Pogoda jaka jest każdy widzi. Mamy podobne zagrożenie jak w 1997 roku.
Za ten tekst dostałam jedyną nagrodę w konkursie ogłoszonym przez „Gazetę Wyborczą” w dziesięciolecie powodzi.
****************************************************************
Motto: „Dwadzieścia cztery smutki to zwykła nasza doba”
Piątek 11.07.1997 r.
Jestem na urlopie, ale poszłam do biblioteki zobaczyć, co i jak. Mieści się w budynku tuż nad Odrą, która wylała na łąkę z drugiej strony ulicy. Sugerowałam, że potrzebne były worki z piaskiem pod drzwi, aby zabezpieczyć wypożyczalnię i biura. Zagrożonych jest ok. 40 tys. książek, komputery i meble.
Woda we Wrocławiu przybiera osiem centymetrów na godzinę, a że miasto leży na pięciu wyspach, wszyscy mamy szansę na podtopienie.
Nad terenem, gdzie mieszkam i gdzie mieści się nasza biblioteka (dzieli nas tylko most), latają helikoptery.
Zalane są wszystkie ujęcia wody, a więc lada moment będzie sucho w kranach.
Sobota 12.07.1997 r.
Godz. 10 rano – nie ma wody! Jak dobrze, że wczoraj zrobiłam pranie i sprzątanie. Umyję się i pójdę zobaczyć, co się dzieje. Usłyszałam w telewizji TeDe, że most Warszawski (a biblioteka przecież obok) zalany, a koło uniwersytetu brakuje tylko 20 centymetrów do przelania wody przez wały.
Godz. 13.30 – na szczęście most w porządku. Lekko odetchnęłam. Dzielnica Kozanów prawie całkiem zalana. Kto z moich znajomych tam mieszka?
Beata z budynku, gdzie mieści się biblioteka, dzwoniła, żeby zabrali dźwig stojący obok (budowa plomby), bo jak runie, to zgniecie całą kamienicę. Zero efektu.
Od wczoraj wieczór mieszkańcy bloków na ulicach sąsiadujących z biblioteką układali (także w nocy) worki z piaskiem wzdłuż nabrzeża. Woda jest tuż-tuż przy końcu wału.
Pod główne drzwi biblioteki podłożono, na prośbę Lucynki (współpracownica), trzy worki z piaskiem. Była tu rano z ojcem i mężem, przenieśli książki z niższych półek na wyższe. Gdyby zamokły, byłyby do wyrzucenia.
Zalane jest Pogotowie Ratunkowe. Tramwaje nie jeżdżą, helikoptery warkoczą – nastrój jak w stanie wojennym. Teraz czekamy, kiedy nas zaleje. Wtedy nas zamkną. Zamknięcie już przeżyłam.
Siedzę z oczami w telewizorze, uszami w radiu, duszą na ramieniu i wściekłością na powódź, los, władze.
Magda Furman z TeDe przywiozła materiały z ulic nie tak daleko położonych od biblioteki. Woda na metr – puściły wały przy mostach Jagiellońskich. Niedobrze mi się robi na myśl, co mogłoby się stać z biblioteką.
Godz. 20.55 – brak prądu w Komendzie Stare Miasto. Woda idzie w stronę Dworca Głównego.
Niedziela 13.07.1997 r.
Zbieram siły, żeby wyjść z domu. Cały czas oglądam telewizję i jestem od tego wszystkiego cała chora. Ale śpię jak zabita.
Zagrożone jest zoo i szpital przy ul. Kamieńskiego. Kozanów odcięty i nikt się nami nie interesuje. Woda sięga powyżej ośmiu metrów!
Nie ma beczkowozów rozwożących wodę. Wydzielam ją sobie bardzo oszczędnie, bo nie nalałam zapasu do wanny. Głupia krowa!
Mam gaz i prąd – jak dobrze! Kocica osowiała. Ja też.
Kulminacyjna fala przeszła wczoraj wieczorem w godz. 21-24. Młyn Maria i Ostrów Tumski uratowane.
