Upalne miasto 146

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************************************************

Święta, święta i po świętach. Jajka w roli głównej, a zapominamy o kurach.

Za to autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” nie zapomniał:

KURA = Kurkasia

Mamy za sobą międzynarodowe święto zjadania kurom dzieci. Z tej okazji chciałbym przypomnieć, z jakimi dokładnie draniami mamy do czynienia.

Po pierwsze jeżeli kiedykolwiek zrobiliście coś złego kurze, to ona to zapamięta, bo jest w stanie rozpoznać około stu kurzych twarzy i całkiem sporo człowieczych również. Nie tylko zresztą zapamięta, ale skrzywi się na wasz widok z niechęcią, bo kury podobnie jak ludzie preferują symetryczne twarze. No, chyba że wyglądacie jak Monika Bellucci albo Robert Makłowicz, wtedy kura zadziobie was wyłącznie dla mięsa.

Tak, kura z radością rozszarpie każde smaczne stworzenie. Myszy, krety, owady, jaszczurki, a nawet węże. Kura nie pyta, czy masz problem, nie bawi się w kotka i myszkę tylko dziobie, rozszarpuje jak aligator, a potem przełyka. Ale zanim do tego dojdzie… Kury są stworzeniami społecznymi, mają złożone hierarchie dziobania i zdają sobie sprawę, kto pod kim dołki grzebie. Dlatego kiedy tylko jedna kura złapie coś wyjątkowo smakowitego do dzioba, to zaczyna z tym zwiewać aż się za nią kurzy, a reszta kur rzuca się w pogoń. U ludzi nazywamy to modą.

Kury gadają do jajek. Ćwierkają do nich cichutko, a kurczaki ze środka od pewnego momentu im odpowiadają. Dorosłe ptaki zresztą też se sobą gadają. Istnieje co najmniej 30 różnych rodzajów gdaków i kukuryknięć, które mogą oznaczać podziękowanie za jedzenie, ostrzeżenie przed drapieżnikiem albo bezlitosną drwinę z mojej nowej fryzury. Tak mi przynajmniej tłumaczył kurze gdakanie mój osobisty dziadek.

Jak już kury wygarną człowiekowi, co o nim sądzą, to opowiedzą o tym koleżankom. Kury potrafią dzielić się wiedzą. Również między pokoleniami, więc jest szansa, że gdzieś tam na świecie jest kura, której rodzina z dziada pradziada przekazuje sobie informację o tym jak głupio wyglądaliście latając po podwórku bez gaci.

Kury podobnie jak ludzie rodzą się ze skończoną liczbą jajek. W wieku około sześciu miesięcy zaczynają je znosić i jak już im się skończą, to zamykają kramik. Żeby z jajka urodził się kurczak, a nie jajecznica, musi ono zostać zapłodnione przez koguta. Cały proces odbywa się wewnątrz kury za pośrednictwem jednego otworu, który nazywamy kloaką. Tą samą drogą z kury wylatują również jajka oraz kurze kupki. Pomyślcie o tym dzisiaj, podziwiając pisanki.

No i na koniec. Pierwszy dźwięk, który kura wydaje kiedy kogoś zobaczy to jego imię po kurzemu. Ja na przykład nazywam się baaaak bak bok, co na pewno znaczy coś sympatycznego, a nie to, co usiłował mi wmówić dziadek.

Czytając „Chłopki” Anna przypomina sobie pobyty wakacyjne na wsi kieleckiej u rodziny, gdzie dziadek był kierownikiem PGR-u. Nie poznała więc bezpośrednio chłopskiego życia ale miała kontakt z wiejskimi dorosłymi i dziećmi.

I  zgadza się z wyrażoną w książce opinią o charakterze chłopów – zawiść, zachłanność, brak empatii, „chłop żywemu nie przepuści”, radość z cudzego nieszczęścia, ważny tylko ten co ma władzę i pieniądze jednocześnie się go nie lubi, bo zazdrości i chętnie okradnie. Jeśli ktoś jest życzliwy to frajer i trzeba go naciągnąć,  oskubać. Zero u nich poczucia obciachu i wdzięczności za doznaną dobroć.

A, że teraz w miastach większość mieszkańców ma wiejskie pochodzenie (inteligencję wytłukli Niemcy a potem władze PRL) to takie cechy często dominują. I nie pomaga wykształcenie, bo w szkole, na studiach nie uczy się jak być porządnym człowiekiem. Nawet jest to źle widziane, bo wygrywa najbezwzględniejszy. Co widać po aferach na wyższych uczelniach i stosowanym tam mobbingu.

Z cyklu „drobiazg a cieszy”: spotkałam idąc do tramwajowego przystanku znajomą niedaleko mnie mieszkającą. Widujemy się tylko na ulicy dążąc z domu lub do niego. Zawsze zatrzymujemy się zamieniając parę słów (ja o ile uda mi się wstrzelić jej słowotok), ona mówiąc ich wiele. Tym razem było krótko i miło, bo powiedziała:

– Ale jesteś wystylizowana. Ładnie ci w tych kolorach.

Na co ja:

– I w dodatku wiem o tym.

I na tym optymistycznym akcencie spotkanie się zakończyło.

Po zajęciach literackich z koleżanką poszłyśmy na kawę. Rozmawiałyśmy na różne tematy m.in. powiedziała, że robi sobie pieczone w piekarniku różne warzywa pokrojone w słupki oraz gruszkę i batata.  Jest wegetarianką.

No to postanowiłam spróbować ale  przedtem obgotowałam marchewkę, żeby nie wyszła za twarda. Poza tym dałam: cukinię, paprykę, ziemniaka, gruszkę, wszystko pokrojone. Batatów w tym sklepie nie było a nie chciało mi się biegać po osiedlu i ich szukać.

Ułożyłam wszystko na dużej na blaszce z papierem do pieczenia, posypałam solą, pieprzem ziołowym, pokrojoną natką i czosnkiem niedźwiedzim, polałam olejem.  Fajne i smacznie wyszło.

Jest już maj, niedługo moje imieniny, może dostanę pęk bzu/lilaka, bo właśnie kwitnie. Także przed naszą kamienicą.

A tak, dość łagodnie, go opisuje autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”: BEZ = LILAK

Lilak to wiejski romeo, w pastelowej koszuli z krótkim rękawkiem i spryskany Brutalem w ilości zakazanej Konwencją Genewską. Drań nie bez powodu ma w nazwie „pospolity” — występuje wszędzie, a w dodatku wali, jakby drogeria na chodnik popuściła. Jest też bezczelnym oszustem. Nie ma nic wspólnego z bzem, chociaż tak go w Polsce nazywamy.

Bez lilak — kto to w ogóle wymyślił? Jak w przypadku większości wielkich tragedii, nikt się nie chce przyznać. Lilak to zupełnie inna rodzina niż bez czarny i ma więcej wspólnego z oliwkami albo jesionem. Dotarł do nas w XVI wieku z Bałkanów, przez Imperium Osmańskie, i od razu zrobił furorę — bo kwitł obficie i pachniał, jakby próbował coś udowodnić.

Lilak pospolity jest jedną z najbardziej wonnych roślin świata. Zawiera ponad 20 różnych związków zapachowych, w tym linalol i lilakol, które są używane w perfumerii. Problem w tym, że sam zapach bzu w perfumach jest najczęściej syntetyczny — bo łobuz ciężko się destyluje.

Jakbym miał obstawiać, to właśnie jest powód, dla którego lilak nie doczekał się prawidłowej nazwy — tak jak bez czarny. Który, nawiasem mówiąc, kwitnie na biało. Z soku jagód bzu czarnego można sobie zrobić naleweczkę, więc zasługuje co najmniej na honorowe obywatelstwo Białegostoku. Tymczasem z lilaka można zrobić kiszoną herbatę, czyli kombuchę. Początkowo miał szansę na obywatelstwo Konstancina-Jeziornej, ale okazało się, że nie jest jednak toksyczny.

Do florystycznej dezinformacji dołożyła swoje trzy grosze Maryla Rodowicz, w odważnej — jak na tamte czasy — piosence „To był maj, pachniała Saska Kępa, szalonym zielonym bzem…”. Pani Marylo, nie wiem, kim był Sasek, ale kępa mu pachniała lilakiem.

Lilak pospolity dorasta do 3–4 metrów wysokości i występuje w pierdyliardzie różnych odmian kolorystycznych. Biały, różowy, niebieski, purpurowy — każdy jeden wygląda, jakby się krzak sfalbanił na pastelowo. W dodatku trudno się go pozbyć. Potrafi odrosnąć po ścięciu, pożarze, wykopaniu — pewnie by mu się udało nawet na polskiej emeryturze.

Może dlatego go właśnie tak bardzo lubimy. Jest twardy, zwykle olewa konwenanse, ale kiedy trzeba zrobić wrażenie — potrafi zakwitnąć jak kanapka w plecaku po wakacjach. A po dwóch tygodniach mu się nudzi. Zdolny, ale leniwy. No i niebezpieczny, jak go zostawić w towarzystwie kobiet — bo go człowiekowi posadzą przed domem.

A u Was jak tam, lilak już kwitnie, czy jeszcze szykuje lakierki do dresów?

Upalne miasto 145

 Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************************

– Ja to nie mogę mieć przez dłuższy czas spokoju. Diabeł stróż dokopać mi musi, bo się udusi – stwierdziła Anna wojując, bez skutku, z dolnopłukiem. Niby nie ma powodu ale źle działa.

Późnym wieczorem młodzi sąsiedzi głośno rozmawiali, pokrzykiwali i śmiali się do drugiej w nocy. A ściany cieniutkie, regał nie wygłusza, niestety. Powinna się była wyspać przed ważną wizytą w urzędzie. Do którego, o dziwo, za piątym razem udało się jej internetowo zapisać na wizytę.

Rano o siódmej znowu atrakcja inaczej – muzyka zza ściany łup, łup, łup L

Sprawdziła godzinę odjazdu autobusu ale wyszła z domu  takiej porze, że zdążyła na poprzedni kurs. Pojechała i wstąpiła do księgarni pooglądać nowości a nawet przecenione książki. Obiecała sobie, że jeśli uda się jej pozytywnie załatwić sprawę to coś kupi.

Potem wstąpiła do biblioteki publicznej mieszczącej się niedaleko urzędu. Miała nadzieję spotkać tam znajomą bibliotekarkę. Niestety ta była na zwolnieniu z powodu choroby.

Porozmawiała więc z obecną pracownicą, która ją pamiętała. Co Annę pozytywnie bardzo zaskoczyło.

