Opowiadanie z homonimami
(zadanie jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)
Homonimy to wyrazy, które brzmią i wyglądają tak samo, ale mają różne znaczenia. Innymi słowy, są to słowa, które są wobec siebie równokształtne, ale nie mają wspólnego znaczenia.
Homofony: słowa o identycznej wymowie, ale różnej pisowni (np. „morze” – „może”, „lód” – „lud”).
********************************************************************
Pewien idiota usnął w fotelu z „Idiotą” Dostojewskiego na kolanach. Wieczne pióro, którym zapisywał cytaty wypadło mu z rąk.
Papuga w klatce nastroszyła wszystkie swoje pióra.
Facetowi śniło się, że jedzie rowerem do zamku leżącego dziesięć kilometrów za jego miejscowością. Postanowił, baran jeden, że bóg jakiś pomoże mu wdrapać się na, rosnący w pobliżu budynku, buk i dostać się do wnętrza. A tam jakiś kot, najlepiej w postaci pięknej kobiety, poda mu tajny kod do sejfu znajdującego się w ukrytym pokoju. Pokój na świecie też był mu bliski ale ten z pieniędzmi i klejnotami przede wszystkim.
Wiedział, że w pobliżu drzewa skaczą żabki, a w garażu miał klucze typu żabka używane w czasie awarii hydraulicznej. Na przykład abisynki, czyli pompy wodnej. Nie odmówiłby pomocy przy tej pracy od pięknej Abisynki.
Biegające wokół psy miał zamiar uśpić za pomocą kiełbasy i smakowitego wołowego gnata.
Obawiał się tylko ukrytego, nie wiadomo gdzie, cichego alarmu mogącego zawiadomić psy na posterunku. A oni na pewno wezmą ze sobą gnaty i granaty.
Postanowił przedtem napić się kawki, aby żadne ptaszki, siedzące na drzewie , go nie wystraszyły.
Zaś z garażu sąsiada wyciągnie łódź potrzebną do przepłynięcia fosy.
W tym momencie zabrzmiała fuga tak głośno, że wszystkie fugi międzykafelkowe wypadły z łoskotem i tumanem kurzu.
Obudzony idąc tam zobaczył leżące na stole jabłka, jedno nadgryzione wyglądało jak logo pewnej firmy.
– A to krowa – pomyślał. Baba ugryzła i zostawiła. Makówkę to ona ma zupełnie pustą.
Jak raził psycholog w Internecie dla pobudzenia myślenia potarł energicznie swoje ucho i nalał kawkę do kubka z uszkiem idealnie dopasowanym do jego palców. Zrobił je sobie, kiedyś, na kole garncarskim dlatego piękny był i pożyteczny jak jego właściciel. Napis na kubku brzmiał: „Trudno być idealnym ale ktoś musi”.
Usiadł przy biurku i wziął do ręki myszkę. Akurat te zwierzątka, w każdej postaci mu nie przeszkadzały. Wolał je od żywych węży, lubił jedynie te martwe gumowe lub plastikowe, bo praktyczne.
W Internecie znalazł rozkład pomieszczeń zamku. Wszystkie drzwi miały zamki i trzeba było znaleźć do nich klucze przemyślnie schowane w stróżówce.
– Chyba jednak będę potrzebował żurawia, aby dostać się do któregoś z okien. Mam po babci pierścionek z diamentem to zarysuję a potem młotkiem owiniętym ręcznikiem wybiję szybę. Tylko jak unieszkodliwić ewentualną syrenę alarmu? Nie mogę o to zapytać syrenkę warszawską, bo niema i zimna to babka. Za to syrena alarmu potrafi wściekle wyć – pomyślał pesymistycznie trochę.
Wyprowadził rower z piwnicy i pojechał na rekonesans okolicy. Na wszelki wypadek zapakował do plecaka bidon z wodą, batony energetyczne, chusteczki dezynfekujące, plastry, obcęgi, finkę i bakalii krzynkę.
Dojechał zmęczony ale i zadowolony, bo okazało się, że był to dzień otwarty dla zwiedzających.
Przypiął rower do stojaka i z plecakiem podążył za grupą.
Młoda i ładna przewodniczka kompetentnie i z poczuciem humoru opowiadała historię budowli. Na początku jednak oznajmiła:
– Muszę państwa rozczarować. Pogłoski o ukrytych tu skarbach są przesadzone. Niejednokrotnie sprawdzano wszystkie zakamarki, zarówno architekci jak i radiesteci oraz poszukiwacze skarbów z wykrywaczami metalu. Mimo to wszędzie zainstalowaliśmy alarmy a cenne obrazy oraz przedmioty oddaliśmy do muzeum. Nie powiem którego. Tu są tylko kopie.
Na te słowa idiota zemdlał a pod ciężarem jego plecaka zarwał się kawałek podłogi i biedak wleciał do piwnicy. A tam…
p.s. ciąg dalszy być może nastąpi.