Upalne miasto 166

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************************

NIEDZIELA  Za oknem słonecznie a ja wkurzona, bo niewyspana. Za ścianą kilkoro młodych ludzi płci obojga (ale głównie słychać męskie głosy) od sobotniego popołudnia przez wieczór, noc i teraz (jest godz. 11) ktoś głośno gada, gada, gada. Tak, przeszkadza mi to, bo mimo regału na całą moją ścianę bardzo to słychać. Niestety mam nadwrażliwość na dźwięki, szczególnie gdy chcę zasnąć.

Była dwunasta w nocy – głośne gadanie z okrzykami, pierwsza w nocy – głośne gadanie z krzykami (głusi są?), druga w nocy – powtórka z nierozrywki, trzecia w nocy – jak wyżej, czwarta w nocy – nieulubiony ciąg dalszy nastąpił, piąta – bez zmian, szósta – kontynuacja, siódma, ósma, dziewiąta … Rano do tego dodano muzykę typu łupu – cupu. I przez cały dzień, z krótkimi przerwami oni gadają i gadają, a w tle w.w. muzyka.

I co? Mam pójść i poprosić, aby przestali? Przecież oni tylko rozmawiają. A że głośno, dla nich normalnie. Nie podoba mi się to powinnam się wyprowadzić w jakąś głusz.

Czy oni dyskutują jak ocalić naszą planetę? Albo nasz kraj od wyznawców J.K.? No to czekam na szybką realizację pomysłu.

Gorzej jeśli obmyślają skok na kasę w postaci naciągania na różne sposoby. Bo chyba skok nie ma być za pomocą podkopu. Chociaż patrząc na tunele wykopane pod nasza wschodnią granicą to kto wie?

Młodzi bywają bardzo pomysłowi i żądni szybkiej forsy.

A  może wymyślają proch? Helloooł, już dawno to zrobiono.

Późnym wieczorem włączyłam, stojące obok łóżka radio, aby muzyką trochę zagłuszało sąsiedzką wymianę niemyśli. Są w niej (wymianie) także czasem panienki nielekkich obyczajów.

Gadulstwo to, wg mnie, objaw złego wychowania i braku inteligencji oraz wampirzenie energetyczne, nawet takie zzaścienne.

Wtorek Jak co tydzień masaż. W trakcie planuję co mam załatwić w drodze do domu. Pogoda sprzyja chodzeniu. Punkt pierwszy – pierogarnia, zaszalałam w postaci pierogów z wątróbką i żurawiną. Nigdy jeszcze takich nie jadłam. Takie sobie.

W sklepie odzieżowo – obuwniczym wypatrzyłam jesienną bluzkę, jesienną, bo brązową, z długimi rękawami i niezbyt cienką. Upały minęły. „Dziewczyny lubią brąz…”. Wiem, że chodziło o słońce i opaleniznę.

Do  firmowego sklepiku prasowego poszłam po nowy numer czasopisma „Książki”, kalendarz z wyrywanymi kartkami a przy okazji napadło mnie na wafelki. Pan mi pokazał jakie ma stwierdzając, że dobre są.

– O, widzę, że je pan próbował?

– Nie tylko próbowałem – usłyszałam i na jego piwny brzuszek spojrzałam ale nie skomentowałam.

Sprzedawca miał, widać, dzień dobroci dla seniorek, bo dodał mi bezpłatnie czekoladkę Tik-Tak.

– Lubię to – powiedziałam.

Uśmiechem potwierdził, że on także.

W warzywniaku grzyby do szybkiego zjedzenia uduszonych na maśle klarowanym. Plus jeżyny, z których degustacją się spóźniłam i teraz płacę jak za zboże bardzo ekologiczne, rosnące w takt muzyki Mozarta/Chopina/Bacha (do wyboru). I pętko winogron, dlaczego pętko? Bo tak!

W sklepie papierniczo – zabawkarskim nie było werniksu. Widocznie los uznał, że dość, jak na dzisiaj,  tych sukcesów.

Za to bohaterka poniższego tekstu sukces osiągnęła.

Opowiadanko moje nawiązujące do poniższego wierszyka (zadanie z zajęć literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę):

Jan Brzechwa

MUCHA

Z kąpieli każdy korzysta,

A mucha chciała być czysta.

W niedzielę kąpała się w smole,

A w poniedziałek – w rosole.

We wtorek – w czerwonym winie,

a znowu w środę – w czerninie.

A potem w czwarte – w bigosie,

A w piątek – w tatarskim sosie.

W sobotę – w soku z moreli.

Co miała z takich kąpieli?

Co miała? Zmartwienie miała,

Bo z brudu lepi się cała.

A na myśl jej nie przychodzi,

Żeby wykąpać się w wodzie.

Opowiadanie:

Tytuł: Mucha Wstręciucha

Była raz sobie Mucha, bardzo nieszczęśliwa, bo od przedszkola mówiono na nią Wstręciucha.

W domu, od małego, bardzo lubiła najpierw pomagać mamie w kuchni, a gdy trochę dorosła samodzielnie gotować.

Niestety, zawsze się bardzo przy tym ubrudziła, a to oblała sosem, a to upaćkała bigosem. Przy robieniu sałatki z pomidorów miała je wszędzie – za paznokciami, we włosach, na ulubionym fartuszku, a nawet w kapciach.

Tak bardzo lubiła wszelkie składniki używane do gotowania, że ich zapach był dla niej jak najpiękniejsze perfumy. Niestety, nikomu to się nie podobało dlatego mówili na nią Wstręciucha.

Nawet gdy mama zmusiła ją do kąpieli to Mucha,  gdy nikogo nie było w domu, smarowała się masłem, oliwą albo sokiem z buraków. Lubiła też czasem użyć miodu a potem obsypać się mąką i cynamonem. Twierdziła potem, że jest piernikiem i dziwiła się, że psy za nią biegną, aby polizać.

Nie rozumiała dlaczego nikt nie zachwycił się jej zapachem gdy przed samą Wigilią wysmarowała się olejem na którym usmażono karpia.

Przymusową kąpiel przedświąteczną uznała za okrucieństwo, więc na drugi dzień wtarła sobie we włosy sałatkę jarzynową, z plasterków kiełbasy zrobiła kolczyki, a z naci marchewki, selera i pietruszki zrobiła naszyjnik i bransoletkę. Jako kamienie ozdobne wplotła oliwki, daktyle i najmniejsze pomidorki koktajlowe.

Mimo to, a może właśnie z tego powodu nadal wszyscy nazywali ją Wstręciuchą. Kompletnie tego nie rozumiała i często w kącie popłakiwała.

Mama na każdą jej skargę powtarzała:

– Musisz przestać smarować się jedzeniem, bo ono psuje się i śmierdzi.

– Nieprawda! Bo to bardzo pachnie!  Wszyscy tak powinni!

Poskarżyła się babci a ta jej poradziła, aby wnuczka poszła do szkoły gastronomicznej. I tam mądrzy nauczyciele  wytłumaczyli Musze, że  jedzenie dopiero wtedy pachnie i smakuje najlepiej gdy kucharki są czyste.

W kilka lat po skończeniu szkoły Mucha otworzyła swoją małą restaurację o nazwie „Czysta Mucha”.

I do osiągnięcia sukcesu nie potrzebowała pomocy Magdy Gessler.

Upalne miasto 165

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*****************************************************************************

Uczestnictwo w kreatywnych zajęciach z Elą Wodałą, autorką świetnych kolaży roślinnych poskutkowały moimi sześcioma nowymi pracami. Postanowiłam zajrzeć do teczki z poprzednimi.

I tu się okazało, że większość z nich skruszała. Nie z poczucia winy a ze starości. Nawet te psiknięte fiksatywą lub mocnym lakierem do włosów. W dodatku gdy nieskruszone postanowiłam polakierować okazało się, że lakier i fiksatywa się skończyły. Złe nowiny chodzą trójkami L.

Postanowiłam niektóre prace odnowić co będzie trudne, a nawet bardzo trudne, a część wyrzucić.

A co nam huha za oknem?

GOŁOMP HUHACZ

Gołąb to jest jednak głupie stworzenie. Ma skrzydła, mógłby polecieć gdziekolwiek, a wybrał centrum Krakowa w sezonie. Sierpówka jest nawet trochę głupsza od innych gołębi, bo zasuwała do nas aż z Indii. Co trzeba mieć w głowie, żeby po kilku tygodniach podróży usiąść pod bazyliką mariacką, rozejrzeć się i powiedzieć, „to jest to, zostaję”? Pozdrowienia dla mojego kuzyna Tomka, który zrobił to samo zaraz po studiach i został pierwszym architektem oraz sierpówką w rodzinie.

Sierpówka jest ptakiem średniej wielkości. Waży do 200 gramów, czyli nawet trzy razy mniej od grzywacza, spaśluna numer jeden wśród europejskich gołębi. Wygląda trochę, jakby kolorowali ją ci sami goście, którzy odpowiadają za pastelizację połowy bloków w latach dwutysięcznych. Tylko sierpówka wpada w odcienie szarości i brązu, a nie żółci papieskiej.

Sierpówka to tak zwany ptak huhający, trzeci w Polsce obok sów i kukułki. Pierzaste dranie siedzą na drzewach pod moim oknem i robią huhu, cholera wie po co. W dodatku trudno na pierwszy rzut ucha poznać, który to ptak huha. Ale od tego macie mnie, sierpówka robi: „huu-huu-hu” z lekkim przydechem, a kukułka podrzuca dzieci sąsiadom. Sowa natomiast je myszy i pie*rzy głupoty w Kubusiu Puchatku.

Nazwa sierpówki wzięła się od czarnej obroży, którą nosi na karku, jakby zrobiła sobie przerwę od pracy na słuchawce. To były inne czasy. Ludziom wszystko się kojarzyło z sierpem, na przykład równość klasowa.

Kolejny dowód na to, że sierpówka jest głupol to jej brak strachu przed ludźmi. To znaczy wiadomo, bez przesady, ale nie jest płochliwym ptakiem. Chętnie wpada zarówno do miast jak i na wieś, żeby sprawdzić, co tam słuchać u gospodarza i objeść go z nasion. Jest spokojniejsza i mnie kłótliwa od większości innych gołębi.