Do urzędu dotarła trochę przed czasem. A potem okazało się, że nie może powiedzieć tego co sobie pracowicie, wielokrotnie w myśli wieczorem, w nocy (hałas nie pozwolił zasnąć) oraz rano po zbyt wczesnym obudzeniu przygotowała, bo urzędniczka bardzo ją pospieszała. Na szczęście pomogła wypełnić duży druk i zdziwiła się, że Anna tak późno tę sprawę załatwia.

No bo tak ją poinformowano, że ma czekać na drugą decyzję innego urzędu. A to nieprawda. Ale skąd  miała wiedzieć?

Bardzo ją to samo przygotowanie dokumentów i informacji do przekazania  dużo nerwów kosztowało. W dodatku prawie nieprzespana noc i lekkie sensacje żołądkowe. Ręka jej drżała przy wypełnianiu druku.

Tak była zmęczona, że do księgarni nie wstąpiła i nic nie kupiła. Tylko od razu pojechała jednym, następnie drugim tramwajem, bo po drodze wstąpiła do sklepu dla rękodzielników i artystów. Nawet nabyła dwa dziurkacze ozdobne i jeszcze 3 mniejsze rzeczy, w ramach pozbycia się stresu.

Załatwiła też opłatę składki i kupno leku. A potem odebrała w punkcie ksero zostawiony tam, w środę, pendrive.

W prywatnej piekarni kupiła pieczywo a w kolejnym jogurt, bo powinna (po antybiotyku) często go pić.

Bardzo zmęczona weszła na czwarte piętro ale jeszcze miała siłę przygotować  sobie obiad. I padła.

Za duży wiatr na moją wełnę – pomyślała przymykając oczy.

Z noblowskiej przemowy Mario Vargas  Llosy (zmarł 13.04.2025):

„… to dzięki literaturze, sumieniom, które budziła, pragnieniom i marzeniom, które rodziła, rozczarowaniu, po którym wracamy z podróży do rzeczywistości do pięknego zmyślenia, cywilizacja jest dziś mniej okrutna niż wówczas, gdy pierwsi bajarze uczłowieczali życie swoimi opowieściami.

Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy. Bylibyśmy większymi konformistami, mniej niespokojni i mniej niepokorni, a duch krytyki, napęd postępu, w ogóle by nie istniał. Podobnie jak pisanie, także czytanie jest formą protestu przeciw niedostatkom życia. Ten, kto w fikcji szuka tego, czego mu brak, mówi, bez wypowiadania tego głośno, a nawet może tego nie wiedząc, że życie takie, jakim jest, nie wystarcza, by zaspokoić nasze pragnienie absolutu, tej podstawy ludzkiej kondycji; że powinno być lepsze. Wymyślamy fikcje, żeby móc przeżyć tych wiele żywotów, które chcielibyśmy mieć, choć mamy zaledwie ten jeden jedyny.

Bez fikcji bylibyśmy mniej świadomi, jak ważna jest wolność, żeby życie dało się żyć, i jakim się staje piekłem, gdy wolność dławi tyran, ideologia czy religia. Kto wątpi, że literatura nie tylko pozwala nam śnić o pięknie i szczęściu, ale i przestrzega nas przed wszelkim uciskiem, niech spyta, czemu wszystkie reżimy, które usiłują kontrolować ludzie życie od kolebki po grób, tak się jej boją, że ustanawiają cenzurę, by ją zdławić, i śledzą podejrzliwie niezależnych pisarzy. Czynią tak, bo wiedzą, jak niebezpieczne są wycieczki wyobraźni w książki, jak groźne stają się fikcje, gdy czytelnicy zestawiają wolność, która je rodzi i która się w nich realizuje, z obskurantyzmem i strachem czyhającymi na nich w prawdziwym życiu.

Wymyślający historie opowiadacze zawsze, choćby o tym wiedzieli lub nie, choćby tego chcieli lub nie, sieją niezadowolenie, pokazują, że świat jest kiepsko urządzony, że życie w fantazji jest bogatsze niż codzienny znój. To ta świadomość i wrażliwość, gdy zapuszczą korzenie, sprawiają, że ludzie nie dają sobą łatwo manipulować i nie przyjmują łgarstwa, które głosi, że za kratami i w towarzystwie inkwizytorów i strażników żyje im się bezpieczniej i lepiej”.

Na czwartkowych zajęciach literackich prowadząca je p. Magda pochwaliła blogowy tekst Anny opisujący spacer herstoryczny. Miło jest gdy ktoś cię pochwali.

Rozmowa w trakcie masażu:

– Coś chłodno tu jest. Panu ciepło bo się pan rusza a ja leżę lub siedzę.

– A bo wyłączyłem grzejnik i uchyliłem drzwi. Patyczki zapachowe za mocno napachniły pomieszczenie. Ale następnym razem przyniosę włóczkę i druty.

– I od tego będzie tu cieplej.

– No, nie ale będzie się pani ruszać robiąc na drutach.

– Jakim cudem przecież lezę na brzuchu?

– No, stopami.

– Że coooo?

Wracając autobusem z cmentarza gdzie na grobie koleżanki przywiązała do krzaka bukszpanu zrobiony przez siebie świąteczny wianek zobaczyła na t-shercie nastolatki (w pobliżu jest LO do którego chodziła i źle wspomina) prosty rysunek głowy, obok mózgu i napis „use it”.

 Rozdawałabym taki wszystkim politykom i osobom sprawującym jakąś funkcję. Dodałabym jeszcze „używaj życzliwości i empatii” ale jak to narysować?

W przedświąteczną sobotę wyrzucając śmieci  jak zwykle przejrzała zawartość pojemnika na papier przerzucając jego zawartość do tych obok. Natknęła się na nieduży ciężki kartonik oklejony taśmą. Przecięła ją kluczem i okazało się, że są tam cztery granatowe ze złotym brzegiem, talerzyki deserowe. Niemiło pomyślała o wyrzucaczu – pozbywaczu się dobrych rzeczy.

– Mógłby chociaż położyć obok kontenera z opisem zawartości. Nie, to sru do pojemnika, niech idzie na zatracenie. Nawet jeśli to prezent lub pozostałość po nielubianej osobie głupio i nieekologicznie ktoś postąpił – pomyślała. I postanowiła po świętach zanieść je do sklepu dobroczynnego.

„Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”  = „Practice random kindness and senseless acts of beauty”, a jego autorką jest Anne Herbert, amerykańska pisarka i dziennikarka, która użyła tego zdania na początku lat 80. w piśmie „Whole Earth Review”. Stało się ono później hasłem ruchu promującego życzliwość i bezinteresowne gesty dobra.

Nie uważam, aby nawet przypadkowa życzliwość była pozbawiona sensu. A wy?

Upalne miasto 144

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

********************************************************************

Trzeci dzień kwietnia obfitował. W ilość promieni słonecznych. Oraz w  ilość kartek świątecznych jakie wykonali uczestnicy zajęć kreatywnych we Wrocławskim Centrum Seniora. A przedtem w ilość roboczogodzin spędzonych przez Annę na przygotowywaniu materiałów dla uczestników.

Przede wszystkim zrobiła duże koperty z dużego bezpłatnego informatora kulturalnego. Potem małe z kartek wyrwanych z zeszytu znalezionego w kontenerze na papier.

Do małych wkładała elementy wycięte przez dziurkacze ozdobne: kurczaki (2 rozmiary), zajączki (2 rodzaje i 2 rozmiary), jajka (2 rozmiary), listki (3 rodzaje), ptaszki (2 rodzaje), słoneczka (2 rozmiary), żabki, kwiatki (kilka rodzajów), baranki  itd., itp – wszystko w wielu egzemplarzach.

Dodała też (kupione wcześniej) filcowe pisanki oraz kwiatki, naklejki tematyczne, styropianowe jajeczka i kuleczki. Pasmanteryjne: kurczaki mniejsze i większe, listki, zajączki, kwiatki różne, baranki.

Wycięte z kolorowego cienkiego i grubszego papieru jaja.

Jedna z pracownic CS zakupiła też różne elementy przydatne do wykonania kartek.

A przyklejać to wszystko można było na karnety. I tu także Anna przygotowała rozmaitość kształtów i kolorów: klasyczne w pionie i poziomie, w kształcie jaja z recyklingowego zielonego brystolu  (też w pionie i poziomie i te cieszyły się największym wzięciem) oraz w kształcie zajączka.

Do każdego karnetu wkleiła dodatkową białą podwójną kartkę przeznaczoną do napisania życzeń. Boki klasycznych karnetów zostały wycięte różnymi dziurkaczami ozdobnymi.

Zapakowane to było w koperty i rozdane jako pakiet powitalny. Zawierał on także dodatkowy prezent – kartkę świąteczną wykonaną przez Annę. Wyszły dość ciężkie dwie torby tego dobra, które na miejsce zawiozła tramwajem, bo nie ma auta..

Na dużym stole rozłożyła dodatkowe swoje materiały oraz zakupione przez CS a koperty z prezentami wszystkim rozdała.

Na początku zajęć pokazała zebranym kartkę – jajo jako przykład zamaskowania kartonu udziabania, czyli niedoskonałości, bo z recyklingu. Za pomocą naklejenia kawałków różnobarwnych papierów a wokół styropianowych kuleczek. Nikt się tego nie podjął i słusznie, bo to–to się elektryzuje, ucieka, przylepia się do wszystkiego tylko nie do kartki. No, uparte straszliwie jak kot, który obraził się na dotychczas lubianą karmę.

Poza tym zaprezentowała świąteczny świecznik z małej wytłoczki na jajka, skorupek i małych świeczek do podgrzewacza.

Trzecim pokazem były jaja na patyku – dłuższym i krótszym. A czwartym obrazki z wielkanocnymi motywami.

Obecnych było, razem z Anną, czternaście osób. W tym trzy z Domu Opieki z opiekunkami, które pomagały wykonać kreatywne zadanie. Oprócz tego Białorusinka z wnuczką.

Niestety kilka osób, które się zapisały na zajęcia, bez odwołania rezerwacji, nie przyszło. Ktoś inny z tego skorzystał ale tak się nie robi.

Po jakimś czasie Anna poprosiła, aby każdy podał swoje imię a potem opowiedział o rodzinnych świątecznych tradycjach. Było więc o malowaniu pisanek, święceniu pokarmów, dzieleniu się jajkiem, przygotowaniu i chowaniu prezentów, które dzieci miały potem poszukać. Śmigusie dyngusie delikatnym lub wręcz odwrotnie. O dziwo nie było mowy o potrawach.

Zajęcia były bezpłatne, Anna też nie otrzymała honorarium za prowadzenie, bo go nie oczekiwała.

Dzięki pomocy dwóch pań dość szybko stoły zostały posprzątane i seniorka mogła pojechać do domu gdzie zostawiła torby z zawartością, przygotowała obiadowy posiłek a po nim wypiła herbatę.

