UPALNE miasto 98
Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
*******************************************************
Kwiecień postanowił nie być wiosennym miesiącem tylko letnim. Co ludzie przyjęli z radością, bo nie wiedzieli jak się ubrać a rozterki różnej ważności są ludzką ulubiona rozrywką.
Gdy Anna wyrzucała śmieci do wiaty wszedł młody mężczyzna z dwoma pojemnikami zabawek i książek dla dzieci oraz dorosłych. Do dziecięcych rzuciła się młoda mama a do dorosłych seniorka. Proza była tylko anglojęzyczna a pozostałe to poezja: Krasiński, Przerwa – Tetmajer, Miłosz. W tomiku tego autora znalazła wiersz:
„Do pani profesor w obronie honoru kota i nie tylko” (z okazji artykułu Przeciw okrucieństwu Marii Podrazy – Kwiatkowskiej)
Mój miły pomocnik, nieduży tygrysek,
Śpi słodko na biurku obok komputera
I nic nie wie, że Pani jego ród obraza.
Koty bawią się myszą czy półżywym kretem,
Myli się jednak Pani, to nie z okrucieństwa.
Po prostu widzą rzecz, która się rusza.
Bo jednak zważmy, że tylko świadomość
Umie na chwilę przenieść się w to Inne,
Współ- odczuć mękę i panikę myszy,
I tak jak kot, cała przyroda
Obojętna niestety na zło i na dobro,
Obawiam się, że kryje się tutaj dylemat.
Historia naturalna ma swoje muzea.
Nie prowadzimy tam dzieci. Po co im potwory,
Ziemia gadów i płazów przez miliony lat?
Natura pożerająca, natura pożerana,
Dzień i nic czynna rzeźnia dymiąca od krwi.
I kto ją stworzył? Czyżby dobry bozia?
Tak, niewątpliwie, one są niewinne:
Pająki, modliszki, rekiny, pytony.
To tylko my mówimy: okrucieństwo.
Nasza świadomość i nasze sumienie
Samotne w bladym mrowisku galaktyk
Nadzieje pokładają w ludzkim Bogu.
Który nie może nie czuć i nie myśleć,
Który jest nam pokrewny i ciepłem, i ruchem,
Bo Jemu, jak oznajmił, jesteśmy podobni.
Ale jeżeli tak, to lituje się
Nad każdą schwytaną myszą, skaleczony, ptakiem.
Wszechświat dla Niego jak Ukrzyżowanie.
Oto, ile wynika z ataku na kota:
Teologiczny augustiański grymas,
Z którym chodzić po ziemi, wie Pani, jest trudno.
**********************************************
Ale nietrudno jest zanieść niepotrzebne rzeczy do sklepu dobroczynnego – stwierdziła Anna zalecając ten kierunek mężczyźnie.
W drodze na przystanek spotkała mieszkankę osiedla ucieszoną z wyboru jej kandydata na radnego i polecająca głosowanie na kobietę w drugiej turze wyborów na prezydenta miasta.
W jednej ze znalezionych książek była kartka z cytatem (Mickiewicz – „Dziady, cz. III”):
Język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie;
Myśl z duszy leci bystro, nim się w słowach złamie,
A słowa myśl pochłoną i tak drżą nad myślą,
Jak ziemia nad połkniętą, niewidzialną rzeką.
Z drżenia ziemi czyż ludzie głąb nurtów docieką,
Gdzie pędzi, czy się domyślą?
Robiąc zakupy w osiedlowym sklepie nie udało się nabyć czosnku niedźwiedziego ale ostatniego dorsza wędzonego już tak. I zabrakło dla następnej klientki. Anna żartobliwie podsumowała sytuację:
– Kto zjada ostatki bywa piękny i gładki – co po mnie widać.
Na co otrzymała szczerbaty uśmiech ekspedientki.
– Ta to sobie nie pogryzie rzodkiewki tondo – pomyślała starsza pani kupując dwa pęczki tego warzywa.
Na sąsiednim stoisku kupiła żelki malinki mówiąc:
– Czekając na świeże te poproszę. Nie oszukam smaku tylko oczy.
Nie kupiła sałaty, a może szkoda, bo mógł się na niej znaleźć
ŚLIMAK winniczek opisany przez „Zwierzęta są głupie i rośliny też”
„Wyobraźcie sobie, że jesteście winniczkiem, escargotem lub ślimakiem rzymskim jak niektórzy na was wołają. Zasuwacie sobie, ile fabryka w stopie dała przez malowniczy krajobraz francuskiej wsi po deszczu. Woda szybko wsiąka w krętą drogę, a malwy rosnące za starym, drewnianym ogrodzeniem, pozdrawiają was, prostując wesoło łodygi w salucie rzymskim. Jak miło, że pamiętały.
