Upalne miasto 133

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Sobota przed poniedziałkiem z trzema królami przyniosła do Anny sąsiadkę z prośbą. Najpierw ze zdziwieniem, że seniorki nie widać i nie słychać.

– A ja myślałam, że to moja zaleta, ta czapka niewidka – pomyślała Anna.

Ale sąsiadka przyszła po prośbie. Nie chodziło o datek finansowy tylko siłowy. Konkretnie o otwarcie słoiczka ze smalcem, prezentu od koleżanki, którego zawartością sąsiadka chciała sobie okrasić pierogi. Za pomocą podważenia boku pokrywki ostro zakończonym nożem operacja „smalec ze skwarkami” zakończyła się pomyślnie.

Bez rewanżu w postaci poczęstunku. Nie był oczekiwany  – ten rewanż.

Jest taki rysunek Andrzeja Mleczki: Idzie anioł z napisem: Dobrego nowego roku. A za nim diabeł z: Po moim trupie.

U mnie ciągle, całe życie, to aktualne.

I w ramach tego wariuje spłuczka w łazience. I dowiedziałam się o śmierci zawodowej  koleżanki, mojej rówieśniczki.

A propos postępowania złych ludzi zacytuję Annę Dymną:

„Jednym z kłamstw tego świata jest to, że jeśli będziesz dobry dla ludzi, oni odwdzięczą się tym samym. To bzdura. Są tacy, którzy czerpią przyjemność z rujnowania innych. Jednak niezależnie od tego, jak zgniłe serca spotykasz, warto być miłym nie po to, aby ktoś ci się odwdzięczał, ale po to by pokazać światu, że człowieczeństwo jednak istnieje”.

Albo: Bądź dobry – co ci szkodzi?

Niestety, niektórym bardzo szkodzi dlatego nie mogą się powstrzymać przed wykorzystywaniem, poniżaniem i obrażaniem innych. W ten sposób chcą sobie wyrównać kompleksy i udowodnić, że są lepsi a kompromitują się i odstraszają ludzi od siebie – pomyślała Anna. A potem się  dziwią, że są nielubiani.

W pewną środę (bez dyżuru bibliotecznego na skutek zabudowy części holu w Centrum Seniora) seniorka podjęła słuszną, jak się okazało, decyzję i zadzwoniła do pewnego urzędu w stolicy. I nareszcie trafiła na kogoś kumatego, kto wytłumaczył jej dlaczego nie może załatwić pewnej sprawy. Powód podano jasny, sensowny i zrozumiały.

– No, to mam sprawę z głowy, nareszcie – westchnęła Anna. I wysłała sms-a z info do koleżanki zainteresowanej tematem. A potem do niej zadzwoniła obiecując, że listem analogowym prześle jej informacje, które pozyskała w trakcie rozmowy z urzędniczką.

Aby uczcić koniec przepychanek z urzędem zapaliła świeczkę (tealight) przy małej witrażowej choince mającej specjalne miejsce na takie świecenie. I zjadła porcję bigosu wciągniętego z zamrażalnika.

Wcześniej na poczcie w galerii handlowej wysłała kilka listów z kartami ATC i nabyła w sklepie firmowym polskiej marki kosmetycznej kilka produktów.

Od autora „Zwierzęta są głupie i rośliny też” dowiedziała się, że istnieje  takie stworzonko, nawet chętnie by je hodowała w większej ilości:

ZALESZCZOTEK

 Wiedzieliście, że mamy w Polsce skorpiony? Tylko oczywiście dostaliśmy wybrakowane egzemplarze, bo bez żądeł. No i nie są za duże, bo mierzą od trzech do czterech milimetrów. Chodzi o niewielkiego pajęczaka, który przedstawia się jako zaleszczotek książkowy. Poza tym, że zaleszczotek jest mikrus i bezkolcowiec, to jest też całkiem pożyteczny. Lubią go na przykład pszczelarze, bo gość poluje na pasożyty, między innymi na gąsienice barciaków i dręcz pszczeli.

Zaleszczotek może mieszkać w różnych miejscach na przykład w lesie pod korą albo z pszczołami w ulu. Co ciekawe zaleszczotek atakuje i wykańcza pszczele pasożyty nawet kiedy nie jest głodny. Jeżeli jednak zje wszystko, co dybało na pszczoły, to wcale nie zaczyna atakować gospodyń. Nie, zaleszczotek łapie się ich i na cudzych skrzydłach leci czyścić inne ule.

Zaleszczotka można spotkać również w swoim domu, szczególnie jeżeli ma się pokaźną biblioteczkę. Koleś czai się między kartami jak to, co podmiot liryczny miał na myśli i poluje między innymi na roztocza. To, że zaleszczotek nie ma kolca jadowego, nie oznacza, że nie jest jadowity. Owszem jest tylko ujście gruczołów jadowych znajduje się w zaleszczotkowych kleszczach. Kiedy tylko polski skorpion pochwyci jakieś smaczne roztocze albo inną antylopę półkowej sawanny to natychmiast aplikuje jej jad, uśmiercając ją lub wprowadzając w odrętwienie. Później oblewa ją sokami trawiennymi i siorbie jak szejka z frytkami.

Poza roztoczami zaleszczotek poluje również na wszy książkowe. Jeżeli w tym momencie rzuciliście przerażonym wzrokiem na półkę z książkami, to nie mam do was pretensji. Wszy. W książce. Jakby mole nie były wystarczająco wstrętne. No więc wszy książkowe to formalnie psotniki kołatki, które żrą papier. Zaleszczotek natomiast żre psotniki, więc jest naszym naturalnym sprzymierzeńcem.

Jakby tego było mało, zaleszczotek zajada niekiedy również mole odzieżowe. No przynajmniej te w stadium larwalnym. Tak czy inaczej, zaleszczotku jesteś równy gość, pij ze mną kompot.

– Nawet w drodze do sklepu może cię coś i ktoś zaskoczyć – pomyślała Anna. To że bankomat nie miał w zasobach swoich banknotów pięćdziesięciozłotowych to małe piwo (bezalkoholowe). Ale przechodząc obok starej kamienicy we wgłębieniu bramy zauważyła leżący, nieduży czarny kapelusz. Nie cylinder kominiarski, raczej melonik iz kwiatkiem w tym samym kolorze. Ktoś był na balu kostiumowym i zgubił będąc pod wpływem?

Nie przymierzyła tylko poszła do sklepu przypominając sobie co ma kupić: imbir kandyzowany, owoce itd.

Gdy szła z powrotem zaczepiła ją mała, bardzo seniorka mówiąc, że na ulicy leży portfel. Na co Anna, że trzeba zajrzeć może jest tam adres właściciela. Podeszły do tego miejsca i staruszka pokazuje laską … kapelusz. Bardzo zdziwiona, że to nie portfel. A wyglądem nawet go nie przypominał.

Drugim zaskoczeniem był widok młodej dziewczyny w bardzo krótkiej spódniczce, rajstopach kabaretkach i czerwonych udach oraz kolanach. A wystarczyłyby grube rajstopy jeśli już musiała pokazać nogi.

Ponurość i zimność zaokienna nie zachęca do wychodzenia z domu. Czasem trzeba jednak wyrzucić śmieci, zrobić zakupy lub wysłać list polecony.

W czwartek, będącym środkowym dniem stycznia Anna wykonała parę czynności. Wyjęła ze skrzynki dwa polecone listy, pojechała do galerii handlowej gdzie w punkcie pocztowym nadała list do pewnego urzędu, aby zakończyć sprawę nie do załatwienia.

Wjechała na drugie piętro, zamówiła kawę, usiadła przy stoliku i otworzyła list. Z  pierwszej koperty, od koleżanki, z którą koresponduje analogowo od 60 lat, wyjęła oprócz listu prezent z okazji urodzin, dwuskładnikowy – to co wynaleźli Fenicjanie i monetę 2-złotową z wizerunkiem Agnieszki Osieckiej, wydaną w 2013 roku. Drugi zawierał karty ATC i „przydasie”.

Na jednym ze stoisk kupiła kilogram bezpestkowych daktyli za 15 złotych. Traktuje je jako słodycze do herbaty.

Regału na uwolnione książki wzięła „Kolumbów rocznik 20-ty” i informator kulturalny.

W domu zjadła obiad i popijając herbatę postanowiła na FB podziękować za karty ATC. Ale diabeł stróż uznał, że dosyć tych sukcesów, bo się babie we łbie przewróci. I nie odpuścił na zasadzie „muszę, bo się uduszę”. Czyli nie udało się jej włączyć laptopa co rankiem było łatwe. Zadzwoniła więc do znajomego fachowca ze skargą na sprzęt, bo gdyby powiedziała o diable pomyślałby, że seniorce odbiło.

Poradził przytrzymać guzik piętnaście sekund a jeśli nie zadziała przyjść do zakładu. Zrobiła to i kicha czyli klapa. Już zbierała się do wyjścia ale jeszcze raz nacisnęła klawisz i zadziałało – uffff.

 

Upalne miasto 132

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

Czego sobie życzę w nowym roku? Żeby diabli wzięli wszelkie robactwo w domu, zagrodzie i na świecie. Do domu kiedyś przywlokłam (nieświadomie) mole spożywcze na które wcale nie działają liście laurowe, mycie szafek octem i tym podobne domowe sposoby. Marzy mi się molołap, który zagrałby na fujarce (lub innym instrumencie) i wyprowadził te żarłoczne paskudztwa na zawsze. Póki co wiszą lepy wewnątrz kuchennej szafki,  a na futrynie trójkątna pułapka.

Przypomniał mi się żart:

Mówi mol do mola:

– Popatrz jak wszyscy się cieszą na nasz widok.

– Po czym sadzisz?

– Wszyscy klaszczą.

A tak opisał to niepotrzebne stworzenie autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

MÓL SPOŻYWCZY = omacnica spichrzanka

Ćmy s*ają do kaszy. Oraz do płatków, mąki, cukru, otrębów, czekolady, ryżu, bakalii i makaronów. Słowem do wszystkiego, na co człowiek ma ochotę o drugiej w nocy z niedzieli na poniedziałek. Jak się pewnie domyślacie, wpis ten jest inspirowany moim nocnym obżarstwem, a raczej skandaliczną sytuacją, że do niego nie doszło.

Mianowicie, znalazłem w kangusach martwe owady oraz produkty owadoodchodne, czyli ćmie kupska. Musicie wiedzieć, że to były niemal nowe kangusy, które kupiłem pół roku temu, zjadłem jeden talerz, skręciłem opakowanie i zapomniałem o nim w szafie, co jest jedynym możliwym sposobem postępowania z płatkami śniadaniowymi.

Po bliższych oględzinach oraz obudzeniu ilustratorki, bo co tak będzie smacznie spała kiedy ja cierpię, okazało się, że zwłoki w płatkach należą do omacnicy spichrzanki, motyla nocnego z rodziny omacnicowatych. Ot beżowo-brązowa ćma o rozpiętości skrzydeł od 14 do 18 mm. Jakby tak zmrużyć oczy i przejść lobotomię, to można by ją nawet uznać za ładną.