I wzmocniona pojechała, w to samo miejsce,  na zajęcia literackie. Prowadzącej osobie też podarowała, wykonaną przez siebie, kartkę świąteczną.

Braki motywów kulinarnych w trakcie zajęć uzupełniliśmy na tym spotkaniu, bo dostaliśmy zadanie przypomnienie sobie i wypisanie nazw potraw, które mają w nazwie nazwę geograficzną i osobową jak: pierogi ruskie, ryba po grecku, fasolka po bretońsku, grzanki francuskie, zrazy po nelsońsku itp.

Właściwie na każde spotkanie przychodzi jakaś nowa osoba. I rzadko zostaje. Stała ekipa to 4 – 5 osób.

Powody rezygnacji są chyba różne ale główny to rozjazd między oczekiwaniami a rzeczywistością. Niektórych zniechęca fakt, że nie potrafią wykonać ćwiczeń literackich tak jak oczekuje prowadząca. Przypuszczam, że innych – brak zachwytów dla ich tekstów czy wypowiedzi. No i są tacy, którzy narzucają swoją narrację mimo upomnień i prób skierowania na właściwy tor. Postępują na zasadzie: „wykoleję się a nie zaprzestanę jazdy”. W pozostałych obecnych zgrzytają zęby (nawet sztuczne) oraz swędzi ich ręka. Niektórym to się nawet nóż otwiera.

4 kwietnia jest rocznica bitwy pod Racławicami – z okazji 101 rocznicy można było za darmo odwiedzić „Panoramę Racławicką”.

Annie udało się wstrzelić w godzinę wejścia na platformę. Idzie się bardzo słabo oświetlonym tunelem, jak dla niej zbyt słabo. Potem można chodzić po okrągłym podium przyglądając się kolejnym fragmentom obrazu, robiąc zdjęcia czy filmując. Oraz słuchając prelekcji dobiegającej z głośnika w wykonaniu Henryka Boukołowskiego.

Wcześniej zaniosła kilka książek na bookcrosingowy regał w bibliotece leżącej w tej okolicy. Spacerkiem poszła do rotundy łapiąc promienie słoneczne jakich pogoda wszystkim i wszystkiemu nie żałowała. Poprosimy o dużo deszczu jednak.

Dziewiątego kwietnia uczestniczyła w kolejnym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki. Było to spotkanie z autorem książki „Obok nas” Łukaszem Kulewskim.

Bohaterami jest sześciu mężczyzn, każdy ze swoimi problemami a nawet traumami. Mieszkają na tym samym osiedlu co nie znaczy, że się znają.  Mogą mieszkać nawet obok nas.

Autor ukończył polonistykę i jest kontrolerem jakości gier telefonicznych. Specjalnie nie podał nazwy miasta i nazwy ulicy, bo chciał, aby historie były uniwersalne. Zainspirowały go historie ludzi, których znał lub gdzieś usłyszał jednak część fabuły sam wymyślił.

Kolejne zdarzenia tworzą dość nieprzyjazny świat, pełen okrucieństwa, przemocy, zdrad , wykorzystywania i manipulacji.

Książka ma mroczny charakter, pozytywnymi bohaterami są tylko stary wdowiec i lekarz.  Ale wszyscy to problem na problemie, problemem pogania. No i wszystkie występujące tam kobiety to postaci drugoplanowe oraz negatywne, oprócz jednej, nieżyjącej co mam autorowi za złe.

Nie dowiedzieliśmy się (nikt nie zapytał) czy  autor jest z natury pesymistą, czy tak widzi świat i ludzi, czy to tylko zabieg literacki.

Książkę wydało Novae Res co oznacza, że autor musiał zapłacić za wydanie pewną kwotę w zamian otrzymując pulę egzemplarzy autorskich.

Na zakończenie Anna wymieniła, jako wypożyczenie prywatne,  swoją „Odrzanię” na „Chłopki”.

„Noc w bibliotece”

Przedstawiam pierwsze opowiadanie jakie w życiu napisałam w 2010 roku. Następnych dwadzieścia jest kryminalnych i wydałam je sobie w zbiorze „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

**************************************************************************

            „Noc w bibliotece”

   Wrocław, środek parnego lata. Zbliżała się północ. Nad ulicą poruszały się dwa cienie. Podłużne, u dołu zwężone. Jeden był mniejszy, filigranowy a drugi przysadzisty. Ona i On. Płynęły objęte od mostu Pokoju nad ulicą kardynała Stefana Wyszyńskiego. Minęli Szczytnicką, Benedyktyńską i Sienkiewicza.

Latarnie jakby zmęczone upałem świeciły niemrawo.

  Po drodze para zaglądała w parterowe okna starych kamienic. W pierwszym zobaczyli kobietę śpiącą przed telewizorem. Rudy kot siedział na stole i wylizywał futerko.

W następnym mieszkaniu nastolatek siedział przy komputerze. Odrabiał lekcje czy oglądał piękne panie? Owszem, tyle że całkowicie ubrane i w kuchni. Był to portal z przepisami kulinarnymi. Lubił gotować czego nikt z jego bliskich nie rozumiał.

Okno obok – kobieta czytała i płakała. Stos zużytych chusteczek higienicznych pokrywał jej stopy.

Przeszli dalej – kot i pies spały objęte na fotelu. Obok para w średnim wieku na dużym łóżku.

Okna pizzeri były zasłonięte. W introligatorni nic się nie działo.

Obłoczki poleciały dalej kierując się w stronę Skweru imienia  Stanisława Tołpy.

Na końcu budynku zauważyły uchyloną górną część okna biblioteki.

– Wpływamy? – zapytała Ona

Lśniła niebieskawo gdzieniegdzie błysnęło srebrne pasemko. On był szary z małymi czarnymi

maziajami

Leciutko unieśli się w górę, przefrunęli przez okno i znaleźli w pracowni komputerowej. Jeden z ekranów znienacka rozbłysnął.

– Popatrz, ktoś zapomniał go wyłączyć – zauważyła Ona.

– No to co z tego? Przecież z niego nie skorzystamy.

– Ty nie, bo ci się nie chciało chodzić na kurs. A ja ukończyłam  Akademię e-seniora UPC i  umiem obsługiwać komputer – pochwaliła się Ona.

– Tak, a ja musiałem sam sobie robić śniadania i samotnie je jeść – pożalił się On

– Trzeba było się nie wylegiwać.

Usadowiła się na krzesełku. On przycupnął na sąsiednim.

– Nic nie zrobisz – On marudził jak zwykle.

– Jak się bardzo skupimy to poruszymy myszką. Spróbujmy, co ci szkodzi?

– Dobrze, dobrze. Zawsze musisz postawić na swoim.

– Nigdy nie umiałeś mnie przegadać, hi, hi, hi – zaśmiała się Ona.

Myszka poruszyła się i lewy klawisz kliknął w ikonkę internetu.

– Ochchch, udało się – westchnęli oboje.

– Czego szukamy? – zapytał.

– Może wejdźmy na portal ze zdjęciami? Tam są nasze dzieci, wnuki i znajomi – zaproponowała.

   Duchy zaczęły się intensywnie kurczyć jednocześnie nabierając intensywniejszych barw. Jemu powiększyły się ciemne plamki.

Weszli w google, wpisali adres.

Chyba musimy się zalogować? – On znowu marudził.

– Nie, do oglądania nie trzeba.

Pooglądali fotki wspominając gdzie i kiedy były zrobione.

– Może sprawdzimy co słychać w polityce? – zaproponował On.

– A idź ty! Co nas to teraz obchodzi? Przecież nie żyjemy – trzeźwo zauważyła Ona.

– Masz rację. Pewnie i tak służby zdrowia nie zreformowali. Emerytur nie podnieśli tylko diety posłom i podatki.

– Sprawdźmy – On kliknął w Onet.pl.

– Patrz, Palikot został prezydentem – ucieszyła się Ona.

– A Kuba Wojewódzki prezesem TVP.

– Szymon Majewski ministrem kultury.

– Janina Ochojska ministrem zdrowia.

– Owsiak ministrem spraw wewnętrznych.

– A Kwaśniewska z córką założyły sieć klubów go-go. Bardzo eleganckie są to lokale.

– Macierewicz i Kaczyński wstąpili do zakonu.

– Tusk pisze wspomnienia.

– Wałęsa przyznał się, że nie przeskoczył sam muru tylko go podsadzili.

– Zdrojewski założył firmę budowlaną i buduje wały na Kozanowie.

– Dutkiewicz wyemigrował do Pernambuco w Brazylii.

– A dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej została kobieta i nie jest to była wice.

   Ona kliknęła w plus w prawym górnym rogu zamykając stronę.

– Dosyć tych nieważnych doczesności – stwierdziła. Lecimy do wypożyczalni.

Przelecieli przez dziurkę od klucza i rozejrzeli po wnętrzu.

– Może pooglądamy przewodniki po miejscach dokąd wyjeżdżaliśmy na wakacje? – zaproponowała Ona.

Wyciągnęła książkę o Borach Tucholskich.

– Pamiętasz ten domek w lesie? – zapytała.

– Tak, piękny był i przestronny inaczej. Każdego roku znajomi pytali czy zabieramy ze sobą dużo gazet bo przypominał kiosk Ruchu

– I tak przez trzydzieści parę lat – westchnęła Ona.

– Cisza, spokój, chodziłem sobie na ryby…

– I nigdy nic nie złowiłeś – docięła Ona.

– Nooo, czasem coś się trafiło – bronił się dość nieudolnie.

– Ja więcej grzybów i jagód nazbierałam.

– I nie udało ci się mnie otruć – ucieszył się.

– Bo cię kocham. Objęła go i przytuliła.

– No i znam się na grzybach –  nie odmówiła sobie satysfakcji.

Objęci stali, a właściwie unosili się nad podłogą.

– No, musimy już iść. Patrz, za oknem zrobiło się szaro. Zaraz wzejdzie słońce.

Wypłynęli przez uchylone okno zaplecza, minęli podwórko i otwartą bramę od ulicy Prusa.

Przenieśli się do Parku Nowowiejskiego, wionęli przez trawniki, wzgórze i osiedli na ławce przy stawku naprzeciw budynku Politechniki.

Coś się poruszyło pod nimi. Zajrzeli i zobaczyli śpiącego bezdomnego . Obok niego leżały tobołki, a na nich czarny kot.

– Pewnie strasznie śmierdzi – powiedział On.

– Nie żyjemy więc nie czujemy zapachów, nawet tych ładnych – zasmuciła się Ona.

   Słońce pokazało się nad dachem budynku. Para rozwiała się w powietrzu.

Kot wstał, przeciągnął się. Bezdomny chrapnął i przewrócił się na drugi bok.

