Upalne miasto 129

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Mikołajowy piątek nie popisał się w żadnym wymiarze. Padał mokry śnieg, żeby wszystkich zniechęcić do opuszczenia domu. Jednak nie wszyscy ulegli tej manipulacji. Byli w tej grupie fani książek i targów w Hali Stulecia. Niemiłą niespodziewankę organizatorzy przygotowali, bo za wstęp płacić kazali  i przy wejściu bilety sprawdzali. Za mało kasują za wynajem powierzchni?

Nie było też miejsc do odpoczynku po odwiedzaniu stoisk, czyli panowała zasada: „kupuj i spadaj a nie się rozsiadaj”. Także kupioną kawę trzeba było spożywać „na stojaka” lub chodzonego. Taki taniec targowy. Tylko w restauracji mżna było usiąść ale przecież nie za darmo.

Ceny książek od dawna zwalają z nóg i pustoszą portfele ale jest tam stoisko z tanią książką i liczne oferty za 5, 10, 15, 20 złotych.

Anna nabyła dwie książki po piątaku jakie oferowała Fundacja Cząstka Ciebie.

Zrobiła trochę zdjęć. Każdego roku podziwia kreatywność okazywaną w nazwach wydawnictw. Dlaczego jedno nazywa się  „I ja ciebie too” wytłumaczył właściciel. Bo jego dwujęzyczna  córeczka gdy usłyszała „kocham cię” odpowiedziała właśnie tą frazą.

Jest tam plansza z napisem „ KSIĄŻKOWERTYK” i definicją tego słowa: ksiązkowertyk – osoba preferująca spędzanie czasu w samotności z książkami niż z ludźmi.

W galerii handlowej postanowiła odpocząć i napić się kawy w „Lulu Cafe”. Za cappuccino policzono jej dwa złote więcej. Na reklamację powiedziano,  że to za obsługę, czyli przyniesienie kawy trzy kroki od lady. A informacja jest na (paskudnie obrzęchanym) ostatniej, zamiast na każdej, stronie menu. No, rzyg! Klient nasz wróg i okazja do wykorzystania?

– No more Lulu – postanowiła Anna.

Dlaczego ta kawiarnia kojarzy mi się z tym kwiatkiem? Kto zgadnie?

Opisał ją, oczywiście autor fb –kowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Gwiazda betlejemska = Gwiazda jednego wieczoru jest jak świnka morska, nie wolno dawać jej do jedzenia kotom. W obu przypadkach skończy się przeniesieniem do krainy wiecznych łowów, raz kota, a raz świnki. Nazwa gwiazdy również jest myląca, bo tak naprawdę mamy do czynienia w poinsecją nadobną albo wilczomleczem pięknym. Dobra, kumamy gwiazdo, że masz ładne kwiatki.

Chociaż nie. Nawet tutaj poinsecja robi nas w konia. Czerwone gwiazdy, którym poinsecja zawdzięcza przydomek to tak naprawdę przykwiatki, czyli zredukowane błoniaste listki, które wyrastają w szypule kwiatu. Poza tym gwiazda wcale nie musi być taka czerwona. Może być biała, różowa, a nawet biszkoptowa.

Gwiazda pochodzi z Meksyku, gdzie w XIX wieku, własnoocznie „odkrył” ją ambasador Stanów, kto wie jak długo jeszcze Zjednoczonych. Ambasador, który nazywał się Poinsett, na tyle zainteresował się kwiatem, że wysłał jego nasiona do domu. W uznaniu jego zasług i przewidując rolę, jaką odegrają USA we współczesnym świecie, ten piękny i trujący kwiat nazwano poinsecją.

W swojej ojczyźnie gwiazda była znana od dawna i nazywano ją królewskim lub po prostu ozdobnym kwiatem. Uprawiano ją właśnie po to, dla ozdoby, barwiono nią materiały, a nawet wykorzystywano w celach leczniczych. To, czego z pewnością nie robiono przy jej pomocy to świętowanie Bożego Narodzenia.

Tymczasem w Stanach gwiazda betlejemska jest trzecim najbardziej znanym symbolem świątecznym, zaraz po choince i kredycie konsumenckim na tonę niepotrzebnego badziewia. U nast również od początku grudnia poinsecja rozplenia się na półkach w marketach, skąd łypie czerwoną koroną, jakby mówiła, no chodź, skosztuj to i tak lepsze od pogody za oknem.

Za obecną popularność wilczomlecza odpowiada amerykański przedsiębiorca z branży florystycznej. Niejaki Paul Ecke najpierw wyhodował odmianę gwiazdy, która czerwienią zawstydziłaby Lenina popijającego Colę. Potem namówił hollywoodzkich filmowców, żeby wykorzystali poinsecję do ozdabiania świątecznych planów filmowych. Powinniśmy się cieszyć, że gość nie słyszał o barszczu Sosnowskiego.

Zatrucie kota albo członków rodziny, którzy lubią pakować wszystko do buzi to nie jedyny sposób, w jaki gwiazda betlejemska próbuje zrobić nam na złość. Roślina ta należy do rodziny Euphorbiaceae, czyli wilczomleczowatych. Oznacza to, że jest krewną kauczukowca brazylijskiego. Tego samego drzewa, którego odkrycie pozwoliło zrewolucjonizować transport drogowy oraz przetrzebiło dżunglę amazońską i lokalne plemiona.

Nieco później przyczyniło się również do zmniejszenia populacji w Europie, ale tym razem już konsensualne. Z mleczka kauczukowca robi się bowiem lateks, a z niego prezerwatywy. Dlatego jeżeli macie uczulenie na gumki, to gwiazda betlejemska również może wam zaszkodzić.

No i na koniec powodzenia w próbie utrzymania gwiazdy w dobrym stanie dłużej niż przetrwają resztki z wigilii. Na przełomie lutego i marca roślina zrzuca kolorowe listki i przechodzi w stan spoczynku. Potem przesadzanie, skracanie pędów, nawożenie, podlewanie, a wszystko to w ochronnych rękawicach, żeby nie oberwać sokiem. Albo to, albo ponowna wycieczka do Lidla po kolejną gwiazdę jednego wieczoru.

W prezencie mikołajkowym seniorka poszła do kosmetyczki. Gadatliwa jest ona, więc poopowiadała o szkoleniach na które chodzi i o tym, że niektóre jej koleżanki nie przestrzegają warunków oraz zasad aplikowania inwazyjnych zabiegów.

Na koniec, gdy przyszła następna klientka, porozmawiały, krótko, o świątecznych daniach. Anna pochwaliła się, że smażonego, na maśle, karpia obsypuje (jeszcze na patelni) rozdrobnionymi  orzechami włoskimi. Już nie smażąc.

Wyrzucanie śmieci jest praktyczne i czasem pożyteczne. Tego dnia Anna wyjęła z pojemnika (a raczej wyszarpała) dwa duże zeszyty (kiedyś zwane notatnikami akademickimi), dwa mniejsze zeszyty w twardej okładce i cztery zestawy kolorowych kartek do niedużego segregatora. Wszystkie niezapisane. I książki, które trzeba było wytrzeć i wysuszyć a potem podkleić:

Yasunari  Y. – Kraina śniegu;

Lofting H. – Doktor Doolittle i jego zwierzęta; Cyrk Doktora Doolitlea; Dostojewski F. – Zbrodnia i kara tylko t. 1;

Wańkowicz M. – Szkice spod Monte Cassino;

Kowalska L. – 500 zagadek z chemii;

Duncan I. – Moje życie;

– Frazeologiczny słownik francusko – polski

W języku angielskim, skróty lub fragmenty:

Groom W. – Forrest Gump i Austen J. – Emma

Jako dziecko PRL-u  w którym brakowało papieru nie mogła zostawić tego na zatracenie.

Jak się nie ma w głowie… Czyli jak się nie pamięta kto wydal „Odrzanię” to się jej nie kupi na Targach Książki tylko później zamówi w osiedlowej księgarni. Odbiór nastąpił 12 grudnia i okazało się, że jest to Dzień Księgarza a sprzedawczyni klientom rozdaje róże z okolicznościowym tekstem na zawieszce.

W domu róże podcięła, łodyżkę nacięła i do wazonu wstawiła. Na drugi dzień i jeszcze przez następne kwiatek był w dobrej kondycji pięknie żółcąc szarość zaokienną.

Upalne miasto 128

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************

Najlepszą obroną jest atak – tę sztuczkę stosują, z wielkim upodobaniem, różne instytucje. Oczywiście oprócz lekceważenia, czyli olewania.

Gdy Anna nie doczekała się obiecanego telefonu z pożądaną informacją poszła z reklamacją. Usłyszała wymówkę  w postaci opowieści bardziej śmiesznej niż dziwnej treści. Czyli o trudnościach danej instytucji, a to w przerobie spraw, a to o  niewystarczającej ilości pracowników. Niby grzecznie ale w podtekście było czuć, że najchętniej powiedziano by: spadaj babo i przestań się czepiać. Ty jesteś dla nas, a nie my dla ciebie. Bo tak!

– Mam nadzieję, że jest osobne piekło dla urzędników – pomyślała seniorka idąc przez rynek wśród straganów świątecznego jarmarku. Nic ją nie skusiło – ani frykasy, ani przedmioty służące do wyciągnięcia z kieszeni i portfeli niezłej kasy. Pajda chleba ledwie maźnięta smalcem za 30 złotych. Kiszony ogórek płatny dodatkowo 4,-zł. No, bez jaj!

W domu wyciągnęła z szafy pudełko zwierające kartki świąteczne, które zrobiła, w większej ilości, jakiś czas temu. Nie tak dawno temu wysyłała ich, przed każdymi świętami, kilkanaście, teraz zaadresowała tylko kilka kopert. Też samodzielnie zrobionych.

Przygotowała też i włożyła do osobnej torby materiały na zajęcia w Centrum Seniora, na których chętne osoby mają wykonać częściowo recyklingowe kartki świąteczne. Zorganizowała takie warsztaty przed Wielkanocą i akurat tego dnia była okropna pogoda – wiało i lało. Teraz zapowiada się podobna powtórka z nierozrywki.

– Ciekawe czy i teraz pogoda pokaże nam środkowy palec? – pomyślała klejąc koperty i wkładając do nich czyste karnety, zakładki ze świątecznymi motywami i mały pakiet zawierający różne elementy do naklejenia na kartki. Karnety o  różnych kształtach: prostokąta, dzwonka i bombki. Poza tym przygotowała dużo luźnych różnorodnych elementów, z jakich będzie można stworzyć niepowtarzalną kartkę. Pozyskuje je z różnych papierowych, często bezpłatnych materiałów jak katalogi firmowe.

