje na tamtym terenie atrakcje dla stałych mieszkańców i przybyszów mających tam domy letniskowe.

Tym razem seniorka miała poprowadzić zajęcia wykonywania wyklejanek i kolaży w różnych rozmiarach, także jako zakładek do książek, aby nie zaginać w nich rogów kartek, bo to Annę, jako bibliotekarkę, bardzo boli.

Spotkanie wyznaczono na godz. 17-tą i przybyły tylko dwie panie. Jedna z nich przyniosła poczęstunek w postaci galaretki z bitą śmietaną, na wierzchu z borówką, jeżyną i mięta. Deser był w niedużych szklaneczkach po owocowych jogurtach. Ten  miły gest wszystkich zachwycił!

Obie panie oraz szefowa SOW-y zrobiły i zakładki, i kolaże rozmawiając o miejscowych ludziach i ludziskach oraz ich przedziwnych zachowaniach.

Poza tym Anna, w czasie pobytu zajmowała się polowaniem na motyle, które pożywiały się budleją. Łowy odbywały się aparatem fotograficznym i nie było to łatwe, bo słońce przeraźliwie świeciło w twarz, owady były ruchliwe albo miały złożone skrzydełka będąc wtedy mało śliczne lub gałązki  się chwiały, było też wszystko to razem. ”Co się namęczem, co się natrudziłem, co się kołnierzyka nabrudziłem”.

W trakcie pobytu przeczytała też książkę Richarda Osmana „Czwartkowy Klub Zbrodni”. Jest to kryminał ale nietypowy, bo bohaterami jest grupka niestereotypowych seniorów mieszkających na tym samym osiedlu, blisko starego klasztoru sprzedanego przez Kościół i zaadaptowanego dla wiekowych mieszkańców.

 „Obecnie mieszka w nim około trzystu emerytów. Nie można się tu wprowadzić przed ukończeniem sześćdziesiątego piątego roku życia, a furgonetki dostawcze z Waitrose za każdym razem, gdy przejeżdżają przez kratę  dla bydła na drodze, pobrzękują zarówno butelkami wina, jak i fiolkami leków”. Tak, nie jest to miejsce dla ubogich seniorów.

Przywódczynią grupy jest Elisabeth była pracownica brytyjskiego wywiadu. Poza nią w skład wchodzi Ibrahim, który był psychiatrą, Ron działacz związkowy i Joyce pielęgniarka a miejscami narratorka. Ich hobby jest wgłębianie się w stare nierozwiązane sprawy kryminalne, które dostarczała była policjantka Penny.

Cwany właściciel tego osiedla chce zarobić jeszcze więcej i zbudować następne i w tym celu zamierza przenieść groby przyklasztornego cmentarza. Najpierw wyrolowuje swojego wspólnika a potem obaj zostają zabici.

Elisabeth zachwycona, że nie musi się grzebać w starociach wykorzystuje całe swoje szpiegowskie doświadczenie i znajomości, aby rozwiązać sprawę. Jest też policyjna para, były bokser, handlarze narkotyków, bardzo zdolny Polak Bogdan i przeszłość, która się powoli odsłania.  Jest tam też trochę poczucia humoru. Całkiem udana powieść udowadniająca, że seniorzy potrafią myśleć, kojarzyć i działać. Jeśli tylko chcą i nie tracą czasu na narzekanie.

Upalne miasto 110

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************

Dziesiątego dnia lipca pogoda postanowiła dać nam popalić i ciała przypalić oraz zadusić. A co będzie sobie żałować.

Anna wstała niechętnie, z ociąganiem i ziewaniem. W tempie starego ślimaka udała się do łazienki w celu ablucji i zaszczycenia muszli swoją mniej szlachetną częścią ciała.. Następnie powolutku zrobiła sobie herbatę i ukroiła plaster ciasta drożdżowego kupnego.

Na fejsbukowy profil „ATC i inne drobnostki” wkleiła karty kolażowe a na „ARTJournal” kolejne 2 kartki ze swojego  małego albumu.

I poczuła się bardzo zmęczona. A w planie miała jeszcze odebranie z poczty dwóch listów poleconych i pojechanie na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora. Wyszła z mieszkania (tak, ubrana), przekręciła klucz w zamku, zeszła pół piętra i uświadomiła sobie, że nie ma na nosie okularów. Zostawiła na schodach dwie torby i śmieci, weszła na górę i spiesząc się potknęła i padła jak zabita tłukąc sobie prawe kolano. Szybko posmarowała uderzone miejsce końską maścią i dzielnie wyruszyła przed siebie realizować cele i zamiary. Na poczcie nie było kolejki za to urzędniczka długo szukała jednego z listów. W końcu udało się!

W trakcie dyżuru napawała się otrzymanymi kartami ATC i przydasiami popijając zabraną z domu wodę.

W tramwaju siedziała przed nią starszawa elegantka, z kolczykami w kształcie dużych kół w uszach, neonowo różowymi szponami, rzęsami typu walne spotkanie kilku stonóg na jednym oku oraz z krogulczym nosem. Tatuażu nie zauważyła ale podejrzewa jakiś okropny.

A gdyby tak zastosowała terapię pokrzywową to jakby wyglądała? Tak opisuje tę złośliwą roślinę autor profilu ”Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

POKRZYWA zwyczajna = kujochwast

Z pokrzywami jest ciekawa sprawa. Kiedyś mógłbym przysiąc, że to najwięksi wrogowie ludzkości, zaraz po makaronie z owocami i ciepłych rajstopkach koloru musztardy, w które wtłaczała mnie mama zimą, żebym jeszcze w przedszkolu oswoił się z uczuciem wstydu i swędzącymi łydkami. Dzisiaj pokrzywa budzi nostalgię, cieple rajstopki brzmią całkiem nieźle i tylko makaronowi z owocami nadal serdeczny kij w kolanko.

Pokrzywa zwyczajna jest tylko z nazwy, bo jak można przejść do porządku dziennego z nawet półtorametrowym chwastem, który wyrasta złośliwie wszędzie tam, gdzie człowiekowi piłka wpadnie? Albo kiedy się wywali rowerem na zakręcie lub próbuje dojść do strumyka łapać żaby? Nagle jak spod ziemi, która, nawiasem mówiąc, musi być dość żyzna i wilgotna wyrastają kanciaste, sztywne łodygi porośnięte ząbkowanymi liśćmi. Te liście z pozoru i z wierzchu także wydają się dosyć niegroźne. Gorzej jeżeli człowiek zajrzy im na spodnią stronę, albo nie daj borze zielony, przejedzie po niej lub po łodydze wierzchem gołej dłoni

Wtedy do gry wkraczają tysiące małych włosków, które wypełnia płyn zawierający między innymi kwas mrówkowy. Pokrzywa jest rośliną hojną, dlatego chętnie dzieli się włoskowym ukropem i wywołuje w pięcioletnim piłkarzu traumę. Co cię nie zabije, to da ci odszkodowanie jak to mawiają kiedy bhp nie patrzy, dlatego jeżeli ktoś przeżył kąpiel w pokrzywach, to wracał silniejszy. Z bąblami, ale jednak. Ze mnie na przykład ten kłujochwast zrobił rycerza. Mówię serio, to właśnie ona, pokrzywa zwyczajna, a nie kreskówki czy pisany Camelot sprawiła, że z patykiem, to znaczy z mieczem w dłoni i okrzykiem na ustach ruszałem walczyć z największym wrogiem. Gińcie pokrzywy! Krzyczałem ja i krzyczały dzieci w całym, nieznającym jeszcze Internetu i Pokemonów kraju.