2010 rok

Upalne miasto 143

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

******************************************************************************

Okazało się, że duża praca włożona w uporządkowanie bałaganu na regale z książkami w Centrum Seniora, pozyskanie od koleżanki z pewnej biblioteki metalowych podpórek, zrobienie kartonowych zakładek z opisem działów została zlekceważona i zaprzepaszczona. W holu gdzie stał regał z książkami postawiono boks na portiernię a regał z zawartością gdzieś przeniesiono. Po zakończeniu inwestycji regał powrócił – bez podpórek, zakładek i większości książek.

– Jak miło, widocznie na moich bezinteresownych działaniach im nie zależy. A może nawet były wyrzutem, że sami nic przez siedem lat nie zrobili z bałaganem na regale  – pomyślała seniorka i odłożone w domu dwa wysokie stosy książek przeznaczone dla tej biblioteki zaczęła, po kilka egzemplarzy, zanosić do sklepu dobroczynnego oraz na regał bookcrossingu w galerii handlowej i w pewnej bibliotece publicznej.

W trakcie spotkania grupy Dyskusyjnego Klubu Książki omawiano historyczną książkę Elżbiety Cherezińskiej „Sydonia”. Opowiada ona dzieje kobiety z pomorskiego rodu von Borków, wykształconej, niezależnej, walczącej o siebie, domagającej się, od rodziny,  za pomocą kolejnych skarg o wypłacenie  należnych jej  pieniędzy. A, że przez lata nie poddawała się i nie ustawała w walce została w końcu oskarżona o czary i stracona. To autentyczna postać a że zachowały się liczne dokumenty procesowe można było prześledzić jej życie.

Autorka opisuje dzieje Księstwa Pomorskiego na przełomie XVI i XVII wieku, kolejnych władców nie szczędząc szczegółów obyczajów, życia codziennego, jedzenia, strojów, wnętrz mieszkalnych a także legend i zabobonów.

Jest to powieść feministyczna ukazująca dominującą rolę mężczyzn, którzy wykorzystywali kobiety na wszystkie sposoby a jeśli któraś była, według nich, za mądra i tego nie kryła należało ją spacyfikować oskarżając o czary.

Na początku spotkania rozdała uczestnikom zrobione przez siebie zakładki mówiąc żartobliwie:

– Święta bez tematycznej zakładki, to święta stracone.

Inna z uczestniczek obdarowała wszystkich ozdobionym jajem.

W korytarzu biblioteki gdzie odbywają się te spotkania stoi mały bookcrossingowy regał i tam Anna postanowiła zostawić niektóre książki.

Rozmowy na cztery ludzkie nogi w trakcie masażu:

Coś spadło na podłogę.

Pacjentka: jeśli trzeba to ja zejdę (w sensie ze stołu zabiegowego).

Masażysta (silnie niedowidzący): niech pani nie schodzi.

P: bo nie będzie pan wiedział co zrobić z ciałem?

M: trup  w szafie mi niepotrzebny.

P: szczególnie, że szafa nieszczelna. Ale ma pan szeroki parapet i miejsce pod oknem, to można odbić kafelki, wsadzić ciało i zamurować. Tak jak w „Mazepie”.

M: To tam stosowali kafelki?

P: Czy tam dokładnie to nie wiem. Trzeba zapytać autora.

M: To tylko za pomocą seansu spirytystycznego. Talerzyki mam.

Wolny czas w domu poświęca na przygotowanie zajęć kreatywnych dla seniorów a będą to kartki świąteczne. Zabiera jej to sporo czasu i energii.

Ostatniej nocy nie mogła zasnąć więc przeczytała książkę Łukasza Kulewskiego „Obok nas” poleconą w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki. Dotąd autor specjalizował się w fantastyce a to jest pierwsza jego proza obyczajowa. Głównymi bohaterami są mężczyźni mieszkańcy jednego osiedla. Piotr – policjant,  z kryzysem w związku, o piękna żona już go nie podnieca. Czy są policjanci będący w szczęśliwym prywatnym układzie?

 Adam – ułatwiający sobie pracę za pomocą romansu z żoną szefa, z żalem do żony, że zajmuje się i przejmuje tylko dzieckiem a nie nim; Bogdan – ucieka z domu i zostaje brutalnie wykorzystany, Stefan – senior, były kelner, niesprawny i mieszkający na piątym piętrze bez windy, Leon – świetny lekarz zmagający się z mutyzmem (mutyzm – brak kontaktu werbalnego przy nieuszkodzonych ośrodkach mowy), Mirek – informatyk przez lata poniżany, lekceważony przez matkę, nawet po śmierci nie umie się uwolnić od jej toksycznej osobowości co ma fatalne skutki.

Kobiety w tej książce są albo toksyczne, albo nudne albo to nimfomanki. Jedyna pozytywna nie żyje. Czyżby autor był mizoginem?

Nie samym czytaniem  człowiek żyje i  na zadaną pracę domową przez prowadzącą warsztaty literackie pt. „Mój pierwszy raz” Anna postanowiła nie pisać o jakimś przykrym doświadczeniu a miała ich sporo.

Zdecydowała, że będzie to jej pierwsze opowiadanie „Noc w bibliotece”. Napisała osobno słowo wstępne informujące, że do tej pory pisała tylko listy aż tu nagle powstał ten tekst. I było to już po przejściu na emeryturę. Są w nim duchy, choć 20 następnych opowiadań ma kryminalną fabułę. Skserowała opowiadanie i rozdała uczestnikom do przeczytania w domu. 

Jedna z uczestniczek opisała swoją podróż pociągiem, którą odbywała wraz z rodzicami w 1968 roku. W przedziale były dziewczyny studiujące we Wrocławiu kulturoznawstwo i rozmowa zeszła na Panoramę Racławicką. Okazało się, że tato opowiadającej, jako uczeń, przed wojną był z wycieczką szkolną we Lwowie w czasie której oglądali ten obraz. Córka była wzruszona tymi wspomnieniami, bo ojciec nigdy nie mówił o swoim dzieciństwie. Plany wybudowania rotundy do prezentowania tego dzieła przeciągały się aż w czasie pierwszej Solidarności stały się ciałem. Na początku wstęp do rotundy z Panoramą miały tylko VIP-y ale córka załatwiła tacie bilet wstępu, bo bardzo chciał zobaczyć czy, przypadkiem, czegoś na obrazie nie zmieniono. Po obejrzeniu uspokojony wyszedł z budynku.

Druga uczestniczka opisała skutek dziecięcej zabawy polegającej na próbie uwieszenia się na drabiniastym wozie. Była wraz z rodzicami wywieziona na roboty do Niemiec (dziś ten teren jest w zachodniej Polsce). Wpadła pod wóz, który zdruzgotał jej nogę. Była trzylatką ale wszystko pamięta, bo od zawsze miała świetną pamięć. Leżała w szpitalu gdzie postanowiono obciąć jej nogę uznając, że już nic nie da się zrobić. Uratował ją niemiecki wizytujący szpital lekarz, nakrzyczał na personel w wyniku czego zrobiono małej operację i uratowano kończynę. A gdy leżała już po operacji i nachylił się nad nią zobaczyła na mundurze pod fartuchem lekarskim znaczek ss.  Potem rodzice próbowali dowiedzieć się kim był ten człowiek ale nie udało się zdobyć żadnych wiadomości.

Na początku kwietnia Anna postanowiła zrobić sobie prezent z podwójnej okazji: świąt w kwietniu i imienin w maju. Zapisała się więc, do swojej imienniczki kosmetyczko – fryzjerki na oba zabiegi. Włosy ścinała różnej wielkości akumulatorowymi maszynkami z paroma nakładkami.

– Sporo ma pani tych wibratorów – zażartowała.

– Trzeba sobie jakoś radzić – odparła ścinająca. W dodatku mają różną głośność, więc co kto lubi  to wybiera.

Tanio nie było ale ludowe przysłowie głosi, że „Tanie mięso jedzą psy”. Wyszła z lżejszym portfelem ale i lepszą cerą oraz fryzurą. Płaci się tam tylko blikiem lub gotówką, więc seniorka wcześniej zaopatrzyła się w to drugie. Mówiąc:

– Specjalnie rozmieniłam pieniądze, żeby nie musiała pani wydawać.

– To miło ale banknoty niewyprasowane.

– Ojej, zapomniałam włączyć żelazko – roześmiała się Anna.

Jako bonus dostała życzenia świąteczno – imieninowe.

Miejsce upiększania mieści się blisko jej miejsca zamieszkania co zdecydowało, że po pielęgnacji seniorka wzięła z domu torbę pełną dobrych ale niepotrzebnych przedmiotów i zawiozła do sklepu dobroczynnego.

Upalne miasto 142

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Trzynastego dnia marca, choć to nie piątek, pogoda, po kilku pogodnych dniach zdołowała kogo mogła. Ciśnienie spadło.

– Dobrze, że tylko ciśnienie a nie barometr po dziadku zrobił sruuuu – pomyślała Anna.

Patrząc przez okno miała silne postanowienie niewyjścia z domu choć planowała odebrać pit i uczestniczenie w warsztatach literackich. Zdała się na los czyli decyzję znajomej wysyłając pytający sms. Ta odpowiedziała, że jedzie więc Anna spięła się, ubrała i wyruszyła chwaląc się za dzielność i nieuleganie przeciwnościom.

Użyła kurtkowego kaptura zamiast parasola i autobusu pospiesznego, Współczuła krokusom na trawniku, bo nie miały parasola ani płaszcza przeciwdeszczowego.

Na zajęcia, przyszło sześć osób, w tym jeden pan i prowadząca zajęcia. Ze słowa wiewiórka mieliśmy utworzyć jak najwięcej innych słów. A potem wymienić jak najwięcej piosenek z pogodą w tytule lub treści. Gdy już się ich sporo nazbierało pisaliśmy krótki tekst używając tych słów.

Po zajęciach Seniorka ze znajomą poszły do Synagogo po Białym Bocianem na komedię „Uszy Hamana”:

Gmina Wyznaniowa Żydowska zaprasza Państwa do Synagogi Pod Białym Bocianem na spektakl teatralny, który uświetni święto Purim!

„Uszy Hamana” to komediowy spektakl kostiumowy, którego akcja toczy się w Persji, nawiązujący do najradośniejszego święta „Purim” o charakterze powszechnego karnawału w kulturze żydowskiej. Tego dnia wolno łamać nawet najsurowszy zakaz przebierania się mężczyzn w suknie, a wino leje się dzbanami. Na to święto przygotowywane są też specjalne ciasteczka zwane „Uszami Hamana”, którymi będziemy częstować naszych widzów.

Spektakl pokazuje historię jak pijany potężny król perski Achaszwerus zażyczył sobie, żeby na jego ucztę przybyła nago jego żona, królowa Waszti. Gdy ona odmówiła, król kazał ją wygnać i sprowadzić sobie najpiękniejsze panny, aby mógł wybrać nową żonę. I tu zaczyna się zabawa z publicznością…, może, któraś z pań obecnych na sali zostanie królową? Jak dalej rozwinie się akcja, w królestwie rządzonym przez pijaka i lubieżnika?