Następnego dnia wstąpiła do kosmetyczki z którą porozmawiała o książkach. A także o bibliotece i nieuprzejmej bibliotekarce mającej problem z uzależnieniem.

W tramwaju usiadła naprzeciwko seniorki kobieta w podobnym wieku i zrobiła mini wykład o architekturze starego oraz nowego Wrocławia. Metodach remontowych różnych fachowców, którzy na pytanie dlaczego tak bez sensu postępują odpowiedzieli, że takie mają polecenie. No i powtórzyła obiegową opinię, ze wszystkie fundacje to naciągactwo i zagrabianie pieniędzy. Anna nie zdążyła zaprzeczyć opowiadając o znanej jej Fundacji Dom Pokoju, bo elokwentna wysiadła. Niektórzy to wszystko wiedzą lepiej i już!

Po tej dawce informacji poszła do galerii handlowej. Pokrzepiła się kawą a potem wstąpiła do dwóch sklepów oferujących książki i różne gadżety. Ten ostatnio bardziej skomercjalizowany niczym jej nie zachwycił. W drugim chodziła obok stanowiska z biografiami jak pies obok jeża. Zaciekawiona ale wybrzydzająca. Bo Kwaśniewska to nie, o jej mężu podob – nie, Coco też nie, Nawalny niekoniecznie, o Simonie Kossak czytała, nareszcie ujawnił się Słonimski. Tani nie jest, bo przecież nie występuje jako bohater piosenki „My jesteśmy tanie dranie, tanie dranie niesłychanie”. A lekkim w treści i cenie (14,99) dodatkiem jest powieść „Złodziejki świąt”. Taka sobie.

Pogoda we wtorek  postanowiła zmoczyć wszystko i wszystkich. Lubi sobie nie żałować.

– Nie jestem z cukru, więc idę na masaż – postanowiła Anna. Ucieszyła się, że nie musiała tego dnia wyrzucać śmieci, bo w taką pogodę zawsze na podwórku koło wiaty na pojemniki robią się duże kałuże, które trudno ominąć. Fruwać nie umie.

W gabinecie rehabilitacyjnym w oknie stoi choinka z lekko popruszonymi śniegiem gałązkami i mrugającymi światełkami. Ale raczej nie alfabetem Morse`a. Na stole, od jakiegoś czasu, umieszczono ekran wyświetlający kominek z płonącym i trzaskającym drewnem. Obok  Mikołaj bez wora pełnego prezentów. Można się jednak poczęstować cukierkami.

Po zabiegu Anna wychodząc zauważyła w pomieszczeniu na zapleczu trzy duże palety jajek.

– To pańskie jajka? – zapytała inteligentnie.

– Tak, w wolnej chwili je znoszę – odpowiedział dowcipny masażysta.

– O, to ma pan dodatkowy zarobek. Gratuluję!

Tak sobie oboje pogadują, bo mają podobne poczucie humoru.

W czwartek Anna musiała wcześnie, jak na nią, wstać, czyli o 8-mej, aby zdążyć zjeść śniadanie, zażyć leki i pojechać na zajęcia do Centrum Seniora.

Odbyły się w godz. 10,00 – 12,00 poprowadziła je (bezpłatnie) i przyszło aż  11 pań. Pewnie nie byłoby tyle chętnych gdyby nie dwie sprawy. Jedna to ta, że na stoliku przy regale z książkami,  odpowiednio wcześnie, postawiła napis informujący o zajęciach oraz ułożyła i na własny koszt, skserowała wiele egzemplarzy informacji o wydarzeniu, naklejając na nie, wycięty z jakiegoś katalogu, w poprzednim roku,  napis na czerwonym tle: w świątecznym nastroju. Leżały one obok głównego napisu do wzięcia w pobliżu innych ulotek.

Drugim elementem pozytywnie wpływającym na tak liczną obecność uczestniczek była przyjazna pogoda: nie wiało i nie lało.

Panie utworzyły wiele pięknych kartek świątecznych.

Materiały, zakupione z własnych funduszy, zapewniło CS a seniorka dodała swoje  z prywatnych zapasów – częściowo  recyklingowe. Każda z pań otrzymała od niej pakiet powitalny, czyli kopertę (osobiście przez Annę  sklejoną, recyklingową) a w niej dwa karnety mające wycięte dziurkaczem boki, (dodatkowe karnety miała też gotowe do pobrania), mały karnet (jako zawieszka do prezentu) plus kartka w kształcie bombki lub/i dzwonka. Oraz wykonaną osobiście gotową kartkę świąteczną i zakładkę do książki zrobioną z gotowych (kupnych i komuś przesłanych) kartek.

Była tam także foliowa torebeczka z elementami pasmanteryjnymi – bałwanek, Mikołaj, gwiazdka, śnieżynka, renifer, napis na tkaninie „wesołych świąt” i ręcznie napisana wizytówka Anny z numerem telefonu i nazwą bloga.

Poprosiła też panie, aby przedstawiły się imieniem i opowiedziały o swoich tradycjach świątecznych i prezentach jakie otrzymały pod choinkę lub z innej okazji. A więc barszcz czerwony czy zupa grzybowa. Wygrał barszcz. Okazało się, że wiele osób nie lubi karpia, wolą śledzie. Kultywowane jest łamanie się opłatkiem, sianko pod obrusem, śpiewanie kolęd i dawanie prezentów głównie dzieciom. W dużych rodzinach losuje się osobę, którą należy obdarować. Jedna teściowa poprosiła o wymianę, bo wylosowała zięcia.

Niektórzy chodzą na pasterkę.

To rozruszało atmosferę i pozwoliło wypowiedzieć się każdej z kobiet.

Od sympatycznej pracownicy CS Anna dostała pęk złotych rózg do wykorzystania na kartkach.

– Jeszcze nic nie zrobiłam a już rózgi dostałam? – zażartowała.

W trakcie zajęć wszedł szef CS i zapytał co robimy. Gdy powiedziano, że kartki  zapytał:

– A gdzie dzieci?

Padły różne odpowiedzi: w domu, w szkole, w przedszkolu.

Nie wiadomo co miał na myśli. Czy to, że powinny przyzwyczajać się do tego, że kiedyś będą seniorami. Czy to, że jeśli kartki to mogą robić tylko dzieci? Bo to zbyt niepoważne zajęcie jak dla seniorów? A może za trudne? Trudno czasami pojąć jakimi drogami wędrują myśli facetów – szefów.

CS zapewniło dzbanki – termosy z gorącą woda, seniorka przyniosła kilka pakiecików kaw „3w1”, różne herbaty i saszetki z cukrem oraz ptysiowe paluszki.

 Na stołach obok głównego położono też dwa szklane dzbanki z zimną wodą i plasterkiem cytryny oraz filiżanki i szklanki.

Jedna z pań zapytała Annę, kto przygotował wszystkie materiały do kartek. Odpowiedziała:

– Elfy mi pomagały.

Po powrocie do domu prawie dwie godziny segregowała papierowe materiały – osobno pakowała wcięte przez dziurkacze ozdobne motywy; osobno teksty życzeń i napisy „Wesołych świąt”, osobno motywy świeckie i religijne do przyklejenia na kartkę, osobno kolorowe paski , całe lub z wyciętymi motywami. Te sztywne elementy przed zajęciami podkleiła taśmą dwustronnie przylepną, aby kartonik się pod nimi nie wyginał.

Świąteczny poranek

 (tekst zainspirowany  „Opowieścią wigilijną”  Dickensa)

Nastał dzień Wigilii. Józek wstał, z łóżka pamiętającego XIX wiek, drapiąc się po siwych włosach klatki piersiowej. Ziewnął i człapiąc poszedł do łazienki. Z trudem oddal mocz. Stękając wziął szybki prysznic myjąc się małym, ostatnim kawałkiem mydła. Wytarł się tak zużytym ręcznikiem, że widać było pojedyncze nitki.  Golił się tylko raz w miesiącu. Przeszedł do pokoju gdzie włożył stare, bezbarwne po wielu praniach, wypchane spodnie dresowe. Górna część odzieży była sfilcowanym swetrem znalezionym obok śmietnika. Na stopy założył dwie różne skarpetki pamiętające słusznie miniony ustrój.

– Modny jestem i ekologiczny – pomyślał.

Podszedł do regału, wysunął szufladę i wyjął z niej gruby plik dwustuzłotowych banknotów. Położył je na stole podścielając stary koc. Włączył żelazko i po chwili zaczął prasować. Robił to bardzo powoli i dokładnie, z radością i miłością., każdy banknot oddzielnie i z obydwu stron.

 Szacunku do pieniędzy nabrał w trakcie wieloletniej pracy w banku.  To był, od lat powtarzany, jego wigilijny rytuał.

Wyłączył żelazko a cieplutkie banknoty przytulił do siebie i stał tak przez dłuższą chwilę napawając się ich zapachem. Potem włożył je do starej papierowej torebki, owinął darmową gazetką reklamową i włożył w najdalszy kąt regału zastawiając pudełkami ze zbieranymi przez lata klamotami.

W kuchni nalał wody do czajnika będącego spadkiem po rodzicach wraz z całym mieszkaniem i jego wyposażeniem. Cieszył się, że nie musi niczego kupować oprócz żywności a i to robił z wielkim bólem serca.

Do wyszczerbionego kubka włożył, trzykrotnie już zaparzaną, herbatę ekspresową. Bardzo mu smakowała osładzana świadomością, że zwinął ją na jakimś wieczorze autorskim. Kiedyś przypadkiem odkrył, że wernisaże i spotkania z pisarzami  to świetna okazja do darmowego posiłku a nawet zabrania sobie części poczęstunku w postaci torebek herbaty, ciastek, owoców a nawet talerzyka lub sztućców. Najgorsze było to, że musiał tam przychodzić czysty i w miarę porządnie ubrany.

Od dawna już z nikim nie utrzymywał kontaktów oprócz swojego zmiennika na portierni. Ten jakoś dziwnie go unikał szybko wychodząc do domu. Wymieniali więc tylko „dzień dobry” lub „dobry wieczór”. Jeśli coś ważnego się zdarzyło zmiennik zostawiał notatkę. Józkowi to pasowało bo od zawsze nie lubił ludzi. Kojarzyli mu się tylko z wydawaniem pieniędzy a tego nie lubił najbardziej w świecie. Wlał do kubka wrzątek a z lodówki wyciągnął sałatkę zabraną z darmowej lodówki. Wiedział gdzie takie stoją i systematycznie je odwiedzał. W ostatnich dniach nasilił te praktyki postanowił bowiem mieć, pod względem kulinarnym, naprawdę udane święta. Nie zależało mu na dwunastu potrawach, ani na karpiu i makowcu. Tę tradycję, jak i wszystkie inne wymagające nakładów finansowych, uważał za głupotę.

