Upalne miasto 141

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************************

Z okazji Dnia Kobiet, jeśli ma się zasobne konto, można nakupować sobie ciuchów, polecieć balonem (oby tylko pogoda lub inne okoliczności nie zrobiły nas w balona), pojechać na Majorkę czy inne Capri.

A jeśli dochody pachną malizną można wybrać się na bezpłatny spacer HERstoryczny, czyli śladami kobiet po Wrocławiu. Zaczęło się od opery, nikt nie śpiewał a przewodniczka uświadomiła nas, że Dzień Kobiet to nie jest PRL-owski pomysł tylko wcześniejszy  i w  dodatku nie polski.

Już we wrześniu 1945 roku wystawiono we Wrocławiu „Halkę” Stanisława Moniuszki, a pieniądze na kostiumy zafundowała śpiewaczka Franciszka Platówna, wykonawczyni głównej roli sprzedając swój bardzo cenny sygnet. Jej córka Stanisława była pisarką, tworzyła książki dla młodzieży choć sama nie miała dzieci.

Naprzeciwko opery znajduje się kawiarnia w której kiedyś królowała barmanka Jola, a było to ulubione miejsce panów lgbt, których ona nie tylko obsługiwała ale i wysłuchiwała zwierzeń, pomagała, opiekowała się.

Stojąc przed domem w którym wychował się fizyk i noblista Max Born przy pl. Wolności  usłyszeliśmy o jego żonie Hedwidze a przy okazji  okazało się, że była babcią aktorki Oliwii Newton – John. A Max dziadkiem, matką zaś jego córka Irena.

Tu mieszkała też, w biednej rodzinie, aktorka kina niemego Agnieszka Zaremba,  żyła w latach 1862 – 1927 (pseud. Agnes Sorma) odkryta przez sąsiada reżysera.

Przy ulicy ofiar Oświęcimskich stoi kamienica, której w XVI w. właścicielką była Anna Rybisch, na frontonie domu jest rzeźba przedstawiająca narodziny jej syna.

W połowie XIX wieku mieściła się tam drukarnia „Wiadomości Literackich” prowadzona przez kobietę – polską George Sand, czyli osobę niebanalną i wkurzającą otoczenie, bo paliła, miała krótko obcięte włosy i siadała po turecku. Rzeczywiście skandal to nad skandale.

W tej kamienicy, w XX wieku,  mieszkała malarka Hanna Krzetuska z mężem Eugeniuszem Geppertem. Ona malowała w ciasnej kuchni, on w salonie gdzie było dobre światło. On koniki, ona uprawiała sztukę nowoczesną. O niej mówiono „malująca żona Gepperta”.  Dopiero gdy mąż zobaczył co maluje żona zmienił tematykę i sposób malowania. Ona zapomniana, jego imię nosi wrocławska ASP. W tym mieszkaniu jest ich muzeum.

Przez wieki panuje zasada: wygumkować zasługi kobiet, bo się babom przewróci w głowie i zaczną fikać, praw i równości się domagać.

Obok jest budynek ZETO projektu Marii Tarnawskiej i jej męża.

Do II wojny światowej niechętnie dopuszczano kobiety na studia politechniczne twierdząc, że kobiety mają za małe mózgi, aby pojąć tę dziedzinę nauki.

Komentarz do tego: „To wszystkie wieloryby powinny być profesorami”.

Przy ratuszu okazało się, że pierwotnie na herbie miasta był wizerunek świętej Doroty. Ale trzeba było ją usunąć i (za 300 florenów) wstawić mężczyznę.

Ciekawą postacią jest też pewna biedna handlarka Ellen, która codziennie w Piwnicy Świdnickiej w ratuszu zarabiała sprzedając jakieś drobiazgi. A, że była miła i kontaktowa w pięćdziesięciolecie jej pracy szef lokalu ufundował  tort z którego po rozkrojeniu wysypały się talary.

   Mógł to zrobić wcześniej – prawda? Tak z dwadzieścia lat wcześniej.

Miłym przerywnikiem na trasie spaceru był mini koncert kwartetu z piosenkarzem, który wykonał m.in. „Naprawdę jaka jesteś”.

Przy kościele p.w. Marii Magdaleny usłyszeliśmy opowieść o kobiecie, która chciała być pastorką a pozwolono jej tylko na zostanie wikariuszką. Od 1933 roku ratowała rodziny żydowskie, około 300 osób. Napisała list otwarty do władz w sprawie prześladowania tych osób i za to osadzono ją w obozie koncentracyjnym.

A na górze kościoła jest „Mostek pokutnic/czarownic” i powstała sympatyczna inaczej legenda:

Wśród mieszkańców miasta zaczęły krążyć opowieści o dziwnych odgłosach dochodzących z góry. Podobno spóźnieni przechodnie słyszeli nocą jęki i szelest mioteł zamiatających posadzkę. Matki zaczęły więc straszyć krnąbrne córki, nieskore do wyjścia za mąż, pokutującymi na mostku dziewczętami, które wolały zabawę i beztroski żywot panny od obowiązków żony i gospodyni. Zmarły, nie zaznawszy stanu małżeńskiego i za karę po wieczne czasy będą sprzątać ów mostek pomiędzy wieżami”.

Jakiś dziaders to wymyślił lub udręczone małżeństwem kobieta. Albo oboje. Bo dlaczego komuś ma być dobrze, jeśli mnie jest źle.

W trakcie wykładu przejechał zabytkowy jednowagonowy tramwaj prowadzony przez motorniczą.

Na podwórku przy Instytucie Kulturoznawstwa obejrzeć można fryz przedstawiający boga czasu Chronosa i muzy.

Jednak istnieje legenda, że to podobizna niepokornych sióstr, które nie chciały wychodzić za mąż, rodzić dzieci tylko balować. Za karę zostały zamienione w kamienne postaci.

Bo kobiety nawet wykształcone, w dawnych czasach, nie mogły pracować w swoich zawodach tylko wracały do domu i „celebrowały nudę” czekając na męża. Bo zasada „3 x K” panowała i dobrze się miała. Dzisiaj do tego wracamy ku zachwytowi dziadersów.

 Maria Skłodowska i jej siostra studiowały we Francji a nie na polskich terenach.

Kobiety nawet po skończeniu medycyny przed I wojną nie mogły praktykować, zmieniła to dopiero wojna, bo potrzebni byli lekarze niezależnie od płci.

We Wrocławiu (Breslau) w 1907 Hedwig Kohn roku dostała się, jako druga,  na wydział fizyki na uniwersytecie, w 1930 uzyskała tam habilitację. W 1933 roku została usunięta z uczelni na skutek nazistowskich rozporządzeń. Miała duże trudności z wyjazdem do USA, które nie przyjmowało osób w poważnym wieku (miała 55 lat), bo byłyby dużym obciążeniem dla ich systemu.

Alicja Rosenstain (1898 – 1991) neurohirurżka, urodziła się, wykształciła i pracowała w Breslau. Jej matka była Amerykanką a wuj mieszkający w Nowym Jorku poręczył za nią dzięki czemu mogła w 1934 roku wyemigrować i pracować na tamtym terenie.

W 1943 roku wstąpiła do armii gdzie pracowała jako neuropsycholog. Była lgbt i ponad 40 lat mieszkała z partnerką, razem wychowywały dziecko. W armii broniła praw kobiet o tej orientacji.

W spacerze, jak zwykle, większość uczestników to były kobiety, poza tym paru panów i pies tzw. „osoba szczekająca”.

Szermierz przed Uniwersytetem znowu nie ma szpady – powinien wreszcie się ruszyć i dać po łbie złodziejowi.

Tekst mówiony przewodniczki tłumaczono na język migowy i przy okazji dowiedzieliśmy się jaki gest pokazuje słowo kobieta – chwycenie się dwoma palcami za płatek ucha, nawiązuje to do kolczyka.  Ale każdy kraj ma swoje, inne gesty, np. we Francji kobieta to przyłożenie dłoni na górę twarzy.

Obdarowano nas nie tylko koncertem ale i kwiatami w proszku, czyli torebeczką z nasionami, mieszanką koniczyny, facelii, kolendry siewnej, nagietka, kminku, lniczniku, ślazu, kąkolu polnego, ogórecznika lekarskiego, chabru, maku polnego, słonecznika i gryki.

Upalne miasto 140

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************

Kiedyś było „wiosna majem wróci” a teraz to się pospieszyła i pod koniec lutego wróciła. Bo lubi nas? Ale nie na zasadzie „Kto się lubi, ten się czubi”, mam nadzieję.

– Tłusty czwartek mam cały rok ze względu na tłuszczyk osobisty ale pączka nie odmówię – pomyślała Anna.

Pojechała dowiedzieć się dlaczego jej pewna sprawa urzędowa dostała zatwardzenia. I dowiedziała się, że tam też jak na poczcie – za mało personelu, za dużo spraw. Ale życzliwa urzędniczka poradziła złożenie ponaglenia i nawet dała kartkę papieru oraz poinformowała gdzie jest stolik z dostępnym dla interesantów długopisem.

Anna napisała i w odpowiednim okienku pismo zostawiła. Kserokopii nie dają ale można zrobić zdjęcie telefonem ale nie takim jaki ma seniorka.

Po drodze niemiło zdziwiła się, że nie ma sklepu Społem w którym planowała zrobić zakupy. Pojechała więc przed siebie. Wysiadła zrobić zakupy w sieciówce, tam było sporo pączków ale zaufanie do nich ma minimalne. Wprawdzie świecenie w nocy może być pożyteczne ale niezdrowe trochę. Postanowiła, że da szansę sieci dinette koło domu. Kolejne zaskoczenie in minus – za pączka (sporego ale jednak) zapłaciła aż 12 złotych.

W domu po zjedzeniu dobrego kotlecika mielonego – zamiast bułki do wnętrza i na zewnątrz zastosowała mąkę kukurydzianą, postanowiła ponapawać się pączkową słodkością z różą. Napawanie nie za bardzo się udało, bo ciasto to słodka bułka a nadzienie różana marmolada z sieci.

– A było sobie usmażyć własnego – pomyślała samobiczując się z letka.

Wieczorem włączyła kota w postaci lampki solnej, zaskoczyła ją leżąca przy tyle kota grudka, jakby kupka.

– Chyba nadal mam pozostałości choroby w postaci omamów- pomyślała, kawałek ręcznika papierowego wzięła i podniosła to coś. Okazało się daktylem, który w pewnym momencie spadł z talerzyka.

– A już miałam podstawić mu (kotu) kuwetę, ha, ha, ha – pośmiała się sama z siebie.

„Jeśli umiesz się śmiać sama z siebie będziesz miała powód do radości przez całe życie”.