W czasie spektaklu przewijają się piosenki i melodie perskie oraz
żydowskie. Doskonała zabawa!

Purim, Purym, Święto Losów – radosne święto żydowskie, które powstało w gminach żydowskich wschodniej diaspory w połowie II wieku p.n.e. Święto upamiętnia biblijną historię opisaną w Księdze Estery.

Haman, Aman – postać biblijna ze Starego Testamentu, najwyższy urzędnik króla Persji, Achaszwerosza. Król polecił poddanym oddawać pokłon Hamanowi. Jednak wbrew poleceniu króla Żyd Mardocheusz nie oddawał pokłonu Hamanowi, za co ten postanowił zabić Mordechaja, a także innych Żydów w Persji.

Częstowano cukierkami oraz bakaliami. Należało wziąć dwa i jeden podarować sąsiadowi obok lub z tyłu. Uszu nie było.

W trakcie wymawiania słowa Haman dwaj siedzący na widowni panowie buczeli i terkotali, aby zagłuszyć to wredne imię.

Spektakl trwał niecałe półtorej godziny.

 Deszcz nazajutrz też padał ale Anna nie z cukru, więc kapotę na grzbiet a kaptur na głowę założyła i z woreczkami napełnionymi odpadkami wyszła z domu.

Tego dnia nie zaznała kulturalnej rozrywki ale życzliwość ze strony „nurków” przeczekujących deszcz pod wiatą. Niby na klucz zamykaną ale sobie radzą, sąsiadka kiedyś pokazała Annie w jaki sposób.

Stali więc przy kontenerach i gdy wyrzucała śmieci jeden z nich powiedział:

– Niech pani szybko idzie do domu, bo zmoknie.

– Mam kaptur – odpowiedziała. To pewnie z wdzięczności, że ich nie pogoniłam – pomyślała. Aby nie było zbyt miło bo w drugim końcu wiaty kupę (nie pierwszy raz) zauważyła.

PIT w biurze o nazwie „Credo” odebrała. Pieczywo w prywatnej piekarni nabyła. A w warzywniaku surówkę i pomidory oraz kandyzowany imbir. Schowała portmonetkę i sobie poszła. Dopiero przy drzwiach zorientowała się, że zakupów nie zabrała. Dobrze, że to były drzwi sklepu a nie własnego mieszkania.

Niedziela słoneczną pogodę nam zafundowała ale jednak chłodną, bo to marzec przecież. W trakcie spaceru po Parku Szczytnickim okazało się, że wiosna dotknęła skrzydłami nieliczne rośliny: kalinę wonną, forsycję i dereń japoński. Deszcz padający nienachlanie przez dwa dni nie zasilił rzeczki płynącej przez park. Więcej w niej opadłych liści niż wody. Tylko bluszcz na trawie i niektórych drzewach zielonością swą przypomina, że i inne rośliny potrafią nosić ten kolor.

Ludzkie zmęczenie materiału zostało wspomożone w kawiarni położonej przy bramie wejściowej na teren Stadionu Olimpijskiego.

Z profilu „Czubaszki” na FB:

Na stronie australijskiej izby turystyki użytkownicy mogą zadać każde pytanie. I na każde pytanie znajdzie się odpowiedź:

P: Czy zobaczę kangury na ulicy? (USA)

O: Zależy, ile wypijesz.

P: Chcę przejść się z Perth do Sydney – czy dobrym pomysłem jest iść wzdłuż linii kolejowej? (Szwecja)

O: Oczywiście, to tylko trzy tysiące mil, radzimy zabrać duży zapas wody.

P: Czy w Australii są dostępne bankomaty? Proszę o przesłanie kompletnej listy bankomatów w Brisbane, Caims, Townsville i Hervey Bay. (UK)

O: Prosimy o informację, jaka była przyczyna śmierci Twojego ostatniego niewolnika.

P: Bardzo proszę o informacje na temat wyścigów hipopotamów w Australii. (USA)

O: A-FRY-KA – to taki duży trójkątny kontynent na południe od Europy.

AUS-TRA-LIA – to taka duża wyspa na środku Pacyfiku, gdzie nie ma…

Zresztą, nieważne. Tak, wyścigi hipopotamów odbywają się w każdy wtorek w Kings Cross. Przyjdź nago.

P: W którym kierunku jest północ w Australii? (USA)

O: Stań twarzą na południe i obróć się o 180 stopni. Następnie skontaktuj się z nami po dalsze wskazówki.

P: Czy podróżując do Australii mogę zabrać sztućce? (UK)

O: Po co? Używaj rąk, jak wszyscy tutaj.

P: Proszę o przesłanie mi terminarza występów Wiedeńskiego Chóru Chłopięcego. (USA)

O: AUS-TRIA – to taki mały, górzysty kraik graniczący z Niemcami i…

Zresztą, nieważne. Wiedeński Chór Chłopięcy występuje w każdy wtorek w Kings Cross, bezpośrednio po wyścigach hipopotamów. Przyjdź nago.

P: Czy w Australii są supermarkety i czy jest w nich dostępne mleko? (Niemcy)

O: Nie, jesteśmy społeczeństwem pokojowo nastawionych wegan i zbieraczy. Mleko jest nielegalne.

P: Proszę o przesłanie mi listy lekarzy dysponujących antidotum na jad grzechotnika. (USA)

O: Grzechotniki żyją w Ameryce, skąd pochodzisz. Wszystkie australijskie węże są niegroźne i mogą być świetnymi zwierzątkami domowymi.

P: Zapomniałem nazwy tego słynnego zwierzęcia żyjącego w Australii. To gatunek misia, który żyje na drzewach. Jak się nazywa? (USA)

O: Zapewne chodzi ci o misia puszczaczka. Ich nazwa wzięła się od ich zwyczaju puszczania się gałęzi, spadania na przechodzących ludzi i wyjadania im mózgów.

P: Bardzo proszę o informację, w których rejonach Tasmanii populacja kobiet jest mniejsza od populacji mężczyzn. (Włochy)

O: Populacja kobiet jest mniejsza od populacji mężczyzn we wszystkich lokalnych klubach gejowskich.

P: Czy w Australii obchodzi się Gwiazdkę? (Francja)

O: Tak, ale tylko w Boże Narodzenie…..

Upalne miasto 141

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************************

Z okazji Dnia Kobiet, jeśli ma się zasobne konto, można nakupować sobie ciuchów, polecieć balonem (oby tylko pogoda lub inne okoliczności nie zrobiły nas w balona), pojechać na Majorkę czy inne Capri.

A jeśli dochody pachną malizną można wybrać się na bezpłatny spacer HERstoryczny, czyli śladami kobiet po Wrocławiu. Zaczęło się od opery, nikt nie śpiewał a przewodniczka uświadomiła nas, że Dzień Kobiet to nie jest PRL-owski pomysł tylko wcześniejszy  i w  dodatku nie polski.

Już we wrześniu 1945 roku wystawiono we Wrocławiu „Halkę” Stanisława Moniuszki, a pieniądze na kostiumy zafundowała śpiewaczka Franciszka Platówna, wykonawczyni głównej roli sprzedając swój bardzo cenny sygnet. Jej córka Stanisława była pisarką, tworzyła książki dla młodzieży choć sama nie miała dzieci.

Naprzeciwko opery znajduje się kawiarnia w której kiedyś królowała barmanka Jola, a było to ulubione miejsce panów lgbt, których ona nie tylko obsługiwała ale i wysłuchiwała zwierzeń, pomagała, opiekowała się.

Stojąc przed domem w którym wychował się fizyk i noblista Max Born przy pl. Wolności  usłyszeliśmy o jego żonie Hedwidze a przy okazji  okazało się, że była babcią aktorki Oliwii Newton – John. A Max dziadkiem, matką zaś jego córka Irena.

Tu mieszkała też, w biednej rodzinie, aktorka kina niemego Agnieszka Zaremba,  żyła w latach 1862 – 1927 (pseud. Agnes Sorma) odkryta przez sąsiada reżysera.

Przy ulicy ofiar Oświęcimskich stoi kamienica, której w XVI w. właścicielką była Anna Rybisch, na frontonie domu jest rzeźba przedstawiająca narodziny jej syna.

W połowie XIX wieku mieściła się tam drukarnia „Wiadomości Literackich” prowadzona przez kobietę – polską George Sand, czyli osobę niebanalną i wkurzającą otoczenie, bo paliła, miała krótko obcięte włosy i siadała po turecku. Rzeczywiście skandal to nad skandale.

W tej kamienicy, w XX wieku,  mieszkała malarka Hanna Krzetuska z mężem Eugeniuszem Geppertem. Ona malowała w ciasnej kuchni, on w salonie gdzie było dobre światło. On koniki, ona uprawiała sztukę nowoczesną. O niej mówiono „malująca żona Gepperta”.  Dopiero gdy mąż zobaczył co maluje żona zmienił tematykę i sposób malowania. Ona zapomniana, jego imię nosi wrocławska ASP. W tym mieszkaniu jest ich muzeum.

Przez wieki panuje zasada: wygumkować zasługi kobiet, bo się babom przewróci w głowie i zaczną fikać, praw i równości się domagać.

Obok jest budynek ZETO projektu Marii Tarnawskiej i jej męża.

Do II wojny światowej niechętnie dopuszczano kobiety na studia politechniczne twierdząc, że kobiety mają za małe mózgi, aby pojąć tę dziedzinę nauki.

Komentarz do tego: „To wszystkie wieloryby powinny być profesorami”.

Przy ratuszu okazało się, że pierwotnie na herbie miasta był wizerunek świętej Doroty. Ale trzeba było ją usunąć i (za 300 florenów) wstawić mężczyznę.

Ciekawą postacią jest też pewna biedna handlarka Ellen, która codziennie w Piwnicy Świdnickiej w ratuszu zarabiała sprzedając jakieś drobiazgi. A, że była miła i kontaktowa w pięćdziesięciolecie jej pracy szef lokalu ufundował  tort z którego po rozkrojeniu wysypały się talary.

   Mógł to zrobić wcześniej – prawda? Tak z dwadzieścia lat wcześniej.

Miłym przerywnikiem na trasie spaceru był mini koncert kwartetu z piosenkarzem, który wykonał m.in. „Naprawdę jaka jesteś”.

Przy kościele p.w. Marii Magdaleny usłyszeliśmy opowieść o kobiecie, która chciała być pastorką a pozwolono jej tylko na zostanie wikariuszką. Od 1933 roku ratowała rodziny żydowskie, około 300 osób. Napisała list otwarty do władz w sprawie prześladowania tych osób i za to osadzono ją w obozie koncentracyjnym.