Kilka lat temu znalazł obok śmietnika dość paskudną sztuczną choinkę i bombki. Każdej Wigilii kładł sobie pod drzewkiem w prezencie coraz większy plik dwustuzłotówek. Nic go tak nie cieszyło jak ich widok.

Po śniadaniu przebrał się w dość porządne choć leciwe dżinsy oraz granatową bluzę, włożył znoszone adidasy, zamknął drzwi mieszkania i opuścił budynek. W drodze do pracy przeszedł się po okolicznych podwórkach sprawdzając czy ktoś nie wyrzucił czegoś co może mu się przydać.

Dotarł na portiernię, wziął klucze od zmiennika i wpisał się do książki obecności. Jego obowiązkiem było sprawdzenie budynku, więc zamknął drzwi wejściowe i wsiadł do windy. Nacisnął guzik najwyższego piętra, drzwi się zamknęły i winda ruszyła. Po dłuższej chwili zgasło światło i dźwig stanął. Józek nacisnął guzik alarmu i usiadł na podłodze. Zamknął oczy i opał głowę o ścianę.

Drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się i wszedł stary mężczyzna.

– Pamiętasz mnie? – zapytał.

– Nie, czego chcesz? – warknął Józef.

– Przypomnij sobie, szedłeś ulicą, ja dostałem zawału akurat obok ciebie. Nie zatrzymałeś się, nie pomogłeś, nie zadzwoniłeś po pogotowie. I umarłem.

– Nie jestem lekarzem, co mogłem zrobić? Odwal się z tymi pretensjami.

Ale mężczyzna zniknął jakby rozpłynął się w powietrzu.

Ochroniarz ocknął się na chwilę i zobaczył, że widzi ciemność a drzwi windy nadal są zamknięte. Zapalił zapałkę i ponownie nacisnął guzik alarmu. Płomień zapałki oparzył go w palce. Potrząsnął dłonią i zaklął.

Ponownie usiadł na podłodze i zamknął oczy. Do windy weszła kobieta.

– Ziutek, ty draniu! Widzę, że żyjesz i nieźle ci się powodzi – powiedziała. – Gdybyś nie pożałował pieniędzy na moje leczenie też bym żyła. Ale ty je tylko zbierasz i prasujesz, ty gnido!

– Trzeba było nie palić papierosów to byś nie dostała raka – wykrzyknął Józek.  Wara od moich pieniędzy – wrzasnął i obudził się.

Wstał, zapalił kolejną zapałkę i zaczął naciskać po kolei wszystkie guziki windy. Drgnęła i nagle poleciała w dół nie zatrzymując się na żadnym piętrze. Z instalacji poszły skry i pokazał się ogień.

– Pomocy, ratunku, pali się – wołał ochroniarz krztusząc się śmierdzącym dymem i waląc pięściami w drzwi.

Strażacy wezwani przez przechodnia ugasili ogień i znaleźli zwęglone zwłoki w kabinie windy.

– Zbierajcie się, wracamy do siebie. Kobiety przygotowały nam w jednostce wieczerzę wigilijną – powiedział po akcji dowódca ratowników.

Tu można przeczytać oryginalną wersję „Opowieści wigilijnej”, uprzedzam – ma 45,5 strony

Jhttp://lektury.kochamjp.pl/teksty_/opowiesc_wigilijna_tekst.pdf

Upalne miasto 127

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************************

 Kontakt z urzędnikami bankowymi wprawia Annę w ciężką nerwicę. Bo mają klientów w nosie i udzielają fałszywych rad oraz informacji. A jak seniorka po sprawdzeniu, zirytowana  zadzwoniła z reklamacją to usłyszała od faceta, że on wcale tego nie mówił, że on nie jest prawnikiem a tylko pośrednikiem. Na sugestię, aby przekazał działowi prawnemu zmianę przepisów na takie, które byłyby przyjazne klientom ponownie usłyszała, że on nic nie może. No i tu Anna nie wytrzymała pytając: jak to, jest pan mężczyzną czy dzieckiem?

Trochę później zadzwonił mówiąc, że skontaktował się z działem prawnym i rzeczywiście wprowadził ją w błąd sugerując pójście do notariusza. Bo należy tę sprawę załatwić w sądzie.

– Zabić to mało – pomyślała seniorka zażywając lek przeciwko bólowi głowy.

Koty nie mają takich problemów a szczególnie ten o którym pisze autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Dawno, dawno temu angory tureckie były w swojej ojczyźnie zwykłymi dachowcami. To jedna z najstarszych ras na świecie. Niektórzy uważają nawet, że to przodek wszystkich długowłosych kotów, co jest zaskakujące, bo ja obstawiałem któregoś z demonów babilońskich.

Wyobraźcie sobie stado tych jedwabistych drani okupujących śmietniki za świątynią boga węża, czy co tam w starożytnej Turcji mieli. Cóż to musiał być za widok. Ciekawe czy rzucano w nie ciżmami kiedy na wiosnę oddawały się pięknej, lecz nieco hałaśliwej kociej miłości.

W przypadku angory zdecydowanie jest co kochać. Jest piękna, zdrowa, wesoła i skora do zabawy. Ma długą, jedwabistą sierść pozbawioną podszerstka. Lubi się przytulać do swojego właściciela, włazić do wody, bawić wszystkim, co wpadnie jej w łapy, a potem to psuć. Cóż, kiedy ma się taką prezencję, to nawet odrobina łobuzowania może długo uchodzić na sucho – patrz Ted Bundy.

Poza skłonnością do niszczenia cudzej własności inną zabawną cechą Angory jest to, że czasami wyrzyguje pilobezoary. Pilobezoar nie jest ani pokemonem, ani dinozaurem, ani nawet nowym batonem dietetycznym od Anny Lewandowskiej. To po prostu kula zbitego futra, która zalegała w przewodzie pokarmowym kota, dopóki nie zdecydował się podzielić nią ze światem. Dziękujemy kocie!

Angorze tureckiej dziwnie z oczu patrzy. Być może to miłość do tego jednego domownika, którego uzna za godnego jej towarzystwa. A może próba uchronienia człowieka przed złymi duchami. Bóg jeden wie, jak bardzo tego potrzebujemy, szczególnie w sezonie grypowym. W Turcji angora z jednym okiem niebieskim i jednym żółtym pełni rolę mrukliwego amuletu i chałwa jej za to. Szczególnie że różnookie angory z powodów genetycznych wcale nie są rzadkością.

Dlaczego opisuję angorę tutaj, a nie patronite tak jak inne rasy psów oraz kotów? Bo jestem akurat w jej ojczyźnie na krótkim work and travel, czyli urlopie, na który zabrałem pracę, bo się z nią trochę nie wyrobiłem. Poza tym, każdy czasami zasługuje na okład z kota. Byleby był konsensualny.

Nieulubiony ciąg dalszy załatwiania  spraw urzędowych nastąpił i nastąpił, i wkurzał, bo taka jest cecha charakterystyczna naszych urzędów. Hektolitry melisy nie wystarczają na uspokojenie się organizmu seniorki.

W nagrodę za częściowe załatwienie jednej sprawy zafundowała sobie kawę i pudding z nasionami chia.

A potem seans w kinie z oglądaniem dokumentu „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa” w reżyserii Elizy Kubarskiej, która też jest himalaistką. Dlatego pojechała szukać śladów ostatniej wyprawy bohaterki swojego filmu. Próbuje odpowiedzieć na pytanie czy Rutkiewicz zginęła, czy może została mniszką jak twierdzi jej matka? Obraz składa się z fragmentów filmów i pamiętników nagrywanych przez bohaterkę. Także z wypowiedzi matki, siostry, menadżerki, Messnera i polskich wspinaczy. Jest też trochę faktów z prywatnego życia Rutkiewicz, która odnosiła sukcesy, można powiedzieć, że zawodowe, ale osobiste doświadczenia już nie były tak pozytywne. Koledzy mówią, że miała trudny charakter. Inne osoby, że męskie ego wspinaczy powodowało dużą niechęć do jej osoby. Na zasadzie: jak jakaś głupia baba śmiała być co najmniej tak dobra jak oni, a momentami nawet lepsza.

Dla Wandy Rutkiewicz wyprawy w góry to były trzy elementy: ludzie, natura czyli góry i sport.

Równie trudno, choć inaczej, miała w życiu aktorka Maria Pakulnis. Opowiada o sobie w wywiadzie – rzece przeprowadzonym przez Dorotę Wodecką.

Na niedobrą atmosferę w domu wpłynął nałóg ojca będący wynikiem zesłania do Workuty. Sfrustrowana i zdystansowana matka i bieda.

Jej małżeństwo też nie było udane, zawodowo miała sinusoidę z dużymi dołami. Jedyne z czego jest zadowolona to syn. Dobre i to.

Anna obejrzała w Internecie wywiady z siostrzenicą Simony Kossak, która opowiada o zatęchłej atmosferze Krakowa, zimnym domu, o tym, że w dzieciństwie zajmowała się nią tyko ciotka Simona a nie matka. O nauce w Liceum Plastycznym, wrednej uwadze jednej z nauczycielek, która to (uwaga) zablokowała twórczo Joannę na wiele lat. O wieloletniej pomocy doznanej od sąsiadów. O autyzmie jej syna na którego bardzo dobrze wpływa mieszkanie wśród przyrody i braku odgłosów urządzeń cywilizacyjnych. I o wdzięczności dla profesora, który specjalnie przyjechał do niej, aby przekonać do malowania i rysowania, bo ma talent, którego nie wolno zmarnować.

A teraz poczytajcie do czego ma talent kukurydza:

Kukurydza – pukane ziarno. Spójrzcie na nią, jaka z siebie zadowolona. Ale właściwie dlaczego? Bo jest taka żółta i słodka? No chyba nie bardzo. Kukurydza występuje w niemal każdym brzydkim kolorze, który jesteście sobie w stanie wyobrazić. Są odmiany białe, zielone, niebieskie, czerwone, a nawet (narodowcy niech wyjmą kciuki z buzi i zatkają uszy), KOLOROWE.

Nie każda kukurydza jest słodka. Większość upraw na świecie to kukurydza zwyczajna (twarda) i kukurydza koński ząb (pastewna). Robi się z nich mąki, kasze, pasze dla zwierząt oraz etanol. Tego ostatniego używał Henry Ford jako paliwa, zanim jego samochody zaczęły przypominać wielkością kościoły.

Kukurydza w ogóle nie może za bardzo się zdecydować kim chce zostać kiedy dorośnie. Z jednej strony jest zbożem (ziarna). Z drugiej warzywem (w całości), z trzeciej kolba wyrasta jej z kwiatu, więc technicznie rzecz biorąc mamy do czynienia z grupą owoców.