Pod tym skromnym przebraniem kryje się jednak największy kuchenny złoczyńca od czasu kiedy Magda Gessler najechała na Falklandy. Dorosła omacnica ma dość przyzwoitości, żeby żyć jedynie dwa tygodnie i zupełnie nic wtedy nie jeść. Składa jednak wtedy jajka i to nawet 500. W dodatku wali je prosto na nasze jedzenie. Z jajek wykluwają się gąsienice z brązowymi głowami i ciałami w kolorze złamanej bieli, z czasem zamieniającej się w załamanie nerwowe u człowieka, który zobaczy ją w płatkach podczas jedzenia. Poza tym biały kolor może przejść w czerwony, zielony, pomarańczowy lub inny w zależności od tego co akurat omacnica nam zżera.

A jeść może nawet przez 250 dni i nocy. W tym czasie żyje, kocha, modli się i defekuje w tym samym miejscu, czyli na przykład słoju z kaszą albo w torbie z otrębami. Jeżeli sądzicie, że związana foliówka uchroni wasze zasoby przed żarłocznymi larwami to jesteście w błędzie. Dzieci szybko uczą się rozwiązywać torebki. Gąsienice omacnicy natomiast potrafią je przegryzać, do grubości 0,7 mm. Symbiotyczne bakterie żyjące w ich jelitach do pewnego stopnia mogą rozkładać polietylen. Mówiłem, zas*any superzłoczyńca. Tak jak zresztą moje kangusy.

Jak sobie radzić z omacnicą? Można wymrażać produkty w -15 stopniach Celsjusza. Można je też wygrzewać w 50-52 stopniach. Można też wywalić wszystkie najsmaczniejsze rzeczy z kuchni do śmietnika jak ja dzisiaj w nocy, bo z obudzoną ilustratorką się nie dyskutuje.

(Ta franca złośliwie dokopuje: „Więc mówisz, że zamknąłeś szczelnie wszystkie pudełka w spiżarni? Urocze!).

Anna na smaczne rozpoczęcie nowego roku upiekła sernik z sera, śmietankowego który przeceniono z powodu upływu terminu ważności. Oczywiście opadł! Dodała rodzynki, bo lubi.

Aby wykorzystać rozgrzanie piekarnika i ocieplić chatę wsadziła potem (nie piekła razem bojąc się przejścia smakami) zamarynowane plastry indyka przełożone cząstkami jabłka.

I przypomniała sobie cytat z filmu „Lepiej być nie może”: „Mam swoją szajbę, cudza mi niepotrzebna”. To a propos kontaktów z niepełnosprawnymi emocjonalnie osobami.

Za to a propos sernik i rodzynki to autor „Zwierzęta są głupie i…” objaśnił nam ich pochodzenie:

 WINOGRONA (= bąble rozpusty)  to kulki słodyczy zamknięte w cierpkiej skórce, z których można zrobić napój do barwienia rzeczywistości na różowo. Mają swoje miejsce w kulturze i sztuce, bo nie można być uwiecznionym na antycznej amforze bez pakowania sobie winogron do gęby. Skoro przy tym jesteśmy, to żarcie winogron na czas jest powodem, dla którego dzisiaj o nich piszę.

Hiszpanie oraz mieszkańcy krajów Ameryki Łacińskiej mają w zwyczaju jedzenie winogron o północy w Sylwestra, który nazywa się „las doce uvas de la suerte”. Jakby Zorro człowiekowi matkę wyzywał, a to po prostu „dwanaście winogron szczęścia”. Należy je łykać o północy po jednym z każdym uderzeniem zegara, a zjedzenie wszystkich bez zadławienia się ma zapewnić szczęście oraz zdrowie w nadchodzącym roku.

No dobra, część okolicznościową mamy z głowy, więc możemy wrócić do wińska. To dzięki następstwom procesu fermentacji winogron Rzymianie wynaleźli akwedukty, tak ich kac męczył. Tymczasem jagody winorośli, bo z nimi mamy do czynienia skrywają mroczną tajemnicę, do której niedługo dojdziemy.

Najpierw przyjrzyjmy się jednak początkom winorośli, która w dzikiej postaci rosła pierwotnie na Kaukazie oraz Bliskim Wschodzie. Później zaczęli uprawiać ją Sumerowie oraz Egipcjanie. W momencie kiedy ludzie włożą w coś wystarczająco dużo wysiłku, żeby im za chatą wydało owoce, zrobienie z tego alkoholu jest formalnością. Najstarsze ślady wytwarzania wina pochodzą z ponad 7000 lat p.n.e.

To były jednak dopiero początki. Prawdziwa moda na obalanie wina zaczęła się w starożytnej Grecji. Tamtejsi kapłani szybko załapali, że jeżeli uznają wino za napój bogów, to będą je mogli bezkarnie łoić i pewnie jeszcze im ktoś podziękuję, bo zrobią z tego sakrament. A nie to było później.

Początkowo wino pijały tylko elity, ale w Starożytnym Rzymie stało się tak powszechne, że pili je nawet niewolnicy. Jeszcze do niedawna wino (przynajmniej z nazwy) było napojem jednoczącym klasy społeczne. Pito je na balu u senatora i pod mostem gdzie było nieco mniej elegancko, ale za to towarzystwo lepsze. Wszystko zmieniła zwierzęca inwazja. Wino nigdy nie pozbierało się po nadejściu małpek.

Większość z nas zna winogrona zielone, czerwone oraz „to jest jakieś nadgniłe, ale chyba się jeszcze nadaje”. Tymczasem winne jagody mogą być prawie białe, różowe, pomarańczowe, brązowe, fioletowe i czarne, ze wszystkimi stadiami pomiędzy. Im ciemniejsze, tym zdrowsze, bo ich skórka zawiera polifenole, które działają przeciwmiażdżycowo. To samo dotyczy wina. Niestety zasada ta nie rozciąga się na mocniejsze trunki.

Poza tym winogrona działają korzystnie na oczy i nie trzeba ich nawet mocno przyklejać. Resweratrol, czyli jeden ze wspomnianych polifenoli przeciwdziała jaskrze, zaćmie i cukrzycowej chorobie oczu. Podobno ten sam związek może chronić przed chorobą alzheimera, poprawiać pamięć i przynosić szczęście oraz bogactwo, chociaż to ostatnie głównie producentom wina.

Wszystkie te wspaniałości są jednak li tylko kamuflażem, który ma za zadanie ukryć prawdziwą naturę winogron. Winogrona bowiem chcą was wykończyć. No przynajmniej jeżeli jesteście kotami lub psami, a gorąco wierzę, że czytają mnie również czworonogi.

Niestety nawet kilka winogron może wysłać najlepszego przyjaciela człowieka albo psa na farmę za tęczowym mostem. Nie wiadomo dokładnie, co takiego w nich szkodzi zwierzętom, ale na pewno słodkie cholery nie robią tego niechcący.

Nawet winogrona mają jednak swoją gorszą wersję. Chodzi o rodzynki. Zasuszone przekleństwo serników gdzie udają kawałki czekolady, żeby z zaskoczenia rozczarować nasze kubki smakowe. Wyglądają jak kozie bobki, które zasnęły na słońcu, a smakują jeszcze gorzej.

Polacy nie gęsi i swoje winogrona mają. Chodzi o ziemniaki, tak zwane podlaskie jagody, które może nie są okrągłe jak winogrona, ale bardzo by chciały. Doskonale smakują z grilla no i również robi się z nich napój do barwienia rzeczywistości i to nawet lepiej niż w przypadku winogron, bo we wszystkich kolorach pawia.

Upalne miasto 131

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

Kupić żywą choinkę czy mieć przez wiele lat sztuczną? Oto jest pytanie. Napisy na ogrodzeniu wiaty z choinkami: „Choinki żywe” i „Dowozimy”. Żywą czy ledwo żywą dowożą na życzenie do domu klienta?

Ktoś wykazał się pomysłowością i z gałązek iglastego drzewa zrobił kilka piesków. Z czerwonym nosem i oczami  z piłek pingpongowych.

– Szkoda, że nie zrobili kota, chyba bym się skusiła – pomyślała Anna.

Na facebooku zobaczyła reklamę nowego sklepu o nietypowej nazwie, nie pamięta dokładnie, jakoś tak: miejsce dobra lub dobre miejsce. Chyba pójdzie sprawdzić, bo wyszukiwarka nie pomaga.

Kiedyś tam był sklep z odzieżą, głównie dzianinami. Wchodzi więc, nikogo z obsługi nie widzi. Jako, że ma zboczenie zawodowe od razu wzrok  się jej zawiesza na dużej ilości książek. Poza tym jest odzież i różne drobiazgi typu durnostojki, coś na prezenty, ozdoby różniste. Chodzi po niewielkiej przestrzeni, nikt się nią nie interesuje. W końcu za filarem dostrzega siedzącą młodą kobietę zajętą swoim telefonem. Ta od niechcenia rzuca: a co pani szuka?

Nie wstała, nie zainteresowała się potencjalną klientką, nie zapytała o preferencje zakupowe, nie zachęciła, nie doradziła. No to niech telefon coś u nich kupuje. Pracownica na stałej pensji czy właścicielka? A może to pralnia pieniędzy?

Piątek trzynasty dzień miesiąca, nie był dobrym dniem na wyjście z domu i spotkanie towarzyskie. Wiatr wiał a żeby mu nie było smutno z towarzyszeniem  deszczu. Odległość docelowa nie była  duża za to wymagająca dojazdu dwoma autobusami. I ten drugi się spóźnił.

A Anna miała spóźniony refleks i nie zauważyła, że pożądany przystanek jest na życzenie. Za późno nacisnęła przycisk i musiała się wrócić. Szła i szła, ciemno było choć przed wieloma domami rosnące tam drzewa i krzewy skrzyły się świątecznym oświetleniem.

Wreszcie dotarła dość zmęczona podsumowując do gospodyni:

– Biednemu zawsze wiatr w oczy.

Po zdjęciu kurtki wyciągnęła z torby kilkanaście kopert w których były wykonane przez nią kartki świąteczne. Nie pokazując ich zaproponowała losowanie, każda była niespodzianką.

Spotkanie upłynęło na rozmowach o Wietnamie, zachowaniu nuworysza przechwalającego się stanem posiadania, uczuleniu pieska i zajęciach ceramicznych jednocześnie każdy przygotowywał sobie sajgonkę. Wegetariańską lub mięsną, ale surowych z trzema sosami. A także kawy z koglem moglem.

Seniorka pochwaliła się nabyciem dwóch książek: biografii Antoniego Słonimskiego i „Odrzanii”.

Otrzymane w prezencie czekoladki, które po przeczytaniu w domu, że zawierają olej palmowy, postanowiła rozdać. Ale nie a ulicy zaczepiając obcych, bo jeszcze by pomyśleli, że chce ich otruć.

