Upalne miasto 137

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

**********************************************************************

17 lutego jest Międzynarodowy Dzień Kota a autor (ma na imię Marek) profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak je (koty) opisuje:

KOT DOMOWY = Puszek rozpruwacz

Mamy marzec, a w marcu pewne jest tylko to, że pogoda wydyma nas we wszystkich pozycjach Kamasutry i że koty zaczną odprawiać swoje porąbane rytuały godowe, które z jakiegoś powodu muszą obejmować darcie mordy pod moim balkonem. Pod tym względem puchate dranie przypominają studentów. Podobnie jak oni, koty przesypiają również dwie trzecie doby. Rzadziej na kacu, ale równie często na trawnikach pod blokiem. W tym miejscu podobieństwa się kończą, bo z pozostałego czasu koty aż jedną trzecią poświęcają na inne czynności higieniczne, czyli głównie lizanie sobie tyłka, w miarę możliwości na stole obok rosołu.

Co jak co, ale koci tyłek musi błyszczeć. To przy jego pomocy koty okazują ludziom sympatię, podstawiając go im przed twarz i czasami zawijając ogonem po nosie dla lepszego efektu. To w niego również możemy kota pocałować jeżeli czegoś od niego chcemy. Dranie doskonale rozumieją, co się do nich mówi, ale zwykle mają to w wylizanym do czysta poważaniu.

Co innego ludzie, którzy bardzo chcieliby zrozumieć, o co do diabła chodzi temu sierściuchowi. Niestety nie za bardzo idzie nam czytanie z pozycji kociej dupy. Dlatego specjalnie dla ludzi koty nauczyły się miauczeć. Co prawda miauczenia również ni w ząb nie kumamy, ale przynajmniej nas denerwuje.

O nieporozumienie z kotem jest niestety bardzo łatwo. Np. kiedy zwierzak przewraca się na plecy i nadstawia brzuszek do głaskania. Kot pokazuje w ten sposób, że jest zrelaksowany, ufa nam i że tylko jeden nieostrożny ruch dzieli nas od amputacji dłoni.

Tak, koty potrafią być przerażające. Szczególnie kiedy gapią się na człowieka, jakby chciały mu wyssać duszę przez oczy i to nie żeby ją zjeść, tylko pobawić się nią trochę, a potem zostawić krwawiącą gdzieś w kącie za meblościanką. Czasami jednak kot wpatruje się w człowieka i mruga powoli. W ten sposób okazuje uczucie oraz zaufanie. Albo ubliża nam, w alfabecie Morse’a. Z kotami nigdy nic nie wiadomo.

Mamy za sobą część szkalującą, pora na odrobinę nachalnej edukacji. Po pierwsze kota lepiej jest nie wypuszczać z domu. Wypuszczone koty żyją znacznie krócej od trzymanych w domu. To samo dotyczy drobnych zwierząt w najbliższym otoczeniu kota. Im bardziej kot jest wypuszczany, tym bardziej one nie żyją.

Kolejna sprawa dotyczy kastracji. Internet nie kłamie. Wasza najbliższa okolica faktycznie pełna jest samotnych mamusiek. Tak się jednak składa, że mają one cztery łapy i wąsa pod nosem. Jakbyśmy się nie spinali to nie dla wszystkich kocich półsierot starczy rodzin zastępczych. Lepiej jest więc zapobiegać.

W dodatku kastracja przedłuża średnią wieku kota. Szacuje się, że kastrowane kotki żyją o 39% dłużej, a w przypadku kocurów różnica wynosi aż 62%. Zabieg w przypadku kotek pomaga również zapobiegać różnym nowotworom.

Na razie to tyle o kocich dziwactwach, ale jeszcze kiedyś do nich wrócę. W końcu nie wspomniałem jeszcze o kociarzach, których grupy w świecie miłośników zwierząt są odpowiednikami bojówek piłkarskich. Wiem, o czym mówię, bo sam do jednej z nich należę. Dowody znajdziecie w komentarzu.

Dzisiejszy odcinek jest sponsorowany przez zdrowy rozsądek, godność człowieka oraz literkę A, jak „Akcja Sterylizacja”. To ogólnopolska akcja walki z nadpopulacją zwierząt domowych organizowana każdego roku w lutym, marcu oraz kwietniu.

Ciąg dalszy humoru lotniczego z internetu wziętego:

Podczas podjazdu załoga lotu US Air do Fort Lauderdale źle skręciła i w rezultacie stanęła nos w nos z samolotem United 727.
Zirytowany damski głos kontrolera złajał załogę US Air, krzycząc: „US Air 2771, gdzie wy jedziecie? Mówiłam, że macie skręcić w prawo, na pas C! A wy skręciliście na D! Zatrzymajcie się natychmiast. Wiem, że trudno odróżnić C od D, ale spróbujcie!” Ciągnąc swoją tyradę do zakłopotanej załogi, krzyczała histerycznie: „Boże, wszystko popieprzyliście! Całe wieki zajmie odkręcanie tego! Zostańcie, gdzie jesteście i nie ruszajcie się zanim nie powiem! Oczekujcie instrukcji do podjazdu za jakieś pół godziny; chcę żebyście jechali dokładnie gdzie wam wskażę, kiedy wskażę i jak wam wskażę! Zrozumieliście, US Air 2771?”
Załoga pokornie odpowiedziała: „Tak jest, proszę pani”.
Oczywiście na częstotliwości kontroli naziemnej zapadła śmiertelna cisza. Nikt nie chciał ruszać zirytowanej pani z kontroli naziemnej w jej obecnym stanie. W każdym kokpicie wzrastało napięcie. I wtedy nierozpoznany pilot złamał tę ciszę, pytając: „Czy ja nie byłem kiedyś z tobą żonaty?”

Piloci i mechanicy: P – pytanie, O – odpowiedź)

P: Martwe owady na wiatrochronie.
O: Zamówiono żywe

P: Ślady przecieków na prawym podwoziu głównym.
O: Ślady zatarto.

******

P: Poziom DME niewiarygodnie wysoki.
O: Obniżono poziom DME do bardziej wiarygodnego poziomu.

*****

P: Zaciski blokujące powodują unieruchamianie dźwigni przepustnic.
O: Właśnie po to są.

****

P: Układ IFF nie działa.
O: Układ IFF zawsze nie działa, kiedy jest wyłączony.

*****

P: Przypuszczalnie szyba wiatrochronu jest pęknięta.
O: Przypuszczalnie jest to prawda.

*****

P: Brak silnika nr 3.
O: Po krótkich poszukiwaniach, silnik znaleziono na prawym skrzydle.

****

P: Mysz w kokpicie.
O: Zainstalowano kota.
****

P: Radar mruczy.
O: Przeprogramowano radar by mówił.

****

P: Samolot śmiesznie reaguje na stery.
O: Samolot upomniano by przestał, latał prosto i zachowywał się poważnie.

****

P: Po wyłączeniu silnika słychać jęczący odgłos.
O: Usunięto pilota z samolotu.

****

P: Zegar pilota nie działa.
O: Nakręcono zegar.

****

P: Igła ADF nr 2 szaleje.
O: Złapano i uspokojono igłę ADF nr 2.

****

P: Samolot się wznosi jak zmęczony.
O: Samolot wypoczął przez noc. Testy naziemne OK.

„Panie i Panowie, tu mówi kapitan. W imieniu naszej załogi i linii Alaska Airlines chcieliśmy podziękować Państwu za dzisiejszy lot. Zbliżamy się do Los Angeles i prosimy o umieszczenie bagaży pod fotelem przed Państwem oraz złożenie stolików i foteli…” (pauza) „…A, jeszcze jedno. Przypomniano mi, żebym Państwa poinformował, że kiedy zejdziecie z pokładu i przejdziecie do hali odbioru bagażu, możecie zauważyć tony jemioły wiszące przy bramkach naszej konkurencji. Proszę się nie dziwić – jest tam po to, aby przypomnieć Państwu, że korzystając z usług naszej konkurencji możecie pocałować swój bagaż na pożegnanie…”

Pilot: „No ludzie, właśnie wznieśliśmy się na poziom lotu, więc wyłączam znak nakazu zapięcia pasów. Możecie swobodnie poruszać się po kabinie pasażerskiej, ale proszę zostańcie w samolocie aż do wylądowania… Na zewnątrz jest raczej chłodno, a jeżeli przejdziecie na skrzydła, to może to wpłynąć na sposób lotu”.
Po wylądowaniu: „Dziękujemy za wybranie Delta Business Express. Mamy nadzieje, że jesteście tak samo zadowoleni z dołożenia do naszego biznesu, jak my jesteśmy zadowoleni z zabrania was na przejażdżkę.”
Gdy samolot wylądował i właśnie hamował na lotnisku Washington National, pojedynczy głos zawołał przez głośniki: Prr! kurde, prr!

Pilot: „Temperatura w naszym porcie docelowym wynosi 10 stopni C, mamy trochę poszarpanych chmur, ale może zdążą je obrębić do naszego przybycia. Dziękujemy, i pamiętajcie, nikt nie kocha was i waszych pieniędzy tak jak Southwest Airlines.”

Pilot akurat w tym rejsie wylądował wyjątkowo twardo, uderzając samolotem jak młotem o podłoże. Ta linia lotnicza wymagała, aby pierwszy oficer stal w drzwiach i zegnał pasażerów uśmiechem i słowami:
„Dziękujemy za lot liniami XYZ”. Ciężko mu było patrzeć w oczy pasażerów chwile po tym kiepskim lądowaniu, zastanawiając się który z gości wyskoczy z jakimś złośliwym komentarzem. W końcu wszyscy wyszli za wyjątkiem starszej pani, wspierającej się na lasce.
Powiedziała: „Synku, czy mogę zadać pytanie?”.
Pilot odparł: „Ależ oczywiście. O co chodzi?”
Starsza pani na to: „My wylądowaliśmy czy zostaliśmy zestrzeleni?”

Miłość w ogrodzie

Dzisiaj przedstawiam opowiadanie, które przeczytałam na walentynkowym spotkaniu we wrocławskim „Saloniku Trzech Muz”.

**********************************************************

Kwietniowa niedziela zapraszała, aby ruszyć nie tyle w Polskę co w plener. Na osiedlu gdzie mieszkała młoda duchem i zaokrąglonym ciałem emerytka Waleria były dwa miejsca do  pospacerowania, posiedzenia i pooddychania świeżym powietrzem. Bezpłatny park i wymagający nabycia biletu wstępu Ogród Botaniczny.

Tym razem Wala postanowiła finansowo zaszaleć i iść do Ogrodu. Włożyła wiosenną kurtkę, owinęła szyję pomarańczowym szalem, do termicznego kubka nalała gorącej, wcześniej zaparzonej liściastej herbaty, a do torebki zapakowała papierowe serwetki wraz z dużym kawałkiem, upieczonego przez siebie, drożdżowego placka.

