Upalne miasto 107

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

– Cholernie urozmaicone mam życie  – westchnęła Anna wycierając pot  nie tylko z czoła.

W gorący czwartek około godziny piętnastej zanikł odbiór telewizji i Internetu. Odłączyła i włączyła dekoder ale nie zadziałało. Telefoniczny kontakt z siecią powiedział: nic pani nie musi robić, za pół godziny wszystko będzie dobrze. Poczekała godzinę. Nie było.

Następny zalecił zastosować reset za pomocą wysoko wyspecjalizowanego sprzętu, w tym przypadku wykałaczki. Po odczekaniu zaleconego czasu okazało się, że i to nie pomogło. Następny telefon do dostawcy i okazało się, że mają awarię. Trzeba czekać do godz. 20, 40. Potem nadal odbioru telewizji nie było choć pojawił się Internet.

Jak spędzić upojne popołudnie i wieczór? Dzwonić kilkanaście razy z monitem i rozmawiać za każdym razem z inną osobą, różnej płci,  podając ciągle te same dane.

Dobrze, że można poczytać książkę  bardzo pasującą do stanu ducha, czyli kryminał o internetowych okrutnych zabawach zboczonych sadystów.

Kolejny telefon odebrała kobieta, zdziwiła się, bo u niej wszystko było dobrze ale obiecała zresetować system i zaleciła po kwadransie wyłączyć i włączyć telewizor. Nie zadziałało i  zero zdziwienia u klientki. Następny telefon, następne podawanie tych samych danych. Teoretycznie wszystko według nich jest w porządku, ale zamówią technika.

Anna przeleciała pilotem po ustawieniach, kliknęła „uruchom ponownie” i zadziałało. Uff…

Całkiem spokojnie zadzwoniła odwołując wizytę technika. Za przerwę w odbiorze dostanie 20 złotych. Za sześć godzin czyli ile to za godzinę?

Brawo pan Bell, fuj sieć dostawcza.

A jaskółki mają technikę w d…użym poważaniu czyli w odwłoku. Tak ją opisał autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Jaskółka oknówka = Parapeciara

Oknówka ma czarną kapotę oraz białe nóżki, gardło no i zadek. Tego ostatniego używa do zanieczyszczania parapetów, ścian i głowy każdego, kto znajdzie się pod jej mieszkaniem, o co nietrudno, bo przylepia je na zewnątrz budynków mieszkalnych w całym kraju. W odróżnieniu od dymówki nie zdarza jej się budować gniazd wewnątrz budynków. Pewnie uznała, że w ten sposób dotrze ze swoim gównianym przekazem do szerszego grona odbiorców. Trochę ją rozumiem, ale mogłaby używać w tym celu mediów społecznościowych jak normalny człowiek.

Domek oknówki przypomina ćwiartkę kuli zlepionej z błota, śliny, gliny i poniedziałkowych myśli albo zaginione dzieło Gaudiego. Serio, Sagrada de Familia i w ogóle połowa Barcelony wygląda, jakby ulepiły ją jaskółki, a potem napadła na nie grupa przedszkolaków z torbą farbek plakatowych.

Wewnątrz tego dzieła architektury błotnej pani oknówka składa zwykle od 3 do 5 jaj i co gorsze robi to nawet dwa razy do roku. W dodatku za nic ma patriarchat, a w wysiadywaniu bierze udział zarówno samiec, jak i samica.

Nie od razu Barcelonę ulepiono, dlatego młode oknówki, po opuszczeniu rodzinnego gniazda, a przed zbudowaniem własnego gremialnie przesiadują na drutach wysokiego napięcia. Przesiadują i zgadnijcie, co robią? Uchwalają ustawy na biednych Polaków przechodzących dołem. Pewnym pocieszeniem może być to, że jednak nie tylko na mieszkańców Wielkiej Cebuli. Oknówka paskudzi ludziom na głowy w niemal całej Eurazji, zimą w Afryce a lokalnie w Południowo-Wschodniej Azji i na Półwyspie Arabskim.

Być może z chęci rehabilitacji wynikają przedziwne akrobacje, które oknówka urządza na niebie. Kreśli w powietrzu przedziwne esy, a nawet floresy lotem ślizgowym, w którym łapie muchówki, błonkówki i inne robale. Często żeruje wspólnie z dymówką, ale ma krótsze wąsy ogonowe i lata nieco wyżej oraz trochę wolniej od ciemniejszej koleżanki. Pewnie dlatego, że z wysokości trudniej jej celować w zaparkowane samochody.

W ostatnią, bardzo upalną sobotę czerwca Anna pojechała na płatne zajęcia rękodzielnicze odbywające się w ramach Dolnośląskich Warsztatów Craftowych. Zapisała się na nie z wyprzedzeniem ciesząc się, że dojazd jest jednym autobusem. Za to idzie się tam i idzie, bo budynek jest w środku osiedla.

Za trzy dni uczestnictwa płaci się dziesięć złotych, które są przeznaczone na częściowe pokrycie kosztów zużytego prądu. Dostaje się za to zestaw scrapbookingowych plansz i pieczątkę na przedramię. Sponsorem są właściciele „Studium Edukacji Ekologicznej” będące miejscem tych spotkań.

W trakcie zlotu odbywają się różne darmowe pokazy – jak zrobić kartkę okolicznościową, kartę ATC czy inne rękodzieło. Jest także sporo wystawców oferujących różne materiały, nie tylko papierowe, do zajęć kreatywnych.

Tym razem był też mini kiermasz charytatywny – można było włożyć do pojemników niepotrzebne elementy do takich prac, obok stała puszka na datki. Seniorka skorzystała z okazji, aby wspomóc potrzebującą osobę.

Przy drzwiach stało też pudełko gdzie można było wrzucić swoje karty ATC i zabrać inne. Anna wrzuciła i wybrała parę.

Jest to 23-ci zlot we Wrocławiu. Odbywają się podobne także w innych miastach: Warszawie, Łodzi, Krakowie, Katowicach, Poznaniu.

W sali, przed zajęciami, niektóre panie wymieniały się kartami ATC.

Chociaż seniorka wykonała już parę artjournali chciała poznać inne spojrzenie na ten temat. Prowadząca zajęcia Żaneta rozdała po dwie kwadratowe karty (19×19 cm), przekazała i pokazała co i jak będziemy robić na przykładzie swojego journala.

Po kolei rozdawała elementy do naklejenia na każdą kartę. Dużo materiałów leżało tez na stołach.

Jedna z kart była ozdabiana tuszowymi kolorowymi plamami, które po psiknięciu wodą rozlewała się na wszystkie strony. Następnie była suszona nagrzewnicą, aby można było nakleić rozdane elementy i napisy.

Drugą kartę ozdabiały kolorowymi motywami nakładanymi gąbką przez „maskę” czyli plasitkową kartę z różnymi wycięciami tworzącymi szablon. Zastosowały też pieczątki z różnymi motywami – strzałki, pismo, kółka. Oraz cekiny, samoprzylepne kolorowe kółeczka i taśmy ozdobne.

Prowadząca podchodziła do każdej osoby, aby zachęcić, pomóc, wyjaśnić lub poprawić.

Pomagała jej koleżanka a przy okazji robiła zdjęcia zapracowanej grupy. Na koniec każda uczestniczka mogła się sfotografować z prowadzącą zajęcia i swoimi pracami. Było też zdjęcie grupowe.

Jedyną niewygodą był okropny upał, bo budynek nie ma klimatyzacji.

Po zajęciach Anna porozmawiała z pomysłodawczynią i główną organizatorką tych zjazdów Anną Królicką – Sobczak o pseudonimie Krulik, tak z takim „u”. Według mnie to U oznacza jej otwartość, zaangażowanie, niekonwencjonalność (ma troje dzieci a działa intensywnie) i życzliwość.

Upalne miasto 106

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Anna ma kolejny, milionowy chyba, życiowy negatywny zaskocz, znaczy zaskoczenie. I ciągle w związku z połączeniem dwóch dostawców telewizji i Internetu. Pracownica przy omawianiu nowej umowy chytrze przemilczała różne niewygodne materialnie fakty. A sms-y i maile są chyba specjalnie niejasne.

Stado opisanych na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”, bardzo wygłodniałych kotów  napuścić by na nich i zacierać dłonie z uciechą.

RYŚ = wszystkie Ryśki to fajne kociaki

Ryszard jak przystało na kota, jest dosyć za*ebisty. Ma grube puchate łapy, które działają jak rakiety śnieżne. Zakończone pędzelkami puchate uszy, dzięki którym słyszy ofiary z odległości pięciu kilometrów. W ogóle całe 110 cm i około 30 kilogramów rysia jest puchate i służy mu przede wszystkim do spania i polowania. Tak trzeba żyć.

Wzrok rysia również nie ma sobie równych. Ryszard potrafi dojrzeć sarnę z 500 metrów, zająca z 300 metrów, mysz z 75 metrów i penisa typowego myśliwego z 30 centymetrów. Kiedy już dostrzeże coś, co warto byłoby przekąsić, nie rzuca się na to, jak poseł na kilometrówkę tylko powoli zakrada się do swojej ofiary. Kiedy jest już blisko, skacze i po cichu załatwia sprawę. To, że w Polsce jest obecnie więcej posłów niż par rysiów to jakieś koszmarne nieporozumienie, ale i okazja, żeby myśliwi w końcu zrobili coś pożytecznego.

Rysie to koty tajemnicze i pełne sprzeczności. Są szybkie i zwinne, ale nie lubią biegać. Doskonale pływają, ale nie przepadają za wodą, są nieziemsko przystojne, ale przez większość roku wolą żyć same. No, chyba że są samicami. Wtedy zdarza im się zakładać babskie gangi, w których poszczególne samice zajmują sąsiadujące terytoria i czasami wpadają do siebie na rysie ploteczki.

Jak co tydzień we wtorek Anna poszła na masaż przekazując rehabilitantowi słoik miodu ze znajomej pasieki mieszczącej się na działce o nazwie Majorka. Jest to miód kremowany:

Miód kremowany to czysty surowy miód, który został zgranulowany do gładkiej konsystencji. Jest to najpopularniejszy rodzaj miodu wyspach i zyskuje coraz większą popularność w Stanach a i powoli w Polsce. Miód w kremie ma wyjątkową konsystencję masła i jest idealny do smarowania tostów lub dodawania do gorących herbat.

Kupiła małe ogórki do zakiszenia wybierając te z ostrymi wypustkami na skórce, bo to oznacza, że są świeże.