W kuchni stoi mi sterta brudnych naczyń, w łazience śmierdzi. Byłam w bibliotece. Woda przecieka przez worki położone na pobliskim wale. Ulice obok zalane. W piwnicy pełno wody. Zakręt przedbiblioteczny zalany w połowie.
W drodze spotkałam Anetę (koleżanka z innej biblioteki). Nie miała odwagi przejść przez most. Zabrałam ją ze sobą. Poprzekładałyśmy na wyższe półki jeszcze trochę książek. Wzięłyśmy sobie wodę w butelkach, która była przeznaczona do podlewania kwiatków – wypadło po trzy sztuki.
Regina (koleżanka z innej biblioteki mieszkająca w budynku, gdzie jest nasza) wzięła komputery z biur do siebie.
U Anety (mieszka dwie ulice ode mnie) nie ma światła od wczorajszego wieczora. Dałam jej świeczki. Zaprosiłam, w razie czego, do siebie. Ale nie wiadomo, kiedy i gdzie woda szybciej dojdzie – do mnie czy do niej.
Przyniosłam dwa wiadra wody z piwnicy sąsiedniego budynku, potem jeszcze dwa od sąsiadki z parteru. Spływam potem po wniesieniu ich na czwarte piętro. Nareszcie przelałam całym wiadrem ubikację. Marzę o długim prysznicu lub kąpieli w wannie pełnej wody.
Warkot latających bez przerwy śmigłowców pogłębia ponury nastrój. Po Kozanowie pływają łodzie.
Najpierw ze zdenerwowania gryzłam paznokcie, potem palce, migdały, a teraz co popadnie. Oprócz kota – bo ucieka. Nie ma to jak udany urlop – wysiadają wszystkie kurorty i szpanerskie wojaże.
Oglądałam w telewizji kolejny odcinek „Rozmów o zmierzchu i świcie” Magdy Umer z Agnieszką Osiecką. Miły przerywnik. Czytać książek nie mogę. Nie zmywam naczyń – jem na tych samych. Zanosi się na długi brak wody w kranach. Mogę chodzić (choć nie lubię) niedomyta i niedoprana, ale trzeba spłukiwać ubikację.
Dziennikarka TeDe prawie pokłada się na biurku ze zmęczenia, czytając, omal bez przerwy, nadesłane informacje. Spisują się świetnie, właściwie pełnią funkcję komitetu przeciwpowodziowego. Utopił się trzynastoletni chłopiec. Rynek suchy, ale niedostępny. Ostrów Tumski nadal się broni. W zoo dosłownie walka, bo dwa ogromne drzewa runęły i wybiły dziurę w wale. Nie nadąża przepompowywanie ścieków.
Co chwila wyglądam przez okno – jest już woda przed naszym blokiem czy jeszcze nie. Trwa nieustanna zbiórka darów: jedzenie, picie, odzież, środki czystości, koce, śpiwory. Do piątku wysyłano wszystko poza Wrocław, teraz tu są potrzebne. Łodzie i pontony dostarczają te rzeczy i ewakuują ludzi. We Wrocławiu słońce, ale w górach pada. Spekulanci podnoszą ceny żywności dwu- i trzykrotnie. Zawalił się, w środku, budynek (cztery piętra) na ul. Kniaziewicza, bo wypłukało fundamenty. Woda zalewa niedawno odbudowany po pożarze Teatr Polski. Dwie pompy nie dają rady. Przerwało wał od ulicy położonej blisko mnie. Mieszkańcy układają wały z worków z piaskiem.
Poniedziałek 14.07.1997 r.
Godz. 9.20 – TeDe podaje, że dziś w nocy była plaga kradzieży. Należy złodziei łapać i dawać wycisk, bo policja nie nadąża.
O godz. 11 przyszła do mnie Aneta. Wychodziłyśmy już, gdy przez domofon sąsiadka powiedziała, że na ulicy obok jest beczkowóz. No to łap! za wiadra. Pomagałyśmy też innej sąsiadce, która niedawno zdjęła gips z nogi. Obeszłyśmy potem kawałek naszej dzielnicy – kupiłyśmy chleb i wodę mineralną, ostatnich pięć butelek. Byłyśmy w bibliotece. Odra obok znacznie opadła. Przyjechała też Lucynka. Posiedziałyśmy na workach pod drzwiami, pogadałyśmy o sytuacji. Teściowie Lu są na Kozanowie, ale szczęśliwie w prawie suchym miejscu. Mąż pojechał do nich z zapasami. A pogoda śliczna, wręcz sielska.