Lotnicze rozmowy:

Z raportu komisji badającej pewną katastrofę lotniczą:
„Analiza rozmów w kabinie załogi sugeruje, że opóźnienie w udzieleniu zgody na podejście do lądowania przez kontrolera ruchu lotniczego spowodowało dość silną reakcję ze strony kapitana statku powietrznego”.
Zapis z czarnej skrzynki:
– A to cwel!

****************************

Jest nieskończenie przechlapane, gdy w cudowny letni dzień widzisz nad sobą bezkresne, błękitne niebo, uroczo puszyste obłoczki, jasne, ciepłe słońce.
A zamiast tego powinieneś widzieć nad sobą spadochron.

*************************

W kabinie samolotu grupa spadochroniarzy czeka na swój pierwszy w życiu skok. Siedzi z nimi dwóch instruktorów. Jeden szepcze do drugiego:
– Cykorzą…
– E, twarze mają pokerowe…
– A nic nie czujesz?

******************************

Stary spadochroniarz do początkującego :
– Kiedyś przeżyłem chwilę grozy. Skakałem z dwóch tysięcy metrów. Jakieś sto metrów nad ziemią splątały mi się linki. Potem pamiętam ten dach, który zbliżał się coraz bardziej. Potem nagłe uderzenie. Po chwili nad sobą zobaczyłem światło, a wokół kręciły się ogromna ilość białych postaci…. uskrzydlonych postaci.
– ANIOŁY?
– Nie .. to był dach kurzej fermy.

********************************

Samolot ma poważną awarię, spada. Pasażerowie panikują, tylko jedna starsza kobieta siedzi spokojnie. Zauważa to jej sąsiadka i pyta:
– Wierzy pani, że uda nam się z tego wyjść cało?
– Na 100% tak.
– Ale jak to?
– Mój zięć to straszny pechowiec.

Przed Dniem Kobiet zrobiło się ciepło i Anna uprała kurtkę zimową oraz najgrubsze spodnie z nadzieją, że mrozów lub dużego zimna już nie będzie.

A z okazji powyższej kupiła sobie nowe spodnie w kolorze nie blue tylko khaki. Jakby było moro to może by się skusiła ale nie było. Sklepy oczywiście stosują różne sztuczki, aby oszukać klienta. Te spodnie leżały na stole z napisem „cena 45,- zł”. A przy kasie okazało się, że 139,90 zł. Bardzo śmieszne. Ale zapłaciła, bo przymierzyła i pasowały. A karta nie odmówiła współpracy.

Zaś dowcipny Marek autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” opisał sztandarowy kwiatek wręczany kobietom w PRL-u z okazji Dnia Kobiet:

Goździki to kwiaty dla leniwych romantyków, więc panowie, czytajcie uważnie. Goździki mogą przeżyć ścięte nawet 3 tygodnie i ciągle wyglądają tak samo. To znaczy jakby je ktoś międolił pod pachą przez cały ten czas i w ostatniej chwili wsadził do wazonu. Ale hej, niektórzy lubią obszarpańców (pozdrowienia dla mojej dziewczyny). W każdym razie raz kupujesz i masz spokój do końca miesiąca. Czego chcieć więcej? Może tylko rajstop.

Goździki i rajstopy były w czasach PRLu jak róże i rafaello dla milenialsów albo netflix i chill dla szczęściarzy. Kwiaty były ładne, wytrzymałe, pachnące, ale i tak nic nie przebije ich największej zalety, czyli tego, że dało się je w ogóle kupić. Goździki nie tylko po ścięciu dostają supermocy. Mogą rosnąć na kiepskim podłożu i są cholernie stare. Już w starożytnej Grecji i Rzymie uprawiano w ogrodach goździki. Cesarze przystrajali nimi uczty. Te same, na których pawiowali kiedy nie mogli zmieścić dokładki, co w sumie tłumaczy wygląd goździka.

Goździki nosili również gladiatorzy na szczęście przed walką, a w 1974 roku w czasie rewolucji goździkowej w Portugalii protestujący wkładali je żołnierzom do luf karabinów na znak pokoju i tego, że mieli władzę w d*pie (to nie cenzura, tylko wizualizacja dupy z wystającą z niej władzą).

Według jednej z chrześcijańskich legend (nie chodzi mi teraz o biblię, tylko jej spin offy) goździki powstały z łez Marii, która płakała nad Jezusem podczas drogi krzyżowej. Całkiem oryginalnie. Co prawda zupełnym przypadkiem z łez Afrodyty chlipiącej nad Adonisem, który zszedł na nadmiar dzika w organizmie, powstały zawilce, a goździk po starogrecku to Dianthus, czyli dios — boski i anthos — kwiat. No, ale nie będziemy wnikali, kto komu zaglądał do zeszytu. Swoją drogą znacie to powiedzenie, że „naśladownictwo to najwyższa forma pochlebstwa”? Jakoś rzadko się dodaje resztę cytatu: „jaką przeciętność może złożyć wielkości”.

Goździki pachną jak goździki. Teraz to Was zaskoczyłem. Rzecz w tym, że te kwiaty podśmierdują dentystą oraz przyprawą do grzańca. To zasługa eugenolu i nie chodzi tu o nowe dziecko (albo poglądy) Elona Muska, tylko związek aktywny zawarty zarówno w goździku ogrodowym jak i pąkach goździkowca. Chodzi o tę przyprawę, którą pakujemy do wińska na ciepło, żeby smakowało jak plomba.

Skoro jesteśmy przy chemii, to goździki mogą zastąpić papier lakmusowy. Potraktowane octem albo sodą oczyszczoną zmienią kolor. Podobnie jak twarz kobiety, na której bukiecie odstawicie małego chemika.

Żeby nie było, że goździki przydają się tylko paniom. W XVI wieku były silnym środkiem na… porost włosów. Wiem, że was tym zaskoczyłem, ale to nie Chiny ani zagrożony gatunek. W Europie faceci nie bali się o trzymanie pionu w pionie tylko o to, żeby im zakola nie przeszły płynnie w plecy.

Goździki są też jednymi z pierwszych genetycznie modyfikowanych kwiatów. W latach 90. stworzono nowe odmiany, dodając do nich geny petunii i irysa. Czego to człowiek nie zrobi, żeby uniknąć płacenia za róże. Zresztą niektóre gatunki goździków potrafią zmieniać odcień pod wpływem temperatury i pH gleby. To otwiera całkiem nowe możliwości przed leniwymi romantykami — tak kochanie, to zupełnie nowe kwiaty! Nie, nie wiem co się stało z twoim Pinot Noir, ale na pewno nie ma go w wazonie z goździkami.

Podsumowując – goździki to idealny prezent na dzień kobiet. Wytrzymają niemal każdą przeciwność losu, są piękne, ale mają zęby, ładnie pachną (chociaż czasami apteką) no i fajnie reagują na wino. A goździki też są fajne! Wszystkiego goździkowego drogie Panie.

Upalne miasto 139

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***************************************************************************

17 lutego co roku można obchodzić Międzynarodowy Dzień Kota. A kto z artystów tworzących w czasie Romantyzmu był niewolnikiem tych zwierzątek? (z Internetu)

Fryderyk Chopin i George Sand mieli persa o imieniu Valdeck. Zdarzało mu się wskakiwać na fortepian i maszerować po klawiszach, co ponoć zainspirowało Chopina do skomponowania utworu Grande Valse Brillante F-dur op. 34 nr 3. George miała także kotkę Minou, z którą podobno jadła śniadanie z jednej miski.

Lord Byron jeździł po świecie z całą zwierzęcą menażerią, do której należało, oprócz dziesięciu koni, ośmiu wielkich psów, trzech małp, orła, kruka i sokoła, także pięć kotów. Pozwalał im wszystkim, poza końmi, swobodnie chodzić po domu, w którym akurat mieszkał. Jeden z jego kotów, Beppo, ponoć lubił pić mleko z ludzkiej czaszki.

Edgar Allan Poe miał szylkretową kotkę o imieniu Catterina, która ponoć lubiła siadać mu na ramieniu, gdy pisał, i mruczeć, „jakby z satysfakcją aprobowała pracę wykonywaną pod [jej] nadzorem”. Catterina leżała także z jego chorującą żoną Virginią, ogrzewając ją swoim ciałem. Kotka zmarła kilka tygodni po swoim właścicielu. Co ciekawe, powstała seria powieści o niej, „Cattarina Mysteries”, które napisała Monica Shaughnessy. Sam Poe również jest autorem słynnego opowiadania „Czarny kot”.

Alexandre Dumas miał trzy koty – Mysouff I, Mysouff II i Le Docteur. Ponoć Mysouff I wiedział dokładnie, kiedy pisarz kończył pracę, i towarzyszył mu w drodze z biura i z powrotem.

We wtorek w gabinecie  masażu Anna zobaczyła lampę solną. A w trakcie rozmowy dowiedziała się, że w grocie solnej są na sprzedaż takie w kształcie kota. Z soli himalajskiej. W Internecie zobaczyła jak wyglądała i poprosiła masażystę, aby taką dla niej nabył przy okazji zaliczania kolejnego seansu. A w czwartek ją odebrała. Okazała się dość ciężka, więc po drodze nie mogła zrobić żadnych zakupów.

W domu okazało się, że bardzo ładnie świeci na czerwono. Świecący kot – tego jeszcze w domu nie miała. Najwyżej miauczącze były. Dwie kotki, jedna po drugiej. Obie czarne i po czternastu latach odeszły.

W piątek, bez świecenia i miauczenia, seniorka pojechała do znajomej, aby przekazać biografię Słonimskiego.

W środę zaś, po dość długiej przerwie, uczestniczyła w spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki. Zmieniło się miejsce, bo zamknięto szkołę o nazwie SKIBA, którą lata temu Anna ukończyła, aby przez czterdzieści następnych lat pracować w różnych bibliotekach. W różnych, bo zmieniała miejsca pracy kilkakrotnie, czasem przymusowo, a innym razem dobrowolnie. SKIBA  jest jedyną szkołą, jaką dobrze wspomina. Budynek jest własnością gminy, stoi pusty i zamknięty, czasem w oknach świeci się światło.  Tajemnicza to sprawa.

Na zewnętrzny parapet okna Anny coraz częściej parami przylatują gołębie, pewnie szukają miejsca na założenie gniazda. Nie za wcześnie trochę?

A tak o tych ptakach pisze autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

GOŁĘBIE

Wyobraźcie sobie taki scenariusz. Zapraszacie do domu dziewczynę albo chłopaka. Jest nastrojowo, czyli ciemno, bo oszczędzacie na prądzie. Ofiara, tzn. gość siada na kanapie i częstuje się orzeszkami. Dobry wybór one mogą leżeć dłużej niż chipsy czy kanapki z masłem i pomidorem.