Każdą sztukę zawinęła w folię aluminiową i kawałek świątecznej serwetki, przylepiła karteczkę z napisem „wesołych świąt” i obwiązała czerwonym sznureczkiem. Zaczepiła na niego gumkę recepturkę, za pomocą której, w niedzielę wieczorem, zawiesiła czekoladkę na klamkach sąsiadów. Na swojej także.

W poniedziałek schodząc po schodach sprawdzała czy i gdzie wiszą. Jedna leżała nierozpakowana  na półeczce nad korytarzowym kaloryferem.

Po spotkaniu skorzystała z podwiezienia jednej z pań do miejsca skąd miała bezpośrednie połączenie zarówno autobusowe jak i tramwajowe. Tylko że nie mogła otworzyć drzwi auta. Nic nie pomagało, nawet to, że właścicielka auta na postoju próbowała je, z zewnątrz, otworzyć.

No, osobisty diabeł stróż przecież nie może odpuścić sobie przyjemności utrudniania życia seniorce.

A propos prezentów Anna przypomniała sobie przedświąteczne spotkanie, wiele lat temu. Gdy szła ulicą podeszła do niej szczupła kobieta w średnim wieku, z twarzą wskazującą na stosowanie używek.  Poprosiła o datek na co  seniorka wyciągnęła i wręczyła monetę. Prosząca tak się ucieszyła jakby jej dano worek stówek. Musiała być w wielkiej potrzebie. Nieważne jakiej.

Natomiast sobota bardziej się udała. Pogoda poszła gdzie indziej i komu innemu dokuczać.

Anna była zapisana na warsztaty pt.: „Przedwojenna choinka powraca”. Kosztowały tylko osiem złotych i odbywały się w Arsenale. Strzelania nie było.

Wzory pochodziły z pierwszej połowy XX wieku. Sympatyczna prowadząca rzuciła na ścianę slajdy z paroma ilustracjami a potem poinformowała wzory jakich ozdób można znaleźć na stołach. Pomagała, wyjaśniała a na koniec wyniosła z zaplecza różne pudełeczka i pojemniki w które można było zapakować swoje prace.

W przeddzień Wigilii Anna poszła do Oszołoma i spokojnie nabyła dzwonko (a nie dzwonek, bo nie dzwoni) karpia, aby tradycji stało się zadość. Tłumu nie było, wybór ryb był.

W ramach porządków świąteczno – noworocznych postanowiła zerwać znajomość z osobą, która w ramach dowartościowywania się (duże kompleksy chyba ma) wielokrotnie próbowała sobie i Annie udowodnić, że jest lepsza. Oczywiście udowadniając, że jest wręcz odwrotnie. Nie ma to jak kogoś obrazić mówiąc komplement. Uważając, że ta osoba jest kretynką i się nie zorientuje.

Miarka się przebrała, bo poszła o jeden most za daleko i przekroczyła dość grubą (czyli tolerancję  seniorki) czerwoną linię. I to ze złośliwym uśmieszkiem pełnym satysfakcji, że dokopała.

Dla poprawienia sobie humoru seniorka czyta wpisy na profilu „Kisnę butwiejąc i tam znalazła taki, bardzo pasujący cytat:

„Żadna stajenna ranga nie zrobi z osła mustanga”

Ani żadne pieniądze.

Przypomniała się też seniorce scena z filmu „CK Dezerterzy” gdy Zbigniew Zapasiewicz grającego kapitana Wagnera ruga Wojciecha Pokorę jako von Nogaja:

„Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie”.

Ten tekst znalazłam na facebooku:

Wigilijna opowieść, czyli świąteczna sztuka latania.

Któż nie zna historii Scrooge’a, skąpca bez serca, który w wigilijną noc, co prawda wcześniej trochę nastraszony przez duchy, zmienia się nie do poznania? Tymczasem chyba niewiele osób słyszało przedwojenną wigilijną opowieść o aniele, który co roku w święta Bożego Narodzenia przylatuje tylko po jedno dziecko na świecie i na skrzydłach zanosi je na chwilę do Boga. Pewnego roku anioł pojawił się w domu kąckiego krawca…

Kurt, syn krawca Klöpfela z Canth, leżał już w swoim łóżku z zamkniętymi oczami. Chłopiec nie spał jednak, bo jak zwykle przed snem marzył o tym, aby wznieść się w powietrze i latać. Nagle stanęła przed nim uskrzydlona postać. Anioł pociągnął chłopca za rękę. Kurt nawet się nie zorientował, kiedy niebiańskie stworzenie razem z nim wzniosło się hen wysoko, nad ośnieżony kącki rynek, gdzie na wieży nowy zegar właśnie wybijał pełną godzinę. Lecieli nad dachami kościoła św. Piotra i Pawła. Zimowy wiatr wiał tutaj z wyjątkową siłą, niosąc śnieżną zadymkę. Gdy nieco obniżyli lot, chłopiec mógł zajrzeć przez okna do domów. Pomachał do swojej cioci, która sprzątała po wigilijnej kolacji, zawołał kolegę myszkującego pod choinką w poszukiwaniu prezentów. Zajrzał nawet w okna zamku w niedalekim Smolcu, gdzie baron grał na pianinie, a jego córki w identycznych sukienkach śpiewały kolędę. Widział wszystkich, jednak nikt nie widział jego.

Kurt wcale nie dziwił się temu, co się właśnie działo. Mama opowiadała mu kiedyś historię o aniele przylatującym w święta i unoszącym dziecko wysoko do nieba.

Lecieli coraz wyżej i wyżej, nie było już widać świateł domów ani kościelnej wieży. Chłopiec czuł coraz przyjemniejsze ciepło, a wszędzie wokół widział niezwykłą jasność. Blask raził go tak bardzo, że zacisnął powieki. Ogarnęło go uczucie szczęścia, był pewien, że Bóg jest blisko.

Gdy wreszcie otworzył oczy, z powrotem leżał w swoim łóżku. Czy to, co przeżył przed chwilą, zdarzyło się na jawie, czy może był to najpiękniejszy w jego życiu sen?

Upalne miasto 130

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************************************

Przed niedzielą napadła seniorkę chęć pozbycia się niektórych rzeczy. Wspięła się więc na różne wyżyny – dosłownie czyli na drabinę po pudło ze świątecznym rękodziełem. W przenośni – to była dość konkretna i ostra  selekcja. Dodała do tego znalezione zeszyty, małą choinkę ze złotym łańcuchem, 2 nieotwieralne skarbonki, drewniany świecznik na tea light i kubek. Wszystko wypełniło dużą torbę, lekka też nie była. W poniedziałek zawiozła ją do sklepu dobroczynnego. Bardzo z siebie zadowolona.

Wtorek 17 grudnia pogodowo nieprzyjaznym był. Wiało i momentami padało. Anna poszła na masaż a potem pojechała do zaprzyjaźnionej fundacji. To znaczy do osób tam pracujących. Weszła, zdjęła kurtkę, wyciągnęła trzy paczuszki z torby zawierające, każda, własnoręczne kartki świąteczne, w dwóch rękodzielnicze mydełka, także w 2-ch lampioniki z małych słoiczków, w trzech gwiazdki z cekinów oraz w jednej filcową choinkę udającą piernikową i wręczyła mówiąc:

– Mikołaję jestę.

Nie miała na sobie czerwonego płaszcza, czapki, brody i wąsów. Tylko brzuch trochę się zgadzał.

Krótko opowiedziała o urzędowych perypetiach i poszła sobie wiedząc, że panie są w pracy a nie w kawiarni na plotkach.

W sklepie na sąsiedniej ulicy nabyła m.in. uszka, bo własne dwa jej nie wystarczą, no i do barszczu trudno je włożyć.

Kilka dni temu pokroiła jednego buraka i zakisiła w słoiczku. Może się uda i będzie barszcz domowy a nie zakupowy.

Wieczorem skończyła czytać książkę Rebecci Hunt „Pan Chartwell”. Bardzo nietypową. Bohaterami są Esther bibliotekarka, Winston Churchill i Czarny Pat. Ten ostatni jest dziwnym wielkim psem. Dziwnym, bo mówi, wynajmuje pokój w mieszkaniu Esther obiecując krótki pobyt i sutą zapłatę. Nieznanym sposobem przenosi się z miejsca na miejsce, teleportując się jak i gdzie chce. Nie jest łagodny, tak naprawdę jest stalkerem kobiety i premiera, ma niecne zamiary. Co uosabia trzeba tego się domyślić czytając książkę. Jest ona zarazem dołująca i zabawna. Akcja toczy się w lipcu 1964 roku, od środy 22 lipca do poniedziałku 27 – ego i ma czterdzieści krótkich rozdziałów. A pomysł autorki nazwę staroświeckim słowem: ekstraordynaryjny, czyli nadzwyczajny, niezwykły.

Przy czytaniu dobrze jest popijać herbatę. A złośliwy autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak opisał to zioło:

Wiele lat temu chiński Cesarz (dlaczego to nigdy nie jest księgowa?) obcyndalał się pod drzewem, a jego sługa gotował wodę. Nagły podmuch strącił jeden z liści wprost do garnuszka i w ten sposób, przez przypadek powstała herbata. Jakiś czas później w tym samym miejscu przechodziła krowa, która również miała wiatry i stąd wzięła się Yerba Mate, ale to historia na inną okazję.

Najpopularniejszy napój świata pochodzi z liści herbaty chińskiej, rośliny z rodzaju kamelia. Pierwotnie herbata rosła prawdopodobnie w górach na pograniczu Chin, Indii i Mjanmy, ale przyszli Brytyjczycy i ją rozwlekli po świecie. Początkowo herbata była zresztą diabelnie droga i trzymano ją w specjalnych herbacianych sejfach oraz mieszano z liśćmi innych roślin, żeby więcej zarobić. Sprawdziłem i tym razem nie chodzi o oregano. Do herbaty w XVIII wieku mielono natomiast gałązki, trociny oraz owcze bobki (dla koloru) co i tak smakowało lepiej niż przeciętny brytyjski posiłek.

W Londynie opracowano również brytyjski standard parzenia herbaty, o którym nie napiszę. W Polsce mamy własne zasady. Herbatę należy zalać wrzątkiem i wypić od razu ryzykując roztopienie szkliwa albo zapomnieć o niej na pół dnia i skończyć kiedy osiągnie temperaturę pingwiniego tyłka. Nie ma opcji pośrednich. To nawet romantyczne, że herbata chińska musi rosnąć 12 lat, zanim wyprodukuje nasiona i aż 15 nim będzie można zebrać z niej liście, wysuszyć je i wysłać w podróż przez pół świata, żeby mogła mi wystygnąć na biurku kiedy obrażam ją w Internecie.

Na świecie istnieje około 3000 odmian herbaty. Najłatwiej jednak podzielić ją na czarną, zieloną i białą. Każda powstaje z tej samej rośliny, tylko czarną robi się ze starych liści, białą z pąków, a zieloną z młodych listków i cholera wie po co. Jest też matcha, którą wytwarza się z herbaty odmiany Tencha. Jej liście są mielone i dodawane do różnych produktów, żeby nabrały aromatu przeżutego trawnika i ceny bursztynowej komnaty.

