Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
********************************************************
– Cholernie urozmaicone mam życie – westchnęła Anna wycierając pot nie tylko z czoła.
W gorący czwartek około godziny piętnastej zanikł odbiór telewizji i Internetu. Odłączyła i włączyła dekoder ale nie zadziałało. Telefoniczny kontakt z siecią powiedział: nic pani nie musi robić, za pół godziny wszystko będzie dobrze. Poczekała godzinę. Nie było.
Następny zalecił zastosować reset za pomocą wysoko wyspecjalizowanego sprzętu, w tym przypadku wykałaczki. Po odczekaniu zaleconego czasu okazało się, że i to nie pomogło. Następny telefon do dostawcy i okazało się, że mają awarię. Trzeba czekać do godz. 20, 40. Potem nadal odbioru telewizji nie było choć pojawił się Internet.
Jak spędzić upojne popołudnie i wieczór? Dzwonić kilkanaście razy z monitem i rozmawiać za każdym razem z inną osobą, różnej płci, podając ciągle te same dane.
Dobrze, że można poczytać książkę bardzo pasującą do stanu ducha, czyli kryminał o internetowych okrutnych zabawach zboczonych sadystów.
Kolejny telefon odebrała kobieta, zdziwiła się, bo u niej wszystko było dobrze ale obiecała zresetować system i zaleciła po kwadransie wyłączyć i włączyć telewizor. Nie zadziałało i zero zdziwienia u klientki. Następny telefon, następne podawanie tych samych danych. Teoretycznie wszystko według nich jest w porządku, ale zamówią technika.
Anna przeleciała pilotem po ustawieniach, kliknęła „uruchom ponownie” i zadziałało. Uff…
Całkiem spokojnie zadzwoniła odwołując wizytę technika. Za przerwę w odbiorze dostanie 20 złotych. Za sześć godzin czyli ile to za godzinę?
Brawo pan Bell, fuj sieć dostawcza.
A jaskółki mają technikę w d…użym poważaniu czyli w odwłoku. Tak ją opisał autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:
Jaskółka oknówka = Parapeciara
Oknówka ma czarną kapotę oraz białe nóżki, gardło no i zadek. Tego ostatniego używa do zanieczyszczania parapetów, ścian i głowy każdego, kto znajdzie się pod jej mieszkaniem, o co nietrudno, bo przylepia je na zewnątrz budynków mieszkalnych w całym kraju. W odróżnieniu od dymówki nie zdarza jej się budować gniazd wewnątrz budynków. Pewnie uznała, że w ten sposób dotrze ze swoim gównianym przekazem do szerszego grona odbiorców. Trochę ją rozumiem, ale mogłaby używać w tym celu mediów społecznościowych jak normalny człowiek.
Domek oknówki przypomina ćwiartkę kuli zlepionej z błota, śliny, gliny i poniedziałkowych myśli albo zaginione dzieło Gaudiego. Serio, Sagrada de Familia i w ogóle połowa Barcelony wygląda, jakby ulepiły ją jaskółki, a potem napadła na nie grupa przedszkolaków z torbą farbek plakatowych.
Wewnątrz tego dzieła architektury błotnej pani oknówka składa zwykle od 3 do 5 jaj i co gorsze robi to nawet dwa razy do roku. W dodatku za nic ma patriarchat, a w wysiadywaniu bierze udział zarówno samiec, jak i samica.
Nie od razu Barcelonę ulepiono, dlatego młode oknówki, po opuszczeniu rodzinnego gniazda, a przed zbudowaniem własnego gremialnie przesiadują na drutach wysokiego napięcia. Przesiadują i zgadnijcie, co robią? Uchwalają ustawy na biednych Polaków przechodzących dołem. Pewnym pocieszeniem może być to, że jednak nie tylko na mieszkańców Wielkiej Cebuli. Oknówka paskudzi ludziom na głowy w niemal całej Eurazji, zimą w Afryce a lokalnie w Południowo-Wschodniej Azji i na Półwyspie Arabskim.