Kukurydza nie zawsze rosła w puszkach jak teraz w Europie, czy w kartonowych wiadrach wielkości silosów zbożowych jak w Stanach Zjednoczonych. Już 9-10 tysięcy lat temu była uprawiana na terenach obecnego Meksyku jako krzyżówka kilku dzikich traw z przerostem ziarna.

Według legendy starożytnych Majów (to ci, co mówili, że świat się kończy w co drugi wtorek) człowiek powstał z boskiej posoki i kukurydzy. Patrząc na współczesne zużycie syropu kukurydzianego, za wszelką cenę chcemy powrócić do korzeni.

Sama w sobie kukurydza jest dosyć zdrowia. Jej ziarna mają więcej białka niż jakiekolwiek inne zboże, więcej żelaza niż jajka czy pieczeń wołowa, więcej błonnika niż precle czy czipsy ziemniaczane i zdecydowanie więcej sensu niż ta wyliczanka.

Mąka kukurydziana jest też niezłym zamiennikiem dla ludzi, którzy nie trawią glutenu. Ale spokojnie. Nie po to roślina zostaje oficjalną przekąską stanu Illinois (popkorn), żeby nam robić dobrze w człowieka.

Pierwotnie popkorn przygotowywano na rozgrzanym piasku z ogniska i robili to rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej. Za jego obecną formę dostępną w pięćdziesięciu smakach stopy cukrzycowej odpowiadają jednak obywatele Ameryki Północnej.

Swoją drogą na pewno jesteście ciekawi, jak powstaje popcorn od technicznej strony. Nie jesteście? Nie szkodzi i tak opowiem. Wewnątrz ziarna kukurydzy znajduje się odrobina wody. Kiedy zostanie podgrzana, zamienia się w parę i ziarno robi „pop”, stąd nazwa. Nie byłoby to możliwe gdyby nie budowa łupiny ziarna, która w przeciwieństwie do wielu innych zbóż jest na tyle chytra, że nie przepuszcza wody.

Do Polski kukurydza trafiła z Węgier na przełomie XVII i XVIII wieku. Jej nazwa pochodzi od węgierskiego słowa kukuruc, które oznacza: wygląda tak samo przed i po zjedzeniu.

Upalne miasto 126

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************************

Halloween objawił się Annie nie dziećmi wołającymi „cukierek albo psikus” tylko psikusami diabła stróża. Urozmaiconymi.

Finansowymi i zdrowotnymi. Najpierw czytnik w owadzim sklepie zażądał „Użyj innej karty” gdy próbowała aktywować nową za pomocą opłaty za zakupy. Użyła innej. Z ciężkimi torbami poszła do bankomatu zamiast wygodnie pojechać do domu autobusem. I tu niespodziewanka ją walnęła ją po oczach, bo urządzenie było nieczynne. Następnego dnia, przed wizytą u lekarza, podeszła do innego bankomatu i ten też pokazał jej figę, czyli „spadaj, pieniędzy ci się zachciało, pazerna babo?!”

Dodatkowo poczta, na której chciała nadać kilka listów z kartami ATC,  okazała się działać tylko do godziny 15-tej a była 15,08.

Lekarka obejrzała seniorce uszy, nos i gardło – bez zachwytu. I zapisała antybiotyk, kontynuację leku antyalergicznego oraz lek osłonowy. Żeby było trochę taniej pacjentka pojechała do jednej z aptek sieci na literę Zet zamiast do jednej z trzech na blisko swojego domu. I w domu zorientowała się dopiero, że zapłaciła pełną stawkę za jeden lek choć cena recepturowa jest o wiele tańsza.  No i niemiło się zrobiło.

W pobliżu apteki podeszła do bankomatu, włożyła nową kartę i wpisała, według siebie, prawidłowy pin. Odrzucono i sms-em o błędzie zawiadomiono. Wpisała ciąg cyfr z sms-u, też błędny się okazał. Kolejny sms. Ponowiła pamiętany, podany w liście z banku, kod. I to był koniec, bo do trzech razy sztuka. Spróbuj jutro – poinformowano.

Dopiero potem zajrzała do notatek w komórce gdzie jak byk stał inny ciąg cyfr. Wystarczyło, że zrobiła czeski błąd i po aktywacji.

– Pamięć mam dobrą lecz niedokładną – pomyślała Anna i na starą kartę wyciągnęła gotówkę.

W poniedziałek pojechała do apteki z reklamacją ale uświadomiono jej, że „co ślepy nie dojrzy to zmyśli”, czyli nie miała racji. Głupio się jej zrobiło ale aptekarka była uprzejma tak samo jak Anna. Warto czasem nie napadać z pretensjami, bo może się okazać, że robimy to niepotrzebnie i bez powodu.

Bankomat tym razem współpracował, czyli przyjaźnie zareagował na prawidłowy pin.

W czwartek  w ramach Stowarzyszenia SOWA poszła na wystawę twórczości Gustawa Klimta(1862 – 1918). Immersyjną wystawę, czyli wciągającą widza w przestrzeń wirtualną.

W pierwszej sali jest kasa i oferta przeróżnych gadżetów z motywami twórczości Klimta – plakaty, pocztówki, zakładki, notesy, apaszki, torby, bluzy, fartuchy kuchenne, kubki, filiżanki, kosmetyczki, portfeliki duże i małe, albumy z reprodukcjami, talerze, półmiski itd. Anna nabyła dwie pocztówki i portfelik (ładnie zapakowany) w prezencie dla koleżanki.

W drugiej sali wiszą kopie dwunastu obrazów malarza, tych najbardziej znanych i z dużą ilością złota. Skąd ten materiał tak chętnie używany? Ojciec Klimta był złotnikiem. W niszy stoi figura, naturalnej wielkości, przedstawiająca malarza w ciemno niebieskiej szacie wzorowana na zdjęciu  wiszącym na ścianie.

O odzyskiwaniu obrazów przez spadkobierczynię właścicieli nakręcono film „Złota dama” z Helen Mirren.

W następnej, dużej sali są wyświetlane fragmenty lub całość obrazów na ścianach, podłodze i wiszącym na środku ekranie. A lektor opowiada o twórcy i jego obrazach.  Muzyka jest trochę za głośna.

„Sztuka jest pomostem między duszą a światem” to słowa Klimta.

Ostatnią częścią wystawy jest pomieszczenie z fotelami i okularami – goglami za pomocą których wchodzimy wirtualnie w kilkanaście obrazów i motywów twórczości artysty.

Nie miał żony i dzieci, zmarł na skutek udaru w wieku 55 lat.

Następnego dnia odebrała postanowienie sądu a potem wstąpiła do banku po informację związaną z tym postanowieniem. I tylko uzyskała informację, że musi się skontaktować i umówić z doradcą w ważniejszym oddziale. Kiedyś było hasło „Klient nasz pan” i też nikt się nim nie przejmował.

Na przystanku zobaczyła dziewczynę z wschodnimi rysami mającą na z tyłu plecak a z przodu kurtkę założoną odwrotnie dzięki czemu kaptur wisiał jej pod brodą. Oryginalnie ale czy wygodnie?

Koty mają swoje futro i nie muszą go zdejmować. Co udowadnia autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Pantera śnieżna = śnieżkot, nazywana również irbisem, nawet jak na kota jest trochę za bardzo. Na przykład za bardzo puchata, bo zimą jej futro na brzuchu może mieć nawet 12 centymetrów grubości. Uszka ma z kolei nieproporcjonalnie małe, ale jakby były większe to by odmarzły, a wtedy czapka by panterze spadała na oczy. Po przeciwnej stronie znajduje się natomiast ogon, który jest nie tylko długi, ale i gruby, a wszyscy wiemy, że to gotowy przepis na sukces. Pantera śnieżna używa go podczas snu jak kołdry.

Najbliższym kocim krewniakiem pantery śnieżnej jest tygrys. Dopiero 2 miliony lat temu Irbis walnął to wszystko i wyjechał w Bieszczady. A właściwie to nawet bardziej, bo w Góry Ałtajskie oraz w Himalaje.

Irbis jest mięsożercą jak to u kotów. Jego dietę stanowią przede wszystkim różni posiadacze kopyt. Na przykład markury i nahury. Żeby złapać coś, co nazywa się nahur, trzeba się solidnie nagimnastykować, dlatego kiedy Irbis skacze, to wygląda prawie jakby latał. W powietrzu pokonuje nawet 10 metrów.

Pantery śnieżne żyją na skałach, na skałach polują i na skałach bardzo chcą pozostać niezauważone. Nie ma innego kota tych rozmiarów, który bardziej kryłby się przed ludźmi. Niektórzy badacze nie rozumieją jednak po panterzemu i spędzają w górach całe tygodnie tylko po to, aby ani razu nie zobaczyć Irbisa.

Mimo że irbis spierdzielił przed cywilizacją tak daleko jak się tylko dało, to ta cywilizacja i tak czasami za nim łazi. Pantery śnieżne są zagrożone wyginięciem, ale niestety zdarzają się ludzie, którzy i tak na nie polują. Przede wszystkim dla pięknego futra, ale również dlatego, że ich pazury i kości są w Chinach uważane za jeden z najlepszych afrodyzjaków. Moi drodzy klienci kłusowników, najwyższa pora, żebyście przestali się jarać dziwnymi rzeczami i przerzucili na filmy z gatunku autoprzyrodniczych jak reszta świata.

Święto Niepodległości Anna uczciła spotkaniem ze znajomą i niedługim spacerem po mieście w czasie którego spotykały wrocławian w biało – czerwonych w czapkach i szalikach z napisem Wrocław Walk.  Na przystanku zwracała uwagę kobieta w średnim wieku: na głowie miała biało – czerwony wianek, na sobie białą kurtkę, na plecach czerwony plecaczek, do niego był przypięty papierowy biały gołąbek, na stopach biało czerwone buty, na nogach czerwone spodnie a w ręce polską flagę. Do kurtki przypiętą rozetkę, na szyi biało – czerwony szalik. Nie wiem – bardziej to patriotyczne czy ostentacyjne?

Ze znajomą wypiły kawę i zjadły po pół rogala marcińskiego. W ramach bycia marudną seniorką zauważyła, że: muzyka jest za głośna, na stoliku stała ale nie świeciła lampka i nie można jej było włączyć, nie było też na stoliku serwetek.

Skutki dbania o ogródek

Skutki dbania o ogródek

Baśka przez całe życie uważała się za bardzo mądrą, piękną i szlachetną. Gdy była małą dziewczynką jej gadulstwo komentowano: o, jakie rezolutne dziecko. Powtarzała co usłyszała a potem przeczytała, bo bardzo dobrą pamięć miała. Tak się przyzwyczaiła do pochwał  za słowotok, że tego procederu nigdy nie zaprzestała.

