Upalne miasto 153

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

**************************************************************************************

Czwartek 3.07.25 r. to apogeum upału, musiałam więc zastosować czwórkę chłodzącą. Poprzednie dni miały tylko dwójkę lub trójkę. Czwórka to: uchylone okno, uchylone (na łańcuchu i zastawione słoiczkiem) drzwi wejściowe (na korytarzu są okna), mokre stare prześcieradło na dywanie i wiatrak ściągnięty z pawlacza.

Jednak wyjście z domu było konieczne, doszłam do przystanku przebijając się przez gęstość i duszność  powietrza a na szczęście tramwaj był z klimatyzacją. Dzięki  losie.

Na miejscu zajęć literackich włączono stojący ale i huczący klimatyzator, więc wyłączenia wymagający.

Na stole była woda z cytryną i miętą, bo pić w czasie upałów  należy sporo. Ale bezprocentowo.

Potem z G. podjechałyśmy do lodziarni „Roma” („ta karczma Rzym się nazywa, kładę areszt na waszeci” napisał wieszcz). Są tam tylko cztery stoliki, bo lokal mały a przed nim nie ma miejsca na wystawienie, nawet jednego,  mieści się przy wąskiej uliczce.

Los nam zaserwował niespodziankę w postaci bardzo nadgryzionej zębami używek kobiety w zaawansowanej ciąży proszącej o datek w postaci lodów. W ręce trzymała butelkę piwa marki na literę h.

Przy sąsiednim stoliku klient powiedział:

– Nie jestem donatorem, stać panią na piwo to tym bardziej na lody. Ale butelka tego piwa to 1,60 (wiem z Internetu) a gałka lodów 9 złotych.

Na oparciu krzesła od strony przejścia wisiała moja torebka, więc ją przewiesiłam.

Co ciężarna zauważyła i zapytał:

– Przeniosła pani torebkę, bo się boi napaści?

Potwierdziłam. 

No, jak bystra 😉

Milszą częścią pobytu była para z fajną suczką, gdy się nią zachwycałyśmy strzygła uszami a jej pani powiedziała, że psica wie, że to o niej mowa. Ma na imię Chałka.

A propos, w sobotę na śniadanie zjadłam dwie kromki chałki z masłem. Wstawiłam nowy tekst na blog, odebrałam pocztę mailową i już był czas zbierać się na przystanek. Bo od wczoraj są kolejne Dolnośląskie Warsztaty Craftowe (robótkowe, nie tylko ale głównie papierowe).

Dojazd niezły bo jednym autobusem ale za to droga piesza i kołowa trwa pół godziny. Byłam tam umówiona z trzema paniami, aby wymienić się kartami ATC.

Z „Bloga Kreatywnego”:

Artist Trading Cards, skrótowo zwane ATC, to jedna z małych form w scrapbookingu i jednocześnie jedna z niewielu o precyzyjnie określonych parametrach. Karta ma kształt prostokąta o wymiarach dokładnie 2,5×3,5 cala (8,9×6,4 cm).

Dopuszczalne, chociaż rzadkie, jest stworzenie ATC o innym kształcie (np. owalnego), ale mieszczącego się w prostokącie tej konkretnie wielkości. Grubość karty nie jest określona z góry, ale w praktyce nie może przekraczać kilku milimetrów

Ode mnie – Na facebooku są grupy promujące, zachęcające do wykonywania kart ATC, pokazywania ich a potem bezinteresownego wymieniania się.

A Scrapbooking to rękodzielnicza technika ozdabiania albumów, kartek, zaproszeń i innych przedmiotów, polegająca na tworzeniu kompozycji z papieru, zdjęć, naklejek, ozdób i innych dodatków. To kreatywna forma wyrażania siebie w unikalny sposób. 

Tak więc przybyłam na miejsce, spotkałam nie tylko dwie umówione ale i inne z którymi powymieniałam karty. Trzecia się nie odezwała choć wysłałam do niej wiadomość i czekałam dwie godziny. Nawet pytałam różne rozmawiające w grupach, panie czy znają taką osobę – nikt nie potwierdził. No, dziwne. Trudno.

Po niedzieli okazało się, że umówiona zapomniała telefonu, podobno na sali ogłaszano, że jestem poszukiwana (filmu o tym nikt nie nakręcił J ) a ja siedziałam 2 godziny przed budynkiem, bo nie lubię duchoty i ciasnoty.

Za wstęp na imprezę, od lat, płaci się 10.- zł w zamian dają pakiet plansz kolorowych. Poza tym pieczątkę na rękę. Nie świecącą J.

Miałam niczego nie kupować ale silna wola nie jest moją dominującą cechą osobowości. Jak obserwowałam koleżanki – nie tylko moją.

Trudno, raz się żyje a potem tylko straszy.

Zabawna scenka:

Przed budynek wychodzi młody (30-40 lat) mężczyzna i pyta zgromadzone kobiety:

– Czy widziały panie, może, dwóch takich jak ja ale trochę mniejszych?

– A to są klony? – zapytała jedna z dziewczyn.

Z maków najbardziej lubię makowiec, a autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak o tej roślinie napisał:

MAK = ĆPAK

Maki są fajne, bo lubią przemoc i prochy, można z nich zrobić makowiec i wyglądają jak otwarte złamanie. Czego tu nie lubić? Maki hodowali od 2700 roku przed naszą erą mieszkańcy starożytnej Krety, czyli Kretyni. Nie mylić z kretami, czyli potworami, które żywią się dżdżownicami i łzami właścicieli trawników.

Z maku da się zrobić opium, rogale świętomarcińskie i inne niebezpieczne substancje, na przykład wspomniany makowiec, który po przedawkowaniu powoduje ogólną opuchliznę człowieka i może prowadzić do ćwiczeń.

Mak tak jak przeciętny Amerykanin składa się w połowie z tłuszczu. Olej z maku jest jednak drugi pod względem jakości po oliwie z oliwek, a od wyciągu z Ameryki można dostać ceł na gospodarce i wrzodów na duszy.

Jedna łyżka maku mieści 33 tysiące ziarenek. Słowianie wierzyli, że żywią się nimi zmarli, bo mak był drobny, a oni cholernie skąpi. Dwie łyżki maku zaspokajają 25% dziennego zapotrzebowanie na wapń i 15% na błonnik. Nie wiem dokładnie, ile łyżek maku jest w makowcu, ale lepiej nie ryzykować i nałożyć sobie jeszcze kawałeczek.

Wróćmy jednak do tego co Brytyjczycy w Chinach lubili najbardziej, czyli opium. Robi się je z niedojrzałych makówek maku lekarskiego, a konkretnie z białego mleczka, które w nich siedzi. Z tej samej substancji produkuje się również morfinę, a za PRLu robiło się drugi najbardziej uzależniający kompot, po tym z suszonych śliwek.

Większość współczesnych odmian maków, które wyglądają, jakby teletubiś popuścił na kartkę, powstało w Anglii w XX wieku. Anglicy mają totalnego świra na punkcie maków, bo są dla nich symbolem I Wojny światowej, czyli tej kiedy się dopiero rozkręcaliśmy. Mają nawet wiersz o makach „na polach Flandrii”. Flandria to kraina w Belgii gdzie toczyły się szczególnie zacięte walki. Pola po wojnie całe zarosły makami, ale tak naprawdę to nie dlatego, że maki lubią przemoc (chociaż lubią) tylko dlatego, że pociski artyleryjskie pokruszyły masę murów a ludzie przekopali ziemię uwalniając wapń, za którym maki przepadają.

Kilka lat po wojnie większość maków znikła razem z wchłoniętym wapniem. Brytyjczycy jednak nadal noszą maki od końca października do 11 listopada, jako wyjątkowo ładną pamiątkę niezwykle paskudnych czasów. Białe maki z kolei symbolizują pokój, czarne — poległych z Afryki i Karaibów, a fioletowe — zwierzęta, które miały pecha poznać, jak działa człowieczeństwo.

Jeden z brytyjskich serów — Sir Cedric Morray zdołał nawet wyhodować szare maki. Miał za to zostać honorowym Polakiem, ale okazało się, że maki w sumie są pomarańczowe i szare tylko po brzegach więc ostatecznie musiał zadowolić się zniżką na przejazdy komunikacją miejską w Górowie Iławeckim.

U nas czerwone maki symbolizują żołnierzy poległych pod Monte Casino i opóźnienia kolei państwowych, kiedy jedyne co człowieka pociesza to kwiatki za oknem i to, że inni pasażerowie również cierpią. Te kwiaty to maki polne i rolnicy uznają je za chwasty. Nie wiem, za co maki uznają rolników, chociaż się domyślam. Mak polny, podobnie jak jego nasiona zawiera jedynie śladowe ilości zakazanych substancji. Wystarczy jednak żeby dać błędny wynik testów na narkotyki. Żeby bardziej, pozbyć się śmiesznych rzeczy z nasion można je drobno zmielić albo moczyć w wodzie i właśnie dlatego teksty na tej stronie są grubiańskie i suche.

Skarb na zamku

Opowiadanie z homonimami

 (zadanie jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Homonimy to wyrazy, które brzmią i wyglądają tak samo, ale mają różne znaczenia. Innymi słowy, są to słowa, które są wobec siebie równokształtne, ale nie mają wspólnego znaczenia.

   Homofony:  słowa o identycznej wymowie, ale różnej pisowni (np. „morze” – „może”, „lód” – „lud”).