A na górze kościoła jest „Mostek pokutnic/czarownic” i powstała sympatyczna inaczej legenda:

Wśród mieszkańców miasta zaczęły krążyć opowieści o dziwnych odgłosach dochodzących z góry. Podobno spóźnieni przechodnie słyszeli nocą jęki i szelest mioteł zamiatających posadzkę. Matki zaczęły więc straszyć krnąbrne córki, nieskore do wyjścia za mąż, pokutującymi na mostku dziewczętami, które wolały zabawę i beztroski żywot panny od obowiązków żony i gospodyni. Zmarły, nie zaznawszy stanu małżeńskiego i za karę po wieczne czasy będą sprzątać ów mostek pomiędzy wieżami”.

Jakiś dziaders to wymyślił lub udręczone małżeństwem kobieta. Albo oboje. Bo dlaczego komuś ma być dobrze, jeśli mnie jest źle.

W trakcie wykładu przejechał zabytkowy jednowagonowy tramwaj prowadzony przez motorniczą.

Na podwórku przy Instytucie Kulturoznawstwa obejrzeć można fryz przedstawiający boga czasu Chronosa i muzy.

Jednak istnieje legenda, że to podobizna niepokornych sióstr, które nie chciały wychodzić za mąż, rodzić dzieci tylko balować. Za karę zostały zamienione w kamienne postaci.

Bo kobiety nawet wykształcone, w dawnych czasach, nie mogły pracować w swoich zawodach tylko wracały do domu i „celebrowały nudę” czekając na męża. Bo zasada „3 x K” panowała i dobrze się miała. Dzisiaj do tego wracamy ku zachwytowi dziadersów.

 Maria Skłodowska i jej siostra studiowały we Francji a nie na polskich terenach.

Kobiety nawet po skończeniu medycyny przed I wojną nie mogły praktykować, zmieniła to dopiero wojna, bo potrzebni byli lekarze niezależnie od płci.

We Wrocławiu (Breslau) w 1907 Hedwig Kohn roku dostała się, jako druga,  na wydział fizyki na uniwersytecie, w 1930 uzyskała tam habilitację. W 1933 roku została usunięta z uczelni na skutek nazistowskich rozporządzeń. Miała duże trudności z wyjazdem do USA, które nie przyjmowało osób w poważnym wieku (miała 55 lat), bo byłyby dużym obciążeniem dla ich systemu.

Alicja Rosenstain (1898 – 1991) neurohirurżka, urodziła się, wykształciła i pracowała w Breslau. Jej matka była Amerykanką a wuj mieszkający w Nowym Jorku poręczył za nią dzięki czemu mogła w 1934 roku wyemigrować i pracować na tamtym terenie.

W 1943 roku wstąpiła do armii gdzie pracowała jako neuropsycholog. Była lgbt i ponad 40 lat mieszkała z partnerką, razem wychowywały dziecko. W armii broniła praw kobiet o tej orientacji.

W spacerze, jak zwykle, większość uczestników to były kobiety, poza tym paru panów i pies tzw. „osoba szczekająca”.

Szermierz przed Uniwersytetem znowu nie ma szpady – powinien wreszcie się ruszyć i dać po łbie złodziejowi.

Tekst mówiony przewodniczki tłumaczono na język migowy i przy okazji dowiedzieliśmy się jaki gest pokazuje słowo kobieta – chwycenie się dwoma palcami za płatek ucha, nawiązuje to do kolczyka.  Ale każdy kraj ma swoje, inne gesty, np. we Francji kobieta to przyłożenie dłoni na górę twarzy.

Obdarowano nas nie tylko koncertem ale i kwiatami w proszku, czyli torebeczką z nasionami, mieszanką koniczyny, facelii, kolendry siewnej, nagietka, kminku, lniczniku, ślazu, kąkolu polnego, ogórecznika lekarskiego, chabru, maku polnego, słonecznika i gryki.

Upalne miasto 140

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************

Kiedyś było „wiosna majem wróci” a teraz to się pospieszyła i pod koniec lutego wróciła. Bo lubi nas? Ale nie na zasadzie „Kto się lubi, ten się czubi”, mam nadzieję.

– Tłusty czwartek mam cały rok ze względu na tłuszczyk osobisty ale pączka nie odmówię – pomyślała Anna.

Pojechała dowiedzieć się dlaczego jej pewna sprawa urzędowa dostała zatwardzenia. I dowiedziała się, że tam też jak na poczcie – za mało personelu, za dużo spraw. Ale życzliwa urzędniczka poradziła złożenie ponaglenia i nawet dała kartkę papieru oraz poinformowała gdzie jest stolik z dostępnym dla interesantów długopisem.

Anna napisała i w odpowiednim okienku pismo zostawiła. Kserokopii nie dają ale można zrobić zdjęcie telefonem ale nie takim jaki ma seniorka.

Po drodze niemiło zdziwiła się, że nie ma sklepu Społem w którym planowała zrobić zakupy. Pojechała więc przed siebie. Wysiadła zrobić zakupy w sieciówce, tam było sporo pączków ale zaufanie do nich ma minimalne. Wprawdzie świecenie w nocy może być pożyteczne ale niezdrowe trochę. Postanowiła, że da szansę sieci dinette koło domu. Kolejne zaskoczenie in minus – za pączka (sporego ale jednak) zapłaciła aż 12 złotych.

W domu po zjedzeniu dobrego kotlecika mielonego – zamiast bułki do wnętrza i na zewnątrz zastosowała mąkę kukurydzianą, postanowiła ponapawać się pączkową słodkością z różą. Napawanie nie za bardzo się udało, bo ciasto to słodka bułka a nadzienie różana marmolada z sieci.

– A było sobie usmażyć własnego – pomyślała samobiczując się z letka.

Wieczorem włączyła kota w postaci lampki solnej, zaskoczyła ją leżąca przy tyle kota grudka, jakby kupka.

– Chyba nadal mam pozostałości choroby w postaci omamów- pomyślała, kawałek ręcznika papierowego wzięła i podniosła to coś. Okazało się daktylem, który w pewnym momencie spadł z talerzyka.

– A już miałam podstawić mu (kotu) kuwetę, ha, ha, ha – pośmiała się sama z siebie.

„Jeśli umiesz się śmiać sama z siebie będziesz miała powód do radości przez całe życie”.

Lotnicze rozmowy:

Z raportu komisji badającej pewną katastrofę lotniczą:
„Analiza rozmów w kabinie załogi sugeruje, że opóźnienie w udzieleniu zgody na podejście do lądowania przez kontrolera ruchu lotniczego spowodowało dość silną reakcję ze strony kapitana statku powietrznego”.
Zapis z czarnej skrzynki:
– A to cwel!

****************************

Jest nieskończenie przechlapane, gdy w cudowny letni dzień widzisz nad sobą bezkresne, błękitne niebo, uroczo puszyste obłoczki, jasne, ciepłe słońce.
A zamiast tego powinieneś widzieć nad sobą spadochron.

*************************

W kabinie samolotu grupa spadochroniarzy czeka na swój pierwszy w życiu skok. Siedzi z nimi dwóch instruktorów. Jeden szepcze do drugiego:
– Cykorzą…
– E, twarze mają pokerowe…
– A nic nie czujesz?

******************************

Stary spadochroniarz do początkującego :
– Kiedyś przeżyłem chwilę grozy. Skakałem z dwóch tysięcy metrów. Jakieś sto metrów nad ziemią splątały mi się linki. Potem pamiętam ten dach, który zbliżał się coraz bardziej. Potem nagłe uderzenie. Po chwili nad sobą zobaczyłem światło, a wokół kręciły się ogromna ilość białych postaci…. uskrzydlonych postaci.
– ANIOŁY?
– Nie .. to był dach kurzej fermy.

********************************

Samolot ma poważną awarię, spada. Pasażerowie panikują, tylko jedna starsza kobieta siedzi spokojnie. Zauważa to jej sąsiadka i pyta:
– Wierzy pani, że uda nam się z tego wyjść cało?
– Na 100% tak.
– Ale jak to?
– Mój zięć to straszny pechowiec.

Przed Dniem Kobiet zrobiło się ciepło i Anna uprała kurtkę zimową oraz najgrubsze spodnie z nadzieją, że mrozów lub dużego zimna już nie będzie.

A z okazji powyższej kupiła sobie nowe spodnie w kolorze nie blue tylko khaki. Jakby było moro to może by się skusiła ale nie było. Sklepy oczywiście stosują różne sztuczki, aby oszukać klienta. Te spodnie leżały na stole z napisem „cena 45,- zł”. A przy kasie okazało się, że 139,90 zł. Bardzo śmieszne. Ale zapłaciła, bo przymierzyła i pasowały. A karta nie odmówiła współpracy.

Zaś dowcipny Marek autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” opisał sztandarowy kwiatek wręczany kobietom w PRL-u z okazji Dnia Kobiet:

Goździki to kwiaty dla leniwych romantyków, więc panowie, czytajcie uważnie. Goździki mogą przeżyć ścięte nawet 3 tygodnie i ciągle wyglądają tak samo. To znaczy jakby je ktoś międolił pod pachą przez cały ten czas i w ostatniej chwili wsadził do wazonu. Ale hej, niektórzy lubią obszarpańców (pozdrowienia dla mojej dziewczyny). W każdym razie raz kupujesz i masz spokój do końca miesiąca. Czego chcieć więcej? Może tylko rajstop.

Goździki i rajstopy były w czasach PRLu jak róże i rafaello dla milenialsów albo netflix i chill dla szczęściarzy. Kwiaty były ładne, wytrzymałe, pachnące, ale i tak nic nie przebije ich największej zalety, czyli tego, że dało się je w ogóle kupić. Goździki nie tylko po ścięciu dostają supermocy. Mogą rosnąć na kiepskim podłożu i są cholernie stare. Już w starożytnej Grecji i Rzymie uprawiano w ogrodach goździki. Cesarze przystrajali nimi uczty. Te same, na których pawiowali kiedy nie mogli zmieścić dokładki, co w sumie tłumaczy wygląd goździka.

Goździki nosili również gladiatorzy na szczęście przed walką, a w 1974 roku w czasie rewolucji goździkowej w Portugalii protestujący wkładali je żołnierzom do luf karabinów na znak pokoju i tego, że mieli władzę w d*pie (to nie cenzura, tylko wizualizacja dupy z wystającą z niej władzą).

