Upalne miasto 157

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************************

Czwarty dzień sierpnia to trochę słońca i trochę deszczu. Tego drugiego oczywiście wtedy gdy wyszłam po zakupy.

Głównie, aby skserować „Spacerownik po miejscach akcji książki „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”. Bo tam są nie tylko koty i trupy. Dużo też różnych miejsc mojego miasta, które w książce mają swoją notkę.

Poza tym nabyłam małe ogórki do zakiszenia, czosnek i chrzan. Koper miałam z torebki zawierającej przyprawę do kiszenia ogórków. Powinien być z dojrzałymi nasionami  a sprzedają zielony.

A na obiad oprócz makaronu z sosem, który powstał ze zmiksowania leczo (nie lubię jedzenia ciągle tego samego), dobry wyszedł. Jako jarzynka: uduszona cukinia, pomidor lima, cykoria, ogórki kiszone, pomidory suszone, sól i pieprz ziołowy plus gęsi smalec, taki mój wynalazek trochę z cyklu „na winie” – co się pod rękę nawinie.

Wtorek – masażysta mnie pyta:

– Czy jedzie pani na jakieś wczasy?

JA:

– najlepsze wczasy to ja mam tu, w pańskim gabinecie.

A potem zaskoczył:

– Jak szykuje się pani na jutrzejsze święto?

– Jakie święto?  Nic nie wiem.

–  No, jak, to inauguracja nowego prezydenta.

– Aaaa, ale ja go nie wybierałam, więc o świętowaniu nie ma mowy. Bardzo nie ma. Wstyd na cały świat będzie, a już mieliśmy przez 10 lat nieustanną prezydencką kompromitację.

Byłam w kinie (po bardzo dłuuugim czasie się wybrałam) na „Vinci 2”. Lubię komedie tego reżysera.

Teraz Robert Cumiński czyli Cuma mieszka z ognistą Carmen w Hiszpanii i bardzo mu tam dobrze jest. Ale przeszłość wraca w postaci Chudego (w poprzedniej części był Gruby) z propozycją nie do odrzucenia. Żona woli zaadoptować szczeniaczka niż wysługiwanie się złodziejom ale Cumę natura ciągnie do lasu. Tyle, że Chudy przedobrzył  i zespół Cuma – Julian/Szerszeń Wolniewicz oraz górnik z dwojgiem dorosłych dzieci robią mu psikusa z fajerwerkami. Nie chodzi tym razem o obraz.

Spotykamy się ponownie z Japończykiem, który o mało co w poprzedniej części nie popełnił seppuku. A jego żonę, kustoszkę Muzeum Czartoryskich gra Ilona Ostrowska (najbardziej znana z serialu „Ranczo”) w  awangardowej fryzurze i okularach.

Akcja z początku ciągnie się jak zużyta guma do żucia a potem nabiera życia i daje, momentami, czadu.

Więckiewicz spisuje się świetnie, Szyc dobrze mu partneruje, Dorocińskiemu napisano odjechaną scenę i nieźle się popisał, złodzieje bez profesjonalizmu dostają po nosie i kieszeni. A najbardziej zaskakujący jest koniec.

Zupełnie niezaskakujące jest orędzie odchodzącego prezydenta – to wodospad przechwałek wzdęcia i nadęcia. A szanowna małżonka powiedziała na pożegnanie: „Jestem najszczęśliwszym człowiekiem w tej kancelarii”. No, miała dziesięć lat drogi przez mękę. Bidulka.

We wtorek 5 sierpnia w warszawskim Ogrodzie Botanicznym zakwitło DZIWIDŁO. Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że to dla uczczenia nowego prezydenta.

Autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też tak to – to opisuje:

Warszawiakom opadło wielkie dziwadło. Spokojnie, Pałac Kultury nadal stoi.  Marcin Prokop również jest bezpieczny. Chodzi o dziwidło olbrzymie, czyli największy kwiat świata, który w dodatku śmierdzi jak kontener na bioodpady. Dziwidło to roślina z gatunku obrazkowatych (bo lepiej oglądać ją na papierze). Jej kwiatostan dorasta do ponad trzech metrów wysokości, a cała roślina potrafi ważyć sto dwadzieścia kilo, z czego większość przypada na schowaną pod ziemią bulwę.

Dziwidło zakwitło wczoraj w nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego i od razu zasmrodziło okolicę. Biedny kwiat chciał tym aromatem przyciągnąć muchówki i chrząszcze, a zwabił Warszawiaków.

Specjalnie dla nich wrota ogrodu botanicznego rozwarły się o siódmej rano, a nie o dziesiątej – jak zwykle. Niestety botanicznianie, czyli pracownicy ogrodu, nie poinformowali o tym wcześniej amatorów mięsnych aromatów.

No i się zaczęło marudzenie, bo dziwidło przez te kilka godzin straciło na powabie. Co prawda dalej wali jak bąkiewicz wypuszczony na granicy (dobrego smaku) – ale żółta kolba kwiatostanu zwisa smętnie, zamiast dumnie sterczeć na baczność.

Dziwidło kwitnie tylko przez 2–3 dni i w dodatku bardzo rzadko. Ostatnio warszawski okaz pokazał kolbę w 2021 roku. Poza Warszawiakami wydarzenie uświetnił wtedy jeż, który próbował wejść bez kolejki i w dodatku na krzywy ryjek.

W środowisku naturalnym dziwidło występuje na indonezyjskiej Sumatrze. W lesie deszczowym nie ma zbyt wielu tradycyjnych zapylaczy, bo pszczoły nie lubią, jak im się żądło poci. Dziwidło musiało wymyślić, jak zwabić inne owady – padło na padlinożerne chrząszcze i muchówki. Owady wpadają na wyżerkę zachęcone zapachem, a na miejscu dostają tylko pyłkiem po oczach i dziwidło pokazuje im środkową łodygę.

Ale po kolei. Najpierw dziwidło wypuszcza długi nawet na siedem metrów liść. Kiedy on przekwitnie, pojawia się kwiatostan – czyli żółta kolba oraz fioletowe osłony, przypominające płatki. Wewnątrz kolby panuje temperatura nawet o 5–10 stopni Celsjusza wyższa niż na zewnątrz, bo – jak wie każdy fan makreli z mikrofali – ciepło wspomaga roznoszenie się zapachów.

Smród, opisywany jako połączenie gnijącego mięsa z popsutym jajem, roznosi się nawet na kilka kilometrów wokół dziwadła. Musi, żeby zwabić owady z pyłkiem innego dziwidła. Roślina nie zapyla się sama, bo drobne kwiaty męskie w górnej części rozwijają się, dopiero kiedy żeńskie u nasady więdną. Islandczycy w tym samym celu używają aplikacji.

Jeżeli macie ochotę zobaczyć przekwitnięte dziwidło, to zapraszam dzisiaj do ogrodu botanicznego – albo w dowolny dzień na obrady sejmowe.

Z facebookowego fanpage Doroty Zawadzkiej (za jej zgodą) wzięłam poniższy tekst:

„Prezydent MOŻE:

– zgłaszać projekty ustaw (ale to Sejm decyduje, co z nimi zrobi),

– podpisać ustawę lub zawetować ją (weto może być odrzucone 3/5 głosów Sejmu),

– kierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego,

– mianować premiera, sędziów, generałów, ambasadorów, członków niektórych instytucji,

być zwierzchnikiem sił zbrojnych (ale decyzje militarne podejmuje rząd),

– reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej,

– inicjować debaty publiczne i symbolicznie wpływać na kierunek kraju.

Prezydent NIE MOŻE:

– samodzielnie zmieniać stawek podatków (VAT, PIT, Belka),

– prowadzić polityki energetycznej, mieszkaniowej, zdrowotnej czy edukacyjnej,

– wypowiadać umów międzynarodowych (np. Paktu Migracyjnego czy Zielonego Ładu) – to robi rząd i Sejm,

– narzucać ustaw – Sejm może je odrzucić lub zmodyfikować.

Większość zapowiedzi prezydenta Nawrockiego to polityczne hasła bez realnego przełożenia na kompetencje prezydenta”.

Upalne miasto 156

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Ostatnia środa lipca, słonecznie.

W planie spacer po dużym parku w towarzystwie dużo młodszej znajomej, będącej na urlopie. Bezdzietnej – tak mi się skojarzyło, bo jedna z pań na warsztatach odrobinę ponarzeknęła (od  słowa narzekać), że na spotkaniach UTW wszystkie panie o wnukach i o wnukach.

Na rogu ulic dwóch seniorka zapytała mnie w którą stronę trzeba jechać do ZOO. Powiedziałam, przeszłyśmy na pasach  i na ławeczce usiadłyśmy. Pochwaliłam jej sukienkę mówiąc, że kiedyś ten wzór nazywał się „łączka”. I tu się pani trochę rozgadała, zwierzając się, że kupiła dwie takie same tylko jedną na niebieskim (w tej była) a drugą na czerwonym tle. I jeszcze cztery inne, tak zapragnęła sukienek, bo ciągle chodzi w spodniach. Ale lubi te z szerokimi nogawkami i tu się z nią zgodziłam.

Po parku  ze znajomą spacerowałyśmy prawie trzy godziny opowiadając o sobie i różnych znajomych. Życzliwie choć czasem z wielkim zdumieniem nad zachowaniami bliźnich. I o przemocy, nie tylko (głównie nie o takiej) fizycznej.

Spacer zakończyłyśmy w knajpce „Mała czarna” mieszczącej się przy wejściu na Stadion Olimpijski. Wzięłyśmy, oprócz kawy,  jedną jagodziankę na pół. Dobra ale były to jagody w cienkiej otoczce ciasta. Ja jednak wolę, aby to była widoczna drożdżówka a nie jej ślad z jagodami.

W parku nie spotkałyśmy żadnych zwierzątek (nawet wiewiórek) ale ssaki w postaci ludzi to owszem. Zrobiłam trochę zdjęć, głównie kwiatów na które polowałam, bo na większej połaci to drzewa, krzewy i trawa. A w niej stokrotki i koniczyna, mało fotogeniczne.