********************************************************************

Pewien idiota usnął w fotelu z „Idiotą” Dostojewskiego na kolanach. Wieczne pióro, którym zapisywał cytaty wypadło mu z rąk.

Papuga w klatce nastroszyła wszystkie swoje pióra.

Facetowi śniło się, że jedzie rowerem do zamku leżącego dziesięć kilometrów za jego miejscowością. Postanowił, baran jeden, że bóg jakiś pomoże mu wdrapać się na, rosnący w pobliżu budynku, buk i dostać się do wnętrza. A tam jakiś kot, najlepiej w postaci pięknej kobiety, poda mu tajny kod do sejfu znajdującego się w ukrytym pokoju. Pokój na świecie też był mu bliski ale ten z pieniędzmi i klejnotami przede wszystkim.

Wiedział, że w pobliżu drzewa skaczą żabki, a w garażu miał klucze typu żabka używane w czasie awarii hydraulicznej. Na przykład abisynki, czyli pompy wodnej. Nie odmówiłby pomocy przy tej pracy od pięknej Abisynki.

Biegające wokół psy miał zamiar uśpić za pomocą kiełbasy i smakowitego wołowego gnata.

Obawiał się tylko ukrytego, nie wiadomo gdzie, cichego alarmu mogącego zawiadomić psy na posterunku. A oni na pewno wezmą ze sobą gnaty i granaty.

Postanowił przedtem napić się kawki, aby żadne ptaszki, siedzące na drzewie , go nie wystraszyły.

Zaś z garażu sąsiada wyciągnie łódź potrzebną do przepłynięcia fosy.

W tym momencie zabrzmiała fuga tak głośno, że wszystkie fugi międzykafelkowe wypadły z łoskotem i tumanem kurzu.

Obudzony idąc tam zobaczył leżące na stole jabłka, jedno nadgryzione wyglądało jak logo pewnej firmy.

– A to krowa – pomyślał. Baba ugryzła i zostawiła. Makówkę to ona ma zupełnie pustą.

Jak raził psycholog w Internecie dla pobudzenia myślenia potarł energicznie swoje ucho i nalał kawkę do kubka z uszkiem idealnie dopasowanym do jego palców. Zrobił je sobie, kiedyś, na kole garncarskim dlatego piękny był i pożyteczny jak jego właściciel. Napis na kubku brzmiał: „Trudno być idealnym ale ktoś musi”.

Usiadł przy biurku i wziął do ręki myszkę. Akurat te zwierzątka, w każdej postaci mu nie przeszkadzały. Wolał je od żywych węży, lubił jedynie te martwe gumowe lub plastikowe, bo praktyczne.

W Internecie znalazł rozkład pomieszczeń zamku. Wszystkie drzwi miały zamki i trzeba było znaleźć do nich  klucze przemyślnie schowane w stróżówce.

– Chyba jednak będę potrzebował żurawia, aby dostać się do któregoś z okien. Mam po babci pierścionek z diamentem to zarysuję a potem młotkiem owiniętym ręcznikiem wybiję szybę. Tylko jak unieszkodliwić ewentualną syrenę alarmu? Nie mogę o to zapytać syrenkę warszawską, bo niema i zimna to babka. Za to syrena alarmu potrafi wściekle wyć – pomyślał pesymistycznie trochę.

Wyprowadził rower z piwnicy i pojechał na rekonesans okolicy. Na wszelki wypadek zapakował do plecaka bidon z wodą, batony energetyczne, chusteczki dezynfekujące, plastry, obcęgi, finkę i bakalii krzynkę.

Dojechał zmęczony ale i zadowolony, bo okazało się, że był to dzień otwarty dla zwiedzających.

Przypiął rower do stojaka i z plecakiem podążył za grupą.

Młoda i ładna przewodniczka kompetentnie i z poczuciem humoru opowiadała historię budowli. Na początku jednak oznajmiła:

– Muszę państwa rozczarować. Pogłoski o ukrytych tu skarbach są przesadzone. Niejednokrotnie sprawdzano wszystkie zakamarki, zarówno architekci jak i radiesteci oraz poszukiwacze skarbów z wykrywaczami metalu. Mimo to wszędzie zainstalowaliśmy alarmy a cenne obrazy oraz przedmioty oddaliśmy do muzeum. Nie powiem którego. Tu są tylko kopie.

Na te słowa idiota zemdlał a pod ciężarem jego plecaka zarwał się kawałek podłogi i biedak wleciał do piwnicy. A tam…

p.s. ciąg dalszy być może nastąpi.

Upalne miasto 152

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************************

Wisienką (wolę czereśnie) na torcie środowych figlów diabła stróża (patrz odcinek UM 151) jest musowość zwrotu małego wiatraczka. Masażysta taki sobie nabył w OBI (za 30.-zł) ale zaproponował, że mi odstąpi a sam sobie nabędzie, bo w tym sklepie bywa.

Ponieważ i więc albowiem jest haczyk, nie – nie do powieszenia tylko w przenośni, umówiłam się, że przymierzę, sprawdzę czy u mnie zadziała. Haczyk jest taki, że nie ma na końcu przewodu wtyczki do kontaktu tylko wejście usb. W domyśle – można go podłączyć do komputera lub do końcówki telefonicznej ładowarki. W domu sprawdziłam obie opcje – każda okazała się być nietrafioną. Wetknięty koniec do laptopa (tak, włączyłam zasilacz) nie zadziałał. A końcówka ładowarki ma o wiele mniejsze wejście niż to wiatraczkowe usb.

 Za dobrze by mi było – prawda? A paszła won z takimi fanaberiami, mokrą szmatą się wycieraj a nie wiatrakuj! Zachciało się udogodnień!

Z innej ale aktualnej beczki, uwielbiam teksty tego autora i choć nie przepadam za łaciną kuchenną, która tu mnie nie razi a nawet bawi.

Oto tekst z fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” o CZEREŚNI = polskie złoto:

Czereśnie popie*doliło – te małe czerwone ku*więta tylko siedzą i knują, jak tu człowiekowi popsuć poranek. Jak nie konsumentom, to sadownikom – zawsze ktoś cierpi z powodu czereśni. Jeszcze do niedawna ludzie płakali, że za cenę kilograma owoców trzeba dać tyle, co za metr kawalerki w Sopocie. Teraz, kiedy podaż wzrosła, to sadownicy załamują ręce. Ja się nie wypowiadam, bo by mi czereśnie powypadały z gęby.

Tymczasem czereśnia nie tylko rujnuje ludzi, ale w dodatku łże jak najęta. Tak naprawdę czereśnie to owoce wiśni, tylko że ptasiej. Mamy ptasią grypę, ptasie móżdżki, no i ptasie wiśnie, czyli czereśnie. Warto mieć to na uwadze, gdyby ktoś za bardzo w piórka obrósł.

Wiele niesłowiańskich języków w ogóle nie wyróżnia oddzielnej nazwy dla czereśni. Dla nich to po prostu cherry, kirsche albo cerise, tak jak inne wiśnie. Słowo czereśnia wzięło się od starożytnego miasta Cerasus w dzisiejszej Turcji, tak jak wakacje od „waka’cjus”, co w starotureckim znaczy „spółkować z kierowcą autokaru”.

Faktycznie, Turcja słynie z czereśni, a odkąd zaczęliśmy tam regularnie jeździć, również z czereśniaków. Nie można jednak ich tak sobie przywieźć w bagażu podręcznym. Jakiś czas temu czereśniowa przemytniczka dostała za 3 kilo czereśni 300 zł kary na lotnisku w Gdańsku. W 2022 roku jeszcze by na tym zarobiła, bo czereśnie na rynku pierwotnym dochodziły do 260 zł za kilogram. Cen z rynku wtórnego nie znam, bo się archiwum zes*ało.

Skoro przy tym jesteśmy, to z czereśniami trzeba ostrożnie z kilku powodów. Po pierwsze, są jak Helena Trojańska, tylko zamiast okręty w morze, wyprawiają ludzi na porcelanę, bo zawierają sorbitol, czyli naturalny alkohol cukrowy. Można się po jego nadmiarze nadąć jak radny na otwarciu Biedronki, a można zamienić w gejzer pionowego startu. Czereśnie w Europie zawdzięczamy, tak jak inne gówniane rzeczy, np. salut i prawo – Rzymianom. A konkretnie wodzowi Lukullusowi, który powinien nazywać się Łykullus, bo pochłaniał czereśnie w takich ilościach, że na jego cześć wymyślono termin „uczta Lukullusa”. To podróż kulinarna, która rozpoczyna się sałatką owocową, a kończy koncertem jelita grubego.

Po drugie, czereśnie są bronią zakazaną konwencją Jordanowską. To od ogródków Jordanowskich, których blaszane zjeżdżalnie latem paliły ogniem tysiąca słońc, a zimą metalowe słupki niewoliły więcej języków niż chińscy cenzorzy i krówki mordoklejki. No więc konwencja Jordanowska stanowczo zabrania wykorzystania czereśni w charakterze broni miotanej, jeżeli uczestnicy potyczki mają na sobie ubrania z grubsza białe. Czereśnie zawierają antocyjany i farbują do tego stopnia, że kiedyś używano ich w charakterze szminki. Jeżeli ubrania są ciemne albo przeciwnik to mój dawny sąsiad Łukaszek, to można naparzać bez ograniczeń. Pie*dol się, Łukaszek, ty już wiesz za co.