Być może z chęci rehabilitacji wynikają przedziwne akrobacje, które oknówka urządza na niebie. Kreśli w powietrzu przedziwne esy, a nawet floresy lotem ślizgowym, w którym łapie muchówki, błonkówki i inne robale. Często żeruje wspólnie z dymówką, ale ma krótsze wąsy ogonowe i lata nieco wyżej oraz trochę wolniej od ciemniejszej koleżanki. Pewnie dlatego, że z wysokości trudniej jej celować w zaparkowane samochody.
W ostatnią, bardzo upalną sobotę czerwca Anna pojechała na płatne zajęcia rękodzielnicze odbywające się w ramach Dolnośląskich Warsztatów Craftowych. Zapisała się na nie z wyprzedzeniem ciesząc się, że dojazd jest jednym autobusem. Za to idzie się tam i idzie, bo budynek jest w środku osiedla.
Za trzy dni uczestnictwa płaci się dziesięć złotych, które są przeznaczone na częściowe pokrycie kosztów zużytego prądu. Dostaje się za to zestaw scrapbookingowych plansz i pieczątkę na przedramię. Sponsorem są właściciele „Studium Edukacji Ekologicznej” będące miejscem tych spotkań.
W trakcie zlotu odbywają się różne darmowe pokazy – jak zrobić kartkę okolicznościową, kartę ATC czy inne rękodzieło. Jest także sporo wystawców oferujących różne materiały, nie tylko papierowe, do zajęć kreatywnych.
Tym razem był też mini kiermasz charytatywny – można było włożyć do pojemników niepotrzebne elementy do takich prac, obok stała puszka na datki. Seniorka skorzystała z okazji, aby wspomóc potrzebującą osobę.
Przy drzwiach stało też pudełko gdzie można było wrzucić swoje karty ATC i zabrać inne. Anna wrzuciła i wybrała parę.
Jest to 23-ci zlot we Wrocławiu. Odbywają się podobne także w innych miastach: Warszawie, Łodzi, Krakowie, Katowicach, Poznaniu.
W sali, przed zajęciami, niektóre panie wymieniały się kartami ATC.
Chociaż seniorka wykonała już parę artjournali chciała poznać inne spojrzenie na ten temat. Prowadząca zajęcia Żaneta rozdała po dwie kwadratowe karty (19×19 cm), przekazała i pokazała co i jak będziemy robić na przykładzie swojego journala.
Po kolei rozdawała elementy do naklejenia na każdą kartę. Dużo materiałów leżało tez na stołach.
Jedna z kart była ozdabiana tuszowymi kolorowymi plamami, które po psiknięciu wodą rozlewała się na wszystkie strony. Następnie była suszona nagrzewnicą, aby można było nakleić rozdane elementy i napisy.
Drugą kartę ozdabiały kolorowymi motywami nakładanymi gąbką przez „maskę” czyli plasitkową kartę z różnymi wycięciami tworzącymi szablon. Zastosowały też pieczątki z różnymi motywami – strzałki, pismo, kółka. Oraz cekiny, samoprzylepne kolorowe kółeczka i taśmy ozdobne.
Prowadząca podchodziła do każdej osoby, aby zachęcić, pomóc, wyjaśnić lub poprawić.
Pomagała jej koleżanka a przy okazji robiła zdjęcia zapracowanej grupy. Na koniec każda uczestniczka mogła się sfotografować z prowadzącą zajęcia i swoimi pracami. Było też zdjęcie grupowe.
Jedyną niewygodą był okropny upał, bo budynek nie ma klimatyzacji.
Po zajęciach Anna porozmawiała z pomysłodawczynią i główną organizatorką tych zjazdów Anną Królicką – Sobczak o pseudonimie Krulik, tak z takim „u”. Według mnie to U oznacza jej otwartość, zaangażowanie, niekonwencjonalność (ma troje dzieci a działa intensywnie) i życzliwość.
