Upalne miasto 172
Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.
******************************************************************************
Wtorek
Nie był to dzień z cyklu: niespodzianek worek.
Masaż przeszedł na rozmowie o nieudanym sprzęcie grzejnym (grzewczym), rodzinie (nie mojej), gołąbkach klasycznych (ja wolę z włoskiej kapusty z kaszą gryczaną i grzybami) i filmie o rodzinnej przemocy (nie pójdę, dość mam swoich doświadczeń).
Oszołomiłam się zakupami w markecie i końcową sumą do zapłacenia. Chociaż skorzystałam trochę z lodówkowej przeceny. Towary bez szaleństw i szpanowania markami a i tak kwota powala. Po masażu, przy płaceniu, bez problemu trzymałam się w pionie.
W ramach hasła „zasługujesz na to” kilka dni temu byłam u kosmetyczki, która jest zarazem fryzjerką. Ale nie tylko, podczas zabiegu zauważyła w kąciku mego ślicznego oka narośl spowodowaną zatkaniem kanalika łzowego. I powiedziała, że ona takie coś usuwa za pomocą igły połączonej z prądem. A ja ją rozbawiłam informacją, że mam od okulistki skierowanie do szpitala na ten zabieg. Gdzie oczywiście nie ma miejsca na takie drobnostki a prywatnie to rok temu kosztowało 800.- zł. W sam raz dla budżetowej emerytki, ha, ha, ha. Obśmiałam się jak norka.
Zabieg trwał niecałe dziesięć minut, trochę bolało ale „nie takie świat dramaty zna” jak mówiła, często, moja koleżanka. Przy okazji usunęła mi też drobiazg z powieki na tym samym oku.
Lewe mam po witrektomii i obraz przez nie oglądany zawsze jest pofalowany, to na prawym takie wyżej wymienione atrakcje. Na obu narasta wtórna zaćma i widzę coraz gorzej ale pod laser jeszcze się nie nadaje.
Aby wydać więcej pieniędzy (zaoszczędzonych w powyższej sprawie) zafundowałam sobie mainikir. Pedi w domu. Tatuażowanie – nie. Kolczykowanie – nie. Lifting – nie. Liposukcja – nie. Botoksowanie – nie. Boksowanie też nie. Itd., itp. – ciągle nie.
ŚRODA
Kiedyś w pojemniku na papier znalazłam zielony wór z białym napisem wesołych świąt i motywem choinek. Zaczęłam do niego pakować przede wszystkim odzież sezonową, dużo papierowych torebek naprezentowych (głównie mikołajowo – świątecznych) i jeszcze inne znaleziska. Wór był ciężki ale jakoś dotachałam go do i od autobusu a kobieta w sklepie dobroczynnym ucieszyła się i z wora, i z torebek, i z odzieży XXL.
W dużym pobliżu tego sklepu jest kawiarnia u „U Alberta” gdzie herbata kosztuje siedem złotych a kawa dziesięć. I w dodatku zaczęli prowadzić warsztaty rękodzielnicze.
Byłam też w „Kawiarni Filmowej” gdzie, być może, poprowadzę zajęcia na których będziemy robić kartki i ozdoby świąteczne z filmowym motywem.
ŚRODA 26.11. Pada śnieg. Jest prawie jak w „Kabarecie Starszych Panów”:
„Na całej połaci śnieg.
W przeróżnej postaci śnieg.
Dla sióstr i dla braci
Zimowy plakacik śnieg, śnieg”.
No, we Wrocławiu to raczej błoto-śnieg.
A pada, bo zaplanowałam zaniesienie kolejnej dużej torby z ciężką zawartością do sklepu dobroczynnego. Diabeł złośliwy czuwa.
Skąd biorę tyle rzeczy? Z zapchanego każdego mebla i kąta maleńkiego mieszkania mego. Pojemne jest.
Od kilku dni przygotowuję materiały do zajęć kreatywnych.
Kartoniki, gotowe motywy świąteczne, wycięte z różnych bezpłatnych katalogów i folderów i użytych już kartek świątecznych. Bo to są, w dużym stopniu, zajęcia ekologiczne i recyklingowe. I wycięte dziurkaczami ozdobnymi różności kojarzące się ze świętami.
