Upalne miasto 163

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Czwartek – zajęcia literackie w Centrum Seniora z doktor Magdą Wieteską, która nas trzy bardzo dowartościowała. W ubiegłym tygodniu dała nam bardzo trudne zadanie domowe. Trudne, bo obwarowane kilkoma „nakazami”, tak że trudno było poszaleć z pisaniem i wyobraźnią. I Magda powiedziała, że świadomie nam to zleciła, bo jesteśmy bardzo zdolne.

Oto te warunki:

– opowiadaj wszystko w czasie przyszłym

– każde zdanie zaczynaj od czasownika

– nie używaj żadnych przymiotników

– wszystkie rzeczowniki muszą być zdrobnieniami

– w tekście nie może się pojawić ani razu słowo zaczynające się na literę ”e”

– co drugie zdanie musi  się kończyć znakiem zapytania

– trzecie zdanie tekstu musi zawierać słowo „czarny”.

Przyznaję, że łatwo nie było, kilka razy przepisywałam tekst (pisałam ręcznie), bo ciągle coś nie pasowało.

I wyszło tak:

Tytuł: KRYMINALIK

– Zamorduję go – postanowiła Agata. Otruję czy uduszę?

Znajdę na półeczce czarną książeczkę opisującą ziółka. Skomponuję naleweczkę, ale czy mam szafeczce wódeczkę?

 Podejdę do regalika i wyciągnę z niego tomika. (tak, wiem ale miało się rymowac).

Odkurzę go najpierw a potem?

Usiądę w foteliku i przejrzę stroniczki zaznaczając roślinki z których składać się będzie ten eliksirek.

Wybiorę ale czy będę wiedziała które i czy mają odpowiednie działanie?

Spisała szczególiki różnych ziółek.

Mieszać je będę ręcznie czy blenderkem? – zastanowię się potem.

Myślałam, że będę żyć w dueciku ale przecież nie z tym bałwankiem, prawda?

Postanowiła, a nigdy podjętej decyzyjki nie zmieniła.

KONIEC

Przypomniałam sobie potem jak szukałam w Internecie trujących roślin, bo pisałam opowiadania kryminalne. Powstały i są zawarte w książce „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”.

Poniżej umieszczam tekst „Moje ulubione  miejsce”, bo takie zadanie dostałyśmy kiedyś na zajęciach literackich.

            Moje ulubione miejsce

Zacznę od anegdoty:

W czasie gdy jeszcze pracowałam czytelniczka zapytała mnie dokąd jadę na urlop. Odpowiedziałam, że na Wyszyńskiego.

– A co tam jest? Jakieś sanatorium? – zdziwiła się.

– Nie, moje mieszkanie – odpowiedziałam.

I tak jest naprawdę – najlepiej czuję się u siebie w domu, bo tam jestem wolna, mogę robić co chcę i kiedy chcę.

Ale tak szerzej to moim ulubionym miejscem jest Wrocław. A udowodniłam to w mojej książce „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

Na pierwszym miejscu w tytule jest, jak widać, nazwa miasta. Akcja prawie 20  opowiadań toczy się w moim rodzinnym Wrocławiu.

 Są to przygody dwóch wariatek, czyli moje i mojej koleżanki,  znajdujemy trupy moich wrogów. Znajdujemy, nikogo nie zabijamy.

Aby treść nie była przygnębiająca zastosowałam poczucie humoru.

Wracając do ulubionego miejsca – wypadki umieściłam w kilku bibliotekach gdzie pracowałam, w ogrodzie botanicznym,  gabinecie dentystycznym, w kinie,  szkole do której chodziłam, w muzeum, w starej kamienicy i tak dalej – wszystko na terenie Wrocławia. Wyjątkiem jest ostatnie.

Jednak, aby nie były to tylko zabawne historyjki w niektórych tekstach umieściłam krótkie notki na temat konkretnych miejsc.

W pierwszym o domu w kształcie igloo mieszczącym się na osiedlu Zalesie i o gmachu Politechniki. W innym legendę o lekkomyślnych córkach, historię poniemieckiego globusa stojącego w bibliotece Instytutu Geograficznego naszego Uniwersytetu, wyjaśniam na czym polegała akcja „1000 szkół na tysiąclecie”, co to jest „Salonik trzech Muz” mieszczący się przy ulicy Zawalnej, daję notkę historyczną  ogrodu botanicznego i zoologicznego, opisuję  Mosty Warszawskie, budynek dworca Wrocław Główny,  Muzeum Narodowego, rynek i Halę Stulecia.

Bohaterki chodzą różnymi wrocławskimi ulicami, podaję ich nazwy a nawet krótkie biogramy osób w ten sposób uwiecznionych, czyli będący patronami.

Okładka książki jest moim kolażem – tło to plan Wrocławia, na nim są koty, herb miasta oraz zdjęcie ratusza.

Koty, bo odgrywają w książce dużą rolę, wręcz są motorem wydarzeń ale nie zabójstw.

KONIEC

Piątek złego weekendu początek, bo boli mnie gardło. Dawno mi nic nie dokopywało to mam. A jestem na niedzielę umówiona, że złożę wizytę  znajomej, raz już odwołałam.

Zło z gardła udało mi się spacyfikować połączeniem kilku metod: gardimax, moczenie nóg w gorącej wodzie (nie, nie zostały ugotowane) i duża dawka rutinoscorbiny.

Niedziela była słoneczna, wcześniej w Internecie pokazano mi jak dojechać (jednym autobusem). Jak dojść narysowałam sobie mapkę a i tak trochę zabłądziłam, bo mam w tym kierunku wybitne zdolności, niestety. Wolałabym jakieś mniej stresujące.

Na szczęście znajoma wyszła mi naprzeciw i zawołała z drugiego brzegu ulicy. Dzięki temu zrobiłyśmy sobie spacer uliczno – parkowy. Znajomi mają przy domu mały ogródek z jabłonkami, śliwami i biało – rudym kotem. Podobno jest ostry ale dobrowolnie do mnie podszedł i dał się pogłaskać. Nachalna nie byłam na wszelki wypadek.

Na drzewach owocowych, brzozie i innych, z gałęzi na gałąź przeskakiwała wiewiórka. Gdy spokojnie siedziała kot się w nią wpatrywał ale gdy skakała nie wdrapał się na żadne drzewo. Pewnie zabłądziła z pobliskiego parku i nie umiała wrócić na swój teren. Taka wiewiórka wędrowniczka bez GPS. Ale może w końcu się jej udało.

W ogródku piliśmy herbatę, jedliśmy ciasta i rozmawialiśmy o kotach i ludziach.

Na koniec zostałam obdarowana jabłkami prosto z drzewa, odwieziona do domu z wniesieniem toreb na moje nieulubione czwarte piętro.

Jabłek jest tyle, że nawet mogę trochę podarować, np. sąsiadce na kompot jako „machniom” za kawałek sernika.

Upalne miasto 162

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************************

Czy widzieliście kiedyś żółtą biedronkę? Napisał o niej, w swoim stylu, autor facebookowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Biedronkę po*ebało. Dwadzieścia kropek na jednym małym chrząszczu. Ktoś tu nie panuje nad znakami przestankowymi i tym razem to nie jestem ja. A nie, przepraszam – biedronka dwudziestokropka ma dwadzieścia dwie kropki, bo naukowcom, kiedy ją nazywali, skończyły się palce u obu par kończyn.

Nie dość, że franca ma tyle ciapek, jakby przed nią krowa naplackała w wentylator, to w dodatku jest żółta. Dlaczego nie czerwona? Bóg jeden wie, bo na pewno nie naukowcy. Sprawdziłem i jedyne, czego się dowiedziałem, to, że kolor czerwony u klasycznej siedmiokropki pełni rolę ostrzegawczą, a chrząszcz zawdzięcza go obecności karotenoidów. Natomiast u biedronki dwudziestokropki żółty pełni rolę ostrzegawczą, ale za to kolor wynika z obecności karotenoidów.

Wkurzające? No i dobrze, ja jeszcze musiałem się tego naszukać. Pewnie sądzicie, że to już koniec jaj, które dwudziestokropka robi sobie ze zdrowego rozsądku i na spodnią stronę liścia. Otóż nic podobnego. Ten żółty kurdupel (3–5 mm) nie chce robić jedynej rzeczy, do której stworzono biedronki – i nie chodzi mi wcale o dostarczanie pieczywa drogą powietrzną.

Biedronka ma żreć mszyce tak jak wegetarianie lebiodę. Tak postanowił Bóg i sobór w Zielonej Górze, czy gdzie tam nasi bracia zieleńsi mają statek matkę. Tymczasem biedronka dwudziestokropka jest jaroszem. Chociaż w sumie nie, bo grzyby to niby nie rośliny. Ta żółta franca jest mykofagiem jak połowa Polaków jesienią. To znaczy, że żywi się wyłącznie grzybami.

Dwudziestokropka nie zbiera jednak prawdziwków, koźlarzy ani nawet ha-tfu opieniek. Dwudziestokropka żre pleśń jak nicienie i Francuzi. Ta konkretna żywi się mączniakami, czyli grzybami, które pasożytują na liściach roślin.

Sprytnie to sobie Stwórca obmyślił. Tylko, głupia sprawa, dwudziestokropka przy okazji może rozsiewać zarodniki tego, co zjada. Niezbadane (i kiepsko oświetlone) są ścieżki, którymi podąża umysł Pana.

Tak w ogóle to dzisiaj jest międzynarodowy dzień kropki i dlatego znęcam się nad biedronką. Dzień obchodzimy na cześć kanadyjskiej bajki o kreatywności. Jak wypadnie międzynarodowy dzień niebycia leniwą bułą, to sprawdzę co to za bajka i Wam napiszę.

W wtorek na jednym z pojemników śmieciowych, pod wiatą, zobaczyłam czapkę z daszkiem, z szerokim otokiem, całą wysadzaną albo oklejoną niby diamentami. Bardzo na bogato. Kto taką czapkę wkłada i na jaką okazję? Macie jakiś pomysł?

Nie przymierzyłam jej i nie uwieczniłam tego fotograficznie. Może szkoda?