Pod płotem jednak czai się zło. A konkretniej Francuzi, co na jedno wychodzi. Każdy w berecie, z cienkim wąsem pod nosem i bagietką sterczącą z majtek. Nie usłyszycie ich, bo jak wszyscy we Francji są mimami no i jak wszystkie ślimaki ni w ząb nie macie uszu. Nie zobaczycie ich z kolei, bo mają na sobie obcisłe koszulki w maskujące czarnobiałe paski jak wychudzone zebry z przebarwieniami od wina na zębach. No dobra, niektórzy są nadzy, to przecież Francja. Ale i tak ich nie zobaczycie, bo ślimaki widzą maksymalnie na odległość kilku centymetrów od ślimaka.
Nagle, spod płotu odrywa się cień. Chociaż to prawie niemożliwe, przyspieszacie nawet odrobinę ponad 1 km/h, przekraczając tym samym barierę jednej ślimakogodziny. Wiatr rozwiewa wam czułki i świszczy w skorupie. Nie ma w Europie szybszego ślimaka. Niestety cień nie jest mięczakiem i zagradza wam drogę. Lepka łapa, której paznokcie rzucają wyzwanie czarnoziemom wschodniej Ukrainy, łapie was za mieszkanie i unosi wysoko, wysoko do góry. Tam, gdzie nawet komary latają jedynie gdy wszystkie łydki już zasłonięto. Ale co to? Gdzie się podział cienki wąs? Zamiast niego pod nosem zwisa wielki zielony…
Gil zniknął w akompaniamencie, przyprawiającego o mdłości harkotu.
– Fuuuu! Marek, ciocia mówiła, żebyś nie połykał. – Rozległ się piskliwy głos gdzieś z boku.
– Cicho Alka, zobacz lepiej co mam. Ten jest chyba nawet większy od poprzedniego.
Faktycznie, jesteście ślimakiem w kwiecie wieku, a wasza brązowa, pokryta ciemniejszymi pasami muszla ma przeszło 5 centymetrów wysokości. Teraz, wisząc wśród chmur, albo jeszcze wyżej, tam, gdzie rosną rajskie maliny, uświadamiacie sobie, że popełniliście fatalny błąd w obliczeniach. Zbyt szybko pędziliście przez życie i kraje Europy Zachodniej. Nie jesteście już we Francji. Ani nawet w słynących z jawnej miłości do kiełbasy i skrytej do czystek etnicznych Germanii. Prawda jest znacznie gorsza. Trafiliście do Polski.
A konkretnie w moje mniej więcej jedenastoletnie ręce, pewnego lipcowego popołudnia, kiedy jak zwykle przez połowę wakacji zbierałem z moją wakacyjną koleżanką Alką ślimaki. Kto nie robił za bajtla podobnie, ten miał rodziców fundujących mu wczasy w Bułgarii. Zresztą, w Złotych Piaskach też są Winniczki, podobnie jak w całej południowej, centralnej i wschodniej Europie. Da się je znaleźć nawet w południowej Skandynawii. Ja ich jednak nie jadłem, tylko układałem pod drzewem na wielkim ślimaczym ranczo. Za Alkę nie ręczę, dziewczyna była nieobliczalna, jak zresztą wszyscy w Kołobrzegu.
Pomimo moich najlepszych chęci, ślimaki raczej nie były szczęśliwe na ranczu pod sosną. Nie miały tam świeżych liści, młodych pędów, bulw lub kłączy do pałaszowania. Mam jedynie nadzieję, że pomogłem paru z nich znaleźć odrobinę ślimaczej miłości. Ale, co się dzieje na ślimaczym ranczo, to zostaje na ślimaczym ranczo. Zupełnie nie jak w hotelu sejmowym. No i ślimaki mają odwagę mówić głośno, że są hermafrodytami.
Winniczki uwielbiają również owoce i warzywa, mięso ignorują, a nie znoszą lawendy, majeranku oraz przywrotnika. To samo dotyczy szałwii, rumianku, gorczycy oraz jak ich Francuzi gotują w bulionie i wpychają sobie w wąsate paszczęki. Tymczasem niewsadzony w paszczękę i dobrze odżywiony jabłkami winniczek mógłby sobie hasać po łąkach i lasach nawet przez 30 długich lat. Tzn. hasałby od marca do października, bo resztę roku spędza zagrzebany pod kamieniami lub w ściółce leśnej z drzwiami do chaty zabitymi na głucho przy pomocy specjalnego wieczka, tzn. epifragmy.
Jak już winniczek się odkorkuje, przeciągnie i ziewnie trzy razy, to z marca robi się maj i ślimak bierze się za rozród. Potem wykopuje w ziemi dołek, składa do niego od 40 do 60 jaj, zakopuje ślimacze gniazdo i cyk mamy drugą połowę lipca. Potem jeszcze umyć zęby, opierdzielić mojej babci sałatę w ogródku i znowu można uderzać w kimono. Dzień dobry i dobranoc”.
