Upalne miasto 180

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************************

Poniedziałek 19. 01.

Czasem mamy w życiu fart, a innym razem niefart. To drugie zjawisko nazywam działaniem osobistego diabła stróża i u mnie jest bardzo częste. Przyzwyczaić się jednak do tego nie mogę. Taka nieprzyzwyczajalna jestem J.

W piątek zrobiłam zakupy m.in. w Rossmanie. Pakiet papieru toaletowego, szczoteczka do zębów i krówki. Płaciłam kartą przy kasie samoobsługowej. A torbę miałam już poprzednio zapełnioną innymi produktami. I w domu po dwóch godzinach zorientowałam się, że przyniosłam tylko papier. Czyli resztę zapomniałam zabrać. A, że byłam już przebrana a te zakupy nie kosztowały niebotycznie to postanowiłam, że pójdę dopiero w poniedziałek i dla porządku zapytam.

Poszłam, zapytałam czy może ktoś je zauważył i oddał obsłudze. Choć przypuszczałam raczej, że zabrał sobie. Ale co mi szkodzi zagadnąć. Tak zrobiłam, ekspedientka odpytała mnie jakiego to było dnia i w jakiej porze, podeszła do siedzącego obok kas pracownika i poprosiła o sprawdzenie monitoringu. Długo to trwało, więc poszłam do sąsiedniego sklepu. Po powrocie dopiero zapytano mnie jak byłam ubrana. Tak samo jak teraz. Znalazł. Widać jak wszystko skanuję (wszystko czyli trzy rzeczy) i co zabieram. Oddano mi to co zapomniałam. Ale i tak nie wiem czy ktoś z klientów „zakosił” te zdobycze, czy obsłudze oddano a ta co zrobiła?

No, nieważne – grunt, że zostawione – odzyskane choć spisałam je na straty.

Na dworze mroźno. Na wierzchu kontenera papierowego znalazłam torbę naprezentową a w niej książkę Nurii Pradas  – „Barcelońskie sny” wydana w 2018 roku. Warto tam zaglądać. Choć nie przestaje mnie zadziwiać ta praktyka – książka do kontenera gdzie zginie wśród innych papierów.

Wtorek

Warto czasem zajrzeć na facebooka bo są tam różne profile, w tym z zabawnymi treściami jak „Kisnę butwiejąc”, którego autorką jest świetna nauczycielka pod nickiem Pani Mrówka z Zielonej Góry, oto ostatni wpis:

Irytacja

Uczeń 1: Ej, a czemu się mówi, że coś jest proste jak budowa cepa?

Uczeń 2: No bo masz dwa kijki związane tegesem i walisz w zboże. C’nie, pani Mrówko?

Mrówka: Owszem. Jest bijak, dzierżak i gązwa.

U2: Łoesssu… u pani to nie może być tak, że dwa patyki i kokardka. Nieee. Od razu definicje, słowa z kosmosu, ordnung muss sein, obliczenia kwantowe i strach się bać, bo wszyscy umrzemy.

Warto  poczytać komentarze do tego wpisu, dobry humor na kawałek dnia zapewniony!

****************************************************

Kiedyś napisałam taki tekst do czasopisma dla seniorów, które nagle przestało się ukazywać. Diabeł mój stróż zadziałał.

                     Nie wyrzucaj – wykorzystaj

 Ekologia najogólniej jest nauką o porządku i nieporządku w przyrodzie oraz o konsekwencjach wynikających z tego porządku i nieporządku dla istnienia biosfery i człowieka.

Recykling to proces mający na celu ograniczenie zużycia surowców naturalnych. Rozumie się przez to metodę odzysku, w ramach której odpady są przetwarzane na produkty, materiały lub substancje, a następnie ponownie wykorzystywane w pierwotnym lub innym celu.

 Upcykling to wyższa forma recyklingu. Oba pojęcia odnoszą się do ponownego przetwarzania odpadów. Jednak w przypadku upcyklingu powstają produkty o wyższej wartości niż pojedyncze materiały użyte do stworzenia danej rzeczy. Najlepiej zobrazuje to przykład modnych ostatnimi czasy mebli z palet. Założeniem upcyklingu jest nadanie używanym przedmiotom nowych funkcji i innych form, a tym samym – podniesienie ich wartości.

Nadrzędnym celem takiego działania jest zmniejszenie zużycia surowców naturalnych oraz powstających odpadów. Zamiast wyrzucać, można przerabiać, zmieniać, stwarzać na nowo. Upcykling to idea, która – z uwagi na dbałość o środowisko – propaguje pracę rąk własnych, ograniczając do minimum zużycie energii elektrycznej i gazu.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los, czyli ocieplenie klimatu. Zachłanność na posiadanie coraz większej ilości przedmiotów bez których moglibyśmy żyć niszczy przyrodę, wysusza akweny wodne, zatruwa środowisko.

I słusznie w mediach zwraca się uwagę na te problemy. Zachęca do sortowania śmieci, naprawiania a nie wyrzucania zepsutych przedmiotów.

Od lat mam, kupioną w PRL-u, lodówkę i dopóki działa nie wymieniam jej na nową. Kilka lat temu fachowiec naprawiający ją powiedział: gdyby pani chciała ją wyrzucić to proszę do mnie zadzwonić, bo ona przetrwa jeszcze wiele lat.

Takie przedmioty żartobliwie nazywane są, przez starsze pokolenie,  „gniotsa, nie łamiotsa”.

W naszym kraju, w słusznie minionym ustroju,  brakowało wszystkiego, także papieru. Bo władza uważała, że łatwy dostęp do tego artykułu spowoduje, że wszyscy natychmiast zaczną drukować materiały obalające ustrój.

 Ja, dziecko PRL-u czasem zaglądam do kontenerów na papier, bo ludzie wyrzucają kartony, pudełka, gazety  nawet książki. Nie żebym nurkowała w ich czeluście, taka sprawna i zacięta na odzyskiwanie nie jestem.  Ale dzisiaj na przykład znalazłam duże zeszyty i  kołonotatniki, w których większość kartek jest niezapisanych. Wszystko mnie boli widząc takie marnotrawstwo, więc je zabrałam, wydarłam zapisane kartki a pozostałe wykorzystam osobiście lub na zajęciach rękodzielniczych.

Czasem wyciągam też różne czasopisma, aby wyciąć z nich ilustracje i napisy z których powstają moje wyklejanki i kolaże. Z różnych gazet stron robię koperty, a nawet pojemniki na drobiazgi.

Zdarza mi się też zabrać pojedyncze sztuki odzieży, z których podkoszulki wykorzystuję do zrobienia naszyjników „zamotek” i pasujących do nich bransoletek. Mam swoich kilkanaście zestawów i noszę je codziennie dobierając do stroju.

Ze znalezionych  dżinsów uszyłam sobie organizer – na podwójnej złożonej części nogawki naszyłam kieszenie. Wisi w mojej kuchni a w nim duże noże, łopatki, drewniane szczypce, korkociąg, otwieracz do puszek. Także z takich spodni zrobiłam dwie torby na zakupy, mają dwie krótkie rączki i jeden długi pasek, aby można je wziąć na ramię. I naszytą zewnętrzną oraz wewnętrzną kieszeń.

Przydała się też wyrzucona firanka do uszycia woreczków na warzywno – owocowe zakupy.

Dość dawno uszyłam sobie letnie spódnice z materiałów, których nie trzeba prasować. Po latach  obie się zbiegły a są w zupełnie innych kolorach i nie mogłam ich połączyć. I tu przydały się zabrane ubrania, bo mogłam z nich wyciąć potrzebnej szerokości fragmenty i poszerzyć tę garderobę. Bardzo na tej zmianie zyskała. Zdarza mi się też zabrać niektóre wystawione sztuki odzieży i zanieść do sklepu dobroczynnego.

Zabrane pudełka różne wykorzystuję do trzymania w nich „przydasiów” do rękodzieła oraz kart ATC jakie wymieniam z innymi twórcami.

Jakiś czas temu byłam na zajęciach upcyklingowych. Swoje i przyniesione przez inne osoby rzeczach malowałyśmy we wzory za pomocą szablonów oraz wprasowywałyśmy różne naklejki.

W domu doszłam do wniosku, że biały kolor jednej z bluzek, na skutek wielokrotnego prania zszarzał, więc ją pofarbuję. Był to mój debiut, średnio udany. Ale skorzystałam z tego, że w garnku zostało sporo farby i postanowiłam być oszczędna, a przy okazji ekologiczna, czyli nie wylewać dobrego płynu. Po kolei wkładałam różną odzież, dwie sztuki podomowe i trzy nauliczne. A, że w przepisie nakazano ufarbowane rzeczy wielokrotnie płukać, nie zaznaczając, że należy włożyć rękawce to w efekcie dłonie miałam niebieskie.

 Jest bogini Jutrzenka różanopalca, to ja mogę być niebieskopalca. To też ładny kolorek.

Upalne miasto 179

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Piątek 9 stycznia

Nadal mroźno. Plan na dzisiaj: wyciąć i przylepić kółka na nowe zakładki w kształcie sówki, aby przejrzały na oczy – wykonane.

Zrobić zdjęcie bardzo dużej kartki urodzinowej z wizerunkiem kota. Do pokazania na forum. Wykonane. Ale kiepskie zdjęcie, do powtórki.

Wyrzucić śmieci i w drodze do wiaty nie wykopyrtniąć się mordą na twarz – wykonane.

Dojechać a potem dojść do rynku, aby w bibliotece zostawić dwie książki na regale dla uwolnionych. Wykonane. Przy okazji parę zdjęć wystawy w tej bibliotece.

Pobrać z różnych miejsc informatory różne – częściowo wykonane. Jeden kulturalny przestał ukazywać się w wersji drukowanej.

Nabyć parę produktów żywnościowych – wykonane.

W tym sklepie:

Kasjer siada przy sąsiednim stanowisku i zaprasza.  Wykładam produkty, on zaczyna kasować i po chwili mówi:

– Och, zapomniałam powiedzieć „dzień dobry”.