A swoją drogą diamenty mi się ostatnio przewijają w życiorysie. Szkoda, że nie są prawdziwe.

Środa – spotkanie ze znajomą w kawiarni z papugami, których fizycznie, w klatce,  wtedy nie było. W malutkim stopniu zastępowały je poduszki z papuzim motywem.

Piłyśmy kawę zagryzając słodkościami i rozmawiając. Znajoma pracowała, przed wielu laty w schronisku dla bezdomnych i poznała wiele trudnych ludzkich historii, włącznie z psychicznie chorym Amerykaninem, który zrzekł się obywatelstwa, bo uważał, że CIA wykupiło wszystkie mieszkania wokół tego w którym mieszkał i bez przerwy go podsłuchiwało.

Poleciał do Turcji, potem znalazł się w Niemczech gdzie wsiadł w pociąg i wylądował na naszym dworcu głównym. Dotarł do schroniska gdzie usiłowano mu pomóc. Konsul amerykański uznał, że skoro ten człowiek zrezygnował z obywatelstwa to on umywa ręce i nie będzie szukał jego rodziny, bo w USA też mają RODO.

Później okazało się, że  tam wystarczy zapłacić 5 dolarów, aby dostać się do bazy danych gdzie można znaleźć każdego obywatela tego kraju i wszystkie jego kontakty. Takie jest tam chronienie danych osobowych. Całe stado koni (niekoniecznie arabskich)  by się uśmiało.

Po spotkaniu w prywatnej piekarni nabyłam pieczywo, chleb tym razem nie był „rycerski” (taka nazwa) tylko graham.

W domu zabrałam się za rozmrażanie lodówki z PRL-u.

A cóż to jest na koszmarna robota. Użycie suszaki do włosów jako pomocnika nie sprawdza się, więc tylko duży płaski garnek z bardzo gorącą wodą wkładam trzykrotnie, aby lód opuścił zamrażalnik. Szybko to nie idzie, resztki lodu bardzo niechętne są zamianie na wodę, jakby mogły broniłyby się rękami i nogami. A że ich nie mają to powoli kapają (wiem, że prawidłowo jest: kapią).

Zabawa  i taniec ze szmatami upychanymi do wnętrza trwają godzinami. Szmaty są do łapania wody a nie do przechowywania w lodówce jako żywności. To tak dla wyjaśnienia.

Tak, wiem – powinnam to robić częściej. A może kupić nową lodówkę, tylko kto mi zapewni, że zaraz po roku gwarancji sprzęt nie powie: „żegnaj Gienia, świat i ja się zmienia”?

A czapki powyżej opisanej już dzisiaj tam nie było.

„Najbardziej ponętne są te cele, które nie istnieją” usłyszałam w starej Polskiej Kronice Filmowej z 1968 roku. PKF to był dodatek przed każdym filmem opiewający wspaniałość słusznie minionego ustroju, krytykującego to na co władza w postaci PZPR pozwalała,  a na okrasę i koniec dawano migawki z życia kulturalnego. Teraz są reklamy. Zamienił stryjek tępą siekierkę na kijek.

Czwartek Byłam na zajęciach literackich i diabeł mnie podkusił, aby iść na koncert w Muzeum Pana Tadeusza.  A przecież od dawna wiem, że jestem amuzyczna.

Sala mała, śpiewaczka głośno pieśni wykonywała, głowa mnie rozbolała, więc po tym występie wyjść musiałam.  Zregenerowałam się trochę za pomocą sobie pysznej  porcji lodów w „Romie” (taka mała prywatna lodziarnia na Nadodrzu).

Niedziela 21 września – dziki upał. Lato chyba zabłądziło i do nas wróciło.

Obejrzałam  film „Słomiany wdowiec” z Marylin Monroe, tam też jest straszny upał a MM chowa bieliznę osobistą do lodówki, aby się ochłodzić przy jej wkładaniu. Nie próbowałam – a Wy?

Reżyser bezlitośnie wyśmiewa męskie fantazje erotyczne.

W oryginale tytuł to: „Siedem lat swędzenia”, w filmie jest psycholog, który napisał książkę o małżeństwach, z teorią, że po siedmiu latach faceci odczuwają swędzenie doprowadzające do zdrady :).

No i słynna scena nad metrem gdy podmuch  powietrza bardzo wysoko podnosi suknię bohaterki. A ówczesny mąż aktorki Artur Miller na  ten widok się wściekł i powtórzono scenę w studiu. Podobno.

Udało mi się chociaż raz. Zepsuł się nausznik w okularach, naprawiono mi go (po stwierdzeniu, że to od zdejmowania za jedno ucho) i zamówiono nową oprawkę, bez proszenia. Byłam pewna, że przełożą szkła ze starej do nowej a odebrałam kompletne – ze szkłami. Super firma, jak załatwię długo trwającą sprawę urzędową i po wizycie u okulisty zamówię sobie tam drugą parę.

Wtorek – jak co tydzień masaż. Usłyszałam o  rodzinnej wyprawie do Sanoka. Rzadko wyjeżdża, zachwyciła go czystość powietrza, Solina, skansen, był w muzeum gdzie m.in. obrazy Beksińskiego (nie lubię jego sztuki, bo mnie dołuje).

Nie spotkał tam nikogo z Ukrainy choć to bliżej granicy, a we Wrocławiu ich pełno, stwierdziłam, że tam pewnie nie ma dla nich pracy.

Przywiózł sobie duży zegar po pradziadkach, był u wujka, który zmarł a jego syn lat 28 chciał wyrzucić. „Młodzi to niczego nie szanują i nie doceniają” – stwierdził. Sam będąc przed czterdziestką.

Kupił sobie tam m.in. termometr pokojowy na drewnianej podkładce z podkową. On bardzo słabo widzi a termometr jest naprawdę mały. Zapytałam czy może odczytać temperaturę to odpowiedział, że od tego ma ludzi, na przykład mnie. Pośmiałam się.

Dostałam, przez kuriera, paczuszkę z kartami ATC, herbatkami, cukierkami i świetnymi rękodzielniczymi przydasiami (pamiętała, że lubię koty) od Wioli P. Wielkie dzięki, kochana.

Upalne miasto 161

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************************

Fajny film widziałam, bez tzw. momentów,  czyli scen erotycznych,

„Jesteśmy diamentami” stwierdziły bohaterki włoskiego filmu „Diamenty”. A wymyślił je reżyser (Ferzan Ozpetek), który współcześnie na spotkaniu proponuje role różnym aktorkom.

Potem przenosimy się do lat siedemdziesiątych. Miejscem akcji głównie jest duży zakład krawiecki wykonujący kostiumy teatralne i filmowe. Prowadzą go dwie siostry, a pracę  wykonują kobiety, które poznajemy w trakcie seansu. Ich życie, trochę przeszłość i problemy.

Jest więc utracona miłość, nieprzepracowana żałoba po córce zagłuszana alkoholem, problemy z nastolatkiem, samotna matka, młoda anarchistka z talentem przydatnym w tej branży, przemoc domowa, oscarowa kreatorka kostiumów nie wierząca w swój talent, egocentryczne aktorki (jedną z nich gra Polka Kasia Smutniak) oraz sfrustrowany reżyser filmowy.

 Kobiety wspierają się jak mogą, dla rozrywki śpiewają, podrywają młodzieńców dostarczających towary, plotkują. I prawie wszyscy tam palą papierosy. A puszysta była tancerka rewiowa dba o to, aby nie zapominały o jedzeniu.

To film o sile kobiecej przyjaźni, pomocy w trudnych chwilach, wsparciu nie tylko psychicznym.

Przykładem może być scena gdy jedna z kobiet mówi: lubię mężczyzn palących papierosy. Dlaczego? Bo koleżanka jest systematycznie bita co widać na jej twarzy. I ten niby macho, wiecznie wkurzony i niezadowolony obiecuje wrzucić ją do studni, aby jej ciało spłynęło do Tybru. Na co koleżanki umawiają się z bitą na sygnał telefoniczny gdyby jeszcze raz podniósł rękę na żonę. Mają tam zaraz przyjechać i jego umieścić na drodze do rzeki.

 Na szczęście gdy, w deszczu, przemocowiec próbuje spełnić groźbę sam wpada w ten dołek, który pod nią kopał. Kobieta rozkwita, a na pytanie koleżanek: jak mąż –  odpowiada, że poszedł po papierosy i od kilu dni nie wraca. Co jedna z nich kwituje tym co powyżej napisałam.

A tak w ogóle to pamiętacie: „Diamonds Are a Girl’s Best Friend”? Śpiewa to MM w filmie „Mężczyźni wolą blondynki”.

Sobota  – dzisiaj w nocy śnił mi się Donald Tusk. Zażyczył sobie czekolady, wyjęłam ją z lodówki a on odłamując kawałki powoli zjadał. Brakuje mu magnezu?

U optyka klientka seniorka z torbą zakupową na 4 kółkach o które się bardzo opierała, pochwaliła się, że była na safari. Zapytałam z głupia frant:

– Jakie zwierzę pani ustrzeliła?

Oczywiście, przyjęła pytanie na serio i odpowiedziała, że to nie było takie safari.

A już oczekiwałam, że powie: tygrysa i mam jego skórę wraz ze łbem na podłodze, bo o tym marzyłam.

Na ladzie stoją tam dwie oprawki sygnowane prze Ewę Minge, jedna z brylancikami, pewnie zainspirowana (oprawka i w.w.) przez piosenkę,  którą śpiewa MM.

O cenę już kiedyś pytałam, więc ją znałam. Safariowa seniorka powiedziała, że na lotnisku widziała E.M. z bardzo nasilikowanymi ustami.

Na co ja, że musi biedaczka bardzo siebie nie lubić, że tak ingeruje w oblicze swe. Co by nie mówiła to bardzo widać. Ale ma opinię życzliwej i normalnej (bez wywyższania się) osoby to skąd to nielubienie?

Środa 10.09.25 – w nocy nalot rosyjskich dronów na nasz kraj. Testują moc naszej obrony i sojuszników.

Inteligentni inaczej wielbiciele Putina trollują, że to drony ukraińskie. Wszystko opada.

