Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
**************************************************************************************
Czwartek 3.07.25 r. to apogeum upału, musiałam więc zastosować czwórkę chłodzącą. Poprzednie dni miały tylko dwójkę lub trójkę. Czwórka to: uchylone okno, uchylone (na łańcuchu i zastawione słoiczkiem) drzwi wejściowe (na korytarzu są okna), mokre stare prześcieradło na dywanie i wiatrak ściągnięty z pawlacza.
Jednak wyjście z domu było konieczne, doszłam do przystanku przebijając się przez gęstość i duszność powietrza a na szczęście tramwaj był z klimatyzacją. Dzięki losie.
Na miejscu zajęć literackich włączono stojący ale i huczący klimatyzator, więc wyłączenia wymagający.
Na stole była woda z cytryną i miętą, bo pić w czasie upałów należy sporo. Ale bezprocentowo.
Potem z G. podjechałyśmy do lodziarni „Roma” („ta karczma Rzym się nazywa, kładę areszt na waszeci” napisał wieszcz). Są tam tylko cztery stoliki, bo lokal mały a przed nim nie ma miejsca na wystawienie, nawet jednego, mieści się przy wąskiej uliczce.
Los nam zaserwował niespodziankę w postaci bardzo nadgryzionej zębami używek kobiety w zaawansowanej ciąży proszącej o datek w postaci lodów. W ręce trzymała butelkę piwa marki na literę h.
Przy sąsiednim stoliku klient powiedział:
– Nie jestem donatorem, stać panią na piwo to tym bardziej na lody. Ale butelka tego piwa to 1,60 (wiem z Internetu) a gałka lodów 9 złotych.
Na oparciu krzesła od strony przejścia wisiała moja torebka, więc ją przewiesiłam.
Co ciężarna zauważyła i zapytał:
– Przeniosła pani torebkę, bo się boi napaści?
Potwierdziłam.
No, jak bystra 😉
Milszą częścią pobytu była para z fajną suczką, gdy się nią zachwycałyśmy strzygła uszami a jej pani powiedziała, że psica wie, że to o niej mowa. Ma na imię Chałka.
A propos, w sobotę na śniadanie zjadłam dwie kromki chałki z masłem. Wstawiłam nowy tekst na blog, odebrałam pocztę mailową i już był czas zbierać się na przystanek. Bo od wczoraj są kolejne Dolnośląskie Warsztaty Craftowe (robótkowe, nie tylko ale głównie papierowe).
Dojazd niezły bo jednym autobusem ale za to droga piesza i kołowa trwa pół godziny. Byłam tam umówiona z trzema paniami, aby wymienić się kartami ATC.
Z „Bloga Kreatywnego”:
Artist Trading Cards, skrótowo zwane ATC, to jedna z małych form w scrapbookingu i jednocześnie jedna z niewielu o precyzyjnie określonych parametrach. Karta ma kształt prostokąta o wymiarach dokładnie 2,5×3,5 cala (8,9×6,4 cm).
Dopuszczalne, chociaż rzadkie, jest stworzenie ATC o innym kształcie (np. owalnego), ale mieszczącego się w prostokącie tej konkretnie wielkości. Grubość karty nie jest określona z góry, ale w praktyce nie może przekraczać kilku milimetrów.
Ode mnie – Na facebooku są grupy promujące, zachęcające do wykonywania kart ATC, pokazywania ich a potem bezinteresownego wymieniania się.
A Scrapbooking to rękodzielnicza technika ozdabiania albumów, kartek, zaproszeń i innych przedmiotów, polegająca na tworzeniu kompozycji z papieru, zdjęć, naklejek, ozdób i innych dodatków. To kreatywna forma wyrażania siebie w unikalny sposób.
Tak więc przybyłam na miejsce, spotkałam nie tylko dwie umówione ale i inne z którymi powymieniałam karty. Trzecia się nie odezwała choć wysłałam do niej wiadomość i czekałam dwie godziny. Nawet pytałam różne rozmawiające w grupach, panie czy znają taką osobę – nikt nie potwierdził. No, dziwne. Trudno.
Po niedzieli okazało się, że umówiona zapomniała telefonu, podobno na sali ogłaszano, że jestem poszukiwana (filmu o tym nikt nie nakręcił J ) a ja siedziałam 2 godziny przed budynkiem, bo nie lubię duchoty i ciasnoty.
Za wstęp na imprezę, od lat, płaci się 10.- zł w zamian dają pakiet plansz kolorowych. Poza tym pieczątkę na rękę. Nie świecącą J.
