Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.
****************************************************************************
Poniedziałek Dzisiaj jest Dzień Czarnego Kota! Alodia i Misia też były czarne. Na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też autor napisał:
„Czarny kot wygląda jak cień, który się zbuntował i zaczął żądać żarcia. Jak dziura w osnowie rzeczywistości, której wali tuńczykiem z paszczy. Czarny kot nie przynosi pecha, on go w sposób konsekwentny organizuje. Próbowaliście kiedyś znaleźć czarnego kota w mieszkaniu po ciemku? Jest na to jeden niezawodny sposób. Wystarczy wstać z łóżka, a na bank się o dziada wykopyrtniecie. Drań zlewa się z otoczeniem jak miejski miłośnik gór za Żabką, po czwartej tatrze.
Czarne koty określamy jako melanistyczne, co oznacza nadprodukcję ciemnego barwnika. Ale nawet taki kot z nadmiarem mroku w genach, jak mu się dobrze przyjrzeć, okazuje się bardziej brązowy albo pręgowany. Czyli nie jest czarny, tylko łobuz ściemnia.
Dzięki kolorowi łatwiej mu ładować baterie na słońcu. Jest też podobno bardziej odporny na różne kocie choróbska. Nie jest jednak odporny na ludzi, którzy w naszej części świata ubzdurali sobie, że jest magiczny. Ale nie magiczny w dobry sposób pod tytułem zamiana wody w wyroby alkoholowe, tylko że się brata z wiedźmami, rzuca klątwy i oszukuje podczas gry w statki.
Nie wszędzie na świecie czarne koty mają złą prasę. Na przykład w Japonii i w Wielkiej Brytanii przynoszą szczęście. Irlandzcy i angielscy żeglarze trzymali czarne koty na statkach. Nie tylko dlatego, że żarły szczury jak współcześni żeglarze penicylinę. Czarny kot był kiedyś uważany za talizman na pomyślne wiatry. Coś jak grochówka w Polsce.
Brytyjczycy wierzą co prawda, że czarny kot, który przeszedł drogą, przynosi pecha, ale TYLKO jeżeli oddala się od człowieka. Jeżeli idzie w naszą stronę, to wszystko jest „splendid”, jeżeli w drugą, to „bloody hell” albo „god dammit sh*t f*ck”, zależy, po którym Guinnessie.
Czarny kot ma pewne jasne strony. Poza różowym odbytem rzecz jasna, którym tak lubi się chwalić. Mianowicie pasuje do wszystkiego jak mała czarna. Z tego powodu bywa częściej adoptowany przez pierwszorazowych właścicieli kotów, którzy szukają rozwiązań uniwersalnych i jeszcze nie poznali, jaka to przyjemność, kiedy ciemny kąt w pokoju nagle odwzajemnia spojrzenie.
Czarny kot zawsze wygląda, jakby skrywał jakąś mroczną tajemnicę. Wielki książę ciemności, który boi się odkurzacza, a na widok ogórka zamienia w kota pionowego startu. W głowie, zamiast sekretów, ma tylko szum wiatru i myśli o mordowaniu gołębi.
Mój dom również został dotknięty klątwą czarnego kota. I to podwójnie. Jeden nazywa się Kraken, a drugiego ilustratorka ochrzciła Lucyfer. Jakby dranie potrzebowały dodatkowej zachęty. Kocham moje czarne koty, ale jak ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że są „magiczne”, to mu pokażę magiczną sztuczkę — jak zamienić pościel świeżą w świeżo obrzyganą.
Piszę o czarnym kocie właśnie dzisiaj, bo 17 listopada obchodzimy Międzynarodowy Dzień Czarnego Kota. Wymyślili to Włosi. Tak jak u nas 13 jest najbardziej pechową liczbą, tak u nich tę rolę pełni 17, bo się zawsze spóźniają. Ten dzień ma odczarować czarne koty, które mimo zainteresowania początkujących kociarzy nadal mają najmniejszą szansę na adopcję. Niektórzy uważają, że z powodu przesądów, inni, że dlatego, bo ich na zdjęciach prawie nie widać.
W każdym razie, jeżeli przed przygarnięciem miauczącego księcia ciemności powstrzymują was przesądy, to pamiętajcie, że to wszystko bzdury. Czarny kot nie jest ani trochę bardziej mroczny od zwykłego kota z tego samego powodu, dla którego woda nie może być bardziej mokra”.
Przy obrazku (akwareli?) przedstawiającym czarnego kota autor napisał: „Nie przynoszę ci pecha. Nie kopię leżącego”.
*************************************************
Ależ zimno się zrobiło! Dobrze, że włożyłam zimową kurtkę z kapturem, a w kieszeni były rękawiczki.
