Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
***********************************************************************
Sprzątanie po powodzi, na niektórych terenach, będzie trwać jeszcze długo. Odbudowywanie dóbr materialnych i psychiki jeszcze dłużej. Poszkodowani różnie reagują na straty. Jedni zakasują rękawy i sprzątają, inni się załamują i piją. Kobiety także.
A co robią goryle po stracie swego miejsca?
GORYLE górskie – nasi bracia więksi
I po co Wam była ta ewolucja?
Goryle to największe człekokształtne małpy na świecie i niedościgniony wzór bywalców osiedlowych siłowni. Samiec może ważyć nawet 200 kilo i mierzyć dwa metry. Jest też 4-10-krotnie silniejszy od człowieka, a w niektórych przypadkach sprawniej posługuje się kijem do strącania owoców.
Samiec goryla górskiego może mierzyć nawet dwa metry i ważyć ponad dwieście kilogramów. Wiecie, ile trzeba mięsa, żeby wykarmić takiego bydlaka? Otóż okazuje się, że zero. Goryle są niemal wyłącznie roślinożerne i poza okazjonalnym robalem czy myszą żywią się owocami i inną zieleniną. Dziennie jeden goryl zjada od 20 do 25 kilogramów różnych chabaziów i wcale mu od tego nie ubywa siły.
Kto nie oglądał goryli we mgle ręka do góry, a potem po pilota i do telewizora. To jeden z tych filmów, które pokazują, że media mogą zrobić coś dobrego, nie tylko dla ich właścicieli. W latach 60. ubiegłego wieku Dian Fossey zaczęła badać goryle górskie, krytycznie zagrożony wyginięciem gatunek człekokształtnych, który siedział sobie w górach Afryki Środkowej i Wschodniej i bardzo starał się nikomu nie wchodzić w drogę. Żadnego porywania wiotkich lambadziar i targania ich na szczyt Empire State Building czy szlajania się z przerośniętymi jaszczurkami po mieście. Tylko owoce, spacerki w lesie i leżenie gorylem do góry.
W warunkach naturalnych goryle żyją zwykle 10 lat. Tymczasem w niewoli dożywają nawet sześćdziesiątki. Nie oznacza to oczywiście, że im tak wygodnie w klatce albo, że dzikie banany im szkodą. Są oczywiście czynniki środowiskowe na przykład lamparty, które chętnie przekąszą sobie mniejszego goryla. Przede wszystkim jednak gorylom w życiu przeszkadza kurczący się habitat i kłusownicy, którzy próbują je złapać. Ludzie, którzy dzielą ojczyznę z gorylami, zużywają bardzo dużo węgla drzewnego. Niestety tam skąd oni go biorą, tam ubywa drzew gorylom. Jednym z ważniejszych działań pomagających ratować goryle jest więc po prostu sadzenie dużych ilości roślin naokoło ich habitatów, tak żeby to je można było przerobić na węgiel.
Goryle są gadatliwe i to zarówno na głos jak i po cichu. Wyróżniono co najmniej 20 różnych dźwięków, jakimi wyrażają emocje i wiele gestów, których używają do opowiadania niekiedy bardzo złożonych historii. Znany jest przypadek goryla, który opowiedział o tym, że kłusownik zabił mu mamę. Fajnie, że potrafił to zrobić, szkoda, że nie miał czegoś milszego do opowiedzenia, ale to już nie jego wina.
Jeszcze w 2010 roku goryli górskich było jedynie 600. Dzięki temu co rozpoczęła Dian Fossey i rosnącej świadomości (no wreszcie) wśród ludzi goryli górskich jest obecnie około 1000. Nadal mało, ale tak właśnie wygląda sprawa z równowagą w przyrodzie. Zakłócić ją łatwo, a potem trzeba nadrabiać po jednym gorylu na raz.
Pomimo wyglądu kominiarza, którego pokąsały pszczoły, goryl górski jest bardzo spokojnym zwierzęciem. Gdzie mu tam do szympansów czy tym bardziej ludzi. Tymczasem dzielimy z nimi aż 98,7 % DNA i po wspomnianych szympansach to najbliżej spokrewnione z nami małpy (mamy z nimi wspólnego przodka). Wygląda na to, że gdzieś pomiędzy 99 a 100 procentem coś zaczyna się poważnie pierdzielić. Człowiekowaty coraz rzadziej zajmuj się iskaniem, a częściej akwarelistyką i czystkami etnicznymi. To pewnie wina tego boskiego pierwiastka, który odróżnia nas od zwierząt.
Goryle górskie żyją w grupach rodzinnych, które najczęściej liczą od 5 do 30 członków. Przewodzi im dominujący samiec, którego nazywa się srebrzystogrzbietym ze względu na to, że mu plecy osiwiały od ganiania po lesie za dziećmi. Jeżeli przewodnikowi stada coś się stanie, wtedy samice ruszają na poszukiwania kogoś, kto pomógłby kontynuować ten dobrowolny patriarchat.
Żeby nie było tak różowo. Goryle mają również skłonności do koprofagii co poza tym, że jest trochę fuj, daje nadzieje, że odnajdą się na współczesnym rynku spożywczym. Byliście ostatnio w KFC? Odmawiam uznania, że to z powodu mojego wieku skrzydełka zaczęły robić mi krzywdę.
Wiem, że zniszczę pewnie parę dzieciństw, ale goryle wcale nie lubią majtać się na lianach. Jeżeli to od nich zależy, to w ogóle trzymają się z dala od wysokości, bo są po prostu za ciężkie, żeby świrować pawiana. Wyjątkiem są niektóre lżejsze samice i dzieci, ale nawet one uznałyby, że tarzanowi się styki popaliły.
Nazwa goryl pochodzi od greckiego „gorillai” i oznacza plemię owłosionych kobiet. Po raz pierwszy użyto go w V wieku przed naszą erą kiedy pewien żeglarz z Kartaginy zobaczył goryle po baaardzo długim i samotnym rejsie.
Pewnie się zastanawiacie skąd tak długi opis. Temat jest ważny – to po pierwsze. Po drugie Wczoraj, czyli 24 września obchodziliśmy dzień goryla. Z tej okazji wypijmy napój izotoniczny za właściciela najlepszego gluteus maximus w całej dżungli. Pamiętajmy o gorylach i o tym, żeby robić nogi.
W trakcie dyżuru bibliotecznego Anny nie przyszedł żaden goryl, szympans czy inna małpa. I bardzo dobrze.
Potem pojechała do znajomej prawniczki, aby pomogła w zrozumieniu urzędowych pism, bo dla seniorki często są one tak jasne jak instrukcja obsługi samolotu.
Po drodze na przystanek wstąpiła do sklepu obuwniczego i nabyła półbuty, bo jesień za pasem i pod nogami. Poprawiła porcją lodów z kultowej lodziarni. Słoneczko przygrzewało a w autobusie miała siedzące miejsce.
Przed drzwiami sąsiadki na parterze znalazła reklamówkę z owocami. Nie zabrała jej sobie tylko zadzwoniła i zgubę oddała. Kobieta ma 90 lat –„starość nie radość” i czasem nieuważność. W rozmowie przyznała, że dopiero od 20 lat nie pali. I, że przypadkowo kiedyś przegoniła dwóch zbirów włamujących się do jej sąsiadki z naprzeciwka. Mieszkańcy nie domykają drzwi wejściowych licząc, że same się zamkną. Ale nie jest to szczyt techniki i zarówno latem jak i zimą trzeba je domknąć, bo tylko wtedy działa urządzenie domofonowe.
Następnego dnia niczego nie znalazła a ją znalazł, czyli pokropił deszcz. Przed wyjściem wychyliła się z okna, aby sprawdzić temperaturę (sandały czy półbuty) i nie padało. Zeszła z 4-tego piętra – rozdeszczyło się. Jednak nie poddała się i nie poszła po parasol tylko do okulisty. Zwierzyła się, że miejsca gdzie robią drobne zbiegi okulistyczne (np. usuwanie małych narośli) każą sobie płacić. Dostała namiary na następne. Szczęście w nieszczęściu, że skierowanie jest ważne do realizacji zabiegu a nie przez miesiąc. I poprosiła o receptę na okulary, bo czas na zmianę. Obecna oprawka się zużyła i trochę skrzywiła nie bez pomocy właścicielki. Stan jej oczu można określić: jest dobrze lecz nie beznadziejnie. Jedno oko po witrektomii, oba po usunięciu zaćmy, na tym lepiej widzącym powstaje wtórna zaćma ale nie jest jej na tyle dużo, aby laser zauważył i usunął. No, przecież nie może być prosto i normalnie. Diabeł stróż, jak Lenin, wiecznie żywy.
Okulistka zapytała czy Annę nie denerwuje zdejmowanie okularów do czytania na co ona:
– Mam to w nosie. Gdy pracowałam przez wiele lat nosiłam okulary dwuogniskowe progresywne do których przyzwyczaiłam się bez problemu. Miszczem progresywnych byłam – zażartowała.
Naprzeciwko gabinetu jest optyk, więc zrobiła rozeznanie oprawkowo cenowe za całość, szkła w oprawkach. Tanio nie jest za to szybka realizacja.
A w sklepie spożywczym, bezklientowym w tym momencie, podsłuchała rozmowę ekspedientek. Jedna z nich opowiadała doświadczenie jakie miała z klientką Ukrainką. Nie mogła się z nią porozumieć, więc ta wyciągnęła telefon i skorzystała z tłumacza. Sprzedawczyni była pełna podziwu dla jej zaradności.
Wcześniej zapisała się na wizytę do optyka, który kusi niskimi cenami. Okazało się, że dotyczą one najzwyklejszych szkieł i małego wyboru oprawek.
Zapytała czy po badaniu będzie musiała zamówić u nich okulary. Tak, jeśli tego nie zrobi to badanie kosztuje 150 złotych. Poprosiła też o wycenę wybranej oprawki plus szkła z fotochromem. Wyszło taniej niż w poprzednim zakładzie za to dłuższy termin oczekiwania. Dobrze, że była wcześniej u okulistki, bo badanie u optyka nie wykazało początków wtórnej zaćmy i zasugerowany dobór szkieł był trochę inny. Stanęło na tym co zaleciła okulistka.