„Spotkanie w parku” – opowiadanie

(To zadanie jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Pewnego słonecznego popołudnia w parku Zofia spacerowała alejką, trzymając w dłoni torbę z zakupami. Nagle zauważyła starszego pana, który siedział na ławce i wpatrywał się w staw. Wyglądał na zamyślonego, a nawet trochę smutnego. Zofia postanowiła podejść i zagaić rozmowę.

– Dzień dobry – powiedziała z uśmiechem. Piękna pogoda, prawda?

Mężczyzna podniósł wzrok i lekko się uśmiechnął.

– Tak, rzeczywiście. Ale ja… szukam czegoś. A właściwie kogoś.

– Kogo? – zapytała Zofia siadając obok niego.

– Dawno temu, właśnie w tym parku, poznałem kobietę. Była wyjątkowa. Niestety straciliśmy kontakt. Teraz, po latach, wróciłem tu, bo mam nadzieję, że może ją jeszcze spotkam.

Zofia spojrzała na niego uważnie.

– A jak miała na imię ta kobieta? – zapytała, a jej serce zaczęło Bi szybciej.

– Zofia – odpowiedział mężczyzna. A ja jestem Jan.

Zofia zamarła. Czy to był ten sam Jan, którego poznała ponad 40 lat temu? Ale dlaczego teraz? Dlaczego po tylu latach? I co teraz powinna zrobić?

ZADANIE:

Wymyśl swoje własne zakończenie tej historii. Czy Zofia ujawni kim jest? Czy Jan rozpozna ją po latach? A może to początek zupełnie nowej przygody? Im bardziej zaskakujące i kreatywne zakończenie, tym lepiej!

 Oto moje trzy zakończenia:

Pierwsze:

Zofia przypomniała sobie, że spotykali się w tym właśnie miejscu gdy mieli po dwadzieścia lat. Ona marzyła o założeniu rodziny, on o tym, aby być bogaty. Studiował niechętnie, bo zdawało mu się, że za granicą jest łatwiej i bogaciej. Gdy wyjedzie szybko zostanie bogatym biznesmenem.

     Na ostatniej randce właśnie o to się pokłócili.

– Skończ studia, znajdź pracę, pobierzemy się, będziemy mieszkać z rodzicami, przecież mają duże mieszkanie – przekonywała.

– Ale ja chcę mieć swój dom i samochód. Tutaj nigdy niczego się nie dorobię. Będzie tylko „Ucz się i pracuj a garb ci sam wyrośnie”. Wyjadę, zarobię się i szybko cię ściągnę.

– To się teraz pobierzmy – zaproponowała.

– Wtedy nie dadzą mi wizy mimo że wujek przyśle mi zaproszenie.

– Jak uważasz ale myślę, że mnie nie kochasz i chcesz uciec.

– Ach, te twoje sentymenty. Nie chcę tylko całe życie biedować.

Wtedy Zofia obróciła się na pięcie i odeszła.

Obecnie w parku:

–  Jak to pan zgubił? – spytała. Przecież kobieta to nie przedmiot.

– Zgubiłem swoją miłość. Wyjechałem, majątku nie zrobiłem, ożeniłem się i rozwiodłem. Dzieci chciały mnie umieścić w najtańszym domu starców.

– I wrócił pan do kraju – podsumowała.

– Tak, ale nie znalazłem ani nikogo z rodziny, ani dawnych znajomych. Zmarli albo porozjeżdżali się po kraju.

– A czy pisał pan, w tym czasie, do nich?

– Nie było czasu i siły. A czy pani ma tu rodzinę i przyjaciół? – spytał.

– Mam i nie mam. Każdy pędzi do swoich obowiązków. Moje dwie najlepsze koleżanki zmarły – teraz tylko odwiedzam ich groby.

Jan westchnął. Zofia usiadła obok niego i milczeli dłuższą chwilę.

Kobieta wyciągnęła z torby kosmetyczkę, a z niej lusterko w którym się przejrzała. Nie zachwycił jej ten widok. Ale pomyślała: spróbuję się z nim tu umówić za tydzień. W tym czasie pójdę do fryzjera, kosmetyczki, zrobię manicure i pedicure. Ubiorę się lepiej niż dzisiaj. Dam nam szansę – wypełnię kupon na życie we dwoje. I dopiero wtedy powiem, że to mnie tak głupio porzucił.

Wymienili się numerami telefonów i pożegnali. Szóstego dnia po spotkaniu właśnie przymierzała nową sukienkę i buty gdy dostała sms, który informował: z przykrością zawiadamiamy, że wczoraj odszedł od nas Jan. Pogrzeb odbędzie się…

Drugie:

Poznała go ale przypomniała sobie, że ją porzucił i nigdy nie napisał. Odwróciła się na pięcie i bez słowa odeszła.

Trzecie:

Poznała go i przypomniała sobie, że gdy wyjechał okazało się, że jest w ciąży. Nigdy nie napisał, więc nie mogła o tym zawiadomić. Dobrze choć, że rodzice jej pomagali.

A w duchu pomyślała:

– Nie interesowałeś się mną przez tyle lat to nic ci nie powiem.

A do niego powiedziała:

– Niejednemu psu burek, do widzenia.

****************************************

A Wy jakie dalibyście zakończenie?

Upalne miasto 148

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

WYNIKAMI WYBORÓW JESTEM ZAŁAMANA!!!

********************************************************

Przeczytałam „Klub Dzikiej Róży”  Kate Quinn.

Dedykację taką autorka umieściła:

„Wszystkim kobietom w moim życiu, które tworzą „Klub Dzikiej Róży”. Wszystkim, które w potrzebie ratują się nawzajem jedzeniem, winem i dobrą radą. Wszystkim, które nawet nie mrugnęłyby na widok zwłok ma podłodze. Wiecie, że to o was”.

I właściwie, w galopującym skrócie, ta jest książka o tym właśnie.

A bez galopu: miejsce akcji to USA, Waszyngton, tani pensjonat. Czas akcji – początek lat pięćdziesiątych, czyli segregacja rasowa, senator McCarthy szaleje w każdym widząc komunistę, mizoginia, kobiety tylko do małżeństwa, rodzenia dzieci i do garów a przedtem mogą być najwyżej sekretarkami, urzędniczkami, kelnerkami.

W pensjonacie mieszka siedem, bardzo różnych pod każdym względem,  kobiet. Nora urzędniczka, która uciekła od policyjnej rodziny, Bea kontuzjowana i sfrustrowana sportsmenka, Reka seniorka, artystka, uciekinierka z Europy, Arlene złośliwa i zawistna, sekretarka Claire, sfrustrowana samotnym macierzyństwem Fliss i wdowa Grace jednocząca wszystkie, dotąd obce sobie, kobiety. A każda z nich ma swoje tajemnice, trudną przeszłość, traumy i trudności, także finansowe. Oraz różne pochodzenie etniczne: Polka, Rosjanka, Rumunka, Angielka, Włoszka, Irlandka.

Mężczyzn też jest tam paru począwszy od Pete`a, nastolatka, syna właścicielki pensjonatu. Jest też jego siostra Lena ze słabym wzrokiem. Matka jest sfrustrowana brakiem pieniędzy, więc zmusza zdolnego syna do rezygnacji z dalszej nauki i lekceważy niedowidzenie córki.

Wyższe, bogate i mające władzę sfery reprezentuje senator i jego żona była modelka, której się wydawało, że złapała Pana Boga za nogi. I okrutnie się rozczarowała, bo nie wszystko złoto co się świeci.

Jest też przedstawiciel ciemnej strony  Ameryki, czyli gangster i morderca ale według autorki miłość go usprawiedliwia.

Dzięki tak zróżnicowanym bohaterom mamy przekrój nie tylko społeczeństwa ale i problemy z jakimi się boryka cały kraj, choć całość jest w trochę cukierkowej aurze.

To książka o też tym jaką, dosłownie i w przenośni, cenę płacili imigranci z nazistowskich Niemiec.

O kobietach ukrywających,  za fasadą świetnego wyglądu, przemoc domową lub fakt, że są lgbt, albo, że nie chcą mieć dzieci, że stosują, dostępne wtedy dość zawodne środki antykoncepcyjne, że dorabiają kradnąc znajomym różne przedmioty i zastawiając je w lombardzie.

Jest też trup, a nawet dwa ale to nie jest kryminał! Dwaj wredni faceci zostają słusznie ukarani, świadkowie ustalają jedną wspólną wersję dla policji oraz następuje happy end. No, może odrobinę naciągany.

Całość przeplatają przepisy kulinarne, są nawet placki ziemniaczane.

To dobrze napisana i tłumaczona pozycja, którą  polecam.

A ostatnią niedzielę maja zaczęłam od szycia. Ale nie było tak jak pokazuje angielski program „Mistrzowie szycia” tylko o wiele prościej. Kolejny raz przyszyłam łatkę na stareńkiej podomce z kory kupionej w nieistniejącym już sklepie na moim osiedlu. Lubię ją choć bardzo zużyta i mam dwie podobne, nie są z tego materiału a ja go lubię. Komu on przeszkadzał? Tak samo jak etamina i krepon – bawełniane. I jak zaczęłam w jednym miejscu to okazało się, że inne też wymagają pomocy igły z nitką.  Stareńka jest, ja też, więc do siebie pasujemy.

Nie wiem czy Jan Brzechwa umiał szyć ale potrafił opisać tę czynność:

Tańcowała igła z nitką,
Igła – pięknie, nitka – brzydko.