Mimo to w USA wypiera rodzime gatunki i jest uznawana za jednego z najszybciej rozprzestrzeniających się ptaków w historii. Uprzejmy najeźdźca, to chyba pierwszy taki przypadek w historii od czasu jak Niemcy poprosiły Polskę, żeby się trochę przesunęła, bo zasłania pomorze.

Sierpówki są ptakami monogamicznymi. Łączą się w pary na całe życie, które trwa od 5 do 15 wiosen. Podobno głupiego można poznać po tym, że nie uczy się na własnych błędach. No więc sierpówka wyprowadza nawet kilka lęgów rocznie. I w każdym z nich są zwykle dwa młode, na które huhają i mama i tata. O gnieździe sierpówki nie będę pisał, bo nie ma o czym. Dwa badyle na krzyż z widokiem na komin, czyli od 20 tys. w górę za m2 w Warszawie.

Wtorek. Pada. W trakcie masażu rozmawiamy o różnych sprawach, społecznych, prywatnych i trochę politycznych. Wspomniałam o znajomej korespondencyjnej (z tzw. ściany wschodniej), która ostatnio napisała mi, że mam smutne poglądy. Dlaczego? Bo nie zachwycam się (eufemizm) JK, jego partią i poglądami. Odpisałam, że moje poglądy nie są smutne tylko prawidłowe. I, że nie należy czytać tylko GP oraz oglądać tylko tvr.

W czasie zabiegu wspomniałam też, że na FB czytam wpisy Andrzeja Gerlacha, świetnie zorientowanego w kościelnym środowisku. Co się tam dzieje to przechodzi ludzkie pojęcie.

Opowiedziałam też o  przedstawieniu w Teatrze Telewizji czyli sztuce Joanny Szczepkowskiej pod tytułem „Separatka”. Podziwiam tę aktorkę a zarazem autorkę.

Śledziłam, w czasie pandemii, na facebooku” jej mini przedstawienia w Teatrze Pudło, „Parasolka”, „Kometa”, „Terapia”, Pokaz mody”, te  i inne można obejrzeć na YT.

 Codziennie tam czytam co sądzi o bieżących wydarzeniach społeczno- politycznych.

ŚRODA Kolejny etap załatwiania pewnej sprawy. I nadal brak zakończenia, bo jakaś niekompetentna osoba przekazała urzędowi nieprawdę. No i ja ponoszę, od dwóch lat, wielu takich działań konsekwencje. Wisi ta sprawa nade mną jak głaz, który nieustannie wali mnie po głowie i po psychice.

Na dodatek od jakiegoś czasu łzawi mi, bardzo, lewe oko, będące po witrektomii (operacja w pełnym znieczuleniu). Mam ochotę przykleić sobie pod dolną powieką kilka chusteczek higienicznych. Nie zmieszczą się jednak, bo noszę okulary.

Poprawiłam sobie trochę nastrój za pomocą cappuccino i granoli oraz zakupu mydełek pachnących lawendą. W towarzystwie bardzo życzliwej i pomocnej osoby.  Nabyłam też dziurkacz ozdobny z baletnicą. Nastawię odbiór telewizora na konkurs chopinowski, może zatańczy.

CZWARTEK Na zajęciach literackich prowadząca je dr Magda Wieteska dała nam do wykonania, na miejscu, następujące zadanie:

napisz skargę z perspektywy jakiegoś przedmiotu znajdującego się w domu.

Napisałam:

Wysoki trybunale!

Ja, nieszczęsny, jestem codziennie deptany przez wredną, bezwzględną użytkowniczkę. Ma ona duże stopy i nawet gdy włoży skarpetki czy kapcie, boleśnie to deptanie odczuwam. Całe życie chciałem latać a spotkał mnie taki nędzny los.

Raz w tygodniu jestem odkurzany ale przez siedem dni spadają na mnie okruszki jedzenia, folia z leków, suszone rośliny, które chętnie się kruszą i papierowe ścinki, bo właścicielka ma dziwną pasję suszenia, wycinania i przyklejania.

Na szczęście nie ma siły znosić mnie z czwartego piętra na podwórko i bić trzepaczką.

Uprzejmie proszę o uwolnienie mnie od tej osoby, abym mógł sobie odlecieć czując, nareszcie, wolność i swobodę.

KONIEC

Jak Wam się podoba?

PIĄTEK Wizyta w kolejnym banku, bo tak sobie po nich peregrynuję,Nie z własnej woli, to znaczy nikt mi lufy do skroni nie przystawia ale pewne sprawy muszą być załatwione. Tak więc boksuję się z urzędniczą biurokracją, której przedstawiciele są bardzo z siebie zadowoleni, cytuję: „bo takie mamy procedury”. A, że nieprzyjazne klientowi? Co to ich obchodzi?

Czekając w banku aż system zaskoczy wyszłam na zewnątrz i zerwałam trochę kolorowych dębowych liści. W domu sprawdziłam w internecie – okazało się, że na świecie jest 600 rodzajów tego drzewa.

W Polsce naturalnie występują dwa rodzime gatunki dębu: szypułkowy i bezszypułkowy  a także ich mieszaniec oraz endemiczny dąb omszony. W Polsce spotyka się również gatunki sprowadzone, takie jak dąb czerwony  czy błotny.

Dostępne są także liczne odmiany ozdobne, np. dąb szypułkowy ‚Fastigiata’ o kolumnowym pokroju czy dąb bezszypułkowy ‚Purpurea’ o purpurowych liściach

Upalne miasto 164

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

****************************************************************************

Wtorek – niespodzianek worek, no może woreczek.

Odebrałam, a raczej wyszarpałam  z paczkomatu paczuszkę z kartami ATC.  Dziękuję J

W sklepie nabyłam nową piżamę, bo uznałam, że potrzebuję. Właściciel sklepu próbował wcisnąć mi jedną różową ale odcień taki raczej neonowy. Oczy by mnie bolały nawet będąc zamknięte.

Masaż cowtorkowy miał trochę poślizgu, bo się spieszyłam na godzinę pierwszą będąc zaproszoną na spotkanie autorskie. Wieloobsadowe, pokonkursowe.  Okazji Dni Seniora ogłoszono „zawody” literackie poetycko – prozatorskie, tematem była miłość. Niczego na ten temat i konkurs nie napisałam. Znajoma miała gotowy wiersz więc go wysłała i wyróżnienie dostała. Ode mnie drobiazgi trochę rękodzielnicze a trochę nie.

O miłości do kotów nic nie napisano poetyckiego. Może były tematem prozy ale opowiadań przed przerwą nie czytano. Dobrym pomysłem byłoby powielenie tekstów i rozdanie obecnym, aby przeczytali w domu. Nikt jakoś na to nie wpadł.

Za to mężczyzna trzymający władzę nie omieszkał podzielić się informacjami z prywatnego życia. Niby na temat. Bardzo niby.

Wiersze przeczytano, muzycznie ubarwiając. Nagrody i dyplomy wręczono. Wyszłyśmy do kawiarni obok przed przerwą posiłkową, aby wypić kawę i zjeść słodkość wybraną z lady chłodniczej. Laureatka stawiała.

Środa Spotkanie autorskie z Ewą Marią Slaską (oryginalne nazwisko) Polką z Gdańska od 1985 roku mieszkającą w Berlinie. Tematem była jej ostatnia książka „Amerykański sen” o parze, małżeństwie z dziećmi, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Opisuje ich losy, które poznała i przez lata śledziła.

Po przeczytaniu książki napiszę o niej więcej.

Autorka powiedziała, że lubi słuchać ludzi, bo dzięki temu ma materiał na pisanie. Ja zacytowałam powiedzenie „Uważaj o czym opowiadasz pisarzowi, bo cię opisze”.

Jadąc tramwajem wyciągnęła telefon na którego tapecie ma pyszczek kota. Po odejściu poprzedniego uznała, że w jej wieku nie powinna decydować się na żadne zwierzątko ale ktoś ze znajomych uznał, że „Ewa zawsze miała kota, to podarujmy jej tego burasa”.

Na spotkanie zaprosiła mnie znajoma autorki i moja. A odbyło się w siedzibie Rady Osiedla Gajowice gdzie mieści się też Wrocławskie Stowarzyszenie Twórców Kultury. 

Ma też profil na facebooku.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ewa_Maria_Slaska

Czwartek Nie byłam pewna czy wytrzymam ten maraton.

A składał się on najpierw z warsztatów plastycznych, nietypowych, bo „malowaliśmy” suchymi listkami, kwiatkami i gałązkami. Tworzyliśmy w ten niebanalny sposób sukienki.

Chanel, Versace, Dolce z Gabbaną, Yves Saint Laurent i inni kreatorzy mody niech się schowają na widok pięknych prac Eli Wodały. Po wpisaniu w Google jej imienia i nazwiska znajdziecie kilka zdjęć.

Przyniosła i rozdała nam bardzo dużo suchych roślin tak że było z czego tworzyć. Ja też trochę swoich przyniosłam.

Jest to trudna praca, bo rośliny suche i kruche. Najpierw trzeba mieć pomysł, potem rozłożyć elementy, aby tworzyły zgrabną całość a na koniec wszystko podkleić. Co nie jest łatwe, wymaga ostrożności i precyzji. Ela nawet sugerowała, aby przed naklejeniem zrobić zdjęcie ułożonych elementów, bo można się pomylić.

A większość kolaży roślinnych obecnych pań była naprawdę piękna.

Ja „uszyłam” trzy proste sukienki co mogłoby być zaczątkiem kolekcji. Tylko gdzie te modelki i gdzie ten wybieg, aby je pokazać? Tylko AI mogłoby to zrobić.

Późnym wieczorem naszło mnie i zrobiłam następne trzy prace. A w piątek nakleiłam na boki wszystkich prac kolorowe paski papieru tworząc w ten sposób ramki.

Jak zawsze na takim spotkaniu znajdzie się jakaś maruda i taka jedna bez przerwy mówiła, że bolą ją ręce i nie będzie na miejscu nic robić, tylko w domu. Rozumiem, że w domu ręce jej nie bolą. W takim razie po co przyszła? Żeby wywołać w otoczeniu współczucie? Czy, żeby zwampirzyć  innym energię?

Przyszedł też jeden mężczyzna, który okazał się sfochowanym roszczeniowcem.