Właściwie na każdą noc powinnam była mieć przygotowane torby ewakuacyjne z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale jakoś nie pomyślałam. W telewizji komunikaty o powrotach i wyjazdach dzieci na kolonie i obozy. Trzydzieści trzy helikoptery latają nad Wrocławiem. Powódź w Polsce trwa już tydzień. Z Niemiec przyjechał sprzęt, który w ciągu godziny filtruje osiem ton brudnej wody, czyniąc ją zdatną do picia. Czytam książkę „Hiroshima Joe” – na końcu autor opisuje skutki zrzucenia bomby atomowej. No to my mamy lepiej.
Wtorek 15.07.1997 r.
Wczoraj pobliskie PKO było zamknięte. Muszę wybrać pieniądze z konta. W TeDe relacja z dzisiejszej nocy i rana: zawalone części chodników, ulic, tu samotny adidas, tam kapeć. Archiwalne akta sądowe dokładnie zalane. Zanosi się, że Wrocław będzie miastem z ułomną pamięcią. Nasza biblioteka zamknięta na tydzień – brak prądu. Przyniosłam dwa wiadra wody z piwnicy sąsiedniego budynku – będzie do ubikacji. Na Szczepinie (dzielnica) 2,5 metra wody, brak jedzenia, picia i środków ewakuacji. Byłam u Krysi (też w mojej dzielnicy) – chora. Jej syn pomagał przy ładowaniu i układaniu worków z piaskiem, wrócił po dobie i przez trzy dni z trudem się ruszał. Wrocław nie ma gdzie wywozić śmieci. Zalane są książki w magazynach Biblioteki Uniwersyteckiej i Biblioteki Akademii Medycznej. Teraz „za czym kolejka ta stoi?”- po wodę z beczkowozu. Podobno jest zagrożenie od rzeki Oławki. Jak dotąd, 43 osoby zmarły na skutek powodzi. W nocy na ulicach słychać było trzaski – to „hieny” tłukły szyby wystawowe. Zalesie i Zacisze zalane po parter.
Środa 16.07.1997 r.
We Wrocławiu rozpoczęły się szczepienia ochronne. Apel, aby przestrzegać higieny osobistej i sanitarnej – ha, ha, a skąd brać wodę?
Leszek Moczulski mówi w relacji z Sejmu o konieczności wprowadzenia stanu wyjątkowego.
Byłam w naszej bibliotece – porządkowałam książki, podlałam kwiatki. Upadłam na chodniku, stłukłam i poraniłam lewe kolano. Dobrze, że noszę z sobą nawilżone chusteczki higieniczne i plastry. Koło mojego domu takie korki uliczne (trasa na Warszawę), jakby całe miasto uciekało w popłochu. Gorąco. Kupiłam bez problemu wodę mineralną, biały ser, jogurt. Lodów brak. Gazet do biblioteki nie dowieziono, gmach Ruchu zalany. Ewakuowano jeden ze szpitali. Zalało księgarnię Eureka, mnóstwo książek trzeba było wyrzucić!
Boli mnie stłuczone kolano. Pewnie mój diabeł stróż uznał, że pławię się w rozpuście (nie zalało mi ani pracy, ani domu, cały czas mam gaz i prąd), i musiał mi to wyrównać. Czytam „Białe zeszyty” Soni Raduńskiej. Coś mało mnie wzruszają „duszne” problemy bohaterki. A może by tak drobną klęskę żywiołową i zaraz hierarchia spraw się przestawia.
Zalane jest więzienie i szpital psychiatryczny (200 osób, brudni, brak wody i jedzenia). Na Księżu Małym ponad 170 cm wody i straszny smród. Mieszka tam ok. 3 tys. osób. Dziesięć przychodni zdrowia dotknęła powódź. A deszcz pada. Podobno dopiero za miesiąc będzie woda w kranach w całym mieście.