Igła cała jak z igiełki,
Nitce plączą się supełki.

Igła naprzód – nitka za nią:
„Ach, jak cudnie tańczyć z panią!”

Igła biegnie drobnym ściegiem,
A za igłą – nitka biegiem.

Igła górą, nitka bokiem,
Igła zerka jednym okiem,

Sunie zwinna, zręczna, śmigła.
Nitka szepce: „Co za igła!”

Tak ze sobą tańcowały,
Aż uszyły fartuch cały
.

Musiałam też skrócić  gumkę w spodniach piżamy, bo się rozciągnęła w praniu i używaniu. Ach, gdybyż wszystkie sztuki odzieży tak miały i swój kształt oraz barwę zachowywały.

Z jakiego materiału uszyto tę piżamę? Oczywiście, że z kory. Swoje lata ma ale, póki co, dobre się trzyma. I na szczęście ma tunel a w nim wciąganą gumkę a nie zszytą z materiałem, co trzeba mozolnie rozpruwać, aby poprawić. Tak miałam z letnimi spódnicami z kreponu.

Złośliwość rzeczy martwych bywa bolesna, tym razem zestaw foremek do pieczenia spadł mi na duży palec lewej stopy. Szkoda, że nie potrafią fruwać zamiast głupio spadać w dodatku nie mając spadochronu.

A może z okazji święta czy bez okazji upieczecie sobie i innym:

Bułeczki  cynamonowe

Przepis z blogu „consumelavida” trochę zmieniony

Składniki na 10 bułeczek:
50 g świeżych drożdży,
½ szkl. cukru brązowego (może być nawet ciut mniej),
2 rozbełtane jajka o temperaturze pokojowej
½ szkl. oleju lub lekko ciepłego roztopionego masła klarowanego
1/3 szkl. mleka,
2,5 szkl. mąki – może być zwykła tortowa albo orkiszowa (typ 720, nie więcej), ale nie pełnoziarnista,

Cukier wanilinowy, szczypta soli, cynamon – 3 łyżeczki

Wykonanie:

Mąkę przesiewamy do miski, w środku robimy dołek, wkruszamy drożdże, sypiemy łyżeczkę cukru, zalewamy ciepłym mlekiem/wodą. Zasypujemy mąką. Czekamy aż drożdże urosną – 15-20 minut. Mieszamy je z mąką. Wlewamy tłuszcz, mieszamy. Dodajemy jajka, cukier, cynamon. Mieszamy i jeśli trzeba (aby ciasto nie było za twarde) dodajemy powoli mleko mieszając. Ja dodałam jeszcze suche pszenne zarodki i bakalie.

Formujemy bułeczki, obtaczamy je w cynamonie zmieszanym z cukrem trzcinowym. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Bułeczki lubią się połączyć. Nie przejmujemy się, bo mamy ciasto, które można łatwo podzielić. Aby się nie połączyły można zastosować papierowe foremki. Wtedy blaszka powinna być większa.

Pieczemy w temperaturze 180 stopni ok. 30minut, warto sprawdzić patyczkiem czy upieczone – po włożeniu go do końca ciasta i wyjęciu ma być suchy a nie oblepiony ciastem. Patyczek to raczej taki do szaszłyków a nie prosto z drzewa  czy krzaka.

Dwa opowiadanka

Na zajęciach literackich dostaliśmy zadanie, aby napisać jak powstały pewne produkty przeznaczone do jedzenia. I tak powstały te teksty 🙂

*********************************************************************************

Historia pewnej żywności

Dawno, dawno temu, tak dawno, że najstarsi górale tego nie pamiętają, we wschodniej części Europy były tylko bory, lasy, bagna i ostępy (ostęp – podstawowa jednostka lasu w której prowadzi się wyręby).  Gdzieniegdzie przemykały  małe dinozaury zwane smokami.  Były one amatorami nie tyle dziewic co pewnego napoju i wyrobu mięsnego. Albowiem picie z zagrychą było ich ulubionym zajęciem.

Na wielkiej polanie, nad strumieniem leżała wieś, z tych co to spokojna i wesoła. Ludność męska zajmowała się polowaniem na mniejszego niż smoki zwierza czekając na pewnego świętego oraz Szewczyka Dratewkę, żeby załatwili niechcianego stwora żądającego daniny w postaci dużej ilości jedzenia  i picia.

Przed smokami uciekali  czasem z rozpędu waląc głową w drzewo. Kończyło się to śmiercią, kalectwem, kompletnym zidioceniem lub, o dziwo, zyskaniem bystrości umysłu. Co potwierdza, że czasem warto walnąć się w łeb.

Dominującym tam zwierzostanem były dziki. I to nie w postaci pastowanego kabana.

Pewnego razu polowanie bardzo się myśliwym udało, padło kilka tych zwierzątek.

W podzięce mieszkańcy  złożyli dary w postaci  produktów żywnościowych pod dużą rzeźbą przedstawiającą  boginię Żywię z kotem u  jej stóp.

Wierzyli bowiem, że czuwa nad nimi, opiekuje się i pomaga przetrwać. A także, czasami, przekazuje dobre rady.

Jedną z nich, lata temu było jak warzyć piwo ze słodu jęczmiennego, chmielu i krystalicznie czystej wody, której dzięki źródełku położonemu na skraju osady,  nie brakowało.

Jak zwykle po wyprodukowaniu dużej ilości napoju wódz wioski wraz z guślarzem zanieśli  naczynie wypełnione ulubioną cieczą pod posąg.

Potem wszyscy długo świętowali. Niektórzy nawet gotowi byli przysiąc, że Żywia stawała się prawdziwą kobietą, która swych wdzięków nikomu nie żałowała.

Na jednej z takich imprez przysiadła się do najbystrzejszej kobiety, czyli wiedźmy i przekazała jej przepis na wyjątkową wędlinę. Aby można ją było wykonać pomogła ludności oswoić dziki, dzięki czemu stały się udomowioną trzodą chlewną. Ciągu dalszego się domyślamy.

I tak powstało piwo marki Żywiec oraz kiełbasa żywiecka, którą koty też lubią choć nie jest dla nich wskazana.

                            Jaja w raju

W rajskim ogrodzie nastały straszliwe upały.

Adam i Ewa leżeli pod dużym, bardzo liściastym drzewem. Adam tylko pogryzał miękkie końcówki kolejnych trawek a Ewa zrywała liście z najniżej leżącej gałęzi i próbowała je tak połączyć, aby powstała kolejna sukienka.

– I po co, ty durna to robisz? Kto cię będzie tu podziwiał? W naszym szałasie masz ich już dziesięć przecież.

– Cicho bądź, nie znasz się. Kobieta potrzebuje odmiany. Nie tak jak ty – tylko jeść, pić i leżeć.

– Nie tylko, nie tylko – he, he, he – zareklamował swoje osiągnięcia.

– A dałbyś spokój! Za dobry w te klocki to ty nie jesteś – wzruszyła ramionami.

– Kłamiesz! Jestem świetny! – obruszył się jedyny na świecie superman.

– E, tam. Lepiej powiedz jak w tym wyglądam – wstała zakładając na siebie fikuśną kieckę.

– Jak zwykle – Adam wysilił swój intelekt.

– Śśśśśświetnie – rozległo się z drzewa.

– O, widzisz, wąż umie docenić kobietę, nie to co ty. Kochany jesteś – rzuciła w stronę gada i zawiesiła kreację na gałęzi.

Pogłaskany werbalnie ale bardzo znudzony wąż postanowił trochę narozrabiać. Przesunął się po drzewie w stronę gniazda rajskiego ptaka, który siedział na jajkach.

– Te, co tak głupio siedzisz i siedzisz? Mięśnie ci zanikną, pofruwałbyś trochę. Ja ci gniazda popilnuję.

– Akurat! Znam cię, zaraz mi jaja zeżresz.

– No, weź, rusz się – wąż popchnął ptaka tak mocno, że ten wypadł z gniazda.

– He, He, He – wrednie zaśmiał się wąż i bardzo energicznie potrącił gniazdo powodując wypadnięcie  wszystkich jajek.

Pod drzewem leżał duży, płaski, gładki, bardzo rozpalony kamień i właśnie tam spadły. W ten sposób powstały jaja sadzone.

Ucieszony psotą wąż końcem ogona je pomieszał tworząc jajecznicę.

Ja tam byłam, jajecznicę jadłam ubrana w jedną z ewowych kiecek. A kot, który właśnie nadszedł zlizał resztki.

Upalne miasto 147

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************************

– No, bardzo bym się zdziwiła gdyby na moje imieniny (5 maja) była ładna pogoda. Przecież diabeł – stróż spaliłby się ze wstydu, że zaniedbał swoje obowiązki – pomyślała Anna. Cieszę się jednak z powodu braku opadów, tego nie dopatrzył, fuszer jeden. Oby częściej mu się to zdarzało.

Poszła więc spacerkiem na cmentarz, bo akurat była rocznica odejścia krewnej.

Na trasie do innego punktu docelowego czekała na tramwaj. I zapytała ją młoda kobieta:

– Czy pani jest tutejsza?

Potwierdziła.

Okazało się, że dziewczyna szuka pewnej ulicy za pomocą GPS-a. I jakoś nie może się zorientować. Okazało się, że szuka ulicy Mikołaja. Na co Anna, że w pobliżu to jest ulica Mikołaja ale Reja. A świętego Mikołaja to w drugą stronę, blisko rynku i trzeba podjechać.