Po tym kreatywnym wysiłku poszłyśmy, aby się zregenerować,  na obiad w restauracji samoobsługowej, co nie znaczy, że zagoniono nas do obierania ziemniaków, tłuczenia kotletów i tarcia marchewki. Oraz wyciskania soku z owoców. Trud polegał tylko na zapłaceniu i posiłku do stolika przyniesieniu. No i zjedzeniu.

Poprawiłyśmy swój dobrostan w „Parrot cafe” za pomocą kawy. I rozmowy. Nie siedziałyśmy z nosem w telefonie i nie wysyłałyśmy sobie sms-ów. Takie jesteśmy staroświeckie.

Kontynuowałyśmy ten trend staroświeckości na zajęciach literackich pisząc ręcznie na kartce papieru. Tematem dzisiejszych zajęć był ogród.  Niekoniecznie jesienny.

Czy lubicie procenty w postaci jarzębiaku? Wiem, wolicie w banku. Ale autor fb-owego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też” napisał o roślinie:

JARZĘBINA

Jarzębina to komunista i crossdresser z twardym pniem i fałszywymi jagodami. Jej owoce nie są prawdziwe, tylko rzekome – powstały nie tylko z zalążni, ale również z innych elementów kwiatu. No i można się od nich pos*ać na jarzębinowo. To sympatyczne drzewo, które jesienią zamienia chodniki w woniejące roślinnym rozkładem ślizgawki, to jarząb pospolity. Chłop się za babę przebrał. Boki zrywać. Ale i miło popatrzeć.

Po łacinie jarząb pospolity (Sorbus aucuparia) to „jarzębina łowiąca ptaki”. Drzewo na szczęście nie żre podfruwajców – wręcz przeciwnie, karmi je, i to nawet zimą, kiedy często nie mają czego do dziobów włożyć.

Ptaki odwdzięczają się jej w jedyny znany sobie sposób, czyli z dupy strony, rozsiewając nasiona po całym okolicznym krajobrazie. Jarzębinę spotkamy niemal wszędzie – w górach, na nieużytkach, przy drogach, w lesie, na łąkach i w piosenkach o skutkach wiejskiego podrywu. Tak samo jak swego czasu komunizm i obecnie sklepy sieci Biedronka. Co jest takiego w czerwonym kolorze, że tak łatwo opanowuje dusze i układy pokarmowe?

W jarzębinie jest dużo rzeczy, na przykład betakaroten – ten sam co w marchewkach i soczkach, które się nazywają jak seryjny morderca z Londynu. W surowych owocach, oprócz betakarotenu, siedzi też kwas parasorbowy. To z jego powodu ludzie nie mogą żreć jarzębiny prosto z drzewa jak jemiołuszki, chyba, że chcą stać się wylewni.

Jarzębina potrafi być słodka, ma sporo witamin i przeciwutleniaczy. Trzeba jednak powściągnąć pierwotne, ptasie żądze i poczekać, aż jej mróz zetnie owoce lub poddać je obróbce cieplnej. Jarzębinę można mrozić, blanszować lub smażyć – wszystko jedno, byleby francę bolało. Z obolałej jarzębiny ulatnia się para, a kwas parasorbowy zamienia się w sorbowy. A jego już łatwiej i wymówić, i strawić.

Jak już pokażemy jarzębinie, gdzie chemia zimuje, to możemy z niej robić dżemy, galaretki, sosy, ciastka i (wiem, że na to czekacie) jarzębiaczek – tradycyjną polską wódę o smaku resztek z wigilijnej kuchni. Jarzębina, śliwki, karmel, figi i RODZYNKI. Kto wymyślił to cholerstwo i jakim prawem smakuje tak dobrze?

O jarzębinie piszę właśnie dzisiaj z dwóch powodów. Po pierwsze – 10 października obchodzimy w Polsce Dzień Drzewa. A po drugie – według kalendarza celtyckiego osoby urodzone od 1 do 10 kwietnia oraz od 4 do 13 października są jarzębinami. A jarzębiny są z kolei niezwykle samodzielne i odpowiedzialne, ambitne i wytrwałe, zaskakujące i namiętne. I lepiej to docenić, bo nie potrafią przebaczać i znają karate. Dużo zdrowia wszystkim drewniakom, a jarzębinom szczególnie.

Upalne miasto 163

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

**************************************************************************

Czwartek – zajęcia literackie w Centrum Seniora z doktor Magdą Wieteską, która nas trzy bardzo dowartościowała. W ubiegłym tygodniu dała nam bardzo trudne zadanie domowe. Trudne, bo obwarowane kilkoma „nakazami”, tak że trudno było poszaleć z pisaniem i wyobraźnią. I Magda powiedziała, że świadomie nam to zleciła, bo jesteśmy bardzo zdolne.

Oto te warunki:

– opowiadaj wszystko w czasie przyszłym

– każde zdanie zaczynaj od czasownika

– nie używaj żadnych przymiotników

– wszystkie rzeczowniki muszą być zdrobnieniami

– w tekście nie może się pojawić ani razu słowo zaczynające się na literę ”e”

– co drugie zdanie musi  się kończyć znakiem zapytania

– trzecie zdanie tekstu musi zawierać słowo „czarny”.

Przyznaję, że łatwo nie było, kilka razy przepisywałam tekst (pisałam ręcznie), bo ciągle coś nie pasowało.

I wyszło tak:

Tytuł: KRYMINALIK

– Zamorduję go – postanowiła Agata. Otruję czy uduszę?

Znajdę na półeczce czarną książeczkę opisującą ziółka. Skomponuję naleweczkę, ale czy mam szafeczce wódeczkę?

 Podejdę do regalika i wyciągnę z niego tomika. (tak, wiem ale miało się rymowac).

Odkurzę go najpierw a potem?

Usiądę w foteliku i przejrzę stroniczki zaznaczając roślinki z których składać się będzie ten eliksirek.

Wybiorę ale czy będę wiedziała które i czy mają odpowiednie działanie?

Spisała szczególiki różnych ziółek.

Mieszać je będę ręcznie czy blenderkem? – zastanowię się potem.

Myślałam, że będę żyć w dueciku ale przecież nie z tym bałwankiem, prawda?

Postanowiła, a nigdy podjętej decyzyjki nie zmieniła.

KONIEC

Przypomniałam sobie potem jak szukałam w Internecie trujących roślin, bo pisałam opowiadania kryminalne. Powstały i są zawarte w książce „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”.

Poniżej umieszczam tekst „Moje ulubione  miejsce”, bo takie zadanie dostałyśmy kiedyś na zajęciach literackich.

            Moje ulubione miejsce

Zacznę od anegdoty:

W czasie gdy jeszcze pracowałam czytelniczka zapytała mnie dokąd jadę na urlop. Odpowiedziałam, że na Wyszyńskiego.

– A co tam jest? Jakieś sanatorium? – zdziwiła się.

– Nie, moje mieszkanie – odpowiedziałam.

I tak jest naprawdę – najlepiej czuję się u siebie w domu, bo tam jestem wolna, mogę robić co chcę i kiedy chcę.

Ale tak szerzej to moim ulubionym miejscem jest Wrocław. A udowodniłam to w mojej książce „Wrocław, koty i… Opowiadania prawie kryminalne”.

Na pierwszym miejscu w tytule jest, jak widać, nazwa miasta. Akcja prawie 20  opowiadań toczy się w moim rodzinnym Wrocławiu.

 Są to przygody dwóch wariatek, czyli moje i mojej koleżanki,  znajdujemy trupy moich wrogów. Znajdujemy, nikogo nie zabijamy.

Aby treść nie była przygnębiająca zastosowałam poczucie humoru.

Wracając do ulubionego miejsca – wypadki umieściłam w kilku bibliotekach gdzie pracowałam, w ogrodzie botanicznym,  gabinecie dentystycznym, w kinie,  szkole do której chodziłam, w muzeum, w starej kamienicy i tak dalej – wszystko na terenie Wrocławia. Wyjątkiem jest ostatnie.

Jednak, aby nie były to tylko zabawne historyjki w niektórych tekstach umieściłam krótkie notki na temat konkretnych miejsc.

W pierwszym o domu w kształcie igloo mieszczącym się na osiedlu Zalesie i o gmachu Politechniki. W innym legendę o lekkomyślnych córkach, historię poniemieckiego globusa stojącego w bibliotece Instytutu Geograficznego naszego Uniwersytetu, wyjaśniam na czym polegała akcja „1000 szkół na tysiąclecie”, co to jest „Salonik trzech Muz” mieszczący się przy ulicy Zawalnej, daję notkę historyczną  ogrodu botanicznego i zoologicznego, opisuję  Mosty Warszawskie, budynek dworca Wrocław Główny,  Muzeum Narodowego, rynek i Halę Stulecia.

Bohaterki chodzą różnymi wrocławskimi ulicami, podaję ich nazwy a nawet krótkie biogramy osób w ten sposób uwiecznionych, czyli będący patronami.

Okładka książki jest moim kolażem – tło to plan Wrocławia, na nim są koty, herb miasta oraz zdjęcie ratusza.

Koty, bo odgrywają w książce dużą rolę, wręcz są motorem wydarzeń ale nie zabójstw.

KONIEC

Piątek złego weekendu początek, bo boli mnie gardło. Dawno mi nic nie dokopywało to mam. A jestem na niedzielę umówiona, że złożę wizytę  znajomej, raz już odwołałam.

Zło z gardła udało mi się spacyfikować połączeniem kilku metod: gardimax, moczenie nóg w gorącej wodzie (nie, nie zostały ugotowane) i duża dawka rutinoscorbiny.

Niedziela była słoneczna, wcześniej w Internecie pokazano mi jak dojechać (jednym autobusem). Jak dojść narysowałam sobie mapkę a i tak trochę zabłądziłam, bo mam w tym kierunku wybitne zdolności, niestety. Wolałabym jakieś mniej stresujące.

Na szczęście znajoma wyszła mi naprzeciw i zawołała z drugiego brzegu ulicy. Dzięki temu zrobiłyśmy sobie spacer uliczno – parkowy. Znajomi mają przy domu mały ogródek z jabłonkami, śliwami i biało – rudym kotem. Podobno jest ostry ale dobrowolnie do mnie podszedł i dał się pogłaskać. Nachalna nie byłam na wszelki wypadek.