Na męża wybrała niewygadanego faceta, któremu wmówiła, że dzieci ciągle chorują, więc nie może pracować. O tym, że większość czasu spędza na plotkarskim życiu towarzyskim u sąsiadek  biedak nie wiedział. Przestała o siebie dbać za to każdemu opowiadała o swoich szkolnych, towarzyskich i rękodzielniczych sukcesach. Teraz nie było po nich śladu, bo odpuściła sobie jakiekolwiek ambicje. Nie po to przecież wyszła za mąż i urodziła dzieci, aby się wysilać. O siebie, rodzinę i dom dbała powierzchownie za to namiętnie narzekała na brak pieniędzy i do wszystkich miała pretensję, że jej nie dotują, a przecież powinni, bo urodziła dwoje dzieci uszczęśliwiając tym całą planetę.

Na wakacje jeździli do domu na wsi. Własność to była ciotki ze strony męża, która pracowała za granicą i wracała tylko na miesięczny urlop. Był tam ogródek, który wymagał zadbania, czyli przekopania, chwastów wyrwania, płotu naprawienia. Kilka lat trwało zanim Baśka namówiła męża do działania. Jednego roku naprawił płot, drugiego (po deszczu) skopał pół ogródka i wyrwał chwasty. Trzeciego wyciął uschnięte krzaczory, czwartego skopał czwartą część i na koniec został nagrodzony znaleziskiem. Był to bardzo dobrze zabezpieczony karabin. Owinięty  w,  grubo nasmarowane śmierdzącym smarem zwanym towotem, szmaty,  w kilka warstw ceraty i zapakowany w drewnianą skrzynkę. Z Internetu dowiedzieli się, że to przedwojenna broń, czyli mauser. Nawet nie trzeba było go czyścić w tak dobrym był stanie. Skrzynka zawierała też 50 pocisków.

– I co my z tym zrobimy? –   zapytał mąż gdy siedzieli wieczorem przy stole na którym rozłożyli znalezisko.

– Sprzedamy na allegro – powiedziała Baśka.

– A czy to jest legalne?

– Sprawdzę w Internecie. O, cholera – nie można. Trudno, zatrzymamy go. Może się kiedyś przyda.

– Do czego na przykład?

– Będę strzelać do szpaków na czereśni.

– A umiesz strzelać? Bo to ja byłem w wojsku.

– A co w tym trudnego? Nauczysz mnie. Postawimy puszki po twoim piwie na płocie i na pewno szybko je zestrzelę.

– A nie lepiej w lesie? Żeby nikt nie zobaczył?

 – To jak pójdziesz na jagody znajdź odpowiednie miejsce – powiedziała Baśka gładząc kolbę karabinu.

Mąż zawinął broń w stary sweter i odłożył na dolną półkę regału.

Baśka wyszła na próg i zawołała dzieci bawiące się progeniturą sąsiadów.

– Oooobiad. Natychmiast do domu.

Podeszła do kuchenki gazowej, wzięła garnek z grochówką i postawiła go na, leżącej tam,  kamiennej podstawce. Nalała do talerzy, usiadła i przy wtórze melodii disco polo płynącej z radia jedli trochę mlaszcząc.

– To chyba żołnierska grochówka, bo widzę boczek – bystrze zauważył syn. Widziałem na skraju wioski  namioty wojskowe.

– Ależ skąd! Sama gotowałam – zaprotestowała troskliwa matka.

– Daj spokój, sąsiadka cię tam widziała i słyszała jak opowiadałaś, że dzieci nie mają co jeść, bo mąż mało zarabia.

– Bo tak właśnie jest, za mało.

– To zarabiaj i ty – wychylił się mąż.

– A żebyś wiedział, że zarobię. Mam plan. A ty wyczyść mausera.

Następnego dnia Baśka z mężem poszli do lasu, aby wypróbować znalezisko.

Strzelali do puszek, butelek i ptaków przeważnie nie trafiając.

– Ślepy jesteś czy co? – spytała zawiedziona żona.

– Ty to lepsza?

– Ale podobno byłeś w wojsku?

– Głównie w kuchni, przecież wiesz.

– No, tak – trafił mi się wojak prawie Szwejk. Tylko poczucie humoru nie takie.

– Najważniejsze, że ty jesteś doskonała.

– A żebyś wiedział, zaraz ci udowodnię. Wzięła broń wycelowała i ustrzeliła biegnącego zająca.

– O, cholera! – oboje podsumowali sukces.

– Powiesimy, żeby skruszał, podobno tak się robi – powiedziała praktyczna żona.

– Ale wydaje mi się, że w lecie nie wolno na nie polować?

– No to co? Przecież go nie zostawimy. Będzie pieczeń i pasztet – stwierdziła zaradna kobieta.

Mąż zawinął szaraka w kurtkę, żeby nikt go, po drodze do domu, nie zauważył.

W domu powiesili go w spiżarni za tylne łapy i wyszukali w Internecie przepisy kulinarne. Dowiedzieli się, że są kłusownikami, bo akurat jest czas ochronny dla tych zwierząt, że zając kruszeje cztery pięć dni ale w niskiej temperaturze. Jeśli jest ciepło należy mięso włożyć do zamrażarki na dwa tygodnie. I tu się pojawił problem ze ściąganiem skóry ze zwierzątka. W Internecie znaleźli filmiki instruktażowe.

Baśka rozochociła się powodzeniem i postanowiła kontynuować działalność odnosząc kolejne sukcesy.

W piątek pojechali do supermarketu w najbliższym mieście. Ona od razu skierowała się do toalety. Męża wysłała z listą zakupów mówiąc, że zaraz do niego dołączy. Poszedł więc między regały kompletnie nieprzyzwyczajony do takich zajęć. Błądził długo między półkami szukając produktów a i tak wszystkiego nie znalazł. Podszedł do kasy kątem oka zauważając jakieś zamieszanie wśród personelu. Ale nie lubił się wtrącać więc zapłacił i poszedł do auta w którym już siedziała Baśka.

– Gdzieś ty była? – spytał?

–  Postanowiłam, że nauczysz się samodzielnie robić zakupy.

– Ale nie znalazłem wszystkiego – przyznał się bez bicia.

– Nie szkodzi, za kilka dni pojedziemy do innego sklepu, żebyś się otrzaskał z różnymi układami towarów.

– Robisz mi kurs sklepowo – zakupowy?

– Bardzo dobrze to nazwałeś. Będziemy jeździć w różne miejsca i tylko ty wszystko kupisz aż staniesz się wysokiej klasy specjalistą.

– A ty co będziesz robić?

– To co zawsze – ogarniać wszystko.

–  Czyli rządzić.

– Ktoś musi.

Wieczorem miejscowa rozgłośnia radiowa podała, że w pobliskim supermarkecie niski napastnik zagroził, na zapleczu, pracownikom nierozpoznaną bronią i zrabował utarg z poprzedniego dnia oraz biżuterię pracownicy w postaci złotego łańcuszka z krzyżykiem oraz pierścionka z brylancikiem.

Upalne miasto 125

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

      Anna kiedyś zrobiła taką wyklejankę: marchew a na niej napis: „nie gryź się, gryź marchewkę”.

Można też dłubać ziarna słonecznika do czego (w swoim stylu) zachęca autor fb-ego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

SŁONECZNIK = słońce na patyku

Każdy słonecznik to nie jeden, ale nawet 2000 kwiatów. Każdy „płatek” okalający koronę to tak naprawdę kwiat języczkowaty, który ma w życiu tylko jeden cel – nęcić zapylaczy. W środku, czyli na tarczy słonecznika są natomiast kwiaty rurkowate i dopiero one odpowiadają za rozmnażanie. To z nich powstają nasiona. Chora historia, ale takie właśnie są słoneczniki.

W dodatku kwietni rurkowie nie siedzą na tarczy w równych rzędach ani nawet nie tłoczą się w radosnym bezładzie. Nie, oni się ustawiają w fikuśny, spiralny wzór zgodny z ciągiem Fibonacciego, tego Włocha, który poprzestawiał wszystko w naturze, żeby pasowały do lodów włoskich.

Każda pora jest dobra na słonecznik. Nie pomyślał nigdy nikt kto choć raz musiał sprzątać wymemlane łupiny z podłogi. Co, jest takiego w słoneczniku, że ktoś go kupuje, wsiada do tramwaju, po czym uznaje, „o tutaj jeszcze nikt nie naświnił”, po czym postanawia to zmienić? Ludzie jedzą białe i szare ziarna słonecznika, ale są też ziarna czarne. Robi się z nich olej, od którego można dostać kujawiaka.

Słonecznik pochodzi z Ameryki Północnej. To ta Ameryka, od której zatykają się tętnice. Słoneczny kwiat (Helianthus) hodowano tam już 3000 lat przed naszą erą, czyli czasami kiedy Jezus wziął udział w akcji promocyjnej Pikoka – cudowne rozmnożenie śledzi, wtedy jeszcze bez śmietany.

Rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej uprawiali słonecznik ze względów kulinarnych oraz do celów medycznych. Leczyli nim podrażnienia skóry, rany oraz ukąszenia węży. Współcześnie dodaliśmy do tego leczenie planety, która choruje na ludzi. Słoneczniki potrafią oczyszczać glebę i wodę z toksyn, w tym z pierwiastków radioaktywnych. Sadzono je między innymi wokół Czarnobyla i Fukushimy. Podobno Netflix ma na ten temat nakręcić serial – Słonecznik VS Mechagodzilla.

Słoneczniki dzielą się na ozdobne i pożyteczne. To sytuacja jak z kwadratem i prostokątem. Nie każdy słonecznik jest pożyteczny, tych ozdobnych się nie je i są mniejsze. Każdy jednak jest porąbany. No bo jak inaczej nazwać chabazia, który uparcie, co roku od nowa (słonecznik jest rośliną jednoroczną) wystawia łeb między trawy i pnie się na 2-3 metry do góry? Ktoś mu chyba zapomniał zaaplikować polski system szkolnictwa, bo gość nie kuma, czym się może skończyć wychodzenie przed szereg.

A może się skończyć zgięciem karku, pozbawieniem kręgosłupa albo złamaniem jednostki, to znaczy łodygi, np. wskutek gwałtownych podmuchów wiatru. Dlatego słoneczniki najlepiej siać tak, żeby były jednocześnie osłonięte, ale miały ciągły dostęp do słońca. Słońce jednak ma to do siebie, że nie chce stać spokojnie, tylko zasuwa po niebie jakby je chmury swędziały.