Słuchając czasem wypowiedzi, nie tylko polityków, przychodzi mi na myśl powiedzenie (podobno angielskie): 

Bycie głupim jest tak jak bycie martwym, gdy jesteś martwy nic cię nie obchodzi ale ludzie wokół odczuwają ból.

Okazuje się, że ciągle podpadam różnej władzy, mniejszej lub większej. Lata temu przeszłam po spokojnej, małej ulicy nie po pasach (a samochodów wtedy było mało) to dorwał mnie ambitny milicjant, spisał i ściągnięto mi mandat z naprawdę małej pensji.

  Po latach było jeszcze gorzej, trzech ubeków naszło mnie w wynajmowanym pokoju rano w styczniową wolną sobotę (stan wojenny) i zabrało po przeszukaniu pokoiku i nic nie znalezieniu. Zabrano mówiąc, że tylko na przesłuchanie. Moje odpowiedzi na liczne pytania w sobotę i poniedziałek tak im się nie spodobały, że (po pobycie w areszcie w nocy  z soboty na niedzielę) zawieziono mnie do więzienia gdzie już różne „zasłużone” panie siedziały. Postraszono mnie, że dostanę pięcioletni wyrok. Słowa nie dotrzymano, bo skończyło się na, prawie trzymiesięcznym,  internowaniu w Gołdapi.

Już mi się zdawało, że jestem porządną obywatelką a tu facebook mnie ukarał na wstawienie karty z art journala przedstawiającą różne grzyby, z napisem „…na grzyby, w aromatów pełen las…” co jest fragmentem piosenki z Kabaretu Starszych Panów. Algorytmom chyba zdawało się, że propaguję halucynogeny. Starsi Panowie pewnie, tam gdzie są, tarzają się ze śmiechu.

W deszczowy piątek spotkałam się z dawno niewidzianą a na warsztatach spotkaną, znajomą. Nie jesteśmy przecież z cukru, więc woda nas nie rozpuszcza.

Zamówiłyśmy kawę, herbatę i jagodziankę (za 16 zł) w narynkowej knajpce „Blossome” – bossom znaczy kwiat. I rzeczywiście wystrój jest kwiatowy a nawet różowy. Głównie różowe są tapicerowane foteliki, część ścian i girlandy naścienne. Wymieniłyśmy się swoją twórczością oraz poglądami i faktami. Twórczość do poczytania w domu. Okazało się, że mająca politechniczne wykształcenie znajoma ma zdolności literackie, zarówno poezja (dostałam tomik w prezencie) jak i proza nie są jej obce.

Oto jeden z nich:

„AWARIA” aut. Aleksandra Wrzos

Fabryczka napędzająca moje życie

zaczyna niedomagać

jeden trybik się zaciął

a ma się wrażenie

że cala maszyneria zakończy swój hałas

Psychika to delikatna materia

Fabryczka nie może więc być

Z przełomu wieków

Na pewno jest napędzana elektronicznie

skoro taka subtelność

spowalnia cały

funkcjonujący dotąd

bez zarzutu

mechanizm

(wrzesień 2006)

Czytam książkę „Wellness” Natana Hilla.

Z Internetu:

Wellness to filozofia dbania o dobre samopoczucie i zdrowie, obejmująca zarówno ciało, jak i umysł. Oznacza świadomy styl życia, który dąży do harmonii i równowagi we wszystkich aspektach życia, w tym aktywność fizyczną, zdrową dietę, redukcję stresu i dbałość o relacje społeczne.

Opowiada o Ameryce (USA) przez swoich bohaterów. Współczesnych, czyli małżeństwo Elisabeth i Jacka z synem i historycznych poprzez ich przodków, który wprawdzie dorobili się „od pucybuta do milionera” ale za pomocą oszustw, manipulacji i wykorzystywania innych.

Takie książki nazywane są Wielka Powieść Amerykańska a ta raczej obśmiewa mieszkańców tego kraju niż ich chwali za zaradność, przedsiębiorczość, pomysłowość i patriotyzm.

W bliższej skali to historia małżeństwa, które po dwudziestu latach  okazuje się być nieudane a partnerzy sfrustrowani w dzień i w nocy.

Oto jej mały (bo książka 780 stron, to dla mnie o wiele za dużo co najmniej o jedną trzecią) fragment:

„Małżeństwo to po prostu technologia bez gwarancji, że się kiedyś przeterminuje. W sensie, że może i było dobrym narzędziem w czasach wiktoriańskich czy nie wiem kiedy ale dla nas? Teraz? Nie za bardzo. Mamy więc dwudziestopierwszowieczne związki chodzące na osiemnastowiecznym oprogramowaniu. Ciągle więc zdarzają się usterki i system się zawiesza. W przypadku każdej innej technologii próbujemy wprowadzać innowacje, aktualizować je i doskonalić, tymczasem w przypadku małżeństwa wygląda na to, że odrzucamy postęp w jakiejkolwiek postaci. Wmówiliśmy sobie, że podobają nam się te wszystkie usterki. Wolimy awarie systemu. Gdyby nie było tak trudno z niego korzystać, nie byłoby to warte zachodu. Przekonano nas, że błędy w oprogramowaniu są jego immamentnymi  cechami”.

Na koniec, uważam, że gadatliwość, czyli słowotok nie jest dowodem na inteligencję tylko wręcz odwrotnie.

A milczenie nie jest złotem, Milczenie jest szansą, która bardzo często jest marnowana.

Upalne miasto 155

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************************************************

Piątek 18.07. bezdeszczowy to dzień był.

Dużo wcześniej zapisałam się na warsztaty rozwojowe, które poprowadziła Magda Wieteska z pomocą Kuby Majkowskiego, czyli Grupa Most Serc.

W programie była część warsztatowa o komunikacji i relacjach, moderowane rozmowy 1:1 i przerwa na oddech, poruszanie się, wypicie kawy, herbaty, wody, zagryzienie ciastkami markizami, rurkami i winnymi gronami.

O szczegółach nie napiszę, bo Magda o to prosiła.

Spotkałam tam jedną moją imienniczkę poznaną już wcześniej ale widujemy się tylko przypadkowo, bo mieszkamy na dwóch końcach miasta.

Druga pani powiedziała, że mnie zna i okazało się, że raz była na imprezie jaką wymyśliłam po powrocie z internowania w 1982 roku i przez ponad trzydzieści lat organizowałam co miesiąc, w różnych miejscach, a nazwałam dress – party a teraz chodzi pod nazwą „WYMIANKA”.

Trzecią skojarzyłam gdy po rozmowach 1:1 (taki jakby speet dating) dowiedziałam się, z tego co mówiła o sobie, że ma na imię Ola, skończyła studia politechniczne choć wolałaby polonistykę. I tu klapka mi w głowie odskoczyła. W chwili przerwy zapytałam ją, czy mieszkała na pewnej ulicy mojego osiedla. Potwierdziła. To przypomniałam jej parę faktów z naszych, bardzo dawnych, kontaktów. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Zaskoczona byłam jej wyglądem, bo bez tych faktów nigdy bym nie pomyślała, że to ona. A jesteśmy rówieśniczkami. Przykro mi się zrobiło.

Magda zapowiedziała, że w sierpniu odbędzie się spotkanie w czasie którego oddamy się różnym grom.

Półgłosem powiedziałam: będziemy grać na pieniądze.

Kobieta siedząca obok mnie zapytała: naprawdę czy mnie wkręcasz?

Odpowiedziałam: wkręcam, to będą żetony.

I miała rację moja szkolna koleżanka, gdy wiele lat temu powiedziała:

– Nigdy nie wiem czy mówisz poważnie, czy żartujesz.

Czyli już w szkole średniej tak miałam, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Na koniec zajęć każda z nas (tak, były same kobiety) dostałyśmy kopertę. A w niej karteczkę z podziękowaniem za udział w warsztatach i małą muszelkę.

Ja Oli i Bożenie podarowałam zakładkę w postaci kota, z podanym adresem mojego bloga. Może tu zajrzą.

Razem w trzy poszłyśmy na przystanek tramwajowy i Ola powiedziała, że dobrze wyglądam, Na co ja zawsze , w takich przypadkach, dziękuję i mówię:

– To mój dobry charakter widać na twarzy, ha, ha, ha.

A siedząca na przystankowej ławce młodsza o wiele od nas, kobieta zachwyciła się moją torbą zrobioną, lata temu, z grubych pasków papierowych, umocowanych przezroczystą szeroką taśmą. Bardzo kolorową, z kocimi naklejkami.

Stwierdziłam, że praktyczna jest, bo nie przemaka.

–  Ale górą mogą krople wlecieć – zauważyła kobieta.

– Już wymyśliłam, że zastosuję rzepy – powiedziałam i kilka dni później to zrobiłam za pomocą kleju na gorąco z pistoletu. Zastrzeliłam torbę – ha, ha, ha.

Nie ma to jak parę miłych uwag od bliźnich i dzień ma dobre zakończenie.

Niedziela. Kolejny osiedlowy pchli targ. Zarezerwowałam mailowo stolik i krzesło na swoje rękodzieła. Po poprzednim w czerwcu napisałam na fb profilu Rady Osiedla, że nie wystarczy jedna informacja tam zamieszczona, że powinny być plakaty. Udostępniłam ogłoszenie i wysłałam znajomym w wiadomościach prywatnych.

Obiecano, że będą plakaty. W piątek o 11,30 na tablicy RO brak. Napisałam do nich o tym.

A na imprezie (pot lał się nam strumieniami zamiast szampana) zapytałam organizatorkę dlaczego nie ma plakatów to zareagowała fochem, bo się tak poświęca i może przestać. Ja na to, że pomogę napisać plakaty. Argument, że na wywieszenie trzeba zdobywać pozwolenia. Ale na tablicy RO, skoro jest organizatorem, to chyba nie. Zapytałam dlaczego nikt jej z RO nie pomoże w organizacji. Bo są na urlopie. Wszyscy na raz? – pytam. W odpowiedzi  FOCH!

A czy pani udostępniła wydarzenie na fb? – zapytała. Oczywiście. No to jest pani jedną z sześciu osób, która to zrobiła – usłyszałam. Ankietę wśród wszystkich mieszkańców osiedla zrobiła?