Wejściem od ulicy noszącej miano autora „Trylogii” przeszła w główną alejkę ale zaraz skręciła w prawo. Po paru krokach, zanim nasyciła oczy stokrotkami, fiołkami, tulipanami i magnoliami, zobaczyła mężczyznę siedzącego na ławce, grającego na gitarze i cicho nucącego piosenkę Beatlesów. Nie wyglądał ani jak Paul McCartney, ani jak John Lennon, Ringo Starr czy George Harrison. Sześćdziesięciolatek z siwą czupryną i w okularach lenonkach miał na sobie dżinsowy komplet, spodnie i kurtkę, a spod niej wystawał podkoszulek z podobizną kota.

Wali bardzo spodobała się ta scenka i zapytała:

– Czy mogę zrobić panu zdjęcie?

Mężczyzna podniósł głowę i nie przerywając grania zapytał:

– Ale po co?

– Bo tak malowniczo pan wygląda, że nie mogę się oprzeć.

– Okoliczności przyrody są rzeczywiście piękne – stwierdził rozglądając się. Proszę usiąść przy mnie. Jeśli lubi pani taką muzykę to będę grał, a jeśli nie to porozmawiamy lub pomilczymy razem – zaproponował.

– Może najpierw coś zjemy i wypijemy?

– Przyniosła pani alkohol? – zdumiał się muzyk.

– Ależ skąd! – zaśmiała się tak głośno, że wróbelek wydziobujący coś z trawy, przerażony odfrunął.

Wyciągnęła z torebki kubek z herbatą, dwa papierowe talerzyki, serwetki i ciasto. Dodała do tego papierowy kubek albowiem zawsze była przygotowana do częstowania.

– Wiedziała pani, że mnie tu spotka? – zapytał lekko zdziwiony miłośnik angielskiego zespołu.

– Ha, ha, ha – zaśmiała się Wala perliście. Lubiła się śmiać, nawet sama z siebie.  Nie, po prostu zawsze gdy zabieram ze sobą jedzenie i picie  to w takiej ilości, aby głodnego czy choćby chętnego poczęstować.

– Jeszcze nie spotkałem takiej kobiety – powiedział. Pani mi się bardzo podoba.

– Czy na zasadzie, że do serca mężczyzny najłatwiej trafić przez żołądek? – zapytała z odrobiną ironii.

– Trochę tak, ale przecież to znaczy, że ma pani dobre serce i nie jest skąpa. I to mi się podoba. Z wyglądu także – dodał szybko.

– No, ma pan szczęście, bo mogłam pomyśleć, że chodzi tylko o darmowy wikt, a może i opierunek.

– I tu się pani zdziwi. Umiem gotować a nawet piec. Mam gdzie mieszkać i nawet wiem jak uruchomić pralkę.

– Brawo! To jest pan prawie ideałem ale pewnie ma pan żonę, czworo dzieci i dziesięcioro wnuków, i ucieka pan od nich gdy tylko się da.

– Zdziwi się pani ponownie, żona wymieniła mnie na lepszy model, a dorosłe dzieci są na stałe za granicą.

– To musi być panu smutno?

– A wie pani, że nie. Lubię ciszę i spokój. Trochę jeszcze, mimo emerytury, pracuję, jestem w miarę zdrowy, mam paru znajomych, to mi wystarczy.

– Szczęśliwy z pana człowiek – stwierdziła Wala.

– Nie narzekam.

– Słusznie, na narzekanie szkoda czasu i energii – przytaknęła parkowa współimprezowiczka.

Po zjedzeniu ciasta i wypiciu herbaty zaproponowała:

– Może się przejdziemy? Trzeba się trochę ruszać.

– Ma pani rację, nie tylko jedzeniem i muzyką człowiek żyje. Ruchem i oddychaniem także.

Spacerowali powoli obserwując przyrodę i chwilami zerkając na siebie. Gdy spotkali się wzrokiem uśmiechali się trochę spłoszeni. Po okrążeniu całego ogrodu przysiedli na ławeczce przy drzewie Jana Miodka.

– Proszę coś zagrać – poprosiła.

Tym razem były to piosenki, kilka lat temu zmarłego, Krzysztofa Krawczyka.

Parę osób stanęło słuchając mini koncertu. Po każdym utworze rozlegały się oklaski a Wala gładziła mężczyznę po ramieniu.

Upalne miasto 136

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

****************************************************************************

Jest powiedzenie „To są skutki picia wódki”, a jeśli się nie pije wcale napojów z procentami to choroba dowali. Różnie to się przejawia na przykład w przestawieniu pojęcia czasu.

Tym razem tylko piątek stał się sobotą ale wszystko jeszcze przede mną – pomyślała Anna, bardzo zdziwiona, że obudziła się w niedzielę z przekonaniem, że to poniedziałek i zaraz pójdzie zrealizować drobne plany.

Rozmowa w osiedlowym prywatnym sklepie z młodą ekspedientką:

Ja: Muszę sobie przypomnieć co jeszcze mam kupić, bo wie pani pamięć nie ta, jak pani będzie w moim wieku to zrozumie

Ekspedientka: Nie wiem czy dożyję pani lat, tak zatruta jest żywność i środowisko

Ja: A może na starość będzie pani świecić od tej chemii

E: I nie będę potrzebowała elektryczności, ha, ha, ha

Anna zauważyła, że na jej osiedlu jest coraz więcej fryzjerów i manikiurzystek. Za to ani jednej pasmanterii.

Ucieszyła się, że u szewca widocznie zmieniła się obsada, bo przez jakiś czas zakład był zamknięty a teraz oferta powiększyła się o kaletnictwo.

A prywatnie ilość znajomych Anny zmniejszyła się o jedną osobę, która jest przekonana o swojej świetności i manipulując chce ją wykorzystać nie umiejąc przyzwoicie się zachowywać.

Za to pilot z poniższego tekstu dał znakomity odpór arogantowi (z „Rozmówki pilotów” na FB profilu „Czubaszki”):

Niemieccy kontrolerzy lotu na lotnisku we Frankfurcie należą do niecierpliwych. Nie tylko oczekują, że będziesz wiedział gdzie jest twoja bramka, ale również, jak tam dojechać, bez żadnej pomocy z ich strony.
Tak wiec z pewnym rozbawieniem słuchaliśmy (my w Pan Am 747) poniższej wymiany zdań między kontrolą naziemną lotniska frankfurckiego a samolotem British Airways 747 Speedbird 206:
Speedbird 206: „Dzień dobry, Frankfurt, Speedbird 206 wyjechał z pasa lądowania.”
Kontrola naziemna: „Guten Morgen. Podjedź do swojej bramki.”
Wielki British Airways 747 wjechał na główny podjazd i zatrzymał się.
Kontrola naziemna: „Speedbird, wiesz gdzie masz jechać?”
Speedbird 206: „Chwilę, Kontrola, szukam mojej bramki.”
Kontrola (z arogancką niecierpliwością): „Speedbird 206, co, nigdy nie byłeś we Frankfurcie!?”
Speedbird 206 (z zimnym spokojem): „A tak, byłem, w 1944. W innym Boeingu, ale tylko żeby coś zrzucić. Nie zatrzymywałem się tutaj.”

Mechanik z Pan Am 727 czekając na pozwolenie na start w Monachium, usłyszał co poniżej:
Lufthansa (po niemiecku): „Kontrola, podajcie czas pozwolenia na start.”
Kontrola (po angielsku): „Jeżeli chcesz odpowiedzi, musisz pytać po angielsku.”
Lufthansa (po angielsku): „Jestem Niemcem, w niemieckim samolocie, w Niemczech. Dlaczego mam mówić po angielsku?”
Nierozpoznany głos (z pięknym brytyjskim akcentem): „Bo przegraliście tę cholerną wojnę!”

***************************************************

W poniedziałek 10 lutego we wrocławskim  „Saloniku Trzech Muz” odbył się Wieczór Walentynkowy pod tytułem „TY to JA – Ja to TY”. Gospodynią wieczoru a także piosenkarką ubarwiającą spotkanie była Elżbieta Anna Kołodziejczyk. Osoba niebanalna, trochę z tej ziemi, a niekiedy nie J. Ubrana była w nietypową szatę z nagim prawym barkiem i ręką, a także stopami. Przygotowała też dwa fotele pod dużą stojącą lampą dzięki abażurowi dającą ciepłe światło. Na niej wisiały makramowe łapacze snów, jedna z drzewem życia. Biała oznaczała element kobiecy, czarna – męski. Można było usiąść na jednym z foteli lub stanąć pośrodku co zrobiłam.

Przybyłe osoby poproszono o prezentację swoich prac (proza, poezja, sztuki plastyczne) na powyższy temat. Jako pierwsza wystąpiła Ela Wodała, od lat wykonująca przepiękne obrazy z suszonych roślin. Dla Saloniku stworzyła tą techniką krasnala „Saloniusza”, którego powiększona postać witać każdego wchodzącego do Saloniku. Pokazała kilka swoich prac tematycznie związanych z tym świętem.

W zaproszeniu gospodyni napisała: „Forma prezentacji dowolna: przeczytany wiersz, krótka proza, zaśpiewana piosenka, przedstawiony obraz czy nawet opowiedziana historia (możliwie nie dłuższa niż pięć minut).

Specjalnie w domu przeczytałam na głos swoje opowiadanie „Miłość w ogrodzie”, aby sprawdzić jak to długo potrwa. Zmieściłam  się w  wyznaczonym czasie. Albowiem „mistrzynią” krótkiej formy jestem. Grażyna zwierzyła mi się, że też tak zrobiła.

Miałam przygotowane kserokopie swojego tekstu i chętnym je rozdałam.

Niestety nie wszyscy potrafią czytać ze zrozumieniem i „poszły konie po betonie”, czyli niektórzy zaserwowali nam długie (za długie) opowieści ze swojego życia wzięte. Średnio interesujące dla mnie. Gadulstwo nie jest dowodem na inteligencję.

A tematem wieczoru  naprawdę nie było: opowiedz nam swoją historię.

Gdyby nie to, wieczór byłby na szóstkę. Ale i tak było miło.

Filmik – nagranie występów, ja jako pierwsza:

Kolejne rozmowy pilot – wieża/koordynator lotów:

Wieża: „Żeby uniknąć hałasu, odchylcie kurs o 45 stopni w prawo.”
Pilot: „Jaki hałas możemy zrobić na wysokości 35000 stóp?”
Wieża: „Taki, kiedy wasz 707 uderzy w tego 727, którego macie przed sobą.”

*******************************************************************

Pilot: „Dzień dobry Bratysławo.”
Wieża: „Dzień dobry. Dla informacji – mówi Wiedeń.”
Pilot: „Wiedeń?”
Wieża: „Tak.”
Pilot: „Ale dlaczego, my chcieliśmy do Bratysławy.”
Wieża: „OK, w takim razie przerwijcie lądowanie i skręćcie w lewo…”

**********************************************************************

Pilot Alitalia, któremu piorun wyłączył pół kokpitu: „Skoro wszystko wysiadło, nic już nie działa, wysokościomierz nic nie pokazuje….”
Po pięciu minutach nadawania odzywa się pilot innego samolotu: „Zamknij się, umieraj jak mężczyzna
…”

********************************************************************

Wieża: „Wasza wysokość i pozycja?”
Pilot: „Mam 180 cm wzrostu i siedzę z przodu po lewej…”
********************************************************

Strach wsiadać do samolotu, lepiej siedzieć w domu. Taniej i zdrowiej dla planety.

