Upalne miasto 172

Upalne miasto 172

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************************

Wtorek

Nie był to dzień z cyklu: niespodzianek worek.

Masaż przeszedł na rozmowie o nieudanym sprzęcie grzejnym (grzewczym), rodzinie (nie mojej), gołąbkach klasycznych (ja wolę z włoskiej kapusty z kaszą gryczaną i grzybami) i filmie o rodzinnej przemocy  (nie pójdę, dość mam swoich doświadczeń).

Oszołomiłam się zakupami w markecie i końcową sumą do zapłacenia. Chociaż skorzystałam trochę z lodówkowej przeceny. Towary bez szaleństw i szpanowania markami a i tak kwota powala. Po masażu, przy płaceniu,  bez problemu trzymałam się w pionie.

W ramach hasła „zasługujesz na to” kilka dni temu byłam u kosmetyczki, która jest zarazem fryzjerką. Ale nie tylko, podczas zabiegu zauważyła w kąciku mego ślicznego oka narośl spowodowaną zatkaniem kanalika łzowego. I powiedziała, że ona takie coś usuwa za pomocą igły połączonej z prądem. A ja ją rozbawiłam informacją, że mam od okulistki skierowanie do szpitala na ten zabieg. Gdzie oczywiście nie ma miejsca na takie drobnostki a prywatnie to rok temu kosztowało 800.- zł. W sam raz dla budżetowej emerytki, ha, ha, ha. Obśmiałam się jak norka.

Zabieg trwał niecałe dziesięć minut, trochę bolało ale „nie takie świat dramaty zna” jak mówiła, często, moja koleżanka. Przy okazji usunęła mi też drobiazg z powieki na tym samym oku.

Lewe mam po witrektomii i obraz przez nie oglądany zawsze jest pofalowany, to na prawym takie wyżej wymienione atrakcje. Na obu narasta wtórna zaćma i widzę coraz gorzej ale pod laser jeszcze się nie nadaje.

Aby wydać więcej pieniędzy (zaoszczędzonych w powyższej sprawie) zafundowałam sobie mainikir. Pedi w domu. Tatuażowanie – nie. Kolczykowanie – nie. Lifting – nie. Liposukcja – nie. Botoksowanie – nie. Boksowanie też nie. Itd., itp. – ciągle nie.

ŚRODA

Kiedyś w pojemniku na papier znalazłam zielony wór z białym napisem wesołych świąt i motywem choinek. Zaczęłam do niego pakować przede wszystkim odzież sezonową, dużo papierowych torebek naprezentowych (głównie mikołajowo – świątecznych) i jeszcze inne znaleziska. Wór był ciężki ale jakoś dotachałam go do i od autobusu a kobieta w sklepie dobroczynnym ucieszyła się i z wora, i z torebek, i z odzieży XXL.

W dużym pobliżu tego sklepu jest kawiarnia u „U Alberta” gdzie herbata kosztuje siedem złotych a kawa dziesięć. I w dodatku zaczęli prowadzić warsztaty rękodzielnicze.

Byłam też w „Kawiarni Filmowej” gdzie, być może, poprowadzę zajęcia na których będziemy robić kartki i ozdoby świąteczne z filmowym motywem.

ŚRODA 26.11. Pada śnieg. Jest prawie jak w „Kabarecie Starszych Panów”:

„Na całej połaci śnieg.

W przeróżnej postaci śnieg.

Dla sióstr i dla braci

Zimowy plakacik śnieg, śnieg”.

No, we Wrocławiu to raczej błoto-śnieg.

A pada, bo zaplanowałam zaniesienie kolejnej dużej torby z ciężką zawartością do sklepu dobroczynnego. Diabeł złośliwy czuwa.

Skąd biorę tyle rzeczy? Z zapchanego każdego mebla i kąta maleńkiego mieszkania mego. Pojemne jest.

Od kilku dni przygotowuję materiały do zajęć kreatywnych.

Kartoniki, gotowe motywy świąteczne, wycięte z różnych bezpłatnych katalogów i folderów i użytych już kartek świątecznych. Bo to są, w dużym stopniu,  zajęcia ekologiczne i recyklingowe. I wycięte dziurkaczami ozdobnymi  różności kojarzące się ze świętami.

 Daję także pasmanteryjne bałwanki, choinki, gwiazdki, napisy „wesołych świąt”. I gotowe naklejki. Plus nożyczki i klej, chusteczki nawilżone do wycierania zabrudzonych palców itd., itp.

Jako wzór pokażę też i nauczę jak robić papierowe aniołki.

Z doświadczenia wiem, że najlepiej jest zrobić pakiety zawierające różne materiały, o mniej więcej podobnej zawartości, aby sprytniejsi nie zabrali innym najlepszych elementów.

Zawsze prowadzę takie zajęcia bezpłatnie, przynosząc swoje materiały.

Zabiorę także ze sobą różne, wykonane przeze mnie, kartki w tym z filmowymi motywami, które zrobiłam z posiadanych materiałów, wyszło ich kilkanaście, jako przykład choć liczę na kreatywność uczestników.

PIĄTEK Wczoraj zajęcia literackie z dr Magdą Wieteską. Czytaliśmy swoje teksty – zadania domowe. Trzeba było napisać reportaż pt. „Widok z okna” w dodatku z magicznymi elementami. Mnie wyszło raczej opowiadanie niż reportaż.

                       Podwórkowa impreza

Jakie widoki na przyszłość ma budżetowy senior? Raczej marne.  Ale czasem wystarczy spojrzeć za okno.

Niby zwykłe podwórko, drzewa, wiata śmietnikowa, trawnik, parę ławek, stolik i krzesła zabrane z miejsca na gabaryty, tworzące „męski klub podwórkowy”, garaże i auta.

Pewnego letniego poranka Roman podniósł rolety i zobaczył coś w co nie mógł uwierzyć.

Na dachu garaży tańczyła grupka skąpo ubranych cheerleaderek machając kolorowymi, błyszczącymi pomponami.  Między wiatą śmietnikową a miejscami postojowymi samochodów stała orkiestra i grała wtórując stojącemu na dachu wiaty piosenkarzowi.  Wystylizowany na Elvisa Presleya  kołysał się  w takt wykonywanej piosenki. Płynęła „Love me tender” a po jej zakończeniu rozległy się z okien oklaski i prośby o bis.

Roman też krzyczał zachwycony powrotem do lat młodości. Gdy wykonawcy zaczęli grać i śpiewać „O sole mio” mężczyzna sięgnął do metalowego kufla i wyjął z niego banknot dziesięciozłotowy. Włożył go w woreczek strunowy obciążając trzema kasztanami i dodając zdjęcie swego kota Miśka na którego odwrocie napisał drukowanymi literami DZIĘKUJĘ. Rzucił to przez okno celując w perkusistę.

Sąsiedzi poszli w jego ślady i posypał się grad pakuneczków. Z bramy prowadzącej na podwórko wyszła parterowa sąsiadka z mężem. Nieśli składany stolik i krzesła. Widocznie namówili innych mieszkańców, bo ci dołączyli się z następnymi meblami i wiktuałami w postaci chleba, wędlin, sera, pomidorów, ogórków świeżych i kiszonych a do tego mieli papierowe talerzyki i kubki. Przydały się, bo pojawiły się też  butelki z domowym winem.

– Widzę, że szykują się niezłe balety – stwierdził mężczyzna z pieskiem.

– Przyjęcie w mieszkaniu to domówka, a ta podwórkówka? – spytała dama bez pieska.

– Może nadworówka, bo na dworze? Bo raczej nie terenówka.

– Trudno też to spotkanie nazwać garden party, choć pod murami mamy kwiatki – dodała następna kobieta niosąc duży termos z wrzątkiem a jej syn sporą ilość kawy i herbaty oraz sztućce i cukier.

Nie zapomniano o zwierzętach, postawiono miski z wodą oraz karmą dla psów, kotów i ptaków.

Sąsiad z pierwszego piętra zszedł z oswojoną papugą na ramieniu, która karmiona orzeszkiem mówiła: „Kaziu, zakochaj się”.  Jego córka przybyła z kotem w objęciach.

Uczta,  integracja, śpiewy i tańce trwały do późnego wieczora.

Zziębnięty Roman obudził się na podłodze pod oknem czując, że ścierpły mu nogi. Obok niego siedział kot trącając łapką i pomiaukując, bo był najwyższy czas na wieczorny posiłek.

Upalne miasto 171

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************************

Poniedziałek Dzisiaj jest Dzień Czarnego Kota! Alodia i Misia też były czarne. Na profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też autor napisał:

„Czarny kot wygląda jak cień, który się zbuntował i zaczął żądać żarcia. Jak dziura w osnowie rzeczywistości, której wali tuńczykiem z paszczy. Czarny kot nie przynosi pecha, on go w sposób konsekwentny organizuje. Próbowaliście kiedyś znaleźć czarnego kota w mieszkaniu po ciemku? Jest na to jeden niezawodny sposób. Wystarczy wstać z łóżka, a na bank się o dziada wykopyrtniecie. Drań zlewa się z otoczeniem jak miejski miłośnik gór za Żabką, po czwartej tatrze.

Czarne koty określamy jako melanistyczne, co oznacza nadprodukcję ciemnego barwnika. Ale nawet taki kot z nadmiarem mroku w genach, jak mu się dobrze przyjrzeć, okazuje się bardziej brązowy albo pręgowany. Czyli nie jest czarny, tylko łobuz ściemnia.

Dzięki kolorowi łatwiej mu ładować baterie na słońcu. Jest też podobno bardziej odporny na różne kocie choróbska. Nie jest jednak odporny na ludzi, którzy w naszej części świata ubzdurali sobie, że jest magiczny. Ale nie magiczny w dobry sposób pod tytułem zamiana wody w wyroby alkoholowe, tylko że się brata z wiedźmami, rzuca klątwy i oszukuje podczas gry w statki.