Ja:

– Jakoś to przeżyłam.

On:

– To dobrze, bo nie wiem jakby się skończyło.

Wychodzę ze sklepu i tuż za drzwiami zaczepia mnie kobieta pytając co to za plasterki kupiłam i do czego będę używać. Nie do opatrywania ran, bo to suszone z pomarańczy.

W rynku niezaplanowane lawirowanie wśród elementów i pojazdów, bo demontują pojarmarkowe kramy.

Tramwaj pokazał mi figę, więc zasuwam do oddalonego przystanku co nie było zaplanowane ale jak się nie ma co się lubi…

Wtorek

Dzień masażu. Czekając aż poprzednia pacjentka wyjdzie z gabinetu, zauważam brak małej figurki mikołaja siedzącego na skraju wysokiej lady. W gabinecie pytam masażystę: gdzie ten mikołaj?

– Zaginął – słyszę w odpowiedzi.

– A zawiadomił pan milicję? (tak, stara jestem).

Śmiech.

Poniższy tekst napisany został niezależnie od zajęć literackich:

POCZĄTEK jest najważniejszą częścią pracy

„Początek jest najważniejszą częścią pracy” – Beata przeczytała w Internecie.

Przecież na początku był chaos – pomyślała. Chaos najlepszym początkiem? Jeśli w głowę mam chaos to jak mam zacząć konkretną pracę?

Siedziała w fotelu trzymając w jednej ręce kubek ze świeżo zaparzoną herbatą liściastą, a w drugiej rurę odkurzacza.

– Mój chaos świadczy o mnie – zmartwiła się. Szczególnie ten, który widzę – spojrzała na pokój, którego stan był poremontowy, czyli bardzo nietypowy.

Siedziała pijąc herbatę i wspominała swoje różne początki.

Bycia zarodkiem nie pamiętała, narodzin też nie. Nawet pierwszych kroków. Pierwsza jazda na rowerze zakończyła się wypadkiem i blizną pod okiem. Wspominanie szkolnych początków sobie darowała.

– Dobra, dosyć tej prokrastynacji, do roboty weź się kobieto – rozkazała sobie samej.

Włączyła odkurzacz i zamiast znajomego szumu usłyszała trzask i zobaczyła oraz poczuła dymek unoszący się nad sprzętem.

– No, nie! Ładny mi początek zaplanowanej pracy! I co teraz mam robić? Jechać po nowy odkurzacz? A może sprzątać za pomocą szczotki i szmat rozmaitych ze starych podkoszulków?

„Miłe złego początki lecz koniec żałosny” – zdołowała się wypijając resztę herbaty. Zadzwonię po ekipę sprzątającą portfela nie drenującą.

Co postanowiła to zrobiła i uspokojona postanowiła:

– Jak już jestem wolna to może skończę wreszcie dzierganie swetra, który zaczęłam pół roku temu. I sięgnęła do pawlacza. Wyciągnęła z niego pudło, otworzyła i trochę ją zatkało. Wewnątrz, na kłębkach różnokolorowej włóczki leżała kotka z trzema maluchami.

– Kicia! Jak żeś się tam dostała? – Beata zdziwiona zapytała.

– Trzeba było nie zostawiać otwartych drzwi balkonowych i rozstawionej drabiny pod pawlaczem – wymiaukała kotka wychodząc z pudełka. A teraz postaw to w ciepłym i cichym miejscu. I przygotuj kuwetę ze żwirkiem oraz jedzenie, bo mam dość polowania na myszy i ptaki.

Beata pomasowała skronie, westchnęła i do życzeń kotki się dostosowała.

W drodze do sklepu pomyślała:

– Zaczęłam od próby sprzątania a skończyłam na kotach. Gdzie tu konsekwencja?

Ekipa sprzątaczy dobrze się sprawiła, a że kotkami zachwyciła to wszystkie trzy za miesiąc poszły w dobre ręce.

*********************************************************

W środę rewitalizowałam swoje oblicze i fryzurę. W takich przypadkach przypomina mi się cytat: „Nie pomoże puder, róż kiedy gęba stara już”. Akurat tych dwóch specyfików nie używam.

W czwartek na zajęciach literackich masowaliśmy szare komórki zadanym przez dr Magdę Wieteskę ćwiczeniem w postaci pisania jednego kolejnego zdania  przez każdą osobę uczestniczącą nawiązując do poprzedniego. Wyszło osiem historyjek, w jednej nawet pojawił się przyjacielski niedźwiedź. Pomysły literackie bywają odjechane. Lubię to J

Za zadanie domowe dostaliśmy napisanie tekstu z wyrazami jakie udało nam się znaleźć we wręczonym diagramie. Będzie tu w następnym odcinku.

Przedtem D. przeczytała swój tekst o kaligrafii. Okazało się, że była, przez wiele lat, nauczycielką w klasach 1-3 i uczyła wszystkiego, w ramach tzw. nauczania początkowego. Powiedziała w jakiej szkole, E. zapytała czy pamięta osobę nauczycielki (tu podała nazwisko), ja zapytałam o imię. Panie go nie pamiętały ale gdyby się zgadzało to byłyśmy w tym samym czasie internowane w Gołdapi.

Upalne miasto 178

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************************

Zrobiło się zimno to może warto zaparzyć sobie rozgrzewającą herbatę, niekoniecznie z prądem?

Ze strony „Ania gotuje”:

Według mnie herbata zimowa powinna zawierać goździki oraz korę cynamonu i coś do posłodzenia. Polecam miód lub syrop malinowy lub żurawinowy, czy cytrynowy. W ostateczności może być też cukier. Sama dodaję czasem jeszcze trochę anyżku oraz kardamon. Nie są one jednak niezbędne i można je śmiało pominąć. Jeśli chodzi o ilość przypraw, to na jedną, dużą szklankę/słoik daję jedną laskę cynamonu, 3-4 goździki i dwie łyżki syropu lub miodu. Kardamon, czy anyżek raczej na koniec, bardziej dla ozdoby. 

Bardzo ważne podczas szykowania zimowej herbaty są cytrusy. Możesz dać sok i plasterki samej cytryny, czy limonki lub też dodać do swojej herbaty i cytrynę i pomarańczę i limonkę. Jak mam, to dodaję je wszystkie. Do tego zestawu obowiązkowo plasterki i/lub sam sok z imbiru oraz maliny (zimą mrożone). W moich słoiczkach pojawił się też świeży rozmaryn, który przed dodaniem do herbaty rozcieram najpierw lekko w dłoniach. 

Super sprawdzą się też świeże lub suszone plasterki jabłek oraz świeża lub suszona żurawina. Jeśli nie masz owoców, to dodaj łyżkę dowolnej konfitury, a nawet owoce liofilizowane (maliny, truskawki, ananas i inne). Oprócz rozmarynu zawsze pasuje też listek mięty, czy też melisy i suszone płatki róży.

Moja wersja:

Zaparzona czarna herbata (mocna esencja), sypana czyli listki a nie z torebki, kandyzowany imbir, kora cynamonu, goździki, suszony plasterek jabłka, kawałek suszonej gruszki, trochę skórki pomarańczy,  2-3 daktyle i morele – też suszone. Zalewam wszystko wrzątkiem i podgrzewam. Potem słodzę miodem. I to jest herbato – kompot, smaczny.

Piątek 2 stycznia Światowy Dzień Introwertyka

Introwertyk

Ta osoba, która nie chce być w centrum uwagi… Dobrze sobie radzi ze sobą. Może spędzać całe dnie w domu, delektując się ciszą, nikt nie wie, czy tam jest, czy nie.

Wstaje, uśmiecha się do sąsiadów z grzeczności, idzie do pracy, wraca do domu… a potem zamknij drzwi do świata. Jego azylem jest jego przestrzeń, jego świat.

Może mieszka w tej samej okolicy od lat, nie znając prawdziwych imion swoich sąsiadów. Nie dlatego, że nie lubi ludzi, ale dlatego, że nigdy nie czuła potrzeby wymuszenia więzi.

Zdecydowanie woli dobrą książkę, serial, który ją rozśmiesza, wieczór sam na sam z kawą/herbatą i myślami. A jednak…

Gdy poświęcisz czas, by ją poznać, odkrywasz osobę o nieskończonej łagodności. Wielkie serce, pełne dobroci.

Z tymi, którym ufa, staje się prawdziwą kulą energii, zabawną, drażniącą, czasem nawet trochę szaloną. Ale to widzą tylko uprzywilejowani.

W grupie słucha więcej niż mówi. Jeśli ktoś do niej podchodzi, uśmiecha się z szacunku, ale nie zmusza się do odgrywania roli.

Nie jest wyniosła ani odległa. Ona jest po prostu nią: introwertyczną, wrażliwą, głęboką duszą… i szczera.

Jeśli rozpoznajesz siebie, wiedz, że nie jesteś sam. I nie musisz się zmieniać, żeby kogoś zadowolić!

– Jason Lapointe

Dla mnie: Rozmowy, spotkania towarzyskie najchętniej przy jakimś kreatywnym działaniu. Nie znoszę egocentrycznego słowotoku, bo to zabiera mi energię. Takie osoby są dla mnie wampirami energetycznymi.

Sobota

W 175 odcinku tego bloga opisałam wystawę z tematem książka i zapytałam na FB jaką czytelnicy wystawę ostatnio oglądali. Znajoma napisała, że wystawę pocztówek świątecznych w swoim domu, wzorując  się na filokartyście S. Chmurze.

Na co ja odpisałam, że mogłabym zrobić wystawę wykonanych przez siebie  kartek świątecznych ale nie mam miejsca.

A święta, nowy rok i Trzech Króli spędziłam sama, w domu i bardzo mi było dobrze, że nie musiałam nigdzie iść.