Chłopak albo dziewczyna obraca się powoli, zerka przez lewe ramię i… Staje oko w oko z gołębiem. I to jest element konwersacyjny, a nie papuga, piesek czy kotek. Macie gołębia – zwierzątko domowe. Szok, niedowierzanie, miliony pytań, a wszystkie zadawane w głowie głosem Bogusława Wołoszańskiego.

No i wtedy wchodzicie wy cali na biało, ale tylko troszeczkę, bo zdążyliście założyć coś, w czym wam będzie wygodnie. I zaczynacie opowiadać, że gołąb domowy to nawet lepszy jest od papugi, ja wolę. Przede wszystkim gołąb ma dziób miękki, wręcz delikatny i nawet jak dziobnie, to jakby Jezusek bosą stópkę odcisnął na czole. Po drugie nie dziobnie, bo jest miękka faja i woli ucieczkę niż atak. Po trzecie gołębie w naturze siedzą na skałach, a nie na gałęziach więc wolą powierzchnie płaskie i nie będą na was s*ać z żyrandola, a to zawsze fajnie.

Poza tym gołębie są głupie. To zaleta i wie o tym każdy rodzic z dzieckiem, które zadaje inteligentne pytania. Gołębiowi można kupić pluszowego ptaka i będzie zadowolony, że nowy partner taki miękki i mało gada. Poza tym jeżeli chcecie wyjść na ekscentryków to możecie mu kupić szelkomajtki z kieszonką na kupę. Wtedy nawet poza klatką będzie czysto, a i nikt wam gitary nie będzie zawracał. Nie wyobrażam sobie zaczepiać gościa, który chodzi po mieście z gołębiem w pampersie.

Powód, dla którego w ogóle poruszam ten temat to zaproszenie, które dostałem kilka dni temu. Na kartoniku wielkości średniej pocztówki, którą ktoś przypadkiem upuścił do garnka z brokatem, napisano: „Ślub Tomka i Joli”. Imiona są oczywiście zmienione (pozdrawiam Adama i Kasię). To zaproszenie sprowokowało moją partnerkę, a naszą ilustratorkę do opisania mi historii gołąbków ślubnych. W pierwszej chwili zareagowałem entuzjazmem, bo dawno już nie jadłem tej pysznej paćki z ryżu i mielonki zawiniętej w rozmiękłe liście kapusty.

Niestety, okazało się, że chodzi o ptaki. Wiecie, o te dwa białe dranie, które czasami wypuszcza się z okazji zawarcia transakcji wiązanej. Godzina w urzędzie za całe życie kotletów schabowych i nieprzebrane ilości odkręconych słoików z dżemem albo ogórkami (role, choć kulturowo przypisane mogą być zamienne – nikt tego nie sprawdza, poza teściami).

No więc wbrew temu co obiecują hodowcy, te gołębie często do gołębników nie wracają. Ani na noc, ani wcale. Zamiast tego, błąkają się same po wrogim świecie albo jeszcze gorzej pod Stokrotką w Olsztynie i czekają, aż osłabione od chorób rozdziobią je wrony. Taki los spotkał wczoraj jednego pierzastego drania w moim mieście.

Też mnie to zdziwiło. To znaczy nie zachowanie wron siwych, bo to w końcu ptaki. Wygląda jednak na to, że ktoś nas tutaj robił w bambuko i to nawet w komediach romantycznych. Jak mogłaś Julio Roberts?

Historia tego konkretnego gołębia z Olsztyna skończyła się dobrze. Ktoś z fundacji Albatros odłowił go gołymi rękami. Tylko że takich gołębi, które ślub poniewiera, nawet bardziej niż ludzi jest wiele. Pytacie, co można z tym zrobić? Po pierwsze można ich nie wypuszczać, to już jest sporo. Jeżeli jednak do kogoś przemawia pierwsza część wpisu, to może gołębia adoptować. Na przykład tego białego z dzisiejszej historii.

W drodze powrotnej, uwolniona od  biografii S. wstąpiła do sklepu rybnego gdzie nabyła trochę głównego asortymentu – wędzonego, świeżego i w postaci sałatki. Przy okazji zastanowiła się dlaczego w dużym oknie – witrynie nie ma dużego (lub choćby małego) akwarium. Nie żeby pływały tam ryby do łowienia i zjedzenia tylko normalne akwariowe.

Obok blisko położonej prywatnej piekarni stała tablica typu „potykacz” na której przeczytała, że mają pączki pieczone z różą. I zaszalała nabywając takiego jednego. W domu okazało się, że ciasto jest jak w słodkich bułkach a nadzienie to dżem, który przy róży nie stał ani nie leżał.

Biografia Antoniego Słonimskiego napisana przez Kuciel – Frydryszak jakoś jej nie zachwyciła. Napisana jest konwencjonalnie. Chronologicznie, ma wiele cytatów z wypowiedzi bliższych i dalszych znajomych, prasy przed i powojennej oraz fragmentów różnych listów. Skupiona jest głównie na działalności pisarskiej oraz na wpływie na opinię publiczną. Bardzo sobie cenił ten wpływ. Jego poglądy wyrażane w prasie dwudziestolecia międzywojennego jak i po II wojnie zrobiły mu więcej wrogów niż przyjaciół. Z tym, że przed wojną był częścią grupy literackiej „Skamander” i przyjaźnił się z pisarzami wchodzącymi w skład tego zespołu. Dobrze zarabiał, prowadził wygodne życie. Poznajemy też sylwetki pań, które kochał, podziwiał, przyjaźnił się oraz tę z którą się ożenił.

Na początku II wojny wyemigrował i nie było już tak wpływowo i wygodnie. I on, i koledzy po piórze nie za bardzo spisali się w roli  wspierających przyjaciół. Wrócił więc do komunistycznej Polski idąc na różne ustępstwa a z biegiem lat stając się opozycjonistą. Oczywiście władze zdegustowane tą postawą inwigilowały go wszelkimi dostępnymi wtedy metodami. Bo „Kto nie z nami, ten przeciw nam”.

Upalne miasto 138

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.  W prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

– Nie wiedziałam, że zapalenie płuc wpływa na bystrość codzienną – pomyślała Anna.

Najpierw okazało się, że zabrakło jej ważnego leku i spanikowana wysłała sms z prośbą o receptę. Potem jakaś szara komórka zadziałała i sprawdzenie w Internecie podpowiedziała. Okazało się, że jest to lek na który nie potrzeba recepty. Ucieszyła się i pojechała do apteki po biostyminę (wyciąg ze świeżego aloesu) zaleconą przez lekarkę do zregenerowania górnych dróg oddechowych. Dolnych chyba nie mamy? A właśnie, że są!

Nabyła oba leki i zadowolona trochę weszła do sieciowego sklepu. Pilnuje, aby mieć zapas kefiru lub jogurt i zużywać go codziennie. Z nadzieję, że flora bakteryjna wewnętrzna nie zamieni się w faunę, nie wiadomo jaką ale na pewno nieprzyjemną i trudną do usunięcia.

Oprócz napoju uznała, że jajka też się przydadzą, kupuje te żerujące na wolnym wybiegu i w rozmiarze L. Minęła e-mki, zabrała e-lkę. Ponownie zadowolona odstała trochę w kolejce do kasy samoobsługowej i tu się okazało, że jest naprawdę mało bystra, bo kurze produkty były ze ściółki. Ale już nie szalała ze zwrotem tylko w imaginacji pukała się w czółko. Po drodze postanowiła, że użyje jaj do wypieku – na początek będzie to chałka. I była. Ale zużyła tylko dwa. A co z resztą? Nie jest kurą, więc nie może siąść na nich, aby wykluły się pisklęta. Lepszym pomysłem byłoby rzucanie nimi w niektóre osobniki – ma kilka kandydatur, bo ilość potencjalnych ofiar – bohaterów jej kolejnych opowiadań kryminalnych nieustannie rośnie. Na zrobienie z nich pisanek jest dużo za wcześnie. No, choć siadłszy – płacz – jak kiedyś napisał Wańkowicz.

W domu wykładając na stałe miejsce leki okazało się, że diabeł stróż przykrył ogonem pożądany lek, bo takie ma ulubione rozrywki. Kolejny sms odwołujący zmówienie.

– Facet, wyjedź ty gdzieś, najlepiej na pustynię Gobi, bo nikt cię tu nie lubi – skierowała życzenie do kopytnego.

A z okazji Walentynek romantyczny Marek, autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” napisał o roży

RÓŻA = kapusta rozpustna (kup mi kochanie pierogów zamiast kwiatków i misia):

Dobra, kto wpadł na pomysł, żeby akurat róże były symbolem miłości? Róże! Kwiaty, które ewidentnie nie chcą być dotykane. To tak, jakby na walentynki podarować ukochanej jeża i powiedzieć: Skarbie, tak jak ten kolczasty drań, nasz związek jest uroczy, ale spróbuj wykonać jeden niewłaściwy ruch a skończysz podziurawiona jak Boromir pod sosną. A no i przy okazji, przebadaj się, bo jeż jest z drugiej ręki.

To znaczy ja wiem kto wpadł na ten pomysł. Starożytni Grecy. Podstępni dranie z małymi siurkami. Wymyślili sobie, że róża powstała kiedy Adonis, konkubent Afrodyty nadział się na dzika i rozlał po okolicy. Całe to czerwone zamieszanie pomieszało się ze łzami bogini i dało początek pierwszym krzewom różanym. Zgon przez zadziczenie, bardzo kurde romantyczne. A wiecie, gdzie rośnie największa róża na świecie? Na cmentarzu w Arizonie. Krzew ma łodygę grubości pnia drzewa i pokrywa powierzchnię 800 metrów kwadratowych. Takie właśnie są róże. Rosną na ludzkim nieszczęściu i ani się obejrzysz, a zjedzą ci babcię.

Babcie też takie są, dają się pochłonąć różanej gorączce. „A może byś mi wnusiu jeszcze te VEILCHENBLAU podwiązał?” I wspinaj się potem człowieku po rachitycznej kratce, jak budżetowa wersja spidermana w podartych dresach, żeby zrobić dobrze roślinie, która nazywa się jakby miała najechać na Polskę. Dobra, nie chcę już o tym rozmawiać.

Wiecie, że róże były kiedyś symbolem wojny? W Anglii mieli „Wojnę Dwóch Róż”, gdzie rody Lancasterów i Yorków naparzały się, z kwiatkami na flagach. I my teraz dajemy te paramilitarne chabazie na walentynki. Przypadek? Nie sądzę. To podprogowy przekaz: „Oto dowód mojej miłości i gotowości na zrobienie ci z dupy jesieni średniowiecza jeżeli jeszcze raz odstawisz brudną szklankę do zlewu, a nie do zmywarki. Kurde gnoju!