Nie wszędzie na świecie czarne koty mają złą prasę. Na przykład w Japonii i w Wielkiej Brytanii przynoszą szczęście. Irlandzcy i angielscy żeglarze trzymali czarne koty na statkach. Nie tylko dlatego, że żarły szczury jak współcześni żeglarze penicylinę. Czarny kot był kiedyś uważany za talizman na pomyślne wiatry. Coś jak grochówka w Polsce.

Brytyjczycy wierzą co prawda, że czarny kot, który przeszedł drogą, przynosi pecha, ale TYLKO jeżeli oddala się od człowieka. Jeżeli idzie w naszą stronę, to wszystko jest „splendid”, jeżeli w drugą, to „bloody hell” albo „god dammit sh*t f*ck”, zależy, po którym Guinnessie.

Czarny kot ma pewne jasne strony. Poza różowym odbytem rzecz jasna, którym tak lubi się chwalić. Mianowicie pasuje do wszystkiego jak mała czarna. Z tego powodu bywa częściej adoptowany przez pierwszorazowych właścicieli kotów, którzy szukają rozwiązań uniwersalnych i jeszcze nie poznali, jaka to przyjemność, kiedy ciemny kąt w pokoju nagle odwzajemnia spojrzenie.

Czarny kot zawsze wygląda, jakby skrywał jakąś mroczną tajemnicę. Wielki książę ciemności, który boi się odkurzacza, a na widok ogórka zamienia w kota pionowego startu. W głowie, zamiast sekretów, ma tylko szum wiatru i myśli o mordowaniu gołębi.

Mój dom również został dotknięty klątwą czarnego kota. I to podwójnie. Jeden nazywa się Kraken, a drugiego ilustratorka ochrzciła Lucyfer. Jakby dranie potrzebowały dodatkowej zachęty. Kocham moje czarne koty, ale jak ktoś mi jeszcze kiedyś powie, że są „magiczne”, to mu pokażę magiczną sztuczkę — jak zamienić pościel świeżą w świeżo obrzyganą.

Piszę o czarnym kocie właśnie dzisiaj, bo 17 listopada obchodzimy Międzynarodowy Dzień Czarnego Kota. Wymyślili to Włosi. Tak jak u nas 13 jest najbardziej pechową liczbą, tak u nich tę rolę pełni 17, bo się zawsze spóźniają. Ten dzień ma odczarować czarne koty, które mimo zainteresowania początkujących kociarzy nadal mają najmniejszą szansę na adopcję. Niektórzy uważają, że z powodu przesądów, inni, że dlatego, bo ich na zdjęciach prawie nie widać.

W każdym razie, jeżeli przed przygarnięciem miauczącego księcia ciemności powstrzymują was przesądy, to pamiętajcie, że to wszystko bzdury. Czarny kot nie jest ani trochę bardziej mroczny od zwykłego kota z tego samego powodu, dla którego woda nie może być bardziej mokra”.

Przy obrazku (akwareli?) przedstawiającym czarnego kota autor napisał: „Nie przynoszę ci pecha. Nie kopię leżącego”.

*************************************************

Ależ zimno się zrobiło! Dobrze, że włożyłam zimową kurtkę z kapturem, a w kieszeni były rękawiczki.

Wyrzucając śmieci zajrzałam do pojemnika na papier i znalazłam 3 książki (kulinarną wydaną w PRL-u o warzywach, mały słownik rosyjsko polski i polsko – rosyjski oraz monografię Soczi, nie sprawdziłam w jakim języku – bułgarskim czy rosyjskim, w każdym razie cyrylica na okładce). Zostawiłam je na kaloryferze w punkcie ksero,  leżały tam trzy harlekiny i bardzo się nudziły. To sobie upichcą warzywa a potem ze słownikiem pojadą do Soczi.

Dzisiaj bankomat nie odmówił współpracy za to w prywatnej piekarni zabrakło chałek. Pewnie je zeżarł jakiś Michałek.

Po manikirze postanowiłam w sklepie różanego faceta nabyć, polecaną przez kosmetyczkę, odżywkę. I tu niespodziewanka kolejna w postaci napisu: „awaria prądu”. A przez ścianę Biedronka w pełni oświetlenia. Inne mają podłączenia?

Na kwiatowym regale stoją m.in. grudniki ale wszystkie czerwone i z małymi kwiatkami – takie dwa mamy na oknach półpiętra. A znajome internetowe pokazują swoje – jakże inne. Też bym takie chciała.

Jednym z zadań domowych jakie dostaliśmy na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę było napisane „Listu z ogrodu”. Większość skupiła się na wyliczaniu i opisywaniu roślin, tylko ja napisałam tak:

                       List z ogrodu

                                         Drodzy nieznajomi!

Piszę do Was z ogrodu, którego nie mam. A nawet nigdy mieć nie chciałam albowiem jestem zdeklarowanym mieszczuchem.

Jednak nie jestem do bólu konsekwentna, bo uznałam, że moim ogrodem jest park mieszczący się na moim osiedlu.

On nie jest plantacją kwiecia wszelkiego, nie ma kolorowego dywanu w postaci klombów. Jedynie wiosną, na jednym z trawników, pokazują się krokusy.  A wszędzie białymi główkami chwalą się stokrotki, żółtymi zaś mlecze. Poza tym kwitną różne krzewy i wszystko mi jedno jaką noszą nazwę.

Ten park jest dobrym miejscem dla psiarzy wydzielono bowiem ogrodzone miejsce z drewnianymi przeszkodami. Dla psów oczywiście ale kto zabroni właścicielom je pokonywać w ramach współpracy psio-ludzkiej.

– No, Azorek, popatrz jak pan pięknie skacze! Nie leż jak ta leniwa buła, wejdź na pniak i skacz!

Na niektórych drzewach są karmniki – stołówki dla ptaków ale korzystają z nich także wiewiórki i myszy oraz inne sprawne we wspinaniu się, zwierzątka. Zwierzę też człowiek i jeść przecież musi.

Pośrodku parku jest staw z kępą krzewów oraz dużym napisem LEPIEJ. To kojarzy mi się ze spopularyzowanymi przez Wisławę Szymborską „lepiejami”.

Lepiej iść na spacer do parku

Niż mieszać w dziurawym garnku.

Po stawie pływają kaczki, a parę lat temu na wysepce gnieździły się łabędzie. Siedzę na ławce, których jest tu wiele wzdłuż ścieżek, rozmieszczonych. Niektóre stoją pod dużymi drzewami, ich korony chronią przed ostrym słońcem a czasem nawet przed deszczem.

Wystarczy przejść przez ulicę, aby wybrać dwa kierunki – jeden to kościół p.w. św. Michała Archanioła, a drugi to sklep monopolowy. Niedaleko przejścia na pasach, pod krzewami, stoi ławeczka,  ulubiona przez panów, a czasem i panie spragnionych napojów z procentami. Po spożyciu są, zapewne, bardzo zmęczeni, bo pozostawiają po sobie pamiątkę w postaci pustych puszek.

Ten park z każdej strony  otoczony jest ulicami i słychać dolatujący z nich szum. Co kojarzy mi się z piosenką: „Nie dla mnie szum samochodów, niech jadą wprost przed siebie…”.

Jedną z tych arterii jeżdżą też tramwaje co wywołuje następne skojarzenie, czyli piosenkę wykonywaną prze Marię Koterbską „Mkną po szynach niebieskie tramwaje przez wrocławskich ulic sto”. Piosenkarkę uwieczniono na muralu przy ulicy Kołłątaja. Z inicjatywy MPK mural stworzył duet działający pod szyldem o nazwie Czary Mary. Koterbska jest też patronką pierwszego tramwaju Moderus Gamma. Na obrazie Koterbska trzyma w ręce mikrofon a w tle widać mały fragment Ostrowa Tumskiego i rotundy Panoramy Racławickiej.

Wracając do parku – jest w nim, pod wierzbą płaczącą, blisko stawu, kapliczka, postawiona w 1956 roku. Upamiętnia ona śmierć dziewczynki, której piłka wleciała do wody, ta próbowała wyciągnąć ją patykiem i naruszyła niewybuch. Gdy czyszczono staw odkryto na jego dnie broń i sprzęt wojskowy.

Na drugim końcu parku jest duży kamienny stół z szachownicą i z niej mieszkańcy czasami korzystają. Nie przyłączam się, nie umiem grać.

Z pozdrowieniami Irena

Upalne miasto 170

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*****************************************************************************

Niedziela 9.11.25

Słońca brak. Weny brak. Pomysł jest ale czy wypali? Potrzebna współpraca osoby umiejącej spojrzeć niekonwencjonalnie, kogo na to stać? Mało takich.

Za oknem mgła, więc diabeł uznał, że w mieszkaniu przyda się też taka atmosfera. Najpierw mocno przypalił mi grzankę, trudno i do kosza. Potem zapalił kawałek ręcznika papierowego. Zgasiłam i tamże wrzuciłam. A dym coraz większy. Skądże ach skądże, czyżby zza okna? A, nie!  W koszu się tli i dymi. Bo i w niedzielę trzeba narozrabiać.

Czytam, ponownie, „Odrzanię”, bo będziemy ją omawiać na spotkaniu DKK.

 Zmieniliśmy miejscówkę z narynkowej biblioteki na kawiarnię filmową przy ulicy Jedności Narodowej. Prowadzi ją były pracownik lub absolwent (nie jestem pewna, dopytam) SKIBA (Pomaturalne Studium Animatorów Kultury), którą zlikwidowano. A przez wiele lat, od 1960 roku, kształciła bibliotekarzy i kaowców (tak kiedyś nazywano animatorów kultury). To jedyna szkoła, którą dobrze wspominam.

PONIEDZIAŁEK  Listopadowa plucha. Za ścianą wiercenie. W telewizji „Rio Bravo”.

Ledwie wstałam, jeszcze zębów nie umyłam i nie założyłam a tu dzwoni znajoma, że jej koleżanka przywiezie mi dzisiaj miód, który pędzi jej mąż w duecie  inną panią. Trzy panie, jeden facet i pszczoły – niezła zgraja.

Ogarnęłam się, śniadanie i dragi zjadłam, dwie torby i parasol przygotowałam, aby te pięć ciężkich słoików wewlec na moje wysokości.