I jeszcze wmawiała, że w zeszłym roku były tłumy. Ciekawe, bo byłam w sierpniu i też więcej wystawiających niż kupujących.

Nie rozumiem tego – przywożą i rozstawiają namioty, stoły i krzesła na co potrzeba czasu i energii przecież a minimalnej reklamy im się nie chce zrobić?

Drugą świetną inaczej była 91-latka, która powiedziała, że ma bardzo dużo ciuchów w trzech wielkich szafach i musi je przynieść i wystawić do sprzedania. Z sąsiadką przy stole, (pracowitą bardzo, w tym czasie robiła swoją biżuterię z maleńkich koralików, bardzo pracochłonną i odpowiednio wycenioną) zachęciłyśmy ją do tego a ja zasugerowałam, aby niesprzedane rzeczy  potem zanieść do sklepu dobroczynnego, napisałam jej adres i dni, godziny przyjmowania.

A ta spojrzała na moje dekupażowe ikony i powiedziała:

– A to, to do kościoła zanieść.

No, jaka szlachetna cudzym kosztem. Sama całe życie wydawała pieniądze głównie na ciuchy zamiast zanieść do kościoła.

Z Internetu Bernard Shaw:

– Umiejętność znoszenia samotności i czerpania z niej przyjemności to wielki dar.

–  Czasem trzeba rozśmieszyć ludzi, żeby odciągnąć ich od zamiaru powieszenia cię.

– Zdrowy rozsądek i pracowitość potrafią zrekompensować brak talentu. Można być geniuszem, a mimo to zrujnować życie z głupoty.

– Dziś, gdy nauczyliśmy się latać jak ptaki i pływać jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie.

Z książki J. Carrola „Czarny koktajl” mój ulubiony cytat:

– Śmiech odkurza znużone półki naszych dni”.

Czwartek – w skrzynce zastałam zaproszenie na obchody powstania NSZZ „Solidarność” (co roku dostaję od czasu otrzymania odznaczenia) oraz awizo na list polecony chociaż byłam w domu. A na poczcie zawsze w takich przypadkach  mówią, że nie przyjmują skarg tylko poczta główna.

Z pojemnika na papier wyciągnęłam w połowie zapisany zeszyt w kratkę (nie lubię marnowania papieru, bo jestem dzieckiem PRL-u) a na obramowaniu leżały kartki z Amuna lub Amunu. Wzięłam choć robię swoje ale najwyżej komuś podaruję.

Piątek – weekendu początek. Zaczęłam od prasowania letnich bluzek, bo dotarło do mnie, że w ciągu tygodnia noszę 3 – 4 na okrągło. A jeszcze parę leży w szafie i nie może się doczekać zaszczytu.

Spociłam się cała wraz z włosami, jak dobrze, że jest bieżąca woda i można zastosować prysznic a w pokoju wentylator i wraca się do jakiej takiej normy.

Wytarłam się, założyłam najlżejszą podomkę i przygotowałam śniadanie. Biały ser posypany pieprzem ziołowym i pomidor pomieszany z kapustą kiszoną kupioną gotową. W dodatku pokrojoną, czyli niemającą długich farfocli uciekających z widelca. Zmoczyłam stare prześcieradło, położyłam na dywanie, uchyliłam (na łańcuchu) drzwi, aby był przewiew i włączyłam laptopa.

Fajnie ale gdzie są moje okulary? Nie, nie miałam ich na nosie jak pan Hilary. Zajrzałam w różne miejsca, do kosza na śmieci także, tylko lodówkę ominęłam. Tapczan trochę odsunęłam, podłogę zlustrowałam i nic. Wzięłam więc z szafki płaską szczotkę na długim kiju i spenetrowałam dokładnie podłogę wokół leża. I były, między nim a regałem się ukryły. Takie mam czasem poranne rozrywki.

Upalne miasto 154

            Upalne miasto 154

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

No i mam potwierdzenie powiedzenia: „Siła złego na jednego”, wrr. Upały odpuściły to: nadal pobolewa mnie niedawno zaplombowany ząb, uciekł mi jeden dzień tygodnia i okazało się, że dziś jest sobota (12.07) a nie piątek, a wybierałam się na zakupy, ha, ha, ha.

Tak, w sobotę też można je robić ale ten dzień zawsze mam zajęty wewnątrzdomowymi porządkowymi pracami. Zorientowałam się dzięki znajomej, która na fb życzyła wszystkim udanej soboty.

– Jak to?! Dzisiaj jest sobota? Niemożliwe!

Sprawdzałam to na laptopie, telefonie i w kalendarzu – nie chciało być inaczej!

Trudno, zjadłam śniadanie i wrzuciłam rzeczy do pralki, włączyłam ją i HUK, brak prądu. No, jeszcze tego mi było trzeba do szczęścia.

Korki typu wajcha na półpiętrze w dobrej pozycji były. Nie wiem dlaczego tam poleciałam zamiast sprawdzić w mieszkaniu.  Jedna tu opadła więc ją podniosłam, bo po co biedulka ma leżeć.  Stała się światłość, więc ja, mądra inaczej, włączyłam pralkę ponownie. I tu jak nie trzaśnie ze smrodem włącznie. Wyłączyłam ją z kontaktu. Wajchę na korytarzu podniosłam i zaczęłam szukać pomocy. Nie, nie wychyliłam się z okna i nie wołałam na całe podwórko: ratunku, pomocy, cywilizacja mi się zepsuła.

Przewidując najgorszy wariant wyjęłam rzeczy z pralki i wyprałam je ręcznie.

Parę ładnych lat temu fachowiec mi naprawiał ten sprzęt, bo podkolanówka wkręciła się w bęben i hamowała działanie. Napisałam do tego naprawiacza maila, a że nie odpowiadał wpisałam poszukiwania w Internet. Zadzwoniłam, zostałam odpytana na okoliczność i okazało się, że ktoś przyjedzie za pół godziny. Podano wysokość opłaty i to, że będę mogła zapłacić kartą.

Po tym czasie wszedł do mojego maleńkiego mieszkania bardzo wysoki młody człowiek. Na szczęście szczupły. Uprzedziłam na wejściu, żeby uważał, bo miejsca jest mało. A przestrzeń raczej odpowiednia dla krasnoludków jako, że to Wrocław a one są wszędzie.

Na sobie miał koszulkę z napisem firmowym a w ręce trzymał grzałkę pralkową.  Poprosił o opis awarii, opowiedziałam w skrócie, bom niegadatliwa jest.

Do łazienki z malutkiej kuchenki wchodzę bokiem obok pralki. Fachowiec też tak musiał, a potem namęczył się odwracaniem sprzętu, aby dostać się do bebechów. No i zachwycił się, oczywiście zabytkowością pralki firmy Zanussi (mieszkanie z filmowym przepychem mam – tak czasem się chwalę). I jej stanem technicznym. Takie mam małe muzeum techniki.

Dwa czy trzy razy ją włączał, aby sprawdzić ponaprawowe działanie a ja myślałam ile to wody i pieniędzy za nią spłynie.

Kontaktowy za bardzo nie był ale podał mi numer swojego telefonu. No i skasował trzy stówy. Za plombę nadal dokuczającego zęba też tyle zapłaciłam. Klątwa jakaś? Trzystu to było Spartan pod Termopilami ale co to ma do moich wydatków?

Okazało się, że fachowiec pożąda zapłaty gotówką a nie kartą.

– To muszę iść do bankomatu – stwierdziłam.
Ale poszłam po rozum i pamięć do głowy w wyniku czego przeszukałam różne miejsca ale nie były to skarpety ani sejf. Gotówki wystarczyło!

Uprane ręcznie rzeczy włożyłam do pralki i kazałam robić swoje. Zrobiła. Nawet wypływając, w pierwszym wylewie, woda była cieplejsza niż zazwyczaj, bo wymieniono grzałkę.

W ramach siły złego rozdarła mi się, przy siadaniu, też zabytkowa, już łatana, podomka z kory. No, lubię ją – a co, nie wolno? Przyszyję kolejną łatę ale zagroziłam, że jak jeszcze raz to zrobi, to zostanie szmatą. Bez konieczności nocnych konsultacji z wrednymi politykami.

Tak więc mam kolejne diable figle połączone z wydatkami lub/ i z naprawami:

– spłuczka wymagała wymiany części swej zepsutej

– w laptopie coś zeżarło avast i CCleaner

– ząb mi dokucza mimo zaplombowania

– pralka dała czadu

– podomka drze się jak stare prześcieradło

– poprzylepiałam się do lepu

– nieudany pchli targ

– na w.w. imprezie – zła, głupia, podła i brzydka znajoma za to bardzo nachalna, wymuszająca zaangażowanie w fundacji swojej córki, bo łatwo i wygodnie być szlachetnym cudzym kosztem.

Nieogarnięty jest ząb, dentysta zalecił śledzenie jego zachowania, bo w razie ciągu dalszego dokuczania trzeba go będzie leczyć kanałowo. To dopiero będzie finansowy kanał. Już się cieszę!

A do śledzenia to z jakiej agencji wynająć detektywa? Byle nie Rutkowskego.

„Ale za to niedziela będzie dla nas” – śpiewał kiedyś idol młodzieży teraz już seniorów. Zapisałam się na zajęcia malowania akwarelą. Myślałam, że się czegoś nauczę, że przekazane zostaną nam podstawy malowana tą techniką. Odbędą się jakieś ćwiczenia. W ogłoszeniu zalecono wziąć swój papier, słoiczek i kocyk do siedzenia na ziemi. To wzięłam także folię bąbelkową do podłożenia. Miejsce zbiórki wyznaczono w parku obok kontenera ESK. Przyszłam kilkanaście minut wcześniej. Kręciło się tam sporo osób ale pojęcia nie miały o co mi chodzi. Bo one są zupełnie z innej bajki i przygotowują przedstawienie a nie malowanie. Najwyżej słowem.