– Ale GPS wskazuje, że to gdzieś tutaj.

Anna zerknęła na ekran smarfona i okazało się, że tam jest ulica świętego ale Marcina, więc powiedziała:

– Całe życie mieszkam w tym mieście i jestem lepszym GPS-em.

Młoda nie była przekonana tylko wgapiona w telefon.

Tak właśnie technika ogłupia i masakruje zdolność myślenia oraz niszczy zdolność postrzegania faktów.

A potem seniorka zaszalała w galerii handlowej. Mianowicie na stoisku rodzimej, niedrogiej firmy kosmetycznej. Podobnie, jak znana jej kosmetyczka, uważa, że szkoda pieniędzy na wypasione marki, bo ich wyroby wcale nie są lepsze tylko droższe. Przyznała się w sklepie, że tego dnia są jej imieniny i dostała w prezencie kilka gratisowych próbek.

Wkurza ją, że nie ma na osiedlu już sklepu ze sprzętem elektrycznym i nie wiadomo gdzie można nabyć żarówki. A jak już w galerii handlowej do nich dotarła to były tylko ledowe i oznaczenia ich mocy są jakieś dziwne. Dobrze, że na regale umieszczono ściągę. A dlaczego nie może to być wydrukowane na opakowaniu każdej? Bo nie i już! Po co klientowi, szczególnie starszemu, ma być wygodnie? Niedoczekanie!!!

No i doczekała się kolejnej, finansowej niespodziewanki. Wprawdzie ma niewysoko płatny abonament, niby na wszystkie numery, na telefon stacjonarny ale okazało się na nowej fakturze, że jak sobie zaszaleje i połączy się z infolinią to płać i płacz. I to pewnie na umowie było bardzo, bardzo małym drukiem napisane – wrrrrr. Nie należy mieć żadnej rozpusty, nawet infoliniowej.

Zdawało się jej, ze wystarczająco masuje swoje szare komórki ale zachciało się jej wymienić przyjazną małą Nokię na smartfona. Zabawa nie jest przednia, bo to co na telefonie dość intensywnie różni się od tego co w laptopie. Pracownik sieci zrobił i poinformował  o co poprosiła na zasadzie chyba „Bo dobry bóg zrobił co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca”, czyli  próbowała sama rozkminić ustrojstwo ale nie ze wszystkim się udało, więc trzeba pracownikowi znowu zawracać głowę. Masowanie czasem bywa bolesne.

Przy okazji pożałowała pracownika z powodu służbowych nożyczek, bo są takie jakie się kupuje dla dzieci – małe i zaokrąglonymi końcami. Duży facet z dużymi palcami operujący takim sprzętem – no, dość zabawny widok to jest.

Następnego dnia trafiła na bardzo młodego pracownika wpatrującego się namolnie w ekran komputera. Uzależniony widocznie jest. I niechętny okazywaniu pomocy. Ale Anna „siłom i godnościom osobistom” jakoś wymusiła trochę uwagi i przysługi. Okazało się, że w domu, w ferworze zosiowania – samosiowania zainstalowała niepotrzebne aplikacje. To przy okazji dowiedziała się jak to usunąć. I jak używać na klawiaturze fontów, bo to jednak jest inaczej niż w laptopie.

Smartfon jednak ma różne ograniczenia w porównaniu z komputerem a nawet bywa złośliwy. I wprowadza w błąd początkującego użytkownika co skutkowało założeniem drugiego profilu na facebooku. Bez sensu, w dodatku wysyłane zostały zaproszenia do znajomych i tylko kilka osób zaniepokoiło się tym pytając o co chodzi. Większość odruchowo przyjęła zaproszenie.

Następnego dnia seniorka zdecydowała, że opróżni nowy profil ze zdjęć,  informacji oraz znajomych, żeby jak najmniej wprowadzać wszystkich w błąd.

Frycowe nowego sprzętu zapłaciła. Bo diabeł czuwa i podstawia oba kopyta dzięki czemu delikwent musi się wykopyrtnąć.

Co dosyć śmieszne to poprzedni telefon, czyli mała Nokia trochę działa – to znaczy nie można z niej dzwonić  (tylko na numery alarmowe) i sms-ować oraz odbierać tych wiadomości ale jest lista kontaktów, działa przypominajka kalendarzowa, zachowane są otrzymane sms-y. Jak długo to potrwa? Wniosek – nie pozbywać się Nokii.

Zachowując stary telefon nie zapomnijmy czasem kupić liści czosnku niedźwiedziego. A tak go opisał autor „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Czosnek jest niedźwiedzi, dlatego że wali jak Puchatkowi ze Stumilowego Lasu. A poza tym istnieje ludowa legenda, że miśki zaraz po przebudzeniu nie lecą wcale na dwójkę, tylko napchać się zieleniną śmierdzącą jak pogromca wampirów. Podobno robią to, aby pozbyć się pasożytów — i najwidoczniej działa to nieźle, bo nigdy nie widziałem niedźwiedzia w towarzystwie działacza partyjnego.

Ta sama roślina bywa nazywana cygańskim czosnkiem albo cebulą czarownic. Faktycznie, jest z cebulą i czosnkiem — w ząbkach — dość blisko spokrewniony. W przeciwieństwie do naszych dwóch warzyw narodowych, czosnek jest jednak pod ochroną częściową. To oznacza, że w większej części Polski nie można go sobie ot, tak zrywać w lesie. Ale spokojnie — można go uprawiać w ogródku albo dostać licencję czosnkową od Lasów Państwowych.

Z czosnku niedźwiedziego najlepsze są długie i soczyście zielone liście. Można je dodać na przykład do jajecznicy, co serdecznie polecam. Co prawda z wyglądu przypominają nieco konwalię, która jest trująca, ale wystarczy przyjąć jogińską pozycję borsuka i sztachnąć się przed zerwaniem. Tylko z tym borsukiem to bez przesady — bo on konwalie nie tylko wącha, ale również pożera.

Czosnek niedźwiedzi często można rwać już w kwietniu, ale prawdziwa czosnkoza przypada miesiąc później. Wtedy lasy i łąki pachną jak włoska pizzeria, tylko placki są na nich za darmo.

Wiecie, kto jeszcze lubi czosnek niedźwiedzi? Bakterie. Ale nie wszystkie — tylko gówniane. No dobra, trochę wyprzedziłem rozwój wydarzeń. Chodzi o bakterie, które tworzą naturalną florę jelit, a wiadomo, co się bierze z jelit — polskie ustawodawstwo podatkowe.

Czosnek niedźwiedzi robi dobrze na brzuszek, jest naturalnym antybiotykiem, zmniejsza nadciśnienie, bo zawiera silne przeciwutleniacze, a jakby startował w wyborach, to miałby hasło: „Śmierdzę, ale w dobrej sprawie”.

Na koniec scenka z pociągu, którym jechał pewien masażysta. A niedaleko (pociąg bez przedziałów) grupka dopiero co pełnoletnich chłopaków. Bardzo głośno chwalili się swoimi planami na najbliższy weekend, w którym głównym bohaterem miał być alkohol. Jeden z nich bez przerwy używał nazwy panienki lekkich obyczajów. Głośno, zachwycony sobą nadzwyczaj.

W końcu masażysta wychylił się ze swojego siedzenia i krzyknął:

– Czy mógłbyś przestać tak ciągle wołać swoją koleżankę?

Upalne miasto 146

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************************************************

Święta, święta i po świętach. Jajka w roli głównej, a zapominamy o kurach.

Za to autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” nie zapomniał:

KURA = Kurkasia

Mamy za sobą międzynarodowe święto zjadania kurom dzieci. Z tej okazji chciałbym przypomnieć, z jakimi dokładnie draniami mamy do czynienia.

Po pierwsze jeżeli kiedykolwiek zrobiliście coś złego kurze, to ona to zapamięta, bo jest w stanie rozpoznać około stu kurzych twarzy i całkiem sporo człowieczych również. Nie tylko zresztą zapamięta, ale skrzywi się na wasz widok z niechęcią, bo kury podobnie jak ludzie preferują symetryczne twarze. No, chyba że wyglądacie jak Monika Bellucci albo Robert Makłowicz, wtedy kura zadziobie was wyłącznie dla mięsa.

Tak, kura z radością rozszarpie każde smaczne stworzenie. Myszy, krety, owady, jaszczurki, a nawet węże. Kura nie pyta, czy masz problem, nie bawi się w kotka i myszkę tylko dziobie, rozszarpuje jak aligator, a potem przełyka. Ale zanim do tego dojdzie… Kury są stworzeniami społecznymi, mają złożone hierarchie dziobania i zdają sobie sprawę, kto pod kim dołki grzebie. Dlatego kiedy tylko jedna kura złapie coś wyjątkowo smakowitego do dzioba, to zaczyna z tym zwiewać aż się za nią kurzy, a reszta kur rzuca się w pogoń. U ludzi nazywamy to modą.

Kury gadają do jajek. Ćwierkają do nich cichutko, a kurczaki ze środka od pewnego momentu im odpowiadają. Dorosłe ptaki zresztą też se sobą gadają. Istnieje co najmniej 30 różnych rodzajów gdaków i kukuryknięć, które mogą oznaczać podziękowanie za jedzenie, ostrzeżenie przed drapieżnikiem albo bezlitosną drwinę z mojej nowej fryzury. Tak mi przynajmniej tłumaczył kurze gdakanie mój osobisty dziadek.

