„Dziennik niezatopionej”

Pogoda jaka jest każdy widzi. Mamy podobne zagrożenie jak w 1997 roku.

Za ten tekst dostałam jedyną nagrodę w konkursie ogłoszonym przez „Gazetę Wyborczą” w dziesięciolecie powodzi.

****************************************************************

Motto: „Dwadzieścia cztery smutki to zwykła nasza doba”

Piątek 11.07.1997 r.

Jestem na urlopie, ale poszłam do biblioteki zobaczyć, co i jak. Mieści się w budynku tuż nad Odrą, która wylała na łąkę z drugiej strony ulicy. Sugerowałam, że potrzebne były worki z piaskiem pod drzwi, aby zabezpieczyć wypożyczalnię i biura. Zagrożonych jest ok. 40 tys. książek, komputery i meble.

Woda we Wrocławiu przybiera osiem centymetrów na godzinę, a że miasto leży na pięciu wyspach, wszyscy mamy szansę na podtopienie.

Nad terenem, gdzie mieszkam i gdzie mieści się nasza biblioteka (dzieli nas tylko most), latają helikoptery.

Zalane są wszystkie ujęcia wody, a więc lada moment będzie sucho w kranach.

Sobota 12.07.1997 r.

Godz. 10 rano – nie ma wody! Jak dobrze, że wczoraj zrobiłam pranie i sprzątanie. Umyję się i pójdę zobaczyć, co się dzieje. Usłyszałam w telewizji TeDe, że most Warszawski (a biblioteka przecież obok) zalany, a koło uniwersytetu brakuje tylko 20 centymetrów do przelania wody przez wały.

Godz. 13.30 – na szczęście most w porządku. Lekko odetchnęłam. Dzielnica Kozanów prawie całkiem zalana. Kto z moich znajomych tam mieszka?

Beata z budynku, gdzie mieści się biblioteka, dzwoniła, żeby zabrali dźwig stojący obok (budowa plomby), bo jak runie, to zgniecie całą kamienicę. Zero efektu.

Od wczoraj wieczór mieszkańcy bloków na ulicach sąsiadujących z biblioteką układali (także w nocy) worki z piaskiem wzdłuż nabrzeża. Woda jest tuż-tuż przy końcu wału.

Pod główne drzwi biblioteki podłożono, na prośbę Lucynki (współpracownica), trzy worki z piaskiem. Była tu rano z ojcem i mężem, przenieśli książki z niższych półek na wyższe. Gdyby zamokły, byłyby do wyrzucenia.

Zalane jest Pogotowie Ratunkowe. Tramwaje nie jeżdżą, helikoptery warkoczą – nastrój jak w stanie wojennym. Teraz czekamy, kiedy nas zaleje. Wtedy nas zamkną. Zamknięcie już przeżyłam.

Siedzę z oczami w telewizorze, uszami w radiu, duszą na ramieniu i wściekłością na powódź, los, władze.

Magda Furman z TeDe przywiozła materiały z ulic nie tak daleko położonych od biblioteki. Woda na metr – puściły wały przy mostach Jagiellońskich. Niedobrze mi się robi na myśl, co mogłoby się stać z biblioteką.

Godz. 20.55 – brak prądu w Komendzie Stare Miasto. Woda idzie w stronę Dworca Głównego.

Niedziela 13.07.1997 r.

Zbieram siły, żeby wyjść z domu. Cały czas oglądam telewizję i jestem od tego wszystkiego cała chora. Ale śpię jak zabita.

Zagrożone jest zoo i szpital przy ul. Kamieńskiego. Kozanów odcięty i nikt się nami nie interesuje. Woda sięga powyżej ośmiu metrów!

Nie ma beczkowozów rozwożących wodę. Wydzielam ją sobie bardzo oszczędnie, bo nie nalałam zapasu do wanny. Głupia krowa!

Mam gaz i prąd – jak dobrze! Kocica osowiała. Ja też.

Kulminacyjna fala przeszła wczoraj wieczorem w godz. 21-24. Młyn Maria i Ostrów Tumski uratowane.

W kuchni stoi mi sterta brudnych naczyń, w łazience śmierdzi. Byłam w bibliotece. Woda przecieka przez worki położone na pobliskim wale. Ulice obok zalane. W piwnicy pełno wody. Zakręt przedbiblioteczny zalany w połowie.

W drodze spotkałam Anetę (koleżanka z innej biblioteki). Nie miała odwagi przejść przez most. Zabrałam ją ze sobą. Poprzekładałyśmy na wyższe półki jeszcze trochę książek. Wzięłyśmy sobie wodę w butelkach, która była przeznaczona do podlewania kwiatków – wypadło po trzy sztuki.

Regina (koleżanka z innej biblioteki mieszkająca w budynku, gdzie jest nasza) wzięła komputery z biur do siebie.

U Anety (mieszka dwie ulice ode mnie) nie ma światła od wczorajszego wieczora. Dałam jej świeczki. Zaprosiłam, w razie czego, do siebie. Ale nie wiadomo, kiedy i gdzie woda szybciej dojdzie – do mnie czy do niej.

Przyniosłam dwa wiadra wody z piwnicy sąsiedniego budynku, potem jeszcze dwa od sąsiadki z parteru. Spływam potem po wniesieniu ich na czwarte piętro. Nareszcie przelałam całym wiadrem ubikację. Marzę o długim prysznicu lub kąpieli w wannie pełnej wody.

Warkot latających bez przerwy śmigłowców pogłębia ponury nastrój. Po Kozanowie pływają łodzie.

Najpierw ze zdenerwowania gryzłam paznokcie, potem palce, migdały, a teraz co popadnie. Oprócz kota – bo ucieka. Nie ma to jak udany urlop – wysiadają wszystkie kurorty i szpanerskie wojaże.

Oglądałam w telewizji kolejny odcinek „Rozmów o zmierzchu i świcie” Magdy Umer z Agnieszką Osiecką. Miły przerywnik. Czytać książek nie mogę. Nie zmywam naczyń – jem na tych samych. Zanosi się na długi brak wody w kranach. Mogę chodzić (choć nie lubię) niedomyta i niedoprana, ale trzeba spłukiwać ubikację.

Dziennikarka TeDe prawie pokłada się na biurku ze zmęczenia, czytając, omal bez przerwy, nadesłane informacje. Spisują się świetnie, właściwie pełnią funkcję komitetu przeciwpowodziowego. Utopił się trzynastoletni chłopiec. Rynek suchy, ale niedostępny. Ostrów Tumski nadal się broni. W zoo dosłownie walka, bo dwa ogromne drzewa runęły i wybiły dziurę w wale. Nie nadąża przepompowywanie ścieków.

Co chwila wyglądam przez okno – jest już woda przed naszym blokiem czy jeszcze nie. Trwa nieustanna zbiórka darów: jedzenie, picie, odzież, środki czystości, koce, śpiwory. Do piątku wysyłano wszystko poza Wrocław, teraz tu są potrzebne. Łodzie i pontony dostarczają te rzeczy i ewakuują ludzi. We Wrocławiu słońce, ale w górach pada. Spekulanci podnoszą ceny żywności dwu- i trzykrotnie. Zawalił się, w środku, budynek (cztery piętra) na ul. Kniaziewicza, bo wypłukało fundamenty. Woda zalewa niedawno odbudowany po pożarze Teatr Polski. Dwie pompy nie dają rady. Przerwało wał od ulicy położonej blisko mnie. Mieszkańcy układają wały z worków z piaskiem.

Poniedziałek 14.07.1997 r.

Godz. 9.20 – TeDe podaje, że dziś w nocy była plaga kradzieży. Należy złodziei łapać i dawać wycisk, bo policja nie nadąża.

O godz. 11 przyszła do mnie Aneta. Wychodziłyśmy już, gdy przez domofon sąsiadka powiedziała, że na ulicy obok jest beczkowóz. No to łap! za wiadra. Pomagałyśmy też innej sąsiadce, która niedawno zdjęła gips z nogi. Obeszłyśmy potem kawałek naszej dzielnicy – kupiłyśmy chleb i wodę mineralną, ostatnich pięć butelek. Byłyśmy w bibliotece. Odra obok znacznie opadła. Przyjechała też Lucynka. Posiedziałyśmy na workach pod drzwiami, pogadałyśmy o sytuacji. Teściowie Lu są na Kozanowie, ale szczęśliwie w prawie suchym miejscu. Mąż pojechał do nich z zapasami. A pogoda śliczna, wręcz sielska.

Właściwie na każdą noc powinnam była mieć przygotowane torby ewakuacyjne z najpotrzebniejszymi rzeczami, ale jakoś nie pomyślałam. W telewizji komunikaty o powrotach i wyjazdach dzieci na kolonie i obozy. Trzydzieści trzy helikoptery latają nad Wrocławiem. Powódź w Polsce trwa już tydzień. Z Niemiec przyjechał sprzęt, który w ciągu godziny filtruje osiem ton brudnej wody, czyniąc ją zdatną do picia. Czytam książkę „Hiroshima Joe” – na końcu autor opisuje skutki zrzucenia bomby atomowej. No to my mamy lepiej.

Wtorek 15.07.1997 r.

Wczoraj pobliskie PKO było zamknięte. Muszę wybrać pieniądze z konta. W TeDe relacja z dzisiejszej nocy i rana: zawalone części chodników, ulic, tu samotny adidas, tam kapeć. Archiwalne akta sądowe dokładnie zalane. Zanosi się, że Wrocław będzie miastem z ułomną pamięcią. Nasza biblioteka zamknięta na tydzień – brak prądu. Przyniosłam dwa wiadra wody z piwnicy sąsiedniego budynku – będzie do ubikacji. Na Szczepinie (dzielnica) 2,5 metra wody, brak jedzenia, picia i środków ewakuacji. Byłam u Krysi (też w mojej dzielnicy) – chora. Jej syn pomagał przy ładowaniu i układaniu worków z piaskiem, wrócił po dobie i przez trzy dni z trudem się ruszał. Wrocław nie ma gdzie wywozić śmieci. Zalane są książki w magazynach Biblioteki Uniwersyteckiej i Biblioteki Akademii Medycznej. Teraz „za czym kolejka ta stoi?”- po wodę z beczkowozu. Podobno jest zagrożenie od rzeki Oławki. Jak dotąd, 43 osoby zmarły na skutek powodzi. W nocy na ulicach słychać było trzaski – to „hieny” tłukły szyby wystawowe. Zalesie i Zacisze zalane po parter.

Środa 16.07.1997 r.

We Wrocławiu rozpoczęły się szczepienia ochronne. Apel, aby przestrzegać higieny osobistej i sanitarnej – ha, ha, a skąd brać wodę?

Leszek Moczulski mówi w relacji z Sejmu o konieczności wprowadzenia stanu wyjątkowego.

Byłam w naszej bibliotece – porządkowałam książki, podlałam kwiatki. Upadłam na chodniku, stłukłam i poraniłam lewe kolano. Dobrze, że noszę z sobą nawilżone chusteczki higieniczne i plastry. Koło mojego domu takie korki uliczne (trasa na Warszawę), jakby całe miasto uciekało w popłochu. Gorąco. Kupiłam bez problemu wodę mineralną, biały ser, jogurt. Lodów brak. Gazet do biblioteki nie dowieziono, gmach Ruchu zalany. Ewakuowano jeden ze szpitali. Zalało księgarnię Eureka, mnóstwo książek trzeba było wyrzucić!

Boli mnie stłuczone kolano. Pewnie mój diabeł stróż uznał, że pławię się w rozpuście (nie zalało mi ani pracy, ani domu, cały czas mam gaz i prąd), i musiał mi to wyrównać. Czytam „Białe zeszyty” Soni Raduńskiej. Coś mało mnie wzruszają „duszne” problemy bohaterki. A może by tak drobną klęskę żywiołową i zaraz hierarchia spraw się przestawia.

Zalane jest więzienie i szpital psychiatryczny (200 osób, brudni, brak wody i jedzenia). Na Księżu Małym ponad 170 cm wody i straszny smród. Mieszka tam ok. 3 tys. osób. Dziesięć przychodni zdrowia dotknęła powódź. A deszcz pada. Podobno dopiero za miesiąc będzie woda w kranach w całym mieście.

Godz. 18.50 – pada. Dostałam kartki od zaniepokojonych Ewy z Warszawy i Halinki z Krynicy. Także Jadzia z Opola dała znać – nie zalało jej dzielnicy.

Czwartek 17.07.1997 r.