Zaczęłam wypełniać kartki art – junk journala zrobionego ze stron czasopisma „Książki”. Tym samym narzuciły mi się tematy – książki, pisarze, czytanie, pisanie. Lubię tak masować swoje szare komórki. Oczywiście oprócz papierowych materiałów stosuję poczucie humoru.

Pisarka Joanna Chmielewska napisała: „Powaga jest tarczą głupców”.

Kolejny pomysł z zajęć literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę – tekst zawierający przedmioty (i ich nazwy) teraz nieużywane, a jeśli to w innej wersji.

                      STAROŚWIECKO

Na stole przystawionym do okna stał gramofon z dużą tubą.

Wszyscy mieszkańcy kamienic otaczających podwórko słyszeli głos Hanki Ordonówny śpiewającej „Miłość ci wszystko wybaczy”.

I ten kaligrafujący, na kartce okolicznościowej, życzenia imieninowe dla swojej ukochanej.  I ta wycierająca kurze leżące na meblościance. Także kobieta w kuchni mieszająca mątewką składniki sosu. 

I para wspominająca wizytę w fotoplastykonie.

– Serwus, klawo grają – powiedział młodzieniec wyprowadzający na spacer swojego pupila.

Na trzepaku siedziały dwa podlotki umawiając się na oglądanie filmu z kasety VHS.

– Zbliżają się wakacje, dokąd jedziecie na letnisko? – zapytała blondyneczka z końskim ogonem.

– Do naszych krewnych  na wieś. Wyjadą po nas na stację bryczką.

– Moje uszanowanie – usłyszały od przechodzącego obok starszego sąsiada.

– Kiedyś na spotkaniu w szkole opowiadał nam jak przez wiele lat obsługiwał kino objazdowe – powiedziała natrzepakowa koleżanka, szatynka z kucykami.

Pies młodzieńca podbiegł do seniora i obsikał mu nogawkę spodni.

– A poszedł ty won! – krzyknął starszy pan.

Z okna wyleciała makutra prosto na dach syrenki  tworząc, poszarpany na brzegach, otwór.

Na podwórko wszedł mężczyzna głośno oznajmiając: noże ostrzę , garnki lutuję.

– Jeszcze saturatora nam tu brakuje – powiedziała kobieta wychodząc z bramy trzymająca warząchiew w jednej i tłuczek do mięsa w drugiej ręce. Podeszła do auta i systematycznie tłukła jego szyby.

– Ciociu, co robisz? – krzyknęła blondynka.

– Idź do diabła, smarkulo – warknęła niszczycielka. Nie będzie ta ladacznica wozić tyłka w naszym aucie.

Nie wybaczyła.

Upalne miasto 177

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Poniedziałek  22.12.25 

Jak zwykle wyrzucając śmieci zaglądam do pojemnika na papier, a tam: pudełko prawie pełne  bardzo starych czekoladek i trzy kapelutki. Nie papierowe. Nie wzięłam. Czekoladki wolę świeże, kapelutki mam własne.

Ale Mikołaj/Aniołek/Gwiazdor (niepotrzebne skreślić) zostali zmanipulowani przez mojego kopytnego stalkera! Bo jeden z nich postanowił dać mi prezent ale w.w. się wtrącił i …

Osobno wśród różności była szklana biała choinka wysoka na ok. 30 cm i z nią, w tym samym osobnym woreczku „zrywce” wiszącym na uchwycie pojemnika, świąteczny łańcuch ale nietypowy.

Składa się z dziesięciu małych, czerwonych z białym mankietem na górze (długich na 6,5 cm) skarpetek, w odległości od siebie 14 centymetrów. W skarpetkach są dziureczki w kształcie choinki wydziabane.

 Powiązane są czerwonym filcowym sznurkiem i białym przewodem, bo każda skarpetka ma w sobie żaróweczkę. Na końcu łańcucha jest białe pudełeczko na baterie. Wzięłam to myśląc, że oderwę skarpetki i zastosuję do rękodzieła, bo skoro wyrzucono to znaczy, że jest popsute.  Ale okazało się, że po przesunięciu dyngsa na pudełeczku  żaróweczki się palą! A to niespodziewanka! No to sobie zawiesiłam na regale i mam. Taki prezent  mi zrobiono choć przekazanie nietypowe bardzo.

Żeby mi nie było za dobrze i dla wyrównani:

–  wbiła mi się długa igła w udo poniżej pośladka. Nie pytajcie jak to było 😀

– dwa razy zapaliła mi się szmata i smród w całym, bo małym, domu, gaszenie jej, pranie (patrz następny punkt) i obcinanie spalonych części nie jest moją ulubioną rozrywką, taka jakaś wymagalna co do rozrywek jestem,

– nie zliczę ile razy (no, co najmniej trzy) wykipiała mi lekko podgrzewana, w metalowym czajniczku z sitkiem, esencja herbaciana dzięki czemu stareńka kuchenka gazowa lśni dawno niewidzianą bielą, ona zadowolona, ja mniej w wyniku czego brzydkie wyrazy powtarzam po kilka razy.

Środa

Jest starodawna zasada, że należy się kąpać raz koło Wielkiej Nocy. A, że to dla mnie za rzadko to chociaż dziś zmieniłam pościel na świeżą i używaną wyprałam. I uważam, że zasadę, mniej więcej, zastosowałam, ha ,ha , ha. Tylko święta są inne. Co zrobię z okazji Wielkanocy to jeszcze nie wiem. Zależy jaki prezent znajdę wyrzucając śmieci :D.

Święta spędzam w kupionym za TRZY złote swetrze mającym moją ulubioną gamę kolorystyczną: ciepły beż, rudy, jasny brąz.

Takie pytanie z Internetu, które popieram: „Dlaczego zawsze introwertykom mówi się, żeby wyszli z domu, otworzyli się na ludzi a ekstrawertykom nigdy nikt nie powie : Zamknij w końcu mordę i zastanów się nad sobą! Dlaczego? Dlaczego?”.

Niedziela

Święta, święta i niedługo koniec roku. Mnie jest wszystko jedno, koniec czy początek. Nie robię podsumowań ani postanowień.

Bo postanowiłam w czasie świąt wykonać trzy zadania a skończyło się na połowie jednego. Jak żyć?

Może wziąć przykład z poniżej opisanej bohaterki?:

Bohater/ka literacki/a jako współczesny/a influencer

(takie zadanie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Iza Ł. miała dosyć nudnej kuzynki i narzekającego ojca, który od lat trwonił odziedziczone pieniądze na beztroskie życie arystokraty nie odmawiając sobie niczego dobrego i złego też.

Do nauki nie miała głowy i chęci za to była śliczna i na tym postanowiła oprzeć swoją przyszłość kosztem męskiego ramienia i majątku. Niestety kolejni fatyganci oczekiwali, że po tym jak jej zrobią zaszczyt ożenkiem, ona zawsze będzie młoda, śliczna, nimi zachwycona i bez szemrania wykonująca obowiązki wielofunkcyjnej pomocy domowej oraz matki wspólnych dziatek. Im dobiegacz był mniej przystojny i zasobny tym większe były jego oczekiwania. Wprawdzie, od lat, pętał się wokół niej jeden bogaty ale był dużo starszy i bardzo namolny, w dodatku ostentacyjne szpanował swoją zasobnością. Geriatria Izy nie interesowała, wolała młodszego kuzyna czego nie omieszkała demonstrować nawet w pociągu. Kuzynek niestety był biedny, rozrzutny, zadłużony i czekał na spadek.

Bystrości jej wystarczyło, aby zauważyć, że dużo brzydsze rówieśnice zarabiają w Internecie, na tik-toku dzięki czemu są influenserkami i celebrytkami szpanującymi na różnych ściankach.

Na  zakup modnej odzieży i dodatków, fryzjera i kosmetyczkę zarobiła pozując nago różnym fotografom. Sesje były udane, bo okazała się być fotogeniczną i bezpruderyjną. Pomyślała przed pierwszą:

– Mogła to robić Marylin Monroe to dlaczego nie ja?

Pieniądze były duże, bo dodatkowo nie żałowała swych wdzięków fotografom i ich asystentom, niezależnie od płci.

Wcześniej miała nadzieję na zarobkowy wyjazd do Dubaju ale nie znalazła dojścia do tej oferty.

Dzięki pieniądzom za zdjęcia sprawiła sobie co chciała, pobrała kilka lekcji u znanej stylistki, makijażu u dobrej makijażystki oraz dbania o skórę u kosmetologa. Zapisała się też na siłownię.

Tak przygotowana zaczęła publikować swoje nagrania w Internecie. Tematem były dobre maniery, których doskonałą znajomość wyniosła z domu.

Jej główną zaletą, oprócz urody i modnego wyglądu, była autentyczna ale nie nachalna miłość do zwierząt (w domu mieli, wzięte ze schroniska, trzy psy i trzy koty) oraz poczucie humoru. Na szczęście była najwyżej sarkastyczna ale nigdy wrednie złośliwa.

Przez pierwsze pół roku nie zgłosiła się do niej żadna firma, której produkty mogłaby reklamować i na tym zarabiać.

Nie poddała się ale, aby przetrwać musiała pożyczyć pieniądze od bogatej ciotki. Ta radziła Izie szybkie zamążpójście za bogatego stalkera, bo „latka płyną a ty nie jesteś coraz młodsza” ale raz sypnęła groszem.

W końcu za pomocą kolejnych niebezinteresownych przyjaciół mogła się wkręcać na różne biznesowe imprezy. Najpierw jako hostessa, potem w charakterze, dobrze opłacanej, osoby towarzyszącej po cichu kompletnie bezpruderyjnej a publicznie utrzymującej dystans.

I tak powoli, powoli po dwóch latach stała się znana z tego, że jest znana oraz dobrze zarabiająca.

Na szczęście miała trochę oleju w głowie i zarobione pieniądze mądrze inwestowała, nie tylko w swój wygląd.

W międzyczasie ciotka odeszła zostawiając jej niezłą sumkę, ojciec zmarł bezspadkowo a kuzynka poszła do zakonu.

