Upalne miasto 98

              UPALNE miasto 98

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************

Kwiecień postanowił nie być wiosennym miesiącem tylko letnim. Co ludzie przyjęli z radością, bo nie wiedzieli jak się ubrać a rozterki różnej ważności są ludzką ulubiona rozrywką.

Gdy Anna wyrzucała śmieci do wiaty wszedł młody mężczyzna z dwoma pojemnikami zabawek i książek dla dzieci oraz dorosłych. Do dziecięcych rzuciła się młoda mama a do dorosłych seniorka. Proza była tylko anglojęzyczna a pozostałe to poezja: Krasiński, Przerwa – Tetmajer, Miłosz. W tomiku tego autora znalazła wiersz:

Do pani profesor w obronie honoru kota i nie tylko” (z okazji artykułu Przeciw okrucieństwu Marii Podrazy – Kwiatkowskiej)

Mój miły pomocnik, nieduży tygrysek,

Śpi słodko na biurku obok komputera

I nic nie wie, że Pani jego ród obraza.

   Koty bawią się myszą czy półżywym kretem,

   Myli się jednak Pani, to nie z okrucieństwa.

   Po prostu widzą rzecz, która się rusza.

Bo jednak zważmy, że tylko świadomość

Umie na chwilę przenieść się w to Inne,

Współ- odczuć mękę i panikę myszy,

   I tak jak kot, cała przyroda

   Obojętna niestety na zło i na dobro,

   Obawiam się, że kryje się tutaj dylemat.

Historia naturalna ma swoje muzea.

Nie prowadzimy tam dzieci. Po co im potwory,

Ziemia gadów i płazów przez miliony lat?

   Natura pożerająca, natura pożerana,

   Dzień i nic czynna rzeźnia dymiąca od krwi.

   I kto ją stworzył? Czyżby dobry bozia?

Tak, niewątpliwie, one są niewinne:

Pająki, modliszki, rekiny, pytony.

To tylko my mówimy: okrucieństwo.

   Nasza świadomość i nasze sumienie

   Samotne w bladym mrowisku galaktyk

   Nadzieje pokładają w ludzkim Bogu.

Który nie może nie czuć i nie myśleć,

Który jest nam pokrewny i ciepłem, i ruchem,

Bo Jemu, jak oznajmił, jesteśmy podobni.

   Ale jeżeli tak, to lituje się

   Nad każdą schwytaną myszą, skaleczony, ptakiem.

   Wszechświat dla Niego jak Ukrzyżowanie.

Oto, ile wynika z ataku na kota:

Teologiczny augustiański grymas,

Z którym chodzić po ziemi, wie Pani, jest trudno.

**********************************************

Ale nietrudno jest zanieść niepotrzebne rzeczy do sklepu dobroczynnego – stwierdziła Anna zalecając ten kierunek mężczyźnie.

W drodze na przystanek spotkała mieszkankę osiedla ucieszoną z wyboru jej kandydata na radnego i polecająca głosowanie na kobietę w drugiej turze wyborów na prezydenta miasta.

W jednej ze znalezionych książek była kartka z cytatem (Mickiewicz – „Dziady, cz. III”):

Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,

Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.
Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów docieką,
Gdzie pędzi, czy się domyślą?

Robiąc zakupy w osiedlowym sklepie nie udało się nabyć czosnku niedźwiedziego ale ostatniego dorsza wędzonego już tak. I zabrakło dla następnej klientki. Anna żartobliwie podsumowała sytuację:

– Kto zjada ostatki bywa piękny i gładki – co po mnie widać.

Na co otrzymała szczerbaty uśmiech ekspedientki.

– Ta to sobie nie pogryzie rzodkiewki tondo – pomyślała starsza pani kupując dwa pęczki tego warzywa.

Na sąsiednim stoisku kupiła  żelki malinki mówiąc:

– Czekając na świeże te poproszę. Nie oszukam smaku tylko oczy.

Nie kupiła sałaty, a może szkoda, bo mógł się na niej znaleźć

ŚLIMAK winniczek opisany przez „Zwierzęta są głupie i rośliny też”

„Wyobraźcie sobie, że jesteście winniczkiem, escargotem lub ślimakiem rzymskim jak niektórzy na was wołają. Zasuwacie sobie, ile fabryka w stopie dała przez malowniczy krajobraz francuskiej wsi po deszczu. Woda szybko wsiąka w krętą drogę, a malwy rosnące za starym, drewnianym ogrodzeniem, pozdrawiają was, prostując wesoło łodygi w salucie rzymskim. Jak miło, że pamiętały.

Pod płotem jednak czai się zło. A konkretniej Francuzi, co na jedno wychodzi. Każdy w berecie, z cienkim wąsem pod nosem i bagietką sterczącą z majtek. Nie usłyszycie ich, bo jak wszyscy we Francji są mimami no i jak wszystkie ślimaki ni w ząb nie macie uszu. Nie zobaczycie ich z kolei, bo mają na sobie obcisłe koszulki w maskujące czarnobiałe paski jak wychudzone zebry z przebarwieniami od wina na zębach. No dobra, niektórzy są nadzy, to przecież Francja. Ale i tak ich nie zobaczycie, bo ślimaki widzą maksymalnie na odległość kilku centymetrów od ślimaka.

Nagle, spod płotu odrywa się cień. Chociaż to prawie niemożliwe, przyspieszacie nawet odrobinę ponad 1 km/h, przekraczając tym samym barierę jednej ślimakogodziny. Wiatr rozwiewa wam czułki i świszczy w skorupie. Nie ma w Europie szybszego ślimaka. Niestety cień nie jest mięczakiem i zagradza wam drogę. Lepka łapa, której paznokcie rzucają wyzwanie czarnoziemom wschodniej Ukrainy, łapie was za mieszkanie i unosi wysoko, wysoko do góry. Tam, gdzie nawet komary latają jedynie gdy wszystkie łydki już zasłonięto. Ale co to? Gdzie się podział cienki wąs? Zamiast niego pod nosem zwisa wielki zielony…

Gil zniknął w akompaniamencie, przyprawiającego o mdłości harkotu.

– Fuuuu! Marek, ciocia mówiła, żebyś nie połykał. – Rozległ się piskliwy głos gdzieś z boku.

– Cicho Alka, zobacz lepiej co mam. Ten jest chyba nawet większy od poprzedniego.

Faktycznie, jesteście ślimakiem w kwiecie wieku, a wasza brązowa, pokryta ciemniejszymi pasami muszla ma przeszło 5 centymetrów wysokości. Teraz, wisząc wśród chmur, albo jeszcze wyżej, tam, gdzie rosną rajskie maliny, uświadamiacie sobie, że popełniliście fatalny błąd w obliczeniach. Zbyt szybko pędziliście przez życie i kraje Europy Zachodniej. Nie jesteście już we Francji. Ani nawet w słynących z jawnej miłości do kiełbasy i skrytej do czystek etnicznych Germanii. Prawda jest znacznie gorsza. Trafiliście do Polski.

A konkretnie w moje mniej więcej jedenastoletnie ręce, pewnego lipcowego popołudnia, kiedy jak zwykle przez połowę wakacji zbierałem z moją wakacyjną koleżanką Alką ślimaki. Kto nie robił za bajtla podobnie, ten miał rodziców fundujących mu wczasy w Bułgarii. Zresztą, w Złotych Piaskach też są Winniczki, podobnie jak w całej południowej, centralnej i wschodniej Europie. Da się je znaleźć nawet w południowej Skandynawii. Ja ich jednak nie jadłem, tylko układałem pod drzewem na wielkim ślimaczym ranczo. Za Alkę nie ręczę, dziewczyna była nieobliczalna, jak zresztą wszyscy w Kołobrzegu.

Pomimo moich najlepszych chęci, ślimaki raczej nie były szczęśliwe na ranczu pod sosną. Nie miały tam świeżych liści, młodych pędów, bulw lub kłączy do pałaszowania. Mam jedynie nadzieję, że pomogłem paru z nich znaleźć odrobinę ślimaczej miłości. Ale, co się dzieje na ślimaczym ranczo, to zostaje na ślimaczym ranczo. Zupełnie nie jak w hotelu sejmowym. No i ślimaki mają odwagę mówić głośno, że są hermafrodytami.

Winniczki uwielbiają również owoce i warzywa, mięso ignorują, a nie znoszą lawendy, majeranku oraz przywrotnika. To samo dotyczy szałwii, rumianku, gorczycy oraz jak ich Francuzi gotują w bulionie i wpychają sobie w wąsate paszczęki. Tymczasem niewsadzony w paszczękę i dobrze odżywiony jabłkami winniczek mógłby sobie hasać po łąkach i lasach nawet przez 30 długich lat. Tzn. hasałby od marca do października, bo resztę roku spędza zagrzebany pod kamieniami lub w ściółce leśnej z drzwiami do chaty zabitymi na głucho przy pomocy specjalnego wieczka, tzn. epifragmy.

Jak już winniczek się odkorkuje, przeciągnie i ziewnie trzy razy, to z marca robi się maj i ślimak bierze się za rozród. Potem wykopuje w ziemi dołek, składa do niego od 40 do 60 jaj, zakopuje ślimacze gniazdo i cyk mamy drugą połowę lipca. Potem jeszcze umyć zęby, opierdzielić mojej babci sałatę w ogródku i znowu można uderzać w kimono. Dzień dobry i dobranoc”.

Upalne masto 97

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

– No, homo ledwo sapiens jestem – pomyślała Anna idąc na wybory samorządowe w temperaturze 28 stopni. Zewnętrznej a nie własnej temperaturze, oczywiście.

Nie była w stanie iść na spacer bo spływała potem. Kupiła sobie, na pociechę, lody ale nie zachwyciły jej swoim smakiem. Para celebrytów kiedyś je reklamująca powinna się wstydzić.

W ramach prac kreatywnych zrobiła i wystawiła na facebookowych profilach karty ATC z żartami.

Na plaży

– Nakryj głowę ręcznikiem, bo ci słońce zaszkodzi! Uważaj tam jest głęboko! Gdzie ty płyniesz? Dość, idziemy do domu!

– Mamo, ale ja tu jestem ratownikiem.

Sąsiadki

– Pani Kowalska, pożycz mi pani wałek.

– Nie mogę, ja też na męża czekam.

Wojsko

Oficer dyżurny instruuje wartownika:

– Jakby ktoś pytał to jestem u dowódcy bazy.

– A jakby pytał dowódca bazy?

Mama dobra rada

– Mamo, dzisiaj zaoszczędziłem!

– Jak?

– Nie kupiłem biletu i całą drogę do domu goniłem autobus!

– To nie mogłeś gonić taksówki?

*   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *   *

Następnego dnia okazało się, że ludziom nie zależy na ich małych ojczyznach. Nie dość, że na wybory samorządowe poszedł mały procent obywateli to jeszcze przewagę mają kandydaci partii dla której Anna ułożyła kiedyś hasło: „Nie głosuj na PiS, bo jest jak w kurniku lis”.