Deszcz nie pogorszył warunków we Wrocławiu. W nocy kolano tak mnie bolało i rwało, że aż obudziłam się o drugiej nad ranem. Przykładałam sobie zimny (z lodówki) woreczek z kiszonymi ogórkami, trochę pomogło. W nocy przyjechał konwój z darami od Fundacji Polsat. Mają być obfite opady i przybór wody, a ja porządkuje bibliotekę. Niepotrzebnie? Zamiast tramwajów jeżdżą autobusy. Byłam na cmentarzu. Na grobach wylegują się w słońcu koty. Nawet dały się pogłaskać. Dziś dzień żałoby narodowej.

Piątek 18.07.1997 r.

Świetna organizacja obrony w dzielnicach Zalesia i Zacisza tamtejszych mieszkańców. Sprowadzili pompę z Konina, mają swój magazyn żywności i odzieży, przychodnię czynną w godz. 8-20, aptekę, stały przepływ informacji dzięki gońcom. Leje w Czechach, Wałbrzychu. Poszłam po wodę do beczkowozu. Schodząc po schodach, upuściłam sobie wiadro na duży palec lewej nogi (tej ze zranionym kolanem), nieszczęśliwie, bo kantem, pod paznokciem dużego palca. No to już boli mnie kolano, stopa i kostka. Cdn?

„Autobusy zapłakane deszczem” – pada. Budki telefoniczne oblężone, w pracy telefon nie działa. Wysłałam kartki do znajomych, że u mnie OK i z pytaniem, co u nich.

Kolejny szpital zalany, woda w magazynach pościeli i bielizny, personel nosi wodę z beczkowozów. Lekarze mają dwa litry wody na osobę.

Godz. 17.15 – dotąd padało, teraz leje. Litości!

Dowcip powodziowy: Idzie menel z towarzyszką ulicą pełną wody. Ona mówi: „Wrocław zalany, ulica zalana, ty zalany, co jeszcze zalane?”.

Godz. 22.30 – nadal pada.

Sobota 19.07.1997 r.

Temperatura 16 stopni.

Koszmarne jest budzenie się ze świadomością, że ciągle jest powódź, że cierpią ludzie i zwierzęta, że nie wiadomo, kiedy to się skończy. Rzeka Bystrzyca zagraża kilku osiedlom, dziś w nocy może wylać, ludzie mają się przygotować do ewakuacji. Godz. 10.55 – znowu leje. Ja chcę na Saharę, byle z wodą w kranach. Rada dla kobiet – jeśli nie można prać fig, trzeba nosić podpaski. „Nic, naprawdę nic nie pomoże, jeśli ty nie pomożesz dziś miłości” – sprzedawana jest płyta pt. „Twoja i moja nadzieja” na rzecz powodzian. „Radioton” to akcja Polonii z Chicago. „Musisz odnaleźć nadzieję i nieważne, że nazwą Ciebie głupcem”. Sąsiadki biorą wodę spod rynny, dobry pomysł, będzie do WC.

Niedziela 20.07.1997 r.

O, jak dobrze – nie pada, ani leje, ani kapie, ani ciurka. W Wałbrzychu trochę lepiej – mniejszy przybór wody, opady zelżały. W Świdnicy wylała Bystrzyca. W Legnicy bardzo źle, pada, w Kaczawie poziom wody przekroczył stan alarmowy o 260 cm – co z wujkiem tam mieszkającym?

Łoskot śmigłowców.

Dziś o godz. 18 w centrum miasta ma być woda w kranach. To znaczy – nie u mnie. W siedmiu dzielnicach Wrocławia jest zagrożenie epidemią, bo są odcięte, nie można wywieźć śmieci i usunąć nieczystości.

Godz. 21.40 – znowu leje. Wolałabym, żeby to była manna z nieba lub pieczone gołąbki.

Poniedziałek 21.07.1997 r.

Nadal mam urlop. Dziś mżyło i siąpiło, ale wczesnym popołudniem przejaśniło się. W mieście jest obrzydliwe zgniłe powietrze i lekki smrodek w dzielnicach niezalanych. Uchwalono zasiłki dla powodzian w wysokości 3 tys. zł. Nadal nadawane są komunikaty, że potrzebne są worki z piaskiem i ludzie do pracy przy wałach. Byłam w pracy, mimo urlopu, cztery godziny. Porządkowałam książki, dźwigałyśmy z Lu wodę z beczkowozu. Biblioteka już czynna – przyszli i czytelnicy, i klienci kiermaszu tanich książek, a nawet ktoś przyniósł książki w darze.

Kupiłam sobie leczo w słoiku, zjadłam trochę i dostałam rozwolnienia. No, świetnie.

Och, żeby woda była choć w kranie w piwnicy. Najgorsze jest czatowanie na beczkowóz.

Wtorek 22.07.1997 r.

W radiu słuchaczka opowiada, że syn pomagał przy ratowaniu zoo i teraz, wychodząc ze swojego pokoju, pyta matkę śledzącą komunikaty; „A jak tam moje zoo?”.

Komunikacja do d… Tramwaje w naszej części miasta w ogóle nie jeżdżą, autobusy przedziwnie. Żadnych informacji na przystankach.

Ma przyjść trzecia fala powodziowa.

Udało mi się dopaść beczkowóz, ale po wejściu na czwarte piętro z dwoma pełnymi wiadrami mam dość.

Środa 23.07.1997 r.

Godz. 17 – jest woda w rurach. Cóż za radość móc opróżnić cały rezerwuar ubikacji. Zrobiłam sobie przyjemność i spuściłam trzy razy wodę z rzędu.

Och, dlaczego nie można się w niej ani myć, ani nic wyprać?

W TeDe relacja z aktu desperacji Siechnic, które stoją w śmierdzącym bagnie. Mieszkańcy chcieli odwodnić swoją miejscowość, udrażniając stare przepusty, które są pod główną drogą Wrocław – Opole. Czekali na decyzje władz, aż wreszcie ułożyli zaporę z płonących opon i żywego kordonu.

Przyjechała policja, z pałkami, w hełmach, i rozpędziła zebranych. Zakazali filmowania, uderzono dziennikarza, zatrzymano parę osób. Nie wiadomo, gdzie są.

Z wrocławskich uczelni najwięcej szkód poniosła Akademia Medyczna – akademik, kliniki, biblioteka, sale wykładowe.

Zalało nam, na amen, bibliotekę na ul. Reymonta. Ala pracowała tam 30 lat. Ładny finisz kariery zawodowej.

Program „Widziałam” Marii Wiernikowskiej: „Wjeżdżamy w kraj, który śmierdzi” – gniją zboża, zwierzęta, domy.

Czwartek 24.07.1997 r.

Odważyłam się zrobić pranie w wodzie z kranu, choć ogłaszają, że nadaje się tylko do celów sanitarnych. Brudne rzeczy wysypują mi się z pralki. Na 19 metrach (całe mieszkanie) nie mam ani gdzie ich przechować, ani zapasu czystych na zmianę,

Jutro do godz. 10 ma przyjść druga fala, nie wiemy, czy znowu przygotować bibliotekę na ewentualność zalania.

Długość fali ma wynosić 100 km, przez Wrocław będzie przechodzić 4-6 dni, a wały są niestabilne. Znowu będziemy mieli wspaniały weekend.

Piątek 25.07.1997 r.

Nadal mam urlop. Zbliża się druga fala. Woda w Odrze znów się podniosła. Stosownie do tego my przestawiłyśmy książki na wyższe półki. Zamknęłyśmy bibliotekę o pół godziny wcześniej. Pada. Warkot helikopterów nieustanny.

Sobota 26.07.1997 r.

Byłam na moście obok biblioteki. Woda o wiele niżej niż przy pierwszej fali. Bogu dzięki. Worki z piaskiem, łoskot helikopterów, wycie karetek pogotowia, smród, brak wody, czyhanie na beczkowóz, dźwiganie wiader i butelek z wodą, zatopione domy, ludzie i zwierzęta – oto lato ’97.

Godz. 14.50 – pada i grzmi. Kocica poluje na muchę. Ja nadal piorę w wodzie z kranu. Pofarbowałam nareszcie włosy henną. Ogłoszono przed chwilą, że woda bieżąca nadaje się do mycia i picia. Jak świetnie, cudownie, zachwycająco!!!

Godz. 17 – w Warszawie już od 14 godzin pada deszcz. W Siechnicach nareszcie odpompowywanie wody.

Niedziela 27.07.1997 r.

Woda w kranie to był zbytek szczęścia. O godz. 13 suchutko! Jak pomyślę o dźwiganiu wiader z wodą, to mi zaraz niedobrze. W piwnicy nabrałam dwa wiadra. Wracam na górę cała zasapana – woda leci!

Poszłam „w miasto” wieszać plakaty o kiermaszu w bibliotece. Wracam – nie ma wody. Po jakimś czasie – mało, ale płynie. Nie ma to jak miłe urozmaicenie.

Poniedziałek 28.07.1997 r.

Nie ma wody!

Znowu boli mnie gardło.

Komary, komary – dobrze, że mam elektryczne urządzenie, bo zżarłyby mnie żywcem.

Powódź także w Niemczech, a pewnie się im zdawało, że my jesteśmy niegospodarni, źle zorganizowani i leniwi – dlatego nas zalało. Telefon w pracy nieustannie głuchy.

Wtorek 29.07.1997 r.

Kupiłam na straganie kilogram świeżych ogórków. Ale po materiale w telewizji postanowiłam je wyrzucić – a nuż z zalanych terenów. Komary!

Środa 30.07.1997 r.

Pierwszy dzień w pracy po urlopie. Środa jest dniem zamkniętym dla czytelników. Ktoś złapał za klamkę, a potem spoza okna widzę i słyszę, jak mężczyzna mówi do kobiety: „Tu można kupić tanie książki, ale żadnych darów nie dają” (na naszym plakacie jest notka, że przyjmujemy dary w postaci książek).

Podsłuchane w warzywniaku: „…jak przyszłam do tej dzielnicy, to poczułam się jak w Ameryce, czysto, nie śmierdzi, jest prąd i gaz, sklepy pootwierane”.

Czwartek 31.07.1997 r.

Woda bywa w kranach w godzinach szczytu – bardzo mi jest dobrze, że nie muszę być zależna od beczkowozu.

Komary!!! Co jest ich ulubionym daniem? Irena B. w pocie własnym.

Piątek 1.08.1997 r.

Czytelnicy zatrzymują mnie na ulicy z pytaniem: „Czy zalało bibliotekę? Nie? O, jak dobrze!”.

Rozmowy wrocławian tego lata: kogo i na ile zalało, czy jest woda w kranach, jak urzędnicy traktują powodzian.

Sobota 2.08.1997 r.

Nie odbyła się nasza babska impreza (comiesięczne spotkanie pod pretekstem kupna-sprzedaży swoich ciuchów). Zalało Ani piwnicę, gdzie miała wyremontowany lokal i swoją firmę. Przyszło nas siedem, bo telefony nieczynne. Na balustradzie werandy (wysoki parter) Ania powiesiła emaliowaną tabliczkę z napisem „KONIEC”, gdy woda już zeszła. Po tej ulicy można było pływać kajakiem (Zalesie).

Niedziela 3.08.1997 r.

Mam cały dzień wodę w kranach i tak duże ciśnienie, że można zapalić piecyk gazowy. JAK MI DOBRZE! Nie muszę się już potykać o wiadra i butle z zapasem wody. Mogę wziąć prysznic, zrobić przepierkę.

Życie jest piękne (i czyste)!

** Od autorki w 2007 roku: Latem 1997 r. zaczęłam pisać list do koleżanki, która wyjechała na urlop. Zaczęła się powódź, więc opisywałam wypadki na bieżąco. A że poczta nie działała, to pisałam i pisałam.

Nie zrobiłam żadnych poprawek. Biblioteki, o której pisałam, już nie ma – poległa w ramach reorganizacji.


Upalne miasto 115

       Upalne miasto 115

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*************************************************************

W środę na dyżurze Anna najpierw uporządkowała książki na regale (zawsze są poprzekładane), rozłożyła na stole wyjęte z szafy bardziej   niż na regale interesujące pozycje a potem przechodzącej obok sympatycznej pracownicy CS zgłosiła chęć poprowadzenia warsztatów na których będzie można zrobić sobie kartki imieninowe lub urodzinowe.

Chwilę odpoczęła wycierając pot z całej głowy i popijając wodę aż tu nagle zobaczyła wchodzącą znajomą z wnukami. Taż zapytała czy A. ma informator kulturalny „Co jest grane” i zamiast iść pięć kroków do biura stanowczo wysłała seniorkę, aby dopytała czy mają i dlaczego nie. Potem opowiedziała o tym, że byli w muzeum gdzie jest skrzynia ze skarbami tzn. złotymi talarami.