Godz. 18.50 – pada. Dostałam kartki od zaniepokojonych Ewy z Warszawy i Halinki z Krynicy. Także Jadzia z Opola dała znać – nie zalało jej dzielnicy.
Czwartek 17.07.1997 r.
Deszcz nie pogorszył warunków we Wrocławiu. W nocy kolano tak mnie bolało i rwało, że aż obudziłam się o drugiej nad ranem. Przykładałam sobie zimny (z lodówki) woreczek z kiszonymi ogórkami, trochę pomogło. W nocy przyjechał konwój z darami od Fundacji Polsat. Mają być obfite opady i przybór wody, a ja porządkuje bibliotekę. Niepotrzebnie? Zamiast tramwajów jeżdżą autobusy. Byłam na cmentarzu. Na grobach wylegują się w słońcu koty. Nawet dały się pogłaskać. Dziś dzień żałoby narodowej.
Piątek 18.07.1997 r.
Świetna organizacja obrony w dzielnicach Zalesia i Zacisza tamtejszych mieszkańców. Sprowadzili pompę z Konina, mają swój magazyn żywności i odzieży, przychodnię czynną w godz. 8-20, aptekę, stały przepływ informacji dzięki gońcom. Leje w Czechach, Wałbrzychu. Poszłam po wodę do beczkowozu. Schodząc po schodach, upuściłam sobie wiadro na duży palec lewej nogi (tej ze zranionym kolanem), nieszczęśliwie, bo kantem, pod paznokciem dużego palca. No to już boli mnie kolano, stopa i kostka. Cdn?
„Autobusy zapłakane deszczem” – pada. Budki telefoniczne oblężone, w pracy telefon nie działa. Wysłałam kartki do znajomych, że u mnie OK i z pytaniem, co u nich.
Kolejny szpital zalany, woda w magazynach pościeli i bielizny, personel nosi wodę z beczkowozów. Lekarze mają dwa litry wody na osobę.
Godz. 17.15 – dotąd padało, teraz leje. Litości!
Dowcip powodziowy: Idzie menel z towarzyszką ulicą pełną wody. Ona mówi: „Wrocław zalany, ulica zalana, ty zalany, co jeszcze zalane?”.
Godz. 22.30 – nadal pada.
Sobota 19.07.1997 r.
Temperatura 16 stopni.
Koszmarne jest budzenie się ze świadomością, że ciągle jest powódź, że cierpią ludzie i zwierzęta, że nie wiadomo, kiedy to się skończy. Rzeka Bystrzyca zagraża kilku osiedlom, dziś w nocy może wylać, ludzie mają się przygotować do ewakuacji. Godz. 10.55 – znowu leje. Ja chcę na Saharę, byle z wodą w kranach. Rada dla kobiet – jeśli nie można prać fig, trzeba nosić podpaski. „Nic, naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości” – sprzedawana jest płyta pt. „Twoja i moja nadzieja” na rzecz powodzian. „Radioton” to akcja Polonii z Chicago. „Musisz odnaleźć nadzieję i nieważne, że nazwą Ciebie głupcem”. Sąsiadki biorą wodę spod rynny, dobry pomysł, będzie do WC.
Niedziela 20.07.1997 r.
O, jak dobrze – nie pada, ani leje, ani kapie, ani ciurka. W Wałbrzychu trochę lepiej – mniejszy przybór wody, opady zelżały. W Świdnicy wylała Bystrzyca. W Legnicy bardzo źle, pada, w Kaczawie poziom wody przekroczył stan alarmowy o 260 cm – co z wujkiem tam mieszkającym?
Łoskot śmigłowców.
Dziś o godz. 18 w centrum miasta ma być woda w kranach. To znaczy – nie u mnie. W siedmiu dzielnicach Wrocławia jest zagrożenie epidemią, bo są odcięte, nie można wywieźć śmieci i usunąć nieczystości.
Godz. 21.40 – znowu leje. Wolałabym, żeby to była manna z nieba lub pieczone gołąbki.
Poniedziałek 21.07.1997 r.