Z biegiem czasu influenserstwo zaczęło ją męczyć. Rano wstawała z myślą:

– Rany, znowu te ciuchy, kosmetyki, zabiegi medycyny estetycznej i siłownia. Znowu muszę wymyślać temat kolejnego wystąpienia, udawać szczęśliwą i podlizywać się widzom. Oszaleję!

Po pięciu latach miała dosyć. Poszła na kurs fotograficzny gdzie okazało się, że ma do tego smykałkę. Z czasem okazała się bardzo dobrym i wziętym fotografem. Tak, fotografem, bo przeszła operację zmiany płci.  I nareszcie zaczęła być szczęśliwa.

Upalne miasto 176

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Na ostatnich przed świętami zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę dostaliśmy dwa zadania:

– napisać czego prywatnie sobie życzymy w nowym roku

– napisać czego życzymy innym.

Oto moje:

DLA SIEBIE:

  1. Nieustannie dobrego a nawet lepszego zdrowia (bo dolegliwości mi nie brakuje).
  2. Zakończenia wreszcie, ciągnącej się od dwóch lat, urzędowej sprawy.
  3. Tego o czym myślę ale nie napiszę, aby nie zapeszyć.
  4. Tego, aby w naszym kraju wreszcie było normalnie.
  5. I niech sczezną wszyscy, którzy mi źle życzą.

DLA INNYCH:

  1. Pokoju na świecie.
  2. Zdrowia niedomagającym.
  3. Pieniędzy biednym.
  4. Domu bezdomnym.
  5. Życzliwości wrednym.
  6. Mądrości i empatii rządzącym.
  7. Planecie Ziemia mądrych, dbających o nią, mieszkańców.
  8. Opieki wszystkim zwierzętom, bez przemocy i łańcuchów.
  9. Dzieciom dobrych rodziców/opiekunów.
  10. Seniorom pomocy gdy jej potrzebują.

Dorota Zawadzka telewizyjna „Superniania” napisała na swoim fb-owym profilu, że była na spotkaniu koleżeńskim i bardzo jest z niego zadowolona, bo było miło. Na co ja w komentarzu, że wiele lat temu byłam na klasowym i  żałuję. Bo wredne osoby nadal są wredne, najlepszy uczeń mimo kariery jest sfrustrowany a miły kolega okazał się TW.

Nie dodałam, że dwie koleżanki po latach zapiły się na śmierć mimo bardzo odmiennego startu w życie w postaci rodziny.

A w jakiś czas potem opowiedziałam o spotkaniu innej znajomej podsumowując: i wszyscy ode mnie bogatsi. Na co ona: no, o to nietrudno. HA HA HA.

I jeszcze przypomniała mi się scenka jak to w trakcie szkolnego zjazdu mojego liceum jedna z absolwentek powiedziała do telewizyjnej kamery: „nie przyszli na zjazd tylko ci, którym się w życiu nie udało”.  No, jej to już wybitnie.

 A będąc złośliwą małpą pomyślałam patrząc na nią: dała bozia nos, na rozum już nie starczyło.

Niedziela Skończyłam czytać „Amerykański sen” Ewy Marii Slaskiej.  Autorka tak pisze na zakończenie:

„Powieść, którą właśnie przeczytaliście, jest mieszaniną faktów, fikcji i własnych wspomnień autorki. Ta masa materiału miesza się, przelewa przez siebie, pożycza od siebie akapity, frazy i słowa”.

                   Trzy historyjki

ze zdaniami zaczynającymi się na kolejną literę alfabetu

Prowadząca zajęcia literackie w Centrum Seniora dr Magda Wieteska ma milion pomysłów, aby rozruszać i zmuszać nasze szare komórki do działania. Teksty  z takimi, powyżej podanymi, zasadami to właśnie jeden z Jej pomysłów.

Która z nich Wam się najbardziej podoba?

                              ALBUM

Album leżała na stole w salonie.

Biały w różowe kwiatki.

Cały błyszczący i wzrok przyciągający.

Długa czerwona tasiemka zaznaczała przeglądane strony.

Elegancja przedmiotu zachęcała do przeglądu/ania.

Futerał na skrzypce leżał obok.

Granie na tym instrumencie słychać było zza ściany.

 Hałas nagły przerwał muzykę.

Impulsywnie wchodząc  do pokoju z albumem muzyk krzyknął:

– Ja tak pracować nie mogę!

Krzycząc strącał przedmioty leżące wokół niego, w tym album ze zdjęciami.

Lekko rozchyliły się strony.

Łatwo wypadło wiele fotografii.

Można było na nich zobaczyć nietypowe sceny.

Nagie kobiety i mężczyzn.

Oparci o siebie, a nawet na sobie leżący.

Parami lub w trójkątach.

Radośni bardzo, wręcz zachwyceni.

Skonfundowany muzyk podniósł album i schował do szuflady.

Trochę się wkurzył.

Uderzył pięścią w stół.

Wrzasnął także.

Zobaczył bowiem, że to jego żona i siostra brały udział w tych igraszkach.

– Żona mnie zdradza – krzyknął i podciął sobie gardło smyczkiem.

                             ŁAPÓWKA

Adam zatrzasnął drzwi mieszkania.

Bolało go wszystko.

Ciało współpracy odmawiało.

Dotknął klatkę piersiową i jęknął.

– Ewentualnie pójdę do znajomego lekarza – pomyślał.

Facet jest dobry w diagnozowaniu.

Głupio byłoby mu nie uwierzyć.

Hrabią jest w dodatku.

I bardzo cierpliwym.

Jeszcze  nie spotkałem tak spokojnego człowieka.

Kopnąłem go kiedyś ale mi nie oddał.

Lekarzem z powołania jest, widocznie.

Łaska boska, że na takiego trafiłem.

Muszę mu jakoś podziękować.

Na pewno nie ucieszy się z kwiatów.

Ofiaruję mu flaszeczkę.

Piwa pewnie nie pije.

Raczej coś szlachetniejszego,.

Soplicę lub szampana mu dam.

Trudno mi się zdecydować.

Uczynek to będzie dobry, mam nadzieję.

Warto kupić obie flaszki.

Zabiorę je od razu ze sobą.

Żartem powiem: obalimy tu i teraz obie.

                        DŁUG

– Akcja ! – krzyknął reżyser.

Bawiło go od lat, manipulowanie ludźmi.

Cudzymi emocjami.

Dawał z siebie wszystko, aby osiągnąć upragniony cel, czyli sławę i pieniądze.

Efektem wielu lat pracy były nagrody i uznanie środowiska.

Facet był z siebie bardzo zadowolony.

Grał jednak nałogowo w pokera.

Hazard niszczył mu spokój.

I konto w banku.

– Jak z tym zerwać – często się zastanawiał.

Kompletnie nie panował nad nałogiem.

Leku na to nie znalazł.

Łatał budżet zaciągając pożyczki.

Musiał jednak oddawać pieniądze w terminie i to z dużymi procentami.

Nie miał dodatkowego źródła dochodu.

Ostatecznie zwrócił się do lichwiarzy a raczej gangsterów.

Przyszedł termin zwrotu długu.

Radykalny pożyczkodawca zagroził mu odcięciem dłoni.

Spotkali się w kanciapie klubu o nazwie „Ostatnia szansa”.

Typek miał w ręce pistolet.

Uśmiechnął się wrednie.

– Wiesz co się stanie jeśli nie oddasz kasy?

– Zbiorę, obiecuję, poczekaj jeszcze trochę – błagał reżyser.

– Żebrzesz i żebrzesz, giń szmaciarzu – powiedział gangus i wystrzelił.

Upalne miasto 175

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Zmarła Magda Umer. Z tej okazji w poniedziałkowym teatrze telewizji nadano spektakl „Biała bluzka” według opowiadania Agnieszki Osieckiej, w reżyserii MU a w wykonaniu Krystyny Jandy.

Lata temu widziałam je we Wrocławiu. Dawno to było.

Notka z profilu Teatru TVP na FB:

„Biała bluzka” Kultowy spektakl grany od ponad piętnastu lat oparty jest na opowiadaniu, które Agnieszka Osiecka napisała w 1986  roku, a Magda Umer zrealizowała przedstawienie w 1988.

To poruszająca historia kobiety zakochanej w opozycjoniście niemogącej sobie poradzić ze sobą i z Polską lat stanu wojennego. Tytułowa biała bluzka była znakiem przystosowania do życia w kraju zakazów i nakazów, cenzury, opozycji, stempelków i więźniów politycznych. Kraju braku wolności, w którym tylko fantazja podlewana alkoholem, miłość, przyjaźń i poczucie humoru pozwalały w pełni smakować życie.

„Och-Teatr gra tę sztukę” od czerwca 2010 roku.

Na stronie internetowej Krystyny Jandy czytamy:

Agnieszka Osiecka, autorka tekstu, na podstawie którego powstała sztuka, mówiła o nim tak:

„Napisałam „Białą bluzkę” tuż po stanie wojennym. I nie przypuszczałam, że ktoś zrobi z tego sztukę teatralną. To było duże opowiadanie czy może raczej mała powieść, ujęta w formę listów.

Bohaterką była dziewczyna półchora psychicznie, półśmieszna, półzabawna, półtragiczna.

Uwikłana w nieszczęśliwą miłość i niedole stanu wojennego. Z jednej strony szalona pijaczka, wariatka ze słońcem we włosach, a z drugiej znakomicie ułożona pedantka.

Wyobrażałam sobie, że taki temat może bardziej nadawać się do czytania niż na scenę.

Ale kiedy „Białą bluzkę” przeczytała Magda Umer, oznajmiła, że chętnie by to przeniosła na scenę. Uważała, że należałoby włączyć tam kilka piosenek i od początku była przekonana, że powinna to zagrać Krystyna Janda. To, że Magda Umer chciała „Białą bluzkę” przenieść na scenę, sprawiło mi ogromną przyjemność. Miałam jednak wątpliwość, czy główną rolę powinna zagrać Krysia Janda. Moją bohaterkę widziałam przecież jako osobę przegraną, nieszczęśliwą, raczej brzydką, a Janda jest tego całkowitym zaprzeczeniem. Jest kobietą piękną, wspaniałą i zawsze zwycięską. Kobietą sukcesu w najlepszym tego słowa znaczeniu.