No to poszłam do siedziby organizatora na ramieniu mając ciężką torbę  –  kocyk, parasol, karty z bloku akwarelowego, podkładka z klipsem, akwarele guziki, pędzelki dwa, słoiczek na wodę, chusteczki higieniczne i nawilżane, butelka z wodą oraz woreczek – kosmetyczka z dokumentami, grzebieniem, długopisem, notesikiem itp.

W siedzibie dowiedziałam się, że panie prowadzące właśnie wyszły zmierzając do celu. Na górce obok kontenera ich nie było za to okazało się, że są z drugiej strony. Nie postawiono czy położono NIC – żadnego napisu, niekoniecznie akwarelowego, strzałki choćby z patyków, psikniętej na trawie farbą z aerosolowej puszki.

Na małe palety można było sobie wycisnąć trochę ich farb, różnych kolorów,  z tubek. Kto nie miał dostał kubek na wodę i pędzelki. Wyjaśniono, że gdy kartka jest sucha farby zachowują się inaczej niż gdy jest mokra. I zasugerowano, żeby nie używać białej farby tylko zostawiać białą część kartki.

Usiadłyśmy na ławce, kocyk mi się przydał, przełożyłam go na oparcie. Naprzeciwko miałyśmy pas ściętej, uschniętej dzięki upałom, trawy, staw a na nim parę kaczek, za tym dużo zieleni w postaci drzew i krzaków, w dwóch miejscach kamienne schody i spacerowiczów. A w głębi budynek Wydziału Architektury Politechniki.

No i przekonałam się, kolejny raz, że ta forma sztuki jest mi kompletnie obca. Tak jak całe malarstwo.

Choć najbardziej chciałabym umieć rysować, aby robić karykatury. Poćwiczyłabym swój sarkazm nie tylko słowny. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Upalne miasto 153

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

**************************************************************************************

Czwartek 3.07.25 r. to apogeum upału, musiałam więc zastosować czwórkę chłodzącą. Poprzednie dni miały tylko dwójkę lub trójkę. Czwórka to: uchylone okno, uchylone (na łańcuchu i zastawione słoiczkiem) drzwi wejściowe (na korytarzu są okna), mokre stare prześcieradło na dywanie i wiatrak ściągnięty z pawlacza.

Jednak wyjście z domu było konieczne, doszłam do przystanku przebijając się przez gęstość i duszność  powietrza a na szczęście tramwaj był z klimatyzacją. Dzięki  losie.

Na miejscu zajęć literackich włączono stojący ale i huczący klimatyzator, więc wyłączenia wymagający.

Na stole była woda z cytryną i miętą, bo pić w czasie upałów  należy sporo. Ale bezprocentowo.

Potem z G. podjechałyśmy do lodziarni „Roma” („ta karczma Rzym się nazywa, kładę areszt na waszeci” napisał wieszcz). Są tam tylko cztery stoliki, bo lokal mały a przed nim nie ma miejsca na wystawienie, nawet jednego,  mieści się przy wąskiej uliczce.

Los nam zaserwował niespodziankę w postaci bardzo nadgryzionej zębami używek kobiety w zaawansowanej ciąży proszącej o datek w postaci lodów. W ręce trzymała butelkę piwa marki na literę h.

Przy sąsiednim stoliku klient powiedział:

– Nie jestem donatorem, stać panią na piwo to tym bardziej na lody. Ale butelka tego piwa to 1,60 (wiem z Internetu) a gałka lodów 9 złotych.

Na oparciu krzesła od strony przejścia wisiała moja torebka, więc ją przewiesiłam.

Co ciężarna zauważyła i zapytał:

– Przeniosła pani torebkę, bo się boi napaści?

Potwierdziłam. 

No, jak bystra 😉

Milszą częścią pobytu była para z fajną suczką, gdy się nią zachwycałyśmy strzygła uszami a jej pani powiedziała, że psica wie, że to o niej mowa. Ma na imię Chałka.

A propos, w sobotę na śniadanie zjadłam dwie kromki chałki z masłem. Wstawiłam nowy tekst na blog, odebrałam pocztę mailową i już był czas zbierać się na przystanek. Bo od wczoraj są kolejne Dolnośląskie Warsztaty Craftowe (robótkowe, nie tylko ale głównie papierowe).

Dojazd niezły bo jednym autobusem ale za to droga piesza i kołowa trwa pół godziny. Byłam tam umówiona z trzema paniami, aby wymienić się kartami ATC.

Z „Bloga Kreatywnego”:

Artist Trading Cards, skrótowo zwane ATC, to jedna z małych form w scrapbookingu i jednocześnie jedna z niewielu o precyzyjnie określonych parametrach. Karta ma kształt prostokąta o wymiarach dokładnie 2,5×3,5 cala (8,9×6,4 cm).

Dopuszczalne, chociaż rzadkie, jest stworzenie ATC o innym kształcie (np. owalnego), ale mieszczącego się w prostokącie tej konkretnie wielkości. Grubość karty nie jest określona z góry, ale w praktyce nie może przekraczać kilku milimetrów

Ode mnie – Na facebooku są grupy promujące, zachęcające do wykonywania kart ATC, pokazywania ich a potem bezinteresownego wymieniania się.

A Scrapbooking to rękodzielnicza technika ozdabiania albumów, kartek, zaproszeń i innych przedmiotów, polegająca na tworzeniu kompozycji z papieru, zdjęć, naklejek, ozdób i innych dodatków. To kreatywna forma wyrażania siebie w unikalny sposób. 

Tak więc przybyłam na miejsce, spotkałam nie tylko dwie umówione ale i inne z którymi powymieniałam karty. Trzecia się nie odezwała choć wysłałam do niej wiadomość i czekałam dwie godziny. Nawet pytałam różne rozmawiające w grupach, panie czy znają taką osobę – nikt nie potwierdził. No, dziwne. Trudno.

Po niedzieli okazało się, że umówiona zapomniała telefonu, podobno na sali ogłaszano, że jestem poszukiwana (filmu o tym nikt nie nakręcił J ) a ja siedziałam 2 godziny przed budynkiem, bo nie lubię duchoty i ciasnoty.

Za wstęp na imprezę, od lat, płaci się 10.- zł w zamian dają pakiet plansz kolorowych. Poza tym pieczątkę na rękę. Nie świecącą J.

Miałam niczego nie kupować ale silna wola nie jest moją dominującą cechą osobowości. Jak obserwowałam koleżanki – nie tylko moją.

Trudno, raz się żyje a potem tylko straszy.

Zabawna scenka:

Przed budynek wychodzi młody (30-40 lat) mężczyzna i pyta zgromadzone kobiety:

– Czy widziały panie, może, dwóch takich jak ja ale trochę mniejszych?

– A to są klony? – zapytała jedna z dziewczyn.

Z maków najbardziej lubię makowiec, a autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” tak o tej roślinie napisał:

MAK = ĆPAK

Maki są fajne, bo lubią przemoc i prochy, można z nich zrobić makowiec i wyglądają jak otwarte złamanie. Czego tu nie lubić? Maki hodowali od 2700 roku przed naszą erą mieszkańcy starożytnej Krety, czyli Kretyni. Nie mylić z kretami, czyli potworami, które żywią się dżdżownicami i łzami właścicieli trawników.

Z maku da się zrobić opium, rogale świętomarcińskie i inne niebezpieczne substancje, na przykład wspomniany makowiec, który po przedawkowaniu powoduje ogólną opuchliznę człowieka i może prowadzić do ćwiczeń.

Mak tak jak przeciętny Amerykanin składa się w połowie z tłuszczu. Olej z maku jest jednak drugi pod względem jakości po oliwie z oliwek, a od wyciągu z Ameryki można dostać ceł na gospodarce i wrzodów na duszy.

Jedna łyżka maku mieści 33 tysiące ziarenek. Słowianie wierzyli, że żywią się nimi zmarli, bo mak był drobny, a oni cholernie skąpi. Dwie łyżki maku zaspokajają 25% dziennego zapotrzebowanie na wapń i 15% na błonnik. Nie wiem dokładnie, ile łyżek maku jest w makowcu, ale lepiej nie ryzykować i nałożyć sobie jeszcze kawałeczek.

Wróćmy jednak do tego co Brytyjczycy w Chinach lubili najbardziej, czyli opium. Robi się je z niedojrzałych makówek maku lekarskiego, a konkretnie z białego mleczka, które w nich siedzi. Z tej samej substancji produkuje się również morfinę, a za PRLu robiło się drugi najbardziej uzależniający kompot, po tym z suszonych śliwek.

Większość współczesnych odmian maków, które wyglądają, jakby teletubiś popuścił na kartkę, powstało w Anglii w XX wieku. Anglicy mają totalnego świra na punkcie maków, bo są dla nich symbolem I Wojny światowej, czyli tej kiedy się dopiero rozkręcaliśmy. Mają nawet wiersz o makach „na polach Flandrii”. Flandria to kraina w Belgii gdzie toczyły się szczególnie zacięte walki. Pola po wojnie całe zarosły makami, ale tak naprawdę to nie dlatego, że maki lubią przemoc (chociaż lubią) tylko dlatego, że pociski artyleryjskie pokruszyły masę murów a ludzie przekopali ziemię uwalniając wapń, za którym maki przepadają.

Kilka lat po wojnie większość maków znikła razem z wchłoniętym wapniem. Brytyjczycy jednak nadal noszą maki od końca października do 11 listopada, jako wyjątkowo ładną pamiątkę niezwykle paskudnych czasów. Białe maki z kolei symbolizują pokój, czarne — poległych z Afryki i Karaibów, a fioletowe — zwierzęta, które miały pecha poznać, jak działa człowieczeństwo.

Jeden z brytyjskich serów — Sir Cedric Morray zdołał nawet wyhodować szare maki. Miał za to zostać honorowym Polakiem, ale okazało się, że maki w sumie są pomarańczowe i szare tylko po brzegach więc ostatecznie musiał zadowolić się zniżką na przejazdy komunikacją miejską w Górowie Iławeckim.