Róże tak naprawdę są w cholerę stare. Najstarsze skamieniałe szczątki tej walentynkowej kapusty mają około 40 milionów lat. To prawie tyle, co Maryla Rodowicz. Od tego czasu ludzie odkryli około 150 dzikich odmian róż i wyhodowali jeszcze więcej różnych pokręconych hybryd. Najmniejsza róża na świecie o nazwie adekwatnej do rozmiaru, tzn. „Si” ma kwiaty o średnicy 1,3 centymetra. No dobra, to akurat jest całkiem urocze i faktycznie sprawdziłoby się jako symbol miłości w najzimniejszym miesiącu roku.

Ludzie od zawsze wymyślali o różach różne dziwne historie. Na przykład w średniowieczu podwieszali różę pod sufitem i wszystko, co zostało pod nią powiedziane, stanowiło największą tajemnicę. Stąd wziął się łaciński zwrot „sub rosa”, czyli pod różą oznaczający poufność.

A wiecie, kto najbardziej dał się zrobić na różowo? Mały Książę. Gość miał swoją własną planetę, a potem załatwił sobie różę i się zaczęło: „Zadbaj o mnie, osłoń przed wiatrem, podlewaj, kochaj mnie, wyjmij naczynia ze zlewu, zanim do niego nasikasz”. Daj mi spokój kobieto, nie będę dotykał czegoś, z czego jedli inni ludzie, fuj.

I jak się to skończyło? Róża tak przemaglowała małego frajera, że dał nogę na Bajkonur i dalej w przestrzeń kosmiczną. A ona? Klasyka: „Idź, ja sobie poradzę, ale pamiętaj, że jestem twoja na zawsze” – i bum, gość dostaje międzygwiezdnej depresji i zaczyna nagabywać dzikie zwierzęta. Nie wiem, może róże są takie kapryśne, bo lubią sobie golnąć. Niewielki krzew różany potrzebuje tygodniowo pięciu litrów wody. To prawie tyle, co małe dziecko.

Nie, żebym polecał komuś kupować dzieci na starym mieście, ale jedno trzeba im przyznać. Pachną „bardziej” od większości kwiatów oferowanych w sprzedaży. Wszystko dlatego, że hodowcy często poświęcają zapach róży na rzecz jej wytrzymałości. Uprzedzając pytania — nie mam pojęcia, czy da się tak z kaszojadami.

Wracając do walentynek. Nie dajcie się tej kwiaciarskiej sekcie. Jakoś przez cały rok róże mogą kosztować po 5 zeta, za sztukę, a potem przychodzą walentynki i zaczyna się kwiatowa spekulacja. „Bukiet za 300 zł? No cóż, miłość kosztuje”. Nie. Miłość nie kosztuje. Róże kosztują.

Zamiast róży dajcie partnerce albo partnerowi coś, co jest lepszą metaforą prawdziwej miłości. Na przykład cebulę, która tak jak miłość ma warstwy, zalatuje codziennością, a jak ją zostawić na trochę to brązowieje, ale w środku nadal czeka wyciskające łzy wnętrze. No i można ją skonsumować.

Sobotni miejski spacer śladami kotów miał wielu uczestników ale przewodniczka nie miała mikrofonu z głośnikiem i trudem można było usłyszeć co dziesiąte słowo. Zaczęto od rynku gdzie w bruku  jest herb Wrocławia a na nim lew z rozdwojonym ogonem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Herb_Wroc%C5%82awia

Na rynku stoi pomnik Aleksandra hrabiego Fredry, Papkin w jego „Zemście” śpiewa: „Kot, kot, pani matko, kot, kot narobił mi w pokoiku łoskot”.

Nie, o tym przewodniczka nie opowiedziała.

W okolicach rynku jest czarno – biały mały mural nawiązujący do pewnego filmu (kot też na nim jest).

Niedaleko na słupku znaku drogowego ktoś umieścił kilka nalepek z podobiznami kotów.

A na zewnętrznym parapecie pewnego antykwariatu siedzi spiżowa postać kota nawiązując do nieżyjącego mieszkańca tej placówki imieniem Dante.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Dante_(kot)

Anna z sympatyczną znajomą postanowiły nie przejmować się grupą i spacerować w dowolnym kierunku niezależnie od grupy.  

Dla zregenerowania sił weszły do wegetariańskiej restauracji pod nazwą „Bez lukru” gdzie zmówiły gryczane naleśniki, sok z grapefruita i kawę.

Rozrywkę w postaci rozmowy zapewniły sobie same :).

Upalne miasto 137

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

**********************************************************************

17 lutego jest Międzynarodowy Dzień Kota a autor (ma na imię Marek) profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak je (koty) opisuje:

KOT DOMOWY = Puszek rozpruwacz

Mamy marzec, a w marcu pewne jest tylko to, że pogoda wydyma nas we wszystkich pozycjach Kamasutry i że koty zaczną odprawiać swoje porąbane rytuały godowe, które z jakiegoś powodu muszą obejmować darcie mordy pod moim balkonem. Pod tym względem puchate dranie przypominają studentów. Podobnie jak oni, koty przesypiają również dwie trzecie doby. Rzadziej na kacu, ale równie często na trawnikach pod blokiem. W tym miejscu podobieństwa się kończą, bo z pozostałego czasu koty aż jedną trzecią poświęcają na inne czynności higieniczne, czyli głównie lizanie sobie tyłka, w miarę możliwości na stole obok rosołu.

Co jak co, ale koci tyłek musi błyszczeć. To przy jego pomocy koty okazują ludziom sympatię, podstawiając go im przed twarz i czasami zawijając ogonem po nosie dla lepszego efektu. To w niego również możemy kota pocałować jeżeli czegoś od niego chcemy. Dranie doskonale rozumieją, co się do nich mówi, ale zwykle mają to w wylizanym do czysta poważaniu.

Co innego ludzie, którzy bardzo chcieliby zrozumieć, o co do diabła chodzi temu sierściuchowi. Niestety nie za bardzo idzie nam czytanie z pozycji kociej dupy. Dlatego specjalnie dla ludzi koty nauczyły się miauczeć. Co prawda miauczenia również ni w ząb nie kumamy, ale przynajmniej nas denerwuje.

O nieporozumienie z kotem jest niestety bardzo łatwo. Np. kiedy zwierzak przewraca się na plecy i nadstawia brzuszek do głaskania. Kot pokazuje w ten sposób, że jest zrelaksowany, ufa nam i że tylko jeden nieostrożny ruch dzieli nas od amputacji dłoni.

Tak, koty potrafią być przerażające. Szczególnie kiedy gapią się na człowieka, jakby chciały mu wyssać duszę przez oczy i to nie żeby ją zjeść, tylko pobawić się nią trochę, a potem zostawić krwawiącą gdzieś w kącie za meblościanką. Czasami jednak kot wpatruje się w człowieka i mruga powoli. W ten sposób okazuje uczucie oraz zaufanie. Albo ubliża nam, w alfabecie Morse’a. Z kotami nigdy nic nie wiadomo.

Mamy za sobą część szkalującą, pora na odrobinę nachalnej edukacji. Po pierwsze kota lepiej jest nie wypuszczać z domu. Wypuszczone koty żyją znacznie krócej od trzymanych w domu. To samo dotyczy drobnych zwierząt w najbliższym otoczeniu kota. Im bardziej kot jest wypuszczany, tym bardziej one nie żyją.

Kolejna sprawa dotyczy kastracji. Internet nie kłamie. Wasza najbliższa okolica faktycznie pełna jest samotnych mamusiek. Tak się jednak składa, że mają one cztery łapy i wąsa pod nosem. Jakbyśmy się nie spinali to nie dla wszystkich kocich półsierot starczy rodzin zastępczych. Lepiej jest więc zapobiegać.

W dodatku kastracja przedłuża średnią wieku kota. Szacuje się, że kastrowane kotki żyją o 39% dłużej, a w przypadku kocurów różnica wynosi aż 62%. Zabieg w przypadku kotek pomaga również zapobiegać różnym nowotworom.

Na razie to tyle o kocich dziwactwach, ale jeszcze kiedyś do nich wrócę. W końcu nie wspomniałem jeszcze o kociarzach, których grupy w świecie miłośników zwierząt są odpowiednikami bojówek piłkarskich. Wiem, o czym mówię, bo sam do jednej z nich należę. Dowody znajdziecie w komentarzu.

Dzisiejszy odcinek jest sponsorowany przez zdrowy rozsądek, godność człowieka oraz literkę A, jak „Akcja Sterylizacja”. To ogólnopolska akcja walki z nadpopulacją zwierząt domowych organizowana każdego roku w lutym, marcu oraz kwietniu.

Ciąg dalszy humoru lotniczego z internetu wziętego:

Podczas podjazdu załoga lotu US Air do Fort Lauderdale źle skręciła i w rezultacie stanęła nos w nos z samolotem United 727.
Zirytowany damski głos kontrolera złajał załogę US Air, krzycząc: „US Air 2771, gdzie wy jedziecie? Mówiłam, że macie skręcić w prawo, na pas C! A wy skręciliście na D! Zatrzymajcie się natychmiast. Wiem, że trudno odróżnić C od D, ale spróbujcie!” Ciągnąc swoją tyradę do zakłopotanej załogi, krzyczała histerycznie: „Boże, wszystko popieprzyliście! Całe wieki zajmie odkręcanie tego! Zostańcie, gdzie jesteście i nie ruszajcie się zanim nie powiem! Oczekujcie instrukcji do podjazdu za jakieś pół godziny; chcę żebyście jechali dokładnie gdzie wam wskażę, kiedy wskażę i jak wam wskażę! Zrozumieliście, US Air 2771?”
Załoga pokornie odpowiedziała: „Tak jest, proszę pani”.
Oczywiście na częstotliwości kontroli naziemnej zapadła śmiertelna cisza. Nikt nie chciał ruszać zirytowanej pani z kontroli naziemnej w jej obecnym stanie. W każdym kokpicie wzrastało napięcie. I wtedy nierozpoznany pilot złamał tę ciszę, pytając: „Czy ja nie byłem kiedyś z tobą żonaty?”

Piloci i mechanicy: P – pytanie, O – odpowiedź)

P: Martwe owady na wiatrochronie.
O: Zamówiono żywe

P: Ślady przecieków na prawym podwoziu głównym.
O: Ślady zatarto.

******

P: Poziom DME niewiarygodnie wysoki.
O: Obniżono poziom DME do bardziej wiarygodnego poziomu.

*****

P: Zaciski blokujące powodują unieruchamianie dźwigni przepustnic.
O: Właśnie po to są.

****

P: Układ IFF nie działa.
O: Układ IFF zawsze nie działa, kiedy jest wyłączony.

*****

P: Przypuszczalnie szyba wiatrochronu jest pęknięta.
O: Przypuszczalnie jest to prawda.

*****

P: Brak silnika nr 3.
O: Po krótkich poszukiwaniach, silnik znaleziono na prawym skrzydle.