Anna po masażu pojechała do punktu pocztowego w galerii handlowej, aby nadać listy. Chciała nabyć znaczki i zapytała o koszt skserowania kartki A-4. No i usłyszała, że znaczki ma tylko po złotówce, bo nie dowieźli a kserokopiarka nieczynna.

– To ma pani kiepski dzień – podsumowała seniorka. A przecież to nie piątek i nie trzynasty dzień miesiąca – pomyślała.

W gabinecie rehabilitacyjnym zobaczyła dość dużą lampę solną nabytą w grocie solnej. Podobno są też takie w kształcie kota.

– Nie kupiłam sobie żadnego prezentu z okazji urodzin to może taką lampkę kocią warto?

Upalne miasto 135

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Anna w trakcie choroby określiła się jako „tańcząca z lekami” choć wolałaby z kotami. Z wilkami to już niekoniecznie. A właściwie to ma dwa w jednym, czyli tańcząca i walcząca z lekami. Konkretnie to walczy z brakiem koncentracji, aby je zażyć we właściwej kolejności i o odpowiedniej porze dnia.

A może by tak zastosować kurację tym owocem brzydkim ale podobno pysznym i zachwycająco pomocnym? Opisał go autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny  też”:

Ugli = brzydkie cytryniątko (zadaje pytanie: ja nadrabiam osobowością, a ty?) przypomina cytrynę, która zasiedziała się w wannie. Tak naprawdę jest jednak wyjątkowo smaczną krzyżówką pomarańczy lub grejpfruta z mandarynką. Taka była impreza w cytrusowie. Na pierwszy rzut oka widać skąd się wzięła nazwa ugli. Biedak jest tak brzydki, że nie ma polskiej strony na Wikipedii. Tymczasem historia ugli jest całkiem ciekawa, bo to hybryda, ale wynaleziona przez samą matkę naturę.

Oficjalna nazwa ugli to jamajskie tangelo i pochodzi od tego, że cholera wie, czy przypadkiem w tej owocowej orgietce nie brały udział również tangelo, czyli mieszanki mandarynki i pomelo. Musicie wiedzieć, że cytrusy są dosyć puszczalskie, to znaczy chętnie się ze sobą krzyżują. Swoją drogą nazwę „UGLI” zastrzegła jamajska firma Cabel Hall Citrus Ltd, co grozi delegalizacją Ryszarda Terleckiego.

Większość ugli, w zależności od odmiany jest bardziej lub mniej pogarbionych i pokrytych zmarszczkami. Skórka ma kolor żółto-zielony z licznymi plamami i przebarwieniami oraz porami, na których widok nawet najbardziej satanistyczne kosmetyczki zaczynają recytować Zdrowaś Mario.

Wiadomo, że małe jest piękne, dlatego ugli czasami przerasta nawet wujka-tatę grejpfruta. Jest też wyjątkowo soczyste i dlatego sporo waży. Jeżeli chodzi o smak to podobno doskonale łączy trzy największe zalety cytrusów: słodycz, kwasowość i maskowanie smaku wódy. Podobno im brzydsze ugli na zewnątrz, tym słodsza nagroda czeka w środku. Tak przynajmniej ugli pisze przypadkowym dziewczynom poznanym w Internecie.

Ulgi można się najeść, napić i wyleczyć nim z różnych schorzeń. Badania naukowe wykazały, że ugli zawiera najwięcej antyutleniaczy ze wszystkich cytrusów. Ma działanie antywirusowe, przeciwnowotworowe, a jak je zostawić u sąsiada z piętra wyżej na wycieraczce to gość przestaje tupać. Co prawda głównie dlatego, że się na nim wykopyrtnął i sobie nogi połamał, ale tego mi już nikt nie udowodni.

I tu przychodzi mi na myśl powiedzenie o różnych ludziach: jest głupia/i ale za to brzydka/i). Niepożyteczna/y też, nic nie potrafi za to się wymądrza i oczekuje zachwytów.

Miłą niespodziankę sprawił Annie telefon koleżanki – lekarki. Wypytała ona dokładnie pacjentkę o to jak się zachowuje jej organizm, jak się czuje, ile jeszcze zostało pastylek antybiotyku  i czy ma kogoś, kto dostarczy zakupy. I stwierdziła, że w trakcie wizyty nie powiedziała jaki jest naprawdę stan seniorki, żeby jej nie wystraszyć.

– To duże szczęście mieć taką koleżankę, w tym moim całożyciowym doświadczaniu działań diabła – stróża – z wdzięcznością pomyślała  Anna.

Kolejne dni spędzała na czytaniu książki Patricii Shaw „Nad wielką rzeką”, której akcja toczy się w latach sześćdziesiątych XIX wieku w Australii. Potomkowie, wywiezionych tam  byłych skazańców już się zagnieździli na  kontynencie bezwzględnie wypierając  Aborygenów. Bohaterami są właściciele wielkich farm, dwaj z politycznymi ambicjami. Jeden przyjaźnie traktujący tubylców traci żonę i jej służącą,  przekonany, że to Aborygeni je zgwałcili i zabili szuka zemsty.  Poza tym występują w powieści córki najbogatszych farmerów Laura i Amelia, dziennikarz, właściciel lokalnej gazety, policjanci, żołnierze  Mamy też wątek romansowy.

Dla mnie najciekawszy jest wątek Aborygenów i ich traktowania przez białych mieszkańców.

O początkach osadnictwa białych ludzi w Australii; tekst z portalu polskieradio24.pl:

13 maja 1787 brytyjska Pierwsza Flota wypłynęła z 1487 osobami (w tym 778 skazańcami), w celu założenia pierwszej europejskiej kolonii na kontynencie australijskim.

Dożywocie za kawałek sera

W końcu XVIII wieku Anglia borykała się z problemem gwałtownie rosnącej przestępczości i przepełnienia więzień. Było to spowodowane m.in. negatywnymi skutkami rewolucji przemysłowej. Brakowało pracy, ceny rosły, a wielu ludzi cierpiało głód.

W 1790 roku londyńska policja oceniała, że spośród 800 tysięcy mieszkańców stolicy 105 tysięcy stanowią kryminaliści. Rzecz w tym, że w tym czasie do groźnych przestępstw często zaliczano czyny, dziś kwalifikowane jako drobne wykroczenia. Zaś jedyną znaną i stosowaną metodą zwalczania przestępczości było zaostrzanie kar. Dożywotnie wyroki więzienia wydawano za kradzież kawałka płótna, czy sera.

„Wysypisko śmieci”

Przez lata skazańców wysyłano za Atlantyk. Głównie do Indii Zachodnich i na kontynent północnoamerykański. Przegrana w 1783 roku wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych, zmusiła Anglików do poszukiwania nowego „wysypiska śmieci”. Po nieudanym eksperymencie w Afryce Zachodniej, skierowano wzrok w nieznane.

W 1786 roku Parlament Brytyjski postanowił utworzyć kolonię karną w okolicach opisanej przez Jamesa Cooka Botany Bay w Australii. Tysiące ludzi, często drobnych przestępców, wysłano na koniec świata. Do miejsca, o którym nic wówczas nie wiedziano – dokąd sięga, jaki jest tam klimat, czy jakie kryje niebezpieczeństwa?

Jeremy Bentham, angielski prawnik i filozof, tak skomentował tę decyzję: „Skazuję Cię, ale nie wiem na co, może na burzę morską i katastrofę okrętową, może na okrutną zarazę, może na głód, a może na to, byś został pożarty przez dzikie zwierzęta. Odejdź i szukaj szczęścia, żyj albo giń, cierp albo bądź szczęśliwy. Precz z moich oczu!”.

Australia jak Syberia

Z Anglii, pod dowództwem kapitana Arthura Phillipa, wyruszyło jedenaście żaglowców. Na pokładzie, oprócz załogi i zbrojnej eskorty, znajdowało się 778 skazańców. 18 stycznia 1788 dotarli na miejsce. Okazało się, że wylądowali na pustkowiu – nie było tam nic.

– Australia była dla XIX-wiecznej Anglii tym, czym Syberia dla Rosji – mówił na antenie PR prof. Paweł Wieczorkiewicz.

Więźniów podzielono na brygady robotnicze i przystąpiono do pracy. W ciągu roku powstały zalążki pierwszej osady – miasteczko Sydney.

Program resocjalizacji

Początkowo koszty utrzymania kolonii były tak duże, że rozważano jej porzucenie. Gubernator Phillip zdawał sobie sprawę, że utrzymanie przedsięwzięcia, powiedzie się tylko wtedy, gdy kolonia będzie samowystarczalna. Zdobył zaufanie i szacunek więźniów starając się zapewnić wszystkim pożyteczną pracę. Część zatrudniono w administracji i w magazynach. Innych przy rozbudowie miasta, portu i ich obsłudze. Stopniowo wprowadzono bezprecedensowy system resocjalizacji. Więźniowie za dobre sprawowanie mogli otrzymać kolejno urlop, zapłatę za pracę, ziemię na własność, a wreszcie upragnioną wolność.

Podróżnicy, którzy odwiedzali Australię w pierwszych dwóch dekadach XIX wieku, byli zgodni, że zapanował tam niemal wzorowy ład, a bezpieczeństwo było nieporównywalnie większe niż w ówczesnych miastach europejskich. Od początku XIX wieku zaczęto notować zyski. Eksploracja wybrzeży i głębi kontynentu ukazała bogactwo i ogrom nowych ziem.

Australijski cud

O ile w pierwszych stu latach swojego istnienia amerykańskie kolonie osiągnęły liczbę czterystu tysięcy mieszkańców, to w Australii były to trzy miliony. Sukces australijskiej kolonii rozpoczął debatę o etyce angielskiego systemu karnego. Zwyciężył pogląd, że zsyłanie więźniów do nieznanych krajów jest równoznaczne z popieraniem niewolnictwa. Epopeja więźniów skończyła się w roku 1849 – Australia stała się krajem normalnym.

Upalne miasto 134

Drodzy Czytelnicy pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa, więc proszę nie oczekiwać zbyt wiele. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*************************************************************************************

Nowy Rok – nowe działania złośliwego diabła stróża. Nie tylko psikus z laptopem, kopytny się w ten sposób tylko rozgrzewał. Wsadził swą brudną łapę w gardło i oskrzela Anny.  W myśl jego zasady: rok bez antybiotyku, rokiem straconym.