U nas czerwone maki symbolizują żołnierzy poległych pod Monte Casino i opóźnienia kolei państwowych, kiedy jedyne co człowieka pociesza to kwiatki za oknem i to, że inni pasażerowie również cierpią. Te kwiaty to maki polne i rolnicy uznają je za chwasty. Nie wiem, za co maki uznają rolników, chociaż się domyślam. Mak polny, podobnie jak jego nasiona zawiera jedynie śladowe ilości zakazanych substancji. Wystarczy jednak żeby dać błędny wynik testów na narkotyki. Żeby bardziej, pozbyć się śmiesznych rzeczy z nasion można je drobno zmielić albo moczyć w wodzie i właśnie dlatego teksty na tej stronie są grubiańskie i suche.

Skarb na zamku

Opowiadanie z homonimami

 (zadanie jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę)

Homonimy to wyrazy, które brzmią i wyglądają tak samo, ale mają różne znaczenia. Innymi słowy, są to słowa, które są wobec siebie równokształtne, ale nie mają wspólnego znaczenia.

   Homofony:  słowa o identycznej wymowie, ale różnej pisowni (np. „morze” – „może”, „lód” – „lud”).

********************************************************************

Pewien idiota usnął w fotelu z „Idiotą” Dostojewskiego na kolanach. Wieczne pióro, którym zapisywał cytaty wypadło mu z rąk.

Papuga w klatce nastroszyła wszystkie swoje pióra.

Facetowi śniło się, że jedzie rowerem do zamku leżącego dziesięć kilometrów za jego miejscowością. Postanowił, baran jeden, że bóg jakiś pomoże mu wdrapać się na, rosnący w pobliżu budynku, buk i dostać się do wnętrza. A tam jakiś kot, najlepiej w postaci pięknej kobiety, poda mu tajny kod do sejfu znajdującego się w ukrytym pokoju. Pokój na świecie też był mu bliski ale ten z pieniędzmi i klejnotami przede wszystkim.

Wiedział, że w pobliżu drzewa skaczą żabki, a w garażu miał klucze typu żabka używane w czasie awarii hydraulicznej. Na przykład abisynki, czyli pompy wodnej. Nie odmówiłby pomocy przy tej pracy od pięknej Abisynki.

Biegające wokół psy miał zamiar uśpić za pomocą kiełbasy i smakowitego wołowego gnata.

Obawiał się tylko ukrytego, nie wiadomo gdzie, cichego alarmu mogącego zawiadomić psy na posterunku. A oni na pewno wezmą ze sobą gnaty i granaty.

Postanowił przedtem napić się kawki, aby żadne ptaszki, siedzące na drzewie , go nie wystraszyły.

Zaś z garażu sąsiada wyciągnie łódź potrzebną do przepłynięcia fosy.

W tym momencie zabrzmiała fuga tak głośno, że wszystkie fugi międzykafelkowe wypadły z łoskotem i tumanem kurzu.

Obudzony idąc tam zobaczył leżące na stole jabłka, jedno nadgryzione wyglądało jak logo pewnej firmy.

– A to krowa – pomyślał. Baba ugryzła i zostawiła. Makówkę to ona ma zupełnie pustą.

Jak raził psycholog w Internecie dla pobudzenia myślenia potarł energicznie swoje ucho i nalał kawkę do kubka z uszkiem idealnie dopasowanym do jego palców. Zrobił je sobie, kiedyś, na kole garncarskim dlatego piękny był i pożyteczny jak jego właściciel. Napis na kubku brzmiał: „Trudno być idealnym ale ktoś musi”.

Usiadł przy biurku i wziął do ręki myszkę. Akurat te zwierzątka, w każdej postaci mu nie przeszkadzały. Wolał je od żywych węży, lubił jedynie te martwe gumowe lub plastikowe, bo praktyczne.

W Internecie znalazł rozkład pomieszczeń zamku. Wszystkie drzwi miały zamki i trzeba było znaleźć do nich  klucze przemyślnie schowane w stróżówce.

– Chyba jednak będę potrzebował żurawia, aby dostać się do któregoś z okien. Mam po babci pierścionek z diamentem to zarysuję a potem młotkiem owiniętym ręcznikiem wybiję szybę. Tylko jak unieszkodliwić ewentualną syrenę alarmu? Nie mogę o to zapytać syrenkę warszawską, bo niema i zimna to babka. Za to syrena alarmu potrafi wściekle wyć – pomyślał pesymistycznie trochę.

Wyprowadził rower z piwnicy i pojechał na rekonesans okolicy. Na wszelki wypadek zapakował do plecaka bidon z wodą, batony energetyczne, chusteczki dezynfekujące, plastry, obcęgi, finkę i bakalii krzynkę.

Dojechał zmęczony ale i zadowolony, bo okazało się, że był to dzień otwarty dla zwiedzających.

Przypiął rower do stojaka i z plecakiem podążył za grupą.

Młoda i ładna przewodniczka kompetentnie i z poczuciem humoru opowiadała historię budowli. Na początku jednak oznajmiła:

– Muszę państwa rozczarować. Pogłoski o ukrytych tu skarbach są przesadzone. Niejednokrotnie sprawdzano wszystkie zakamarki, zarówno architekci jak i radiesteci oraz poszukiwacze skarbów z wykrywaczami metalu. Mimo to wszędzie zainstalowaliśmy alarmy a cenne obrazy oraz przedmioty oddaliśmy do muzeum. Nie powiem którego. Tu są tylko kopie.

Na te słowa idiota zemdlał a pod ciężarem jego plecaka zarwał się kawałek podłogi i biedak wleciał do piwnicy. A tam…

p.s. ciąg dalszy być może nastąpi.

Upalne miasto 152

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

************************************************************************************

Wisienką (wolę czereśnie) na torcie środowych figlów diabła stróża (patrz odcinek UM 151) jest musowość zwrotu małego wiatraczka. Masażysta taki sobie nabył w OBI (za 30.-zł) ale zaproponował, że mi odstąpi a sam sobie nabędzie, bo w tym sklepie bywa.

Ponieważ i więc albowiem jest haczyk, nie – nie do powieszenia tylko w przenośni, umówiłam się, że przymierzę, sprawdzę czy u mnie zadziała. Haczyk jest taki, że nie ma na końcu przewodu wtyczki do kontaktu tylko wejście usb. W domyśle – można go podłączyć do komputera lub do końcówki telefonicznej ładowarki. W domu sprawdziłam obie opcje – każda okazała się być nietrafioną. Wetknięty koniec do laptopa (tak, włączyłam zasilacz) nie zadziałał. A końcówka ładowarki ma o wiele mniejsze wejście niż to wiatraczkowe usb.

 Za dobrze by mi było – prawda? A paszła won z takimi fanaberiami, mokrą szmatą się wycieraj a nie wiatrakuj! Zachciało się udogodnień!

Z innej ale aktualnej beczki, uwielbiam teksty tego autora i choć nie przepadam za łaciną kuchenną, która tu mnie nie razi a nawet bawi.

Oto tekst z fb profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” o CZEREŚNI = polskie złoto:

Czereśnie popie*doliło – te małe czerwone ku*więta tylko siedzą i knują, jak tu człowiekowi popsuć poranek. Jak nie konsumentom, to sadownikom – zawsze ktoś cierpi z powodu czereśni. Jeszcze do niedawna ludzie płakali, że za cenę kilograma owoców trzeba dać tyle, co za metr kawalerki w Sopocie. Teraz, kiedy podaż wzrosła, to sadownicy załamują ręce. Ja się nie wypowiadam, bo by mi czereśnie powypadały z gęby.

Tymczasem czereśnia nie tylko rujnuje ludzi, ale w dodatku łże jak najęta. Tak naprawdę czereśnie to owoce wiśni, tylko że ptasiej. Mamy ptasią grypę, ptasie móżdżki, no i ptasie wiśnie, czyli czereśnie. Warto mieć to na uwadze, gdyby ktoś za bardzo w piórka obrósł.

Wiele niesłowiańskich języków w ogóle nie wyróżnia oddzielnej nazwy dla czereśni. Dla nich to po prostu cherry, kirsche albo cerise, tak jak inne wiśnie. Słowo czereśnia wzięło się od starożytnego miasta Cerasus w dzisiejszej Turcji, tak jak wakacje od „waka’cjus”, co w starotureckim znaczy „spółkować z kierowcą autokaru”.

Faktycznie, Turcja słynie z czereśni, a odkąd zaczęliśmy tam regularnie jeździć, również z czereśniaków. Nie można jednak ich tak sobie przywieźć w bagażu podręcznym. Jakiś czas temu czereśniowa przemytniczka dostała za 3 kilo czereśni 300 zł kary na lotnisku w Gdańsku. W 2022 roku jeszcze by na tym zarobiła, bo czereśnie na rynku pierwotnym dochodziły do 260 zł za kilogram. Cen z rynku wtórnego nie znam, bo się archiwum zes*ało.

Skoro przy tym jesteśmy, to z czereśniami trzeba ostrożnie z kilku powodów. Po pierwsze, są jak Helena Trojańska, tylko zamiast okręty w morze, wyprawiają ludzi na porcelanę, bo zawierają sorbitol, czyli naturalny alkohol cukrowy. Można się po jego nadmiarze nadąć jak radny na otwarciu Biedronki, a można zamienić w gejzer pionowego startu. Czereśnie w Europie zawdzięczamy, tak jak inne gówniane rzeczy, np. salut i prawo – Rzymianom. A konkretnie wodzowi Lukullusowi, który powinien nazywać się Łykullus, bo pochłaniał czereśnie w takich ilościach, że na jego cześć wymyślono termin „uczta Lukullusa”. To podróż kulinarna, która rozpoczyna się sałatką owocową, a kończy koncertem jelita grubego.

Po drugie, czereśnie są bronią zakazaną konwencją Jordanowską. To od ogródków Jordanowskich, których blaszane zjeżdżalnie latem paliły ogniem tysiąca słońc, a zimą metalowe słupki niewoliły więcej języków niż chińscy cenzorzy i krówki mordoklejki. No więc konwencja Jordanowska stanowczo zabrania wykorzystania czereśni w charakterze broni miotanej, jeżeli uczestnicy potyczki mają na sobie ubrania z grubsza białe. Czereśnie zawierają antocyjany i farbują do tego stopnia, że kiedyś używano ich w charakterze szminki. Jeżeli ubrania są ciemne albo przeciwnik to mój dawny sąsiad Łukaszek, to można naparzać bez ograniczeń. Pie*dol się, Łukaszek, ty już wiesz za co.