Herbata to przebiegła roślina. Tak naprawdę ma więcej kofeiny od kawy. Rzecz w tym, że do zaparzenia filiżanki kawy zużywamy wagowo więcej ziaren więc i kofeiny jest więcej. Poza tym herbata jest bogata w przeciwutleniacze, które sprawiają, że kofeina jest wchłaniana przez organizm stopniowo i potem trzeba kombinować i zalewać siedem łyżek madrasu niewielką ilością wody, parzyć dziesięć minut i cały czas patrzeć czy strażnik nie idzie. Jakby ktoś był ciekawy to przepis na więzienny czaj. Serdecznie nie polecam próbować tego w domu, bo to jednak nie to samo co filiżanka z kumplami z celi przy otwartym sedesie.

Najdroższa herbata na świecie to odmiana herbaty oolong o nazwie Da Hong Pao. Może kosztować nawet milion dolarów za kilogram, ale o dziwo nie pochodzi z liści wydalonych przez żaden zagrożony wyginięciem gatunek. Po prostu jest rzadka. Swoją drogą sprawdziłem i da się ją w Polsce kupić po 17 zeta za 50 gramów, więc było miło Was poznać, ale przebranżawiam się na eksportera herbaty. Bo przecież w internecie nikt by mnie w konia nie zrobił prawda?

No dobra, przecież nie zostawię herbaty takiej całkiem nieos*anej. Jedna z droższych odmian kosztuje 70 000 dolarów za kilogram i nazywa się Panda Dung Tea. Jest przyrządzana z roślin nawożonych pandzimi klockami co podobno sprawia, że ma więcej przeciwutleniaczy. No i daje człowiekowi namiastkę cmoknięcia pandy w d*pę co trudno wycenić.

W związku z tym, że herbata jest taka popularna, to ludzie ciągle kombinują jakby tu ją zrobić mniej smaczną. W ten sposób w 1980 roku na Tajwanie powstała bubble tea, czyli herbata, do której ktoś nasmarkał. Herbaciane gluty to tak naprawdę tapioka, która może mieć różne smaki, nawet pączków czy pizzy, w razie gdyby sama konsystencja nie była wystarczająco odrażająca.

Do herbaty dodaje się również mleka i tutaj świat jest podzielony. Co najpierw wlewać do filiżanki, herbatę, czy mleko? Otóż okazuje się, że to zależy. Jeżeli wywodzimy się z gminu, to wtedy najpierw mleko, jeżeli ze szlachty to na odwrót. Wzięło się to stąd, że kiedyś mleko wlewano do czarek gorszej jakości, aby nie popękały w zetknięciu z gorącą herbatą. Jeżeli kogoś było stać na duraleks, to mógł sobie lać w dowolnej kolejności.

Najwięcej herbaty produkują Chińczycy, ale czołowymi herbatożłopami świata są Turcy. Przy czym piją ją Bóg wie dlaczego z małych szklanych wazonów, których nie da się złapać tak, żeby się człowiek nie poparzył. Turcy leją nawet do tych wazoników specjalnie wrzątek tuż przed dodaniem herbaty. Robią to po to, żeby herbata na pewno nie ostygła w zetknięciu ze szkłem i żeby nikt przypadkiem nie uniknął poparzeń.

Nie zapominajmy też, że przez herbatę (bostońską, której dzisiaj obchodzimy rocznicę) powstały Stany Zjednoczone. W razie gdyby komuś poparzenia nie wystarczyły, żeby wyrobić sobie zdanie na jej temat.

W środę nie poszła do Centrum Seniora na dyżur biblioteczny, bo w holu gdzie stoi regał z książkami a obok niego duży stół budują portiernię. Była w pokoju obok ale potrzebne jest dodatkowe pomieszczenie. Bo więcej personelu zatrudniono?

W każdym razie nie ma tam teraz warunków na dyżurowanie.

W osiedlowym kiosku nabyła nowy numer czasopisma „Książki” a na poczcie odebrała urzędowy list polecony. Przeczytała go i nic nie zrozumiała. Będzie potrzebowała pomocy prawnika. A póki co jest wkurzona. A żeby im nóżka spuchła, a najlepiej obie!

Sympatyczna znajoma zapisała ją na zajęcia dla seniorów w Ossolineum. Tematem była szopka. W refektarzu postawiono pojedyncze stoliki, na nich arkusz szarego papieru, nożyczki i kleje.

Wprowadzeniem do tematu była prelekcja z historii szopek.

Potem można było sobie wybrać ilustrację i materiały papierowe, pokazano wzór rękodzieła i do przystąpiono do dzieł.

Szopka kojarzy się z wymiarem w 3D, ścianami i dachem stajenki. Czyli przydałby się jakiś karton do zbudowania stajenki. Pomysł był jednak prostszy. Organizacyjnie też mogłoby być lepiej.

Po zajęciach poszła ze znajomą do baru „Miś” gdzie zjadły jarski obiad za niecałe dziesięć złotych.

Upalne miasto 129

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Mikołajowy piątek nie popisał się w żadnym wymiarze. Padał mokry śnieg, żeby wszystkich zniechęcić do opuszczenia domu. Jednak nie wszyscy ulegli tej manipulacji. Byli w tej grupie fani książek i targów w Hali Stulecia. Niemiłą niespodziewankę organizatorzy przygotowali, bo za wstęp płacić kazali  i przy wejściu bilety sprawdzali. Za mało kasują za wynajem powierzchni?

Nie było też miejsc do odpoczynku po odwiedzaniu stoisk, czyli panowała zasada: „kupuj i spadaj a nie się rozsiadaj”. Także kupioną kawę trzeba było spożywać „na stojaka” lub chodzonego. Taki taniec targowy. Tylko w restauracji mżna było usiąść ale przecież nie za darmo.

Ceny książek od dawna zwalają z nóg i pustoszą portfele ale jest tam stoisko z tanią książką i liczne oferty za 5, 10, 15, 20 złotych.

Anna nabyła dwie książki po piątaku jakie oferowała Fundacja Cząstka Ciebie.

Zrobiła trochę zdjęć. Każdego roku podziwia kreatywność okazywaną w nazwach wydawnictw. Dlaczego jedno nazywa się  „I ja ciebie too” wytłumaczył właściciel. Bo jego dwujęzyczna  córeczka gdy usłyszała „kocham cię” odpowiedziała właśnie tą frazą.

Jest tam plansza z napisem „ KSIĄŻKOWERTYK” i definicją tego słowa: ksiązkowertyk – osoba preferująca spędzanie czasu w samotności z książkami niż z ludźmi.

W galerii handlowej postanowiła odpocząć i napić się kawy w „Lulu Cafe”. Za cappuccino policzono jej dwa złote więcej. Na reklamację powiedziano,  że to za obsługę, czyli przyniesienie kawy trzy kroki od lady. A informacja jest na (paskudnie obrzęchanym) ostatniej, zamiast na każdej, stronie menu. No, rzyg! Klient nasz wróg i okazja do wykorzystania?

– No more Lulu – postanowiła Anna.

Dlaczego ta kawiarnia kojarzy mi się z tym kwiatkiem? Kto zgadnie?

Opisał ją, oczywiście autor fb –kowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Gwiazda betlejemska = Gwiazda jednego wieczoru jest jak świnka morska, nie wolno dawać jej do jedzenia kotom. W obu przypadkach skończy się przeniesieniem do krainy wiecznych łowów, raz kota, a raz świnki. Nazwa gwiazdy również jest myląca, bo tak naprawdę mamy do czynienia w poinsecją nadobną albo wilczomleczem pięknym. Dobra, kumamy gwiazdo, że masz ładne kwiatki.

Chociaż nie. Nawet tutaj poinsecja robi nas w konia. Czerwone gwiazdy, którym poinsecja zawdzięcza przydomek to tak naprawdę przykwiatki, czyli zredukowane błoniaste listki, które wyrastają w szypule kwiatu. Poza tym gwiazda wcale nie musi być taka czerwona. Może być biała, różowa, a nawet biszkoptowa.

Gwiazda pochodzi z Meksyku, gdzie w XIX wieku, własnoocznie „odkrył” ją ambasador Stanów, kto wie jak długo jeszcze Zjednoczonych. Ambasador, który nazywał się Poinsett, na tyle zainteresował się kwiatem, że wysłał jego nasiona do domu. W uznaniu jego zasług i przewidując rolę, jaką odegrają USA we współczesnym świecie, ten piękny i trujący kwiat nazwano poinsecją.

W swojej ojczyźnie gwiazda była znana od dawna i nazywano ją królewskim lub po prostu ozdobnym kwiatem. Uprawiano ją właśnie po to, dla ozdoby, barwiono nią materiały, a nawet wykorzystywano w celach leczniczych. To, czego z pewnością nie robiono przy jej pomocy to świętowanie Bożego Narodzenia.

Tymczasem w Stanach gwiazda betlejemska jest trzecim najbardziej znanym symbolem świątecznym, zaraz po choince i kredycie konsumenckim na tonę niepotrzebnego badziewia. U nast również od początku grudnia poinsecja rozplenia się na półkach w marketach, skąd łypie czerwoną koroną, jakby mówiła, no chodź, skosztuj to i tak lepsze od pogody za oknem.

Za obecną popularność wilczomlecza odpowiada amerykański przedsiębiorca z branży florystycznej. Niejaki Paul Ecke najpierw wyhodował odmianę gwiazdy, która czerwienią zawstydziłaby Lenina popijającego Colę. Potem namówił hollywoodzkich filmowców, żeby wykorzystali poinsecję do ozdabiania świątecznych planów filmowych. Powinniśmy się cieszyć, że gość nie słyszał o barszczu Sosnowskiego.

Zatrucie kota albo członków rodziny, którzy lubią pakować wszystko do buzi to nie jedyny sposób, w jaki gwiazda betlejemska próbuje zrobić nam na złość. Roślina ta należy do rodziny Euphorbiaceae, czyli wilczomleczowatych. Oznacza to, że jest krewną kauczukowca brazylijskiego. Tego samego drzewa, którego odkrycie pozwoliło zrewolucjonizować transport drogowy oraz przetrzebiło dżunglę amazońską i lokalne plemiona.

Nieco później przyczyniło się również do zmniejszenia populacji w Europie, ale tym razem już konsensualne. Z mleczka kauczukowca robi się bowiem lateks, a z niego prezerwatywy. Dlatego jeżeli macie uczulenie na gumki, to gwiazda betlejemska również może wam zaszkodzić.

No i na koniec powodzenia w próbie utrzymania gwiazdy w dobrym stanie dłużej niż przetrwają resztki z wigilii. Na przełomie lutego i marca roślina zrzuca kolorowe listki i przechodzi w stan spoczynku. Potem przesadzanie, skracanie pędów, nawożenie, podlewanie, a wszystko to w ochronnych rękawicach, żeby nie oberwać sokiem. Albo to, albo ponowna wycieczka do Lidla po kolejną gwiazdę jednego wieczoru.