O cudownych zębach, przepięknych nogach, wydawało mi się, że nikt z publiczności nie uwierzy, że moja bohaterka w wykonaniu Jandy jest kobietą tak głęboko nieszczęśliwą.

Moja próżność była jednak tak pogłaskana, że się oczywiście z rozkoszą zgodziłam.

Potem obserwowałam, jak panie pracowały, i muszę przyznać, że nikomu tego nie życzę, bo pracowały jak dwie krawcowe w furii. Moje drogie przyjaciółki wyszły od detalu i tkały to przedstawienie szczegół po szczególe. Jak taka krawcowa, którą pamiętam z lat dzieciństwa, która nie robiła rysunku, tylko wkładała materiał na człowieka i szyła na nim rękaw po rękawie, falbankę po falbance”. Dziś powrót do tamtej opowieści oznacza przedstawienie datowane znów w tamtych czasach. Przestawienie historyczne.

Ale bohaterka –  dziś dojrzała kobieta po przejściach – i interpretuje, i myśli odmiennie.

To samo, ale w innym zabarwieniu, inaczej akcentując problemy Agnieszce Osieckiej udało się nadzwyczajnie zapisać tamten czas w codziennych rozmowach i szczegółach, hasłach, problemach, które do dziś są czytelne i budzą stare demony. W spektaklu pojawi się część dawnych piosenek i kilka nowych, zmieniona będzie też adaptacja tekstu Osieckiej, inaczej rozłożone akcenty. Reżyserem jest znów Magda Umer, muzyką i aranżacjami zajmie się na nowo Janusz Bogacki. Bohaterkę zagra jak przed laty Krystyna Janda.»

Akurat czytam książkę Ewy Marii Slaskiej „Amerykański sen. Pokolenie Solidarności”.

Jest to szybka historia PRL-u i naszego pokolenia, które reprezentuje para Stefan i Beata. Ale najwięcej miejsca w książce zajmują wydarzenia doprowadzające do powstania NSZZ „Solidarność”.

Dopiero potem  opisane są emigracyjne  losy głównych bohaterów, będące skutkiem stanu wojennego i internowania Stefana.

Zgadnijcie, komu lepiej się powiodło w USA – kobiecie czy mężczyźnie. A może oboje żyją długo i szczęśliwie wraz z potomstwem?

Tu można poczytać o autorce: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Maria_Slaska

Środa

W Pawilonie Czterech Kopuł będącym oddziałem Muzeum Narodowego we Wrocławiu jest czasowa wystawa „Ogólnopolski Przegląd Sztuki Książki”, potrwa do 15.02. 2026.

Obejrzałam ją dzisiaj. Na kartę seniora bilet kosztuje pięć złotych.

Niektóre prace są w szklanych gablotach, inne można oglądać tylko w białych rękawiczkach (zwiedzający otrzymują je od obsługi), a przy paru umieszczono naklejkę: „Prosimy nie dotykaj”. Wyobraźnia twórcza artysty jest zazwyczaj nieokiełznana oraz niebanalna.

Obejrzałam ją bo: chciałam; czytam książki, byłam 40 lat bibliotekarką.

Sala wystawowa jest cała na biało. I jak dla mnie ta biel jest oślepiająca i dość męcząca.

Jest, na tej samej sali, boks z kawiarenką ale nie skusiłam się na to, aby usiąść i napić się kawy. Za to zrobiłam dużo zdjęć i te bardziej udane umieściłam na swoim facebookowym profilu.

Tekst ze strony muzeum:

Czym może być książka? Jak różne formy przybiera? Przekonać się mogą widzowie wystawy II Ogólnopolskiego Przeglądu Sztuki Książki prezentowanej w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu. Pokazane zostały najnowsze osiągnięcia i dorobek polskich twórców książek artystycznych. Obok tradycyjnych kodeksów, harmonijek i zwojów, zobaczyć można książkę-budowlę, „rękopis” wyszyty nićmi, a nawet przestrzenny ogród zen.

Tematem przewodnim tegorocznej edycji były „Zasięgi”. Wychodząc od tezy, że współczesny człowiek jest niewolnikiem zasięgów – objawiających się dostępem do telefonii komórkowej i internetu, sukcesem mediów społecznościowych mierzonym liczbą obserwujących, nadprodukcją treści i szumem informacyjnym – organizatorzy postawili pytania: jak w tak ukształtowanej epoce znajduje się sztuka książki? Czy książka generuje zasięg lub znajduje się w czyichś zasięgach? Czy niesie treści, za którymi podążą czytelnicy? A może stanowi symbol oporu przed pochłonięciem zasięgami?

82 autorów i zespołów autorskich nadesłało na przegląd 121 prac, z których aż 62 interpretują temat przewodni i zostały zgłoszone jako konkursowe, to spośród nich jury wybrało zwycięzców nagrody przeglądu.

Upalne miasto 174

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**********************************************************************

Poniedziałek Wymyśliłam niezłą fuzję. Nie, nie chodzi o broń.

AI donosi: „Fuzja” w kontekście broni to historyczna nazwa dla ciężkiej ręcznej broni palnej z XVII-XIX wieku, będącej przodkiem karabinu, często mylona lub określająca potocznie strzelbę myśliwską śrutową, zwłaszcza starszego typu (flinta). W nowoczesnym kontekście, fuzja odnosi się do połączenia w fizyce (fuzja jądrowa), a nie jest to typ broni, ale proces, który mógłby być wykorzystany do stworzenia broni o niewyobrażalnej mocy, jak broń termojądrowa (choć potocznie ludzie mogą łączyć pojęcia). 

Moja fuzja to połączenie czekolady deserowej ze sklepu z dżemem własnoręcznie zrobionym z podarowanych, ogródkowych jabłek plus trochę miodu. Bardzo dobre mazidło wyszło, lekko kwaskowe.

A propos kwaskowe to wyjęłam ze słoika, ostatnie w tym roku, kiszone ogórki i w tym samym naczyniu z resztkami przypraw (plus dosypałam nowe), zakisiłam cztery małe pokrojone na ćwiartki, nieobrane buraczki. Zobaczę jak się zachowają. Taki domowy eksperyment prawie chemiczny. Wiem, że nie odkryłam Ameryki a nawet Europy czy najmniejszej bezludnej wyspy.

Ale jak na moje nielubienie wszelkich prac domowych to i tak to jest osiągnięcie.

Znajoma, której przesłałam messengerem zdjęcie na którym jestem z inną znajomą, obie w bluzkach w koci wzór, zapytała skąd wzięłyśmy tyle kotów. Na co ja: z łapanki. Sklepowej oczywiście. A zdjęcie zostało zrobione w trakcie zajęć w Kawiarni Filmowej.

Środa Dostałam od mikołaja słodycze, herbatę i puszeczkę kremu „marcepan z makiem” – spojrzałam i powiedziałam:

– Jeszcze takiego kremu nie jadłam.

Na co mikołaj:

– Ale to jest KREM DO RĄK!

Obśmiałam się jak norka ze swojej bystrości.

Czwartek Na zajęciach literackich było nas 11 osób i wszystkim rozdałam gotowe, kwadratowe kartki świąteczne z kopertą papierową i foliową.  Dodałam zrobioną przez siebie zakładkę, gotową zawieszkę do prezentu, aniołka do powieszenia  oraz wyciętą przez siebie z papieru ozdobę na choinkę. Jedna z uczestniczek odmówiła przyjęcia, bo nie wysyła, znaczki takie drogie. Mój argument, że nie musi wysyłać, może dodać do prezentu podchoinkowego jej nie przekonał.

Inna uczestniczka powiedziała, że następne kartki rozdam na Wielkanoc. Na co ja, że wtedy to ona to zrobi. Lubię jak mi się narzuca jakieś działanie. No, po prostu przepadam za tym.

Dr Magda Wieteska poleciła nam napisanie miłego wspomnienia ze świąt. A, że takie mogę opisać w trzech zdaniach to wymyśliłam poniższe opowiadanko nic nie mające wspólnego z prawdą:

              Świąteczne wspomnienie

Przyjechałam do swojej chaty za wsią tydzień przed świętami. Wnętrze było ciepłe i zadbane dzięki osobom opiekującym się domem w czasie mojej nieobecności. W salonie stała prawdziwa choinka, a lodówka była pełna różnych produktów.

Wypuściłam czarną kotkę z kontenera i rozpakowałam walizkę oraz torbę.

Zmieniłam buty na ciepłe kapcie z futerkiem i nastawiłam płytę z kolędami w wykonaniu zespołu „Mazowsze”.

Dzień przed Wigilią weszłam do kuchni, wyciągnęłam z szafki mielony mak, miód i bakalie a z lodówki świeże drożdże, masło klarowane, jajka i suszone owoce.

– Zrobię taką struclę makową jaką piekła moja babcia – postanowiłam zalewając mak mlekiem.

Usłyszałam pukanie do drzwi, otworzyłam je i wpuściłam zziębniętą „Dziewczynkę z zapałkami”.

– Pomogę ci w przygotowaniach – powiedziała rozcierając zgrabiałe dłonie.

– To podgrzej i wymieszaj mak ale najpierw napij się herbaty z prądem – to mówiąc powitałam nowych gości.

– Witajcie Jasiu z Małgosią, widzę, że przynieśliście dużo pierniczków. Przydadzą się do powieszenia na choince, orzechy i cukierki już tam są.

Ponowne stukanie wykonała Kopciuszek w jednym bucie.

– Uciekłam przed królewiczem stalkerem – powiedziała. Ale zdążyłam zabrać z balu puszkę kawioru i skrzynkę szampana. Siedmiu krasnoludków mi pomogło.