No dobrze, ale jak właściwie te włoski działają? No więc „żądła” pokrzywy to bardzo cienkie i puste w środku krzemowe rurki zbudowane jak pipeta z kwasem. Włoski są bardzo wytrzymałe i

rzadko się łamią. Z drugiej strony, na końcu są bardzo ostre i delikatne. Najlżejszy dotyk rozcina ludzką skórę, kruszy czubek pipety, a zginający się włosek wtłacza płyn prosto w ranę. Wiem, że ożywiłem właśnie parę ciepłych wspomnień. Nie ma za co.

Nie zawsze i nie dla każdego pokrzywa była jednak najgorszym wrogiem. Od setek jeżeli nie tysięcy lat używano jej do wyrobu lin, sznurów i tkanin. Okłady z pokrzywy leczyły wrzody oraz rany, a biczowanie się parzącymi wiechciami podobno leczy nawet reumatyzm.

Dzisiaj mało kto chłosta się pokrzywą po pupie, a przynajmniej nie w mojej internetowej bańce, która pełna jest słów „super food” odmienianych przez wszystkie przypadki. Pokrzywa jest bowiem kolejnym odkryciem przemysłu farmaceutycznego i kulinarnego także. Jest bogata w wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, witaminy A, C oraz K, a także chlorofil. Można kupić ją w sklepie w formie poręcznego suszu albo samemu zrobić napar ze świeżych liści. Taka mikstura doskonale podobno wpływa na poziom cukru, ilość hemoglobiny, przemianę materii i wywala z organizmu toksyny.

Poza tym liście pokrzyw można dodawać do sałatek, a nawet robić placki oraz tartę. Nie sprawdzałem tego osobiście, ale jak znam życie, to może być również afrodyzjakiem, jak właściwie wszystko jeżeli człowiek jest wystarczająco odważny.

Ale jak być odważnym jeśli między drugą a trzecią w nocy dzieje się coś dziwnego. Na przykład wleci nietoperz i nie chce opuścić pokoju tylko kołuje pod sufitem, przeganiany siada na regale, znowu kołuje, chowa się za regałem z książkami i drapie w jego ścianę, przeganiany znowu kołuje – i tak przez godzinę. W końcu się poddaje i siada na oparciu fotela skąd można go łagodnie zebrać przez szmatkę i wypuścić za okno.

A teraz z 1 na 13 lipca o tej porze obudziły i przestraszyły Annę trzy stuknięcia, zapaliła lampkę, siadła na tapczanie aż tu nagle włączył się telewizor. Cuda, panie, cuda. Zaraz go wyłączyła. Wzięła książkę i przeczytała parę stron dla uspokojenia.

– To jakiś znak – pomyślała seniorka. Ale czego?

W ramach  odgłupiania się, spowodowanego upałem, Anna wyciągnęła woreczek z różnymi pojedynczymi koralami i koralikami, aby nanizać je na, specjalnie nabyte, sznurki. Tworząc nową jakość, mało przypominającą chińską taniochę.

Poświęciła na to dwa popołudnia, bo nie ma  wprawy, a że chciała stworzyć coś niemonotonnego, to myliła się w kolejności umieszczania różnych koralików w ustalonej kolejności.

– Jak zwykle utrudniam sobie życie – pomyślała ocierając pot płynący strugami z całej głowy.

W środę znowu pojechała do Centrum Seniora na dyżur biblioteczny i z przyjemnością stwierdziła, że pochłodniało na tyle, aby dało się oddychać. Jednak w pomieszczeniach nadal panowała duchota.

Po dyżurze była umówiona na rozmowę w Radiu Rodzina. Nie, nie chodziło o pracę tylko o wywiad. Dużo wcześniej pracownica Centrum Seniora namówiła ją na to spotkanie. Rozgłośnia mieści się na Ostrowie Tumskim, więc blisko Centrum Seniora – tylko dwa przystanki tramwajem oraz krótki spacer. Akurat musiał się rozpadać deszcz, na szczęście nie była to ulewa.

Udało się jej nie zabłądzić w budynku dzięki wskazówkom dziennikarza i oszczędzić wysiłku dzięki windzie.

Przed nagraniem (nie była to audycja na żywo) porozmawiali (dziennikarz i Anna) o jej aktywnościach. Zaproponowała, aby zastosować chronologię, czyli najpierw o imprezie dress-party (zwanej teraz wymianką) jaką wymyśliła i zaczęła organizować w 1982 roku po powrocie z internowania. O tym co ją zainspirowało i że organizowała ją ponad 30 lat w różnych miejscach – prywatnych mieszkaniach i klubach.

Następna działanie to wyklejanki i kolaże jakie zaczęła robić po przeczytaniu biografii  „Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej” zainspirowana pracami poetki przedstawionymi w książce. Ujęło ją poczucie humoru.

Także blog o nazwie „kot na gałęzi”, który powstał jako kontynuacja wieloletniej korespondencji analogowej z różnymi osobami.

Wspomniała też o swoich dwu książkach „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne” i „Do serca przytul kota”.

Tuż przed przejściem na emeryturę zaplanowała napisanie powieści w której zabije wszystkich swoich wrogów. Okazało się, że nie potrafi napisać powieści i tak powstało dwadzieścia opowiadań. Wydała je na własny koszt w drukarni blisko domu. Koty w opowiadaniach grają ważną rolę nie tylko są kiziu – miziu.

Gdy wspomniała o tym co planuje napisać jedna z koleżanek w dyrekcji powiedziała: pisz po nazwiskach! Anna odrzekła:

– Po nazwiskach to ty.

Druga książka to tomik składający się z wyklejanek i rymowanek, oczywiście głównym tematem są koty. Przeczytała przed mikrofonem jedną rymowankę.

Jednak w czasie pandemii pisała powieść blogową z wymyślonymi bohaterami mieszkającymi na jej osiedlu. Oprócz ich losów kolejne odcinki zawierają komentarze do bieżących wydarzeń. Dość złośliwe.

Wyklejanki i kolaże pokazała na kilkunastu wystawach w różnych miejscach. Wykonywania ich nie porzuciła, ale następnym etapem są  kartki okolicznościowe a ostatnio karty ATC.

Była też mowa o rękodziełach czyli bawełnianych naszyjnikach „zamotkach” w parze z bransoletkami i o dyżurach bibliotecznych w Centrum Seniora.

Jako, że było dużo materiału dwie dziesięciominutowe audycje ukażą się w dwa pierwsze piątki sierpnia.

Seniorka dała się sfotografować ze zmierzwioną fryzurą, spoconą twarzą, dwoma książkami i zakładkami wykonanymi przez siebie. Z nadzieją, że nikt się nie przestraszy.

Upalne miasto 109

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************

Pierwszy dzień lipca trochę odpuścił katowanie Polaków upałem.

Jednak mieszkanko Anny bardzo się nagrzało z powodu cienkich murów i musiała stosować mokre tkaniny na podłodze oraz przeciąg okno – drzwi wejściowe na łańcuchu uchylone.

Zadowolona z chłodu pojechała do rynku na polowanie. Bezkrwawo ustrzeliła nowy numer informatora „Co Jest Grane” w Muzeum Pana Tadeusza skąd wzięła też inne materiały w perspektywie do wykorzystania rękodzielniczego.

W DT Feniks nabyła produkty spożywcze i klej „magic” w lepszej cenie niż gdzie indziej.

Wracając tramwajem usłyszała za plecami pytanie „a pan to z młodzieży?”, obróciła się i zobaczyła trójkę kontrolerów, zwanych kanarami przy panu w starszym, niżby chciał, wieku. Za chwilę przeszli do niej i kobieta poczęstowała seniorkę tym samym tekstem.

– Czas robi swoje, czyli tempu fugit – pomyślała Anna. Tyle dobrego, że nie płacę za bilet.