W prezencie mikołajkowym seniorka poszła do kosmetyczki. Gadatliwa jest ona, więc poopowiadała o szkoleniach na które chodzi i o tym, że niektóre jej koleżanki nie przestrzegają warunków oraz zasad aplikowania inwazyjnych zabiegów.

Na koniec, gdy przyszła następna klientka, porozmawiały, krótko, o świątecznych daniach. Anna pochwaliła się, że smażonego, na maśle, karpia obsypuje (jeszcze na patelni) rozdrobnionymi  orzechami włoskimi. Już nie smażąc.

Wyrzucanie śmieci jest praktyczne i czasem pożyteczne. Tego dnia Anna wyjęła z pojemnika (a raczej wyszarpała) dwa duże zeszyty (kiedyś zwane notatnikami akademickimi), dwa mniejsze zeszyty w twardej okładce i cztery zestawy kolorowych kartek do niedużego segregatora. Wszystkie niezapisane. I książki, które trzeba było wytrzeć i wysuszyć a potem podkleić:

Yasunari  Y. – Kraina śniegu;

Lofting H. – Doktor Doolittle i jego zwierzęta; Cyrk Doktora Doolitlea; Dostojewski F. – Zbrodnia i kara tylko t. 1;

Wańkowicz M. – Szkice spod Monte Cassino;

Kowalska L. – 500 zagadek z chemii;

Duncan I. – Moje życie;

– Frazeologiczny słownik francusko – polski

W języku angielskim, skróty lub fragmenty:

Groom W. – Forrest Gump i Austen J. – Emma

Jako dziecko PRL-u  w którym brakowało papieru nie mogła zostawić tego na zatracenie.

Jak się nie ma w głowie… Czyli jak się nie pamięta kto wydal „Odrzanię” to się jej nie kupi na Targach Książki tylko później zamówi w osiedlowej księgarni. Odbiór nastąpił 12 grudnia i okazało się, że jest to Dzień Księgarza a sprzedawczyni klientom rozdaje róże z okolicznościowym tekstem na zawieszce.

W domu róże podcięła, łodyżkę nacięła i do wazonu wstawiła. Na drugi dzień i jeszcze przez następne kwiatek był w dobrej kondycji pięknie żółcąc szarość zaokienną.

Upalne miasto 128

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************

Najlepszą obroną jest atak – tę sztuczkę stosują, z wielkim upodobaniem, różne instytucje. Oczywiście oprócz lekceważenia, czyli olewania.

Gdy Anna nie doczekała się obiecanego telefonu z pożądaną informacją poszła z reklamacją. Usłyszała wymówkę  w postaci opowieści bardziej śmiesznej niż dziwnej treści. Czyli o trudnościach danej instytucji, a to w przerobie spraw, a to o  niewystarczającej ilości pracowników. Niby grzecznie ale w podtekście było czuć, że najchętniej powiedziano by: spadaj babo i przestań się czepiać. Ty jesteś dla nas, a nie my dla ciebie. Bo tak!

– Mam nadzieję, że jest osobne piekło dla urzędników – pomyślała seniorka idąc przez rynek wśród straganów świątecznego jarmarku. Nic ją nie skusiło – ani frykasy, ani przedmioty służące do wyciągnięcia z kieszeni i portfeli niezłej kasy. Pajda chleba ledwie maźnięta smalcem za 30 złotych. Kiszony ogórek płatny dodatkowo 4,-zł. No, bez jaj!

W domu wyciągnęła z szafy pudełko zwierające kartki świąteczne, które zrobiła, w większej ilości, jakiś czas temu. Nie tak dawno temu wysyłała ich, przed każdymi świętami, kilkanaście, teraz zaadresowała tylko kilka kopert. Też samodzielnie zrobionych.

Przygotowała też i włożyła do osobnej torby materiały na zajęcia w Centrum Seniora, na których chętne osoby mają wykonać częściowo recyklingowe kartki świąteczne. Zorganizowała takie warsztaty przed Wielkanocą i akurat tego dnia była okropna pogoda – wiało i lało. Teraz zapowiada się podobna powtórka z nierozrywki.

– Ciekawe czy i teraz pogoda pokaże nam środkowy palec? – pomyślała klejąc koperty i wkładając do nich czyste karnety, zakładki ze świątecznymi motywami i mały pakiet zawierający różne elementy do naklejenia na kartki. Karnety o  różnych kształtach: prostokąta, dzwonka i bombki. Poza tym przygotowała dużo luźnych różnorodnych elementów, z jakich będzie można stworzyć niepowtarzalną kartkę. Pozyskuje je z różnych papierowych, często bezpłatnych materiałów jak katalogi firmowe.

Następnego dnia wstąpiła do kosmetyczki z którą porozmawiała o książkach. A także o bibliotece i nieuprzejmej bibliotekarce mającej problem z uzależnieniem.

W tramwaju usiadła naprzeciwko seniorki kobieta w podobnym wieku i zrobiła mini wykład o architekturze starego oraz nowego Wrocławia. Metodach remontowych różnych fachowców, którzy na pytanie dlaczego tak bez sensu postępują odpowiedzieli, że takie mają polecenie. No i powtórzyła obiegową opinię, ze wszystkie fundacje to naciągactwo i zagrabianie pieniędzy. Anna nie zdążyła zaprzeczyć opowiadając o znanej jej Fundacji Dom Pokoju, bo elokwentna wysiadła. Niektórzy to wszystko wiedzą lepiej i już!

Po tej dawce informacji poszła do galerii handlowej. Pokrzepiła się kawą a potem wstąpiła do dwóch sklepów oferujących książki i różne gadżety. Ten ostatnio bardziej skomercjalizowany niczym jej nie zachwycił. W drugim chodziła obok stanowiska z biografiami jak pies obok jeża. Zaciekawiona ale wybrzydzająca. Bo Kwaśniewska to nie, o jej mężu podob – nie, Coco też nie, Nawalny niekoniecznie, o Simonie Kossak czytała, nareszcie ujawnił się Słonimski. Tani nie jest, bo przecież nie występuje jako bohater piosenki „My jesteśmy tanie dranie, tanie dranie niesłychanie”. A lekkim w treści i cenie (14,99) dodatkiem jest powieść „Złodziejki świąt”. Taka sobie.

Pogoda we wtorek  postanowiła zmoczyć wszystko i wszystkich. Lubi sobie nie żałować.

– Nie jestem z cukru, więc idę na masaż – postanowiła Anna. Ucieszyła się, że nie musiała tego dnia wyrzucać śmieci, bo w taką pogodę zawsze na podwórku koło wiaty na pojemniki robią się duże kałuże, które trudno ominąć. Fruwać nie umie.

W gabinecie rehabilitacyjnym w oknie stoi choinka z lekko popruszonymi śniegiem gałązkami i mrugającymi światełkami. Ale raczej nie alfabetem Morse`a. Na stole, od jakiegoś czasu, umieszczono ekran wyświetlający kominek z płonącym i trzaskającym drewnem. Obok  Mikołaj bez wora pełnego prezentów. Można się jednak poczęstować cukierkami.

Po zabiegu Anna wychodząc zauważyła w pomieszczeniu na zapleczu trzy duże palety jajek.

– To pańskie jajka? – zapytała inteligentnie.

– Tak, w wolnej chwili je znoszę – odpowiedział dowcipny masażysta.

– O, to ma pan dodatkowy zarobek. Gratuluję!

Tak sobie oboje pogadują, bo mają podobne poczucie humoru.

W czwartek Anna musiała wcześnie, jak na nią, wstać, czyli o 8-mej, aby zdążyć zjeść śniadanie, zażyć leki i pojechać na zajęcia do Centrum Seniora.

Odbyły się w godz. 10,00 – 12,00 poprowadziła je (bezpłatnie) i przyszło aż  11 pań. Pewnie nie byłoby tyle chętnych gdyby nie dwie sprawy. Jedna to ta, że na stoliku przy regale z książkami,  odpowiednio wcześnie, postawiła napis informujący o zajęciach oraz ułożyła i na własny koszt, skserowała wiele egzemplarzy informacji o wydarzeniu, naklejając na nie, wycięty z jakiegoś katalogu, w poprzednim roku,  napis na czerwonym tle: w świątecznym nastroju. Leżały one obok głównego napisu do wzięcia w pobliżu innych ulotek.

Drugim elementem pozytywnie wpływającym na tak liczną obecność uczestniczek była przyjazna pogoda: nie wiało i nie lało.

Panie utworzyły wiele pięknych kartek świątecznych.

Materiały, zakupione z własnych funduszy, zapewniło CS a seniorka dodała swoje  z prywatnych zapasów – częściowo  recyklingowe. Każda z pań otrzymała od niej pakiet powitalny, czyli kopertę (osobiście przez Annę  sklejoną, recyklingową) a w niej dwa karnety mające wycięte dziurkaczem boki, (dodatkowe karnety miała też gotowe do pobrania), mały karnet (jako zawieszka do prezentu) plus kartka w kształcie bombki lub/i dzwonka. Oraz wykonaną osobiście gotową kartkę świąteczną i zakładkę do książki zrobioną z gotowych (kupnych i komuś przesłanych) kartek.

Była tam także foliowa torebeczka z elementami pasmanteryjnymi – bałwanek, Mikołaj, gwiazdka, śnieżynka, renifer, napis na tkaninie „wesołych świąt” i ręcznie napisana wizytówka Anny z numerem telefonu i nazwą bloga.

Poprosiła też panie, aby przedstawiły się imieniem i opowiedziały o swoich tradycjach świątecznych i prezentach jakie otrzymały pod choinkę lub z innej okazji. A więc barszcz czerwony czy zupa grzybowa. Wygrał barszcz. Okazało się, że wiele osób nie lubi karpia, wolą śledzie. Kultywowane jest łamanie się opłatkiem, sianko pod obrusem, śpiewanie kolęd i dawanie prezentów głównie dzieciom. W dużych rodzinach losuje się osobę, którą należy obdarować. Jedna teściowa poprosiła o wymianę, bo wylosowała zięcia.

Niektórzy chodzą na pasterkę.

To rozruszało atmosferę i pozwoliło wypowiedzieć się każdej z kobiet.

Od sympatycznej pracownicy CS Anna dostała pęk złotych rózg do wykorzystania na kartkach.

– Jeszcze nic nie zrobiłam a już rózgi dostałam? – zażartowała.

W trakcie zajęć wszedł szef CS i zapytał co robimy. Gdy powiedziano, że kartki  zapytał:

– A gdzie dzieci?

Padły różne odpowiedzi: w domu, w szkole, w przedszkolu.

Nie wiadomo co miał na myśli. Czy to, że powinny przyzwyczajać się do tego, że kiedyś będą seniorami. Czy to, że jeśli kartki to mogą robić tylko dzieci? Bo to zbyt niepoważne zajęcie jak dla seniorów? A może za trudne? Trudno czasami pojąć jakimi drogami wędrują myśli facetów – szefów.