Błędem było, że młodzi ludzie nie mogli pobrać kart głosowania poza własnym miejscem zamieszkania.

Już dawno nie robiła kolaży i wyklejanek a zobaczyła filmik jak powstaje „journal”. Są dwa rodzaje „junk journal”, czyli śmieciowy i „art journal” piękny, dopieszczony z użyciem najróżniejszych metod ozdabiania.

A że Anna lubi stosować recykling to skleiła, kilka razy,  po trzy karty zniszczonej książki, okleiła sztywnym papierem, a wnętrze ozdobiła resztkami z prac kreatywnych. Misz masz powstał kiczowato- bałaganiarsko – kolorowy, czyli śmieciowy. Ale żeby nie było aż tak junkowo na każdej karcie jest małe zdjęcie kota, wycięte skądkolwiek, skąd się dało.

Druga praca to junk/art journal  – karty powstały w taki  sam sposób, a na nich różne wyklejanki z podpisem. Na okładce jest obrazek trochę jakby z epoki powstawania fabryk ale w nietypowej konwencji, a tekst głosi: Myśl globalnie, działaj lokalnie. Tak wyszło a propos wyborów.

Po otwarciu journala widzimy, po lewej stronie,  duży znaczek pocztowy z Peru z napisem „Habilitada I Congreso Nac. De Turismo Lima 1947 a po prawej lokomotywę i napis: „Pociąg do – jeszcze tu nie byłem”, a w rogach, na górze i na dole kartki małe koty.

Następna karta głosi: „Być albo nie – to kiepskie pytanie” (tylko napis). Obok na następnej stronie głowa kobiety z podpisem: „Czy naprawdę warto wspinać się na palce”.

I tak dalej.

– Nie mogę powiedzieć sobie, że oprócz błękitnego nieba nic mi więcej nie potrzeba ale rzeczywiście mam nieduże wymagania materialne – powiedziała seniorka do wnuczki Ewy jednocześnie ozdabiając następne dwa art/junk journale z wyklejankami. Wiesz, znajoma z okazji świąt życzyła mi tylko zdrowia, bo stwierdziła, a zna mnie od lat, że mam niewielkie potrzeby. Prawda, instynkt posiadania to raczej u mnie jako priorytet, na szczęście,  nie przeważa. Moim ulubionym zajęciem nie jest narzekanie na wszystko, a szczególnie na brak pieniędzy, bo wiem, że narzekanie jest objawem niedojrzałości. Podobnie rozbuchana żądza pieniądza i przedmiotów. A szczególnie dobrze uzmysłowiło mi to internowanie w czasie wojennym.

– To duża ulga, taka świadomość – powiedziała Ewa przeglądając babcine prace.

Środę Anna miała bardzo urozmaiconą. Najpierw wyjęła ze skrzynki cztery  listy z kartami ATC od koleżanek z Internetu. Poszła na pocztę i to była trzecia próba odebrania listu, bo w poniedziałek kolejka się wiła i ciągnęła odstraszająco. We wtorek po masażu okazało się, że poczta dopiero będzie czynna od trzynastej, czyli dopiero za godzinę. A zakupy zajęły jej tylko pół.

Po bezkolejkowym załatwieniu sprawy (awizo w skrzynce mimo że o tej porze była w domu) pojechała na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora. Na szczęście tym razem nie przyszła roszczeniowa baba co to „ja jestem pępkiem świata i macie robić co dla mnie jest wygodne, korzystne i przyjemne”. Za to do stołu przed regałem z książkami przysiadły dwie seniorki. Do działania w postaci zrobienia sobie zakładki nie były chętne za to do rozmowy bardziej o polityce niż o książkach już tak.

Zapowiadane opady deszczu były niemrawe, parasol niewykorzystany nudził się w torbie.

W prywatnej piekarni seniorka powiedziała” „poproszę rycerza” a chodziło o chleb o nazwie „rycerski”, bo ma bardzo spieczoną skórkę.

A w domu, po obiedzie usłyszała dzwonek domofonu i słowo „kurier”. Pomyślała, że znowu niesie paczkę do młodych sąsiadów. Ale nie – przesyłka była do niej. Już imieninowa – oprócz drobnych drobiazgów główny prezent – skarbonka w postaci czerwonej skrzynki na listy o wymiarach 12 x 8 x 8 cm, z dwoma kluczykami, z tyłu ma otwory, aby można ją było zawiesić. Bardzo fajny gadżet, uznała. I bardzo a propos, bo  pisują do siebie analogowo (czyli nie cyfrowo) od 60 lat. Skarbonka była bez grosza wewnątrz i słusznie, bo w transporcie grosz telepałby się wewnątrz i ktoś mógłby pomyśleć, że to bomba. I tu przypomniała się jej scena z „Gangu Olsena” gdy Kjeld zostawił w holu dworca lub lotniska pudełko z ciastem a ochrona uznała, że jest podejrzana i sprowadzono saperów.

Czy dzięki groszowi pieniądze będą się mnożyć jak króliki o których fb-owy profil „Zwierzęta są głupie i rośliny też” donosi?

KRÓLIKA jako pierwsi hodowali starożytni Rzymianie około 2000 lat temu. Robili to w celach konsumpcyjnych. Za szczególny rarytas uważali nienarodzone lub świeżo narodzone królicze dzieci, czyli laurices. Tak, Rzymianie pałaszowali królicze płody oraz noworodki. Właśnie stąd pochodzi starorzymska maksyma „bez zabijania dzieci się nie najesz”.

W średniowieczu pałeczkę od Rzymian przejęli mnisi, którzy hodowali króliki i wypuszczali je jako zwierzynę łowną. Przy okazji krzyżowali je na różne ciekawe sposoby. Ale nie tak jak Rzymianie, tylko ze sobą nawzajem. To między innymi dzięki nim na świecie istnieje ponad 300 ras tych kicających drani.

Poza Rzymianami i średniowiecznymi mnichami na króliki dybią również szopy, sowy, lisy, węże, orły, jastrzębie i myśliwi. W tym co najmniej jeden niezbyt bystry, pulchny łowczy ze śmieszną czapką i wcale nie piję tutaj do Arcybiskupa Głodzia.

Na szczęście dla królików, robienie nowych królików to coś, co wychodzi im bardzo dobrze. Królicza ciąża trwa średnio 31 dni, a samica jest gotowa do kolejnej już następnego dnia po porodzie. W ten sposób błyskawicznie powstają całe stada tych uszatych drani, które żyją wspólnie w rozległych systemach podziemnych komór i korytarzy.

W 1859 roku Anglicy ściągnęli do Australii króliki i była to druga najgorsza rzecz, jaka spotkała ten kontynent, zaraz po Anglikach. Uszate dranie z krzywymi zębami zaczęły mnożyć się na potęgę i wkrótce opanowały całą Australię. Z królikami było podobnie. Obecnie liczebność gatunku jest regulowana przy pomocy chińskiego wirusa, ale akurat tym razem robimy to specjalnie. Swoją drogą to chyba jedyny przypadek w historii kiedy Anglicy coś komuś dali, zamiast zabierać i sami widzicie, jak wyszło.

Małe co nieco: Koreańczycy i Japończycy wierzą, że króliki żyją na księżycu i przyrządzają tam ryżowe ciastka nazywane tteok lub mochi. Skąd taki pomysł? Króliki znane są z tego, że wydalają dwa rodzaje odchodów twarde i miękkie. Te miękkie służą im do jedzenia. Matematykę pozostawiam wam. Ale dziwni ci Japończycy prawda? A teraz przepraszam, muszę nałożyć sobie trochę bobków śniadaniowych od Nesquika.

Jeżeli nadal cierpicie na niedostatek informacji o królikach, to polecam książkę „Wodnikowe Wzgórze” i jej animowaną ekranizację z 1978 roku. Świetne kino familijne, takie nie za słodkie.

Upalne miasto 96

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

**********************************************

Przez ostatnie osiem lat główna polityczna orka rządziła i za pomocą podwładnych pożerała kogo dopadła. Aż „Przyszła kryska na Matyska” i do głównego pomagiera wróciła karma. Czekamy aż wróci do prezesa.

ORKA  OCEANICZNA –  z fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”

Wbrew temu co twierdzą Anglosasi, orka wcale nie jest wielorybem zabójcą. Drugi człon nazwy co prawda się zgadza, bo orki to wyjątkowo krwiożercze bestie (tak jak i zresztą Anglosasi), ale pierwszy to ściema. Orki należą do delfinowatych. Tak, orki są delfinami i to największymi w całej rodzinie. To zresztą sporo tłumaczy, bo wszystkie delfiny to chore po*eby. Jeszcze do tego kiedyś wrócimy.

Orki żyją mniej więcej tak jak ludzie. Na szczęście nie w podobnych warunkach, tylko równie długo. Walenie mordercy (tytuł sekstaśmy Tomasza, który nie uważał na pasach) dożywają nawet 90 lat, przy czym tak jak u ludzi, panie orki żyją dłużej od panów.

Skoro jesteśmy przy kwestiach kulturowych. Wiecie, że orki mają własną kulturę? I to nie taką jak jogurt albo mieszkańcy Podlasia. Orki żyją w rodzinach liczących zwykle od 5 do 10 członków. Taką familią rządzi matrona rodu. Jeżeli urodzi jej się syn, to zostaje z nią do końca życia. Czyli jak u Włochów, tylko mama, zamiast przekazać synkowi rodowy przepis na makaron, uczy go unikalnych metod polowania na foki. Zanim się oburzycie, że na Podlasiu ludzie również przekazują sobie różne rzeczy, to nie, żubr w puszce się nie liczy. Nawet pod biblioteką.

Na swoje ofiary orki czasami polują pojedynczo i wtedy są w stanie złapać nawet dwukrotnie większą od siebie ofiarę. Często łączą jednak siły w ramach tzw. klanów, które gromadzą zwierzęta z kilku różnych rodzin. Znany jest przypadek gdzie klan 75 orek, upolował płetwala błękitnego u wybrzeży Australii. Polowanie to coś, na czym orki naprawdę dobrze się znają. Potrafią np. wywoływać falę, która zmyje fokę z kry lodowej. Albo wyskoczyć na plażę, żeby dopaść opalającą się uchatkę. O zaganianiu w stadzie pingwinów i całych rybich ławic nie będę się rozpisywał, bo to typowe orcze sprawy.

Orki nie Szwajcarzy i swój język mają. Nawet wiele języków i przekazują je sobie w ramach rodzin i klanów. Orki z różnych stron świata wypracowały unikalne języki, a te żyjące trochę bliżej siebie, dialekty. Czy to oznacza, że gdzieś na świecie jest orka, która zno ślunsko gadke? Raczej nie, o ile bóg istnieje rzecz jasna.

Po całym świecie pływa jednak sporo orek, które potrafią dostać menopauzy. Cóż za wspaniała umiejętność, tylko po cholerę im ona? Jako że orki żyją w grupach rodzinnych, to starsze osobniki z biegiem czasu stają się spokrewnione z coraz większą liczbą innych orek w pobliżu. To całkiem dobry powód, żeby wstrzymać reprodukcję. Nie wierzycie? Zapytajcie Habsburgów. Nie możecie? No właśnie.