Poza antocyjanami czereśnia zawiera amigdalinę, która w kontakcie z kwasami żołądkowymi zamienia się w cyjanowodór. Franca trzyma ją szczelnie zamkniętą, więc trzeba by rozgryźć 200–300 pestek, żeby się człowiek przez czereśnie wybrał do krainy wiecznych lodów – nigdy nie kumałem, dlaczego ktoś miałby wybrać na emeryturze od życia polowanie zamiast nieograniczonego ciamkania Bambino. Poza amigdaliną czereśnie zawierają również melatoninę, więc garść przed snem działa podobnie jak fikuśne tabletki reklamowane w radio pomiędzy spotami na suchość dróg rodnych.

Ostatnio zapytałam sprzedawczynię w których (jasnych czy ciemnych) jest więcej robaków, bo chciałam mieć dwa w jednym. Ale się nie udało – były bez mięsnej wkładki. To powinny być tańsze – prawda? 🙂

Sobota to nie tylko imieniny kota ale czasem zajęcia kreatywne poza domem. Zapisałam się na takie noszące tytuł: „Kolory tysiąca i jednej nocy” w Muzeum Pana Tadeusza. Pojęcia nie miałam, że będziemy zdobić papiery metodą ebru.

Ebru, znane również jako marmurkowanie, to tradycyjna turecka sztuka zdobienia papieru. Polega na tworzeniu wzorów na powierzchni wody, a następnie przenoszeniu ich na papier. Wzory powstają przez rozprowadzanie farb na specjalnie przygotowanej, gęstej wodzie, a następnie odbijanie ich na papierze. 

Najpierw prowadząca zajęcia imieniem Cezaryna (sic!) zaprowadziła nas do biblioteki MPT gdzie pokazała książki (w tym pierwsze wydanie „Pana Tadeusza) z okładkami, których papier jest w ten sposób ozdabiany.

Potem zeszliśmy do podziemia, aby knuć artystycznie. Czekały na nas kuwety z wodą oraz farby olejne wymieszane z terpentyną. Trzeba było kropić wodę kolorami a potem powstały wzór zebrać papierem. Fajna zabawa i nieoczekiwane efekty.

Każdy uczestnik (w tym jeden młody pan) dostał duży fartuch. Mnie tak nim omotano, że nie umiałam samodzielnie się wyplątać. Pomogła pani Czarka.

W holu muzeum natknęłam się na znajomą aktorkę (studiowała gdy ja, b. krótko, pracowałam w naszej szkole aktorskiej a potem kilka razy była u mnie w bibliotece publicznej, coś wypożyczyła, bo mieszka w tamtej dzielnicy). Ona mnie poznała, przytuliła i poleciała. Tylko zdążyłam zapytać o której będzie przed muzeum czytać.

28 czerwca Wrocław organizuje czytanie „Pana Tadeusza” przed Muzeum Pana Tadeusza w ramach obchodów 191. rocznicy pierwszego wydania tego poematu.

Na rynku trwały przygotowania do imprezy „Wrocław ze smakiem – deserowy chillaut”, ludzi już pełno, nie zrobiłam więc żadnych zdjęć. Idąc przez rynek natknęłam się na znajomą imieniem Halina, akwarelistkę wystawiającą tam swoje prace. Przywitała mnie:

– Dopiero z pani książki („Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”) dowiedziałam się, że była pani internowana. Tyle razy się spotkałyśmy u Mili z mężem i ani razu pani o tym nie wspomniała. Oni też nie.

–  A bo to nie były tematy imieninowe czy andrzejkowe a z takich okazji się tam widziałyśmy.

Kupiłam od niej akwarelkę z wrocławskim motywem, chciała mi ją, jako znajomej, dać za darmo ale powiedziałam, że przecież mam emeryturę.

– Ja też ale zostałam ulicznicą – zażartowała.

– Raczej rynkownicą, bo to rynek przecież – uściśliłam.

Po drodze oczywiście zbierałam darmowe materiały papierowe przydatne do czytania i kolaży.

Na osiedlu zaś kupiłam truskawki na straganie a lody i nowy numer czasopisma „Książki” w kiosku.

W domu zdjęcia z zajęć i krótki opis zamieściłam na facebooku, znajoma, którą zapisałam ale nie mogła przyjść skomentowała, że żałuje, ja na to: nie zawsze jest niedziela, czasami sobota (tak jak dzisiaj).

Upalne miasto 151

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************************************

Już nieraz pisałam, że mam osobistego diabła stróża, który bardzo pracowity jest. No i nie ma wypalenia zawodowego, pracoholik jeden. Nadal trwa urzędowa sprawa jakiej pozytywnego rozwiązania nie mogę się doczekać, bo urzędy nie są dla ludzi tylko, aby męczyć i dręczyć petentów oraz pobierać opłaty.

Jakby tego było mało ten osobnik coś zachachmęcił w moim laptopie i zanikł mi jednocześnie avast oraz ccleaner. Próby ponownego zainstalowania skończyły się porażką.

W deszczowy bardzo poniedziałek zaniosłam sprzęt do fachowca, który od lat pomaga mi w takich sprawach. Odpłatnie, bo to jego praca a nie hobby. Skanowanie okazało się konieczne, miało potrwać 2 – 3 godziny. Ale nie ma tak dobrze, kopyta, ogon i rogi służą diabłu do psucia wszystkiego wokół mnie. A tym razem okazało się, że to grubsza sprawa. Zwykłe skanowanie nie daje rady. Potrzebne inne.

Następnego dnia telefonicznie dowiaduję się, że akcja trwa, przewidywany czas to ok. godz. 15. Ok, po masażu robię zakupy i idę do domu pełna nadziei na sukces. Po drodze wybieram pieniądze z bankomatu spodziewając się wyższej opłaty za usługę  niż podana pierwotnie.

O piętnastej jestem przed zakładem, drzwi zamknięte. Dzwonię, pan musiał wyjechać, będzie za pół godziny. To idę zwiedzać dzielnicowe przybytki rozpusty. Kupiłam pułapkę na muchy, bo do tradycyjnych lepów ciągle się przylepiam.

Fachowiec przyjeżdża, pokazuje, że oba programy wgrane a przy okazji laptop oczyszczony, bo był zakurzony. No, nie tryskam kurzem ale mieszkam przy ruchliwej ulicy.

Zapłaciłam i poszłam sobie. Nazajutrz próbuję, zwykłą metodą wgrać zdjęcia z aparatu fotograficznego. Wyświetla się komunikat, że muszę sformatować dysk a przy tej operacji pliki zostaną usunięte. Szlag o mało mnie nie trafił! Jedno naprawione, inne zepsute. Próbuję raz, drugi, trzeci – za każdym razem to samo. Już miałam dzwonić do fachowca ale kliknęłam na ikonkę „eksplorator plików” i tam się, w bocznej listwie – spisie treści ukazała informacja o dysku usb. Kliknęłam i bardzo dobrze zrobiłam. Oby to zawsze tak działało choć poprzednio było lepiej. Bo od razu pokazywała się strona z ikonką DCIM.

Przy okazji oddawania laptopa dowiedziałam się, że „zaradny obywatel” wybił fachowcowi szybę w samochodowym bagażniku i ukradł narzędzia. A potem przyszedł do zakładu proponując, aby fachowiec je nabył. Ten się zgodził, złodziej poszedł po narzędzia, fachowiec zadzwonił po znajomych i policję a po wejściu zaradnego zamknął drzwi informując go o tym. Typ wypierał się na zasadzie „to nie moja ręka” a potem próbował uciec okienkiem – lufcikiem położonym nad drzwiami wejściowymi. Policji pokazano nagrania z monitoringu – samą kradzież z auta i desperacką próbę ucieczki.

Policja przestępcę wypuściła a fachowiec stracił szybę i narzędzia.

Do pracy w hospicjum lub do kamieniołomu takiego zaradnego.

Sobota –  kalendarzowy pierwszy dzień lata a mnie lekko dokucza ząb. No, dawno nie miałam takiej atrakcji. Już się cieszę, wrr.

Poniedziałek – idę do dentystycznej firmy zatrudniającej kilku stomatologów. Mieści się na sąsiednim osiedlu (za mostem leżącym niedaleko domu) przy krótkiej uliczce przy której, lata temu, pracowałam w bibliotece. Tej już dawno nie ma, jest urząd mieszkaniowy, na drugim końcu knajpa a pośrodku dentyści. I dzisiaj zauważyłam, że obok teraz jest weterynarz.

Pojechałam, zarejestrowałam się, był termin za półtorej godziny. Kupiłam więc sól kłodawską i pomidory oraz sałatkę krabową. Zaniosłam do domu, wypiłam herbatę, umyłam zęby i poszłam na przystanek. Od wczoraj jest upalnie, więc komunikacja miejska jest bardzo zmęczona i opóźniona.

Nie tylko ona, bo prześwietlenie mojego pojedynczego zęba zakończyło się panoramą, coś tam na pojedyncze prześwietlenie nie zadziałało. Diabeł nie odpuszcza.

Dentysta obejrzał na zdjęciu wszystkie zęby w tym ten podejrzany, postukał w niego, zdziwił się brakiem reakcji (nikt nie zapytał: kto tam) ale wykrył mały ubytek. Zaserwował mi zastrzyk znieczulający co nie sprawiło mi przyjemności, bo nie jestem masochistką. Przy borowaniu, mimo użytego zasysacza wody kilka razy o mało się nie udławiłam. Co skomentowałam:

– Niewygodne jest picie na leżąco.