Trochę surfowałam po wodzie Internetu a trochę czytałam „Odrzanię”. Doczekałam się, parasola nie użyłam, bo znajoma pod bramę słodycze przyniosła. Nie pierwszy raz i zawsze wręczam jej podziękowanie w postaci rękodzieła. Tyle mogę, a pieniądze za miód przeleję na konto.

Odpoczęłam, tak – ciężkie były i wyszłam na zewnątrz z planem. Który się zmienił, bo przy pojemniku na papier stała spora papierowa reklamówka z torebkami na prezenty. Oczywiście używanymi ale widać, że jednokrotnie. No, nie mogłam sobie odmówić zabrania. Te długie (pewnie po butelkach z rozweselającą zawartością) przecięłam na pół i zaadaptowałam na dwie mniejsze. Bawi mnie bycie ekologiczną, recyklingową pomysłową Dobromirką. Tak, on był lepszy.

WTOREK 11.XI.25

Mariusz Szczygieł napisał na FB:

„Patriotyzm? Moim zdaniem:

ogródek przy swoim bloku założyć;

nie porzucać pustej butelki na trawniku;

stworzyć fundację, która pomoże innym;

śmieć podnieść w parku i wrzucić do kosza;

raz w tygodniu poczytać na głos pensjonariuszom w domu starców;

raz na rok książkę przeczytać po polsku;

nie mówić „tą” książkę;

nie wypalać traw, nie niszczyć natury, nie zostawiać śmieci w lesie;

wybierać lokalne produkty, wspierać polskich rolników i rzemieślników;

jeździć rowerem lub komunikacją, by mniej truć powietrze, które wszyscy wdychamy;

dbać o swoją formę fizyczną – przyda się Polsce;

nie hejtować w sieci czyli szanować współobywateli nawet, gdy się nie zgadzamy;

być życzliwym wobec cudzoziemców i uchodźców — to też pokazuje, jacy jesteśmy jako naród;

płacić podatki uczciwie;

znać historię własnej rodziny i miejscowości;

znać cały hymn państwowy.

I jeszcze jedno. Zacytuję – paradoksalnie – Rosjankę. Supergwiazda pop ZSRR i Rosji, o polskich korzeniach, dziś emigrantka, która wyprowadziła się po ataku na Ukrainę i stała się zagorzałą antyputinistką. Ałła Pugaczowa, bo o niej mowa, udzieliła niedawno w Estonii trzygodzinnego wywiadu rosyjskiej dziennikarce emigrantce.

– Patriotyzm – powiedziała – to także powiedzieć Ojczyźnie, że się myli”.

I ja się z nim zgadzam.

Środa Miało być dobrze a wyszło jak zwykle. Dobrze, bo masaż a potem kosmetyczka z fryzjerką w jednej osobie. W dodatku moja imienniczka.  Wracając z masażu podeszłam do bankomatu, aby pobrać określoną kwotę. Wpisałam pin no i odmowa bo błędny. Innego nie pamiętałam. Idę więc do kosmetyczki i mówię, że zapomniałam kodu i albo teraz pójdę do domu, bo mam w telefonie zapisany kod, pójdę do bankomatu a potem wrócę na zabieg albo najpierw fryz i lico a potem dom i bankomat. Zgodziła się na drugą opcję.

W domu sprawdzam w nowym telefonie, pinu tam nie ma. Nadal nic mi się nie przypomina w tej kwestii tylko plącze się po rozumie ten, którego wczoraj używałam w innym celu.

Dobrze, że zostawiłam sobie poprzednią (małą Nokię) komórkę, bo tam cyferki potrzebne znalazłam. NIC zupełnie mi się z tymi nie kojarzyło. Okropne uczucie!

Zapisałam i poszłam do najbliższego bankomatu mieszczącego się przy banku. A tam sprzęt nieczynny! Wchodzę na salę obsługi i pytam. Forsę można pobrać tylko od człowieka a nie z maszyny. Siedzi przy pulpitach kilka pań ale TYLKO U JEDNEJ można dokonać transakcji. I do niej kolejka.

O, żesz ty! Lecę na skrzydłach wściekłości do innego bankomatu. Furia mną trzęsie. Na szczęście ten czynny.

Wracam do kosmetyczki, płacę i wychodzę. Robię zakupy, w domu przygotowuję obiad i przypominam sobie, że zapomniałam się umówić na zabieg o którym rozmawiałyśmy.

I tak sobie mój diabeł – stróż poszalał po mojej psychice. A żeby mu ogon i kopyta odpadły a widły zamieniły się w kwaśnego lizaka.

CZWARTEK – Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Kawiarni Filmowej na sąsiednim osiedlu. Właściciel Bartek jest absolwentem i był wykładowcą SKIBY. Zamknięto ją, budynek przejęła ASP i nie wiem co i czy się tam coś dzieje.

Kawiarnia ma dwa poziomy 0 i -1 gdzie są prowadzone warsztaty filmowe w każdy poniedziałek.

Przy nabytej kawie, herbacie a nawet cieście o nazwie „miodownik” omawialiśmy „Odrzanię” Zbigniewa Rokity. Każdy rozdział jest osobnym reportażem opisującym ludzi i zdarzenia na terenach przyłączonych do Polski po II wojnie światowej. Autor urodził się w 1989 roku więc musiał przewertować wiele dokumentów, tekstów prasowych i książek. Rozmawiał też z różnymi osobami – historykami jak m.in. Krzysztof Ruchniewicz, czy pisarzami Stefan Chwin, Ryszard Liskowacki i inni. Nie tylko dla mnie jest to książka zawierająca wiele interesujących wiadomości ale jednocześnie dość chaotyczna.

Nie samymi książkami i spotkaniami człowiek żyje, więc trzeba też czasem, nabyć leki, zostawić paręnaście złotych w pasmanterii i cieszyć się, że w portfelu była gotówka, bo następny bankomat nieczynny.

W dodatku wracając do domu wstąpiłam do oddziału banku, aby sprawdzić czy bankomat działa a tu PASKUDNA niespodzianka: informacja, że oddział zmienia lokalizację, czyli gdybym chciała coś tam załatwić to będę miała o wiele dalej.

To już drugi bank, który ucieka z mojego osiedla. Klątwa jakaś czy nadal działania tego z ogonem i kopytami?

Upalne miasto 169

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Sobota 1.11. Tłum to nie jest moja bajka dlatego dzisiaj na cmentarz nie poszłam. Wykonałam cosobotnie czynności, czyli byłam na Olimpie codzienności.

Kiedyś napisałam taki tekst:

Na Olimpie codzienności

Jak co sobotę byłam na Olimpie i złożyłam ofiarę, z siebie, wielu bogom. Przede wszystkim temu dwojga imion „Pranie-sprzątanie”. Nie lubię go bo wymusza cotygodniową daninę z mojego czasu i energii.

 Istnieją też inne domowe „bożki” jak: „Zmywanie”, „Prasowanie”, „Odmrażanie lodówki”. Oddaję im cześć najrzadziej jak mogę.

Najbardziej lubię tego o nazwie „Wyrzucanie” i poddaję się mu z przyjemnością. Dzień bez wyrzucania jest, dla mnie, dniem straconym. Po zakupieniu jakiejś rzeczy staram się wyrzucić/oddać dwie inne. Kupię buty, wyrzucam (lub zanoszę do sklepu dobroczynnego) bluzkę, spódnicę lub torebkę. Ostatnio nawet część ręczników, pościeli, serwetek oraz obrazków ściany ozdabiających.

Lubię też skutki składania kultu bożkom „Gotowanie” i „Pieczenie”. Najgorsze, że w paradę wchodzą zaraz następne „Zmywanie” i „Sprzątanie”. I drą się wielkim głosem jeśli o nich zapomnę. Egocentrycy wredni tacy!

 Nie mogę zapomnieć o bóstwie związanym z domem ale kultywowanym poza nim o imieniu „Kupowanie”. Ono ma różne odmiany jakie wszyscy znamy: „Kupowanie jedzenia”, „Kupowanie ubrania”, „Kupowanie słowa pisanego”, „Kupowanie dla kota”, „Kupowanie dla higieny”, „Kupowanie dla urody” i tak dalej.

 Na szczęście nie jestem zakupoholiczką, całożyciowe dochody mnie od tego ustrzegły oraz nie mam takich skłonności.

Domowym bożkiem może być też „Czytanie książek”, „Wykonywanie rękodzieła”, „Oglądanie telewizji” lub „Surfowanie w necie”.

Poza tym „Rozwiązywanie krzyżówek i sudoku” (mam koleżankę tym  zajęciem opętaną) i „Narzekanie”.

„Gadulstwo=słowotok” jest bóstwem, któremu oddaje cześć wiele osób. Zarówno w domu jak i poza nim. Jestem przekonana, że to nie jest objaw inteligencji, wręcz odwrotnie. Szczególnie jeśli to są  opowieści nudnych treści bez poczucia humoru. O, „Poczucie humoru” jest dla mnie bóstewkiem  miło okraszającym codzienność.

Malutkim bóstwem, ale potrzebnym, były dla mnie kotki Alodia i  Misia. Były bo odeszły i czas kota u mnie minął bezpowrotnie.

Na koniec zostawiłam ważne dla mnie „Czytanie ze zrozumieniem” a także „Pisanie”. Oraz „Oglądanie filmów” też ze zrozumieniem i wyciąganiem wniosków.

Wybór bóstw i przedmiotów kultu należy do każdego z nas. 

^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

A wieczorem wyciągnęłam zza telewizora zrobiony przez siebie lampion, w słoiczku wosk albo stearyna (nie pamiętam co to jest) wymieszana z lawendą, plus knot.

Na zewnątrz omotanie pomarańczową wstążeczką i przyklejone pomarańczowe malutkie plastikowe dynie. To znicz zapalony za dusze tych bliskich na których grobach nie być mogłam.

Niedziela Pogodzie znudziła własna dobroć, więc pada deszcz. Kto poszedł na cmentarz wczoraj ten parasola brać nie musiał.