CS zapewniło dzbanki – termosy z gorącą woda, seniorka przyniosła kilka pakiecików kaw „3w1”, różne herbaty i saszetki z cukrem oraz ptysiowe paluszki.

 Na stołach obok głównego położono też dwa szklane dzbanki z zimną wodą i plasterkiem cytryny oraz filiżanki i szklanki.

Jedna z pań zapytała Annę, kto przygotował wszystkie materiały do kartek. Odpowiedziała:

– Elfy mi pomagały.

Po powrocie do domu prawie dwie godziny segregowała papierowe materiały – osobno pakowała wcięte przez dziurkacze ozdobne motywy; osobno teksty życzeń i napisy „Wesołych świąt”, osobno motywy świeckie i religijne do przyklejenia na kartkę, osobno kolorowe paski , całe lub z wyciętymi motywami. Te sztywne elementy przed zajęciami podkleiła taśmą dwustronnie przylepną, aby kartonik się pod nimi nie wyginał.

Świąteczny poranek

 (tekst zainspirowany  „Opowieścią wigilijną”  Dickensa)

Nastał dzień Wigilii. Józek wstał, z łóżka pamiętającego XIX wiek, drapiąc się po siwych włosach klatki piersiowej. Ziewnął i człapiąc poszedł do łazienki. Z trudem oddal mocz. Stękając wziął szybki prysznic myjąc się małym, ostatnim kawałkiem mydła. Wytarł się tak zużytym ręcznikiem, że widać było pojedyncze nitki.  Golił się tylko raz w miesiącu. Przeszedł do pokoju gdzie włożył stare, bezbarwne po wielu praniach, wypchane spodnie dresowe. Górna część odzieży była sfilcowanym swetrem znalezionym obok śmietnika. Na stopy założył dwie różne skarpetki pamiętające słusznie miniony ustrój.

– Modny jestem i ekologiczny – pomyślał.

Podszedł do regału, wysunął szufladę i wyjął z niej gruby plik dwustuzłotowych banknotów. Położył je na stole podścielając stary koc. Włączył żelazko i po chwili zaczął prasować. Robił to bardzo powoli i dokładnie, z radością i miłością., każdy banknot oddzielnie i z obydwu stron.

 Szacunku do pieniędzy nabrał w trakcie wieloletniej pracy w banku.  To był, od lat powtarzany, jego wigilijny rytuał.

Wyłączył żelazko a cieplutkie banknoty przytulił do siebie i stał tak przez dłuższą chwilę napawając się ich zapachem. Potem włożył je do starej papierowej torebki, owinął darmową gazetką reklamową i włożył w najdalszy kąt regału zastawiając pudełkami ze zbieranymi przez lata klamotami.

W kuchni nalał wody do czajnika będącego spadkiem po rodzicach wraz z całym mieszkaniem i jego wyposażeniem. Cieszył się, że nie musi niczego kupować oprócz żywności a i to robił z wielkim bólem serca.

Do wyszczerbionego kubka włożył, trzykrotnie już zaparzaną, herbatę ekspresową. Bardzo mu smakowała osładzana świadomością, że zwinął ją na jakimś wieczorze autorskim. Kiedyś przypadkiem odkrył, że wernisaże i spotkania z pisarzami  to świetna okazja do darmowego posiłku a nawet zabrania sobie części poczęstunku w postaci torebek herbaty, ciastek, owoców a nawet talerzyka lub sztućców. Najgorsze było to, że musiał tam przychodzić czysty i w miarę porządnie ubrany.

Od dawna już z nikim nie utrzymywał kontaktów oprócz swojego zmiennika na portierni. Ten jakoś dziwnie go unikał szybko wychodząc do domu. Wymieniali więc tylko „dzień dobry” lub „dobry wieczór”. Jeśli coś ważnego się zdarzyło zmiennik zostawiał notatkę. Józkowi to pasowało bo od zawsze nie lubił ludzi. Kojarzyli mu się tylko z wydawaniem pieniędzy a tego nie lubił najbardziej w świecie. Wlał do kubka wrzątek a z lodówki wyciągnął sałatkę zabraną z darmowej lodówki. Wiedział gdzie takie stoją i systematycznie je odwiedzał. W ostatnich dniach nasilił te praktyki postanowił bowiem mieć, pod względem kulinarnym, naprawdę udane święta. Nie zależało mu na dwunastu potrawach, ani na karpiu i makowcu. Tę tradycję, jak i wszystkie inne wymagające nakładów finansowych, uważał za głupotę.

Kilka lat temu znalazł obok śmietnika dość paskudną sztuczną choinkę i bombki. Każdej Wigilii kładł sobie pod drzewkiem w prezencie coraz większy plik dwustuzłotówek. Nic go tak nie cieszyło jak ich widok.

Po śniadaniu przebrał się w dość porządne choć leciwe dżinsy oraz granatową bluzę, włożył znoszone adidasy, zamknął drzwi mieszkania i opuścił budynek. W drodze do pracy przeszedł się po okolicznych podwórkach sprawdzając czy ktoś nie wyrzucił czegoś co może mu się przydać.

Dotarł na portiernię, wziął klucze od zmiennika i wpisał się do książki obecności. Jego obowiązkiem było sprawdzenie budynku, więc zamknął drzwi wejściowe i wsiadł do windy. Nacisnął guzik najwyższego piętra, drzwi się zamknęły i winda ruszyła. Po dłuższej chwili zgasło światło i dźwig stanął. Józek nacisnął guzik alarmu i usiadł na podłodze. Zamknął oczy i opał głowę o ścianę.

Drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się i wszedł stary mężczyzna.

– Pamiętasz mnie? – zapytał.

– Nie, czego chcesz? – warknął Józef.

– Przypomnij sobie, szedłeś ulicą, ja dostałem zawału akurat obok ciebie. Nie zatrzymałeś się, nie pomogłeś, nie zadzwoniłeś po pogotowie. I umarłem.

– Nie jestem lekarzem, co mogłem zrobić? Odwal się z tymi pretensjami.

Ale mężczyzna zniknął jakby rozpłynął się w powietrzu.

Ochroniarz ocknął się na chwilę i zobaczył, że widzi ciemność a drzwi windy nadal są zamknięte. Zapalił zapałkę i ponownie nacisnął guzik alarmu. Płomień zapałki oparzył go w palce. Potrząsnął dłonią i zaklął.

Ponownie usiadł na podłodze i zamknął oczy. Do windy weszła kobieta.

– Ziutek, ty draniu! Widzę, że żyjesz i nieźle ci się powodzi – powiedziała. – Gdybyś nie pożałował pieniędzy na moje leczenie też bym żyła. Ale ty je tylko zbierasz i prasujesz, ty gnido!

– Trzeba było nie palić papierosów to byś nie dostała raka – wykrzyknął Józek.  Wara od moich pieniędzy – wrzasnął i obudził się.

Wstał, zapalił kolejną zapałkę i zaczął naciskać po kolei wszystkie guziki windy. Drgnęła i nagle poleciała w dół nie zatrzymując się na żadnym piętrze. Z instalacji poszły skry i pokazał się ogień.

– Pomocy, ratunku, pali się – wołał ochroniarz krztusząc się śmierdzącym dymem i waląc pięściami w drzwi.

Strażacy wezwani przez przechodnia ugasili ogień i znaleźli zwęglone zwłoki w kabinie windy.

– Zbierajcie się, wracamy do siebie. Kobiety przygotowały nam w jednostce wieczerzę wigilijną – powiedział po akcji dowódca ratowników.

Tu można przeczytać oryginalną wersję „Opowieści wigilijnej”, uprzedzam – ma 45,5 strony

Jhttp://lektury.kochamjp.pl/teksty_/opowiesc_wigilijna_tekst.pdf

Upalne miasto 127

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************************

 Kontakt z urzędnikami bankowymi wprawia Annę w ciężką nerwicę. Bo mają klientów w nosie i udzielają fałszywych rad oraz informacji. A jak seniorka po sprawdzeniu, zirytowana  zadzwoniła z reklamacją to usłyszała od faceta, że on wcale tego nie mówił, że on nie jest prawnikiem a tylko pośrednikiem. Na sugestię, aby przekazał działowi prawnemu zmianę przepisów na takie, które byłyby przyjazne klientom ponownie usłyszała, że on nic nie może. No i tu Anna nie wytrzymała pytając: jak to, jest pan mężczyzną czy dzieckiem?

Trochę później zadzwonił mówiąc, że skontaktował się z działem prawnym i rzeczywiście wprowadził ją w błąd sugerując pójście do notariusza. Bo należy tę sprawę załatwić w sądzie.

– Zabić to mało – pomyślała seniorka zażywając lek przeciwko bólowi głowy.

Koty nie mają takich problemów a szczególnie ten o którym pisze autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Dawno, dawno temu angory tureckie były w swojej ojczyźnie zwykłymi dachowcami. To jedna z najstarszych ras na świecie. Niektórzy uważają nawet, że to przodek wszystkich długowłosych kotów, co jest zaskakujące, bo ja obstawiałem któregoś z demonów babilońskich.

Wyobraźcie sobie stado tych jedwabistych drani okupujących śmietniki za świątynią boga węża, czy co tam w starożytnej Turcji mieli. Cóż to musiał być za widok. Ciekawe czy rzucano w nie ciżmami kiedy na wiosnę oddawały się pięknej, lecz nieco hałaśliwej kociej miłości.

W przypadku angory zdecydowanie jest co kochać. Jest piękna, zdrowa, wesoła i skora do zabawy. Ma długą, jedwabistą sierść pozbawioną podszerstka. Lubi się przytulać do swojego właściciela, włazić do wody, bawić wszystkim, co wpadnie jej w łapy, a potem to psuć. Cóż, kiedy ma się taką prezencję, to nawet odrobina łobuzowania może długo uchodzić na sucho – patrz Ted Bundy.

Poza skłonnością do niszczenia cudzej własności inną zabawną cechą Angory jest to, że czasami wyrzyguje pilobezoary. Pilobezoar nie jest ani pokemonem, ani dinozaurem, ani nawet nowym batonem dietetycznym od Anny Lewandowskiej. To po prostu kula zbitego futra, która zalegała w przewodzie pokarmowym kota, dopóki nie zdecydował się podzielić nią ze światem. Dziękujemy kocie!

Angorze tureckiej dziwnie z oczu patrzy. Być może to miłość do tego jednego domownika, którego uzna za godnego jej towarzystwa. A może próba uchronienia człowieka przed złymi duchami. Bóg jeden wie, jak bardzo tego potrzebujemy, szczególnie w sezonie grypowym. W Turcji angora z jednym okiem niebieskim i jednym żółtym pełni rolę mrukliwego amuletu i chałwa jej za to. Szczególnie że różnookie angory z powodów genetycznych wcale nie są rzadkością.