Rachunek w wysokości 300 złotych przyjęłam w milczeniu bardzo jednak wysokością zaskoczona.

Po ustąpieniu znieczulenia ząb nadal daje o sobie znać. Ale już mniej.

Środa – ciąg dalszy diablich figlów.

Ale najpierw sytuacja schodowa – idę w dół, z mieszkania wychodzą dwaj panowie, bardzo starszy niski sąsiad o lasce  a obok niego wielki o wiele młodszy, mało przystojny. Przepuszczają mnie, schodzę, młodszy mówi:

– A my panią znamy.

– Skąd? –  pytam.

– Z opozycji.

Spoglądam w górę i nic mi nie mówi widok nieznajomy ten.

– Czytaliśmy wywiad z panią.

– Dawno to było – myślę sobie i nadal podążam w dół.

– Pani też pisze – mówi sąsiad mając na myśli moje teksty w jednym z numerów efemerycznego pisma dla seniorów pt. „Życie w pełni”.

– Byle nie w Gazecie Wyborczej – słyszę.

I już wiem who is who.

Po drodze do banku (obyło się bez podkopu) kupiłam sobie letnią bawełnianą bluzkę za 25 zł a potem pojechałam do galerii handlowej. Tam zamówiłam sok marchewkowo – grejpfrutowy i dwie gałki lodów. Kopytny mi pozazdrościł i tak przechylił szklankę z sokiem, że oblałam sobie granatową spódnicę. A na wierzchu naczynia był marchwiowy kożuch. Wyglądało więc jakbym puściła pawia. Cudnie po prostu! Użyłam chusteczek higienicznych nie udając się po pomoc do stoiska gdzie obsługiwał przesadnie uprzejmy młodzieniec. Jeszcze by jego uprzejmość tej prośby nie wytrzymała.

Na stoisku blisko domu oferowane truskawki wyglądały na bardzo zmęczone i oślizłe. Nie kupiłam.

– Pomyślę o tym jutro  – powiedziała sobie Scarlet O`Hara to ja też mogę choć moje „hektary” nie umywają się do Tary.

W domu przylepiłam się prawą stroną głowy (włosami) o dużą i bardzo lepiącym czymś posmarowaną pułapką na owady. Wkurzona zdjęłam ją i wyrzuciłam. Nie głowę.

Zabrałam się do montowania lepu (w postaci wstążki) i to dopiero była zabawa. Trzeba to – to wyciągać z rurki i w trakcie przerwało mi się w połowie a rurka też powiedziała by – by. Przy próbie rozwinięcia wstążki a potem zlepienia części dokładnie lepiszczem obsmarowałam sobie dłonie. O tym właśnie marzyłam.

Woda i mydło nie pomogły. Pasty BHP (radzi to pan G.) nie mam. Oliwy z oliwek też nie. Zastosowałam pastę czyszczącą do naczyń z metalowym zmywakiem oraz płyn do nich. Wreszcie to połączenie dało radę.

Włosy trzeba było kilka razy umyć szamponem i mydłem. A już myślałam, że w furii wezmę nożyczki i utnę włosięta jeszcze krócej niż mam.

Do pralki włożyłam spódnicę i inne rzeczy, siebie nie mogłam.

Każda środa adrenaliny i stresów/roboty ci doda.

Upalne miasto 150

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

Jest poniedziałek, nastawiony na godzinę ósmą budzik nie zadzwonił. Za to o 8,57 zadzwonił smartfon oznajmiając damskim głosem, że to prawdopodobne połączenie spamowe. Odrzuciłam więc. Po dłuższej chwili sprawdziłam jaki to numer, wyglądał normalnie – oddzwoniłam trzy razy, nikt nie odebrał.

Po dłuższym czasie połączenie z tego samego numeru – ankieta z banku mająca trwać dwanaście minut, a ja w szale porządkowania, upychania, zamiatania i zestresowania. Gorzej nie mógł trafić.

Następnego dnia, w tej samej sprawie zadzwoniła kobieta. Litości nie mają a ja czasu, żeby oni zapunktowali.

Umyłam się, zjadłam śniadanie, zażyłam leki, popiłam, otworzyłam laptopa, sprawdziłam pocztę i wpisy na facebooku. Dodałam tam na profilu „ATC i inne drobnostki” kolejne swoje karty, tym razem o tematyce finansowej. A na „Art Journal – to mnie interesuje” jedną kartę – z kotami.

Zmieniaczy zaworów kaloryferowych w ogłoszeniu zapowiedziano na godzinę dziewiątą,  a osobiście  w trakcie wcześniejszego sprawdzania stanu technicznego powiedziano, że zaczną od mieszkań na samej górze.

Minęła dziewiąta, a nawet 9,30 i fachowców ani widu, ani słychu. Pokój zagracony wyciągniętymi rzeczami stęka i burczy, bo nie lubi takiego anturażu. W książce „Klub Dzikiej Róży” dom jest jednym z bohaterów – fajny pomysł. Zaczęłam więc wsłuchiwać się w swoje mieszkanie. Też czasem coś mówi.

Sąsiadka zapukała do moich drzwi pytając czy fachowcy mnie odwiedzili. Nie, więc ostanowiła zadzwonić do działu technicznego spółdzielni, okazało się, że panowie z wyposażeniem są w sąsiedniej bramie i tam szaleją, szaleją, szaleją. Albo nie. Kto ich tam wie.

Tak więc czekam i czekam. Porządkuję papierowe przydasie robiąc selekcję. Około czternastej słyszę na klatce schodowej głosy. Otwieram drzwi i widzę sąsiadkę oraz faceta, który okazuje się tym poszukiwanym, oczekiwanym fachowcem. Jeden robi za całą ekipę. Kiedy już przed piętnastą wreszcie dociera do mnie to odpytuję go na okoliczność. I okazało się, że miało być dobrze a wyszło jak zwykle.

Po pierwsze zaczął od godziny dziesiątej, po drugie od dołu i dlatego tak długo czekałam.

 Dlaczego sąsiadka dzwoniła do administracji a nie do mnie? – usłyszałam. Bo tylko takie namiary miała?

Jak zwykle nie wie lewica co robi prawica i nie chodzi o politykę.

Bez nudzenia i marudzenia kontaktowy fachowiec nie tylko udzielił mi powyższych informacji ale zdjął nadstawkę z regału, dół przesunął wcześniej zaginając dywan. Spokojnie poczekał aż posprzątam podłogę z pajęczyn i kurzu. Wymienił zawór i nawet zamiótł śmieci powstałe w trakcie pracy.

Gdy tak pracował głośno stwierdziłam, że brak tu tylko dziada z babą (tak zagracony był pokój, że prawie ruszyć się nie można było). Ale pomyślałam, że właściwie to nie, bo ja to baba, a pan przyznała się do wieku – niedługo osiągnie sześćdziesiątkę. Wygląda na 40. Hydraulika konserwuje?

Miałam obawy co do montażu obu części regału, wyraziłam je głośno ale pan był pewien, że to dla niego małe piwo przed śniadaniem. I było. Ale znacznie sprawniej mu szło niż dozorcy Prokopowi w serialu „Dom”. Mam nadzieję, że nic się nie skiepści.

Po doprowadzeniu mebla do stanu sprzed Armagedonu fachowiec wypełniał druczek (bo biurokracja to jest to co urzędników najbardziej podnieca i cieszy do orgazmu) zapytałam: ja panu, czy pan mnie postawi piątkę?

Po obiedzie musiałam powrócić do „fabrycznych” ustawień. I przy okazji pójście na łatwiznę w postaci przestawiania stół z liczną zawartością źle się zakończyło. Bo dlaczego miało by być dobrze?

Na półkach upchałam co mogłam, żadnego skarbu nie znalazłam, bo go wcześniej nie było. Taki lajf.

A we wtorek o godz. 8,15 zza ściany usłyszałam warkot i charkot, poznałam te dźwięki. Tylko dlaczego nie mogły zacząć się od godziny dziewiątej?

Odpowiedź brzmi: BO NIE! I co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Trzeci telefon z jakiejś firmy przeprowadzającej ankietę na temat pracy pewnego banku.  Smartfon informuje podejrzenie spamu, odebrałam, poinformowałam, że to trzeci raz i: „no, trochę kultury” poprosiłam po czym rozłączam się. Czy zadzwonią ponownie zmieniając (nie operacyjnie) płeć pracownika?

Na niedzielę 15 czerwca wyznaczono termin osiedlowego „pchlego targu”. Pogoda dopisała, ja się na stolik i krzesełko wcześniej zapisałam. Dostałam potwierdzenie a w sobotę informację, że rozkładać można swoje rzeczy od godziny 11, 30.

Zapakowałam dwie torby różnościami, w większości rękodziełem (m.in. naszyjnikami „zamotkami”), zakładkami do książek drewnianymi, papierowymi, tkaninowymi i z suszonych roślin, zamotkowymi bransoletkami, kartkami okolicznościowymi (w tym z różnymi kotami), torbami na zakupy z wizerunkiem kota, organizerami z tkanin różnych, glinianą (wypaloną i pomalowaną) miseczkę dla koteczka (taki napis jest na jej dnie), woreczki na prezenty lub zioła, gliniany świecznik w kształcie siedzącego kota (okazał się bardzo kruchy i potłukł się w drodze do domu), szydełkową podkładkę dużą (pod kubek lub talerz) w kształcie głowy kota, także szydełkowe myjki do naczyń i breloczek w kształcie serca.