Daję także pasmanteryjne bałwanki, choinki, gwiazdki, napisy „wesołych świąt”. I gotowe naklejki. Plus nożyczki i klej, chusteczki nawilżone do wycierania zabrudzonych palców itd., itp.
Jako wzór pokażę też i nauczę jak robić papierowe aniołki.
Z doświadczenia wiem, że najlepiej jest zrobić pakiety zawierające różne materiały, o mniej więcej podobnej zawartości, aby sprytniejsi nie zabrali innym najlepszych elementów.
Zawsze prowadzę takie zajęcia bezpłatnie, przynosząc swoje materiały.
Zabiorę także ze sobą różne, wykonane przeze mnie, kartki w tym z filmowymi motywami, które zrobiłam z posiadanych materiałów, wyszło ich kilkanaście, jako przykład choć liczę na kreatywność uczestników.
PIĄTEK Wczoraj zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską. Czytaliśmy swoje teksty – zadania domowe. Trzeba było napisać reportaż pt. „Widok z okna” w dodatku z magicznymi elementami. Mnie wyszło raczej opowiadanie niż reportaż.
Podwórkowa impreza
Jakie widoki na przyszłość ma budżetowy senior? Raczej marne. Ale czasem wystarczy spojrzeć za okno.
Niby zwykłe podwórko, drzewa, wiata śmietnikowa, trawnik, parę ławek, stolik i krzesła zabrane z miejsca na gabaryty, tworzące „męski klub podwórkowy”, garaże i auta.
Pewnego letniego poranka Roman podniósł rolety i zobaczył coś w co nie mógł uwierzyć.
Na dachu garaży tańczyła grupka skąpo ubranych cheerleaderek machając kolorowymi, błyszczącymi pomponami. Między wiatą śmietnikową a miejscami postojowymi samochodów stała orkiestra i grała wtórując stojącemu na dachu wiaty piosenkarzowi. Wystylizowany na Elvisa Presleya kołysał się w takt wykonywanej piosenki. Płynęła „Love me tender” a po jej zakończeniu rozległy się z okien oklaski i prośby o bis.
Roman też krzyczał zachwycony powrotem do lat młodości. Gdy wykonawcy zaczęli grać i śpiewać „O sole mio” mężczyzna sięgnął do metalowego kufla i wyjął z niego banknot dziesięciozłotowy. Włożył go w woreczek strunowy obciążając trzema kasztanami i dodając zdjęcie swego kota Miśka na którego odwrocie napisał drukowanymi literami DZIĘKUJĘ. Rzucił to przez okno celując w perkusistę.
Sąsiedzi poszli w jego ślady i posypał się grad pakuneczków. Z bramy prowadzącej na podwórko wyszła parterowa sąsiadka z mężem. Nieśli składany stolik i krzesła. Widocznie namówili innych mieszkańców, bo ci dołączyli się z następnymi meblami i wiktuałami w postaci chleba, wędlin, sera, pomidorów, ogórków świeżych i kiszonych a do tego mieli papierowe talerzyki i kubki. Przydały się, bo pojawiły się też butelki z domowym winem.
– Widzę, że szykują się niezłe balety – stwierdził mężczyzna z pieskiem.
– Przyjęcie w mieszkaniu to domówka, a ta podwórkówka? – spytała dama bez pieska.
– Może nadworówka, bo na dworze? Bo raczej nie terenówka.
– Trudno też to spotkanie nazwać garden party, choć pod murami mamy kwiatki – dodała następna kobieta niosąc duży termos z wrzątkiem a jej syn sporą ilość kawy i herbaty oraz sztućce i cukier.
Nie zapomniano o zwierzętach, postawiono miski z wodą oraz karmą dla psów, kotów i ptaków.
Sąsiad z pierwszego piętra zszedł z oswojoną papugą na ramieniu, która karmiona orzeszkiem mówiła: „Kaziu, zakochaj się”. Jego córka przybyła z kotem w objęciach.
Uczta, integracja, śpiewy i tańce trwały do późnego wieczora.
Zziębnięty Roman obudził się na podłodze pod oknem czując, że ścierpły mu nogi. Obok niego siedział kot trącając łapką i pomiaukując, bo był najwyższy czas na wieczorny posiłek.