Na drzewach owocowych, brzozie i innych, z gałęzi na gałąź przeskakiwała wiewiórka. Gdy spokojnie siedziała kot się w nią wpatrywał ale gdy skakała nie wdrapał się na żadne drzewo. Pewnie zabłądziła z pobliskiego parku i nie umiała wrócić na swój teren. Taka wiewiórka wędrowniczka bez GPS. Ale może w końcu się jej udało.

W ogródku piliśmy herbatę, jedliśmy ciasta i rozmawialiśmy o kotach i ludziach.

Na koniec zostałam obdarowana jabłkami prosto z drzewa, odwieziona do domu z wniesieniem toreb na moje nieulubione czwarte piętro.

Jabłek jest tyle, że nawet mogę trochę podarować, np. sąsiadce na kompot jako „machniom” za kawałek sernika.

Upalne miasto 162

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

******************************************************************************

Czy widzieliście kiedyś żółtą biedronkę? Napisał o niej, w swoim stylu, autor facebookowego profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Biedronkę po*ebało. Dwadzieścia kropek na jednym małym chrząszczu. Ktoś tu nie panuje nad znakami przestankowymi i tym razem to nie jestem ja. A nie, przepraszam – biedronka dwudziestokropka ma dwadzieścia dwie kropki, bo naukowcom, kiedy ją nazywali, skończyły się palce u obu par kończyn.

Nie dość, że franca ma tyle ciapek, jakby przed nią krowa naplackała w wentylator, to w dodatku jest żółta. Dlaczego nie czerwona? Bóg jeden wie, bo na pewno nie naukowcy. Sprawdziłem i jedyne, czego się dowiedziałem, to, że kolor czerwony u klasycznej siedmiokropki pełni rolę ostrzegawczą, a chrząszcz zawdzięcza go obecności karotenoidów. Natomiast u biedronki dwudziestokropki żółty pełni rolę ostrzegawczą, ale za to kolor wynika z obecności karotenoidów.

Wkurzające? No i dobrze, ja jeszcze musiałem się tego naszukać. Pewnie sądzicie, że to już koniec jaj, które dwudziestokropka robi sobie ze zdrowego rozsądku i na spodnią stronę liścia. Otóż nic podobnego. Ten żółty kurdupel (3–5 mm) nie chce robić jedynej rzeczy, do której stworzono biedronki – i nie chodzi mi wcale o dostarczanie pieczywa drogą powietrzną.

Biedronka ma żreć mszyce tak jak wegetarianie lebiodę. Tak postanowił Bóg i sobór w Zielonej Górze, czy gdzie tam nasi bracia zieleńsi mają statek matkę. Tymczasem biedronka dwudziestokropka jest jaroszem. Chociaż w sumie nie, bo grzyby to niby nie rośliny. Ta żółta franca jest mykofagiem jak połowa Polaków jesienią. To znaczy, że żywi się wyłącznie grzybami.

Dwudziestokropka nie zbiera jednak prawdziwków, koźlarzy ani nawet ha-tfu opieniek. Dwudziestokropka żre pleśń jak nicienie i Francuzi. Ta konkretna żywi się mączniakami, czyli grzybami, które pasożytują na liściach roślin.

Sprytnie to sobie Stwórca obmyślił. Tylko, głupia sprawa, dwudziestokropka przy okazji może rozsiewać zarodniki tego, co zjada. Niezbadane (i kiepsko oświetlone) są ścieżki, którymi podąża umysł Pana.

Tak w ogóle to dzisiaj jest międzynarodowy dzień kropki i dlatego znęcam się nad biedronką. Dzień obchodzimy na cześć kanadyjskiej bajki o kreatywności. Jak wypadnie międzynarodowy dzień niebycia leniwą bułą, to sprawdzę co to za bajka i Wam napiszę.

W wtorek na jednym z pojemników śmieciowych, pod wiatą, zobaczyłam czapkę z daszkiem, z szerokim otokiem, całą wysadzaną albo oklejoną niby diamentami. Bardzo na bogato. Kto taką czapkę wkłada i na jaką okazję? Macie jakiś pomysł?

Nie przymierzyłam jej i nie uwieczniłam tego fotograficznie. Może szkoda?

A swoją drogą diamenty mi się ostatnio przewijają w życiorysie. Szkoda, że nie są prawdziwe.

Środa – spotkanie ze znajomą w kawiarni z papugami, których fizycznie, w klatce,  wtedy nie było. W malutkim stopniu zastępowały je poduszki z papuzim motywem.

Piłyśmy kawę zagryzając słodkościami i rozmawiając. Znajoma pracowała, przed wielu laty w schronisku dla bezdomnych i poznała wiele trudnych ludzkich historii, włącznie z psychicznie chorym Amerykaninem, który zrzekł się obywatelstwa, bo uważał, że CIA wykupiło wszystkie mieszkania wokół tego w którym mieszkał i bez przerwy go podsłuchiwało.

Poleciał do Turcji, potem znalazł się w Niemczech gdzie wsiadł w pociąg i wylądował na naszym dworcu głównym. Dotarł do schroniska gdzie usiłowano mu pomóc. Konsul amerykański uznał, że skoro ten człowiek zrezygnował z obywatelstwa to on umywa ręce i nie będzie szukał jego rodziny, bo w USA też mają RODO.

Później okazało się, że  tam wystarczy zapłacić 5 dolarów, aby dostać się do bazy danych gdzie można znaleźć każdego obywatela tego kraju i wszystkie jego kontakty. Takie jest tam chronienie danych osobowych. Całe stado koni (niekoniecznie arabskich)  by się uśmiało.

Po spotkaniu w prywatnej piekarni nabyłam pieczywo, chleb tym razem nie był „rycerski” (taka nazwa) tylko graham.

W domu zabrałam się za rozmrażanie lodówki z PRL-u.

A cóż to jest na koszmarna robota. Użycie suszaki do włosów jako pomocnika nie sprawdza się, więc tylko duży płaski garnek z bardzo gorącą wodą wkładam trzykrotnie, aby lód opuścił zamrażalnik. Szybko to nie idzie, resztki lodu bardzo niechętne są zamianie na wodę, jakby mogły broniłyby się rękami i nogami. A że ich nie mają to powoli kapają (wiem, że prawidłowo jest: kapią).

Zabawa  i taniec ze szmatami upychanymi do wnętrza trwają godzinami. Szmaty są do łapania wody a nie do przechowywania w lodówce jako żywności. To tak dla wyjaśnienia.

Tak, wiem – powinnam to robić częściej. A może kupić nową lodówkę, tylko kto mi zapewni, że zaraz po roku gwarancji sprzęt nie powie: „żegnaj Gienia, świat i ja się zmienia”?

A czapki powyżej opisanej już dzisiaj tam nie było.

„Najbardziej ponętne są te cele, które nie istnieją” usłyszałam w starej Polskiej Kronice Filmowej z 1968 roku. PKF to był dodatek przed każdym filmem opiewający wspaniałość słusznie minionego ustroju, krytykującego to na co władza w postaci PZPR pozwalała,  a na okrasę i koniec dawano migawki z życia kulturalnego. Teraz są reklamy. Zamienił stryjek tępą siekierkę na kijek.

Czwartek Byłam na zajęciach literackich i diabeł mnie podkusił, aby iść na koncert w Muzeum Pana Tadeusza.  A przecież od dawna wiem, że jestem amuzyczna.

Sala mała, śpiewaczka głośno pieśni wykonywała, głowa mnie rozbolała, więc po tym występie wyjść musiałam.  Zregenerowałam się trochę za pomocą sobie pysznej  porcji lodów w „Romie” (taka mała prywatna lodziarnia na Nadodrzu).

Niedziela 21 września – dziki upał. Lato chyba zabłądziło i do nas wróciło.

Obejrzałam  film „Słomiany wdowiec” z Marylin Monroe, tam też jest straszny upał a MM chowa bieliznę osobistą do lodówki, aby się ochłodzić przy jej wkładaniu. Nie próbowałam – a Wy?

Reżyser bezlitośnie wyśmiewa męskie fantazje erotyczne.

W oryginale tytuł to: „Siedem lat swędzenia”, w filmie jest psycholog, który napisał książkę o małżeństwach, z teorią, że po siedmiu latach faceci odczuwają swędzenie doprowadzające do zdrady :).

No i słynna scena nad metrem gdy podmuch  powietrza bardzo wysoko podnosi suknię bohaterki. A ówczesny mąż aktorki Artur Miller na  ten widok się wściekł i powtórzono scenę w studiu. Podobno.

Udało mi się chociaż raz. Zepsuł się nausznik w okularach, naprawiono mi go (po stwierdzeniu, że to od zdejmowania za jedno ucho) i zamówiono nową oprawkę, bez proszenia. Byłam pewna, że przełożą szkła ze starej do nowej a odebrałam kompletne – ze szkłami. Super firma, jak załatwię długo trwającą sprawę urzędową i po wizycie u okulisty zamówię sobie tam drugą parę.

Wtorek – jak co tydzień masaż. Usłyszałam o  rodzinnej wyprawie do Sanoka. Rzadko wyjeżdża, zachwyciła go czystość powietrza, Solina, skansen, był w muzeum gdzie m.in. obrazy Beksińskiego (nie lubię jego sztuki, bo mnie dołuje).

Nie spotkał tam nikogo z Ukrainy choć to bliżej granicy, a we Wrocławiu ich pełno, stwierdziłam, że tam pewnie nie ma dla nich pracy.

Przywiózł sobie duży zegar po pradziadkach, był u wujka, który zmarł a jego syn lat 28 chciał wyrzucić. „Młodzi to niczego nie szanują i nie doceniają” – stwierdził. Sam będąc przed czterdziestką.

Kupił sobie tam m.in. termometr pokojowy na drewnianej podkładce z podkową. On bardzo słabo widzi a termometr jest naprawdę mały. Zapytałam czy może odczytać temperaturę to odpowiedział, że od tego ma ludzi, na przykład mnie. Pośmiałam się.

Dostałam, przez kuriera, paczuszkę z kartami ATC, herbatkami, cukierkami i świetnymi rękodzielniczymi przydasiami (pamiętała, że lubię koty) od Wioli P. Wielkie dzięki, kochana.