W punkcie ksero dostała od sympatycznej właścicielki dwie książki dla biblioteki w Centrum Seniora, a z kaloryfera (miejsce do zostawiania niepotrzebnych książek) wzięła poradnik napisany przez Jolantę Kwaśniewską.

Boksowanie się z sieciami – dostarczycielami TV+Internet+telefon i nowinami (głównie o dodatkowych opłatach) trwa nadal. I nieustane zasada: nie wie lewica co robi prawica. Doradca telefoniczny zaleca jedno, biuro obsługi kategorycznie temu przeczy a poprzednia sieć nieprawnie pobiera z konta klientki poprzednią kwotę. Że wyższą od ostatnio ustalonej to przecież oczywiste.

Oczywiście wszyscy uwielbiamy być odsyłani od Annasza do Kajfasza, wprowadzani w błąd, czyli lekceważeni. Za własne pieniądze!

A może tych wszystkich informatorów/konsultantów/doradców ugryzł radioaktywny banan? Opisał taki przypadek autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

BANAN = dolce & banana

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego słodycze o smaku banana za cholerę nie smakują jak banan ze sklepu? Ano dlatego, że smakują jak odmiana, której już nie uświadczymy na świecie. Do połowy XX wieku prawie wszystkie komercyjnie uprawiane banany należały do odmiany Gros Michel. Każdy Wielki Michał na świecie był genetycznym klonem jednej konkretnej rośliny. Coś jak ludzie oglądający siostry Kardashian współcześnie.

Michał był smaczniejszy od obecnie uprawianego Cavendisha. Był też większy i nie brązował w 0,001 sekundy od położenia na blacie. Niestety został całkowicie wybity przez grzyba o nazwie TR4, który wywołuje u bananowców chorobę panamską.

Dokładnie ten sam grzyb zagraża obecnie odmianie Cavendish, bo cóż za niespodzianka, zrobiliśmy to po raz kolejny. Wszystkie Cavendishe również są klonami, tak jak obecny kryzys bananowy jest klonem tego z połowy ubiegłego stulecia. Chociaż nie, jest pewna różnica. Mimo że na świecie mamy tysiąc różnych rodzajów bananowców, to tym razem żaden nie nadaje się do zastąpienia dominującej odmiany. Król jest nagi i grozi mu utrata banana.

No dobrze, jest parę odmian, które można uprawiać, np. Goldfinger. Jest tylko jeden mały problem. Ten konkretny banan smakuje jak jabłko. Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, to w sumie zmiana na lepsze, ale wiem, że mdła papka o smaku wyjazdu autokarem nad morze o 5:30 rano ma na świecie paru oddanych fanów.

Na przykład Amerykanów, którzy żadnego owocu nie wcinają tak chętnie jak właśnie banana. Pochłaniają go w ilości około 14 kilogramów rocznie, czyli więcej niż jabłek i pomarańczy liczonych razem. Tymczasem Polacy jedzą tylko 12 kilogramów jabłek. Nie wliczałem w to tymbarka jabłkowego podawanego z żubrówką, żeby nie zaciemniać danych. Za to, tu nie będzie zaskoczenia, ziemniaków jemy aż 100 kilogramów per Polak. Jeżeli sądzicie, że to za dużo, to rzućmy okiem na Ugandyjczyków, którzy konsumują aż 250 kilo bananów rocznie. Czy jest coś, co Polacy zjadają w takich ilościach? Poza wstydem rzecz jasna, ale dosyć już o Euro, nie uprzedzajmy wyników fazy grupowej

Mam dobrą wiadomość dla wszystkich przerażonych cenami słodkich wypieków. Technicznie rzecz biorąc bułka z bananem, jest jagodzianką. Zgadza się, banan to podłużna jagoda. Jakby tego było mało bananowiec to nie drzewo, tylko wielkie zioło, a banany nie zwisają z gałęzi tylko z długiego pędu nazywanego kłodziną.

No i na koniec informacja dla wszystkich fanów atomu. Banany są radioaktywne. Tzn. wszystko jest trochę, ale one zdecydowanie przekraczają normę. Przyczyną jest wysoka zawartość potasu, którego atomy nie potrafią wziąć się w garść i rozpadają się jak Michael Jackson na scenie. Właśnie dlatego detektyw Rutkowski wygląda obecnie, tak jak wygląda. To nie jego wina, ugryzł go radioaktywny banan.

Dzień potrafi być jednocześnie medyczny i przypalony. A to z powodu bliźnich i gapiostwa, czyli zajęcia się, z wyłączeniem myślenia o tym co na kuchence,  rękodziełem.

Najpierw zadzwoniła do Anny koleżanka z którą była internowana pytając kiedy mierzyła ostatnio, ciśnienie.

– Dość dawno – przyznała się seniorka.

– A masz ciśnieniomierz?

– Mam, koleżanka lekarka kazała mi kupić.

– I nie mierzysz?

–  Nooo, jakoś nie.

– Bo ja też mam, najpierw mierzyłam potem przestałam. I pewnej nocy tak się źle poczułam, że aż w szpitalu wylądowałam  – przyznała się dzwoniąca koleżanka.

Następną medyczną wiadomość dostała od znajomej bibliotekarki, która początek emerytury też spędziła w szpitalu. Gorzej miała, bo poddać się operacji musiała.

Trzecia znajoma musiała się poddać operacji cieśni obu nadgarstków.

A przypalić można nie tylko papierosa ale i frytki oraz plasterki cukinii. Gdy się jest bardzo skupionym na jednej czynności.

W piątek Anna wracając z zakupów zobaczyła dużą papierową torbę wiszącą na klamce drzwi sąsiadki. Zadzwoniła ale nikt nie otworzył więc zabrała torbę do siebie zostawiając w drzwiach informację bo okazało się, że źle wpisała numer telefonu. Zajrzała do dość lekkiej jak na te rozmiary torby i zobaczyła suszone zielone liście. Nie powąchała, nie wzięła paru listków, nie zaparzyła, ani nie zapaliła. A potem żałowała.

Upalne miasto 105

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Zmiany, zmiany, zmiany – ale czy na lepsze? – Anna zadała sobie retoryczne pytanie. Sytuacja jest, wyjścia nie ma, bo dostawca telewizji i Internetu przeszedł do innej firmy. Co wiązało się z wymianą sprzętu, modemu, routera, dekodera czy czegoś w tym stylu. Nowa firma zalewała ją, przez trzy dni,  sms-ami i mailami jakby mieli ich w magazynie za dużo i musieli się koniecznie pozbyć.

Technik wymieniający urządzenia nie dość, że nie był kontaktowy na zasadzie „ja tu tylko instaluję”, w dodatku zostawił trzy pudełka, dwa nowe przewody i dwa stare. Oraz starego pilota. Chyba powinien zabrać to ze sobą.

Czyli kolejny telefon na infolinię – doradczyni napisała skargę. Trzeba czekać na odzew. Może ktoś przyjdzie i zabierze elektrośmieci, bo pudełka można wyrzucić samemu. Ale jest też możliwość, że trzeba będzie samemu zanieść to do punktu obsługi. Już widzę jak padają ze szczęścia na ich widok i wszystko biorą z pocałowaniem ręki i nogi. Swojej chyba.

No i mamy dwa różne numery infolinii i klienta, mało doinformowanych konsultantów, dzięki czemu dopiero za piątym razem seniorka dowiedziała się o co chodzi z programem antywirusowym. Szaleństwo i obłęd tuż, tuż. Za progiem jej głowy.

Z przeniesieniem numeru telefonu do tej sieci też problem, bo kontakty ze starej karty sim trzeba spisać i pojedynczo wpisywać na nową. Za karę, że używa się małej Nokii a nie smarftona.

Kolejna atrakcja to wymiana karty sim. Niby prosta ale Anna głupio uparła się aby ją włożyć piętro wyżej zamiast na parterze. „Co się namęczem, co się natrudziem, co się kołnierzyka nabrudziem”. Ale się udało!

Nie udało się natomiast odzyskanie pieniędzy z karty sim, bo poprzednia sieć się wypięła, działając jak szatniarz w filmie „Miś”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. Na czacie podano adres mailowy do złożenia reklamacji, więc mail poszedł z opisaniem sytuacji oraz postraszeniem donosem do Urzędu Skarbowego, Inspekcji Handlowej i Biura Ochrony Konsumenta. Szybko przyszedł sms z informacją, że odpowiedzą w ciągu sześciu dni. A to wszystko dlatego, że konsultantka obecnej sieci wprowadziła klientkę w błąd informując, że pieniądze można odliczyć od rachunku.

Rozrywka w postaci wprowadzania kontaktów do pamięci komórki oraz uczenia się obsługi pilota, czyli na jakim kanale jest jaki program i co trzeba zrobić, aby dowiedzieć się więcej o treści filmu nie jest ulubionym zajęciem seniorki. Bardzo nie jest. Poprzednie ustawienia informacji były lepsze – opisy programów większymi literami, wybieranie tych opisów jednym kliknięciem a nie trzema.

KIWI ptak to ma dobrze, bo nie potrzebuje telewizji, Internetu i telefonu. A tak go opisuje autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Przodkowie kiwi prawdopodobnie dotarli do Nowej Zelandii drogą powietrzną. Potem natura zrobiła im przysługę i zabrała umiejętność latania, w razie gdyby byli na tyle głupi, żeby polecieć dalej do Australii. Obecnie kiwi to nieloty, podobnie jak spokrewnione z nimi strusie, emu oraz kazuary. Kiwi co prawda nie wykopie wam dziury w brzuchu tak jak jego krewniacy, ale po wspólnych przodkach został mu ryk dinozaura, który nadepnął gołą stopą na klocek lego.

Kiwi rośnie większy, niż mogłoby się wydawać. Dorosły ptak mierzy do 60 cm długości i waży nawet 3 kilogramy, z czego jedna trzecia przypada na muskularne nogi. Kiwi nie lata, ale biega jak piłkarz ekstraklasy kiedy trzeba uciec przed szansą na wyjście z grupy. Co ciekawe rekordowe kiwi, ale w formie owocowej ważyło więcej, bo aż 4 kilogramy. Biegało natomiast zauważalnie wolniej.

Czasami kiwi, ale ptaki, a nie włochate jajka, które gryzą ludzi w język, łącza się w pary na całe życie. Innym razem kiwi kiwi kiwi i samica uznaje, że pora poszukać lepszego chłopaka. W sumie nic dziwnego, skoro pan kiwi podczas podrywu drze dzioba jakby go obierali. W dodatku samica musi potem znieść jajko o wadze nawet 20% swojego ciała. To tak jakby kobieta ważąca 60 kilogramów urodziła dwunastokilogramowego bobasa. Tym większy szacunek należy się mamie Pudziana.