Jak już kury wygarną człowiekowi, co o nim sądzą, to opowiedzą o tym koleżankom. Kury potrafią dzielić się wiedzą. Również między pokoleniami, więc jest szansa, że gdzieś tam na świecie jest kura, której rodzina z dziada pradziada przekazuje sobie informację o tym jak głupio wyglądaliście latając po podwórku bez gaci.

Kury podobnie jak ludzie rodzą się ze skończoną liczbą jajek. W wieku około sześciu miesięcy zaczynają je znosić i jak już im się skończą, to zamykają kramik. Żeby z jajka urodził się kurczak, a nie jajecznica, musi ono zostać zapłodnione przez koguta. Cały proces odbywa się wewnątrz kury za pośrednictwem jednego otworu, który nazywamy kloaką. Tą samą drogą z kury wylatują również jajka oraz kurze kupki. Pomyślcie o tym dzisiaj, podziwiając pisanki.

No i na koniec. Pierwszy dźwięk, który kura wydaje kiedy kogoś zobaczy to jego imię po kurzemu. Ja na przykład nazywam się baaaak bak bok, co na pewno znaczy coś sympatycznego, a nie to, co usiłował mi wmówić dziadek.

Czytając „Chłopki” Anna przypomina sobie pobyty wakacyjne na wsi kieleckiej u rodziny, gdzie dziadek był kierownikiem PGR-u. Nie poznała więc bezpośrednio chłopskiego życia ale miała kontakt z wiejskimi dorosłymi i dziećmi.

I  zgadza się z wyrażoną w książce opinią o charakterze chłopów – zawiść, zachłanność, brak empatii, „chłop żywemu nie przepuści”, radość z cudzego nieszczęścia, ważny tylko ten co ma władzę i pieniądze jednocześnie się go nie lubi, bo zazdrości i chętnie okradnie. Jeśli ktoś jest życzliwy to frajer i trzeba go naciągnąć,  oskubać. Zero u nich poczucia obciachu i wdzięczności za doznaną dobroć.

A, że teraz w miastach większość mieszkańców ma wiejskie pochodzenie (inteligencję wytłukli Niemcy a potem władze PRL) to takie cechy często dominują. I nie pomaga wykształcenie, bo w szkole, na studiach nie uczy się jak być porządnym człowiekiem. Nawet jest to źle widziane, bo wygrywa najbezwzględniejszy. Co widać po aferach na wyższych uczelniach i stosowanym tam mobbingu.

Z cyklu „drobiazg a cieszy”: spotkałam idąc do tramwajowego przystanku znajomą niedaleko mnie mieszkającą. Widujemy się tylko na ulicy dążąc z domu lub do niego. Zawsze zatrzymujemy się zamieniając parę słów (ja o ile uda mi się wstrzelić jej słowotok), ona mówiąc ich wiele. Tym razem było krótko i miło, bo powiedziała:

– Ale jesteś wystylizowana. Ładnie ci w tych kolorach.

Na co ja:

– I w dodatku wiem o tym.

I na tym optymistycznym akcencie spotkanie się zakończyło.

Po zajęciach literackich z koleżanką poszłyśmy na kawę. Rozmawiałyśmy na różne tematy m.in. powiedziała, że robi sobie pieczone w piekarniku różne warzywa pokrojone w słupki oraz gruszkę i batata.  Jest wegetarianką.

No to postanowiłam spróbować ale  przedtem obgotowałam marchewkę, żeby nie wyszła za twarda. Poza tym dałam: cukinię, paprykę, ziemniaka, gruszkę, wszystko pokrojone. Batatów w tym sklepie nie było a nie chciało mi się biegać po osiedlu i ich szukać.

Ułożyłam wszystko na dużej na blaszce z papierem do pieczenia, posypałam solą, pieprzem ziołowym, pokrojoną natką i czosnkiem niedźwiedzim, polałam olejem.  Fajne i smacznie wyszło.

Jest już maj, niedługo moje imieniny, może dostanę pęk bzu/lilaka, bo właśnie kwitnie. Także przed naszą kamienicą.

A tak, dość łagodnie, go opisuje autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”: BEZ = LILAK

Lilak to wiejski romeo, w pastelowej koszuli z krótkim rękawkiem i spryskany Brutalem w ilości zakazanej Konwencją Genewską. Drań nie bez powodu ma w nazwie „pospolity” — występuje wszędzie, a w dodatku wali, jakby drogeria na chodnik popuściła. Jest też bezczelnym oszustem. Nie ma nic wspólnego z bzem, chociaż tak go w Polsce nazywamy.

Bez lilak — kto to w ogóle wymyślił? Jak w przypadku większości wielkich tragedii, nikt się nie chce przyznać. Lilak to zupełnie inna rodzina niż bez czarny i ma więcej wspólnego z oliwkami albo jesionem. Dotarł do nas w XVI wieku z Bałkanów, przez Imperium Osmańskie, i od razu zrobił furorę — bo kwitł obficie i pachniał, jakby próbował coś udowodnić.

Lilak pospolity jest jedną z najbardziej wonnych roślin świata. Zawiera ponad 20 różnych związków zapachowych, w tym linalol i lilakol, które są używane w perfumerii. Problem w tym, że sam zapach bzu w perfumach jest najczęściej syntetyczny — bo łobuz ciężko się destyluje.

Jakbym miał obstawiać, to właśnie jest powód, dla którego lilak nie doczekał się prawidłowej nazwy — tak jak bez czarny. Który, nawiasem mówiąc, kwitnie na biało. Z soku jagód bzu czarnego można sobie zrobić naleweczkę, więc zasługuje co najmniej na honorowe obywatelstwo Białegostoku. Tymczasem z lilaka można zrobić kiszoną herbatę, czyli kombuchę. Początkowo miał szansę na obywatelstwo Konstancina-Jeziornej, ale okazało się, że nie jest jednak toksyczny.

Do florystycznej dezinformacji dołożyła swoje trzy grosze Maryla Rodowicz, w odważnej — jak na tamte czasy — piosence „To był maj, pachniała Saska Kępa, szalonym zielonym bzem…”. Pani Marylo, nie wiem, kim był Sasek, ale kępa mu pachniała lilakiem.

Lilak pospolity dorasta do 3–4 metrów wysokości i występuje w pierdyliardzie różnych odmian kolorystycznych. Biały, różowy, niebieski, purpurowy — każdy jeden wygląda, jakby się krzak sfalbanił na pastelowo. W dodatku trudno się go pozbyć. Potrafi odrosnąć po ścięciu, pożarze, wykopaniu — pewnie by mu się udało nawet na polskiej emeryturze.

Może dlatego go właśnie tak bardzo lubimy. Jest twardy, zwykle olewa konwenanse, ale kiedy trzeba zrobić wrażenie — potrafi zakwitnąć jak kanapka w plecaku po wakacjach. A po dwóch tygodniach mu się nudzi. Zdolny, ale leniwy. No i niebezpieczny, jak go zostawić w towarzystwie kobiet — bo go człowiekowi posadzą przed domem.

A u Was jak tam, lilak już kwitnie, czy jeszcze szykuje lakierki do dresów?

Upalne miasto 145

 Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************************

– Ja to nie mogę mieć przez dłuższy czas spokoju. Diabeł stróż dokopać mi musi, bo się udusi – stwierdziła Anna wojując, bez skutku, z dolnopłukiem. Niby nie ma powodu ale źle działa.

Późnym wieczorem młodzi sąsiedzi głośno rozmawiali, pokrzykiwali i śmiali się do drugiej w nocy. A ściany cieniutkie, regał nie wygłusza, niestety. Powinna się była wyspać przed ważną wizytą w urzędzie. Do którego, o dziwo, za piątym razem udało się jej internetowo zapisać na wizytę.

Rano o siódmej znowu atrakcja inaczej – muzyka zza ściany łup, łup, łup L

Sprawdziła godzinę odjazdu autobusu ale wyszła z domu  takiej porze, że zdążyła na poprzedni kurs. Pojechała i wstąpiła do księgarni pooglądać nowości a nawet przecenione książki. Obiecała sobie, że jeśli uda się jej pozytywnie załatwić sprawę to coś kupi.

Potem wstąpiła do biblioteki publicznej mieszczącej się niedaleko urzędu. Miała nadzieję spotkać tam znajomą bibliotekarkę. Niestety ta była na zwolnieniu z powodu choroby.

Porozmawiała więc z obecną pracownicą, która ją pamiętała. Co Annę pozytywnie bardzo zaskoczyło.

Do urzędu dotarła trochę przed czasem. A potem okazało się, że nie może powiedzieć tego co sobie pracowicie, wielokrotnie w myśli wieczorem, w nocy (hałas nie pozwolił zasnąć) oraz rano po zbyt wczesnym obudzeniu przygotowała, bo urzędniczka bardzo ją pospieszała. Na szczęście pomogła wypełnić duży druk i zdziwiła się, że Anna tak późno tę sprawę załatwia.

No bo tak ją poinformowano, że ma czekać na drugą decyzję innego urzędu. A to nieprawda. Ale skąd  miała wiedzieć?

Bardzo ją to samo przygotowanie dokumentów i informacji do przekazania  dużo nerwów kosztowało. W dodatku prawie nieprzespana noc i lekkie sensacje żołądkowe. Ręka jej drżała przy wypełnianiu druku.

Tak była zmęczona, że do księgarni nie wstąpiła i nic nie kupiła. Tylko od razu pojechała jednym, następnie drugim tramwajem, bo po drodze wstąpiła do sklepu dla rękodzielników i artystów. Nawet nabyła dwa dziurkacze ozdobne i jeszcze 3 mniejsze rzeczy, w ramach pozbycia się stresu.

