Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.
*********************************************************************
Święta, święta i po świętach. Jajka w roli głównej, a zapominamy o kurach.
Za to autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” nie zapomniał:
KURA = Kurkasia
Mamy za sobą międzynarodowe święto zjadania kurom dzieci. Z tej okazji chciałbym przypomnieć, z jakimi dokładnie draniami mamy do czynienia.
Po pierwsze jeżeli kiedykolwiek zrobiliście coś złego kurze, to ona to zapamięta, bo jest w stanie rozpoznać około stu kurzych twarzy i całkiem sporo człowieczych również. Nie tylko zresztą zapamięta, ale skrzywi się na wasz widok z niechęcią, bo kury podobnie jak ludzie preferują symetryczne twarze. No, chyba że wyglądacie jak Monika Bellucci albo Robert Makłowicz, wtedy kura zadziobie was wyłącznie dla mięsa.
Tak, kura z radością rozszarpie każde smaczne stworzenie. Myszy, krety, owady, jaszczurki, a nawet węże. Kura nie pyta, czy masz problem, nie bawi się w kotka i myszkę tylko dziobie, rozszarpuje jak aligator, a potem przełyka. Ale zanim do tego dojdzie… Kury są stworzeniami społecznymi, mają złożone hierarchie dziobania i zdają sobie sprawę, kto pod kim dołki grzebie. Dlatego kiedy tylko jedna kura złapie coś wyjątkowo smakowitego do dzioba, to zaczyna z tym zwiewać aż się za nią kurzy, a reszta kur rzuca się w pogoń. U ludzi nazywamy to modą.
Kury gadają do jajek. Ćwierkają do nich cichutko, a kurczaki ze środka od pewnego momentu im odpowiadają. Dorosłe ptaki zresztą też se sobą gadają. Istnieje co najmniej 30 różnych rodzajów gdaków i kukuryknięć, które mogą oznaczać podziękowanie za jedzenie, ostrzeżenie przed drapieżnikiem albo bezlitosną drwinę z mojej nowej fryzury. Tak mi przynajmniej tłumaczył kurze gdakanie mój osobisty dziadek.
Jak już kury wygarną człowiekowi, co o nim sądzą, to opowiedzą o tym koleżankom. Kury potrafią dzielić się wiedzą. Również między pokoleniami, więc jest szansa, że gdzieś tam na świecie jest kura, której rodzina z dziada pradziada przekazuje sobie informację o tym jak głupio wyglądaliście latając po podwórku bez gaci.
Kury podobnie jak ludzie rodzą się ze skończoną liczbą jajek. W wieku około sześciu miesięcy zaczynają je znosić i jak już im się skończą, to zamykają kramik. Żeby z jajka urodził się kurczak, a nie jajecznica, musi ono zostać zapłodnione przez koguta. Cały proces odbywa się wewnątrz kury za pośrednictwem jednego otworu, który nazywamy kloaką. Tą samą drogą z kury wylatują również jajka oraz kurze kupki. Pomyślcie o tym dzisiaj, podziwiając pisanki.
No i na koniec. Pierwszy dźwięk, który kura wydaje kiedy kogoś zobaczy to jego imię po kurzemu. Ja na przykład nazywam się baaaak bak bok, co na pewno znaczy coś sympatycznego, a nie to, co usiłował mi wmówić dziadek.
Czytając „Chłopki” Anna przypomina sobie pobyty wakacyjne na wsi kieleckiej u rodziny, gdzie dziadek był kierownikiem PGR-u. Nie poznała więc bezpośrednio chłopskiego życia ale miała kontakt z wiejskimi dorosłymi i dziećmi.
I zgadza się z wyrażoną w książce opinią o charakterze chłopów – zawiść, zachłanność, brak empatii, „chłop żywemu nie przepuści”, radość z cudzego nieszczęścia, ważny tylko ten co ma władzę i pieniądze jednocześnie się go nie lubi, bo zazdrości i chętnie okradnie. Jeśli ktoś jest życzliwy to frajer i trzeba go naciągnąć, oskubać. Zero u nich poczucia obciachu i wdzięczności za doznaną dobroć.
A, że teraz w miastach większość mieszkańców ma wiejskie pochodzenie (inteligencję wytłukli Niemcy a potem władze PRL) to takie cechy często dominują. I nie pomaga wykształcenie, bo w szkole, na studiach nie uczy się jak być porządnym człowiekiem. Nawet jest to źle widziane, bo wygrywa najbezwzględniejszy. Co widać po aferach na wyższych uczelniach i stosowanym tam mobbingu.