Tylko 5% kiwi dożyje dorosłości. Połowa w ogóle nie wykluje się z jajek no bo bakterie i spłoszeni ojcowie (to samiec siedzi na jajkach). Potem większość zjedzą koty oraz gronostaje, które powinny być w Nowej Zelandii mniej więcej tak samo jak Zuckerberg na Hawajach. Jeżeli jednak kiwi dorośnie, to ma szansę pożyć nawet 50 wiosen, a to naprawdę długo jak na orzech kokosowy z dziobem.

Kiwi wygląda jak przetłuszczony tupecik na kurzych łapach, ale jego włosy to tak naprawdę bardzo cienkie pióra. Poza tym formalnie rzecz biorąc, jest właścicielem najkrótszego dzioba wśród ptaków. Naukowcy ustalili, że długość ptasiej końcówki mierzy się od otworów nosowych, a te są bardzo blisko czubka kiwi, żeby koleś mógł lepiej wywąchiwać owady. Jeżeli znajdziecie się kiedyś w nowozelandzkiej głuszy i zechcecie namierzyć tego ptaka, to bądźcie bardzo cicho i nasłuchujcie głośnego niuchania. Macie spore szanse na to, że usłyszycie polującego kiwi. Ten sam dźwięk dobiegający z łazienki w klubie to już jednak nie kiwi, tylko ponownie, zawodowi piłkarze.

Wiem, że o dźwiękach wydawanych przez kiwi napisałem dwa razy, ale raz to za mało. W komentarzach znajdziecie kiwi podczas ćwierkania.-

 Znajdziecie to na facebooku.

Odysei pod tytułem „ciąg dalszy okropnych skutków połączenia dwóch dostawców TV i Internetu” ciąg dalszy następuje.

Konieczna wizyta w Biurze Obsługi sieci. Anna dostaje dreszczy na samą myśl o rozmowie mając w pamięci poprzednie doświadczenia.

W ramach kolejnego dziwnego zjawiska zadzwonił technik od instalacji nowoczesności pytając czy zostawił u niej miernik. Pojęcia nie miała co to jest, opisał. Nie zostawił. Powiedziała o elektrośmieciach jakich nie zabrał, na co on  że, że nigdy nie zabiera. Na pytanie: co mam z tym zrobić odpowiedział: wyrzucić. Na argument, że to nie są zwykłe śmieci stwierdził, że on wyrzuca do normalnych pojemników.

No, wszystko opada.

– Ja na pewno zwariuję, bo inaczej tego nie przetrwam – postanowiła Anna.

Zabrała elektrośmieci i poszła do biura obsługi dostawcy. Gdzie sympatyczna urzędniczka powiedziała, że ma dostęp tylko do umów zawartych w ich biurze. Na tak przekazaną informację doradca telefoniczny orzekł, że klientkę spławiono. Oszaleć można!

Tyle dobrego, że dała dwie dobre rady: 1- elektrośmieci można zostawić w sklepie ze sprzętem elektronicznym/elektrycznym bez konieczności dokonywania tam zakupu choć tak wynika z informacji pana gugla; 2  – poszła do biura (obok położonego) poprzedniej telefonii, pogadała z szefem i okazało się, że można odzyskać pieniądze z ich karty sim, po wypełnieniu druku, ale pobierają opłatę manipulacyjną w wysokości 20 złotych!!!! No i realizacja to 30 dni.

A za dwa dni telefon od nich, że skargę otrzymali, pieniądze częściowo zwrócą, bo pobierają 20.- zł. To jest okropne zdzierstwo! Na mail informujący o tym samym Anna nie omieszkała odpisać, że jest zdegustowana tym jak traktują klienta i że cieszy się o nim już nie jest.

Z innej sprawy czeka Annę spory wydatek, bo tak! Płać i płacz.

– Muszę się napić syropu uspakajającego, bo nie przetrzymam tych wszystkich atrakcji – stwierdziła seniorka nalewając sobie specyfik. No i nie ma komu dać w mordę za te wszystkie progi i bariery oraz drogę przez mękę.

A to jeszcze nie koniec, bo mailowo nie dotarła do niej nowa umowa. Tam nie wie prawica co robi lewica i wcale nie chodzi o partie polityczne.

Upalne miasto 104

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************** ****************

Koniec maja obfitował w sms-owe alerty pogodowe. Straszono w nich burzami, piorunami, wichrami (bez namiętności), ulewami i grzmotami. Nie zawsze się sprawdzającymi.

Annę najbardziej wkurzył ten wysłany o siódmej rano, bo ją zbudził. A w jej mieście i na osiedlu żadnych takich zjawisk nie było.

A w czwartek procesja za procesją.

Pogańskie korzenie Bożego Ciałaz (bloga anetapfajfer)

„Jak głoszą niektórzy teolodzy ze świętem Bożego Ciała wiążą się symbole, które swoimi korzeniami sięgają czasów pogańskich. Do najważniejszych należy monstrancja, czyli złoty kielich, w którym umieszczone jest mistyczne ciało Chrystusa. Niegdyś był to symbol Wielkiej Matki. Naczynie to wiązało się z narodzinami, śmiercią i odrodzeniem. Tę symbolikę przejęło później chrześcijaństwo, które jednak odwróciło pradawne reguły: kielich z hostią zaczął wyobrażać ciało Chrystusa i świętego Graala ze średniowiecznych legend, zaś księżyc stał się atrybutem Matki Bożej.

Do innych zwyczajów wywodzących się z czasów pogańskich należy święcenie ziół i kwiatów w ostatnim dniu oktawy Bożego Ciała. Wiązankę lub wianuszek składający się z różnych gatunków ziół, które można zbierać na przełomie maja i czerwca. Najczęściej są to: macierzanka, dziurawiec, rumianek, rozchodnik, glistnik jaskółcze ziele oraz mięta. Tak skomponowany wianuszek należało wzmocnić łykiem lipowym (wszelkie sznurki wykonane ze sztucznych tworzyw są niewskazane, ponieważ zaburzają naturalny przepływ energii w roślinach). Po poświeceniu należało go zasuszyć i wykorzystywać przez cały rok w celach leczniczych zarówno dla ludzi jak i zwierząt.”

„Skoro to jest pogańskie święto, to dlaczego chrześcijanie je obchodzą?”

„Ponieważ Kościół zaadoptował już istniejące święta = obrzędy z kultury tzw. pogańskiej, a raczej słowiańskiej, która na naszych terenach obowiązywała. Także Boże Ciało, jak w zasadzie wg moich ‚badań’ wszystkie święta chrześcijańskie, takie korzenie posiada. Symbolika zresztą jest archetypowa i uniwersalna…”

Religia pogańskich Słowian była ściśle związana z kultem przyrody. Jej święta wyznaczał naturalny cykl upraw i zjawisk atmosferycznych, od narodzin do życia wiosną, poprzez letni rozkwit, jesienny czas zbierania plonów i zimową martwicę. Podstawowe kulty wiązały się z naturą: kult Słońca, Ognia, Matki – Ziemi.

Anna obawiała się, że w piątek żaden sklep i urząd nie będą czynne ale, ku jej zdumieniu, najbliższa poczta była czynna i udało się jej wstrzelić w dziurę między klientami. A za nią już mały wąż kolejkowy się wił.

W lumpexie wpadła jej w oko i do torby ruda bluzka za 11,50. Drugi fart tego dnia. I na tym się skończyło. W pasmanterii klientka wybierała  koronki do podłużenia dwóch sukienek. Bo wrednie się zachowały i skróciły nieproszone. Czasem materiał zbiegnie się w praniu a często te wredne kalorie w nocy wchodzą nam w ciało jednocześnie zwężając ubrania.

Zapowiedziano pchli targ na osiedlu gdzie mieszka Anna. W piątek tak robiła zakupy, aby zgromadzić jak najwięcej drobnych pieniędzy. Mailowo zarezerwowała sobie stolik, przygotowała różne rękodzieła do sprzedania. Dorobiła kartki okolicznościowe. Zawiesiła ceny na niektórych rzeczach. Wzięła płachtę folii do przykrycia gdyby deszcz pokropił. Oraz wodę do picia i parasol. Sprawdziła na fb i poczcie czy nie odwołano imprezy.

Zapakowała wszystko w dwie torby, jedną na kółkach. I prawie sturlała się ze swojego czwartego piętra. Piechotą przeszła przez kawałek osiedla sprawdzając, że jest dziesięć minut po dwunastej, czyli po początku targu.

Zastała na placu jedno młode małżeństwo i seniorkę – rozłożyli na trawniku zabawki i książeczki dla dzieci.

Transportu ze stołami ani widu, ani słychu. Młodzi zwinęli się po pół godzinie, seniorki po 45 minutach.

A w domu okazało się, że mailowo, dużo za późno zawiadomiono, że imprezę odwołano ze względu na zapowiadane burze. Tyle, że do nocy nic się nie burzyło oprócz wystawionych do wiatru osób. Nawet się rozpogodziło. Organizatorzy sobą zachwyceni pewnie są bardzo.

Anna nie omieszkała mailowo wyrazić swojego niezadowolenia, bo ktoś powinien przyjść na plac i sprawdzić czy ktoś jednak tam przyszedł lub chociaż zostawić kartki z informacją na, stojących tam, ławkach. Nikomu jednak nie przyszło to do głowy. Olewactwo i lekceważenie level hard.

– Wolałabym iść na niedzielny spacer bez obciążenia – pomyślała wkurzona Anna. Nasłałabym na nich orłosępy, jeden przyleciał do Poznania to, w ramach „Wszystkie parapety w Polsce są nasze – orłosępie” mógłby odwiedzić i inne miasta. Wraz z kolegami,  głodnymi i w jadle niewybrzydzającymi.

ORŁOSĘP brodaty = eurosęp

Kiedy pan Maciej z Poznania zobaczył obszarpanego padlinożercę na parapecie, pomyślał, że to część kampanii przed wyborami do Europarlamentu. Na szczęście okazało się, że to tylko młody orłosęp, którego dopadł ciężki przypadek miasta doznań i jedna z naszych letnich nawałnic, przychodzących ostatnio dla niepoznaki w maju.

Orłosępy to wielkie ptaki padlinożerne, które na co dzień żyją w Eurazji oraz w Afryce, zwykle powyżej 1000 m n. p. m. Tymczasem jeden z nich trafił nie tylko do Polski, ale w dodatku do Poznania. Wyobrażacie sobie? Wylatujecie spokojnie z Francji, bo stamtąd pochodził ten konkretny egzemplarz, potem lekkie zatrucie kebsem w Berlinie i nagle budzicie się nie dość, że po burzy to jeszcze w Poznaniu. Nie tego spodziewał się młody orłosęp kiedy koordynator Erasmusa obiecywał mu moc doznań.