– Jak miło, to zróbcie sałatkę jarzynową. Wszystko macie na stole w miskach.

– Nie widzę Czerwonego Kapturka – zauważyła Dziewczynka już bez zapałek, mieszająca odcedzony mak z namoczonymi w lekkim alkoholu, bakaliami.

– Och, na pewno przyjdzie. Jej babcia boi się wilka, więc leśniczy jest ich ochroniarzem.

– Ale wilka nie zaproszono? – upewniła się Kopciuszek.

– Co to, to nie. Baby Jagi i złych macoch też nie.

Krasnoludki nuciły „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło, Mazowsze śpiewało kolędy a w chacie pachniało kompotem z suszu i ciastem drożdżowym.

Powyższa wersja jest krótka, bo przeznaczona na zajęcia. Niektórzy uczestnicy mają skłonność do długiego rozpisywania się i nie wystarcza czasu na prace innych osób. Dlatego zalecono nam zwięzłość.

Dodałam tutaj ciąg dalszy:

Coś zameczało i zastukało za progiem. Otworzyłam drzwi a to Koziołek Matołek w czerwonej kurteczce, spodenkach i szaliczku, z czapeczką w takim też kolorze na głowie mi się objawił.

– Witaj Koziołku – powiedziałam. Czy wracasz z Pacanowa, a może dopiero tam zmierzasz?

– Postanowiłem do Was wstąpić jeszcze bez podkówek. Spotkałem Pyzę, która mi powiedziała, że przyjmujecie wszystkich bohaterów bajek.

– I gdzie ona jest?

– A zagadała się po drodze z Kubusiem Puchatkiem, chyba znaleźli barć i wyjadają z niej miodek.

– Nie boją się pszczół? – zdziwiłam się.

– Smok Wawelski je tak przestraszył, że schowały się w mysią dziurę.

– Biedne myszki.

– Ale skąd, najpierw zjadły Popiela a teraz wczepiły się w futro Kota w Butach i niedługo tu się zjawią – powiedział Koziołek witając się ze wszystkimi  jednocześnie mecząc radośnie.

********************************************************************************

A oto prawdziwe wspomnienie:

około 20 lat temu przed świętami, a może więcej, na ulicy Piastowskiej zaczepiła mnie szczupła kobieta w średnim wieku ze zniszczoną twarzą, prosząc o pięć złotych. Zazwyczaj nie daję pieniędzy takim osobom ale szybko pomyślałam, że idą święta, co mi szkodzi. I dałam. W życiu nie widziałam tak szczęśliwej osoby. I wszystko mi jedno czy ją suszyło i musiała się napić, czy zabrakło jej na chleb.

Upalne miasto 173

 Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***********************************************************************************

Wtorek 2.12.25

No, nie lubię takich ponurych dni. Co by słonku zależało, aby nam świeciło i dzień umilało?

Masaż w ciepłym pomieszczeni gabinetu trochę poprawił mi nastrój. Także opowieść rehabilitanta jak to rozbawił swoją partnerkę mówiąc, że stojące w poczekalni dwa mikołaje w nocy się naparzały, który lepszy i hojniejszy. A może nawet ładniejszy? W dzielnicy ostatnio mamy wysyp fryzjerów, manikiurzystek oraz kebabów, to wszyscy, w tym mikołaje mogą zadbać o swoje wnętrze oraz zewnętrzność.

Na poprawienie kondycji upiekłam sobie różne warzywa, w tym bataty. Tylko marchewki, oporne cholery, nadal twarde choć były w niezbyt grubych plasterkach.

Środa 3.12.  Na godzinę jedenastą kreatywne zajęcia w Kawiarni Filmowej. Współpraca z szefem trudna.

Obiecał dać 30.11. ogłoszenie na fb-owym profilu kawiarni – nie było. Dopiero jak przypomniałam umieszczono informację o godz. 16. A kawiarnia czynna od trzynastej, mail ode mnie poszedł dużo wcześniej.

Obiecanego plakatu i  przygotowanych materiałów z filmowymi materiałami do umieszczenia na kartkach nie było. Ręce opadają tym bardziej, że szef wygląda na bardzo z siebie zadowolonego.

Nie wiem czy to brak zdolności organizacyjnych, czy lekceważenie.

A przecież ja nie potrzebuję wpisania tych zajęć w CV czy sprawozdanie. Już się nawpisywałam. Te zajęcia idą na konto działań szefa kawiarni a nie na moje.

To jednak prawda, że mężczyźni rozwijają się tylko do piątego roku życia a potem tylko rosną. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Są też pozytywy – zaprosił dwie swoje znajome seniorki, które przyjechały aż z Popowic (odległe osiedle). Gdyby był plakat może przyszedłby ktoś z mojego i tego gdzie mieści się kawiarnia. Dobrze, że mam mini fan klub moich zajęć i trzy znajome przyjechały. Też blisko nie miały. Tak więc kreatywnych seniorek było pięć. Dlaczego tylko seniorek? Po pierwsze taka godzina, że wiele osób jest w pracy, po drugie środa jest w kawiarni cenowo przyjazna seniorom.

Ja dostałam w prezencie od szefa herbatę gotową do picia choć i tak zabrałam ze sobą napełniony tym napojem kubek termiczny. Jego zawartość wypiłam w domu.

Panie zrobiły tyle kartek ile chciały, a nawet aniołki. Mogły, jeśli chciały zabrać ze sobą materiały jakie każdej uczestniczce dałam w pakiecie powitalnym. Oraz w domu zrobione przez mnie sztywne torebeczko – pudełeczka, otwarte,  z czerwoną wstążką jako rączkami. Można w nie zapakować i podarować nieduży prezent. Willa z ogrodem a nawet auto się nie zmieszczą ale kosztowne drobiazgi już tak.

Sprzyjała nam także pogoda – nie padało, a nawet nie było ponuro.

Na koniec trzeba było posprzątać, szef zauważył puste malutkie puszki (po jednoporcjowej kukurydzy) jakie przyniosłam i nalałam do nich płynnego kleju. Zaskoczyły go swoją wielkością a raczej małością na co ja, że robiłam je całą noc. On, że w hucie czy innym metalowym zakładzie? Ja, że takie do paprykarza szczecińskiego też robię. Na co kolega szefa, że „paprykarz to niech pani szanuje”, a ja, że nigdy go nie jadłam. Usłyszałam, że czas nadrobić zaległości, bo dobry jest. No to stwierdziłam, że zaraz idę do pobliskiej Biedronki na zakupy. I tak się rozstaliśmy.

W domu po zjedzeniu obiadu porządkowałam materiały aż do godziny dziewiątej wieczorem. No, nie mogłam wszystkiego smyrgnąć do szuflady, bo później bym siebie przeklinała za pójście na łatwiznę.

Czwartek Wybrałam się do rynku. Zastawionego jarmarcznymi budami z różnymi, drogimi dobrami. Ale nie po nie tylko po informator kulturalny „Co jest grane”.

Przechodziłam obok stoiska/budy o nazwie „Kuźnia” i pooglądałam ofertę, były tam breloczki okrągłe i romboidalne z wygrawerowanym a raczej wykutym małym wzorem. A że była wśród nich litera M to pomyślałam, że zrobię koleżance prezent z zawieszką na której będzie pierwsza litera jej imienia. Poprosiłam o taką ale okazało się, że trzeba czekać godzinę, bo kowala właśnie nie ma. To poszłam zrobić zakupy do DINOzaura (zapomniałam kupić paprykarz szczeciński)  a potem na kawę do „Witaminki”.

Posiedziałam tam, poczytałam bezpłatną gazetę  a potem przedzierając się wśród bud pomyślałam, że na pewno tego stoiska nie znajdę, bo błądzenie jest moją wielką sprawnością.

Ale nie, znalazłam bez trudu. Za to jeszcze  musiałam poczekać na zakończenie obróbki ogniem, lakierem i wyborem: ma to być breloczek czy wisiorek. Wisiorek na rzemyku. W domu mam karabińczyk od smyczy to koleżance dodam gdyby uparła się, że jednak woli jako breloczek. Jarmark się przydał ale i tak go nie lubię.

A i znalazłam bank, który uciekł mi (i innym klientom) z dotychczasowego lokalu. Okazało się, że mieści się nawet  niedaleko ale muszę teraz przechodzić rzez dwie ruchliwe ulice naszego osiedla. Nad wejściem wiszą balony (za wysoko, żeby je ze złości przebić) no to zachęcona weszłam i do jednego z dwóch bankomatów podeszłam. Stukam, pukam, pin wklepuję a ten nie kwapi się do wypłaty, w dodatku informuje tylko, że nie przyjmuje wpłat. Łaskawie wydrukował stan konta. Się z lekka wściekłam ale klientka odeszła od sąsiedniego, więc dałam bankowi szansę, wsunęłam kartę i wpisałam kod dostępu. O dziwo zadziałało. Naprawdę nie mogli zaprogramować urządzenia, aby wyświetlił: nie mam pieniędzy, zapraszamy obok. Lepiej niż: „Nie mamy twoich pieniędzy i co nam zrobisz”?.

Sobota „Olimp codzienności” zdobyty, na obiad pieczone wczoraj różne jarzyny, na deser ciasto drożdżowe z rodzynkami pieczone jednocześnie z w.w. Piekarnik w kuchence gazowej z czasów PRL-u, bez termometru (zepsuł się szybko za szybką), światełka (żaróweczka dawno nie wytrzymała) i termoobiegu. Istny eksponat muzeum techniki.

Niedziela 33.Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Hali Stulecia. Pogoda wyjątkowo sprzyjająca, bo pamiętam rok gdy od tramwaju do Hali szłam w mocno padającym mokrym śniegu.

W tym roku także płaci się za wstęp, seniorzy pięć złotych.

Nie zostawiłam kurtki w szatni i to był błąd.