– Rozumiem, że tylko leżały koło złota? – zażartowała Anna.

– Nie, naprawdę złote.

Ale nie mogła ich pokazać, bo utonęły w czeluściach torby. Poinformowała także jakiego informatora nie lubi, gdzie lubiany jeszcze można znaleźć i że idą na pizzę.

– A gdzie jest jakaś dobra? – spytała seniorka.

– Idziemy do galerii handlowej, bo tam, blisko pizzerii, jest plac zabaw dla dzieci.

Anna pod koniec dyżuru zabrała porcję niechcianych książek oraz czasopismo z jej tekstami i pojechała do galerii, aby książki na specjalnie do tego przeznaczonym regale zostawić. I kogóż zobaczyły tam jej piękne oczy? Oczywiście tę znajomą. Na regale z „uwolnionymi książkami” było ich sporo i różnorodnych, więc znajoma przeglądała i wybierała dla siebie oraz wnuków jakieś pozycje. Przy okazji poinformowała seniorkę (trzeci raz), że najstarszy wnuk bardzo interesuje się geografią, zbiera mapy, zna trasy tramwajów i autobusów w mieście a nawet kto je wyprodukował.  Podzieliła się też wiadomością, że pizzeria ma promocję  i namawiała do skorzystania.

Anna zostawiła przyniesione książki  i zabrała parę z przeznaczeniem do Centrum Seniora, m.in.  „Niedole cnoty”; „Opowieść podręcznej”; „1984”; „Grek Zorba”; „Pestka”, „Piknik pod wiszącą skałą” i inne – razem dwanaście.

Czekając na przystanku spotkała znajomą, która od lat robi piękne obrazki z roślinnych elementów, nazywając je florotypie.

Nie porozmawiały bo tramwaj Anny szybko podjechał.

Idąc w swoim budynku po schodach dała dwóm sąsiadkom czasopismo ze swoimi tekstami.

Zjadła obiad i podziękowała sobie, że nastawiła w telefonie przypominajkę o warsztatach kolażowych. Na które pojechała tramwajem choć planowała autobusem, który się wypiął.

Idąc na przystanek trzeci raz spotkała tę samą znajomą, obie jednocześnie pokazały sobie trzy palce.

Wprawdzie od lat robi kolaże ale uważa, że nawet wtedy gdy ma się praktykę warto się czegoś nauczyć.

Podano temat prac ale nie pokazano ani jednego przykładowego kolażu. To nie była dobra koncepcja.

Przyszła tam inna znajoma, która parę lat temu zaraziła się od Anny robieniem kolaży a mieszka bliziutko miejsca zajęć. Dość szybko, w półtorej godziny (razem z wycinaniem elementów z czasopism) zrobiły swoje prace, dały się sfotografować i wyszły po napiciu się soku pomarańczowego.

Autobus jadący prawie pod jej bramę, o dziwo, szybko podjechał na przystanek.

Tym razem nikogo znajomego nie spotkała. Aż się zdziwiła.

Następnego dnia wyrzucając śmieci nie zdziwiła się, że na podwórku są, jak zwykle po deszczu, duże kałuże. Natomiast zaskoczył ją jeden nieduży, w kropki, żółty krótki kaloszek na środku wody. Tak zaskoczył, że zrobiła mu zdjęcie. Po tej artystyczno – wodnej akcji poszła do tramwaju, bo była umówiona w lodziarni na sąsiednim osiedlu. Lody dobre, ceny też  niezłe.

Anna przekazała znajomej informacje o nowym bezpłatnym czasopiśmie dla seniorów wydawanym przez finansową spółkę. Dała dwa pierwsze numery do przeczytania i zachęciła do ewentualnego,   napisania jakiegoś tekstu.

Potem poszły na spacer a na jednej z wysp zrobiły sobie sesję fotograficzną pod srebrzystą instalacją o nazwie NAWA. Nie zdążyły się nafotografować gdy nadeszło sporo spacerowiczów, aby się też uwiecznić pod tym oryginalnym obiektem.

https://visitwroclaw.eu/miejsce/nawa-plenerowa-rzezba-na-wyspie-daliowej

W drodze powrotnej kupiła koncentrat pomidorowy do zaplanowanego dania, czyli papryki nadziewanej – ryżem i mięsem z indyka. Trzy duże papryki już wcześniej nabyła, mięso i ryż także.

Trzeba było wypatroszyć papryki. Nie ucinała im górnej części tylko wydrążyła szypułkę. Ugotowała ryż, udusiła mięso, przyprawiła, rozbełtała koncentrat z wodą, dodała tłuszcz, pokroiła jabłko. Do owalnego żeliwnego garnka włożyła nafaszerowane papryki, zalała sosem, wsypała cząstki jabłka, przykryła i postawiła na dużym palniku. Za jakiś czas poczuła smakowity zapach, okazało się, że trochę sosu wykipiało, przypiekło się i powstała woń zapowiadająca pyszne danie.

A że „Opowieść podręcznej” znała tylko z serialu teraz ma okazję, aby przeczytać oryginał, czyli książkę. Serial ma wiele odcinków jest adaptacją (ale niedokładną) książki, dodano ciąg dalszy i to już  nie jest tak interesujące.

Przy czytaniu i oglądaniu powyższego trudno się jest szczerze szczerzyć, bo to ponura opowieść.

Autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak opisuje szczeżuje:

Szczeżuja pospolita to małż, który pospolity wcale nie jest. Kiedyś był, ale wszystko się zmienia, nie wejdziesz dwa razy do tej samej rzeki, szczególnie jeżeli ktoś do niej ciągle ścieki spuszcza. Szczeżuja potrzebuje do życia czystej wody. Najlepiej stojącej w jeziorze lub stawie, ale również płynącej, byle nie za szybko w rzece kanale lub rowie. Niestety bez chemii to się nie najesz, jak mawia Nestle.

 I potem cała ta tablica Mendelejewa, którą jemy np. w płatkach o kształcie bobków królika, wpływa negatywnie na środowisko życiowe polskiego małża. Co się z nią dzieje w międzyczasie… Powiedzmy, że jest filtrowana.

Szczeżuja nie ma do tego wszystkiego głowy. I to dosłownie, a w związku z powyższym brakuje jej również oczu. Zorientuje się jednak czy zgasiliście światło w pokoju dzięki specjalnym światłoczułym komórkom. Wiadomo, że głowa jest przede wszystkim po to, żeby nią jeść, ale szczeżuja oszukała system i wciąga wodę z jedzeniem przez syfon wlotowy, przepuszcza przez skrzela i wypuszcza syfonem odpływowym. Zupełnie jak u ludzi, z mlekiem i kiszonymi ogórkami.

Tak naprawdę szczeżuja chciałaby tylko leżeć zagrzebana do połowy w mule i filtrować, co brzmi jak niezły plan na życie, a przynajmniej na letnie popołudnie. Jak już się nafiltruje zoo i fitoplanktonu, to rośnie i to nawet do 10 centymetrów długości muszli. Jeżeli akurat nie jest bardzo zajęta rośnięciem, to wędruje sobie po dnie przy pomocy organu nazywanego nogą, który wysuwa spomiędzy muszli.

Czy szczeżuja się szczerzy? Pytanie jest bardziej podchwytliwe jeżeli zadamy je na głos. W przypadku tekstu widać, że nam się literki r i z nie zgadzają. Przeczytałem o tym u profesora Bralczyka tego od drewnianego psa, który z dech był, gdy wszyscy chcieli normalnego. W takim razie czy szczeżuja żuje? Nie, tak by było za prosto. Szczeżuja pochodzi od czesania i bardzo dawno była czeżują, a nawet czeszują. Muszli szczeżui nie używano jednak jak zwykłych grzebieni, ani nawet do nanoszenia wosku, żeby łysi się błyszczeli. Przy pomocy szczeżui czesano pokrzywy, czyli oddzierano włókna, żeby przygotować z nich tkaninę na koszule dla braci, ale łabędzi, a nie kaczek.

W niedzielę, dzięki zmotoryzowanym znajomym Anna pojechała na pchli targ odbywający się na placu przed Centrum Historii Zajezdnia. Przyjechali na godzinę 9 (targ od 10-14) i zobaczyli, że jest tam już bardzo dużo stoisk.

W efekcie na placu znalazło się więcej sprzedających niż kupujących.

Siedząc i trochę czekając na Godota Anna stwierdziła, że większość ludzi ma minę przeciwną światu i ludziom.

Podobno cudzoziemcy od razu to zauważają.

Nie było tam zaopatrzenia typu „mydło i powidło” ale oferowano ekologiczne mydełka ozdobione dekupażem.

Jeden młody facet kupił butlę – gąsiora, pewnie  – będzie pędził   wino.

Kobieta niosła duuuużego pluszaka, nie widać było pyska, Anna zapytała czy to misiek okazało się, że to  leniwiec, a właścicielka powiedziała:

– Widzi pani, że nie chce iść, muszę go nieść.

A potem kupiła dużego nadmuchiwanego łabędzia. Małe ją nie zadowala?

Seniorka pochwaliła przechodzącej kobiety bluzkę w koci wzór i zaproponowała, aby coś od niej kupiła w ten deseń (organizer, broszka, szydełkową grubą serwetkę – podstawkę z wyszytymi oczami i wąsami kota) ale ta powiedziała, że jeżeli już to woli psy! Ha, ha, ha!

Inna seniorka zachęcana, aby udekorowała dekolt powiedziała, że ma dużo ozdób, nawet po mamie. Więc Anna zasugerowała, aby wystawiła je na sprzedaż następnym razem.

Do kartki okolicznościowej z naklejonymi suchymi roślinami dodała, jako gratis, zakładkę z takimi elementami. Młoda kobieta obok wystawiająca swoje rzeczy miała na sobie zamotkową bransoletkę, którą kupiła poprzednio a teraz zachęciła koleżankę i ta nabyła naszyjnik na okrągłym drucie. Obie zapozowały do zdjęcia udekorowane z tymi ozdobami.

Upalne miasto 114

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************

Jest taka piosenka:

Telefony telefony
Gdzie dzwonić mam
Jaki numer mam wykręcić
Do kogo z was…

Tam gdzie dzwonię nie poznają
Mego głosu głosu głosu głosu głosu
Złe numery złe numery
Złe adresy dresy dresy dresy dresy
Ten telefon w mojej głowie tylko
Brzęczy brzęczy brzęczy brzęczy brzę czy
Ah
Brzęczy brzęczy brzęczy brzęczy brzę czy
Ah …..

Nikt nie dzwoni nikt nie dzwoni
To tylko ja tylko ja

Telefony w mojej głowie
Telefony w mojej głowie
Telefony w mojej głowie
To tylko ja

We wtorkowe popołudnie zadzwoniła jakaś Mucha i trajkotała o specyfiku dla panów.

– Stosując go poprawi się pana życie – gadała w kółko nazywając Annę panem.

Na co ona zapytała:

– Kiedy zmieniłam płeć bo sobie nie przypominam?

A ta ciągle swoje o genialności leku i zapytała o kod pocztowy. Na co seniorka całkiem spokojnie, już dosyć ubawiona sytuacją, ponownie zadała pytanie:

– Proszę mi powiedzieć kiedy zmieniłam płeć?

Nagranie o leku nadano od początku.

– A, dosyć tego – stwierdziła Anna wyłączając się.

I przypomniała sobie jak to, lata temu, jakaś bystrzacha w spółdzielni mieszkaniowej wystawiła książeczkę opłat na męską wersję imienia. Z każdą wpłatą na odwrocie seniorka pisała, że nie zmieniła płci. Długo trwało ale w końcu dotarło.

Może ten dzwoniący owad też upadł w supermarkecie na Annowym osiedlu? Bo od ponad miesiąca jest tam rewolucja lipcowa oraz sierpniowa. Czy potrwa do października?

Wszystko zmieniają, bo zaanektowali sąsiednie pomieszczenie po aptece i pepco. A że ruszają się jak muchy w smole i bez pomyślunku to na podłogowym wybrzuszeniu kryjącym przewód jakiś, klientka w srebrnym wieku potknęła się i rymnęła. Męska obsługa ją podnosiła i wreszcie zrozumieli, że trzeba to zasłonić aby nie było powtórki z wywrotności.