Nasz bohater przez jakiś czas siedział na parapecie i wyglądał żałośnie, aż w końcu odleciał, usiadł nad brzegiem Warty i zapłakał nad losem swoim oraz poznańskich kierowców. Właśnie wtedy udało się go odłowić i odstawić do poznańskiego zoo, aby doszedł do siebie.

Jak na padlinożercę orłosęp wygląda całkiem nieźle i to nie tylko na plakatach wyborczych jak jego kuzyni. Wprawdzie przyroda wyposażyła go przezornie w czarną przepaskę na oczy, ale poza tym spód tułowia ma biały z rdzawym nalotem, podobnie jak szyję, a skrzydła ciemne z szarymi lotkami oraz sterówkami. Słowem wcale nie wygląda, jakby chciał, wam opierdzielić kota razem z szelkami. Zresztą koty są szybkie i mają mało szpiku w kościach, za którym orłosęp przepada. Pierzasty drań unosi kości wysoko w powietrze i zrzuca na skały, żeby dobrać się do zawartości.

Skoro poruszyliśmy kwestie gastronomiczne, to musicie wiedzieć, że orłosęp potrafi połykać kawałki kości o długości 25 cm i średnicy 4 cm. W tym miejscu miał być żart z Magdaleny Ogórek i jej błyskawicznej kariery w mediach publicznych, ale i tak mi go wytną w redakcji jak ten o Wałęsie i mniejszościach etnicznych, więc nic już więcej o tym nie napiszę.

Orłosępa ostatecznie wypuszczono, ale zanim do tego doszło, zapytano go, co sądzi o naszym kraju. Orłosęp powiedział, że Poznań to piękne miasto, rogale są prawie tak smaczne jak zwierzęce szczątki, okolice Jeziora Maltańskiego to miejsce, w którym przyjemnie spędzą czas zarówno młodzi jak i rodziny z dziećmi oraz seniorzy, a Grunwald i Jeżyce to dwie najbardziej po*ebane dzielnice.

Upalne miasto 103

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Alerty pogodowe straszą ale „niebo skąpi  ziemi  kropli deszczu” czy jakoś tak.

Anna była w piekarni gdzie sprzedaje jej młoda znajoma, uczestniczka imprezy wymiankowej jaką w 1982 roku wymyśliła nazywając  dress – party. Organizowała ją (w różnych miejscach) ponad 30 lat.

Przed seniorką w kolejce stała druga uczestniczka mieszkająca na innym osiedlu. Wychodząc powiedziała Annie, że ładnie wygląda. Na taki komplement seniorka zwykle odpowiada: – Mój dobry charakter widać na twarzy.

Kiedyś usłyszała od czytelniczki (na inne stwierdzenie): no, skromna to ty nie jesteś. Na co odpowiedziała:

– Niech brzydcy i nudni będą skromni, ja nie muszę,

Oczywiście bbyło to pół żartem, pół serio.

Płacąc za pieczywo Anna zażartowała do sprzedawczyni, że taka mała giełda im się zrobiła.

Potem skserowała tekst ogłoszenia dla biblioteki w Centrum Seniora o przyjmowaniu darów gdzie  m.in. poinformowała:

Za książki zniszczone, poplamione, rozklejone,

z oderwaną okładką, techniczne, podręczniki oraz cienkie harlequiny i pozycje autorów opiewających słusznie miniony ustrój dziękujemy, bo ich  nie chcemy.

 Nie poszła do Biedronki choć dostała zachęcającego sms-a ale naczytała się złych opinii o ich promocjach więc sobie odpuściła.

W warzywniaku z lekka podyskutowała ze sprzedawczynią o ogórkach szklarniowych, która twierdziła, że nadają się tylko na małosolne a nie na kiszone.

– No to sprawdzę jak jest naprawdę – pomyślała Anna. Po 3 dniach: nadają się.

W drodze do domu spotkała seniorkę społecznicę mieszkającą na drugim końcu jej bloku. Porozmawiały o złych zachowaniach niektórych lokatorów co widać po wiacie śmietnikowej, jej wnętrzu i najbliższym otoczeniu. Wymieniły się namiarami oraz informacjami o innych mieszkańcach. Anna nie mogła sobie przypomnieć imienia sąsiadki z tego samego piętra. Dopiero po wejściu do domu klapka pamięci jej odskoczyła. A za pół godziny ta sąsiadka dzwoni do drzwi ofiarowując truskawki bo z synem za dużo kupili.

Lubi koktajl jogurtowy z tymi owocami, więc je zmiksowała i się opiła.

Piątek był  lekkim ześwirowaniem. Truskawkowa sąsiadka wręczyła jej kartkę z informacją ze spółdzielni mieszkaniowej o sporej dopłacie do ogrzewania. Zimą mrozów trzaskających nie było. W dodatku ta kartka znalazła się w skrzynce mieszkanki sąsiedniej bramy. Ta przekazała ją z prośbą o zwrócenie jej zawiadomienia przypuszczając, że będzie w skrzynce Anny. Nie była.

Ale zanim dostała dziwne wiadomości poszła do banku, aby  przelać żądaną kwotę. Dobrze, że zapamiętała jej wysokość, bo okazało się, że pisemko, w drodze do banku, znikło. Diabłu zabrakło papieru toaletowego?

Autobus w obie strony złośliwie pokazał ogon musiała więc się przespacerować. Dalszą trasę przebyła w dusznym, niby nowoczesnym, tramwaju. Wstąpiła do Centrum Seniora, aby zostawić przy regale z książkami skserowane ogłoszenie o przyjmowaniu darów i zabrać z szafy książki nienadające się do tej biblioteki.

Zawiozła je do galerii handlowej na regał przeznaczony do tego celu a w nagrodę zafundowała sobie sok grejpfrutowo – marchewkowy i lody.

Na przystanku dostała smsa proszącego o datek na akcję kamper od nieznanego, podpisanego imieniem i nazwiskiem,  osobnika. Skąd miał numer komórki? I skąd w ludziach tyle bezczelności?

Za to na facebooku kolejna obca osoba, tym razem kobieta, w prywatnej wiadomości napisała: jestem katoliczką, a Ty? Anna odpowiedziała: a ja nie.

Obyło się bez nawracania, na szczęście.

Sobota okazała się dniem spadających rzeczy. Najpierw sfrunęła z zewnętrznego parapetu szmata, wywieszona do schnięcia. Wprawdzie przytrzymywana przez kwiatek w doniczce ale w trakcie przekładania na druga stronę wybrała wolność i fruuu z czwartego piętra. Następny był metalowy (ale nie emaliowany) durszlak/cedzak nieuważnie powieszony na gwoździu, tym co zawsze. Jak spadł to po drodze mocno obił poduszkę palca wskazującego właścicielki. Nie wiadomo co mu się nie spodobało. Może częste wykorzystywanie w celu płukania truskawek? Leniwy jest czy te owoce są, jak dla niego, za mało wyrafinowane czyli ekskluzywne. Niech się cieszy, że nie są to ziemniaki.

Przy wyjściu, aby wyrzucić śmieci okazało się, że szmata zaczepiła się o talerz do odbioru telewizji, dwa piętra niżej. Sąsiadów nie było. W niedzielę nie zawracała im głowy. W poniedziałek o latającej szmacie zapomniała. We wtorek jej już tam nie było. Nie spadła na ziemię. I po szmacie. Nie była taka piękna amerykańska ale przydatna. („A taki był piękny, amerykański, ha, ha, ha” – „Sami swoi”).

We wtorek po całościowym masażu poszła skserować tekst o przyjmowaniu darów ale w postaci ulotki do rozdawania. W tym punkcie na kaloryferze leżą „uwolnione” książki, Anna przejrzała je i jedną zabrała. Co widząc życzliwa obsługująca podarowała dodatkowo jeszcze trzy książki. Seniorka powiedziała dla kogo zostaną przeznaczone.

A na obiad nie zjadła ROZDYMKI Tygrysiej, czyli ryby FUGU opisanej na proilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Ryba fugu, czyli rozdymka tygrysia to mistrz podwodnej samoobrony. Mierzy zwykle 40 centymetrów, jest dosyć podłużna, pływa w wodach otaczających Japonię i skubie kraby, glony oraz koralowce. Kiedy jednak sama ma szansę zostać skubniętą, to wciąga do żołądka wodę i zamienia się w piłkę z kolcami. Jeżeli jakiś napastnik nie zrozumie sugestii i uszczknie kawałek rozdymki, będzie to prawdopodobnie jego ostatni posiłek przed końcem w męczarniach.

Rozdymka tygrysia, a zwłaszcza jej jajniki ikra no i wątroba, zawierają tetradotoksynę. To substancja 100 razy bardziej trująca niż jad czarnej wdowy i aż 1000 razy gorsza od cyjanku. Po jej spożyciu, mięśnie amatora rozdymki ulegają paraliżowi, a on sam traci możliwość oddychania.

No i wtedy na scenę wchodzą mieszkańcy Japonii, ze swoimi fikuśnymi nożami, które tak jak ogry mają warstwy i tną biedną fugu na masę półprzezroczystych plasterków, które w dodatku podają z ciepłą sake. Oporządzanie rozdymki jest na tyle skomplikowane, że każdy kucharz musi przejść kilkuletnie szkolenie i dostać specjalną rządową licencję na niezabijanie. Przygotowanie fugu obejmuje nie tylko wycinanie trujących kawałków, czyli efektywnie większości ryby, ale również wypłukiwanie jej krwi i czasami obróbkę termiczną.

Strasznie dużo zachodu, żeby zjeść coś, co może człowieka wykończyć, ale podobno po tych wszystkich skrawaniach, smażeniach i popijaniu, smak jest wyborny. Zapewne przez porównanie do ciepłej wódy na ryżu. To dokładnie ten sam mindset co u miłośników wątróbki, tylko w jej przypadku cierpienia konsumenta nie kończą się litościwym zejściem. Bo przecież wystarczy smażyć wątróbkę w tłuszczu z jednodniowych gołębi przez cztery dni w jaskini pod wodospadem, aby była zjadliwa. No i jeszcze zasypać ją przemysłowymi ilościami cebulki, żeby przypadkiem smak mięsa nie dał rady się przebić przez całą tę polską ambrozję. Piszę to ze świadomością konsekwencji mych słów, bo mieszkam z wątróbkolubną ilustratorką. Mam też pewne podejrzenia co do moich czytelników, ale nie oceniam Was. Masochizm to przecież nie zbrodnia.