****

P: Mysz w kokpicie.
O: Zainstalowano kota.
****

P: Radar mruczy.
O: Przeprogramowano radar by mówił.

****

P: Samolot śmiesznie reaguje na stery.
O: Samolot upomniano by przestał, latał prosto i zachowywał się poważnie.

****

P: Po wyłączeniu silnika słychać jęczący odgłos.
O: Usunięto pilota z samolotu.

****

P: Zegar pilota nie działa.
O: Nakręcono zegar.

****

P: Igła ADF nr 2 szaleje.
O: Złapano i uspokojono igłę ADF nr 2.

****

P: Samolot się wznosi jak zmęczony.
O: Samolot wypoczął przez noc. Testy naziemne OK.

„Panie i Panowie, tu mówi kapitan. W imieniu naszej załogi i linii Alaska Airlines chcieliśmy podziękować Państwu za dzisiejszy lot. Zbliżamy się do Los Angeles i prosimy o umieszczenie bagaży pod fotelem przed Państwem oraz złożenie stolików i foteli…” (pauza) „…A, jeszcze jedno. Przypomniano mi, żebym Państwa poinformował, że kiedy zejdziecie z pokładu i przejdziecie do hali odbioru bagażu, możecie zauważyć tony jemioły wiszące przy bramkach naszej konkurencji. Proszę się nie dziwić – jest tam po to, aby przypomnieć Państwu, że korzystając z usług naszej konkurencji możecie pocałować swój bagaż na pożegnanie…”

Pilot: „No ludzie, właśnie wznieśliśmy się na poziom lotu, więc wyłączam znak nakazu zapięcia pasów. Możecie swobodnie poruszać się po kabinie pasażerskiej, ale proszę zostańcie w samolocie aż do wylądowania… Na zewnątrz jest raczej chłodno, a jeżeli przejdziecie na skrzydła, to może to wpłynąć na sposób lotu”.
Po wylądowaniu: „Dziękujemy za wybranie Delta Business Express. Mamy nadzieje, że jesteście tak samo zadowoleni z dołożenia do naszego biznesu, jak my jesteśmy zadowoleni z zabrania was na przejażdżkę.”
Gdy samolot wylądował i właśnie hamował na lotnisku Washington National, pojedynczy głos zawołał przez głośniki: Prr! kurde, prr!

Pilot: „Temperatura w naszym porcie docelowym wynosi 10 stopni C, mamy trochę poszarpanych chmur, ale może zdążą je obrębić do naszego przybycia. Dziękujemy, i pamiętajcie, nikt nie kocha was i waszych pieniędzy tak jak Southwest Airlines.”

Pilot akurat w tym rejsie wylądował wyjątkowo twardo, uderzając samolotem jak młotem o podłoże. Ta linia lotnicza wymagała, aby pierwszy oficer stal w drzwiach i zegnał pasażerów uśmiechem i słowami:
„Dziękujemy za lot liniami XYZ”. Ciężko mu było patrzeć w oczy pasażerów chwile po tym kiepskim lądowaniu, zastanawiając się który z gości wyskoczy z jakimś złośliwym komentarzem. W końcu wszyscy wyszli za wyjątkiem starszej pani, wspierającej się na lasce.
Powiedziała: „Synku, czy mogę zadać pytanie?”.
Pilot odparł: „Ależ oczywiście. O co chodzi?”
Starsza pani na to: „My wylądowaliśmy czy zostaliśmy zestrzeleni?”

Miłość w ogrodzie

Dzisiaj przedstawiam opowiadanie, które przeczytałam na walentynkowym spotkaniu we wrocławskim „Saloniku Trzech Muz”.

**********************************************************

Kwietniowa niedziela zapraszała, aby ruszyć nie tyle w Polskę co w plener. Na osiedlu gdzie mieszkała młoda duchem i zaokrąglonym ciałem emerytka Waleria były dwa miejsca do  pospacerowania, posiedzenia i pooddychania świeżym powietrzem. Bezpłatny park i wymagający nabycia biletu wstępu Ogród Botaniczny.

Tym razem Wala postanowiła finansowo zaszaleć i iść do Ogrodu. Włożyła wiosenną kurtkę, owinęła szyję pomarańczowym szalem, do termicznego kubka nalała gorącej, wcześniej zaparzonej liściastej herbaty, a do torebki zapakowała papierowe serwetki wraz z dużym kawałkiem, upieczonego przez siebie, drożdżowego placka.

Wejściem od ulicy noszącej miano autora „Trylogii” przeszła w główną alejkę ale zaraz skręciła w prawo. Po paru krokach, zanim nasyciła oczy stokrotkami, fiołkami, tulipanami i magnoliami, zobaczyła mężczyznę siedzącego na ławce, grającego na gitarze i cicho nucącego piosenkę Beatlesów. Nie wyglądał ani jak Paul McCartney, ani jak John Lennon, Ringo Starr czy George Harrison. Sześćdziesięciolatek z siwą czupryną i w okularach lenonkach miał na sobie dżinsowy komplet, spodnie i kurtkę, a spod niej wystawał podkoszulek z podobizną kota.

Wali bardzo spodobała się ta scenka i zapytała:

– Czy mogę zrobić panu zdjęcie?

Mężczyzna podniósł głowę i nie przerywając grania zapytał:

– Ale po co?

– Bo tak malowniczo pan wygląda, że nie mogę się oprzeć.

– Okoliczności przyrody są rzeczywiście piękne – stwierdził rozglądając się. Proszę usiąść przy mnie. Jeśli lubi pani taką muzykę to będę grał, a jeśli nie to porozmawiamy lub pomilczymy razem – zaproponował.

– Może najpierw coś zjemy i wypijemy?

– Przyniosła pani alkohol? – zdumiał się muzyk.

– Ależ skąd! – zaśmiała się tak głośno, że wróbelek wydziobujący coś z trawy, przerażony odfrunął.

Wyciągnęła z torebki kubek z herbatą, dwa papierowe talerzyki, serwetki i ciasto. Dodała do tego papierowy kubek albowiem zawsze była przygotowana do częstowania.

– Wiedziała pani, że mnie tu spotka? – zapytał lekko zdziwiony miłośnik angielskiego zespołu.

– Ha, ha, ha – zaśmiała się Wala perliście. Lubiła się śmiać, nawet sama z siebie.  Nie, po prostu zawsze gdy zabieram ze sobą jedzenie i picie  to w takiej ilości, aby głodnego czy choćby chętnego poczęstować.

– Jeszcze nie spotkałem takiej kobiety – powiedział. Pani mi się bardzo podoba.

– Czy na zasadzie, że do serca mężczyzny najłatwiej trafić przez żołądek? – zapytała z odrobiną ironii.

– Trochę tak, ale przecież to znaczy, że ma pani dobre serce i nie jest skąpa. I to mi się podoba. Z wyglądu także – dodał szybko.

– No, ma pan szczęście, bo mogłam pomyśleć, że chodzi tylko o darmowy wikt, a może i opierunek.

– I tu się pani zdziwi. Umiem gotować a nawet piec. Mam gdzie mieszkać i nawet wiem jak uruchomić pralkę.

– Brawo! To jest pan prawie ideałem ale pewnie ma pan żonę, czworo dzieci i dziesięcioro wnuków, i ucieka pan od nich gdy tylko się da.

– Zdziwi się pani ponownie, żona wymieniła mnie na lepszy model, a dorosłe dzieci są na stałe za granicą.

– To musi być panu smutno?

– A wie pani, że nie. Lubię ciszę i spokój. Trochę jeszcze, mimo emerytury, pracuję, jestem w miarę zdrowy, mam paru znajomych, to mi wystarczy.

– Szczęśliwy z pana człowiek – stwierdziła Wala.

– Nie narzekam.

– Słusznie, na narzekanie szkoda czasu i energii – przytaknęła parkowa współimprezowiczka.

Po zjedzeniu ciasta i wypiciu herbaty zaproponowała:

– Może się przejdziemy? Trzeba się trochę ruszać.

– Ma pani rację, nie tylko jedzeniem i muzyką człowiek żyje. Ruchem i oddychaniem także.

Spacerowali powoli obserwując przyrodę i chwilami zerkając na siebie. Gdy spotkali się wzrokiem uśmiechali się trochę spłoszeni. Po okrążeniu całego ogrodu przysiedli na ławeczce przy drzewie Jana Miodka.

– Proszę coś zagrać – poprosiła.

Tym razem były to piosenki, kilka lat temu zmarłego, Krzysztofa Krawczyka.

Parę osób stanęło słuchając mini koncertu. Po każdym utworze rozlegały się oklaski a Wala gładziła mężczyznę po ramieniu.

Upalne miasto 136

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

****************************************************************************

Jest powiedzenie „To są skutki picia wódki”, a jeśli się nie pije wcale napojów z procentami to choroba dowali. Różnie to się przejawia na przykład w przestawieniu pojęcia czasu.

Tym razem tylko piątek stał się sobotą ale wszystko jeszcze przede mną – pomyślała Anna, bardzo zdziwiona, że obudziła się w niedzielę z przekonaniem, że to poniedziałek i zaraz pójdzie zrealizować drobne plany.

Rozmowa w osiedlowym prywatnym sklepie z młodą ekspedientką:

Ja: Muszę sobie przypomnieć co jeszcze mam kupić, bo wie pani pamięć nie ta, jak pani będzie w moim wieku to zrozumie

Ekspedientka: Nie wiem czy dożyję pani lat, tak zatruta jest żywność i środowisko

Ja: A może na starość będzie pani świecić od tej chemii

E: I nie będę potrzebowała elektryczności, ha, ha, ha

Anna zauważyła, że na jej osiedlu jest coraz więcej fryzjerów i manikiurzystek. Za to ani jednej pasmanterii.

Ucieszyła się, że u szewca widocznie zmieniła się obsada, bo przez jakiś czas zakład był zamknięty a teraz oferta powiększyła się o kaletnictwo.

A prywatnie ilość znajomych Anny zmniejszyła się o jedną osobę, która jest przekonana o swojej świetności i manipulując chce ją wykorzystać nie umiejąc przyzwoicie się zachowywać.