Zapewniono duże zielone namioty, stoły i krzesła. To bardzo się chwali, bo nie trzeba za to płacić.

Niestety, jak poprzednio, było więcej sprzedających niż kupujących. Znowu ograniczono się do jednorazowej informacji na facebooku. Nawet nie umieszczono plakatu na osiedlowej tablicy ogłoszeń! A powinno ich być wiele i na naszym osiedlu i co najmniej na połowie dwóch sąsiednich. Argument, że nie mają na to „mocy przerobowych” jest absurdalny, bo można było poprosić o pomoc (ręczne wypisanie ogłoszeń) osoby działające w osiedlowym CAL-u. Także poprosić o nią na facebooku. Zgłosiłabym się.

Znoszenie i wnoszenie na czwarte piętro (bez windy) dwóch ciężkich toreb to nie jest coś lekkiego, łatwego i przyjemnego.

Przyszła moja znajoma, zawsze bardzo dużo mówiąca (uważam, że słowotok to objaw złego wychowania i wampirzenie energii). Tym razem też, a między innymi namawiała mnie, abym była wolontariuszką w fundacji jej córki zajmującej się zwierzętami (co roku daję na jej fundację procent z podatku). Nie chciałam. To mam, wg niej, zostać domem tymczasowym dla kotów. Powiedziałam, ze nie mam miejsca.

– Przecież miałaś koty – stwierdziła.

– Ale jestem już po kotach (w sensie koci czas u mnie w domu już minął).

Na co usłyszałam jako odpowiedź na argument, że nie mam miejsca:

– To dlatego, że jesteś coraz większa.

No, jak śmiałam nie spełnić jej żądania! Że też ludzie lubią się kompromitować taki odzywkami. Przecież to nie o mnie źle świadczy ale o niej. Nie rozumie tego?

„Błogosławiony ten, który nie mając nic do powiedzenia nie obleka tego faktu w słowa” – Julian Tuwim.

Szczególnie nic miłego.

Niektórym sprawia przyjemność dokopywanie innym, w ten sposób sprawiają sobie przyjemność. Żałosne. I znowu przychodzi mi na myśl: „Żadna stajenna ranga nie zrobi z osła mustanga”.

Ale byłam lepsza, bo na początku rozmowy dałam jej małego czarnego kota wyciętego z grubej tektury z narysowanymi białym pisakiem oczami i wąsami. I tak mi podziękowała.

Na fb pod postem o PT napisałam swoje uwagi na temat organizacji, to znaczy braku reklamy dzięki czemu wystawcy czują się zawiedzeni, łagodnie mówiąc, bo stracili czas i energię. Nie odpowiedzieli.

Dobrze, że wzięłam książkę do czytania.

W koncercie Festiwalu Opolskiego, w czasie wieczoru z twórczością Jacka Cygana on osobiście zaśpiewał piosenkę „Jedzie pociąg z daleka” gdzie m.in. jest „złotej rybce ogryźć ości za to co przyniosła nam”.

Upalne miasto 149

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

O wyborach i decyzjach (lub na odwrót) wśród zwierząt napisał autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Makaki to bardzo społeczne zwierzęta i w wielu kwestiach przypominają ludzi. Nie chodzi mi tylko o zapach i zachowanie w komunikacji miejskiej. Wybory przywódcy stada u makaków tybetańskich przypominają funkcjonowanie parlamentu. Jest masa wrzasków i małpich gestów. Ostatecznie jednak najczęściej nie decyduje brutalna siła, tylko sojusze i poparcie samic. Nawet słabszy samiec, jeżeli sprzymierzy się z grupką kobiet, ma szansę na wygraną. To samice również najczęściej decydują o tym, gdzie uda się stado i całkiem nieźle to u nich działa.

Słonie afrykańskie żyją w społecznościach matriarchalnych, co oznacza, że rządzi nimi babosłoń. Pomimo kilku ton kompetencji nie podejmuje jednak decyzji sama. Kluczowe kwestie, jak to, gdzie idziemy podczas suszy, kiedy się nie przelewa, tylko przesypuje, rozstrzygane są na drodze grupowego kiwania i trąbienia. Jak na skrzyżowaniu w Warszawie, tylko bez takiego zezwierzęcenia.

Pszczoły miodne są dowodem na to, że królowa jest fajna, ale lepiej, żeby robiła sobie jaja, zamiast mieszać się do ważnych decyzji. Kiedy rój musi znaleźć nowy dom, zwiadowczynie szukają najlepszych miejscówek, a potem przekonują resztę pszczół, machając tyłkami w tańcu wyborczym. Kiedy większość pszczół się zgadza — lecą w wybranym kierunku. To tak zwana twerkokracja bzykana.

Gołębie skalne głosują w powietrzu. Podczas lotu każdy ptak może delikatnie wpływać na kierunek stada. Liczy się nawet najmniejszy ptaszek (to nie jest aluzja do konkretnego polityka). To ptaki z największym doświadczeniem mają jednak najwięcej do powiedzenia w kwestii tego, co zostanie obs*ane u celu ich drogi.

Pawiany płaszczowe organizują sobie demokratyczne spacery. Zanim stado zdecyduje, gdzie wyruszyć, kilku samców wstaje na próbę i rusza w wybranych przez siebie kierunkach. Jeżeli widzą, że nikt za nimi nie idzie, to zawracają, nie forsując na siłę debilnych decyzji. To coś, czego od małp musimy się dopiero nauczyć.

Papugi kea drą mordy w celach demokratycznych — to znaczy usiłują przekonać się nawzajem do zabawy. Kiedy jakaś papuga ma ochotę na trochę rozrywki, zaczyna drzeć dzioba jak na wiecu wyborczym. Potem inne ptaki decydują, czy do niej dołączyć. Jeżeli zbierze się wystarczająco wielu chętnych, to nic już nie stoi na przeszkodzie, żeby na przykład gremialnie zbluzgać przechodzącego obok turystę, co, jak wiadomo, potrafi być bardzo satysfakcjonujące.

No dobra, starczy tego skrzeczenia dookoła tematu. Jeżeli czytacie mnie od jakiegoś czasu, to wiecie, że jednych polityków lubię mniej, a innych nie lubię jeszcze bardziej. Wyznaję jednak zasadę marudzenia uczestniczącego. Dlatego po prostu chodźmy na wybory, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że on nie głosował, a głosowały makaki, papugi oraz gołębie.

Zupełnie niechcący wyszedł mi żart a propos w.w. zjawiska. Znajoma na fb opisała i pokazała jak doszyła sobie kieszeń (ze starych dżinsów) do plecaka. Jako zapięcie przyszyła guzik i dodała pętelkę. Skomentowałam: można też przyszyć dwie duże za-trzaski zamiast guzika z pętelką.

No i mamy gorzej niż powyższe. A Rumunia sobie poradziła – zazdroszczę.

Przeglądając (powierzchownie, bez nurkowania) pojemnik na papier znalazłam sześć książek kucharskich wydanych przez pewien supermarket. Beneficjenci tych prezentów widocznie są nimi zachwyceni.

A przy okazji znalazłam książkę Julii Cameron „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”. Poczytam, może znajdę coś inspirującego dla siebie.

Autorka fb-owego profilu „Artjournal – to mnie inspiruje” wymyśliła zadanie – wyzwanie dla rękodzielniczek: kolaż do wybranej przez siebie piosenki.

Postanowiłam się z tym zmierzyć i przeszukałam pudło z wycinkami. Odłożyłam te, które kojarzyły mi się z jakąś piosenką i będę tworzyć.

Ale przedtem byłam u fryzjerki, która już wie, że moje włosy trzeba obciąć jak najkrócej. Zastałam tam jej dwie znajome/sąsiadki, które trochę (ale życzliwie) plotkowały.

Panie na zajęciach literackich pochwaliły mój nowy look. Na szczęście mam dobry, do tej fryzury, kształt głowy.

Potem nabyłam kilka papryk, aby je wypchać jakimś nadzieniem

i udusić. Nie ugotowałam ryżu, bo miałam zamrożone mielone mięso, którego wystarczyło do 4 papryk.

Zostało potem trochę pomidorowo – paprykowo – mięsnego sosu, ugotowałam więc makaron i wyszło pysznie.

Z powodu wysokiej temperatury przez okno wlatują muchy. Zawiesiłam więc lep na nie. I sama się do niego, czasem, przylepiam. A przecież nie jestem owadem. Ale motylem kiedyś byłam ale…

Na zadanie z zajęć literackich (prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę) pt. „Kim innym chciałabym być przez jeden dzień i dlaczego?” napisałam, że demiurgiem, bo uważam, że nie tylko starość się Panu Bogu nie udała ale w ogóle ludzie. Więc zmieniłabym im geny tak, aby nie było wojen, chorób, zawiści, zachłanności, egoizmu i wyścigu szczurów. A była życzliwość, empatia i odpowiedzialność.

A jeśli nie w.w. to dużym kotem – lwem, panterą, tygrysem lub pumą żyjącą na wolności, bo wolność to jest to, co kocham i rozumiem. Pod warunkiem, że nie jest ona pretekstem do czynienia zła.

