Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona
******************************************************
Poniedziałek 4 maja 2026 r.
Siła złego na jednego biednego.
W piątek i sobotę czułam się w miarę dobrze a w niedzielę kopytkowy się w….ł i dowalił pogorszeniem.
Na szczęście zadzwoniła kontrolnie koleżanka lekarka i poradziła co mam robić. Ale wściekła jestem, bo przez chorobę ucieka mi uczestniczenie w różnych fajnych zajęciach i wykonaniu paru planów. Twórczo w domu też nie za bardzo jestem w stanie działać, czacha mi dymi ale nie pomysłami a całe ciało mdłe ciągle.
Przed naszym budynkiem jest pas zieleni, wiosną kwitną fiołki, bez czarny a nawet biały, wrzosowy i fioletowy. No i „złoty deszcz” tak uroczo opisany na FB przez autora profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też:
Forsycja to żółta spierdolina, dzięki której już wczesną wiosną możemy poczuć powiew jesieni. Wygląda, jakby ją całą pociągnęli farbą do malowania barierek, a nazywa się jak choroba weneryczna. Jest żółta jak ten zwyrol-chwalipięta z Ulicy Sezamkowej i intensywnością koloru obiecuje owadom nektarową ucztę.
Tymczasem kiedy tylko zapylacze zbliżą się do kwiatów najbardziej znanej odmiany (Forsythia × intermedia), okazuje się, że są puste, tak jak serce forsycji. Pszczółki i motylki przyleciały na darmo. Forsycja niemal zupełnie nie produkuje pyłku i nektaru.
Zapyla się bez pomocy owadów trzecich, to znaczy pomiędzy kolegami. Ma jednak mechanizm, który zapobiega samozapyleniu. Mianowicie w jednej populacji część roślin ma długie słupki i krótkie pręciki, a część odwrotnie. Zjawisko to nosi nazwę heterostylii i pisał o nim sam Darwin w przerwach od narzekania, że go przyroda w życie uwiera.
Ale spokojnie, nie myślcie, że forsycja wam się będzie na działce po kątach chędożyć. Większość forsycji ogrodowych to klony, więc i tak nie mogą się zapylić. Prawie cała europejska populacja forsycji to ogrodniczy ślepy zaułek.
Z jakiegoś powodu po świecie krąży plotka, że forsycja produkuje laktozę, cukier spotykany w mleku. Na szczęście to bzdura. Jeszcze tego by brakowało, żeby po niej motyle pierdziały.
Na forsycji poznał się już Martin Vahl – botanik, który w 1804 roku nadał jej nazwę. Uczcił w ten sposób Williama Forsytha, szkockiego ogrodnika na dworze króla Jerzego III. Forsyth był współzałożycielem Royal Horticultural Society – jednej z najważniejszych organizacji ogrodniczych świata i oszustem hobbystą.
Forsyth zbudował w 1774 roku jeden z pierwszych skalnych ogrodów w historii ogrodnictwa. Ściągnął ponad 40 ton skał spod Tower of London, łącznie z łupkiem i kredą z pobliskich dolin, a nawet kawałkami islandzkiej lawy. Następnie wszystkie te kamulce zwalił na kupę i czekał, aż mu na niej zakwitną bratki. Nie doczekał się, więc uznał, że jego przeznaczeniem jest zostać uzdrawiaczem roślin. Wiecie, ręce, które leczo i inne węgierskie potrawy.
Pod koniec życia ogłosił, że wynalazł „plaister” – maść na rany drzew. Maść składała się z krowiego łajna, wapna, popiołu drzewnego i piasku. Bo bez krowiego łajna to gówno, nie lekarstwo.
Forsyth twierdził, że przy pomocy tego ekskrementalnego betonu uleczy nawet dęby z wydrążonymi pniami. Dostał za to 1500 funtów od brytyjskiego parlamentu, który pilnie potrzebował zdrowych drzew na okręty przeciw Napoleonowi.
Grupa prominentnych ogrodników i botaników powiedziała jednak „sprawdzam” i przetestowała wynalazek Forsytha. Co za niespodzianka, okazało się, że maść jest gówno warta. Forsyth został zdemaskowany, ale nie spotkały go z tego powodu żadne nieprzyjemności, bo miał farta i zaraz potem umarł.
I na jego część nazwano forsycję. Nic dziwnego, że franca wypuszcza kwiaty przed liśćmi, oszukuje wygłodniałe po zimie owady i wygląda, jakby ktoś poszczuł na krajobraz wściekłe przedszkolaki z żółtymi kredkami. Jedyną jej jasną stroną jest to, że ogrodowa odmiana nie potrafi się sama zapylić.
No dobra, forsycja nie karmi co prawda pszczół, ale człowiek z cierpliwymi ustami (bo cholera ma malutkie płatki) mógłby się nią najeść. Tylko pamiętajcie żeby jeść kwiatki bo liście mogą być toksyczne. Tymczasem według chińskiej medycyny ludowej kwiaty forsycji oddziałują na meridiany serca, płuc i jelita cienkiego. Grubego nie, bo się człowiek przy wpychaniu urobi po łokcie.
Niestety forsycja to potwór w żółtej skórze – jest stoloniferyczna (o dziwo nie ma to nic wspólnego ze stolcem). Chodzi o to, że kiedy końcówka gałęzi dotyka ziemi, zakorzenia się i daje początek nowemu krzewowi. Zostawiona bez opieki forsycja rozpełza się po okolicy jak obca forma życia albo sprzedawcy e-papierosów..
W dodatku rośnie 60 cm rocznie i nie daje pod sobą przestrzeni żadnej innej florze. Jej korzeń wygląda jak pal, który trzeba wydobyć w całości. Jeżeli zostanie choćby kawałek, to forsycja wróci jak próchnica i moda na dzwony.
Żeby pozbyć się forsycji, trzeba kilku sesji z herbicydami, kopania rowu o głębokości 30–40 centymetrów wokół krzewu, a nierzadko ciągnika z łańcuchem.
**************************************
Czy powinnam zastosować ten przepis kiedyś przeze mnie wymyślony?
Groteskowy, fantastyczny, futurystyczny przepis kulinarny
Glony w patisony
Zamów telepatycznie składniki
Abyś miał smaczne wyniki.
Glony różnorodne i patisony nadobne.
Mleko z gwiazdy zarannej
I olej z zorzy porannej.
Wymieszaj wszystko starannie
W malutkiej kamiennej wannie.
Dodaj pyłków kwiatowych sporo
żeby potrawa miała piękny kolor.
Wlej do foremki z tytanu
i polej ją łyżką tranu.
Wsadź do kuchennej kapsuły
i wyślij, aby się nie popsuły.
Czekając umyj zęby nie omijając gęby.
Gdy usłyszysz śpiew delfina
to znak, że potrawa przybywa
i uchyla się naczynia pokrywa,
zapach unosi się nieziemski
nie ma więc oznak klęski.
Spożywaj powoli mlaszcząc
I dłońmi swemi klaszcząc.