Na FB pisarka Sylwa Chutnik przekazała czytelnikom takie rady:

CO ROBIĆ, GDY SŁYSZYSZ DŹWIĘK „SHAHEDA”?

No cóż, ponieważ obudzimy się w innej rzeczywistości, może warto się przyjrzeć poniższej instrukcji.

CO ROBIĆ, GDY SŁYSZYSZ DŹWIĘK „SHAHEDA”?

Instrukcja działań – minuta po minucie

Możesz się bać. Ale musisz działać szybciej, niż strach cię sparaliżuje.

1. SŁYSZYSZ TEN DŹWIĘK? NIE MA CZASU NA MYŚLENIE

Nie analizuj. Nie zastanawiaj się.

Jeśli słyszysz niski, przypominający buczenie dźwięk – działaj natychmiast. Za 30 sekund może być już nad twoim domem, samochodem.

2. PRZESTAŃ NAGRYWAĆ

Żadne nagranie nie jest warte twojego życia.

Odłóż telefon. Odłamki nie ostrzegają – one zabijają.

3. ODEJDŹ OD OKNA – OKNO DZIAŁA JAK MINI BOMBA

Szkło rozpryskuje się jak ostrza.

Okno to najniebezpieczniejsze miejsce. Odejdź jak najdalej. Najlepiej w głąb mieszkania.

4. ZNAJDŹ DWIE ŚCIANY

Między tobą w pomieszczeniu a ulicą powinny być co najmniej dwie ściany nośne.

Kuchnia z oknami – nie. Łazienka bez okien – tak. Korytarz – idealnie.

5. NA PODŁOGĘ. BEZ SŁÓW. BEZ PYTAŃ

Połóż się i osłoń głowę rękami.

Odłamki lecą po łuku – musisz być niżej niż ich trajektoria.

6. JESTEŚ NA ZEWNĄTRZ? PRZYKUCNIJ NISKO, SZUKAJ BETONU

Płot – nie. Krzewy – nie.

Najlepiej – za betonową ścianą lub w jakimkolwiek zagłębieniu. Jeśli niczego nie ma – po prostu padnij na ziemię.

7. W SAMOCHODZIE – STAŃ SIĘ NIEWIDZIALNY

Zgaś silnik, wyłącz światła. Opuść pojazd.

Szukaj schronienia: przejście podziemne, zagłębienie terenu, betonowa osłona. Jeśli nie ma nic – połóż się przy krawężniku, obok samochodu, a nawet pod nim.

Światło i ruch to orientacja dla dronów.

8. ZATKAJ USZY, OTWÓRZ USTA !!!!!!!

To ochrona przed falą uderzeniową.

Prosty gest, który może uratować twój słuch i płuca.

9. NIE RUSZAJ SIĘ, DOPÓKI NIE BĘDZIE CISZY PRZEZ MINIMUM 10 MINUT

Drugi nalot bywa najpodlejszy.

Cisza po pierwszej eksplozji to pułapka. Wytrzymaj. Leż spokojnie.

10. KONIECZNIE MIEC NA SOBIE BUTY! Szkło i ułamki. Wielu trafia na pogotowie po nocnych ostrzałach właśnie z głębokimi ranami stóp.

11. TERAZ JUŻ WIESZ, CO ROBIĆ

A to oznacza, że jesteś kilka kroków bliżej do ocalenia.

Przekaż tę wiedzę tym, którzy jej jeszcze nie mają.

Na stronie „Zwiadowcy historii” jest informacja pt. „Gdy zawyją syreny to co zrobisz?”

Niedziela – miał dziś być pchli targ na osiedlu zamiast tego jest deszcz. Coś na zasadzie: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Kijek, czyli deszcz się przyda ale mogłoby popadać tylko w nocy lub dopiero jutro. Bo na pt miałam nadzieję kupić fasolkę i dynię od kobiety, która je uprawia.

A koło godziny trzynastej, jak na złość, przejaśniło się.

Obudziłam się i spojrzałam na budzik. Jeszcze raz i ponownie. Chyba bateria się wyczerpała – pomyślałam.

Wstałam, wzięłam z półki zegarek na rękę, pokazywał tę samą godzinę. No, niemożliwe to jest przecież. Włączyłam telewizor. Okazało się, że naprawdę jest godzina 11!!! Nie pamiętam kiedy tak późno wstałam. Prawda, że przez ostatnie dni kładłam się  spać około lub po drugiej w nocy ale bez przesady. No, tak – pogoda też się dołożyła do takiego wyniku ale barometr po dziadku nie wskazuje na drastyczny spadek ciśnienia. Widocznie potrzebowałam tak długiego snu.

Upalne miasto 160

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************************

Sklepowe dialogi na cztery nogi.

Pytam pracownicę o produkt, idzie do regału, wyjmuje z kartonika i mi go podaje.

Ja:

– Dziękuję bardzo.

Ona:

– Nie ma za co.

Ja:

– Jest, jest.

Ona:

– Nie ma, nie ma.

Przy okazji kupiłam śliwki węgierki o których tak napisał na fb autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Węgierka to uparte, tłuste bydle, więc trudno jej nie lubić. Jest sina jak Polak i Węgier po spotkaniu towarzyskim i słodkogorzka jak nasze relacje. Taki owoc musiał się u nas przyjąć, ale nie dajcie się oszukać. Oto 8 powodów, dla których węgierka jest do dupy.

1. Po pierwsze – faktycznie jest do dupy. A suszona szczególnie, bo ma działanie przeczyszczające. Z jednej strony błonnik zwiększa objętość tego, co w człowieku siedzi. Z drugiej – sorbitol to upłynnia. Zwykle wystarczy 8–10 owoców, żeby poczuć brązową falę. I teraz bardzo ważne: choćby nie wiem, jak kogo kusiło, to śliwki na zaparcia stosujemy doustnie.

2. Po drugie – węgierka to wcale nie Węgierka, tylko Turczynka albo Syryjka. Na Węgry, skąd w XVII wieku trafiła do Polski, przytargali ją Turcy, spod samego Damaszku. Dlatego gdzieniegdzie węgierkę nadal nazywa się damascenką albo damaszką. To znaczy, że jak kogoś po śliwkach pogoni to idzie do łazienki usiąść po turecku.

3. Po trzecie – węgierka ma totalny bu*del w drzewie genealogicznym. Zacznijmy od tego, że jest coś takiego jak śliwa domowa, która powstała ze spontanicznego romansu ałyczy i tarniny. Dokładnie tej, na którą dzierzby nadziewają różne żyjątka. Skutkiem miłosnych ekscesów między małą żółtą kulką a krzakiem mordercą jest gatunek, do którego zaliczamy damaszki, mirabelki i parę różnych węgierek. Bałagan – prawie jak u mirabelki pod krzakiem.

4. Po czwarte – węgierka jest uparta i wredna, bo często za cholerę nie chce spaść z drzewa, nawet kiedy dojrzeje. „Nie dla Polaka, dla szpaka to” – zdaje się mówić sina kusicielka. Moim prywatnym zdaniem nic nie tracimy, bo główną zaletą węgierki jest to, że jej miąższ łatwo odchodzi od pestki i – poza słodyczą – ma trochę goryczki. Ja nie przepadam za takim zestawieniem, ale wiem, że jestem w mniejszości. Wystarczy zajść do Żabki i rzucić okiem na wystawkę z małpkami we wszystkich kolorach tablicy Najebielejewa.

5. Po piąte – nieszczepiona węgierka rozłazi się po okolicy. Drzewo co roku wypuszcza masę odrostów. Wystarczy, że się człowiek zagapi, i przejmą mu podwórka przez zaśliwkowienie. Jeżeli nie udało mi się was jeszcze zniechęcić, to możecie pojechać na wieś i sobie wykopać taką bejbi węgierkę, a potem traumatyzować suszonym kompotem kolejne pokolenia.

6. Po szóste – kompot z suszonych śliwek. Jak ja tego skurczysyna nienawidzę. Co święta to samo. A może jeszcze kompociku z suszonych owocków? Nie, ciociu, dziękuję. Gdyby Bóg chciał, żeby te diablęta były mokre, to by ich, kurza twarz, nie suszył!

7. Po siódme – powidła śliwkowe. No dobra, one akurat dają radę, ale tylko dlatego, że sposób przygotowania to chory żart kulinarnego boga. Trzy godziny smażenia i mieszania – i tak przez kilka dni z rzędu. Wystarczy się na moment zagapić, a ta fioletowa pinda zaraz się przypala i wszystko trzeba zaczynać od nowa.

8. Po ósme – śliwowica – dowód na to, że nawet śliwkę można bardziej popsuć. Najlepiej nadaje się do bigosu. A bigos to, jak wiadomo, torturowana kapusta, po której człowiekowi burczy w jelicie.

No i to by było na tyle. Na weekend jadę do dziadków zbierać węgierki. Być może będę hipokrytą, ale przynajmniej najedzonym.

Czy lubicie śliwki, jeśli tak to w jakiej postaci? Surowe czy ciasto drożdżowe, śliwowica, kompot z suszonych, knedle z nimi a może w occie, czy jeszcze w innej postaci?

A dzisiaj (piątek) w małym sklepie płacę odliczoną gotówką. Ekspedientka seniorka,  sprawdzając sumę  pyta:

– A jakie stopnie miała pani w szkole z matematyki?

I opowiada:

– Bo ja kiedyś pracowałam w mięsnym i zdarzało mi się powiedzieć do klienta, że mogę się pomylić w liczeniu (wtedy to tylko był ołówek i papier na podliczanie a nie wymyślne mniej czy więcej, wynalazki typu kalkulator), bo z matematyki miałam dwójkę.

Na co klient zapytał:

–  To jak pani się znalazła w handlu?

A ja na to:

– Tak wyszło.

W rewanżu „sprzedałam” historię maturalną mojej znajomej, która miała  nauczyciela geografii rozdającego niemotom matematycznym ściągi ukryte w pojemniczkach z cukrem w kostkach. Ta znajoma nie chciała cukru ale on się, z odpowiednią miną, uparł.

Nie wiem czy u nas była taka pomoc, ja sama sobie jakoś poradziłam choć orłem nie byłam. Ale gęsią też nie.