Wracając do rozdymek, to jedyne ryby ościste, które potrafią zamykać oczy. Nie robią tego jednak w żaden normalny powiekoangażujący sposób. Nie, rozdymki wciągają oczy do wnętrza oczodołu, a następnie ściskają skórę otaczającą oko i robią mryg jakby rozmyśliły się siedząc na klopie.

Zęby rozdymki również są dziwne, tylko cztery, połączone ze sobą i nigdy nie przestają rosnąć. W zasadzie wyglądają bardziej jak dziób, a rozdymka używa ich do skubania różnych podwodnych obrzydliwości. To właśnie w ten sposób robi się trująca, ponieważ razem z kawałkami skorupiaków, koralowców i innych takich do ryby dostają się bakterie, które odpowiadają za produkcję tetradotoksyny. Fugu hodowane w niewoli nie mają trucizny, ale wiadomo, bez trucizny się nie najesz.

Z zębami rozdymek wiąże się kolejna urocza historia. Kiedy ryby są jeszcze małe i dosyć przezroczyste, rosną im pierwsze zęby, ale nie wszystkim w jednym czasie. Jak myślicie, co dzieje się z osobnikami opóźnionymi dentalnie? Tak jest, są zjadane, kawałek, po kawałeczku przez bardziej uzębione rodzeństwo, czyli na odwrót niż u nas. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić moją młodszą kuzynkę, której podczas wizyty u mnie akurat wyrzynały się zęby. Kiedy ludzie pytają o bliznę, mówię, że to był wściekły jamnik.

W sumie fugu i tak skończyła lepiej niż ośmiornice, które wylądowały i na talerzach i w filmach, które rytmicznym klaskaniem zawstydziłyby samego Rubika. Aha, już o tym wspominałem, ale najbardziej porąbanymi stworzeniami pływającymi w wodach terytorialnych Japonii są delfiny. Poza Japończykami rzecz jasna. No więc delfiny ciamkają rozdymki, żeby się narkotyzować. Nie wiem, co delfiny robią z ośmiornicami, ale jak znam Japończyków, to też da się to sprawdzić w jakimś hentai.

Upalne miasto 102

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Majowy dyżur biblioteczny w Centrum Seniora Anna rozpoczęła od uporządkowania księgozbioru. W ciągu tygodnia niesamoistnie powstaje tam bałagan, bo częsty jest pogląd: najważniejsze, aby mnie było wygodnie.

Potem opisała przyniesione książki literką działu (P – powieści; K – kryminały i fantastyka/fantazy; D – dla dzieci i młodzieży; H – historia; T – turystyka; R – różne; J – języki obce; C – religijne; B – biografie). Wyłożyła na stół książki z różnych działów kładąc na nich napisy opisujące rodzaj literatury. Oraz napis głoszący, że tu, na miejscu, można sobie zrobić zakładkę do książki: klasyczną, w kształcie kota i sowy. Obok niego położyła przykładowe zakładki.

Porozmawiała z trzema seniorkami na temat biblioteki i odpowiedziała na pytania jakie książki można bibliotece podarować.

W połowie dyżuru zrobiła sobie kawę i przejrzała „Twój Styl” sprzed czternastu lat.

Na koniec włączyła wyłożone książki na półki, zapakowała do siatek kilkanaście książek z serii „koliber”. Pojechała do galerii handlowej, aby te książki zostawić na regale przeznaczonym do tego celu. Przejrzała półki i znalazła na nich: Clinton – Moje życie (896 stron); J. Verne – Wąż morski; J. Andrzejewski – Popiół i diament; H. Sienkiewicz – „Ogniem i mieczem” oraz „Potop” – wydanie w twardej oprawie przez „Świat Książki” w 1995 roku. Idąc do ruchomych schodów wkładała te tomy do siatki i zauważyła, że jeden tom „Potopu” ma mokrą i zapleśniałą górną część. Wróciła więc i odłożyła wszystkie trzy na półkę.

– Wolę ciężkiego Clintona niż zalanego Sienkiewicza – pomyślała.

Wracając nie wyrywała perzu. Nie jest Syzyfem i nie lubi robić w kółko tego samego. Za to autor „Zwierzęta są głupie i rośliny też” znęca się tym razem nad rośliną. Upierdliwą. Niektórzy ludzie są jak:

PERZ – diabelska pszenica

Podobno perz występuje na rozległych obszarach strefy umiarkowanej od Europy po Azję, ale mi się wydaje, że głównie w moim ogródku. Kto wymyślił ten pomiot szatana? Kto go do nas wpuścił i kto powiedział mojej babci, że rwanie go całymi popołudniami to świetne zajęcie dla dorastającego dzieciaka? Na jej obronę należy powiedzieć, że byłem akurat w swoim „gińcie pokrzywy” okresie, ale ścinanie stosunkowo miękkich roślin patykiem to co innego niż klęczenie na piachu i rwanie tej hydro rośliny gołymi rękami.

Pisząc hydro, nie mam bynajmniej na myśli wodnych wymagań tego przeklętego chabazia. Jeżeli o mnie chodzi, to sądzę, że perz mógłby rosnąć na betonie wylanym gdzieś pośrodku Sahary i pozdrawiać stamtąd środkową łodygą wszystkich amatorów hydroponiki. Perz jest grecką hydrą wśród rodzimej flory. Rośnie wysoki na 30 do nawet 200 centymetrów i rozsiewa 100 do 500 ziarniaków, które są w stanie przeczekać nawet 10 lat chudych, zanim wyrosną wam między ogórkami w tempie żabki na nowym osiedlu deweloperskim.

Perz w liczbie pojedynczej, tzn. roślina sztuk jeden może wytworzyć 140 METRÓW rozłogów i 200 pędów naziemnych. Jakie szanse z tą bestią miał sześcioletni chłopiec z wiaderkiem, grabkami i głową pełną muminków? To draństwo jest w stanie przetrwać nawet 45 dni mrozów sięgających do -40 stopni Celsjusza. Poza tym wysysa z gleby przemysłowe ilości azotu, potasu oraz fosforu i tworzy tzw. zielone mosty. Pewnie myślicie, że drań się w końcu przyda do czegoś miłego. Takiego krzaka, zielone mosty to przenoszenie przez rośliny perzu różnych szkodników np. mszyc, ploniarek oraz skrzypionek no i oczywiście chorób jak mączniak prawdziwy.

Oczywiście nie z nami ludźmi takie numery. To, że ja nie potrafiłem zrobić z perzem porządku, to nie znaczy, że jako gatunek, rasa i węziej narodowość nie zrobiliśmy z nim tego co potrafimy najlepiej. Chodzi o alkohol, a konkretnie dość lekkie, ale jednak wciąż piwo. Poza tym młode kłącza perzu są wykorzystywane w ziołolecznictwie, a w okresach głodu z perzu robiono placki i syrop do słodzenia życia i różnych napojów.

Na koniec ciekawostka natury językowej. Słowo perz nie ma nic wspólnego ze słowem perzyna. To znaczy brzmi podobnie i ten pierwszy obróci w to drugie większość waszych ogrodniczych ambicji, ale perz pochodzi od słowa oznaczającego chwasta albo pszenicę, a perzyna od ognia. Pierwotnie w perzynę obracało się coś wyłącznie na drodze pożaru, a nie tak jak teraz, przy pomocy ustawy lub rozporządzenia.

Piątek był, tak jak poprzednie dni, ciepły i wietrzny, ale  nie na tyle, aby zrezygnować z wyjścia z domu. Anna postanowiła odnaleźć dwa miejsca. Jedno w kompletnie nieznanej części miasta gdzie miała, w poniedziałek, brać udział w spotkaniu  ogólnopolskiego czasopisma „Pokolenia”. Wprawdzie dojechała tam jednym tramwajem ale znalezienie budynku trochę potrwało. Koncepcja urbanistyczna tego miejsca jest pomyślana tak, aby utrudnić ludziom znalezienie konkretnego miejsca. Mieszczą się tam głównie różne instytucje, prywatna przychodnia i duże niezadaszone parkingi, czyli smażalnia aut. Frytki, kotlety, rybne filety – wszystko metalowe i pełne łatwopalnych elementów.

W znalezieniu odpowiedniego budynku znalazła pomoc u portierki i ochroniarza tego biznesowego osiedla.

– Jak to dobrze, że zrobiłam rozeznanie, bo na pewno błądziłabym spóźniając się na spotkanie.

Następnym celem był nowootwarty empik na sąsiednim osiedlu. To był jego pierwszy dzień więc spodziewała się balonów, muzyki, hostess i promocji. Nic z tego, tylko oferta mniejsza, z powodu wielkości lokalu,  niż wszędzie i bardzo niska ekspedientka. A ekran wyświetlający co można zakupić często informował, że towar dostępny w innym punkcie empiku.

– Miało być świetnie a wyszło jak zwykle – pomyślała seniorka.

Na poniedziałkowe spotkanie pojechała obawiając się psikusów diabła stróża. Bo zna jego złośliwość. Zapowiadano opady więc wzięła parasol, swoje dwie książki „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne” i „Do serca przytul kota” (połączenie kolaży i rymowanek) oraz dwa tomiki –antologie z drobiazgami literackimi.

Wysiadła razem z kobietą w podobnym wieku ubraną na szmaragdowo a może turkusowo? Anna pomyślała, że idzie ona na to samo zebranie ale tamta poszła dalej a seniorka skręciła i przeszła bocznym wejściem, które poznała w piątek.

W holu budynku podeszła do portiera/ochroniarza siedzącego za ladą i poprosiła o wskazanie zielonej sali. Zapytał a po co? Miała ogromną ochotę odpowiedzieć, że będzie tam robić striptiz ale się opanowała i odpowiedziała, że idzie na spotkanie.

Poprosił, dość kategorycznie, o dowód osobisty i wpisał dane do księgi nie tyle pamiątkowej co gościowej, a może gościnnej. Dał na smyczy zawieszoną plakietkę z napisem visitor/gość i kazał poczekać w holu. A tam już siedziała szmaragdowa pani. Zapytała ją czy też przyszła na spotkanie z redaktorkami czasopisma dla seniorów i okazało się, ze owszem. W dodatku okazało się, że działa na sąsiednim osiedlu i są znajomymi na facebooku. Nie dość tego, w rozmowie wyszło, że znały się w dzieciństwie, bo ich rodzice się znali a ojcowie grywali w brydża.

– No, nie tylko grali – przypomniała sobie Anna.