Upalne miasto 161

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

********************************************************************

Fajny film widziałam, bez tzw. momentów,  czyli scen erotycznych,

„Jesteśmy diamentami” stwierdziły bohaterki włoskiego filmu „Diamenty”. A wymyślił je reżyser (Ferzan Ozpetek), który współcześnie na spotkaniu proponuje role różnym aktorkom.

Potem przenosimy się do lat siedemdziesiątych. Miejscem akcji głównie jest duży zakład krawiecki wykonujący kostiumy teatralne i filmowe. Prowadzą go dwie siostry, a pracę  wykonują kobiety, które poznajemy w trakcie seansu. Ich życie, trochę przeszłość i problemy.

Jest więc utracona miłość, nieprzepracowana żałoba po córce zagłuszana alkoholem, problemy z nastolatkiem, samotna matka, młoda anarchistka z talentem przydatnym w tej branży, przemoc domowa, oscarowa kreatorka kostiumów nie wierząca w swój talent, egocentryczne aktorki (jedną z nich gra Polka Kasia Smutniak) oraz sfrustrowany reżyser filmowy.

 Kobiety wspierają się jak mogą, dla rozrywki śpiewają, podrywają młodzieńców dostarczających towary, plotkują. I prawie wszyscy tam palą papierosy. A puszysta była tancerka rewiowa dba o to, aby nie zapominały o jedzeniu.

To film o sile kobiecej przyjaźni, pomocy w trudnych chwilach, wsparciu nie tylko psychicznym.

Przykładem może być scena gdy jedna z kobiet mówi: lubię mężczyzn palących papierosy. Dlaczego? Bo koleżanka jest systematycznie bita co widać na jej twarzy. I ten niby macho, wiecznie wkurzony i niezadowolony obiecuje wrzucić ją do studni, aby jej ciało spłynęło do Tybru. Na co koleżanki umawiają się z bitą na sygnał telefoniczny gdyby jeszcze raz podniósł rękę na żonę. Mają tam zaraz przyjechać i jego umieścić na drodze do rzeki.

 Na szczęście gdy, w deszczu, przemocowiec próbuje spełnić groźbę sam wpada w ten dołek, który pod nią kopał. Kobieta rozkwita, a na pytanie koleżanek: jak mąż –  odpowiada, że poszedł po papierosy i od kilu dni nie wraca. Co jedna z nich kwituje tym co powyżej napisałam.

A tak w ogóle to pamiętacie: „Diamonds Are a Girl’s Best Friend”? Śpiewa to MM w filmie „Mężczyźni wolą blondynki”.

Sobota  – dzisiaj w nocy śnił mi się Donald Tusk. Zażyczył sobie czekolady, wyjęłam ją z lodówki a on odłamując kawałki powoli zjadał. Brakuje mu magnezu?

U optyka klientka seniorka z torbą zakupową na 4 kółkach o które się bardzo opierała, pochwaliła się, że była na safari. Zapytałam z głupia frant:

– Jakie zwierzę pani ustrzeliła?

Oczywiście, przyjęła pytanie na serio i odpowiedziała, że to nie było takie safari.

A już oczekiwałam, że powie: tygrysa i mam jego skórę wraz ze łbem na podłodze, bo o tym marzyłam.

Na ladzie stoją tam dwie oprawki sygnowane prze Ewę Minge, jedna z brylancikami, pewnie zainspirowana (oprawka i w.w.) przez piosenkę,  którą śpiewa MM.

O cenę już kiedyś pytałam, więc ją znałam. Safariowa seniorka powiedziała, że na lotnisku widziała E.M. z bardzo nasilikowanymi ustami.

Na co ja, że musi biedaczka bardzo siebie nie lubić, że tak ingeruje w oblicze swe. Co by nie mówiła to bardzo widać. Ale ma opinię życzliwej i normalnej (bez wywyższania się) osoby to skąd to nielubienie?

Środa 10.09.25 – w nocy nalot rosyjskich dronów na nasz kraj. Testują moc naszej obrony i sojuszników.

Inteligentni inaczej wielbiciele Putina trollują, że to drony ukraińskie. Wszystko opada.

Na FB pisarka Sylwa Chutnik przekazała czytelnikom takie rady:

CO ROBIĆ, GDY SŁYSZYSZ DŹWIĘK „SHAHEDA”?

No cóż, ponieważ obudzimy się w innej rzeczywistości, może warto się przyjrzeć poniższej instrukcji.

CO ROBIĆ, GDY SŁYSZYSZ DŹWIĘK „SHAHEDA”?

Instrukcja działań – minuta po minucie

Możesz się bać. Ale musisz działać szybciej, niż strach cię sparaliżuje.

1. SŁYSZYSZ TEN DŹWIĘK? NIE MA CZASU NA MYŚLENIE

Nie analizuj. Nie zastanawiaj się.

Jeśli słyszysz niski, przypominający buczenie dźwięk – działaj natychmiast. Za 30 sekund może być już nad twoim domem, samochodem.

2. PRZESTAŃ NAGRYWAĆ

Żadne nagranie nie jest warte twojego życia.

Odłóż telefon. Odłamki nie ostrzegają – one zabijają.

3. ODEJDŹ OD OKNA – OKNO DZIAŁA JAK MINI BOMBA

Szkło rozpryskuje się jak ostrza.

Okno to najniebezpieczniejsze miejsce. Odejdź jak najdalej. Najlepiej w głąb mieszkania.

4. ZNAJDŹ DWIE ŚCIANY

Między tobą w pomieszczeniu a ulicą powinny być co najmniej dwie ściany nośne.

Kuchnia z oknami – nie. Łazienka bez okien – tak. Korytarz – idealnie.

5. NA PODŁOGĘ. BEZ SŁÓW. BEZ PYTAŃ

Połóż się i osłoń głowę rękami.

Odłamki lecą po łuku – musisz być niżej niż ich trajektoria.

6. JESTEŚ NA ZEWNĄTRZ? PRZYKUCNIJ NISKO, SZUKAJ BETONU

Płot – nie. Krzewy – nie.

Najlepiej – za betonową ścianą lub w jakimkolwiek zagłębieniu. Jeśli niczego nie ma – po prostu padnij na ziemię.

7. W SAMOCHODZIE – STAŃ SIĘ NIEWIDZIALNY

Zgaś silnik, wyłącz światła. Opuść pojazd.

Szukaj schronienia: przejście podziemne, zagłębienie terenu, betonowa osłona. Jeśli nie ma nic – połóż się przy krawężniku, obok samochodu, a nawet pod nim.

Światło i ruch to orientacja dla dronów.

8. ZATKAJ USZY, OTWÓRZ USTA !!!!!!!

To ochrona przed falą uderzeniową.

Prosty gest, który może uratować twój słuch i płuca.

9. NIE RUSZAJ SIĘ, DOPÓKI NIE BĘDZIE CISZY PRZEZ MINIMUM 10 MINUT

Drugi nalot bywa najpodlejszy.

Cisza po pierwszej eksplozji to pułapka. Wytrzymaj. Leż spokojnie.

10. KONIECZNIE MIEC NA SOBIE BUTY! Szkło i ułamki. Wielu trafia na pogotowie po nocnych ostrzałach właśnie z głębokimi ranami stóp.

11. TERAZ JUŻ WIESZ, CO ROBIĆ

A to oznacza, że jesteś kilka kroków bliżej do ocalenia.

Przekaż tę wiedzę tym, którzy jej jeszcze nie mają.

Na stronie „Zwiadowcy historii” jest informacja pt. „Gdy zawyją syreny to co zrobisz?”

Niedziela – miał dziś być pchli targ na osiedlu zamiast tego jest deszcz. Coś na zasadzie: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”. Kijek, czyli deszcz się przyda ale mogłoby popadać tylko w nocy lub dopiero jutro. Bo na pt miałam nadzieję kupić fasolkę i dynię od kobiety, która je uprawia.

A koło godziny trzynastej, jak na złość, przejaśniło się.

Obudziłam się i spojrzałam na budzik. Jeszcze raz i ponownie. Chyba bateria się wyczerpała – pomyślałam.

Wstałam, wzięłam z półki zegarek na rękę, pokazywał tę samą godzinę. No, niemożliwe to jest przecież. Włączyłam telewizor. Okazało się, że naprawdę jest godzina 11!!! Nie pamiętam kiedy tak późno wstałam. Prawda, że przez ostatnie dni kładłam się  spać około lub po drugiej w nocy ale bez przesady. No, tak – pogoda też się dołożyła do takiego wyniku ale barometr po dziadku nie wskazuje na drastyczny spadek ciśnienia. Widocznie potrzebowałam tak długiego snu.

Upalne miasto 160

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*************************************************************************

Sklepowe dialogi na cztery nogi.

Pytam pracownicę o produkt, idzie do regału, wyjmuje z kartonika i mi go podaje.

Ja:

– Dziękuję bardzo.

Ona:

– Nie ma za co.

Ja:

– Jest, jest.

Ona:

– Nie ma, nie ma.

Przy okazji kupiłam śliwki węgierki o których tak napisał na fb autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

Węgierka to uparte, tłuste bydle, więc trudno jej nie lubić. Jest sina jak Polak i Węgier po spotkaniu towarzyskim i słodkogorzka jak nasze relacje. Taki owoc musiał się u nas przyjąć, ale nie dajcie się oszukać. Oto 8 powodów, dla których węgierka jest do dupy.

1. Po pierwsze – faktycznie jest do dupy. A suszona szczególnie, bo ma działanie przeczyszczające. Z jednej strony błonnik zwiększa objętość tego, co w człowieku siedzi. Z drugiej – sorbitol to upłynnia. Zwykle wystarczy 8–10 owoców, żeby poczuć brązową falę. I teraz bardzo ważne: choćby nie wiem, jak kogo kusiło, to śliwki na zaparcia stosujemy doustnie.

2. Po drugie – węgierka to wcale nie Węgierka, tylko Turczynka albo Syryjka. Na Węgry, skąd w XVII wieku trafiła do Polski, przytargali ją Turcy, spod samego Damaszku. Dlatego gdzieniegdzie węgierkę nadal nazywa się damascenką albo damaszką. To znaczy, że jak kogoś po śliwkach pogoni to idzie do łazienki usiąść po turecku.