Poszłam bez planu na zakupy, tylko, aby zaopatrzyć się w darmowe materiały – foldery, katalogi, zakładki. Jest ich po pandemii bardzo mało. Przedtem z targów dźwigałam ciężką torbę, dzisiaj parę zakładek i jeden katalog.

Zrobiłam zdjęcia nietypowych nazw wydawnictw (Harde, Wydawnictwo Nocą, Skórka Pomarańczy, CzuCzu, Stara Szkoła, Aż się czyta, Wielka Litera), kotów na okładkach, torbie i bluzie.

Kupiłam trzy książki: Wojciech Szot – Panna Doktór Sadowska, Helena Leblanc (autorka z francuskimi korzeniami) – Świetny (święty) Mikołaj, Tomasz Broda – Rękopis znaleziony we Wrocławiu, to katalog towarzyszący wystawie w Muzeum Teatru im. H. Tomaszewskiego na którą muszę się wybrać.

W Bolesławcu powstały talerze i kubki z tymi  motywami  nawiązującymi do  filmu Wojciecha Jerzego Hasa „Rękopis znaleziony w Saragossie”), które narysował Tomasz Broda.

Autorkę  „Świetnego Mikołaja” zapytałam czy okładka musiała być taka disnejowska. Tak, bo książki sprzedają się po okładkach. Czyli „Jak cię widzą, tak cię piszą/kupują”. A na książkach są przecież notki o autorze i treści. Można poczytać.

Na sali były nie tylko stoiska z książkami i zakładkami ale i rękodziełem i odzieżą. Zobaczyłam skarpetki z kotami, których nie mogłam sobie odmówić. Zapytałam sprzedającego młodzieńca, czy kuwetę też dołącza ale za bardzo go zaskoczyłam i nic nie odpowiedział. Moje poczucie humoru nie do każdego trafia.

Upalne miasto 172

Upalne miasto 172

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************************

Wtorek

Nie był to dzień z cyklu: niespodzianek worek.

Masaż przeszedł na rozmowie o nieudanym sprzęcie grzejnym (grzewczym), rodzinie (nie mojej), gołąbkach klasycznych (ja wolę z włoskiej kapusty z kaszą gryczaną i grzybami) i filmie o rodzinnej przemocy  (nie pójdę, dość mam swoich doświadczeń).

Oszołomiłam się zakupami w markecie i końcową sumą do zapłacenia. Chociaż skorzystałam trochę z lodówkowej przeceny. Towary bez szaleństw i szpanowania markami a i tak kwota powala. Po masażu, przy płaceniu,  bez problemu trzymałam się w pionie.

W ramach hasła „zasługujesz na to” kilka dni temu byłam u kosmetyczki, która jest zarazem fryzjerką. Ale nie tylko, podczas zabiegu zauważyła w kąciku mego ślicznego oka narośl spowodowaną zatkaniem kanalika łzowego. I powiedziała, że ona takie coś usuwa za pomocą igły połączonej z prądem. A ja ją rozbawiłam informacją, że mam od okulistki skierowanie do szpitala na ten zabieg. Gdzie oczywiście nie ma miejsca na takie drobnostki a prywatnie to rok temu kosztowało 800.- zł. W sam raz dla budżetowej emerytki, ha, ha, ha. Obśmiałam się jak norka.

Zabieg trwał niecałe dziesięć minut, trochę bolało ale „nie takie świat dramaty zna” jak mówiła, często, moja koleżanka. Przy okazji usunęła mi też drobiazg z powieki na tym samym oku.

Lewe mam po witrektomii i obraz przez nie oglądany zawsze jest pofalowany, to na prawym takie wyżej wymienione atrakcje. Na obu narasta wtórna zaćma i widzę coraz gorzej ale pod laser jeszcze się nie nadaje.

Aby wydać więcej pieniędzy (zaoszczędzonych w powyższej sprawie) zafundowałam sobie mainikir. Pedi w domu. Tatuażowanie – nie. Kolczykowanie – nie. Lifting – nie. Liposukcja – nie. Botoksowanie – nie. Boksowanie też nie. Itd., itp. – ciągle nie.

ŚRODA

Kiedyś w pojemniku na papier znalazłam zielony wór z białym napisem wesołych świąt i motywem choinek. Zaczęłam do niego pakować przede wszystkim odzież sezonową, dużo papierowych torebek naprezentowych (głównie mikołajowo – świątecznych) i jeszcze inne znaleziska. Wór był ciężki ale jakoś dotachałam go do i od autobusu a kobieta w sklepie dobroczynnym ucieszyła się i z wora, i z torebek, i z odzieży XXL.

W dużym pobliżu tego sklepu jest kawiarnia u „U Alberta” gdzie herbata kosztuje siedem złotych a kawa dziesięć. I w dodatku zaczęli prowadzić warsztaty rękodzielnicze.

Byłam też w „Kawiarni Filmowej” gdzie, być może, poprowadzę zajęcia na których będziemy robić kartki i ozdoby świąteczne z filmowym motywem.

ŚRODA 26.11. Pada śnieg. Jest prawie jak w „Kabarecie Starszych Panów”:

„Na całej połaci śnieg.

W przeróżnej postaci śnieg.

Dla sióstr i dla braci

Zimowy plakacik śnieg, śnieg”.

No, we Wrocławiu to raczej błoto-śnieg.

A pada, bo zaplanowałam zaniesienie kolejnej dużej torby z ciężką zawartością do sklepu dobroczynnego. Diabeł złośliwy czuwa.

Skąd biorę tyle rzeczy? Z zapchanego każdego mebla i kąta maleńkiego mieszkania mego. Pojemne jest.

Od kilku dni przygotowuję materiały do zajęć kreatywnych.

Kartoniki, gotowe motywy świąteczne, wycięte z różnych bezpłatnych katalogów i folderów i użytych już kartek świątecznych. Bo to są, w dużym stopniu,  zajęcia ekologiczne i recyklingowe. I wycięte dziurkaczami ozdobnymi  różności kojarzące się ze świętami.

 Daję także pasmanteryjne bałwanki, choinki, gwiazdki, napisy „wesołych świąt”. I gotowe naklejki. Plus nożyczki i klej, chusteczki nawilżone do wycierania zabrudzonych palców itd., itp.

Jako wzór pokażę też i nauczę jak robić papierowe aniołki.

Z doświadczenia wiem, że najlepiej jest zrobić pakiety zawierające różne materiały, o mniej więcej podobnej zawartości, aby sprytniejsi nie zabrali innym najlepszych elementów.

Zawsze prowadzę takie zajęcia bezpłatnie, przynosząc swoje materiały.

Zabiorę także ze sobą różne, wykonane przeze mnie, kartki w tym z filmowymi motywami, które zrobiłam z posiadanych materiałów, wyszło ich kilkanaście, jako przykład choć liczę na kreatywność uczestników.

PIĄTEK Wczoraj zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską. Czytaliśmy swoje teksty – zadania domowe. Trzeba było napisać reportaż pt. „Widok z okna” w dodatku z magicznymi elementami. Mnie wyszło raczej opowiadanie niż reportaż.

                       Podwórkowa impreza

Jakie widoki na przyszłość ma budżetowy senior? Raczej marne.  Ale czasem wystarczy spojrzeć za okno.

Niby zwykłe podwórko, drzewa, wiata śmietnikowa, trawnik, parę ławek, stolik i krzesła zabrane z miejsca na gabaryty, tworzące „męski klub podwórkowy”, garaże i auta.

Pewnego letniego poranka Roman podniósł rolety i zobaczył coś w co nie mógł uwierzyć.

Na dachu garaży tańczyła grupka skąpo ubranych cheerleaderek machając kolorowymi, błyszczącymi pomponami.  Między wiatą śmietnikową a miejscami postojowymi samochodów stała orkiestra i grała wtórując stojącemu na dachu wiaty piosenkarzowi.  Wystylizowany na Elvisa Presleya  kołysał się  w takt wykonywanej piosenki. Płynęła „Love me tender” a po jej zakończeniu rozległy się z okien oklaski i prośby o bis.

Roman też krzyczał zachwycony powrotem do lat młodości. Gdy wykonawcy zaczęli grać i śpiewać „O sole mio” mężczyzna sięgnął do metalowego kufla i wyjął z niego banknot dziesięciozłotowy. Włożył go w woreczek strunowy obciążając trzema kasztanami i dodając zdjęcie swego kota Miśka na którego odwrocie napisał drukowanymi literami DZIĘKUJĘ. Rzucił to przez okno celując w perkusistę.

Sąsiedzi poszli w jego ślady i posypał się grad pakuneczków. Z bramy prowadzącej na podwórko wyszła parterowa sąsiadka z mężem. Nieśli składany stolik i krzesła. Widocznie namówili innych mieszkańców, bo ci dołączyli się z następnymi meblami i wiktuałami w postaci chleba, wędlin, sera, pomidorów, ogórków świeżych i kiszonych a do tego mieli papierowe talerzyki i kubki. Przydały się, bo pojawiły się też  butelki z domowym winem.

– Widzę, że szykują się niezłe balety – stwierdził mężczyzna z pieskiem.

– Przyjęcie w mieszkaniu to domówka, a ta podwórkówka? – spytała dama bez pieska.

– Może nadworówka, bo na dworze? Bo raczej nie terenówka.

– Trudno też to spotkanie nazwać garden party, choć pod murami mamy kwiatki – dodała następna kobieta niosąc duży termos z wrzątkiem a jej syn sporą ilość kawy i herbaty oraz sztućce i cukier.

Nie zapomniano o zwierzętach, postawiono miski z wodą oraz karmą dla psów, kotów i ptaków.

Sąsiad z pierwszego piętra zszedł z oswojoną papugą na ramieniu, która karmiona orzeszkiem mówiła: „Kaziu, zakochaj się”.  Jego córka przybyła z kotem w objęciach.

Uczta,  integracja, śpiewy i tańce trwały do późnego wieczora.