Orki nie są najmilszymi stworzeniami na świecie. Jak to jest, że im bardziej inteligentne jest zwierzę, tym większa szansa, że odwali jakąś chorą jazdę? Np. niektóre orki chętnie polują na rekiny, ale nie zjadają ich całych, tylko wyżerają im wątroby. Rekin bez wątroby zupełnie nie jest sobą, robi się apatyczny i w końcu (zwykle po paru minutach) umiera. Orki jedzą również foki, pingwiny, żółwie morskie, różne skorupiaki, cheetosy serowe no i ryby. Jak to cheetosy serowe? No właśnie, założę się, że przy żubrach i Podlasiu nikt się tak nie dziwił.

Jednym ze świątecznych motywów są zajączki (obok kurczaczków, jajek i bazi), a tak je opisuje autor „Zwierzęta są głupie i …”

Zając szarak, lub gwarowo filip ma 40-70 centymetrów długości zająca i waży od 3 do 7 kilogramów. Ma dłuższe tylne kończyny, ostro zakończone uszy i wyraz pyska jakby dobrze wiedział co myśliwi wyrabiają w krzakach kiedy myślą, że nikt nie widzi. Wracając do uszu, są one dłuższe niż u królika i zakończone czarnymi szpicami.

Pomimo krótszych uszu królik ma więcej farta. Zacznijmy od tego, że za jego wizerunek w popkulturze odpowiadają Amerykanie. Dlatego koleś przegryza marchew, mówi „co jest doktorku” i cwaniakuje wyprowadzając myśliwych w pole. Zając niestety dostał PRowców z bloku wschodniego. Dlatego pali, przeklina i rżnie w karty z wilkiem, który sam wygląda, jakby spędził pół życia w łagrze, a drugą połowę na drobnych rozbojach lub pod Opolem.

Tymczasem zając rozwija prędkość do 80 kilometrów na godzinę, potrafi skakać bez rozbiegu na wysokość trzech metrów. Ma doskonały słuch, a jego kąt widzenia wynosi prawie 360 stopni. Chociaż nie wygląda, to potrafi również świetnie pływać i tak jak inni sportowcy robi to wszystko, byleby tylko nie pracować.

Skoro trudno go złapać w biegu to może by tak zaczaić się przed zajęczą norą, żeby zrobić mu jakąś fotkę na święta? Nic z tego, szaraki wcale nie kopią. Zamiast tego sypiają w płytkich zagłębieniach terenu z udeptaną trawą jak studenci na juwenaliach. Samce zająca w okresie godowym wdają się również w zajęcze bójki. Stają wtedy na tylnych łapkach i okładają się krótszymi przednimi, jakby brały udział w celebryckim meczu bokserskim, tylko zające faktycznie coś tam potrafią.

Niestety populacja zająca w Polsce wynosi jedynie pół miliona i spada, a jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku kicało ich u nas ponad sześć razy tyle. I to wszystko mimo tego, że zajęczą się 3-4 razy do roku, a w miocie zdarza się nawet 10 maluchów. Swoją drogą uszate sryle po urodzeniu mają otwarte oczka, gęste futerko i ani trochę własnego zapachu. Wszystko po to, żeby uniknąć niebezpieczeństwa.

Zając ma sporo naturalnych wrogów, np. wilki, psy, puchacze, jastrzębie, kuny, lisy, tchórze, koty, myszołowy, wrony siwe i przemysł motoryzacyjny. Pod kołami co roku ginie nawet 25% całej populacji. Do tego dochodzi fragmentacja gruntów i coraz krótsza odległość od miedzy do jezdni. Co prawda wygląda na to, że udało nam się pokonać przynajmniej jednego śmiertelnego wroga zajęcy, czyli mroźne zimy. Nie wiem tylko, czy akurat tutaj jest się z czego cieszyć.

No dobrze, ale dlaczego zając, Wielkanoc i jajka? Być może dlatego, że długouchy cwaniak był kiedyś uważany za symbol płodności. Później malowano go u stóp Matki Boskiej. Wiecie tej samej, która pominęła kilka kluczowych ruchów na drodze do macierzyństwa. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale matka zawsze dziewica, zając symbol płodności i mamy materiał na nową książkę Dana Browna.

Autor tego profilu zawsze udowadnia, że ma poczucie humoru ale już pierwszego kwietnia popisał się zasługując na wielki złoty medal z brylantami. Tylko nie wiem czy bohater wymieniony w tekście  z nazwiska ma tak ogromny dystans do siebie.

PANTERKA PODLASKA (polski kot błotny)

Rzadko w naszym pięknym kraju ktoś odkrywa nowy gatunek zwierzęcia. W zasadzie nawet te, które mamy wykazują raczej nastroje emigracyjne i wcale nie mam tutaj na myśli eksodusu miłośników odzieży sportowej po otwarciu granic z unią Europejską, który opisano szerzej w Dresów Księdze Wyjścia. Z tym większą radością przeczytałem o odkryciu grupy leśników z Puszczy Białowieskiej.

Tuż przy granicy z Białorusią w okolicach zabagnionej doliny rzeki Hwoźny odkryto nowy gatunek dzikiego kota. Początkowo leśnicy sądzili, że mają do czynienia z nieco zmęczonym życiem czarnym dachowcem, które zabalował ze żbikami i obudził się w lesie i na kacu i co gorsze na Podlasiu. Zaczęli coś podejrzewać dopiero kiedy dachowiec wskoczył do Hwoźny, zanurkował jak wydra i po kilkudziesięciu sekundach wyszedł na brzeg z żółwiem błotnym w pysku. Wiadomo, że żółwie błotne są u nas pod ochroną niemal na równi z interesami deweloperów budowlanych. Dlatego dzielni leśnicy rzucili się na ratunek gadowi.

Nie wiem, czy próbowaliście kiedyś złapać kota na moczarach w lesie. W każdym razie leśnicy odnieśli sukces i to przy marginalnych stratach własnych, więc zdecydowanie zasługują na swoją najniższą krajową + tyle chrustu ile zdołają zjeść. Żółw został uratowany i wypuszczony do Hwoźny, a kot schwytany i zawinięty w polar najmłodszego leśnika, wybranego na ochotnika do odstąpienia odzieży przez starszych kolegów. Chłopak podobno i tak miał jeszcze wystarczająco dużo zawleczek po żubrach, które stanowią oficjalny środek płatniczy w Białymstoku, żeby kupić sobie nowy, więc nic się nie stało.

Początkowo leśnicy chcieli oddać kota straży miejskiej w Surpraślu, ale kiedy kot zobaczył co jedzą strażnicy w Surpraślu, to stanowczo odmówił wyjścia z polaru. Później leśnicy zawieźli kota do zoo w Białymstoku. Wiedzieliście, że w Białymstoku jest zoo? Nie tylko jest, ale w dodatku jego zarządcą jest schronisko dla zwierząt. Kociak nie mógł więc trafić lepiej. Przynajmniej nie bez przekraczania granic województwa.

W zoo kota w końcu udało się wyciągnąć z polaru, przede wszystkim obiecując mu, że nie będzie musiał jeść kotletów z mortadeli. Kiedy pracownicy zoo zważyli kota, okazało się, że waży trochę ponad 9 kilo. Kiedy go umyli, waga spadła do niecałych siedmiu kilogramów. Co ważniejsze okazało się jednak, że to nie kot, tylko Pan Robert Makłowicz, znany polski krytyk kulinarny, podróżnik, dziennikarz i model bielizny męskiej. Pan Robert podziękował pracownikom zoo oraz leśnikom i obiecał, że nigdy więcej nie będzie próbował podlaskiej wódki, po czym rozwinął skrzydła i wyleciał przez okno. Polaru nigdy nie odnaleziono.

Upalne miasto 95

Upalne miasto 95

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Niektórzy nie mogą żyć bez dokopywania wszystkim dookoła siebie. Tak też jest z niejakim ds, czyli diabłem stróżem. I niech sobie nie myśli, że jego nazwę napiszę dużymi literami, choćby na początku wyrazu.

W poniedziałek 25 marca 2024 roku na godzinę jedenastą Centrum Seniora wyznaczyło termin spotkania na którym seniorki i seniorzy będą mogły i mogli zrobić własne, niepowtarzalne kartki świąteczne. Zupełnie za darmo.

I cóż wymyślił ten z ogonem i kopytami?  Urozmaiceń było parę.

O godzinie 7,26 (dla Anny to środek nocy) otrzymała sms od znajomej z informacją, że nie przyjdzie na zajęcia, bo jej lewa noga ma awarię. Seniorka odłożyła komórkę i przytuliła twarz do poduszki a za chwilę przyszedł następny sms z bardziej szczegółowymi informacjami.

Oprócz tego zaserwował wszystkim naprawdę paskudną pogodę. Zimno, deszcz i wiatr. Anna zapakowała przygotowane materiały do dwóch toreb i pojechała na miejsce. Zmoknąć za bardzo nie zmokła ale pobyt na dworze, w drodze do i od tramwaju, miły nie był.

Zaniosła wszystko do wyznaczonej sali i rozłożyła siedem (choć przygotowała 12)  pakietów/foliowych torebek do których włożyła takie same nieduże elementy.  Poza tym innych wiele – większych i mniejszych wiele położyła na stole. Oraz po pięć różnych kartek karnetów na osobę, w tym jedną w kształcie jaja,  nożyczki i kleje.

I koperty recyklingowe, aby panie miały gdzie schować swoje prace. Nawet w trakcie zajęć zrobiła koperty z czystych kartek formatu A-4 namawiając panie, aby od razu napisały na kartkach życzenia (były na stole wzory), zaadresowały i wysłały życzenia na poczcie w rynku.

Zaraz po wejściu do budynku dowiedziała się, że parę osób, z powodu wstrętnej pogody, odwołało swoje przyjście.

W efekcie były tylko trzy panie. Zabawne jest, że niezależnie ile jest osób zawsze znajdzie się ktoś wyróżniający się – a to wszystko wie lepiej, a to szczegółowo opowiada o swoich chorobach, a to ma manię prześladowczą – śledzą, okradają, sprzęt psują i do mafii należą. Niepotrzebne skreślić.

W sąsiedniej sali spotkały się seniorki, w tych samych godzinach, na tzw. „Jajeczku”. Widocznie frekwencja im też nie dopisała, bo zaproszono karteczkowe panie ale tekstem: przyjdźcie do nas a to sobie potem zrobicie. Zabrzmiało lekceważąco. Szkoda, że Centrum nie skoordynowało obu spotkań, aby połączono przyjemne z pożytecznym. Miało być dobrze a wyszło jak zwykle. No i pogoda dokopała.

– Ale panie już są w trakcie pracy – powiedziała Anna. Jedna z pań szybko skończyła swoją i motywowana ciekawością, pobiegła i poczęstowała się.