Z cyklu „drobiazg a cieszy”: spotkałam idąc do tramwajowego przystanku znajomą niedaleko mnie mieszkającą. Widujemy się tylko na ulicy dążąc z domu lub do niego. Zawsze zatrzymujemy się zamieniając parę słów (ja o ile uda mi się wstrzelić jej słowotok), ona mówiąc ich wiele. Tym razem było krótko i miło, bo powiedziała:
– Ale jesteś wystylizowana. Ładnie ci w tych kolorach.
Na co ja:
– I w dodatku wiem o tym.
I na tym optymistycznym akcencie spotkanie się zakończyło.
Po zajęciach literackich z koleżanką poszłyśmy na kawę. Rozmawiałyśmy na różne tematy m.in. powiedziała, że robi sobie pieczone w piekarniku różne warzywa pokrojone w słupki oraz gruszkę i batata. Jest wegetarianką.
No to postanowiłam spróbować ale przedtem obgotowałam marchewkę, żeby nie wyszła za twarda. Poza tym dałam: cukinię, paprykę, ziemniaka, gruszkę, wszystko pokrojone. Batatów w tym sklepie nie było a nie chciało mi się biegać po osiedlu i ich szukać.
Ułożyłam wszystko na dużej na blaszce z papierem do pieczenia, posypałam solą, pieprzem ziołowym, pokrojoną natką i czosnkiem niedźwiedzim, polałam olejem. Fajne i smacznie wyszło.
Jest już maj, niedługo moje imieniny, może dostanę pęk bzu/lilaka, bo właśnie kwitnie. Także przed naszą kamienicą.
A tak, dość łagodnie, go opisuje autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”: BEZ = LILAK
Lilak to wiejski romeo, w pastelowej koszuli z krótkim rękawkiem i spryskany Brutalem w ilości zakazanej Konwencją Genewską. Drań nie bez powodu ma w nazwie „pospolity” — występuje wszędzie, a w dodatku wali, jakby drogeria na chodnik popuściła. Jest też bezczelnym oszustem. Nie ma nic wspólnego z bzem, chociaż tak go w Polsce nazywamy.
Bez lilak — kto to w ogóle wymyślił? Jak w przypadku większości wielkich tragedii, nikt się nie chce przyznać. Lilak to zupełnie inna rodzina niż bez czarny i ma więcej wspólnego z oliwkami albo jesionem. Dotarł do nas w XVI wieku z Bałkanów, przez Imperium Osmańskie, i od razu zrobił furorę — bo kwitł obficie i pachniał, jakby próbował coś udowodnić.
Lilak pospolity jest jedną z najbardziej wonnych roślin świata. Zawiera ponad 20 różnych związków zapachowych, w tym linalol i lilakol, które są używane w perfumerii. Problem w tym, że sam zapach bzu w perfumach jest najczęściej syntetyczny — bo łobuz ciężko się destyluje.
Jakbym miał obstawiać, to właśnie jest powód, dla którego lilak nie doczekał się prawidłowej nazwy — tak jak bez czarny. Który, nawiasem mówiąc, kwitnie na biało. Z soku jagód bzu czarnego można sobie zrobić naleweczkę, więc zasługuje co najmniej na honorowe obywatelstwo Białegostoku. Tymczasem z lilaka można zrobić kiszoną herbatę, czyli kombuchę. Początkowo miał szansę na obywatelstwo Konstancina-Jeziornej, ale okazało się, że nie jest jednak toksyczny.
Do florystycznej dezinformacji dołożyła swoje trzy grosze Maryla Rodowicz, w odważnej — jak na tamte czasy — piosence „To był maj, pachniała Saska Kępa, szalonym zielonym bzem…”. Pani Marylo, nie wiem, kim był Sasek, ale kępa mu pachniała lilakiem.
Lilak pospolity dorasta do 3–4 metrów wysokości i występuje w pierdyliardzie różnych odmian kolorystycznych. Biały, różowy, niebieski, purpurowy — każdy jeden wygląda, jakby się krzak sfalbanił na pastelowo. W dodatku trudno się go pozbyć. Potrafi odrosnąć po ścięciu, pożarze, wykopaniu — pewnie by mu się udało nawet na polskiej emeryturze.
Może dlatego go właśnie tak bardzo lubimy. Jest twardy, zwykle olewa konwenanse, ale kiedy trzeba zrobić wrażenie — potrafi zakwitnąć jak kanapka w plecaku po wakacjach. A po dwóch tygodniach mu się nudzi. Zdolny, ale leniwy. No i niebezpieczny, jak go zostawić w towarzystwie kobiet — bo go człowiekowi posadzą przed domem.
A u Was jak tam, lilak już kwitnie, czy jeszcze szykuje lakierki do dresów?