Gołębie też bywają natrętne, potrafią siedzieć na zewnętrznym parapecie i jękliwym głosem nadawać niewiadomoco. W dodatku od wczesnego rana no i zostawiają pamiątki, czyli obsrywają parapet a czasem, w ramach dowcipu (ha, ha, ha) nawet szybę polatując sobie.

Autor fbowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” opisał te stworzenia:

GOŁĄB  pawik lub inny ozdobny = gołąb nieślubny

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Zapraszacie do domu dziewczynę albo chłopaka. Jest nastrojowo, czyli ciemno, bo oszczędzacie na prądzie. Ofiara, tzn. gość siada na kanapie i częstuje się orzeszkami. Dobry wybór one mogą leżeć dłużej niż chipsy czy kanapki z masłem i pomidorem.

Chłopak albo dziewczyna obraca się powoli, zerka przez lewe ramię i… Staje oko w oko z gołębiem. I to jest element konwersacyjny, a nie papuga, piesek czy kotek. Macie gołębia – zwierzątko domowe. Szok, niedowierzanie, miliony pytań, a wszystkie zadawane w głowie głosem Bogusława Wołoszańskiego.

No i wtedy wchodzicie wy cali na biało, ale tylko troszeczkę, bo zdążyliście założyć coś, w czym wam będzie wygodnie. I zaczynacie opowiadać, że gołąb domowy to nawet lepszy jest od papugi, ja wolę. Przede wszystkim gołąb ma dziób miękki, wręcz delikatny i nawet jak dziobnie, to jakby Jezusek bosą stópkę odcisnął na czole. Po drugie nie dziobnie, bo jest miękka faja i woli ucieczkę niż atak. Po trzecie gołębie w naturze siedzą na skałach, a nie na gałęziach więc wolą powierzchnie płaskie i nie będą na was s*ać z żyrandola, a to zawsze fajnie.

Poza tym gołębie są głupie. To zaleta i wie o tym każdy rodzic z dzieckiem, które zadaje inteligentne pytania. Gołębiowi można kupić pluszowego ptaka i będzie zadowolony, że nowy partner taki miękki i mało gada. Poza tym jeżeli chcecie wyjść na ekscentryków to możecie mu kupić szelkomajtki z kieszonką na kupę. Wtedy nawet poza klatką będzie czysto, a i nikt wam gitary nie będzie zawracał. Nie wyobrażam sobie zaczepiać gościa, który chodzi po mieście z gołębiem w pampersie.

Powód, dla którego w ogóle poruszam ten temat to zaproszenie, które dostałem kilka dni temu. Na kartoniku wielkości średniej pocztówki, którą ktoś przypadkiem upuścił do garnka z brokatem, napisano: „Ślub Tomka i Joli”. Imiona są oczywiście zmienione (pozdrawiam Adama i Kasię). To zaproszenie sprowokowało moją partnerką, a naszą ilustratorkę do opisania mi historii gołąbków ślubnych. W pierwszej chwili zareagowałem entuzjazmem, bo dawno już nie jadłem tej pysznej paćki z ryżu i mielonki zawiniętej w rozmiękłe liście kapusty.

Niestety, okazało się, że chodzi o ptaki. Wiecie, o te dwa białe dranie, które czasami wypuszcza się z okazji zawarcia transakcji wiązanej. Godzina w urzędzie za całe życie kotletów schabowych i nieprzebrane ilości odkręconych słoików z dżemem albo ogórkami (role, choć kulturowo przypisane mogą być zamienne – nikt tego nie sprawdza, poza teściami).

No więc wbrew temu co obiecują hodowcy, te gołębie często do gołębników nie wracają. Ani na noc, ani wcale. Zamiast tego, błąkają się same po wrogim świecie albo jeszcze gorzej pod Stokrotką w Olsztynie i czekają, aż osłabione od chorób rozdziobią je wrony. Taki los spotkał wczoraj jednego pierzastego drania w moim mieście.

Też mnie to zdziwiło. To znaczy nie zachowanie wron siwych, bo to w końcu ptaki. Wygląda jednak na to, że ktoś nas tutaj robił w bambuko i to nawet w komediach romantycznych. Jak mogłaś Julio Roberts?

Historia tego konkretnego gołębia z Olsztyna skończyła się dobrze. Ktoś z fundacji Albatros odłowił go gołymi rękami. Tylko że takich gołębi, które ślub poniewiera, nawet bardziej niż ludzi jest wiele. Pytacie, co można z tym zrobić? Po pierwsze można ich nie wypuszczać, to już jest sporo. Jeżeli jednak do kogoś przemawia pierwsza część wpisu, to może gołębia adoptować. Na przykład tego białego z dzisiejszej historii. Zdjęcie znajdziecie w pierwszym komentarzu na fb. Tam też jest link z kontaktem do fundacji Albatros.

Poranny domofon, a raczej rozmowa za pomocą tego urządzenia bardzo Annę zaskoczyła. Dzwoniła listonoszka zgłaszając, że wkładając kopertę do skrzynki niechcący ją rozdarła. Przepraszała i przepraszała. Po polsku bez akcentu. Rzadko się zdarza takie pozytywne zachowanie. Zawartości (kartom ATC) nic się nie stało, bo nadawczyni owinęła je w celofanowe woreczki.

Upalne miasto 113

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************

Dyżur biblioteczny w Centrum Seniora w ostatnią środę lipca przebiegł interesująco. Najpierw Anna zobaczyła, na biurku w pokoju gdzie wydają karty seniora, numer drugi nowego wrocławskiego pisma dla seniorów „Życie w pełni” na który czekała, bo zawiera dwa jej teksty:  felieton o bibliotece  w CS oraz recenzję książki o Hannie i Antonim Gucwińskich, wieloletnich zarządzających wrocławskim Ogrodem Zoologicznym.

Wzięła kilka egzemplarzy, aby wręczyć swoim znajomym  a dwóm nawet wysłać pocztą.

Potem przyszła do CS znajoma seniorki, aby coś załatwić, bo intensywnie działa na swoim osiedlu. Prowadzi tam Klub Seniora i jest w Radzie Osiedla. Porozmawiały trochę, Anna pochwaliła się publikacjami wręczając pismo.

Następna rozmówczyni pochwaliła się, że chętnie chodzi na spotkania z twórczymi osobami – autorskie i filmowe a także należy do Dyskusyjnego Klubu Książki. Opowiadała o tym dużo i chętnie. Widać było, że kontakt z twórcami bardzo ją cieszy. Także została poinformowana o tekstach.

Trzecia nosi takie samo imię a w dodatku mieszka na osiedlu Jagodno gdzie w październiku 2023 roku do trzeciej w nocy stali ludzie w kolejce, aby głosować w wyborach. A miejscowa pizzeria częstowała ich swoimi wyrobami.

Pokazała zdjęcia zabudowań na których widać, że domy są najwyżej czteropiętrowe, dużo zieleni a klatki schodowe często sprzątane.

Najlepszym punktem tej rozmowy były zdjęcia kotki tricolorki (biało – czarno – rudej). Wychodzi ze swoją panią poza mieszkaniem będąc na smyczy,  bo poprzednio mieszkała w domu z ogrodem i jest przyzwyczajona do wolności. Z trudem się aklimatyzowała w nowym miejscu.

A propos książek i czytania Wojciech Młynarski napisał wiersz:

„Drogi Rodaku z kolczykiem w uchu,

Z łańcuchem dokoła szyjki,

Niech Ci choć trochę pójdzie do słuchu

Treść mojej historyjki.

Bo przyznać musisz, słodki łobuzie

Z gadżetów pełną chatą,

Że ładne wszystko masz – oprócz buzi!

Buzię masz ryjowatą…

Jak ją odmienić – zachodzisz w głowę,

Tę twarz, co w lustrze skrzeczy,

A ja wyjaśnić chcę w paru słowach

Przyczynę stanu rzeczy:

Jeśli za mało książek znasz

– to Ci wychodzi na twarz.

Gdy nie wiesz, kim był J. S. Bach – to spłaszcza Ci czółka dach.

Nieznany Ci Edypa los

– to deformuje Ci nos.

Gdy nie wiesz, co to savoir – vivre

– żuchwę masz grubą, aż dziw!

Owe przykłady można by mnożyć,

Proszę szanownych Pań, Panów

I całkiem długą listę utworzyć

Zdeformowanych organów.

Niech więc Rodakom sprawa ma służy,

Tu się nie trzeba lenić:

Znam dwóch chirurgów plastycznych, którzy

Mogą ten stan odmienić!

Dwójka chirurgów jest w stanie

Zmienić Wam twarz, bez wątpienia:

Myślenie i Oczytanie…

I tak przez trzy pokolenia!”.

A Stanisław Lem:

„Książką można czytelnikowi głowę, owszem przemeblować o tyle,

 o ile jakieś meble już w niej przed lekturą stały.”

Stanisław Lem, Doskonała próżnia. Wielkość urojona

Z czterdziestoletniego doświadczenia bibliotekarki wynika, że przeważnie tych mebli brak lub są stare, brudne i koślawe.

Pierwszego sierpnia Anna poszła najpierw na pocztę nadać 3 listy priorytetowe, gdy usiadła przy stoliku, aby wysłać sms-y z tą informacją ugryzł ją w przedramię jakiś owad. I nie był to komar tylko większy okaz. Poczuła ukłucie więc odruchowo go pacnęła aż z wrażenia padł martwy na podłogę.

– Spoufalania się nie lubię – stwierdziła. No i ma kolejne napuchnięte i obłędnie swędzące miejsce.

W tramwaju przy wysiadaniu stwierdziła, że nie może oderwać sandała od podłogi. Nie był to ten owad tylko nadepnięta wcześniej guma do żucia. Bo ktoś sobie ją wyrzucił na ulice. Ot, tak. Bo lubi.

Poszła, zdegustowana dwukrotnie, na spacer z przewodnikiem z cyklu „Filmowy Wrocław”. Oprowadzanie jest bezpłatne a to z okazji siedemdziesiątej rocznicy działania wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych.

Z profilu „Filmowy Wrocław”:

W roku Marka Hłaski zapraszamy w letnie czwartki na spacery literacko-filmowe „Tu nie wywczas, tu film”. Ich tytuł nie jest przypadkowy. Nawiązuje do anegdoty związanej z Markiem Hłaską, który podczas realizacji filmu „Baza ludzi umarłych” zjawił się we Wrocławiu, zachęcony słowami kierownika planu Henryka Szlacheta: „Panie Hłaskower, pan przyjedzie. Tu wywczas, tu nie film”. Hłasko od razu włączył się w życie towarzyskie ekipy filmowej, świętując do bladego świtu. Gdy filmowcy wyjeżdżali rano na zdjęcia, Henryk Szlachet poszedł obudzić Marka Hłaskę słowami: „Panie Hłaskower, pan wstaje, tu nie wywczas, tu film!”.

Każdy ze spacerów rozpoczniemy od zwiedzenia wystawy tematycznej w Muzeum Teatru im. Henryka Tomaszewskiego, którą przygotowano z okazji 70-lecia Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu i opowieści o wielobarwnej historii wrocławskiej WFF. Następnie zobaczymy plenery filmów, które powstały na kanwie utworów literackich, w tym Marka Hłaski, Leopolda Tyrmanda, Bolesława Prusa, Janusza Korczaka, Jerzego Andrzejewskiego czy Gerharta Hauptmanna.

W Muzeum Teatru jest nieduża wystawa rekwizytów wypożyczonych z WFF, a na niej parę kostiumów filmowych (m. in. suknia Beaty Tyszkiewicz z „Lalki”; szata Cybulskiego z „Rękopis znaleziony w Saragossie”), duży reflektor, kamera, stół montażowy, popiersie Zbigniewa Cybulskiego.

Przedstawiono chronologicznie dzieje WFF za pomocą tytułów i fotosów filmów powstałych w kolejnych latach.

Grupa wyszła z muzeum trochę po godz. 17 i usłyszała hymn. A wcześniej bicie dzwonów i syreny uczciły rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Poszli potem w parę miejsc gdzie albo wiszą okolicznościowe tablice (okazuje się, że parę takich tablic, przy odnawianiu budynków, zniknęło na zawsze, koszt jednej to pięć tysięcy złotych a władze miasta nic nie zrobiły, aby je odzyskać) albo w tym miejscu nakręcano sceny do konkretnego filmu lub  serialu.  Dowiedziała się też, że scen hotelowych wcale nie nakręcano w hotelu Monopol tylko w hali wytwórni. W szklaneczkach podpalano benzynę a nie spirytus. Musiało bosko pachnieć, bo pewnie scenę powtarzano kilkakrotnie.