A mojemu diabłu stróżowi znudziła się chwilowa bezczynność. Lampion się wczoraj cały nie wypalił postanowiłam pozostałość rozpuścić i wlać do dwóch małych słoiczków oczywiście dodając knoty. Ale zakrętki muszą mieć dziurki, aby ogień mógł trwać. Wzięłam więc do prawej ręki nożyczki z ostrym zakończeniem, lewą przytrzymywałam zakrętkę na blacie i pach, pach w pokrywkę i PACH  DZIAB w palec wskazujący lewej dłoni. No i SIK a nawet fontanna krwi. Opanować tego przez dłuższy czas nie mogłam. Pewnie diabeł naprowadził ostrze na naczynie krwionośne, tak dla fanu. Czerwonego fanu. Wielbicielem Rosji jest czy co? Na pewno nie ma dobrze pod kopułą tylko wrednie i złośliwie.

Przyznaję, że zakręciło mi się w głowie ale, na szczęście, nie upadłam.

SOBOTA – Mam tak jak kelnerka z „Misia” – jakaś oklapła jestem. Środę spędziłam w domu, w czwartek nie poszłam na wernisaż prac seniorów spoza Wrocławia, nie czułam się na siłach. Jesień czy starość, a może to duet egzotyczny?

W piątek przemogłam słabość i zaniosłam do biblioteki w rynku cztery niepotrzebne książki, wrzuciłam list do skrzynki na rynkowej poczcie i zrobiłam zakupy w DT „Feniks”. To przedwojenny budynek, wielokrotnie  przerabiany.  Na ulicy prowadzącej do rynku już stawiane są stragany jarmarkowe. Rozpełzną się na rynek, przejść spokojnie tam nie będzie można do 6 stycznia. A ja tak lubię pusty i cichy rynek.

A propos cichy to nadal marzę, aby za ścianą młodzieńcy gapili się w telefony a nie ogłuszali siebie i mnie dudniącymi rytmami brzmiącymi jakby ktoś wielkim młotem wbijał wielkie gwoździe.

A kolejnym zadaniem domowym zleconym przez prowadzącą zajęcia literackie dr Magdę Wieteskę było napisanie „Instrukcji obsługi emocji”.

Oto moja:

                     Instrukcja obsługi  emocji

Nazwa produktu: zawiść

Opis produktu: zawiść to silne negatywne uczucie niechęci lub wrogości wobec kogoś kto posiada coś cennego lub odnosi sukcesy jakich my nie mamy. Kluczową cechą zawiści jest pragnienie, by ta osoba straciła swój dobytek lub osiągnięcie. Zawiść może prowadzić do negatywnych myśli, umniejszania zasług innych, a nawet chęci zaszkodzenia.

Kraj pochodzenia: cały świat i okolice.

Zastosowanie: często, przez osoby niedojrzale emocjonalnie. Radzimy jak najrzadziej a najlepiej wcale.

Historia emocji: pojawiła się już w raju. Ewa zazdrościła wężowi giętkości, wąż Adamowi Ewy, jabłko wszystkim wszystkiego, Adam Bogu wszechmocy.

Reklamacje:  zażalenia i skargi można pisać na Berdyczów lub do Pana Boga – adresy znajdziecie na stronie: www.stworcawszystkiego.raj.com

Będą uwzględniane lub nie. Pan Bóg nie lubi gdy mu się zawraca głowę. Święty Piotr jest zajęty otwieraniem i zamykaniem wrót niebieskich oraz czyszczeniem kluczy. Diabeł dokładaniem do ognia pod kotłami.

Ostrzeżenie: używanie zawiści powoduje niechęć otoczenia.

Konserwacja: nie konserwujemy, wyrzucamy z organizmu przez dowolny otwór. 

Sposób utylizacji: należy udać się do psychologa.

Upalne miasto 168

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***********************************************************************

Poniedziałek Strrraszna pogoda! Aż wyjść się nie chce. Ale czasem się musi. Śmieci wyrzucić, pomidory kupić i szybko pod parasolem do domu wrócić.

Do nieprzyjaznej aury czasem dochodzą toksyczne osoby. I tak było w sklepie spożywczym.

Wchodzę, klientów brak, dwie ekspedientki i jedna seniorka nadająca, gadająca z nieokiełznanym słowotokiem.

Stanęłam przy ladzie a ona tuż za mną i gada, paple mi nad uchem. W końcu się zniecierpliwiłam, bo zagłusza wymianę zdań między mną a sprzedawczynią. I powiedziałam:

– Proszę przestać gadać, bo się nie mogę skupić i zapominam co mam kupić.

Odeszła ale niedaleko i podlizuje się obsłudze: och j ja się za wami stęskniłam.

Podejrzewam, że panie nie za bardzo odwzajemniają tę tęsknotę. A uciec nie mogą.

Wtorek Za to masażysta miał pacjentkę – wampirkę mającą wszystko wszystkim i wszystkiemu za złe. Umęczyła go psychicznie bardzo. Nawet zaleciła mu, apodyktycznie,  zmianę samoopadającej deski w wc, bo może się zepsuć. Nieważne, że jest sprawna. Ona wie lepiej.

W czasie następnej wizyty tak się zachowywała, że oddał jej pieniądze i wyprosił.

W nocy skończyłam czytać, pożyczoną od jednej z uczestniczek DKK książkę „Dobra zła dziewczyna” Alice Feeney.

Z pozoru jest to kryminał, bo jest przestępstwo, trupy i sprawca. Ale tak naprawdę to historia trzech kobiet rodzinnie ze sobą powiązanych.

Edith seniorka ma 80 lat i mieszka w domu opieki czego nienawidzi z całego serca.

 Jej córka Clio jest terapeutką ale ze swoimi traumami sobie nie radzi. Frankie jest bibliotekarką w więzieniu. I mieszka na łodzi.  

Patience pracuje w tym domu opieki gdzie mieszka Edith i pomaga seniorce jak może, między innymi opiekując się jej psem Dickensem.

Ginie kierowniczka tej placówki walnięta czymś w głowę i zostawiona w windzie z napisem ”zepsuta”.

Zagadka kto zabił zostaje wyjaśniona ale to nie jest w tej historii najważniejsze. Bo to opowieść o rodzinnych, bardzo pogmatwanych, relacjach rodzinnych.

O braku zrozumienia i porozumienia. O urazach nie mijających przez wiele lat. O nieumiejętności przyznania się do winy i przeproszenia. O braku odpuszczania sobie i innym.

Historia ta może wydawać się wydumana ale są na niebie i ziemi rzeczy o jakich filozofom i psychologom się nie śniło.

Starsi Panowie Dwaj śpiewali: „Rodzina, ach rodzina, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej nie ma samotnyś jak pies”.

Czasem jednak najlepszą rodziną są osoby z nami nie spokrewnione. Polecam, bo to książka dobrze napisana i przetłumaczona.

Środa Ponownie pojechałam na jeden z cmentarzy. Bardzo ładna pogoda więc tłumy.

Poprzednio (tydzień temu) zostawiłam tylko jeden mały znicz, którego dziś nie zastałam. W ubiegłym roku ukradziono zrobiony przeze mnie wianek i znicz. W tym pomyślałam, już po powrocie, że zrobię wianek z drutu mającego niby igły (mam w pawlaczu), ozdobię go skromnie tym co mam w domu i założę na dół krzyża końcówki tak zaginając, aby to nie było widoczne. Dodałam też nowy znicz ale w powrotnej drodze wymyśliłam, że na przyszłość będę zostawiać, w pojemniku z odzysku, lub małym słoiczku tea light, czyli świeczkę do podgrzewacza. Nawet jak ktoś ukradnie to wiele nie zyska.

Podobno znicze znikają, bo bezdomni się nimi ogrzewają. Podobno złodzieje kwiatów i wianków sprzedają je handlarzom sprzed cmentarza.  Oby im rączka i nóżka spuchła i długo bolała.

PIĄTEK  Ależ miałamintensywny, pieszy dzień. Piękna pogoda, więc postanowiłam pospacerować po osiedlowym parku. Przy okazji zrobiłam tam parę zdjęć.

Celem była galeria handlowa a że uciekł mi sprzed nosa odpowiedni tramwaj to postanowiłam iść piechotą. Jak ten słowik, choć nie był to wieczór. („Czeka pani słowikowa w gniazdku na akacji…”). Po drodze przypomniałam sobie, że niedaleko przy ulicy której patronem jest autor „Żywota człowieka poczciwego” rośną miłorzęby, których liście przypominają wachlarze. Poszłam tą drogą je pozyskując je z chodnika. Kontynuując znalazłam się przy ulicy Piastowskiej gdzie siedem  tygodni temu otwarto niedużą ale dwupoziomową kawiarnię „Angelus Cafe” mającą wystrój nawiązujący do Breslau. Właścicielem i kolekcjonerem wyeksponowanych artefaktów  jest  pan Adam Marecik.  Zamówiłam cappuccino, zrobiłam zdjęcia (są na FB) i porozmawiałam. Anioła pan Adam nie przypomina ale jest sympatyczny i  kontaktowy. Zapytałam skąd pomysł na taką właśnie kawiarnię.

Okazało się, że przez wiele lat był zawodowym fotografem. Mieszka na krańcu Wrocławia i z psem chodzi na spacery po polach. Pewnego razu coś mu mignęło w świeżo zaoranej ziemi. Był to mały kawałek ceramiki. Zachęcił się i na każdym spacerze wypatrywał znalezisk. Ma nieduży kufel pełen poniemieckich ceramicznych korków do butelek.

W wystroju wnętrza jest między innymi maszyna do szycia jego babci (nie z Breslau) jako stolik przy którym można wypić kawę, herbatę i zjeść coś słodkiego. Nad nim na ścianie zaś w gablotce z szuflady stare elementy nawiązujące do szycia.

Oczywiście na ścianach wisi dużo zdjęć Wrocławia gdy był Breslauem. Wymieniliśmy zgodne poglądy na teorię spiskową jakoby Niemcy chcieli nam zabrać ojczyznę.

