Upalne miasto 121

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Sprzątanie po powodzi, na niektórych terenach, będzie trwać jeszcze długo. Odbudowywanie dóbr materialnych i psychiki jeszcze dłużej. Poszkodowani różnie reagują na straty. Jedni zakasują rękawy i sprzątają, inni się załamują i piją. Kobiety także.

A co robią goryle po stracie swego miejsca?

GORYLE górskie –  nasi bracia więksi

I po co Wam była ta ewolucja?

Goryle to największe człekokształtne małpy na świecie i niedościgniony wzór bywalców osiedlowych siłowni. Samiec może ważyć nawet 200 kilo i mierzyć dwa metry. Jest też 4-10-krotnie silniejszy od człowieka, a w niektórych przypadkach sprawniej posługuje się kijem do strącania owoców.

Samiec goryla górskiego może mierzyć nawet dwa metry i ważyć ponad dwieście kilogramów. Wiecie, ile trzeba mięsa, żeby wykarmić takiego bydlaka? Otóż okazuje się, że zero. Goryle są niemal wyłącznie roślinożerne i poza okazjonalnym robalem czy myszą żywią się owocami i inną zieleniną. Dziennie jeden goryl zjada od 20 do 25 kilogramów różnych chabaziów i wcale mu od tego nie ubywa siły.

Kto nie oglądał goryli we mgle ręka do góry, a potem po pilota i do telewizora. To jeden z tych filmów, które pokazują, że media mogą zrobić coś dobrego, nie tylko dla ich właścicieli. W latach 60. ubiegłego wieku Dian Fossey zaczęła badać goryle górskie, krytycznie zagrożony wyginięciem gatunek człekokształtnych, który siedział sobie w górach Afryki Środkowej i Wschodniej i bardzo starał się nikomu nie wchodzić w drogę. Żadnego porywania wiotkich lambadziar i targania ich na szczyt Empire State Building czy szlajania się z przerośniętymi jaszczurkami po mieście. Tylko owoce, spacerki w lesie i leżenie gorylem do góry.

W warunkach naturalnych goryle żyją zwykle 10 lat. Tymczasem w niewoli dożywają nawet sześćdziesiątki. Nie oznacza to oczywiście, że im tak wygodnie w klatce albo, że dzikie banany im szkodą. Są oczywiście czynniki środowiskowe na przykład lamparty, które chętnie przekąszą sobie mniejszego goryla. Przede wszystkim jednak gorylom w życiu przeszkadza kurczący się habitat i kłusownicy, którzy próbują je złapać. Ludzie, którzy dzielą ojczyznę z gorylami, zużywają bardzo dużo węgla drzewnego. Niestety tam skąd oni go biorą, tam ubywa drzew gorylom. Jednym z ważniejszych działań pomagających ratować goryle jest więc po prostu sadzenie dużych ilości roślin naokoło ich habitatów, tak żeby to je można było przerobić na węgiel.

Goryle są gadatliwe i to zarówno na głos jak i po cichu. Wyróżniono co najmniej 20 różnych dźwięków, jakimi wyrażają emocje i wiele gestów, których używają do opowiadania niekiedy bardzo złożonych historii. Znany jest przypadek goryla, który opowiedział o tym, że kłusownik zabił mu mamę. Fajnie, że potrafił to zrobić, szkoda, że nie miał czegoś milszego do opowiedzenia, ale to już nie jego wina.

Jeszcze w 2010 roku goryli górskich było jedynie 600. Dzięki temu co rozpoczęła Dian Fossey i rosnącej świadomości (no wreszcie) wśród ludzi goryli górskich jest obecnie około 1000. Nadal mało, ale tak właśnie wygląda sprawa z równowagą w przyrodzie. Zakłócić ją łatwo, a potem trzeba nadrabiać po jednym gorylu na raz.

Pomimo wyglądu kominiarza, którego pokąsały pszczoły, goryl górski jest bardzo spokojnym zwierzęciem. Gdzie mu tam do szympansów czy tym bardziej ludzi. Tymczasem dzielimy z nimi aż 98,7 % DNA i po wspomnianych szympansach to najbliżej spokrewnione z nami małpy (mamy z nimi wspólnego przodka). Wygląda na to, że gdzieś pomiędzy 99 a 100 procentem coś zaczyna się poważnie pierdzielić. Człowiekowaty coraz rzadziej zajmuj się iskaniem, a częściej akwarelistyką i czystkami etnicznymi. To pewnie wina tego boskiego pierwiastka, który odróżnia nas od zwierząt.

Goryle górskie żyją w grupach rodzinnych, które najczęściej liczą od 5 do 30 członków. Przewodzi im dominujący samiec, którego nazywa się srebrzystogrzbietym ze względu na to, że mu plecy osiwiały od ganiania po lesie za dziećmi. Jeżeli przewodnikowi stada coś się stanie, wtedy samice ruszają na poszukiwania kogoś, kto pomógłby kontynuować ten dobrowolny patriarchat.

Żeby nie było tak różowo. Goryle mają również skłonności do koprofagii co poza tym, że jest trochę fuj, daje nadzieje, że odnajdą się na współczesnym rynku spożywczym. Byliście ostatnio w KFC? Odmawiam uznania, że to z powodu mojego wieku skrzydełka zaczęły robić mi krzywdę.

Wiem, że zniszczę pewnie parę dzieciństw, ale goryle wcale nie lubią majtać się na lianach. Jeżeli to od nich zależy, to w ogóle trzymają się z dala od wysokości, bo są po prostu za ciężkie, żeby świrować pawiana. Wyjątkiem są niektóre lżejsze samice i dzieci, ale nawet one uznałyby, że tarzanowi się styki popaliły.

Nazwa goryl pochodzi od greckiego „gorillai” i oznacza plemię owłosionych kobiet. Po raz pierwszy użyto go w V wieku przed naszą erą kiedy pewien żeglarz z Kartaginy zobaczył goryle po baaardzo długim i samotnym rejsie.

Pewnie się zastanawiacie skąd tak długi opis. Temat jest ważny – to po pierwsze. Po drugie Wczoraj, czyli 24 września obchodziliśmy dzień goryla. Z tej okazji wypijmy napój izotoniczny za właściciela najlepszego gluteus maximus w całej dżungli. Pamiętajmy o gorylach i o tym, żeby robić nogi.

W trakcie dyżuru bibliotecznego Anny nie przyszedł żaden goryl, szympans czy inna małpa. I bardzo dobrze.

Potem pojechała do znajomej prawniczki, aby pomogła w zrozumieniu urzędowych pism, bo dla seniorki często są one tak jasne jak instrukcja obsługi samolotu.

Po drodze na przystanek wstąpiła do sklepu obuwniczego i nabyła półbuty, bo jesień za pasem i pod nogami. Poprawiła porcją lodów z kultowej lodziarni. Słoneczko przygrzewało a w autobusie miała siedzące miejsce.

Przed drzwiami sąsiadki na parterze znalazła reklamówkę z owocami. Nie zabrała jej sobie tylko zadzwoniła i zgubę oddała. Kobieta ma 90 lat –„starość nie radość” i czasem nieuważność. W rozmowie przyznała, że dopiero od 20 lat nie pali. I, że przypadkowo kiedyś przegoniła dwóch zbirów włamujących się do jej sąsiadki z naprzeciwka. Mieszkańcy nie domykają drzwi wejściowych licząc, że same się zamkną. Ale nie jest to szczyt techniki i zarówno latem jak i zimą trzeba je domknąć, bo tylko wtedy działa urządzenie domofonowe.

Następnego dnia niczego nie znalazła a ją znalazł, czyli pokropił deszcz. Przed wyjściem wychyliła się z okna, aby sprawdzić temperaturę (sandały czy półbuty) i nie padało. Zeszła z 4-tego piętra – rozdeszczyło się. Jednak nie poddała się i nie poszła po parasol tylko do okulisty. Zwierzyła się, że miejsca gdzie robią drobne zbiegi okulistyczne (np. usuwanie małych narośli) każą sobie płacić. Dostała namiary na następne. Szczęście w nieszczęściu, że skierowanie jest  ważne do realizacji zabiegu a nie przez miesiąc. I poprosiła o receptę na okulary, bo czas na zmianę. Obecna oprawka się zużyła i trochę skrzywiła nie bez pomocy właścicielki. Stan jej oczu można określić: jest dobrze lecz nie beznadziejnie. Jedno oko po witrektomii, oba po usunięciu zaćmy, na tym lepiej widzącym powstaje wtórna zaćma ale nie jest jej na tyle dużo, aby laser zauważył i usunął. No, przecież nie może być prosto i normalnie. Diabeł stróż, jak Lenin, wiecznie żywy.

Okulistka zapytała czy Annę nie denerwuje zdejmowanie okularów do czytania na co ona:

– Mam to w nosie. Gdy pracowałam przez wiele lat  nosiłam okulary dwuogniskowe progresywne do których przyzwyczaiłam się bez problemu. Miszczem progresywnych byłam – zażartowała.

Naprzeciwko gabinetu jest optyk, więc zrobiła rozeznanie oprawkowo  cenowe za całość, szkła w oprawkach. Tanio nie jest za to szybka realizacja.

A w sklepie spożywczym, bezklientowym w tym momencie, podsłuchała rozmowę ekspedientek. Jedna z nich opowiadała doświadczenie jakie miała z klientką Ukrainką. Nie mogła się z nią porozumieć, więc ta wyciągnęła telefon i skorzystała z tłumacza. Sprzedawczyni była pełna podziwu dla jej zaradności.

Wcześniej zapisała się na wizytę do optyka, który kusi niskimi cenami. Okazało się, że dotyczą one najzwyklejszych szkieł i małego wyboru oprawek.

Zapytała czy po badaniu będzie musiała zamówić u nich okulary. Tak, jeśli tego nie zrobi to badanie kosztuje 150 złotych. Poprosiła też o wycenę wybranej oprawki plus szkła z fotochromem. Wyszło taniej niż w poprzednim zakładzie za to dłuższy termin oczekiwania. Dobrze, że była wcześniej u okulistki, bo badanie u optyka nie wykazało początków wtórnej zaćmy  i zasugerowany dobór szkieł był trochę inny. Stanęło na tym co zaleciła okulistka.

 

Upalne miasto 120

              Upalne miasto 120

W tym odcinku też tylko prawdę napisałam.

*****************************************************

Czwartek 19.09.24

Numer siedem siódemek (71) 7777777 infolinią  w sprawach powodziowych.

Centrum Zarządzania Kryzysowego Wrocławskiego Centrum Rozwoju Społecznego organizuje i koordynuje wolontariat powodziowy. Zgłosiło się ponad 7000 osób, nie tylko Polacy.

Odra we Wrocławiu jeszcze się nie wystąpiła z brzegów. Woda w niej zasuwa z prędkością niecodzienną, jakby spieszyła się z dostawą do morza. Słonecznie, opady przez meteorologów nie są przewidziane.

Ludzi dobrej woli jest więcej, niosą wszelką pomoc poza naszym miastem, na facebooku podają co i gdzie jest potrzebne, co już dostarczono.

Niestety nie brakuje w mediach społecznościowych trolli i fake newsów siejących panikę i z satysfakcją zwalając winę za wszystko, na obecny rząd, który lekko nie ma.

Ratowane są też zwierzęta – psy, koty a nawet gołębie.

W Nysie zalany jest szpital, można wpłacać pieniądze na podane w telewizji konto.

W telefonie kliknęłam coś mało inteligentnie, wysłałam sms na numer 8001 i play zaraz wystawiło mi fakturę na 37 groszy. Pojęcia nie mam co to za numer. Pomocowy czy naciągaczowy?

Zrobiłam zapas wody w dwóch miskach i trzech dużych słoikach.

Na osiedlu spokojnie, idąc po zakupy zobaczyłam kilka niedużych, zieloniutkich worków z piaskiem, luźno postawionych pod długim budynkiem. Ktoś się rozmyślił czy czekają na dostawę?

Przeczytałam swój tekst opisujący powódź z 1997 roku, bo na blog wkleiłam go nie czytając. Nie da się ukryć, strasznie było.

Wojsko prowadzi operację „Feniks”, której zadaniem są:

  • zapewnienie bezpieczeństwa (monitorowanie wałów),
  • pomoc zdrowotna (punkty medyczne, ewakuacja),
  • wsparcie mobilności (odbudowa dróg),
  • logistyka (dostawy żywności i wody),
  • szkolenia w zakresie zarządzania kryzysowego.

Jakiś typ przebrany w żołnierski mundur, jeżdżący autem na fałszywych numerach chodził i straszył ludzi, że będą wysadzane wały. Sam to wymyślił czy ktoś go wynajął? I komu zależy na sianiu paniki?

Szabrownicy okradli jubilera w Lądku,  ratowników we Wrocławiu wykorzystując ich sen, komuś ukradli samochód, innej osobie okradli garaż.

Powodzianie w połowie października dostaną po 10000.- złotych, a potem 100 000 lub 200000 zł bezzwrotnej zapomogi na remonty.

Piątek 20.09.24

Obudziłam się w nocy, bo usłyszałam damski głos mówiąc głośno i wyraźnie: ziemniaki. Przyznaję, że trochę się przestraszyłam. Zapaliłam światło, wzięłam książkę „Co się mieści w dwóch walizkach. 11 lat w klasztorze” Veroniki Peters. Ten klasztor jest w Niemczech, akcja toczy się tuż przed zburzeniem muru berlińskiego i potem. Nie ma  niej żadnych skandalizujących opowieści, żadnego molestowania, wykorzystywania. Między słowami można jednak wyczuć poniżanie, obrażanie i manipulację.

15 września prezydent Wrocławia ogłosił alarm przeciwpowodziowy dla miasta.

Fala kulminacyjna ma dotrzeć do nas dzisiaj. Pójdę na Mosty Warszawskie zobaczyć jak wygląda sytuacja.

Ale zanim to zrobiłam przyszedł młody  fachowiec i powiedział: więcej gazu! I stała się najpierw śmierdząca woń a potem płomienie.

Zrobiłam zdjęcia kanału i Odry – w jednym nurcie spokojnie, druga woda zalała przedwałową przestrzeń. Zastawiono wejścia na wały. Ten niedaleko mnie jest ulicą Pasterską. Nigdy nie widziałam, aby coś się tam pasło a i domów brak.

W tanim sklepie wiader brak za to dużo misek. Kupiłam nożyczki z ząbkami dla znajomej spoza Wrocławia.

Pojechałam do placu Bema, aby tam zobaczyć jak się zachowuje rzeka, szczególnie przy budynku o nazwie Młyn Maria, bo w 1997 roku było tam groźnie. Na szczęście władze miasta odrobiły lekcję i postawiły obok dźwig z łapą, która w razie potrzeby wybiera, tamujące wodę na przęsłach, gałęzie i inne zawaliwody.

W prywatnej piekarni sprzedający mężczyzna bardzo kontaktowy i szybko obsługujący. O godzinie 14,30 chleb, choć nie w powalającej ilości, był na półkach. Także bułki, rogaliki i chałki. I bez długiej kolejki. W tej piekarni nie można płacić kartą, albo gotówka, albo blik. A gdy powiedziałam, że go nie mam sprzedawca poprosił, abym sobie  zainstalowała specjalne dla niego. Rozbawił mnie.

Słonecznie, na ulicach spokojnie, tylko czasem słychać warkot helikopterów.

Z osiedla Opatowice ewakuowano cztery osoby – dwoje dorosłych i dwójka dzieci. Ta część Wrocławia jest otoczona wodą, bo znajduje się na ternie zalewowym Oławki.

Zalany Paczków gdzie mieszka jedna z koleżanek z którą byłam internowana w Gołdapi. Nie mam z nią kontaktu.

Znajoma aktorka Beata Rakowska ogłosiła na facebooku, zbiórkę różnych potrzebnych rzeczy dla mieszkańców Stronia Śląskiego. Brawo Pani Beato!

Sobota 21.09.24

Wczoraj wieczorem wymyśliłam, że w bibliotece Centrum Seniora zrobię promocję i będę wymieniać dwie biblioteczne książki za jedną od czytelnika/darczyńcy i zostanie dodana, zrobiona przeze mnie,  zakładka do książki jako bonus. Już napisałam informację na kartoniku. Zobaczę czy pomysł zadziała.

No, nie mogę tylko siedzieć i stresować się rozmyślaniem: zaleje czy nie zaleje? Będzie w kranie dobra woda, czy trzeba ją będzie dźwigać z beczkowozu?

Zbierane są dary dla powodzian, między innymi w Czasoprzestrzeni (dawna zajezdnia tramwajowa na Biskupinie). Mam nadzieję, że ludzie nie będą sobie czyścić piwnic, strychów i komórek z gratów i dawać je w przekonaniu, że są bardzo szlachetni. A tak niektórzy z robili w 1997 roku. Nie byli. Wtedy nawet ze Skandynawii chciano podarować naszym powodzianom zapleśniałe kontenery.

Ponad 200 szkół zostały zalane, zniszczone. Dzieciom z tych szkół zostaną zapewnione „zielone szkoły”, pierwsza grupa przyjedzie z Kłodzka do Sopotu. Jest to program „szkoła szkole”.

Osoby sprzątające bałagan popowodziowy grozi tężec, konieczne jest ich szczepienie.

Głuchołazy przestały istnieć, restauracja została zalana pod sam sufit. Na odbudowę miasta trzeba będzie wydać ćwierć miliona złotych.   

Niedziela 22.09.24

W 1934 roku siedmiometrowa fala wody nawiedziła Kotlinę Kłodzką i zgarnęła po drodze co mogła. W 1997 roku powódź zniszczyła, nie tylko tam,  co tylko mogła. Mamy 2024 rok i Kolina Kłodzka nadal bezbronna.

Przez kilka dni wrocławskie cmentarze były zamknięte. Od dziś już można tam odwiedzać groby.

Poniedziałek 23.09.24

Na remont i wyposażenie szpitala w Nysie potrzeba 6,7 miliona złotych.

A do wyciągania wilgoci z  zalanych domów urządzenia „osuszacze”.

Na wrocławskich osiedlach Ołbin i  Nadodrze są zbierane prywatne worki z piaskiem. Co stanie się z tymi pod innymi budynkami? Doczekają wiosny?

Odra nadal przepełniona i pędzi przez województwo lubuskie grożąc zalaniem paru miejscowościom.

Woda we wrocławskich kranach zdatna do picia.

Kłodzkie Schronisko dla Zwierząt to jedna wielka ruina i pobojowisko, raczej pozalewisko.

Czy jesteśmy skazani na zagładę i nic na to nie możemy poradzić?

Upalne miasto 119

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki.

Ten odcinek to prawda i tylko prawda.

*************************************************************************

Poniedziałek 16.09. 2024 r.

Powódź zdemolowała Kłodzko, Nysę, Bystrzycę, Stronie Śląskie. Ogłoszono stan klęski żywiołowe w województwach Dolnośląskim, Opolskim i Śląskim. Niektórzy mieszkańcy nie chcą się ewakuować, z obawy, że dom czy mieszkanie rabusie im ogołocą. O tym, że mogą zginąć nie myślą.

 Ludzie w panice ogałacają z różnych artykułów sklepy. We Wrocławiu w supermarketach brak chleba i wody.

Na szczęście nie piję butelkowanej tylko przegotowaną kranówkę. Trzeba będzie jutro zrobić zapas wody. Mam wannę, 3 miski i 2 wiadra. Jakbym miała taszczyć wodę z beczkowozu na 4-te piętro jak w 1997 roku to wolę śmierdzieć. Nie mam już na to siły.

Największa fala ma przypłynąć do W-wia w środę po południu. Byłam dzisiaj na Mostach Warszawskich, kanał i Odra w normie. Z terenu między wodą a wałem ewakuuje się Beach Bar.

Przez Wrocław przepływa pięć rzek i to  ile w nich będzie wody zdecyduje o sytuacji w mieście.

W sklepie Dino, około godziny 13-tej, zapasy wody butelkowanej w końcówce. Kupiłam te produkty, które akurat mi się skończyły albo są tylko ich resztki. W kolejce i na ulicy rozmowy tylko o powodzi.

Na poczcie ogromna kolejka – nie stanęłam, aby odebrać awizowane przesyłki. Byłam wtedy w domu, mógł listonosz je dostarczyć ale poszedł na łatwiznę, w dodatku w piątek  nie było listów w urzędzie, bo nie oddał. Lubi mieć? Czy… polubił i  przyswoił?

U optyka osoba naprawiająca okulary zachorowała i nadal męczę się z krzywym zausznikiem. Siła złego na jednego starszego.

Tak, wiem – zalani mają o wiele gorzej.

Około 18-tej znowu zaczęło padać. Po cholerę, ja się pytam!

Wtorek 17.09.24

Siła złego na niejednego. Nie dość, że zagrożenie powodzią to właśnie teraz zaczęto wymieniać w piwnicy naszego budynku rury doprowadzające gaz, bo są bardzo zniszczone. I nie będzie go do poniedziałku – powiedział młody fachowiec. Jak to było? Nie należy zabijać posłańca przynoszącego złe wiadomości? No to nie zabiłam. Ale albo będę obiady jadać na mieście, albo kupię elektryczną płytkę i to chyba tańsze będzie.

Mam tylko małą grzałkę elektryczną, obiadu nią nie ugotuję.

Na dworze słonecznie i ciepło. W telewizji różne stacje zdają powodziowe relacje. Także podają różne działania rządu, ludzi oraz instytucji dobrej woli na rzecz powodzian. Oraz spontaniczne działania różnych osób, które ratują nie tylko ludzi ale i zwierzęta, nawet swoje jeże.

Jak odbudować swoje życie gdy straciło się wszystko oprócz dokumentów i zdjęć? Czy wystarczą zapomogi? A co psychiką? Trudne zadanie przed władzami – czy dadzą sobie z tym radę, czy bezdusznie dadzą jakąś kwotę i „dalej radźcie sobie sami”?

Tak jak w 1997 roku słychać czasem warkot helikopterów.

Dobrze mieć odskocznię od złych myśli w takich momentach – skończyłam czytać czasopismo „Książki”, wycięłam z niego materiały do rękodzieł i przeszłam do robienia nowych kart ATC.

Dzisiejszy całościowy masaż też mi pomoże pozbyć się stresu. Ciotka masażysty mieszkająca na wsi, nad rzeką, między Lądkiem a Kłodzkiem właśnie wyremontowała cały rodzinny dom. Przyszła woda i po remoncie. Dobrze choć, że jako jedyna na tej ulicy jest ubezpieczona.

Okazało się, że obok gabinetu jest optyk. Wchodząc zauważyłam przy drzwiach sześć worków z piaskiem.

– O, widzę, że są panie przygotowane – powiedziałam.

Pokazałam szkodę jaką sobie wyrządziłam, bo „Starość nie radość i nieuważność”. Zostawiłam, na czas zabiegu, okulary z nadzieją tylko zapytałam ile to będzie kosztować.

– Jeśli z naszą śrubką to pięć złotych.

Okazało się być bezkosztowo, więc bezinteresownie pooglądałam oprawki wystawione w gablotach. Właściwie spodobała mi się tylko jedna. Nie najtańsza.

Na poczcie znowu był ogon jak do mięsnego w Peerelu. Ustalili przedziwne godziny otwarcia i zostawianie awizo w skrzynce bez sprawdzania czy adresat jest w domu. Listonosz mógłby chociaż zadzwonić domofonem i poprosić o zejście na dół. Odrobina dobrej woli bardzo pożądana jest.

Postanowiłam więc pojechać do galerii handlowej, aby kupić jednopłytową kuchenkę elektryczną do przetrwania braku gazu konieczną. Wyboru nie było ale szwendanie się po sklepach i wyszukiwanie innej opcji odpuściłam sobie. Młoda ekspedientka wyraziła nadzieję, że nas nie zaleje, bo też mieszka na moim osiedlu.

Środa 18.09.24

Taka informacja:

„Punkt z darmową kawą i ciepłym ciastem dla strażaków, medyków oraz wszystkich wrocławskich ratowników już działa! Stoimy na rogu Borowskiej i Armii Krajowej (obok Komendy Wojewódzkiej PSP oraz Szpitala Uniwersyteckiego) codziennie od 9 do 19, a kiedy nadejdzie wielka woda- również w nocy.

Będziemy do dyspozycji aż zły czas minie i nad naszym miastem znowu wzejdzie słońce

Tymczasem – w imieniu całego zespołu brazylijskiego konsulatu- życzymy spokojnego dnia!”

-poinformował dzisiaj Radek Tadajewski – Konsul Brazylii we Wrocławiu.

Niestety osiedla Stabłowice, Marszowice już zalane, te ostatnie zabezpieczyły nawet swoje nasadzenia. Cmentarz podtopiony. Woda blisko przęseł mostu Grunwaldzkiego. Uniwersytet, ZOO i Narodowe Forum Muzyki potrzebują pomocy przy układaniu worków z piaskiem.

Idąc do tramwaju spotkałam sąsiadkę z innej bramy. Zapytała czy zrobiłam zapasy. Na wypełnionej torbie z kółkami miała następne, też pełne. Nie zapytałam o zawartość.

Jadąc, z Ołbina przez Nadodrze i Stare Miasto, na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora, widziałam pod niektórymi sklepami, instytucjami, budynkami białe, czarne, granatowe worki z piaskiem. Niektórzy zastosowali podwójną barierę i worki położyli na grubej folii.  Parę spotkań zaplanowanych w ramach Dni Seniora zostało odwołanych. Policjanci przekazali Schronisku dla Zwierząt dużą ilość karmy.

Chama można spotkać wszędzie, w bibliotece i pocztowym urzędzie. Tu akurat pani była bardzo miła i pomocna za to klient tatuś z kilkuletnią córką rozsiedli się na jedynych dwu krzesłach dla klientów. Kompletnie nie zauważając stojących niedaleko nich seniorek. Do córki powiedziałam: ustąp mi miejsca, bo zaraz padnę. Usiadłam a rozparty tatusiek do mnie: proszę. Powiedziałam „proszę” ale dodałam: „szkoda, że pana córka nie ma odruchu ustępowania starszej osobie”. Na co on: „a niby dlaczego ma ustąpić? Szkoda, że pani nie ma kultury”. I tu mnie zatkało. Stojąca za mną seniorka nieprzychylnie skomentowała zachowanie buca. Na co mamuśka: „I po co te komentarze”? Ale obi też będą kiedyś starzy i schorowani. Złośliwie życzę im, aby wtedy też się spotykali z taką życzliwością inaczej.

Wszystko opada. Debilizm empatyczny coraz powszechniejszy jest. Przez osiem lat przykład szedł z góry a i zawiodły domowe wzory. Ale jestem pewna, że los się, zadowolonej z siebie, rodzince odpłaci czymś równie niemiłym.

Niemiłe też było spotkanie z osobnikiem noszącym, przeze mnie nadaną, ksywą „chamowaty”.

Przez kilkanaście lat w bibliotece prowadziłam (oprócz normalnej działalności) kiermasz taniej książki. Przychodzili tam różni klienci w większości mężczyźni. I między innymi ten typ. Przyuważyłam go kiedyś, że ukradł książki i kazałam je oddać – to wyciągał z torby po jednej, Uparłam się, że ma oddać wszystkie. I nazajutrz zastałam kilka zapałek w zamku biblioteki.

Dziś go ujrzałam przy stole na którym rozkładam wartościowsze pozycje, aby po dyżurze schować je do szafy. A jest to skutek początków tej biblioteki, gdy jeszcze mnie tam nie było. Pracownica CS wykładała dobre książki na regał i w krótki czas potem zjawiali się „przysposabiacze”, pakowali je w torby, aby potem sprzedawać na targu. Dzisiaj zapytałam osobnika czy ma jakieś książki na wymianę, na co on:

– Mogę pani dać całą ciężarówkę.

– Nie chcę ciężarówki tylko książkę za książkę.

– Eee, tu nie ma nic dobrego – rzekł patrząc na regałowe pozycje i HAPS jedną z biografii od razu pakując do reklamówki.

Na co ja:

– Proszę oddać, to są książki na wymianę.

No i doczekałam się epitetu „panienki nieciężkich obyczajów”.

No, cóż – „pieniędzy nie ma, a pić się chce” i do roboty ma się dwie lewe ręce.

Do powyższych dręczeń dołączają się codzienne sms-y obiecujący dużą wygraną.

W Stroniu Śląskim grasują złodzieje, powstała tam straż obywatelska.

Premier Donald Tusk jest we Wrocławiu i sensownie odpowiadał na pytania w głównym wydaniu dziennika w TVP1.

Upalne miasto 118

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************************************

Po co nam to było? Pyta autor słów pewnej piosenki Jana Zalewskiego wykonywanej przez Joannę Rawik. To, czyli działania niosące skutki w postaci ocieplenia klimatu.

Ale zakupy zrobić trzeba. Najpierw wyrzucić śmieci i zajrzeć do kontenera na papier. Czasem są w nim skarby (jak dla kogo) w postaci zeszytów z niewykorzystanymi kartkami. I takie właśnie trafiły się Annie. W dodatku trzy w twardych okładkach, czyli ciężkie. Trudno, zabrała, bo konkurencji w przysposobieniu się bała. W domu wydarła zapisane części, od kołonotatników oddzieliła sztywne okładki. Do wykorzystania w rękodziele.

Idąc lekko jej nie było ale czego się nie robi dla recyklingu i niewydawania pieniędzy.

W punkcie ksero powieliła ulotki dla biblioteki w Centrum Seniora, a w prywatnej piekarni nabyła kawałek ciasta drożdżowego ze śliwkami. Dbają tam, aby nie było za słodkie. Docukrzyć zawsze można, polać miodem lub syropem klonowym.

W warzywniaku w pojemnikach kolorowo, tym razem nabyła trzy – czerwony, granatowy i brzoskwiniowy.

Pod wiatą usiadła obok seniorki i zachwyciła się jej sandałami. Żółte trzy paski ozdobione były, na całej długości kwiatkami, też w tym kolorze ale cieniowane, płatków obramowanie srebrne a w środku diamencik. Podzieliła się z właścicielką zachwytem: jakie ma pani piękne sandały. A ta: jakie tam piękne, zwyczajne.

No, wszystko opada jak kobiety nie umieją przyjmować miłych uwag.

Nie grozi to muchomorom – wszyscy się nimi zachwycają,  szczególnie osoby pożądające wrażeń, co opisał autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

MUCHOMOR CZERWONY = czerwony kapturek

Kim są muchomoroniarze? Do czego muchomorów używały nasze babcie? Kiedy je zbierać (grzyby nie seniorów) i po jaką cholerę ktoś w ogóle miałby to robić? Odpowiedzi na wszystkie te pytania są całkowicie zbędne normalnym ludziom, dlatego wiem, że chętnie je poznacie.

Zacznijmy od tego, że nawet zwykli grzybiarze są kurde dziwni. Ludzie całe życie narzekają na to, że muszą wstawać w tygodniu o 7 do szkoły, a później do roboty. Tymczasem kiedy tylko zbliża się jesień, zrywają się w weekend o piątej w nocy z mocnym postanowieniem, że wyrwą pełne wiaderko prawdziwków i nogi z dupy każdemu, kogo przyłapią w ICH grzybowym miejscu.

Co w takim razie powiedzieć o ludziach, którzy zbierają wyłącznie te konkretne grzyby, które przyroda wyposażyła w kolorystyczny odpowiednik słowa “spier*dalaj”? Czy da się wyraźniej dać do zrozumienia, że coś jest toksyczne? Nie, przynajmniej do czasu wymyślenia atmosfery w pracy.

Mimo to kiedy wieczory robią się chłodniejsze, a lato daje znać, że było miło, ale nara, lasy zaczynają roić się od ludzi, którzy nie spojrzą nawet na dorodnego maślaczka. Wzgardzą kurką i przejdą obojętnie obok prawdziwka. Dla nich król jest jeden i jest nim jaszczur, to znaczy muchomor, ale istnieje szansa, że znajdują się w takim stanie, że nie zauważą różnicy.

To właśnie muchomoroniarze. Ewentualnie syberyjscy szamani, ale oni rzadziej noszą koszulki z The Doors na klacie. Można ich rozpoznać również po tym, że zamiast muchomor mówią Amanita, bo tak jest, wiecie, bardziej tajemniczo. Faktycznie, muchomor czerwony, czyli Amanita muscaria (cholera chyba się zaraziłem) jest jedną z najstarszych metod wprowadzania się w stan odmiennej świadomości. Starszą od konopi indyjskich, a być może i od małpki przed pracą.

Muchomor zawiera kwas ibotenowy oraz muscymol, od których człowiek może dostać halucynacji. Ale nie ma tak dobrze, że sobie pójdziecie do lasu i weźmiecie gryza czerwonego kolegi prosto ze ściółki. To znaczy, wtedy też dostaniecie, ale halucynacji jelita grubego. Będzie mu się wydawało, że jest wężem strażackim. Muchomora podobno trzeba wcześniej ugotować albo przynajmniej ususzyć.

Muscymolu, który odpowiada za większość psychoaktywnych właściwości, jest w muchomorze niewiele. Do czasu. Tutaj właśnie wchodzą do akcji suszarki i garnki. Przy pomocy temperatury kwas ibotenowy zamienia się w muscymol i muchomorem w końcu można się nawalić. Poza tym podobno poprawia pamięć, działa przeciwzapalnie, a być może pomaga również chorym na Alzheimera.

Niektórzy miłośnicy Amanity (czy to Riders on the storm?) posuwają się jednak jeszcze dalej. Najpierw robią z muchomorów przetwory. Potem je zjadają. Później siadają na nocniku. A jeszcze później… cóż powiedzmy, że nie narzekają już ani na pragnienie, ani na głód metafizycznych doświadczeń.

No dobrze, a gdzie w tym wszystkim rola naszych babć? Kiedyś wywar z muchomora mieszano z brzeczką i smarowano tym słupy przed stodołami. Brzeczka odciągała owady od zwierząt, a wywar z muchomora dostarczał im wrażeń po raz ostatni.

Na koniec chciałbym bardzo wyraźnie zaznaczyć, że dzisiejszy wpis miał charakter kolekcjonerski, to znaczy informacyjny. Muchomory mogą szkodzić już w najmniejszych dawkach. Poza tym, ładniej wyglądają w lesie wśród liści i trawy niż na zapiekance, dlatego lepiej je zostawić w świętym spokoju.

Spokój jest ważny pod warunkiem, że nie przynosi nudy. Najgorsza jest nuda osób wkurzonych, którzy zatruwają życie innym swoimi pretensjami do świata, że nic ich nie interesuje. Tylko ten wkurz i pretensje i narzekanie.

Dwie seniorki w Centrum Seniora, w trakcie dyżuru Anny, nie były takimi przypadkami. Zainteresowały się, usiadły, pod kierunkiem i z materiałów Anny wykonały zakładki. Instrukcji wymagała zakładka w kształcie sówki. Nie narzekały, nie nudziły i nie marudziły. Co za ulga!

Drugim miłym punktem dyżuru było przypadkowe spotkanie z dziennikarzem radiowym. Przyszedł załatwić sprawę do Centrum Seniora ale wszedł od wejścia na lewo zamiast na prawo i natknął się na Annę. Pomachała do niego, podszedł i zapytał czy miała jakieś reperkusje po audycji. Powiedziała, że rozesłała znajomym linki i jak zwykle, życzliwi się ucieszyli a pozostałych szlag trafił z zawiści.

– Ale ja wiem, od dawna, że tak niektórzy reagują na najmniejszy cudzy sukces – powiedziała.

– Ja jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić – stwierdził redaktor.

– Dłużej żyję i mam więcej doświadczeń – podsumowała dyżurująca.

Na tym skończyły się jej środowe sukcesy, bo w galerii handlowej gdzie zostawiła na regale niepotrzebne książki, nie doczekała się powrotu urzędniczki pocztowej. Przeczytała informację „zaraz wracam” i to zaraz trwało, trwało i trwało. Dinozaury wyginęły, kilka rewolucji się odbyło, zdobyto szczyty oraz dokonano wielu wynalazków a ona nie wracała i nie wracała.

– I jak tu nie wierzyć, że jeśli dzień trzynasty miesiąca przypada w piątek to nie jest to oznaka pomyślności –  pomyślała Anna po poniższych przypadkach.

Drugi dzień pada. Z Zus-u otrzymała odmowę przyznania dodatku do emerytury o który się starała. Poczuła się jak naciągaczka.

Listonosz/ka zostawił w skrzynce trzy awiza choć adresatka w tym czasie była w domu. W dodatku nie zostawił/a jeszcze przesyłek na poczcie. Jedna z nich to przekaz (czyli chyba pieniądze) – czy dlatego? Przydały się?

 U dentysty musiała uiścić pół tysiąca, bo okazało się, że dwa zęby wymagają naprawy i mimo ssaka o mało co nie udławiła się wodą z wiertła.

A w domu przysiadła na okularach psując śrubkę w zawiasie. Owinęła go taśmą myśląc, że czas na nowe, bo to nie jest pierwszy raz. Prawa strona opada i widzenie jest jakieś takie dziwne. Prawoskrętne?

Zamykając parasol zraniła sobie solidnie opuszek kciuka lewej ręki i krew płynie, płynie, płynie. Panta rhei – nawet krew.

„Życie mnie mnie” napisał Sztaudynger. To o mnie.

Upalne miasto 117

Upalne miasto 117

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************

Opieka nad kotami dostarcza Annie nowych wrażeń. Na przykład zobaczyła przed pewną bramą wjazdową na posesję ręcznie zrobiony napis z informacją o wyprzedaży garażowej. Tylko, że młoda kobieta chce wyzbyć się wyłącznie odzieży swojej oraz dziecka. Natomiast Annie taka wyprzedaż kojarzy się z dużą i różnoraką ofertą.

Nazajutrz zauważyła wetknięte w skrzynki i ogrodzenia ulotki o zbieraniu odzieży przez Górnośląskie Towarzystwo Charytatywne. Czyżby już Śląsk, Zagłębie i Opolskie już zaliczyli?

Owadzi sklep rozśmiesza klientów do rozpuku oferując promocje pod warunkiem dokonania zakupów za wysokie sumy i to w jeden narzucony dzień. A na dodatek mają tam złośliwe kasy samoobsługowe wprowadzające klientów w konsternację i niedowierzanie. Co zaskutkowało pytaniem spotkanej seniorki na ławce podwiatowej:

– I co, nauczyła się pani tej kasy?

– To kasa powinna się mnie nauczyć – odparła. Bo to ja miałam rację.

A potem porozmawiały o supermarketach, że ich w okolicy chyba zbyt dużo. I o czerwonej papryce, która można wypchać i udusić.

W domu seniorka to właśnie zrobiła, czyli wypchała ale eksperymentalnie, bo zamiast ryżu dała kaszę gryczaną.

Właścicielka kotów po powrocie z urlopu zadzwoniła do Anny mówiąc:

– Zważyłam koty, ha, ha, ha.

Na co seniorka:

– A co, bałaś się, że je głodziłam? Ha, ha, ha.

Syn znajomej przyszedł po klucze i wręczając słój pełen herbat na smyczy powiedział:

– To od mamy i kotów.

– Szczególnie od kotów – zażartowała Anna.

Lato pełne jest kolorów ale i much, które są natrętne, bzyczą i wkurzają. A na koniec lądują na lepie i dobrze im tak.

MUCHA DOMOWA = wkurwikopter

Dzisiejszy wpis jest do dupy, czyli wulgarnie analityczny bo takie emocje budzi we mnie mucha.

Ten gładkoskrzydły, czarnodupy demon rozkładu występuje w całej Europie, Azji, obu Afrykach i Amerykach, a nawet na Antarktyce. Kto by chciał występować na Antarktyce? No, może poza Zenkiem po tym jak przestali go zapraszać do TVP 1. Statystyczna mucha domowa mierzy od 5 do 7 milimetrów, ma rozpiętość skrzydeł do 15 mm i roznosi ponad 100 różnych patogenów w tym te wywołujące dur brzuszny, cholerę, salmonellozę, czerwonkę i wąglik. Z drugiej strony statystyczny muzyk disco polo jest jednak trochę większy, więc wybierajcie rozsądnie.

Każda porządna mucha domowa musi mieć włochate nogi. Musi i już, a wszystko przez niejakiego Van der Waalsa. Ale po kolei. Mucha domowa ma na końcu nóg przylgi, a na nich tysiące drobniutkich włosków spłaszczonych na końcach, które dotykają powierzchni ściany, okna albo twojego czoła kiedy akurat masz zajęte ręce. W każdym z punktów styku, na poziomie molekularnym powstają przyciągające się dipole. Sprawdziłem i nie chodzi o dinozaury tylko o niezdecydowany ładunek elektryczny, z jednej strony dodatni, z drugiej ujemny.

Jeżeli nic z tego nie zrozumieliście, to nie szkodzi. Na szczęście ktoś nazwał te oddziaływania siłami Van der Waalsa i to już bardziej przemawia mi do wyobraźni. No więc jeden Van der Waals siedzi na końcu włoska, a drugi na ścianie i łapią się mocno za ręce, żeby mucha nie spierdzieliła się na ziemię kiedy uprawia pionowy jogging.

Mucha posiada aparat gębowy typu liżąco-ssącego. To znaczy, że niczego nie gryzie, tylko zwilża śliną, czeka aż rozmięknie i wciąga trąbką jak dzieci te długie, żółte chrupki. Dla muchy cały świat jest wielką chrupką kukurydzianą. Je wszystko, co się rozkłada, a najchętniej zgniłe mięso. Jej ślina przyspiesza rozkład materii organicznej, więc jako owad w sensie ogólnym jest dosyć przydatna. W sensie szczególnym natomiast mogłaby już spie*dalać.

Mucha jest zmiennocieplna, uwielbia gorący klimat i to już od 66 milionów lat. Szacuje się, że gatunek ten powstał we wczesnym kenozoiku na obszarach dzisiejszego Bliskiego Wschodu. Później rozlazł się na cały świat razem z ludźmi. Sam nie wiem co gorsze.

W opanowaniu świata pomógł jej szybki cykl rozwojowy. Pani mucha składa za jednym razem około stu jaj, każde o średnicy 2,5 mm. Z jajek wykluwają się czerwie i trwa to od 14 do 30 dni. Szybciej w optymalnych warunkach. Zapytacie, jakie są optymalne warunki dla czerwi muchy domowej? Odpowiadam: świńskie odchody. Co zrobić, nie da się uciec od polityki.

Jak już mucha pobędzie sobie czerwiem, który wygląda jak mała biała gąsienica bez nóżek, to szuka sobie chłodnego miejsca i przeobraża się w poczwarkę. Kilka lub kilkanaście dni później (im cieplej, tym krócej) mucha zostaje muchą, taką, jaką znamy ze ściany.

Mucha w formie bzykalnej żyje od dwóch tygodni do miesiąca. To znaczy, że jeżeli jakaś lata wam po mieszkaniu od dłuższego czasu to jest to mucha w którymś pokoleniu i nabyła już prawa obywatelskie. Wielkość muchy nie zależy od jej wieku, tylko od tego ile jadła w fazie larwalnej. Czyli, kiedy po domu lata dużo much domowych wielkości piłek do golfa to należy ograniczyć ilość świńskich odchodów na metr kwadratowy.

Na szczęście na zajęciach upcyklingowych z TooManyHobbies muchy nie latały, może gdzie indziej bzykały.

Na zebranej wcześniej i przyniesionej odzieży można było przykleić na gorąco, specjalnym prostokątnym żelazkiem, różne naklejki, w tym jakiś napis. Także ozdobić ubranie lub torby farbami za pomocą szablonu. A kto miał zapał – zrobić baner z dowolnym napisem, reklamującym, oznajmiającym, żądającym lub przepraszającym.

W niedzielę osiedlowi działacze, kolejny raz, zorganizowali Pchli Targ. I kolejny raz nie wysilili się na plakaty informacyjne. Podobno nie mają „mocy przerobowych”. W rozmowie z organizatorem seniorka zgłosiła swoją chęć pomocy:

– W razie potrzeby mogę napisać. Umiem, w PRL-u mnie nauczyli.

Ale nie poprosił o numer telefonu, chyba odebrał to jako napaść na jego świetność, czyli umniejszanie. Męskie ego przewyższa wrocławski budynek o nazwie Sky Tower.

Co dobre to zapewniono zielone duże namioty bez boków, stoły i krzesła ale w niewystarczającej ilości. Wcześniej trzeba było się zapisywać na miejsce i Anna załapała się tylko na pół stołu. Sąsiadką była kobieta oferująca dynie – piżmową i hokkaido oraz trzy rodzaje fasolki. Seniorka skorzystała i nabyła jedną pomarańczową dynię i pół kilo żółtej fasolki z której połowę ugotowała po powrocie do domu. A sprzedającej ogrodniczce poradziła, aby w przyszłości do każdej dyni załączała wydrukowane kilka przepisów. Bo dynia nie jest tak powszechnym warzywem jak ziemniaki.

Sprzedała też parę drobiazgów, z jej oferty największym wzięciem cieszyły się zakładki do książek – z kotami,  Wrocławiem, z tkaniny ręcznie uszyte  oraz z suszonymi roślinami. Do zakupionych pięciu dodała jedną (do wyboru) jako bonus.

Nazajutrz kupiła cukinię i paprykę, pokroiła i z dynią oraz fasolką połączyła. Dodała słoiczek przecieru pomidorowego, olej, sól i pieprz ziołowy oraz pastę paprykową. Taki wegetariański bigos  sobie zrobiła. Sporo wyszło więc większość gorącego dania do słoików zapakowała i odwrócone w kącie postawiła przykrywając kilkoma gazetami. Z nadzieją, że wcześniejsze polanie wnętrza i wieczka spirytusem salicylowym pomoże w zamknięciu pojemników. Tak znikome to były ilości alkoholu, że stan upojenia jej nie grozi.

A we wtorek nadeszła chwila, aby wykorzystać, dawno nabytą, farbę o kolorze dżinsu. Postanowiła potraktować nią zupcyklingowaną kiedyś białą bluzkę z podobizną damskiej twarzy, na której naprasowała napis „być kobietą”.  Przeczytała przepis farbowania, zastosowała i trochę się sfrustrowała, bo kolor wyszedł zbyt mocny jak na jej oczekiwania. A ponieważ jest dzieckiem PRL-u uznała, że pozostały płyn nie może się zmarnować i pofarbowała jeszcze dwie rzeczy podomowe i dwie wyjściowe (nauliczne). Czy takie będą na pewno okaże się po wyschnięciu. Rzeczy trzeba było płukać, płukać i jeszcze kilka razy płukać. No i nie wiadomo czy nie będą się kolorystycznie puszczać.

A poza tym nie zastosowała rękawiczek gumowych i jest niebieskopalca. Szare mydło, zmywacz do paznokci i spirytus salicylowy nie dały kolorkowi rady. Czyli jest dobrze lecz nie beznadziejnie. Będzie się niebieścić jutro na bibliotecznym dyżurze. Jest Jutrzenka różanopalca to dlaczego nie może być seniorka niebieskopalca? Też ładny kolorek.  A  upał znowu się żarzy.

Upalne miasto 116

                Upalne miasto 116

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************

– A może  pierwszy czwartek miesiąca ustanowię sobie dniem zakupów nieżywnościowych – zadała sobie pytanie Anna. Wprawdzie nie kupiła zaplanowanej czarno – białej bluzki choć sympatyczna ekspedientka twierdziła, że rozmiar to over size.

– Over ale nie mojego ciała typu gruszka – dosmuciła się seniorka. Klapsa czyli faworytka a  może to inny  gatunek? Na przykład konferencja choć nie lubię tłumnych narad. Jest jeszcze lukasówka. I starczy tych owocowych rozważań.

Kupiła ostatnią parę niezbyt drogich sandałów zapłaciła i w podzięce za zakup dostała krówkę, obyło się bez rogów i postronka, bo to cukierek był. A wręczając go ekspedientka powiedziała: zapraszamy do zakupu jesiennych butów.

Drugim zaplanowanym zakupem był srebrny sznurek potrzebny do rękodzieła. I w jedynej w okolicy pasmanterii dowiedziała się, że niedawno przyszły dwie panie i cały zapas wykupiły za jednym zamachem. Pewnie potrzebowały do zbiorczego rękodzieła. Ale nie zrezygnowała i porosiła o srebrne koronki wśród nich był sutaszowy sznureczek.

Miła ekspedientka Ukrainka przy okazji powiedziała, że klientki dzielą się na te, które chciałyby tam kupić wszystko i te, które wszystko mają. I, że czuje duchotę ale nie może otworzyć okna, bo pod nim nieustannie ktoś lub ktosie załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne.

Do domu gdzie mieszka na jedenastym piętrze, przez okno dochodzi bardzo ale to bardzo intensywny oraz natrętny zapach perfum. I to nie od sąsiadów z piętra niżej, bo tam nikt nie mieszka. To lokatorka z piątego piętra chyba ma zanik powonienia.

Przedświąteczna środa była dla seniorki Dniem Życzliwej Komunikacji Miejskiej. Częściowo ale jednak. Po zostawieniu niepotrzebnych książek w galerii handlowej, na tamtejszej mini poczcie nadała list polecony,  zrobiła nieduże zakupy żywnościowe i wyjechała na poziom zero, aby poczekać na tramwaj, który uprzejmie natychmiast podjechał. Wdzięczna losowi za to ułatwienie w upalny dzień usiadła i po przejechaniu trzech przystanków poszła na przystanek autobusowy. Na którym zaraz znalazł się autobus podjeżdżający blisko bramy Anny. Ponowiła wdzięczność i weszła powoli na swoje czwarte piętro. Na parterze zdziwiła się, że sąsiadka wychodzi z zakupową torbą na kółkach o tej porze gdy jest najgoręcej. A w sklepach pewnie przedświąteczny spocony i zezłoszczony tłum.

Zawsze gdy idzie do przystanku mija drzewko, czasem bezlistne, czasem kwitnące a latem owocujące a pod nim owocki upadłe. Nie zbiera ich, bo ulica ruchliwa, więc owoce  +   uliczne wyziewy nie są jej ulubionym pokarmem. Chyba to są te, opisane na  fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Mirabelka to śliwka instytucja. Broń, przekąska i odświeżacz do chodników w kulce. To owoc, który zacierał różnice pomiędzy przyjacielem i wrogiem, narzędzie wojny i sposób na podryw. Mirabelkami rzucał każdy, jak ciepłymi śnieżkami.

Tymczasem, ten żółty owoc, który rósł po drodze do szkoły i który wypełniał gnilnym aromatem wakacyjne wieczory, ten sam, którym tyle razy wymierzaliście sprawiedliwość, prawdopodobnie wcale nie był mirabelką, tylko ałyczą. Co to za cholera zapytacie? Bardzo słusznie. Ałycza, czyli śliwa wiśniowa faktycznie jest cholerą, jak zresztą większość owoców. Ałycza jednak nie dość, że podszywa się pod słodką mirabelkę, która jest szlachetną odmianą śliwy domowej, to w dodatku jest mała, kwaśna i twarda, a czasami bywa również gorzka.

Owoce nie dostały trudnego zadania od Boga. Mają być słodkie, soczyste i rozsiewać grzech pierworodny. Ale nie, przychodzi taka ałycza, która smakuje jak kiszony ogórek, wyjęty z wody kolońskiej i do tego ma gorzką skórkę. Jakbym chciał obierać jedzenie, to bym sobie kupił parówki, cierpka lambadziaro.

Ałycza pierwotnie rosła w Azji i na Południu Europy, czyli tam, gdzie jest ciepło, sucho i taniej za dobę niż nad polskim morzem. Z jakiegoś powodu postanowiła jednak wpaść do nas w odwiedziny i tak już została, bo doskonale radzi sobie kiedy jest, kamieniście i piaskowo. Aż dziwne, że żadna nie rosła na moim szkolnym boisku w podstawówce (do tej pory mam blizny na kolanach).

Poza smakiem owoce ałyczy różnią się od mirabelek rozmiarem (są mniejsze), przekrojem (pestka jest zrośnięta z miąższem) i kształtem liści. U ałyczy są one mniejsze i bardziej lancetowate. Lancet jakby ktoś nie wiedział to narzędzie chirurgiczne o podwójnym ostrzu. Coś jak skalpel tylko z niepotrzebnie skomplikowaną nazwą. Normalnie nie zawracałbym wam tym głowy, ale w przypadku ałyczy krwiożerczo nazwane liście są preludium do krwiożerczo uformowanych gałązek. Ta cholera ma kolce! Mirabelka nigdy by nam czegoś takiego nie zrobiła.

Czy Ałycza do niczego się w takim razie nie nadaje? No aż tak to nie. Znacie to amerykańskie powiedzenie, kiedy życie daje ci cytryny, zrób z nich lemoniadę? W Polsce kiedy dostajemy od losu, coś kwaśnego to się tym upijamy. To samo dotyczy rzeczy słodkich, gorzkich i smakujących jak siki dzikiej krowy (o tobie mówię żubrówko), ale z kwaśnym wychodzi lepsze porównanie.

W poniedziałek postanowiła pojechać do galerii handlowej i zerknąć na regał z uwolnionymi książkami, bo w środę po dyżurze bibliotecznym pojedzie do dwóch kotów, aby je zaopiekować w czasie nieobecności ich niewolnicy.

I dobrze zrobiła. Bo wprawdzie w Acton specjalnych zakupów nie zrobiła ale z regału wziętymi książkami się obłowiła. Oczywiście z przeznaczeniem do biblioteki w Centrum Seniora. Są to Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy” z 1964 roku, z pożółkłymi kartkami; Sienkiewicza „Krzyżacy” z  1965 roku, z białymi kartkami; opowiadania Żeromskiego „Rozdziobią nas kruki, wrony” z 1974 roku – wszystkie w twardej oprawie. Oprócz tego książka  Jana Żabińskiego (niegdysiejszego dyrektora warszawskiego Ogrodu Zoologicznego, który w czasie II wojny, razem z żoną Antoniną przechowywał, na terenie ogrodu, i ocalił wiele osób żydowskiego pochodzenia) „Co to było za dziecko” wydana przez Naszą Księgarnię w 1960 roku, czyli przeznaczona dla starszych dzieci. Są to jego wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest ilustrowana przez Maję Berezowską. Rysunki są czarno – białe tylko obwoluta kolorowa (obwoluta to okładka ochronna, zakładana na główną, ma dwa zagięte skrzydełka na których często są informacje dotyczące autora i książki).

W środę padało więc Anna zapakowała książki przeznaczone dla biblioteki oraz kartonowa teczkę z różnymi materiałami w foliową torbę dodając parasol. Aż tu nagle przed dwunastą okazało się, ze deszcz miał dosyć pracy i poszedł odpoczywać. Miło z jego strony. Gdy już położyła torby na krześle przy dużym stole stojącym przed regałem z książkami w Centrum Seniora zobaczyła mężczyznę wybierającego książki.

– A na wymianę coś pan przyniósł?

– Oczywiście, a czy legitymację też mam pokazać?

Wprawdzie Anna nie wiedziała o jaki dokument chodzi ale nie dopytywała tylko stwierdziła, że nie ma takiego warunku w ogłoszeniu o zasadach korzystania ze zbiorów.

Senior wyjął trzy książki i wręczył Annie za co dostał egzemplarz czasopisma „Życia w pełni” w którym są dwa teksty seniorki. Ucieszył się mówiąc w podziękowaniu:

– Całuję rączki – bez dokonywania tegoż. I bardzo dobrze. Annie podoba się powiedzenie: „Witamy się bez podawania/całowania rąk”. Następnym miłym akcentem był fakt nabycia książki autorstwa seniorki. Zainteresowała się nią kobieta, która przyszła wyrobić kartę seniora, gdy usłyszała, że to o kotach. Dostała dedykację i zakładkę. I teraz Anna zastanawia się czy jej poczucie humoru  spodoba się nabywczyni, czy może z grymasem niechęci przyjdzie, aby domagać się zwrotu pieniędzy. I co wtedy seniorka ma zrobić? Powiedzieć:

– Towar dotknięty/zapłacony należy do macanta?

Po dyżurze pojechała do domu znajomej, aby zaopiekować się kotkami. Już to kiedyś robiła i zawsze jest tak samo – jedna podchodzi do drzwi gdy usłyszy otwieranie drzwi, a druga zwiewa i chowa się. Raczej nie w mysią dziurę a za zasłonę.

Trzeba w dwóch miseczkach zmienić wodę, nasypać suchą karmę i do dwóch oddzielnych wyłożyć mokrą z saszetek. Wybrać stałe odchody a niestałe zasypać kolejną warstwą specjalnego piasku.

No i pogłaskać tę odważną, która jest jednak  sfochowana faktem, że nie ma w domu stałej niewolnicy.

„Dziennik niezatopionej”

Pogoda jaka jest każdy widzi. Mamy podobne zagrożenie jak w 1997 roku.

Za ten tekst dostałam jedyną nagrodę w konkursie ogłoszonym przez „Gazetę Wyborczą” w dziesięciolecie powodzi.

****************************************************************

Motto: „Dwadzieścia cztery smutki to zwykła nasza doba”

Piątek 11.07.1997 r.

Jestem na urlopie, ale poszłam do biblioteki zobaczyć, co i jak. Mieści się w budynku tuż nad Odrą, która wylała na łąkę z drugiej strony ulicy. Sugerowałam, że potrzebne były worki z piaskiem pod drzwi, aby zabezpieczyć wypożyczalnię i biura. Zagrożonych jest ok. 40 tys. książek, komputery i meble.

Woda we Wrocławiu przybiera osiem centymetrów na godzinę, a że miasto leży na pięciu wyspach, wszyscy mamy szansę na podtopienie.

Nad terenem, gdzie mieszkam i gdzie mieści się nasza biblioteka (dzieli nas tylko most), latają helikoptery.

Zalane są wszystkie ujęcia wody, a więc lada moment będzie sucho w kranach.

Sobota 12.07.1997 r.

Godz. 10 rano – nie ma wody! Jak dobrze, że wczoraj zrobiłam pranie i sprzątanie. Umyję się i pójdę zobaczyć, co się dzieje. Usłyszałam w telewizji TeDe, że most Warszawski (a biblioteka przecież obok) zalany, a koło uniwersytetu brakuje tylko 20 centymetrów do przelania wody przez wały.

Godz. 13.30 – na szczęście most w porządku. Lekko odetchnęłam. Dzielnica Kozanów prawie całkiem zalana. Kto z moich znajomych tam mieszka?

Beata z budynku, gdzie mieści się biblioteka, dzwoniła, żeby zabrali dźwig stojący obok (budowa plomby), bo jak runie, to zgniecie całą kamienicę. Zero efektu.

Od wczoraj wieczór mieszkańcy bloków na ulicach sąsiadujących z biblioteką układali (także w nocy) worki z piaskiem wzdłuż nabrzeża. Woda jest tuż-tuż przy końcu wału.

Pod główne drzwi biblioteki podłożono, na prośbę Lucynki (współpracownica), trzy worki z piaskiem. Była tu rano z ojcem i mężem, przenieśli książki z niższych półek na wyższe. Gdyby zamokły, byłyby do wyrzucenia.

Zalane jest Pogotowie Ratunkowe. Tramwaje nie jeżdżą, helikoptery warkoczą – nastrój jak w stanie wojennym. Teraz czekamy, kiedy nas zaleje. Wtedy nas zamkną. Zamknięcie już przeżyłam.

Siedzę z oczami w telewizorze, uszami w radiu, duszą na ramieniu i wściekłością na powódź, los, władze.

Magda Furman z TeDe przywiozła materiały z ulic nie tak daleko położonych od biblioteki. Woda na metr – puściły wały przy mostach Jagiellońskich. Niedobrze mi się robi na myśl, co mogłoby się stać z biblioteką.

Godz. 20.55 – brak prądu w Komendzie Stare Miasto. Woda idzie w stronę Dworca Głównego.

Niedziela 13.07.1997 r.

Zbieram siły, żeby wyjść z domu. Cały czas oglądam telewizję i jestem od tego wszystkiego cała chora. Ale śpię jak zabita.

Zagrożone jest zoo i szpital przy ul. Kamieńskiego. Kozanów odcięty i nikt się nami nie interesuje. Woda sięga powyżej ośmiu metrów!

Nie ma beczkowozów rozwożących wodę. Wydzielam ją sobie bardzo oszczędnie, bo nie nalałam zapasu do wanny. Głupia krowa!

Mam gaz i prąd – jak dobrze! Kocica osowiała. Ja też.

Kulminacyjna fala przeszła wczoraj wieczorem w godz. 21-24. Młyn Maria i Ostrów Tumski uratowane.

W kuchni stoi mi sterta brudnych naczyń, w łazience śmierdzi. Byłam w bibliotece. Woda przecieka przez worki położone na pobliskim wale. Ulice obok zalane. W piwnicy pełno wody. Zakręt przedbiblioteczny zalany w połowie.

W drodze spotkałam Anetę (koleżanka z innej biblioteki). Nie miała odwagi przejść przez most. Zabrałam ją ze sobą. Poprzekładałyśmy na wyższe półki jeszcze trochę książek. Wzięłyśmy sobie wodę w butelkach, która była przeznaczona do podlewania kwiatków – wypadło po trzy sztuki.

Regina (koleżanka z innej biblioteki mieszkająca w budynku, gdzie jest nasza) wzięła komputery z biur do siebie.

U Anety (mieszka dwie ulice ode mnie) nie ma światła od wczorajszego wieczora. Dałam jej świeczki. Zaprosiłam, w razie czego, do siebie. Ale nie wiadomo, kiedy i gdzie woda szybciej dojdzie – do mnie czy do niej.

Przyniosłam dwa wiadra wody z piwnicy sąsiedniego budynku, potem jeszcze dwa od sąsiadki z parteru. Spływam potem po wniesieniu ich na czwarte piętro. Nareszcie przelałam całym wiadrem ubikację. Marzę o długim prysznicu lub kąpieli w wannie pełnej wody.

Warkot latających bez przerwy śmigłowców pogłębia ponury nastrój. Po Kozanowie pływają łodzie.

Najpierw ze zdenerwowania gryzłam paznokcie, potem palce, migdały, a teraz co popadnie. Oprócz kota – bo ucieka. Nie ma to jak udany urlop – wysiadają wszystkie kurorty i szpanerskie wojaże.

Oglądałam w telewizji kolejny odcinek „Rozmów o zmierzchu i świcie” Magdy Umer z Agnieszką Osiecką. Miły przerywnik. Czytać książek nie mogę. Nie zmywam naczyń – jem na tych samych. Zanosi się na długi brak wody w kranach. Mogę chodzić (choć nie lubię) niedomyta i niedoprana, ale trzeba spłukiwać ubikację.

Dziennikarka TeDe prawie pokłada się na biurku ze zmęczenia, czytając, omal bez przerwy, nadesłane informacje. Spisują się świetnie, właściwie pełnią funkcję komitetu przeciwpowodziowego. Utopił się trzynastoletni chłopiec. Rynek suchy, ale niedostępny. Ostrów Tumski nadal się broni. W zoo dosłownie walka, bo dwa ogromne drzewa runęły i wybiły dziurę w wale. Nie nadąża przepompowywanie ścieków.

Co chwila wyglądam przez okno – jest już woda przed naszym blokiem czy jeszcze nie. Trwa nieustanna zbiórka darów: jedzenie, picie, odzież, środki czystości, koce, śpiwory. Do piątku wysyłano wszystko poza Wrocław, teraz tu są potrzebne. Łodzie i pontony dostarczają te rzeczy i ewakuują ludzi. We Wrocławiu słońce, ale w górach pada. Spekulanci podnoszą ceny żywności dwu- i trzykrotnie. Zawalił się, w środku, budynek (cztery piętra) na ul. Kniaziewicza, bo wypłukało fundamenty. Woda zalewa niedawno odbudowany po pożarze Teatr Polski. Dwie pompy nie dają rady. Przerwało wał od ulicy położonej blisko mnie. Mieszkańcy układają wały z worków z piaskiem.

Poniedziałek 14.07.1997 r.

Godz. 9.20 – TeDe podaje, że dziś w nocy była plaga kradzieży. Należy złodziei łapać i dawać wycisk, bo policja nie nadąża.

O godz. 11 przyszła do mnie Aneta. Wychodziłyśmy już, gdy przez domofon sąsiadka powiedziała, że na ulicy obok jest beczkowóz. No to łap! za wiadra. Pomagałyśmy też innej sąsiadce, która niedawno zdjęła gips z nogi. Obeszłyśmy potem kawałek naszej dzielnicy – kupiłyśmy chleb i wodę mineralną, ostatnich pięć butelek. Byłyśmy w bibliotece. Odra obok znacznie opadła. Przyjechała też Lucynka. Posiedziałyśmy na workach pod drzwiami, pogadałyśmy o sytuacji. Teściowie Lu są na Kozanowie, ale szczęśliwie w prawie suchym miejscu. Mąż pojechał do nich z zapasami. A pogoda śliczna, wręcz sielska.

Właściwie na każdą noc powinnam była mieć przygotowane torby ewakuacyjne z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale jakoś nie pomyślałam. W telewizji komunikaty o powrotach i wyjazdach dzieci na kolonie i obozy. Trzydzieści trzy helikoptery latają nad Wrocławiem. Powódź w Polsce trwa już tydzień. Z Niemiec przyjechał sprzęt, który w ciągu godziny filtruje osiem ton brudnej wody, czyniąc ją zdatną do picia. Czytam książkę „Hiroshima Joe” – na końcu autor opisuje skutki zrzucenia bomby atomowej. No to my mamy lepiej.

Wtorek 15.07.1997 r.

Wczoraj pobliskie PKO było zamknięte. Muszę wybrać pieniądze z konta. W TeDe relacja z dzisiejszej nocy i rana: zawalone części chodników, ulic, tu samotny adidas, tam kapeć. Archiwalne akta sądowe dokładnie zalane. Zanosi się, że Wrocław będzie miastem z ułomną pamięcią. Nasza biblioteka zamknięta na tydzień – brak prądu. Przyniosłam dwa wiadra wody z piwnicy sąsiedniego budynku – będzie do ubikacji. Na Szczepinie (dzielnica) 2,5 metra wody, brak jedzenia, picia i środków ewakuacji. Byłam u Krysi (też w mojej dzielnicy) – chora. Jej syn pomagał przy ładowaniu i układaniu worków z piaskiem, wrócił po dobie i przez trzy dni z trudem się ruszał. Wrocław nie ma gdzie wywozić śmieci. Zalane są książki w magazynach Biblioteki Uniwersyteckiej i Biblioteki Akademii Medycznej. Teraz „za czym kolejka ta stoi?”- po wodę z beczkowozu. Podobno jest zagrożenie od rzeki Oławki. Jak dotąd, 43 osoby zmarły na skutek powodzi. W nocy na ulicach słychać było trzaski – to „hieny” tłukły szyby wystawowe. Zalesie i Zacisze zalane po parter.

Środa 16.07.1997 r.

We Wrocławiu rozpoczęły się szczepienia ochronne. Apel, aby przestrzegać higieny osobistej i sanitarnej – ha, ha, a skąd brać wodę?

Leszek Moczulski mówi w relacji z Sejmu o konieczności wprowadzenia stanu wyjątkowego.

Byłam w naszej bibliotece – porządkowałam książki, podlałam kwiatki. Upadłam na chodniku, stłukłam i poraniłam lewe kolano. Dobrze, że noszę z sobą nawilżone chusteczki higieniczne i plastry. Koło mojego domu takie korki uliczne (trasa na Warszawę), jakby całe miasto uciekało w popłochu. Gorąco. Kupiłam bez problemu wodę mineralną, biały ser, jogurt. Lodów brak. Gazet do biblioteki nie dowieziono, gmach Ruchu zalany. Ewakuowano jeden ze szpitali. Zalało księgarnię Eureka, mnóstwo książek trzeba było wyrzucić!

Boli mnie stłuczone kolano. Pewnie mój diabeł stróż uznał, że pławię się w rozpuście (nie zalało mi ani pracy, ani domu, cały czas mam gaz i prąd), i musiał mi to wyrównać. Czytam „Białe zeszyty” Soni Raduńskiej. Coś mało mnie wzruszają „duszne” problemy bohaterki. A może by tak drobną klęskę żywiołową i zaraz hierarchia spraw się przestawia.

Zalane jest więzienie i szpital psychiatryczny (200 osób, brudni, brak wody i jedzenia). Na Księżu Małym ponad 170 cm wody i straszny smród. Mieszka tam ok. 3 tys. osób. Dziesięć przychodni zdrowia dotknęła powódź. A deszcz pada. Podobno dopiero za miesiąc będzie woda w kranach w całym mieście.

Godz. 18.50 – pada. Dostałam kartki od zaniepokojonych Ewy z Warszawy i Halinki z Krynicy. Także Jadzia z Opola dała znać – nie zalało jej dzielnicy.

Czwartek 17.07.1997 r.

Deszcz nie pogorszył warunków we Wrocławiu. W nocy kolano tak mnie bolało i rwało, że aż obudziłam się o drugiej nad ranem. Przykładałam sobie zimny (z lodówki) woreczek z kiszonymi ogórkami, trochę pomogło. W nocy przyjechał konwój z darami od Fundacji Polsat. Mają być obfite opady i przybór wody, a ja porządkuje bibliotekę. Niepotrzebnie? Zamiast tramwajów jeżdżą autobusy. Byłam na cmentarzu. Na grobach wylegują się w słońcu koty. Nawet dały się pogłaskać. Dziś dzień żałoby narodowej.

Piątek 18.07.1997 r.

Świetna organizacja obrony w dzielnicach Zalesia i Zacisza tamtejszych mieszkańców. Sprowadzili pompę z Konina, mają swój magazyn żywności i odzieży, przychodnię czynną w godz. 8-20, aptekę, stały przepływ informacji dzięki gońcom. Leje w Czechach, Wałbrzychu. Poszłam po wodę do beczkowozu. Schodząc po schodach, upuściłam sobie wiadro na duży palec lewej nogi (tej ze zranionym kolanem), nieszczęśliwie, bo kantem, pod paznokciem dużego palca. No to już boli mnie kolano, stopa i kostka. Cdn?

„Autobusy zapłakane deszczem” – pada. Budki telefoniczne oblężone, w pracy telefon nie działa. Wysłałam kartki do znajomych, że u mnie OK i z pytaniem, co u nich.

Kolejny szpital zalany, woda w magazynach pościeli i bielizny, personel nosi wodę z beczkowozów. Lekarze mają dwa litry wody na osobę.

Godz. 17.15 – dotąd padało, teraz leje. Litości!

Dowcip powodziowy: Idzie menel z towarzyszką ulicą pełną wody. Ona mówi: „Wrocław zalany, ulica zalana, ty zalany, co jeszcze zalane?”.

Godz. 22.30 – nadal pada.

Sobota 19.07.1997 r.

Temperatura 16 stopni.

Koszmarne jest budzenie się ze świadomością, że ciągle jest powódź, że cierpią ludzie i zwierzęta, że nie wiadomo, kiedy to się skończy. Rzeka Bystrzyca zagraża kilku osiedlom, dziś w nocy może wylać, ludzie mają się przygotować do ewakuacji. Godz. 10.55 – znowu leje. Ja chcę na Saharę, byle z wodą w kranach. Rada dla kobiet – jeśli nie można prać fig, trzeba nosić podpaski. „Nic, naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości” – sprzedawana jest płyta pt. „Twoja i moja nadzieja” na rzecz powodzian. „Radioton” to akcja Polonii z Chicago. „Musisz odnaleźć nadzieję i nieważne, że nazwą Ciebie głupcem”. Sąsiadki biorą wodę spod rynny, dobry pomysł, będzie do WC.

Niedziela 20.07.1997 r.

O, jak dobrze – nie pada, ani leje, ani kapie, ani ciurka. W Wałbrzychu trochę lepiej – mniejszy przybór wody, opady zelżały. W Świdnicy wylała Bystrzyca. W Legnicy bardzo źle, pada, w Kaczawie poziom wody przekroczył stan alarmowy o 260 cm – co z wujkiem tam mieszkającym?

Łoskot śmigłowców.

Dziś o godz. 18 w centrum miasta ma być woda w kranach. To znaczy – nie u mnie. W siedmiu dzielnicach Wrocławia jest zagrożenie epidemią, bo są odcięte, nie można wywieźć śmieci i usunąć nieczystości.

Godz. 21.40 – znowu leje. Wolałabym, żeby to była manna z nieba lub pieczone gołąbki.

Poniedziałek 21.07.1997 r.

Nadal mam urlop. Dziś mżyło i siąpiło, ale wczesnym popołudniem przejaśniło się. W mieście jest obrzydliwe zgniłe powietrze i lekki smrodek w dzielnicach niezalanych. Uchwalono zasiłki dla powodzian w wysokości 3 tys. zł. Nadal nadawane są komunikaty, że potrzebne są worki z piaskiem i ludzie do pracy przy wałach. Byłam w pracy, mimo urlopu, cztery godziny. Porządkowałam książki, dźwigałyśmy z Lu wodę z beczkowozu. Biblioteka już czynna – przyszli i czytelnicy, i klienci kiermaszu tanich książek, a nawet ktoś przyniósł książki w darze.

Kupiłam sobie leczo w słoiku, zjadłam trochę i dostałam rozwolnienia. No, świetnie.

Och, żeby woda była choć w kranie w piwnicy. Najgorsze jest czatowanie na beczkowóz.

Wtorek 22.07.1997 r.

W radiu słuchaczka opowiada, że syn pomagał przy ratowaniu zoo i teraz, wychodząc ze swojego pokoju, pyta matkę śledzącą komunikaty; „A jak tam moje zoo?”.

Komunikacja do d… Tramwaje w naszej części miasta w ogóle nie jeżdżą, autobusy przedziwnie. Żadnych informacji na przystankach.

Ma przyjść trzecia fala powodziowa.

Udało mi się dopaść beczkowóz, ale po wejściu na czwarte piętro z dwoma pełnymi wiadrami mam dość.

Środa 23.07.1997 r.

Godz. 17 – jest woda w rurach. Cóż za radość móc opróżnić cały rezerwuar ubikacji. Zrobiłam sobie przyjemność i spuściłam trzy razy wodę z rzędu.

Och, dlaczego nie można się w niej ani myć, ani nic wyprać?

W TeDe relacja z aktu desperacji Siechnic, które stoją w śmierdzącym bagnie. Mieszkańcy chcieli odwodnić swoją miejscowość, udrażniając stare przepusty, które są pod główną drogą Wrocław – Opole. Czekali na decyzje władz, aż wreszcie ułożyli zaporę z płonących opon i żywego kordonu.

Przyjechała policja, z pałkami, w hełmach, i rozpędziła zebranych. Zakazali filmowania, uderzono dziennikarza, zatrzymano parę osób. Nie wiadomo, gdzie są.

Z wrocławskich uczelni najwięcej szkód poniosła Akademia Medyczna – akademik, kliniki, biblioteka, sale wykładowe.

Zalało nam, na amen, bibliotekę na ul. Reymonta. Ala pracowała tam 30 lat. Ładny finisz kariery zawodowej.

Program „Widziałam” Marii Wiernikowskiej: „Wjeżdżamy w kraj, który śmierdzi” – gniją zboża, zwierzęta, domy.

Czwartek 24.07.1997 r.

Odważyłam się zrobić pranie w wodzie z kranu, choć ogłaszają, że nadaje się tylko do celów sanitarnych. Brudne rzeczy wysypują mi się z pralki. Na 19 metrach (całe mieszkanie) nie mam ani gdzie ich przechować, ani zapasu czystych na zmianę,

Jutro do godz. 10 ma przyjść druga fala, nie wiemy, czy znowu przygotować bibliotekę na ewentualność zalania.

Długość fali ma wynosić 100 km, przez Wrocław będzie przechodzić 4-6 dni, a wały są niestabilne. Znowu będziemy mieli wspaniały weekend.

Piątek 25.07.1997 r.

Nadal mam urlop. Zbliża się druga fala. Woda w Odrze znów się podniosła. Stosownie do tego my przestawiłyśmy książki na wyższe półki. Zamknęłyśmy bibliotekę o pół godziny wcześniej. Pada. Warkot helikopterów nieustanny.

Sobota 26.07.1997 r.

Byłam na moście obok biblioteki. Woda o wiele niżej niż przy pierwszej fali. Bogu dzięki. Worki z piaskiem, łoskot helikopterów, wycie karetek pogotowia, smród, brak wody, czyhanie na beczkowóz, dźwiganie wiader i butelek z wodą, zatopione domy, ludzie i zwierzęta – oto lato ’97.

Godz. 14.50 – pada i grzmi. Kocica poluje na muchę. Ja nadal piorę w wodzie z kranu. Pofarbowałam nareszcie włosy henną. Ogłoszono przed chwilą, że woda bieżąca nadaje się do mycia i picia. Jak świetnie, cudownie, zachwycająco!!!

Godz. 17 – w Warszawie już od 14 godzin pada deszcz. W Siechnicach nareszcie odpompowywanie wody.

Niedziela 27.07.1997 r.

Woda w kranie to był zbytek szczęścia. O godz. 13 suchutko! Jak pomyślę o dźwiganiu wiader z wodą, to mi zaraz niedobrze. W piwnicy nabrałam dwa wiadra. Wracam na górę cała zasapana – woda leci!

Poszłam „w miasto” wieszać plakaty o kiermaszu w bibliotece. Wracam – nie ma wody. Po jakimś czasie – mało, ale płynie. Nie ma to jak miłe urozmaicenie.

Poniedziałek 28.07.1997 r.

Nie ma wody!

Znowu boli mnie gardło.

Komary, komary – dobrze, że mam elektryczne urządzenie, bo zżarłyby mnie żywcem.

Powódź także w Niemczech, a pewnie się im zdawało, że my jesteśmy niegospodarni, źle zorganizowani i leniwi – dlatego nas zalało. Telefon w pracy nieustannie głuchy.

Wtorek 29.07.1997 r.

Kupiłam na straganie kilogram świeżych ogórków. Ale po materiale w telewizji postanowiłam je wyrzucić – a nuż z zalanych terenów. Komary!

Środa 30.07.1997 r.

Pierwszy dzień w pracy po urlopie. Środa jest dniem zamkniętym dla czytelników. Ktoś złapał za klamkę, a potem spoza okna widzę i słyszę, jak mężczyzna mówi do kobiety: „Tu można kupić tanie książki, ale żadnych darów nie dają” (na naszym plakacie jest notka, że przyjmujemy dary w postaci książek).

Podsłuchane w warzywniaku: „…jak przyszłam do tej dzielnicy, to poczułam się jak w Ameryce, czysto, nie śmierdzi, jest prąd i gaz, sklepy pootwierane”.

Czwartek 31.07.1997 r.

Woda bywa w kranach w godzinach szczytu – bardzo mi jest dobrze, że nie muszę być zależna od beczkowozu.

Komary!!! Co jest ich ulubionym daniem? Irena B. w pocie własnym.

Piątek 1.08.1997 r.

Czytelnicy zatrzymują mnie na ulicy z pytaniem: „Czy zalało bibliotekę? Nie? O, jak dobrze!”.

Rozmowy wrocławian tego lata: kogo i na ile zalało, czy jest woda w kranach, jak urzędnicy traktują powodzian.

Sobota 2.08.1997 r.

Nie odbyła się nasza babska impreza (comiesięczne spotkanie pod pretekstem kupna-sprzedaży swoich ciuchów). Zalało Ani piwnicę, gdzie miała wyremontowany lokal i swoją firmę. Przyszło nas siedem, bo telefony nieczynne. Na balustradzie werandy (wysoki parter) Ania powiesiła emaliowaną tabliczkę z napisem „KONIEC”, gdy woda już zeszła. Po tej ulicy można było pływać kajakiem (Zalesie).

Niedziela 3.08.1997 r.

Mam cały dzień wodę w kranach i tak duże ciśnienie, że można zapalić piecyk gazowy. JAK MI DOBRZE! Nie muszę się już potykać o wiadra i butle z zapasem wody. Mogę wziąć prysznic, zrobić przepierkę.

Życie jest piękne (i czyste)!

** Od autorki w 2007 roku: Latem 1997 r. zaczęłam pisać list do koleżanki, która wyjechała na urlop. Zaczęła się powódź, więc opisywałam wypadki na bieżąco. A że poczta nie działała, to pisałam i pisałam.

Nie zrobiłam żadnych poprawek. Biblioteki, o której pisałam, już nie ma – poległa w ramach reorganizacji.


Upalne miasto 115

       Upalne miasto 115

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*************************************************************

W środę na dyżurze Anna najpierw uporządkowała książki na regale (zawsze są poprzekładane), rozłożyła na stole wyjęte z szafy bardziej   niż na regale interesujące pozycje a potem przechodzącej obok sympatycznej pracownicy CS zgłosiła chęć poprowadzenia warsztatów na których będzie można zrobić sobie kartki imieninowe lub urodzinowe.

Chwilę odpoczęła wycierając pot z całej głowy i popijając wodę aż tu nagle zobaczyła wchodzącą znajomą z wnukami. Taż zapytała czy A. ma informator kulturalny „Co jest grane” i zamiast iść pięć kroków do biura stanowczo wysłała seniorkę, aby dopytała czy mają i dlaczego nie. Potem opowiedziała o tym, że byli w muzeum gdzie jest skrzynia ze skarbami tzn. złotymi talarami.

– Rozumiem, że tylko leżały koło złota? – zażartowała Anna.

– Nie, naprawdę złote.

Ale nie mogła ich pokazać, bo utonęły w czeluściach torby. Poinformowała także jakiego informatora nie lubi, gdzie lubiany jeszcze można znaleźć i że idą na pizzę.

– A gdzie jest jakaś dobra? – spytała seniorka.

– Idziemy do galerii handlowej, bo tam, blisko pizzerii, jest plac zabaw dla dzieci.

Anna pod koniec dyżuru zabrała porcję niechcianych książek oraz czasopismo z jej tekstami i pojechała do galerii, aby książki na specjalnie do tego przeznaczonym regale zostawić. I kogóż zobaczyły tam jej piękne oczy? Oczywiście tę znajomą. Na regale z „uwolnionymi książkami” było ich sporo i różnorodnych, więc znajoma przeglądała i wybierała dla siebie oraz wnuków jakieś pozycje. Przy okazji poinformowała seniorkę (trzeci raz), że najstarszy wnuk bardzo interesuje się geografią, zbiera mapy, zna trasy tramwajów i autobusów w mieście a nawet kto je wyprodukował.  Podzieliła się też wiadomością, że pizzeria ma promocję  i namawiała do skorzystania.

Anna zostawiła przyniesione książki  i zabrała parę z przeznaczeniem do Centrum Seniora, m.in.  „Niedole cnoty”; „Opowieść podręcznej”; „1984”; „Grek Zorba”; „Pestka”, „Piknik pod wiszącą skałą” i inne – razem dwanaście.

Czekając na przystanku spotkała znajomą, która od lat robi piękne obrazki z roślinnych elementów, nazywając je florotypie.

Nie porozmawiały bo tramwaj Anny szybko podjechał.

Idąc w swoim budynku po schodach dała dwóm sąsiadkom czasopismo ze swoimi tekstami.

Zjadła obiad i podziękowała sobie, że nastawiła w telefonie przypominajkę o warsztatach kolażowych. Na które pojechała tramwajem choć planowała autobusem, który się wypiął.

Idąc na przystanek trzeci raz spotkała tę samą znajomą, obie jednocześnie pokazały sobie trzy palce.

Wprawdzie od lat robi kolaże ale uważa, że nawet wtedy gdy ma się praktykę warto się czegoś nauczyć.

Podano temat prac ale nie pokazano ani jednego przykładowego kolażu. To nie była dobra koncepcja.

Przyszła tam inna znajoma, która parę lat temu zaraziła się od Anny robieniem kolaży a mieszka bliziutko miejsca zajęć. Dość szybko, w półtorej godziny (razem z wycinaniem elementów z czasopism) zrobiły swoje prace, dały się sfotografować i wyszły po napiciu się soku pomarańczowego.

Autobus jadący prawie pod jej bramę, o dziwo, szybko podjechał na przystanek.

Tym razem nikogo znajomego nie spotkała. Aż się zdziwiła.

Następnego dnia wyrzucając śmieci nie zdziwiła się, że na podwórku są, jak zwykle po deszczu, duże kałuże. Natomiast zaskoczył ją jeden nieduży, w kropki, żółty krótki kaloszek na środku wody. Tak zaskoczył, że zrobiła mu zdjęcie. Po tej artystyczno – wodnej akcji poszła do tramwaju, bo była umówiona w lodziarni na sąsiednim osiedlu. Lody dobre, ceny też  niezłe.

Anna przekazała znajomej informacje o nowym bezpłatnym czasopiśmie dla seniorów wydawanym przez finansową spółkę. Dała dwa pierwsze numery do przeczytania i zachęciła do ewentualnego,   napisania jakiegoś tekstu.

Potem poszły na spacer a na jednej z wysp zrobiły sobie sesję fotograficzną pod srebrzystą instalacją o nazwie NAWA. Nie zdążyły się nafotografować gdy nadeszło sporo spacerowiczów, aby się też uwiecznić pod tym oryginalnym obiektem.

https://visitwroclaw.eu/miejsce/nawa-plenerowa-rzezba-na-wyspie-daliowej

W drodze powrotnej kupiła koncentrat pomidorowy do zaplanowanego dania, czyli papryki nadziewanej – ryżem i mięsem z indyka. Trzy duże papryki już wcześniej nabyła, mięso i ryż także.

Trzeba było wypatroszyć papryki. Nie ucinała im górnej części tylko wydrążyła szypułkę. Ugotowała ryż, udusiła mięso, przyprawiła, rozbełtała koncentrat z wodą, dodała tłuszcz, pokroiła jabłko. Do owalnego żeliwnego garnka włożyła nafaszerowane papryki, zalała sosem, wsypała cząstki jabłka, przykryła i postawiła na dużym palniku. Za jakiś czas poczuła smakowity zapach, okazało się, że trochę sosu wykipiało, przypiekło się i powstała woń zapowiadająca pyszne danie.

A że „Opowieść podręcznej” znała tylko z serialu teraz ma okazję, aby przeczytać oryginał, czyli książkę. Serial ma wiele odcinków jest adaptacją (ale niedokładną) książki, dodano ciąg dalszy i to już  nie jest tak interesujące.

Przy czytaniu i oglądaniu powyższego trudno się jest szczerze szczerzyć, bo to ponura opowieść.

Autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak opisuje szczeżuje:

Szczeżuja pospolita to małż, który pospolity wcale nie jest. Kiedyś był, ale wszystko się zmienia, nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki, szczególnie jeżeli ktoś do niej ciągle ścieki spuszcza. Szczeżuja potrzebuje do życia czystej wody. Najlepiej stojącej w jeziorze lub stawie, ale również płynącej, byle nie za szybko w rzece kanale lub rowie. Niestety bez chemii to się nie najesz, jak mawia Nestle.

 I potem cała ta tablica Mendelejewa, którą jemy np. w płatkach o kształcie bobków królika, wpływa negatywnie na środowisko życiowe polskiego małża. Co się z nią dzieje w międzyczasie… Powiedzmy, że jest filtrowana.

Szczeżuja nie ma do tego wszystkiego głowy. I to dosłownie, a w związku z powyższym brakuje jej również oczu. Zorientuje się jednak czy zgasiliście światło w pokoju dzięki specjalnym światłoczułym komórkom. Wiadomo, że głowa jest przede wszystkim po to, żeby nią jeść, ale szczeżuja oszukała system i wciąga wodę z jedzeniem przez syfon wlotowy, przepuszcza przez skrzela i wypuszcza syfonem odpływowym. Zupełnie jak u ludzi, z mlekiem i kiszonymi ogórkami.

Tak naprawdę szczeżuja chciałaby tylko leżeć zagrzebana do połowy w mule i filtrować, co brzmi jak niezły plan na życie, a przynajmniej na letnie popołudnie. Jak już się nafiltruje zoo i fitoplanktonu, to rośnie i to nawet do 10 centymetrów długości muszli. Jeżeli akurat nie jest bardzo zajęta rośnięciem, to wędruje sobie po dnie przy pomocy organu nazywanego nogą, który wysuwa spomiędzy muszli.

Czy szczeżuja się szczerzy? Pytanie jest bardziej podchwytliwe jeżeli zadamy je na głos. W przypadku tekstu widać, że nam się literki r i z nie zgadzają. Przeczytałem o tym u profesora Bralczyka tego od drewnianego psa, który z dech był, gdy wszyscy chcieli normalnego. W takim razie czy szczeżuja żuje? Nie, tak by było za prosto. Szczeżuja pochodzi od czesania i bardzo dawno była czeżują, a nawet czeszują. Muszli szczeżui nie używano jednak jak zwykłych grzebieni, ani nawet do nanoszenia wosku, żeby łysi się błyszczeli. Przy pomocy szczeżui czesano pokrzywy, czyli oddzierano włókna, żeby przygotować z nich tkaninę na koszule dla braci, ale łabędzi, a nie kaczek.

W niedzielę, dzięki zmotoryzowanym znajomym Anna pojechała na pchli targ odbywający się na placu przed Centrum Historii Zajezdnia. Przyjechali na godzinę 9 (targ od 10-14) i zobaczyli, że jest tam już bardzo dużo stoisk.

W efekcie na placu znalazło się więcej sprzedających niż kupujących.

Siedząc i trochę czekając na Godota Anna stwierdziła, że większość ludzi ma minę przeciwną światu i ludziom.

Podobno cudzoziemcy od razu to zauważają.

Nie było tam zaopatrzenia typu „mydło i powidło” ale oferowano ekologiczne mydełka ozdobione dekupażem.

Jeden młody facet kupił butlę – gąsiora, pewnie  – będzie pędził   wino.

Kobieta niosła duuuużego pluszaka, nie widać było pyska, Anna zapytała czy to misiek okazało się, że to  leniwiec, a właścicielka powiedziała:

– Widzi pani, że nie chce iść, muszę go nieść.

A potem kupiła dużego nadmuchiwanego łabędzia. Małe ją nie zadowala?

Seniorka pochwaliła przechodzącej kobiety bluzkę w koci wzór i zaproponowała, aby coś od niej kupiła w ten deseń (organizer, broszka, szydełkową grubą serwetkę – podstawkę z wyszytymi oczami i wąsami kota) ale ta powiedziała, że jeżeli już to woli psy! Ha, ha, ha!

Inna seniorka zachęcana, aby udekorowała dekolt powiedziała, że ma dużo ozdób, nawet po mamie. Więc Anna zasugerowała, aby wystawiła je na sprzedaż następnym razem.

Do kartki okolicznościowej z naklejonymi suchymi roślinami dodała, jako gratis, zakładkę z takimi elementami. Młoda kobieta obok wystawiająca swoje rzeczy miała na sobie zamotkową bransoletkę, którą kupiła poprzednio a teraz zachęciła koleżankę i ta nabyła naszyjnik na okrągłym drucie. Obie zapozowały do zdjęcia udekorowane z tymi ozdobami.

Upalne miasto 114

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************

Jest taka piosenka:

Telefony telefony
Gdzie dzwonić mam
Jaki numer mam wykręcić
Do kogo z was…

Tam gdzie dzwonię nie poznają
Mego głosu głosu głosu głosu głosu
Złe numery złe numery
Złe adresy dresy dresy dresy dresy
Ten telefon w mojej głowie tylko
Brzęczy brzęczy brzęczy brzęczy brzę czy
Ah
Brzęczy brzęczy brzęczy brzęczy brzę czy
Ah …..

Nikt nie dzwoni nikt nie dzwoni
To tylko ja tylko ja

Telefony w mojej głowie
Telefony w mojej głowie
Telefony w mojej głowie
To tylko ja

We wtorkowe popołudnie zadzwoniła jakaś Mucha i trajkotała o specyfiku dla panów.

– Stosując go poprawi się pana życie – gadała w kółko nazywając Annę panem.

Na co ona zapytała:

– Kiedy zmieniłam płeć bo sobie nie przypominam?

A ta ciągle swoje o genialności leku i zapytała o kod pocztowy. Na co seniorka całkiem spokojnie, już dosyć ubawiona sytuacją, ponownie zadała pytanie:

– Proszę mi powiedzieć kiedy zmieniłam płeć?

Nagranie o leku nadano od początku.

– A, dosyć tego – stwierdziła Anna wyłączając się.

I przypomniała sobie jak to, lata temu, jakaś bystrzacha w spółdzielni mieszkaniowej wystawiła książeczkę opłat na męską wersję imienia. Z każdą wpłatą na odwrocie seniorka pisała, że nie zmieniła płci. Długo trwało ale w końcu dotarło.

Może ten dzwoniący owad też upadł w supermarkecie na Annowym osiedlu? Bo od ponad miesiąca jest tam rewolucja lipcowa oraz sierpniowa. Czy potrwa do października?

Wszystko zmieniają, bo zaanektowali sąsiednie pomieszczenie po aptece i pepco. A że ruszają się jak muchy w smole i bez pomyślunku to na podłogowym wybrzuszeniu kryjącym przewód jakiś, klientka w srebrnym wieku potknęła się i rymnęła. Męska obsługa ją podnosiła i wreszcie zrozumieli, że trzeba to zasłonić aby nie było powtórki z wywrotności.