Udekorowana światłami uliczka i wejście do Teatru Kameralnego grało w serialu „Strachy” według książki Marii Ukniewskiej z Izabellą Trojanowską w głównej roli.

Scena kwesty w kościele z „Lalki” toczy się nie w Warszawie a w jednej z wrocławskich świątyń.

Sytuacji w banku z filmu „80 milionów” nie nagrywano  w działającym oddziale a w budynku dawnego Banku Rzeszy, który w czasie realizacji już przestał być Bankiem WBK.

Przed dawnym barem „Barbara” a teraz siedzibą Wrocławskiego Instytutu Kultury jest figurka krasnala Vincenta przed sztalugą z blejtramem, a to na cześć Vincenta van Gogha o którym powstał animowany film „Mój Vincent”.

Kieślowski kręcił swój film „Personel”  w Operze Wrocławskiej. I tak dalej itd.

Upalne miasto 112

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************************

Upały nadal wrocławianom w kość dawały. A seniorce w dodatku obłędnie swędzące wypryski jakie pojawiły się na ramieniu, przedramieniu i dekolcie po powrocie z weekendu. Nie zauważyła, żeby ją coś pogryzło a tu taka niemiła siurpryza. Stosuje więc aerosol na komary, który łagodzi skutki ugryzienia. Ale i tak dwa miejsca musi zalepiać plasterkiem, aby odruchowo, z furią, nie podrapać wyprysku.

Anna postanowiła uciec od żaru do kina. Wybrała z pliku ulotek jedną, sprawdziła godziny seansów i zadowolona z siebie i tego planu najpierw przełożyła wizytę w banku, aby zdążyć na film. Sprawę szybko załatwiła, więc jechać do galerii handlowej postanowiła. Co wykonała. Dawno akurat w tej nie była więc zaplanowała obejście wszystkich poziomów. Nie oparła się wstąpieniu do sklepiku z herbatami, akurat bez klientów. Przeglądała ofertę na półkach aż ekspedientka zapytała czego poszukuje. Metalowego czajniczka z sitkiem do zaparzania. Wie, że najlepsze są ceramiczne ale nie wytrzymują podgrzewania esencji. Owszem były ale tak ciężkie, że rękę urywa.

Młoda ekspedientka zainteresowała się niebanalnym wyglądem seniorki. Czyli koszykiem zrobionym z pasków kolorowych gazet poklejonych taśmą przeźroczystą z kocimi naklejkami. Bluzką bawełnianą powstałą z męskiego białego podkoszulka  z pociętym na frędzle dołem i kolorowymi maziajami zrobionymi rozcieńczonym tuszem kreślarskim. Ma ona wycięty i obszyty koronką dekolt. Na szyi, jak zawsze, Anna zawiesiła naszyjnik „zamotkę” a na przegubie zamotkową bransoletkę.

Ekspedientka stwierdziła, że sama lubi prostotę w ubraniu ale docenia oryginalność u innych.

Anna zauważyła puszkę z motywem czarnych kotów i im się nie oparła. Zapytała o promocyjne ceny i okazało się, że owszem są takie a jedna z herbat jest nawet z konopiami. I tu dziewczę opowiedziało jak to, kiedyś, na promocji zaparzyła sobie taką tylko konopiową i ta bardzo ją rozluźniła. Nawet za bardzo. Akurat tej nie było w ofercie. Buuuu.

Z wizją relaksu niesłychanego seniorka pojechała do kina. A tam niespodziewanka, bo kasjerka ze sprężynką w nosie i pryszczami na czole poinformowała, że wybranego filmu nie grają tylko festiwalowe. A przecież festiwal to inne kino. W dodatku bilety droższe a pryszczata nie potrafiła powiedzieć kto gra w filmie na najbliższym seansie..

– Nie lubię stawiania pod ścianą – pomyślała Anna i zrezygnowała.

W piątek za to zafundowała sobie (za 20 złotych) pobyt w Ogrodzie Botanicznym. Wcześniej kupiła butelkę wody i „Tygodnik Powszechny”, aby przeczytać rozmowę Hanny Krall i Adama Bonieckiego polecaną przez Mariusza Szczygła.

Odwiedzających było sporo ale nie na tyle, aby się potrącali na ścieżkach. Można było nawet znaleźć ławkę w zacienionym miejscu. Seniorka spacerując robiła zdjęcia nie tylko kwiatkom. Przeszła pierwsza część, przysiadła przy stoliku, napiła się wody i zagłębiła w prasie. Odsapnęła i poszła dalej. Zauważyła, że tam gdzie kiedyś stał kiosk – bar jest teraz plac zabaw dla małych dzieci. A duży bar jest w zupełnie innej części ogrodu, w budynku ze stolikami wewnątrz i na zewnątrz.

Sfotografowała więc m.in. indiańskiego banana, derenia, iglaka małego, który czubek swój wygiął śmiało, sylwetkę małego wędkarza, pomnik pewnego uczonego, metalowe koło i pszczółkę, biedronkę na dalii, drzewo, które postanowiło nie rosnąć prosto i się wygło, dzielżana jesiennego itd.

Rośliny opisanej na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” na szczęście w tym ogrodzie nie ma. A może jest?

GYMPIE – GYMPIE = Krzywdzizielka

Kiedy Polak wpadnie w pokrzywy, to jest po prostu kwestia biologiczna, naturalna, poparzenie jak poparzenie. A dla Australijczyka? Dla Australijczyka to tragedia, to dramatyczne doświadczenie, to metafizyka i spotkanie z najwyższym. I to całkiem dosłownie, bo podobno dotknięcie gympie-gympie może wyzwolić myśli ostateczne. Ból, który mu towarzyszy jest porównywalny z byciem porażonym prądem i podpalonym w tym samym czasie. Albo do oglądania rozgrywek Ekstraklasy i ja wiem, że się powtarzam, ale widzieliście mecz rozpoczynający ten sezon? A Wy, jakie macie chore zainteresowania?

No tak, czytanie o głupich zwierzętach i roślinach też. Wracajmy w takim razie w pokrzywy. Gympie-gympie dorasta do rozmiarów krzewu lub małego drzewa, a jej liście przypominają ząbkowane na krawędziach serca o średnicy mniej więcej 20 centymetrów. Zarówno liście, jak i cała roślina z wyjątkiem korzeni pokryte są tysiącami cieniutkich włosków, które z łatwością przebijają skórę oraz ubrania i uwalniają neurotoksynę.

Moroidyna, bo tak nazywa się to paskudztwo, powoduje straszliwy ból, ale nie uszkadza żadnych organów witalnych. Wiecie dlaczego? Bo gympie-gympie chce, żeby jej ofiary cierpiały. Czerpie z tego satysfakcję i przyjemność jak dentyści, nauczyciele matematyki i najgorsi ze wszystkich – polscy artyści kabaretowi. Pierwsze godziny to ból paraliżujący, potem kilka tygodni bólu straszliwego, a na koniec co parę lat dolegliwości mogą powracać w dowolnym momencie jak koszmary o tym, że człowiek przyszedł goły do szkoły.

Gympie-gympie potrafi razić nawet na odległość i w czasie. Od samego stania obok drzewa można dostać podrażnień skóry i dróg oddechowych. Liście unoszone wiatrem ranią jak ulotki o promocji na piwo dwa w cenie jednego, która trwała tylko do wczoraj. No i nawet stuletnie zasuszone listki mogą człowieka poparzyć jeżeli coś mu odbije, weźmie zielnik i zacznie uczyć się botaniki.

Igiełki gympie-gympie, są prawie niemożliwe do usunięcia metodami konwencjonalnymi. Dlatego ratownicy w Australii używają podczas pracy z rośliną masek i rękawic spawalniczych. Wożą też zestawy do depilacji gorącym woskiem, bo to jedyna metoda, która daje przynajmniej częściowe wytchnienie ofiarom poparzeń.

Aborygeni używają gympie-gympie do leczenia reumatyzmu, a przerośnięte szypułki owoców podobnych do morwy, są nawet jadalne. Natywne gatunki ptaków, torbaczy oraz owadów potrafią zresztą zjeść każdy element gympie-gympie, ale już dla psów lub koni roślina jest tak samo niebezpieczna jak dla nas. Pomimo tych wszystkich diabelskich supermocy gympie-gympie i tak jest w Australii gatunkiem zagrożonym. Trochę strach pytać przez co, ale odpowiedź to pewnie jak zwykle – człowiek.

W Europie gympie-gympie można obejrzeć na żywo w ogrodzie zamku Alnwick. Właścicielką zamku jest księżna Jane Percy, która została szlachcianką kiedy niespodziewany koniec spotkał brata jej męża. Żeby uczcić, to znaczy upamiętnić ten fakt, założyła ogród z najbardziej niebezpiecznymi roślinami świata. No w ogóle niepodejrzane. Co prawda szwagier wpadł pod autobus, ale niesmak pozostał. Jeżeli ktoś nadal czuje się zaniepokojony, to księżna Percy uspokaja, że założyła ogród, żeby zainteresować nim dzieci.

Popisy dostawcy mediów trwają nadal. Tym razem domagają się wpłaty choć Anna zleciła bankowi, aby co miesiąc przelewał na ich konto określoną w umowie kwotę.

– Ja sobie chyba spokojnie zwariuję i za nic, nawet za opłaty, nie będę odpowiadać, bo nie mam już cierpliwości do tej zwariowanej rzeczywistości oraz ludzkiej bezmyślności – postanowiła Anna.

Jakby dla wyrównania doświadczeń w gabinecie masażu minęła się z wychodzącą pacjentką, która ją poznała i przypomniała, że wystawiała w, prowadzonej przez Annę bibliotece, swoje obrazy. W dodatku skomplementowała seniorkę, że świetnie wygląda. Zaskoczona Anna nie zdążyła odpowiedzieć, jak zwykle, że to dobry charakter tak pozytywnie wpływa na jej wygląd. Tak pół żartem, pół serio.

Anna Borcz jest z wykształcenia polonistką i absolwentką ASP https://aborcz.eu/pl/

Upalne miasto 111

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************

Lipiec kontynuował przypalanie wszystkiego ale Anna poczuła, że powinna ruszyć się z domu w celu kulturalnym.

– Co tu by wybrać z bogatej letniej oferty? Zwiedzanie miasta wspominając PRL? Niekoniecznie, zbyt dobrze go poznałam. A może rejs po rzece? Jakoś mnie nie ciągnie w wodną stronę. Może do Muzeum Teatru na wystawę o Wrocławskiej Wytwórni Filmowej. Chętnie ale innym razem. A może zobaczyć plac Nowy Targ z zielonymi  nasadzeniami, którymi się tak chwalą władze miasta. Przedtem zrobiwszy tam totalną betonozę i stawiając niby ławki w formie katafalków. Czy projektantowi wtedy w głowie dudniło „memento mori” na skutek brania jakichś leków lub ich odstawienia? Ale ktoś to zaakceptował. I dlaczego? Była taka jedna piosenka w filmie „Kabaret” odpowiadająca na to pytanie.

Zastanawiała się też nad Wzgórzem Partyzantów zwanym elegancko Bastionem Sakwowym. Bo podobno pięknie odnowionym. Ale czy trzeba tam mieć przy sobie sakiewkę pełną dukatów?

Stanęło na filmie „Do usług szanownej pani”.

Ostatnio w mieście tramwaje pozmieniały swoje trasy, więc seniorka postanowiła jechać autobusem pospiesznym. 

„Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech diabła”. I tak było tym razem. Nie przyjechał. A więc tramwaj, ten który szybko podjechał podejrzewała o skręt w prawo a że woli kierunek na wprost po trzech przystankach wysiadła. I na rozkładzie okazało się, że źle zrobiła, bo, jej na złość, nie skręcał. Na następny musiała poczekać a czas płynął. Dojechała, weszła do budynku i zapytała czy zdąży na wybrany seans. Okazało się, że owszem, bo idą reklamy. Zdziwiła się, ostatnio jak tam była nie katowano widzów długimi komercyjnymi ogłoszeniami.

– Wszystko schodzi na parchate psy – pomyślała. Ale też uważam, że zwierzęta umierają lub odchodzą a nie zdychają jak upiera się prof. Bralczyk.