Poza antocyjanami czereśnia zawiera amigdalinę, która w kontakcie z kwasami żołądkowymi zamienia się w cyjanowodór. Franca trzyma ją szczelnie zamkniętą, więc trzeba by rozgryźć 200–300 pestek, żeby się człowiek przez czereśnie wybrał do krainy wiecznych lodów – nigdy nie kumałem, dlaczego ktoś miałby wybrać na emeryturze od życia polowanie zamiast nieograniczonego ciamkania Bambino. Poza amigdaliną czereśnie zawierają również melatoninę, więc garść przed snem działa podobnie jak fikuśne tabletki reklamowane w radio pomiędzy spotami na suchość dróg rodnych.

Ostatnio zapytałam sprzedawczynię w których (jasnych czy ciemnych) jest więcej robaków, bo chciałam mieć dwa w jednym. Ale się nie udało – były bez mięsnej wkładki. To powinny być tańsze – prawda? 🙂

Sobota to nie tylko imieniny kota ale czasem zajęcia kreatywne poza domem. Zapisałam się na takie noszące tytuł: „Kolory tysiąca i jednej nocy” w Muzeum Pana Tadeusza. Pojęcia nie miałam, że będziemy zdobić papiery metodą ebru.

Ebru, znane również jako marmurkowanie, to tradycyjna turecka sztuka zdobienia papieru. Polega na tworzeniu wzorów na powierzchni wody, a następnie przenoszeniu ich na papier. Wzory powstają przez rozprowadzanie farb na specjalnie przygotowanej, gęstej wodzie, a następnie odbijanie ich na papierze. 

Najpierw prowadząca zajęcia imieniem Cezaryna (sic!) zaprowadziła nas do biblioteki MPT gdzie pokazała książki (w tym pierwsze wydanie „Pana Tadeusza) z okładkami, których papier jest w ten sposób ozdabiany.

Potem zeszliśmy do podziemia, aby knuć artystycznie. Czekały na nas kuwety z wodą oraz farby olejne wymieszane z terpentyną. Trzeba było kropić wodę kolorami a potem powstały wzór zebrać papierem. Fajna zabawa i nieoczekiwane efekty.

Każdy uczestnik (w tym jeden młody pan) dostał duży fartuch. Mnie tak nim omotano, że nie umiałam samodzielnie się wyplątać. Pomogła pani Czarka.

W holu muzeum natknęłam się na znajomą aktorkę (studiowała gdy ja, b. krótko, pracowałam w naszej szkole aktorskiej a potem kilka razy była u mnie w bibliotece publicznej, coś wypożyczyła, bo mieszka w tamtej dzielnicy). Ona mnie poznała, przytuliła i poleciała. Tylko zdążyłam zapytać o której będzie przed muzeum czytać.

28 czerwca Wrocław organizuje czytanie „Pana Tadeusza” przed Muzeum Pana Tadeusza w ramach obchodów 191. rocznicy pierwszego wydania tego poematu.

Na rynku trwały przygotowania do imprezy „Wrocław ze smakiem – deserowy chillaut”, ludzi już pełno, nie zrobiłam więc żadnych zdjęć. Idąc przez rynek natknęłam się na znajomą imieniem Halina, akwarelistkę wystawiającą tam swoje prace. Przywitała mnie:

– Dopiero z pani książki („Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”) dowiedziałam się, że była pani internowana. Tyle razy się spotkałyśmy u Mili z mężem i ani razu pani o tym nie wspomniała. Oni też nie.

–  A bo to nie były tematy imieninowe czy andrzejkowe a z takich okazji się tam widziałyśmy.

Kupiłam od niej akwarelkę z wrocławskim motywem, chciała mi ją, jako znajomej, dać za darmo ale powiedziałam, że przecież mam emeryturę.

– Ja też ale zostałam ulicznicą – zażartowała.

– Raczej rynkownicą, bo to rynek przecież – uściśliłam.

Po drodze oczywiście zbierałam darmowe materiały papierowe przydatne do czytania i kolaży.

Na osiedlu zaś kupiłam truskawki na straganie a lody i nowy numer czasopisma „Książki” w kiosku.

W domu zdjęcia z zajęć i krótki opis zamieściłam na facebooku, znajoma, którą zapisałam ale nie mogła przyjść skomentowała, że żałuje, ja na to: nie zawsze jest niedziela, czasami sobota (tak jak dzisiaj).

Upalne miasto 151

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*******************************************************************************

Już nieraz pisałam, że mam osobistego diabła stróża, który bardzo pracowity jest. No i nie ma wypalenia zawodowego, pracoholik jeden. Nadal trwa urzędowa sprawa jakiej pozytywnego rozwiązania nie mogę się doczekać, bo urzędy nie są dla ludzi tylko, aby męczyć i dręczyć petentów oraz pobierać opłaty.

Jakby tego było mało ten osobnik coś zachachmęcił w moim laptopie i zanikł mi jednocześnie avast oraz ccleaner. Próby ponownego zainstalowania skończyły się porażką.

W deszczowy bardzo poniedziałek zaniosłam sprzęt do fachowca, który od lat pomaga mi w takich sprawach. Odpłatnie, bo to jego praca a nie hobby. Skanowanie okazało się konieczne, miało potrwać 2 – 3 godziny. Ale nie ma tak dobrze, kopyta, ogon i rogi służą diabłu do psucia wszystkiego wokół mnie. A tym razem okazało się, że to grubsza sprawa. Zwykłe skanowanie nie daje rady. Potrzebne inne.

Następnego dnia telefonicznie dowiaduję się, że akcja trwa, przewidywany czas to ok. godz. 15. Ok, po masażu robię zakupy i idę do domu pełna nadziei na sukces. Po drodze wybieram pieniądze z bankomatu spodziewając się wyższej opłaty za usługę  niż podana pierwotnie.

O piętnastej jestem przed zakładem, drzwi zamknięte. Dzwonię, pan musiał wyjechać, będzie za pół godziny. To idę zwiedzać dzielnicowe przybytki rozpusty. Kupiłam pułapkę na muchy, bo do tradycyjnych lepów ciągle się przylepiam.

Fachowiec przyjeżdża, pokazuje, że oba programy wgrane a przy okazji laptop oczyszczony, bo był zakurzony. No, nie tryskam kurzem ale mieszkam przy ruchliwej ulicy.

Zapłaciłam i poszłam sobie. Nazajutrz próbuję, zwykłą metodą wgrać zdjęcia z aparatu fotograficznego. Wyświetla się komunikat, że muszę sformatować dysk a przy tej operacji pliki zostaną usunięte. Szlag o mało mnie nie trafił! Jedno naprawione, inne zepsute. Próbuję raz, drugi, trzeci – za każdym razem to samo. Już miałam dzwonić do fachowca ale kliknęłam na ikonkę „eksplorator plików” i tam się, w bocznej listwie – spisie treści ukazała informacja o dysku usb. Kliknęłam i bardzo dobrze zrobiłam. Oby to zawsze tak działało choć poprzednio było lepiej. Bo od razu pokazywała się strona z ikonką DCIM.

Przy okazji oddawania laptopa dowiedziałam się, że „zaradny obywatel” wybił fachowcowi szybę w samochodowym bagażniku i ukradł narzędzia. A potem przyszedł do zakładu proponując, aby fachowiec je nabył. Ten się zgodził, złodziej poszedł po narzędzia, fachowiec zadzwonił po znajomych i policję a po wejściu zaradnego zamknął drzwi informując go o tym. Typ wypierał się na zasadzie „to nie moja ręka” a potem próbował uciec okienkiem – lufcikiem położonym nad drzwiami wejściowymi. Policji pokazano nagrania z monitoringu – samą kradzież z auta i desperacką próbę ucieczki.

Policja przestępcę wypuściła a fachowiec stracił szybę i narzędzia.

Do pracy w hospicjum lub do kamieniołomu takiego zaradnego.

Sobota –  kalendarzowy pierwszy dzień lata a mnie lekko dokucza ząb. No, dawno nie miałam takiej atrakcji. Już się cieszę, wrr.

Poniedziałek – idę do dentystycznej firmy zatrudniającej kilku stomatologów. Mieści się na sąsiednim osiedlu (za mostem leżącym niedaleko domu) przy krótkiej uliczce przy której, lata temu, pracowałam w bibliotece. Tej już dawno nie ma, jest urząd mieszkaniowy, na drugim końcu knajpa a pośrodku dentyści. I dzisiaj zauważyłam, że obok teraz jest weterynarz.

Pojechałam, zarejestrowałam się, był termin za półtorej godziny. Kupiłam więc sól kłodawską i pomidory oraz sałatkę krabową. Zaniosłam do domu, wypiłam herbatę, umyłam zęby i poszłam na przystanek. Od wczoraj jest upalnie, więc komunikacja miejska jest bardzo zmęczona i opóźniona.

Nie tylko ona, bo prześwietlenie mojego pojedynczego zęba zakończyło się panoramą, coś tam na pojedyncze prześwietlenie nie zadziałało. Diabeł nie odpuszcza.

Dentysta obejrzał na zdjęciu wszystkie zęby w tym ten podejrzany, postukał w niego, zdziwił się brakiem reakcji (nikt nie zapytał: kto tam) ale wykrył mały ubytek. Zaserwował mi zastrzyk znieczulający co nie sprawiło mi przyjemności, bo nie jestem masochistką. Przy borowaniu, mimo użytego zasysacza wody kilka razy o mało się nie udławiłam. Co skomentowałam:

– Niewygodne jest picie na leżąco.

Rachunek w wysokości 300 złotych przyjęłam w milczeniu bardzo jednak wysokością zaskoczona.

Po ustąpieniu znieczulenia ząb nadal daje o sobie znać. Ale już mniej.

Środa – ciąg dalszy diablich figlów.