I udało się jej uciec przed burzą.

– Lubię to – stwierdziła.

Nazajutrz rano nie mogła spokojnie pospać dłużej bo „Natrętna mucha brzęczała jej koło ucha” a przecież niedaleko wisi lep zachęcając do odwiedzenia i pozostania na nim for ever. Koleżanek znalazła w końcu tam sporo i już nie brzęczą, spokojnie siedzą, nie piją, nie jedzą.

Odwrotnie niż takie dziwne zwierzątko opisane na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Trzewikodziób to nie ptak. Trzewikodziób to dinozaur z chodakiem na mordzie. Ptakom całkiem długo udawało się zachowywać pozory i udawać niewiniątka z bajek Disneya. Przyszedł jednak czas na ujawnienie prawdy, a niewiele skrzydlatych drani nadaje się do tego lepiej niż trzewikodziób, które łacińska nazwa to Balaeniceps rex, czyli król z głową wieloryba. Jeżeli dinozaurza nazwa nie jest dla kogoś wystarczającym dowodem, to wystarczy spojrzeć trzewikodziobowi prosto w trzewika. Drań wygląda, jakby właśnie szykował się do zjedzenia krokodyla. I wiecie co? Faktycznie mu się to zdarza. Co prawda poluje jedynie na młode sztuki, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że duże drapią go w gardło.

Trzewikodzioba uważano kiedyś za rodzaj bociana. Faktycznie drań ma długie chude nogi, metr dwadzieścia wzrostu, ponad dwa i pół metra rozpiętości skrzydeł i źle mu z dzioba patrzy. Podstawowa różnica pomiędzy zwykłym bocianem a trzewikodziobem to dziób, który u afrykańskiego nieboćka jest zdecydowanie grubszy. Trzewikodziób ma również długą szyję i poluje z zasadzki. „Ale jak to z zasadzki, przecież z takim wzrostem wygląda jak Giertych na wczasach w Japonii”. To prawda, ale musicie wiedzieć, że trzewikodziób jest też bardzo, bardzo leniwy, co w niektórych kręgach jest uznawane za oznakę inteligencji. Przez większość czasu koleś stoi po kolana w wodzie i głupio wygląda. Dopiero kiedy ofiara sama podejdzie mu pod dziób, rzuca się na nią z całą śmiertelnością swoich dinozaurzych przodków.

Trzewikodziób je to co złapie i zmieści do dzioba, ale najchętniej poluje na ryby dwudyszne. Można powiedzieć, że dobrali się jak w randce w ciemno dla cyrkowych dziwadeł, bo ryby dwudyszne mają to do siebie, że od czasu do czasu wynurzają się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza. No i wtedy przytrafia im się ciężki przypadek trzewikodzioba. Aha, współcześnie trzewikodzioba nie uważa się już za bociana, bo odkryto, że jego najbliższym żyjącym krewnym jest pelikan. Już bym chyba wolał bociana.

Odgłosy wydawane przez dorosłego trzewikodzioba w okresie godowym przypominają dźwięk karabinu maszynowego, albo konia, który wypił 5 piw i akurat stoi na blasze. Poza tym młode trzewikodzioby czkają na rodziców, żeby przynieśli w końcu śniadanie.

Trzewikodzioby nie są najbardziej sympatycznymi ptakami pod słońcem, a w rodzinie, która słynie ze zjadania dzieci sąsiadom, to już o czymś świadczy. W przypadku chodakogębych boćkolikanów niechęć obejmuje jednak również członków tego samego gatunku, a nawet pary. Trzewikodzioby są monogamistami, ale zwykle trzymają się z dala od siebie i nawet żerują po przeciwnych stronach terytorium. Gdyby na afrykańskich mokradłach mieli garaże, to pan trzewikodziób dłubałby cały dzień w dużym fiacie, a pani trzewikodziób gotowałaby mu bigos, ale niechętnie.

Są jednak takie momenty kiedy para trzewikodziobów przebywa w tym samym czasie i miejscu. Na przykład podczas robienia trzewikopisklaków, których zwykle w gnieździe znajdują się dwie sztuki. Przynajmniej do czasu. Silniejsze pisklę odbiera zwykle pokarm słabszemu albo całkiem je zadziobuje. Po co w takim razie męczyć się z robieniem zapasowego bąbelka? No właśnie po to. Tak samo jak np. u orłów drugie pisklę jest robione na wszelki wypadek. Jeżeli macie rodzeństwo młodsze o mniej niż dwa lata to wiecie sami, na czym to polega.

Annie znowu, jak wielokrotnie w życiu, trafił się kontakt z zadowolonymi z siebie, manipulującymi obietnicami ale nieodpowiedzialnymi osobami. Słusznie powiedzenie głosi: „Obiecanki, cacanki a głupiemu radość”.

Zamiast najpierw sprawdzić swoje możliwości to zabierają czas i energię, aby potem powiedzieć, że nie mają możliwości spełniania obietnic. Jak nie wiadomo o co chodzi…

Za to przyjemność jej sprawiło obejrzenie wystawy w Ossolineum „Czas pochwycony” gdzie pokazano zdjęcia kamienic przedwojennego Wrocławia, czyli Breslau. Wiele z nich już nie istnieje, kilka umiejscowień jest nierozpoznanych. Na niektórych wiszą flagi z hakenkreuzem.

Niedawno otworzono tam kawiarenkę, napoje można wypić wewnątrz lub na zielonym, odizolowanym od ulicy dziedzińcu gdzie stoliki i krzesła mają  bardzo kolorowe ceramiczne blaty.

Z powodu kolejnej fali upałów Anna poddała się ciachaniu. I nie chodzi o ciacha tylko o obcinanie włosów. Prawie na Yula czy Kojaka. Bo tak jest najwygodniej, po umyciu prawie  wystarczy uczesać się ręcznikiem. Ale okazało się, że usługa podrożała o kolejne dziesięć złotych.

W następny poniedziałek mieszkańcy małego osiedla zmuszeni byli do brania zimnego prysznica lub grzania wody i mycia się w misce. Chyba że ktoś ma konewkę do powieszenia pod sufitem.

Na miejskim portalu i klatce schodowej zero informacji o zakłóceniach w eksploatacji. Anna zadzwoniła do administracji dowiadując się, że dostawca naprawia usterkę – czyżby fontanna lub źródełko trysło niezapowiedzianie?

 I tu zaczęła sobie wyobrażać, że źródełko jest z uzdrawiająca wodą, tłumy walą na osiedle gdzie powstają kolejne hotele dla spragnionych, deweloperzy wycinają drzewa i krzewy Parku im. S. Tołpy i jego stawek zostaje zasypany. Trzy skwery też poszły pod noże i koparki zachłannych na kasę krwiopijców.

Pracownica administracji poinformowała, że wieczorem już będzie się można wykąpać na ciepło, więc poniedziałku nie można ogłosić dniem skunksa. W piątek powtórkę z zimnej powtórki ogłosiła.

A na poczcie wił się wąż, bo godziny otwarcia ustalono tak, aby petenci tracili czas na czekaniu.

„Za czym kolejka ta stoi? Po szarość …” codzienności.

Upalne miasto 108

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************

Wszystkie osoby i ich działania w tym opowiadaniu są fikcyjne.

                  „Co się zdarzyło w Mościu”

Wieś Moście nawodniona jest obficie. Zarówno za pomocą jeziora jak i płynącej tam rzeki. Komary lubią to. Mieszkańcy mniej. Stojąca na początku wsi drewniana czarownica jeszcze nie wynalazła sposobu na  radykalne unieszkodliwienie tych kąsających i brzęczących. A w dodatku zaprotestowały jaskółki, nietoperze i jerzyki uwielbiające taki pokarm.