Słonecznik nie potrafi znieść, że słońce grzeje go w tyłek, a nie prosto w buzię, więc wodzi za nim twarzą, obracając się nawet o 180 stopni, jak Mona Liza na plaży w Łebie. Nazywa się to heliotropizmem i jest możliwe dzięki specjalnym hormonom i receptorom światłoczułym w roślinie. Słonecznik przestaje się wiercić dopiero kiedy osiąga dojrzałość. Wtedy ustawia się w kierunku wschodu, co ułatwia przyciąganie owadów. Kwiaty tak ustawione nagrzewają się szybciej, a nawet pszczoła lubi ciepłe śniadania.

I jeszcze ciekawostka dla miłośników długich łodyg. Największy słonecznik miał 7,75 metra i został wyhodowany w Holandii, co mnie jakoś specjalnie nie dziwi. Byliście kiedyś w tamtejszym szalecie? Dranie montują pisuary, na wysokości budek lęgowych dla jerzyków.

Dyżur w bibliotece Centrum Seniora był bardzo udany. Rozdała parę ulotek zachęcających do podarowania pożądanych książek wraz z wykazem gdzie można zostawić obiekty nie będące dobrze widziane. Namówiła dwie panie do wzięcia lektury na długi weekend, a jedna nawet zainteresowała się, konkretnie, książkami napisanymi przez Annę.

Los musiał jednak wyrównać te małe sukcesy, bo w owadzim sklepie nie udało się jej uruchomić nowej karty płatniczej a bankomat osiedlowy się wypiął na osoby pożądające żywej gotówki lub/i uruchomienia karty. Pokazał figę bez maku.

Za to można sobie pozbierać trochę kolorowych liści byle zdążyć przed deszczem. Trochę na zasadzie: zamienił stryjek siekierkę na kijek”.

Zachęca do tego autor profilu FB „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

JESIENNE LIŚCIE = cała prawda o liściach

Pamiętam, była jesień. Mały hotel „Pod Różami”, pokój numer osiem. Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz, ale mina mu zrzedła kiedy zobaczył stan moich żółtych kaloszków. Dość powiedzieć, że żółte to one były dawno temu i nieprawda, a w tej chwili znajdowały się na najlepszej drodze do zamiany hotelowego holu w żyzne czarnoziemy Wschodniej Ukrainy. Polska. Złota. Jesień, mordo.

Później wzrok portiera powędrował wyżej, chociaż nie miał daleko, bo akcja dzieje się tuż przed moimi szóstymi urodzinami. I wtedy zobaczył JE. Jesienne liście. Całe naręcze i we wszystkich kolorach tej dziwnej pory roku kiedy złote kobierce na drodze mówią: „chodź, pobaw się z nami”, a potem jebs! Wysyłają człowieka na SOR z otwartym złamaniem dupy. Część tych kolorów ściekała zresztą prosto na dywan w postaci błocka, jak pieszczotliwie nazywałem je, zanim zostałem zmuszony przez nieubłaganie upływający czas i strajk głodowy mamy, do sprzątania po sobie. Najgorsze trzydzieste urodziny ever.

No właśnie, skąd w liściach tyle czerwieni i żółci jakby były emerytowanym taksówkarzem? Okazuje się, lepiej usiądźcie, że ONE TAM CAŁY CZAS BYŁY. Wraz z nastaniem jesieni spada chlorofilowa kurtyna i okazuje się, że król tzn. liść jest nagi, to znaczy żółty albo czerwony.

Ale po kolei. Kiedy zbliża się zima, słonko mówi, nara frajerzy, i spada na wakajki, świecić mocniej po drugiej stronie naszej zmęczonej latem z radiem planety. Rośliny przeczuwając, że za chwile zrobi się za zimno na modę letnią, ograniczają produkcję chlorofilu, który odpowiada za fotosyntezę. Chlorofil jest rzecz jasna zielony, bo gdyby był biały, to drzewo wyglądałoby jak szczotka do kibla.

Chlorofil rozkłada się, drzewo oszczędza energię, a składniki odżywcze są magazynowane w korzeniach i pniu. Wszystko pięknie, ale kiedy zabraknie zielonego, na jaw wychodzi prawdziwa natura liści.

W pierwszej fazie liść blednie i dostaje żółtawych wykwitów. W drugiej widoczne stają się karotenoidy, pigmenty odpowiedzialne za żółte i pomarańczowe odcienie oraz to, że Kubuś wygląda jakby się Królikowi Bugsowi ulało.

Później, u niektórych drzew np. klonów i dębów zaczyna się produkcja antocyjanów, pigmentów różowych, czerwonych i purpurowych, które ujawniają komunistyczne ciągoty polskiej przyrody.

Na koniec pojawia się rozsądny konserwatyzm, czyli brunatny odcień garbników. To one zostają w liściu kiedy reszta kolorów całkiem się rozkłada. Brunatny kolor zawsze symbolizuje schyłkową fazę jesieni i państwa.

Jeszcze słowo o tym, dlaczego liście w ogóle spadają. Wbrew pozorom nie dlatego, żeby sześcioletni Marek mógł ułożyć z nich na hotelowej podłodze Obraz w stylu Klimta – „Motomyszy z Marsa rozwiązują kwestię Kucyków Pony”. Chodzi o to, żeby drzewo przestało pompować w nie energię i składniki odżywcze. Roślina odcina się od liści i to dosłownie kiedy w wyniku reakcji chemicznej pomiędzy ogonkiem a gałęzią powstaje warstwa oddzielająca. Liść opada, ale nie zazna spokoju. Na ziemi już czekają na niego hordy nienasyconych przedszkolaków.

Upalne miasto 124

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************

Nastała złota polska jesień (w Ameryce nosi nazwę „indiańskie lato”), więc Anna postanowiła zaserwować sobie spacer po najbliższym parku. Połączony z robieniem zdjęć, ale miejsc i ujęć nieoczywistych, żeby było mniej ślicznie ale może bardziej interesująco. I, jak rzadko się jej zdarza, plan został wykonany.

Ale jej dzień zaczął się od wysłuchiwania głośnego stukania w rury a potem wizyty spółdzielnianego hydraulika, który zdziwił się, że seniorka nie stoi pod drzwiami i natychmiast nie otwiera. Kolejny raz zdegustował się sytuacją kaloryferową, bo w tym mieszkaniu z przepychem (trzeba się przepychać) nie można się dostać do grzejnikowego zaworu. Regał przeszkadza. Chętnych do odsunięcia go brak. Tak więc kaloryfer będzie grzał lub nie.

W galerii handlowej z regału na uwolnione książki zabrała trzy sztuki z przeznaczeniem dla biblioteki w Centrum Seniora.

A po drodze minęła:

Jarzębina = Jarząb pospolity = Czerwone korale

Wielka dama polskiego krajobrazu. Całe lato czai się na skwerze, jakby chciała pożyczyć 5 zł na pół litra bułki, a potem nagle jesienią wywala na wierzch czerwone korale i zas*ywa nimi okolicę, żeby człowiek się na nich wywalił i sobie głupi ryj rozwalił.

No właśnie, owoce jarzębiny, czyli jarzębu POSPOLITEGO. W Polsce rosną jeszcze jarząb mączny, szwedzki i brekinia, co do jednego interesujące i skromne drzewa, nie to, co ta jesienna szpanerka. Załapała się do jednej piosenki o nieuchronnych konsekwencjach swobody obyczajowej na wsi polskiej czasu przemian ustrojowych i uważa się za Taylor Swift spod Wetliny.

No dobrze, na obronę jarzębiny należy nadmienić, że zawiera dużo witaminy C, E, P, K, PP. Ma też dwa razy więcej karotenu niż marchew, działa moczopędnie i wzmacnia przeciw grypie. Podobno zielarze zalecali jarzębinę przy krwawych biegunkach, ale powiem Wam, że lepiej jednak wybrać się do lekarza, zanim człowiek zrobi sobie z tyłka karabin do paintballa. Wszystkie te zalety jarzębina może zresztą wsadzić sobie między liście, bo franca CHCE naszego cierpienia.

Korale czerwone niczym wino (kolejne kłamstwo, chyba że mówimy o Amarenie truskawkowej) są gorzkie jak łzy dziewczyny, łzy wielkie łzy i toksyczne jak opłatek na wigilii pracowniczej. Jasne, można je przemrozić, wysuszyć lub wygotować, żeby przestała próbować człowieka załatwić kwasem parasorbinowym i straciła smak. Tyle że to samo można zrobić z truskawkami i nie będzie nam w mieszkaniu dawało cmentarzem.

Nie zapominajmy również, że jarzębina doskonale nadaje się do gotowania sosów, dżemów i innych metod marnowania połowy dnia przy garach w akompaniamencie głuchego stukotu palców pozostałych członków rodziny, rytmicznie uderzających w ich czoła. Jarzębina niszczy status quo w podstawowej komórce społecznej, to znaczy tej, w której stary spał pijany, zanim zamienił to na sterczenie przy kotle z jarzębiną.

W sumie u nas i tak nie jest tak źle, bo na przykład na Islandii uważano, że Jarzębina to święte drzewo. Ludzie brali jej gałązki i targali ludziom na groby jako amulety przeciwko złym mocom. I jak potem człowiek ma po cichu znicz zawinąć z takiego zajarzębionego nagrobka? W Niemczech natomiast wieszano jarzębinę na kalenicach domów przed burzą, co wyglądało tak odpychająco, ze nasi sąsiedzi wymyślili narodowy socjalizm.

Istnieje również łemkowska legenda, według której Judasz skończył ze sobą właśnie na jarzębie i dlatego nazywają go (drzewo nie otwór w drzwiach do szpiegowania sąsiadów) juda albo judaszowym drzewem. I to jest akurat bardzo prawdopodobne. Pewnie miał dosyć tego, że nażarte jarzębiną jemiołuszki defekują mu na samochód we wszystkich kolorach komunizmu.

Jeszcze słowo do osób urodzonych 1-10 kwietnia oraz 4-13 października. Jesteście delikatni i odporni. Macie samokontrolę tybetańskiego mnicha po taczce Xanaxu no i lubicie się stroić. Nie wiem, dlaczego banda druidów, którzy w 1200 roku p.n.e brykali pod Stonehage składając ofiary z ludzi i wymyślając, jakimi są drzewami, uznała że to istotna informacja, ale proszę. Kiedy następnym razem ktoś was zapyta, po co kupujecie pięćdziesiątą parę sandałów, to powiedzcie mu, że drzewo totemiczne wam każe i niech spada na bukszpan.

Tydzień Anna rozpoczęła od zatrudnienia pralki, aby spełniła swoją rolę i uprała ciemne rzeczy. Potem seniorka wykonała  telefon do działu technicznego spółdzielni zgłaszając cieknący zawór pod sąsiednim mieszkaniem co utworzyło kałużę na posadzce i wcześniej zalało wycieraczkę.