Załatwiła też opłatę składki i kupno leku. A potem odebrała w punkcie ksero zostawiony tam, w środę, pendrive.

W prywatnej piekarni kupiła pieczywo a w kolejnym jogurt, bo powinna (po antybiotyku) często go pić.

Bardzo zmęczona weszła na czwarte piętro ale jeszcze miała siłę przygotować  sobie obiad. I padła.

Za duży wiatr na moją wełnę – pomyślała przymykając oczy.

Z noblowskiej przemowy Mario Vargas  Llosy (zmarł 13.04.2025):

„… to dzięki literaturze, sumieniom, które budziła, pragnieniom i marzeniom, które rodziła, rozczarowaniu, po którym wracamy z podróży do rzeczywistości do pięknego zmyślenia, cywilizacja jest dziś mniej okrutna niż wówczas, gdy pierwsi bajarze uczłowieczali życie swoimi opowieściami.

Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy. Bylibyśmy większymi konformistami, mniej niespokojni i mniej niepokorni, a duch krytyki, napęd postępu, w ogóle by nie istniał. Podobnie jak pisanie, także czytanie jest formą protestu przeciw niedostatkom życia. Ten, kto w fikcji szuka tego, czego mu brak, mówi, bez wypowiadania tego głośno, a nawet może tego nie wiedząc, że życie takie, jakim jest, nie wystarcza, by zaspokoić nasze pragnienie absolutu, tej podstawy ludzkiej kondycji; że powinno być lepsze. Wymyślamy fikcje, żeby móc przeżyć tych wiele żywotów, które chcielibyśmy mieć, choć mamy zaledwie ten jeden jedyny.

Bez fikcji bylibyśmy mniej świadomi, jak ważna jest wolność, żeby życie dało się żyć, i jakim się staje piekłem, gdy wolność dławi tyran, ideologia czy religia. Kto wątpi, że literatura nie tylko pozwala nam śnić o pięknie i szczęściu, ale i przestrzega nas przed wszelkim uciskiem, niech spyta, czemu wszystkie reżimy, które usiłują kontrolować ludzie życie od kolebki po grób, tak się jej boją, że ustanawiają cenzurę, by ją zdławić, i śledzą podejrzliwie niezależnych pisarzy. Czynią tak, bo wiedzą, jak niebezpieczne są wycieczki wyobraźni w książki, jak groźne stają się fikcje, gdy czytelnicy zestawiają wolność, która je rodzi i która się w nich realizuje, z obskurantyzmem i strachem czyhającymi na nich w prawdziwym życiu.

Wymyślający historie opowiadacze zawsze, choćby o tym wiedzieli lub nie, choćby tego chcieli lub nie, sieją niezadowolenie, pokazują, że świat jest kiepsko urządzony, że życie w fantazji jest bogatsze niż codzienny znój. To ta świadomość i wrażliwość, gdy zapuszczą korzenie, sprawiają, że ludzie nie dają sobą łatwo manipulować i nie przyjmują łgarstwa, które głosi, że za kratami i w towarzystwie inkwizytorów i strażników żyje im się bezpieczniej i lepiej”.

Na czwartkowych zajęciach literackich prowadząca je p. Magda pochwaliła blogowy tekst Anny opisujący spacer herstoryczny. Miło jest gdy ktoś cię pochwali.

Rozmowa w trakcie masażu:

– Coś chłodno tu jest. Panu ciepło bo się pan rusza a ja leżę lub siedzę.

– A bo wyłączyłem grzejnik i uchyliłem drzwi. Patyczki zapachowe za mocno napachniły pomieszczenie. Ale następnym razem przyniosę włóczkę i druty.

– I od tego będzie tu cieplej.

– No, nie ale będzie się pani ruszać robiąc na drutach.

– Jakim cudem przecież lezę na brzuchu?

– No, stopami.

– Że coooo?

Wracając autobusem z cmentarza gdzie na grobie koleżanki przywiązała do krzaka bukszpanu zrobiony przez siebie świąteczny wianek zobaczyła na t-shercie nastolatki (w pobliżu jest LO do którego chodziła i źle wspomina) prosty rysunek głowy, obok mózgu i napis „use it”.

 Rozdawałabym taki wszystkim politykom i osobom sprawującym jakąś funkcję. Dodałabym jeszcze „używaj życzliwości i empatii” ale jak to narysować?

W przedświąteczną sobotę wyrzucając śmieci  jak zwykle przejrzała zawartość pojemnika na papier przerzucając jego zawartość do tych obok. Natknęła się na nieduży ciężki kartonik oklejony taśmą. Przecięła ją kluczem i okazało się, że są tam cztery granatowe ze złotym brzegiem, talerzyki deserowe. Niemiło pomyślała o wyrzucaczu – pozbywaczu się dobrych rzeczy.

– Mógłby chociaż położyć obok kontenera z opisem zawartości. Nie, to sru do pojemnika, niech idzie na zatracenie. Nawet jeśli to prezent lub pozostałość po nielubianej osobie głupio i nieekologicznie ktoś postąpił – pomyślała. I postanowiła po świętach zanieść je do sklepu dobroczynnego.

„Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”  = „Practice random kindness and senseless acts of beauty”, a jego autorką jest Anne Herbert, amerykańska pisarka i dziennikarka, która użyła tego zdania na początku lat 80. w piśmie „Whole Earth Review”. Stało się ono później hasłem ruchu promującego życzliwość i bezinteresowne gesty dobra.

Nie uważam, aby nawet przypadkowa życzliwość była pozbawiona sensu. A wy?

Upalne miasto 144

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************************

Trzeci dzień kwietnia obfitował. W ilość promieni słonecznych. Oraz w  ilość kartek świątecznych jakie wykonali uczestnicy zajęć kreatywnych we Wrocławskim Centrum Seniora. A przedtem w ilość roboczogodzin spędzonych przez Annę na przygotowywaniu materiałów dla uczestników.

Przede wszystkim zrobiła duże koperty z dużego bezpłatnego informatora kulturalnego. Potem małe z kartek wyrwanych z zeszytu znalezionego w kontenerze na papier.

Do małych wkładała elementy wycięte przez dziurkacze ozdobne: kurczaki (2 rozmiary), zajączki (2 rodzaje i 2 rozmiary), jajka (2 rozmiary), listki (3 rodzaje), ptaszki (2 rodzaje), słoneczka (2 rozmiary), żabki, kwiatki (kilka rodzajów), baranki  itd., itp – wszystko w wielu egzemplarzach.

Dodała też (kupione wcześniej) filcowe pisanki oraz kwiatki, naklejki tematyczne, styropianowe jajeczka i kuleczki. Pasmanteryjne: kurczaki mniejsze i większe, listki, zajączki, kwiatki różne, baranki.

Wycięte z kolorowego cienkiego i grubszego papieru jaja.

Jedna z pracownic CS zakupiła też różne elementy przydatne do wykonania kartek.

A przyklejać to wszystko można było na karnety. I tu także Anna przygotowała rozmaitość kształtów i kolorów: klasyczne w pionie i poziomie, w kształcie jaja z recyklingowego zielonego brystolu  (też w pionie i poziomie i te cieszyły się największym wzięciem) oraz w kształcie zajączka.

Do każdego karnetu wkleiła dodatkową białą podwójną kartkę przeznaczoną do napisania życzeń. Boki klasycznych karnetów zostały wycięte różnymi dziurkaczami ozdobnymi.

Zapakowane to było w koperty i rozdane jako pakiet powitalny. Zawierał on także dodatkowy prezent – kartkę świąteczną wykonaną przez Annę. Wyszły dość ciężkie dwie torby tego dobra, które na miejsce zawiozła tramwajem, bo nie ma auta..

Na dużym stole rozłożyła dodatkowe swoje materiały oraz zakupione przez CS a koperty z prezentami wszystkim rozdała.

Na początku zajęć pokazała zebranym kartkę – jajo jako przykład zamaskowania kartonu udziabania, czyli niedoskonałości, bo z recyklingu. Za pomocą naklejenia kawałków różnobarwnych papierów a wokół styropianowych kuleczek. Nikt się tego nie podjął i słusznie, bo to–to się elektryzuje, ucieka, przylepia się do wszystkiego tylko nie do kartki. No, uparte straszliwie jak kot, który obraził się na dotychczas lubianą karmę.

Poza tym zaprezentowała świąteczny świecznik z małej wytłoczki na jajka, skorupek i małych świeczek do podgrzewacza.

Trzecim pokazem były jaja na patyku – dłuższym i krótszym. A czwartym obrazki z wielkanocnymi motywami.

Obecnych było, razem z Anną, czternaście osób. W tym trzy z Domu Opieki z opiekunkami, które pomagały wykonać kreatywne zadanie. Oprócz tego Białorusinka z wnuczką.

Niestety kilka osób, które się zapisały na zajęcia, bez odwołania rezerwacji, nie przyszło. Ktoś inny z tego skorzystał ale tak się nie robi.

Po jakimś czasie Anna poprosiła, aby każdy podał swoje imię a potem opowiedział o rodzinnych świątecznych tradycjach. Było więc o malowaniu pisanek, święceniu pokarmów, dzieleniu się jajkiem, przygotowaniu i chowaniu prezentów, które dzieci miały potem poszukać. Śmigusie dyngusie delikatnym lub wręcz odwrotnie. O dziwo nie było mowy o potrawach.