Zorganizowały marsz protestacyjny przed czarownicą z transparentami:

–  Lubimy komary, szczególnie ich chmary.

– Nie zabijaj komara, bo będzie za to kara.

– Bez komarów nie ma dla nas życia.

– Komarza stołówka jest na stówkę.

– Po daniu z komara będzie bara – bara.

– Czy wiesz, że zgodnie z polskim prawem za zabicie komara grozi kara w postaci grzywny a nawet pozbawienia wolności? – spytała jaskółka.

– Ha, ha, ha  – to prawie każdy człowiek na świecie powinien płacić lub siedzieć – zakpiła czarownica. Wasze fast fudy dręczą nasze ludy.

– Przecież mogą sobie posadzić różne rośliny, których komary nie lubią: komarzycę, miętę pierzową, lawendę, koper włoski i bazylię – poradził jerzyk.

Zwinęli transparenty i rozeszli się w niezgodzie, każdy wylądował w swojej zagrodzie.

Pijany Maciek przysiadł pod drewnianym płotem, oparł się i przysypiając obserwował to spotkanie. Albo mu się zdawało. Jego poobijany rower leżał obok i wzdychał wspominając liczne Maciejowe wpadki i wypadki.

– Chyba już niedługo pociągnę z tym właścicielem – westchnął. Podniósł się i skierował w stronę lasu.

– Tam trochę odpocznę – pomyślał. Niech mnie szuka, głupek jeden. Pojechał ścieżko – uliczką wśród domów. A była ich tam wielka rozmaitość. Prawie pałac, a może dworek wybudowany przez Greka. Ponieważ odszedł był wystawiono posesję na sprzedaż. Chętni jakoś, od dawna, się nie zgłaszają. Podobnie jak na wypasiony przez Barbarę  Piasecką – Johnson dom pod Ślężą gdzie samotnie ale zapewne w obecności pielęgniarki,  zmarła.

Stoi tam też mały drewniany domek z ogródkiem. Budowali go górale a stylem nawiązuje do skandynawskiego – na dole ma mały salonik otwarty na część kuchenną oraz zamykaną jednak, łazienkę. Na górze dwie małe sypialnie z bardzo skośnym sufitem. Pomiędzy nimi, w korytarzyku stoi duży ceramiczny słoń. Dobrze, że nie trzeba go karmić, bo duży zjada około 200 kilogramów dziennie to mały pewnie setkę.  I to nie w procentowym płynie. Ale co jada ceramiczny tego nie wie nikt.

W ogrodzie leży na trawie drewniana sarenka, na pniu stoi duża sowa a poza tym jeden kamienny kotek wspina się na donicę a drugi śpi na krzesełku. Na głaskanie nie reagują.

Chata też jest na sprzedaż.

Rower z brzękiem i chrzęstem obluzowanych części wjechał w las i podążał steczką omijając małego zaskrońca.

W trakcie podążania bez celu słyszał bardzo głośny wielożabny rechot.

– Lepiej byście zabrali się za zjadanie komarów a nie popisywali hałasem – rzucił w stronę stawu.

– Głupiś i niedouczonyś – usłyszał. My samce rechoczemy, aby przywołać samice, gdy wiosną pojawią się pierwsze upały a woda ma temperaturę dwadzieścia stopni.

– Dobrze, już dobrze – tak tylko żartowałem – powiedział rower kierując się w zaciszne miejsce wśród krzaków.

– Długo mnie będzie szukał ten pijus – stwierdził rozgarniając jeżynowe zarośla.

Nie dane mu było legnąć, bo zobaczył ludzkie nogi. Nie dowierzając podjechał dalej. Niestety leżał tam kumpel jego właściciela Włodek niejaki. We wsi mówili na niego Lenin z powodu imienia, łysiny i rodzaju czapki jaką nosił. W dodatku był ciągle na wszystko nastawiony na NIE. Nic mu się nie podobało a szczególnie ludzie władzy. Bo on to by lepiej rządził. Przypominał w tym trochę innego wiejskiego mądralę co to chciał, aby nie było niczego. Za to chciał być prezydentem miasta.

Włodek startował w wyborach na sołtysa, przewodniczącego Koła Gospodyń Wiejskich, próbował nawet założyć partię o nazwie „Ja was urządzę!”. Zapisał się tylko Maciej ale nie chciał płacić składek, więc partia umarła śmiercią naturalną. A teraz Włodek oddał ducha. Nie zdążył zrobić rewolucji.

Rower postanowił okazać ludzkie uczucia więc zawrócił i pojechał do Macieja, który nadal chrapał pod płotem. Pojazd rozpędził się i mocno szturchnął śpiącego. Raz, drugi i trzeci. Za czwartym podejściem facet się ocknął i rozejrzał nieprzytomnie.

– Czego chcesz? – rzucił w stronę roweru. Nie chcę do domu.

Ale poobijany jednoślad natarczywy był niemożebnie, więc Maciej w końcu wsiadł i pojechał. Zupełnie nie w stronę chałupy co go leciutko zdziwiło ale przymulonym będąc nie protestował. Dojechali zygzakiem do krzaczorów. Tam złośliwy pojazd zrzucił właściciela nie bacząc na skutki w postaci podrapania obnażonych części ciała cyklisty.

– O so chodzi, o so chodzi? – zapytał gramoląc się jednocześnie opierając prawą ręką o, dziwnie miękkie, podłoże.

Obejrzał się i zawył przebijając żabi rechot.

– O Jezuuu – rozległo się wśród drzew liściastych i iglastych, konwalii, mchu i chrustu leżącego, jak dotąd,  spokojnie. Mech zaczął schnąć z przerażenia, igły spadać z drzew, grzyby pochowały główki i postanowiły już nigdy nie rosnąć a jagody wyschły. Kora poodpadała ze wszystkich drzew.

– Zabili go, zabiliiii – zawył tak głośno, że wszystkie szyszki spadły a ptaki przerażone odfrunęły na drugi kraniec jeziora. Wyciągnął starą nokię z kieszeni i zadzwonił na 112. A że nieskładnie opowiadał o tym co zobaczył spławiono go:

– Niech pan wytrzeźwieje, wprowadzanie w błąd policji jest karalne.

Rower szturchnął Macieja i zadzwonił nagląco. Facet wstał, podciągnął dżinsy, otrzepał kurtkę z igliwia oraz mrówek.

– Dobra, niech se leży a ja musze się napić – stwierdził. I popedałował tylko jakoś ponownie nie w stronę domu.

– Gdzie jedziesz, ty durny? Na policję musiałbym jechać dwie godziny, zwariowałeś?

Ale pojazd nie odpuszczał, nie pozwolił zatrzymać się i zejść z siodełka tylko jechał, jechał i jechał.

– To pewnie ta głupia czarownica kazała ci mnie dręczyć. Bez kropli picia – użalał się nad sobą Maciej. I w tym momencie spadł deszczyk – taki nienachlany raczej ale orzeźwiający.

– Nie o takie picie mi chodziło – stwierdził pedałujący zauważając, że wcale nie jest zmęczony. Wręcz odwrotnie, z każdym kilometrem czuł się coraz lepiej. W połowie drogi zaczął podśpiewywać. Najpierw piosenkę o sobie:

– Umarł Maciek, umarł, już leży na desce

żeby mu zagrali podskoczyłby jeszcze

Bo w Mazurze taka dusza, że choć umrze to się rusza

Oj dana – dana – dana dana

Przypomniał sobie o nieżyjącym kumplu, więc gromko za intonował „Międzynarodówkę”:

Wyklęty powstań ludu ziemi
Powstańcie których dręczy głód
Myśl nowa blaski promiennymi
Powiedzie nas na bój na trud
Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata
Przed ciosem niechaj tyran drży
Ruszymy z posad bryłę świata
Dziś niczym jutro wszystkim my

Bój to będzie ostatni
Krwawy skończy się trud
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki róóóóóód.

