Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.
**************************************************************************
Czwartek – zajęcia literackie w Centrum Seniora z doktor Magdą Wieteską, która nas trzy bardzo dowartościowała. W ubiegłym tygodniu dała nam bardzo trudne zadanie domowe. Trudne, bo obwarowane kilkoma „nakazami”, tak że trudno było poszaleć z pisaniem i wyobraźnią. I Magda powiedziała, że świadomie nam to zleciła, bo jesteśmy bardzo zdolne.
Oto te warunki:
– opowiadaj wszystko w czasie przyszłym
– każde zdanie zaczynaj od czasownika
– nie używaj żadnych przymiotników
– wszystkie rzeczowniki muszą być zdrobnieniami
– w tekście nie może się pojawić ani razu słowo zaczynające się na literę ”e”
– co drugie zdanie musi się kończyć znakiem zapytania
– trzecie zdanie tekstu musi zawierać słowo „czarny”.
Przyznaję, że łatwo nie było, kilka razy przepisywałam tekst (pisałam ręcznie), bo ciągle coś nie pasowało.
I wyszło tak:
Tytuł: KRYMINALIK
– Zamorduję go – postanowiła Agata. Otruję czy uduszę?
Znajdę na półeczce czarną książeczkę opisującą ziółka. Skomponuję naleweczkę, ale czy mam szafeczce wódeczkę?
Podejdę do regalika i wyciągnę z niego tomika. (tak, wiem ale miało się rymowac).
Odkurzę go najpierw a potem?
Usiądę w foteliku i przejrzę stroniczki zaznaczając roślinki z których składać się będzie ten eliksirek.
Wybiorę ale czy będę wiedziała które i czy mają odpowiednie działanie?
Spisała szczególiki różnych ziółek.
Mieszać je będę ręcznie czy blenderkem? – zastanowię się potem.
Myślałam, że będę żyć w dueciku ale przecież nie z tym bałwankiem, prawda?
Postanowiła, a nigdy podjętej decyzyjki nie zmieniła.
KONIEC
Przypomniałam sobie potem jak szukałam w Internecie trujących roślin, bo pisałam opowiadania kryminalne. Powstały i są zawarte w książce „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”.
Poniżej umieszczam tekst „Moje ulubione miejsce”, bo takie zadanie dostałyśmy kiedyś na zajęciach literackich.
Moje ulubione miejsce
Zacznę od anegdoty:
W czasie gdy jeszcze pracowałam czytelniczka zapytała mnie dokąd jadę na urlop. Odpowiedziałam, że na Wyszyńskiego.
– A co tam jest? Jakieś sanatorium? – zdziwiła się.
– Nie, moje mieszkanie – odpowiedziałam.
I tak jest naprawdę – najlepiej czuję się u siebie w domu, bo tam jestem wolna, mogę robić co chcę i kiedy chcę.
Ale tak szerzej to moim ulubionym miejscem jest Wrocław. A udowodniłam to w mojej książce „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.
Na pierwszym miejscu w tytule jest, jak widać, nazwa miasta. Akcja prawie 20 opowiadań toczy się w moim rodzinnym Wrocławiu.
Są to przygody dwóch wariatek, czyli moje i mojej koleżanki, znajdujemy trupy moich wrogów. Znajdujemy, nikogo nie zabijamy.
Aby treść nie była przygnębiająca zastosowałam poczucie humoru.
Wracając do ulubionego miejsca – wypadki umieściłam w kilku bibliotekach gdzie pracowałam, w ogrodzie botanicznym, gabinecie dentystycznym, w kinie, szkole do której chodziłam, w muzeum, w starej kamienicy i tak dalej – wszystko na terenie Wrocławia. Wyjątkiem jest ostatnie.
Jednak, aby nie były to tylko zabawne historyjki w niektórych tekstach umieściłam krótkie notki na temat konkretnych miejsc.
W pierwszym o domu w kształcie igloo mieszczącym się na osiedlu Zalesie i o gmachu Politechniki. W innym legendę o lekkomyślnych córkach, historię poniemieckiego globusa stojącego w bibliotece Instytutu Geograficznego naszego Uniwersytetu, wyjaśniam na czym polegała akcja „1000 szkół na tysiąclecie”, co to jest „Salonik trzech Muz” mieszczący się przy ulicy Zawalnej, daję notkę historyczną ogrodu botanicznego i zoologicznego, opisuję Mosty Warszawskie, budynek dworca Wrocław Główny, Muzeum Narodowego, rynek i Halę Stulecia.
Bohaterki chodzą różnymi wrocławskimi ulicami, podaję ich nazwy a nawet krótkie biogramy osób w ten sposób uwiecznionych, czyli będący patronami.
Okładka książki jest moim kolażem – tło to plan Wrocławia, na nim są koty, herb miasta oraz zdjęcie ratusza.
Koty, bo odgrywają w książce dużą rolę, wręcz są motorem wydarzeń ale nie zabójstw.
KONIEC
Piątek złego weekendu początek, bo boli mnie gardło. Dawno mi nic nie dokopywało to mam. A jestem na niedzielę umówiona, że złożę wizytę znajomej, raz już odwołałam.
Zło z gardła udało mi się spacyfikować połączeniem kilku metod: gardimax, moczenie nóg w gorącej wodzie (nie, nie zostały ugotowane) i duża dawka rutinoscorbiny.
Niedziela była słoneczna, wcześniej w Internecie pokazano mi jak dojechać (jednym autobusem). Jak dojść narysowałam sobie mapkę a i tak trochę zabłądziłam, bo mam w tym kierunku wybitne zdolności, niestety. Wolałabym jakieś mniej stresujące.
Na szczęście znajoma wyszła mi naprzeciw i zawołała z drugiego brzegu ulicy. Dzięki temu zrobiłyśmy sobie spacer uliczno – parkowy. Znajomi mają przy domu mały ogródek z jabłonkami, śliwami i biało – rudym kotem. Podobno jest ostry ale dobrowolnie do mnie podszedł i dał się pogłaskać. Nachalna nie byłam na wszelki wypadek.
Na drzewach owocowych, brzozie i innych, z gałęzi na gałąź przeskakiwała wiewiórka. Gdy spokojnie siedziała kot się w nią wpatrywał ale gdy skakała nie wdrapał się na żadne drzewo. Pewnie zabłądziła z pobliskiego parku i nie umiała wrócić na swój teren. Taka wiewiórka wędrowniczka bez GPS. Ale może w końcu się jej udało.
W ogródku piliśmy herbatę, jedliśmy ciasta i rozmawialiśmy o kotach i ludziach.
Na koniec zostałam obdarowana jabłkami prosto z drzewa, odwieziona do domu z wniesieniem toreb na moje nieulubione czwarte piętro.
Jabłek jest tyle, że nawet mogę trochę podarować, np. sąsiadce na kompot jako „machniom” za kawałek sernika.