Zdarza się w czasie choroby majaczyć i seniorce zaczęła się snuć opowieść o dalszych losach  literackich i filmowych bohaterów. Właśnie w telewizji powtarzają serial „Lalka” więc uznała, że Wokulski wcale nie umarł tylko osiadł w Szwajcarii. Do banku w tym kraju przeniósł swoje pieniądze, kupił ładny dom i zajął się ogrodnictwem. Po latach nawet wyhodował nową odmianę róży, nie mógł jej nazwać Izabela, bo już taka istniała. Helena też. I Magdalena. I Małgorzata. Stanęło na Polonia.

 Korespondował z panią Stawską, która powtórnie została wdową, bo jej drugi mąż Mraczewski zginął w wypadku. Wokulski zaprosił więc kobietę z córeczką proponując osobne mieszkanie  w jego domu i pensję w zamian za prowadzenie mu domu. Ofertę przyjęła.

W tym kraju osiedlili się także (dużo później, w latach trzydziestych) Henryk Kwinto z Martą i Justysią oraz  J. J. Duńczyk. Ten ostatni próbował (jak Michał Waszyński producent, reżyser i scenarzysta, który udawał księcia a z pochodzenia był Żydem o nazwisko Mosze Waks) zorganizować i prowadzić wytwórnię filmową ale dość kiepsko mu szło.

W ostatniej chwili przed wybuchem II wojny przyjechali bracia Nuta i Moks, obaj z żonami. Jedną z nich była aktorka Natalia. Po rozpoznaniu potrzeb mieszkańców założyli warsztat naprawy aut.

Kasiarze kupili osobne domy ale w swoim sąsiedztwie oraz, całkiem przypadkiem, niedaleko domu w którym mieszkała Helenka (już seniorka) Stawska z mężem i dziećmi.

Gustaw Kramer zginął w trakcie ucieczki z więzienia.

Fani pisarki Joanny Chmielewskiej doskonale wiedzą, że nie umarła tylko zamieszkała w … Szwajcarii, razem ze soją przyjaciółką  Alicją. I to w pobliżu domów Wokulskiego oraz kasiarzy. Rzuciła palenie papierosów ale nie pozbyła się ciągot do hazardu. Razem z przyjaciółką zorganizowała w piwnicy  mini kasyno, w którym bywała cała Polonia pod pretekstem wieczorów autorskich. Przyjechała do niej wnuczka, tak się jej spodobało, że została, wyszła za mąż i rozwinęła działalność artystyczną – tkała, znajdujące wielu nabywców, kilimy.

Wszyscy blisko siebie mieszkali, polubili się a nawet, niektórzy pobrali. Sielanki nie było, jak to w życiu ale Wokulski zapomniał o Izabeli i ożenił się z panią Stawską, mieli nawet dwóch synów. Duńczyk nigdy się nie ożenił, bo był gejem.

Anna wcześniej skończyła czytać „Odrzanię” Zbigniewa Rokity. Czytała jego „Kajś” o Śląsku a ta dotyczy „ziem odzyskanych”, niektórzy nazywają je „wyzyskanymi” i nie ma przesady w tym określeniu. Sowiecki rząd nie żałował sobie grabieży i przemocy na tych terenach. I mimo upływu lat mieszkańcy nie czuli się zbyt pewnie.  Bo Niemcy bardzo długo nie chcieli uznać, pogodzić się z faktami,  granicy na Odrze i Nysie.

Ta książka to reportaż historyczno – socjologiczno – osobisty.  Zawiera wiele interesujących wiadomości o ziemiach jakie weszły w skład naszego kraju po II wojnie, bo tak chciał i przeforsował Stalin zabierając nam Kresy.

Do lekarza Anna zapisana była na wtorek i czekała, w złej kondycji, od czwartku. Nie wychodząc z domu. Stan fizyczny się jej pogarszał, szczególnie, że dołożył się do tego kaszel nocny i dzienny. Nocny był gorszy, bo nie pozwała zasnąć a jeśli mimo to zadrzemała to następny atak ją ocucił i wkurzył. I tak co noc od czwartek/piątek, piątek/sobota, sobota/niedziela, niedziela/poniedziałek. Postanowiła więc przemóc się i w poniedziałek iść do apteki po lek powstrzymujący kaszel tiocodin, który okazał się być też w syropie. Miała już dosyć bezsennych nocy i bólu mięśni przy kolejnym ataku.

Lek kupiła, do sklepu spożywczego wstąpiła, parę produktów nabyła i poczłapała do domu. Daleko nie miała ale najtrudniejszą trasą były cztery piętra schodów. Stawała co pół piękna, dyszała jak stara, zdezelowana lokomotywa i z każdą kolejną wysokością był coraz gorzej. Ostatnie schody przebyła prawie na czworaka, cała w pocie, legła na małej i niewygodnej wycieraczce i nie miała siły wstać. Wreszcie się ocknęła, otworzyła drzwi i nie zdejmując kurki padła na tapczan.

– Oto zalety malutkiego mieszkania, od drzwi wejściowych blisko jest do pokoju – pomyślała odzyskując świadomość po kwadransie. Drugi jeszcze przeleżała ocierając pot z całej głowy. Siłom i godnościom osobistom powoli podniosła się i zdjęła kurtkę. Wypakowała zakupy i chlapnęła tiocodin czekając na cud braku kaszlu i bólu. Który jakoś zbyt powolutku następował, bo diabeł tego pilnował.

Z powodu choroby musiała zrezygnować z masażu i spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki.

Poprzedniego dnia dnia zaaplikowała sobie witaminę C 1000 i rutinoscorbin co pomogło trochę zmóc objawy dolegliwości.

Lekarka, ubrana w ochronny fartuch i maseczkę, po osłuchaniu tułowia Anny orzekła: zapalenie oskrzeli na granicy z zapaleniem płuc.

– Tego jeszcze u mnie nie grali – pomyślała seniorka ubierając się i ciężko ale ostrożnie siadając na krześle.

Poprzedniego dnia, po epizodzie tapczanowym, postanowiła, że jeśli stan bardzo byle jaki się utrzyma pojedzie do lekarza a potem do apteki taksówkami.

Na szczęście nie było takiej potrzeby, dała radę tramwajami.

Leki wykupiła, do domu dotarła bez niepożądanych atrakcji i od tego czasu jest tańczącą z wieloma lekami. Bo i poprzednich na zawroty głowy oraz alergię jest kilka, a teraz jeszcze trzy. I należy dużo pić – takie usłyszała zalecenie.

W czwartek poczuła pragnienie zjedzenia kolejnej miski zupy składającej się ze zmiksowanych warzyw oraz  mięsa indyczego. A zapas w zamrażalniku właśnie się jej skończył.

Zaczęła więc planować krótką wyprawę po zdobycie ingrediencji i rozpoznawać swoje siły na zamiary.

– Jeśli wyrzucając śmieci nie będę miała zawrotów głowy to znaczy, że uda mi się plan zrealizować. Sklepy mam niedaleko przecież. Jeśli nie – poproszę znajomą, aby zrobiła mi takie zakupy – postanowiła.

Zawrotów nie było, kolejek w sklepach też. Nie żeby wracała do domu z  pieśnią na ustach i w podskokach, co to – to nie. Ale prawie normalnie.

Musiała jednak potem odpocząć trochę, aby podjąć się następnych kulinarnych kroków: mycia, obierania, krojenia, do garnka wkładania, wodą zalewania, na gazie stawiania, pokrywką przykrywania.

Po ugotowaniu od kości oddzielania, studzenia, miksowania, do pojemniczków wlewania.

W międzyczasie zjadła trochę ugotowanego mięska i surówkę: marchew, kiszony ogórek, cykoria i jabłko, sól, pieprz ziołowy, olej rzepakowy.

Babka na bank – opowiadanie kryminalne

(WSTĘP: jak widać piszę głównie prozę, ale zrobiłam kilka kart ATC z wierszykami, które powstały z wyciętych gdzieś tam wyrazów/fraz,  m.in. taki o tytuleBank”: Sprawa już przegrana/żądamy bezpiecznej forsy przez długie lata/Zobacz w środku/wybierz coś dla siebie. )

 Niewielki oddział banku usytuowany był  na spokojnym osiedlu, w budynku z lat sześćdziesiątych. Graficiarze mu nie odpuścili i  zaznaczyli swoją obecność niczym psy na spacerze. Dwoje pracowników weszło bocznymi drzwiami pół godziny przed rozpoczęciem przyjmowania interesantów.  Włączyli komputery i czajnik. Zagotowali wodę, włożyli torebki z podłą herbatą do firmowych kubków, którymi klienci pogardzili bo tak były piękne. Przedstawiały bowiem prezesa z kotem z jednej strony i premiera z drugiej.  Napis głosił: Polski Ład wam jest rad.

Barbara, w białej bluzce i ciemnych spodniach, ze złotymi kolczykami w uszach, sprawdziła czy ma na swoim stanowisku długopis, kartki duże i małe oraz czy drukarka jest czynna. Jej kolega Karol tego nie zrobił bo był pewien, że jest doskonały a więc i wszystko wokół niego. W razie czegoś nieoczekiwanego wykorzysta dobrze przygotowaną koleżankę.

– Baśka otwórz drzwi, już dziewiąta – powiedział poprawiając nienagannie ostrzyżoną fryzurę i sprawdzając sms-y w  smartfonie.

– Leń, obibok i wykorzystywacz – rzuciła w jego stronę. Ale spłynęło to po nim jak po stadzie kaczek, gęsi i łabędzi.

Izolda siedziała w sypialni przed toaletką lekko retuszując swoją nieprzemijającą, dzięki ingerencji medycyny estetycznej, urodę. Naturalnie rude włosy wiły się wokół jej twarzy jak miedziane sprężynki. Jej mąż mówił, w chwili złości, że to żmije jadowite tak jak ona.

– Kretyn – pomyślała malując usta. Popatrzyła na swoje paznokcie pokryte fioletowymi hybrydami z namalowanymi zielonymi żabami bo lubiła kumkające.

Zdjęła podomkę, z szafy wyjęła dżinsy i błękitny sweterek. Sprawdziła zawartość torebki wiszącej na oparciu krzesła, zapięła ją i zachichotała.

Z toaletki wzięła telefon i wybrała jeden kontakt.

– Jestem przygotowana i zdecydowana. Ty też, mam nadzieję? Przecież wszystko ustaliliśmy, miałeś tylko przygotować ewakuację. Bilety na samolot masz? To przyjedź taksówką po moje walizki. I ubierz się tak, żeby cię nikt potem nie rozpoznał. Wiem, że sto razy ci to mówiłam, tylko przypominam. Czekaj na mnie tam gdzie wiesz.

Odłożyła telefon, ze stosiku białych karteczek oderwała jedną, wyjęła z kubka długopis i napisała:

„Kochana, wyjeżdżam na długie wakacje, bo jestem bardzo zmęczona. Jesteś już dużą dziewczynką, poradzisz sobie. Dbaj o koty. Zostawiam ci kartę do osobnego konta”.