Usłyszał to policjant przejeżdżający na motorze pamiętającym PRL. Zatrzymała się przed rowerem, zsiadł, zdjął kask, też zabytkowy i powiedział:

– Obywatelu przestańcie zakłócać ciszę dzienną.

– Panie władzo, ja właśnie do pana jadę. W lesie leży Lenin. Chyba nie żyje.

– Głupoty gadacie. On dawno nie żyje.

– Ale to ten nasz Lenin, Włodek znaczy się – powiedział Maciej zsiadając z roweru.

– Chuchnijcie no – rozkazał policjant.

– No, troche se wypiłem ale trup w lesie leży i się nie rusza, nic nie mówi, a jemu przecież gęba się nie zamykała.

– Dobra, jedziemy ale jeśli kłamiecie to w pierdlu wylądujecie – obiecał organ.

I pojechali. Tym razem z niemłodej piersi żadna pieśń się nie wyrwała.

Minęli domy z ogródkami i bez, pola, łąki i nieużytki docierając do lasu. Maciej trochę błądził wzrokiem i rowerem aż policjant się zdenerwował.

– No, gdzie ten trup!? Wiedziałem, że kłamiesz.

W tym momencie usłyszeli gromki męski głos wyśpiewujący znaną pieśń o powstaniu wyklętego ludu.

Cypryjska opowieść

Elif Shafak – Wyspa zaginionych drzew, Wydawnictwo Poznańskie 2022

O autorce: Elif Shafak urodziła się 25 października 1971 roku w Strasburgu, Francja. Z pochodzenia jest Turczynką, wychowywały ją w Ankarze mama i babcia.  Nastoletnie lata spędziła w Madrycie, Jordanii i Niemczech. Z  wykształcenia jest politolożką, ze specjalnością stosunki międzynarodowe i gender. Wykładała na uczelniach w Turcji, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii gdzie mieszka. Jest feministką, obrończyni praw kobiet, praw LGBT i wolności słowa.

Napisała m.in.: Trzy córki Ewy; Spojrzenie, Bękart ze Stambułu; Honor, Czterdzieści zasad miłości; 10 minut i 38 sekund w tym dziwnym świecie

O książce:

Powieść ma trzy plany czasowe: 1974 rok, początek XXI wieku i koniec drugiej dekady XXI wieku. Także narracja jest nietypowa, bo większość  trzecioosobowa ale pierwszoosobową prowadzi mądre drzewo figowe.

Głównymi ludzkimi  bohaterami jest  młoda zakochana para Turczynka Defne i Grek Kostas. Poza tym Cypr – jego bardzo niełatwa historia. https://pl.wikipedia.org/wiki/Historia_Cypru

Młodzi spotykają się na zapleczu tawerny gejowskiej pary Yusufa i Yiorgosa. W środku lokalu rośnie drzewo figowe, które opowiada nam o zależności między roślinami, zwierzętami i ludźmi. I o wydarzeniach na przestrzeni lat.

„Kiedy religie ścierają się, aby mieć ostatnie słowo, a nacjonalizmy uczą poczucia wyższości i elitaryzmu, przesądy po obu stronach granicy współistnieją w rzadkiej harmonii”.

Kostas emigruje do Wielkiej Brytanii a Defne zostaje na wyspie.

Figa mówi: „Lecz na wyspie przez lata gnębionej przemocą na tle etnicznym brutalnymi zbrodniami cierpieli nie tylko ludzie. To samo dotyczyło nas, drzew oraz zwierząt zmagających się ze znojem i bólem, kiedy znikały ich siedliska. Naszym losem nie przejmował się jednak nikt”.

Kostas zostaje badaczem drzew a Defne antropolożką ekshumującą zwłoki zamordowanych mieszkańców wyspy.

„Naukowcy pisali obszerne raporty na temat swoich znalezisk, uwzględniając opisy ubrań i przedmiotów osobistych, które choć nietrwałe, potrafiły przetrwać zaskakująco długo”.

Tu mamy proste skojarzenia z ofiarami w Katyniu, Starobielsku ale nie tylko.

„Drzewo jest strażnikiem wspomnień. Zaplątane w naszych korzeniach, ukryte w naszych pniach tkwią włókna historii, ruiny przez nikogo niewygranych wojen, kości zaginionych”.

Para bohaterów spotyka się po latach na Cyprze, przekonując się, że ich uczucie trwa nadal. Ale Defne skrywa tajemnicę, która wpłynie na jej, pozornie szczęśliwe życie, w Wielkiej Brytanii,  z Kostasem i córeczką, która jako szesnastolatka próbuje poznać losy rodziny.

I nie da się ukryć, że 480 stron to tak naprawdę nie jest opowieść o miłości ponad wszystko, właściwie to pretekst do pokazania problemów z jakimi się borykają mieszkańcy Cypru – Grecy i Turcy. W dużej mierze to książka o pokoleniowej traumie, pamięci, okrucieństwie, nietolerancji, żądzy władzy, bezwzględności i brutalności.

No, nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna.

Upalne miasto 107

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

– Cholernie urozmaicone mam życie  – westchnęła Anna wycierając pot  nie tylko z czoła.

W gorący czwartek około godziny piętnastej zanikł odbiór telewizji i Internetu. Odłączyła i włączyła dekoder ale nie zadziałało. Telefoniczny kontakt z siecią powiedział: nic pani nie musi robić, za pół godziny wszystko będzie dobrze. Poczekała godzinę. Nie było.

Następny zalecił zastosować reset za pomocą wysoko wyspecjalizowanego sprzętu, w tym przypadku wykałaczki. Po odczekaniu zaleconego czasu okazało się, że i to nie pomogło. Następny telefon do dostawcy i okazało się, że mają awarię. Trzeba czekać do godz. 20, 40. Potem nadal odbioru telewizji nie było choć pojawił się Internet.

Jak spędzić upojne popołudnie i wieczór? Dzwonić kilkanaście razy z monitem i rozmawiać za każdym razem z inną osobą, różnej płci,  podając ciągle te same dane.

Dobrze, że można poczytać książkę  bardzo pasującą do stanu ducha, czyli kryminał o internetowych okrutnych zabawach zboczonych sadystów.

Kolejny telefon odebrała kobieta, zdziwiła się, bo u niej wszystko było dobrze ale obiecała zresetować system i zaleciła po kwadransie wyłączyć i włączyć telewizor. Nie zadziałało i  zero zdziwienia u klientki. Następny telefon, następne podawanie tych samych danych. Teoretycznie wszystko według nich jest w porządku, ale zamówią technika.

Anna przeleciała pilotem po ustawieniach, kliknęła „uruchom ponownie” i zadziałało. Uff…

Całkiem spokojnie zadzwoniła odwołując wizytę technika. Za przerwę w odbiorze dostanie 20 złotych. Za sześć godzin czyli ile to za godzinę?

Brawo pan Bell, fuj sieć dostawcza.

A jaskółki mają technikę w d…użym poważaniu czyli w odwłoku. Tak ją opisał autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Jaskółka oknówka = Parapeciara

Oknówka ma czarną kapotę oraz białe nóżki, gardło no i zadek. Tego ostatniego używa do zanieczyszczania parapetów, ścian i głowy każdego, kto znajdzie się pod jej mieszkaniem, o co nietrudno, bo przylepia je na zewnątrz budynków mieszkalnych w całym kraju. W odróżnieniu od dymówki nie zdarza jej się budować gniazd wewnątrz budynków. Pewnie uznała, że w ten sposób dotrze ze swoim gównianym przekazem do szerszego grona odbiorców. Trochę ją rozumiem, ale mogłaby używać w tym celu mediów społecznościowych jak normalny człowiek.

Domek oknówki przypomina ćwiartkę kuli zlepionej z błota, śliny, gliny i poniedziałkowych myśli albo zaginione dzieło Gaudiego. Serio, Sagrada de Familia i w ogóle połowa Barcelony wygląda, jakby ulepiły ją jaskółki, a potem napadła na nie grupa przedszkolaków z torbą farbek plakatowych.

Wewnątrz tego dzieła architektury błotnej pani oknówka składa zwykle od 3 do 5 jaj i co gorsze robi to nawet dwa razy do roku. W dodatku za nic ma patriarchat, a w wysiadywaniu bierze udział zarówno samiec, jak i samica.

Nie od razu Barcelonę ulepiono, dlatego młode oknówki, po opuszczeniu rodzinnego gniazda, a przed zbudowaniem własnego gremialnie przesiadują na drutach wysokiego napięcia. Przesiadują i zgadnijcie, co robią? Uchwalają ustawy na biednych Polaków przechodzących dołem. Pewnym pocieszeniem może być to, że jednak nie tylko na mieszkańców Wielkiej Cebuli. Oknówka paskudzi ludziom na głowy w niemal całej Eurazji, zimą w Afryce a lokalnie w Południowo-Wschodniej Azji i na Półwyspie Arabskim.

Być może z chęci rehabilitacji wynikają przedziwne akrobacje, które oknówka urządza na niebie. Kreśli w powietrzu przedziwne esy, a nawet floresy lotem ślizgowym, w którym łapie muchówki, błonkówki i inne robale. Często żeruje wspólnie z dymówką, ale ma krótsze wąsy ogonowe i lata nieco wyżej oraz trochę wolniej od ciemniejszej koleżanki. Pewnie dlatego, że z wysokości trudniej jej celować w zaparkowane samochody.

W ostatnią, bardzo upalną sobotę czerwca Anna pojechała na płatne zajęcia rękodzielnicze odbywające się w ramach Dolnośląskich Warsztatów Craftowych. Zapisała się na nie z wyprzedzeniem ciesząc się, że dojazd jest jednym autobusem. Za to idzie się tam i idzie, bo budynek jest w środku osiedla.

Za trzy dni uczestnictwa płaci się dziesięć złotych, które są przeznaczone na częściowe pokrycie kosztów zużytego prądu. Dostaje się za to zestaw scrapbookingowych plansz i pieczątkę na przedramię. Sponsorem są właściciele „Studium Edukacji Ekologicznej” będące miejscem tych spotkań.

W trakcie zlotu odbywają się różne darmowe pokazy – jak zrobić kartkę okolicznościową, kartę ATC czy inne rękodzieło. Jest także sporo wystawców oferujących różne materiały, nie tylko papierowe, do zajęć kreatywnych.

Tym razem był też mini kiermasz charytatywny – można było włożyć do pojemników niepotrzebne elementy do takich prac, obok stała puszka na datki. Seniorka skorzystała z okazji, aby wspomóc potrzebującą osobę.

Przy drzwiach stało też pudełko gdzie można było wrzucić swoje karty ATC i zabrać inne. Anna wrzuciła i wybrała parę.

Jest to 23-ci zlot we Wrocławiu. Odbywają się podobne także w innych miastach: Warszawie, Łodzi, Krakowie, Katowicach, Poznaniu.

W sali, przed zajęciami, niektóre panie wymieniały się kartami ATC.

Chociaż seniorka wykonała już parę artjournali chciała poznać inne spojrzenie na ten temat. Prowadząca zajęcia Żaneta rozdała po dwie kwadratowe karty (19×19 cm), przekazała i pokazała co i jak będziemy robić na przykładzie swojego journala.

Po kolei rozdawała elementy do naklejenia na każdą kartę. Dużo materiałów leżało tez na stołach.

Jedna z kart była ozdabiana tuszowymi kolorowymi plamami, które po psiknięciu wodą rozlewała się na wszystkie strony. Następnie była suszona nagrzewnicą, aby można było nakleić rozdane elementy i napisy.

Drugą kartę ozdabiały kolorowymi motywami nakładanymi gąbką przez „maskę” czyli plasitkową kartę z różnymi wycięciami tworzącymi szablon. Zastosowały też pieczątki z różnymi motywami – strzałki, pismo, kółka. Oraz cekiny, samoprzylepne kolorowe kółeczka i taśmy ozdobne.

Prowadząca podchodziła do każdej osoby, aby zachęcić, pomóc, wyjaśnić lub poprawić.

Pomagała jej koleżanka a przy okazji robiła zdjęcia zapracowanej grupy. Na koniec każda uczestniczka mogła się sfotografować z prowadzącą zajęcia i swoimi pracami. Było też zdjęcie grupowe.

Jedyną niewygodą był okropny upał, bo budynek nie ma klimatyzacji.

Po zajęciach Anna porozmawiała z pomysłodawczynią i główną organizatorką tych zjazdów Anną Królicką – Sobczak o pseudonimie Krulik, tak z takim „u”. Według mnie to U oznacza jej otwartość, zaangażowanie, niekonwencjonalność (ma troje dzieci a działa intensywnie) i życzliwość.

Upalne miasto 106

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Anna ma kolejny, milionowy chyba, życiowy negatywny zaskocz, znaczy zaskoczenie. I ciągle w związku z połączeniem dwóch dostawców telewizji i Internetu. Pracownica przy omawianiu nowej umowy chytrze przemilczała różne niewygodne materialnie fakty. A sms-y i maile są chyba specjalnie niejasne.

Stado opisanych na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”, bardzo wygłodniałych kotów  napuścić by na nich i zacierać dłonie z uciechą.

RYŚ = wszystkie Ryśki to fajne kociaki

Ryszard jak przystało na kota, jest dosyć za*ebisty. Ma grube puchate łapy, które działają jak rakiety śnieżne. Zakończone pędzelkami puchate uszy, dzięki którym słyszy ofiary z odległości pięciu kilometrów. W ogóle całe 110 cm i około 30 kilogramów rysia jest puchate i służy mu przede wszystkim do spania i polowania. Tak trzeba żyć.

Wzrok rysia również nie ma sobie równych. Ryszard potrafi dojrzeć sarnę z 500 metrów, zająca z 300 metrów, mysz z 75 metrów i penisa typowego myśliwego z 30 centymetrów. Kiedy już dostrzeże coś, co warto byłoby przekąsić, nie rzuca się na to, jak poseł na kilometrówkę tylko powoli zakrada się do swojej ofiary. Kiedy jest już blisko, skacze i po cichu załatwia sprawę. To, że w Polsce jest obecnie więcej posłów niż par rysiów to jakieś koszmarne nieporozumienie, ale i okazja, żeby myśliwi w końcu zrobili coś pożytecznego.

Rysie to koty tajemnicze i pełne sprzeczności. Są szybkie i zwinne, ale nie lubią biegać. Doskonale pływają, ale nie przepadają za wodą, są nieziemsko przystojne, ale przez większość roku wolą żyć same. No, chyba że są samicami. Wtedy zdarza im się zakładać babskie gangi, w których poszczególne samice zajmują sąsiadujące terytoria i czasami wpadają do siebie na rysie ploteczki.

Jak co tydzień we wtorek Anna poszła na masaż przekazując rehabilitantowi słoik miodu ze znajomej pasieki mieszczącej się na działce o nazwie Majorka. Jest to miód kremowany:

Miód kremowany to czysty surowy miód, który został zgranulowany do gładkiej konsystencji. Jest to najpopularniejszy rodzaj miodu wyspach i zyskuje coraz większą popularność w Stanach a i powoli w Polsce. Miód w kremie ma wyjątkową konsystencję masła i jest idealny do smarowania tostów lub dodawania do gorących herbat.