Zebranie głównie polegało na odpytaniu obecnych dziesięciu osób kim i czym są, co robią. Wszystko po to, aby panie redaktorki znalazły tematy i inspirację do powstania nowych materiałów dla czasopism przeznaczonych dla srebrnych i złotych seniorów a są to „Pokolenia” (dwumiesięcznik dotowany przez m.st. Warszawa) i „Życie w pełni”. To ostanie zaczęła dopiero wydawać firma Novum Finance i pierwszy numer rozprowadza wśród swoich pracowników, zachęcając, aby przekazali znanym sobie seniorom. Anna zrozumiała, że te dwa pisma mają ze sobą współpracować.

Zachęcano też do namawiania znajomych, żeby się do zgłaszali,  teksty pisali lub chociaż informowali o pomysłach do opisania.

Sala mała była bez klimatyzacji, rolety nieszczelne a krzesła plastikowe bez poduszek. I spodnie przecież cienkie bo letnie, przykleiły się seniorce do pośladków. A i tak te półtorej godziny z trudem wysiedziała.

– Oj, nie nadaję się do posiedzeń, zebrań i narad – pomyślała idąc do tramwaju.

******************************************************************************

p.s. poproszono mnie o umieszczenie takiej inormacji/sprostowania:

„Pokolenia” są miesięcznikiem wydawanym przed miasto stołeczne Warszawa. Spotkania redakcyjne tego miesięcznika odbywają się co miesiąc w Warszawie.

Wydawcą dwumiesięcznika „Życie w Pełni” jest firma Novum Finance – firma dystrybuuje magazyn wśród swoich klientów w całej Polsce oraz wśród wrocławskich seniorów.

Pisma nie współpracują ze sobą, a ja i Ola wnosimy w tworzenie „Życia w Pełni” swoje doświadczenie redaktorskie i dziennikarskie, zdobyte przy tworzeniu magazynu senioralnego.

Będzie nam miło, jeśli powiecie Państwo swoim znajomym o tym nowym magazynie, ponieważ największą wartością tego typu wydawnictw jest to, jak tematy do pisma o charakterze senioralnym wypływają od samych seniorów i seniorzy o nich piszą. Ten model został sprawdzony i działa bardzo dobrze.

Upalne miasto 101

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Poniedziałki bywają nieznośne. W dzień po imieninach Anna postanowiła wykonać założony wcześniej plan dnia. Po pierwsze poczta na sąsiednim osiedlu bo urząd na jej osobistym czynny dopiero od 13-tej.

Wstąpiła po drodze do lumpeksu widząc, że dziś wszystko po 2 złote i 50 groszy. Bez nadziei przeglądała rzeczy na wieszakach ale w końcu wypatrzyła cienkie dzianinowe spodnie w jej rozmiarze. Zaszalała i kupiła dwie sztuki z przeznaczeniem do noszenia po domu.

– Jedna w praniu, druga na mnie – pomyślała płacąc pięć złotych. Bardzo ją ucieszył ten zakup, bo od dawna miała podomowe spodnie często łatane na tyłku. Co jedno miejsce dziurawe i zatkane to obok następne się ujawniło złośliwie. I kolejne obcinanie nogawek, aby była z tego łata. Zlatany został cały tyłek. Ale oczekiwanie na kolejną dziurę już się seniorce znudziło.

– Będę  mogła to starocie pociachać, może materiał nadaje się na ścierki.

W umówionym miejscu przejrzała pudło książek wybierając te nadające się do biblioteki w Centrum Seniora. Znajoma stwierdziła, że szybko poszło.

– To skutek czterdziestoletniego doświadczenia zawodowego – odrzekła Anna.

Idąc do przystanku tramwajowo – autobusowego postanowiła wstąpić do bardzo dobrej lodziarni. A tu niefart – czynna dopiero od godziny pierwszej.

– Godzina czekania to zbyt długo nawet na takiego łakomczucha jak ja – pomyślała i niedosłodzona poszła dalej.

Podjechała do następnej poczty a tam kolejka jak z PRL-u, bo poczta czynna dopiero od południa.

– Co to się porobiło z tymi placówkami – jeszcze niedawno były codziennie wcześniej dostępne. Podobno zbyt mało płacą pracownikom, aby byli chętni do zatrudniania się tam.

Ucieszyła się, że czynne są trzy okienka ale za wcześnie. Zaraz jedno zamknięto.

 Jedna z kolejkowiczek przywiązała czarnego psa przed wejściem i uspakajała wychodzącego klienta:

– Pan się nie boi, on każdego lubi, nawet pana.

Na swoim osiedlu, na straganie kupiła, pierwszy raz w tym sezonie, truskawki po 19.- zł za kilogram. Tanio nie jest ale większość owoców ładna, duża. Dobre są szczególnie polane miodem.

Nazajutrz po masażu poszła na zakupy: lep na muchy, krem z zieloną herbatą, farby metaliczne a w spożywczym postanowiła pójść na łatwiznę i taniznę obiadową w postaci lazanii z lodówki gdzie leżą produkty z końcowym terminem ważności.

I nie była to dobra koncepcja, bo mimo dodania soli i pieprzu smakiem nie tylko nie zachwycała ale raczej zniechęcała. No more…

Likaon pstry zapewne też by takiego dania nie chciał. A kot z pogardą zasypywałby choć w pobliżu nie byłoby piasku.

Likaon pstry to taki dziki pies z Afryki i dokładnie tak nazywa się po angielsku (African Wild Dog). Polscy naukowcy zdecydowali się jednak na klasykę i skorzystali z łacińskiej nazwy, według której likaon to „kolorowe zwierzę przypominające wilka”. Chociaż żałuję trochę, że likaona nie nazywał koleś od pająków, wtedy naprawdę pisałbym o pimpusiu kropeczce.

Nazwa dziki pies okazała się niestety dosyć pechowa. Likaon stał się gatunkiem zagrożonym przy wydatnej pomocy lokalnej ludności, której wyjada bydło i zwierzęta domowe. Okazało się jednak, że wystarczyło zmienić dzikiego psa na malowanego, aby zmniejszyć mordercze zapędy lokalsów. Likaonów nadal jest bardzo niewiele, ale łącząc wysiłki językoznawców, normalnych naukowców, wynalazców (dla likaona stworzono obrożę antywnykową) oraz zakładając nowe parki narodowe, jest szansa, że odkręcimy, to cośmy sami zmalowali.

Nie ma dwóch takich samych likaonów. Wiem, że to samo mówi wam pewnie każdy dziki pies z Afryki, ale w przypadku likaonów to prawda. Każdy z nich ma wyjątkowy wzór z czarnych, pomarańczowych i białych łat na ciele. Dzięki temu poszczególne osobniki łatwiej rozróżniają się w stadzie.

A jest się, w czym rozróżniać. Watahy, w których żyją likaony, liczą od 10 do 60 osobników. To największe stada, jakie tworzą ssaki drapieżne poza pseudokibicami z Radomia. Jak to mówią, „za dnia drapieżcą, w nocy zaś ssakiem, sercem i ciałem za Radomiakiem”. No i likaony również porozumiewają się przy pomocy gwizdów, ćwierków i pochrząkiwań. Nie potrafią jednak szczekać.

W stadzie likaony żyją, bawią się, jedzą, rozmnażają i polują. Przejawiają więcej zachowań społecznych nawet od wilków no i zdecydowanie więcej od pseudokibiców. Likaony np. pozwalają szczeniętom, które biorą udział w polowaniu na zaspokojenie głodu przed dorosłymi. Jeżeli jednak maluchy zostały w domu, to dorośli po powrocie zwracają im przetrawiony pokarm. Widzieliście kiedyś, żeby pseudokibic zrobił coś takiego? Nie. Pseudokibice egoistycznie zwracają pokarm jeszcze na stadionie, na infrastrukturę lub na siebie nawzajem, chociaż dawno już się przecież najedli.

Dzięki więziom społecznym oraz inteligencji likaony są świetnymi myśliwymi. Szacuje się, że aż 80% ich ataków kończy się powodzeniem. Dla porównania u lwów to jedynie 30%. Likaony są tak skuteczne z kilku powodów. Po pierwsze bardzo szybko biegają i są całkiem wytrzymałe. Większość z nich jest w stanie utrzymać prędkość 50 km/h na odcinku 5 km co w zupełności wystarcza do złapania antylopy lub zebry, którymi najchętniej się żywią. Dzięki wielkim uszom i rzadkiej sierści, spod której prześwituje im skóra, likaony schładzają się podczas biegu i odstraszają konsultantów Avonu.

Poza tym likaony dzielą się rolami w trakcie polowania. Gonią za zdobyczą całym stadem i kiedy antylopa zmienia kierunek, inne likaony przejmują prowadzenie, a pozostałe w tym czasie odpoczywają. Przypomina to nieco bieg sztafetowy, tylko na końcu czekają smaczne flaczki z antylopy, a nie dyplom i autokar bez klimatyzacji.

No i co ważne likaony opiekują się kalekami oraz osieroconymi młodymi. Karmią je, bronią ich przed lwami i w ogóle zawstydzają ludzi na płaszczyznach od logistycznej, przez gastronomiczną, na wyglądaniu lepiej w cętkach skończywszy.

Wybrane, w zaprzyjaźnionym miejscu, książki dostarczyła do Centrum Seniora rowerem i plecaku przemiła, a w dodatku ładna (niektórych to los szczodrze obdarowuje) pracownica. Akurat 8 maja, czyli w Dzień Bibliotekarek/rzy i Bibliotek.

– Lubię takie zbiegi okoliczności – pomyślała Anna idąc do galerii handlowej, aby zostawić tam parę książek nienadających się do biblioteki CS. Zastała tam (w CS) dary w postaci wielu książek z małej serii z kolibrem. Seniorka zostawiła parę z nich resztę przeznaczając do uwolnienia.

Ucieszyła się, że mogła z regału w galerii zabrać dwie książki, aby uzupełnić ofertę.

Następnego dnia wyszła tylko wyrzucić śmieci, w tym parę słoików postawiła obok pojemników ze szkłem, aby ktoś sobie je przygarnął. Wiata ma wejścia z dwóch stron, seniorka otworzyła jedno a przy drugim pojawiła się kobieta ze sporym psem na smyczy, prosząc o otwarcie drzwi. Anna powiedziała, że pierwsze jest otwarte na co dama z pieskiem stwierdziła:

 – Nie chce mi się chodzić dookoła.

A odległość naprawdę jest niewielka.

 Zapytała też:

– Czy wyrzuciła pani chleb?

– Nie, nigdy go nie wyrzucam – odpowiedziała zdziwiona Anna.

 Czyżby baba karmiła psa wyrzuconym pieczywem?