Poniedziałek 1 dzień września – ciągle upał a ja już schowałam wentylator.

Mamy prawie jesień, więc zaopatrzyłam się w warzywniaku zgodnie z sezonem. Z owoców brzoskwinie, bo te najbardziej lubię. Mieć brzoskwiniową cerę też ale już nie te lata, nie te oczy.

Z warzyw cukinia, pomidory i papryka no to w domu leczo. Cukinia i pomidory bez skórki. Boczek z własnej lodówki wzięty. Dwa średnie słoiki gorącą mieszanką napełniłam i do góry dnem postawiłam nakrywając gazetami.

Nabyłam też kurki, a nie te gdaczące tylko leśne. Bardzo dobre jako dodatek do ryżu duszonego z kawałkami indyka.

Skserowałam swoje kolejne opowiadanko, które powstało jako zadanie domowe na zajęciach literackich.

Przed chwilą zadzwonił mój telefon stacjonarny, a w nim pani pytająca, czy ten numer należy do mnie, bo wydają książkę telefoniczną. Myślałam, że już takich książek nie ma.

Wpisałam temat w Google – wymagają tam wysłania sms, aby dostać kod dostępu. Nie podano ceny tegoż.

JESIEŃ IDZIE

Raz staruszek, spacerując w lesie,

Ujrzał listek przywiędły i blady

I pomyślał: – Znowu idzie jesień,

Jesień idzie, nie ma na to rady!

I podreptał do chaty po dróżce,
I oznajmił, stanąwszy przed chatą,
Swojej żonie, tak samo staruszce:
– Jesień idzie, nie ma rady na to!
A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema:
– Musisz zacząć chodzić w pulowerze.
Jesień idzie, rady na to nie ma!
Może zrobić się chłodno już jutro
Lub pojutrze, a może za tydzień
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!
A był sierpień. Pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
O mającej nastąpić jesieni.
Ale cóż, oni żyli najdłużej.
Mieli swoje staruszkowie zasady
I wiedzieli, że prędzej czy później
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady.

(Andrzej Waligórski)

Upalne miasto 159

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

Fajny film dzisiaj widziałam, momenty były (to nawiązanie do dialogów w radiowej trójce z audycji „60 minut na godzinę”,  w wykonaniu Mariana Kociniaka i Andrzeja Zaorskiego).

„Boska.  Sarah Bernhard” = „święty potwór”.

Ale zanim reżyser Guillaume Nicloux zaserwował momenty to postanowił zszokować widza najpierw początkiem, chyba z inspiracji Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”.  

Po kadrach filmów z epoki widzimy umierającą Sarah Bernhard. Na szczęście tylko jako Damę Kameliową. A potem, prawie zaraz, jest piła w ręce chirurga, który obcina aktorce nogę. Co wrażliwszy widz ma dosyć i chce wyjść z kina. A przecież to nie polski film, tylko francuski (nawiązuję do sceny z filmu „Rejs” i wypowiedzi Maklakiewicza o polskim filmie).

W czasie rekonwalescencji po amputacji aktorka (gra ją Sandrine Kiberlain dziwnie niepodobna do  S.B. ze zdjęć) opowiada synowi największej miłości jej życia (oprócz teatru), aktora Luciena Guitry najważniejsze, według niej, momenty swojego życia.Bardzo barwnego ale zaczętego od odrzucenia co ma ogromny wpływ na jej dalsze dzieje i zachowanie. Ma poglądy brzmiące bardzo współcześnie ale aktorka podaje je tak jakby czytała swój pamiętnik. Reżyser, aby pokazać jej bogatą osobowość kazał aktorce momentami miotać się po pokojach, scenie, garderobie – no, wszędzie. I być  bardzo hałaśliwą co jest irytujące. Może taka była, nie wiem, tak dawno nie żyłam.

Scenograf przyłożył, a może i momentami, wyłożył się do pracy, wszystko tonie w kolorach, przepychu i nadmiarze. Nie żebym oczekiwała prostoty z jaskini ale trochę tego za dużo, bo według mnie robi się szum informacyjny i oczy pląsają.

Na ekranie momentami widzimy znane postaci tego czasu – pisarzy, aktorów, lekarzy a także  syna  Sary oraz służbę. Wszystkich traktuje jak się jej podoba rozpuszczona przez uwielbiające ją i wszystko wybaczające otoczenie.

Ona zaś zawsze wybacza synowi, że traci jej pieniądze hazardując się a w dodatku fatalnie zarządzając teatrem matki.

Lubiła zwierzęta, a może to była taka moda (Pola Negri też miała jakiegoś dzikiego kota) – miała psa, kota, węża i papugę, aligatora, gepardzicę,  lwa i sześć kameleonów.

Warto przed pójściem do kina zapoznać się z życiorysem tej artystki i czasem w którym działała, bo w przeciwnym wypadku wiele spraw będzie niezrozumiałych.

My mieliśmy Helenę Modrzejewską (12.X. 1840 – 8.IV. 1909) o której powstał serial z Krystyną Jandą w roli głównej, Francuzi Sarę Bernhardt (13.X.1844 – 26.III. 1923).

W piątek byłam na „wieczorze gier”, planszowych a nie hazardowych, zorganizowanym przez Grupę „Mosty Serc”. Było to  zakończenie kilku warsztatów relacyjnych. Jak zwykle wiele osób się zapisało a przyszła połowa. Niezapłacone więc zlekceważone.

Trafiłyśmy z Olą (autorką wiersza z odcinka 156) na dwie sympatyczne panie (panów było trzech) z którymi zaliczyłyśmy dwie planszówki. Raz wygrałam, raz przegrałam.

W domu wcześniej przygotowałam rękodzielniczo  czterdzieści zafoliowanych , (aby za szybko się nie zniszczyły, każda inna) zakładek do książek, którymi zostali obdarowani wszyscy uczestnicy, oprócz tych, których wcześniej wyszli. Ich strata. Ale może nie czytają książek?

Tylko jedna osoba podeszła do mnie i podziękowała, oprócz pań przy stoliku gdzie grałyśmy. Nie żebym tego oczekiwała.

No i udało mi się, bo odwieziono mnie do domu. I to nie były taczki J. Tak mi się jakoś  skojarzyło z różnymi postaciami, które na to zasługują.

Sobota „Noc Literatury” na moim osiedlu. No to przejrzałam wcześniej program, zaznaczyłam punkty czytania i przed 18-tą poszłam do Domu Edyty Stein. A tam siurpryza – nie ma już miejsc, wszystkie siedemdziesiąt zajęte.

Na dworze zimno i zaczął padać deszcz a ja bez parasola. Tak, sprawdziłam prognozę pogody, miało padać od godziny dwudziestej dopiero. Dwa najbliższe czytania pod gołym niebem. Zadałam sobie pytanie: czy muszę? Absolutnie nie.

Duch czytania wyraźnie dał mi do zrozumienia, że mam czytać indywidualnie a nie w słuchać w grupie. Bo umiem czytać i nie lubię bycia w tłumie, czasem trzy osoby to tłum, a co dopiero siedemdziesiąt a nawet mniej.

I nawet się cieszę, że tak się stało. W domu przecież mam zawsze coś do zrobienia, przeczytania.

Zrobił się wysyp naciągaczy – parę dni temu jakaś baba niby przez tramwaj poturbowana zadzwoniła do mnie a dzisiaj za pomocą messengera jakaś cwana następna chciała mój numer telefonu,  bo ona bierze udział w konkursie Lidla i brakuje jej dwóch osób. Odmówiłam pisząc, że mi to źle pachnie i nie słyszałam o takim konkursie. Weszłam na profil tej osoby, aby sprawdzić kim ona jest a on po chwili zniknął. Sprawdziłam w Internecie czy jest taki konkurs tej firmy – i miałam rację, to oszustwo!!!

To, w krótkim czasie, już trzecia próba wyciągnięcia danych lub pieniędzy  jaka mnie spotyka. I to zawsze od kobiet.

A  za pół godziny była czwarta, w ten sam sposób ale podszyto się pod prawdziwy profil mojej znajomej. Na moje pytanie po co mam podać numer swojego telefonu nie odpowiedziano. Ta sama osoba?

Znajoma wyjeżdża na parę dni a że ma dwa koty to ja będę tam codziennie chodzić i dbać o nie, jedzenie, kuwetę oraz siedzieć trochę, aby nie czuły się opuszczone. Już to robiłam parę razy, więc mnie znają.

Zadzwoniła do mnie w przeddzień wyjazdu, powiedziała, że zostawiła dla mnie różne herbaty i … że zważyła koty. Na czczo, aby po powrocie sprawdzić czy nie schudły, co znaczy czy o nie dbałam.

No i uśmiałyśmy się z tego jak norki. Bo kota to tak łatwo, w domowych warunkach zważyć na małej kuchennej wadze, ha, ha, ha. Nawet nie wiem, czy ma takową.

Niedziela – skończyłam czytać książkę Magdy Wieteski „Nie zaglądać”(Wydawnictwo Nokturn, Kraków, 2014, s. 211).

Nie jest to gruba książka ale ma w  sobie wstrząsającą historię. Tego czytelnik kompletnie się nie spodziewa. Bo jest sobie 24-letnia dziennikarka, sfrustrowana dość swoim życiem zarówno zawodowym jak i prywatnym. Trochę jak Bridget Jones. Bohaterka jest „tą trzecią” z dużo starszym od siebie mężczyzną bez nadziei na stały, oficjalny związek. Czytelnik myśli: a rzuć te pracę i tego faceta szkoda życia. Ale przecież ona go kocha i potrzebuje pieniędzy na życie. Pewnego dnia znajduje w śmietniku pamiętnik nastolatki dość ekstremalnie szukającej swojego miejsca w życiu. Zakończenie wbija w fotel.

Często oglądam program telewizyjny „Domowy kryminał” i ta historia mogłaby być jednym z jego tematów.

Na początku powieści autorka „Wszystkie postaci z mojej książki postały w mojej głowie. Jeśli mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, nie biorę za to odpowiedzialności”.