Można tam nabyć różne słodycze, w tym pierniczki noszące różne nazwy, ja kupiłam „Białą Ślązaczkę” ze składem: mąka pszenna, jajka, cukier, przyprawy korzenne, woda różana, skórka z cytryny, sok z cytryny – smaczne są.

 Piecze je „Wrocławskie Pierniki RHD Jacek Rudy. Jest to rodzinna manufaktura. Na miejscu można poznać, czyli poczytać,  historię każdego rodzaju tych ciasteczek.

Kawę wypiłam, pierniki schowałam do torby, wnętrze obfotografowałam, zapłaciłam i poszłam do galerii. A tam mnóstwo przedmiotów ze świątecznymi motywami. Tylko Mikołaja i elfów brakowało. Wisi tam, od dawna,  wielka różowa małpa mająca coś reklamować. To już wolałabym sanie z reniferami i prezentami sypiącymi mi się pod nogi w wielkiej obfitości. Mogą być brylanty, złote monety ewentualnie euro o wysokim nominale – nie pogardzę.

Upalne miasto 167

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************************

Środa 22.10.25 r. O, jakże przyjazna pogoda dzisiaj nam nastała. Choć ze zdziwieniem rano na barometrze (po dziadku) opadnięcie wskazówki na niepogodę ujrzałam.

Korzystając ze sprzyjających okoliczności wybrałam się na grób koleżanki. Leży on na cmentarzu osiedla gdzie chodziłam do szkół, dwóch podstawowych i jednego liceum. Wszystkich dobrze nie wspominam. Co znalazło odzwierciedlenie w opowiadaniach zawartych w zbiorze „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

Jadąc autobusem zauważyłam na ogrodzeniu LO ogłoszenie o planowanym na 28.11. zjeździe absolwentów. No, w życiu! Znam przyjemniejsze rozrywki.

Niedaleko przystanku w tamtej okolicy jest cukiernia o której, w poście na fb, wspomniała moja znajoma. Wspomniała i zachwalała.  Wstąpiłam więc i nabyłam ciasto nazwane „rwaniec” a ja dla siebie „rwaniec – skubaniec”. A to po prostu ciasto formowane w bułeczki, które tak są układane na blasze, że się ze sobą stykają. Sprzedają je pojedynczo, czyli je trzeba rwać.

Są tam też ciasteczka magdalenki (Proust – „W poszukiwaniu straconego czasu”) ale się nie skusiłam, bo jedno małe kosztuje sześć złotych. No, chyba że w środku jest jakaś cenna niespodzianka.

W tymże pojeździe siedziałam przy oknie czując woń benzyny. Chyba trochę się jej nawdychałam. A w powrotnym siedziałam obok seniora dziwnie pachnącego. Wysiadłam więc wcześniej niż planowałam, bo już mnie głowa rozbolała.

Postanowiłam wzmocnić się kawą nabytą w kawiarni WUWA, mieszczącą się w wolnostojącym budyneczku blisko tego poniemieckiego eksperymentalnego osiedla.

 Pamiętam dawne czasy gdy tam mieścił się zakład fryzjerski – w budyneczku kawiarni.

Czym jest WUWA można przeczytać tu:

https://pl.wikipedia.org/wiki/WUWA

Jednym z budynków wchodzących w skład tego mini osiedla jest obecny Park Hotel, który ma bardzo oryginalnie zaplanowane wnętrze, tzn. układ pokojów.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Park_Hotel_we_Wroc%C5%82awiu.

Ale w czasach PRL- u był internatem Szkoły Inspekcji Pracy CRZZ im. Wilhelma Piecka, w której pracowałam jako bibliotekarka.

Po drodze pozbierałam trochę kasztanów i zerwałam różnokolorowe liście do ususzenia.

CZWARTEK Wyjrzałam przez okno – nie padało. Parasola nie wzięłam. Wyszłam z domu i po kilkunastu krokach  – pada.

– Może to tak tylko przelotnie – pomyślałam i dzielnie idę. Trochę przestało ale potem i tak popadywało.

I tak było ciągle, z tym, że „autobusy i tramwaje zapłakane deszczem” – parafrazując piosenkę. Ja też trochę.

Mimo to poszłam na kolejny cmentarz, bo nie jestem z cukru, nie rozpuszczam się. Z soli czy z kawy też nie.

Przed warzywniakiem wybrałam pomidory i widzę, że wychodzi z niego młody mężczyzna a za nim bardzo powoli  starsza kobieta. Czekam aż spod sklepu weźmie swoją torbę na kółkach uprzednio schowawszy niewielkie zakupy.

Wchodzę, kładę produkty na ladzie a ekspedientka do mnie:

– Tyle lat pracuję ale to zdarzyło mi się pierwszy raz! Ten młody zapłacił za zakupy starszej pani.

– Czy zabrakło jej pieniędzy? – pytam.

– Nie, nic nie mówiła. Młodzi wcale nie są tacy źli jak się często ich ocenia. To raczej starsi są złośliwi, roszczeniowi i z wszystkiego niezadowoleni.

– Jest taka teza, że na starość zalety zanikają a wady się powiększają – zakończyłam rozmowę.

SOBOTA Od dłuższego czasu mam kłopot z paznokciami. Pękają wzdłuż mimo masowania, smarowania witaminą E, rycyną, olejkiem herbacianym oraz zażywania różnych, mających pomóc, specyfików. Odżywiam się różnorodnie, bo nie lubię monotonii ale widocznie brakuje organizmowi jakiegoś składnika. Jakiego?

A za ścianą znowu głośno gadatliwe towarzystwo. A mówi się, że młodzi to tylko wgapiają się w telefony i nie rozmawiają ze sobą. Trafiły mi się nietypowe egzemplarze? O tym, aby się wgapiały marzę.

Bardzo męczące jest bycie WWO.

Poniżej opowiadanko powstałe jako zadanie domowe na zajęciach literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę:

Rozstanie – dialog

Miejsce akcji RAJ. Osoby: Adam i Ewa. Na gałęzi wąż. W  niebie Bóg.

Adam leży cały goły i zajada arbuza. Podchodzi Ewa śpiewając pod nosem:  „Nic nie może wiecznie trwać”.

Adam wypluwając pestki:

– O, jesteś! Gdzie byłaś?

Ewa zrywając figę z drzewa:

– Tam gdzie chciałam.

Adam krztusząc się owocem:

– Ale przecież ja tu czekam!

Ewa lekceważąco:

– No, to co? Masz jakieś pilne zajęcia? A może spotkanie?

Adam rzuca w nią skórką arbuza:

– Jak ty do mnie mówisz? A gdzie szacunek jaki kobieta powinna mieć dla mężczyzny?

Ewa zajadając figę:

– Na szacunek trzeba sobie zasłużyć. A ty albo leżysz i obżerasz się, albo włóczysz się z gorylami i podobno zaliczyłeś jedną szympansicę.

Adam wzruszając ramionami:

– E, taka tam nieważna przygoda. A ty skąd wiesz?

Ewa wskazując palcem na gałąź:

– Ten mi doniósł. Podobno masz się z nią żenić. Może poprosisz, abym została waszą druhną?

Adam ze złością:

– Też coś! Żenić się z ta małpą? W życiu!

Ewa złośliwie:

– Ale podobno ona jest w ciąży. Piękne będziecie mieli dzieci, ha, ha, ha.

Adam wkurzony:

– Ona ma już męża i z nim jest w ciąży.

Ewa rozbawiona:

– No to zazdrosny rogacz da ci popalić! Już się cieszę!

Adam wstając:

– Bo co? Odejdziesz ode mnie? Znajdziesz sobie innego?

Ewa:

– A żebyś wiedział. Wolałabym węża niż ciebie!

Adam ironicznie:

– To może on lepszy jest de mnie?

Ewa:

– Lepszy jest, bo dłuższy.

Adam:

– Ale dzieci z tego nie będzie!

Ewa:

– Nadrobisz to z wszystkimi gorylicami i szympansicami. Piękni i mądrzy będą wasi potomkowie.

Adam:

– Obowiązkiem kobiety jest mieć dzieci!

Ewa:

– A mężczyzny dbać o kobietę a nie szlajać się z małpami po krzakach.

Adam:

– Będę robił co zechcę, nie zabronisz mi!

Ewa:

– A idź w cholerę, na pewno nie będę po tobie płakać.

Adam:

– Jeszcze zobaczymy. Powiem Bogu jak się zachowujesz!

Ewa:

– On widzi i wie wszystko. Na pożegnanie daję ci to jabłko.

Rzuciła owoc w jego stronę. Zręcznie złapał i ugryzł. Rozsunęła się chmura w niebie i Bóg wygonił ich z Raju.

Upalne miasto 166

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************************

NIEDZIELA  Za oknem słonecznie a ja wkurzona, bo niewyspana. Za ścianą kilkoro młodych ludzi płci obojga (ale głównie słychać męskie głosy) od sobotniego popołudnia przez wieczór, noc i teraz (jest godz. 11) ktoś głośno gada, gada, gada. Tak, przeszkadza mi to, bo mimo regału na całą moją ścianę bardzo to słychać. Niestety mam nadwrażliwość na dźwięki, szczególnie gdy chcę zasnąć.

Była dwunasta w nocy – głośne gadanie z okrzykami, pierwsza w nocy – głośne gadanie z krzykami (głusi są?), druga w nocy – powtórka z nierozrywki, trzecia w nocy – jak wyżej, czwarta w nocy – nieulubiony ciąg dalszy nastąpił, piąta – bez zmian, szósta – kontynuacja, siódma, ósma, dziewiąta … Rano do tego dodano muzykę typu łupu – cupu. I przez cały dzień, z krótkimi przerwami oni gadają i gadają, a w tle w.w. muzyka.

I co? Mam pójść i poprosić, aby przestali? Przecież oni tylko rozmawiają. A że głośno, dla nich normalnie. Nie podoba mi się to powinnam się wyprowadzić w jakąś głusz.

Czy oni dyskutują jak ocalić naszą planetę? Albo nasz kraj od wyznawców J.K.? No to czekam na szybką realizację pomysłu.