Odłożyła długopis, przeszła do sąsiedniego pokoju, notatkę położyła na biurku córki a na niej kartę bankomatową.

W przedpokoju włożyła adidasy, szarą kurtkę, szarą czapkę i popielaty szalik. Czarną dużą torebkę zarzuciła na ramię. Bardzo chciała, aby wszystko się jej udało więc ludowym rosyjskim zwyczajem przysiadła na krześle. Oparła głowę o ścianę wspominając dzieciństwo na wsi i dojazdy do szkoły rozklekotanym autobusem. Ciążę z dopiero co poznanym na zabawie, chłopakiem. Wyklinających ją rodziców i aborcję u przekupionego lekarza.

Energicznie wstała otrzepując się z ponurych myśli. Pogasiła światła, sprawdziła czy wszystkie okna są zamknięte, pogłaskała koty, zmieniła wodę w miseczce i dosypała karmy. Wyszła na korytarz i zamknęła drzwi trzema kluczami.

Otworzyła garaż i wyprowadziła elektryczną hulajnogę.

– Hulaj dusza, piekła nie ma – powiedziała pod nosem. I włączyła pojazd.

Dyrektor banku ściągnął do pracy koło południa w stanie wskazującym na zużycie. Miał na sobie wymięty garnitur, poplamiony krawat i koszulę trzeciej świeżości. W gabinetowej lodówce zawsze czekał na niego kefir oraz soki z kiszonych ogórków i pomidorów. Sprzątaczka miała obowiązek na bieżąco uzupełniać zestaw. Na szczęście nie na swój koszt. Czasem sama też korzystała z tych zasobów. O wiele rzadziej jednak niż przełożony, który właśnie usiadł na wygodnym fotelu i sięgnął do lodówki. Otworzył ją i wyciągnął litrową butelkę kefiru. Nie zauważył, że z półki wyskoczyła myszka. Tym razem nie była biała jak trzy dni temu gdy miał,  przechodzoną w domu, delirkę. Na szczęście zawsze w takich wypadkach pomagał mu szkolny kolega będący sanitariuszem. Kroplówką odtruwał go do następnego razu. Tym razem powinien wystarczyć kefir – pomyślał wlewając w usta kwaśny płyn.

Musiał zapić każdą wizytę gościa, któremu prał pieniądze.

– Jak ja się w to wplątałem? – myślał w rzadkich chwilach refleksji. Odpowiedź była prosta – obiecano mu, że to będzie jednorazowa akcja. I on, kretyn, uwierzył. Owszem, opłaciło mu się. Piękny dom, piękna żona, utalentowana muzycznie córka dziwnie do niego niepodobna no i dwa przymilne koty. Nie wspominając o dwóch drogich samochodach, wakacjach na Seszelach, domu w Hiszpanii i licznych kontach za granicą. Tylko poczucie nieustannego zagrożenia mąciło jego spokój i pogłębiało nałóg.

– A taki byłem zdolny – przypomniał sobie sukcesy w szkole i na uczelni. Śpiewał tam w chórze i udzielał się w kole plastycznym. Obrazy leżały zakurzone na strychu domu, a głos stracił moc i barwę.

– Muszę odczepić się od tego gościa – postanowił. Tylko jak? Wynająć płatnego zabójcę? Dosypać trucizny do picia lub jedzenia? Skąd wziąć truciznę? I jeszcze musiałem zatrudnić tego dupka, który nadaje się do pracy jak ja do baletu. Czknął, rozwiązał krawat i wrzucił go do kosza.

Izolda podjechała do kawiarni, wprowadziła na zaplecze hulajnogę i przywitała się ze swoją siostrą Imogeną, która była właścicielką lokalu. Obie miały innych ojców ale po matce odziedziczyły rudowłosość. I bardzo się lubiły.

– Jesteś zdecydowana? – zapytała kawiarniana siostra.

– Pewnie. Wszystko przyszykowane i zorganizowane.

– Ufasz mu?

– Tak, z małą nutką niepewności, ale i na tę ewentualność jestem przygotowana.

– To świetnie. Napijesz się kawy?

– Chętnie. Pomoże mi precyzyjniej działać.

– To siadaj przy stoliku, może jakiś deserek, na przykład tiramisu?

– A daj, nie wiem kiedy będę znowu jadła.

Iza popijając kawę i powolutku smakując smakołyk wspominała dziecięcy zachwyt watą cukrową i krówkami ciągutkami.

Wysączyła ostatnią kroplę napoju, oblizała łyżeczkę, wytarła serwetką usta i wstała z krzesła. Bez słowa pocałowała siostrę w policzek. Wyszła z kawiarni zostawiając tam hulajnogę. Powoli wkładając na twarz maseczkę przeszła na drugą stronę ulicy i otworzyła drzwi do banku. Podeszła do stanowiska przy którym obsługiwał Karol, wyciągnęła z torby pistolet i strzeliła dwa razy.

Z gabinetu wyszedł Adam dyrektor. Zachwiał się w progu i krzyknął:

– Iza, co ty robisz?

Kobieta nie zwracając na niego uwagi spokojnie schowała pistolet do torebki i wyszła z banku. Wsiadła do czekającego na nią auta i odjechała.

Na lotnisku czekał na nią pracownik obsługi, przekazał bilet i klucz do skrytki bagażowej życząc udanego lotu.

Dyrektor wysłał sms-a do córki:

– Matka zabiła Karola.

A ona odpisała:

– Dobrze mu tak.

– Ale dlaczego?

– Bo był jej i moim kochankiem.

– A ja myślałem, że jest gejem.

– To też go interesowało. Zadzwoniłeś na policję?

– I do ojca Karola. Ten to da mi popalić.

– Przecież nie ty go zabiłeś!

– Ale moja żona.

– Pamiętaj, że rozwiedziona.   

– Myślisz, że oni to wezmą pod uwagę?

– Byli świadkowie?

– Tylko Baśka.

– Nie martw się na zapas. Pa.

Upalne miasto 133

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Sobota przed poniedziałkiem z trzema królami przyniosła do Anny sąsiadkę z prośbą. Najpierw ze zdziwieniem, że seniorki nie widać i nie słychać.

– A ja myślałam, że to moja zaleta, ta czapka niewidka – pomyślała Anna.

Ale sąsiadka przyszła po prośbie. Nie chodziło o datek finansowy tylko siłowy. Konkretnie o otwarcie słoiczka ze smalcem, prezentu od koleżanki, którego zawartością sąsiadka chciała sobie okrasić pierogi. Za pomocą podważenia boku pokrywki ostro zakończonym nożem operacja „smalec ze skwarkami” zakończyła się pomyślnie.

Bez rewanżu w postaci poczęstunku. Nie był oczekiwany  – ten rewanż.

Jest taki rysunek Andrzeja Mleczki: Idzie anioł z napisem: Dobrego nowego roku. A za nim diabeł z: Po moim trupie.

U mnie ciągle, całe życie, to aktualne.

I w ramach tego wariuje spłuczka w łazience. I dowiedziałam się o śmierci zawodowej  koleżanki, mojej rówieśniczki.

A propos postępowania złych ludzi zacytuję Annę Dymną:

„Jednym z kłamstw tego świata jest to, że jeśli będziesz dobry dla ludzi, oni odwdzięczą się tym samym. To bzdura. Są tacy, którzy czerpią przyjemność z rujnowania innych. Jednak niezależnie od tego, jak zgniłe serca spotykasz, warto być miłym nie po to, aby ktoś ci się odwdzięczał, ale po to by pokazać światu, że człowieczeństwo jednak istnieje”.

Albo: Bądź dobry – co ci szkodzi?

Niestety, niektórym bardzo szkodzi dlatego nie mogą się powstrzymać przed wykorzystywaniem, poniżaniem i obrażaniem innych. W ten sposób chcą sobie wyrównać kompleksy i udowodnić, że są lepsi a kompromitują się i odstraszają ludzi od siebie – pomyślała Anna. A potem się  dziwią, że są nielubiani.

W pewną środę (bez dyżuru bibliotecznego na skutek zabudowy części holu w Centrum Seniora) seniorka podjęła słuszną, jak się okazało, decyzję i zadzwoniła do pewnego urzędu w stolicy. I nareszcie trafiła na kogoś kumatego, kto wytłumaczył jej dlaczego nie może załatwić pewnej sprawy. Powód podano jasny, sensowny i zrozumiały.

– No, to mam sprawę z głowy, nareszcie – westchnęła Anna. I wysłała sms-a z info do koleżanki zainteresowanej tematem. A potem do niej zadzwoniła obiecując, że listem analogowym prześle jej informacje, które pozyskała w trakcie rozmowy z urzędniczką.

Aby uczcić koniec przepychanek z urzędem zapaliła świeczkę (tealight) przy małej witrażowej choince mającej specjalne miejsce na takie świecenie. I zjadła porcję bigosu wciągniętego z zamrażalnika.

Wcześniej na poczcie w galerii handlowej wysłała kilka listów z kartami ATC i nabyła w sklepie firmowym polskiej marki kosmetycznej kilka produktów.

Od autora „Zwierzęta są głupie i rośliny też” dowiedziała się, że istnieje  takie stworzonko, nawet chętnie by je hodowała w większej ilości:

ZALESZCZOTEK

 Wiedzieliście, że mamy w Polsce skorpiony? Tylko oczywiście dostaliśmy wybrakowane egzemplarze, bo bez żądeł. No i nie są za duże, bo mierzą od trzech do czterech milimetrów. Chodzi o niewielkiego pajęczaka, który przedstawia się jako zaleszczotek książkowy. Poza tym, że zaleszczotek jest mikrus i bezkolcowiec, to jest też całkiem pożyteczny. Lubią go na przykład pszczelarze, bo gość poluje na pasożyty, między innymi na gąsienice barciaków i dręcz pszczeli.

Zaleszczotek może mieszkać w różnych miejscach na przykład w lesie pod korą albo z pszczołami w ulu. Co ciekawe zaleszczotek atakuje i wykańcza pszczele pasożyty nawet kiedy nie jest głodny. Jeżeli jednak zje wszystko, co dybało na pszczoły, to wcale nie zaczyna atakować gospodyń. Nie, zaleszczotek łapie się ich i na cudzych skrzydłach leci czyścić inne ule.

Zaleszczotka można spotkać również w swoim domu, szczególnie jeżeli ma się pokaźną biblioteczkę. Koleś czai się między kartami jak to, co podmiot liryczny miał na myśli i poluje między innymi na roztocza. To, że zaleszczotek nie ma kolca jadowego, nie oznacza, że nie jest jadowity. Owszem jest tylko ujście gruczołów jadowych znajduje się w zaleszczotkowych kleszczach. Kiedy tylko polski skorpion pochwyci jakieś smaczne roztocze albo inną antylopę półkowej sawanny to natychmiast aplikuje jej jad, uśmiercając ją lub wprowadzając w odrętwienie. Później oblewa ją sokami trawiennymi i siorbie jak szejka z frytkami.

