Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
********************************************************
Anna kiedyś zrobiła taką wyklejankę: marchew a na niej napis: „nie gryź się, gryź marchewkę”.
Można też dłubać ziarna słonecznika do czego (w swoim stylu) zachęca autor fb-ego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:
SŁONECZNIK = słońce na patyku
Każdy słonecznik to nie jeden, ale nawet 2000 kwiatów. Każdy „płatek” okalający koronę to tak naprawdę kwiat języczkowaty, który ma w życiu tylko jeden cel – nęcić zapylaczy. W środku, czyli na tarczy słonecznika są natomiast kwiaty rurkowate i dopiero one odpowiadają za rozmnażanie. To z nich powstają nasiona. Chora historia, ale takie właśnie są słoneczniki.
W dodatku kwietni rurkowie nie siedzą na tarczy w równych rzędach ani nawet nie tłoczą się w radosnym bezładzie. Nie, oni się ustawiają w fikuśny, spiralny wzór zgodny z ciągiem Fibonacciego, tego Włocha, który poprzestawiał wszystko w naturze, żeby pasowały do lodów włoskich.
Każda pora jest dobra na słonecznik. Nie pomyślał nigdy nikt kto choć raz musiał sprzątać wymemlane łupiny z podłogi. Co, jest takiego w słoneczniku, że ktoś go kupuje, wsiada do tramwaju, po czym uznaje, „o tutaj jeszcze nikt nie naświnił”, po czym postanawia to zmienić? Ludzie jedzą białe i szare ziarna słonecznika, ale są też ziarna czarne. Robi się z nich olej, od którego można dostać kujawiaka.
Słonecznik pochodzi z Ameryki Północnej. To ta Ameryka, od której zatykają się tętnice. Słoneczny kwiat (Helianthus) hodowano tam już 3000 lat przed naszą erą, czyli czasami kiedy Jezus wziął udział w akcji promocyjnej Pikoka – cudowne rozmnożenie śledzi, wtedy jeszcze bez śmietany.
Rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej uprawiali słonecznik ze względów kulinarnych oraz do celów medycznych. Leczyli nim podrażnienia skóry, rany oraz ukąszenia węży. Współcześnie dodaliśmy do tego leczenie planety, która choruje na ludzi. Słoneczniki potrafią oczyszczać glebę i wodę z toksyn, w tym z pierwiastków radioaktywnych. Sadzono je między innymi wokół Czarnobyla i Fukushimy. Podobno Netflix ma na ten temat nakręcić serial – Słonecznik VS Mechagodzilla.
Słoneczniki dzielą się na ozdobne i pożyteczne. To sytuacja jak z kwadratem i prostokątem. Nie każdy słonecznik jest pożyteczny, tych ozdobnych się nie je i są mniejsze. Każdy jednak jest porąbany. No bo jak inaczej nazwać chabazia, który uparcie, co roku od nowa (słonecznik jest rośliną jednoroczną) wystawia łeb między trawy i pnie się na 2-3 metry do góry? Ktoś mu chyba zapomniał zaaplikować polski system szkolnictwa, bo gość nie kuma, czym się może skończyć wychodzenie przed szereg.
A może się skończyć zgięciem karku, pozbawieniem kręgosłupa albo złamaniem jednostki, to znaczy łodygi, np. wskutek gwałtownych podmuchów wiatru. Dlatego słoneczniki najlepiej siać tak, żeby były jednocześnie osłonięte, ale miały ciągły dostęp do słońca. Słońce jednak ma to do siebie, że nie chce stać spokojnie, tylko zasuwa po niebie jakby je chmury swędziały.
Słonecznik nie potrafi znieść, że słońce grzeje go w tyłek, a nie prosto w buzię, więc wodzi za nim twarzą, obracając się nawet o 180 stopni, jak Mona Liza na plaży w Łebie. Nazywa się to heliotropizmem i jest możliwe dzięki specjalnym hormonom i receptorom światłoczułym w roślinie. Słonecznik przestaje się wiercić dopiero kiedy osiąga dojrzałość. Wtedy ustawia się w kierunku wschodu, co ułatwia przyciąganie owadów. Kwiaty tak ustawione nagrzewają się szybciej, a nawet pszczoła lubi ciepłe śniadania.
I jeszcze ciekawostka dla miłośników długich łodyg. Największy słonecznik miał 7,75 metra i został wyhodowany w Holandii, co mnie jakoś specjalnie nie dziwi. Byliście kiedyś w tamtejszym szalecie? Dranie montują pisuary, na wysokości budek lęgowych dla jerzyków.