Anna nie lubi spotkań polegających na jedzeniu i gadaniu, bo przeważnie do głosu dorywa się najmniej interesująca a za to najbardziej gadatliwa i egocentryczna osoba. Ponad czterdzieści lat pracowała mając kontakt z ludźmi i teraz bawią ją tylko spotkania tete a tete albo przy kreatywnych działaniach. Jedna z kartkujących pań podarowała pozostałym po jajku na wstążeczce zapakowane w plastikową rurę – właśnie niedawno je kupiła. Miły gest.

Po zajęciach Anna poszła na pocztę w rynku gdzie nabyła znaczki i wysłała listy z życzeniami oraz kartami ATC. Kolejki nie było co ją ucieszyło. Po długim życiu w PRL-u ma dosyć kolejek.

W sklepach czasem zdarzają się fajne sytuacje. No, ta fajność zależy od poczucia humoru odbiorcy.

W dużym sklepie spożywczym przy warzywach dwie seniorki. Jedna wybiera marchewki, druga pyta:

– Będzie pani roić sałatkę?

– Tak.

– Ja to nie robię, mam sto lat i nie robię.

Rzeczywiście wygląda na swoje lata ale energii ma jak dwudziestolatka. Ale dość monotematycznej, bo mówi:

– Te pietruszki takie duże.

– Nie duże a długie.

– A selera (pokrojony na części) to za dużo. Tyle nie potrzebuję.

– W prywatnym sklepie pokroją pani na mniejsze części.

– Nie pójdę do prywatnego. Klient nasz pan – gdzie ten kierownik?

Rozgląda się i przywołuje młodzieńca układającego nieopodal owoce.

A  wieczorem po 21 – wszej dzwonek do drzwi. Za nimi sąsiadka z ciśnieniomierzem w dłoni. Poprosiła o sprawdzenie sprzętu, bo po tym co pokazuje poczuła, że nie żyje. Albo ciśnieniomierz jest zepsuty. Baterie wymieniła.

– Od wielu lat go mam i dobrze działał – powiedziała zdziwiona sąsiadka.

Anna zmierzyła swoje ciśnienie i okazało się, że ma bardzo ale to bardzo niskie – nie do życia. Na szczęście przypomniała sobie, że jej koleżanka – lekarka kazała kupić taki sprzęt. Anna kupiła i zapakowany na półce położyła. Nie użyła ani razu. Teraz mogła go pożyczyć sąsiadce. Tak jak kiedyś drabinkę.

MUFLON pewnie nie musi mierzyć ciśnienia.

Muflon to taka dzika owca z Korsyki. Tzn. technicznie rzecz biorąc, jest odmianą owcy domowej, którą wcześniej ściągnięto na tę wyspę z Azji. U nas hasa sobie na wolności. Skoro sobie hasa, to zgadnijcie, kto się nim interesuje? Tak jest, myśliwi, którzy walą do muflonów jak do kaczek od października do lutego. Z jednej strony sprowadzone do Polski muflony niszczą runo leśne i mogą doprowadzić do erozji i zapadania się niektórych terenów. Z drugiej można było o tym pomyśleć, zanim ściągnęliśmy je sobie na habitat i to w celach łowieckich.

Poza Polską muflony żyją np. na Hawajach i Wyspach Kanaryjskich. Pomyślcie sobie jakie to uczucie. Przez pół roku musicie kitrać się po krzakach przed bandą ubranych jak pomocnicy świętego Mikołaja wąsaczy. A potem przychodzi gwiazdka i dostajecie kartkę od kuzyna z Oahu, którego największym zmartwieniem jest to, że od niedawna sąsiaduje z Zuckerbergiem i drań nie chce się dorzucić do renowacji wulkanu.

Muflony najchętniej siedzą na niskich terenach górskich. Takich do 2000 m n.p.m i żrą tam rośliny zielone, owoce, żołędzie i bukiew. Typowa dieta góralska, zanim wynaleziono płatne parkingi w Zakopanem. Zwykle muflony trzymają się w grupach zwanych kierdelami. Wyjątkiem są stare tryki, które często żyją samotnie oraz w milczeniu. Nie dotyczy to owiec, które beczą, a najstarsza z nich przewodzi stadu.

Statystyczny muflon osiąga od 70 do 90 cm długości muflona i waży do 40 kilogramów. Ma też fikuśnie pozawijane rogi. Gdyby je rozprostować to dostalibyśmy nawet 80 cm rogu i bardzo wkurzonego muflona. Myśliwi nazywają te rogi ślimami, bo inaczej po prostu nie potrafią. Jeżeli myśliwi nazywają coś, jak normalni ludzie to dostają tików nerwowych i rozwolnienia. Właśnie dlatego spędzają tyle czasu w krzakach.

Upalne miasto 94

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************

Nazajutrz seniorka wieczorem zapukała do drzwi mieszkania wnuczki.

– Zauważyłam, że pół godziny temu przyjechałaś, pozwoliłam ci odsapnąć i przyszłam. Po pierwsze, aby oddać tekst opowiadania. Mam nadzieję, że nikt się w ten sposób do salonu nie włamał?

– Na szczęście nie ale po przeczytaniu kazałam wstawić kraty w to kuszące obwiesiów okno.

– To powinnaś autorce podziękować za inspirację.

– Już to zrobiłam i nową, bezpłatną fryzurą się jej odwdzięczyłam.

– Bardzo ładnie postąpiłaś. Czy wspominałam, że byłam na badaniu słuchu?

– Nie, nic nie mówiłaś.

– To w poniedziałek. Podjechałam autobusem dwa przystanki i zgłosiłam się do kobiety przy komputerze. Chwilkę poczekałam zanim przeszłyśmy do gabinetu. I tu się popisałam pytając pracowniczkę czy nie ma czegoś do czytania, bo zapowiadali, że badanie będzie trwało pół godziny. Kobiecie troszkę szczęka opadła, potem zrozumiałam dlaczego. Bo nałożyła mi słuchawki na uszy i komputerowo generowała dźwięki raz na prawe potem na lewe ucho. Miałam przyciskać guzik po usłyszeniu dźwięku. Różne były – ciche, głośne i głośniejsze. Drugie badanie było dość dziwne, bo założono słuchawki za uchem a w drugim dodano szumy. Denerwujące to było, wymagało bardzo dużej koncentracji.

– I jaki masz wynik badania?

– Niewielki niedosłuch, bo nie te lata, nie te uszy. Ale uważam, że czasem dobrze jest trochę gorzej słyszeć, szczególnie hałasy. Powiedziałam o badaniu masażyście a on od razu: a co trzeba było kupić?

– Ha, ha, ha – widać obyty jest w tym temacie. Na szczęście to nie był ten przypadek.

– A dzisiaj miałam dziwny telefon. Nie zaproszenie na prezentację z prezentem, którego na pewno zabraknie dla tych, którzy nie dali się naciągnąć. Kobieta przedstawiła się i zaoferowała ubezpieczenie czy odszkodowanie za kredyt wzięty we frankach.

– Ale przecież ty nie masz takiego kredytu, czy czegoś nie wiem?

– Nie mam, co powiedziałam. No to się wyłączyła. Ale wygląda mi to na kolejny sposób naciągania.

– A to świnia, pewnie kolejna pazerna kancelaria prawna, która dostrzegła okazję do łatwego zarobku.

A propos świnia, profil „Zwierzęta są głupie i rośliny też” donosi:

ŚWINKA MORSKA – To wcale nie świnka, to kawia za 3, 2, 1… Miłośników nowej nomenklatury świnkowej spieszę poinformować, że słowo Cavia faktycznie jest obecne w łacińskiej nazwie tego sympatycznego zwierzaka i oznacza rodzinę, do której należy. Zaraz za nim jednak znajduje się wyraz porcellus, który tłumaczy się dosłownie jako mały prosiaczek. Dajmy więc śwince być świnką lub kawią, a nawet prosiaczkiem jeżeli woli. Wolność do bycia świnką, to hasło, pod którym się podpisuję.

Świnki morskie lub kawie domowe (a niech wam będzie) pochodzą od zwierzątek, które biegały sobie dziko po Andach w Ameryce Południowej. W pewnym momencie, 5000 lat temu oryginalni Amerykanie uznali jednak, że kawię warto byłoby udomowić. Zrobili to prawdopodobnie w celach konsumpcyjnych, bo jeździć się na nich nie dało.

Świnki nie śpią zbyt długo. Wystarcza im około czterech godzin na dobę. W dodatku nie zapadają raczej w sen głęboki, tylko drzemią po kilkadziesiąt sekund lub kilka minut jak świeżo upieczeni rodzice. Podobnie jak przypadku tych ostatnich, również oczy świnki morskiej produkują bardzo dużo płynów. Świnka jednak nie płacze nad rozlanym mlekiem. Kiedy już w okolicach jej oczu uzbiera się wystarczająco dużo mlecznej cieczy, świnka bierze ją na łapki i czyści sobie w ten sposób futerko na buzi.

Być może gdyby małe dzieci rodziły się tak gotowe do życia jak bejbi świnki morskie, to rodzice nie mieliby tylu powodów do płaczu. Kiedy mali ludzie robią pod siebie, a co zdolniejsi również do góry, małe świnki biegają, gryzą sianko, mają gęste futro i generalnie wyglądają jak mniejsze wersje dorosłych. Mimo tego, że świnka szybko wygląda jakby była w pełni rozwinięta, to jej kości gęstnieją jeszcze długo po osiągnięciu przez nią sporych rozmiarów. Dlatego ważne jest, aby uważać na nie szczególnie w pierwszych miesiącach życia. Zresztą nawet później świnki mogą łatwo połamać jakąś kończynę, ponieważ mają w nich łącznie ponad 50% wszystkich swoich kości.

Większość państw uznaje od 11 do 13 ras świnek morskich, choć niektórzy twierdzą, że jest ich nawet ponad 20. Zasadniczo działa tutaj ta sama zasada co u kotów. Kiedy już komuś urodzi się dziwna świnka, to zrobi wszystko, żeby jakoś jej dziwność utrwalić. Gdybyśmy tylko byli w stanie ten pociąg do wielorasowości przełożyć ze świnek na ludzi to wszystkim na świecie żyłoby się i dłużej i fajniej.

Wracając do miłych i miękkich tematów, są świnki krótko i długowłose, to jest raczej oczywiste. Mamy jednak również zwierzaki z loczkami i takie, które przypominają czupryny wylizane przez krowę. Jest nawet łysa świnka morska, wyglądająca jak coś, co czasami dostają moje koleżanki w wiadomościach od obcych facetów. Panowie, ogarnijcie się trochę, albo przynajmniej idźcie na jakiś kurs fotografii, który nauczy was jak wydobywać trochę piękna z tak niewielkiego detalu.

No i na koniec jedna z najważniejszych informacji. Największe świństwo, jakie można wyrządzić śwince to trzymać ją w domu całkowicie samą. Świnki powinny występować co najmniej w duetach, bo są niezwykle społecznymi zwierzakami.