Zajęcia były bezpłatne, Anna też nie otrzymała honorarium za prowadzenie, bo go nie oczekiwała.

Dzięki pomocy dwóch pań dość szybko stoły zostały posprzątane i seniorka mogła pojechać do domu gdzie zostawiła torby z zawartością, przygotowała obiadowy posiłek a po nim wypiła herbatę.

I wzmocniona pojechała, w to samo miejsce,  na zajęcia literackie. Prowadzącej osobie też podarowała, wykonaną przez siebie, kartkę świąteczną.

Braki motywów kulinarnych w trakcie zajęć uzupełniliśmy na tym spotkaniu, bo dostaliśmy zadanie przypomnienie sobie i wypisanie nazw potraw, które mają w nazwie nazwę geograficzną i osobową jak: pierogi ruskie, ryba po grecku, fasolka po bretońsku, grzanki francuskie, zrazy po nelsońsku itp.

Właściwie na każde spotkanie przychodzi jakaś nowa osoba. I rzadko zostaje. Stała ekipa to 4 – 5 osób.

Powody rezygnacji są chyba różne ale główny to rozjazd między oczekiwaniami a rzeczywistością. Niektórych zniechęca fakt, że nie potrafią wykonać ćwiczeń literackich tak jak oczekuje prowadząca. Przypuszczam, że innych – brak zachwytów dla ich tekstów czy wypowiedzi. No i są tacy, którzy narzucają swoją narrację mimo upomnień i prób skierowania na właściwy tor. Postępują na zasadzie: „wykoleję się a nie zaprzestanę jazdy”. W pozostałych obecnych zgrzytają zęby (nawet sztuczne) oraz swędzi ich ręka. Niektórym to się nawet nóż otwiera.

4 kwietnia jest rocznica bitwy pod Racławicami – z okazji 101 rocznicy można było za darmo odwiedzić „Panoramę Racławicką”.

Annie udało się wstrzelić w godzinę wejścia na platformę. Idzie się bardzo słabo oświetlonym tunelem, jak dla niej zbyt słabo. Potem można chodzić po okrągłym podium przyglądając się kolejnym fragmentom obrazu, robiąc zdjęcia czy filmując. Oraz słuchając prelekcji dobiegającej z głośnika w wykonaniu Henryka Boukołowskiego.

Wcześniej zaniosła kilka książek na bookcrosingowy regał w bibliotece leżącej w tej okolicy. Spacerkiem poszła do rotundy łapiąc promienie słoneczne jakich pogoda wszystkim i wszystkiemu nie żałowała. Poprosimy o dużo deszczu jednak.

Dziewiątego kwietnia uczestniczyła w kolejnym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki. Było to spotkanie z autorem książki „Obok nas” Łukaszem Kulewskim.

Bohaterami jest sześciu mężczyzn, każdy ze swoimi problemami a nawet traumami. Mieszkają na tym samym osiedlu co nie znaczy, że się znają.  Mogą mieszkać nawet obok nas.

Autor ukończył polonistykę i jest kontrolerem jakości gier telefonicznych. Specjalnie nie podał nazwy miasta i nazwy ulicy, bo chciał, aby historie były uniwersalne. Zainspirowały go historie ludzi, których znał lub gdzieś usłyszał jednak część fabuły sam wymyślił.

Kolejne zdarzenia tworzą dość nieprzyjazny świat, pełen okrucieństwa, przemocy, zdrad , wykorzystywania i manipulacji.

Książka ma mroczny charakter, pozytywnymi bohaterami są tylko stary wdowiec i lekarz.  Ale wszyscy to problem na problemie, problemem pogania. No i wszystkie występujące tam kobiety to postaci drugoplanowe oraz negatywne, oprócz jednej, nieżyjącej co mam autorowi za złe.

Nie dowiedzieliśmy się (nikt nie zapytał) czy  autor jest z natury pesymistą, czy tak widzi świat i ludzi, czy to tylko zabieg literacki.

Książkę wydało Novae Res co oznacza, że autor musiał zapłacić za wydanie pewną kwotę w zamian otrzymując pulę egzemplarzy autorskich.

Na zakończenie Anna wymieniła, jako wypożyczenie prywatne,  swoją „Odrzanię” na „Chłopki”.

„Noc w bibliotece”

Przedstawiam pierwsze opowiadanie jakie w życiu napisałam w 2010 roku. Następnych dwadzieścia jest kryminalnych i wydałam je sobie w zbiorze „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

**************************************************************************

            „Noc w bibliotece”

   Wrocław, środek parnego lata. Zbliżała się północ. Nad ulicą poruszały się dwa cienie. Podłużne, u dołu zwężone. Jeden był mniejszy, filigranowy a drugi przysadzisty. Ona i On. Płynęły objęte od mostu Pokoju nad ulicą kardynała Stefana Wyszyńskiego. Minęli Szczytnicką, Benedyktyńską i Sienkiewicza.

Latarnie jakby zmęczone upałem świeciły niemrawo.

  Po drodze para zaglądała w parterowe okna starych kamienic. W pierwszym zobaczyli kobietę śpiącą przed telewizorem. Rudy kot siedział na stole i wylizywał futerko.

W następnym mieszkaniu nastolatek siedział przy komputerze. Odrabiał lekcje czy oglądał piękne panie? Owszem, tyle że całkowicie ubrane i w kuchni. Był to portal z przepisami kulinarnymi. Lubił gotować czego nikt z jego bliskich nie rozumiał.

Okno obok – kobieta czytała i płakała. Stos zużytych chusteczek higienicznych pokrywał jej stopy.

Przeszli dalej – kot i pies spały objęte na fotelu. Obok para w średnim wieku na dużym łóżku.

Okna pizzeri były zasłonięte. W introligatorni nic się nie działo.

Obłoczki poleciały dalej kierując się w stronę Skweru imienia  Stanisława Tołpy.

Na końcu budynku zauważyły uchyloną górną część okna biblioteki.

– Wpływamy? – zapytała Ona

Lśniła niebieskawo gdzieniegdzie błysnęło srebrne pasemko. On był szary z małymi czarnymi

maziajami

Leciutko unieśli się w górę, przefrunęli przez okno i znaleźli w pracowni komputerowej. Jeden z ekranów znienacka rozbłysnął.

– Popatrz, ktoś zapomniał go wyłączyć – zauważyła Ona.

– No to co z tego? Przecież z niego nie skorzystamy.

– Ty nie, bo ci się nie chciało chodzić na kurs. A ja ukończyłam  Akademię e-seniora UPC i  umiem obsługiwać komputer – pochwaliła się Ona.

– Tak, a ja musiałem sam sobie robić śniadania i samotnie je jeść – pożalił się On

– Trzeba było się nie wylegiwać.

Usadowiła się na krzesełku. On przycupnął na sąsiednim.

– Nic nie zrobisz – On marudził jak zwykle.

– Jak się bardzo skupimy to poruszymy myszką. Spróbujmy, co ci szkodzi?

– Dobrze, dobrze. Zawsze musisz postawić na swoim.

– Nigdy nie umiałeś mnie przegadać, hi, hi, hi – zaśmiała się Ona.

Myszka poruszyła się i lewy klawisz kliknął w ikonkę internetu.

– Ochchch, udało się – westchnęli oboje.

– Czego szukamy? – zapytał.

– Może wejdźmy na portal ze zdjęciami? Tam są nasze dzieci, wnuki i znajomi – zaproponowała.

   Duchy zaczęły się intensywnie kurczyć jednocześnie nabierając intensywniejszych barw. Jemu powiększyły się ciemne plamki.

Weszli w google, wpisali adres.

Chyba musimy się zalogować? – On znowu marudził.

– Nie, do oglądania nie trzeba.

Pooglądali fotki wspominając gdzie i kiedy były zrobione.

– Może sprawdzimy co słychać w polityce? – zaproponował On.

– A idź ty! Co nas to teraz obchodzi? Przecież nie żyjemy – trzeźwo zauważyła Ona.

– Masz rację. Pewnie i tak służby zdrowia nie zreformowali. Emerytur nie podnieśli tylko diety posłom i podatki.

– Sprawdźmy – On kliknął w Onet.pl.

– Patrz, Palikot został prezydentem – ucieszyła się Ona.

– A Kuba Wojewódzki prezesem TVP.

– Szymon Majewski ministrem kultury.

– Janina Ochojska ministrem zdrowia.

– Owsiak ministrem spraw wewnętrznych.

– A Kwaśniewska z córką założyły sieć klubów go-go. Bardzo eleganckie są to lokale.

– Macierewicz i Kaczyński wstąpili do zakonu.

– Tusk pisze wspomnienia.

– Wałęsa przyznał się, że nie przeskoczył sam muru tylko go podsadzili.

– Zdrojewski założył firmę budowlaną i buduje wały na Kozanowie.

– Dutkiewicz wyemigrował do Pernambuco w Brazylii.

– A dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej została kobieta i nie jest to była wice.

   Ona kliknęła w plus w prawym górnym rogu zamykając stronę.

– Dosyć tych nieważnych doczesności – stwierdziła. Lecimy do wypożyczalni.

Przelecieli przez dziurkę od klucza i rozejrzeli po wnętrzu.

– Może pooglądamy przewodniki po miejscach dokąd wyjeżdżaliśmy na wakacje? – zaproponowała Ona.

Wyciągnęła książkę o Borach Tucholskich.

– Pamiętasz ten domek w lesie? – zapytała.