Pomysł na ten film jest dość prosty: Anglik Andrew Blake (John Malkovitch) po śmierci żony jest załamany i postanawia pojechać do  Francji w miejsce gdzie spędził z nią najpiękniejsze chwile. Wynająć tam pokój i powspominać. Komedia pomyłek zaczyna się od zderzenia z kucharką Odile, która bierze go za lokaja i umieszcza go w obskurnym pokoiku. Wielki dom i majątek nie jest, po śmierci właściciela, w najlepszym stanie, wdowa Nathalie (Fanny Ardant) sobie nie radzi i czeka ją przymusowa sprzedaż dworu.

Andrew bardzo chce tam pozostać i godzi się na rolę lokaja o której nie ma pojęcia. Ale dla chcącego to nic trudnego. No, w każdym razie jakoś daje radę. Odile pysznie gotuje głównie dla swojego grubego rasowego kota imieniem Mefisto.

Pokojówka ma problemy osobiste, zarządca majątku jest nieobytym dzikusem budującym wypasione domki dla jeży.

Andrew jest siłą spokoju oraz pomocą  w drobnych i większych sprawach. A to naprawi wideofon, a to zemści się na fałszywej przyjaciółce Nathalie, a to namówi pokojówkę na sensowne działanie, a to podszkoli dzikusa z zachowania przy stole i konwersacji z kobietą. Poświęca się do tego stopnia, że ją, kobietę, udaje przebrany w blond perukę i z umalowanymi ustami. Wygląda okropnie. W ramach pomocy nawet strzela do agentów nieruchomości.

W dodatku kot Mefisto okazuje się Miećką i rozmnaża na strychu.

No, pomyślcie co może jeden załamany Anglik. A ci nie załamani? Strach pomyśleć. Wynajdą ponownie proch, druk, maszynę parową i podróże międzygalaktyczne kolonizując wszystko, co się da, po drodze.

Dość to zabawna komedia akurat na letnie upały.

– Dobrze, że wzięłam letni żakiet, bo pamiętałam, że klimatyzacja potrafi trochę zmrozić – pomyślała Anna zakładając go w trakcie seansu.

Za to na weekend pojechała ze znajomymi na wieś w lubuskie. Założycielka Stowarzyszenia SOWA (Stow. Osób Wielostronnie Aktywnych) organizuje na tamtym terenie atrakcje dla stałych mieszkańców i przybyszów mających tam domy letniskowe.

Tym razem seniorka miała poprowadzić zajęcia wykonywania wyklejanek i kolaży w różnych rozmiarach, także jako zakładek do książek, aby nie zaginać w nich rogów kartek, bo to Annę, jako bibliotekarkę, bardzo boli.

Spotkanie wyznaczono na godz. 17-tą i przybyły tylko dwie panie. Jedna z nich przyniosła poczęstunek w postaci galaretki z bitą śmietaną, na wierzchu z borówką, jeżyną i mięta. Deser był w niedużych szklaneczkach po owocowych jogurtach. Ten  miły gest wszystkich zachwycił!

Obie panie oraz szefowa SOW-y zrobiły i zakładki, i kolaże rozmawiając o miejscowych ludziach i ludziskach oraz ich przedziwnych zachowaniach.

Poza tym Anna, w czasie pobytu zajmowała się polowaniem na motyle, które pożywiały się budleją. Łowy odbywały się aparatem fotograficznym i nie było to łatwe, bo słońce przeraźliwie świeciło w twarz, owady były ruchliwe albo miały złożone skrzydełka będąc wtedy mało śliczne lub gałązki  się chwiały, było też wszystko to razem. ”Co się namęczem, co się natrudziłem, co się kołnierzyka nabrudziłem”.

W trakcie pobytu przeczytała też książkę Richarda Osmana „Czwartkowy Klub Zbrodni”. Jest to kryminał ale nietypowy, bo bohaterami jest grupka niestereotypowych seniorów mieszkających na tym samym osiedlu, blisko starego klasztoru sprzedanego przez Kościół i zaadaptowanego dla wiekowych mieszkańców.

 „Obecnie mieszka w nim około trzystu emerytów. Nie można się tu wprowadzić przed ukończeniem sześćdziesiątego piątego roku życia, a furgonetki dostawcze z Waitrose za każdym razem, gdy przejeżdżają przez kratę  dla bydła na drodze, pobrzękują zarówno butelkami wina, jak i fiolkami leków”. Tak, nie jest to miejsce dla ubogich seniorów.

Przywódczynią grupy jest Elisabeth była pracownica brytyjskiego wywiadu. Poza nią w skład wchodzi Ibrahim, który był psychiatrą, Ron działacz związkowy i Joyce pielęgniarka a miejscami narratorka. Ich hobby jest wgłębianie się w stare nierozwiązane sprawy kryminalne, które dostarczała była policjantka Penny.

Cwany właściciel tego osiedla chce zarobić jeszcze więcej i zbudować następne i w tym celu zamierza przenieść groby przyklasztornego cmentarza. Najpierw wyrolowuje swojego wspólnika a potem obaj zostają zabici.

Elisabeth zachwycona, że nie musi się grzebać w starociach wykorzystuje całe swoje szpiegowskie doświadczenie i znajomości, aby rozwiązać sprawę. Jest też policyjna para, były bokser, handlarze narkotyków, bardzo zdolny Polak Bogdan i przeszłość, która się powoli odsłania.  Jest tam też trochę poczucia humoru. Całkiem udana powieść udowadniająca, że seniorzy potrafią myśleć, kojarzyć i działać. Jeśli tylko chcą i nie tracą czasu na narzekanie.

Upalne miasto 110

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************

Dziesiątego dnia lipca pogoda postanowiła dać nam popalić i ciała przypalić oraz zadusić. A co będzie sobie żałować.

Anna wstała niechętnie, z ociąganiem i ziewaniem. W tempie starego ślimaka udała się do łazienki w celu ablucji i zaszczycenia muszli swoją mniej szlachetną częścią ciała.. Następnie powolutku zrobiła sobie herbatę i ukroiła plaster ciasta drożdżowego kupnego.

Na fejsbukowy profil „ATC i inne drobnostki” wkleiła karty kolażowe a na „ARTJournal” kolejne 2 kartki ze swojego  małego albumu.

I poczuła się bardzo zmęczona. A w planie miała jeszcze odebranie z poczty dwóch listów poleconych i pojechanie na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora. Wyszła z mieszkania (tak, ubrana), przekręciła klucz w zamku, zeszła pół piętra i uświadomiła sobie, że nie ma na nosie okularów. Zostawiła na schodach dwie torby i śmieci, weszła na górę i spiesząc się potknęła i padła jak zabita tłukąc sobie prawe kolano. Szybko posmarowała uderzone miejsce końską maścią i dzielnie wyruszyła przed siebie realizować cele i zamiary. Na poczcie nie było kolejki za to urzędniczka długo szukała jednego z listów. W końcu udało się!

W trakcie dyżuru napawała się otrzymanymi kartami ATC i przydasiami popijając zabraną z domu wodę.

W tramwaju siedziała przed nią starszawa elegantka, z kolczykami w kształcie dużych kół w uszach, neonowo różowymi szponami, rzęsami typu walne spotkanie kilku stonóg na jednym oku oraz z krogulczym nosem. Tatuażu nie zauważyła ale podejrzewa jakiś okropny.

A gdyby tak zastosowała terapię pokrzywową to jakby wyglądała? Tak opisuje tę złośliwą roślinę autor profilu ”Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

POKRZYWA zwyczajna = kujochwast

Z pokrzywami jest ciekawa sprawa. Kiedyś mógłbym przysiąc, że to najwięksi wrogowie ludzkości, zaraz po makaronie z owocami i ciepłych rajstopkach koloru musztardy, w które wtłaczała mnie mama zimą, żebym jeszcze w przedszkolu oswoił się z uczuciem wstydu i swędzącymi łydkami. Dzisiaj pokrzywa budzi nostalgię, cieple rajstopki brzmią całkiem nieźle i tylko makaronowi z owocami nadal serdeczny kij w kolanko.

Pokrzywa zwyczajna jest tylko z nazwy, bo jak można przejść do porządku dziennego z nawet półtorametrowym chwastem, który wyrasta złośliwie wszędzie tam, gdzie człowiekowi piłka wpadnie? Albo kiedy się wywali rowerem na zakręcie lub próbuje dojść do strumyka łapać żaby? Nagle jak spod ziemi, która, nawiasem mówiąc, musi być dość żyzna i wilgotna wyrastają kanciaste, sztywne łodygi porośnięte ząbkowanymi liśćmi. Te liście z pozoru i z wierzchu także wydają się dosyć niegroźne. Gorzej jeżeli człowiek zajrzy im na spodnią stronę, albo nie daj borze zielony, przejedzie po niej lub po łodydze wierzchem gołej dłoni

Wtedy do gry wkraczają tysiące małych włosków, które wypełnia płyn zawierający między innymi kwas mrówkowy. Pokrzywa jest rośliną hojną, dlatego chętnie dzieli się włoskowym ukropem i wywołuje w pięcioletnim piłkarzu traumę. Co cię nie zabije, to da ci odszkodowanie jak to mawiają kiedy bhp nie patrzy, dlatego jeżeli ktoś przeżył kąpiel w pokrzywach, to wracał silniejszy. Z bąblami, ale jednak. Ze mnie na przykład ten kłujochwast zrobił rycerza. Mówię serio, to właśnie ona, pokrzywa zwyczajna, a nie kreskówki czy pisany Camelot sprawiła, że z patykiem, to znaczy z mieczem w dłoni i okrzykiem na ustach ruszałem walczyć z największym wrogiem. Gińcie pokrzywy! Krzyczałem ja i krzyczały dzieci w całym, nieznającym jeszcze Internetu i Pokemonów kraju.

No dobrze, ale jak właściwie te włoski działają? No więc „żądła” pokrzywy to bardzo cienkie i puste w środku krzemowe rurki zbudowane jak pipeta z kwasem. Włoski są bardzo wytrzymałe i

rzadko się łamią. Z drugiej strony, na końcu są bardzo ostre i delikatne. Najlżejszy dotyk rozcina ludzką skórę, kruszy czubek pipety, a zginający się włosek wtłacza płyn prosto w ranę. Wiem, że ożywiłem właśnie parę ciepłych wspomnień. Nie ma za co.

Nie zawsze i nie dla każdego pokrzywa była jednak najgorszym wrogiem. Od setek jeżeli nie tysięcy lat używano jej do wyrobu lin, sznurów i tkanin. Okłady z pokrzywy leczyły wrzody oraz rany, a biczowanie się parzącymi wiechciami podobno leczy nawet reumatyzm.

Dzisiaj mało kto chłosta się pokrzywą po pupie, a przynajmniej nie w mojej internetowej bańce, która pełna jest słów „super food” odmienianych przez wszystkie przypadki. Pokrzywa jest bowiem kolejnym odkryciem przemysłu farmaceutycznego i kulinarnego także. Jest bogata w wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, witaminy A, C oraz K, a także chlorofil. Można kupić ją w sklepie w formie poręcznego suszu albo samemu zrobić napar ze świeżych liści. Taka mikstura doskonale podobno wpływa na poziom cukru, ilość hemoglobiny, przemianę materii i wywala z organizmu toksyny.

Poza tym liście pokrzyw można dodawać do sałatek, a nawet robić placki oraz tartę. Nie sprawdzałem tego osobiście, ale jak znam życie, to może być również afrodyzjakiem, jak właściwie wszystko jeżeli człowiek jest wystarczająco odważny.

Ale jak być odważnym jeśli między drugą a trzecią w nocy dzieje się coś dziwnego. Na przykład wleci nietoperz i nie chce opuścić pokoju tylko kołuje pod sufitem, przeganiany siada na regale, znowu kołuje, chowa się za regałem z książkami i drapie w jego ścianę, przeganiany znowu kołuje – i tak przez godzinę. W końcu się poddaje i siada na oparciu fotela skąd można go łagodnie zebrać przez szmatkę i wypuścić za okno.

A teraz z 1 na 13 lipca o tej porze obudziły i przestraszyły Annę trzy stuknięcia, zapaliła lampkę, siadła na tapczanie aż tu nagle włączył się telewizor. Cuda, panie, cuda. Zaraz go wyłączyła. Wzięła książkę i przeczytała parę stron dla uspokojenia.

– To jakiś znak – pomyślała seniorka. Ale czego?

W ramach  odgłupiania się, spowodowanego upałem, Anna wyciągnęła woreczek z różnymi pojedynczymi koralami i koralikami, aby nanizać je na, specjalnie nabyte, sznurki. Tworząc nową jakość, mało przypominającą chińską taniochę.

Poświęciła na to dwa popołudnia, bo nie ma  wprawy, a że chciała stworzyć coś niemonotonnego, to myliła się w kolejności umieszczania różnych koralików w ustalonej kolejności.