Kupiła małe ogórki do zakiszenia wybierając te z ostrymi wypustkami na skórce, bo to oznacza, że są świeże.

W punkcie ksero dostała od sympatycznej właścicielki dwie książki dla biblioteki w Centrum Seniora, a z kaloryfera (miejsce do zostawiania niepotrzebnych książek) wzięła poradnik napisany przez Jolantę Kwaśniewską.

Boksowanie się z sieciami – dostarczycielami TV+Internet+telefon i nowinami (głównie o dodatkowych opłatach) trwa nadal. I nieustane zasada: nie wie lewica co robi prawica. Doradca telefoniczny zaleca jedno, biuro obsługi kategorycznie temu przeczy a poprzednia sieć nieprawnie pobiera z konta klientki poprzednią kwotę. Że wyższą od ostatnio ustalonej to przecież oczywiste.

Oczywiście wszyscy uwielbiamy być odsyłani od Annasza do Kajfasza, wprowadzani w błąd, czyli lekceważeni. Za własne pieniądze!

A może tych wszystkich informatorów/konsultantów/doradców ugryzł radioaktywny banan? Opisał taki przypadek autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

BANAN = dolce & banana

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego słodycze o smaku banana za cholerę nie smakują jak banan ze sklepu? Ano dlatego, że smakują jak odmiana, której już nie uświadczymy na świecie. Do połowy XX wieku prawie wszystkie komercyjnie uprawiane banany należały do odmiany Gros Michel. Każdy Wielki Michał na świecie był genetycznym klonem jednej konkretnej rośliny. Coś jak ludzie oglądający siostry Kardashian współcześnie.

Michał był smaczniejszy od obecnie uprawianego Cavendisha. Był też większy i nie brązował w 0,001 sekundy od położenia na blacie. Niestety został całkowicie wybity przez grzyba o nazwie TR4, który wywołuje u bananowców chorobę panamską.

Dokładnie ten sam grzyb zagraża obecnie odmianie Cavendish, bo cóż za niespodzianka, zrobiliśmy to po raz kolejny. Wszystkie Cavendishe również są klonami, tak jak obecny kryzys bananowy jest klonem tego z połowy ubiegłego stulecia. Chociaż nie, jest pewna różnica. Mimo że na świecie mamy tysiąc różnych rodzajów bananowców, to tym razem żaden nie nadaje się do zastąpienia dominującej odmiany. Król jest nagi i grozi mu utrata banana.

No dobrze, jest parę odmian, które można uprawiać, np. Goldfinger. Jest tylko jeden mały problem. Ten konkretny banan smakuje jak jabłko. Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, to w sumie zmiana na lepsze, ale wiem, że mdła papka o smaku wyjazdu autokarem nad morze o 5:30 rano ma na świecie paru oddanych fanów.

Na przykład Amerykanów, którzy żadnego owocu nie wcinają tak chętnie jak właśnie banana. Pochłaniają go w ilości około 14 kilogramów rocznie, czyli więcej niż jabłek i pomarańczy liczonych razem. Tymczasem Polacy jedzą tylko 12 kilogramów jabłek. Nie wliczałem w to tymbarka jabłkowego podawanego z żubrówką, żeby nie zaciemniać danych. Za to, tu nie będzie zaskoczenia, ziemniaków jemy aż 100 kilogramów per Polak. Jeżeli sądzicie, że to za dużo, to rzućmy okiem na Ugandyjczyków, którzy konsumują aż 250 kilo bananów rocznie. Czy jest coś, co Polacy zjadają w takich ilościach? Poza wstydem rzecz jasna, ale dosyć już o Euro, nie uprzedzajmy wyników fazy grupowej

Mam dobrą wiadomość dla wszystkich przerażonych cenami słodkich wypieków. Technicznie rzecz biorąc bułka z bananem, jest jagodzianką. Zgadza się, banan to podłużna jagoda. Jakby tego było mało bananowiec to nie drzewo, tylko wielkie zioło, a banany nie zwisają z gałęzi tylko z długiego pędu nazywanego kłodziną.

No i na koniec informacja dla wszystkich fanów atomu. Banany są radioaktywne. Tzn. wszystko jest trochę, ale one zdecydowanie przekraczają normę. Przyczyną jest wysoka zawartość potasu, którego atomy nie potrafią wziąć się w garść i rozpadają się jak Michael Jackson na scenie. Właśnie dlatego detektyw Rutkowski wygląda obecnie, tak jak wygląda. To nie jego wina, ugryzł go radioaktywny banan.

Dzień potrafi być jednocześnie medyczny i przypalony. A to z powodu bliźnich i gapiostwa, czyli zajęcia się, z wyłączeniem myślenia o tym co na kuchence,  rękodziełem.

Najpierw zadzwoniła do Anny koleżanka z którą była internowana pytając kiedy mierzyła ostatnio, ciśnienie.

– Dość dawno – przyznała się seniorka.

– A masz ciśnieniomierz?

– Mam, koleżanka lekarka kazała mi kupić.

– I nie mierzysz?

–  Nooo, jakoś nie.

– Bo ja też mam, najpierw mierzyłam potem przestałam. I pewnej nocy tak się źle poczułam, że aż w szpitalu wylądowałam  – przyznała się dzwoniąca koleżanka.

Następną medyczną wiadomość dostała od znajomej bibliotekarki, która początek emerytury też spędziła w szpitalu. Gorzej miała, bo poddać się operacji musiała.

Trzecia znajoma musiała się poddać operacji cieśni obu nadgarstków.

A przypalić można nie tylko papierosa ale i frytki oraz plasterki cukinii. Gdy się jest bardzo skupionym na jednej czynności.

W piątek Anna wracając z zakupów zobaczyła dużą papierową torbę wiszącą na klamce drzwi sąsiadki. Zadzwoniła ale nikt nie otworzył więc zabrała torbę do siebie zostawiając w drzwiach informację bo okazało się, że źle wpisała numer telefonu. Zajrzała do dość lekkiej jak na te rozmiary torby i zobaczyła suszone zielone liście. Nie powąchała, nie wzięła paru listków, nie zaparzyła, ani nie zapaliła. A potem żałowała.

Upalne miasto 105

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Zmiany, zmiany, zmiany – ale czy na lepsze? – Anna zadała sobie retoryczne pytanie. Sytuacja jest, wyjścia nie ma, bo dostawca telewizji i Internetu przeszedł do innej firmy. Co wiązało się z wymianą sprzętu, modemu, routera, dekodera czy czegoś w tym stylu. Nowa firma zalewała ją, przez trzy dni,  sms-ami i mailami jakby mieli ich w magazynie za dużo i musieli się koniecznie pozbyć.

Technik wymieniający urządzenia nie dość, że nie był kontaktowy na zasadzie „ja tu tylko instaluję”, w dodatku zostawił trzy pudełka, dwa nowe przewody i dwa stare. Oraz starego pilota. Chyba powinien zabrać to ze sobą.

Czyli kolejny telefon na infolinię – doradczyni napisała skargę. Trzeba czekać na odzew. Może ktoś przyjdzie i zabierze elektrośmieci, bo pudełka można wyrzucić samemu. Ale jest też możliwość, że trzeba będzie samemu zanieść to do punktu obsługi. Już widzę jak padają ze szczęścia na ich widok i wszystko biorą z pocałowaniem ręki i nogi. Swojej chyba.