Ale najpierw sytuacja schodowa – idę w dół, z mieszkania wychodzą dwaj panowie, bardzo starszy niski sąsiad o lasce  a obok niego wielki o wiele młodszy, mało przystojny. Przepuszczają mnie, schodzę, młodszy mówi:

– A my panią znamy.

– Skąd? –  pytam.

– Z opozycji.

Spoglądam w górę i nic mi nie mówi widok nieznajomy ten.

– Czytaliśmy wywiad z panią.

– Dawno to było – myślę sobie i nadal podążam w dół.

– Pani też pisze – mówi sąsiad mając na myśli moje teksty w jednym z numerów efemerycznego pisma dla seniorów pt. „Życie w pełni”.

– Byle nie w Gazecie Wyborczej – słyszę.

I już wiem who is who.

Po drodze do banku (obyło się bez podkopu) kupiłam sobie letnią bawełnianą bluzkę za 25 zł a potem pojechałam do galerii handlowej. Tam zamówiłam sok marchewkowo – grejpfrutowy i dwie gałki lodów. Kopytny mi pozazdrościł i tak przechylił szklankę z sokiem, że oblałam sobie granatową spódnicę. A na wierzchu naczynia był marchwiowy kożuch. Wyglądało więc jakbym puściła pawia. Cudnie po prostu! Użyłam chusteczek higienicznych nie udając się po pomoc do stoiska gdzie obsługiwał przesadnie uprzejmy młodzieniec. Jeszcze by jego uprzejmość tej prośby nie wytrzymała.

Na stoisku blisko domu oferowane truskawki wyglądały na bardzo zmęczone i oślizłe. Nie kupiłam.

– Pomyślę o tym jutro  – powiedziała sobie Scarlet O`Hara to ja też mogę choć moje „hektary” nie umywają się do Tary.

W domu przylepiłam się prawą stroną głowy (włosami) o dużą i bardzo lepiącym czymś posmarowaną pułapką na owady. Wkurzona zdjęłam ją i wyrzuciłam. Nie głowę.

Zabrałam się do montowania lepu (w postaci wstążki) i to dopiero była zabawa. Trzeba to – to wyciągać z rurki i w trakcie przerwało mi się w połowie a rurka też powiedziała by – by. Przy próbie rozwinięcia wstążki a potem zlepienia części dokładnie lepiszczem obsmarowałam sobie dłonie. O tym właśnie marzyłam.

Woda i mydło nie pomogły. Pasty BHP (radzi to pan G.) nie mam. Oliwy z oliwek też nie. Zastosowałam pastę czyszczącą do naczyń z metalowym zmywakiem oraz płyn do nich. Wreszcie to połączenie dało radę.

Włosy trzeba było kilka razy umyć szamponem i mydłem. A już myślałam, że w furii wezmę nożyczki i utnę włosięta jeszcze krócej niż mam.

Do pralki włożyłam spódnicę i inne rzeczy, siebie nie mogłam.

Każda środa adrenaliny i stresów/roboty ci doda.

Upalne miasto 150

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*****************************************************************************

Jest poniedziałek, nastawiony na godzinę ósmą budzik nie zadzwonił. Za to o 8,57 zadzwonił smartfon oznajmiając damskim głosem, że to prawdopodobne połączenie spamowe. Odrzuciłam więc. Po dłuższej chwili sprawdziłam jaki to numer, wyglądał normalnie – oddzwoniłam trzy razy, nikt nie odebrał.

Po dłuższym czasie połączenie z tego samego numeru – ankieta z banku mająca trwać dwanaście minut, a ja w szale porządkowania, upychania, zamiatania i zestresowania. Gorzej nie mógł trafić.

Następnego dnia, w tej samej sprawie zadzwoniła kobieta. Litości nie mają a ja czasu, żeby oni zapunktowali.

Umyłam się, zjadłam śniadanie, zażyłam leki, popiłam, otworzyłam laptopa, sprawdziłam pocztę i wpisy na facebooku. Dodałam tam na profilu „ATC i inne drobnostki” kolejne swoje karty, tym razem o tematyce finansowej. A na „Art Journal – to mnie interesuje” jedną kartę – z kotami.

Zmieniaczy zaworów kaloryferowych w ogłoszeniu zapowiedziano na godzinę dziewiątą,  a osobiście  w trakcie wcześniejszego sprawdzania stanu technicznego powiedziano, że zaczną od mieszkań na samej górze.

Minęła dziewiąta, a nawet 9,30 i fachowców ani widu, ani słychu. Pokój zagracony wyciągniętymi rzeczami stęka i burczy, bo nie lubi takiego anturażu. W książce „Klub Dzikiej Róży” dom jest jednym z bohaterów – fajny pomysł. Zaczęłam więc wsłuchiwać się w swoje mieszkanie. Też czasem coś mówi.

Sąsiadka zapukała do moich drzwi pytając czy fachowcy mnie odwiedzili. Nie, więc ostanowiła zadzwonić do działu technicznego spółdzielni, okazało się, że panowie z wyposażeniem są w sąsiedniej bramie i tam szaleją, szaleją, szaleją. Albo nie. Kto ich tam wie.

Tak więc czekam i czekam. Porządkuję papierowe przydasie robiąc selekcję. Około czternastej słyszę na klatce schodowej głosy. Otwieram drzwi i widzę sąsiadkę oraz faceta, który okazuje się tym poszukiwanym, oczekiwanym fachowcem. Jeden robi za całą ekipę. Kiedy już przed piętnastą wreszcie dociera do mnie to odpytuję go na okoliczność. I okazało się, że miało być dobrze a wyszło jak zwykle.

Po pierwsze zaczął od godziny dziesiątej, po drugie od dołu i dlatego tak długo czekałam.

 Dlaczego sąsiadka dzwoniła do administracji a nie do mnie? – usłyszałam. Bo tylko takie namiary miała?

Jak zwykle nie wie lewica co robi prawica i nie chodzi o politykę.

Bez nudzenia i marudzenia kontaktowy fachowiec nie tylko udzielił mi powyższych informacji ale zdjął nadstawkę z regału, dół przesunął wcześniej zaginając dywan. Spokojnie poczekał aż posprzątam podłogę z pajęczyn i kurzu. Wymienił zawór i nawet zamiótł śmieci powstałe w trakcie pracy.

Gdy tak pracował głośno stwierdziłam, że brak tu tylko dziada z babą (tak zagracony był pokój, że prawie ruszyć się nie można było). Ale pomyślałam, że właściwie to nie, bo ja to baba, a pan przyznała się do wieku – niedługo osiągnie sześćdziesiątkę. Wygląda na 40. Hydraulika konserwuje?

Miałam obawy co do montażu obu części regału, wyraziłam je głośno ale pan był pewien, że to dla niego małe piwo przed śniadaniem. I było. Ale znacznie sprawniej mu szło niż dozorcy Prokopowi w serialu „Dom”. Mam nadzieję, że nic się nie skiepści.

Po doprowadzeniu mebla do stanu sprzed Armagedonu fachowiec wypełniał druczek (bo biurokracja to jest to co urzędników najbardziej podnieca i cieszy do orgazmu) zapytałam: ja panu, czy pan mnie postawi piątkę?

Po obiedzie musiałam powrócić do „fabrycznych” ustawień. I przy okazji pójście na łatwiznę w postaci przestawiania stół z liczną zawartością źle się zakończyło. Bo dlaczego miało by być dobrze?

Na półkach upchałam co mogłam, żadnego skarbu nie znalazłam, bo go wcześniej nie było. Taki lajf.

A we wtorek o godz. 8,15 zza ściany usłyszałam warkot i charkot, poznałam te dźwięki. Tylko dlaczego nie mogły zacząć się od godziny dziewiątej?

Odpowiedź brzmi: BO NIE! I co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Trzeci telefon z jakiejś firmy przeprowadzającej ankietę na temat pracy pewnego banku.  Smartfon informuje podejrzenie spamu, odebrałam, poinformowałam, że to trzeci raz i: „no, trochę kultury” poprosiłam po czym rozłączam się. Czy zadzwonią ponownie zmieniając (nie operacyjnie) płeć pracownika?

Na niedzielę 15 czerwca wyznaczono termin osiedlowego „pchlego targu”. Pogoda dopisała, ja się na stolik i krzesełko wcześniej zapisałam. Dostałam potwierdzenie a w sobotę informację, że rozkładać można swoje rzeczy od godziny 11, 30.

Zapakowałam dwie torby różnościami, w większości rękodziełem (m.in. naszyjnikami „zamotkami”), zakładkami do książek drewnianymi, papierowymi, tkaninowymi i z suszonych roślin, zamotkowymi bransoletkami, kartkami okolicznościowymi (w tym z różnymi kotami), torbami na zakupy z wizerunkiem kota, organizerami z tkanin różnych, glinianą (wypaloną i pomalowaną) miseczkę dla koteczka (taki napis jest na jej dnie), woreczki na prezenty lub zioła, gliniany świecznik w kształcie siedzącego kota (okazał się bardzo kruchy i potłukł się w drodze do domu), szydełkową podkładkę dużą (pod kubek lub talerz) w kształcie głowy kota, także szydełkowe myjki do naczyń i breloczek w kształcie serca.

Zapewniono duże zielone namioty, stoły i krzesła. To bardzo się chwali, bo nie trzeba za to płacić.

Niestety, jak poprzednio, było więcej sprzedających niż kupujących. Znowu ograniczono się do jednorazowej informacji na facebooku. Nawet nie umieszczono plakatu na osiedlowej tablicy ogłoszeń! A powinno ich być wiele i na naszym osiedlu i co najmniej na połowie dwóch sąsiednich. Argument, że nie mają na to „mocy przerobowych” jest absurdalny, bo można było poprosić o pomoc (ręczne wypisanie ogłoszeń) osoby działające w osiedlowym CAL-u. Także poprosić o nią na facebooku. Zgłosiłabym się.

Znoszenie i wnoszenie na czwarte piętro (bez windy) dwóch ciężkich toreb to nie jest coś lekkiego, łatwego i przyjemnego.