A w niedzielę Anna wybrała się ze znajomą do dużego parku na spacer. Najpierw zaserwowały sobie kawę z ciastkiem bez kremu w WUWA Cafe a potem powędrowały. Wiosna powoli zachęca rośliny do zazieleniania się i kwitnienia – najobficiej to robią forsycje zwane „złotym deszczem” i krokusy. Mniej widoczne są stokrotki a na pewnym trawniku zdarzyły się dwa samotne żonkile. Z drzew szybkie są, kwitnąc na biało, mirabelki.

Półtora godziny dotleniania trochę seniorkę oszołomiło. Może dlatego zgapiła się i zostawiła szmatkę blisko palącego się palnika kuchenki gazowej. W pewnym momencie zauważyła, że szkła okularów zaszły jej mgłą ale się tym nie przejęła będąc zajętą czytaniem. Dopiero nieprzyjemny zapach skłonił ją do działania i powodów smrodu i dymu poznania.

Włożyła szmatę do śmieci, otworzyła okno  i wróciła do czytania. Po dłuższej chwili dym i smród się powtórzyły. Okazało się, że paląca się szmata nie została skutecznie stłamszona, trzeba ją było polać wodą. Niektórych ludzi też trzeba by było stłamsić od ich zarania.

Konieczne było wietrzenie mieszkania przeciągiem za pomocą otwartych drzwi i uchylonego okna na półpiętrze.

Za to w środę, w czasie dyżuru bibliotecznego w Centrum Seniora pobrała złotą kartę seniora, która uprawnia, między innymi, do dwóch bezpłatnych przejazdów taksówką ale tylko do lekarza lub urzędu. No i trzeba odpowiednio wcześniej zgłosić chęć skorzystania z tego dobra. Kiedy jest to wcześniej? Najlepiej miesiąc przed jazdą. To ci przysługa! Jest też zastrzeżenie, że nie zawsze będzie to możliwe.

–  OK, pojadę tramwajem lub autobusem – pomyślała Anna jadąc z torbą pełną książek do zostawienia na regale książek uwolnionych od właściciela, w galerii handlowej.­

W domu od kilku dni Anna przygotowuje materiały do zajęć kreatywnych. Cóż łatwiejszego niż zrobić prostą kartkę świąteczną? Po pierwsze trzeba mieć sztywny dwuczęściowy kartonik. Po drugie i następne potrzebne są nożyczki i klej. Także różne elementy ze świątecznymi motywami. Można wykorzystać część oryginalnych kartek, najlepiej wyciętych  nożyczkami z różnymi ozdobnymi ząbkami (świeżo po wizycie u dentysty). 

Poza tym drogą kupna można nabyć różne naklejki, płaskie i wypukłe. W pasmanterii bywają też kurczaczki, kurki, zajączki, listki  na metry oraz tasiemki z okolicznościowymi motywami. Brzegi kartek można wyciąć specjalnymi dziurkaczami brzegowymi. Przydadzą się także drobne elementy wycięte dziurkaczami ozdobnymi – jajka, kurczaki, zajączki, kwiatki, listki. Nieodzowne też są cekiny i kolorowe piórka.

I przystępujemy do działania dając upust pomysłowości.

Trup w wodzie

Marta Matyszczak – Krwawa kąpiel nad Krutynia, Wydawn. Dolnośląskie, Wrocław 2023;  Cykl: Kryminał z pazurem

O autorce:

Marta Matyszczak urodziła się w Chorzowie, na Uniwersytecie Śląskim ukończyła politologię z dziennikarską specjalizacją, Prowadzi internetowy portal „Kawiarenka Kryminalna”.

Zadebiutowała w 2017 roku powieścią „Tajemnica śmierci Marianny Biel” stanowi ona pierwszą z jedenastu  powieści składających się na cykl „Kryminał pod Psem” w których jednym z bohaterów jest pies Gucio. Akcja tych książek toczy się w Chorzowie i Katowicach.

Następny cykl to „Kryminał z pazurem” w którego skład wchodzą „Mamy morderstwo w Mikołajkach”; „Taka tragedia w Tałtach” i „Krwawa kąpiel w Krutyni”. Tutaj bohaterami są Regina – lekarz weterynarii, jej rodzina w skład której wchodzą dwa koty – Burbur, ostra kocica i jej syn Pedro. Akcja tych książek toczy się na Pojezierzu Mazurskim.

O książce:

W książkach z cyklu „Kryminał z pazurem” Pojezierze Mazurskie jawi się czytelnikowi jako kraina gdzie trup się ściele gęsto, szczególnie w akwenach wodnych tam się znajdujących – jeziorach i rzekach. A sprawcami są  to tak zwani porządni obywatele. Chcący lub niechcący.  Jeśli bez świadków uchodzi im to na sucho – do czasu. Jeśli ze świadkami zabójcy są szantażowani i muszą wysługiwać się miejscowym mafiosom.

Głównymi bohaterami są: pani weterynarz Rozalia Ginter, jej mąż Paweł – policjant i kotka z dość wrednym charakterem imieniem Burbur. Nie dość, że wścibska i wredna to jeszcze wydrapuje na dnie wypożyczonego kajaka to co zaobserwowała, taki rodzaj pamiętnika, kto to odczyta? Jej syn Pedro pozazdrościł mamie twórczości i czasem swoje tam dodrapie. Kto się w tym połapie?

Poza tym Nikola i Mateusz – para, która wyjechała na saksy, Olof Szwed będący stale pod wpływem „marychy”, właściciel karczmy, zazdrosna siostra. Bliźniaczki – córki Rozalii i Pawła i energiczna do bólu prawniczka. Zresztą na początku książki autorka wymienia bohaterów z krótką ich charakterystyką. Wśród nich jest ksiądz, któremu teściowa Rozalii zapisała w testamencie swój dom.

Akcja powieści toczy się nie tylko w Polsce ale i w Szwecji gdzie biznesmen oszust i wykorzystywacz imieniem Dobromir wysyła naiwnych mieszkańców Mazur do pracy przy wyrębie lasów. Autorka zastosowała dwie płaszczyzny czasowe, aby opisać co działo się przed znalezieniem trupa w polskiej rzece i wprowadzić dodatkowe postaci. A jest ich bardzo dużo, spis pomaga.

Trupy są  dwa współczesne i być może dwa w przeszłości. Być może, bo jeśli ciekawość będzie was zżerać proszę zacząć od pierwszego tomu. Podejrzewam, że powstaną następne. Może też z zagraniczną akcją – na to się zanosi.

A poza tym mamy szantaże, podkładanie kompromitujących materiałów, wybijanie okien, zazdrość, taniec pary golasów, użycie nożyczek i bejsbola w obronie koniecznej, namolnego dziennikarza – atrakcji nie brakuje. Humoru także.

Upalne miasto 93

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Marcowym popołudniem Ewa zapukała do drzwi swojej babci Anny. Na plecach miała wyładowany plecak a w ręce kartonową teczkę.

– O, witaj kochana – powiedziała seniorka otwierając drzwi. Co dźwigasz?

– Zakupy dla ciebie i  siebie oraz obiecane kolejne opowiadanie mojej klientki.

– No to wchodź, zaraz zrobię herbatę i posmaruję suche wale pastą migdałową na przemian z kwaskowatym dżemem.

– Lubię jak mnie rozpieszczasz – zażartowała wnuczka całując babcię w policzek.

Wypakowała zakupy, poukładała je w szafkach, usiadła i powoli piła napar zagryzając wafelkami.

Przed wyjściem wręczyła babci przyniesiony tekst.

                        Dwaj w salonie

Iwona zamknęła kasetkę z pieniędzmi, włożyła ją do schowka udającego sejf, wstukała kod, włożyła, zdjętą z wieszaka niebieską kurtkę, pogasiła światła na zapleczu, w części kosmetycznej i fryzjerskiej, wpisała cyfry alarmu następnie zamknęła drzwi salonu i opuściła kratę. Popatrzyła na szybę lokalu z myślą, ze trzeba ja będzie umyć. Nieustanne podobała się jej widniejąca tam ruchoma reklama przedstawiająca  kobietę w bardzo średnim wieku siedzącą  na fryzjerskim fotelu i  głaskająca kota.

– Teraz zakupy dla mnie i dla babci, kąpiel i lekki posiłek – zapinając kurtkę i owijając szyję szalikiem w tęczowe kolory zaplanowała dalszy ciąg  dnia.

Przechodzący właśnie zmęczony życiem mężczyzna potrącił ją ramieniem i burkliwie przeprosił.

– Ta to musi być bogata – ocenił z zazdrością.

Wszedł w bramę przejściową i skierował się w stronę wydeptanych drewnianych schodów. Pokonał dwa piętra i zapukał do zniszczonych drzwi.

– Kto tam? – usłyszał, po dłuższej chwili, pytanie zadane zaspanym głosem.

– Otwórz, to ja, Franek.

– No i po coś przylazł? – sympatycznie powitał go kumpel odziany  w dawno niepraną piżamę.

– Mam pomysł na łatwą kasę, przechodziłem obok fryzjera, tam muszą być duże pieniądze.

– I co? Masz klucze, bo właścicielka ci je dała mówiąc: masz Franuś, weź sobie co chcesz?

–  No nie, ale na pewno łatwo pójdzie. Zbijemy, młotkiem owiniętym w szmatę, szybę w oknie na zapleczu, wejdziemy łatwo bo to parter…

– Ale wysoki przecież.

– To weźmiemy twój kuchenny stołek.

– Siadaj, muszę się napić, bo mnie suszy – powiedział kumpel drapiąc, porośniętą siwym włosem, klatkę piersiową. Na głowie miał ich dużo mniej. Pewne znudziła się im czaszka i powędrowały niżej.

– No to kiedy zabierzemy się do roboty? – spytał zniecierpliwiony Franek. Może dzisiaj w nocy?

Kumpel wypił piwo, postawił butelkę na zagraconym stole i powiedział:

– Najlepiej zróbmy to w czasie łikendu. Będzie więcej czasu. Masz może trochę forsy? Bo poszedłbym tam niby jako klient i rozejrzał się.

– A skąd miałbym ją wziąć? Z bankomatu he, he, he? Poza tym jak pójdziesz w swoich ciuchach, nieogolony i cuchnący piwem zaraz zadzwonią po policję.

– To mamy problem – zmartwił się kumpel Stasiek.

– Wydziwiasz, tłuczemy szybę, otwieramy okno, wskakujemy na stołek, potem na zaplecze, bierzemy kasę i nogi za pas – Franek przedstawił prosty i skuteczny plan.

– No, nie wiem. Forsa by się przydała, dzisiaj jest piątek, a w soboty pracują?

 – Pracują ale krócej. Tyle, że chyba musimy poczekać aż się ściemni. Masz latarkę?

– Chyba mam, najwyżej weźmiemy świeczkę, masz jakąś?

– A po co? Przecież tam jest światło – zdziwił się Franek.

– Kretynie, jak ktoś zauważy, że wieczorem w nieczynnym salonie świeci się światło to co pomyśli?