Gorzej jeśli obmyślają skok na kasę w postaci naciągania na różne sposoby. Bo chyba skok nie ma być za pomocą podkopu. Chociaż patrząc na tunele wykopane pod nasza wschodnią granicą to kto wie?

Młodzi bywają bardzo pomysłowi i żądni szybkiej forsy.

A  może wymyślają proch? Helloooł, już dawno to zrobiono.

Późnym wieczorem włączyłam, stojące obok łóżka radio, aby muzyką trochę zagłuszało sąsiedzką wymianę niemyśli. Są w niej (wymianie) także czasem panienki nielekkich obyczajów.

Gadulstwo to, wg mnie, objaw złego wychowania i braku inteligencji oraz wampirzenie energetyczne, nawet takie zzaścienne.

Wtorek Jak co tydzień masaż. W trakcie planuję co mam załatwić w drodze do domu. Pogoda sprzyja chodzeniu. Punkt pierwszy – pierogarnia, zaszalałam w postaci pierogów z wątróbką i żurawiną. Nigdy jeszcze takich nie jadłam. Takie sobie.

W sklepie odzieżowo – obuwniczym wypatrzyłam jesienną bluzkę, jesienną, bo brązową, z długimi rękawami i niezbyt cienką. Upały minęły. „Dziewczyny lubią brąz…”. Wiem, że chodziło o słońce i opaleniznę.

Do  firmowego sklepiku prasowego poszłam po nowy numer czasopisma „Książki”, kalendarz z wyrywanymi kartkami a przy okazji napadło mnie na wafelki. Pan mi pokazał jakie ma stwierdzając, że dobre są.

– O, widzę, że je pan próbował?

– Nie tylko próbowałem – usłyszałam i na jego piwny brzuszek spojrzałam ale nie skomentowałam.

Sprzedawca miał, widać, dzień dobroci dla seniorek, bo dodał mi bezpłatnie czekoladkę Tik-Tak.

– Lubię to – powiedziałam.

Uśmiechem potwierdził, że on także.

W warzywniaku grzyby do szybkiego zjedzenia uduszonych na maśle klarowanym. Plus jeżyny, z których degustacją się spóźniłam i teraz płacę jak za zboże bardzo ekologiczne, rosnące w takt muzyki Mozarta/Chopina/Bacha (do wyboru). I pętko winogron, dlaczego pętko? Bo tak!

W sklepie papierniczo – zabawkarskim nie było werniksu. Widocznie los uznał, że dość, jak na dzisiaj,  tych sukcesów.

Za to bohaterka poniższego tekstu sukces osiągnęła.

Opowiadanko moje nawiązujące do poniższego wierszyka (zadanie z zajęć literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę):

Jan Brzechwa

MUCHA

Z kąpieli każdy korzysta,

A mucha chciała być czysta.

W niedzielę kąpała się w smole,

A w poniedziałek – w rosole.

We wtorek – w czerwonym winie,

a znowu w środę – w czerninie.

A potem w czwarte – w bigosie,

A w piątek – w tatarskim sosie.

W sobotę – w soku z moreli.

Co miała z takich kąpieli?

Co miała? Zmartwienie miała,

Bo z brudu lepi się cała.

A na myśl jej nie przychodzi,

Żeby wykąpać się w wodzie.

Opowiadanie:

Tytuł: Mucha Wstręciucha

Była raz sobie Mucha, bardzo nieszczęśliwa, bo od przedszkola mówiono na nią Wstręciucha.

W domu, od małego, bardzo lubiła najpierw pomagać mamie w kuchni, a gdy trochę dorosła samodzielnie gotować.

Niestety, zawsze się bardzo przy tym ubrudziła, a to oblała sosem, a to upaćkała bigosem. Przy robieniu sałatki z pomidorów miała je wszędzie – za paznokciami, we włosach, na ulubionym fartuszku, a nawet w kapciach.

Tak bardzo lubiła wszelkie składniki używane do gotowania, że ich zapach był dla niej jak najpiękniejsze perfumy. Niestety, nikomu to się nie podobało dlatego mówili na nią Wstręciucha.

Nawet gdy mama zmusiła ją do kąpieli to Mucha,  gdy nikogo nie było w domu, smarowała się masłem, oliwą albo sokiem z buraków. Lubiła też czasem użyć miodu a potem obsypać się mąką i cynamonem. Twierdziła potem, że jest piernikiem i dziwiła się, że psy za nią biegną, aby polizać.

Nie rozumiała dlaczego nikt nie zachwycił się jej zapachem gdy przed samą Wigilią wysmarowała się olejem na którym usmażono karpia.

Przymusową kąpiel przedświąteczną uznała za okrucieństwo, więc na drugi dzień wtarła sobie we włosy sałatkę jarzynową, z plasterków kiełbasy zrobiła kolczyki, a z naci marchewki, selera i pietruszki zrobiła naszyjnik i bransoletkę. Jako kamienie ozdobne wplotła oliwki, daktyle i najmniejsze pomidorki koktajlowe.

Mimo to, a może właśnie z tego powodu nadal wszyscy nazywali ją Wstręciuchą. Kompletnie tego nie rozumiała i często w kącie popłakiwała.

Mama na każdą jej skargę powtarzała:

– Musisz przestać smarować się jedzeniem, bo ono psuje się i śmierdzi.

– Nieprawda! Bo to bardzo pachnie!  Wszyscy tak powinni!

Poskarżyła się babci a ta jej poradziła, aby wnuczka poszła do szkoły gastronomicznej. I tam mądrzy nauczyciele  wytłumaczyli Musze, że  jedzenie dopiero wtedy pachnie i smakuje najlepiej gdy kucharki są czyste.

W kilka lat po skończeniu szkoły Mucha otworzyła swoją małą restaurację o nazwie „Czysta Mucha”.

I do osiągnięcia sukcesu nie potrzebowała pomocy Magdy Gessler.

Upalne miasto 165

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*****************************************************************************

Uczestnictwo w kreatywnych zajęciach z Elą Wodałą, autorką świetnych kolaży roślinnych poskutkowały moimi sześcioma nowymi pracami. Postanowiłam zajrzeć do teczki z poprzednimi.

I tu się okazało, że większość z nich skruszała. Nie z poczucia winy a ze starości. Nawet te psiknięte fiksatywą lub mocnym lakierem do włosów. W dodatku gdy nieskruszone postanowiłam polakierować okazało się, że lakier i fiksatywa się skończyły. Złe nowiny chodzą trójkami L.

Postanowiłam niektóre prace odnowić co będzie trudne, a nawet bardzo trudne, a część wyrzucić.

A co nam huha za oknem?

GOŁOMP HUHACZ

Gołąb to jest jednak głupie stworzenie. Ma skrzydła, mógłby polecieć gdziekolwiek, a wybrał centrum Krakowa w sezonie. Sierpówka jest nawet trochę głupsza od innych gołębi, bo zasuwała do nas aż z Indii. Co trzeba mieć w głowie, żeby po kilku tygodniach podróży usiąść pod bazyliką mariacką, rozejrzeć się i powiedzieć, „to jest to, zostaję”? Pozdrowienia dla mojego kuzyna Tomka, który zrobił to samo zaraz po studiach i został pierwszym architektem oraz sierpówką w rodzinie.

Sierpówka jest ptakiem średniej wielkości. Waży do 200 gramów, czyli nawet trzy razy mniej od grzywacza, spaśluna numer jeden wśród europejskich gołębi. Wygląda trochę, jakby kolorowali ją ci sami goście, którzy odpowiadają za pastelizację połowy bloków w latach dwutysięcznych. Tylko sierpówka wpada w odcienie szarości i brązu, a nie żółci papieskiej.

Sierpówka to tak zwany ptak huhający, trzeci w Polsce obok sów i kukułki. Pierzaste dranie siedzą na drzewach pod moim oknem i robią huhu, cholera wie po co. W dodatku trudno na pierwszy rzut ucha poznać, który to ptak huha. Ale od tego macie mnie, sierpówka robi: „huu-huu-hu” z lekkim przydechem, a kukułka podrzuca dzieci sąsiadom. Sowa natomiast je myszy i pie*rzy głupoty w Kubusiu Puchatku.

Nazwa sierpówki wzięła się od czarnej obroży, którą nosi na karku, jakby zrobiła sobie przerwę od pracy na słuchawce. To były inne czasy. Ludziom wszystko się kojarzyło z sierpem, na przykład równość klasowa.

Kolejny dowód na to, że sierpówka jest głupol to jej brak strachu przed ludźmi. To znaczy wiadomo, bez przesady, ale nie jest płochliwym ptakiem. Chętnie wpada zarówno do miast jak i na wieś, żeby sprawdzić, co tam słuchać u gospodarza i objeść go z nasion. Jest spokojniejsza i mnie kłótliwa od większości innych gołębi.

Mimo to w USA wypiera rodzime gatunki i jest uznawana za jednego z najszybciej rozprzestrzeniających się ptaków w historii. Uprzejmy najeźdźca, to chyba pierwszy taki przypadek w historii od czasu jak Niemcy poprosiły Polskę, żeby się trochę przesunęła, bo zasłania pomorze.

Sierpówki są ptakami monogamicznymi. Łączą się w pary na całe życie, które trwa od 5 do 15 wiosen. Podobno głupiego można poznać po tym, że nie uczy się na własnych błędach. No więc sierpówka wyprowadza nawet kilka lęgów rocznie. I w każdym z nich są zwykle dwa młode, na które huhają i mama i tata. O gnieździe sierpówki nie będę pisał, bo nie ma o czym. Dwa badyle na krzyż z widokiem na komin, czyli od 20 tys. w górę za m2 w Warszawie.

Wtorek. Pada. W trakcie masażu rozmawiamy o różnych sprawach, społecznych, prywatnych i trochę politycznych. Wspomniałam o znajomej korespondencyjnej (z tzw. ściany wschodniej), która ostatnio napisała mi, że mam smutne poglądy. Dlaczego? Bo nie zachwycam się (eufemizm) JK, jego partią i poglądami. Odpisałam, że moje poglądy nie są smutne tylko prawidłowe. I, że nie należy czytać tylko GP oraz oglądać tylko tvr.