3. Po trzecie – węgierka ma totalny bu*del w drzewie genealogicznym. Zacznijmy od tego, że jest coś takiego jak śliwa domowa, która powstała ze spontanicznego romansu ałyczy i tarniny. Dokładnie tej, na którą dzierzby nadziewają różne żyjątka. Skutkiem miłosnych ekscesów między małą żółtą kulką a krzakiem mordercą jest gatunek, do którego zaliczamy damaszki, mirabelki i parę różnych węgierek. Bałagan – prawie jak u mirabelki pod krzakiem.

4. Po czwarte – węgierka jest uparta i wredna, bo często za cholerę nie chce spaść z drzewa, nawet kiedy dojrzeje. „Nie dla Polaka, dla szpaka to” – zdaje się mówić sina kusicielka. Moim prywatnym zdaniem nic nie tracimy, bo główną zaletą węgierki jest to, że jej miąższ łatwo odchodzi od pestki i – poza słodyczą – ma trochę goryczki. Ja nie przepadam za takim zestawieniem, ale wiem, że jestem w mniejszości. Wystarczy zajść do Żabki i rzucić okiem na wystawkę z małpkami we wszystkich kolorach tablicy Najebielejewa.

5. Po piąte – nieszczepiona węgierka rozłazi się po okolicy. Drzewo co roku wypuszcza masę odrostów. Wystarczy, że się człowiek zagapi, i przejmą mu podwórka przez zaśliwkowienie. Jeżeli nie udało mi się was jeszcze zniechęcić, to możecie pojechać na wieś i sobie wykopać taką bejbi węgierkę, a potem traumatyzować suszonym kompotem kolejne pokolenia.

6. Po szóste – kompot z suszonych śliwek. Jak ja tego skurczysyna nienawidzę. Co święta to samo. A może jeszcze kompociku z suszonych owocków? Nie, ciociu, dziękuję. Gdyby Bóg chciał, żeby te diablęta były mokre, to by ich, kurza twarz, nie suszył!

7. Po siódme – powidła śliwkowe. No dobra, one akurat dają radę, ale tylko dlatego, że sposób przygotowania to chory żart kulinarnego boga. Trzy godziny smażenia i mieszania – i tak przez kilka dni z rzędu. Wystarczy się na moment zagapić, a ta fioletowa pinda zaraz się przypala i wszystko trzeba zaczynać od nowa.

8. Po ósme – śliwowica – dowód na to, że nawet śliwkę można bardziej popsuć. Najlepiej nadaje się do bigosu. A bigos to, jak wiadomo, torturowana kapusta, po której człowiekowi burczy w jelicie.

No i to by było na tyle. Na weekend jadę do dziadków zbierać węgierki. Być może będę hipokrytą, ale przynajmniej najedzonym.

Czy lubicie śliwki, jeśli tak to w jakiej postaci? Surowe czy ciasto drożdżowe, śliwowica, kompot z suszonych, knedle z nimi a może w occie, czy jeszcze w innej postaci?

A dzisiaj (piątek) w małym sklepie płacę odliczoną gotówką. Ekspedientka seniorka,  sprawdzając sumę  pyta:

– A jakie stopnie miała pani w szkole z matematyki?

I opowiada:

– Bo ja kiedyś pracowałam w mięsnym i zdarzało mi się powiedzieć do klienta, że mogę się pomylić w liczeniu (wtedy to tylko był ołówek i papier na podliczanie a nie wymyślne mniej czy więcej, wynalazki typu kalkulator), bo z matematyki miałam dwójkę.

Na co klient zapytał:

–  To jak pani się znalazła w handlu?

A ja na to:

– Tak wyszło.

W rewanżu „sprzedałam” historię maturalną mojej znajomej, która miała  nauczyciela geografii rozdającego niemotom matematycznym ściągi ukryte w pojemniczkach z cukrem w kostkach. Ta znajoma nie chciała cukru ale on się, z odpowiednią miną, uparł.

Nie wiem czy u nas była taka pomoc, ja sama sobie jakoś poradziłam choć orłem nie byłam. Ale gęsią też nie.

Poniedziałek 1 dzień września – ciągle upał a ja już schowałam wentylator.

Mamy prawie jesień, więc zaopatrzyłam się w warzywniaku zgodnie z sezonem. Z owoców brzoskwinie, bo te najbardziej lubię. Mieć brzoskwiniową cerę też ale już nie te lata, nie te oczy.

Z warzyw cukinia, pomidory i papryka no to w domu leczo. Cukinia i pomidory bez skórki. Boczek z własnej lodówki wzięty. Dwa średnie słoiki gorącą mieszanką napełniłam i do góry dnem postawiłam nakrywając gazetami.

Nabyłam też kurki, a nie te gdaczące tylko leśne. Bardzo dobre jako dodatek do ryżu duszonego z kawałkami indyka.

Skserowałam swoje kolejne opowiadanko, które powstało jako zadanie domowe na zajęciach literackich.

Przed chwilą zadzwonił mój telefon stacjonarny, a w nim pani pytająca, czy ten numer należy do mnie, bo wydają książkę telefoniczną. Myślałam, że już takich książek nie ma.

Wpisałam temat w Google – wymagają tam wysłania sms, aby dostać kod dostępu. Nie podano ceny tegoż.

JESIEŃ IDZIE

Raz staruszek, spacerując w lesie,

Ujrzał listek przywiędły i blady

I pomyślał: – Znowu idzie jesień,

Jesień idzie, nie ma na to rady!

I podreptał do chaty po dróżce,
I oznajmił, stanąwszy przed chatą,
Swojej żonie, tak samo staruszce:
– Jesień idzie, nie ma rady na to!
A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema:
– Musisz zacząć chodzić w pulowerze.
Jesień idzie, rady na to nie ma!
Może zrobić się chłodno już jutro
Lub pojutrze, a może za tydzień
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!
A był sierpień. Pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
O mającej nastąpić jesieni.
Ale cóż, oni żyli najdłużej.
Mieli swoje staruszkowie zasady
I wiedzieli, że prędzej czy później
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady.

(Andrzej Waligórski)

Upalne miasto 159

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

Fajny film dzisiaj widziałam, momenty były (to nawiązanie do dialogów w radiowej trójce z audycji „60 minut na godzinę”,  w wykonaniu Mariana Kociniaka i Andrzeja Zaorskiego).

„Boska.  Sarah Bernhard” = „święty potwór”.

Ale zanim reżyser Guillaume Nicloux zaserwował momenty to postanowił zszokować widza najpierw początkiem, chyba z inspiracji Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”.  

Po kadrach filmów z epoki widzimy umierającą Sarah Bernhard. Na szczęście tylko jako Damę Kameliową. A potem, prawie zaraz, jest piła w ręce chirurga, który obcina aktorce nogę. Co wrażliwszy widz ma dosyć i chce wyjść z kina. A przecież to nie polski film, tylko francuski (nawiązuję do sceny z filmu „Rejs” i wypowiedzi Maklakiewicza o polskim filmie).

W czasie rekonwalescencji po amputacji aktorka (gra ją Sandrine Kiberlain dziwnie niepodobna do  S.B. ze zdjęć) opowiada synowi największej miłości jej życia (oprócz teatru), aktora Luciena Guitry najważniejsze, według niej, momenty swojego życia.Bardzo barwnego ale zaczętego od odrzucenia co ma ogromny wpływ na jej dalsze dzieje i zachowanie. Ma poglądy brzmiące bardzo współcześnie ale aktorka podaje je tak jakby czytała swój pamiętnik. Reżyser, aby pokazać jej bogatą osobowość kazał aktorce momentami miotać się po pokojach, scenie, garderobie – no, wszędzie. I być  bardzo hałaśliwą co jest irytujące. Może taka była, nie wiem, tak dawno nie żyłam.

Scenograf przyłożył, a może i momentami, wyłożył się do pracy, wszystko tonie w kolorach, przepychu i nadmiarze. Nie żebym oczekiwała prostoty z jaskini ale trochę tego za dużo, bo według mnie robi się szum informacyjny i oczy pląsają.

Na ekranie momentami widzimy znane postaci tego czasu – pisarzy, aktorów, lekarzy a także  syna  Sary oraz służbę. Wszystkich traktuje jak się jej podoba rozpuszczona przez uwielbiające ją i wszystko wybaczające otoczenie.

Ona zaś zawsze wybacza synowi, że traci jej pieniądze hazardując się a w dodatku fatalnie zarządzając teatrem matki.

Lubiła zwierzęta, a może to była taka moda (Pola Negri też miała jakiegoś dzikiego kota) – miała psa, kota, węża i papugę, aligatora, gepardzicę,  lwa i sześć kameleonów.

Warto przed pójściem do kina zapoznać się z życiorysem tej artystki i czasem w którym działała, bo w przeciwnym wypadku wiele spraw będzie niezrozumiałych.

My mieliśmy Helenę Modrzejewską (12.X. 1840 – 8.IV. 1909) o której powstał serial z Krystyną Jandą w roli głównej, Francuzi Sarę Bernhardt (13.X.1844 – 26.III. 1923).

W piątek byłam na „wieczorze gier”, planszowych a nie hazardowych, zorganizowanym przez Grupę „Mosty Serc”. Było to  zakończenie kilku warsztatów relacyjnych. Jak zwykle wiele osób się zapisało a przyszła połowa. Niezapłacone więc zlekceważone.

Trafiłyśmy z Olą (autorką wiersza z odcinka 156) na dwie sympatyczne panie (panów było trzech) z którymi zaliczyłyśmy dwie planszówki. Raz wygrałam, raz przegrałam.

W domu wcześniej przygotowałam rękodzielniczo  czterdzieści zafoliowanych , (aby za szybko się nie zniszczyły, każda inna) zakładek do książek, którymi zostali obdarowani wszyscy uczestnicy, oprócz tych, których wcześniej wyszli. Ich strata. Ale może nie czytają książek?

Tylko jedna osoba podeszła do mnie i podziękowała, oprócz pań przy stoliku gdzie grałyśmy. Nie żebym tego oczekiwała.

No i udało mi się, bo odwieziono mnie do domu. I to nie były taczki J. Tak mi się jakoś  skojarzyło z różnymi postaciami, które na to zasługują.

Sobota „Noc Literatury” na moim osiedlu. No to przejrzałam wcześniej program, zaznaczyłam punkty czytania i przed 18-tą poszłam do Domu Edyty Stein. A tam siurpryza – nie ma już miejsc, wszystkie siedemdziesiąt zajęte.