Ostatnio miała szwung do przeglądania niektórych miejsc w chacie co zaskutkowało częściowo wyrzucaniem a częściowo przeznaczeniem do oddania, czyli zaniesienia do sklepu dobroczynnego. Co zrobiła. I niczego tam nie kupiła.

Wracając wstąpiła do punktu ksero gdzie skopiowała ulotkę dla seniorów na temat książek przyjmowania i w publicznych miejscach zostawiania. Otrzymała kartoniki ścinki nadające się na zakładki i dwie książki do biblioteki w Centrum Seniora.

Wyrzucając śmieci zauważyła, że na miejscu obok wiaty, przeznaczonym na śmieci gabaryty, stoi auto.

– Może ktoś stanął na chwilkę – pomyślała.

Jednak wracając z zakupów zauważyła, że nadal stoi. No to się zezłościła i ponownie do spółdzielni zadzwoniła podając numer rejestracyjny.

– Może właściciel chce, aby auto wywieziono na śmieci – pracownica przypuściła.

– Albo, żeby ktoś je uszkodził wstawiając swoje gabarytowe przedmioty.

– To będzie pani świadkiem, że tam stał a ja pójdę i zrobię zdjęcie. Bo jak ktoś uszkodzi pojazd do będzie miał pretensję do spółdzielni a nie do siebie.

Nazajutrz auto znikło. Odjechane czy odholowane zostało?

Od masażysty Anna dowiedziała się, że żołnierze bardzo pomogli jego ciotce w usuwaniu skutków powodzi. Skuli ściany, zerwali podłogę, uporządkowali teren wokół domu, bo woda naniosła pełno wszelkiego złego i śmierdzącego.

Po dyżurze w senioralnej bibliotece porozmawiała z koleżanką z którą były internowane w Gołdapi na temat ewentualnego uzyskania od ZUS-u comiesięcznego dodatku do emerytury należnego kombatantom i osobom represjonowanym. Annie odmówiono tego dodatku, z pomocą znajomej prawniczki napisała odwołanie. Nie dadzą, bo mogą i lubią odmówić. W razie powtórnej odmowy pozostaje jeszcze Rzecznik Praw Obywatelskich.

Koleżanka obiecała zawiadomić inne panie o tej możliwości, bo Związek Osób Internowanych głównie rozsyła informacje o śmierci jednej z represjonowanych kobiet, pogrzebie, zbiórce pieniędzy na wieniec. A tylko dla wybranych organizuje rozrywki w postaci np. rejsu po Odrze. Innych się nie zawiadamia. Dzięki czemu podziały  między ludźmi się pogłębiają. Fajnie, że są lepsi i lepsiejsi? Jak dla kogo.

Ktoś w Siedlcach założył Ogólnopolskie Stowarzyszenie Osób Internowanych i Represjonowanych i wymyślił sobie, że cudzym kosztem dowartościuje się organizując zbiórkę pieniędzy na sztandar. Jasne, byłym internowanym najbardziej to właśnie potrzebne jest do życia i szczęścia.

Według Anny powinni głównie zajmować się sprawami bytowymi  – informować o możliwościach uzyskania dodatków do emerytury, polecania zaufanych lekarzy specjalistów i możliwości rehabilitacji stacjonarnej oraz wyjazdowej, bo byli internowani są coraz starsi i mniej lub więcej schorowani. Czyli przede wszystkim POMAGAĆ. I to wszystkim a nie tylko wybranym.

Upalne miasto 123

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************************************************************

Nadchodził dzień Wszystkich Świętych a że Anna nie lubi tłoku postanowiła, jak co roku, wcześniej jechać na cmentarze.

Najpierw wybrała się tam gdzie dojeżdża jednym tramwajem a  grób jest niedaleko od głównego wejścia. Mały, bo pochowano dosłownie prochy – w urnie. Niestety leży przy szerokiej alejce i okazało się, że zniknął wianek z poprzednich świąt oraz znicz. Wianek był przywiązany sznurkiem do krzyża – ktoś odciął i zabrał też znicz, bo nie stał wypalony. Ni śladu, ni popiołu.

Zaradność rodaków wierzących katolików zwala z nóg. Podobno tacy operatywni jeżdżą hulajnogą, robią rekonesans i mają żniwo oraz pełną torbę. No i  kasę na alkohol i trawkę.

Anna tym razem zostawiła mały wianek, przywiązany do krzyża sztucznym bluszczem oraz znicz. Zastanawia się jak długo to tam zostanie. Może warto przełożyć inny, większy wianek od góry na dół  przez krzyż, aby złodziejowi nie było tak łatwo. I pomyślała życzenie, żeby mu, temu złodziejowi,  rączka spuchła i bardzo bolała do śmierci. Nóżka też, a nawet obie.

Na płycie nagrobnej innego członka rodziny też nie było, zostawionego tam przed Wielką Nocą, stroika, także przywiązanego sznurkiem do kamiennych nagrobnych wazonów, bo tak robi, aby  wiatr go nie zwiał. Grób jest z boku innego cmentarza ale to widocznie złodziejom nie przeszkadza. Ponowiła życzenie: A żeby im rączka, nóżka i wszystko inne spuchło oraz nie sklęsło nigdy. Oraz bardzo bolało.

Kolejna środa to kolejny dyżur w bibliotece Centrum Seniora. Zastała w biurze sporo darów w postaci książek, w większości albumy.

– I co my z tym zrobimy? – zafrasowała się Pani Ela.

– Schowamy do szafy i będę wystawiać po jednej – powiedziała Anna.

– Może zostawić i dać jako nagrody w klubach seniora zaproponowała inna pracownica Centrum Seniora.

– I to jest bardzo dobra koncepcja – uznała Anna.

A że w darach było też parę innych książek to te właśnie wystawiła na stole do ewentualnej wymiany. Z czego skorzystała jedna seniorka. Dostała w prezencie dwie, zrobione przez Annę, zakładki.

Natomiast senior zapytał czy może przynieść na wymianę książki ekonomiczne.

– Niestety nie, bo nikt nie będzie nimi zainteresowany – odpowiedziała Anna.

Potem okazało się, że pan był wykładowcą ekonomii, a że ma 82 lata to zapewne te książki są ze słusznie minionego okresu i ekonomii.

Przyszedł poradzić się co ma zrobić bo sieć telefoniczna podsunęła mu do podpisu umowę na której warunki się nie zgadza. Zachłanne hieny są wszędzie. Szczególnie czyhają na seniorów, aby ich wykorzystać. Powinni się marzyć w piekle, już teraz, zaraz.

Podobnie złodziej książek, który bezczelnie znowu przyszedł na łowy i zwymyślał przepędzające go panie obelżywymi słowy.

A nawet żółwiak chiński = bestia z Tokio, opisany na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” jest od tego chama ładniejszy i przyjemniejszy.

Żółwiak chiński to gładkogrzbiety, rurko nosy, błotny bandyta, który dybie na ryby, skorupiaki oraz turystów, sika gębą i wygląda, jakby to wszystko sprawiało mu dużo przyjemności. Każdy z nas zna kogoś takiego. Jeżeli nie z przedszkola to z transmisji obrad sejmu. Tego konkretnego przyjemniaczka miałem okazję poznać osobiście i spędziłem z nim kilka przykrych chwil podczas ostatniej wizyty w Japonii. Teraz korzystając z tego, że dzieli mnie od niego 9000 kilometrów, postanowiłem się zemścić.

Po raz pierwszy spotkałem brzydala w tokijskim parku Yoyogi dwa lata temu podczas podróży służbowej. Pływał sobie w bajorku w pobliżu jednej z drewnianych altanek, które Japończycy nazywają architekturą i miał na mnie wywalone płetwy. Próbowałem go namówić, żeby podpłynął bliżej, ale nie reagował ani na kici kici, ani na to co mówi się potem. Inny kontekst kulturowy, nic nie poradzisz.

Nie podpłynął i już, ale ja się tak łatwo nie poddaję. Moim zwierzęciem totemicznym jest Elmirka z Animków. Dlatego po dwóch latach wróciłem do Tokio, zarezerwowałem miejsce w hotelu obok parku Yoyogi i pierwszego dnia ruszyłem na łowy. Tym razem nie byłem jednak sam tylko w towarzystwie naszej Ilustratorki, którą zachęciłem do spaceru, obiecując, że pokażę jej brzydkiego żółwia w parku.

Udało się i to nie dość, że od razu to podwójnie, bo żółwiaki były dwa, jeden brzydszy od drugiego, ale każdy na swój sposób. Okazuje się, że w Japonii żółwiaki chińskie są uważane za święte zwierzęta. Trzyma się je w zbiornikach wodnych w pobliżu świątyń, żeby turyści mieli się z czym identyfikować w bardzo estetycznym poza tym otoczeniu. Rzut wirusem dalej jest inny kraj z wielkim parkanem no i tam już żółwiak nie jest taki święty, a czasami ląduje nawet na talerzu.

Państwo środka (od palca, który pokazuje prawom człowieka oraz innych zwierząt) dokłada jednak swoje trzy grosze do zachowania gatunku. Raczej nie ze szlachetnych pobudek, ale każdego roku chińskie farmy sprzedają prawie 200 000 ton żółwi, z czego większość stanowią podobno żółwiaki chińskie. Spora część trafia do prywatnych rąk i to nie uzbrojonych w widelce. Ten gatunek żółwia jest całkiem popularnym zwierzęciem domowym. Prawdopodobnie dlatego, że jest brzydki i popyla w akwarium jakby miał motorek pod przykrótkim ogonem.

Poza ogonkiem żółwiaki mają pozbawiony płytek rogowych karapaks, czyli to okrągłe na górze żółwia. Karapaks żółwiaków jest cały pokryty grubą i dość gładką skórą, dlatego po angielsku żółwiak nazywa się żółwiem miękko skorupowym. Z drugiej strony jest to co najgorsze, czyli głowa żółwiaka na długiej szyi. Skoro już przy niej jesteśmy, to żółwiaki należą do żółwi skrytoszyjnych, co odnosi się do sposobu, w jaki chowają głowę w skorupie. Kiedy coś im się nie spodoba na habitacie, wciągają szyję między przednie łapy, składając ją w literę S. Dla odróżnienia i niepotrzebnego skomplikowania sytuacji istnieją również żółwie bocznoszyje, które chowają głowy przez zgięcie szyi w bok w kierunku jednego z ramion. A Wy jak robicie?