Nasza spółdzielnia mieszkaniowa postanowiła zmienić w mieszkaniach zawory kaloryferowe. Mieszkanie mam z przepychem (bo trzeba się przepychać) i regał tak stoi, że nie można dostać się do zaworu. Dzisiaj (niedziela) wybebeszałam więc dwie półki nadstawki i cztery regalu właściwego, aby można to było przesunąć. Dobrze, że w tygodniu przejrzałam letnie bluzki i zrobiłam niezłą czystkę. Zebrało się tego sporo, zaniosę do sklepu dobroczynnego.

Zawartość szafy to nie tylko bluzki ale i pościel, ręczniki a nawet materiały do papierowego rękodzieła.

A jednej bawełnianej pomarańczowej bluzki, którą pociapałam kiedyś kolorowymi tuszami i dół pocięłam na frędzelki nie oddałam tylko pocięłam, aby zrobić 2 nowe naszyjniki „zamotki”, razem z bransoletkami.

Poza tym, pierwszy raz w tym sezonie, kupiłam małe ogórki gruntowe sprawdzając czy mają ostre wypustki, bo to znaczy, że są świeże i dzięki temu dobrze, bez pustostanu w środku, się ukiszą.

Ukisiły się przykładowo i są smaczne – hurra.

Za to robienie domowego majonezu wychodzi mi w kratkę – raz jest wzorowy a drugi za rzadki. Ratuję go pomysłami z Internetu a i tak nie jest idealnie. Ale i tak jest lepszy niż kupiony.

Przepis:

Całe jajko bez skorupki wbijam do wąskiego naczynia, dodaję łyżeczkę łagodnej musztardy, łyżeczkę soku cytrynowego, po pół łyżeczki soli i cukru. Wlewam 1/3 szklanki oleju i miksując (trzymając blender cały czas na dole naczynia) powoli wlewam resztę. Powinna powstać gęsta masa i dopiero wtedy możemy poruszać blenderem w górę i w dół. Smacznego.

„Spotkanie w parku” – opowiadanie

(To zadanie jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Pewnego słonecznego popołudnia w parku Zofia spacerowała alejką, trzymając w dłoni torbę z zakupami. Nagle zauważyła starszego pana, który siedział na ławce i wpatrywał się w staw. Wyglądał na zamyślonego, a nawet trochę smutnego. Zofia postanowiła podejść i zagaić rozmowę.

– Dzień dobry – powiedziała z uśmiechem. Piękna pogoda, prawda?

Mężczyzna podniósł wzrok i lekko się uśmiechnął.

– Tak, rzeczywiście. Ale ja… szukam czegoś. A właściwie kogoś.

– Kogo? – zapytała Zofia siadając obok niego.

– Dawno temu, właśnie w tym parku, poznałem kobietę. Była wyjątkowa. Niestety straciliśmy kontakt. Teraz, po latach, wróciłem tu, bo mam nadzieję, że może ją jeszcze spotkam.

Zofia spojrzała na niego uważnie.

– A jak miała na imię ta kobieta? – zapytała, a jej serce zaczęło Bi szybciej.

– Zofia – odpowiedział mężczyzna. A ja jestem Jan.

Zofia zamarła. Czy to był ten sam Jan, którego poznała ponad 40 lat temu? Ale dlaczego teraz? Dlaczego po tylu latach? I co teraz powinna zrobić?

ZADANIE:

Wymyśl swoje własne zakończenie tej historii. Czy Zofia ujawni kim jest? Czy Jan rozpozna ją po latach? A może to początek zupełnie nowej przygody? Im bardziej zaskakujące i kreatywne zakończenie, tym lepiej!

 Oto moje trzy zakończenia:

Pierwsze:

Zofia przypomniała sobie, że spotykali się w tym właśnie miejscu gdy mieli po dwadzieścia lat. Ona marzyła o założeniu rodziny, on o tym, aby być bogaty. Studiował niechętnie, bo zdawało mu się, że za granicą jest łatwiej i bogaciej. Gdy wyjedzie szybko zostanie bogatym biznesmenem.

     Na ostatniej randce właśnie o to się pokłócili.

– Skończ studia, znajdź pracę, pobierzemy się, będziemy mieszkać z rodzicami, przecież mają duże mieszkanie – przekonywała.

– Ale ja chcę mieć swój dom i samochód. Tutaj nigdy niczego się nie dorobię. Będzie tylko „Ucz się i pracuj a garb ci sam wyrośnie”. Wyjadę, zarobię się i szybko cię ściągnę.

– To się teraz pobierzmy – zaproponowała.

– Wtedy nie dadzą mi wizy mimo że wujek przyśle mi zaproszenie.

– Jak uważasz ale myślę, że mnie nie kochasz i chcesz uciec.

– Ach, te twoje sentymenty. Nie chcę tylko całe życie biedować.

Wtedy Zofia obróciła się na pięcie i odeszła.

Obecnie w parku:

–  Jak to pan zgubił? – spytała. Przecież kobieta to nie przedmiot.

– Zgubiłem swoją miłość. Wyjechałem, majątku nie zrobiłem, ożeniłem się i rozwiodłem. Dzieci chciały mnie umieścić w najtańszym domu starców.

– I wrócił pan do kraju – podsumowała.

– Tak, ale nie znalazłem ani nikogo z rodziny, ani dawnych znajomych. Zmarli albo porozjeżdżali się po kraju.

– A czy pisał pan, w tym czasie, do nich?

– Nie było czasu i siły. A czy pani ma tu rodzinę i przyjaciół? – spytał.

– Mam i nie mam. Każdy pędzi do swoich obowiązków. Moje dwie najlepsze koleżanki zmarły – teraz tylko odwiedzam ich groby.

Jan westchnął. Zofia usiadła obok niego i milczeli dłuższą chwilę.

Kobieta wyciągnęła z torby kosmetyczkę, a z niej lusterko w którym się przejrzała. Nie zachwycił jej ten widok. Ale pomyślała: spróbuję się z nim tu umówić za tydzień. W tym czasie pójdę do fryzjera, kosmetyczki, zrobię manicure i pedicure. Ubiorę się lepiej niż dzisiaj. Dam nam szansę – wypełnię kupon na życie we dwoje. I dopiero wtedy powiem, że to mnie tak głupio porzucił.

Wymienili się numerami telefonów i pożegnali. Szóstego dnia po spotkaniu właśnie przymierzała nową sukienkę i buty gdy dostała sms, który informował: z przykrością zawiadamiamy, że wczoraj odszedł od nas Jan. Pogrzeb odbędzie się…

Drugie:

Poznała go ale przypomniała sobie, że ją porzucił i nigdy nie napisał. Odwróciła się na pięcie i bez słowa odeszła.

Trzecie:

Poznała go i przypomniała sobie, że gdy wyjechał okazało się, że jest w ciąży. Nigdy nie napisał, więc nie mogła o tym zawiadomić. Dobrze choć, że rodzice jej pomagali.

A w duchu pomyślała:

– Nie interesowałeś się mną przez tyle lat to nic ci nie powiem.

A do niego powiedziała:

– Niejednemu psu burek, do widzenia.

****************************************

A Wy jakie dalibyście zakończenie?

Upalne miasto 148

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

WYNIKAMI WYBORÓW JESTEM ZAŁAMANA!!!

********************************************************

Przeczytałam „Klub Dzikiej Róży”  Kate Quinn.

Dedykację taką autorka umieściła:

„Wszystkim kobietom w moim życiu, które tworzą „Klub Dzikiej Róży”. Wszystkim, które w potrzebie ratują się nawzajem jedzeniem, winem i dobrą radą. Wszystkim, które nawet nie mrugnęłyby na widok zwłok ma podłodze. Wiecie, że to o was”.

I właściwie, w galopującym skrócie, ta jest książka o tym właśnie.

A bez galopu: miejsce akcji to USA, Waszyngton, tani pensjonat. Czas akcji – początek lat pięćdziesiątych, czyli segregacja rasowa, senator McCarthy szaleje w każdym widząc komunistę, mizoginia, kobiety tylko do małżeństwa, rodzenia dzieci i do garów a przedtem mogą być najwyżej sekretarkami, urzędniczkami, kelnerkami.

W pensjonacie mieszka siedem, bardzo różnych pod każdym względem,  kobiet. Nora urzędniczka, która uciekła od policyjnej rodziny, Bea kontuzjowana i sfrustrowana sportsmenka, Reka seniorka, artystka, uciekinierka z Europy, Arlene złośliwa i zawistna, sekretarka Claire, sfrustrowana samotnym macierzyństwem Fliss i wdowa Grace jednocząca wszystkie, dotąd obce sobie, kobiety. A każda z nich ma swoje tajemnice, trudną przeszłość, traumy i trudności, także finansowe. Oraz różne pochodzenie etniczne: Polka, Rosjanka, Rumunka, Angielka, Włoszka, Irlandka.

Mężczyzn też jest tam paru począwszy od Pete`a, nastolatka, syna właścicielki pensjonatu. Jest też jego siostra Lena ze słabym wzrokiem. Matka jest sfrustrowana brakiem pieniędzy, więc zmusza zdolnego syna do rezygnacji z dalszej nauki i lekceważy niedowidzenie córki.

Wyższe, bogate i mające władzę sfery reprezentuje senator i jego żona była modelka, której się wydawało, że złapała Pana Boga za nogi. I okrutnie się rozczarowała, bo nie wszystko złoto co się świeci.