Dama przykucnęła przy słoikach i wzięła dwa większe stwierdzając z zadowoleniem, że są umyte.

– Ona pewnie wystawiłaby z rocznym brudem – złośliwie pomyślała seniorka. Oj, coś mi się zdaje, że to kolejna baba z cyklu „pępek świata”.

Upalne miasto 100

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************************************

Anna w ramach przynależności do Stowarzyszenia Osób Wielokierunkowo Aktywnych SOWA  pojechała na lubuską wieś. A tam rzeka, jezioro, lasy i żadne hałasy. Najwyżej ptasie. A gdy, z innymi paniami, wybrała się na spacer po lesie, usłyszała bardzo głośny i liczny rechot żab. Taki koncert na wiele rechotów.

Na ścieżce w słońcu wygrzewał się mały zaskroniec.

Spotkania z ludźmi też były interesujące. A to seniorka bardzo szczupła i bardzo  niesłowna. Inna to jest właścicielka drewnianego domku jakby fińskiego, zbudowanego, lata temu, przez górali. W ogrodzie są figury różnych zwierząt a najbardziej widać wielką sowę, wyrzeźbioną z pnia, poza tym jest tam spora siedząca na trawie sarenka, też drewniana. Z innych materiałów wykonane ma figurki dwóch kotów, jeden śpiący drugi wspinający się. Jest też metalowa czapla. Ani jednego krasnala bo to nie Wrocław.

Na sąsiedzkim spotkaniu można było poznać zachowania i charaktery niektórych mieszkańców wsi. W tym opowieść o zaginionym kocie, który najpierw przyszedł do domu z widocznymi znakami skutków ostrej walki z konkurentem do jego terenu. Opatrzono go i wykastrowano, aby nie był takim kotem bojowym. Uciekł gdy próbowano mu zakropić oczy i nie wiadomo co się z nim dzieje. Domysły są przykre.

„Sowa” zorganizowała spotkanie pt. „Moc lasu” w ramach którego każdy kto przyszedł mógł się dowiedzieć jakie ma cechy według horoskopu celtyckiego i pójść na spacer, aby skąpać się w leśnym powietrzu oraz przytulić do drzew. Zaproponowano też mieszkańcom nabycie różnego rękodzieła (w tym ceramiki  o tematyce roślinnej) jednocześnie częstując domowym ciastem i ciasteczkami z nasionami, kawą i napojem z suszonych owoców.

Wiatr płatał figle zwiewając papierowe rękodzieła i napisy. Działał znienacka, aby oferenci nie siedzieli tylko ale ruszali sempiternę i biegali za rękodziełami po piachu.

„Dwa wiatry” Julian Tuwim

Jeden wiatr – w polu wiał,
drugi wiatr – w sadzie grał:
Cichuteńko, leciuteńko,
liście pieścił i szeleścił,
mdlał…

Jeden wiatr – pędziwiatr!
Fiknął kozła, plackiem spadł,
skoczył, zawiał, zaszybował,
świdrem w górę zakołował
i przewrócił się, i wpadł
na szumiący senny sad,
gdzie cichutko i leciutko
liście pieścił i szeleścił
drugi wiatr…

Sfrunął śniegiem z wiśni kwiat,
parsknął śmiechem cały sad,
wziął wiatr brata za kamrata,
teraz z nim po polu lata,
gonią obaj chmury, ptaki,

mkną, wplątują się w wiatraki,
głupkowate mylą śmigi,
w prawo, w lewo, świst, podrygi,
dmą płucami ile sił,
łobuzują, pal je licho!…

A w sadzie cicho, cicho…

Wśród rzadkich kępek trawy seniorka zauważyła roślinkę przypominająca chudy szczypiorek a smakującą odrobinę jak czosnek.

Z Internetu:

Dziki szczypiorek występuje naturalnie w Polsce, zwłaszcza w lasach liściastych, a także w terenach przyleśnych np. na polanach. Można go spotkać także w starych parkach. W postaci zdziczałej pojawia się w różnych innych miejscach np. skwerach zieleni, bulwarach miejskich, czy też w starych ogrodach.

Bardzo zainteresowane ludźmi są tam komarzyce – natrętnie brzęczące i krew pijące. Strzelać się do niech nie da – trzeba się spryskiwać odstraszaczem jakimś, najlepiej skutecznym. Perswazje słowne nie działają, bo komary w de je mają. Bardzo nieładnie z ich strony.

W drodze powrotnej do dużego miasta członkowie „Sowy” zjadły obiad w restauracji „Stara Chata” której wystrój nawiązywał do przeszłości. A najbardziej skrzypiące drzwi – zarówno wejściowe jak i te do i w toalecie. Oprócz dobrego jedzenia zaletą lokalu jest to, że samemu można pilotem ściszyć muzykę.

Anna czuje się jak poniżej opisywany ptak, bo lubi mieszkać w mieście. A jeśli chodzi o podróże to wolałaby latający dywan choć nie ma on zadaszenia i mogłoby w górze być zbyt zimno jak na jej wymagania.

– Ale taka moc przenoszenia się z miejsca na zażyczone miejsce bez podróżowania to byłoby coś pięknego – pomyślała. Szybko i bezkosztowo.

Z facebookowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Sokół wędrowny jest oszustem. Tak jest, dobrze słyszycie. Drań wcale nie wędruje. A przynajmniej nie po ukończeniu pierwszego roku życia. Znajduje sobie wtedy dziewczynę i osiada na przedmieściach jak typowy przedstawiciel klasy średniej, który kocha podróże, ale głównie do biedronki po desperadosy na promocji.

Skąd wziął się w takim razie mylący przydomek sokoła niewędrownego? Dawno, dawno temu, w XVII wieku przed Facebookiem sokoły do polowań łapano, a nie hodowano. Chwytano młode osobniki podczas jesiennych wędrówek, a potem wszyscy byli zbyt leniwi, żeby coś z tym zrobić i tak już zostało.

Kiedyś sokół wędrowny był pospolitym ptakiem w naszych stronach, ale zaczęliśmy stosować pestycydy, a konkretnie DDT, co doprowadziło niemal do zagłady populacji (brawo my). Na szczęście w latach 90. w przerwach od prywatyzacji cukrowni i brania w łapę od gangusów z Wołomina narodowi czempioni stwierdzili, że kto to widział z tym DDT, dajcie spokój. No i nagle sokoły znowu zaczęły pojawiać się na naszym niebie, ale co ciekawe nie w lasach jak do tej pory tylko w miastach. Później podobny proces przeszli mieszkańcy Polski Wschodniej, ale to już inna historia.

Ludzie próbowali wypuszczać sokoły w lesie, zachwalać zalety świeżego powietrza, nawet obiecywać, że nie będą im więcej psikać pestycydami po jajach (DDT obniża grubość skorupki), ale pierzaste dranie nadal wolą tereny miejskie. Prawdę mówiąc, trudno im się dziwić. Ich ofiary to najczęściej gołębie, jerzyki, szpaki, skowronki i inne niewielkie ptaki, które również dosyć dobrze czują się miastach, gdzie śmieciowego jedzenia jest pod dostatkiem i nikt im nie próbuje zaorać habitatu, bo i tak wszędzie stoją już apartamenty inwestycyjne i budki z kebabem. Co ważne sokoły nie polują na zające i bażanty, bo pierwsze nie potrafią wysoko latać, a drugim się nie chce.

Sokół wędrowny jest jednym z najszybszy ptaków drapieżnych na świecie. Podczas pikowania za ofiarą potrafi rozwinąć prędkość 350 km na godzinę. Cóż z tego skoro drań jest wyjątkowo leniwy. Większość ptaków drapieżnych uparcie goni za ofiarą nawet jeżeli pierwsze ataki zakończyły się fiaskiem. Nie sokół wędrowny. Po paru pudłach nasz bohater siada sobie na jakiejś gałęzi albo innej półce skalnej i odpoczywa, nawet do następnego dnia.

Skoro jesteśmy przy półkach skalnych, sokół wędrowny uważa, że dziura w wielkim kamulcu lub wysokim budynku to idealne gniazdo. Dobrze słyszeliście, nie miejsce na gniazdo tylko gniazdo. Sokół z powodzeniem może złożyć jajka w dołku w ziemi, piachu lub żwirze jak Polak na wakacjach w Chorwacji.

No więc sokoły niewędrowne zaczęły sprowadzać się do miast, mieszkają w betonowych dziurach, nie za bardzo chce im się pracować, bo przecież zawsze jest gołąb+ i ogólnie żyją z grubsza jak moi sąsiedzi. Fajnie prawda? Otóż niekoniecznie. Zawsze znajdzie się jakiś wąsaty (piję do stanu umysły, a nie estetyki twarzy), pan życia i śmierci, który wie lepiej co powinno latać po niebie. Sokoły wędrowne, kiedy już przestaną udawać, że lubią wędrować, dobierają się w pary na całe życie. Ostatnio cała Polska, a przynajmniej moja internetowa bańka, żyła tematem lubelskich sokołów Czarta i Wrotki. Wrotka gdzieś się na chwilę zawieruszyła i inna sokolica odbiła jej gniazdo i chłopaka, ale potem udało jej się odzyskać M1, a do tego dostała małe sokoły do wychowania. Kiedy wszyscy mieli już żyć długo i szczęśliwie ktoś otruł Czarta.

Dlaczego? Nie wiadomo. Może mu zjadał gołębie, może nas*ał mu na łysą glacę, może powiedział kilka słów za dużo o jego impotencji umysłowej. Fakty są takie, że sokoła nie udało się odratować. To jest dokładnie ten sam typ działania co rzucanie gwoździ albo szkła psom i kotom. Oby ci draniu deska w kiblu zawsze ciepłą była. Chyba że lubisz zwyrolu, to wtedy nie.

Upalne miasto 99

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Jeśli wtorek to jesteśmy w Belgii. A, nie – to nie ten film. To rzeczywistość.

Dzień był zalany i wystrzałowy a nawet zawiany. Bez procentów. Najpierw Anna, niechcący wylała sobie dużo wody na matę podłogową kuchni. Wytarła wodę ściereczkami, na i pod matę położyła duże ścierki.

Poszła na masaż gdzie porozmawiała o nowo otwartym sklepie z żywnością ukraińską. Drogą więc ceny podano za 100 gram a nie za kilo. Parę osób da się nabrać a potem zegnaj Żenia.

W innym sklepie seniorka nabyła parę produktów z lodówki gdzie są umieszczane produkty z granicznym terminem ważności.

Po drodze nad głową miała słońce a z każdej strony zimny wiatr.