Według jednej z chrześcijańskich legend (nie chodzi mi teraz o biblię, tylko jej spin offy) goździki powstały z łez Marii, która płakała nad Jezusem podczas drogi krzyżowej. Całkiem oryginalnie. Co prawda zupełnym przypadkiem z łez Afrodyty chlipiącej nad Adonisem, który zszedł na nadmiar dzika w organizmie, powstały zawilce, a goździk po starogrecku to Dianthus, czyli dios — boski i anthos — kwiat. No, ale nie będziemy wnikali, kto komu zaglądał do zeszytu. Swoją drogą znacie to powiedzenie, że „naśladownictwo to najwyższa forma pochlebstwa”? Jakoś rzadko się dodaje resztę cytatu: „jaką przeciętność może złożyć wielkości”.

Goździki pachną jak goździki. Teraz to Was zaskoczyłem. Rzecz w tym, że te kwiaty podśmierdują dentystą oraz przyprawą do grzańca. To zasługa eugenolu i nie chodzi tu o nowe dziecko (albo poglądy) Elona Muska, tylko związek aktywny zawarty zarówno w goździku ogrodowym jak i pąkach goździkowca. Chodzi o tę przyprawę, którą pakujemy do wińska na ciepło, żeby smakowało jak plomba.

Skoro jesteśmy przy chemii, to goździki mogą zastąpić papier lakmusowy. Potraktowane octem albo sodą oczyszczoną zmienią kolor. Podobnie jak twarz kobiety, na której bukiecie odstawicie małego chemika.

Żeby nie było, że goździki przydają się tylko paniom. W XVI wieku były silnym środkiem na… porost włosów. Wiem, że was tym zaskoczyłem, ale to nie Chiny ani zagrożony gatunek. W Europie faceci nie bali się o trzymanie pionu w pionie tylko o to, żeby im zakola nie przeszły płynnie w plecy.

Goździki są też jednymi z pierwszych genetycznie modyfikowanych kwiatów. W latach 90. stworzono nowe odmiany, dodając do nich geny petunii i irysa. Czego to człowiek nie zrobi, żeby uniknąć płacenia za róże. Zresztą niektóre gatunki goździków potrafią zmieniać odcień pod wpływem temperatury i pH gleby. To otwiera całkiem nowe możliwości przed leniwymi romantykami — tak kochanie, to zupełnie nowe kwiaty! Nie, nie wiem co się stało z twoim Pinot Noir, ale na pewno nie ma go w wazonie z goździkami.

Podsumowując – goździki to idealny prezent na dzień kobiet. Wytrzymają niemal każdą przeciwność losu, są piękne, ale mają zęby, ładnie pachną (chociaż czasami apteką) no i fajnie reagują na wino. A goździki też są fajne! Wszystkiego goździkowego drogie Panie.

Upalne miasto 139

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************************************

17 lutego co roku można obchodzić Międzynarodowy Dzień Kota. A kto z artystów tworzących w czasie Romantyzmu był niewolnikiem tych zwierzątek? (z Internetu)

Fryderyk Chopin i George Sand mieli persa o imieniu Valdeck. Zdarzało mu się wskakiwać na fortepian i maszerować po klawiszach, co ponoć zainspirowało Chopina do skomponowania utworu Grande Valse Brillante F-dur op. 34 nr 3. George miała także kotkę Minou, z którą podobno jadła śniadanie z jednej miski.

Lord Byron jeździł po świecie z całą zwierzęcą menażerią, do której należało, oprócz dziesięciu koni, ośmiu wielkich psów, trzech małp, orła, kruka i sokoła, także pięć kotów. Pozwalał im wszystkim, poza końmi, swobodnie chodzić po domu, w którym akurat mieszkał. Jeden z jego kotów, Beppo, ponoć lubił pić mleko z ludzkiej czaszki.

Edgar Allan Poe miał szylkretową kotkę o imieniu Catterina, która ponoć lubiła siadać mu na ramieniu, gdy pisał, i mruczeć, „jakby z satysfakcją aprobowała pracę wykonywaną pod [jej] nadzorem”. Catterina leżała także z jego chorującą żoną Virginią, ogrzewając ją swoim ciałem. Kotka zmarła kilka tygodni po swoim właścicielu. Co ciekawe, powstała seria powieści o niej, „Cattarina Mysteries”, które napisała Monica Shaughnessy. Sam Poe również jest autorem słynnego opowiadania „Czarny kot”.

Alexandre Dumas miał trzy koty – Mysouff I, Mysouff II i Le Docteur. Ponoć Mysouff I wiedział dokładnie, kiedy pisarz kończył pracę, i towarzyszył mu w drodze z biura i z powrotem.

We wtorek w gabinecie  masażu Anna zobaczyła lampę solną. A w trakcie rozmowy dowiedziała się, że w grocie solnej są na sprzedaż takie w kształcie kota. Z soli himalajskiej. W Internecie zobaczyła jak wyglądała i poprosiła masażystę, aby taką dla niej nabył przy okazji zaliczania kolejnego seansu. A w czwartek ją odebrała. Okazała się dość ciężka, więc po drodze nie mogła zrobić żadnych zakupów.

W domu okazało się, że bardzo ładnie świeci na czerwono. Świecący kot – tego jeszcze w domu nie miała. Najwyżej miauczącze były. Dwie kotki, jedna po drugiej. Obie czarne i po czternastu latach odeszły.

W piątek, bez świecenia i miauczenia, seniorka pojechała do znajomej, aby przekazać biografię Słonimskiego.

W środę zaś, po dość długiej przerwie, uczestniczyła w spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki. Zmieniło się miejsce, bo zamknięto szkołę o nazwie SKIBA, którą lata temu Anna ukończyła, aby przez czterdzieści następnych lat pracować w różnych bibliotekach. W różnych, bo zmieniała miejsca pracy kilkakrotnie, czasem przymusowo, a innym razem dobrowolnie. SKIBA  jest jedyną szkołą, jaką dobrze wspomina. Budynek jest własnością gminy, stoi pusty i zamknięty, czasem w oknach świeci się światło.  Tajemnicza to sprawa.

Na zewnętrzny parapet okna Anny coraz częściej parami przylatują gołębie, pewnie szukają miejsca na założenie gniazda. Nie za wcześnie trochę?

A tak o tych ptakach pisze autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

GOŁĘBIE

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Zapraszacie do domu dziewczynę albo chłopaka. Jest nastrojowo, czyli ciemno, bo oszczędzacie na prądzie. Ofiara, tzn. gość siada na kanapie i częstuje się orzeszkami. Dobry wybór one mogą leżeć dłużej niż chipsy czy kanapki z masłem i pomidorem.

Chłopak albo dziewczyna obraca się powoli, zerka przez lewe ramię i… Staje oko w oko z gołębiem. I to jest element konwersacyjny, a nie papuga, piesek czy kotek. Macie gołębia – zwierzątko domowe. Szok, niedowierzanie, miliony pytań, a wszystkie zadawane w głowie głosem Bogusława Wołoszańskiego.

No i wtedy wchodzicie wy cali na biało, ale tylko troszeczkę, bo zdążyliście założyć coś, w czym wam będzie wygodnie. I zaczynacie opowiadać, że gołąb domowy to nawet lepszy jest od papugi, ja wolę. Przede wszystkim gołąb ma dziób miękki, wręcz delikatny i nawet jak dziobnie, to jakby Jezusek bosą stópkę odcisnął na czole. Po drugie nie dziobnie, bo jest miękka faja i woli ucieczkę niż atak. Po trzecie gołębie w naturze siedzą na skałach, a nie na gałęziach więc wolą powierzchnie płaskie i nie będą na was s*ać z żyrandola, a to zawsze fajnie.

Poza tym gołębie są głupie. To zaleta i wie o tym każdy rodzic z dzieckiem, które zadaje inteligentne pytania. Gołębiowi można kupić pluszowego ptaka i będzie zadowolony, że nowy partner taki miękki i mało gada. Poza tym jeżeli chcecie wyjść na ekscentryków to możecie mu kupić szelkomajtki z kieszonką na kupę. Wtedy nawet poza klatką będzie czysto, a i nikt wam gitary nie będzie zawracał. Nie wyobrażam sobie zaczepiać gościa, który chodzi po mieście z gołębiem w pampersie.

Powód, dla którego w ogóle poruszam ten temat to zaproszenie, które dostałem kilka dni temu. Na kartoniku wielkości średniej pocztówki, którą ktoś przypadkiem upuścił do garnka z brokatem, napisano: „Ślub Tomka i Joli”. Imiona są oczywiście zmienione (pozdrawiam Adama i Kasię). To zaproszenie sprowokowało moją partnerkę, a naszą ilustratorkę do opisania mi historii gołąbków ślubnych. W pierwszej chwili zareagowałem entuzjazmem, bo dawno już nie jadłem tej pysznej paćki z ryżu i mielonki zawiniętej w rozmiękłe liście kapusty.

Niestety, okazało się, że chodzi o ptaki. Wiecie, o te dwa białe dranie, które czasami wypuszcza się z okazji zawarcia transakcji wiązanej. Godzina w urzędzie za całe życie kotletów schabowych i nieprzebrane ilości odkręconych słoików z dżemem albo ogórkami (role, choć kulturowo przypisane mogą być zamienne – nikt tego nie sprawdza, poza teściami).

No więc wbrew temu co obiecują hodowcy, te gołębie często do gołębników nie wracają. Ani na noc, ani wcale. Zamiast tego, błąkają się same po wrogim świecie albo jeszcze gorzej pod Stokrotką w Olsztynie i czekają, aż osłabione od chorób rozdziobią je wrony. Taki los spotkał wczoraj jednego pierzastego drania w moim mieście.

Też mnie to zdziwiło. To znaczy nie zachowanie wron siwych, bo to w końcu ptaki. Wygląda jednak na to, że ktoś nas tutaj robił w bambuko i to nawet w komediach romantycznych. Jak mogłaś Julio Roberts?

Historia tego konkretnego gołębia z Olsztyna skończyła się dobrze. Ktoś z fundacji Albatros odłowił go gołymi rękami. Tylko że takich gołębi, które ślub poniewiera, nawet bardziej niż ludzi jest wiele. Pytacie, co można z tym zrobić? Po pierwsze można ich nie wypuszczać, to już jest sporo. Jeżeli jednak do kogoś przemawia pierwsza część wpisu, to może gołębia adoptować. Na przykład tego białego z dzisiejszej historii.

W drodze powrotnej, uwolniona od  biografii S. wstąpiła do sklepu rybnego gdzie nabyła trochę głównego asortymentu – wędzonego, świeżego i w postaci sałatki. Przy okazji zastanowiła się dlaczego w dużym oknie – witrynie nie ma dużego (lub choćby małego) akwarium. Nie żeby pływały tam ryby do łowienia i zjedzenia tylko normalne akwariowe.

Obok blisko położonej prywatnej piekarni stała tablica typu „potykacz” na której przeczytała, że mają pączki pieczone z różą. I zaszalała nabywając takiego jednego. W domu okazało się, że ciasto jest jak w słodkich bułkach a nadzienie to dżem, który przy róży nie stał ani nie leżał.