No i mamy dwa różne numery infolinii i klienta, mało doinformowanych konsultantów, dzięki czemu dopiero za piątym razem seniorka dowiedziała się o co chodzi z programem antywirusowym. Szaleństwo i obłęd tuż, tuż. Za progiem jej głowy.

Z przeniesieniem numeru telefonu do tej sieci też problem, bo kontakty ze starej karty sim trzeba spisać i pojedynczo wpisywać na nową. Za karę, że używa się małej Nokii a nie smarftona.

Kolejna atrakcja to wymiana karty sim. Niby prosta ale Anna głupio uparła się aby ją włożyć piętro wyżej zamiast na parterze. „Co się namęczem, co się natrudziem, co się kołnierzyka nabrudziem”. Ale się udało!

Nie udało się natomiast odzyskanie pieniędzy z karty sim, bo poprzednia sieć się wypięła, działając jak szatniarz w filmie „Miś”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Na czacie podano adres mailowy do złożenia reklamacji, więc mail poszedł z opisaniem sytuacji oraz postraszeniem donosem do Urzędu Skarbowego, Inspekcji Handlowej i Biura Ochrony Konsumenta. Szybko przyszedł sms z informacją, że odpowiedzą w ciągu sześciu dni. A to wszystko dlatego, że konsultantka obecnej sieci wprowadziła klientkę w błąd informując, że pieniądze można odliczyć od rachunku.

Rozrywka w postaci wprowadzania kontaktów do pamięci komórki oraz uczenia się obsługi pilota, czyli na jakim kanale jest jaki program i co trzeba zrobić, aby dowiedzieć się więcej o treści filmu nie jest ulubionym zajęciem seniorki. Bardzo nie jest. Poprzednie ustawienia informacji były lepsze – opisy programów większymi literami, wybieranie tych opisów jednym kliknięciem a nie trzema.

KIWI ptak to ma dobrze, bo nie potrzebuje telewizji, Internetu i telefonu. A tak go opisuje autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Przodkowie kiwi prawdopodobnie dotarli do Nowej Zelandii drogą powietrzną. Potem natura zrobiła im przysługę i zabrała umiejętność latania, w razie gdyby byli na tyle głupi, żeby polecieć dalej do Australii. Obecnie kiwi to nieloty, podobnie jak spokrewnione z nimi strusie, emu oraz kazuary. Kiwi co prawda nie wykopie wam dziury w brzuchu tak jak jego krewniacy, ale po wspólnych przodkach został mu ryk dinozaura, który nadepnął gołą stopą na klocek lego.

Kiwi rośnie większy, niż mogłoby się wydawać. Dorosły ptak mierzy do 60 cm długości i waży nawet 3 kilogramy, z czego jedna trzecia przypada na muskularne nogi. Kiwi nie lata, ale biega jak piłkarz ekstraklasy kiedy trzeba uciec przed szansą na wyjście z grupy. Co ciekawe rekordowe kiwi, ale w formie owocowej ważyło więcej, bo aż 4 kilogramy. Biegało natomiast zauważalnie wolniej.

Czasami kiwi, ale ptaki, a nie włochate jajka, które gryzą ludzi w język, łącza się w pary na całe życie. Innym razem kiwi kiwi kiwi i samica uznaje, że pora poszukać lepszego chłopaka. W sumie nic dziwnego, skoro pan kiwi podczas podrywu drze dzioba jakby go obierali. W dodatku samica musi potem znieść jajko o wadze nawet 20% swojego ciała. To tak jakby kobieta ważąca 60 kilogramów urodziła dwunastokilogramowego bobasa. Tym większy szacunek należy się mamie Pudziana.

Tylko 5% kiwi dożyje dorosłości. Połowa w ogóle nie wykluje się z jajek no bo bakterie i spłoszeni ojcowie (to samiec siedzi na jajkach). Potem większość zjedzą koty oraz gronostaje, które powinny być w Nowej Zelandii mniej więcej tak samo jak Zuckerberg na Hawajach. Jeżeli jednak kiwi dorośnie, to ma szansę pożyć nawet 50 wiosen, a to naprawdę długo jak na orzech kokosowy z dziobem.

Kiwi wygląda jak przetłuszczony tupecik na kurzych łapach, ale jego włosy to tak naprawdę bardzo cienkie pióra. Poza tym formalnie rzecz biorąc, jest właścicielem najkrótszego dzioba wśród ptaków. Naukowcy ustalili, że długość ptasiej końcówki mierzy się od otworów nosowych, a te są bardzo blisko czubka kiwi, żeby koleś mógł lepiej wywąchiwać owady. Jeżeli znajdziecie się kiedyś w nowozelandzkiej głuszy i zechcecie namierzyć tego ptaka, to bądźcie bardzo cicho i nasłuchujcie głośnego niuchania. Macie spore szanse na to, że usłyszycie polującego kiwi. Ten sam dźwięk dobiegający z łazienki w klubie to już jednak nie kiwi, tylko ponownie, zawodowi piłkarze.

Wiem, że o dźwiękach wydawanych przez kiwi napisałem dwa razy, ale raz to za mało. W komentarzach znajdziecie kiwi podczas ćwierkania.-

 Znajdziecie to na facebooku.

Odysei pod tytułem „ciąg dalszy okropnych skutków połączenia dwóch dostawców TV i Internetu” ciąg dalszy następuje.

Konieczna wizyta w Biurze Obsługi sieci. Anna dostaje dreszczy na samą myśl o rozmowie mając w pamięci poprzednie doświadczenia.

W ramach kolejnego dziwnego zjawiska zadzwonił technik od instalacji nowoczesności pytając czy zostawił u niej miernik. Pojęcia nie miała co to jest, opisał. Nie zostawił. Powiedziała o elektrośmieciach jakich nie zabrał, na co on  że, że nigdy nie zabiera. Na pytanie: co mam z tym zrobić odpowiedział: wyrzucić. Na argument, że to nie są zwykłe śmieci stwierdził, że on wyrzuca do normalnych pojemników.

No, wszystko opada.

– Ja na pewno zwariuję, bo inaczej tego nie przetrwam – postanowiła Anna.

Zabrała elektrośmieci i poszła do biura obsługi dostawcy. Gdzie sympatyczna urzędniczka powiedziała, że ma dostęp tylko do umów zawartych w ich biurze. Na tak przekazaną informację doradca telefoniczny orzekł, że klientkę spławiono. Oszaleć można!

Tyle dobrego, że dała dwie dobre rady: 1- elektrośmieci można zostawić w sklepie ze sprzętem elektronicznym/elektrycznym bez konieczności dokonywania tam zakupu choć tak wynika z informacji pana gugla; 2  – poszła do biura (obok położonego) poprzedniej telefonii, pogadała z szefem i okazało się, że można odzyskać pieniądze z ich karty sim, po wypełnieniu druku, ale pobierają opłatę manipulacyjną w wysokości 20 złotych!!!! No i realizacja to 30 dni.

A za dwa dni telefon od nich, że skargę otrzymali, pieniądze częściowo zwrócą, bo pobierają 20.- zł. To jest okropne zdzierstwo! Na mail informujący o tym samym Anna nie omieszkała odpisać, że jest zdegustowana tym jak traktują klienta i że cieszy się o nim już nie jest.

Z innej sprawy czeka Annę spory wydatek, bo tak! Płać i płacz.

– Muszę się napić syropu uspakajającego, bo nie przetrzymam tych wszystkich atrakcji – stwierdziła seniorka nalewając sobie specyfik. No i nie ma komu dać w mordę za te wszystkie progi i bariery oraz drogę przez mękę.

A to jeszcze nie koniec, bo mailowo nie dotarła do niej nowa umowa. Tam nie wie prawica co robi lewica i wcale nie chodzi o partie polityczne.