Upalne lato 158

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*****************************************************************************

9 sierpnia  to Dzień Miłośników Książek, jednocześnie upalny, bo serwuje 30 stopni pana C. A już było tak miło, niższa temperatura, deszcz czasami dzięki czemu przyroda jest zielona i kolorowa a nie wysuszona.

Jutro na naszym osiedlu kolejny Pchli Targ, pod informacją na fb wczoraj napisano, że na tablicach głoszeń Rady Osiedla są plakaty. To dziś poszłam sprawdzić, bo poprzednio też miały być tylko nikt ich nie widział.

I cóż widzę? Na tablicy kilka ogłoszeń, to o PT takie raczej najmniejsze. No to poszukałam definicji plakatu:

Definicja i cechy plakatu:

  • Duży format:

Plakaty zazwyczaj charakteryzują się dużym rozmiarem, co pozwala na ich zauważenie z daleka. 

  • Grafika i tekst:

Plakat łączy w sobie elementy wizualne (obrazy, fotografie, grafiki) oraz tekstowe (hasła, informacje, opisy). 

  • Funkcja informacyjna lub reklamowa:

Plakaty mogą pełnić funkcję informacyjną (np. ogłoszenia, komunikaty), reklamową (np. promowanie produktów, usług), propagandową lub artystyczną (np. plakaty filmowe, teatralne). 

  • Widoczność i dostępność:

Plakaty są przeznaczone do umieszczania w miejscach publicznych, gdzie mogą być łatwo zauważone przez dużą grupę odbiorców. 

  • Zwięzłość i czytelność:

Skuteczny plakat powinien być zwięzły, czytelny i zrozumiały na pierwszy rzut oka, nawet z pewnej odległości. 

Twórcy tego plakaciątka pojęcia nie mają o powyższej definicji.

A na pchlim targu miało być dobrze – lepiej a wyszło jak zwykle: więcej wystawiających swoją ofertę niż kupujących. Ledwo widoczne plakaciątko zadowoliło tylko jego autora.

Przyszła znajoma, która kiedyś też w tych pchlich okolicznościach zastosowała wobec mnie bodyshaming, więc ja zastosowałam asertywność pytając czy zdaje sobie sprawę, że się wtedy skompromitowała. Oczywiście nie miała pojęcia o co mi chodzi i nawet poprosiła, abym opowiedziała sytuację. Zrobiłam to mówiąc: chyba nie jesteś taka głupia, żeby nie wiedzieć co mówisz? Na co ona: no, chyba jestem głupia, bo według mnie to był dowcip.

Złośliwy komentarz na temat wyglądu, bo ośmieliłam się odmówić spełnienia żądania to żart według niej. A sama wygląda, no – nie najlepiej, delikatnie pisząc.

Powiedziałam jeszcze, że gdyby tak bez przerwy nie gadała to zdołałabym powiedzieć, że od lat fundacja jej córki dostaje ode mnie 1,5 % z podatku.

Zgodziła się ze mną, że gadatliwość to jej wada i co robiła? Gadała, gadała, gadała!!! Nawet powtarzając trzy razy to samo.Taki z niej wampir energetyczny, bardzo bezrefleksyjny.

A w bardzo ciepły poniedziałek postanowiłam zapewnić sobie dawkę omega3 i złowić wędzoną rybkę, bo świeżych nie było. Zapytałam sprzedawczynię czy ta wybrana przeze mnie jest dobra na co ona:

– Nie wiem, bo ryb nie jem!

– To złą pracę sobie pani wybrała – stwierdziłam.

– Mąż też się ze mnie śmieje z tego powodu – odrzekła.

Świeżej rybki i sałatki krabowej nie mogę złowić w Odrze, bo nie ma takich delicji w swojej ofercie, czyli w nurcie.

Rogal się do mnie uśmiechnął prawie dookoła głowy w prywatnej piekarni ale poprosił, abym dodała chałkę, bo lubi towarzystwo. Spełniłam prośbę, lubię uśmiechniętych ludzi, przedmioty a nawet pieczywo.

Odebrałam też zamówioną książkę, już przeczytaną ale chcę do niej wracać i opłaciłam składkę PZU.

Mimo zakazu mieszkańcy i tak zostawiają odzież w pojemnikach na inne odpady, czasem zajrzę do takiego, postawionego obok, worka – dzisiaj wyjęłam męski granatowy podkoszulek, wypiorę i zastosuję jako podomowy.

W trakcie pchlego targu rozmawiałyśmy (jeśli się dało przebić przez w.w.) o pozbywaniu się niepotrzebnej odzieży. Można ją zanieść do sklepu dobroczynnego, ale tam większość darów to odzież. Można wrzucić do pojemników PCK, w galerii handlowej jest sklep cyrkulacyjny z pojemnikiem do którego można wrzucać niepotrzebne ciuchy.

A kto umie może sobie i rodzinie przerabiać, przerabiać, przerabiać. Dżinsy na torby na zakupy, kolorowe podkoszulki (z ładną lewą stroną) na naszyjniki „zamotki” i pasujące do nich bransoletki, firanki na woreczki zakupowe itp. Itd.

Poniedziałki bywają różne – takie jak w filmie „Nie lubię poniedziałku” albo z przyjazną do życia pogodą.

Dzisiaj (nie znoszę wyrażenia: w dniu dzisiejszym) jest i tak, i tak.

Po zakupach weszłam na to moje zajefajne czwarte piętro, rozkładałam produkty, ciesząc się, że zapomniałam tylko o jednym a tu dzwoni telefon stacjonarny. Wyświetla się, że numer niezanany ale odbieram. I słyszę zdenerwowany głos kobiecy, że był wypadek, że ma złamany nos. Nie poznaję głosu więc pytam kto mówi. Na co jeszcze bardziej zdenerwowanie baba mówi: babciu, nie słyszysz? Mówię, że był wypadek i mam złamany nos.

Od razu mnie tknęło, że to jakaś oszustka ale będąc bardzo życzliwą i łagodną osobą powiedziałam: współczuję ale nie jestem twoją babcią. I odłożyłam słuchawkę.

Po tylu ostrzegających informacjach w mediach oszuści jeszcze stosują tę metodę? 

Następnym razem poproszę o podanie umówionego z wnukami hasła.

Jeśli ten ktoś nie pamięta to niech poda swoje imię, nazwisko, adres i pesel. Ja to zapiszę i sprawdzę na policji – tak tej osobie powiem. Ciekawe jak szybko się wyłączy.

WTOREK: idąc do gabinetu na masaż koło kosza na śmieci zauważyłam duży kubek z uchem i napisem: bez kawy nie kumam. Czyżby ktoś się przerzucił na herbatę?

Powiedziałam to masażyście  i porozmawialiśmy o nadmiarze przedmiotów jakie posiadamy co widać po zawartości sklepu dobroczynnego gdzie mieszkańcy dostarczają zbędne rzeczy. Jest też sporo osób chodzących po osiedlowych śmietnikach i znajdujących tam niekiedy naprawdę wartościowe przedmioty, czasem tylko wymagające wyczyszczenia czy odnowienia.

Ale także o osobach, które go w gabinecie nachodzą żebrząc tekstem: jestem głodna/y. Oczywiście  chcą tylko pieniędzy. Taki sposób na życie mają.

Masażysta sprytnie odpowiada, że niedaleko przy konkretnej ulicy

rozdają produkty żywnościowe, na osiedlu jest też lodówka społeczna,  a niedaleko od gabinetu siedziba MOPS – u.

I przypomniało mi się jak do biblioteki w której pracowałam weszła para – niewidomy z przewodniczką i też po prośbie. Dałam dwa złote a on odchodząc wymacał jaka to moneta i mamrotał, że to mało.

Niespodzianki z facebooka:

Zaprosiła mnie do znajomych osoba, którą zdawało mi się, że kojarzę. Najpierw na priv zapytała jak się czuję, odpowiedziałam, że dobrze lecz nie beznadziejnie.

Ona: Miło słyszeć od Ciebie, wszystko idzie dobrze. Zastanawiam się tylko, czy złożyłeś podanie o stypendium DHHS?

Ja: co to jest DHHS?

Ona: Departament Zdrowia i Opieki Społecznej udziela wsparcia finansowego obywatelom. Wspierają ludzi finansowo. Dostałem

200 000 gotówki z programu. Jeśli chcesz, mogę wysłać link do złożenia wniosku teraz.

Ja: w Polsce?

Ona:  tak, w Polsce już złożyłem wniosek i otrzymałem od nich wygrane pieniądze. Czy powinienem wysłać Ci link, żebyś mógł to sprawdzić?

Ja: NIE! Bo to jest jakieś oszustwo, sprawdziłam w Internecie. Blokuję cię.

 

Upalne miasto 157

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************************

Czwarty dzień sierpnia to trochę słońca i trochę deszczu. Tego drugiego oczywiście wtedy gdy wyszłam po zakupy.

Głównie, aby skserować „Spacerownik po miejscach akcji książki „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”. Bo tam są nie tylko koty i trupy. Dużo też różnych miejsc mojego miasta, które w książce mają swoją notkę.

Poza tym nabyłam małe ogórki do zakiszenia, czosnek i chrzan. Koper miałam z torebki zawierającej przyprawę do kiszenia ogórków. Powinien być z dojrzałymi nasionami  a sprzedają zielony.

A na obiad oprócz makaronu z sosem, który powstał ze zmiksowania leczo (nie lubię jedzenia ciągle tego samego), dobry wyszedł. Jako jarzynka: uduszona cukinia, pomidor lima, cykoria, ogórki kiszone, pomidory suszone, sól i pieprz ziołowy plus gęsi smalec, taki mój wynalazek trochę z cyklu „na winie” – co się pod rękę nawinie.

Wtorek – masażysta mnie pyta:

– Czy jedzie pani na jakieś wczasy?

JA:

– najlepsze wczasy to ja mam tu, w pańskim gabinecie.

A potem zaskoczył:

– Jak szykuje się pani na jutrzejsze święto?

– Jakie święto?  Nic nie wiem.

–  No, jak, to inauguracja nowego prezydenta.

– Aaaa, ale ja go nie wybierałam, więc o świętowaniu nie ma mowy. Bardzo nie ma. Wstyd na cały świat będzie, a już mieliśmy przez 10 lat nieustanną prezydencką kompromitację.