Dyżur w bibliotece Centrum Seniora był bardzo udany. Rozdała parę ulotek zachęcających do podarowania pożądanych książek wraz z wykazem gdzie można zostawić obiekty nie będące dobrze widziane. Namówiła dwie panie do wzięcia lektury na długi weekend, a jedna nawet zainteresowała się, konkretnie, książkami napisanymi przez Annę.
Los musiał jednak wyrównać te małe sukcesy, bo w owadzim sklepie nie udało się jej uruchomić nowej karty płatniczej a bankomat osiedlowy się wypiął na osoby pożądające żywej gotówki lub/i uruchomienia karty. Pokazał figę bez maku.
Za to można sobie pozbierać trochę kolorowych liści byle zdążyć przed deszczem. Trochę na zasadzie: zamienił stryjek siekierkę na kijek”.
Zachęca do tego autor profilu FB „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:
JESIENNE LIŚCIE = cała prawda o liściach
Pamiętam, była jesień. Mały hotel „Pod Różami”, pokój numer osiem. Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz, ale mina mu zrzedła kiedy zobaczył stan moich żółtych kaloszków. Dość powiedzieć, że żółte to one były dawno temu i nieprawda, a w tej chwili znajdowały się na najlepszej drodze do zamiany hotelowego holu w żyzne czarnoziemy Wschodniej Ukrainy. Polska. Złota. Jesień, mordo.
Później wzrok portiera powędrował wyżej, chociaż nie miał daleko, bo akcja dzieje się tuż przed moimi szóstymi urodzinami. I wtedy zobaczył JE. Jesienne liście. Całe naręcze i we wszystkich kolorach tej dziwnej pory roku kiedy złote kobierce na drodze mówią: „chodź, pobaw się z nami”, a potem jebs! Wysyłają człowieka na SOR z otwartym złamaniem dupy. Część tych kolorów ściekała zresztą prosto na dywan w postaci błocka, jak pieszczotliwie nazywałem je, zanim zostałem zmuszony przez nieubłaganie upływający czas i strajk głodowy mamy, do sprzątania po sobie. Najgorsze trzydzieste urodziny ever.
No właśnie, skąd w liściach tyle czerwieni i żółci jakby były emerytowanym taksówkarzem? Okazuje się, lepiej usiądźcie, że ONE TAM CAŁY CZAS BYŁY. Wraz z nastaniem jesieni spada chlorofilowa kurtyna i okazuje się, że król tzn. liść jest nagi, to znaczy żółty albo czerwony.
Ale po kolei. Kiedy zbliża się zima, słonko mówi, nara frajerzy, i spada na wakajki, świecić mocniej po drugiej stronie naszej zmęczonej latem z radiem planety. Rośliny przeczuwając, że za chwile zrobi się za zimno na modę letnią, ograniczają produkcję chlorofilu, który odpowiada za fotosyntezę. Chlorofil jest rzecz jasna zielony, bo gdyby był biały, to drzewo wyglądałoby jak szczotka do kibla.
Chlorofil rozkłada się, drzewo oszczędza energię, a składniki odżywcze są magazynowane w korzeniach i pniu. Wszystko pięknie, ale kiedy zabraknie zielonego, na jaw wychodzi prawdziwa natura liści.
W pierwszej fazie liść blednie i dostaje żółtawych wykwitów. W drugiej widoczne stają się karotenoidy, pigmenty odpowiedzialne za żółte i pomarańczowe odcienie oraz to, że Kubuś wygląda jakby się Królikowi Bugsowi ulało.
Później, u niektórych drzew np. klonów i dębów zaczyna się produkcja antocyjanów, pigmentów różowych, czerwonych i purpurowych, które ujawniają komunistyczne ciągoty polskiej przyrody.
Na koniec pojawia się rozsądny konserwatyzm, czyli brunatny odcień garbników. To one zostają w liściu kiedy reszta kolorów całkiem się rozkłada. Brunatny kolor zawsze symbolizuje schyłkową fazę jesieni i państwa.
Jeszcze słowo o tym, dlaczego liście w ogóle spadają. Wbrew pozorom nie dlatego, żeby sześcioletni Marek mógł ułożyć z nich na hotelowej podłodze Obraz w stylu Klimta – „Motomyszy z Marsa rozwiązują kwestię Kucyków Pony”. Chodzi o to, żeby drzewo przestało pompować w nie energię i składniki odżywcze. Roślina odcina się od liści i to dosłownie kiedy w wyniku reakcji chemicznej pomiędzy ogonkiem a gałęzią powstaje warstwa oddzielająca. Liść opada, ale nie zazna spokoju. Na ziemi już czekają na niego hordy nienasyconych przedszkolaków.