W czasie zabiegu wspomniałam też, że na FB czytam wpisy Andrzeja Gerlacha, świetnie zorientowanego w kościelnym środowisku. Co się tam dzieje to przechodzi ludzkie pojęcie.

Opowiedziałam też o  przedstawieniu w Teatrze Telewizji czyli sztuce Joanny Szczepkowskiej pod tytułem „Separatka”. Podziwiam tę aktorkę a zarazem autorkę.

Śledziłam, w czasie pandemii, na facebooku” jej mini przedstawienia w Teatrze Pudło, „Parasolka”, „Kometa”, „Terapia”, Pokaz mody”, te  i inne można obejrzeć na YT.

 Codziennie tam czytam co sądzi o bieżących wydarzeniach społeczno- politycznych.

ŚRODA Kolejny etap załatwiania pewnej sprawy. I nadal brak zakończenia, bo jakaś niekompetentna osoba przekazała urzędowi nieprawdę. No i ja ponoszę, od dwóch lat, wielu takich działań konsekwencje. Wisi ta sprawa nade mną jak głaz, który nieustannie wali mnie po głowie i po psychice.

Na dodatek od jakiegoś czasu łzawi mi, bardzo, lewe oko, będące po witrektomii (operacja w pełnym znieczuleniu). Mam ochotę przykleić sobie pod dolną powieką kilka chusteczek higienicznych. Nie zmieszczą się jednak, bo noszę okulary.

Poprawiłam sobie trochę nastrój za pomocą cappuccino i granoli oraz zakupu mydełek pachnących lawendą. W towarzystwie bardzo życzliwej i pomocnej osoby.  Nabyłam też dziurkacz ozdobny z baletnicą. Nastawię odbiór telewizora na konkurs chopinowski, może zatańczy.

CZWARTEK Na zajęciach literackich prowadząca je dr Magda Wieteska dała nam do wykonania, na miejscu, następujące zadanie:

napisz skargę z perspektywy jakiegoś przedmiotu znajdującego się w domu.

Napisałam:

Wysoki trybunale!

Ja, nieszczęsny, jestem codziennie deptany przez wredną, bezwzględną użytkowniczkę. Ma ona duże stopy i nawet gdy włoży skarpetki czy kapcie, boleśnie to deptanie odczuwam. Całe życie chciałem latać a spotkał mnie taki nędzny los.

Raz w tygodniu jestem odkurzany ale przez siedem dni spadają na mnie okruszki jedzenia, folia z leków, suszone rośliny, które chętnie się kruszą i papierowe ścinki, bo właścicielka ma dziwną pasję suszenia, wycinania i przyklejania.

Na szczęście nie ma siły znosić mnie z czwartego piętra na podwórko i bić trzepaczką.

Uprzejmie proszę o uwolnienie mnie od tej osoby, abym mógł sobie odlecieć czując, nareszcie, wolność i swobodę.

KONIEC

Jak Wam się podoba?

PIĄTEK Wizyta w kolejnym banku, bo tak sobie po nich peregrynuję,Nie z własnej woli, to znaczy nikt mi lufy do skroni nie przystawia ale pewne sprawy muszą być załatwione. Tak więc boksuję się z urzędniczą biurokracją, której przedstawiciele są bardzo z siebie zadowoleni, cytuję: „bo takie mamy procedury”. A, że nieprzyjazne klientowi? Co to ich obchodzi?

Czekając w banku aż system zaskoczy wyszłam na zewnątrz i zerwałam trochę kolorowych dębowych liści. W domu sprawdziłam w internecie – okazało się, że na świecie jest 600 rodzajów tego drzewa.

W Polsce naturalnie występują dwa rodzime gatunki dębu: szypułkowy i bezszypułkowy  a także ich mieszaniec oraz endemiczny dąb omszony. W Polsce spotyka się również gatunki sprowadzone, takie jak dąb czerwony  czy błotny.

Dostępne są także liczne odmiany ozdobne, np. dąb szypułkowy ‚Fastigiata’ o kolumnowym pokroju czy dąb bezszypułkowy ‚Purpurea’ o purpurowych liściach

Upalne miasto 164

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************************

Wtorek – niespodzianek worek, no może woreczek.

Odebrałam, a raczej wyszarpałam  z paczkomatu paczuszkę z kartami ATC.  Dziękuję J

W sklepie nabyłam nową piżamę, bo uznałam, że potrzebuję. Właściciel sklepu próbował wcisnąć mi jedną różową ale odcień taki raczej neonowy. Oczy by mnie bolały nawet będąc zamknięte.

Masaż cowtorkowy miał trochę poślizgu, bo się spieszyłam na godzinę pierwszą będąc zaproszoną na spotkanie autorskie. Wieloobsadowe, pokonkursowe.  Okazji Dni Seniora ogłoszono „zawody” literackie poetycko – prozatorskie, tematem była miłość. Niczego na ten temat i konkurs nie napisałam. Znajoma miała gotowy wiersz więc go wysłała i wyróżnienie dostała. Ode mnie drobiazgi trochę rękodzielnicze a trochę nie.

O miłości do kotów nic nie napisano poetyckiego. Może były tematem prozy ale opowiadań przed przerwą nie czytano. Dobrym pomysłem byłoby powielenie tekstów i rozdanie obecnym, aby przeczytali w domu. Nikt jakoś na to nie wpadł.

Za to mężczyzna trzymający władzę nie omieszkał podzielić się informacjami z prywatnego życia. Niby na temat. Bardzo niby.

Wiersze przeczytano, muzycznie ubarwiając. Nagrody i dyplomy wręczono. Wyszłyśmy do kawiarni obok przed przerwą posiłkową, aby wypić kawę i zjeść słodkość wybraną z lady chłodniczej. Laureatka stawiała.

Środa Spotkanie autorskie z Ewą Marią Slaską (oryginalne nazwisko) Polką z Gdańska od 1985 roku mieszkającą w Berlinie. Tematem była jej ostatnia książka „Amerykański sen” o parze, małżeństwie z dziećmi, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Opisuje ich losy, które poznała i przez lata śledziła.

Po przeczytaniu książki napiszę o niej więcej.

Autorka powiedziała, że lubi słuchać ludzi, bo dzięki temu ma materiał na pisanie. Ja zacytowałam powiedzenie „Uważaj o czym opowiadasz pisarzowi, bo cię opisze”.

Jadąc tramwajem wyciągnęła telefon na którego tapecie ma pyszczek kota. Po odejściu poprzedniego uznała, że w jej wieku nie powinna decydować się na żadne zwierzątko ale ktoś ze znajomych uznał, że „Ewa zawsze miała kota, to podarujmy jej tego burasa”.

Na spotkanie zaprosiła mnie znajoma autorki i moja. A odbyło się w siedzibie Rady Osiedla Gajowice gdzie mieści się też Wrocławskie Stowarzyszenie Twórców Kultury. 

Ma też profil na facebooku.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Maria_Slaska

Czwartek Nie byłam pewna czy wytrzymam ten maraton.

A składał się on najpierw z warsztatów plastycznych, nietypowych, bo „malowaliśmy” suchymi listkami, kwiatkami i gałązkami. Tworzyliśmy w ten niebanalny sposób sukienki.

Chanel, Versace, Dolce z Gabbaną, Yves Saint Laurent i inni kreatorzy mody niech się schowają na widok pięknych prac Eli Wodały. Po wpisaniu w Google jej imienia i nazwiska znajdziecie kilka zdjęć.

Przyniosła i rozdała nam bardzo dużo suchych roślin tak że było z czego tworzyć. Ja też trochę swoich przyniosłam.

Jest to trudna praca, bo rośliny suche i kruche. Najpierw trzeba mieć pomysł, potem rozłożyć elementy, aby tworzyły zgrabną całość a na koniec wszystko podkleić. Co nie jest łatwe, wymaga ostrożności i precyzji. Ela nawet sugerowała, aby przed naklejeniem zrobić zdjęcie ułożonych elementów, bo można się pomylić.

A większość kolaży roślinnych obecnych pań była naprawdę piękna.

Ja „uszyłam” trzy proste sukienki co mogłoby być zaczątkiem kolekcji. Tylko gdzie te modelki i gdzie ten wybieg, aby je pokazać? Tylko AI mogłoby to zrobić.

Późnym wieczorem naszło mnie i zrobiłam następne trzy prace. A w piątek nakleiłam na boki wszystkich prac kolorowe paski papieru tworząc w ten sposób ramki.

Jak zawsze na takim spotkaniu znajdzie się jakaś maruda i taka jedna bez przerwy mówiła, że bolą ją ręce i nie będzie na miejscu nic robić, tylko w domu. Rozumiem, że w domu ręce jej nie bolą. W takim razie po co przyszła? Żeby wywołać w otoczeniu współczucie? Czy, żeby zwampirzyć  innym energię?

Przyszedł też jeden mężczyzna, który okazał się sfochowanym roszczeniowcem.

Po tym kreatywnym wysiłku poszłyśmy, aby się zregenerować,  na obiad w restauracji samoobsługowej, co nie znaczy, że zagoniono nas do obierania ziemniaków, tłuczenia kotletów i tarcia marchewki. Oraz wyciskania soku z owoców. Trud polegał tylko na zapłaceniu i posiłku do stolika przyniesieniu. No i zjedzeniu.

Poprawiłyśmy swój dobrostan w „Parrot cafe” za pomocą kawy. I rozmowy. Nie siedziałyśmy z nosem w telefonie i nie wysyłałyśmy sobie sms-ów. Takie jesteśmy staroświeckie.

Kontynuowałyśmy ten trend staroświeckości na zajęciach literackich pisząc ręcznie na kartce papieru. Tematem dzisiejszych zajęć był ogród.  Niekoniecznie jesienny.