– Jak zwykle utrudniam sobie życie – pomyślała ocierając pot płynący strugami z całej głowy.

W środę znowu pojechała do Centrum Seniora na dyżur biblioteczny i z przyjemnością stwierdziła, że pochłodniało na tyle, aby dało się oddychać. Jednak w pomieszczeniach nadal panowała duchota.

Po dyżurze była umówiona na rozmowę w Radiu Rodzina. Nie, nie chodziło o pracę tylko o wywiad. Dużo wcześniej pracownica Centrum Seniora namówiła ją na to spotkanie. Rozgłośnia mieści się na Ostrowie Tumskim, więc blisko Centrum Seniora – tylko dwa przystanki tramwajem oraz krótki spacer. Akurat musiał się rozpadać deszcz, na szczęście nie była to ulewa.

Udało się jej nie zabłądzić w budynku dzięki wskazówkom dziennikarza i oszczędzić wysiłku dzięki windzie.

Przed nagraniem (nie była to audycja na żywo) porozmawiali (dziennikarz i Anna) o jej aktywnościach. Zaproponowała, aby zastosować chronologię, czyli najpierw o imprezie dress-party (zwanej teraz wymianką) jaką wymyśliła i zaczęła organizować w 1982 roku po powrocie z internowania. O tym co ją zainspirowało i że organizowała ją ponad 30 lat w różnych miejscach – prywatnych mieszkaniach i klubach.

Następna działanie to wyklejanki i kolaże jakie zaczęła robić po przeczytaniu biografii  „Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej” zainspirowana pracami poetki przedstawionymi w książce. Ujęło ją poczucie humoru.

Także blog o nazwie „kot na gałęzi”, który powstał jako kontynuacja wieloletniej korespondencji analogowej z różnymi osobami.

Wspomniała też o swoich dwu książkach „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne” i „Do serca przytul kota”.

Tuż przed przejściem na emeryturę zaplanowała napisanie powieści w której zabije wszystkich swoich wrogów. Okazało się, że nie potrafi napisać powieści i tak powstało dwadzieścia opowiadań. Wydała je na własny koszt w drukarni blisko domu. Koty w opowiadaniach grają ważną rolę nie tylko są kiziu – miziu.

Gdy wspomniała o tym co planuje napisać jedna z koleżanek w dyrekcji powiedziała: pisz po nazwiskach! Anna odrzekła:

– Po nazwiskach to ty.

Druga książka to tomik składający się z wyklejanek i rymowanek, oczywiście głównym tematem są koty. Przeczytała przed mikrofonem jedną rymowankę.

Jednak w czasie pandemii pisała powieść blogową z wymyślonymi bohaterami mieszkającymi na jej osiedlu. Oprócz ich losów kolejne odcinki zawierają komentarze do bieżących wydarzeń. Dość złośliwe.

Wyklejanki i kolaże pokazała na kilkunastu wystawach w różnych miejscach. Wykonywania ich nie porzuciła, ale następnym etapem są  kartki okolicznościowe a ostatnio karty ATC.

Była też mowa o rękodziełach czyli bawełnianych naszyjnikach „zamotkach” w parze z bransoletkami i o dyżurach bibliotecznych w Centrum Seniora.

Jako, że było dużo materiału dwie dziesięciominutowe audycje ukażą się w dwa pierwsze piątki sierpnia.

Seniorka dała się sfotografować ze zmierzwioną fryzurą, spoconą twarzą, dwoma książkami i zakładkami wykonanymi przez siebie. Z nadzieją, że nikt się nie przestraszy.

Upalne miasto 109

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************

Pierwszy dzień lipca trochę odpuścił katowanie Polaków upałem.

Jednak mieszkanko Anny bardzo się nagrzało z powodu cienkich murów i musiała stosować mokre tkaniny na podłodze oraz przeciąg okno – drzwi wejściowe na łańcuchu uchylone.

Zadowolona z chłodu pojechała do rynku na polowanie. Bezkrwawo ustrzeliła nowy numer informatora „Co Jest Grane” w Muzeum Pana Tadeusza skąd wzięła też inne materiały w perspektywie do wykorzystania rękodzielniczego.

W DT Feniks nabyła produkty spożywcze i klej „magic” w lepszej cenie niż gdzie indziej.

Wracając tramwajem usłyszała za plecami pytanie „a pan to z młodzieży?”, obróciła się i zobaczyła trójkę kontrolerów, zwanych kanarami przy panu w starszym, niżby chciał, wieku. Za chwilę przeszli do niej i kobieta poczęstowała seniorkę tym samym tekstem.

– Czas robi swoje, czyli tempu fugit – pomyślała Anna. Tyle dobrego, że nie płacę za bilet.

I udało się jej uciec przed burzą.

– Lubię to – stwierdziła.

Nazajutrz rano nie mogła spokojnie pospać dłużej bo „Natrętna mucha brzęczała jej koło ucha” a przecież niedaleko wisi lep zachęcając do odwiedzenia i pozostania na nim for ever. Koleżanek znalazła w końcu tam sporo i już nie brzęczą, spokojnie siedzą, nie piją, nie jedzą.

Odwrotnie niż takie dziwne zwierzątko opisane na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Trzewikodziób to nie ptak. Trzewikodziób to dinozaur z chodakiem na mordzie. Ptakom całkiem długo udawało się zachowywać pozory i udawać niewiniątka z bajek Disneya. Przyszedł jednak czas na ujawnienie prawdy, a niewiele skrzydlatych drani nadaje się do tego lepiej niż trzewikodziób, które łacińska nazwa to Balaeniceps rex, czyli król z głową wieloryba. Jeżeli dinozaurza nazwa nie jest dla kogoś wystarczającym dowodem, to wystarczy spojrzeć trzewikodziobowi prosto w trzewika. Drań wygląda, jakby właśnie szykował się do zjedzenia krokodyla. I wiecie co? Faktycznie mu się to zdarza. Co prawda poluje jedynie na młode sztuki, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że duże drapią go w gardło.

Trzewikodzioba uważano kiedyś za rodzaj bociana. Faktycznie drań ma długie chude nogi, metr dwadzieścia wzrostu, ponad dwa i pół metra rozpiętości skrzydeł i źle mu z dzioba patrzy. Podstawowa różnica pomiędzy zwykłym bocianem a trzewikodziobem to dziób, który u afrykańskiego nieboćka jest zdecydowanie grubszy. Trzewikodziób ma również długą szyję i poluje z zasadzki. „Ale jak to z zasadzki, przecież z takim wzrostem wygląda jak Giertych na wczasach w Japonii”. To prawda, ale musicie wiedzieć, że trzewikodziób jest też bardzo, bardzo leniwy, co w niektórych kręgach jest uznawane za oznakę inteligencji. Przez większość czasu koleś stoi po kolana w wodzie i głupio wygląda. Dopiero kiedy ofiara sama podejdzie mu pod dziób, rzuca się na nią z całą śmiertelnością swoich dinozaurzych przodków.

Trzewikodziób je to co złapie i zmieści do dzioba, ale najchętniej poluje na ryby dwudyszne. Można powiedzieć, że dobrali się jak w randce w ciemno dla cyrkowych dziwadeł, bo ryby dwudyszne mają to do siebie, że od czasu do czasu wynurzają się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza. No i wtedy przytrafia im się ciężki przypadek trzewikodzioba. Aha, współcześnie trzewikodzioba nie uważa się już za bociana, bo odkryto, że jego najbliższym żyjącym krewnym jest pelikan. Już bym chyba wolał bociana.

Odgłosy wydawane przez dorosłego trzewikodzioba w okresie godowym przypominają dźwięk karabinu maszynowego, albo konia, który wypił 5 piw i akurat stoi na blasze. Poza tym młode trzewikodzioby czkają na rodziców, żeby przynieśli w końcu śniadanie.

Trzewikodzioby nie są najbardziej sympatycznymi ptakami pod słońcem, a w rodzinie, która słynie ze zjadania dzieci sąsiadom, to już o czymś świadczy. W przypadku chodakogębych boćkolikanów niechęć obejmuje jednak również członków tego samego gatunku, a nawet pary. Trzewikodzioby są monogamistami, ale zwykle trzymają się z dala od siebie i nawet żerują po przeciwnych stronach terytorium. Gdyby na afrykańskich mokradłach mieli garaże, to pan trzewikodziób dłubałby cały dzień w dużym fiacie, a pani trzewikodziób gotowałaby mu bigos, ale niechętnie.

Są jednak takie momenty kiedy para trzewikodziobów przebywa w tym samym czasie i miejscu. Na przykład podczas robienia trzewikopisklaków, których zwykle w gnieździe znajdują się dwie sztuki. Przynajmniej do czasu. Silniejsze pisklę odbiera zwykle pokarm słabszemu albo całkiem je zadziobuje. Po co w takim razie męczyć się z robieniem zapasowego bąbelka? No właśnie po to. Tak samo jak np. u orłów drugie pisklę jest robione na wszelki wypadek. Jeżeli macie rodzeństwo młodsze o mniej niż dwa lata to wiecie sami, na czym to polega.

Annie znowu, jak wielokrotnie w życiu, trafił się kontakt z zadowolonymi z siebie, manipulującymi obietnicami ale nieodpowiedzialnymi osobami. Słusznie powiedzenie głosi: „Obiecanki, cacanki a głupiemu radość”.

Zamiast najpierw sprawdzić swoje możliwości to zabierają czas i energię, aby potem powiedzieć, że nie mają możliwości spełniania obietnic. Jak nie wiadomo o co chodzi…

Za to przyjemność jej sprawiło obejrzenie wystawy w Ossolineum „Czas pochwycony” gdzie pokazano zdjęcia kamienic przedwojennego Wrocławia, czyli Breslau. Wiele z nich już nie istnieje, kilka umiejscowień jest nierozpoznanych. Na niektórych wiszą flagi z hakenkreuzem.

Niedawno otworzono tam kawiarenkę, napoje można wypić wewnątrz lub na zielonym, odizolowanym od ulicy dziedzińcu gdzie stoliki i krzesła mają  bardzo kolorowe ceramiczne blaty.

Z powodu kolejnej fali upałów Anna poddała się ciachaniu. I nie chodzi o ciacha tylko o obcinanie włosów. Prawie na Yula czy Kojaka. Bo tak jest najwygodniej, po umyciu prawie  wystarczy uczesać się ręcznikiem. Ale okazało się, że usługa podrożała o kolejne dziesięć złotych.

W następny poniedziałek mieszkańcy małego osiedla zmuszeni byli do brania zimnego prysznica lub grzania wody i mycia się w misce. Chyba że ktoś ma konewkę do powieszenia pod sufitem.

Na miejskim portalu i klatce schodowej zero informacji o zakłóceniach w eksploatacji. Anna zadzwoniła do administracji dowiadując się, że dostawca naprawia usterkę – czyżby fontanna lub źródełko trysło niezapowiedzianie?

 I tu zaczęła sobie wyobrażać, że źródełko jest z uzdrawiająca wodą, tłumy walą na osiedle gdzie powstają kolejne hotele dla spragnionych, deweloperzy wycinają drzewa i krzewy Parku im. S. Tołpy i jego stawek zostaje zasypany. Trzy skwery też poszły pod noże i koparki zachłannych na kasę krwiopijców.

Pracownica administracji poinformowała, że wieczorem już będzie się można wykąpać na ciepło, więc poniedziałku nie można ogłosić dniem skunksa. W piątek powtórkę z zimnej powtórki ogłosiła.

A na poczcie wił się wąż, bo godziny otwarcia ustalono tak, aby petenci tracili czas na czekaniu.

„Za czym kolejka ta stoi? Po szarość …” codzienności.

Upalne miasto 108

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************

Wszystkie osoby i ich działania w tym opowiadaniu są fikcyjne.

                  „Co się zdarzyło w Mościu”

Wieś Moście nawodniona jest obficie. Zarówno za pomocą jeziora jak i płynącej tam rzeki. Komary lubią to. Mieszkańcy mniej. Stojąca na początku wsi drewniana czarownica jeszcze nie wynalazła sposobu na  radykalne unieszkodliwienie tych kąsających i brzęczących. A w dodatku zaprotestowały jaskółki, nietoperze i jerzyki uwielbiające taki pokarm.

Zorganizowały marsz protestacyjny przed czarownicą z transparentami:

–  Lubimy komary, szczególnie ich chmary.

– Nie zabijaj komara, bo będzie za to kara.

– Bez komarów nie ma dla nas życia.