Poza roztoczami zaleszczotek poluje również na wszy książkowe. Jeżeli w tym momencie rzuciliście przerażonym wzrokiem na półkę z książkami, to nie mam do was pretensji. Wszy. W książce. Jakby mole nie były wystarczająco wstrętne. No więc wszy książkowe to formalnie psotniki kołatki, które żrą papier. Zaleszczotek natomiast żre psotniki, więc jest naszym naturalnym sprzymierzeńcem.

Jakby tego było mało, zaleszczotek zajada niekiedy również mole odzieżowe. No przynajmniej te w stadium larwalnym. Tak czy inaczej, zaleszczotku jesteś równy gość, pij ze mną kompot.

– Nawet w drodze do sklepu może cię coś i ktoś zaskoczyć – pomyślała Anna. To że bankomat nie miał w zasobach swoich banknotów pięćdziesięciozłotowych to małe piwo (bezalkoholowe). Ale przechodząc obok starej kamienicy we wgłębieniu bramy zauważyła leżący, nieduży czarny kapelusz. Nie cylinder kominiarski, raczej melonik iz kwiatkiem w tym samym kolorze. Ktoś był na balu kostiumowym i zgubił będąc pod wpływem?

Nie przymierzyła tylko poszła do sklepu przypominając sobie co ma kupić: imbir kandyzowany, owoce itd.

Gdy szła z powrotem zaczepiła ją mała, bardzo seniorka mówiąc, że na ulicy leży portfel. Na co Anna, że trzeba zajrzeć może jest tam adres właściciela. Podeszły do tego miejsca i staruszka pokazuje laską … kapelusz. Bardzo zdziwiona, że to nie portfel. A wyglądem nawet go nie przypominał.

Drugim zaskoczeniem był widok młodej dziewczyny w bardzo krótkiej spódniczce, rajstopach kabaretkach i czerwonych udach oraz kolanach. A wystarczyłyby grube rajstopy jeśli już musiała pokazać nogi.

Ponurość i zimność zaokienna nie zachęca do wychodzenia z domu. Czasem trzeba jednak wyrzucić śmieci, zrobić zakupy lub wysłać list polecony.

W czwartek, będącym środkowym dniem stycznia Anna wykonała parę czynności. Wyjęła ze skrzynki dwa polecone listy, pojechała do galerii handlowej gdzie w punkcie pocztowym nadała list do pewnego urzędu, aby zakończyć sprawę nie do załatwienia.

Wjechała na drugie piętro, zamówiła kawę, usiadła przy stoliku i otworzyła list. Z  pierwszej koperty, od koleżanki, z którą koresponduje analogowo od 60 lat, wyjęła oprócz listu prezent z okazji urodzin, dwuskładnikowy – to co wynaleźli Fenicjanie i monetę 2-złotową z wizerunkiem Agnieszki Osieckiej, wydaną w 2013 roku. Drugi zawierał karty ATC i „przydasie”.

Na jednym ze stoisk kupiła kilogram bezpestkowych daktyli za 15 złotych. Traktuje je jako słodycze do herbaty.

Regału na uwolnione książki wzięła „Kolumbów rocznik 20-ty” i informator kulturalny.

W domu zjadła obiad i popijając herbatę postanowiła na FB podziękować za karty ATC. Ale diabeł stróż uznał, że dosyć tych sukcesów, bo się babie we łbie przewróci. I nie odpuścił na zasadzie „muszę, bo się uduszę”. Czyli nie udało się jej włączyć laptopa co rankiem było łatwe. Zadzwoniła więc do znajomego fachowca ze skargą na sprzęt, bo gdyby powiedziała o diable pomyślałby, że seniorce odbiło.

Poradził przytrzymać guzik piętnaście sekund a jeśli nie zadziała przyjść do zakładu. Zrobiła to i kicha czyli klapa. Już zbierała się do wyjścia ale jeszcze raz nacisnęła klawisz i zadziałało – uffff.

 

Upalne miasto 132

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

Czego sobie życzę w nowym roku? Żeby diabli wzięli wszelkie robactwo w domu, zagrodzie i na świecie. Do domu kiedyś przywlokłam (nieświadomie) mole spożywcze na które wcale nie działają liście laurowe, mycie szafek octem i tym podobne domowe sposoby. Marzy mi się molołap, który zagrałby na fujarce (lub innym instrumencie) i wyprowadził te żarłoczne paskudztwa na zawsze. Póki co wiszą lepy wewnątrz kuchennej szafki,  a na futrynie trójkątna pułapka.

Przypomniał mi się żart:

Mówi mol do mola:

– Popatrz jak wszyscy się cieszą na nasz widok.

– Po czym sadzisz?

– Wszyscy klaszczą.

A tak opisał to niepotrzebne stworzenie autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

MÓL SPOŻYWCZY = omacnica spichrzanka

Ćmy s*ają do kaszy. Oraz do płatków, mąki, cukru, otrębów, czekolady, ryżu, bakalii i makaronów. Słowem do wszystkiego, na co człowiek ma ochotę o drugiej w nocy z niedzieli na poniedziałek. Jak się pewnie domyślacie, wpis ten jest inspirowany moim nocnym obżarstwem, a raczej skandaliczną sytuacją, że do niego nie doszło.

Mianowicie, znalazłem w kangusach martwe owady oraz produkty owadoodchodne, czyli ćmie kupska. Musicie wiedzieć, że to były niemal nowe kangusy, które kupiłem pół roku temu, zjadłem jeden talerz, skręciłem opakowanie i zapomniałem o nim w szafie, co jest jedynym możliwym sposobem postępowania z płatkami śniadaniowymi.

Po bliższych oględzinach oraz obudzeniu ilustratorki, bo co tak będzie smacznie spała kiedy ja cierpię, okazało się, że zwłoki w płatkach należą do omacnicy spichrzanki, motyla nocnego z rodziny omacnicowatych. Ot beżowo-brązowa ćma o rozpiętości skrzydeł od 14 do 18 mm. Jakby tak zmrużyć oczy i przejść lobotomię, to można by ją nawet uznać za ładną.

Pod tym skromnym przebraniem kryje się jednak największy kuchenny złoczyńca od czasu kiedy Magda Gessler najechała na Falklandy. Dorosła omacnica ma dość przyzwoitości, żeby żyć jedynie dwa tygodnie i zupełnie nic wtedy nie jeść. Składa jednak wtedy jajka i to nawet 500. W dodatku wali je prosto na nasze jedzenie. Z jajek wykluwają się gąsienice z brązowymi głowami i ciałami w kolorze złamanej bieli, z czasem zamieniającej się w załamanie nerwowe u człowieka, który zobaczy ją w płatkach podczas jedzenia. Poza tym biały kolor może przejść w czerwony, zielony, pomarańczowy lub inny w zależności od tego co akurat omacnica nam zżera.

A jeść może nawet przez 250 dni i nocy. W tym czasie żyje, kocha, modli się i defekuje w tym samym miejscu, czyli na przykład słoju z kaszą albo w torbie z otrębami. Jeżeli sądzicie, że związana foliówka uchroni wasze zasoby przed żarłocznymi larwami to jesteście w błędzie. Dzieci szybko uczą się rozwiązywać torebki. Gąsienice omacnicy natomiast potrafią je przegryzać, do grubości 0,7 mm. Symbiotyczne bakterie żyjące w ich jelitach do pewnego stopnia mogą rozkładać polietylen. Mówiłem, zas*any superzłoczyńca. Tak jak zresztą moje kangusy.

Jak sobie radzić z omacnicą? Można wymrażać produkty w -15 stopniach Celsjusza. Można je też wygrzewać w 50-52 stopniach. Można też wywalić wszystkie najsmaczniejsze rzeczy z kuchni do śmietnika jak ja dzisiaj w nocy, bo z obudzoną ilustratorką się nie dyskutuje.

(Ta franca złośliwie dokopuje: „Więc mówisz, że zamknąłeś szczelnie wszystkie pudełka w spiżarni? Urocze!).

Anna na smaczne rozpoczęcie nowego roku upiekła sernik z sera, śmietankowego który przeceniono z powodu upływu terminu ważności. Oczywiście opadł! Dodała rodzynki, bo lubi.

Aby wykorzystać rozgrzanie piekarnika i ocieplić chatę wsadziła potem (nie piekła razem bojąc się przejścia smakami) zamarynowane plastry indyka przełożone cząstkami jabłka.

I przypomniała sobie cytat z filmu „Lepiej być nie może”: „Mam swoją szajbę, cudza mi niepotrzebna”. To a propos kontaktów z niepełnosprawnymi emocjonalnie osobami.

Za to a propos sernik i rodzynki to autor „Zwierzęta są głupie i…” objaśnił nam ich pochodzenie:

 WINOGRONA (= bąble rozpusty)  to kulki słodyczy zamknięte w cierpkiej skórce, z których można zrobić napój do barwienia rzeczywistości na różowo. Mają swoje miejsce w kulturze i sztuce, bo nie można być uwiecznionym na antycznej amforze bez pakowania sobie winogron do gęby. Skoro przy tym jesteśmy, to żarcie winogron na czas jest powodem, dla którego dzisiaj o nich piszę.

Hiszpanie oraz mieszkańcy krajów Ameryki Łacińskiej mają w zwyczaju jedzenie winogron o północy w Sylwestra, który nazywa się „las doce uvas de la suerte”. Jakby Zorro człowiekowi matkę wyzywał, a to po prostu „dwanaście winogron szczęścia”. Należy je łykać o północy po jednym z każdym uderzeniem zegara, a zjedzenie wszystkich bez zadławienia się ma zapewnić szczęście oraz zdrowie w nadchodzącym roku.

No dobra, część okolicznościową mamy z głowy, więc możemy wrócić do wińska. To dzięki następstwom procesu fermentacji winogron Rzymianie wynaleźli akwedukty, tak ich kac męczył. Tymczasem jagody winorośli, bo z nimi mamy do czynienia skrywają mroczną tajemnicę, do której niedługo dojdziemy.

Najpierw przyjrzyjmy się jednak początkom winorośli, która w dzikiej postaci rosła pierwotnie na Kaukazie oraz Bliskim Wschodzie. Później zaczęli uprawiać ją Sumerowie oraz Egipcjanie. W momencie kiedy ludzie włożą w coś wystarczająco dużo wysiłku, żeby im za chatą wydało owoce, zrobienie z tego alkoholu jest formalnością. Najstarsze ślady wytwarzania wina pochodzą z ponad 7000 lat p.n.e.

To były jednak dopiero początki. Prawdziwa moda na obalanie wina zaczęła się w starożytnej Grecji. Tamtejsi kapłani szybko załapali, że jeżeli uznają wino za napój bogów, to będą je mogli bezkarnie łoić i pewnie jeszcze im ktoś podziękuję, bo zrobią z tego sakrament. A nie to było później.