Dlaczego opisuję angorę tutaj, a nie patronite tak jak inne rasy psów oraz kotów? Bo jestem akurat w jej ojczyźnie na krótkim work and travel, czyli urlopie, na który zabrałem pracę, bo się z nią trochę nie wyrobiłem. Poza tym, każdy czasami zasługuje na okład z kota. Byleby był konsensualny.

Nieulubiony ciąg dalszy załatwiania  spraw urzędowych nastąpił i nastąpił, i wkurzał, bo taka jest cecha charakterystyczna naszych urzędów. Hektolitry melisy nie wystarczają na uspokojenie się organizmu seniorki.

W nagrodę za częściowe załatwienie jednej sprawy zafundowała sobie kawę i pudding z nasionami chia.

A potem seans w kinie z oglądaniem dokumentu „Wanda Rutkiewicz. Ostatnia wyprawa” w reżyserii Elizy Kubarskiej, która też jest himalaistką. Dlatego pojechała szukać śladów ostatniej wyprawy bohaterki swojego filmu. Próbuje odpowiedzieć na pytanie czy Rutkiewicz zginęła, czy może została mniszką jak twierdzi jej matka? Obraz składa się z fragmentów filmów i pamiętników nagrywanych przez bohaterkę. Także z wypowiedzi matki, siostry, menadżerki, Messnera i polskich wspinaczy. Jest też trochę faktów z prywatnego życia Rutkiewicz, która odnosiła sukcesy, można powiedzieć, że zawodowe, ale osobiste doświadczenia już nie były tak pozytywne. Koledzy mówią, że miała trudny charakter. Inne osoby, że męskie ego wspinaczy powodowało dużą niechęć do jej osoby. Na zasadzie: jak jakaś głupia baba śmiała być co najmniej tak dobra jak oni, a momentami nawet lepsza.

Dla Wandy Rutkiewicz wyprawy w góry to były trzy elementy: ludzie, natura czyli góry i sport.

Równie trudno, choć inaczej, miała w życiu aktorka Maria Pakulnis. Opowiada o sobie w wywiadzie – rzece przeprowadzonym przez Dorotę Wodecką.

Na niedobrą atmosferę w domu wpłynął nałóg ojca będący wynikiem zesłania do Workuty. Sfrustrowana i zdystansowana matka i bieda.

Jej małżeństwo też nie było udane, zawodowo miała sinusoidę z dużymi dołami. Jedyne z czego jest zadowolona to syn. Dobre i to.

Anna obejrzała w Internecie wywiady z siostrzenicą Simony Kossak, która opowiada o zatęchłej atmosferze Krakowa, zimnym domu, o tym, że w dzieciństwie zajmowała się nią tyko ciotka Simona a nie matka. O nauce w Liceum Plastycznym, wrednej uwadze jednej z nauczycielek, która to (uwaga) zablokowała twórczo Joannę na wiele lat. O wieloletniej pomocy doznanej od sąsiadów. O autyzmie jej syna na którego bardzo dobrze wpływa mieszkanie wśród przyrody i braku odgłosów urządzeń cywilizacyjnych. I o wdzięczności dla profesora, który specjalnie przyjechał do niej, aby przekonać do malowania i rysowania, bo ma talent, którego nie wolno zmarnować.

A teraz poczytajcie do czego ma talent kukurydza:

Kukurydza – pukane ziarno. Spójrzcie na nią, jaka z siebie zadowolona. Ale właściwie dlaczego? Bo jest taka żółta i słodka? No chyba nie bardzo. Kukurydza występuje w niemal każdym brzydkim kolorze, który jesteście sobie w stanie wyobrazić. Są odmiany białe, zielone, niebieskie, czerwone, a nawet (narodowcy niech wyjmą kciuki z buzi i zatkają uszy), KOLOROWE.

Nie każda kukurydza jest słodka. Większość upraw na świecie to kukurydza zwyczajna (twarda) i kukurydza koński ząb (pastewna). Robi się z nich mąki, kasze, pasze dla zwierząt oraz etanol. Tego ostatniego używał Henry Ford jako paliwa, zanim jego samochody zaczęły przypominać wielkością kościoły.

Kukurydza w ogóle nie może za bardzo się zdecydować kim chce zostać kiedy dorośnie. Z jednej strony jest zbożem (ziarna). Z drugiej warzywem (w całości), z trzeciej kolba wyrasta jej z kwiatu, więc technicznie rzecz biorąc mamy do czynienia z grupą owoców.

Kukurydza nie zawsze rosła w puszkach jak teraz w Europie, czy w kartonowych wiadrach wielkości silosów zbożowych jak w Stanach Zjednoczonych. Już 9-10 tysięcy lat temu była uprawiana na terenach obecnego Meksyku jako krzyżówka kilku dzikich traw z przerostem ziarna.

Według legendy starożytnych Majów (to ci, co mówili, że świat się kończy w co drugi wtorek) człowiek powstał z boskiej posoki i kukurydzy. Patrząc na współczesne zużycie syropu kukurydzianego, za wszelką cenę chcemy powrócić do korzeni.

Sama w sobie kukurydza jest dosyć zdrowia. Jej ziarna mają więcej białka niż jakiekolwiek inne zboże, więcej żelaza niż jajka czy pieczeń wołowa, więcej błonnika niż precle czy czipsy ziemniaczane i zdecydowanie więcej sensu niż ta wyliczanka.

Mąka kukurydziana jest też niezłym zamiennikiem dla ludzi, którzy nie trawią glutenu. Ale spokojnie. Nie po to roślina zostaje oficjalną przekąską stanu Illinois (popkorn), żeby nam robić dobrze w człowieka.

Pierwotnie popkorn przygotowywano na rozgrzanym piasku z ogniska i robili to rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej. Za jego obecną formę dostępną w pięćdziesięciu smakach stopy cukrzycowej odpowiadają jednak obywatele Ameryki Północnej.

Swoją drogą na pewno jesteście ciekawi, jak powstaje popcorn od technicznej strony. Nie jesteście? Nie szkodzi i tak opowiem. Wewnątrz ziarna kukurydzy znajduje się odrobina wody. Kiedy zostanie podgrzana, zamienia się w parę i ziarno robi „pop”, stąd nazwa. Nie byłoby to możliwe gdyby nie budowa łupiny ziarna, która w przeciwieństwie do wielu innych zbóż jest na tyle chytra, że nie przepuszcza wody.

Do Polski kukurydza trafiła z Węgier na przełomie XVII i XVIII wieku. Jej nazwa pochodzi od węgierskiego słowa kukuruc, które oznacza: wygląda tak samo przed i po zjedzeniu.

Upalne miasto 126

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem w środę umieszczam recenzję przeczytanej książki. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************************

Halloween objawił się Annie nie dziećmi wołającymi „cukierek albo psikus” tylko psikusami diabła stróża. Urozmaiconymi.

Finansowymi i zdrowotnymi. Najpierw czytnik w owadzim sklepie zażądał „Użyj innej karty” gdy próbowała aktywować nową za pomocą opłaty za zakupy. Użyła innej. Z ciężkimi torbami poszła do bankomatu zamiast wygodnie pojechać do domu autobusem. I tu niespodziewanka ją walnęła ją po oczach, bo urządzenie było nieczynne. Następnego dnia, przed wizytą u lekarza, podeszła do innego bankomatu i ten też pokazał jej figę, czyli „spadaj, pieniędzy ci się zachciało, pazerna babo?!”

Dodatkowo poczta, na której chciała nadać kilka listów z kartami ATC,  okazała się działać tylko do godziny 15-tej a była 15,08.

Lekarka obejrzała seniorce uszy, nos i gardło – bez zachwytu. I zapisała antybiotyk, kontynuację leku antyalergicznego oraz lek osłonowy. Żeby było trochę taniej pacjentka pojechała do jednej z aptek sieci na literę Zet zamiast do jednej z trzech na blisko swojego domu. I w domu zorientowała się dopiero, że zapłaciła pełną stawkę za jeden lek choć cena recepturowa jest o wiele tańsza.  No i niemiło się zrobiło.

W pobliżu apteki podeszła do bankomatu, włożyła nową kartę i wpisała, według siebie, prawidłowy pin. Odrzucono i sms-em o błędzie zawiadomiono. Wpisała ciąg cyfr z sms-u, też błędny się okazał. Kolejny sms. Ponowiła pamiętany, podany w liście z banku, kod. I to był koniec, bo do trzech razy sztuka. Spróbuj jutro – poinformowano.

Dopiero potem zajrzała do notatek w komórce gdzie jak byk stał inny ciąg cyfr. Wystarczyło, że zrobiła czeski błąd i po aktywacji.

– Pamięć mam dobrą lecz niedokładną – pomyślała Anna i na starą kartę wyciągnęła gotówkę.

W poniedziałek pojechała do apteki z reklamacją ale uświadomiono jej, że „co ślepy nie dojrzy to zmyśli”, czyli nie miała racji. Głupio się jej zrobiło ale aptekarka była uprzejma tak samo jak Anna. Warto czasem nie napadać z pretensjami, bo może się okazać, że robimy to niepotrzebnie i bez powodu.

Bankomat tym razem współpracował, czyli przyjaźnie zareagował na prawidłowy pin.

W czwartek  w ramach Stowarzyszenia SOWA poszła na wystawę twórczości Gustawa Klimta(1862 – 1918). Immersyjną wystawę, czyli wciągającą widza w przestrzeń wirtualną.

W pierwszej sali jest kasa i oferta przeróżnych gadżetów z motywami twórczości Klimta – plakaty, pocztówki, zakładki, notesy, apaszki, torby, bluzy, fartuchy kuchenne, kubki, filiżanki, kosmetyczki, portfeliki duże i małe, albumy z reprodukcjami, talerze, półmiski itd. Anna nabyła dwie pocztówki i portfelik (ładnie zapakowany) w prezencie dla koleżanki.

W drugiej sali wiszą kopie dwunastu obrazów malarza, tych najbardziej znanych i z dużą ilością złota. Skąd ten materiał tak chętnie używany? Ojciec Klimta był złotnikiem. W niszy stoi figura, naturalnej wielkości, przedstawiająca malarza w ciemno niebieskiej szacie wzorowana na zdjęciu  wiszącym na ścianie.

O odzyskiwaniu obrazów przez spadkobierczynię właścicieli nakręcono film „Złota dama” z Helen Mirren.

W następnej, dużej sali są wyświetlane fragmenty lub całość obrazów na ścianach, podłodze i wiszącym na środku ekranie. A lektor opowiada o twórcy i jego obrazach.  Muzyka jest trochę za głośna.

„Sztuka jest pomostem między duszą a światem” to słowa Klimta.

Ostatnią częścią wystawy jest pomieszczenie z fotelami i okularami – goglami za pomocą których wchodzimy wirtualnie w kilkanaście obrazów i motywów twórczości artysty.

Nie miał żony i dzieci, zmarł na skutek udaru w wieku 55 lat.

Następnego dnia odebrała postanowienie sądu a potem wstąpiła do banku po informację związaną z tym postanowieniem. I tylko uzyskała informację, że musi się skontaktować i umówić z doradcą w ważniejszym oddziale. Kiedyś było hasło „Klient nasz pan” i też nikt się nim nie przejmował.