Czy lubicie procenty w postaci jarzębiaku? Wiem, wolicie w banku. Ale autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” napisał o roślinie:

JARZĘBINA

Jarzębina to komunista i crossdresser z twardym pniem i fałszywymi jagodami. Jej owoce nie są prawdziwe, tylko rzekome – powstały nie tylko z zalążni, ale również z innych elementów kwiatu. No i można się od nich pos*ać na jarzębinowo. To sympatyczne drzewo, które jesienią zamienia chodniki w woniejące roślinnym rozkładem ślizgawki, to jarząb pospolity. Chłop się za babę przebrał. Boki zrywać. Ale i miło popatrzeć.

Po łacinie jarząb pospolity (Sorbus aucuparia) to „jarzębina łowiąca ptaki”. Drzewo na szczęście nie żre podfruwajców – wręcz przeciwnie, karmi je, i to nawet zimą, kiedy często nie mają czego do dziobów włożyć.

Ptaki odwdzięczają się jej w jedyny znany sobie sposób, czyli z dupy strony, rozsiewając nasiona po całym okolicznym krajobrazie. Jarzębinę spotkamy niemal wszędzie – w górach, na nieużytkach, przy drogach, w lesie, na łąkach i w piosenkach o skutkach wiejskiego podrywu. Tak samo jak swego czasu komunizm i obecnie sklepy sieci Biedronka. Co jest takiego w czerwonym kolorze, że tak łatwo opanowuje dusze i układy pokarmowe?

W jarzębinie jest dużo rzeczy, na przykład betakaroten – ten sam co w marchewkach i soczkach, które się nazywają jak seryjny morderca z Londynu. W surowych owocach, oprócz betakarotenu, siedzi też kwas parasorbowy. To z jego powodu ludzie nie mogą żreć jarzębiny prosto z drzewa jak jemiołuszki, chyba, że chcą stać się wylewni.

Jarzębina potrafi być słodka, ma sporo witamin i przeciwutleniaczy. Trzeba jednak powściągnąć pierwotne, ptasie żądze i poczekać, aż jej mróz zetnie owoce lub poddać je obróbce cieplnej. Jarzębinę można mrozić, blanszować lub smażyć – wszystko jedno, byleby francę bolało. Z obolałej jarzębiny ulatnia się para, a kwas parasorbowy zamienia się w sorbowy. A jego już łatwiej i wymówić, i strawić.

Jak już pokażemy jarzębinie, gdzie chemia zimuje, to możemy z niej robić dżemy, galaretki, sosy, ciastka i (wiem, że na to czekacie) jarzębiaczek – tradycyjną polską wódę o smaku resztek z wigilijnej kuchni. Jarzębina, śliwki, karmel, figi i RODZYNKI. Kto wymyślił to cholerstwo i jakim prawem smakuje tak dobrze?

O jarzębinie piszę właśnie dzisiaj z dwóch powodów. Po pierwsze – 10 października obchodzimy w Polsce Dzień Drzewa. A po drugie – według kalendarza celtyckiego osoby urodzone od 1 do 10 kwietnia oraz od 4 do 13 października są jarzębinami. A jarzębiny są z kolei niezwykle samodzielne i odpowiedzialne, ambitne i wytrwałe, zaskakujące i namiętne. I lepiej to docenić, bo nie potrafią przebaczać i znają karate. Dużo zdrowia wszystkim drewniakom, a jarzębinom szczególnie.

Upalne miasto 163

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Czwartek – zajęcia literackie w Centrum Seniora z doktor Magdą Wieteską, która nas trzy bardzo dowartościowała. W ubiegłym tygodniu dała nam bardzo trudne zadanie domowe. Trudne, bo obwarowane kilkoma „nakazami”, tak że trudno było poszaleć z pisaniem i wyobraźnią. I Magda powiedziała, że świadomie nam to zleciła, bo jesteśmy bardzo zdolne.

Oto te warunki:

– opowiadaj wszystko w czasie przyszłym

– każde zdanie zaczynaj od czasownika

– nie używaj żadnych przymiotników

– wszystkie rzeczowniki muszą być zdrobnieniami

– w tekście nie może się pojawić ani razu słowo zaczynające się na literę ”e”

– co drugie zdanie musi  się kończyć znakiem zapytania

– trzecie zdanie tekstu musi zawierać słowo „czarny”.

Przyznaję, że łatwo nie było, kilka razy przepisywałam tekst (pisałam ręcznie), bo ciągle coś nie pasowało.

I wyszło tak:

Tytuł: KRYMINALIK

– Zamorduję go – postanowiła Agata. Otruję czy uduszę?

Znajdę na półeczce czarną książeczkę opisującą ziółka. Skomponuję naleweczkę, ale czy mam szafeczce wódeczkę?

 Podejdę do regalika i wyciągnę z niego tomika. (tak, wiem ale miało się rymowac).

Odkurzę go najpierw a potem?

Usiądę w foteliku i przejrzę stroniczki zaznaczając roślinki z których składać się będzie ten eliksirek.

Wybiorę ale czy będę wiedziała które i czy mają odpowiednie działanie?

Spisała szczególiki różnych ziółek.

Mieszać je będę ręcznie czy blenderkem? – zastanowię się potem.

Myślałam, że będę żyć w dueciku ale przecież nie z tym bałwankiem, prawda?

Postanowiła, a nigdy podjętej decyzyjki nie zmieniła.

KONIEC

Przypomniałam sobie potem jak szukałam w Internecie trujących roślin, bo pisałam opowiadania kryminalne. Powstały i są zawarte w książce „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”.

Poniżej umieszczam tekst „Moje ulubione  miejsce”, bo takie zadanie dostałyśmy kiedyś na zajęciach literackich.

            Moje ulubione miejsce

Zacznę od anegdoty:

W czasie gdy jeszcze pracowałam czytelniczka zapytała mnie dokąd jadę na urlop. Odpowiedziałam, że na Wyszyńskiego.

– A co tam jest? Jakieś sanatorium? – zdziwiła się.

– Nie, moje mieszkanie – odpowiedziałam.

I tak jest naprawdę – najlepiej czuję się u siebie w domu, bo tam jestem wolna, mogę robić co chcę i kiedy chcę.

Ale tak szerzej to moim ulubionym miejscem jest Wrocław. A udowodniłam to w mojej książce „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

Na pierwszym miejscu w tytule jest, jak widać, nazwa miasta. Akcja prawie 20  opowiadań toczy się w moim rodzinnym Wrocławiu.

 Są to przygody dwóch wariatek, czyli moje i mojej koleżanki,  znajdujemy trupy moich wrogów. Znajdujemy, nikogo nie zabijamy.

Aby treść nie była przygnębiająca zastosowałam poczucie humoru.

Wracając do ulubionego miejsca – wypadki umieściłam w kilku bibliotekach gdzie pracowałam, w ogrodzie botanicznym,  gabinecie dentystycznym, w kinie,  szkole do której chodziłam, w muzeum, w starej kamienicy i tak dalej – wszystko na terenie Wrocławia. Wyjątkiem jest ostatnie.

Jednak, aby nie były to tylko zabawne historyjki w niektórych tekstach umieściłam krótkie notki na temat konkretnych miejsc.

W pierwszym o domu w kształcie igloo mieszczącym się na osiedlu Zalesie i o gmachu Politechniki. W innym legendę o lekkomyślnych córkach, historię poniemieckiego globusa stojącego w bibliotece Instytutu Geograficznego naszego Uniwersytetu, wyjaśniam na czym polegała akcja „1000 szkół na tysiąclecie”, co to jest „Salonik trzech Muz” mieszczący się przy ulicy Zawalnej, daję notkę historyczną  ogrodu botanicznego i zoologicznego, opisuję  Mosty Warszawskie, budynek dworca Wrocław Główny,  Muzeum Narodowego, rynek i Halę Stulecia.

Bohaterki chodzą różnymi wrocławskimi ulicami, podaję ich nazwy a nawet krótkie biogramy osób w ten sposób uwiecznionych, czyli będący patronami.

Okładka książki jest moim kolażem – tło to plan Wrocławia, na nim są koty, herb miasta oraz zdjęcie ratusza.

Koty, bo odgrywają w książce dużą rolę, wręcz są motorem wydarzeń ale nie zabójstw.

KONIEC

Piątek złego weekendu początek, bo boli mnie gardło. Dawno mi nic nie dokopywało to mam. A jestem na niedzielę umówiona, że złożę wizytę  znajomej, raz już odwołałam.

Zło z gardła udało mi się spacyfikować połączeniem kilku metod: gardimax, moczenie nóg w gorącej wodzie (nie, nie zostały ugotowane) i duża dawka rutinoscorbiny.

Niedziela była słoneczna, wcześniej w Internecie pokazano mi jak dojechać (jednym autobusem). Jak dojść narysowałam sobie mapkę a i tak trochę zabłądziłam, bo mam w tym kierunku wybitne zdolności, niestety. Wolałabym jakieś mniej stresujące.

Na szczęście znajoma wyszła mi naprzeciw i zawołała z drugiego brzegu ulicy. Dzięki temu zrobiłyśmy sobie spacer uliczno – parkowy. Znajomi mają przy domu mały ogródek z jabłonkami, śliwami i biało – rudym kotem. Podobno jest ostry ale dobrowolnie do mnie podszedł i dał się pogłaskać. Nachalna nie byłam na wszelki wypadek.

Na drzewach owocowych, brzozie i innych, z gałęzi na gałąź przeskakiwała wiewiórka. Gdy spokojnie siedziała kot się w nią wpatrywał ale gdy skakała nie wdrapał się na żadne drzewo. Pewnie zabłądziła z pobliskiego parku i nie umiała wrócić na swój teren. Taka wiewiórka wędrowniczka bez GPS. Ale może w końcu się jej udało.

W ogródku piliśmy herbatę, jedliśmy ciasta i rozmawialiśmy o kotach i ludziach.

Na koniec zostałam obdarowana jabłkami prosto z drzewa, odwieziona do domu z wniesieniem toreb na moje nieulubione czwarte piętro.

Jabłek jest tyle, że nawet mogę trochę podarować, np. sąsiadce na kompot jako „machniom” za kawałek sernika.