Początkowo wino pijały tylko elity, ale w Starożytnym Rzymie stało się tak powszechne, że pili je nawet niewolnicy. Jeszcze do niedawna wino (przynajmniej z nazwy) było napojem jednoczącym klasy społeczne. Pito je na balu u senatora i pod mostem gdzie było nieco mniej elegancko, ale za to towarzystwo lepsze. Wszystko zmieniła zwierzęca inwazja. Wino nigdy nie pozbierało się po nadejściu małpek.

Większość z nas zna winogrona zielone, czerwone oraz „to jest jakieś nadgniłe, ale chyba się jeszcze nadaje”. Tymczasem winne jagody mogą być prawie białe, różowe, pomarańczowe, brązowe, fioletowe i czarne, ze wszystkimi stadiami pomiędzy. Im ciemniejsze, tym zdrowsze, bo ich skórka zawiera polifenole, które działają przeciwmiażdżycowo. To samo dotyczy wina. Niestety zasada ta nie rozciąga się na mocniejsze trunki.

Poza tym winogrona działają korzystnie na oczy i nie trzeba ich nawet mocno przyklejać. Resweratrol, czyli jeden ze wspomnianych polifenoli przeciwdziała jaskrze, zaćmie i cukrzycowej chorobie oczu. Podobno ten sam związek może chronić przed chorobą alzheimera, poprawiać pamięć i przynosić szczęście oraz bogactwo, chociaż to ostatnie głównie producentom wina.

Wszystkie te wspaniałości są jednak li tylko kamuflażem, który ma za zadanie ukryć prawdziwą naturę winogron. Winogrona bowiem chcą was wykończyć. No przynajmniej jeżeli jesteście kotami lub psami, a gorąco wierzę, że czytają mnie również czworonogi.

Niestety nawet kilka winogron może wysłać najlepszego przyjaciela człowieka albo psa na farmę za tęczowym mostem. Nie wiadomo dokładnie, co takiego w nich szkodzi zwierzętom, ale na pewno słodkie cholery nie robią tego niechcący.

Nawet winogrona mają jednak swoją gorszą wersję. Chodzi o rodzynki. Zasuszone przekleństwo serników gdzie udają kawałki czekolady, żeby z zaskoczenia rozczarować nasze kubki smakowe. Wyglądają jak kozie bobki, które zasnęły na słońcu, a smakują jeszcze gorzej.

Polacy nie gęsi i swoje winogrona mają. Chodzi o ziemniaki, tak zwane podlaskie jagody, które może nie są okrągłe jak winogrona, ale bardzo by chciały. Doskonale smakują z grilla no i również robi się z nich napój do barwienia rzeczywistości i to nawet lepiej niż w przypadku winogron, bo we wszystkich kolorach pawia.

Upalne miasto 131

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

Kupić żywą choinkę czy mieć przez wiele lat sztuczną? Oto jest pytanie. Napisy na ogrodzeniu wiaty z choinkami: „Choinki żywe” i „Dowozimy”. Żywą czy ledwo żywą dowożą na życzenie do domu klienta?

Ktoś wykazał się pomysłowością i z gałązek iglastego drzewa zrobił kilka piesków. Z czerwonym nosem i oczami  z piłek pingpongowych.

– Szkoda, że nie zrobili kota, chyba bym się skusiła – pomyślała Anna.

Na facebooku zobaczyła reklamę nowego sklepu o nietypowej nazwie, nie pamięta dokładnie, jakoś tak: miejsce dobra lub dobre miejsce. Chyba pójdzie sprawdzić, bo wyszukiwarka nie pomaga.

Kiedyś tam był sklep z odzieżą, głównie dzianinami. Wchodzi więc, nikogo z obsługi nie widzi. Jako, że ma zboczenie zawodowe od razu wzrok  się jej zawiesza na dużej ilości książek. Poza tym jest odzież i różne drobiazgi typu durnostojki, coś na prezenty, ozdoby różniste. Chodzi po niewielkiej przestrzeni, nikt się nią nie interesuje. W końcu za filarem dostrzega siedzącą młodą kobietę zajętą swoim telefonem. Ta od niechcenia rzuca: a co pani szuka?

Nie wstała, nie zainteresowała się potencjalną klientką, nie zapytała o preferencje zakupowe, nie zachęciła, nie doradziła. No to niech telefon coś u nich kupuje. Pracownica na stałej pensji czy właścicielka? A może to pralnia pieniędzy?

Piątek trzynasty dzień miesiąca, nie był dobrym dniem na wyjście z domu i spotkanie towarzyskie. Wiatr wiał a żeby mu nie było smutno z towarzyszeniem  deszczu. Odległość docelowa nie była  duża za to wymagająca dojazdu dwoma autobusami. I ten drugi się spóźnił.

A Anna miała spóźniony refleks i nie zauważyła, że pożądany przystanek jest na życzenie. Za późno nacisnęła przycisk i musiała się wrócić. Szła i szła, ciemno było choć przed wieloma domami rosnące tam drzewa i krzewy skrzyły się świątecznym oświetleniem.

Wreszcie dotarła dość zmęczona podsumowując do gospodyni:

– Biednemu zawsze wiatr w oczy.

Po zdjęciu kurtki wyciągnęła z torby kilkanaście kopert w których były wykonane przez nią kartki świąteczne. Nie pokazując ich zaproponowała losowanie, każda była niespodzianką.

Spotkanie upłynęło na rozmowach o Wietnamie, zachowaniu nuworysza przechwalającego się stanem posiadania, uczuleniu pieska i zajęciach ceramicznych jednocześnie każdy przygotowywał sobie sajgonkę. Wegetariańską lub mięsną, ale surowych z trzema sosami. A także kawy z koglem moglem.

Seniorka pochwaliła się nabyciem dwóch książek: biografii Antoniego Słonimskiego i „Odrzanii”.

Otrzymane w prezencie czekoladki, które po przeczytaniu w domu, że zawierają olej palmowy, postanowiła rozdać. Ale nie a ulicy zaczepiając obcych, bo jeszcze by pomyśleli, że chce ich otruć.

Każdą sztukę zawinęła w folię aluminiową i kawałek świątecznej serwetki, przylepiła karteczkę z napisem „wesołych świąt” i obwiązała czerwonym sznureczkiem. Zaczepiła na niego gumkę recepturkę, za pomocą której, w niedzielę wieczorem, zawiesiła czekoladkę na klamkach sąsiadów. Na swojej także.

W poniedziałek schodząc po schodach sprawdzała czy i gdzie wiszą. Jedna leżała nierozpakowana  na półeczce nad korytarzowym kaloryferem.

Po spotkaniu skorzystała z podwiezienia jednej z pań do miejsca skąd miała bezpośrednie połączenie zarówno autobusowe jak i tramwajowe. Tylko że nie mogła otworzyć drzwi auta. Nic nie pomagało, nawet to, że właścicielka auta na postoju próbowała je, z zewnątrz, otworzyć.

No, osobisty diabeł stróż przecież nie może odpuścić sobie przyjemności utrudniania życia seniorce.

A propos prezentów Anna przypomniała sobie przedświąteczne spotkanie, wiele lat temu. Gdy szła ulicą podeszła do niej szczupła kobieta w średnim wieku, z twarzą wskazującą na stosowanie używek.  Poprosiła o datek na co  seniorka wyciągnęła i wręczyła monetę. Prosząca tak się ucieszyła jakby jej dano worek stówek. Musiała być w wielkiej potrzebie. Nieważne jakiej.

Natomiast sobota bardziej się udała. Pogoda poszła gdzie indziej i komu innemu dokuczać.

Anna była zapisana na warsztaty pt.: „Przedwojenna choinka powraca”. Kosztowały tylko osiem złotych i odbywały się w Arsenale. Strzelania nie było.

Wzory pochodziły z pierwszej połowy XX wieku. Sympatyczna prowadząca rzuciła na ścianę slajdy z paroma ilustracjami a potem poinformowała wzory jakich ozdób można znaleźć na stołach. Pomagała, wyjaśniała a na koniec wyniosła z zaplecza różne pudełeczka i pojemniki w które można było zapakować swoje prace.

W przeddzień Wigilii Anna poszła do Oszołoma i spokojnie nabyła dzwonko (a nie dzwonek, bo nie dzwoni) karpia, aby tradycji stało się zadość. Tłumu nie było, wybór ryb był.

W ramach porządków świąteczno – noworocznych postanowiła zerwać znajomość z osobą, która w ramach dowartościowywania się (duże kompleksy chyba ma) wielokrotnie próbowała sobie i Annie udowodnić, że jest lepsza. Oczywiście udowadniając, że jest wręcz odwrotnie. Nie ma to jak kogoś obrazić mówiąc komplement. Uważając, że ta osoba jest kretynką i się nie zorientuje.

Miarka się przebrała, bo poszła o jeden most za daleko i przekroczyła dość grubą (czyli tolerancję  seniorki) czerwoną linię. I to ze złośliwym uśmieszkiem pełnym satysfakcji, że dokopała.

Dla poprawienia sobie humoru seniorka czyta wpisy na profilu „Kisnę butwiejąc i tam znalazła taki, bardzo pasujący cytat:

„Żadna stajenna ranga nie zrobi z osła mustanga”

Ani żadne pieniądze.

Przypomniała się też seniorce scena z filmu „CK Dezerterzy” gdy Zbigniew Zapasiewicz grającego kapitana Wagnera ruga Wojciecha Pokorę jako von Nogaja:

„Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie”.

Ten tekst znalazłam na facebooku:

Wigilijna opowieść, czyli świąteczna sztuka latania.

Któż nie zna historii Scrooge’a, skąpca bez serca, który w wigilijną noc, co prawda wcześniej trochę nastraszony przez duchy, zmienia się nie do poznania? Tymczasem chyba niewiele osób słyszało przedwojenną wigilijną opowieść o aniele, który co roku w święta Bożego Narodzenia przylatuje tylko po jedno dziecko na świecie i na skrzydłach zanosi je na chwilę do Boga. Pewnego roku anioł pojawił się w domu kąckiego krawca…

Kurt, syn krawca Klöpfela z Canth, leżał już w swoim łóżku z zamkniętymi oczami. Chłopiec nie spał jednak, bo jak zwykle przed snem marzył o tym, aby wznieść się w powietrze i latać. Nagle stanęła przed nim uskrzydlona postać. Anioł pociągnął chłopca za rękę. Kurt nawet się nie zorientował, kiedy niebiańskie stworzenie razem z nim wzniosło się hen wysoko, nad ośnieżony kącki rynek, gdzie na wieży nowy zegar właśnie wybijał pełną godzinę. Lecieli nad dachami kościoła św. Piotra i Pawła. Zimowy wiatr wiał tutaj z wyjątkową siłą, niosąc śnieżną zadymkę. Gdy nieco obniżyli lot, chłopiec mógł zajrzeć przez okna do domów. Pomachał do swojej cioci, która sprzątała po wigilijnej kolacji, zawołał kolegę myszkującego pod choinką w poszukiwaniu prezentów. Zajrzał nawet w okna zamku w niedalekim Smolcu, gdzie baron grał na pianinie, a jego córki w identycznych sukienkach śpiewały kolędę. Widział wszystkich, jednak nikt nie widział jego.