Na dworze zimno i zaczął padać deszcz a ja bez parasola. Tak, sprawdziłam prognozę pogody, miało padać od godziny dwudziestej dopiero. Dwa najbliższe czytania pod gołym niebem. Zadałam sobie pytanie: czy muszę? Absolutnie nie.

Duch czytania wyraźnie dał mi do zrozumienia, że mam czytać indywidualnie a nie w słuchać w grupie. Bo umiem czytać i nie lubię bycia w tłumie, czasem trzy osoby to tłum, a co dopiero siedemdziesiąt a nawet mniej.

I nawet się cieszę, że tak się stało. W domu przecież mam zawsze coś do zrobienia, przeczytania.

Zrobił się wysyp naciągaczy – parę dni temu jakaś baba niby przez tramwaj poturbowana zadzwoniła do mnie a dzisiaj za pomocą messengera jakaś cwana następna chciała mój numer telefonu,  bo ona bierze udział w konkursie Lidla i brakuje jej dwóch osób. Odmówiłam pisząc, że mi to źle pachnie i nie słyszałam o takim konkursie. Weszłam na profil tej osoby, aby sprawdzić kim ona jest a on po chwili zniknął. Sprawdziłam w Internecie czy jest taki konkurs tej firmy – i miałam rację, to oszustwo!!!

To, w krótkim czasie, już trzecia próba wyciągnięcia danych lub pieniędzy  jaka mnie spotyka. I to zawsze od kobiet.

A  za pół godziny była czwarta, w ten sam sposób ale podszyto się pod prawdziwy profil mojej znajomej. Na moje pytanie po co mam podać numer swojego telefonu nie odpowiedziano. Ta sama osoba?

Znajoma wyjeżdża na parę dni a że ma dwa koty to ja będę tam codziennie chodzić i dbać o nie, jedzenie, kuwetę oraz siedzieć trochę, aby nie czuły się opuszczone. Już to robiłam parę razy, więc mnie znają.

Zadzwoniła do mnie w przeddzień wyjazdu, powiedziała, że zostawiła dla mnie różne herbaty i … że zważyła koty. Na czczo, aby po powrocie sprawdzić czy nie schudły, co znaczy czy o nie dbałam.

No i uśmiałyśmy się z tego jak norki. Bo kota to tak łatwo, w domowych warunkach zważyć na małej kuchennej wadze, ha, ha, ha. Nawet nie wiem, czy ma takową.

Niedziela – skończyłam czytać książkę Magdy Wieteski „Nie zaglądać”(Wydawnictwo Nokturn, Kraków, 2014, s. 211).

Nie jest to gruba książka ale ma w  sobie wstrząsającą historię. Tego czytelnik kompletnie się nie spodziewa. Bo jest sobie 24-letnia dziennikarka, sfrustrowana dość swoim życiem zarówno zawodowym jak i prywatnym. Trochę jak Bridget Jones. Bohaterka jest „tą trzecią” z dużo starszym od siebie mężczyzną bez nadziei na stały, oficjalny związek. Czytelnik myśli: a rzuć te pracę i tego faceta szkoda życia. Ale przecież ona go kocha i potrzebuje pieniędzy na życie. Pewnego dnia znajduje w śmietniku pamiętnik nastolatki dość ekstremalnie szukającej swojego miejsca w życiu. Zakończenie wbija w fotel.

Często oglądam program telewizyjny „Domowy kryminał” i ta historia mogłaby być jednym z jego tematów.

Na początku powieści autorka „Wszystkie postaci z mojej książki postały w mojej głowie. Jeśli mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, nie biorę za to odpowiedzialności”.

Upalne lato 158

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

*****************************************************************************

9 sierpnia  to Dzień Miłośników Książek, jednocześnie upalny, bo serwuje 30 stopni pana C. A już było tak miło, niższa temperatura, deszcz czasami dzięki czemu przyroda jest zielona i kolorowa a nie wysuszona.

Jutro na naszym osiedlu kolejny Pchli Targ, pod informacją na fb wczoraj napisano, że na tablicach głoszeń Rady Osiedla są plakaty. To dziś poszłam sprawdzić, bo poprzednio też miały być tylko nikt ich nie widział.

I cóż widzę? Na tablicy kilka ogłoszeń, to o PT takie raczej najmniejsze. No to poszukałam definicji plakatu:

Definicja i cechy plakatu:

  • Duży format:

Plakaty zazwyczaj charakteryzują się dużym rozmiarem, co pozwala na ich zauważenie z daleka. 

  • Grafika i tekst:

Plakat łączy w sobie elementy wizualne (obrazy, fotografie, grafiki) oraz tekstowe (hasła, informacje, opisy). 

  • Funkcja informacyjna lub reklamowa:

Plakaty mogą pełnić funkcję informacyjną (np. ogłoszenia, komunikaty), reklamową (np. promowanie produktów, usług), propagandową lub artystyczną (np. plakaty filmowe, teatralne). 

  • Widoczność i dostępność:

Plakaty są przeznaczone do umieszczania w miejscach publicznych, gdzie mogą być łatwo zauważone przez dużą grupę odbiorców. 

  • Zwięzłość i czytelność:

Skuteczny plakat powinien być zwięzły, czytelny i zrozumiały na pierwszy rzut oka, nawet z pewnej odległości. 

Twórcy tego plakaciątka pojęcia nie mają o powyższej definicji.

A na pchlim targu miało być dobrze – lepiej a wyszło jak zwykle: więcej wystawiających swoją ofertę niż kupujących. Ledwo widoczne plakaciątko zadowoliło tylko jego autora.

Przyszła znajoma, która kiedyś też w tych pchlich okolicznościach zastosowała wobec mnie bodyshaming, więc ja zastosowałam asertywność pytając czy zdaje sobie sprawę, że się wtedy skompromitowała. Oczywiście nie miała pojęcia o co mi chodzi i nawet poprosiła, abym opowiedziała sytuację. Zrobiłam to mówiąc: chyba nie jesteś taka głupia, żeby nie wiedzieć co mówisz? Na co ona: no, chyba jestem głupia, bo według mnie to był dowcip.

Złośliwy komentarz na temat wyglądu, bo ośmieliłam się odmówić spełnienia żądania to żart według niej. A sama wygląda, no – nie najlepiej, delikatnie pisząc.

Powiedziałam jeszcze, że gdyby tak bez przerwy nie gadała to zdołałabym powiedzieć, że od lat fundacja jej córki dostaje ode mnie 1,5 % z podatku.

Zgodziła się ze mną, że gadatliwość to jej wada i co robiła? Gadała, gadała, gadała!!! Nawet powtarzając trzy razy to samo.Taki z niej wampir energetyczny, bardzo bezrefleksyjny.

A w bardzo ciepły poniedziałek postanowiłam zapewnić sobie dawkę omega3 i złowić wędzoną rybkę, bo świeżych nie było. Zapytałam sprzedawczynię czy ta wybrana przeze mnie jest dobra na co ona:

– Nie wiem, bo ryb nie jem!

– To złą pracę sobie pani wybrała – stwierdziłam.

– Mąż też się ze mnie śmieje z tego powodu – odrzekła.

Świeżej rybki i sałatki krabowej nie mogę złowić w Odrze, bo nie ma takich delicji w swojej ofercie, czyli w nurcie.

Rogal się do mnie uśmiechnął prawie dookoła głowy w prywatnej piekarni ale poprosił, abym dodała chałkę, bo lubi towarzystwo. Spełniłam prośbę, lubię uśmiechniętych ludzi, przedmioty a nawet pieczywo.

Odebrałam też zamówioną książkę, już przeczytaną ale chcę do niej wracać i opłaciłam składkę PZU.

Mimo zakazu mieszkańcy i tak zostawiają odzież w pojemnikach na inne odpady, czasem zajrzę do takiego, postawionego obok, worka – dzisiaj wyjęłam męski granatowy podkoszulek, wypiorę i zastosuję jako podomowy.

W trakcie pchlego targu rozmawiałyśmy (jeśli się dało przebić przez w.w.) o pozbywaniu się niepotrzebnej odzieży. Można ją zanieść do sklepu dobroczynnego, ale tam większość darów to odzież. Można wrzucić do pojemników PCK, w galerii handlowej jest sklep cyrkulacyjny z pojemnikiem do którego można wrzucać niepotrzebne ciuchy.

A kto umie może sobie i rodzinie przerabiać, przerabiać, przerabiać. Dżinsy na torby na zakupy, kolorowe podkoszulki (z ładną lewą stroną) na naszyjniki „zamotki” i pasujące do nich bransoletki, firanki na woreczki zakupowe itp. Itd.

Poniedziałki bywają różne – takie jak w filmie „Nie lubię poniedziałku” albo z przyjazną do życia pogodą.

Dzisiaj (nie znoszę wyrażenia: w dniu dzisiejszym) jest i tak, i tak.

Po zakupach weszłam na to moje zajefajne czwarte piętro, rozkładałam produkty, ciesząc się, że zapomniałam tylko o jednym a tu dzwoni telefon stacjonarny. Wyświetla się, że numer niezanany ale odbieram. I słyszę zdenerwowany głos kobiecy, że był wypadek, że ma złamany nos. Nie poznaję głosu więc pytam kto mówi. Na co jeszcze bardziej zdenerwowanie baba mówi: babciu, nie słyszysz? Mówię, że był wypadek i mam złamany nos.

Od razu mnie tknęło, że to jakaś oszustka ale będąc bardzo życzliwą i łagodną osobą powiedziałam: współczuję ale nie jestem twoją babcią. I odłożyłam słuchawkę.

Po tylu ostrzegających informacjach w mediach oszuści jeszcze stosują tę metodę? 

Następnym razem poproszę o podanie umówionego z wnukami hasła.

Jeśli ten ktoś nie pamięta to niech poda swoje imię, nazwisko, adres i pesel. Ja to zapiszę i sprawdzę na policji – tak tej osobie powiem. Ciekawe jak szybko się wyłączy.

WTOREK: idąc do gabinetu na masaż koło kosza na śmieci zauważyłam duży kubek z uchem i napisem: bez kawy nie kumam. Czyżby ktoś się przerzucił na herbatę?