– Tak, piękny był i przestronny inaczej. Każdego roku znajomi pytali czy zabieramy ze sobą dużo gazet bo przypominał kiosk Ruchu

– I tak przez trzydzieści parę lat – westchnęła Ona.

– Cisza, spokój, chodziłem sobie na ryby…

– I nigdy nic nie złowiłeś – docięła Ona.

– Nooo, czasem coś się trafiło – bronił się dość nieudolnie.

– Ja więcej grzybów i jagód nazbierałam.

– I nie udało ci się mnie otruć – ucieszył się.

– Bo cię kocham. Objęła go i przytuliła.

– No i znam się na grzybach –  nie odmówiła sobie satysfakcji.

Objęci stali, a właściwie unosili się nad podłogą.

– No, musimy już iść. Patrz, za oknem zrobiło się szaro. Zaraz wzejdzie słońce.

Wypłynęli przez uchylone okno zaplecza, minęli podwórko i otwartą bramę od ulicy Prusa.

Przenieśli się do Parku Nowowiejskiego, wionęli przez trawniki, wzgórze i osiedli na ławce przy stawku naprzeciw budynku Politechniki.

Coś się poruszyło pod nimi. Zajrzeli i zobaczyli śpiącego bezdomnego . Obok niego leżały tobołki, a na nich czarny kot.

– Pewnie strasznie śmierdzi – powiedział On.

– Nie żyjemy więc nie czujemy zapachów, nawet tych ładnych – zasmuciła się Ona.

   Słońce pokazało się nad dachem budynku. Para rozwiała się w powietrzu.

Kot wstał, przeciągnął się. Bezdomny chrapnął i przewrócił się na drugi bok.

2010 rok

Upalne miasto 143

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************************

Okazało się, że duża praca włożona w uporządkowanie bałaganu na regale z książkami w Centrum Seniora, pozyskanie od koleżanki z pewnej biblioteki metalowych podpórek, zrobienie kartonowych zakładek z opisem działów została zlekceważona i zaprzepaszczona. W holu gdzie stał regał z książkami postawiono boks na portiernię a regał z zawartością gdzieś przeniesiono. Po zakończeniu inwestycji regał powrócił – bez podpórek, zakładek i większości książek.

– Jak miło, widocznie na moich bezinteresownych działaniach im nie zależy. A może nawet były wyrzutem, że sami nic przez siedem lat nie zrobili z bałaganem na regale  – pomyślała seniorka i odłożone w domu dwa wysokie stosy książek przeznaczone dla tej biblioteki zaczęła, po kilka egzemplarzy, zanosić do sklepu dobroczynnego oraz na regał bookcrossingu w galerii handlowej i w pewnej bibliotece publicznej.

W trakcie spotkania grupy Dyskusyjnego Klubu Książki omawiano historyczną książkę Elżbiety Cherezińskiej „Sydonia”. Opowiada ona dzieje kobiety z pomorskiego rodu von Borków, wykształconej, niezależnej, walczącej o siebie, domagającej się, od rodziny,  za pomocą kolejnych skarg o wypłacenie  należnych jej  pieniędzy. A, że przez lata nie poddawała się i nie ustawała w walce została w końcu oskarżona o czary i stracona. To autentyczna postać a że zachowały się liczne dokumenty procesowe można było prześledzić jej życie.

Autorka opisuje dzieje Księstwa Pomorskiego na przełomie XVI i XVII wieku, kolejnych władców nie szczędząc szczegółów obyczajów, życia codziennego, jedzenia, strojów, wnętrz mieszkalnych a także legend i zabobonów.

Jest to powieść feministyczna ukazująca dominującą rolę mężczyzn, którzy wykorzystywali kobiety na wszystkie sposoby a jeśli któraś była, według nich, za mądra i tego nie kryła należało ją spacyfikować oskarżając o czary.

Na początku spotkania rozdała uczestnikom zrobione przez siebie zakładki mówiąc żartobliwie:

– Święta bez tematycznej zakładki, to święta stracone.

Inna z uczestniczek obdarowała wszystkich ozdobionym jajem.

W korytarzu biblioteki gdzie odbywają się te spotkania stoi mały bookcrossingowy regał i tam Anna postanowiła zostawić niektóre książki.

Rozmowy na cztery ludzkie nogi w trakcie masażu:

Coś spadło na podłogę.

Pacjentka: jeśli trzeba to ja zejdę (w sensie ze stołu zabiegowego).

Masażysta (silnie niedowidzący): niech pani nie schodzi.

P: bo nie będzie pan wiedział co zrobić z ciałem?

M: trup  w szafie mi niepotrzebny.

P: szczególnie, że szafa nieszczelna. Ale ma pan szeroki parapet i miejsce pod oknem, to można odbić kafelki, wsadzić ciało i zamurować. Tak jak w „Mazepie”.

M: To tam stosowali kafelki?

P: Czy tam dokładnie to nie wiem. Trzeba zapytać autora.

M: To tylko za pomocą seansu spirytystycznego. Talerzyki mam.

Wolny czas w domu poświęca na przygotowanie zajęć kreatywnych dla seniorów a będą to kartki świąteczne. Zabiera jej to sporo czasu i energii.

Ostatniej nocy nie mogła zasnąć więc przeczytała książkę Łukasza Kulewskiego „Obok nas” poleconą w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Dotąd autor specjalizował się w fantastyce a to jest pierwsza jego proza obyczajowa. Głównymi bohaterami są mężczyźni mieszkańcy jednego osiedla. Piotr – policjant,  z kryzysem w związku, o piękna żona już go nie podnieca. Czy są policjanci będący w szczęśliwym prywatnym układzie?

 Adam – ułatwiający sobie pracę za pomocą romansu z żoną szefa, z żalem do żony, że zajmuje się i przejmuje tylko dzieckiem a nie nim; Bogdan – ucieka z domu i zostaje brutalnie wykorzystany, Stefan – senior, były kelner, niesprawny i mieszkający na piątym piętrze bez windy, Leon – świetny lekarz zmagający się z mutyzmem (mutyzm – brak kontaktu werbalnego przy nieuszkodzonych ośrodkach mowy), Mirek – informatyk przez lata poniżany, lekceważony przez matkę, nawet po śmierci nie umie się uwolnić od jej toksycznej osobowości co ma fatalne skutki.

Kobiety w tej książce są albo toksyczne, albo nudne albo to nimfomanki. Jedyna pozytywna nie żyje. Czyżby autor był mizoginem?

Nie samym czytaniem  człowiek żyje i  na zadaną pracę domową przez prowadzącą warsztaty literackie pt. „Mój pierwszy raz” Anna postanowiła nie pisać o jakimś przykrym doświadczeniu a miała ich sporo.

Zdecydowała, że będzie to jej pierwsze opowiadanie „Noc w bibliotece”. Napisała osobno słowo wstępne informujące, że do tej pory pisała tylko listy aż tu nagle powstał ten tekst. I było to już po przejściu na emeryturę. Są w nim duchy, choć 20 następnych opowiadań ma kryminalną fabułę. Skserowała opowiadanie i rozdała uczestnikom do przeczytania w domu. 

Jedna z uczestniczek opisała swoją podróż pociągiem, którą odbywała wraz z rodzicami w 1968 roku. W przedziale były dziewczyny studiujące we Wrocławiu kulturoznawstwo i rozmowa zeszła na Panoramę Racławicką. Okazało się, że tato opowiadającej, jako uczeń, przed wojną był z wycieczką szkolną we Lwowie w czasie której oglądali ten obraz. Córka była wzruszona tymi wspomnieniami, bo ojciec nigdy nie mówił o swoim dzieciństwie. Plany wybudowania rotundy do prezentowania tego dzieła przeciągały się aż w czasie pierwszej Solidarności stały się ciałem. Na początku wstęp do rotundy z Panoramą miały tylko VIP-y ale córka załatwiła tacie bilet wstępu, bo bardzo chciał zobaczyć czy, przypadkiem, czegoś na obrazie nie zmieniono. Po obejrzeniu uspokojony wyszedł z budynku.

Druga uczestniczka opisała skutek dziecięcej zabawy polegającej na próbie uwieszenia się na drabiniastym wozie. Była wraz z rodzicami wywieziona na roboty do Niemiec (dziś ten teren jest w zachodniej Polsce). Wpadła pod wóz, który zdruzgotał jej nogę. Była trzylatką ale wszystko pamięta, bo od zawsze miała świetną pamięć. Leżała w szpitalu gdzie postanowiono obciąć jej nogę uznając, że już nic nie da się zrobić. Uratował ją niemiecki wizytujący szpital lekarz, nakrzyczał na personel w wyniku czego zrobiono małej operację i uratowano kończynę. A gdy leżała już po operacji i nachylił się nad nią zobaczyła na mundurze pod fartuchem lekarskim znaczek ss.  Potem rodzice próbowali dowiedzieć się kim był ten człowiek ale nie udało się zdobyć żadnych wiadomości.

Na początku kwietnia Anna postanowiła zrobić sobie prezent z podwójnej okazji: świąt w kwietniu i imienin w maju. Zapisała się więc, do swojej imienniczki kosmetyczko – fryzjerki na oba zabiegi. Włosy ścinała różnej wielkości akumulatorowymi maszynkami z paroma nakładkami.

– Sporo ma pani tych wibratorów – zażartowała.

– Trzeba sobie jakoś radzić – odparła ścinająca. W dodatku mają różną głośność, więc co kto lubi  to wybiera.