– Komarza stołówka jest na stówkę.

– Po daniu z komara będzie bara – bara.

– Czy wiesz, że zgodnie z polskim prawem za zabicie komara grozi kara w postaci grzywny a nawet pozbawienia wolności? – spytała jaskółka.

– Ha, ha, ha  – to prawie każdy człowiek na świecie powinien płacić lub siedzieć – zakpiła czarownica. Wasze fast fudy dręczą nasze ludy.

– Przecież mogą sobie posadzić różne rośliny, których komary nie lubią: komarzycę, miętę pierzową, lawendę, koper włoski i bazylię – poradził jerzyk.

Zwinęli transparenty i rozeszli się w niezgodzie, każdy wylądował w swojej zagrodzie.

Pijany Maciek przysiadł pod drewnianym płotem, oparł się i przysypiając obserwował to spotkanie. Albo mu się zdawało. Jego poobijany rower leżał obok i wzdychał wspominając liczne Maciejowe wpadki i wypadki.

– Chyba już niedługo pociągnę z tym właścicielem – westchnął. Podniósł się i skierował w stronę lasu.

– Tam trochę odpocznę – pomyślał. Niech mnie szuka, głupek jeden. Pojechał ścieżko – uliczką wśród domów. A była ich tam wielka rozmaitość. Prawie pałac, a może dworek wybudowany przez Greka. Ponieważ odszedł był wystawiono posesję na sprzedaż. Chętni jakoś, od dawna, się nie zgłaszają. Podobnie jak na wypasiony przez Barbarę  Piasecką – Johnson dom pod Ślężą gdzie samotnie ale zapewne w obecności pielęgniarki,  zmarła.

Stoi tam też mały drewniany domek z ogródkiem. Budowali go górale a stylem nawiązuje do skandynawskiego – na dole ma mały salonik otwarty na część kuchenną oraz zamykaną jednak, łazienkę. Na górze dwie małe sypialnie z bardzo skośnym sufitem. Pomiędzy nimi, w korytarzyku stoi duży ceramiczny słoń. Dobrze, że nie trzeba go karmić, bo duży zjada około 200 kilogramów dziennie to mały pewnie setkę.  I to nie w procentowym płynie. Ale co jada ceramiczny tego nie wie nikt.

W ogrodzie leży na trawie drewniana sarenka, na pniu stoi duża sowa a poza tym jeden kamienny kotek wspina się na donicę a drugi śpi na krzesełku. Na głaskanie nie reagują.

Chata też jest na sprzedaż.

Rower z brzękiem i chrzęstem obluzowanych części wjechał w las i podążał steczką omijając małego zaskrońca.

W trakcie podążania bez celu słyszał bardzo głośny wielożabny rechot.

– Lepiej byście zabrali się za zjadanie komarów a nie popisywali hałasem – rzucił w stronę stawu.

– Głupiś i niedouczonyś – usłyszał. My samce rechoczemy, aby przywołać samice, gdy wiosną pojawią się pierwsze upały a woda ma temperaturę dwadzieścia stopni.

– Dobrze, już dobrze – tak tylko żartowałem – powiedział rower kierując się w zaciszne miejsce wśród krzaków.

– Długo mnie będzie szukał ten pijus – stwierdził rozgarniając jeżynowe zarośla.

Nie dane mu było legnąć, bo zobaczył ludzkie nogi. Nie dowierzając podjechał dalej. Niestety leżał tam kumpel jego właściciela Włodek niejaki. We wsi mówili na niego Lenin z powodu imienia, łysiny i rodzaju czapki jaką nosił. W dodatku był ciągle na wszystko nastawiony na NIE. Nic mu się nie podobało a szczególnie ludzie władzy. Bo on to by lepiej rządził. Przypominał w tym trochę innego wiejskiego mądralę co to chciał, aby nie było niczego. Za to chciał być prezydentem miasta.

Włodek startował w wyborach na sołtysa, przewodniczącego Koła Gospodyń Wiejskich, próbował nawet założyć partię o nazwie „Ja was urządzę!”. Zapisał się tylko Maciej ale nie chciał płacić składek, więc partia umarła śmiercią naturalną. A teraz Włodek oddał ducha. Nie zdążył zrobić rewolucji.

Rower postanowił okazać ludzkie uczucia więc zawrócił i pojechał do Macieja, który nadal chrapał pod płotem. Pojazd rozpędził się i mocno szturchnął śpiącego. Raz, drugi i trzeci. Za czwartym podejściem facet się ocknął i rozejrzał nieprzytomnie.

– Czego chcesz? – rzucił w stronę roweru. Nie chcę do domu.

Ale poobijany jednoślad natarczywy był niemożebnie, więc Maciej w końcu wsiadł i pojechał. Zupełnie nie w stronę chałupy co go leciutko zdziwiło ale przymulonym będąc nie protestował. Dojechali zygzakiem do krzaczorów. Tam złośliwy pojazd zrzucił właściciela nie bacząc na skutki w postaci podrapania obnażonych części ciała cyklisty.

– O so chodzi, o so chodzi? – zapytał gramoląc się jednocześnie opierając prawą ręką o, dziwnie miękkie, podłoże.

Obejrzał się i zawył przebijając żabi rechot.

– O Jezuuu – rozległo się wśród drzew liściastych i iglastych, konwalii, mchu i chrustu leżącego, jak dotąd,  spokojnie. Mech zaczął schnąć z przerażenia, igły spadać z drzew, grzyby pochowały główki i postanowiły już nigdy nie rosnąć a jagody wyschły. Kora poodpadała ze wszystkich drzew.

– Zabili go, zabiliiii – zawył tak głośno, że wszystkie szyszki spadły a ptaki przerażone odfrunęły na drugi kraniec jeziora. Wyciągnął starą nokię z kieszeni i zadzwonił na 112. A że nieskładnie opowiadał o tym co zobaczył spławiono go:

– Niech pan wytrzeźwieje, wprowadzanie w błąd policji jest karalne.

Rower szturchnął Macieja i zadzwonił nagląco. Facet wstał, podciągnął dżinsy, otrzepał kurtkę z igliwia oraz mrówek.

– Dobra, niech se leży a ja musze się napić – stwierdził. I popedałował tylko jakoś ponownie nie w stronę domu.

– Gdzie jedziesz, ty durny? Na policję musiałbym jechać dwie godziny, zwariowałeś?

Ale pojazd nie odpuszczał, nie pozwolił zatrzymać się i zejść z siodełka tylko jechał, jechał i jechał.

– To pewnie ta głupia czarownica kazała ci mnie dręczyć. Bez kropli picia – użalał się nad sobą Maciej. I w tym momencie spadł deszczyk – taki nienachlany raczej ale orzeźwiający.

– Nie o takie picie mi chodziło – stwierdził pedałujący zauważając, że wcale nie jest zmęczony. Wręcz odwrotnie, z każdym kilometrem czuł się coraz lepiej. W połowie drogi zaczął podśpiewywać. Najpierw piosenkę o sobie:

– Umarł Maciek, umarł, już leży na desce

żeby mu zagrali podskoczyłby jeszcze

Bo w Mazurze taka dusza, że choć umrze to się rusza

Oj dana – dana – dana dana

Przypomniał sobie o nieżyjącym kumplu, więc gromko za intonował „Międzynarodówkę”:

Wyklęty powstań ludu ziemi
Powstańcie których dręczy głód
Myśl nowa blaski promiennymi
Powiedzie nas na bój na trud
Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata
Przed ciosem niechaj tyran drży
Ruszymy z posad bryłę świata
Dziś niczym jutro wszystkim my

Bój to będzie ostatni
Krwawy skończy się trud
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki róóóóóód.

Usłyszał to policjant przejeżdżający na motorze pamiętającym PRL. Zatrzymała się przed rowerem, zsiadł, zdjął kask, też zabytkowy i powiedział:

– Obywatelu przestańcie zakłócać ciszę dzienną.

– Panie władzo, ja właśnie do pana jadę. W lesie leży Lenin. Chyba nie żyje.

– Głupoty gadacie. On dawno nie żyje.

– Ale to ten nasz Lenin, Włodek znaczy się – powiedział Maciej zsiadając z roweru.

– Chuchnijcie no – rozkazał policjant.

– No, troche se wypiłem ale trup w lesie leży i się nie rusza, nic nie mówi, a jemu przecież gęba się nie zamykała.

– Dobra, jedziemy ale jeśli kłamiecie to w pierdlu wylądujecie – obiecał organ.

I pojechali. Tym razem z niemłodej piersi żadna pieśń się nie wyrwała.

Minęli domy z ogródkami i bez, pola, łąki i nieużytki docierając do lasu. Maciej trochę błądził wzrokiem i rowerem aż policjant się zdenerwował.

– No, gdzie ten trup!? Wiedziałem, że kłamiesz.

W tym momencie usłyszeli gromki męski głos wyśpiewujący znaną pieśń o powstaniu wyklętego ludu.

Cypryjska opowieść

Elif Shafak – Wyspa zaginionych drzew, Wydawnictwo Poznańskie 2022

O autorce: Elif Shafak urodziła się 25 października 1971 roku w Strasburgu, Francja. Z pochodzenia jest Turczynką, wychowywały ją w Ankarze mama i babcia.  Nastoletnie lata spędziła w Madrycie, Jordanii i Niemczech. Z  wykształcenia jest politolożką, ze specjalnością stosunki międzynarodowe i gender. Wykładała na uczelniach w Turcji, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii gdzie mieszka. Jest feministką, obrończyni praw kobiet, praw LGBT i wolności słowa.

Napisała m.in.: Trzy córki Ewy; Spojrzenie, Bękart ze Stambułu; Honor, Czterdzieści zasad miłości; 10 minut i 38 sekund w tym dziwnym świecie

O książce:

Powieść ma trzy plany czasowe: 1974 rok, początek XXI wieku i koniec drugiej dekady XXI wieku. Także narracja jest nietypowa, bo większość  trzecioosobowa ale pierwszoosobową prowadzi mądre drzewo figowe.

Głównymi ludzkimi  bohaterami jest  młoda zakochana para Turczynka Defne i Grek Kostas. Poza tym Cypr – jego bardzo niełatwa historia. https://pl.wikipedia.org/wiki/Historia_Cypru

Młodzi spotykają się na zapleczu tawerny gejowskiej pary Yusufa i Yiorgosa. W środku lokalu rośnie drzewo figowe, które opowiada nam o zależności między roślinami, zwierzętami i ludźmi. I o wydarzeniach na przestrzeni lat.

„Kiedy religie ścierają się, aby mieć ostatnie słowo, a nacjonalizmy uczą poczucia wyższości i elitaryzmu, przesądy po obu stronach granicy współistnieją w rzadkiej harmonii”.

Kostas emigruje do Wielkiej Brytanii a Defne zostaje na wyspie.

Figa mówi: „Lecz na wyspie przez lata gnębionej przemocą na tle etnicznym brutalnymi zbrodniami cierpieli nie tylko ludzie. To samo dotyczyło nas, drzew oraz zwierząt zmagających się ze znojem i bólem, kiedy znikały ich siedliska. Naszym losem nie przejmował się jednak nikt”.

Kostas zostaje badaczem drzew a Defne antropolożką ekshumującą zwłoki zamordowanych mieszkańców wyspy.

„Naukowcy pisali obszerne raporty na temat swoich znalezisk, uwzględniając opisy ubrań i przedmiotów osobistych, które choć nietrwałe, potrafiły przetrwać zaskakująco długo”.

Tu mamy proste skojarzenia z ofiarami w Katyniu, Starobielsku ale nie tylko.

„Drzewo jest strażnikiem wspomnień. Zaplątane w naszych korzeniach, ukryte w naszych pniach tkwią włókna historii, ruiny przez nikogo niewygranych wojen, kości zaginionych”.

Para bohaterów spotyka się po latach na Cyprze, przekonując się, że ich uczucie trwa nadal. Ale Defne skrywa tajemnicę, która wpłynie na jej, pozornie szczęśliwe życie, w Wielkiej Brytanii,  z Kostasem i córeczką, która jako szesnastolatka próbuje poznać losy rodziny.

I nie da się ukryć, że 480 stron to tak naprawdę nie jest opowieść o miłości ponad wszystko, właściwie to pretekst do pokazania problemów z jakimi się borykają mieszkańcy Cypru – Grecy i Turcy. W dużej mierze to książka o pokoleniowej traumie, pamięci, okrucieństwie, nietolerancji, żądzy władzy, bezwzględności i brutalności.

No, nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna.