Upalne miasto 125

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

      Anna kiedyś zrobiła taką wyklejankę: marchew a na niej napis: „nie gryź się, gryź marchewkę”.

Można też dłubać ziarna słonecznika do czego (w swoim stylu) zachęca autor fb-ego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

SŁONECZNIK = słońce na patyku

Każdy słonecznik to nie jeden, ale nawet 2000 kwiatów. Każdy „płatek” okalający koronę to tak naprawdę kwiat języczkowaty, który ma w życiu tylko jeden cel – nęcić zapylaczy. W środku, czyli na tarczy słonecznika są natomiast kwiaty rurkowate i dopiero one odpowiadają za rozmnażanie. To z nich powstają nasiona. Chora historia, ale takie właśnie są słoneczniki.

W dodatku kwietni rurkowie nie siedzą na tarczy w równych rzędach ani nawet nie tłoczą się w radosnym bezładzie. Nie, oni się ustawiają w fikuśny, spiralny wzór zgodny z ciągiem Fibonacciego, tego Włocha, który poprzestawiał wszystko w naturze, żeby pasowały do lodów włoskich.

Każda pora jest dobra na słonecznik. Nie pomyślał nigdy nikt kto choć raz musiał sprzątać wymemlane łupiny z podłogi. Co, jest takiego w słoneczniku, że ktoś go kupuje, wsiada do tramwaju, po czym uznaje, „o tutaj jeszcze nikt nie naświnił”, po czym postanawia to zmienić? Ludzie jedzą białe i szare ziarna słonecznika, ale są też ziarna czarne. Robi się z nich olej, od którego można dostać kujawiaka.

Słonecznik pochodzi z Ameryki Północnej. To ta Ameryka, od której zatykają się tętnice. Słoneczny kwiat (Helianthus) hodowano tam już 3000 lat przed naszą erą, czyli czasami kiedy Jezus wziął udział w akcji promocyjnej Pikoka – cudowne rozmnożenie śledzi, wtedy jeszcze bez śmietany.

Rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej uprawiali słonecznik ze względów kulinarnych oraz do celów medycznych. Leczyli nim podrażnienia skóry, rany oraz ukąszenia węży. Współcześnie dodaliśmy do tego leczenie planety, która choruje na ludzi. Słoneczniki potrafią oczyszczać glebę i wodę z toksyn, w tym z pierwiastków radioaktywnych. Sadzono je między innymi wokół Czarnobyla i Fukushimy. Podobno Netflix ma na ten temat nakręcić serial – Słonecznik VS Mechagodzilla.

Słoneczniki dzielą się na ozdobne i pożyteczne. To sytuacja jak z kwadratem i prostokątem. Nie każdy słonecznik jest pożyteczny, tych ozdobnych się nie je i są mniejsze. Każdy jednak jest porąbany. No bo jak inaczej nazwać chabazia, który uparcie, co roku od nowa (słonecznik jest rośliną jednoroczną) wystawia łeb między trawy i pnie się na 2-3 metry do góry? Ktoś mu chyba zapomniał zaaplikować polski system szkolnictwa, bo gość nie kuma, czym się może skończyć wychodzenie przed szereg.

A może się skończyć zgięciem karku, pozbawieniem kręgosłupa albo złamaniem jednostki, to znaczy łodygi, np. wskutek gwałtownych podmuchów wiatru. Dlatego słoneczniki najlepiej siać tak, żeby były jednocześnie osłonięte, ale miały ciągły dostęp do słońca. Słońce jednak ma to do siebie, że nie chce stać spokojnie, tylko zasuwa po niebie jakby je chmury swędziały.

Słonecznik nie potrafi znieść, że słońce grzeje go w tyłek, a nie prosto w buzię, więc wodzi za nim twarzą, obracając się nawet o 180 stopni, jak Mona Liza na plaży w Łebie. Nazywa się to heliotropizmem i jest możliwe dzięki specjalnym hormonom i receptorom światłoczułym w roślinie. Słonecznik przestaje się wiercić dopiero kiedy osiąga dojrzałość. Wtedy ustawia się w kierunku wschodu, co ułatwia przyciąganie owadów. Kwiaty tak ustawione nagrzewają się szybciej, a nawet pszczoła lubi ciepłe śniadania.

I jeszcze ciekawostka dla miłośników długich łodyg. Największy słonecznik miał 7,75 metra i został wyhodowany w Holandii, co mnie jakoś specjalnie nie dziwi. Byliście kiedyś w tamtejszym szalecie? Dranie montują pisuary, na wysokości budek lęgowych dla jerzyków.

Dyżur w bibliotece Centrum Seniora był bardzo udany. Rozdała parę ulotek zachęcających do podarowania pożądanych książek wraz z wykazem gdzie można zostawić obiekty nie będące dobrze widziane. Namówiła dwie panie do wzięcia lektury na długi weekend, a jedna nawet zainteresowała się, konkretnie, książkami napisanymi przez Annę.

Los musiał jednak wyrównać te małe sukcesy, bo w owadzim sklepie nie udało się jej uruchomić nowej karty płatniczej a bankomat osiedlowy się wypiął na osoby pożądające żywej gotówki lub/i uruchomienia karty. Pokazał figę bez maku.

Za to można sobie pozbierać trochę kolorowych liści byle zdążyć przed deszczem. Trochę na zasadzie: zamienił stryjek siekierkę na kijek”.

Zachęca do tego autor profilu FB „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

JESIENNE LIŚCIE = cała prawda o liściach

Pamiętam, była jesień. Mały hotel „Pod Różami”, pokój numer osiem. Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz, ale mina mu zrzedła kiedy zobaczył stan moich żółtych kaloszków. Dość powiedzieć, że żółte to one były dawno temu i nieprawda, a w tej chwili znajdowały się na najlepszej drodze do zamiany hotelowego holu w żyzne czarnoziemy Wschodniej Ukrainy. Polska. Złota. Jesień, mordo.

Później wzrok portiera powędrował wyżej, chociaż nie miał daleko, bo akcja dzieje się tuż przed moimi szóstymi urodzinami. I wtedy zobaczył JE. Jesienne liście. Całe naręcze i we wszystkich kolorach tej dziwnej pory roku kiedy złote kobierce na drodze mówią: „chodź, pobaw się z nami”, a potem jebs! Wysyłają człowieka na SOR z otwartym złamaniem dupy. Część tych kolorów ściekała zresztą prosto na dywan w postaci błocka, jak pieszczotliwie nazywałem je, zanim zostałem zmuszony przez nieubłaganie upływający czas i strajk głodowy mamy, do sprzątania po sobie. Najgorsze trzydzieste urodziny ever.

No właśnie, skąd w liściach tyle czerwieni i żółci jakby były emerytowanym taksówkarzem? Okazuje się, lepiej usiądźcie, że ONE TAM CAŁY CZAS BYŁY. Wraz z nastaniem jesieni spada chlorofilowa kurtyna i okazuje się, że król tzn. liść jest nagi, to znaczy żółty albo czerwony.

Ale po kolei. Kiedy zbliża się zima, słonko mówi, nara frajerzy, i spada na wakajki, świecić mocniej po drugiej stronie naszej zmęczonej latem z radiem planety. Rośliny przeczuwając, że za chwile zrobi się za zimno na modę letnią, ograniczają produkcję chlorofilu, który odpowiada za fotosyntezę. Chlorofil jest rzecz jasna zielony, bo gdyby był biały, to drzewo wyglądałoby jak szczotka do kibla.

Chlorofil rozkłada się, drzewo oszczędza energię, a składniki odżywcze są magazynowane w korzeniach i pniu. Wszystko pięknie, ale kiedy zabraknie zielonego, na jaw wychodzi prawdziwa natura liści.

W pierwszej fazie liść blednie i dostaje żółtawych wykwitów. W drugiej widoczne stają się karotenoidy, pigmenty odpowiedzialne za żółte i pomarańczowe odcienie oraz to, że Kubuś wygląda jakby się Królikowi Bugsowi ulało.

Później, u niektórych drzew np. klonów i dębów zaczyna się produkcja antocyjanów, pigmentów różowych, czerwonych i purpurowych, które ujawniają komunistyczne ciągoty polskiej przyrody.

Na koniec pojawia się rozsądny konserwatyzm, czyli brunatny odcień garbników. To one zostają w liściu kiedy reszta kolorów całkiem się rozkłada. Brunatny kolor zawsze symbolizuje schyłkową fazę jesieni i państwa.

Jeszcze słowo o tym, dlaczego liście w ogóle spadają. Wbrew pozorom nie dlatego, żeby sześcioletni Marek mógł ułożyć z nich na hotelowej podłodze Obraz w stylu Klimta – „Motomyszy z Marsa rozwiązują kwestię Kucyków Pony”. Chodzi o to, żeby drzewo przestało pompować w nie energię i składniki odżywcze. Roślina odcina się od liści i to dosłownie kiedy w wyniku reakcji chemicznej pomiędzy ogonkiem a gałęzią powstaje warstwa oddzielająca. Liść opada, ale nie zazna spokoju. Na ziemi już czekają na niego hordy nienasyconych przedszkolaków.

Upalne miasto 124

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Nastała złota polska jesień (w Ameryce nosi nazwę „indiańskie lato”), więc Anna postanowiła zaserwować sobie spacer po najbliższym parku. Połączony z robieniem zdjęć, ale miejsc i ujęć nieoczywistych, żeby było mniej ślicznie ale może bardziej interesująco. I, jak rzadko się jej zdarza, plan został wykonany.

Ale jej dzień zaczął się od wysłuchiwania głośnego stukania w rury a potem wizyty spółdzielnianego hydraulika, który zdziwił się, że seniorka nie stoi pod drzwiami i natychmiast nie otwiera. Kolejny raz zdegustował się sytuacją kaloryferową, bo w tym mieszkaniu z przepychem (trzeba się przepychać) nie można się dostać do grzejnikowego zaworu. Regał przeszkadza. Chętnych do odsunięcia go brak. Tak więc kaloryfer będzie grzał lub nie.

W galerii handlowej z regału na uwolnione książki zabrała trzy sztuki z przeznaczeniem dla biblioteki w Centrum Seniora.

A po drodze minęła:

Jarzębina = Jarząb pospolity = Czerwone korale

Wielka dama polskiego krajobrazu. Całe lato czai się na skwerze, jakby chciała pożyczyć 5 zł na pół litra bułki, a potem nagle jesienią wywala na wierzch czerwone korale i zas*ywa nimi okolicę, żeby człowiek się na nich wywalił i sobie głupi ryj rozwalił.

No właśnie, owoce jarzębiny, czyli jarzębu POSPOLITEGO. W Polsce rosną jeszcze jarząb mączny, szwedzki i brekinia, co do jednego interesujące i skromne drzewa, nie to, co ta jesienna szpanerka. Załapała się do jednej piosenki o nieuchronnych konsekwencjach swobody obyczajowej na wsi polskiej czasu przemian ustrojowych i uważa się za Taylor Swift spod Wetliny.

No dobrze, na obronę jarzębiny należy nadmienić, że zawiera dużo witaminy C, E, P, K, PP. Ma też dwa razy więcej karotenu niż marchew, działa moczopędnie i wzmacnia przeciw grypie. Podobno zielarze zalecali jarzębinę przy krwawych biegunkach, ale powiem Wam, że lepiej jednak wybrać się do lekarza, zanim człowiek zrobi sobie z tyłka karabin do paintballa. Wszystkie te zalety jarzębina może zresztą wsadzić sobie między liście, bo franca CHCE naszego cierpienia.

Korale czerwone niczym wino (kolejne kłamstwo, chyba że mówimy o Amarenie truskawkowej) są gorzkie jak łzy dziewczyny, łzy wielkie łzy i toksyczne jak opłatek na wigilii pracowniczej. Jasne, można je przemrozić, wysuszyć lub wygotować, żeby przestała próbować człowieka załatwić kwasem parasorbinowym i straciła smak. Tyle że to samo można zrobić z truskawkami i nie będzie nam w mieszkaniu dawało cmentarzem.

Nie zapominajmy również, że jarzębina doskonale nadaje się do gotowania sosów, dżemów i innych metod marnowania połowy dnia przy garach w akompaniamencie głuchego stukotu palców pozostałych członków rodziny, rytmicznie uderzających w ich czoła. Jarzębina niszczy status quo w podstawowej komórce społecznej, to znaczy tej, w której stary spał pijany, zanim zamienił to na sterczenie przy kotle z jarzębiną.

W sumie u nas i tak nie jest tak źle, bo na przykład na Islandii uważano, że Jarzębina to święte drzewo. Ludzie brali jej gałązki i targali ludziom na groby jako amulety przeciwko złym mocom. I jak potem człowiek ma po cichu znicz zawinąć z takiego zajarzębionego nagrobka? W Niemczech natomiast wieszano jarzębinę na kalenicach domów przed burzą, co wyglądało tak odpychająco, ze nasi sąsiedzi wymyślili narodowy socjalizm.

Istnieje również łemkowska legenda, według której Judasz skończył ze sobą właśnie na jarzębie i dlatego nazywają go (drzewo nie otwór w drzwiach do szpiegowania sąsiadów) juda albo judaszowym drzewem. I to jest akurat bardzo prawdopodobne. Pewnie miał dosyć tego, że nażarte jarzębiną jemiołuszki defekują mu na samochód we wszystkich kolorach komunizmu.

Jeszcze słowo do osób urodzonych 1-10 kwietnia oraz 4-13 października. Jesteście delikatni i odporni. Macie samokontrolę tybetańskiego mnicha po taczce Xanaxu no i lubicie się stroić. Nie wiem, dlaczego banda druidów, którzy w 1200 roku p.n.e brykali pod Stonehage składając ofiary z ludzi i wymyślając, jakimi są drzewami, uznała że to istotna informacja, ale proszę. Kiedy następnym razem ktoś was zapyta, po co kupujecie pięćdziesiątą parę sandałów, to powiedzcie mu, że drzewo totemiczne wam każe i niech spada na bukszpan.

Tydzień Anna rozpoczęła od zatrudnienia pralki, aby spełniła swoją rolę i uprała ciemne rzeczy. Potem seniorka wykonała  telefon do działu technicznego spółdzielni zgłaszając cieknący zawór pod sąsiednim mieszkaniem co utworzyło kałużę na posadzce i wcześniej zalało wycieraczkę.

Ostatnio miała szwung do przeglądania niektórych miejsc w chacie co zaskutkowało częściowo wyrzucaniem a częściowo przeznaczeniem do oddania, czyli zaniesienia do sklepu dobroczynnego. Co zrobiła. I niczego tam nie kupiła.

Wracając wstąpiła do punktu ksero gdzie skopiowała ulotkę dla seniorów na temat książek przyjmowania i w publicznych miejscach zostawiania. Otrzymała kartoniki ścinki nadające się na zakładki i dwie książki do biblioteki w Centrum Seniora.

Wyrzucając śmieci zauważyła, że na miejscu obok wiaty, przeznaczonym na śmieci gabaryty, stoi auto.

– Może ktoś stanął na chwilkę – pomyślała.

Jednak wracając z zakupów zauważyła, że nadal stoi. No to się zezłościła i ponownie do spółdzielni zadzwoniła podając numer rejestracyjny.

– Może właściciel chce, aby auto wywieziono na śmieci – pracownica przypuściła.

– Albo, żeby ktoś je uszkodził wstawiając swoje gabarytowe przedmioty.

– To będzie pani świadkiem, że tam stał a ja pójdę i zrobię zdjęcie. Bo jak ktoś uszkodzi pojazd do będzie miał pretensję do spółdzielni a nie do siebie.

Nazajutrz auto znikło. Odjechane czy odholowane zostało?

Od masażysty Anna dowiedziała się, że żołnierze bardzo pomogli jego ciotce w usuwaniu skutków powodzi. Skuli ściany, zerwali podłogę, uporządkowali teren wokół domu, bo woda naniosła pełno wszelkiego złego i śmierdzącego.

Po dyżurze w senioralnej bibliotece porozmawiała z koleżanką z którą były internowane w Gołdapi na temat ewentualnego uzyskania od ZUS-u comiesięcznego dodatku do emerytury należnego kombatantom i osobom represjonowanym. Annie odmówiono tego dodatku, z pomocą znajomej prawniczki napisała odwołanie. Nie dadzą, bo mogą i lubią odmówić. W razie powtórnej odmowy pozostaje jeszcze Rzecznik Praw Obywatelskich.

Koleżanka obiecała zawiadomić inne panie o tej możliwości, bo Związek Osób Internowanych głównie rozsyła informacje o śmierci jednej z represjonowanych kobiet, pogrzebie, zbiórce pieniędzy na wieniec. A tylko dla wybranych organizuje rozrywki w postaci np. rejsu po Odrze. Innych się nie zawiadamia. Dzięki czemu podziały  między ludźmi się pogłębiają. Fajnie, że są lepsi i lepsiejsi? Jak dla kogo.

Ktoś w Siedlcach założył Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Internowanych i Represjonowanych i wymyślił sobie, że cudzym kosztem dowartościuje się organizując zbiórkę pieniędzy na sztandar. Jasne, byłym internowanym najbardziej to właśnie potrzebne jest do życia i szczęścia.

Według Anny powinni głównie zajmować się sprawami bytowymi  – informować o możliwościach uzyskania dodatków do emerytury, polecania zaufanych lekarzy specjalistów i możliwości rehabilitacji stacjonarnej oraz wyjazdowej, bo byli internowani są coraz starsi i mniej lub więcej schorowani. Czyli przede wszystkim POMAGAĆ. I to wszystkim a nie tylko wybranym.

Upalne miasto 123

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************************************************************

Nadchodził dzień Wszystkich Świętych a że Anna nie lubi tłoku postanowiła, jak co roku, wcześniej jechać na cmentarze.

Najpierw wybrała się tam gdzie dojeżdża jednym tramwajem a  grób jest niedaleko od głównego wejścia. Mały, bo pochowano dosłownie prochy – w urnie. Niestety leży przy szerokiej alejce i okazało się, że zniknął wianek z poprzednich świąt oraz znicz. Wianek był przywiązany sznurkiem do krzyża – ktoś odciął i zabrał też znicz, bo nie stał wypalony. Ni śladu, ni popiołu.

Zaradność rodaków wierzących katolików zwala z nóg. Podobno tacy operatywni jeżdżą hulajnogą, robią rekonesans i mają żniwo oraz pełną torbę. No i  kasę na alkohol i trawkę.

Anna tym razem zostawiła mały wianek, przywiązany do krzyża sztucznym bluszczem oraz znicz. Zastanawia się jak długo to tam zostanie. Może warto przełożyć inny, większy wianek od góry na dół  przez krzyż, aby złodziejowi nie było tak łatwo. I pomyślała życzenie, żeby mu, temu złodziejowi,  rączka spuchła i bardzo bolała do śmierci. Nóżka też, a nawet obie.

Na płycie nagrobnej innego członka rodziny też nie było, zostawionego tam przed Wielką Nocą, stroika, także przywiązanego sznurkiem do kamiennych nagrobnych wazonów, bo tak robi, aby  wiatr go nie zwiał. Grób jest z boku innego cmentarza ale to widocznie złodziejom nie przeszkadza. Ponowiła życzenie: A żeby im rączka, nóżka i wszystko inne spuchło oraz nie sklęsło nigdy. Oraz bardzo bolało.

Kolejna środa to kolejny dyżur w bibliotece Centrum Seniora. Zastała w biurze sporo darów w postaci książek, w większości albumy.

– I co my z tym zrobimy? – zafrasowała się Pani Ela.

– Schowamy do szafy i będę wystawiać po jednej – powiedziała Anna.

– Może zostawić i dać jako nagrody w klubach seniora zaproponowała inna pracownica Centrum Seniora.

– I to jest bardzo dobra koncepcja – uznała Anna.

A że w darach było też parę innych książek to te właśnie wystawiła na stole do ewentualnej wymiany. Z czego skorzystała jedna seniorka. Dostała w prezencie dwie, zrobione przez Annę, zakładki.

Natomiast senior zapytał czy może przynieść na wymianę książki ekonomiczne.

– Niestety nie, bo nikt nie będzie nimi zainteresowany – odpowiedziała Anna.

Potem okazało się, że pan był wykładowcą ekonomii, a że ma 82 lata to zapewne te książki są ze słusznie minionego okresu i ekonomii.

Przyszedł poradzić się co ma zrobić bo sieć telefoniczna podsunęła mu do podpisu umowę na której warunki się nie zgadza. Zachłanne hieny są wszędzie. Szczególnie czyhają na seniorów, aby ich wykorzystać. Powinni się marzyć w piekle, już teraz, zaraz.

Podobnie złodziej książek, który bezczelnie znowu przyszedł na łowy i zwymyślał przepędzające go panie obelżywymi słowy.

A nawet żółwiak chiński = bestia z Tokio, opisany na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” jest od tego chama ładniejszy i przyjemniejszy.

Żółwiak chiński to gładkogrzbiety, rurko nosy, błotny bandyta, który dybie na ryby, skorupiaki oraz turystów, sika gębą i wygląda, jakby to wszystko sprawiało mu dużo przyjemności. Każdy z nas zna kogoś takiego. Jeżeli nie z przedszkola to z transmisji obrad sejmu. Tego konkretnego przyjemniaczka miałem okazję poznać osobiście i spędziłem z nim kilka przykrych chwil podczas ostatniej wizyty w Japonii. Teraz korzystając z tego, że dzieli mnie od niego 9000 kilometrów, postanowiłem się zemścić.

Po raz pierwszy spotkałem brzydala w tokijskim parku Yoyogi dwa lata temu podczas podróży służbowej. Pływał sobie w bajorku w pobliżu jednej z drewnianych altanek, które Japończycy nazywają architekturą i miał na mnie wywalone płetwy. Próbowałem go namówić, żeby podpłynął bliżej, ale nie reagował ani na kici kici, ani na to co mówi się potem. Inny kontekst kulturowy, nic nie poradzisz.

Nie podpłynął i już, ale ja się tak łatwo nie poddaję. Moim zwierzęciem totemicznym jest Elmirka z Animków. Dlatego po dwóch latach wróciłem do Tokio, zarezerwowałem miejsce w hotelu obok parku Yoyogi i pierwszego dnia ruszyłem na łowy. Tym razem nie byłem jednak sam tylko w towarzystwie naszej Ilustratorki, którą zachęciłem do spaceru, obiecując, że pokażę jej brzydkiego żółwia w parku.

Udało się i to nie dość, że od razu to podwójnie, bo żółwiaki były dwa, jeden brzydszy od drugiego, ale każdy na swój sposób. Okazuje się, że w Japonii żółwiaki chińskie są uważane za święte zwierzęta. Trzyma się je w zbiornikach wodnych w pobliżu świątyń, żeby turyści mieli się z czym identyfikować w bardzo estetycznym poza tym otoczeniu. Rzut wirusem dalej jest inny kraj z wielkim parkanem no i tam już żółwiak nie jest taki święty, a czasami ląduje nawet na talerzu.

Państwo środka (od palca, który pokazuje prawom człowieka oraz innych zwierząt) dokłada jednak swoje trzy grosze do zachowania gatunku. Raczej nie ze szlachetnych pobudek, ale każdego roku chińskie farmy sprzedają prawie 200 000 ton żółwi, z czego większość stanowią podobno żółwiaki chińskie. Spora część trafia do prywatnych rąk i to nie uzbrojonych w widelce. Ten gatunek żółwia jest całkiem popularnym zwierzęciem domowym. Prawdopodobnie dlatego, że jest brzydki i popyla w akwarium jakby miał motorek pod przykrótkim ogonem.

Poza ogonkiem żółwiaki mają pozbawiony płytek rogowych karapaks, czyli to okrągłe na górze żółwia. Karapaks żółwiaków jest cały pokryty grubą i dość gładką skórą, dlatego po angielsku żółwiak nazywa się żółwiem miękko skorupowym. Z drugiej strony jest to co najgorsze, czyli głowa żółwiaka na długiej szyi. Skoro już przy niej jesteśmy, to żółwiaki należą do żółwi skrytoszyjnych, co odnosi się do sposobu, w jaki chowają głowę w skorupie. Kiedy coś im się nie spodoba na habitacie, wciągają szyję między przednie łapy, składając ją w literę S. Dla odróżnienia i niepotrzebnego skomplikowania sytuacji istnieją również żółwie bocznoszyje, które chowają głowy przez zgięcie szyi w bok w kierunku jednego z ramion. A Wy jak robicie?

Większość żółwi sika przez kloakę tak jak ptaki oraz prezes Facebooka. Żółwiak również potrafi tak robić, ale często decyduje się na bardziej obrzydliwe rozwiązanie. Wydalanie moczu przez kloakę wiąże się z dużą utratą płynów. Niby nic takiego jak się całe życie spędza w bajorze. Problem w tym, że woda, w której żyją żółwiaki, często jest dość słona i jej picie bywa ryzykowne. Dlatego żółwiak opracował własny sposób. Kiedy chce zrobić siku w słonym środowisku, to otwiera buzię, wciąga trochę wody i zaczyna mielić jęzorem. W ten sposób wypłukuje mocznik z otworu gębowego prosto do sadzawki i tak też wygląda produkcja Carlsberga.

No więc całe to skondensowane zło w jego skórzastym powabie podpłynęło do brzegu sadzawki kiedy tylko postawiła na nim stopę nasza ilustratorka. Drań nawet rurki z wody nie wystawił kiedy to ja chciałem się na niego z bliska pogapić, tylko zwiał, gdzie lotos rośnie, mrucząc pod nosem, że jakby chciał zobaczyć coś brzydkiego, to ma lustro w domu. Tak więc Japonia mocne 3/10, bo najadłem się rosołu z makaronem.

Anna za to ugotowała zupę na drobiowej porcji rosołowej i jarzynce bez pora. Pory to ona lubi nosić na nogach. Za to dodała małego buraka.

Po wystygnięciu zawartości obrała z mięsa kości, a raczej kosteczki. I poczuła się jak Kopciuszek przebierający mak. Bo wredna macocha wsypała ziarenka do popiołu i kazała oddzielać. Lupy nie dała.

Ale wracając do zupy to zawartość garnka zmiksowała i do pojemniczków rozlała. Niektóre do zamrażalnka lodówkowego wsadziła, bo zamrażarki nie ma. Kolor lekko czerwony jej nie przeszkadza, bo tak naprawdę jest malinowy. Kolor, nie smak. Owocowych zup nie lubi.

W trakcie następnego dyżuru bibliotecznego w Centrum Seniora zrobiła porządek na półkach (zawsze ktoś buszujący tam wszystko poprzestawia) i zajęła się książkami jakie ktoś zostawił. Większość z nich dotyczyła zdrowia, stosowania diet, zawierały przepisy kulinarne, poza tym o czakrach, tarocie (bez kart), kotach perskich oraz cztery pozycje beletrystyczne. Te zdrowotno – kulinarne były w dwóch wersjach: niedawno wydane, w twardej oprawie (XXI wiek) oraz broszurowe z ubiegłego wieku.

W ramach promocji można było za jedną swoją książkę wziąć, z regału lub stołu, dwie z czego seniorki chętnie skorzystały.

Wracając do domu wstąpiła do optyka gdzie czekały na nią nowe okulary. Dopłaciła konieczną sumę a pracownica dopasowała jej zauszniki. Na ladzie stała witrynka z trzema oprawkami sygnowanymi przez projektantkę Ewę Minge. Każdej koszt oscylował wokół tysiąca złotych, ha, ha, ha. Pogoda dla bogaczy.

Idąc do domu stanęła w słonecznym miejscu, aby sprawdzić, czy szkła rzeczywiście są fotochromowe. Zadziałały.

Upalne miasto 122

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

Poniedziałek,  czyli ostatni dzień września przyniósł Annie mieszane doświadczenia.

Na dworze było słonecznie i chłodno ale przyjemnie. Przy wiacie śmietnikowej znalazła papierową torbę z dwoma parami spodni, zabrała ją, bo akurat wybierała się, że swoimi rzeczami do sklepu dobroczynnego. Idąc do przystanku spotkała znajomą, którą skomplementowała za kolorystykę ubrania. Dotąd z upodobaniem nosiła kolory ziemi a że od lat pali papierosy cera jest adekwatna do nałogu. Tym razem była jak żółty kwiat a nie wysuszona gleba. Na co usłyszała, że jest podobna do niepełnosprawnej osoby noszącej zawsze ze sobą, w dwóch dużych torbach i plecaku, swój dobytek ponieważ boi się, że ją okradną. No, nie ma jak empatia i inteligencja emocjonalna. Papierosy te uczucia zabijają? A może to cecha wrodzona?

Anna powiedziała, że w torbach ma rzeczy przeznaczone do sklepu dobroczynnego i idzie do autobusu, bo z torbami to jednak ciężko. Na miejscu, czyli w sklepie, przejrzała pobieżnie ofertę i wybrała starą, zniszczoną, z luźnymi kartkami, książkę. Przy płaceniu sprzedawczyni zapytała seniorkę czy zbiera takie właśnie,  na co ona, że najpierw książkę przeczyta a potem wykorzysta do rękodzieła i wyliczyła jakiego. Dziewczyna stwierdził, że dobrze jest mieć na emeryturze jakieś hobby, bo bez pracy powstaje w życiu pustka.

– Ja akurat jej nie odczuwam, oprócz zajmowania się rękodziełem napisałam książkę w której zabiłam swoich wrogów.

Bardzo się to ekspedientce spodobało. Może kiedyś swoich też tak załatwi.

W drodze do punktu ksero pozbierała trochę kasztanów, w łupinach i bez. Miła i przeważnie uważna kobieta obsługująca ksero tym razem, z powodu rozmowy ze znajomą, popisała się nieuwagą z konsekwencjami. Seniorka jej to darowała. Przy okazji z kaloryfera, gdzie można zostawić niepotrzebne książki, zabrała jedną książkę z przeznaczenie do biblioteki w Centrum Seniora.

W owadzim sklepie nie było suchych wafli za to myląca informacja co do promocji pt. KUP dwa, za drugi zapłacisz tylko złotówkę. Tylko, że oferta jest od jutra. To po cholerę informacja wisi już dziś?!

Tyle dobrego, że zgubienie karty klienta nie ma konsekwencji, wystarczy podać numer telefonu.

Pierwsza październikowa środa nie była dla Anny łaskawa. Za oknem szaro, buro i ponuro oraz deszczowo. Ani śladu złotej polskiej jesieni. Na złośliwy początek dnia zastrajkował odbiór telewizji. Samodzielne próby nawrócenia go na dobrą drogę rezultatu pożądanego nie dały. A więc telefon do sieciowego konsultanta, który zasugerował jedno działanie, czekanie i kicha, czyli kaszana. Drugie, też z czekaniem,  spowodował zamieszanie, wyświetlanie dziwnych informacji i kolejnych, i kolejnych oraz dalszych, następnych frustrujących. Seniorka nieustannie była z konsultantem na łączach. Trwało to czterdzieści minut. Chyba rekord pobiliśmy. Na koniec zmęczona Anna powiedziała:

– To ma pan sukces, proszę go wpisać w swoje CV.

– A to do moich przełożonych proszę.

Na szczęście nie było jak w czeskim filmie „Straszne skutki awarii telewizora”.

Po tej akcji zapakowała książki i różne dokumenty do dwóch toreb dołożyła parasol i poszła na przystanek skąd miała dobre połączenie do Centrum Seniora  – dwa tramwaje i jeden autobus. I NIC o określonej porze nie przyjechało! Bo spadło trochę deszczu a nie ulewa z wichurą. Czekała i czekała a potem podkurzona musiała pojechać tramwajem jednym a potem przesiąść się do następnego.

Dyżur biblioteczny przeszedł spokojnie więc w niezłym nastroju pojechała do fundacji po prawniczą konsultację. Potrzebuje pomocy, bo ZUS uznał, że nie przyzna dodatku do emerytury, bo nie. Mimo zaświadczenia Szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, że była osobą represjonowaną z powodów politycznych. Potrzebne jest odwołanie od decyzji i to w stylu prawniczym a nie osobistym. A cisną się seniorce pod palce różne, mało przyjemne do tej instytucji, stwierdzenia.

W trakcie kserowania dokumentów zapytała obecne panie:

– Czy oni myślą, że mnie internowali za (ZA, a nie NA) piękne oczy?

Jedna z nich odpowiedziała:

– Patrząc na pani zdjęcia z młodości to bardzo prawdopodobne. A i teraz im nic nie brakuje.

Nie ma to jak poczucie humoru i żart rozładowujący niemiłą, dzięki zadowolonej z siebie instytucji,  atmosferę .

A w tramwaju aż dwie osoby ustąpiły Annie miejsca. I miło się zrobiło.

Czasami piecze sobie sernik, kupuje nieduży kawałek tłustego  sera, miksuje, dodaje kopiatą łyżkę mąki ziemniaczanej, żółtka, ubite białka, śmietanę lub wystudzone masło klarowane i bakalie, miesza i wlewa do wyłożonej papierem małej tortownicy. Bez ciasta/herbatników na spodzie. Lubi przypieczony i nie przejmuje się opadnięciem.  Lubi to sobie opada. Szkoda, że nie można go jeść po wyjęciu z piekarnika, bo wtedy jest glutem a nie sernikiem. Trzeba odczekać na zupełne ostygnięcie i jeszcze trochę. To trochę zależy od wielkości ciasta. A ostatnio z Internetu dowiedziała się, że jest to sernik baskijski. Taka jest zdolna, ha, ha, ha.

W niedzielę 6 października Nagrodę Literacką NIKE  2024dostała wrocławska poetka Urszula Kozioł. Za tom „Raptularz” w którym rozlicza się z życiem. Ma 93 lata i powinna była dostać ją już dawno. Ktoś się pewnie zorientował w jakim wieku jest poetka i że niedługo może odejść. Szkoda, że nie 10 – 15 lat temu.

„Jeśli ktoś łaknie słów, a drugi człowiek ma w sobie coś, co mogłoby tę potrzebę zaspokoić, nie zjada tych słów, nie chowa ich w sobie, tylko dzieli się” – pięknie sprecyzowała, czym jest literatura.

A to jej wiersz

 „Bez zasięgu”

Przestałam podobać się sobie

i słowom

uciekają ode mnie

chciałabym już

nie być

prawdę mówiąc

tutaj już nie ma mnie

rozłączyłam się ze sobą

odeszłam od siebie

ale nie wiem dokąd

ziemia uciekła mi spod nóg

nie mam komu powiedzieć

co mi się stało

i że dzieje się coś

co nie miało się dziać

świat troi mi się w oczach

ucieka ode mnie

nie mam gdzie zostać

podziewam się spadając

w NIC

rozglądam się pamiętając

że chyba

zaczynam już na dobre

zanikać

wychodzę z domu żeby ktoś mnie zobaczył

ale

oblegają mnie omamy wrzaskliwą ciżbą

podtykają mi pod nos mikrofon

całkiem niepotrzebnie

całkiem niepotrzebnie

z tego miejsca nie ma zasięgu.

Nagrodę Nike od czytelników dostał, też wrocławianin, Michał Witkowski autor słynnego „Lubiewa”.

Upalne miasto 121

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Sprzątanie po powodzi, na niektórych terenach, będzie trwać jeszcze długo. Odbudowywanie dóbr materialnych i psychiki jeszcze dłużej. Poszkodowani różnie reagują na straty. Jedni zakasują rękawy i sprzątają, inni się załamują i piją. Kobiety także.

A co robią goryle po stracie swego miejsca?

GORYLE górskie –  nasi bracia więksi

I po co Wam była ta ewolucja?

Goryle to największe człekokształtne małpy na świecie i niedościgniony wzór bywalców osiedlowych siłowni. Samiec może ważyć nawet 200 kilo i mierzyć dwa metry. Jest też 4-10-krotnie silniejszy od człowieka, a w niektórych przypadkach sprawniej posługuje się kijem do strącania owoców.

Samiec goryla górskiego może mierzyć nawet dwa metry i ważyć ponad dwieście kilogramów. Wiecie, ile trzeba mięsa, żeby wykarmić takiego bydlaka? Otóż okazuje się, że zero. Goryle są niemal wyłącznie roślinożerne i poza okazjonalnym robalem czy myszą żywią się owocami i inną zieleniną. Dziennie jeden goryl zjada od 20 do 25 kilogramów różnych chabaziów i wcale mu od tego nie ubywa siły.

Kto nie oglądał goryli we mgle ręka do góry, a potem po pilota i do telewizora. To jeden z tych filmów, które pokazują, że media mogą zrobić coś dobrego, nie tylko dla ich właścicieli. W latach 60. ubiegłego wieku Dian Fossey zaczęła badać goryle górskie, krytycznie zagrożony wyginięciem gatunek człekokształtnych, który siedział sobie w górach Afryki Środkowej i Wschodniej i bardzo starał się nikomu nie wchodzić w drogę. Żadnego porywania wiotkich lambadziar i targania ich na szczyt Empire State Building czy szlajania się z przerośniętymi jaszczurkami po mieście. Tylko owoce, spacerki w lesie i leżenie gorylem do góry.

W warunkach naturalnych goryle żyją zwykle 10 lat. Tymczasem w niewoli dożywają nawet sześćdziesiątki. Nie oznacza to oczywiście, że im tak wygodnie w klatce albo, że dzikie banany im szkodą. Są oczywiście czynniki środowiskowe na przykład lamparty, które chętnie przekąszą sobie mniejszego goryla. Przede wszystkim jednak gorylom w życiu przeszkadza kurczący się habitat i kłusownicy, którzy próbują je złapać. Ludzie, którzy dzielą ojczyznę z gorylami, zużywają bardzo dużo węgla drzewnego. Niestety tam skąd oni go biorą, tam ubywa drzew gorylom. Jednym z ważniejszych działań pomagających ratować goryle jest więc po prostu sadzenie dużych ilości roślin naokoło ich habitatów, tak żeby to je można było przerobić na węgiel.

Goryle są gadatliwe i to zarówno na głos jak i po cichu. Wyróżniono co najmniej 20 różnych dźwięków, jakimi wyrażają emocje i wiele gestów, których używają do opowiadania niekiedy bardzo złożonych historii. Znany jest przypadek goryla, który opowiedział o tym, że kłusownik zabił mu mamę. Fajnie, że potrafił to zrobić, szkoda, że nie miał czegoś milszego do opowiedzenia, ale to już nie jego wina.

Jeszcze w 2010 roku goryli górskich było jedynie 600. Dzięki temu co rozpoczęła Dian Fossey i rosnącej świadomości (no wreszcie) wśród ludzi goryli górskich jest obecnie około 1000. Nadal mało, ale tak właśnie wygląda sprawa z równowagą w przyrodzie. Zakłócić ją łatwo, a potem trzeba nadrabiać po jednym gorylu na raz.

Pomimo wyglądu kominiarza, którego pokąsały pszczoły, goryl górski jest bardzo spokojnym zwierzęciem. Gdzie mu tam do szympansów czy tym bardziej ludzi. Tymczasem dzielimy z nimi aż 98,7 % DNA i po wspomnianych szympansach to najbliżej spokrewnione z nami małpy (mamy z nimi wspólnego przodka). Wygląda na to, że gdzieś pomiędzy 99 a 100 procentem coś zaczyna się poważnie pierdzielić. Człowiekowaty coraz rzadziej zajmuj się iskaniem, a częściej akwarelistyką i czystkami etnicznymi. To pewnie wina tego boskiego pierwiastka, który odróżnia nas od zwierząt.

Goryle górskie żyją w grupach rodzinnych, które najczęściej liczą od 5 do 30 członków. Przewodzi im dominujący samiec, którego nazywa się srebrzystogrzbietym ze względu na to, że mu plecy osiwiały od ganiania po lesie za dziećmi. Jeżeli przewodnikowi stada coś się stanie, wtedy samice ruszają na poszukiwania kogoś, kto pomógłby kontynuować ten dobrowolny patriarchat.

Żeby nie było tak różowo. Goryle mają również skłonności do koprofagii co poza tym, że jest trochę fuj, daje nadzieje, że odnajdą się na współczesnym rynku spożywczym. Byliście ostatnio w KFC? Odmawiam uznania, że to z powodu mojego wieku skrzydełka zaczęły robić mi krzywdę.

Wiem, że zniszczę pewnie parę dzieciństw, ale goryle wcale nie lubią majtać się na lianach. Jeżeli to od nich zależy, to w ogóle trzymają się z dala od wysokości, bo są po prostu za ciężkie, żeby świrować pawiana. Wyjątkiem są niektóre lżejsze samice i dzieci, ale nawet one uznałyby, że tarzanowi się styki popaliły.

Nazwa goryl pochodzi od greckiego „gorillai” i oznacza plemię owłosionych kobiet. Po raz pierwszy użyto go w V wieku przed naszą erą kiedy pewien żeglarz z Kartaginy zobaczył goryle po baaardzo długim i samotnym rejsie.

Pewnie się zastanawiacie skąd tak długi opis. Temat jest ważny – to po pierwsze. Po drugie Wczoraj, czyli 24 września obchodziliśmy dzień goryla. Z tej okazji wypijmy napój izotoniczny za właściciela najlepszego gluteus maximus w całej dżungli. Pamiętajmy o gorylach i o tym, żeby robić nogi.

W trakcie dyżuru bibliotecznego Anny nie przyszedł żaden goryl, szympans czy inna małpa. I bardzo dobrze.

Potem pojechała do znajomej prawniczki, aby pomogła w zrozumieniu urzędowych pism, bo dla seniorki często są one tak jasne jak instrukcja obsługi samolotu.

Po drodze na przystanek wstąpiła do sklepu obuwniczego i nabyła półbuty, bo jesień za pasem i pod nogami. Poprawiła porcją lodów z kultowej lodziarni. Słoneczko przygrzewało a w autobusie miała siedzące miejsce.

Przed drzwiami sąsiadki na parterze znalazła reklamówkę z owocami. Nie zabrała jej sobie tylko zadzwoniła i zgubę oddała. Kobieta ma 90 lat –„starość nie radość” i czasem nieuważność. W rozmowie przyznała, że dopiero od 20 lat nie pali. I, że przypadkowo kiedyś przegoniła dwóch zbirów włamujących się do jej sąsiadki z naprzeciwka. Mieszkańcy nie domykają drzwi wejściowych licząc, że same się zamkną. Ale nie jest to szczyt techniki i zarówno latem jak i zimą trzeba je domknąć, bo tylko wtedy działa urządzenie domofonowe.

Następnego dnia niczego nie znalazła a ją znalazł, czyli pokropił deszcz. Przed wyjściem wychyliła się z okna, aby sprawdzić temperaturę (sandały czy półbuty) i nie padało. Zeszła z 4-tego piętra – rozdeszczyło się. Jednak nie poddała się i nie poszła po parasol tylko do okulisty. Zwierzyła się, że miejsca gdzie robią drobne zbiegi okulistyczne (np. usuwanie małych narośli) każą sobie płacić. Dostała namiary na następne. Szczęście w nieszczęściu, że skierowanie jest  ważne do realizacji zabiegu a nie przez miesiąc. I poprosiła o receptę na okulary, bo czas na zmianę. Obecna oprawka się zużyła i trochę skrzywiła nie bez pomocy właścicielki. Stan jej oczu można określić: jest dobrze lecz nie beznadziejnie. Jedno oko po witrektomii, oba po usunięciu zaćmy, na tym lepiej widzącym powstaje wtórna zaćma ale nie jest jej na tyle dużo, aby laser zauważył i usunął. No, przecież nie może być prosto i normalnie. Diabeł stróż, jak Lenin, wiecznie żywy.

Okulistka zapytała czy Annę nie denerwuje zdejmowanie okularów do czytania na co ona:

– Mam to w nosie. Gdy pracowałam przez wiele lat  nosiłam okulary dwuogniskowe progresywne do których przyzwyczaiłam się bez problemu. Miszczem progresywnych byłam – zażartowała.

Naprzeciwko gabinetu jest optyk, więc zrobiła rozeznanie oprawkowo  cenowe za całość, szkła w oprawkach. Tanio nie jest za to szybka realizacja.

A w sklepie spożywczym, bezklientowym w tym momencie, podsłuchała rozmowę ekspedientek. Jedna z nich opowiadała doświadczenie jakie miała z klientką Ukrainką. Nie mogła się z nią porozumieć, więc ta wyciągnęła telefon i skorzystała z tłumacza. Sprzedawczyni była pełna podziwu dla jej zaradności.

Wcześniej zapisała się na wizytę do optyka, który kusi niskimi cenami. Okazało się, że dotyczą one najzwyklejszych szkieł i małego wyboru oprawek.

Zapytała czy po badaniu będzie musiała zamówić u nich okulary. Tak, jeśli tego nie zrobi to badanie kosztuje 150 złotych. Poprosiła też o wycenę wybranej oprawki plus szkła z fotochromem. Wyszło taniej niż w poprzednim zakładzie za to dłuższy termin oczekiwania. Dobrze, że była wcześniej u okulistki, bo badanie u optyka nie wykazało początków wtórnej zaćmy  i zasugerowany dobór szkieł był trochę inny. Stanęło na tym co zaleciła okulistka.

 

Upalne miasto 120

              Upalne miasto 120

W tym odcinku też tylko prawdę napisałam.

*****************************************************

Czwartek 19.09.24

Numer siedem siódemek (71) 7777777 infolinią  w sprawach powodziowych.

Centrum Zarządzania Kryzysowego Wrocławskiego Centrum Rozwoju Społecznego organizuje i koordynuje wolontariat powodziowy. Zgłosiło się ponad 7000 osób, nie tylko Polacy.

Odra we Wrocławiu jeszcze się nie wystąpiła z brzegów. Woda w niej zasuwa z prędkością niecodzienną, jakby spieszyła się z dostawą do morza. Słonecznie, opady przez meteorologów nie są przewidziane.

Ludzi dobrej woli jest więcej, niosą wszelką pomoc poza naszym miastem, na facebooku podają co i gdzie jest potrzebne, co już dostarczono.

Niestety nie brakuje w mediach społecznościowych trolli i fake newsów siejących panikę i z satysfakcją zwalając winę za wszystko, na obecny rząd, który lekko nie ma.

Ratowane są też zwierzęta – psy, koty a nawet gołębie.

W Nysie zalany jest szpital, można wpłacać pieniądze na podane w telewizji konto.

W telefonie kliknęłam coś mało inteligentnie, wysłałam sms na numer 8001 i play zaraz wystawiło mi fakturę na 37 groszy. Pojęcia nie mam co to za numer. Pomocowy czy naciągaczowy?

Zrobiłam zapas wody w dwóch miskach i trzech dużych słoikach.

Na osiedlu spokojnie, idąc po zakupy zobaczyłam kilka niedużych, zieloniutkich worków z piaskiem, luźno postawionych pod długim budynkiem. Ktoś się rozmyślił czy czekają na dostawę?

Przeczytałam swój tekst opisujący powódź z 1997 roku, bo na blog wkleiłam go nie czytając. Nie da się ukryć, strasznie było.

Wojsko prowadzi operację „Feniks”, której zadaniem są:

  • zapewnienie bezpieczeństwa (monitorowanie wałów),
  • pomoc zdrowotna (punkty medyczne, ewakuacja),
  • wsparcie mobilności (odbudowa dróg),
  • logistyka (dostawy żywności i wody),
  • szkolenia w zakresie zarządzania kryzysowego.

Jakiś typ przebrany w żołnierski mundur, jeżdżący autem na fałszywych numerach chodził i straszył ludzi, że będą wysadzane wały. Sam to wymyślił czy ktoś go wynajął? I komu zależy na sianiu paniki?

Szabrownicy okradli jubilera w Lądku,  ratowników we Wrocławiu wykorzystując ich sen, komuś ukradli samochód, innej osobie okradli garaż.

Powodzianie w połowie października dostaną po 10000.- złotych, a potem 100 000 lub 200000 zł bezzwrotnej zapomogi na remonty.

Piątek 20.09.24

Obudziłam się w nocy, bo usłyszałam damski głos mówiąc głośno i wyraźnie: ziemniaki. Przyznaję, że trochę się przestraszyłam. Zapaliłam światło, wzięłam książkę „Co się mieści w dwóch walizkach. 11 lat w klasztorze” Veroniki Peters. Ten klasztor jest w Niemczech, akcja toczy się tuż przed zburzeniem muru berlińskiego i potem. Nie ma  niej żadnych skandalizujących opowieści, żadnego molestowania, wykorzystywania. Między słowami można jednak wyczuć poniżanie, obrażanie i manipulację.

15 września prezydent Wrocławia ogłosił alarm przeciwpowodziowy dla miasta.

Fala kulminacyjna ma dotrzeć do nas dzisiaj. Pójdę na Mosty Warszawskie zobaczyć jak wygląda sytuacja.

Ale zanim to zrobiłam przyszedł młody  fachowiec i powiedział: więcej gazu! I stała się najpierw śmierdząca woń a potem płomienie.

Zrobiłam zdjęcia kanału i Odry – w jednym nurcie spokojnie, druga woda zalała przedwałową przestrzeń. Zastawiono wejścia na wały. Ten niedaleko mnie jest ulicą Pasterską. Nigdy nie widziałam, aby coś się tam pasło a i domów brak.

W tanim sklepie wiader brak za to dużo misek. Kupiłam nożyczki z ząbkami dla znajomej spoza Wrocławia.

Pojechałam do placu Bema, aby tam zobaczyć jak się zachowuje rzeka, szczególnie przy budynku o nazwie Młyn Maria, bo w 1997 roku było tam groźnie. Na szczęście władze miasta odrobiły lekcję i postawiły obok dźwig z łapą, która w razie potrzeby wybiera, tamujące wodę na przęsłach, gałęzie i inne zawaliwody.

W prywatnej piekarni sprzedający mężczyzna bardzo kontaktowy i szybko obsługujący. O godzinie 14,30 chleb, choć nie w powalającej ilości, był na półkach. Także bułki, rogaliki i chałki. I bez długiej kolejki. W tej piekarni nie można płacić kartą, albo gotówka, albo blik. A gdy powiedziałam, że go nie mam sprzedawca poprosił, abym sobie  zainstalowała specjalne dla niego. Rozbawił mnie.

Słonecznie, na ulicach spokojnie, tylko czasem słychać warkot helikopterów.

Z osiedla Opatowice ewakuowano cztery osoby – dwoje dorosłych i dwójka dzieci. Ta część Wrocławia jest otoczona wodą, bo znajduje się na ternie zalewowym Oławki.

Zalany Paczków gdzie mieszka jedna z koleżanek z którą byłam internowana w Gołdapi. Nie mam z nią kontaktu.

Znajoma aktorka Beata Rakowska ogłosiła na facebooku, zbiórkę różnych potrzebnych rzeczy dla mieszkańców Stronia Śląskiego. Brawo Pani Beato!

Sobota 21.09.24

Wczoraj wieczorem wymyśliłam, że w bibliotece Centrum Seniora zrobię promocję i będę wymieniać dwie biblioteczne książki za jedną od czytelnika/darczyńcy i zostanie dodana, zrobiona przeze mnie,  zakładka do książki jako bonus. Już napisałam informację na kartoniku. Zobaczę czy pomysł zadziała.

No, nie mogę tylko siedzieć i stresować się rozmyślaniem: zaleje czy nie zaleje? Będzie w kranie dobra woda, czy trzeba ją będzie dźwigać z beczkowozu?

Zbierane są dary dla powodzian, między innymi w Czasoprzestrzeni (dawna zajezdnia tramwajowa na Biskupinie). Mam nadzieję, że ludzie nie będą sobie czyścić piwnic, strychów i komórek z gratów i dawać je w przekonaniu, że są bardzo szlachetni. A tak niektórzy z robili w 1997 roku. Nie byli. Wtedy nawet ze Skandynawii chciano podarować naszym powodzianom zapleśniałe kontenery.

Ponad 200 szkół zostały zalane, zniszczone. Dzieciom z tych szkół zostaną zapewnione „zielone szkoły”, pierwsza grupa przyjedzie z Kłodzka do Sopotu. Jest to program „szkoła szkole”.

Osoby sprzątające bałagan popowodziowy grozi tężec, konieczne jest ich szczepienie.

Głuchołazy przestały istnieć, restauracja została zalana pod sam sufit. Na odbudowę miasta trzeba będzie wydać ćwierć miliona złotych.   

Niedziela 22.09.24

W 1934 roku siedmiometrowa fala wody nawiedziła Kotlinę Kłodzką i zgarnęła po drodze co mogła. W 1997 roku powódź zniszczyła, nie tylko tam,  co tylko mogła. Mamy 2024 rok i Kolina Kłodzka nadal bezbronna.

Przez kilka dni wrocławskie cmentarze były zamknięte. Od dziś już można tam odwiedzać groby.

Poniedziałek 23.09.24

Na remont i wyposażenie szpitala w Nysie potrzeba 6,7 miliona złotych.

A do wyciągania wilgoci z  zalanych domów urządzenia „osuszacze”.

Na wrocławskich osiedlach Ołbin i  Nadodrze są zbierane prywatne worki z piaskiem. Co stanie się z tymi pod innymi budynkami? Doczekają wiosny?

Odra nadal przepełniona i pędzi przez województwo lubuskie grożąc zalaniem paru miejscowościom.

Woda we wrocławskich kranach zdatna do picia.

Kłodzkie Schronisko dla Zwierząt to jedna wielka ruina i pobojowisko, raczej pozalewisko.

Czy jesteśmy skazani na zagładę i nic na to nie możemy poradzić?

Upalne miasto 119

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki.

Ten odcinek to prawda i tylko prawda.

*************************************************************************

Poniedziałek 16.09. 2024 r.

Powódź zdemolowała Kłodzko, Nysę, Bystrzycę, Stronie Śląskie. Ogłoszono stan klęski żywiołowe w województwach Dolnośląskim, Opolskim i Śląskim. Niektórzy mieszkańcy nie chcą się ewakuować, z obawy, że dom czy mieszkanie rabusie im ogołocą. O tym, że mogą zginąć nie myślą.

 Ludzie w panice ogałacają z różnych artykułów sklepy. We Wrocławiu w supermarketach brak chleba i wody.

Na szczęście nie piję butelkowanej tylko przegotowaną kranówkę. Trzeba będzie jutro zrobić zapas wody. Mam wannę, 3 miski i 2 wiadra. Jakbym miała taszczyć wodę z beczkowozu na 4-te piętro jak w 1997 roku to wolę śmierdzieć. Nie mam już na to siły.

Największa fala ma przypłynąć do W-wia w środę po południu. Byłam dzisiaj na Mostach Warszawskich, kanał i Odra w normie. Z terenu między wodą a wałem ewakuuje się Beach Bar.

Przez Wrocław przepływa pięć rzek i to  ile w nich będzie wody zdecyduje o sytuacji w mieście.

W sklepie Dino, około godziny 13-tej, zapasy wody butelkowanej w końcówce. Kupiłam te produkty, które akurat mi się skończyły albo są tylko ich resztki. W kolejce i na ulicy rozmowy tylko o powodzi.

Na poczcie ogromna kolejka – nie stanęłam, aby odebrać awizowane przesyłki. Byłam wtedy w domu, mógł listonosz je dostarczyć ale poszedł na łatwiznę, w dodatku w piątek  nie było listów w urzędzie, bo nie oddał. Lubi mieć? Czy… polubił i  przyswoił?

U optyka osoba naprawiająca okulary zachorowała i nadal męczę się z krzywym zausznikiem. Siła złego na jednego starszego.

Tak, wiem – zalani mają o wiele gorzej.

Około 18-tej znowu zaczęło padać. Po cholerę, ja się pytam!

Wtorek 17.09.24

Siła złego na niejednego. Nie dość, że zagrożenie powodzią to właśnie teraz zaczęto wymieniać w piwnicy naszego budynku rury doprowadzające gaz, bo są bardzo zniszczone. I nie będzie go do poniedziałku – powiedział młody fachowiec. Jak to było? Nie należy zabijać posłańca przynoszącego złe wiadomości? No to nie zabiłam. Ale albo będę obiady jadać na mieście, albo kupię elektryczną płytkę i to chyba tańsze będzie.

Mam tylko małą grzałkę elektryczną, obiadu nią nie ugotuję.

Na dworze słonecznie i ciepło. W telewizji różne stacje zdają powodziowe relacje. Także podają różne działania rządu, ludzi oraz instytucji dobrej woli na rzecz powodzian. Oraz spontaniczne działania różnych osób, które ratują nie tylko ludzi ale i zwierzęta, nawet swoje jeże.

Jak odbudować swoje życie gdy straciło się wszystko oprócz dokumentów i zdjęć? Czy wystarczą zapomogi? A co psychiką? Trudne zadanie przed władzami – czy dadzą sobie z tym radę, czy bezdusznie dadzą jakąś kwotę i „dalej radźcie sobie sami”?

Tak jak w 1997 roku słychać czasem warkot helikopterów.

Dobrze mieć odskocznię od złych myśli w takich momentach – skończyłam czytać czasopismo „Książki”, wycięłam z niego materiały do rękodzieł i przeszłam do robienia nowych kart ATC.

Dzisiejszy całościowy masaż też mi pomoże pozbyć się stresu. Ciotka masażysty mieszkająca na wsi, nad rzeką, między Lądkiem a Kłodzkiem właśnie wyremontowała cały rodzinny dom. Przyszła woda i po remoncie. Dobrze choć, że jako jedyna na tej ulicy jest ubezpieczona.

Okazało się, że obok gabinetu jest optyk. Wchodząc zauważyłam przy drzwiach sześć worków z piaskiem.

– O, widzę, że są panie przygotowane – powiedziałam.

Pokazałam szkodę jaką sobie wyrządziłam, bo „Starość nie radość i nieuważność”. Zostawiłam, na czas zabiegu, okulary z nadzieją tylko zapytałam ile to będzie kosztować.

– Jeśli z naszą śrubką to pięć złotych.

Okazało się być bezkosztowo, więc bezinteresownie pooglądałam oprawki wystawione w gablotach. Właściwie spodobała mi się tylko jedna. Nie najtańsza.

Na poczcie znowu był ogon jak do mięsnego w Peerelu. Ustalili przedziwne godziny otwarcia i zostawianie awizo w skrzynce bez sprawdzania czy adresat jest w domu. Listonosz mógłby chociaż zadzwonić domofonem i poprosić o zejście na dół. Odrobina dobrej woli bardzo pożądana jest.

Postanowiłam więc pojechać do galerii handlowej, aby kupić jednopłytową kuchenkę elektryczną do przetrwania braku gazu konieczną. Wyboru nie było ale szwendanie się po sklepach i wyszukiwanie innej opcji odpuściłam sobie. Młoda ekspedientka wyraziła nadzieję, że nas nie zaleje, bo też mieszka na moim osiedlu.

Środa 18.09.24

Taka informacja:

„Punkt z darmową kawą i ciepłym ciastem dla strażaków, medyków oraz wszystkich wrocławskich ratowników już działa! Stoimy na rogu Borowskiej i Armii Krajowej (obok Komendy Wojewódzkiej PSP oraz Szpitala Uniwersyteckiego) codziennie od 9 do 19, a kiedy nadejdzie wielka woda- również w nocy.

Będziemy do dyspozycji aż zły czas minie i nad naszym miastem znowu wzejdzie słońce

Tymczasem – w imieniu całego zespołu brazylijskiego konsulatu- życzymy spokojnego dnia!”

-poinformował dzisiaj Radek Tadajewski – Konsul Brazylii we Wrocławiu.

Niestety osiedla Stabłowice, Marszowice już zalane, te ostatnie zabezpieczyły nawet swoje nasadzenia. Cmentarz podtopiony. Woda blisko przęseł mostu Grunwaldzkiego. Uniwersytet, ZOO i Narodowe Forum Muzyki potrzebują pomocy przy układaniu worków z piaskiem.

Idąc do tramwaju spotkałam sąsiadkę z innej bramy. Zapytała czy zrobiłam zapasy. Na wypełnionej torbie z kółkami miała następne, też pełne. Nie zapytałam o zawartość.

Jadąc, z Ołbina przez Nadodrze i Stare Miasto, na dyżur biblioteczny w Centrum Seniora, widziałam pod niektórymi sklepami, instytucjami, budynkami białe, czarne, granatowe worki z piaskiem. Niektórzy zastosowali podwójną barierę i worki położyli na grubej folii.  Parę spotkań zaplanowanych w ramach Dni Seniora zostało odwołanych. Policjanci przekazali Schronisku dla Zwierząt dużą ilość karmy.

Chama można spotkać wszędzie, w bibliotece i pocztowym urzędzie. Tu akurat pani była bardzo miła i pomocna za to klient tatuś z kilkuletnią córką rozsiedli się na jedynych dwu krzesłach dla klientów. Kompletnie nie zauważając stojących niedaleko nich seniorek. Do córki powiedziałam: ustąp mi miejsca, bo zaraz padnę. Usiadłam a rozparty tatusiek do mnie: proszę. Powiedziałam „proszę” ale dodałam: „szkoda, że pana córka nie ma odruchu ustępowania starszej osobie”. Na co on: „a niby dlaczego ma ustąpić? Szkoda, że pani nie ma kultury”. I tu mnie zatkało. Stojąca za mną seniorka nieprzychylnie skomentowała zachowanie buca. Na co mamuśka: „I po co te komentarze”? Ale obi też będą kiedyś starzy i schorowani. Złośliwie życzę im, aby wtedy też się spotykali z taką życzliwością inaczej.

Wszystko opada. Debilizm empatyczny coraz powszechniejszy jest. Przez osiem lat przykład szedł z góry a i zawiodły domowe wzory. Ale jestem pewna, że los się, zadowolonej z siebie, rodzince odpłaci czymś równie niemiłym.

Niemiłe też było spotkanie z osobnikiem noszącym, przeze mnie nadaną, ksywą „chamowaty”.

Przez kilkanaście lat w bibliotece prowadziłam (oprócz normalnej działalności) kiermasz taniej książki. Przychodzili tam różni klienci w większości mężczyźni. I między innymi ten typ. Przyuważyłam go kiedyś, że ukradł książki i kazałam je oddać – to wyciągał z torby po jednej, Uparłam się, że ma oddać wszystkie. I nazajutrz zastałam kilka zapałek w zamku biblioteki.

Dziś go ujrzałam przy stole na którym rozkładam wartościowsze pozycje, aby po dyżurze schować je do szafy. A jest to skutek początków tej biblioteki, gdy jeszcze mnie tam nie było. Pracownica CS wykładała dobre książki na regał i w krótki czas potem zjawiali się „przysposabiacze”, pakowali je w torby, aby potem sprzedawać na targu. Dzisiaj zapytałam osobnika czy ma jakieś książki na wymianę, na co on:

– Mogę pani dać całą ciężarówkę.

– Nie chcę ciężarówki tylko książkę za książkę.

– Eee, tu nie ma nic dobrego – rzekł patrząc na regałowe pozycje i HAPS jedną z biografii od razu pakując do reklamówki.

Na co ja:

– Proszę oddać, to są książki na wymianę.

No i doczekałam się epitetu „panienki nieciężkich obyczajów”.

No, cóż – „pieniędzy nie ma, a pić się chce” i do roboty ma się dwie lewe ręce.

Do powyższych dręczeń dołączają się codzienne sms-y obiecujący dużą wygraną.

W Stroniu Śląskim grasują złodzieje, powstała tam straż obywatelska.

Premier Donald Tusk jest we Wrocławiu i sensownie odpowiadał na pytania w głównym wydaniu dziennika w TVP1.

Upalne miasto 118

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************************************

Po co nam to było? Pyta autor słów pewnej piosenki Jana Zalewskiego wykonywanej przez Joannę Rawik. To, czyli działania niosące skutki w postaci ocieplenia klimatu.

Ale zakupy zrobić trzeba. Najpierw wyrzucić śmieci i zajrzeć do kontenera na papier. Czasem są w nim skarby (jak dla kogo) w postaci zeszytów z niewykorzystanymi kartkami. I takie właśnie trafiły się Annie. W dodatku trzy w twardych okładkach, czyli ciężkie. Trudno, zabrała, bo konkurencji w przysposobieniu się bała. W domu wydarła zapisane części, od kołonotatników oddzieliła sztywne okładki. Do wykorzystania w rękodziele.

Idąc lekko jej nie było ale czego się nie robi dla recyklingu i niewydawania pieniędzy.

W punkcie ksero powieliła ulotki dla biblioteki w Centrum Seniora, a w prywatnej piekarni nabyła kawałek ciasta drożdżowego ze śliwkami. Dbają tam, aby nie było za słodkie. Docukrzyć zawsze można, polać miodem lub syropem klonowym.

W warzywniaku w pojemnikach kolorowo, tym razem nabyła trzy – czerwony, granatowy i brzoskwiniowy.

Pod wiatą usiadła obok seniorki i zachwyciła się jej sandałami. Żółte trzy paski ozdobione były, na całej długości kwiatkami, też w tym kolorze ale cieniowane, płatków obramowanie srebrne a w środku diamencik. Podzieliła się z właścicielką zachwytem: jakie ma pani piękne sandały. A ta: jakie tam piękne, zwyczajne.

No, wszystko opada jak kobiety nie umieją przyjmować miłych uwag.

Nie grozi to muchomorom – wszyscy się nimi zachwycają,  szczególnie osoby pożądające wrażeń, co opisał autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

MUCHOMOR CZERWONY = czerwony kapturek

Kim są muchomoroniarze? Do czego muchomorów używały nasze babcie? Kiedy je zbierać (grzyby nie seniorów) i po jaką cholerę ktoś w ogóle miałby to robić? Odpowiedzi na wszystkie te pytania są całkowicie zbędne normalnym ludziom, dlatego wiem, że chętnie je poznacie.

Zacznijmy od tego, że nawet zwykli grzybiarze są kurde dziwni. Ludzie całe życie narzekają na to, że muszą wstawać w tygodniu o 7 do szkoły, a później do roboty. Tymczasem kiedy tylko zbliża się jesień, zrywają się w weekend o piątej w nocy z mocnym postanowieniem, że wyrwą pełne wiaderko prawdziwków i nogi z dupy każdemu, kogo przyłapią w ICH grzybowym miejscu.

Co w takim razie powiedzieć o ludziach, którzy zbierają wyłącznie te konkretne grzyby, które przyroda wyposażyła w kolorystyczny odpowiednik słowa “spier*dalaj”? Czy da się wyraźniej dać do zrozumienia, że coś jest toksyczne? Nie, przynajmniej do czasu wymyślenia atmosfery w pracy.

Mimo to kiedy wieczory robią się chłodniejsze, a lato daje znać, że było miło, ale nara, lasy zaczynają roić się od ludzi, którzy nie spojrzą nawet na dorodnego maślaczka. Wzgardzą kurką i przejdą obojętnie obok prawdziwka. Dla nich król jest jeden i jest nim jaszczur, to znaczy muchomor, ale istnieje szansa, że znajdują się w takim stanie, że nie zauważą różnicy.

To właśnie muchomoroniarze. Ewentualnie syberyjscy szamani, ale oni rzadziej noszą koszulki z The Doors na klacie. Można ich rozpoznać również po tym, że zamiast muchomor mówią Amanita, bo tak jest, wiecie, bardziej tajemniczo. Faktycznie, muchomor czerwony, czyli Amanita muscaria (cholera chyba się zaraziłem) jest jedną z najstarszych metod wprowadzania się w stan odmiennej świadomości. Starszą od konopi indyjskich, a być może i od małpki przed pracą.

Muchomor zawiera kwas ibotenowy oraz muscymol, od których człowiek może dostać halucynacji. Ale nie ma tak dobrze, że sobie pójdziecie do lasu i weźmiecie gryza czerwonego kolegi prosto ze ściółki. To znaczy, wtedy też dostaniecie, ale halucynacji jelita grubego. Będzie mu się wydawało, że jest wężem strażackim. Muchomora podobno trzeba wcześniej ugotować albo przynajmniej ususzyć.

Muscymolu, który odpowiada za większość psychoaktywnych właściwości, jest w muchomorze niewiele. Do czasu. Tutaj właśnie wchodzą do akcji suszarki i garnki. Przy pomocy temperatury kwas ibotenowy zamienia się w muscymol i muchomorem w końcu można się nawalić. Poza tym podobno poprawia pamięć, działa przeciwzapalnie, a być może pomaga również chorym na Alzheimera.

Niektórzy miłośnicy Amanity (czy to Riders on the storm?) posuwają się jednak jeszcze dalej. Najpierw robią z muchomorów przetwory. Potem je zjadają. Później siadają na nocniku. A jeszcze później… cóż powiedzmy, że nie narzekają już ani na pragnienie, ani na głód metafizycznych doświadczeń.

No dobrze, a gdzie w tym wszystkim rola naszych babć? Kiedyś wywar z muchomora mieszano z brzeczką i smarowano tym słupy przed stodołami. Brzeczka odciągała owady od zwierząt, a wywar z muchomora dostarczał im wrażeń po raz ostatni.

Na koniec chciałbym bardzo wyraźnie zaznaczyć, że dzisiejszy wpis miał charakter kolekcjonerski, to znaczy informacyjny. Muchomory mogą szkodzić już w najmniejszych dawkach. Poza tym, ładniej wyglądają w lesie wśród liści i trawy niż na zapiekance, dlatego lepiej je zostawić w świętym spokoju.

Spokój jest ważny pod warunkiem, że nie przynosi nudy. Najgorsza jest nuda osób wkurzonych, którzy zatruwają życie innym swoimi pretensjami do świata, że nic ich nie interesuje. Tylko ten wkurz i pretensje i narzekanie.

Dwie seniorki w Centrum Seniora, w trakcie dyżuru Anny, nie były takimi przypadkami. Zainteresowały się, usiadły, pod kierunkiem i z materiałów Anny wykonały zakładki. Instrukcji wymagała zakładka w kształcie sówki. Nie narzekały, nie nudziły i nie marudziły. Co za ulga!

Drugim miłym punktem dyżuru było przypadkowe spotkanie z dziennikarzem radiowym. Przyszedł załatwić sprawę do Centrum Seniora ale wszedł od wejścia na lewo zamiast na prawo i natknął się na Annę. Pomachała do niego, podszedł i zapytał czy miała jakieś reperkusje po audycji. Powiedziała, że rozesłała znajomym linki i jak zwykle, życzliwi się ucieszyli a pozostałych szlag trafił z zawiści.

– Ale ja wiem, od dawna, że tak niektórzy reagują na najmniejszy cudzy sukces – powiedziała.

– Ja jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić – stwierdził redaktor.

– Dłużej żyję i mam więcej doświadczeń – podsumowała dyżurująca.

Na tym skończyły się jej środowe sukcesy, bo w galerii handlowej gdzie zostawiła na regale niepotrzebne książki, nie doczekała się powrotu urzędniczki pocztowej. Przeczytała informację „zaraz wracam” i to zaraz trwało, trwało i trwało. Dinozaury wyginęły, kilka rewolucji się odbyło, zdobyto szczyty oraz dokonano wielu wynalazków a ona nie wracała i nie wracała.

– I jak tu nie wierzyć, że jeśli dzień trzynasty miesiąca przypada w piątek to nie jest to oznaka pomyślności –  pomyślała Anna po poniższych przypadkach.

Drugi dzień pada. Z Zus-u otrzymała odmowę przyznania dodatku do emerytury o który się starała. Poczuła się jak naciągaczka.

Listonosz/ka zostawił w skrzynce trzy awiza choć adresatka w tym czasie była w domu. W dodatku nie zostawił/a jeszcze przesyłek na poczcie. Jedna z nich to przekaz (czyli chyba pieniądze) – czy dlatego? Przydały się?

 U dentysty musiała uiścić pół tysiąca, bo okazało się, że dwa zęby wymagają naprawy i mimo ssaka o mało co nie udławiła się wodą z wiertła.

A w domu przysiadła na okularach psując śrubkę w zawiasie. Owinęła go taśmą myśląc, że czas na nowe, bo to nie jest pierwszy raz. Prawa strona opada i widzenie jest jakieś takie dziwne. Prawoskrętne?

Zamykając parasol zraniła sobie solidnie opuszek kciuka lewej ręki i krew płynie, płynie, płynie. Panta rhei – nawet krew.

„Życie mnie mnie” napisał Sztaudynger. To o mnie.

Upalne miasto 117

Upalne miasto 117

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************

Opieka nad kotami dostarcza Annie nowych wrażeń. Na przykład zobaczyła przed pewną bramą wjazdową na posesję ręcznie zrobiony napis z informacją o wyprzedaży garażowej. Tylko, że młoda kobieta chce wyzbyć się wyłącznie odzieży swojej oraz dziecka. Natomiast Annie taka wyprzedaż kojarzy się z dużą i różnoraką ofertą.

Nazajutrz zauważyła wetknięte w skrzynki i ogrodzenia ulotki o zbieraniu odzieży przez Górnośląskie Towarzystwo Charytatywne. Czyżby już Śląsk, Zagłębie i Opolskie już zaliczyli?

Owadzi sklep rozśmiesza klientów do rozpuku oferując promocje pod warunkiem dokonania zakupów za wysokie sumy i to w jeden narzucony dzień. A na dodatek mają tam złośliwe kasy samoobsługowe wprowadzające klientów w konsternację i niedowierzanie. Co zaskutkowało pytaniem spotkanej seniorki na ławce podwiatowej:

– I co, nauczyła się pani tej kasy?

– To kasa powinna się mnie nauczyć – odparła. Bo to ja miałam rację.

A potem porozmawiały o supermarketach, że ich w okolicy chyba zbyt dużo. I o czerwonej papryce, która można wypchać i udusić.

W domu seniorka to właśnie zrobiła, czyli wypchała ale eksperymentalnie, bo zamiast ryżu dała kaszę gryczaną.

Właścicielka kotów po powrocie z urlopu zadzwoniła do Anny mówiąc:

– Zważyłam koty, ha, ha, ha.

Na co seniorka:

– A co, bałaś się, że je głodziłam? Ha, ha, ha.

Syn znajomej przyszedł po klucze i wręczając słój pełen herbat na smyczy powiedział:

– To od mamy i kotów.

– Szczególnie od kotów – zażartowała Anna.

Lato pełne jest kolorów ale i much, które są natrętne, bzyczą i wkurzają. A na koniec lądują na lepie i dobrze im tak.

MUCHA DOMOWA = wkurwikopter

Dzisiejszy wpis jest do dupy, czyli wulgarnie analityczny bo takie emocje budzi we mnie mucha.

Ten gładkoskrzydły, czarnodupy demon rozkładu występuje w całej Europie, Azji, obu Afrykach i Amerykach, a nawet na Antarktyce. Kto by chciał występować na Antarktyce? No, może poza Zenkiem po tym jak przestali go zapraszać do TVP 1. Statystyczna mucha domowa mierzy od 5 do 7 milimetrów, ma rozpiętość skrzydeł do 15 mm i roznosi ponad 100 różnych patogenów w tym te wywołujące dur brzuszny, cholerę, salmonellozę, czerwonkę i wąglik. Z drugiej strony statystyczny muzyk disco polo jest jednak trochę większy, więc wybierajcie rozsądnie.

Każda porządna mucha domowa musi mieć włochate nogi. Musi i już, a wszystko przez niejakiego Van der Waalsa. Ale po kolei. Mucha domowa ma na końcu nóg przylgi, a na nich tysiące drobniutkich włosków spłaszczonych na końcach, które dotykają powierzchni ściany, okna albo twojego czoła kiedy akurat masz zajęte ręce. W każdym z punktów styku, na poziomie molekularnym powstają przyciągające się dipole. Sprawdziłem i nie chodzi o dinozaury tylko o niezdecydowany ładunek elektryczny, z jednej strony dodatni, z drugiej ujemny.

Jeżeli nic z tego nie zrozumieliście, to nie szkodzi. Na szczęście ktoś nazwał te oddziaływania siłami Van der Waalsa i to już bardziej przemawia mi do wyobraźni. No więc jeden Van der Waals siedzi na końcu włoska, a drugi na ścianie i łapią się mocno za ręce, żeby mucha nie spierdzieliła się na ziemię kiedy uprawia pionowy jogging.

Mucha posiada aparat gębowy typu liżąco-ssącego. To znaczy, że niczego nie gryzie, tylko zwilża śliną, czeka aż rozmięknie i wciąga trąbką jak dzieci te długie, żółte chrupki. Dla muchy cały świat jest wielką chrupką kukurydzianą. Je wszystko, co się rozkłada, a najchętniej zgniłe mięso. Jej ślina przyspiesza rozkład materii organicznej, więc jako owad w sensie ogólnym jest dosyć przydatna. W sensie szczególnym natomiast mogłaby już spie*dalać.

Mucha jest zmiennocieplna, uwielbia gorący klimat i to już od 66 milionów lat. Szacuje się, że gatunek ten powstał we wczesnym kenozoiku na obszarach dzisiejszego Bliskiego Wschodu. Później rozlazł się na cały świat razem z ludźmi. Sam nie wiem co gorsze.

W opanowaniu świata pomógł jej szybki cykl rozwojowy. Pani mucha składa za jednym razem około stu jaj, każde o średnicy 2,5 mm. Z jajek wykluwają się czerwie i trwa to od 14 do 30 dni. Szybciej w optymalnych warunkach. Zapytacie, jakie są optymalne warunki dla czerwi muchy domowej? Odpowiadam: świńskie odchody. Co zrobić, nie da się uciec od polityki.

Jak już mucha pobędzie sobie czerwiem, który wygląda jak mała biała gąsienica bez nóżek, to szuka sobie chłodnego miejsca i przeobraża się w poczwarkę. Kilka lub kilkanaście dni później (im cieplej, tym krócej) mucha zostaje muchą, taką, jaką znamy ze ściany.

Mucha w formie bzykalnej żyje od dwóch tygodni do miesiąca. To znaczy, że jeżeli jakaś lata wam po mieszkaniu od dłuższego czasu to jest to mucha w którymś pokoleniu i nabyła już prawa obywatelskie. Wielkość muchy nie zależy od jej wieku, tylko od tego ile jadła w fazie larwalnej. Czyli, kiedy po domu lata dużo much domowych wielkości piłek do golfa to należy ograniczyć ilość świńskich odchodów na metr kwadratowy.

Na szczęście na zajęciach upcyklingowych z TooManyHobbies muchy nie latały, może gdzie indziej bzykały.

Na zebranej wcześniej i przyniesionej odzieży można było przykleić na gorąco, specjalnym prostokątnym żelazkiem, różne naklejki, w tym jakiś napis. Także ozdobić ubranie lub torby farbami za pomocą szablonu. A kto miał zapał – zrobić baner z dowolnym napisem, reklamującym, oznajmiającym, żądającym lub przepraszającym.

W niedzielę osiedlowi działacze, kolejny raz, zorganizowali Pchli Targ. I kolejny raz nie wysilili się na plakaty informacyjne. Podobno nie mają „mocy przerobowych”. W rozmowie z organizatorem seniorka zgłosiła swoją chęć pomocy:

– W razie potrzeby mogę napisać. Umiem, w PRL-u mnie nauczyli.

Ale nie poprosił o numer telefonu, chyba odebrał to jako napaść na jego świetność, czyli umniejszanie. Męskie ego przewyższa wrocławski budynek o nazwie Sky Tower.

Co dobre to zapewniono zielone duże namioty bez boków, stoły i krzesła ale w niewystarczającej ilości. Wcześniej trzeba było się zapisywać na miejsce i Anna załapała się tylko na pół stołu. Sąsiadką była kobieta oferująca dynie – piżmową i hokkaido oraz trzy rodzaje fasolki. Seniorka skorzystała i nabyła jedną pomarańczową dynię i pół kilo żółtej fasolki z której połowę ugotowała po powrocie do domu. A sprzedającej ogrodniczce poradziła, aby w przyszłości do każdej dyni załączała wydrukowane kilka przepisów. Bo dynia nie jest tak powszechnym warzywem jak ziemniaki.

Sprzedała też parę drobiazgów, z jej oferty największym wzięciem cieszyły się zakładki do książek – z kotami,  Wrocławiem, z tkaniny ręcznie uszyte  oraz z suszonymi roślinami. Do zakupionych pięciu dodała jedną (do wyboru) jako bonus.