Jest też przedstawiciel ciemnej strony  Ameryki, czyli gangster i morderca ale według autorki miłość go usprawiedliwia.

Dzięki tak zróżnicowanym bohaterom mamy przekrój nie tylko społeczeństwa ale i problemy z jakimi się boryka cały kraj, choć całość jest w trochę cukierkowej aurze.

To książka o też tym jaką, dosłownie i w przenośni, cenę płacili imigranci z nazistowskich Niemiec.

O kobietach ukrywających,  za fasadą świetnego wyglądu, przemoc domową lub fakt, że są lgbt, albo, że nie chcą mieć dzieci, że stosują, dostępne wtedy dość zawodne środki antykoncepcyjne, że dorabiają kradnąc znajomym różne przedmioty i zastawiając je w lombardzie.

Jest też trup, a nawet dwa ale to nie jest kryminał! Dwaj wredni faceci zostają słusznie ukarani, świadkowie ustalają jedną wspólną wersję dla policji oraz następuje happy end. No, może odrobinę naciągany.

Całość przeplatają przepisy kulinarne, są nawet placki ziemniaczane.

To dobrze napisana i tłumaczona pozycja, którą  polecam.

A ostatnią niedzielę maja zaczęłam od szycia. Ale nie było tak jak pokazuje angielski program „Mistrzowie szycia” tylko o wiele prościej. Kolejny raz przyszyłam łatkę na stareńkiej podomce z kory kupionej w nieistniejącym już sklepie na moim osiedlu. Lubię ją choć bardzo zużyta i mam dwie podobne, nie są z tego materiału a ja go lubię. Komu on przeszkadzał? Tak samo jak etamina i krepon – bawełniane. I jak zaczęłam w jednym miejscu to okazało się, że inne też wymagają pomocy igły z nitką.  Stareńka jest, ja też, więc do siebie pasujemy.

Nie wiem czy Jan Brzechwa umiał szyć ale potrafił opisać tę czynność:

Tańcowała igła z nitką,
Igła – pięknie, nitka – brzydko.

Igła cała jak z igiełki,
Nitce plączą się supełki.

Igła naprzód – nitka za nią:
„Ach, jak cudnie tańczyć z panią!”

Igła biegnie drobnym ściegiem,
A za igłą – nitka biegiem.

Igła górą, nitka bokiem,
Igła zerka jednym okiem,

Sunie zwinna, zręczna, śmigła.
Nitka szepce: „Co za igła!”

Tak ze sobą tańcowały,
Aż uszyły fartuch cały
.

Musiałam też skrócić  gumkę w spodniach piżamy, bo się rozciągnęła w praniu i używaniu. Ach, gdybyż wszystkie sztuki odzieży tak miały i swój kształt oraz barwę zachowywały.

Z jakiego materiału uszyto tę piżamę? Oczywiście, że z kory. Swoje lata ma ale, póki co, dobre się trzyma. I na szczęście ma tunel a w nim wciąganą gumkę a nie zszytą z materiałem, co trzeba mozolnie rozpruwać, aby poprawić. Tak miałam z letnimi spódnicami z kreponu.

Złośliwość rzeczy martwych bywa bolesna, tym razem zestaw foremek do pieczenia spadł mi na duży palec lewej stopy. Szkoda, że nie potrafią fruwać zamiast głupio spadać w dodatku nie mając spadochronu.

A może z okazji święta czy bez okazji upieczecie sobie i innym:

Bułeczki  cynamonowe

Przepis z blogu „consumelavida” trochę zmieniony

Składniki na 10 bułeczek:
50 g świeżych drożdży,
½ szkl. cukru brązowego (może być nawet ciut mniej),
2 rozbełtane jajka o temperaturze pokojowej
½ szkl. oleju lub lekko ciepłego roztopionego masła klarowanego
1/3 szkl. mleka,
2,5 szkl. mąki – może być zwykła tortowa albo orkiszowa (typ 720, nie więcej), ale nie pełnoziarnista,

Cukier wanilinowy, szczypta soli, cynamon – 3 łyżeczki

Wykonanie:

Mąkę przesiewamy do miski, w środku robimy dołek, wkruszamy drożdże, sypiemy łyżeczkę cukru, zalewamy ciepłym mlekiem/wodą. Zasypujemy mąką. Czekamy aż drożdże urosną – 15-20 minut. Mieszamy je z mąką. Wlewamy tłuszcz, mieszamy. Dodajemy jajka, cukier, cynamon. Mieszamy i jeśli trzeba (aby ciasto nie było za twarde) dodajemy powoli mleko mieszając. Ja dodałam jeszcze suche pszenne zarodki i bakalie.

Formujemy bułeczki, obtaczamy je w cynamonie zmieszanym z cukrem trzcinowym. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Bułeczki lubią się połączyć. Nie przejmujemy się, bo mamy ciasto, które można łatwo podzielić. Aby się nie połączyły można zastosować papierowe foremki. Wtedy blaszka powinna być większa.

Pieczemy w temperaturze 180 stopni ok. 30minut, warto sprawdzić patyczkiem czy upieczone – po włożeniu go do końca ciasta i wyjęciu ma być suchy a nie oblepiony ciastem. Patyczek to raczej taki do szaszłyków a nie prosto z drzewa  czy krzaka.

Dwa opowiadanka

Na zajęciach literackich dostaliśmy zadanie, aby napisać jak powstały pewne produkty przeznaczone do jedzenia. I tak powstały te teksty 🙂

*********************************************************************************

Historia pewnej żywności

Dawno, dawno temu, tak dawno, że najstarsi górale tego nie pamiętają, we wschodniej części Europy były tylko bory, lasy, bagna i ostępy (ostęp – podstawowa jednostka lasu w której prowadzi się wyręby).  Gdzieniegdzie przemykały  małe dinozaury zwane smokami.  Były one amatorami nie tyle dziewic co pewnego napoju i wyrobu mięsnego. Albowiem picie z zagrychą było ich ulubionym zajęciem.

Na wielkiej polanie, nad strumieniem leżała wieś, z tych co to spokojna i wesoła. Ludność męska zajmowała się polowaniem na mniejszego niż smoki zwierza czekając na pewnego świętego oraz Szewczyka Dratewkę, żeby załatwili niechcianego stwora żądającego daniny w postaci dużej ilości jedzenia  i picia.

Przed smokami uciekali  czasem z rozpędu waląc głową w drzewo. Kończyło się to śmiercią, kalectwem, kompletnym zidioceniem lub, o dziwo, zyskaniem bystrości umysłu. Co potwierdza, że czasem warto walnąć się w łeb.

Dominującym tam zwierzostanem były dziki. I to nie w postaci pastowanego kabana.

Pewnego razu polowanie bardzo się myśliwym udało, padło kilka tych zwierzątek.

W podzięce mieszkańcy  złożyli dary w postaci  produktów żywnościowych pod dużą rzeźbą przedstawiającą  boginię Żywię z kotem u  jej stóp.

Wierzyli bowiem, że czuwa nad nimi, opiekuje się i pomaga przetrwać. A także, czasami, przekazuje dobre rady.

Jedną z nich, lata temu było jak warzyć piwo ze słodu jęczmiennego, chmielu i krystalicznie czystej wody, której dzięki źródełku położonemu na skraju osady,  nie brakowało.

Jak zwykle po wyprodukowaniu dużej ilości napoju wódz wioski wraz z guślarzem zanieśli  naczynie wypełnione ulubioną cieczą pod posąg.

Potem wszyscy długo świętowali. Niektórzy nawet gotowi byli przysiąc, że Żywia stawała się prawdziwą kobietą, która swych wdzięków nikomu nie żałowała.

Na jednej z takich imprez przysiadła się do najbystrzejszej kobiety, czyli wiedźmy i przekazała jej przepis na wyjątkową wędlinę. Aby można ją było wykonać pomogła ludności oswoić dziki, dzięki czemu stały się udomowioną trzodą chlewną. Ciągu dalszego się domyślamy.

I tak powstało piwo marki Żywiec oraz kiełbasa żywiecka, którą koty też lubią choć nie jest dla nich wskazana.

                            Jaja w raju

W rajskim ogrodzie nastały straszliwe upały.

Adam i Ewa leżeli pod dużym, bardzo liściastym drzewem. Adam tylko pogryzał miękkie końcówki kolejnych trawek a Ewa zrywała liście z najniżej leżącej gałęzi i próbowała je tak połączyć, aby powstała kolejna sukienka.

– I po co, ty durna to robisz? Kto cię będzie tu podziwiał? W naszym szałasie masz ich już dziesięć przecież.

– Cicho bądź, nie znasz się. Kobieta potrzebuje odmiany. Nie tak jak ty – tylko jeść, pić i leżeć.

– Nie tylko, nie tylko – he, he, he – zareklamował swoje osiągnięcia.

– A dałbyś spokój! Za dobry w te klocki to ty nie jesteś – wzruszyła ramionami.

– Kłamiesz! Jestem świetny! – obruszył się jedyny na świecie superman.

– E, tam. Lepiej powiedz jak w tym wyglądam – wstała zakładając na siebie fikuśną kieckę.

– Jak zwykle – Adam wysilił swój intelekt.

– Śśśśśświetnie – rozległo się z drzewa.

– O, widzisz, wąż umie docenić kobietę, nie to co ty. Kochany jesteś – rzuciła w stronę gada i zawiesiła kreację na gałęzi.