– Że pracują.

– Jasne, przy zamkniętej kracie od zewnątrz. Kurde, myśl trochę.

– O, widzę, że piwo ci pomogło, daj i mnie.

–  Kup se a nie sęp ode mnie.

– Kiedy nie mam kasy – pożalił się gość.

– I rozumu też nie za dużo. Musimy przygotować latarkę, świeczkę, młotek  szmatę.

– Może tam będzie woda brzozowa to byśmy się przy okazji napili – zamarzyło się Frankowi.

– Pewnie, już czekają tam na ciebie hektolitry tej wody, denaturatu i francuskiego koniaku – złośliwie zażartował Stasiek.

– Dobra, dobra, to ja przyjdę tu jutro wieczorem.

Zima akurat poczęstowała kraj lekkim mrozem z opadami śniegu. Dwaj chętni na kasę  i rozgrzani piwem założyli swoje szare kurtki z kapturem, włożyli zaplanowany sprzęt do reklamówki i wyszli na podwórko.

Kiedy podeszli do okna z matową szybą okazało się, że zapomnieli o taborecie.

Wyzywając się od męskiej części ciała wrócili do domu choć jeden mógł zostać na dole. Ale przecież stanowili, od wielu lat,  duet w doli i niedoli, częściej w tej drugiej.

Wrócili ze stołkiem. Chudszy Franek podpierany przez kumpla wdrapał się na taboret, wziął podany młotek owinięty szmatą i rąbnął w szybę. Która łatwo się nie poddała. Walił i walił ale powstała tylko rysa a szkło ani myślało się poddać.

– Złaź, ja to zrobię – zirytował się Stasiek.

Zamienili się miejscami i  teraz poszło trochę lepiej. Szyba była jak niesforna kochanka – niby krucha a oporna do bólu. Bowiem boleśnie się pokaleczyli przechodząc do wnętrza.

– Jezu,  krew mi leci, poszukajmy  apteczki – zajęczał Franek.

– Też się skaleczyłem, przestań jęczeć. Zapal latarkę to zobaczymy co tu jest. Dlaczego  ona tak słabo świeci?

– A bo ja wiem? Dawno ją mam. Może świeczka będzie lepsza?

– A masz zapałki?

Poklepali się po kieszeniach i  znaleźli tylko pokruszone papierosy.

– Trudno, szukamy przy latarce. Widzę czajnik elektryczny, o jest kawa i herbata to zabieramy. Popatrz mają lodówkę, jest nawet wędlina, ser, masło i chleb tostowy. Zrobimy sobie tosty? – zaproponował Stasiek.

– Kretynie, przyszliśmy po pieniądze! – krzyknął kumpel zataczając się na szafkę z której wypadł papier toaletowy i papierowe ręczniki.

Owinęli poranione dłonie papierem i kontynuowali przeglądanie pomieszczenia. Na regale znaleźli farby do w  włosów, grzebienie, szczotki, folię spożywczą i aluminiową, kilka długopisów i bloczki na notatki. Na dole regału stał spory pojemnik z płynem. Stasiek odkręcił korek i powąchał, zapachniało alkoholem.

– Franek, chodź tutaj, coś znalazłem, chyba da się wypić. Rozsiedli się na wygodnych krzesłach, nalali do kubków z firmowym hasłem: „Wejdź tera do fryzjera” znaleziony płyn i zagryzając zawartością lodówki raczyli się boskim nektarem.

W poniedziałek Iwona znalazła dwóch chrapiących obwiesiów wśród bałaganu produktów higieniczno – fryzjerskich. Obaj byli tęczowo wysmarowani różnymi farbami do włosów, częściowo owinięci foliami a wokół fruwały papierowe strzępki.

Zdjęcia tego widoku szybko znalazły się na portalach społecznościowych wzbudzając ogólną wesołość i stanowiąc inspirację do paru memów.

Upalne miasto 92

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Dzień Kobiet był słoneczny choć zimny. W tramwaju obok Anny usiadła kobieta z dwoma pęczkami nierozkwitłych żonkili.

– Dostała je pani? – spytała.

– A nie, kupiłam sobie po trzy złote za bukiecik. Nie ma mi kto dawać kwiatów. W pracy mamy jednego ochroniarza ale to straszny buc i skąpiec.

– Pewnie uważa, że to jemu należą się całoroczne kwiaty i komplementy.

– Jest niegrzeczny do ludzi, szef ma go przenieść.

– Najlepiej do jakiegoś bezludnego podziemia – stwierdziła seniorka.

Pojechała do biblioteki CS, aby zabrać parę wycofanych książek i zawieźć je na regał dla „uwolnionych’ w galerii handlowej. Niespodziewanie zastała tam parę interesujących, dawno wydanych, klasycznych pozycji  – zabrała dla biblioteki tylko Emancypantki” Prusa.

W Empiku zrobiła sobie prezent w postaci czterech pobłyskujących pisaków/mazaków/flamastrów.

Galeriowy punkt pocztowy był oblężony niczym mięsny w PRL-u więc poszła na inną pocztę, aby nadać do koleżanki, priorytetem, list zawierający książkę i życzenia świąteczne.

– Po ostatnich doświadczeniach nie wiem kiedy do niej dojdzie – pomyślała. Jeśli w ogóle, miała rację Dolnośląska „Solidarność”, że już wysyła życzenia świąteczne tym osobom, które ma na swojej liście. Nie czarnej, nie czerwonej, może po prostu białej komputerowej.

W różnych miejscach seniorka zauważyła stragany z kwiatami. W przejściu podziemnym prowadzącym do galerii handlowej i obok sklepu mięsnego niedaleko poczty. Głównie oferowano tulipany. Można przy okazji nabyć goloneczkę na świąteczną kolacyjkę. Lub trochę salcesonu do pysznych kanapek.

Na przystanku stała młoda kobieta z trzema balonowymi kwiatami – różą i tulipanami.

Następny stragan był na skrzyżowaniu dwóch ulic niedaleko apteki i piekarni. Taki prezent można by sobie wymyślić: bukiet + prozac + ciacho z kremem. Obok w trafice prasę zgodną z poglądami lub zeszyt z krzyżówkami.

Po drugiej stronie ulicy, pod sklepem mięsnym zmęczony lub zrezygnowany mężczyzna przykucnął przy dwóch wiadrach z żółtymi tulipanami.

A co sądzi o tym święcie poniższe zwierzątko opisane na fb-owym profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” – przypuszczam, że nikt tego nie wie .

Lotopałanka karłowata to po angielsku sugar glider. Nic dziwnego, w końcu wygląda jak tiramisu z wytrzeszczem. Od samego patrzenia na kremowego drania można dostać próchnicy z przerzutami na serce. Nieco mniej słodko robi się kiedy zajrzymy lotopałance pod maskę. Samice mają dwie macice, dwa jajowody i dwie pochwy, a cały ten bałagan ma ujście w kloace. Czy to oznacza, że samiec ma dwa penisy? Nie do końca. Tylko od końca, bo kuśka zaczyna się pojedynczo, ale jest rozwidlona, jak całujące się dżdżownice lub język Arcybiskupa Jędraszewskiego.

Serio, apeluję do wszystkich ciekawskich o zaufanie mi w przypadku pałankowych penisów. Zresztą co mi tam, skoro ja cierpiałem, to wy też możecie. Zdjęcie tej abominacji znajdziecie w komentarzu. Pewnie myślicie sobie, że gorzej być nie może. Takiego widlaka. Otóż lotopałanki płci męskiej całkiem często wystawiają przyrodzenie na widok publiczny. Gorzej z chowaniem. Jeżeli przez kilka godzin penis lotopałanki nie chce zejść wam z oczu, to podobno należy go przetrzeć wazeliną. W innym przypadku może wyschnąć, sczernieć i odpaść, co już wygląda gorzej nawet od biskupiego języka.

Zanim krzykniecie, nie to niemożliwe, lotopałanka nigdy by nam czegoś takiego nie zrobiła, to musicie wiedzieć, że gadzina pochodzi z Australii więc i tak dobrze, że widlasty siusiak nie jest jadowity. Tak, lotopałanka żyje na kontynencie do góry nogami i jak większość tubylców ze słabością do mleka należy do torbaczy.

Lotopałanka karłowata jest dosyć niewielka, mierzy od 32 do 42 centymetrów, z czego połowa przypada na chwytny ogonek. Waży od 80 do 160 gramów, a pod pachami chowa dwa koce przymocowane do nadgarstków i kostek. Po co? Żeby szybować z drzewa na drzewo, o ile nie są one oddalone od siebie o więcej niż 50 metrów. No i tutaj wyjaśnia się pierwszy człon nazwy zwierzaka, bo drugi omówiliśmy sobie już wcześniej. Cukrowe szybowce są aktywne głównie po zmroku, bo wtedy najłatwiej jest upolować sok z drzewa. Obok nektaru i różnych robali to właśnie on stanowi podstawę ich diety.

Lotopałanki można łatwo kupić lub sprzedać na popularnym portalu do handlu książkami, bronią i nietrafionymi prezentami choinkowymi. Czy warto? Trudno mi oceniać, ale podobno całkiem łatwo przyzwyczajają się do obecności człowieka. Pewnie nawet my nie jesteśmy tacy najgorsi kiedy mieszka się w kraju gdzie ptaki ćwiczą karate.

Co żre lotopałanka w niewoli? Przecież nie damy jej do ssania dębiny a brzozy, choć smaczne to od jakiegoś czasu mają u nas prasę jak góry lodowe w Ameryce. Na szczęście lotopałanki można karmić mieszanką wody, miodu, gotowanych jajek oraz odżywki białkowej. Jeżeli z czymś wam się to kojarzy to prawidłowo. Niewidzialne arbuzy pod pachami osiedlowych amatorów kultury fizycznej to tak naprawdę fantomowe fałdy skórne, które ci wykształcają, bo jedzą to samo co lotopałanki. Oni też chcieliby odlecieć i spijać sok z figowca lub eukaliptusa, ale udaje się to jedynie niektórym.

Poniedziałek zaczął się Annie wystrzałowo, w kuchni. Włączyła światło i huk, błysk – nie ma nic, ani odbioru telewizji, ani Internetu, ani szumu lodówki. Przesunęła dźwigienkę w liczniku – nie zadziałało. Za to zaczęła swoją robotę wyobraźnia. To na pewno cała instalacja w domu wysiadła. Czeka ją kucie wszystkich ścian i wymiana przewodów. Dokąd się przeprowadzi na ten czas i kto jej to zrobi?. ITD w ten rzucik.

Zapukała do sąsiadki – u niej instalacja w porządku i prąd płynie. Poradziła zajrzeć do skrzynki  pół piętra wyżej bo  tam na pewno jeden dzyns jest opuszczony. I był – ufffff. Ale i tak psychicznie seniorka rozlała się wszędzie.

Za to odbiór telewizji postanowił pokazać figę bez maku i nie zadziałać choć wykonała typowe czynności.  Zażarło za trzecim razem.