Biografia Antoniego Słonimskiego napisana przez Kuciel – Frydryszak jakoś jej nie zachwyciła. Napisana jest konwencjonalnie. Chronologicznie, ma wiele cytatów z wypowiedzi bliższych i dalszych znajomych, prasy przed i powojennej oraz fragmentów różnych listów. Skupiona jest głównie na działalności pisarskiej oraz na wpływie na opinię publiczną. Bardzo sobie cenił ten wpływ. Jego poglądy wyrażane w prasie dwudziestolecia międzywojennego jak i po II wojnie zrobiły mu więcej wrogów niż przyjaciół. Z tym, że przed wojną był częścią grupy literackiej „Skamander” i przyjaźnił się z pisarzami wchodzącymi w skład tego zespołu. Dobrze zarabiał, prowadził wygodne życie. Poznajemy też sylwetki pań, które kochał, podziwiał, przyjaźnił się oraz tę z którą się ożenił.

Na początku II wojny wyemigrował i nie było już tak wpływowo i wygodnie. I on, i koledzy po piórze nie za bardzo spisali się w roli  wspierających przyjaciół. Wrócił więc do komunistycznej Polski idąc na różne ustępstwa a z biegiem lat stając się opozycjonistą. Oczywiście władze zdegustowane tą postawą inwigilowały go wszelkimi dostępnymi wtedy metodami. Bo „Kto nie z nami, ten przeciw nam”.

Upalne miasto 138

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.  W prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

– Nie wiedziałam, że zapalenie płuc wpływa na bystrość codzienną – pomyślała Anna.

Najpierw okazało się, że zabrakło jej ważnego leku i spanikowana wysłała sms z prośbą o receptę. Potem jakaś szara komórka zadziałała i sprawdzenie w Internecie podpowiedziała. Okazało się, że jest to lek na który nie potrzeba recepty. Ucieszyła się i pojechała do apteki po biostyminę (wyciąg ze świeżego aloesu) zaleconą przez lekarkę do zregenerowania górnych dróg oddechowych. Dolnych chyba nie mamy? A właśnie, że są!

Nabyła oba leki i zadowolona trochę weszła do sieciowego sklepu. Pilnuje, aby mieć zapas kefiru lub jogurt i zużywać go codziennie. Z nadzieję, że flora bakteryjna wewnętrzna nie zamieni się w faunę, nie wiadomo jaką ale na pewno nieprzyjemną i trudną do usunięcia.

Oprócz napoju uznała, że jajka też się przydadzą, kupuje te żerujące na wolnym wybiegu i w rozmiarze L. Minęła e-mki, zabrała e-lkę. Ponownie zadowolona odstała trochę w kolejce do kasy samoobsługowej i tu się okazało, że jest naprawdę mało bystra, bo kurze produkty były ze ściółki. Ale już nie szalała ze zwrotem tylko w imaginacji pukała się w czółko. Po drodze postanowiła, że użyje jaj do wypieku – na początek będzie to chałka. I była. Ale zużyła tylko dwa. A co z resztą? Nie jest kurą, więc nie może siąść na nich, aby wykluły się pisklęta. Lepszym pomysłem byłoby rzucanie nimi w niektóre osobniki – ma kilka kandydatur, bo ilość potencjalnych ofiar – bohaterów jej kolejnych opowiadań kryminalnych nieustannie rośnie. Na zrobienie z nich pisanek jest dużo za wcześnie. No, choć siadłszy – płacz – jak kiedyś napisał Wańkowicz.

W domu wykładając na stałe miejsce leki okazało się, że diabeł stróż przykrył ogonem pożądany lek, bo takie ma ulubione rozrywki. Kolejny sms odwołujący zmówienie.

– Facet, wyjedź ty gdzieś, najlepiej na pustynię Gobi, bo nikt cię tu nie lubi – skierowała życzenie do kopytnego.

A z okazji Walentynek romantyczny Marek, autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” napisał o roży

RÓŻA = kapusta rozpustna (kup mi kochanie pierogów zamiast kwiatków i misia):

Dobra, kto wpadł na pomysł, żeby akurat róże były symbolem miłości? Róże! Kwiaty, które ewidentnie nie chcą być dotykane. To tak, jakby na walentynki podarować ukochanej jeża i powiedzieć: Skarbie, tak jak ten kolczasty drań, nasz związek jest uroczy, ale spróbuj wykonać jeden niewłaściwy ruch a skończysz podziurawiona jak Boromir pod sosną. A no i przy okazji, przebadaj się, bo jeż jest z drugiej ręki.

To znaczy ja wiem kto wpadł na ten pomysł. Starożytni Grecy. Podstępni dranie z małymi siurkami. Wymyślili sobie, że róża powstała kiedy Adonis, konkubent Afrodyty nadział się na dzika i rozlał po okolicy. Całe to czerwone zamieszanie pomieszało się ze łzami bogini i dało początek pierwszym krzewom różanym. Zgon przez zadziczenie, bardzo kurde romantyczne. A wiecie, gdzie rośnie największa róża na świecie? Na cmentarzu w Arizonie. Krzew ma łodygę grubości pnia drzewa i pokrywa powierzchnię 800 metrów kwadratowych. Takie właśnie są róże. Rosną na ludzkim nieszczęściu i ani się obejrzysz, a zjedzą ci babcię.

Babcie też takie są, dają się pochłonąć różanej gorączce. „A może byś mi wnusiu jeszcze te VEILCHENBLAU podwiązał?” I wspinaj się potem człowieku po rachitycznej kratce, jak budżetowa wersja spidermana w podartych dresach, żeby zrobić dobrze roślinie, która nazywa się jakby miała najechać na Polskę. Dobra, nie chcę już o tym rozmawiać.

Wiecie, że róże były kiedyś symbolem wojny? W Anglii mieli „Wojnę Dwóch Róż”, gdzie rody Lancasterów i Yorków naparzały się, z kwiatkami na flagach. I my teraz dajemy te paramilitarne chabazie na walentynki. Przypadek? Nie sądzę. To podprogowy przekaz: „Oto dowód mojej miłości i gotowości na zrobienie ci z dupy jesieni średniowiecza jeżeli jeszcze raz odstawisz brudną szklankę do zlewu, a nie do zmywarki. Kurde gnoju!

Róże tak naprawdę są w cholerę stare. Najstarsze skamieniałe szczątki tej walentynkowej kapusty mają około 40 milionów lat. To prawie tyle, co Maryla Rodowicz. Od tego czasu ludzie odkryli około 150 dzikich odmian róż i wyhodowali jeszcze więcej różnych pokręconych hybryd. Najmniejsza róża na świecie o nazwie adekwatnej do rozmiaru, tzn. „Si” ma kwiaty o średnicy 1,3 centymetra. No dobra, to akurat jest całkiem urocze i faktycznie sprawdziłoby się jako symbol miłości w najzimniejszym miesiącu roku.

Ludzie od zawsze wymyślali o różach różne dziwne historie. Na przykład w średniowieczu podwieszali różę pod sufitem i wszystko, co zostało pod nią powiedziane, stanowiło największą tajemnicę. Stąd wziął się łaciński zwrot „sub rosa”, czyli pod różą oznaczający poufność.

A wiecie, kto najbardziej dał się zrobić na różowo? Mały Książę. Gość miał swoją własną planetę, a potem załatwił sobie różę i się zaczęło: „Zadbaj o mnie, osłoń przed wiatrem, podlewaj, kochaj mnie, wyjmij naczynia ze zlewu, zanim do niego nasikasz”. Daj mi spokój kobieto, nie będę dotykał czegoś, z czego jedli inni ludzie, fuj.

I jak się to skończyło? Róża tak przemaglowała małego frajera, że dał nogę na Bajkonur i dalej w przestrzeń kosmiczną. A ona? Klasyka: „Idź, ja sobie poradzę, ale pamiętaj, że jestem twoja na zawsze” – i bum, gość dostaje międzygwiezdnej depresji i zaczyna nagabywać dzikie zwierzęta. Nie wiem, może róże są takie kapryśne, bo lubią sobie golnąć. Niewielki krzew różany potrzebuje tygodniowo pięciu litrów wody. To prawie tyle, co małe dziecko.

Nie, żebym polecał komuś kupować dzieci na starym mieście, ale jedno trzeba im przyznać. Pachną „bardziej” od większości kwiatów oferowanych w sprzedaży. Wszystko dlatego, że hodowcy często poświęcają zapach róży na rzecz jej wytrzymałości. Uprzedzając pytania — nie mam pojęcia, czy da się tak z kaszojadami.

Wracając do walentynek. Nie dajcie się tej kwiaciarskiej sekcie. Jakoś przez cały rok róże mogą kosztować po 5 zeta, za sztukę, a potem przychodzą walentynki i zaczyna się kwiatowa spekulacja. „Bukiet za 300 zł? No cóż, miłość kosztuje”. Nie. Miłość nie kosztuje. Róże kosztują.

Zamiast róży dajcie partnerce albo partnerowi coś, co jest lepszą metaforą prawdziwej miłości. Na przykład cebulę, która tak jak miłość ma warstwy, zalatuje codziennością, a jak ją zostawić na trochę to brązowieje, ale w środku nadal czeka wyciskające łzy wnętrze. No i można ją skonsumować.

Sobotni miejski spacer śladami kotów miał wielu uczestników ale przewodniczka nie miała mikrofonu z głośnikiem i trudem można było usłyszeć co dziesiąte słowo. Zaczęto od rynku gdzie w bruku  jest herb Wrocławia a na nim lew z rozdwojonym ogonem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Herb_Wroc%C5%82awia

Na rynku stoi pomnik Aleksandra hrabiego Fredry, Papkin w jego „Zemście” śpiewa: „Kot, kot, pani matko, kot, kot narobił mi w pokoiku łoskot”.

Nie, o tym przewodniczka nie opowiedziała.

W okolicach rynku jest czarno – biały mały mural nawiązujący do pewnego filmu (kot też na nim jest).

Niedaleko na słupku znaku drogowego ktoś umieścił kilka nalepek z podobiznami kotów.

A na zewnętrznym parapecie pewnego antykwariatu siedzi spiżowa postać kota nawiązując do nieżyjącego mieszkańca tej placówki imieniem Dante.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Dante_(kot)

Anna z sympatyczną znajomą postanowiły nie przejmować się grupą i spacerować w dowolnym kierunku niezależnie od grupy.  

Dla zregenerowania sił weszły do wegetariańskiej restauracji pod nazwą „Bez lukru” gdzie zmówiły gryczane naleśniki, sok z grapefruita i kawę.

Rozrywkę w postaci rozmowy zapewniły sobie same :).