Pogłaskany werbalnie ale bardzo znudzony wąż postanowił trochę narozrabiać. Przesunął się po drzewie w stronę gniazda rajskiego ptaka, który siedział na jajkach.

– Te, co tak głupio siedzisz i siedzisz? Mięśnie ci zanikną, pofruwałbyś trochę. Ja ci gniazda popilnuję.

– Akurat! Znam cię, zaraz mi jaja zeżresz.

– No, weź, rusz się – wąż popchnął ptaka tak mocno, że ten wypadł z gniazda.

– He, He, He – wrednie zaśmiał się wąż i bardzo energicznie potrącił gniazdo powodując wypadnięcie  wszystkich jajek.

Pod drzewem leżał duży, płaski, gładki, bardzo rozpalony kamień i właśnie tam spadły. W ten sposób powstały jaja sadzone.

Ucieszony psotą wąż końcem ogona je pomieszał tworząc jajecznicę.

Ja tam byłam, jajecznicę jadłam ubrana w jedną z ewowych kiecek. A kot, który właśnie nadszedł zlizał resztki.

Upalne miasto 147

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************************

– No, bardzo bym się zdziwiła gdyby na moje imieniny (5 maja) była ładna pogoda. Przecież diabeł – stróż spaliłby się ze wstydu, że zaniedbał swoje obowiązki – pomyślała Anna. Cieszę się jednak z powodu braku opadów, tego nie dopatrzył, fuszer jeden. Oby częściej mu się to zdarzało.

Poszła więc spacerkiem na cmentarz, bo akurat była rocznica odejścia krewnej.

Na trasie do innego punktu docelowego czekała na tramwaj. I zapytała ją młoda kobieta:

– Czy pani jest tutejsza?

Potwierdziła.

Okazało się, że dziewczyna szuka pewnej ulicy za pomocą GPS-a. I jakoś nie może się zorientować. Okazało się, że szuka ulicy Mikołaja. Na co Anna, że w pobliżu to jest ulica Mikołaja ale Reja. A świętego Mikołaja to w drugą stronę, blisko rynku i trzeba podjechać.

– Ale GPS wskazuje, że to gdzieś tutaj.

Anna zerknęła na ekran smarfona i okazało się, że tam jest ulica świętego ale Marcina, więc powiedziała:

– Całe życie mieszkam w tym mieście i jestem lepszym GPS-em.

Młoda nie była przekonana tylko wgapiona w telefon.

Tak właśnie technika ogłupia i masakruje zdolność myślenia oraz niszczy zdolność postrzegania faktów.

A potem seniorka zaszalała w galerii handlowej. Mianowicie na stoisku rodzimej, niedrogiej firmy kosmetycznej. Podobnie, jak znana jej kosmetyczka, uważa, że szkoda pieniędzy na wypasione marki, bo ich wyroby wcale nie są lepsze tylko droższe. Przyznała się w sklepie, że tego dnia są jej imieniny i dostała w prezencie kilka gratisowych próbek.

Wkurza ją, że nie ma na osiedlu już sklepu ze sprzętem elektrycznym i nie wiadomo gdzie można nabyć żarówki. A jak już w galerii handlowej do nich dotarła to były tylko ledowe i oznaczenia ich mocy są jakieś dziwne. Dobrze, że na regale umieszczono ściągę. A dlaczego nie może to być wydrukowane na opakowaniu każdej? Bo nie i już! Po co klientowi, szczególnie starszemu, ma być wygodnie? Niedoczekanie!!!

No i doczekała się kolejnej, finansowej niespodziewanki. Wprawdzie ma niewysoko płatny abonament, niby na wszystkie numery, na telefon stacjonarny ale okazało się na nowej fakturze, że jak sobie zaszaleje i połączy się z infolinią to płać i płacz. I to pewnie na umowie było bardzo, bardzo małym drukiem napisane – wrrrrr. Nie należy mieć żadnej rozpusty, nawet infoliniowej.

Zdawało się jej, ze wystarczająco masuje swoje szare komórki ale zachciało się jej wymienić przyjazną małą Nokię na smartfona. Zabawa nie jest przednia, bo to co na telefonie dość intensywnie różni się od tego co w laptopie. Pracownik sieci zrobił i poinformował  o co poprosiła na zasadzie chyba „Bo dobry bóg zrobił co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca”, czyli  próbowała sama rozkminić ustrojstwo ale nie ze wszystkim się udało, więc trzeba pracownikowi znowu zawracać głowę. Masowanie czasem bywa bolesne.

Przy okazji pożałowała pracownika z powodu służbowych nożyczek, bo są takie jakie się kupuje dla dzieci – małe i zaokrąglonymi końcami. Duży facet z dużymi palcami operujący takim sprzętem – no, dość zabawny widok to jest.

Następnego dnia trafiła na bardzo młodego pracownika wpatrującego się namolnie w ekran komputera. Uzależniony widocznie jest. I niechętny okazywaniu pomocy. Ale Anna „siłom i godnościom osobistom” jakoś wymusiła trochę uwagi i przysługi. Okazało się, że w domu, w ferworze zosiowania – samosiowania zainstalowała niepotrzebne aplikacje. To przy okazji dowiedziała się jak to usunąć. I jak używać na klawiaturze fontów, bo to jednak jest inaczej niż w laptopie.

Smartfon jednak ma różne ograniczenia w porównaniu z komputerem a nawet bywa złośliwy. I wprowadza w błąd początkującego użytkownika co skutkowało założeniem drugiego profilu na facebooku. Bez sensu, w dodatku wysyłane zostały zaproszenia do znajomych i tylko kilka osób zaniepokoiło się tym pytając o co chodzi. Większość odruchowo przyjęła zaproszenie.

Następnego dnia seniorka zdecydowała, że opróżni nowy profil ze zdjęć,  informacji oraz znajomych, żeby jak najmniej wprowadzać wszystkich w błąd.

Frycowe nowego sprzętu zapłaciła. Bo diabeł czuwa i podstawia oba kopyta dzięki czemu delikwent musi się wykopyrtnąć.

Co dosyć śmieszne to poprzedni telefon, czyli mała Nokia trochę działa – to znaczy nie można z niej dzwonić  (tylko na numery alarmowe) i sms-ować oraz odbierać tych wiadomości ale jest lista kontaktów, działa przypominajka kalendarzowa, zachowane są otrzymane sms-y. Jak długo to potrwa? Wniosek – nie pozbywać się Nokii.

Zachowując stary telefon nie zapomnijmy czasem kupić liści czosnku niedźwiedziego. A tak go opisał autor „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Czosnek jest niedźwiedzi, dlatego że wali jak Puchatkowi ze Stumilowego Lasu. A poza tym istnieje ludowa legenda, że miśki zaraz po przebudzeniu nie lecą wcale na dwójkę, tylko napchać się zieleniną śmierdzącą jak pogromca wampirów. Podobno robią to, aby pozbyć się pasożytów — i najwidoczniej działa to nieźle, bo nigdy nie widziałem niedźwiedzia w towarzystwie działacza partyjnego.

Ta sama roślina bywa nazywana cygańskim czosnkiem albo cebulą czarownic. Faktycznie, jest z cebulą i czosnkiem — w ząbkach — dość blisko spokrewniony. W przeciwieństwie do naszych dwóch warzyw narodowych, czosnek jest jednak pod ochroną częściową. To oznacza, że w większej części Polski nie można go sobie ot, tak zrywać w lesie. Ale spokojnie — można go uprawiać w ogródku albo dostać licencję czosnkową od Lasów Państwowych.

Z czosnku niedźwiedziego najlepsze są długie i soczyście zielone liście. Można je dodać na przykład do jajecznicy, co serdecznie polecam. Co prawda z wyglądu przypominają nieco konwalię, która jest trująca, ale wystarczy przyjąć jogińską pozycję borsuka i sztachnąć się przed zerwaniem. Tylko z tym borsukiem to bez przesady — bo on konwalie nie tylko wącha, ale również pożera.

Czosnek niedźwiedzi często można rwać już w kwietniu, ale prawdziwa czosnkoza przypada miesiąc później. Wtedy lasy i łąki pachną jak włoska pizzeria, tylko placki są na nich za darmo.

Wiecie, kto jeszcze lubi czosnek niedźwiedzi? Bakterie. Ale nie wszystkie — tylko gówniane. No dobra, trochę wyprzedziłem rozwój wydarzeń. Chodzi o bakterie, które tworzą naturalną florę jelit, a wiadomo, co się bierze z jelit — polskie ustawodawstwo podatkowe.

Czosnek niedźwiedzi robi dobrze na brzuszek, jest naturalnym antybiotykiem, zmniejsza nadciśnienie, bo zawiera silne przeciwutleniacze, a jakby startował w wyborach, to miałby hasło: „Śmierdzę, ale w dobrej sprawie”.

Na koniec scenka z pociągu, którym jechał pewien masażysta. A niedaleko (pociąg bez przedziałów) grupka dopiero co pełnoletnich chłopaków. Bardzo głośno chwalili się swoimi planami na najbliższy weekend, w którym głównym bohaterem miał być alkohol. Jeden z nich bez przerwy używał nazwy panienki lekkich obyczajów. Głośno, zachwycony sobą nadzwyczaj.

W końcu masażysta wychylił się ze swojego siedzenia i krzyknął:

– Czy mógłbyś przestać tak ciągle wołać swoją koleżankę?