Byłam w kinie (po bardzo dłuuugim czasie się wybrałam) na „Vinci 2”. Lubię komedie tego reżysera.

Teraz Robert Cumiński czyli Cuma mieszka z ognistą Carmen w Hiszpanii i bardzo mu tam dobrze jest. Ale przeszłość wraca w postaci Chudego (w poprzedniej części był Gruby) z propozycją nie do odrzucenia. Żona woli zaadoptować szczeniaczka niż wysługiwanie się złodziejom ale Cumę natura ciągnie do lasu. Tyle, że Chudy przedobrzył  i zespół Cuma – Julian/Szerszeń Wolniewicz oraz górnik z dwojgiem dorosłych dzieci robią mu psikusa z fajerwerkami. Nie chodzi tym razem o obraz.

Spotykamy się ponownie z Japończykiem, który o mało co w poprzedniej części nie popełnił seppuku. A jego żonę, kustoszkę Muzeum Czartoryskich gra Ilona Ostrowska (najbardziej znana z serialu „Ranczo”) w  awangardowej fryzurze i okularach.

Akcja z początku ciągnie się jak zużyta guma do żucia a potem nabiera życia i daje, momentami, czadu.

Więckiewicz spisuje się świetnie, Szyc dobrze mu partneruje, Dorocińskiemu napisano odjechaną scenę i nieźle się popisał, złodzieje bez profesjonalizmu dostają po nosie i kieszeni. A najbardziej zaskakujący jest koniec.

Zupełnie niezaskakujące jest orędzie odchodzącego prezydenta – to wodospad przechwałek wzdęcia i nadęcia. A szanowna małżonka powiedziała na pożegnanie: „Jestem najszczęśliwszym człowiekiem w tej kancelarii”. No, miała dziesięć lat drogi przez mękę. Bidulka.

We wtorek 5 sierpnia w warszawskim Ogrodzie Botanicznym zakwitło DZIWIDŁO. Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że to dla uczczenia nowego prezydenta.

Autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też tak to – to opisuje:

Warszawiakom opadło wielkie dziwadło. Spokojnie, Pałac Kultury nadal stoi.  Marcin Prokop również jest bezpieczny. Chodzi o dziwidło olbrzymie, czyli największy kwiat świata, który w dodatku śmierdzi jak kontener na bioodpady. Dziwidło to roślina z gatunku obrazkowatych (bo lepiej oglądać ją na papierze). Jej kwiatostan dorasta do ponad trzech metrów wysokości, a cała roślina potrafi ważyć sto dwadzieścia kilo, z czego większość przypada na schowaną pod ziemią bulwę.

Dziwidło zakwitło wczoraj w nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego i od razu zasmrodziło okolicę. Biedny kwiat chciał tym aromatem przyciągnąć muchówki i chrząszcze, a zwabił Warszawiaków.

Specjalnie dla nich wrota ogrodu botanicznego rozwarły się o siódmej rano, a nie o dziesiątej – jak zwykle. Niestety botanicznianie, czyli pracownicy ogrodu, nie poinformowali o tym wcześniej amatorów mięsnych aromatów.

No i się zaczęło marudzenie, bo dziwidło przez te kilka godzin straciło na powabie. Co prawda dalej wali jak bąkiewicz wypuszczony na granicy (dobrego smaku) – ale żółta kolba kwiatostanu zwisa smętnie, zamiast dumnie sterczeć na baczność.

Dziwidło kwitnie tylko przez 2–3 dni i w dodatku bardzo rzadko. Ostatnio warszawski okaz pokazał kolbę w 2021 roku. Poza Warszawiakami wydarzenie uświetnił wtedy jeż, który próbował wejść bez kolejki i w dodatku na krzywy ryjek.

W środowisku naturalnym dziwidło występuje na indonezyjskiej Sumatrze. W lesie deszczowym nie ma zbyt wielu tradycyjnych zapylaczy, bo pszczoły nie lubią, jak im się żądło poci. Dziwidło musiało wymyślić, jak zwabić inne owady – padło na padlinożerne chrząszcze i muchówki. Owady wpadają na wyżerkę zachęcone zapachem, a na miejscu dostają tylko pyłkiem po oczach i dziwidło pokazuje im środkową łodygę.

Ale po kolei. Najpierw dziwidło wypuszcza długi nawet na siedem metrów liść. Kiedy on przekwitnie, pojawia się kwiatostan – czyli żółta kolba oraz fioletowe osłony, przypominające płatki. Wewnątrz kolby panuje temperatura nawet o 5–10 stopni Celsjusza wyższa niż na zewnątrz, bo – jak wie każdy fan makreli z mikrofali – ciepło wspomaga roznoszenie się zapachów.

Smród, opisywany jako połączenie gnijącego mięsa z popsutym jajem, roznosi się nawet na kilka kilometrów wokół dziwadła. Musi, żeby zwabić owady z pyłkiem innego dziwidła. Roślina nie zapyla się sama, bo drobne kwiaty męskie w górnej części rozwijają się, dopiero kiedy żeńskie u nasady więdną. Islandczycy w tym samym celu używają aplikacji.

Jeżeli macie ochotę zobaczyć przekwitnięte dziwidło, to zapraszam dzisiaj do ogrodu botanicznego – albo w dowolny dzień na obrady sejmowe.

Z facebookowego fanpage Doroty Zawadzkiej (za jej zgodą) wzięłam poniższy tekst:

„Prezydent MOŻE:

– zgłaszać projekty ustaw (ale to Sejm decyduje, co z nimi zrobi),

– podpisać ustawę lub zawetować ją (weto może być odrzucone 3/5 głosów Sejmu),

– kierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego,

– mianować premiera, sędziów, generałów, ambasadorów, członków niektórych instytucji,

być zwierzchnikiem sił zbrojnych (ale decyzje militarne podejmuje rząd),

– reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej,

– inicjować debaty publiczne i symbolicznie wpływać na kierunek kraju.

Prezydent NIE MOŻE:

– samodzielnie zmieniać stawek podatków (VAT, PIT, Belka),

– prowadzić polityki energetycznej, mieszkaniowej, zdrowotnej czy edukacyjnej,

– wypowiadać umów międzynarodowych (np. Paktu Migracyjnego czy Zielonego Ładu) – to robi rząd i Sejm,

– narzucać ustaw – Sejm może je odrzucić lub zmodyfikować.

Większość zapowiedzi prezydenta Nawrockiego to polityczne hasła bez realnego przełożenia na kompetencje prezydenta”.

Upalne miasto 156

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

Ostatnia środa lipca, słonecznie.

W planie spacer po dużym parku w towarzystwie dużo młodszej znajomej, będącej na urlopie. Bezdzietnej – tak mi się skojarzyło, bo jedna z pań na warsztatach odrobinę ponarzeknęła (od  słowa narzekać), że na spotkaniach UTW wszystkie panie o wnukach i o wnukach.

Na rogu ulic dwóch seniorka zapytała mnie w którą stronę trzeba jechać do ZOO. Powiedziałam, przeszłyśmy na pasach  i na ławeczce usiadłyśmy. Pochwaliłam jej sukienkę mówiąc, że kiedyś ten wzór nazywał się „łączka”. I tu się pani trochę rozgadała, zwierzając się, że kupiła dwie takie same tylko jedną na niebieskim (w tej była) a drugą na czerwonym tle. I jeszcze cztery inne, tak zapragnęła sukienek, bo ciągle chodzi w spodniach. Ale lubi te z szerokimi nogawkami i tu się z nią zgodziłam.

Po parku  ze znajomą spacerowałyśmy prawie trzy godziny opowiadając o sobie i różnych znajomych. Życzliwie choć czasem z wielkim zdumieniem nad zachowaniami bliźnich. I o przemocy, nie tylko (głównie nie o takiej) fizycznej.

Spacer zakończyłyśmy w knajpce „Mała czarna” mieszczącej się przy wejściu na Stadion Olimpijski. Wzięłyśmy, oprócz kawy,  jedną jagodziankę na pół. Dobra ale były to jagody w cienkiej otoczce ciasta. Ja jednak wolę, aby to była widoczna drożdżówka a nie jej ślad z jagodami.

W parku nie spotkałyśmy żadnych zwierzątek (nawet wiewiórek) ale ssaki w postaci ludzi to owszem. Zrobiłam trochę zdjęć, głównie kwiatów na które polowałam, bo na większej połaci to drzewa, krzewy i trawa. A w niej stokrotki i koniczyna, mało fotogeniczne.

Słuchając czasem wypowiedzi, nie tylko polityków, przychodzi mi na myśl powiedzenie (podobno angielskie): 

Bycie głupim jest tak jak bycie martwym, gdy jesteś martwy nic cię nie obchodzi ale ludzie wokół odczuwają ból.

Okazuje się, że ciągle podpadam różnej władzy, mniejszej lub większej. Lata temu przeszłam po spokojnej, małej ulicy nie po pasach (a samochodów wtedy było mało) to dorwał mnie ambitny milicjant, spisał i ściągnięto mi mandat z naprawdę małej pensji.

  Po latach było jeszcze gorzej, trzech ubeków naszło mnie w wynajmowanym pokoju rano w styczniową wolną sobotę (stan wojenny) i zabrało po przeszukaniu pokoiku i nic nie znalezieniu. Zabrano mówiąc, że tylko na przesłuchanie. Moje odpowiedzi na liczne pytania w sobotę i poniedziałek tak im się nie spodobały, że (po pobycie w areszcie w nocy  z soboty na niedzielę) zawieziono mnie do więzienia gdzie już różne „zasłużone” panie siedziały. Postraszono mnie, że dostanę pięcioletni wyrok. Słowa nie dotrzymano, bo skończyło się na, prawie trzymiesięcznym,  internowaniu w Gołdapi.

Już mi się zdawało, że jestem porządną obywatelką a tu facebook mnie ukarał na wstawienie karty z art journala przedstawiającą różne grzyby, z napisem „…na grzyby, w aromatów pełen las…” co jest fragmentem piosenki z Kabaretu Starszych Panów. Algorytmom chyba zdawało się, że propaguję halucynogeny. Starsi Panowie pewnie, tam gdzie są, tarzają się ze śmiechu.