W domu udusiła kurze udka i wyjęła surówkę z lodówki. Po zjedzeniu zaczęła oglądać program o Aleksandrze Dumasie – ojcu, który umarł jako bankrut. I prawdą jest, że w pisaniu pomagali mu ghost – writerzy.

Nagle huk, błysk – nie ma światła, żarówka niedawno wkręcona służeniem się znudziła. Czyli powtórka z awarii się zdarzyła, bo korki w mieszkaniu i na półpiętrze wysadziła. Procedurę już miała opracowaną, więc wajchy obie podniosła. Odłączyła router i poczekała minutę. Aby wsadzić kabelek do gniazdka małego sprzętu leżącego pod telewizorem tak jakoś niezgrabnie to zrobiła, że telewizor w pewnym momencie leciał na podłogę. Na szczęście nie zgłupiała tylko go złapała. Ostrożnie postawiła na podłodze a potem na komodzie. Uff…

Zrobiła sobie herbatę, postawiła na stoliku, upiła kilka łyków i machnęła ręką przewracając kubek. A na stoliku ma różne podręczne rzeczy, w tym sporo papierowych. Płyn plus papier równa się wkurzenie, wycieranie i przeklinanie oraz mokrego papieru wyrzucanie.

– A żeby ci kopyta spuchły na zawsze – życzyła diabłu stróżowi. I ogon też. Na zawsze!

W Internecie znalazła mitologiczne ogłoszenia drobne:

Sprzedam wątrobę. Prometeusz.

Kupię wątrobę. Dionizos.

Loty na lotni z doświadczonym instruktorem. Dedal.

Swetry z pierwszorzędnej wełny owczej. Jazon.

Wdrażam reformy gospodarcze. Syzyf.

Escape room u Minosa zaprasza.

Nawozy organiczne, hurt. Augiasz.

Sprzątanie mieszkań, domów i stajni. Herkules.

Wyrób pamiątek z materiałów klientów. Gorgona.

Casting do programu „Bogata wdowa”. Odyseusz.

Szkoła jazdy konnej. Chiron.

Numizmaty – kupię, sprzedam, wymienię. Charon.

Przędza wysokiej jakości bezpośrednio od producenta Gwarantowana trwałość. Ariadna.

Łucznictwo na imprezach firmowych, budowanie zespołu. Eros.

Prezenty – niespodzianki na każdą okazję. Koń trojański.

Dodała od siebie:

Tkam i pruję na zamówienie – Penelopa;

Zaopiekuję się łabędziami – Leda;

Rzucam gromy doskonale – Zeus;

Uwodzimy w wodzie – Syreny;

Dźwiganie na żądanie. Atlas

Dyżur przy regale z książkami w Centrum Seniora przebiegł w miłej, spokojnej atmosferze. Bo nie przyszła baba uważająca się za pępek świata. Za to dwie panie zechciały poznać tajniki wykonywania zakładek w kształcie sówki. Pokaz był ekspresowy, seniorki zadowolone.

W sekretariacie ktoś zostawił reklamówkę książek – w tym trylogię (na fb Anna zamieściła apel o brakujący pierwszy tom „Potopu”), „Ziemię  obiecaną” i parę innych. Ktoś położył na górze regału dwie, dość zniszczone, książki zupełnie nie nadające się do zaoferowania potencjalnym czytelnikom. Seniorka zapakowała je, wraz z podobnymi, do torby i zawiozła do galerii handlowej, aby położyć na regał przeznaczony na  takie książki. Nawet udało się jej zabrać trzy pozycje, nie dla siebie tylko do zbiorów Centrum Seniora.

Baba pępek świata, tzn. jej charakter, skojarzył się Annie z wyglądem kozy damasceńskiej (podobiznę wyszukać należy w Internecie).

KOZA DAMASCEŃSKA

Demon z Damaszku, rogate plugastwo, Ryszard Terlecki. Różne przerażające imiona noszą kozy tej rasy, ale żadne nie oddaje sprawiedliwości ich urodzie. Koza damasceńska nie mieści się we współczesnych kanonach piękna, na równi z Krupówkami w szczycie sezonu. Koza damasceńska, tak jak stal tego samego imienia ma warstwy, a każdą kolejną brzydszą od poprzedniej. To dokładnie ten poziom złożonej i skoncentrowanej brzydoty, jaki pozwala zarobić ciężkie pieniądze na ludziach, którzy ewidentnie mają ich zbyt wiele. Najdroższe, wystawowe zwierzęta tej rasy potrafią kosztować kilkadziesiąt tysięcy dolarów i wyglądają jakby przyszły na świat kilkaset lat temu w europejskiej dynastii królewskiej.

Tymczasem koza damasceńska ma wspaniały charakter. Tzn. daje dużo mleka i mnoży się, jakby miała wrodzoną wadę wzroku, dając dwa do czterech całkiem ładnych koźląt w jednym miocie. Dopiero z czasem dogania je rzeczywistość. Kozy damasceńskie mają również smaczne mięso i są całkiem spore. Samce osiągają nawet 90 kilogramów uszatej abominacji.

Dlaczego matka natura zrobiła coś takiego swojemu dziecku? Pytam o to co rano przy lustrze, ale w przypadku kozy to wcale nie jej wina. Kozie damasceńskiej przytrafiliśmy się my, ludzie. Zwierzęta tej rasy pochodzą z terenów dzisiejszego Libanu i Syrii. Nigdy nie grzeszyły urodą, miały długie obwisłe uszy, wysunięte czoła i cofnięte nosy. Normalny człowiek, widząc coś takiego myśli sobie, no trudno pewnie ma piękne wnętrze i szykuje podpałkę do grilla. Ale nie hodowcy. Dzięki latom selektywnej hodowli, znacznym wydatkom i chowowi wsobnemu (u hodowcy nie u kozy) udało im się uzyskać zwierzę, którego twarz wygląda, jakby potrzebowała obrzezania. Gratulacje dostajecie honorową odznakę człowieka.

Prosiłem ilustratorkę, żeby oddała pełnię urody tej pechowej kozy, ale powołała się na klauzulę sumienia, drugie przykazanie i prawo do zgromadzeń publicznych, a potem wyskoczyła przez okno, co wcale nie było takie łatwe, bo byliśmy w piwnicy. Dlatego w komentarzu znajdziecie kozę damasceńską w pełnej glorii i chałwie. Proszę nie regulować odbiorników, ona naprawdę tak wygląda.

A jak wyglądają przedmioty i rośliny publicznie dostępne?

Lata temu napisał Ludwik Jerzy Kern:

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie, żłobie, głupszy niż barany,

My się codziennie od lat wypruwamy

W fabryce, w domu, na roli i w szkole,

Żebyś miał, żłobie do popisu pole,

Żebyś dwa piwka mógł wziąć w rączki obie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie żłobie, wstajemy o świcie

I poszerzamy nasz świat, nasze życie

I ciebie mając cały czas na karku,

Klomb jeszcze zakładamy albo lampy w parku,

Żebyś po nocach miał co potłuc sobie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie, żłobie, pomimo żeś łobuz,

My kupujemy Berlieta autobus,

Żebyś mógł wyciąć oparcie z fotela,

Na nowe buty, których pragnie Ela,

Albo tak tylko, bo ci się podobie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie żłobie, o czółku niziutkim,

Z telefonami zakładamy budki,

Żebyś, gdy mortus cię przyciśnie, bracie,

Miał tę rezerwę skromną w automacie.

Wszak drobne często są potrzebne tobie –

Dla ciebie, żłobie…

Dla ciebie, żłobie, męczymy się wszyscy,

Musimy tworzyć, żebyś miał co niszczyć.

Gdyby nas wszystkich nie było, mój złoty,

Sam byś się musiał zabrać do roboty

I innych wtedy miałbyś na wątrobie –

Zrozum to, żłobie!

Ludwik Jerzy Kern 1973 rok

Żałoba po przyjacielu

Sigrid Nunez – Przyjaciel, Wydawn. Pauza  2019

TYTUŁ:  Żałoba po przyjacielu

WSTĘP: „Każda powieść próbuje, tak naprawdę, odpowiedzieć na pytanie Czy warto żyć? Nicholson Baker

O autorce:

Sigrid Nunez urodziła się w Nowym Jorku i tam mieszka. W 208 roku za powieść „Przyjaciel” otrzymała National Book Award. Oprócz niej napisała siedem powieści i biografię Susan Sontag z której synem była związana w latach siedemdziesiątych XX wieku. Jej teksty ukazywały się w różnych czasopismach.

O książce:

Czy „Przyjaciel”  jest odpowiedzią na powyższe pytanie czytelnik musi sam sobie odpowiedzieć.

Punktem wyjścia powieści jest samobójcza śmierć pisarza, przyjaciela narratorki. Pozostał po nim pies niemiecki dog arlekin imieniem Apollo, którym nikt nie chce lub nie może się zająć. Robi to w końcu narratorka choć w budynku, w którym mieszka nie wolno trzymać zwierząt. Pies bardzo tęskni i ciągle wyje.

„Nie da się wytłumaczyć śmierci. A miłość zasługuje na coś lepszego”.

Przyjaciółka pisarza stwierdza: „Wolę zwierzęta, które poradzą sobie beze mnie” – czyli koty. A przecież tak nie jest, tylko dzikie jakoś sobie radzą.

Mieszka  w Nowym Jorku, na Manhattanie, w budynku na piątym piętrze.

To książka o śmierci, żałobie zarówno człowieka jak i zwierzęcia po kimś bardzo bliskim. „Zwierzęta robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty”.

I tu się nie zgodzę – to koty uważają się za naszych bogów.

Jednocześnie o kondycji pisarza i  środowisku literackim Nowego Jorku. O warsztatach literackich prowadzonych dla kobiet wykorzystywanych i zmuszonych do nierządu. Jest też rada dla piszących: „Czytaj na głos robocze wersje tekstu”.

Natalia Ginzburg napisała: „Pisanie nie ukoi twego smutku”.

Koleżanka narratorki, z zawodu psycholożka uważa, że „… pisanie ręczne wspomaga koncentrację, a kartka w linie jest bardziej zachęcająca niż pusty ekran”.

To powieść bardzo erudycyjna , według mnie zbytnio naszpikowana cytatami o pisaniu i pisarzach. Znalazł się też wśród nich Czesław Miłosz ”Kiedy w rodzinie rodzi się pisarz, rodzina jest skończona”.

Zacytowano także Baudleaire`a, Philipa Rotha, Simone Weil, Rilkego.

Ta książka to żałoba po przyjacielu ale na koniec czeka nas niespodzianka. Nie zdecydowałam czy miła. Musicie ocenić to sami.