– Dziękuję za fantastyczny początek tygodnia ty wredny diable. A żeby ci wszystkie kopyta i zęby wypadły. Już, zaraz, natychmiast! – pomyślała.

Ale poniższy wpis ją trochę pocieszył.

KOT – jedyna toksyczna relacja w której warto trwać

Mamy marzec, a w marcu pewne jest tylko to, że pogoda wydyma nas we wszystkich pozycjach Kamasutry i że koty zaczną odprawiać swoje porąbane rytuały godowe, które z jakiegoś powodu muszą obejmować darcie mordy pod moim balkonem. Pod tym względem puchate dranie przypominają studentów. Podobnie jak oni, koty przesypiają również dwie trzecie doby. Rzadziej na kacu, ale równie często na trawnikach pod blokiem. W tym miejscu podobieństwa się kończą, bo z pozostałego czasu koty aż jedną trzecią poświęcają na inne czynności higieniczne, czyli głównie lizanie sobie tyłka, w miarę możliwości na stole obok rosołu.

Co jak co, ale koci tyłek musi błyszczeć. To przy jego pomocy koty okazują ludziom sympatię, podstawiając go im przed twarz i czasami zawijając ogonem po nosie dla lepszego efektu. To w niego również możemy kota pocałować jeżeli czegoś od niego chcemy. Dranie doskonale rozumieją, co się do nich mówi, ale zwykle mają to w wylizanym do czysta poważaniu.

Co innego ludzie, którzy bardzo chcieliby zrozumieć, o co do diabła chodzi temu sierściuchowi. Niestety nie za bardzo idzie nam czytanie z pozycji kociej dupy. Dlatego specjalnie dla ludzi koty nauczyły się miauczeć. Co prawda miauczenia również ni w ząb nie kumamy, ale przynajmniej nas denerwuje.

O nieporozumienie z kotem jest niestety bardzo łatwo. Np. kiedy zwierzak przewraca się na plecy i nadstawia brzuszek do głaskania. Kot pokazuje w ten sposób, że jest zrelaksowany, ufa nam i że tylko jeden nieostrożny ruch dzieli nas od amputacji dłoni.

Tak, koty potrafią być przerażające. Szczególnie kiedy gapią się na człowieka, jakby chciały mu wyssać duszę przez oczy i to nie żeby ją zjeść, tylko pobawić się nią trochę, a potem zostawić krwawiącą gdzieś w kącie za meblościanką. Czasami jednak kot wpatruje się w człowieka i mruga powoli. W ten sposób okazuje uczucie oraz zaufanie. Albo ubliża nam, w alfabecie Morse’a. Z kotami nigdy nic nie wiadomo.

Mamy za sobą część szkalującą, pora na odrobinę nachalnej edukacji. Po pierwsze kota lepiej jest nie wypuszczać z domu. Wypuszczone koty żyją znacznie krócej od trzymanych w domu. To samo dotyczy drobnych zwierząt w najbliższym otoczeniu kota. Im bardziej kot jest wypuszczany, tym bardziej one nie żyją.

Kolejna sprawa dotyczy kastracji. Internet nie kłamie. Wasza najbliższa okolica faktycznie pełna jest samotnych mamusiek. Tak się jednak składa, że mają one cztery łapy i wąsa pod nosem. Jakbyśmy się nie spinali to nie dla wszystkich kocich półsierot starczy rodzin zastępczych. Lepiej jest więc zapobiegać.

W dodatku kastracja przedłuża średnią wieku kota. Szacuje się, że sterylizowane kotki żyją o 39% dłużej, a w przypadku kastrowanych kocurów różnica wynosi aż 62%. Sterylizacja w przypadku kotek pomaga również zapobiegać różnym nowotworom.

Na razie to tyle o kocich dziwactwach, ale jeszcze kiedyś do nich wrócę. W końcu nie wspomniałem jeszcze o kociarzach, których grupy w świecie miłośników zwierząt są odpowiednikami bojówek piłkarskich. Wiem, o czym mówię, bo sam do jednej z nich należę. Dowody znajdziecie w komentarzu.

Dzisiejszy odcinek jest sponsorowany przez zdrowy rozsądek, godność człowieka oraz literkę A, jak „Akcja Sterylizacja”. To ogólnopolska akcja walki z nadpopulacją zwierząt domowych organizowana każdego roku w lutym, marcu oraz kwietniu.

Upalne miasto 91

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************* **********

– Chyba trzeba będzie przejść na gołębie, a jeszcze lepiej jastrzębie pocztowe, bo to co wyprawia ta instytucja przechodzi ludzkie pojęcie – pomyślała Anna po rozmowie telefonicznej z koleżanką z Krynicy Górskiej. Wysłała ona 2 lutego list polecony, który nie dotarł do 26 marca. Pocztowa urzędniczka poinformowała ją, że zostawione było dwa razy awizo, adresat nie zareagował, list wróci do nadawcy, który ma za to zapłacić.

– Jakie awizo? Kłamią w żywe oczy!!! – zdenerwowała się seniorka. Przecież codziennie zaglądam do skrzynki!

W poniedziałek w skrzynce zastała powiadomienie o przesyłce, napisano, że powtórne.

– Wystarczyło domofonem zadzwonić, bo byłam w domu – wkurzona Anna powtarzała pod nosem brzydkie wyrazy po kilka razy.

Jednak nie był to list z Krynicy tylko z tego samego miasta, wysłany 12 lutego, na kopercie napisano, że awizo zostawiono 14 – tego, tylko nie wiadomo gdzie, bo nie w jej skrzynce.

Na poczcie powiedziano, żeby reklamację składała u listonosza. Czyli trzeba przed skrzynkami czekać od 7-mej rano aż się łaskawie zjawi. Świetna spychologia. Argumentem jest też to, że teraz wszyscy listonosze są obcokrajowcami. A wszyscy pracownicy (oprócz „góry”) zarabiają mniej niż średnia krajowa. Czyli mają prawo „olewać” obowiązki.

– Czy ktoś się przejmował, że całe życie w budżetówce mało zarabiałam? –  Anna zadała sobie retoryczne pytanie nie tylko na śniadanie.

Wtorek zwyczajowo zaczął się masażem ale przedtem seniorka kupiła nowy numer czasopisma „Książki” i zaszalała zdrapką za 2 złote, bo klient przed nią drapał z nadzieją. Życzyła mu miliona ale ani on, ani ona niczego nie wygrali. Nadzieja matką głupich i pocieszycielką strapionych jest.

Niestety trochę zmarzła, bo poprzedniego dnia wyprała zimową kurtkę a, jak na złość, okazało się, że na dworze nie jest coraz cieplej. Kurtka na strychu dochodzi do suchości a Anna kupiła sobie kawę na rozgrzewkę. No to dostała zimną a obrażona ekspedientka nie zaserwowała słowa przepraszam. Złe szkolenie przeszła.

Masaż, jak zwykle,  przebiegł w miłej i pełnej zrozumienia atmosferze odwrotnie niż układy rodzinne rehabilitanta.

Mimo zimna, bo do odważnych świat należy, Anna pojechała kilka przystanków, aby kupić frotowe kapcie bez palców – takie lubi. I, o dziwo, udało się! Transport miejski też się spisał, bo długo nie musiała czekać ani na tramwaje, ani na autobus do domu.

A tej ekspedientce życzę spotkania z

WOMBAT-em = bombat

Wombat mieszka w Australii i jest torbaczem. W dodatku to najbliższy żyjący krewny misia koala. Od razu wiadomo, że za chwilę przeczytamy o jakimś chorym gó*nie. Faktycznie, wombat to jedyne stworzenie na świecie, które potrafi walić kupy w kształcie sześcianów. Nie, to nie było wyzwanie, siadajcie. Poza tym raczej nie macie tak uzdolnionych jelit jak wombat. Jego flaczki mają dwie ściany sztywne jak skrajna prawica przed kamerami i dwie elastyczne jak ci sami goście kiedy gasną światła, a z głośników leci rota.

W ciągu jednego dnia wombat potrafi wyprodukować od 80 do 100 kupokostek. To tak jakby człowiek codziennie zostawiał za sobą 10 metrów stolca. Nawet paskowy TVP w swoim prime time nie produkował tyle g*wna. Dzięki temu, że wombacie kupy są kanciaste, nie staczają się z pochyłych powierzchni. Mało tego, wombat ustawia z nich wieżyczki na kamieniach, kłodach i innych podwyższeniach. W ten sposób oznajmia innym wombatom, że ten teren jest już zakupany. Z drugiej strony te same konstrukcje mogą być zaproszeniem na randkę. Na pewno płynie z tego jakaś nauka, ale nie mamy na nią czasu. Musimy pomówić o dupie wombata.

A dupa wombata jest spektakularna. Zacznijmy od tego, że te dupiaste torbacze wcale nie są małe. Mogą ważyć do 35 kilogramów, z czego znaczna część przypada właśnie na cztery litery. Nie dość, że pośladki wombata są ciężkie to w dodatku opancerzone. Tak jest, wombat ma półdupki zabezpieczone specjalnymi płytkami kostnymi. W razie niebezpieczeństwa koleś daje nura do nory głową w dół i dupą na zewnątrz. Blokuje w ten sposób wejście do kryjówki. Bariera jest nie do przejścia dla większości drapieżników. No, chyba że trafimy na wyjątkowo figlarnego wombata. Taki torbacz robi odrobinę miejsca pomiędzy tyłkiem a sufitem tunelu. Akurat tyle, żeby dingo lub inny diabeł tasmański wsadzili tam swoje naiwne głowy, a wtedy… BOUNCE, BOUNCE, CHRUP. Wombat zaczyna twerkować w rytm Down Under, zgniatając czaszkę przeciwnika, pomiędzy pancernym tyłkiem a sklepieniem tunelu. Australia plaże!

Dzień dyżuru w Centrum Seniora przy regale z książkami konweniował z pogodą – telewizor buforował i oznajmił, że odczuwa brak połączenia. Ewidentnie postanowił zrobić odsapkę. Proszę bardzo – Anna odłączyła kabelek na jedną minutę a potem zażądała działania, bo ona tu rządzi za pomocą comiesięcznych opłat.

Router zawiaduje odbiorem telewizji oraz Internetu i ten ostatni nie mógł przez jakiś czas,  złapać oddechu, czyli właściwej sieci.

A w kuchni mrugająca czasem nieporozumiewawczo żarówka wypięła się całkowicie i „cyt, iskierka zgasła”.

Dyżur urozmaicony został pretensjami kobiety, że tam nie ma Dyskusyjnego Klubu Książki.

– Przecież może pani ze mną podyskutować o książkach  – zachęciła seniorka.

Nie chciała. Iść na spotkania DKK w bibliotece też nie. Widać było, że chodziło jej o narzekanie i pretensji objawianie.

Inna pani robiła za gwiazdę choć nie stawiła się na casting jaki tam się odbywał. Gwiazdorzenie polegało na postawie ”ja żądam, żeby tak było jak ja chcę i wszyscy mają się do tego dostosować”.