Kurt wcale nie dziwił się temu, co się właśnie działo. Mama opowiadała mu kiedyś historię o aniele przylatującym w święta i unoszącym dziecko wysoko do nieba.

Lecieli coraz wyżej i wyżej, nie było już widać świateł domów ani kościelnej wieży. Chłopiec czuł coraz przyjemniejsze ciepło, a wszędzie wokół widział niezwykłą jasność. Blask raził go tak bardzo, że zacisnął powieki. Ogarnęło go uczucie szczęścia, był pewien, że Bóg jest blisko.

Gdy wreszcie otworzył oczy, z powrotem leżał w swoim łóżku. Czy to, co przeżył przed chwilą, zdarzyło się na jawie, czy może był to najpiękniejszy w jego życiu sen?

Upalne miasto 130

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************************************

Przed niedzielą napadła seniorkę chęć pozbycia się niektórych rzeczy. Wspięła się więc na różne wyżyny – dosłownie czyli na drabinę po pudło ze świątecznym rękodziełem. W przenośni – to była dość konkretna i ostra  selekcja. Dodała do tego znalezione zeszyty, małą choinkę ze złotym łańcuchem, 2 nieotwieralne skarbonki, drewniany świecznik na tea light i kubek. Wszystko wypełniło dużą torbę, lekka też nie była. W poniedziałek zawiozła ją do sklepu dobroczynnego. Bardzo z siebie zadowolona.

Wtorek 17 grudnia pogodowo nieprzyjaznym był. Wiało i momentami padało. Anna poszła na masaż a potem pojechała do zaprzyjaźnionej fundacji. To znaczy do osób tam pracujących. Weszła, zdjęła kurtkę, wyciągnęła trzy paczuszki z torby zawierające, każda, własnoręczne kartki świąteczne, w dwóch rękodzielnicze mydełka, także w 2-ch lampioniki z małych słoiczków, w trzech gwiazdki z cekinów oraz w jednej filcową choinkę udającą piernikową i wręczyła mówiąc:

– Mikołaję jestę.

Nie miała na sobie czerwonego płaszcza, czapki, brody i wąsów. Tylko brzuch trochę się zgadzał.

Krótko opowiedziała o urzędowych perypetiach i poszła sobie wiedząc, że panie są w pracy a nie w kawiarni na plotkach.

W sklepie na sąsiedniej ulicy nabyła m.in. uszka, bo własne dwa jej nie wystarczą, no i do barszczu trudno je włożyć.

Kilka dni temu pokroiła jednego buraka i zakisiła w słoiczku. Może się uda i będzie barszcz domowy a nie zakupowy.

Wieczorem skończyła czytać książkę Rebecci Hunt „Pan Chartwell”. Bardzo nietypową. Bohaterami są Esther bibliotekarka, Winston Churchill i Czarny Pat. Ten ostatni jest dziwnym wielkim psem. Dziwnym, bo mówi, wynajmuje pokój w mieszkaniu Esther obiecując krótki pobyt i sutą zapłatę. Nieznanym sposobem przenosi się z miejsca na miejsce, teleportując się jak i gdzie chce. Nie jest łagodny, tak naprawdę jest stalkerem kobiety i premiera, ma niecne zamiary. Co uosabia trzeba tego się domyślić czytając książkę. Jest ona zarazem dołująca i zabawna. Akcja toczy się w lipcu 1964 roku, od środy 22 lipca do poniedziałku 27 – ego i ma czterdzieści krótkich rozdziałów. A pomysł autorki nazwę staroświeckim słowem: ekstraordynaryjny, czyli nadzwyczajny, niezwykły.

Przy czytaniu dobrze jest popijać herbatę. A złośliwy autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak opisał to zioło:

Wiele lat temu chiński Cesarz (dlaczego to nigdy nie jest księgowa?) obcyndalał się pod drzewem, a jego sługa gotował wodę. Nagły podmuch strącił jeden z liści wprost do garnuszka i w ten sposób, przez przypadek powstała herbata. Jakiś czas później w tym samym miejscu przechodziła krowa, która również miała wiatry i stąd wzięła się Yerba Mate, ale to historia na inną okazję.

Najpopularniejszy napój świata pochodzi z liści herbaty chińskiej, rośliny z rodzaju kamelia. Pierwotnie herbata rosła prawdopodobnie w górach na pograniczu Chin, Indii i Mjanmy, ale przyszli Brytyjczycy i ją rozwlekli po świecie. Początkowo herbata była zresztą diabelnie droga i trzymano ją w specjalnych herbacianych sejfach oraz mieszano z liśćmi innych roślin, żeby więcej zarobić. Sprawdziłem i tym razem nie chodzi o oregano. Do herbaty w XVIII wieku mielono natomiast gałązki, trociny oraz owcze bobki (dla koloru) co i tak smakowało lepiej niż przeciętny brytyjski posiłek.

W Londynie opracowano również brytyjski standard parzenia herbaty, o którym nie napiszę. W Polsce mamy własne zasady. Herbatę należy zalać wrzątkiem i wypić od razu ryzykując roztopienie szkliwa albo zapomnieć o niej na pół dnia i skończyć kiedy osiągnie temperaturę pingwiniego tyłka. Nie ma opcji pośrednich. To nawet romantyczne, że herbata chińska musi rosnąć 12 lat, zanim wyprodukuje nasiona i aż 15 nim będzie można zebrać z niej liście, wysuszyć je i wysłać w podróż przez pół świata, żeby mogła mi wystygnąć na biurku kiedy obrażam ją w Internecie.

Na świecie istnieje około 3000 odmian herbaty. Najłatwiej jednak podzielić ją na czarną, zieloną i białą. Każda powstaje z tej samej rośliny, tylko czarną robi się ze starych liści, białą z pąków, a zieloną z młodych listków i cholera wie po co. Jest też matcha, którą wytwarza się z herbaty odmiany Tencha. Jej liście są mielone i dodawane do różnych produktów, żeby nabrały aromatu przeżutego trawnika i ceny bursztynowej komnaty.

Herbata to przebiegła roślina. Tak naprawdę ma więcej kofeiny od kawy. Rzecz w tym, że do zaparzenia filiżanki kawy zużywamy wagowo więcej ziaren więc i kofeiny jest więcej. Poza tym herbata jest bogata w przeciwutleniacze, które sprawiają, że kofeina jest wchłaniana przez organizm stopniowo i potem trzeba kombinować i zalewać siedem łyżek madrasu niewielką ilością wody, parzyć dziesięć minut i cały czas patrzeć czy strażnik nie idzie. Jakby ktoś był ciekawy to przepis na więzienny czaj. Serdecznie nie polecam próbować tego w domu, bo to jednak nie to samo co filiżanka z kumplami z celi przy otwartym sedesie.

Najdroższa herbata na świecie to odmiana herbaty oolong o nazwie Da Hong Pao. Może kosztować nawet milion dolarów za kilogram, ale o dziwo nie pochodzi z liści wydalonych przez żaden zagrożony wyginięciem gatunek. Po prostu jest rzadka. Swoją drogą sprawdziłem i da się ją w Polsce kupić po 17 zeta za 50 gramów, więc było miło Was poznać, ale przebranżawiam się na eksportera herbaty. Bo przecież w internecie nikt by mnie w konia nie zrobił prawda?

No dobra, przecież nie zostawię herbaty takiej całkiem nieos*anej. Jedna z droższych odmian kosztuje 70 000 dolarów za kilogram i nazywa się Panda Dung Tea. Jest przyrządzana z roślin nawożonych pandzimi klockami co podobno sprawia, że ma więcej przeciwutleniaczy. No i daje człowiekowi namiastkę cmoknięcia pandy w d*pę co trudno wycenić.

W związku z tym, że herbata jest taka popularna, to ludzie ciągle kombinują jakby tu ją zrobić mniej smaczną. W ten sposób w 1980 roku na Tajwanie powstała bubble tea, czyli herbata, do której ktoś nasmarkał. Herbaciane gluty to tak naprawdę tapioka, która może mieć różne smaki, nawet pączków czy pizzy, w razie gdyby sama konsystencja nie była wystarczająco odrażająca.

Do herbaty dodaje się również mleka i tutaj świat jest podzielony. Co najpierw wlewać do filiżanki, herbatę, czy mleko? Otóż okazuje się, że to zależy. Jeżeli wywodzimy się z gminu, to wtedy najpierw mleko, jeżeli ze szlachty to na odwrót. Wzięło się to stąd, że kiedyś mleko wlewano do czarek gorszej jakości, aby nie popękały w zetknięciu z gorącą herbatą. Jeżeli kogoś było stać na duraleks, to mógł sobie lać w dowolnej kolejności.

Najwięcej herbaty produkują Chińczycy, ale czołowymi herbatożłopami świata są Turcy. Przy czym piją ją Bóg wie dlaczego z małych szklanych wazonów, których nie da się złapać tak, żeby się człowiek nie poparzył. Turcy leją nawet do tych wazoników specjalnie wrzątek tuż przed dodaniem herbaty. Robią to po to, żeby herbata na pewno nie ostygła w zetknięciu ze szkłem i żeby nikt przypadkiem nie uniknął poparzeń.

Nie zapominajmy też, że przez herbatę (bostońską, której dzisiaj obchodzimy rocznicę) powstały Stany Zjednoczone. W razie gdyby komuś poparzenia nie wystarczyły, żeby wyrobić sobie zdanie na jej temat.

W środę nie poszła do Centrum Seniora na dyżur biblioteczny, bo w holu gdzie stoi regał z książkami a obok niego duży stół budują portiernię. Była w pokoju obok ale potrzebne jest dodatkowe pomieszczenie. Bo więcej personelu zatrudniono?

W każdym razie nie ma tam teraz warunków na dyżurowanie.

W osiedlowym kiosku nabyła nowy numer czasopisma „Książki” a na poczcie odebrała urzędowy list polecony. Przeczytała go i nic nie zrozumiała. Będzie potrzebowała pomocy prawnika. A póki co jest wkurzona. A żeby im nóżka spuchła, a najlepiej obie!

Sympatyczna znajoma zapisała ją na zajęcia dla seniorów w Ossolineum. Tematem była szopka. W refektarzu postawiono pojedyncze stoliki, na nich arkusz szarego papieru, nożyczki i kleje.

Wprowadzeniem do tematu była prelekcja z historii szopek.

Potem można było sobie wybrać ilustrację i materiały papierowe, pokazano wzór rękodzieła i do przystąpiono do dzieł.

Szopka kojarzy się z wymiarem w 3D, ścianami i dachem stajenki. Czyli przydałby się jakiś karton do zbudowania stajenki. Pomysł był jednak prostszy. Organizacyjnie też mogłoby być lepiej.

Po zajęciach poszła ze znajomą do baru „Miś” gdzie zjadły jarski obiad za niecałe dziesięć złotych.