Gołębie też bywają natrętne, potrafią siedzieć na zewnętrznym parapecie i jękliwym głosem nadawać niewiadomoco. W dodatku od wczesnego rana no i zostawiają pamiątki, czyli obsrywają parapet a czasem, w ramach dowcipu (ha, ha, ha) nawet szybę polatując sobie.

Autor fbowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” opisał te stworzenia:

GOŁĄB  pawik lub inny ozdobny = gołąb nieślubny

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Zapraszacie do domu dziewczynę albo chłopaka. Jest nastrojowo, czyli ciemno, bo oszczędzacie na prądzie. Ofiara, tzn. gość siada na kanapie i częstuje się orzeszkami. Dobry wybór one mogą leżeć dłużej niż chipsy czy kanapki z masłem i pomidorem.

Chłopak albo dziewczyna obraca się powoli, zerka przez lewe ramię i… Staje oko w oko z gołębiem. I to jest element konwersacyjny, a nie papuga, piesek czy kotek. Macie gołębia – zwierzątko domowe. Szok, niedowierzanie, miliony pytań, a wszystkie zadawane w głowie głosem Bogusława Wołoszańskiego.

No i wtedy wchodzicie wy cali na biało, ale tylko troszeczkę, bo zdążyliście założyć coś, w czym wam będzie wygodnie. I zaczynacie opowiadać, że gołąb domowy to nawet lepszy jest od papugi, ja wolę. Przede wszystkim gołąb ma dziób miękki, wręcz delikatny i nawet jak dziobnie, to jakby Jezusek bosą stópkę odcisnął na czole. Po drugie nie dziobnie, bo jest miękka faja i woli ucieczkę niż atak. Po trzecie gołębie w naturze siedzą na skałach, a nie na gałęziach więc wolą powierzchnie płaskie i nie będą na was s*ać z żyrandola, a to zawsze fajnie.

Poza tym gołębie są głupie. To zaleta i wie o tym każdy rodzic z dzieckiem, które zadaje inteligentne pytania. Gołębiowi można kupić pluszowego ptaka i będzie zadowolony, że nowy partner taki miękki i mało gada. Poza tym jeżeli chcecie wyjść na ekscentryków to możecie mu kupić szelkomajtki z kieszonką na kupę. Wtedy nawet poza klatką będzie czysto, a i nikt wam gitary nie będzie zawracał. Nie wyobrażam sobie zaczepiać gościa, który chodzi po mieście z gołębiem w pampersie.

Powód, dla którego w ogóle poruszam ten temat to zaproszenie, które dostałem kilka dni temu. Na kartoniku wielkości średniej pocztówki, którą ktoś przypadkiem upuścił do garnka z brokatem, napisano: „Ślub Tomka i Joli”. Imiona są oczywiście zmienione (pozdrawiam Adama i Kasię). To zaproszenie sprowokowało moją partnerką, a naszą ilustratorkę do opisania mi historii gołąbków ślubnych. W pierwszej chwili zareagowałem entuzjazmem, bo dawno już nie jadłem tej pysznej paćki z ryżu i mielonki zawiniętej w rozmiękłe liście kapusty.

Niestety, okazało się, że chodzi o ptaki. Wiecie, o te dwa białe dranie, które czasami wypuszcza się z okazji zawarcia transakcji wiązanej. Godzina w urzędzie za całe życie kotletów schabowych i nieprzebrane ilości odkręconych słoików z dżemem albo ogórkami (role, choć kulturowo przypisane mogą być zamienne – nikt tego nie sprawdza, poza teściami).

No więc wbrew temu co obiecują hodowcy, te gołębie często do gołębników nie wracają. Ani na noc, ani wcale. Zamiast tego, błąkają się same po wrogim świecie albo jeszcze gorzej pod Stokrotką w Olsztynie i czekają, aż osłabione od chorób rozdziobią je wrony. Taki los spotkał wczoraj jednego pierzastego drania w moim mieście.

Też mnie to zdziwiło. To znaczy nie zachowanie wron siwych, bo to w końcu ptaki. Wygląda jednak na to, że ktoś nas tutaj robił w bambuko i to nawet w komediach romantycznych. Jak mogłaś Julio Roberts?

Historia tego konkretnego gołębia z Olsztyna skończyła się dobrze. Ktoś z fundacji Albatros odłowił go gołymi rękami. Tylko że takich gołębi, które ślub poniewiera, nawet bardziej niż ludzi jest wiele. Pytacie, co można z tym zrobić? Po pierwsze można ich nie wypuszczać, to już jest sporo. Jeżeli jednak do kogoś przemawia pierwsza część wpisu, to może gołębia adoptować. Na przykład tego białego z dzisiejszej historii. Zdjęcie znajdziecie w pierwszym komentarzu na fb. Tam też jest link z kontaktem do fundacji Albatros.

Poranny domofon, a raczej rozmowa za pomocą tego urządzenia bardzo Annę zaskoczyła. Dzwoniła listonoszka zgłaszając, że wkładając kopertę do skrzynki niechcący ją rozdarła. Przepraszała i przepraszała. Po polsku bez akcentu. Rzadko się zdarza takie pozytywne zachowanie. Zawartości (kartom ATC) nic się nie stało, bo nadawczyni owinęła je w celofanowe woreczki.

Upalne miasto 113

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************

Dyżur biblioteczny w Centrum Seniora w ostatnią środę lipca przebiegł interesująco. Najpierw Anna zobaczyła, na biurku w pokoju gdzie wydają karty seniora, numer drugi nowego wrocławskiego pisma dla seniorów „Życie w pełni” na który czekała, bo zawiera dwa jej teksty:  felieton o bibliotece  w CS oraz recenzję książki o Hannie i Antonim Gucwińskich, wieloletnich zarządzających wrocławskim Ogrodem Zoologicznym.

Wzięła kilka egzemplarzy, aby wręczyć swoim znajomym  a dwóm nawet wysłać pocztą.

Potem przyszła do CS znajoma seniorki, aby coś załatwić, bo intensywnie działa na swoim osiedlu. Prowadzi tam Klub Seniora i jest w Radzie Osiedla. Porozmawiały trochę, Anna pochwaliła się publikacjami wręczając pismo.

Następna rozmówczyni pochwaliła się, że chętnie chodzi na spotkania z twórczymi osobami – autorskie i filmowe a także należy do Dyskusyjnego Klubu Książki. Opowiadała o tym dużo i chętnie. Widać było, że kontakt z twórcami bardzo ją cieszy. Także została poinformowana o tekstach.

Trzecia nosi takie samo imię a w dodatku mieszka na osiedlu Jagodno gdzie w październiku 2023 roku do trzeciej w nocy stali ludzie w kolejce, aby głosować w wyborach. A miejscowa pizzeria częstowała ich swoimi wyrobami.

Pokazała zdjęcia zabudowań na których widać, że domy są najwyżej czteropiętrowe, dużo zieleni a klatki schodowe często sprzątane.

Najlepszym punktem tej rozmowy były zdjęcia kotki tricolorki (biało – czarno – rudej). Wychodzi ze swoją panią poza mieszkaniem będąc na smyczy,  bo poprzednio mieszkała w domu z ogrodem i jest przyzwyczajona do wolności. Z trudem się aklimatyzowała w nowym miejscu.

A propos książek i czytania Wojciech Młynarski napisał wiersz:

„Drogi Rodaku z kolczykiem w uchu,

Z łańcuchem dokoła szyjki,

Niech Ci choć trochę pójdzie do słuchu

Treść mojej historyjki.

Bo przyznać musisz, słodki łobuzie

Z gadżetów pełną chatą,

Że ładne wszystko masz – oprócz buzi!

Buzię masz ryjowatą…

Jak ją odmienić – zachodzisz w głowę,

Tę twarz, co w lustrze skrzeczy,

A ja wyjaśnić chcę w paru słowach

Przyczynę stanu rzeczy:

Jeśli za mało książek znasz

– to Ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz, kim był J. S. Bach – to spłaszcza Ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los

– to deformuje Ci nos.

Gdy nie wiesz, co to savoir – vivre

– żuchwę masz grubą, aż dziw!

Owe przykłady można by mnożyć,

Proszę szanownych Pań, Panów

I całkiem długą listę utworzyć

Zdeformowanych organów.

Niech więc Rodakom sprawa ma służy,

Tu się nie trzeba lenić:

Znam dwóch chirurgów plastycznych, którzy

Mogą ten stan odmienić!

Dwójka chirurgów jest w stanie

Zmienić Wam twarz, bez wątpienia:

Myślenie i Oczytanie…

I tak przez trzy pokolenia!”.

A Stanisław Lem:

„Książką można czytelnikowi głowę, owszem przemeblować o tyle,

 o ile jakieś meble już w niej przed lekturą stały.”

Stanisław Lem, Doskonała próżnia. Wielkość urojona

Z czterdziestoletniego doświadczenia bibliotekarki wynika, że przeważnie tych mebli brak lub są stare, brudne i koślawe.

Pierwszego sierpnia Anna poszła najpierw na pocztę nadać 3 listy priorytetowe, gdy usiadła przy stoliku, aby wysłać sms-y z tą informacją ugryzł ją w przedramię jakiś owad. I nie był to komar tylko większy okaz. Poczuła ukłucie więc odruchowo go pacnęła aż z wrażenia padł martwy na podłogę.

– Spoufalania się nie lubię – stwierdziła. No i ma kolejne napuchnięte i obłędnie swędzące miejsce.

W tramwaju przy wysiadaniu stwierdziła, że nie może oderwać sandała od podłogi. Nie był to ten owad tylko nadepnięta wcześniej guma do żucia. Bo ktoś sobie ją wyrzucił na ulice. Ot, tak. Bo lubi.

Poszła, zdegustowana dwukrotnie, na spacer z przewodnikiem z cyklu „Filmowy Wrocław”. Oprowadzanie jest bezpłatne a to z okazji siedemdziesiątej rocznicy działania wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych.

Z profilu „Filmowy Wrocław”:

W roku Marka Hłaski zapraszamy w letnie czwartki na spacery literacko-filmowe „Tu nie wywczas, tu film”. Ich tytuł nie jest przypadkowy. Nawiązuje do anegdoty związanej z Markiem Hłaską, który podczas realizacji filmu „Baza ludzi umarłych” zjawił się we Wrocławiu, zachęcony słowami kierownika planu Henryka Szlacheta: „Panie Hłaskower, pan przyjedzie. Tu wywczas, tu nie film”. Hłasko od razu włączył się w życie towarzyskie ekipy filmowej, świętując do bladego świtu. Gdy filmowcy wyjeżdżali rano na zdjęcia, Henryk Szlachet poszedł obudzić Marka Hłaskę słowami: „Panie Hłaskower, pan wstaje, tu nie wywczas, tu film!”.

Każdy ze spacerów rozpoczniemy od zwiedzenia wystawy tematycznej w Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, którą przygotowano z okazji 70-lecia Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu i opowieści o wielobarwnej historii wrocławskiej WFF. Następnie zobaczymy plenery filmów, które powstały na kanwie utworów literackich, w tym Marka Hłaski, Leopolda Tyrmanda, Bolesława Prusa, Janusza Korczaka, Jerzego Andrzejewskiego czy Gerharta Hauptmanna.

W Muzeum Teatru jest nieduża wystawa rekwizytów wypożyczonych z WFF, a na niej parę kostiumów filmowych (m. in. suknia Beaty Tyszkiewicz z „Lalki”; szata Cybulskiego z „Rękopis znaleziony w Saragossie”), duży reflektor, kamera, stół montażowy, popiersie Zbigniewa Cybulskiego.

Przedstawiono chronologicznie dzieje WFF za pomocą tytułów i fotosów filmów powstałych w kolejnych latach.

Grupa wyszła z muzeum trochę po godz. 17 i usłyszała hymn. A wcześniej bicie dzwonów i syreny uczciły rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Poszli potem w parę miejsc gdzie albo wiszą okolicznościowe tablice (okazuje się, że parę takich tablic, przy odnawianiu budynków, zniknęło na zawsze, koszt jednej to pięć tysięcy złotych a władze miasta nic nie zrobiły, aby je odzyskać) albo w tym miejscu nakręcano sceny do konkretnego filmu lub  serialu.  Dowiedziała się też, że scen hotelowych wcale nie nakręcano w hotelu Monopol tylko w hali wytwórni. W szklaneczkach podpalano benzynę a nie spirytus. Musiało bosko pachnieć, bo pewnie scenę powtarzano kilkakrotnie.

Udekorowana światłami uliczka i wejście do Teatru Kameralnego grało w serialu „Strachy” według książki Marii Ukniewskiej z Izabellą Trojanowską w głównej roli.

Scena kwesty w kościele z „Lalki” toczy się nie w Warszawie a w jednej z wrocławskich świątyń.

Sytuacji w banku z filmu „80 milionów” nie nagrywano  w działającym oddziale a w budynku dawnego Banku Rzeszy, który w czasie realizacji już przestał być Bankiem WBK.

Przed dawnym barem „Barbara” a teraz siedzibą Wrocławskiego Instytutu Kultury jest figurka krasnala Vincenta przed sztalugą z blejtramem, a to na cześć Vincenta van Gogha o którym powstał animowany film „Mój Vincent”.

Kieślowski kręcił swój film „Personel”  w Operze Wrocławskiej. I tak dalej itd.