Nazajutrz kupiła cukinię i paprykę, pokroiła i z dynią oraz fasolką połączyła. Dodała słoiczek przecieru pomidorowego, olej, sól i pieprz ziołowy oraz pastę paprykową. Taki wegetariański bigos  sobie zrobiła. Sporo wyszło więc większość gorącego dania do słoików zapakowała i odwrócone w kącie postawiła przykrywając kilkoma gazetami. Z nadzieją, że wcześniejsze polanie wnętrza i wieczka spirytusem salicylowym pomoże w zamknięciu pojemników. Tak znikome to były ilości alkoholu, że stan upojenia jej nie grozi.

A we wtorek nadeszła chwila, aby wykorzystać, dawno nabytą, farbę o kolorze dżinsu. Postanowiła potraktować nią zupcyklingowaną kiedyś białą bluzkę z podobizną damskiej twarzy, na której naprasowała napis „być kobietą”.  Przeczytała przepis farbowania, zastosowała i trochę się sfrustrowała, bo kolor wyszedł zbyt mocny jak na jej oczekiwania. A ponieważ jest dzieckiem PRL-u uznała, że pozostały płyn nie może się zmarnować i pofarbowała jeszcze dwie rzeczy podomowe i dwie wyjściowe (nauliczne). Czy takie będą na pewno okaże się po wyschnięciu. Rzeczy trzeba było płukać, płukać i jeszcze kilka razy płukać. No i nie wiadomo czy nie będą się kolorystycznie puszczać.

A poza tym nie zastosowała rękawiczek gumowych i jest niebieskopalca. Szare mydło, zmywacz do paznokci i spirytus salicylowy nie dały kolorkowi rady. Czyli jest dobrze lecz nie beznadziejnie. Będzie się niebieścić jutro na bibliotecznym dyżurze. Jest Jutrzenka różanopalca to dlaczego nie może być seniorka niebieskopalca? Też ładny kolorek.  A  upał znowu się żarzy.

Upalne miasto 116

                Upalne miasto 116

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************

– A może  pierwszy czwartek miesiąca ustanowię sobie dniem zakupów nieżywnościowych – zadała sobie pytanie Anna. Wprawdzie nie kupiła zaplanowanej czarno – białej bluzki choć sympatyczna ekspedientka twierdziła, że rozmiar to over size.

– Over ale nie mojego ciała typu gruszka – dosmuciła się seniorka. Klapsa czyli faworytka a  może to inny  gatunek? Na przykład konferencja choć nie lubię tłumnych narad. Jest jeszcze lukasówka. I starczy tych owocowych rozważań.

Kupiła ostatnią parę niezbyt drogich sandałów zapłaciła i w podzięce za zakup dostała krówkę, obyło się bez rogów i postronka, bo to cukierek był. A wręczając go ekspedientka powiedziała: zapraszamy do zakupu jesiennych butów.

Drugim zaplanowanym zakupem był srebrny sznurek potrzebny do rękodzieła. I w jedynej w okolicy pasmanterii dowiedziała się, że niedawno przyszły dwie panie i cały zapas wykupiły za jednym zamachem. Pewnie potrzebowały do zbiorczego rękodzieła. Ale nie zrezygnowała i porosiła o srebrne koronki wśród nich był sutaszowy sznureczek.

Miła ekspedientka Ukrainka przy okazji powiedziała, że klientki dzielą się na te, które chciałyby tam kupić wszystko i te, które wszystko mają. I, że czuje duchotę ale nie może otworzyć okna, bo pod nim nieustannie ktoś lub ktosie załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne.

Do domu gdzie mieszka na jedenastym piętrze, przez okno dochodzi bardzo ale to bardzo intensywny oraz natrętny zapach perfum. I to nie od sąsiadów z piętra niżej, bo tam nikt nie mieszka. To lokatorka z piątego piętra chyba ma zanik powonienia.

Przedświąteczna środa była dla seniorki Dniem Życzliwej Komunikacji Miejskiej. Częściowo ale jednak. Po zostawieniu niepotrzebnych książek w galerii handlowej, na tamtejszej mini poczcie nadała list polecony,  zrobiła nieduże zakupy żywnościowe i wyjechała na poziom zero, aby poczekać na tramwaj, który uprzejmie natychmiast podjechał. Wdzięczna losowi za to ułatwienie w upalny dzień usiadła i po przejechaniu trzech przystanków poszła na przystanek autobusowy. Na którym zaraz znalazł się autobus podjeżdżający blisko bramy Anny. Ponowiła wdzięczność i weszła powoli na swoje czwarte piętro. Na parterze zdziwiła się, że sąsiadka wychodzi z zakupową torbą na kółkach o tej porze gdy jest najgoręcej. A w sklepach pewnie przedświąteczny spocony i zezłoszczony tłum.

Zawsze gdy idzie do przystanku mija drzewko, czasem bezlistne, czasem kwitnące a latem owocujące a pod nim owocki upadłe. Nie zbiera ich, bo ulica ruchliwa, więc owoce  +   uliczne wyziewy nie są jej ulubionym pokarmem. Chyba to są te, opisane na  fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Mirabelka to śliwka instytucja. Broń, przekąska i odświeżacz do chodników w kulce. To owoc, który zacierał różnice pomiędzy przyjacielem i wrogiem, narzędzie wojny i sposób na podryw. Mirabelkami rzucał każdy, jak ciepłymi śnieżkami.

Tymczasem, ten żółty owoc, który rósł po drodze do szkoły i który wypełniał gnilnym aromatem wakacyjne wieczory, ten sam, którym tyle razy wymierzaliście sprawiedliwość, prawdopodobnie wcale nie był mirabelką, tylko ałyczą. Co to za cholera zapytacie? Bardzo słusznie. Ałycza, czyli śliwa wiśniowa faktycznie jest cholerą, jak zresztą większość owoców. Ałycza jednak nie dość, że podszywa się pod słodką mirabelkę, która jest szlachetną odmianą śliwy domowej, to w dodatku jest mała, kwaśna i twarda, a czasami bywa również gorzka.

Owoce nie dostały trudnego zadania od Boga. Mają być słodkie, soczyste i rozsiewać grzech pierworodny. Ale nie, przychodzi taka ałycza, która smakuje jak kiszony ogórek, wyjęty z wody kolońskiej i do tego ma gorzką skórkę. Jakbym chciał obierać jedzenie, to bym sobie kupił parówki, cierpka lambadziaro.

Ałycza pierwotnie rosła w Azji i na Południu Europy, czyli tam, gdzie jest ciepło, sucho i taniej za dobę niż nad polskim morzem. Z jakiegoś powodu postanowiła jednak wpaść do nas w odwiedziny i tak już została, bo doskonale radzi sobie kiedy jest, kamieniście i piaskowo. Aż dziwne, że żadna nie rosła na moim szkolnym boisku w podstawówce (do tej pory mam blizny na kolanach).

Poza smakiem owoce ałyczy różnią się od mirabelek rozmiarem (są mniejsze), przekrojem (pestka jest zrośnięta z miąższem) i kształtem liści. U ałyczy są one mniejsze i bardziej lancetowate. Lancet jakby ktoś nie wiedział to narzędzie chirurgiczne o podwójnym ostrzu. Coś jak skalpel tylko z niepotrzebnie skomplikowaną nazwą. Normalnie nie zawracałbym wam tym głowy, ale w przypadku ałyczy krwiożerczo nazwane liście są preludium do krwiożerczo uformowanych gałązek. Ta cholera ma kolce! Mirabelka nigdy by nam czegoś takiego nie zrobiła.

Czy Ałycza do niczego się w takim razie nie nadaje? No aż tak to nie. Znacie to amerykańskie powiedzenie, kiedy życie daje ci cytryny, zrób z nich lemoniadę? W Polsce kiedy dostajemy od losu, coś kwaśnego to się tym upijamy. To samo dotyczy rzeczy słodkich, gorzkich i smakujących jak siki dzikiej krowy (o tobie mówię żubrówko), ale z kwaśnym wychodzi lepsze porównanie.

W poniedziałek postanowiła pojechać do galerii handlowej i zerknąć na regał z uwolnionymi książkami, bo w środę po dyżurze bibliotecznym pojedzie do dwóch kotów, aby je zaopiekować w czasie nieobecności ich niewolnicy.

I dobrze zrobiła. Bo wprawdzie w Acton specjalnych zakupów nie zrobiła ale z regału wziętymi książkami się obłowiła. Oczywiście z przeznaczeniem do biblioteki w Centrum Seniora. Są to Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy” z 1964 roku, z pożółkłymi kartkami; Sienkiewicza „Krzyżacy” z  1965 roku, z białymi kartkami; opowiadania Żeromskiego „Rozdziobią nas kruki, wrony” z 1974 roku – wszystkie w twardej oprawie. Oprócz tego książka  Jana Żabińskiego (niegdysiejszego dyrektora warszawskiego Ogrodu Zoologicznego, który w czasie II wojny, razem z żoną Antoniną przechowywał, na terenie ogrodu, i ocalił wiele osób żydowskiego pochodzenia) „Co to było za dziecko” wydana przez Naszą Księgarnię w 1960 roku, czyli przeznaczona dla starszych dzieci. Są to jego wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Jest ilustrowana przez Maję Berezowską. Rysunki są czarno – białe tylko obwoluta kolorowa (obwoluta to okładka ochronna, zakładana na główną, ma dwa zagięte skrzydełka na których często są informacje dotyczące autora i książki).

W środę padało więc Anna zapakowała książki przeznaczone dla biblioteki oraz kartonowa teczkę z różnymi materiałami w foliową torbę dodając parasol. Aż tu nagle przed dwunastą okazało się, ze deszcz miał dosyć pracy i poszedł odpoczywać. Miło z jego strony. Gdy już położyła torby na krześle przy dużym stole stojącym przed regałem z książkami w Centrum Seniora zobaczyła mężczyznę wybierającego książki.

– A na wymianę coś pan przyniósł?

– Oczywiście, a czy legitymację też mam pokazać?

Wprawdzie Anna nie wiedziała o jaki dokument chodzi ale nie dopytywała tylko stwierdziła, że nie ma takiego warunku w ogłoszeniu o zasadach korzystania ze zbiorów.

Senior wyjął trzy książki i wręczył Annie za co dostał egzemplarz czasopisma „Życia w pełni” w którym są dwa teksty seniorki. Ucieszył się mówiąc w podziękowaniu:

– Całuję rączki – bez dokonywania tegoż. I bardzo dobrze. Annie podoba się powiedzenie: „Witamy się bez podawania/całowania rąk”. Następnym miłym akcentem był fakt nabycia książki autorstwa seniorki. Zainteresowała się nią kobieta, która przyszła wyrobić kartę seniora, gdy usłyszała, że to o kotach. Dostała dedykację i zakładkę. I teraz Anna zastanawia się czy jej poczucie humoru  spodoba się nabywczyni, czy może z grymasem niechęci przyjdzie, aby domagać się zwrotu pieniędzy. I co wtedy seniorka ma zrobić? Powiedzieć:

– Towar dotknięty/zapłacony należy do macanta?

Po dyżurze pojechała do domu znajomej, aby zaopiekować się kotkami. Już to kiedyś robiła i zawsze jest tak samo – jedna podchodzi do drzwi gdy usłyszy otwieranie drzwi, a druga zwiewa i chowa się. Raczej nie w mysią dziurę a za zasłonę.

Trzeba w dwóch miseczkach zmienić wodę, nasypać suchą karmę i do dwóch oddzielnych wyłożyć mokrą z saszetek. Wybrać stałe odchody a niestałe zasypać kolejną warstwą specjalnego piasku.

No i pogłaskać tę odważną, która jest jednak  sfochowana faktem, że nie ma w domu stałej niewolnicy.