Za to pilot z poniższego tekstu dał znakomity odpór arogantowi (z „Rozmówki pilotów” na FB profilu „Czubaszki”):

Niemieccy kontrolerzy lotu na lotnisku we Frankfurcie należą do niecierpliwych. Nie tylko oczekują, że będziesz wiedział gdzie jest twoja bramka, ale również, jak tam dojechać, bez żadnej pomocy z ich strony.
Tak wiec z pewnym rozbawieniem słuchaliśmy (my w Pan Am 747) poniższej wymiany zdań między kontrolą naziemną lotniska frankfurckiego a samolotem British Airways 747 Speedbird 206:
Speedbird 206: „Dzień dobry, Frankfurt, Speedbird 206 wyjechał z pasa lądowania.”
Kontrola naziemna: „Guten Morgen. Podjedź do swojej bramki.”
Wielki British Airways 747 wjechał na główny podjazd i zatrzymał się.
Kontrola naziemna: „Speedbird, wiesz gdzie masz jechać?”
Speedbird 206: „Chwilę, Kontrola, szukam mojej bramki.”
Kontrola (z arogancką niecierpliwością): „Speedbird 206, co, nigdy nie byłeś we Frankfurcie!?”
Speedbird 206 (z zimnym spokojem): „A tak, byłem, w 1944. W innym Boeingu, ale tylko żeby coś zrzucić. Nie zatrzymywałem się tutaj.”

Mechanik z Pan Am 727 czekając na pozwolenie na start w Monachium, usłyszał co poniżej:
Lufthansa (po niemiecku): „Kontrola, podajcie czas pozwolenia na start.”
Kontrola (po angielsku): „Jeżeli chcesz odpowiedzi, musisz pytać po angielsku.”
Lufthansa (po angielsku): „Jestem Niemcem, w niemieckim samolocie, w Niemczech. Dlaczego mam mówić po angielsku?”
Nierozpoznany głos (z pięknym brytyjskim akcentem): „Bo przegraliście tę cholerną wojnę!”

***************************************************

W poniedziałek 10 lutego we wrocławskim  „Saloniku Trzech Muz” odbył się Wieczór Walentynkowy pod tytułem „TY to JA – Ja to TY”. Gospodynią wieczoru a także piosenkarką ubarwiającą spotkanie była Elżbieta Anna Kołodziejczyk. Osoba niebanalna, trochę z tej ziemi, a niekiedy nie J. Ubrana była w nietypową szatę z nagim prawym barkiem i ręką, a także stopami. Przygotowała też dwa fotele pod dużą stojącą lampą dzięki abażurowi dającą ciepłe światło. Na niej wisiały makramowe łapacze snów, jedna z drzewem życia. Biała oznaczała element kobiecy, czarna – męski. Można było usiąść na jednym z foteli lub stanąć pośrodku co zrobiłam.

Przybyłe osoby poproszono o prezentację swoich prac (proza, poezja, sztuki plastyczne) na powyższy temat. Jako pierwsza wystąpiła Ela Wodała, od lat wykonująca przepiękne obrazy z suszonych roślin. Dla Saloniku stworzyła tą techniką krasnala „Saloniusza”, którego powiększona postać witać każdego wchodzącego do Saloniku. Pokazała kilka swoich prac tematycznie związanych z tym świętem.

W zaproszeniu gospodyni napisała: „Forma prezentacji dowolna: przeczytany wiersz, krótka proza, zaśpiewana piosenka, przedstawiony obraz czy nawet opowiedziana historia (możliwie nie dłuższa niż pięć minut).

Specjalnie w domu przeczytałam na głos swoje opowiadanie „Miłość w ogrodzie”, aby sprawdzić jak to długo potrwa. Zmieściłam  się w  wyznaczonym czasie. Albowiem „mistrzynią” krótkiej formy jestem. Grażyna zwierzyła mi się, że też tak zrobiła.

Miałam przygotowane kserokopie swojego tekstu i chętnym je rozdałam.

Niestety nie wszyscy potrafią czytać ze zrozumieniem i „poszły konie po betonie”, czyli niektórzy zaserwowali nam długie (za długie) opowieści ze swojego życia wzięte. Średnio interesujące dla mnie. Gadulstwo nie jest dowodem na inteligencję.

A tematem wieczoru  naprawdę nie było: opowiedz nam swoją historię.

Gdyby nie to, wieczór byłby na szóstkę. Ale i tak było miło.

Filmik – nagranie występów, ja jako pierwsza:

Kolejne rozmowy pilot – wieża/koordynator lotów:

Wieża: „Żeby uniknąć hałasu, odchylcie kurs o 45 stopni w prawo.”
Pilot: „Jaki hałas możemy zrobić na wysokości 35000 stóp?”
Wieża: „Taki, kiedy wasz 707 uderzy w tego 727, którego macie przed sobą.”

*******************************************************************

Pilot: „Dzień dobry Bratysławo.”
Wieża: „Dzień dobry. Dla informacji – mówi Wiedeń.”
Pilot: „Wiedeń?”
Wieża: „Tak.”
Pilot: „Ale dlaczego, my chcieliśmy do Bratysławy.”
Wieża: „OK, w takim razie przerwijcie lądowanie i skręćcie w lewo…”

**********************************************************************

Pilot Alitalia, któremu piorun wyłączył pół kokpitu: „Skoro wszystko wysiadło, nic już nie działa, wysokościomierz nic nie pokazuje….”
Po pięciu minutach nadawania odzywa się pilot innego samolotu: „Zamknij się, umieraj jak mężczyzna
…”

********************************************************************

Wieża: „Wasza wysokość i pozycja?”
Pilot: „Mam 180 cm wzrostu i siedzę z przodu po lewej…”
********************************************************

Strach wsiadać do samolotu, lepiej siedzieć w domu. Taniej i zdrowiej dla planety.

Anna po masażu pojechała do punktu pocztowego w galerii handlowej, aby nadać listy. Chciała nabyć znaczki i zapytała o koszt skserowania kartki A-4. No i usłyszała, że znaczki ma tylko po złotówce, bo nie dowieźli a kserokopiarka nieczynna.

– To ma pani kiepski dzień – podsumowała seniorka. A przecież to nie piątek i nie trzynasty dzień miesiąca – pomyślała.

W gabinecie rehabilitacyjnym zobaczyła dość dużą lampę solną nabytą w grocie solnej. Podobno są też takie w kształcie kota.

– Nie kupiłam sobie żadnego prezentu z okazji urodzin to może taką lampkę kocią warto?

Upalne miasto 135

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

***********************************************************************

Anna w trakcie choroby określiła się jako „tańcząca z lekami” choć wolałaby z kotami. Z wilkami to już niekoniecznie. A właściwie to ma dwa w jednym, czyli tańcząca i walcząca z lekami. Konkretnie to walczy z brakiem koncentracji, aby je zażyć we właściwej kolejności i o odpowiedniej porze dnia.

A może by tak zastosować kurację tym owocem brzydkim ale podobno pysznym i zachwycająco pomocnym? Opisał go autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny  też”:

Ugli = brzydkie cytryniątko (zadaje pytanie: ja nadrabiam osobowością, a ty?) przypomina cytrynę, która zasiedziała się w wannie. Tak naprawdę jest jednak wyjątkowo smaczną krzyżówką pomarańczy lub grejpfruta z mandarynką. Taka była impreza w cytrusowie. Na pierwszy rzut oka widać skąd się wzięła nazwa ugli. Biedak jest tak brzydki, że nie ma polskiej strony na Wikipedii. Tymczasem historia ugli jest całkiem ciekawa, bo to hybryda, ale wynaleziona przez samą matkę naturę.

Oficjalna nazwa ugli to jamajskie tangelo i pochodzi od tego, że cholera wie, czy przypadkiem w tej owocowej orgietce nie brały udział również tangelo, czyli mieszanki mandarynki i pomelo. Musicie wiedzieć, że cytrusy są dosyć puszczalskie, to znaczy chętnie się ze sobą krzyżują. Swoją drogą nazwę „UGLI” zastrzegła jamajska firma Cabel Hall Citrus Ltd, co grozi delegalizacją Ryszarda Terleckiego.

Większość ugli, w zależności od odmiany jest bardziej lub mniej pogarbionych i pokrytych zmarszczkami. Skórka ma kolor żółto-zielony z licznymi plamami i przebarwieniami oraz porami, na których widok nawet najbardziej satanistyczne kosmetyczki zaczynają recytować Zdrowaś Mario.

Wiadomo, że małe jest piękne, dlatego ugli czasami przerasta nawet wujka-tatę grejpfruta. Jest też wyjątkowo soczyste i dlatego sporo waży. Jeżeli chodzi o smak to podobno doskonale łączy trzy największe zalety cytrusów: słodycz, kwasowość i maskowanie smaku wódy. Podobno im brzydsze ugli na zewnątrz, tym słodsza nagroda czeka w środku. Tak przynajmniej ugli pisze przypadkowym dziewczynom poznanym w Internecie.

Ulgi można się najeść, napić i wyleczyć nim z różnych schorzeń. Badania naukowe wykazały, że ugli zawiera najwięcej antyutleniaczy ze wszystkich cytrusów. Ma działanie antywirusowe, przeciwnowotworowe, a jak je zostawić u sąsiada z piętra wyżej na wycieraczce to gość przestaje tupać. Co prawda głównie dlatego, że się na nim wykopyrtnął i sobie nogi połamał, ale tego mi już nikt nie udowodni.

I tu przychodzi mi na myśl powiedzenie o różnych ludziach: jest głupia/i ale za to brzydka/i). Niepożyteczna/y też, nic nie potrafi za to się wymądrza i oczekuje zachwytów.

Miłą niespodziankę sprawił Annie telefon koleżanki – lekarki. Wypytała ona dokładnie pacjentkę o to jak się zachowuje jej organizm, jak się czuje, ile jeszcze zostało pastylek antybiotyku  i czy ma kogoś, kto dostarczy zakupy. I stwierdziła, że w trakcie wizyty nie powiedziała jaki jest naprawdę stan seniorki, żeby jej nie wystraszyć.

– To duże szczęście mieć taką koleżankę, w tym moim całożyciowym doświadczaniu działań diabła – stróża – z wdzięcznością pomyślała  Anna.

Kolejne dni spędzała na czytaniu książki Patricii Shaw „Nad wielką rzeką”, której akcja toczy się w latach sześćdziesiątych XIX wieku w Australii. Potomkowie, wywiezionych tam  byłych skazańców już się zagnieździli na  kontynencie bezwzględnie wypierając  Aborygenów. Bohaterami są właściciele wielkich farm, dwaj z politycznymi ambicjami. Jeden przyjaźnie traktujący tubylców traci żonę i jej służącą,  przekonany, że to Aborygeni je zgwałcili i zabili szuka zemsty.  Poza tym występują w powieści córki najbogatszych farmerów Laura i Amelia, dziennikarz, właściciel lokalnej gazety, policjanci, żołnierze  Mamy też wątek romansowy.

Dla mnie najciekawszy jest wątek Aborygenów i ich traktowania przez białych mieszkańców.

O początkach osadnictwa białych ludzi w Australii; tekst z portalu polskieradio24.pl:

13 maja 1787 brytyjska Pierwsza Flota wypłynęła z 1487 osobami (w tym 778 skazańcami), w celu założenia pierwszej europejskiej kolonii na kontynencie australijskim.