Powiedziałam to masażyście  i porozmawialiśmy o nadmiarze przedmiotów jakie posiadamy co widać po zawartości sklepu dobroczynnego gdzie mieszkańcy dostarczają zbędne rzeczy. Jest też sporo osób chodzących po osiedlowych śmietnikach i znajdujących tam niekiedy naprawdę wartościowe przedmioty, czasem tylko wymagające wyczyszczenia czy odnowienia.

Ale także o osobach, które go w gabinecie nachodzą żebrząc tekstem: jestem głodna/y. Oczywiście  chcą tylko pieniędzy. Taki sposób na życie mają.

Masażysta sprytnie odpowiada, że niedaleko przy konkretnej ulicy

rozdają produkty żywnościowe, na osiedlu jest też lodówka społeczna,  a niedaleko od gabinetu siedziba MOPS – u.

I przypomniało mi się jak do biblioteki w której pracowałam weszła para – niewidomy z przewodniczką i też po prośbie. Dałam dwa złote a on odchodząc wymacał jaka to moneta i mamrotał, że to mało.

Niespodzianki z facebooka:

Zaprosiła mnie do znajomych osoba, którą zdawało mi się, że kojarzę. Najpierw na priv zapytała jak się czuję, odpowiedziałam, że dobrze lecz nie beznadziejnie.

Ona: Miło słyszeć od Ciebie, wszystko idzie dobrze. Zastanawiam się tylko, czy złożyłeś podanie o stypendium DHHS?

Ja: co to jest DHHS?

Ona: Departament Zdrowia i Opieki Społecznej udziela wsparcia finansowego obywatelom. Wspierają ludzi finansowo. Dostałem

200 000 gotówki z programu. Jeśli chcesz, mogę wysłać link do złożenia wniosku teraz.

Ja: w Polsce?

Ona:  tak, w Polsce już złożyłem wniosek i otrzymałem od nich wygrane pieniądze. Czy powinienem wysłać Ci link, żebyś mógł to sprawdzić?

Ja: NIE! Bo to jest jakieś oszustwo, sprawdziłam w Internecie. Blokuję cię.

 

Upalne miasto 157

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.

***************************************************************************

Czwarty dzień sierpnia to trochę słońca i trochę deszczu. Tego drugiego oczywiście wtedy gdy wyszłam po zakupy.

Głównie, aby skserować „Spacerownik po miejscach akcji książki „Wrocław, koty i … Opowiadania prawie kryminalne”. Bo tam są nie tylko koty i trupy. Dużo też różnych miejsc mojego miasta, które w książce mają swoją notkę.

Poza tym nabyłam małe ogórki do zakiszenia, czosnek i chrzan. Koper miałam z torebki zawierającej przyprawę do kiszenia ogórków. Powinien być z dojrzałymi nasionami  a sprzedają zielony.

A na obiad oprócz makaronu z sosem, który powstał ze zmiksowania leczo (nie lubię jedzenia ciągle tego samego), dobry wyszedł. Jako jarzynka: uduszona cukinia, pomidor lima, cykoria, ogórki kiszone, pomidory suszone, sól i pieprz ziołowy plus gęsi smalec, taki mój wynalazek trochę z cyklu „na winie” – co się pod rękę nawinie.

Wtorek – masażysta mnie pyta:

– Czy jedzie pani na jakieś wczasy?

JA:

– najlepsze wczasy to ja mam tu, w pańskim gabinecie.

A potem zaskoczył:

– Jak szykuje się pani na jutrzejsze święto?

– Jakie święto?  Nic nie wiem.

–  No, jak, to inauguracja nowego prezydenta.

– Aaaa, ale ja go nie wybierałam, więc o świętowaniu nie ma mowy. Bardzo nie ma. Wstyd na cały świat będzie, a już mieliśmy przez 10 lat nieustanną prezydencką kompromitację.

Byłam w kinie (po bardzo dłuuugim czasie się wybrałam) na „Vinci 2”. Lubię komedie tego reżysera.

Teraz Robert Cumiński czyli Cuma mieszka z ognistą Carmen w Hiszpanii i bardzo mu tam dobrze jest. Ale przeszłość wraca w postaci Chudego (w poprzedniej części był Gruby) z propozycją nie do odrzucenia. Żona woli zaadoptować szczeniaczka niż wysługiwanie się złodziejom ale Cumę natura ciągnie do lasu. Tyle, że Chudy przedobrzył  i zespół Cuma – Julian/Szerszeń Wolniewicz oraz górnik z dwojgiem dorosłych dzieci robią mu psikusa z fajerwerkami. Nie chodzi tym razem o obraz.

Spotykamy się ponownie z Japończykiem, który o mało co w poprzedniej części nie popełnił seppuku. A jego żonę, kustoszkę Muzeum Czartoryskich gra Ilona Ostrowska (najbardziej znana z serialu „Ranczo”) w  awangardowej fryzurze i okularach.

Akcja z początku ciągnie się jak zużyta guma do żucia a potem nabiera życia i daje, momentami, czadu.

Więckiewicz spisuje się świetnie, Szyc dobrze mu partneruje, Dorocińskiemu napisano odjechaną scenę i nieźle się popisał, złodzieje bez profesjonalizmu dostają po nosie i kieszeni. A najbardziej zaskakujący jest koniec.

Zupełnie niezaskakujące jest orędzie odchodzącego prezydenta – to wodospad przechwałek wzdęcia i nadęcia. A szanowna małżonka powiedziała na pożegnanie: „Jestem najszczęśliwszym człowiekiem w tej kancelarii”. No, miała dziesięć lat drogi przez mękę. Bidulka.

We wtorek 5 sierpnia w warszawskim Ogrodzie Botanicznym zakwitło DZIWIDŁO. Przypadek? Nie sądzę. Myślę, że to dla uczczenia nowego prezydenta.

Autor profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też tak to – to opisuje:

Warszawiakom opadło wielkie dziwadło. Spokojnie, Pałac Kultury nadal stoi.  Marcin Prokop również jest bezpieczny. Chodzi o dziwidło olbrzymie, czyli największy kwiat świata, który w dodatku śmierdzi jak kontener na bioodpady. Dziwidło to roślina z gatunku obrazkowatych (bo lepiej oglądać ją na papierze). Jej kwiatostan dorasta do ponad trzech metrów wysokości, a cała roślina potrafi ważyć sto dwadzieścia kilo, z czego większość przypada na schowaną pod ziemią bulwę.

Dziwidło zakwitło wczoraj w nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego i od razu zasmrodziło okolicę. Biedny kwiat chciał tym aromatem przyciągnąć muchówki i chrząszcze, a zwabił Warszawiaków.

Specjalnie dla nich wrota ogrodu botanicznego rozwarły się o siódmej rano, a nie o dziesiątej – jak zwykle. Niestety botanicznianie, czyli pracownicy ogrodu, nie poinformowali o tym wcześniej amatorów mięsnych aromatów.

No i się zaczęło marudzenie, bo dziwidło przez te kilka godzin straciło na powabie. Co prawda dalej wali jak bąkiewicz wypuszczony na granicy (dobrego smaku) – ale żółta kolba kwiatostanu zwisa smętnie, zamiast dumnie sterczeć na baczność.

Dziwidło kwitnie tylko przez 2–3 dni i w dodatku bardzo rzadko. Ostatnio warszawski okaz pokazał kolbę w 2021 roku. Poza Warszawiakami wydarzenie uświetnił wtedy jeż, który próbował wejść bez kolejki i w dodatku na krzywy ryjek.

W środowisku naturalnym dziwidło występuje na indonezyjskiej Sumatrze. W lesie deszczowym nie ma zbyt wielu tradycyjnych zapylaczy, bo pszczoły nie lubią, jak im się żądło poci. Dziwidło musiało wymyślić, jak zwabić inne owady – padło na padlinożerne chrząszcze i muchówki. Owady wpadają na wyżerkę zachęcone zapachem, a na miejscu dostają tylko pyłkiem po oczach i dziwidło pokazuje im środkową łodygę.

Ale po kolei. Najpierw dziwidło wypuszcza długi nawet na siedem metrów liść. Kiedy on przekwitnie, pojawia się kwiatostan – czyli żółta kolba oraz fioletowe osłony, przypominające płatki. Wewnątrz kolby panuje temperatura nawet o 5–10 stopni Celsjusza wyższa niż na zewnątrz, bo – jak wie każdy fan makreli z mikrofali – ciepło wspomaga roznoszenie się zapachów.

Smród, opisywany jako połączenie gnijącego mięsa z popsutym jajem, roznosi się nawet na kilka kilometrów wokół dziwadła. Musi, żeby zwabić owady z pyłkiem innego dziwidła. Roślina nie zapyla się sama, bo drobne kwiaty męskie w górnej części rozwijają się, dopiero kiedy żeńskie u nasady więdną. Islandczycy w tym samym celu używają aplikacji.

Jeżeli macie ochotę zobaczyć przekwitnięte dziwidło, to zapraszam dzisiaj do ogrodu botanicznego – albo w dowolny dzień na obrady sejmowe.

Z facebookowego fanpage Doroty Zawadzkiej (za jej zgodą) wzięłam poniższy tekst:

„Prezydent MOŻE:

– zgłaszać projekty ustaw (ale to Sejm decyduje, co z nimi zrobi),

– podpisać ustawę lub zawetować ją (weto może być odrzucone 3/5 głosów Sejmu),

– kierować ustawę do Trybunału Konstytucyjnego,

– mianować premiera, sędziów, generałów, ambasadorów, członków niektórych instytucji,

być zwierzchnikiem sił zbrojnych (ale decyzje militarne podejmuje rząd),

– reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej,

– inicjować debaty publiczne i symbolicznie wpływać na kierunek kraju.

Prezydent NIE MOŻE:

– samodzielnie zmieniać stawek podatków (VAT, PIT, Belka),

– prowadzić polityki energetycznej, mieszkaniowej, zdrowotnej czy edukacyjnej,

– wypowiadać umów międzynarodowych (np. Paktu Migracyjnego czy Zielonego Ładu) – to robi rząd i Sejm,

– narzucać ustaw – Sejm może je odrzucić lub zmodyfikować.

Większość zapowiedzi prezydenta Nawrockiego to polityczne hasła bez realnego przełożenia na kompetencje prezydenta”.