Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.
*************************************************************************
Poniedziałek 19. 01.
Czasem mamy w życiu fart, a innym razem niefart. To drugie zjawisko nazywam działaniem osobistego diabła stróża i u mnie jest bardzo częste. Przyzwyczaić się jednak do tego nie mogę. Taka nieprzyzwyczajalna jestem J.
W piątek zrobiłam zakupy m.in. w Rossmanie. Pakiet papieru toaletowego, szczoteczka do zębów i krówki. Płaciłam kartą przy kasie samoobsługowej. A torbę miałam już poprzednio zapełnioną innymi produktami. I w domu po dwóch godzinach zorientowałam się, że przyniosłam tylko papier. Czyli resztę zapomniałam zabrać. A, że byłam już przebrana a te zakupy nie kosztowały niebotycznie to postanowiłam, że pójdę dopiero w poniedziałek i dla porządku zapytam.
Poszłam, zapytałam czy może ktoś je zauważył i oddał obsłudze. Choć przypuszczałam raczej, że zabrał sobie. Ale co mi szkodzi zagadnąć. Tak zrobiłam, ekspedientka odpytała mnie jakiego to było dnia i w jakiej porze, podeszła do siedzącego obok kas pracownika i poprosiła o sprawdzenie monitoringu. Długo to trwało, więc poszłam do sąsiedniego sklepu. Po powrocie dopiero zapytano mnie jak byłam ubrana. Tak samo jak teraz. Znalazł. Widać jak wszystko skanuję (wszystko czyli trzy rzeczy) i co zabieram. Oddano mi to co zapomniałam. Ale i tak nie wiem czy ktoś z klientów „zakosił” te zdobycze, czy obsłudze oddano a ta co zrobiła?
No, nieważne – grunt, że zostawione – odzyskane choć spisałam je na straty.
Na dworze mroźno. Na wierzchu kontenera papierowego znalazłam torbę naprezentową a w niej książkę Nurii Pradas – „Barcelońskie sny” wydana w 2018 roku. Warto tam zaglądać. Choć nie przestaje mnie zadziwiać ta praktyka – książka do kontenera gdzie zginie wśród innych papierów.
Wtorek
Warto czasem zajrzeć na facebooka bo są tam różne profile, w tym z zabawnymi treściami jak „Kisnę butwiejąc”, którego autorką jest świetna nauczycielka pod nickiem Pani Mrówka z Zielonej Góry, oto ostatni wpis:
Irytacja
Uczeń 1: Ej, a czemu się mówi, że coś jest proste jak budowa cepa?
Uczeń 2: No bo masz dwa kijki związane tegesem i walisz w zboże. C’nie, pani Mrówko?
Mrówka: Owszem. Jest bijak, dzierżak i gązwa.
U2: Łoesssu… u pani to nie może być tak, że dwa patyki i kokardka. Nieee. Od razu definicje, słowa z kosmosu, ordnung muss sein, obliczenia kwantowe i strach się bać, bo wszyscy umrzemy.
Warto poczytać komentarze do tego wpisu, dobry humor na kawałek dnia zapewniony!
****************************************************
Kiedyś napisałam taki tekst do czasopisma dla seniorów, które nagle przestało się ukazywać. Diabeł mój stróż zadziałał.
Nie wyrzucaj – wykorzystaj
Ekologia najogólniej jest nauką o porządku i nieporządku w przyrodzie oraz o konsekwencjach wynikających z tego porządku i nieporządku dla istnienia biosfery i człowieka.
Recykling to proces mający na celu ograniczenie zużycia surowców naturalnych. Rozumie się przez to metodę odzysku, w ramach której odpady są przetwarzane na produkty, materiały lub substancje, a następnie ponownie wykorzystywane w pierwotnym lub innym celu.
Upcykling to wyższa forma recyklingu. Oba pojęcia odnoszą się do ponownego przetwarzania odpadów. Jednak w przypadku upcyklingu powstają produkty o wyższej wartości niż pojedyncze materiały użyte do stworzenia danej rzeczy. Najlepiej zobrazuje to przykład modnych ostatnimi czasy mebli z palet. Założeniem upcyklingu jest nadanie używanym przedmiotom nowych funkcji i innych form, a tym samym – podniesienie ich wartości.
Nadrzędnym celem takiego działania jest zmniejszenie zużycia surowców naturalnych oraz powstających odpadów. Zamiast wyrzucać, można przerabiać, zmieniać, stwarzać na nowo. Upcykling to idea, która – z uwagi na dbałość o środowisko – propaguje pracę rąk własnych, ograniczając do minimum zużycie energii elektrycznej i gazu.