Nadal mam urlop. Dziś mżyło i siąpiło, ale wczesnym popołudniem przejaśniło się. W mieście jest obrzydliwe zgniłe powietrze i lekki smrodek w dzielnicach niezalanych. Uchwalono zasiłki dla powodzian w wysokości 3 tys. zł. Nadal nadawane są komunikaty, że potrzebne są worki z piaskiem i ludzie do pracy przy wałach. Byłam w pracy, mimo urlopu, cztery godziny. Porządkowałam książki, dźwigałyśmy z Lu wodę z beczkowozu. Biblioteka już czynna – przyszli i czytelnicy, i klienci kiermaszu tanich książek, a nawet ktoś przyniósł książki w darze.
Kupiłam sobie leczo w słoiku, zjadłam trochę i dostałam rozwolnienia. No, świetnie.
Och, żeby woda była choć w kranie w piwnicy. Najgorsze jest czatowanie na beczkowóz.
Wtorek 22.07.1997 r.
W radiu słuchaczka opowiada, że syn pomagał przy ratowaniu zoo i teraz, wychodząc ze swojego pokoju, pyta matkę śledzącą komunikaty; „A jak tam moje zoo?”.
Komunikacja do d… Tramwaje w naszej części miasta w ogóle nie jeżdżą, autobusy przedziwnie. Żadnych informacji na przystankach.
Ma przyjść trzecia fala powodziowa.
Udało mi się dopaść beczkowóz, ale po wejściu na czwarte piętro z dwoma pełnymi wiadrami mam dość.
Środa 23.07.1997 r.
Godz. 17 – jest woda w rurach. Cóż za radość móc opróżnić cały rezerwuar ubikacji. Zrobiłam sobie przyjemność i spuściłam trzy razy wodę z rzędu.
Och, dlaczego nie można się w niej ani myć, ani nic wyprać?
W TeDe relacja z aktu desperacji Siechnic, które stoją w śmierdzącym bagnie. Mieszkańcy chcieli odwodnić swoją miejscowość, udrażniając stare przepusty, które są pod główną drogą Wrocław – Opole. Czekali na decyzje władz, aż wreszcie ułożyli zaporę z płonących opon i żywego kordonu.
Przyjechała policja, z pałkami, w hełmach, i rozpędziła zebranych. Zakazali filmowania, uderzono dziennikarza, zatrzymano parę osób. Nie wiadomo, gdzie są.
Z wrocławskich uczelni najwięcej szkód poniosła Akademia Medyczna – akademik, kliniki, biblioteka, sale wykładowe.
Zalało nam, na amen, bibliotekę na ul. Reymonta. Ala pracowała tam 30 lat. Ładny finisz kariery zawodowej.
Program „Widziałam” Marii Wiernikowskiej: „Wjeżdżamy w kraj, który śmierdzi” – gniją zboża, zwierzęta, domy.
Czwartek 24.07.1997 r.
Odważyłam się zrobić pranie w wodzie z kranu, choć ogłaszają, że nadaje się tylko do celów sanitarnych. Brudne rzeczy wysypują mi się z pralki. Na 19 metrach (całe mieszkanie) nie mam ani gdzie ich przechować, ani zapasu czystych na zmianę,
Jutro do godz. 10 ma przyjść druga fala, nie wiemy, czy znowu przygotować bibliotekę na ewentualność zalania.
Długość fali ma wynosić 100 km, przez Wrocław będzie przechodzić 4-6 dni, a wały są niestabilne. Znowu będziemy mieli wspaniały weekend.
Piątek 25.07.1997 r.
Nadal mam urlop. Zbliża się druga fala. Woda w Odrze znów się podniosła. Stosownie do tego my przestawiłyśmy książki na wyższe półki. Zamknęłyśmy bibliotekę o pół godziny wcześniej. Pada. Warkot helikopterów nieustanny.
Sobota 26.07.1997 r.
Byłam na moście obok biblioteki. Woda o wiele niżej niż przy pierwszej fali. Bogu dzięki. Worki z piaskiem, łoskot helikopterów, wycie karetek pogotowia, smród, brak wody, czyhanie na beczkowóz, dźwiganie wiader i butelek z wodą, zatopione domy, ludzie i zwierzęta – oto lato ’97.