Zziębnięty Roman obudził się na podłodze pod oknem czując, że ścierpły mu nogi. Obok niego siedział kot trącając łapką i pomiaukując, bo był najwyższy czas na wieczorny posiłek.

Upalne miasto 171

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************************

Poniedziałek Dzisiaj jest Dzień Czarnego Kota! Alodia i Misia też były czarne. Na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też autor napisał:

„Czarny kot wygląda jak cień, który się zbuntował i zaczął żądać żarcia. Jak dziura w osnowie rzeczywistości, której wali tuńczykiem z paszczy. Czarny kot nie przynosi pecha, on go w sposób konsekwentny organizuje. Próbowaliście kiedyś znaleźć czarnego kota w mieszkaniu po ciemku? Jest na to jeden niezawodny sposób. Wystarczy wstać z łóżka, a na bank się o dziada wykopyrtniecie. Drań zlewa się z otoczeniem jak miejski miłośnik gór za Żabką, po czwartej tatrze.

Czarne koty określamy jako melanistyczne, co oznacza nadprodukcję ciemnego barwnika. Ale nawet taki kot z nadmiarem mroku w genach, jak mu się dobrze przyjrzeć, okazuje się bardziej brązowy albo pręgowany. Czyli nie jest czarny, tylko łobuz ściemnia.

Dzięki kolorowi łatwiej mu ładować baterie na słońcu. Jest też podobno bardziej odporny na różne kocie choróbska. Nie jest jednak odporny na ludzi, którzy w naszej części świata ubzdurali sobie, że jest magiczny. Ale nie magiczny w dobry sposób pod tytułem zamiana wody w wyroby alkoholowe, tylko że się brata z wiedźmami, rzuca klątwy i oszukuje podczas gry w statki.

Nie wszędzie na świecie czarne koty mają złą prasę. Na przykład w Japonii i w Wielkiej Brytanii przynoszą szczęście. Irlandzcy i angielscy żeglarze trzymali czarne koty na statkach. Nie tylko dlatego, że żarły szczury jak współcześni żeglarze penicylinę. Czarny kot był kiedyś uważany za talizman na pomyślne wiatry. Coś jak grochówka w Polsce.

Brytyjczycy wierzą co prawda, że czarny kot, który przeszedł drogą, przynosi pecha, ale TYLKO jeżeli oddala się od człowieka. Jeżeli idzie w naszą stronę, to wszystko jest „splendid”, jeżeli w drugą, to „bloody hell” albo „god dammit sh*t f*ck”, zależy, po którym Guinnessie.

Czarny kot ma pewne jasne strony. Poza różowym odbytem rzecz jasna, którym tak lubi się chwalić. Mianowicie pasuje do wszystkiego jak mała czarna. Z tego powodu bywa częściej adoptowany przez pierwszorazowych właścicieli kotów, którzy szukają rozwiązań uniwersalnych i jeszcze nie poznali, jaka to przyjemność, kiedy ciemny kąt w pokoju nagle odwzajemnia spojrzenie.

Czarny kot zawsze wygląda, jakby skrywał jakąś mroczną tajemnicę. Wielki książę ciemności, który boi się odkurzacza, a na widok ogórka zamienia w kota pionowego startu. W głowie, zamiast sekretów, ma tylko szum wiatru i myśli o mordowaniu gołębi.

Mój dom również został dotknięty klątwą czarnego kota. I to podwójnie. Jeden nazywa się Kraken, a drugiego ilustratorka ochrzciła Lucyfer. Jakby dranie potrzebowały dodatkowej zachęty. Kocham moje czarne koty, ale jak ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że są „magiczne”, to mu pokażę magiczną sztuczkę — jak zamienić pościel świeżą w świeżo obrzyganą.

Piszę o czarnym kocie właśnie dzisiaj, bo 17 listopada obchodzimy Międzynarodowy Dzień Czarnego Kota. Wymyślili to Włosi. Tak jak u nas 13 jest najbardziej pechową liczbą, tak u nich tę rolę pełni 17, bo się zawsze spóźniają. Ten dzień ma odczarować czarne koty, które mimo zainteresowania początkujących kociarzy nadal mają najmniejszą szansę na adopcję. Niektórzy uważają, że z powodu przesądów, inni, że dlatego, bo ich na zdjęciach prawie nie widać.

W każdym razie, jeżeli przed przygarnięciem miauczącego księcia ciemności powstrzymują was przesądy, to pamiętajcie, że to wszystko bzdury. Czarny kot nie jest ani trochę bardziej mroczny od zwykłego kota z tego samego powodu, dla którego woda nie może być bardziej mokra”.

Przy obrazku (akwareli?) przedstawiającym czarnego kota autor napisał: „Nie przynoszę ci pecha. Nie kopię leżącego”.

*************************************************

Ależ zimno się zrobiło! Dobrze, że włożyłam zimową kurtkę z kapturem, a w kieszeni były rękawiczki.

Wyrzucając śmieci zajrzałam do pojemnika na papier i znalazłam 3 książki (kulinarną wydaną w PRL-u o warzywach, mały słownik rosyjsko polski i polsko – rosyjski oraz monografię Soczi, nie sprawdziłam w jakim języku – bułgarskim czy rosyjskim, w każdym razie cyrylica na okładce). Zostawiłam je na kaloryferze w punkcie ksero,  leżały tam trzy harlekiny i bardzo się nudziły. To sobie upichcą warzywa a potem ze słownikiem pojadą do Soczi.

Dzisiaj bankomat nie odmówił współpracy za to w prywatnej piekarni zabrakło chałek. Pewnie je zeżarł jakiś Michałek.

Po manikirze postanowiłam w sklepie różanego faceta nabyć, polecaną przez kosmetyczkę, odżywkę. I tu niespodziewanka kolejna w postaci napisu: „awaria prądu”. A przez ścianę Biedronka w pełni oświetlenia. Inne mają podłączenia?

Na kwiatowym regale stoją m.in. grudniki ale wszystkie czerwone i z małymi kwiatkami – takie dwa mamy na oknach półpiętra. A znajome internetowe pokazują swoje – jakże inne. Też bym takie chciała.

Jednym z zadań domowych jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę było napisane „Listu z ogrodu”. Większość skupiła się na wyliczaniu i opisywaniu roślin, tylko ja napisałam tak:

                       List z ogrodu

                                         Drodzy nieznajomi!

Piszę do Was z ogrodu, którego nie mam. A nawet nigdy mieć nie chciałam albowiem jestem zdeklarowanym mieszczuchem.

Jednak nie jestem do bólu konsekwentna, bo uznałam, że moim ogrodem jest park mieszczący się na moim osiedlu.

On nie jest plantacją kwiecia wszelkiego, nie ma kolorowego dywanu w postaci klombów. Jedynie wiosną, na jednym z trawników, pokazują się krokusy.  A wszędzie białymi główkami chwalą się stokrotki, żółtymi zaś mlecze. Poza tym kwitną różne krzewy i wszystko mi jedno jaką noszą nazwę.

Ten park jest dobrym miejscem dla psiarzy wydzielono bowiem ogrodzone miejsce z drewnianymi przeszkodami. Dla psów oczywiście ale kto zabroni właścicielom je pokonywać w ramach współpracy psio-ludzkiej.

– No, Azorek, popatrz jak pan pięknie skacze! Nie leż jak ta leniwa buła, wejdź na pniak i skacz!

Na niektórych drzewach są karmniki – stołówki dla ptaków ale korzystają z nich także wiewiórki i myszy oraz inne sprawne we wspinaniu się, zwierzątka. Zwierzę też człowiek i jeść przecież musi.

Pośrodku parku jest staw z kępą krzewów oraz dużym napisem LEPIEJ. To kojarzy mi się ze spopularyzowanymi przez Wisławę Szymborską „lepiejami”.

Lepiej iść na spacer do parku

Niż mieszać w dziurawym garnku.

Po stawie pływają kaczki, a parę lat temu na wysepce gnieździły się łabędzie. Siedzę na ławce, których jest tu wiele wzdłuż ścieżek, rozmieszczonych. Niektóre stoją pod dużymi drzewami, ich korony chronią przed ostrym słońcem a czasem nawet przed deszczem.

Wystarczy przejść przez ulicę, aby wybrać dwa kierunki – jeden to kościół p.w. św. Michała Archanioła, a drugi to sklep monopolowy. Niedaleko przejścia na pasach, pod krzewami, stoi ławeczka,  ulubiona przez panów, a czasem i panie spragnionych napojów z procentami. Po spożyciu są, zapewne, bardzo zmęczeni, bo pozostawiają po sobie pamiątkę w postaci pustych puszek.

Ten park z każdej strony  otoczony jest ulicami i słychać dolatujący z nich szum. Co kojarzy mi się z piosenką: „Nie dla mnie szum samochodów, niech jadą wprost przed siebie…”.

Jedną z tych arterii jeżdżą też tramwaje co wywołuje następne skojarzenie, czyli piosenkę wykonywaną prze Marię Koterbską „Mkną po szynach niebieskie tramwaje przez wrocławskich ulic sto”. Piosenkarkę uwieczniono na muralu przy ulicy Kołłątaja. Z inicjatywy MPK mural stworzył duet działający pod szyldem o nazwie Czary Mary. Koterbska jest też patronką pierwszego tramwaju Moderus Gamma. Na obrazie Koterbska trzyma w ręce mikrofon a w tle widać mały fragment Ostrowa Tumskiego i rotundy Panoramy Racławickiej.

Wracając do parku – jest w nim, pod wierzbą płaczącą, blisko stawu, kapliczka, postawiona w 1956 roku. Upamiętnia ona śmierć dziewczynki, której piłka wleciała do wody, ta próbowała wyciągnąć ją patykiem i naruszyła niewybuch. Gdy czyszczono staw odkryto na jego dnie broń i sprzęt wojskowy.

Na drugim końcu parku jest duży kamienny stół z szachownicą i z niej mieszkańcy czasami korzystają. Nie przyłączam się, nie umiem grać.

Z pozdrowieniami Irena