Tanio nie było ale ludowe przysłowie głosi, że „Tanie mięso jedzą psy”. Wyszła z lżejszym portfelem ale i lepszą cerą oraz fryzurą. Płaci się tam tylko blikiem lub gotówką, więc seniorka wcześniej zaopatrzyła się w to drugie. Mówiąc:

– Specjalnie rozmieniłam pieniądze, żeby nie musiała pani wydawać.

– To miło ale banknoty niewyprasowane.

– Ojej, zapomniałam włączyć żelazko – roześmiała się Anna.

Jako bonus dostała życzenia świąteczno – imieninowe.

Miejsce upiększania mieści się blisko jej miejsca zamieszkania co zdecydowało, że po pielęgnacji seniorka wzięła z domu torbę pełną dobrych ale niepotrzebnych przedmiotów i zawiozła do sklepu dobroczynnego.

Upalne miasto 142

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Trzynastego dnia marca, choć to nie piątek, pogoda, po kilku pogodnych dniach zdołowała kogo mogła. Ciśnienie spadło.

– Dobrze, że tylko ciśnienie a nie barometr po dziadku zrobił sruuuu – pomyślała Anna.

Patrząc przez okno miała silne postanowienie niewyjścia z domu choć planowała odebrać pit i uczestniczenie w warsztatach literackich. Zdała się na los czyli decyzję znajomej wysyłając pytający sms. Ta odpowiedziała, że jedzie więc Anna spięła się, ubrała i wyruszyła chwaląc się za dzielność i nieuleganie przeciwnościom.

Użyła kurtkowego kaptura zamiast parasola i autobusu pospiesznego, Współczuła krokusom na trawniku, bo nie miały parasola ani płaszcza przeciwdeszczowego.

Na zajęcia, przyszło sześć osób, w tym jeden pan i prowadząca zajęcia. Ze słowa wiewiórka mieliśmy utworzyć jak najwięcej innych słów. A potem wymienić jak najwięcej piosenek z pogodą w tytule lub treści. Gdy już się ich sporo nazbierało pisaliśmy krótki tekst używając tych słów.

Po zajęciach Seniorka ze znajomą poszły do Synagogo po Białym Bocianem na komedię „Uszy Hamana”:

Gmina Wyznaniowa Żydowska zaprasza Państwa do Synagogi Pod Białym Bocianem na spektakl teatralny, który uświetni święto Purim!

„Uszy Hamana” to komediowy spektakl kostiumowy, którego akcja toczy się w Persji, nawiązujący do najradośniejszego święta „Purim” o charakterze powszechnego karnawału w kulturze żydowskiej. Tego dnia wolno łamać nawet najsurowszy zakaz przebierania się mężczyzn w suknie, a wino leje się dzbanami. Na to święto przygotowywane są też specjalne ciasteczka zwane „Uszami Hamana”, którymi będziemy częstować naszych widzów.

Spektakl pokazuje historię jak pijany potężny król perski Achaszwerus zażyczył sobie, żeby na jego ucztę przybyła nago jego żona, królowa Waszti. Gdy ona odmówiła, król kazał ją wygnać i sprowadzić sobie najpiękniejsze panny, aby mógł wybrać nową żonę. I tu zaczyna się zabawa z publicznością…, może, któraś z pań obecnych na sali zostanie królową? Jak dalej rozwinie się akcja, w królestwie rządzonym przez pijaka i lubieżnika?

W czasie spektaklu przewijają się piosenki i melodie perskie oraz
żydowskie. Doskonała zabawa!

Purim, Purym, Święto Losów – radosne święto żydowskie, które powstało w gminach żydowskich wschodniej diaspory w połowie II wieku p.n.e. Święto upamiętnia biblijną historię opisaną w Księdze Estery.

Haman, Aman – postać biblijna ze Starego Testamentu, najwyższy urzędnik króla Persji, Achaszwerosza. Król polecił poddanym oddawać pokłon Hamanowi. Jednak wbrew poleceniu króla Żyd Mardocheusz nie oddawał pokłonu Hamanowi, za co ten postanowił zabić Mordechaja, a także innych Żydów w Persji.

Częstowano cukierkami oraz bakaliami. Należało wziąć dwa i jeden podarować sąsiadowi obok lub z tyłu. Uszu nie było.

W trakcie wymawiania słowa Haman dwaj siedzący na widowni panowie buczeli i terkotali, aby zagłuszyć to wredne imię.

Spektakl trwał niecałe półtorej godziny.

 Deszcz nazajutrz też padał ale Anna nie z cukru, więc kapotę na grzbiet a kaptur na głowę założyła i z woreczkami napełnionymi odpadkami wyszła z domu.

Tego dnia nie zaznała kulturalnej rozrywki ale życzliwość ze strony „nurków” przeczekujących deszcz pod wiatą. Niby na klucz zamykaną ale sobie radzą, sąsiadka kiedyś pokazała Annie w jaki sposób.

Stali więc przy kontenerach i gdy wyrzucała śmieci jeden z nich powiedział:

– Niech pani szybko idzie do domu, bo zmoknie.

– Mam kaptur – odpowiedziała. To pewnie z wdzięczności, że ich nie pogoniłam – pomyślała. Aby nie było zbyt miło bo w drugim końcu wiaty kupę (nie pierwszy raz) zauważyła.

PIT w biurze o nazwie „Credo” odebrała. Pieczywo w prywatnej piekarni nabyła. A w warzywniaku surówkę i pomidory oraz kandyzowany imbir. Schowała portmonetkę i sobie poszła. Dopiero przy drzwiach zorientowała się, że zakupów nie zabrała. Dobrze, że to były drzwi sklepu a nie własnego mieszkania.

Niedziela słoneczną pogodę nam zafundowała ale jednak chłodną, bo to marzec przecież. W trakcie spaceru po Parku Szczytnickim okazało się, że wiosna dotknęła skrzydłami nieliczne rośliny: kalinę wonną, forsycję i dereń japoński. Deszcz padający nienachlanie przez dwa dni nie zasilił rzeczki płynącej przez park. Więcej w niej opadłych liści niż wody. Tylko bluszcz na trawie i niektórych drzewach zielonością swą przypomina, że i inne rośliny potrafią nosić ten kolor.

Ludzkie zmęczenie materiału zostało wspomożone w kawiarni położonej przy bramie wejściowej na teren Stadionu Olimpijskiego.

Z profilu „Czubaszki” na FB:

Na stronie australijskiej izby turystyki użytkownicy mogą zadać każde pytanie. I na każde pytanie znajdzie się odpowiedź:

P: Czy zobaczę kangury na ulicy? (USA)

O: Zależy, ile wypijesz.

P: Chcę przejść się z Perth do Sydney – czy dobrym pomysłem jest iść wzdłuż linii kolejowej? (Szwecja)

O: Oczywiście, to tylko trzy tysiące mil, radzimy zabrać duży zapas wody.

P: Czy w Australii są dostępne bankomaty? Proszę o przesłanie kompletnej listy bankomatów w Brisbane, Caims, Townsville i Hervey Bay. (UK)

O: Prosimy o informację, jaka była przyczyna śmierci Twojego ostatniego niewolnika.

P: Bardzo proszę o informacje na temat wyścigów hipopotamów w Australii. (USA)

O: A-FRY-KA – to taki duży trójkątny kontynent na południe od Europy.

AUS-TRA-LIA – to taka duża wyspa na środku Pacyfiku, gdzie nie ma…

Zresztą, nieważne. Tak, wyścigi hipopotamów odbywają się w każdy wtorek w Kings Cross. Przyjdź nago.

P: W którym kierunku jest północ w Australii? (USA)

O: Stań twarzą na południe i obróć się o 180 stopni. Następnie skontaktuj się z nami po dalsze wskazówki.

P: Czy podróżując do Australii mogę zabrać sztućce? (UK)

O: Po co? Używaj rąk, jak wszyscy tutaj.

P: Proszę o przesłanie mi terminarza występów Wiedeńskiego Chóru Chłopięcego. (USA)

O: AUS-TRIA – to taki mały, górzysty kraik graniczący z Niemcami i…

Zresztą, nieważne. Wiedeński Chór Chłopięcy występuje w każdy wtorek w Kings Cross, bezpośrednio po wyścigach hipopotamów. Przyjdź nago.

P: Czy w Australii są supermarkety i czy jest w nich dostępne mleko? (Niemcy)

O: Nie, jesteśmy społeczeństwem pokojowo nastawionych wegan i zbieraczy. Mleko jest nielegalne.

P: Proszę o przesłanie mi listy lekarzy dysponujących antidotum na jad grzechotnika. (USA)

O: Grzechotniki żyją w Ameryce, skąd pochodzisz. Wszystkie australijskie węże są niegroźne i mogą być świetnymi zwierzątkami domowymi.

P: Zapomniałem nazwy tego słynnego zwierzęcia żyjącego w Australii. To gatunek misia, który żyje na drzewach. Jak się nazywa? (USA)

O: Zapewne chodzi ci o misia puszczaczka. Ich nazwa wzięła się od ich zwyczaju puszczania się gałęzi, spadania na przechodzących ludzi i wyjadania im mózgów.

P: Bardzo proszę o informację, w których rejonach Tasmanii populacja kobiet jest mniejsza od populacji mężczyzn. (Włochy)

O: Populacja kobiet jest mniejsza od populacji mężczyzn we wszystkich lokalnych klubach gejowskich.

P: Czy w Australii obchodzi się Gwiazdkę? (Francja)

O: Tak, ale tylko w Boże Narodzenie…..