W deszczowy piątek spotkałam się z dawno niewidzianą a na warsztatach spotkaną, znajomą. Nie jesteśmy przecież z cukru, więc woda nas nie rozpuszcza.

Zamówiłyśmy kawę, herbatę i jagodziankę (za 16 zł) w narynkowej knajpce „Blossome” – bossom znaczy kwiat. I rzeczywiście wystrój jest kwiatowy a nawet różowy. Głównie różowe są tapicerowane foteliki, część ścian i girlandy naścienne. Wymieniłyśmy się swoją twórczością oraz poglądami i faktami. Twórczość do poczytania w domu. Okazało się, że mająca politechniczne wykształcenie znajoma ma zdolności literackie, zarówno poezja (dostałam tomik w prezencie) jak i proza nie są jej obce.

Oto jeden z nich:

„AWARIA” aut. Aleksandra Wrzos

Fabryczka napędzająca moje życie

zaczyna niedomagać

jeden trybik się zaciął

a ma się wrażenie

że cala maszyneria zakończy swój hałas

Psychika to delikatna materia

Fabryczka nie może więc być

Z przełomu wieków

Na pewno jest napędzana elektronicznie

skoro taka subtelność

spowalnia cały

funkcjonujący dotąd

bez zarzutu

mechanizm

(wrzesień 2006)

Czytam książkę „Wellness” Natana Hilla.

Z Internetu:

Wellness to filozofia dbania o dobre samopoczucie i zdrowie, obejmująca zarówno ciało, jak i umysł. Oznacza świadomy styl życia, który dąży do harmonii i równowagi we wszystkich aspektach życia, w tym aktywność fizyczną, zdrową dietę, redukcję stresu i dbałość o relacje społeczne.

Opowiada o Ameryce (USA) przez swoich bohaterów. Współczesnych, czyli małżeństwo Elisabeth i Jacka z synem i historycznych poprzez ich przodków, który wprawdzie dorobili się „od pucybuta do milionera” ale za pomocą oszustw, manipulacji i wykorzystywania innych.

Takie książki nazywane są Wielka Powieść Amerykańska a ta raczej obśmiewa mieszkańców tego kraju niż ich chwali za zaradność, przedsiębiorczość, pomysłowość i patriotyzm.

W bliższej skali to historia małżeństwa, które po dwudziestu latach  okazuje się być nieudane a partnerzy sfrustrowani w dzień i w nocy.

Oto jej mały (bo książka 780 stron, to dla mnie o wiele za dużo co najmniej o jedną trzecią) fragment:

„Małżeństwo to po prostu technologia bez gwarancji, że się kiedyś przeterminuje. W sensie, że może i było dobrym narzędziem w czasach wiktoriańskich czy nie wiem kiedy ale dla nas? Teraz? Nie za bardzo. Mamy więc dwudziestopierwszowieczne związki chodzące na osiemnastowiecznym oprogramowaniu. Ciągle więc zdarzają się usterki i system się zawiesza. W przypadku każdej innej technologii próbujemy wprowadzać innowacje, aktualizować je i doskonalić, tymczasem w przypadku małżeństwa wygląda na to, że odrzucamy postęp w jakiejkolwiek postaci. Wmówiliśmy sobie, że podobają nam się te wszystkie usterki. Wolimy awarie systemu. Gdyby nie było tak trudno z niego korzystać, nie byłoby to warte zachodu. Przekonano nas, że błędy w oprogramowaniu są jego immamentnymi  cechami”.

Na koniec, uważam, że gadatliwość, czyli słowotok nie jest dowodem na inteligencję tylko wręcz odwrotnie.

A milczenie nie jest złotem, Milczenie jest szansą, która bardzo często jest marnowana.

Upalne miasto 155

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a część wymyślona.

*********************************************************************

Piątek 18.07. bezdeszczowy to dzień był.

Dużo wcześniej zapisałam się na warsztaty rozwojowe, które poprowadziła Magda Wieteska z pomocą Kuby Majkowskiego, czyli Grupa Most Serc.

W programie była część warsztatowa o komunikacji i relacjach, moderowane rozmowy 1:1 i przerwa na oddech, poruszanie się, wypicie kawy, herbaty, wody, zagryzienie ciastkami markizami, rurkami i winnymi gronami.

O szczegółach nie napiszę, bo Magda o to prosiła.

Spotkałam tam jedną moją imienniczkę poznaną już wcześniej ale widujemy się tylko przypadkowo, bo mieszkamy na dwóch końcach miasta.

Druga pani powiedziała, że mnie zna i okazało się, że raz była na imprezie jaką wymyśliłam po powrocie z internowania w 1982 roku i przez ponad trzydzieści lat organizowałam co miesiąc, w różnych miejscach, a nazwałam dress – party a teraz chodzi pod nazwą „WYMIANKA”.

Trzecią skojarzyłam gdy po rozmowach 1:1 (taki jakby speet dating) dowiedziałam się, z tego co mówiła o sobie, że ma na imię Ola, skończyła studia politechniczne choć wolałaby polonistykę. I tu klapka mi w głowie odskoczyła. W chwili przerwy zapytałam ją, czy mieszkała na pewnej ulicy mojego osiedla. Potwierdziła. To przypomniałam jej parę faktów z naszych, bardzo dawnych, kontaktów. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Zaskoczona byłam jej wyglądem, bo bez tych faktów nigdy bym nie pomyślała, że to ona. A jesteśmy rówieśniczkami. Przykro mi się zrobiło.

Magda zapowiedziała, że w sierpniu odbędzie się spotkanie w czasie którego oddamy się różnym grom.

Półgłosem powiedziałam: będziemy grać na pieniądze.

Kobieta siedząca obok mnie zapytała: naprawdę czy mnie wkręcasz?

Odpowiedziałam: wkręcam, to będą żetony.

I miała rację moja szkolna koleżanka, gdy wiele lat temu powiedziała:

– Nigdy nie wiem czy mówisz poważnie, czy żartujesz.

Czyli już w szkole średniej tak miałam, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Na koniec zajęć każda z nas (tak, były same kobiety) dostałyśmy kopertę. A w niej karteczkę z podziękowaniem za udział w warsztatach i małą muszelkę.

Ja Oli i Bożenie podarowałam zakładkę w postaci kota, z podanym adresem mojego bloga. Może tu zajrzą.

Razem w trzy poszłyśmy na przystanek tramwajowy i Ola powiedziała, że dobrze wyglądam, Na co ja zawsze , w takich przypadkach, dziękuję i mówię:

– To mój dobry charakter widać na twarzy, ha, ha, ha.

A siedząca na przystankowej ławce młodsza o wiele od nas, kobieta zachwyciła się moją torbą zrobioną, lata temu, z grubych pasków papierowych, umocowanych przezroczystą szeroką taśmą. Bardzo kolorową, z kocimi naklejkami.

Stwierdziłam, że praktyczna jest, bo nie przemaka.

–  Ale górą mogą krople wlecieć – zauważyła kobieta.

– Już wymyśliłam, że zastosuję rzepy – powiedziałam i kilka dni później to zrobiłam za pomocą kleju na gorąco z pistoletu. Zastrzeliłam torbę – ha, ha, ha.

Nie ma to jak parę miłych uwag od bliźnich i dzień ma dobre zakończenie.

Niedziela. Kolejny osiedlowy pchli targ. Zarezerwowałam mailowo stolik i krzesło na swoje rękodzieła. Po poprzednim w czerwcu napisałam na fb profilu Rady Osiedla, że nie wystarczy jedna informacja tam zamieszczona, że powinny być plakaty. Udostępniłam ogłoszenie i wysłałam znajomym w wiadomościach prywatnych.

Obiecano, że będą plakaty. W piątek o 11,30 na tablicy RO brak. Napisałam do nich o tym.

A na imprezie (pot lał się nam strumieniami zamiast szampana) zapytałam organizatorkę dlaczego nie ma plakatów to zareagowała fochem, bo się tak poświęca i może przestać. Ja na to, że pomogę napisać plakaty. Argument, że na wywieszenie trzeba zdobywać pozwolenia. Ale na tablicy RO, skoro jest organizatorem, to chyba nie. Zapytałam dlaczego nikt jej z RO nie pomoże w organizacji. Bo są na urlopie. Wszyscy na raz? – pytam. W odpowiedzi  FOCH!

A czy pani udostępniła wydarzenie na fb? – zapytała. Oczywiście. No to jest pani jedną z sześciu osób, która to zrobiła – usłyszałam. Ankietę wśród wszystkich mieszkańców osiedla zrobiła?

I jeszcze wmawiała, że w zeszłym roku były tłumy. Ciekawe, bo byłam w sierpniu i też więcej wystawiających niż kupujących.

Nie rozumiem tego – przywożą i rozstawiają namioty, stoły i krzesła na co potrzeba czasu i energii przecież a minimalnej reklamy im się nie chce zrobić?

Drugą świetną inaczej była 91-latka, która powiedziała, że ma bardzo dużo ciuchów w trzech wielkich szafach i musi je przynieść i wystawić do sprzedania. Z sąsiadką przy stole, (pracowitą bardzo, w tym czasie robiła swoją biżuterię z maleńkich koralików, bardzo pracochłonną i odpowiednio wycenioną) zachęciłyśmy ją do tego a ja zasugerowałam, aby niesprzedane rzeczy  potem zanieść do sklepu dobroczynnego, napisałam jej adres i dni, godziny przyjmowania.

A ta spojrzała na moje dekupażowe ikony i powiedziała:

– A to, to do kościoła zanieść.

No, jaka szlachetna cudzym kosztem. Sama całe życie wydawała pieniądze głównie na ciuchy zamiast zanieść do kościoła.

Z Internetu Bernard Shaw:

– Umiejętność znoszenia samotności i czerpania z niej przyjemności to wielki dar.

–  Czasem trzeba rozśmieszyć ludzi, żeby odciągnąć ich od zamiaru powieszenia cię.

– Zdrowy rozsądek i pracowitość potrafią zrekompensować brak talentu. Można być geniuszem, a mimo to zrujnować życie z głupoty.