Godz. 14.50 – pada i grzmi. Kocica poluje na muchę. Ja nadal piorę w wodzie z kranu. Pofarbowałam nareszcie włosy henną. Ogłoszono przed chwilą, że woda bieżąca nadaje się do mycia i picia. Jak świetnie, cudownie, zachwycająco!!!
Godz. 17 – w Warszawie już od 14 godzin pada deszcz. W Siechnicach nareszcie odpompowywanie wody.
Niedziela 27.07.1997 r.
Woda w kranie to był zbytek szczęścia. O godz. 13 suchutko! Jak pomyślę o dźwiganiu wiader z wodą, to mi zaraz niedobrze. W piwnicy nabrałam dwa wiadra. Wracam na górę cała zasapana – woda leci!
Poszłam „w miasto” wieszać plakaty o kiermaszu w bibliotece. Wracam – nie ma wody. Po jakimś czasie – mało, ale płynie. Nie ma to jak miłe urozmaicenie.
Poniedziałek 28.07.1997 r.
Nie ma wody!
Znowu boli mnie gardło.
Komary, komary – dobrze, że mam elektryczne urządzenie, bo zżarłyby mnie żywcem.
Powódź także w Niemczech, a pewnie się im zdawało, że my jesteśmy niegospodarni, źle zorganizowani i leniwi – dlatego nas zalało. Telefon w pracy nieustannie głuchy.
Wtorek 29.07.1997 r.
Kupiłam na straganie kilogram świeżych ogórków. Ale po materiale w telewizji postanowiłam je wyrzucić – a nuż z zalanych terenów. Komary!
Środa 30.07.1997 r.
Pierwszy dzień w pracy po urlopie. Środa jest dniem zamkniętym dla czytelników. Ktoś złapał za klamkę, a potem spoza okna widzę i słyszę, jak mężczyzna mówi do kobiety: „Tu można kupić tanie książki, ale żadnych darów nie dają” (na naszym plakacie jest notka, że przyjmujemy dary w postaci książek).
Podsłuchane w warzywniaku: „…jak przyszłam do tej dzielnicy, to poczułam się jak w Ameryce, czysto, nie śmierdzi, jest prąd i gaz, sklepy pootwierane”.
Czwartek 31.07.1997 r.
Woda bywa w kranach w godzinach szczytu – bardzo mi jest dobrze, że nie muszę być zależna od beczkowozu.
Komary!!! Co jest ich ulubionym daniem? Irena B. w pocie własnym.
Piątek 1.08.1997 r.
Czytelnicy zatrzymują mnie na ulicy z pytaniem: „Czy zalało bibliotekę? Nie? O, jak dobrze!”.
Rozmowy wrocławian tego lata: kogo i na ile zalało, czy jest woda w kranach, jak urzędnicy traktują powodzian.
Sobota 2.08.1997 r.
Nie odbyła się nasza babska impreza (comiesięczne spotkanie pod pretekstem kupna-sprzedaży swoich ciuchów). Zalało Ani piwnicę, gdzie miała wyremontowany lokal i swoją firmę. Przyszło nas siedem, bo telefony nieczynne. Na balustradzie werandy (wysoki parter) Ania powiesiła emaliowaną tabliczkę z napisem „KONIEC”, gdy woda już zeszła. Po tej ulicy można było pływać kajakiem (Zalesie).
Niedziela 3.08.1997 r.
Mam cały dzień wodę w kranach i tak duże ciśnienie, że można zapalić piecyk gazowy. JAK MI DOBRZE! Nie muszę się już potykać o wiadra i butle z zapasem wody. Mogę wziąć prysznic, zrobić przepierkę.
Życie jest piękne (i czyste)!
** Od autorki w 2007 roku: Latem 1997 r. zaczęłam pisać list do koleżanki, która wyjechała na urlop. Zaczęła się powódź, więc opisywałam wypadki na bieżąco. A że poczta nie działała, to pisałam i pisałam.
Nie zrobiłam żadnych poprawek. Biblioteki, o której pisałam, już nie ma – poległa w ramach reorganizacji.