Na przystanku zobaczyła dziewczynę z wschodnimi rysami mającą na z tyłu plecak a z przodu kurtkę założoną odwrotnie dzięki czemu kaptur wisiał jej pod brodą. Oryginalnie ale czy wygodnie?

Koty mają swoje futro i nie muszą go zdejmować. Co udowadnia autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Pantera śnieżna = śnieżkot, nazywana również irbisem, nawet jak na kota jest trochę za bardzo. Na przykład za bardzo puchata, bo zimą jej futro na brzuchu może mieć nawet 12 centymetrów grubości. Uszka ma z kolei nieproporcjonalnie małe, ale jakby były większe to by odmarzły, a wtedy czapka by panterze spadała na oczy. Po przeciwnej stronie znajduje się natomiast ogon, który jest nie tylko długi, ale i gruby, a wszyscy wiemy, że to gotowy przepis na sukces. Pantera śnieżna używa go podczas snu jak kołdry.

Najbliższym kocim krewniakiem pantery śnieżnej jest tygrys. Dopiero 2 miliony lat temu Irbis walnął to wszystko i wyjechał w Bieszczady. A właściwie to nawet bardziej, bo w Góry Ałtajskie oraz w Himalaje.

Irbis jest mięsożercą jak to u kotów. Jego dietę stanowią przede wszystkim różni posiadacze kopyt. Na przykład markury i nahury. Żeby złapać coś, co nazywa się nahur, trzeba się solidnie nagimnastykować, dlatego kiedy Irbis skacze, to wygląda prawie jakby latał. W powietrzu pokonuje nawet 10 metrów.

Pantery śnieżne żyją na skałach, na skałach polują i na skałach bardzo chcą pozostać niezauważone. Nie ma innego kota tych rozmiarów, który bardziej kryłby się przed ludźmi. Niektórzy badacze nie rozumieją jednak po panterzemu i spędzają w górach całe tygodnie tylko po to, aby ani razu nie zobaczyć Irbisa.

Mimo że irbis spierdzielił przed cywilizacją tak daleko jak się tylko dało, to ta cywilizacja i tak czasami za nim łazi. Pantery śnieżne są zagrożone wyginięciem, ale niestety zdarzają się ludzie, którzy i tak na nie polują. Przede wszystkim dla pięknego futra, ale również dlatego, że ich pazury i kości są w Chinach uważane za jeden z najlepszych afrodyzjaków. Moi drodzy klienci kłusowników, najwyższa pora, żebyście przestali się jarać dziwnymi rzeczami i przerzucili na filmy z gatunku autoprzyrodniczych jak reszta świata.

Święto Niepodległości Anna uczciła spotkaniem ze znajomą i niedługim spacerem po mieście w czasie którego spotykały wrocławian w biało – czerwonych w czapkach i szalikach z napisem Wrocław Walk.  Na przystanku zwracała uwagę kobieta w średnim wieku: na głowie miała biało – czerwony wianek, na sobie białą kurtkę, na plecach czerwony plecaczek, do niego był przypięty papierowy biały gołąbek, na stopach biało czerwone buty, na nogach czerwone spodnie a w ręce polską flagę. Do kurtki przypiętą rozetkę, na szyi biało – czerwony szalik. Nie wiem – bardziej to patriotyczne czy ostentacyjne?

Ze znajomą wypiły kawę i zjadły po pół rogala marcińskiego. W ramach bycia marudną seniorką zauważyła, że: muzyka jest za głośna, na stoliku stała ale nie świeciła lampka i nie można jej było włączyć, nie było też na stoliku serwetek.

Skutki dbania o ogródek

Skutki dbania o ogródek

Baśka przez całe życie uważała się za bardzo mądrą, piękną i szlachetną. Gdy była małą dziewczynką jej gadulstwo komentowano: o, jakie rezolutne dziecko. Powtarzała co usłyszała a potem przeczytała, bo bardzo dobrą pamięć miała. Tak się przyzwyczaiła do pochwał  za słowotok, że tego procederu nigdy nie zaprzestała.

Na męża wybrała niewygadanego faceta, któremu wmówiła, że dzieci ciągle chorują, więc nie może pracować. O tym, że większość czasu spędza na plotkarskim życiu towarzyskim u sąsiadek  biedak nie wiedział. Przestała o siebie dbać za to każdemu opowiadała o swoich szkolnych, towarzyskich i rękodzielniczych sukcesach. Teraz nie było po nich śladu, bo odpuściła sobie jakiekolwiek ambicje. Nie po to przecież wyszła za mąż i urodziła dzieci, aby się wysilać. O siebie, rodzinę i dom dbała powierzchownie za to namiętnie narzekała na brak pieniędzy i do wszystkich miała pretensję, że jej nie dotują, a przecież powinni, bo urodziła dwoje dzieci uszczęśliwiając tym całą planetę.

Na wakacje jeździli do domu na wsi. Własność to była ciotki ze strony męża, która pracowała za granicą i wracała tylko na miesięczny urlop. Był tam ogródek, który wymagał zadbania, czyli przekopania, chwastów wyrwania, płotu naprawienia. Kilka lat trwało zanim Baśka namówiła męża do działania. Jednego roku naprawił płot, drugiego (po deszczu) skopał pół ogródka i wyrwał chwasty. Trzeciego wyciął uschnięte krzaczory, czwartego skopał czwartą część i na koniec został nagrodzony znaleziskiem. Był to bardzo dobrze zabezpieczony karabin. Owinięty  w,  grubo nasmarowane śmierdzącym smarem zwanym towotem, szmaty,  w kilka warstw ceraty i zapakowany w drewnianą skrzynkę. Z Internetu dowiedzieli się, że to przedwojenna broń, czyli mauser. Nawet nie trzeba było go czyścić w tak dobrym był stanie. Skrzynka zawierała też 50 pocisków.

– I co my z tym zrobimy? –   zapytał mąż gdy siedzieli wieczorem przy stole na którym rozłożyli znalezisko.

– Sprzedamy na allegro – powiedziała Baśka.

– A czy to jest legalne?

– Sprawdzę w Internecie. O, cholera – nie można. Trudno, zatrzymamy go. Może się kiedyś przyda.

– Do czego na przykład?

– Będę strzelać do szpaków na czereśni.

– A umiesz strzelać? Bo to ja byłem w wojsku.

– A co w tym trudnego? Nauczysz mnie. Postawimy puszki po twoim piwie na płocie i na pewno szybko je zestrzelę.

– A nie lepiej w lesie? Żeby nikt nie zobaczył?

 – To jak pójdziesz na jagody znajdź odpowiednie miejsce – powiedziała Baśka gładząc kolbę karabinu.

Mąż zawinął broń w stary sweter i odłożył na dolną półkę regału.

Baśka wyszła na próg i zawołała dzieci bawiące się progeniturą sąsiadów.

– Oooobiad. Natychmiast do domu.

Podeszła do kuchenki gazowej, wzięła garnek z grochówką i postawiła go na, leżącej tam,  kamiennej podstawce. Nalała do talerzy, usiadła i przy wtórze melodii disco polo płynącej z radia jedli trochę mlaszcząc.

– To chyba żołnierska grochówka, bo widzę boczek – bystrze zauważył syn. Widziałem na skraju wioski  namioty wojskowe.

– Ależ skąd! Sama gotowałam – zaprotestowała troskliwa matka.

– Daj spokój, sąsiadka cię tam widziała i słyszała jak opowiadałaś, że dzieci nie mają co jeść, bo mąż mało zarabia.

– Bo tak właśnie jest, za mało.

– To zarabiaj i ty – wychylił się mąż.

– A żebyś wiedział, że zarobię. Mam plan. A ty wyczyść mausera.

Następnego dnia Baśka z mężem poszli do lasu, aby wypróbować znalezisko.

Strzelali do puszek, butelek i ptaków przeważnie nie trafiając.

– Ślepy jesteś czy co? – spytała zawiedziona żona.

– Ty to lepsza?

– Ale podobno byłeś w wojsku?

– Głównie w kuchni, przecież wiesz.

– No, tak – trafił mi się wojak prawie Szwejk. Tylko poczucie humoru nie takie.

– Najważniejsze, że ty jesteś doskonała.

– A żebyś wiedział, zaraz ci udowodnię. Wzięła broń wycelowała i ustrzeliła biegnącego zająca.

– O, cholera! – oboje podsumowali sukces.

– Powiesimy, żeby skruszał, podobno tak się robi – powiedziała praktyczna żona.

– Ale wydaje mi się, że w lecie nie wolno na nie polować?

– No to co? Przecież go nie zostawimy. Będzie pieczeń i pasztet – stwierdziła zaradna kobieta.

Mąż zawinął szaraka w kurtkę, żeby nikt go, po drodze do domu, nie zauważył.

W domu powiesili go w spiżarni za tylne łapy i wyszukali w Internecie przepisy kulinarne. Dowiedzieli się, że są kłusownikami, bo akurat jest czas ochronny dla tych zwierząt, że zając kruszeje cztery pięć dni ale w niskiej temperaturze. Jeśli jest ciepło należy mięso włożyć do zamrażarki na dwa tygodnie. I tu się pojawił problem ze ściąganiem skóry ze zwierzątka. W Internecie znaleźli filmiki instruktażowe.

Baśka rozochociła się powodzeniem i postanowiła kontynuować działalność odnosząc kolejne sukcesy.

W piątek pojechali do supermarketu w najbliższym mieście. Ona od razu skierowała się do toalety. Męża wysłała z listą zakupów mówiąc, że zaraz do niego dołączy. Poszedł więc między regały kompletnie nieprzyzwyczajony do takich zajęć. Błądził długo między półkami szukając produktów a i tak wszystkiego nie znalazł. Podszedł do kasy kątem oka zauważając jakieś zamieszanie wśród personelu. Ale nie lubił się wtrącać więc zapłacił i poszedł do auta w którym już siedziała Baśka.

– Gdzieś ty była? – spytał?

–  Postanowiłam, że nauczysz się samodzielnie robić zakupy.

– Ale nie znalazłem wszystkiego – przyznał się bez bicia.

– Nie szkodzi, za kilka dni pojedziemy do innego sklepu, żebyś się otrzaskał z różnymi układami towarów.

– Robisz mi kurs sklepowo – zakupowy?

– Bardzo dobrze to nazwałeś. Będziemy jeździć w różne miejsca i tylko ty wszystko kupisz aż staniesz się wysokiej klasy specjalistą.

– A ty co będziesz robić?

– To co zawsze – ogarniać wszystko.

–  Czyli rządzić.

– Ktoś musi.

Wieczorem miejscowa rozgłośnia radiowa podała, że w pobliskim supermarkecie niski napastnik zagroził, na zapleczu, pracownikom nierozpoznaną bronią i zrabował utarg z poprzedniego dnia oraz biżuterię pracownicy w postaci złotego łańcuszka z krzyżykiem oraz pierścionka z brylancikiem.