Przyszła moja znajoma, zawsze bardzo dużo mówiąca (uważam, że słowotok to objaw złego wychowania i wampirzenie energii). Tym razem też, a między innymi namawiała mnie, abym była wolontariuszką w fundacji jej córki zajmującej się zwierzętami (co roku daję na jej fundację procent z podatku). Nie chciałam. To mam, wg niej, zostać domem tymczasowym dla kotów. Powiedziałam, ze nie mam miejsca.

– Przecież miałaś koty – stwierdziła.

– Ale jestem już po kotach (w sensie koci czas u mnie w domu już minął).

Na co usłyszałam jako odpowiedź na argument, że nie mam miejsca:

– To dlatego, że jesteś coraz większa.

No, jak śmiałam nie spełnić jej żądania! Że też ludzie lubią się kompromitować taki odzywkami. Przecież to nie o mnie źle świadczy ale o niej. Nie rozumie tego?

„Błogosławiony ten, który nie mając nic do powiedzenia nie obleka tego faktu w słowa” – Julian Tuwim.

Szczególnie nic miłego.

Niektórym sprawia przyjemność dokopywanie innym, w ten sposób sprawiają sobie przyjemność. Żałosne. I znowu przychodzi mi na myśl: „Żadna stajenna ranga nie zrobi z osła mustanga”.

Ale byłam lepsza, bo na początku rozmowy dałam jej małego czarnego kota wyciętego z grubej tektury z narysowanymi białym pisakiem oczami i wąsami. I tak mi podziękowała.

Na fb pod postem o PT napisałam swoje uwagi na temat organizacji, to znaczy braku reklamy dzięki czemu wystawcy czują się zawiedzeni, łagodnie mówiąc, bo stracili czas i energię. Nie odpowiedzieli.

Dobrze, że wzięłam książkę do czytania.

W koncercie Festiwalu Opolskiego, w czasie wieczoru z twórczością Jacka Cygana on osobiście zaśpiewał piosenkę „Jedzie pociąg z daleka” gdzie m.in. jest „złotej rybce ogryźć ości za to co przyniosła nam”.

Upalne miasto 149

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

O wyborach i decyzjach (lub na odwrót) wśród zwierząt napisał autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Makaki to bardzo społeczne zwierzęta i w wielu kwestiach przypominają ludzi. Nie chodzi mi tylko o zapach i zachowanie w komunikacji miejskiej. Wybory przywódcy stada u makaków tybetańskich przypominają funkcjonowanie parlamentu. Jest masa wrzasków i małpich gestów. Ostatecznie jednak najczęściej nie decyduje brutalna siła, tylko sojusze i poparcie samic. Nawet słabszy samiec, jeżeli sprzymierzy się z grupką kobiet, ma szansę na wygraną. To samice również najczęściej decydują o tym, gdzie uda się stado i całkiem nieźle to u nich działa.

Słonie afrykańskie żyją w społecznościach matriarchalnych, co oznacza, że rządzi nimi babosłoń. Pomimo kilku ton kompetencji nie podejmuje jednak decyzji sama. Kluczowe kwestie, jak to, gdzie idziemy podczas suszy, kiedy się nie przelewa, tylko przesypuje, rozstrzygane są na drodze grupowego kiwania i trąbienia. Jak na skrzyżowaniu w Warszawie, tylko bez takiego zezwierzęcenia.

Pszczoły miodne są dowodem na to, że królowa jest fajna, ale lepiej, żeby robiła sobie jaja, zamiast mieszać się do ważnych decyzji. Kiedy rój musi znaleźć nowy dom, zwiadowczynie szukają najlepszych miejscówek, a potem przekonują resztę pszczół, machając tyłkami w tańcu wyborczym. Kiedy większość pszczół się zgadza — lecą w wybranym kierunku. To tak zwana twerkokracja bzykana.

Gołębie skalne głosują w powietrzu. Podczas lotu każdy ptak może delikatnie wpływać na kierunek stada. Liczy się nawet najmniejszy ptaszek (to nie jest aluzja do konkretnego polityka). To ptaki z największym doświadczeniem mają jednak najwięcej do powiedzenia w kwestii tego, co zostanie obs*ane u celu ich drogi.

Pawiany płaszczowe organizują sobie demokratyczne spacery. Zanim stado zdecyduje, gdzie wyruszyć, kilku samców wstaje na próbę i rusza w wybranych przez siebie kierunkach. Jeżeli widzą, że nikt za nimi nie idzie, to zawracają, nie forsując na siłę debilnych decyzji. To coś, czego od małp musimy się dopiero nauczyć.

Papugi kea drą mordy w celach demokratycznych — to znaczy usiłują przekonać się nawzajem do zabawy. Kiedy jakaś papuga ma ochotę na trochę rozrywki, zaczyna drzeć dzioba jak na wiecu wyborczym. Potem inne ptaki decydują, czy do niej dołączyć. Jeżeli zbierze się wystarczająco wielu chętnych, to nic już nie stoi na przeszkodzie, żeby na przykład gremialnie zbluzgać przechodzącego obok turystę, co, jak wiadomo, potrafi być bardzo satysfakcjonujące.

No dobra, starczy tego skrzeczenia dookoła tematu. Jeżeli czytacie mnie od jakiegoś czasu, to wiecie, że jednych polityków lubię mniej, a innych nie lubię jeszcze bardziej. Wyznaję jednak zasadę marudzenia uczestniczącego. Dlatego po prostu chodźmy na wybory, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że on nie głosował, a głosowały makaki, papugi oraz gołębie.

Zupełnie niechcący wyszedł mi żart a propos w.w. zjawiska. Znajoma na fb opisała i pokazała jak doszyła sobie kieszeń (ze starych dżinsów) do plecaka. Jako zapięcie przyszyła guzik i dodała pętelkę. Skomentowałam: można też przyszyć dwie duże za-trzaski zamiast guzika z pętelką.

No i mamy gorzej niż powyższe. A Rumunia sobie poradziła – zazdroszczę.

Przeglądając (powierzchownie, bez nurkowania) pojemnik na papier znalazłam sześć książek kucharskich wydanych przez pewien supermarket. Beneficjenci tych prezentów widocznie są nimi zachwyceni.

A przy okazji znalazłam książkę Julii Cameron „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”. Poczytam, może znajdę coś inspirującego dla siebie.

Autorka fb-owego profilu „Artjournal – to mnie inspiruje” wymyśliła zadanie – wyzwanie dla rękodzielniczek: kolaż do wybranej przez siebie piosenki.

Postanowiłam się z tym zmierzyć i przeszukałam pudło z wycinkami. Odłożyłam te, które kojarzyły mi się z jakąś piosenką i będę tworzyć.

Ale przedtem byłam u fryzjerki, która już wie, że moje włosy trzeba obciąć jak najkrócej. Zastałam tam jej dwie znajome/sąsiadki, które trochę (ale życzliwie) plotkowały.

Panie na zajęciach literackich pochwaliły mój nowy look. Na szczęście mam dobry, do tej fryzury, kształt głowy.

Potem nabyłam kilka papryk, aby je wypchać jakimś nadzieniem

i udusić. Nie ugotowałam ryżu, bo miałam zamrożone mielone mięso, którego wystarczyło do 4 papryk.

Zostało potem trochę pomidorowo – paprykowo – mięsnego sosu, ugotowałam więc makaron i wyszło pysznie.

Z powodu wysokiej temperatury przez okno wlatują muchy. Zawiesiłam więc lep na nie. I sama się do niego, czasem, przylepiam. A przecież nie jestem owadem. Ale motylem kiedyś byłam ale…

Na zadanie z zajęć literackich (prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę) pt. „Kim innym chciałabym być przez jeden dzień i dlaczego?” napisałam, że demiurgiem, bo uważam, że nie tylko starość się Panu Bogu nie udała ale w ogóle ludzie. Więc zmieniłabym im geny tak, aby nie było wojen, chorób, zawiści, zachłanności, egoizmu i wyścigu szczurów. A była życzliwość, empatia i odpowiedzialność.

A jeśli nie w.w. to dużym kotem – lwem, panterą, tygrysem lub pumą żyjącą na wolności, bo wolność to jest to, co kocham i rozumiem. Pod warunkiem, że nie jest ona pretekstem do czynienia zła.

Nasza spółdzielnia mieszkaniowa postanowiła zmienić w mieszkaniach zawory kaloryferowe. Mieszkanie mam z przepychem (bo trzeba się przepychać) i regał tak stoi, że nie można dostać się do zaworu. Dzisiaj (niedziela) wybebeszałam więc dwie półki nadstawki i cztery regalu właściwego, aby można to było przesunąć. Dobrze, że w tygodniu przejrzałam letnie bluzki i zrobiłam niezłą czystkę. Zebrało się tego sporo, zaniosę do sklepu dobroczynnego.

Zawartość szafy to nie tylko bluzki ale i pościel, ręczniki a nawet materiały do papierowego rękodzieła.

A jednej bawełnianej pomarańczowej bluzki, którą pociapałam kiedyś kolorowymi tuszami i dół pocięłam na frędzelki nie oddałam tylko pocięłam, aby zrobić 2 nowe naszyjniki „zamotki”, razem z bransoletkami.

Poza tym, pierwszy raz w tym sezonie, kupiłam małe ogórki gruntowe sprawdzając czy mają ostre wypustki, bo to znaczy, że są świeże i dzięki temu dobrze, bez pustostanu w środku, się ukiszą.

Ukisiły się przykładowo i są smaczne – hurra.

Za to robienie domowego majonezu wychodzi mi w kratkę – raz jest wzorowy a drugi za rzadki. Ratuję go pomysłami z Internetu a i tak nie jest idealnie. Ale i tak jest lepszy niż kupiony.

Przepis:

Całe jajko bez skorupki wbijam do wąskiego naczynia, dodaję łyżeczkę łagodnej musztardy, łyżeczkę soku cytrynowego, po pół łyżeczki soli i cukru. Wlewam 1/3 szklanki oleju i miksując (trzymając blender cały czas na dole naczynia) powoli wlewam resztę. Powinna powstać gęsta masa i dopiero wtedy możemy poruszać blenderem w górę i w dół. Smacznego.