Miałam niczego nie kupować ale silna wola nie jest moją dominującą cechą osobowości. Jak obserwowałam koleżanki – nie tylko moją.
Trudno, raz się żyje a potem tylko straszy.
Zabawna scenka:
Przed budynek wychodzi młody (30-40 lat) mężczyzna i pyta zgromadzone kobiety:
– Czy widziały panie, może, dwóch takich jak ja ale trochę mniejszych?
– A to są klony? – zapytała jedna z dziewczyn.
Z maków najbardziej lubię makowiec, a autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak o tej roślinie napisał:
MAK = ĆPAK
Maki są fajne, bo lubią przemoc i prochy, można z nich zrobić makowiec i wyglądają jak otwarte złamanie. Czego tu nie lubić? Maki hodowali od 2700 roku przed naszą erą mieszkańcy starożytnej Krety, czyli Kretyni. Nie mylić z kretami, czyli potworami, które żywią się dżdżownicami i łzami właścicieli trawników.
Z maku da się zrobić opium, rogale świętomarcińskie i inne niebezpieczne substancje, na przykład wspomniany makowiec, który po przedawkowaniu powoduje ogólną opuchliznę człowieka i może prowadzić do ćwiczeń.
Mak tak jak przeciętny Amerykanin składa się w połowie z tłuszczu. Olej z maku jest jednak drugi pod względem jakości po oliwie z oliwek, a od wyciągu z Ameryki można dostać ceł na gospodarce i wrzodów na duszy.
Jedna łyżka maku mieści 33 tysiące ziarenek. Słowianie wierzyli, że żywią się nimi zmarli, bo mak był drobny, a oni cholernie skąpi. Dwie łyżki maku zaspokajają 25% dziennego zapotrzebowanie na wapń i 15% na błonnik. Nie wiem dokładnie, ile łyżek maku jest w makowcu, ale lepiej nie ryzykować i nałożyć sobie jeszcze kawałeczek.
Wróćmy jednak do tego co Brytyjczycy w Chinach lubili najbardziej, czyli opium. Robi się je z niedojrzałych makówek maku lekarskiego, a konkretnie z białego mleczka, które w nich siedzi. Z tej samej substancji produkuje się również morfinę, a za PRLu robiło się drugi najbardziej uzależniający kompot, po tym z suszonych śliwek.
Większość współczesnych odmian maków, które wyglądają, jakby teletubiś popuścił na kartkę, powstało w Anglii w XX wieku. Anglicy mają totalnego świra na punkcie maków, bo są dla nich symbolem I Wojny światowej, czyli tej kiedy się dopiero rozkręcaliśmy. Mają nawet wiersz o makach „na polach Flandrii”. Flandria to kraina w Belgii gdzie toczyły się szczególnie zacięte walki. Pola po wojnie całe zarosły makami, ale tak naprawdę to nie dlatego, że maki lubią przemoc (chociaż lubią) tylko dlatego, że pociski artyleryjskie pokruszyły masę murów a ludzie przekopali ziemię uwalniając wapń, za którym maki przepadają.
Kilka lat po wojnie większość maków znikła razem z wchłoniętym wapniem. Brytyjczycy jednak nadal noszą maki od końca października do 11 listopada, jako wyjątkowo ładną pamiątkę niezwykle paskudnych czasów. Białe maki z kolei symbolizują pokój, czarne — poległych z Afryki i Karaibów, a fioletowe — zwierzęta, które miały pecha poznać, jak działa człowieczeństwo.
Jeden z brytyjskich serów — Sir Cedric Morray zdołał nawet wyhodować szare maki. Miał za to zostać honorowym Polakiem, ale okazało się, że maki w sumie są pomarańczowe i szare tylko po brzegach więc ostatecznie musiał zadowolić się zniżką na przejazdy komunikacją miejską w Górowie Iławeckim.
U nas czerwone maki symbolizują żołnierzy poległych pod Monte Casino i opóźnienia kolei państwowych, kiedy jedyne co człowieka pociesza to kwiatki za oknem i to, że inni pasażerowie również cierpią. Te kwiaty to maki polne i rolnicy uznają je za chwasty. Nie wiem, za co maki uznają rolników, chociaż się domyślam. Mak polny, podobnie jak jego nasiona zawiera jedynie śladowe ilości zakazanych substancji. Wystarczy jednak żeby dać błędny wynik testów na narkotyki. Żeby bardziej, pozbyć się śmiesznych rzeczy z nasion można je drobno zmielić albo moczyć w wodzie i właśnie dlatego teksty na tej stronie są grubiańskie i suche.