Dożywocie za kawałek sera

W końcu XVIII wieku Anglia borykała się z problemem gwałtownie rosnącej przestępczości i przepełnienia więzień. Było to spowodowane m.in. negatywnymi skutkami rewolucji przemysłowej. Brakowało pracy, ceny rosły, a wielu ludzi cierpiało głód.

W 1790 roku londyńska policja oceniała, że spośród 800 tysięcy mieszkańców stolicy 105 tysięcy stanowią kryminaliści. Rzecz w tym, że w tym czasie do groźnych przestępstw często zaliczano czyny, dziś kwalifikowane jako drobne wykroczenia. Zaś jedyną znaną i stosowaną metodą zwalczania przestępczości było zaostrzanie kar. Dożywotnie wyroki więzienia wydawano za kradzież kawałka płótna, czy sera.

„Wysypisko śmieci”

Przez lata skazańców wysyłano za Atlantyk. Głównie do Indii Zachodnich i na kontynent północnoamerykański. Przegrana w 1783 roku wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych, zmusiła Anglików do poszukiwania nowego „wysypiska śmieci”. Po nieudanym eksperymencie w Afryce Zachodniej, skierowano wzrok w nieznane.

W 1786 roku Parlament Brytyjski postanowił utworzyć kolonię karną w okolicach opisanej przez Jamesa Cooka Botany Bay w Australii. Tysiące ludzi, często drobnych przestępców, wysłano na koniec świata. Do miejsca, o którym nic wówczas nie wiedziano – dokąd sięga, jaki jest tam klimat, czy jakie kryje niebezpieczeństwa?

Jeremy Bentham, angielski prawnik i filozof, tak skomentował tę decyzję: „Skazuję Cię, ale nie wiem na co, może na burzę morską i katastrofę okrętową, może na okrutną zarazę, może na głód, a może na to, byś został pożarty przez dzikie zwierzęta. Odejdź i szukaj szczęścia, żyj albo giń, cierp albo bądź szczęśliwy. Precz z moich oczu!”.

Australia jak Syberia

Z Anglii, pod dowództwem kapitana Arthura Phillipa, wyruszyło jedenaście żaglowców. Na pokładzie, oprócz załogi i zbrojnej eskorty, znajdowało się 778 skazańców. 18 stycznia 1788 dotarli na miejsce. Okazało się, że wylądowali na pustkowiu – nie było tam nic.

– Australia była dla XIX-wiecznej Anglii tym, czym Syberia dla Rosji – mówił na antenie PR prof. Paweł Wieczorkiewicz.

Więźniów podzielono na brygady robotnicze i przystąpiono do pracy. W ciągu roku powstały zalążki pierwszej osady – miasteczko Sydney.

Program resocjalizacji

Początkowo koszty utrzymania kolonii były tak duże, że rozważano jej porzucenie. Gubernator Phillip zdawał sobie sprawę, że utrzymanie przedsięwzięcia, powiedzie się tylko wtedy, gdy kolonia będzie samowystarczalna. Zdobył zaufanie i szacunek więźniów starając się zapewnić wszystkim pożyteczną pracę. Część zatrudniono w administracji i w magazynach. Innych przy rozbudowie miasta, portu i ich obsłudze. Stopniowo wprowadzono bezprecedensowy system resocjalizacji. Więźniowie za dobre sprawowanie mogli otrzymać kolejno urlop, zapłatę za pracę, ziemię na własność, a wreszcie upragnioną wolność.

Podróżnicy, którzy odwiedzali Australię w pierwszych dwóch dekadach XIX wieku, byli zgodni, że zapanował tam niemal wzorowy ład, a bezpieczeństwo było nieporównywalnie większe niż w ówczesnych miastach europejskich. Od początku XIX wieku zaczęto notować zyski. Eksploracja wybrzeży i głębi kontynentu ukazała bogactwo i ogrom nowych ziem.

Australijski cud

O ile w pierwszych stu latach swojego istnienia amerykańskie kolonie osiągnęły liczbę czterystu tysięcy mieszkańców, to w Australii były to trzy miliony. Sukces australijskiej kolonii rozpoczął debatę o etyce angielskiego systemu karnego. Zwyciężył pogląd, że zsyłanie więźniów do nieznanych krajów jest równoznaczne z popieraniem niewolnictwa. Epopeja więźniów skończyła się w roku 1849 – Australia stała się krajem normalnym.

Upalne miasto 134

Drodzy Czytelnicy pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa, więc proszę nie oczekiwać zbyt wiele. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki – część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*************************************************************************************

Nowy Rok – nowe działania złośliwego diabła stróża. Nie tylko psikus z laptopem, kopytny się w ten sposób tylko rozgrzewał. Wsadził swą brudną łapę w gardło i oskrzela Anny.  W myśl jego zasady: rok bez antybiotyku, rokiem straconym.

Zdarza się w czasie choroby majaczyć i seniorce zaczęła się snuć opowieść o dalszych losach  literackich i filmowych bohaterów. Właśnie w telewizji powtarzają serial „Lalka” więc uznała, że Wokulski wcale nie umarł tylko osiadł w Szwajcarii. Do banku w tym kraju przeniósł swoje pieniądze, kupił ładny dom i zajął się ogrodnictwem. Po latach nawet wyhodował nową odmianę róży, nie mógł jej nazwać Izabela, bo już taka istniała. Helena też. I Magdalena. I Małgorzata. Stanęło na Polonia.

 Korespondował z panią Stawską, która powtórnie została wdową, bo jej drugi mąż Mraczewski zginął w wypadku. Wokulski zaprosił więc kobietę z córeczką proponując osobne mieszkanie  w jego domu i pensję w zamian za prowadzenie mu domu. Ofertę przyjęła.

W tym kraju osiedlili się także (dużo później, w latach trzydziestych) Henryk Kwinto z Martą i Justysią oraz  J. J. Duńczyk. Ten ostatni próbował (jak Michał Waszyński producent, reżyser i scenarzysta, który udawał księcia a z pochodzenia był Żydem o nazwisko Mosze Waks) zorganizować i prowadzić wytwórnię filmową ale dość kiepsko mu szło.

W ostatniej chwili przed wybuchem II wojny przyjechali bracia Nuta i Moks, obaj z żonami. Jedną z nich była aktorka Natalia. Po rozpoznaniu potrzeb mieszkańców założyli warsztat naprawy aut.

Kasiarze kupili osobne domy ale w swoim sąsiedztwie oraz, całkiem przypadkiem, niedaleko domu w którym mieszkała Helenka (już seniorka) Stawska z mężem i dziećmi.

Gustaw Kramer zginął w trakcie ucieczki z więzienia.

Fani pisarki Joanny Chmielewskiej doskonale wiedzą, że nie umarła tylko zamieszkała w … Szwajcarii, razem ze soją przyjaciółką  Alicją. I to w pobliżu domów Wokulskiego oraz kasiarzy. Rzuciła palenie papierosów ale nie pozbyła się ciągot do hazardu. Razem z przyjaciółką zorganizowała w piwnicy  mini kasyno, w którym bywała cała Polonia pod pretekstem wieczorów autorskich. Przyjechała do niej wnuczka, tak się jej spodobało, że została, wyszła za mąż i rozwinęła działalność artystyczną – tkała, znajdujące wielu nabywców, kilimy.

Wszyscy blisko siebie mieszkali, polubili się a nawet, niektórzy pobrali. Sielanki nie było, jak to w życiu ale Wokulski zapomniał o Izabeli i ożenił się z panią Stawską, mieli nawet dwóch synów. Duńczyk nigdy się nie ożenił, bo był gejem.

Anna wcześniej skończyła czytać „Odrzanię” Zbigniewa Rokity. Czytała jego „Kajś” o Śląsku a ta dotyczy „ziem odzyskanych”, niektórzy nazywają je „wyzyskanymi” i nie ma przesady w tym określeniu. Sowiecki rząd nie żałował sobie grabieży i przemocy na tych terenach. I mimo upływu lat mieszkańcy nie czuli się zbyt pewnie.  Bo Niemcy bardzo długo nie chcieli uznać, pogodzić się z faktami,  granicy na Odrze i Nysie.

Ta książka to reportaż historyczno – socjologiczno – osobisty.  Zawiera wiele interesujących wiadomości o ziemiach jakie weszły w skład naszego kraju po II wojnie, bo tak chciał i przeforsował Stalin zabierając nam Kresy.

Do lekarza Anna zapisana była na wtorek i czekała, w złej kondycji, od czwartku. Nie wychodząc z domu. Stan fizyczny się jej pogarszał, szczególnie, że dołożył się do tego kaszel nocny i dzienny. Nocny był gorszy, bo nie pozwała zasnąć a jeśli mimo to zadrzemała to następny atak ją ocucił i wkurzył. I tak co noc od czwartek/piątek, piątek/sobota, sobota/niedziela, niedziela/poniedziałek. Postanowiła więc przemóc się i w poniedziałek iść do apteki po lek powstrzymujący kaszel tiocodin, który okazał się być też w syropie. Miała już dosyć bezsennych nocy i bólu mięśni przy kolejnym ataku.

Lek kupiła, do sklepu spożywczego wstąpiła, parę produktów nabyła i poczłapała do domu. Daleko nie miała ale najtrudniejszą trasą były cztery piętra schodów. Stawała co pół piękna, dyszała jak stara, zdezelowana lokomotywa i z każdą kolejną wysokością był coraz gorzej. Ostatnie schody przebyła prawie na czworaka, cała w pocie, legła na małej i niewygodnej wycieraczce i nie miała siły wstać. Wreszcie się ocknęła, otworzyła drzwi i nie zdejmując kurki padła na tapczan.

– Oto zalety malutkiego mieszkania, od drzwi wejściowych blisko jest do pokoju – pomyślała odzyskując świadomość po kwadransie. Drugi jeszcze przeleżała ocierając pot z całej głowy. Siłom i godnościom osobistom powoli podniosła się i zdjęła kurtkę. Wypakowała zakupy i chlapnęła tiocodin czekając na cud braku kaszlu i bólu. Który jakoś zbyt powolutku następował, bo diabeł tego pilnował.

Z powodu choroby musiała zrezygnować z masażu i spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki.

Poprzedniego dnia dnia zaaplikowała sobie witaminę C 1000 i rutinoscorbin co pomogło trochę zmóc objawy dolegliwości.

Lekarka, ubrana w ochronny fartuch i maseczkę, po osłuchaniu tułowia Anny orzekła: zapalenie oskrzeli na granicy z zapaleniem płuc.

– Tego jeszcze u mnie nie grali – pomyślała seniorka ubierając się i ciężko ale ostrożnie siadając na krześle.

Poprzedniego dnia, po epizodzie tapczanowym, postanowiła, że jeśli stan bardzo byle jaki się utrzyma pojedzie do lekarza a potem do apteki taksówkami.