Sami sobie zgotowaliśmy ten los, czyli ocieplenie klimatu. Zachłanność na posiadanie coraz większej ilości przedmiotów bez których moglibyśmy żyć niszczy przyrodę, wysusza akweny wodne, zatruwa środowisko.
I słusznie w mediach zwraca się uwagę na te problemy. Zachęca do sortowania śmieci, naprawiania a nie wyrzucania zepsutych przedmiotów.
Od lat mam, kupioną w PRL-u, lodówkę i dopóki działa nie wymieniam jej na nową. Kilka lat temu fachowiec naprawiający ją powiedział: gdyby pani chciała ją wyrzucić to proszę do mnie zadzwonić, bo ona przetrwa jeszcze wiele lat.
Takie przedmioty żartobliwie nazywane są, przez starsze pokolenie, „gniotsa, nie łamiotsa”.
W naszym kraju, w słusznie minionym ustroju, brakowało wszystkiego, także papieru. Bo władza uważała, że łatwy dostęp do tego artykułu spowoduje, że wszyscy natychmiast zaczną drukować materiały obalające ustrój.
Ja, dziecko PRL-u czasem zaglądam do kontenerów na papier, bo ludzie wyrzucają kartony, pudełka, gazety nawet książki. Nie żebym nurkowała w ich czeluście, taka sprawna i zacięta na odzyskiwanie nie jestem. Ale dzisiaj na przykład znalazłam duże zeszyty i kołonotatniki, w których większość kartek jest niezapisanych. Wszystko mnie boli widząc takie marnotrawstwo, więc je zabrałam, wydarłam zapisane kartki a pozostałe wykorzystam osobiście lub na zajęciach rękodzielniczych.
Czasem wyciągam też różne czasopisma, aby wyciąć z nich ilustracje i napisy z których powstają moje wyklejanki i kolaże. Z różnych gazet stron robię koperty, a nawet pojemniki na drobiazgi.
Zdarza mi się też zabrać pojedyncze sztuki odzieży, z których podkoszulki wykorzystuję do zrobienia naszyjników „zamotek” i pasujących do nich bransoletek. Mam swoich kilkanaście zestawów i noszę je codziennie dobierając do stroju.
Ze znalezionych dżinsów uszyłam sobie organizer – na podwójnej złożonej części nogawki naszyłam kieszenie. Wisi w mojej kuchni a w nim duże noże, łopatki, drewniane szczypce, korkociąg, otwieracz do puszek. Także z takich spodni zrobiłam dwie torby na zakupy, mają dwie krótkie rączki i jeden długi pasek, aby można je wziąć na ramię. I naszytą zewnętrzną oraz wewnętrzną kieszeń.
Przydała się też wyrzucona firanka do uszycia woreczków na warzywno – owocowe zakupy.
Dość dawno uszyłam sobie letnie spódnice z materiałów, których nie trzeba prasować. Po latach obie się zbiegły a są w zupełnie innych kolorach i nie mogłam ich połączyć. I tu przydały się zabrane ubrania, bo mogłam z nich wyciąć potrzebnej szerokości fragmenty i poszerzyć tę garderobę. Bardzo na tej zmianie zyskała. Zdarza mi się też zabrać niektóre wystawione sztuki odzieży i zanieść do sklepu dobroczynnego.
Zabrane pudełka różne wykorzystuję do trzymania w nich „przydasiów” do rękodzieła oraz kart ATC jakie wymieniam z innymi twórcami.
Jakiś czas temu byłam na zajęciach upcyklingowych. Swoje i przyniesione przez inne osoby rzeczach malowałyśmy we wzory za pomocą szablonów oraz wprasowywałyśmy różne naklejki.
W domu doszłam do wniosku, że biały kolor jednej z bluzek, na skutek wielokrotnego prania zszarzał, więc ją pofarbuję. Był to mój debiut, średnio udany. Ale skorzystałam z tego, że w garnku zostało sporo farby i postanowiłam być oszczędna, a przy okazji ekologiczna, czyli nie wylewać dobrego płynu. Po kolei wkładałam różną odzież, dwie sztuki podomowe i trzy nauliczne. A, że w przepisie nakazano ufarbowane rzeczy wielokrotnie płukać, nie zaznaczając, że należy włożyć rękawce to w efekcie dłonie miałam niebieskie.
Jest bogini Jutrzenka różanopalca, to ja mogę być niebieskopalca. To też ładny kolorek.