Większość żółwi sika przez kloakę tak jak ptaki oraz prezes Facebooka. Żółwiak również potrafi tak robić, ale często decyduje się na bardziej obrzydliwe rozwiązanie. Wydalanie moczu przez kloakę wiąże się z dużą utratą płynów. Niby nic takiego jak się całe życie spędza w bajorze. Problem w tym, że woda, w której żyją żółwiaki, często jest dość słona i jej picie bywa ryzykowne. Dlatego żółwiak opracował własny sposób. Kiedy chce zrobić siku w słonym środowisku, to otwiera buzię, wciąga trochę wody i zaczyna mielić jęzorem. W ten sposób wypłukuje mocznik z otworu gębowego prosto do sadzawki i tak też wygląda produkcja Carlsberga.

No więc całe to skondensowane zło w jego skórzastym powabie podpłynęło do brzegu sadzawki kiedy tylko postawiła na nim stopę nasza ilustratorka. Drań nawet rurki z wody nie wystawił kiedy to ja chciałem się na niego z bliska pogapić, tylko zwiał, gdzie lotos rośnie, mrucząc pod nosem, że jakby chciał zobaczyć coś brzydkiego, to ma lustro w domu. Tak więc Japonia mocne 3/10, bo najadłem się rosołu z makaronem.

Anna za to ugotowała zupę na drobiowej porcji rosołowej i jarzynce bez pora. Pory to ona lubi nosić na nogach. Za to dodała małego buraka.

Po wystygnięciu zawartości obrała z mięsa kości, a raczej kosteczki. I poczuła się jak Kopciuszek przebierający mak. Bo wredna macocha wsypała ziarenka do popiołu i kazała oddzielać. Lupy nie dała.

Ale wracając do zupy to zawartość garnka zmiksowała i do pojemniczków rozlała. Niektóre do zamrażalnka lodówkowego wsadziła, bo zamrażarki nie ma. Kolor lekko czerwony jej nie przeszkadza, bo tak naprawdę jest malinowy. Kolor, nie smak. Owocowych zup nie lubi.

W trakcie następnego dyżuru bibliotecznego w Centrum Seniora zrobiła porządek na półkach (zawsze ktoś buszujący tam wszystko poprzestawia) i zajęła się książkami jakie ktoś zostawił. Większość z nich dotyczyła zdrowia, stosowania diet, zawierały przepisy kulinarne, poza tym o czakrach, tarocie (bez kart), kotach perskich oraz cztery pozycje beletrystyczne. Te zdrowotno – kulinarne były w dwóch wersjach: niedawno wydane, w twardej oprawie (XXI wiek) oraz broszurowe z ubiegłego wieku.

W ramach promocji można było za jedną swoją książkę wziąć, z regału lub stołu, dwie z czego seniorki chętnie skorzystały.

Wracając do domu wstąpiła do optyka gdzie czekały na nią nowe okulary. Dopłaciła konieczną sumę a pracownica dopasowała jej zauszniki. Na ladzie stała witrynka z trzema oprawkami sygnowanymi przez projektantkę Ewę Minge. Każdej koszt oscylował wokół tysiąca złotych, ha, ha, ha. Pogoda dla bogaczy.

Idąc do domu stanęła w słonecznym miejscu, aby sprawdzić, czy szkła rzeczywiście są fotochromowe. Zadziałały.

Upalne miasto 122

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

Poniedziałek,  czyli ostatni dzień września przyniósł Annie mieszane doświadczenia.

Na dworze było słonecznie i chłodno ale przyjemnie. Przy wiacie śmietnikowej znalazła papierową torbę z dwoma parami spodni, zabrała ją, bo akurat wybierała się, że swoimi rzeczami do sklepu dobroczynnego. Idąc do przystanku spotkała znajomą, którą skomplementowała za kolorystykę ubrania. Dotąd z upodobaniem nosiła kolory ziemi a że od lat pali papierosy cera jest adekwatna do nałogu. Tym razem była jak żółty kwiat a nie wysuszona gleba. Na co usłyszała, że jest podobna do niepełnosprawnej osoby noszącej zawsze ze sobą, w dwóch dużych torbach i plecaku, swój dobytek ponieważ boi się, że ją okradną. No, nie ma jak empatia i inteligencja emocjonalna. Papierosy te uczucia zabijają? A może to cecha wrodzona?

Anna powiedziała, że w torbach ma rzeczy przeznaczone do sklepu dobroczynnego i idzie do autobusu, bo z torbami to jednak ciężko. Na miejscu, czyli w sklepie, przejrzała pobieżnie ofertę i wybrała starą, zniszczoną, z luźnymi kartkami, książkę. Przy płaceniu sprzedawczyni zapytała seniorkę czy zbiera takie właśnie,  na co ona, że najpierw książkę przeczyta a potem wykorzysta do rękodzieła i wyliczyła jakiego. Dziewczyna stwierdził, że dobrze jest mieć na emeryturze jakieś hobby, bo bez pracy powstaje w życiu pustka.

– Ja akurat jej nie odczuwam, oprócz zajmowania się rękodziełem napisałam książkę w której zabiłam swoich wrogów.

Bardzo się to ekspedientce spodobało. Może kiedyś swoich też tak załatwi.

W drodze do punktu ksero pozbierała trochę kasztanów, w łupinach i bez. Miła i przeważnie uważna kobieta obsługująca ksero tym razem, z powodu rozmowy ze znajomą, popisała się nieuwagą z konsekwencjami. Seniorka jej to darowała. Przy okazji z kaloryfera, gdzie można zostawić niepotrzebne książki, zabrała jedną książkę z przeznaczenie do biblioteki w Centrum Seniora.

W owadzim sklepie nie było suchych wafli za to myląca informacja co do promocji pt. KUP dwa, za drugi zapłacisz tylko złotówkę. Tylko, że oferta jest od jutra. To po cholerę informacja wisi już dziś?!

Tyle dobrego, że zgubienie karty klienta nie ma konsekwencji, wystarczy podać numer telefonu.

Pierwsza październikowa środa nie była dla Anny łaskawa. Za oknem szaro, buro i ponuro oraz deszczowo. Ani śladu złotej polskiej jesieni. Na złośliwy początek dnia zastrajkował odbiór telewizji. Samodzielne próby nawrócenia go na dobrą drogę rezultatu pożądanego nie dały. A więc telefon do sieciowego konsultanta, który zasugerował jedno działanie, czekanie i kicha, czyli kaszana. Drugie, też z czekaniem,  spowodował zamieszanie, wyświetlanie dziwnych informacji i kolejnych, i kolejnych oraz dalszych, następnych frustrujących. Seniorka nieustannie była z konsultantem na łączach. Trwało to czterdzieści minut. Chyba rekord pobiliśmy. Na koniec zmęczona Anna powiedziała:

– To ma pan sukces, proszę go wpisać w swoje CV.

– A to do moich przełożonych proszę.

Na szczęście nie było jak w czeskim filmie „Straszne skutki awarii telewizora”.

Po tej akcji zapakowała książki i różne dokumenty do dwóch toreb dołożyła parasol i poszła na przystanek skąd miała dobre połączenie do Centrum Seniora  – dwa tramwaje i jeden autobus. I NIC o określonej porze nie przyjechało! Bo spadło trochę deszczu a nie ulewa z wichurą. Czekała i czekała a potem podkurzona musiała pojechać tramwajem jednym a potem przesiąść się do następnego.

Dyżur biblioteczny przeszedł spokojnie więc w niezłym nastroju pojechała do fundacji po prawniczą konsultację. Potrzebuje pomocy, bo ZUS uznał, że nie przyzna dodatku do emerytury, bo nie. Mimo zaświadczenia Szefa Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, że była osobą represjonowaną z powodów politycznych. Potrzebne jest odwołanie od decyzji i to w stylu prawniczym a nie osobistym. A cisną się seniorce pod palce różne, mało przyjemne do tej instytucji, stwierdzenia.

W trakcie kserowania dokumentów zapytała obecne panie:

– Czy oni myślą, że mnie internowali za (ZA, a nie NA) piękne oczy?

Jedna z nich odpowiedziała:

– Patrząc na pani zdjęcia z młodości to bardzo prawdopodobne. A i teraz im nic nie brakuje.

Nie ma to jak poczucie humoru i żart rozładowujący niemiłą, dzięki zadowolonej z siebie instytucji,  atmosferę .

A w tramwaju aż dwie osoby ustąpiły Annie miejsca. I miło się zrobiło.

Czasami piecze sobie sernik, kupuje nieduży kawałek tłustego  sera, miksuje, dodaje kopiatą łyżkę mąki ziemniaczanej, żółtka, ubite białka, śmietanę lub wystudzone masło klarowane i bakalie, miesza i wlewa do wyłożonej papierem małej tortownicy. Bez ciasta/herbatników na spodzie. Lubi przypieczony i nie przejmuje się opadnięciem.  Lubi to sobie opada. Szkoda, że nie można go jeść po wyjęciu z piekarnika, bo wtedy jest glutem a nie sernikiem. Trzeba odczekać na zupełne ostygnięcie i jeszcze trochę. To trochę zależy od wielkości ciasta. A ostatnio z Internetu dowiedziała się, że jest to sernik baskijski. Taka jest zdolna, ha, ha, ha.

W niedzielę 6 października Nagrodę Literacką NIKE  2024dostała wrocławska poetka Urszula Kozioł. Za tom „Raptularz” w którym rozlicza się z życiem. Ma 93 lata i powinna była dostać ją już dawno. Ktoś się pewnie zorientował w jakim wieku jest poetka i że niedługo może odejść. Szkoda, że nie 10 – 15 lat temu.

„Jeśli ktoś łaknie słów, a drugi człowiek ma w sobie coś, co mogłoby tę potrzebę zaspokoić, nie zjada tych słów, nie chowa ich w sobie, tylko dzieli się” – pięknie sprecyzowała, czym jest literatura.

A to jej wiersz

 „Bez zasięgu”

Przestałam podobać się sobie

i słowom

uciekają ode mnie

chciałabym już

nie być

prawdę mówiąc

tutaj już nie ma mnie

rozłączyłam się ze sobą

odeszłam od siebie

ale nie wiem dokąd

ziemia uciekła mi spod nóg

nie mam komu powiedzieć

co mi się stało

i że dzieje się coś

co nie miało się dziać

świat troi mi się w oczach

ucieka ode mnie

nie mam gdzie zostać

podziewam się spadając

w NIC

rozglądam się pamiętając

że chyba

zaczynam już na dobre

zanikać

wychodzę z domu żeby ktoś mnie zobaczył

ale

oblegają mnie omamy wrzaskliwą ciżbą

podtykają mi pod nos mikrofon

całkiem niepotrzebnie

całkiem niepotrzebnie

z tego miejsca nie ma zasięgu.

Nagrodę Nike od czytelników dostał, też wrocławianin, Michał Witkowski autor słynnego „Lubiewa”.