Na szczęście nie było takiej potrzeby, dała radę tramwajami.

Leki wykupiła, do domu dotarła bez niepożądanych atrakcji i od tego czasu jest tańczącą z wieloma lekami. Bo i poprzednich na zawroty głowy oraz alergię jest kilka, a teraz jeszcze trzy. I należy dużo pić – takie usłyszała zalecenie.

W czwartek poczuła pragnienie zjedzenia kolejnej miski zupy składającej się ze zmiksowanych warzyw oraz  mięsa indyczego. A zapas w zamrażalniku właśnie się jej skończył.

Zaczęła więc planować krótką wyprawę po zdobycie ingrediencji i rozpoznawać swoje siły na zamiary.

– Jeśli wyrzucając śmieci nie będę miała zawrotów głowy to znaczy, że uda mi się plan zrealizować. Sklepy mam niedaleko przecież. Jeśli nie – poproszę znajomą, aby zrobiła mi takie zakupy – postanowiła.

Zawrotów nie było, kolejek w sklepach też. Nie żeby wracała do domu z  pieśnią na ustach i w podskokach, co to – to nie. Ale prawie normalnie.

Musiała jednak potem odpocząć trochę, aby podjąć się następnych kulinarnych kroków: mycia, obierania, krojenia, do garnka wkładania, wodą zalewania, na gazie stawiania, pokrywką przykrywania.

Po ugotowaniu od kości oddzielania, studzenia, miksowania, do pojemniczków wlewania.

W międzyczasie zjadła trochę ugotowanego mięska i surówkę: marchew, kiszony ogórek, cykoria i jabłko, sól, pieprz ziołowy, olej rzepakowy.

Babka na bank – opowiadanie kryminalne

(WSTĘP: jak widać piszę głównie prozę, ale zrobiłam kilka kart ATC z wierszykami, które powstały z wyciętych gdzieś tam wyrazów/fraz,  m.in. taki o tytuleBank”: Sprawa już przegrana/żądamy bezpiecznej forsy przez długie lata/Zobacz w środku/wybierz coś dla siebie. )

 Niewielki oddział banku usytuowany był  na spokojnym osiedlu, w budynku z lat sześćdziesiątych. Graficiarze mu nie odpuścili i  zaznaczyli swoją obecność niczym psy na spacerze. Dwoje pracowników weszło bocznymi drzwiami pół godziny przed rozpoczęciem przyjmowania interesantów.  Włączyli komputery i czajnik. Zagotowali wodę, włożyli torebki z podłą herbatą do firmowych kubków, którymi klienci pogardzili bo tak były piękne. Przedstawiały bowiem prezesa z kotem z jednej strony i premiera z drugiej.  Napis głosił: Polski Ład wam jest rad.

Barbara, w białej bluzce i ciemnych spodniach, ze złotymi kolczykami w uszach, sprawdziła czy ma na swoim stanowisku długopis, kartki duże i małe oraz czy drukarka jest czynna. Jej kolega Karol tego nie zrobił bo był pewien, że jest doskonały a więc i wszystko wokół niego. W razie czegoś nieoczekiwanego wykorzysta dobrze przygotowaną koleżankę.

– Baśka otwórz drzwi, już dziewiąta – powiedział poprawiając nienagannie ostrzyżoną fryzurę i sprawdzając sms-y w  smartfonie.

– Leń, obibok i wykorzystywacz – rzuciła w jego stronę. Ale spłynęło to po nim jak po stadzie kaczek, gęsi i łabędzi.

Izolda siedziała w sypialni przed toaletką lekko retuszując swoją nieprzemijającą, dzięki ingerencji medycyny estetycznej, urodę. Naturalnie rude włosy wiły się wokół jej twarzy jak miedziane sprężynki. Jej mąż mówił, w chwili złości, że to żmije jadowite tak jak ona.

– Kretyn – pomyślała malując usta. Popatrzyła na swoje paznokcie pokryte fioletowymi hybrydami z namalowanymi zielonymi żabami bo lubiła kumkające.

Zdjęła podomkę, z szafy wyjęła dżinsy i błękitny sweterek. Sprawdziła zawartość torebki wiszącej na oparciu krzesła, zapięła ją i zachichotała.

Z toaletki wzięła telefon i wybrała jeden kontakt.

– Jestem przygotowana i zdecydowana. Ty też, mam nadzieję? Przecież wszystko ustaliliśmy, miałeś tylko przygotować ewakuację. Bilety na samolot masz? To przyjedź taksówką po moje walizki. I ubierz się tak, żeby cię nikt potem nie rozpoznał. Wiem, że sto razy ci to mówiłam, tylko przypominam. Czekaj na mnie tam gdzie wiesz.

Odłożyła telefon, ze stosiku białych karteczek oderwała jedną, wyjęła z kubka długopis i napisała:

„Kochana, wyjeżdżam na długie wakacje, bo jestem bardzo zmęczona. Jesteś już dużą dziewczynką, poradzisz sobie. Dbaj o koty. Zostawiam ci kartę do osobnego konta”.

Odłożyła długopis, przeszła do sąsiedniego pokoju, notatkę położyła na biurku córki a na niej kartę bankomatową.

W przedpokoju włożyła adidasy, szarą kurtkę, szarą czapkę i popielaty szalik. Czarną dużą torebkę zarzuciła na ramię. Bardzo chciała, aby wszystko się jej udało więc ludowym rosyjskim zwyczajem przysiadła na krześle. Oparła głowę o ścianę wspominając dzieciństwo na wsi i dojazdy do szkoły rozklekotanym autobusem. Ciążę z dopiero co poznanym na zabawie, chłopakiem. Wyklinających ją rodziców i aborcję u przekupionego lekarza.

Energicznie wstała otrzepując się z ponurych myśli. Pogasiła światła, sprawdziła czy wszystkie okna są zamknięte, pogłaskała koty, zmieniła wodę w miseczce i dosypała karmy. Wyszła na korytarz i zamknęła drzwi trzema kluczami.

Otworzyła garaż i wyprowadziła elektryczną hulajnogę.

– Hulaj dusza, piekła nie ma – powiedziała pod nosem. I włączyła pojazd.

Dyrektor banku ściągnął do pracy koło południa w stanie wskazującym na zużycie. Miał na sobie wymięty garnitur, poplamiony krawat i koszulę trzeciej świeżości. W gabinetowej lodówce zawsze czekał na niego kefir oraz soki z kiszonych ogórków i pomidorów. Sprzątaczka miała obowiązek na bieżąco uzupełniać zestaw. Na szczęście nie na swój koszt. Czasem sama też korzystała z tych zasobów. O wiele rzadziej jednak niż przełożony, który właśnie usiadł na wygodnym fotelu i sięgnął do lodówki. Otworzył ją i wyciągnął litrową butelkę kefiru. Nie zauważył, że z półki wyskoczyła myszka. Tym razem nie była biała jak trzy dni temu gdy miał,  przechodzoną w domu, delirkę. Na szczęście zawsze w takich wypadkach pomagał mu szkolny kolega będący sanitariuszem. Kroplówką odtruwał go do następnego razu. Tym razem powinien wystarczyć kefir – pomyślał wlewając w usta kwaśny płyn.

Musiał zapić każdą wizytę gościa, któremu prał pieniądze.

– Jak ja się w to wplątałem? – myślał w rzadkich chwilach refleksji. Odpowiedź była prosta – obiecano mu, że to będzie jednorazowa akcja. I on, kretyn, uwierzył. Owszem, opłaciło mu się. Piękny dom, piękna żona, utalentowana muzycznie córka dziwnie do niego niepodobna no i dwa przymilne koty. Nie wspominając o dwóch drogich samochodach, wakacjach na Seszelach, domu w Hiszpanii i licznych kontach za granicą. Tylko poczucie nieustannego zagrożenia mąciło jego spokój i pogłębiało nałóg.

– A taki byłem zdolny – przypomniał sobie sukcesy w szkole i na uczelni. Śpiewał tam w chórze i udzielał się w kole plastycznym. Obrazy leżały zakurzone na strychu domu, a głos stracił moc i barwę.

– Muszę odczepić się od tego gościa – postanowił. Tylko jak? Wynająć płatnego zabójcę? Dosypać trucizny do picia lub jedzenia? Skąd wziąć truciznę? I jeszcze musiałem zatrudnić tego dupka, który nadaje się do pracy jak ja do baletu. Czknął, rozwiązał krawat i wrzucił go do kosza.

Izolda podjechała do kawiarni, wprowadziła na zaplecze hulajnogę i przywitała się ze swoją siostrą Imogeną, która była właścicielką lokalu. Obie miały innych ojców ale po matce odziedziczyły rudowłosość. I bardzo się lubiły.

– Jesteś zdecydowana? – zapytała kawiarniana siostra.

– Pewnie. Wszystko przyszykowane i zorganizowane.

– Ufasz mu?

– Tak, z małą nutką niepewności, ale i na tę ewentualność jestem przygotowana.

– To świetnie. Napijesz się kawy?

– Chętnie. Pomoże mi precyzyjniej działać.

– To siadaj przy stoliku, może jakiś deserek, na przykład tiramisu?

– A daj, nie wiem kiedy będę znowu jadła.

Iza popijając kawę i powolutku smakując smakołyk wspominała dziecięcy zachwyt watą cukrową i krówkami ciągutkami.

Wysączyła ostatnią kroplę napoju, oblizała łyżeczkę, wytarła serwetką usta i wstała z krzesła. Bez słowa pocałowała siostrę w policzek. Wyszła z kawiarni zostawiając tam hulajnogę. Powoli wkładając na twarz maseczkę przeszła na drugą stronę ulicy i otworzyła drzwi do banku. Podeszła do stanowiska przy którym obsługiwał Karol, wyciągnęła z torby pistolet i strzeliła dwa razy.

Z gabinetu wyszedł Adam dyrektor. Zachwiał się w progu i krzyknął:

– Iza, co ty robisz?

Kobieta nie zwracając na niego uwagi spokojnie schowała pistolet do torebki i wyszła z banku. Wsiadła do czekającego na nią auta i odjechała.

Na lotnisku czekał na nią pracownik obsługi, przekazał bilet i klucz do skrytki bagażowej życząc udanego lotu.

Dyrektor wysłał sms-a do córki:

– Matka zabiła Karola.

A ona odpisała:

– Dobrze mu tak.

– Ale dlaczego?

– Bo był jej i moim kochankiem.

– A ja myślałem, że jest gejem.

– To też go interesowało. Zadzwoniłeś na policję?

– I do ojca Karola. Ten to da mi popalić.

– Przecież nie ty go zabiłeś!

– Ale moja żona.

– Pamiętaj, że rozwiedziona.   

– Myślisz, że oni to wezmą pod uwagę?

– Byli świadkowie?

– Tylko Baśka.

– Nie martw się na zapas. Pa.