Podobnie zachowali się autorzy ankiety tyczącej czytelnictwa. Nie skonsultowali pytań z osobami w różnym wieku tylko napisali co im na długopis/klawiaturę spłynęło a dużo tego było. Żeby zniechęcić i udręczyć wypełniającego? Na to wygląda. A także na popisywanie się: ach jacy jesteśmy świetni, twórczy  i błyskotliwi a ty pokornie uznaj naszą wyższość połączoną z  mądrością. Bo tak! A to liski – chytruski!

 LIS RUDY potrafi skakać na ponad dwa metry! Wyobrażacie sobie? Co za chory po*eb. Ale to nie wszystko. Robi to po to, żeby polować na myszy. W dodatku to jedyny psowaty, który jest w stanie chować pazury. Kto jeszcze chowa pazury? No właśnie. Na miejscu innych psowatych solidnie zastanowiłbym się nad wywaleniem go z klubu Azora za szpiegostwo międzygatunkowe.

Kolejną fascynującą cechą lisów jest to, że śmierdzą. Ale nie tak zwyczajnie tylko na co najmniej trzy różne sposoby. Po pierwsze sztynią z przodu z gruczołów łojowych, które znajdują się w okolicy szczęki. Po drugie zalatują z tyłu z gruczołów odbytniczych. Wreszcie po trzecie śmierdzą naokoło, bo używają wyjątkowo smrodliwego moczu do komunikacji z innymi lisami.

Kiedy chcą o czymś pogadać, to mają do dyspozycji nie tylko wzajemne śmierdzenie w swoim kierunku. Niestety wydają z siebie również kilkadziesiąt różnych dźwięków, a każdy z nich brzmi jak demon z siódmego kręgu piekieł, który nadepnął na klocek lego albo kaszojad, miotający się po sklepowej podłodze i negocjujący z rodzicami zakup piórnika z Elsą z Frozen (true story).

Lisy nie nadają się na zwierzątka domowe. Są na to zbyt ciekawskie. Jeżeli jakimś cudem dostaną się do czyjegoś mieszkania, to poczynią w nim zniszczenia większe niż kot, pies a może i dziecko. Będą otwierały, skubały, ciągnęły i rozszarpywały wszystko, co wejdzie im w pole lisienia. To, czego nie zdołają zniszczyć, oznaczą moczem i kałem jak użytkownicy publicznych toalet.

Lisy zdają sobie sprawę z tego, jakie są wkurzające. Dlatego kiedy już znajdą innego lisa, który jest w stanie z nimi wytrzymać, to zostają z nim do końca życia. My nazywamy to oswajaniem i na tym polega monogamia.

Upalne m,iasto 90

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************

Szaleństwa diabła stróża najczęściej są nieokiełzane. Już dawno zepsuł lampę naścienną w łazience, bo przy naciśnięciu na włącznik rozlegał się huk – błysk i ciemność, widzę ciemność. Mając świadomość zabytkowego stanu przewodów elektrycznych budynku Anna kupiła lampkę nocną i ją stosowała. Diabeł się zeźlił, że go przechytrzono  i za jakiś czas zepsuł baterię nad wanną. Wymieniono ją za pomocą złotorączkowego męża koleżanki. Seniorka marzy o baterii pocisków skierowanych w rozrabiakę.

Następna była lampka nocna przy łóżku w której środku złamał się gwint. Niech to jasny gwint trzaśnie! Takiej samej lampki nabyć się udało. Inna nie była tak funkcjonalna.

Kopytny wrócił do łazienki i wygryzł dziurę w kołnierzu doprowadzającym rurę dolnopłuk – muszla.

Kuchni  dowcipniś też nie ominął psując zawias drzwiczki szafki. Mąż koleżanki naprawił lampkę nocną, ponabywał potrzebne części i przybył z pomocą naprawczą.

Anna była cała szczęśliwa, że może ma spokój na jakiś czas ale nie ma tak dobrze. Poszła skorzystać z wc i zauważyła, że woda, bez zaproszenia,  się leje strumieniem do muszli. Fachowca nie złapała telefonicznie więc się pożaliła jego żonie.

Zakręciła kurek wodny i pojechała do Centrum Seniora na dyżur biblioteczny niosąc własne metalowe zakładki, teczkę z kolażami do pokazania pracownicy CS, taśmy klejące, nożyczki i duży klej, aby poprawić wygląd  niektórych książek. Lekko nie było.

Gdy jechała tramwajem dopadł ja niepokój – zamknęłam drzwi czy nie? Na miejscu zadzwoniła do sąsiadki, która nie odbierała. Niepokój wkurzająco narastał. Wyobraźnia seniorki zaczęła działać – jakiś fan zabytkowych i zniszczonych leciwych przedmiotów wchodzi do jej mieszkania jak do siebie i wynosi różne starożytności z epoki PRL- u, lodówkę i drabinkę z przedpokoju, owalny i prostokątny stolik z pokoju, komodę z rękodzielniczymi przydasiami, kwiatki w postaci geranium, aloesa i żyworódki oraz metalowy świecznik z trzema ogarkami (ogarami) świeczek.

W Centrum  najpierw przykleiła na regale napis „biblioteka” i zajęła się dalszym porządkowaniem – oklejaniem – opisywaniem książek oraz odpowiadaniem na pytania przybywających tam, w różnych sprawach, seniorów. Dwie panie były zainteresowane książkami, a jeden mężczyzna bardzo się zdenerwował, że nie ma grupy tylko dwie kobiety. Czego chciał? Zaprezentować, może, swoja wiekopomną twórczość na jaką zasługuje tylko wielkie grono?

Parze wypełniającej druk do Karty Seniora pożyczyła długopis wmawiając, że jest bezcenny bo złoty choć niebieski. Pożartowali sobie trochę z tego co jest dla ludzi cenne i bezcenne. Inny mężczyzna miał ogromną chęć opowiadania wszystkim o sobie ale trochę się zniechęcił widząc, że seniorka jest zajęta pracą a nie spijaniem słów z jego ust.

Sąsiadka oddzwoniła i stan drzwi sprawdziła, zamknięte były.

Idąc do tramwaju Anna usłyszała dźwięk swojej komórki ale będąc przekonana, że jest na dnie wypełnionej torby postanowiła odczytać wiadomość w domu. Wybebeszyła obie torby i telefonu nie znalazła. A przecież dźwięk słyszała!

– Gdzie ta cholera się schowała? Aaaa- włożyłam ją do kieszeni spodni – przypomniała sobie.

W łazience odkręciła narurowy kurek sprawdzając czy nadal wc-towa Niagara leci z radosnym pluskiem. Nie leciała. Podzieliła się radosną wiadomością z odzłotorączkową koleżanką.

Kiedyś jej mąż powiedział gdy ta coś wywinęła:

– No, z tobą to się nudzić nie można.

– A ja mam kop adrenaliny przez mojego diablego stalkera – pomyślała Anna.

Następnego dnia zaplanowała marszrutę po osiedlowych punktach i nie zniechęcił jej padający, niezbyt nachalnie na szczęście, deszcz. Na dobry początek poszła poczta, gdzie nadała list z kartami ATC i kupiła znaczki a w punkcie ksero powieliła dokumenty do zeznania podatkowego. Tam dostała od miłej pani duże kawałki sztywnych kartek do prac kreatywnych.

– Świetnie się składa, bo w środę będę prowadzić zajęcia z seniorami – ucieszyła się Anna.

W biurze rachunkowym okazało się, że wszystkie kopie nie były potrzebne, tylko jedna, bo dane już mają z poprzednich lat.

Omijając błotne skwerkowe ścieżki, w przelocie popatrzyła na dwa pieski – czarnego i białego, próbujące się zaprzyjaźnić pod czujnym okiem właścicieli i zapiętych smyczy.

Stanęła pod zamkniętymi drzwiami sklepu dobroczynnego na których nie było informacji dlaczego i jak długo. No, powinno być na przykład:

Szanowny kliencie mam cię w pięcie.

Panie i panowie dzwońcie na pogotowie.

Drzwi są zamknięte, bo nie otwarte.

Klucz się obrócił, pracownik nie wróci.

Ni mom chęci do roboty, ani rano, ni wieczorem. – cytując śpiewającego klasyka.

Wrócę gdy zechcę i co mi pan zrobi? –  naśladując pewnego filmowego szatniarza.

Seniorka poszła więc do, trochę jednak oddalonej, części sklepu zasięgnąć języka. Niechętny język powiedział, że koleżanka jest w toalecie, czyli trzeba poczekać.

Czekaj tatka latka a baba uciechy – czy jakoś tak.

Jednak nadeszła wiekopomna chwiła i seniorka kubków pięć kupiła. Dwa dla siebie a trzy na kawę lub herbatę dla spragnionych czytelników w bibliotece Centrum Seniora.

Do kawy i herbaty niektórzy stosują mleko. Wie o tym autor FB profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”.

KROWA – najczęściej dojone zwierzę w Polsce

Krowy to samice bydła domowego. I bawołów. I żubrów. I wielorybów. Istnieje spora szansa, że w większości przypadków rozpoznacie, z którym gatunkiem macie do czynienia, ale mimo wszystko naukowcy mogliby się trochę wysilić. Jeszcze gorzej jest z małymi krowami, które bez względu na płeć nazywamy cielakami. Podobnie jak młode jelenie, bizony, wielbłądy, żyrafy i ponownie wieloryby.

Krowa widzi niemal w 360 stopniach. Najgorzej radzi sobie z patrzeniem na wprost. Kiedy interesuje ją coś, co ma dokładnie przed nosem zazwyczaj przechyla lekko głowę w bok. Jeżeli mieliście okazję stać przed krową, która nie przechyliła głowy, to nie martwcie się, na pewno macie wspaniały charakter.

W Polsce ponad 90% bydła domowego to krowy Holsztyńsko-Fryzyjske, które przywędrowały do nas razem z holenderskimi osadnikami w średniowieczu. Tak, to dokładnie te, czarno-białe krówki, które w książkach dla dzieci robią „muuuu”, a w dokumentach Greenpeace „plask”. Lata hodowli w naszym kraju uczyniły je jednak bardziej polskimi. Stały się krępe, odporne na choroby, ich mleko zaczęło zawierać więcej tłuszczu i dodają rodzynek do sernika.

Oswajanie bydła: rozpoczęło się około 8000 lat temu i przebiegało z różnym skutkiem. Z jednej strony mamy 1000 ras krów mlecznych, mięsnych i kombinowanych, które przyniosły ludziom niezmierzone korzyści, z drugiej są też promocje na karpia i sylwester w Zakopanem.

W warzywniaku natomiast nie było promocji i inna seniorka zdegustowała się nieznaną jej chińską kapustą pak – choi i ceną większości asortymentu. Niestety cykoria biała już im zzieleniała czyli zgorzkniała a biała rzepka była tylko w ostrej i długiej wersji podczas gdy Anna preferowała łagodną okrągłą.