Wyrzucając śmieci zajrzałam do pojemnika na papier i znalazłam 3 książki (kulinarną wydaną w PRL-u o warzywach, mały słownik rosyjsko polski i polsko – rosyjski oraz monografię Soczi, nie sprawdziłam w jakim języku – bułgarskim czy rosyjskim, w każdym razie cyrylica na okładce). Zostawiłam je na kaloryferze w punkcie ksero, leżały tam trzy harlekiny i bardzo się nudziły. To sobie upichcą warzywa a potem ze słownikiem pojadą do Soczi.
Dzisiaj bankomat nie odmówił współpracy za to w prywatnej piekarni zabrakło chałek. Pewnie je zeżarł jakiś Michałek.
Po manikirze postanowiłam w sklepie różanego faceta nabyć, polecaną przez kosmetyczkę, odżywkę. I tu niespodziewanka kolejna w postaci napisu: „awaria prądu”. A przez ścianę Biedronka w pełni oświetlenia. Inne mają podłączenia?
Na kwiatowym regale stoją m.in. grudniki ale wszystkie czerwone i z małymi kwiatkami – takie dwa mamy na oknach półpiętra. A znajome internetowe pokazują swoje – jakże inne. Też bym takie chciała.
Jednym z zadań domowych jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę było napisane „Listu z ogrodu”. Większość skupiła się na wyliczaniu i opisywaniu roślin, tylko ja napisałam tak:
List z ogrodu
Drodzy nieznajomi!
Piszę do Was z ogrodu, którego nie mam. A nawet nigdy mieć nie chciałam albowiem jestem zdeklarowanym mieszczuchem.
Jednak nie jestem do bólu konsekwentna, bo uznałam, że moim ogrodem jest park mieszczący się na moim osiedlu.
On nie jest plantacją kwiecia wszelkiego, nie ma kolorowego dywanu w postaci klombów. Jedynie wiosną, na jednym z trawników, pokazują się krokusy. A wszędzie białymi główkami chwalą się stokrotki, żółtymi zaś mlecze. Poza tym kwitną różne krzewy i wszystko mi jedno jaką noszą nazwę.
Ten park jest dobrym miejscem dla psiarzy wydzielono bowiem ogrodzone miejsce z drewnianymi przeszkodami. Dla psów oczywiście ale kto zabroni właścicielom je pokonywać w ramach współpracy psio-ludzkiej.
– No, Azorek, popatrz jak pan pięknie skacze! Nie leż jak ta leniwa buła, wejdź na pniak i skacz!
Na niektórych drzewach są karmniki – stołówki dla ptaków ale korzystają z nich także wiewiórki i myszy oraz inne sprawne we wspinaniu się, zwierzątka. Zwierzę też człowiek i jeść przecież musi.
Pośrodku parku jest staw z kępą krzewów oraz dużym napisem LEPIEJ. To kojarzy mi się ze spopularyzowanymi przez Wisławę Szymborską „lepiejami”.
Lepiej iść na spacer do parku
Niż mieszać w dziurawym garnku.
Po stawie pływają kaczki, a parę lat temu na wysepce gnieździły się łabędzie. Siedzę na ławce, których jest tu wiele wzdłuż ścieżek, rozmieszczonych. Niektóre stoją pod dużymi drzewami, ich korony chronią przed ostrym słońcem a czasem nawet przed deszczem.
Wystarczy przejść przez ulicę, aby wybrać dwa kierunki – jeden to kościół p.w. św. Michała Archanioła, a drugi to sklep monopolowy. Niedaleko przejścia na pasach, pod krzewami, stoi ławeczka, ulubiona przez panów, a czasem i panie spragnionych napojów z procentami. Po spożyciu są, zapewne, bardzo zmęczeni, bo pozostawiają po sobie pamiątkę w postaci pustych puszek.
Ten park z każdej strony otoczony jest ulicami i słychać dolatujący z nich szum. Co kojarzy mi się z piosenką: „Nie dla mnie szum samochodów, niech jadą wprost przed siebie…”.
Jedną z tych arterii jeżdżą też tramwaje co wywołuje następne skojarzenie, czyli piosenkę wykonywaną prze Marię Koterbską „Mkną po szynach niebieskie tramwaje przez wrocławskich ulic sto”. Piosenkarkę uwieczniono na muralu przy ulicy Kołłątaja. Z inicjatywy MPK mural stworzył duet działający pod szyldem o nazwie Czary Mary. Koterbska jest też patronką pierwszego tramwaju Moderus Gamma. Na obrazie Koterbska trzyma w ręce mikrofon a w tle widać mały fragment Ostrowa Tumskiego i rotundy Panoramy Racławickiej.
Wracając do parku – jest w nim, pod wierzbą płaczącą, blisko stawu, kapliczka, postawiona w 1956 roku. Upamiętnia ona śmierć dziewczynki, której piłka wleciała do wody, ta próbowała wyciągnąć ją patykiem i naruszyła niewybuch. Gdy czyszczono staw odkryto na jego dnie broń i sprzęt wojskowy.
Na drugim końcu parku jest duży kamienny stół z szachownicą i z niej mieszkańcy czasami korzystają. Nie przyłączam się, nie umiem grać.
Z pozdrowieniami Irena