– Dziś, gdy nauczyliśmy się latać jak ptaki i pływać jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie.

Z książki J. Carrola „Czarny koktajl” mój ulubiony cytat:

– Śmiech odkurza znużone półki naszych dni”.

Czwartek – w skrzynce zastałam zaproszenie na obchody powstania NSZZ „Solidarność” (co roku dostaję od czasu otrzymania odznaczenia) oraz awizo na list polecony chociaż byłam w domu. A na poczcie zawsze w takich przypadkach  mówią, że nie przyjmują skarg tylko poczta główna.

Z pojemnika na papier wyciągnęłam w połowie zapisany zeszyt w kratkę (nie lubię marnowania papieru, bo jestem dzieckiem PRL-u) a na obramowaniu leżały kartki z Amuna lub Amunu. Wzięłam choć robię swoje ale najwyżej komuś podaruję.

Piątek – weekendu początek. Zaczęłam od prasowania letnich bluzek, bo dotarło do mnie, że w ciągu tygodnia noszę 3 – 4 na okrągło. A jeszcze parę leży w szafie i nie może się doczekać zaszczytu.

Spociłam się cała wraz z włosami, jak dobrze, że jest bieżąca woda i można zastosować prysznic a w pokoju wentylator i wraca się do jakiej takiej normy.

Wytarłam się, założyłam najlżejszą podomkę i przygotowałam śniadanie. Biały ser posypany pieprzem ziołowym i pomidor pomieszany z kapustą kiszoną kupioną gotową. W dodatku pokrojoną, czyli niemającą długich farfocli uciekających z widelca. Zmoczyłam stare prześcieradło, położyłam na dywanie, uchyliłam (na łańcuchu) drzwi, aby był przewiew i włączyłam laptopa.

Fajnie ale gdzie są moje okulary? Nie, nie miałam ich na nosie jak pan Hilary. Zajrzałam w różne miejsca, do kosza na śmieci także, tylko lodówkę ominęłam. Tapczan trochę odsunęłam, podłogę zlustrowałam i nic. Wzięłam więc z szafki płaską szczotkę na długim kiju i spenetrowałam dokładnie podłogę wokół leża. I były, między nim a regałem się ukryły. Takie mam czasem poranne rozrywki.

Upalne miasto 154

            Upalne miasto 154

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*******************************************************************************

No i mam potwierdzenie powiedzenia: „Siła złego na jednego”, wrr. Upały odpuściły to: nadal pobolewa mnie niedawno zaplombowany ząb, uciekł mi jeden dzień tygodnia i okazało się, że dziś jest sobota (12.07) a nie piątek, a wybierałam się na zakupy, ha, ha, ha.

Tak, w sobotę też można je robić ale ten dzień zawsze mam zajęty wewnątrzdomowymi porządkowymi pracami. Zorientowałam się dzięki znajomej, która na fb życzyła wszystkim udanej soboty.

– Jak to?! Dzisiaj jest sobota? Niemożliwe!

Sprawdzałam to na laptopie, telefonie i w kalendarzu – nie chciało być inaczej!

Trudno, zjadłam śniadanie i wrzuciłam rzeczy do pralki, włączyłam ją i HUK, brak prądu. No, jeszcze tego mi było trzeba do szczęścia.

Korki typu wajcha na półpiętrze w dobrej pozycji były. Nie wiem dlaczego tam poleciałam zamiast sprawdzić w mieszkaniu.  Jedna tu opadła więc ją podniosłam, bo po co biedulka ma leżeć.  Stała się światłość, więc ja, mądra inaczej, włączyłam pralkę ponownie. I tu jak nie trzaśnie ze smrodem włącznie. Wyłączyłam ją z kontaktu. Wajchę na korytarzu podniosłam i zaczęłam szukać pomocy. Nie, nie wychyliłam się z okna i nie wołałam na całe podwórko: ratunku, pomocy, cywilizacja mi się zepsuła.

Przewidując najgorszy wariant wyjęłam rzeczy z pralki i wyprałam je ręcznie.

Parę ładnych lat temu fachowiec mi naprawiał ten sprzęt, bo podkolanówka wkręciła się w bęben i hamowała działanie. Napisałam do tego naprawiacza maila, a że nie odpowiadał wpisałam poszukiwania w Internet. Zadzwoniłam, zostałam odpytana na okoliczność i okazało się, że ktoś przyjedzie za pół godziny. Podano wysokość opłaty i to, że będę mogła zapłacić kartą.

Po tym czasie wszedł do mojego maleńkiego mieszkania bardzo wysoki młody człowiek. Na szczęście szczupły. Uprzedziłam na wejściu, żeby uważał, bo miejsca jest mało. A przestrzeń raczej odpowiednia dla krasnoludków jako, że to Wrocław a one są wszędzie.

Na sobie miał koszulkę z napisem firmowym a w ręce trzymał grzałkę pralkową.  Poprosił o opis awarii, opowiedziałam w skrócie, bom niegadatliwa jest.

Do łazienki z malutkiej kuchenki wchodzę bokiem obok pralki. Fachowiec też tak musiał, a potem namęczył się odwracaniem sprzętu, aby dostać się do bebechów. No i zachwycił się, oczywiście zabytkowością pralki firmy Zanussi (mieszkanie z filmowym przepychem mam – tak czasem się chwalę). I jej stanem technicznym. Takie mam małe muzeum techniki.

Dwa czy trzy razy ją włączał, aby sprawdzić ponaprawowe działanie a ja myślałam ile to wody i pieniędzy za nią spłynie.

Kontaktowy za bardzo nie był ale podał mi numer swojego telefonu. No i skasował trzy stówy. Za plombę nadal dokuczającego zęba też tyle zapłaciłam. Klątwa jakaś? Trzystu to było Spartan pod Termopilami ale co to ma do moich wydatków?

Okazało się, że fachowiec pożąda zapłaty gotówką a nie kartą.

– To muszę iść do bankomatu – stwierdziłam.
Ale poszłam po rozum i pamięć do głowy w wyniku czego przeszukałam różne miejsca ale nie były to skarpety ani sejf. Gotówki wystarczyło!

Uprane ręcznie rzeczy włożyłam do pralki i kazałam robić swoje. Zrobiła. Nawet wypływając, w pierwszym wylewie, woda była cieplejsza niż zazwyczaj, bo wymieniono grzałkę.

W ramach siły złego rozdarła mi się, przy siadaniu, też zabytkowa, już łatana, podomka z kory. No, lubię ją – a co, nie wolno? Przyszyję kolejną łatę ale zagroziłam, że jak jeszcze raz to zrobi, to zostanie szmatą. Bez konieczności nocnych konsultacji z wrednymi politykami.

Tak więc mam kolejne diable figle połączone z wydatkami lub/ i z naprawami:

– spłuczka wymagała wymiany części swej zepsutej

– w laptopie coś zeżarło avast i CCleaner

– ząb mi dokucza mimo zaplombowania

– pralka dała czadu

– podomka drze się jak stare prześcieradło

– poprzylepiałam się do lepu

– nieudany pchli targ

– na w.w. imprezie – zła, głupia, podła i brzydka znajoma za to bardzo nachalna, wymuszająca zaangażowanie w fundacji swojej córki, bo łatwo i wygodnie być szlachetnym cudzym kosztem.

Nieogarnięty jest ząb, dentysta zalecił śledzenie jego zachowania, bo w razie ciągu dalszego dokuczania trzeba go będzie leczyć kanałowo. To dopiero będzie finansowy kanał. Już się cieszę!

A do śledzenia to z jakiej agencji wynająć detektywa? Byle nie Rutkowskego.

„Ale za to niedziela będzie dla nas” – śpiewał kiedyś idol młodzieży teraz już seniorów. Zapisałam się na zajęcia malowania akwarelą. Myślałam, że się czegoś nauczę, że przekazane zostaną nam podstawy malowana tą techniką. Odbędą się jakieś ćwiczenia. W ogłoszeniu zalecono wziąć swój papier, słoiczek i kocyk do siedzenia na ziemi. To wzięłam także folię bąbelkową do podłożenia. Miejsce zbiórki wyznaczono w parku obok kontenera ESK. Przyszłam kilkanaście minut wcześniej. Kręciło się tam sporo osób ale pojęcia nie miały o co mi chodzi. Bo one są zupełnie z innej bajki i przygotowują przedstawienie a nie malowanie. Najwyżej słowem.

No to poszłam do siedziby organizatora na ramieniu mając ciężką torbę  –  kocyk, parasol, karty z bloku akwarelowego, podkładka z klipsem, akwarele guziki, pędzelki dwa, słoiczek na wodę, chusteczki higieniczne i nawilżane, butelka z wodą oraz woreczek – kosmetyczka z dokumentami, grzebieniem, długopisem, notesikiem itp.

W siedzibie dowiedziałam się, że panie prowadzące właśnie wyszły zmierzając do celu. Na górce obok kontenera ich nie było za to okazało się, że są z drugiej strony. Nie postawiono czy położono NIC – żadnego napisu, niekoniecznie akwarelowego, strzałki choćby z patyków, psikniętej na trawie farbą z aerosolowej puszki.

Na małe palety można było sobie wycisnąć trochę ich farb, różnych kolorów,  z tubek. Kto nie miał dostał kubek na wodę i pędzelki. Wyjaśniono, że gdy kartka jest sucha farby zachowują się inaczej niż gdy jest mokra. I zasugerowano, żeby nie używać białej farby tylko zostawiać białą część kartki.

Usiadłyśmy na ławce, kocyk mi się przydał, przełożyłam go na oparcie. Naprzeciwko miałyśmy pas ściętej, uschniętej dzięki upałom, trawy, staw a na nim parę kaczek, za tym dużo zieleni w postaci drzew i krzaków, w dwóch miejscach kamienne schody i spacerowiczów. A w głębi budynek Wydziału Architektury Politechniki.

No i przekonałam się, kolejny raz, że ta forma sztuki jest mi kompletnie obca. Tak jak całe malarstwo.

Choć najbardziej chciałabym umieć rysować, aby robić karykatury. Poćwiczyłabym swój sarkazm nie tylko słowny. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.