Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele, czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.
Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Prywatne zdarzenia wplatam w kolejne odcinki część z nich jest prawdziwa, a mniejsza część wymyślona.
********************************************************************
NIEDZIELA Za oknem słonecznie a ja wkurzona, bo niewyspana. Za ścianą kilkoro młodych ludzi płci obojga (ale głównie słychać męskie głosy) od sobotniego popołudnia przez wieczór, noc i teraz (jest godz. 11) ktoś głośno gada, gada, gada. Tak, przeszkadza mi to, bo mimo regału na całą moją ścianę bardzo to słychać. Niestety mam nadwrażliwość na dźwięki, szczególnie gdy chcę zasnąć.
Była dwunasta w nocy – głośne gadanie z okrzykami, pierwsza w nocy – głośne gadanie z krzykami (głusi są?), druga w nocy – powtórka z nierozrywki, trzecia w nocy – jak wyżej, czwarta w nocy – nieulubiony ciąg dalszy nastąpił, piąta – bez zmian, szósta – kontynuacja, siódma, ósma, dziewiąta … Rano do tego dodano muzykę typu łupu – cupu. I przez cały dzień, z krótkimi przerwami oni gadają i gadają, a w tle w.w. muzyka.
I co? Mam pójść i poprosić, aby przestali? Przecież oni tylko rozmawiają. A że głośno, dla nich normalnie. Nie podoba mi się to powinnam się wyprowadzić w jakąś głusz.
Czy oni dyskutują jak ocalić naszą planetę? Albo nasz kraj od wyznawców J.K.? No to czekam na szybką realizację pomysłu.
Gorzej jeśli obmyślają skok na kasę w postaci naciągania na różne sposoby. Bo chyba skok nie ma być za pomocą podkopu. Chociaż patrząc na tunele wykopane pod nasza wschodnią granicą to kto wie?
Młodzi bywają bardzo pomysłowi i żądni szybkiej forsy.
A może wymyślają proch? Helloooł, już dawno to zrobiono.
Późnym wieczorem włączyłam, stojące obok łóżka radio, aby muzyką trochę zagłuszało sąsiedzką wymianę niemyśli. Są w niej (wymianie) także czasem panienki nielekkich obyczajów.
Gadulstwo to, wg mnie, objaw złego wychowania i braku inteligencji oraz wampirzenie energetyczne, nawet takie zzaścienne.
Wtorek Jak co tydzień masaż. W trakcie planuję co mam załatwić w drodze do domu. Pogoda sprzyja chodzeniu. Punkt pierwszy – pierogarnia, zaszalałam w postaci pierogów z wątróbką i żurawiną. Nigdy jeszcze takich nie jadłam. Takie sobie.
W sklepie odzieżowo – obuwniczym wypatrzyłam jesienną bluzkę, jesienną, bo brązową, z długimi rękawami i niezbyt cienką. Upały minęły. „Dziewczyny lubią brąz…”. Wiem, że chodziło o słońce i opaleniznę.
Do firmowego sklepiku prasowego poszłam po nowy numer czasopisma „Książki”, kalendarz z wyrywanymi kartkami a przy okazji napadło mnie na wafelki. Pan mi pokazał jakie ma stwierdzając, że dobre są.
– O, widzę, że je pan próbował?
– Nie tylko próbowałem – usłyszałam i na jego piwny brzuszek spojrzałam ale nie skomentowałam.
Sprzedawca miał, widać, dzień dobroci dla seniorek, bo dodał mi bezpłatnie czekoladkę Tik-Tak.
– Lubię to – powiedziałam.
Uśmiechem potwierdził, że on także.
W warzywniaku grzyby do szybkiego zjedzenia uduszonych na maśle klarowanym. Plus jeżyny, z których degustacją się spóźniłam i teraz płacę jak za zboże bardzo ekologiczne, rosnące w takt muzyki Mozarta/Chopina/Bacha (do wyboru). I pętko winogron, dlaczego pętko? Bo tak!
W sklepie papierniczo – zabawkarskim nie było werniksu. Widocznie los uznał, że dość, jak na dzisiaj, tych sukcesów.
Za to bohaterka poniższego tekstu sukces osiągnęła.
Opowiadanko moje nawiązujące do poniższego wierszyka (zadanie z zajęć literackich prowadzonych przez dr Magdę Wieteskę):
Jan Brzechwa
MUCHA
Z kąpieli każdy korzysta,
A mucha chciała być czysta.
W niedzielę kąpała się w smole,
A w poniedziałek – w rosole.
We wtorek – w czerwonym winie,
a znowu w środę – w czerninie.
A potem w czwarte – w bigosie,
A w piątek – w tatarskim sosie.
W sobotę – w soku z moreli.
Co miała z takich kąpieli?
Co miała? Zmartwienie miała,
Bo z brudu lepi się cała.
A na myśl jej nie przychodzi,
Żeby wykąpać się w wodzie.
Opowiadanie:
Tytuł: Mucha Wstręciucha
Była raz sobie Mucha, bardzo nieszczęśliwa, bo od przedszkola mówiono na nią Wstręciucha.
W domu, od małego, bardzo lubiła najpierw pomagać mamie w kuchni, a gdy trochę dorosła samodzielnie gotować.
Niestety, zawsze się bardzo przy tym ubrudziła, a to oblała sosem, a to upaćkała bigosem. Przy robieniu sałatki z pomidorów miała je wszędzie – za paznokciami, we włosach, na ulubionym fartuszku, a nawet w kapciach.
Tak bardzo lubiła wszelkie składniki używane do gotowania, że ich zapach był dla niej jak najpiękniejsze perfumy. Niestety, nikomu to się nie podobało dlatego mówili na nią Wstręciucha.
Nawet gdy mama zmusiła ją do kąpieli to Mucha, gdy nikogo nie było w domu, smarowała się masłem, oliwą albo sokiem z buraków. Lubiła też czasem użyć miodu a potem obsypać się mąką i cynamonem. Twierdziła potem, że jest piernikiem i dziwiła się, że psy za nią biegną, aby polizać.
Nie rozumiała dlaczego nikt nie zachwycił się jej zapachem gdy przed samą Wigilią wysmarowała się olejem na którym usmażono karpia.
Przymusową kąpiel przedświąteczną uznała za okrucieństwo, więc na drugi dzień wtarła sobie we włosy sałatkę jarzynową, z plasterków kiełbasy zrobiła kolczyki, a z naci marchewki, selera i pietruszki zrobiła naszyjnik i bransoletkę. Jako kamienie ozdobne wplotła oliwki, daktyle i najmniejsze pomidorki koktajlowe.
Mimo to, a może właśnie z tego powodu nadal wszyscy nazywali ją Wstręciuchą. Kompletnie tego nie rozumiała i często w kącie popłakiwała.
Mama na każdą jej skargę powtarzała:
– Musisz przestać smarować się jedzeniem, bo ono psuje się i śmierdzi.
– Nieprawda! Bo to bardzo pachnie! Wszyscy tak powinni!
Poskarżyła się babci a ta jej poradziła, aby wnuczka poszła do szkoły gastronomicznej. I tam mądrzy nauczyciele wytłumaczyli Musze, że jedzenie dopiero wtedy pachnie i smakuje najlepiej gdy kucharki są czyste.
W kilka lat po skończeniu szkoły Mucha otworzyła swoją małą restaurację o nazwie „Czysta Mucha”.
I do osiągnięcia sukcesu nie potrzebowała pomocy Magdy Gessler.