Upalne miasto 72

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************************

Na dobry początek tygodnia Anna przeczytała opis żurawia z profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”, nazwano go:

„Szczudław niebywały”

Żurawia trudno pomylić z innym ptakiem przede wszystkim dzięki smukłej budowie ciała i ogonowi tworzącemu okazały pióropusz, który w rzeczywistości stanowią pióra wyrastające z jego łokci. Obrzydliwe.

Wszędzie gdzie go spotkamy, jest szanowany przez miejscową ludność, co mówi wiele nie tyle o żurawiu ile o ludności. Zauważyliście, że tubylcy zawsze odwalają coś głupiego? „Poczekajmy z jedzeniem, aż ten śledź zgnije”, „kobiety będą wyglądały lepiej z połamanymi stopami”, „jaki dostojny żuraw!”.

Odgłosy dziobowe: charakterystyczny dźwięk, który wydają z siebie żurawie to klangor. Specjalna budowa mostka i tchawicy ptaka sprawia, że głos jest wzmocniony, rezonuje i wkurza ludzi nawet na kilka kilometrów wokół tego chudego palanta”.

Jednak rozrywki dostarczają w naszym kraju głównie urzędy. Anna dostała pismo od Taurona, że obniżą jej rachunek o ponad sto złotych pod jednym z podanych warunków. Postanowiła więc zarejestrować się na ich stronie. I tu walnęła ją po oczach niespodziewanka, bo wyświetlił się komunikat, że nie ma podpisanej aktualnej umowy. Czyli prądu dostarcza jej nieznana instytucja a opłaty pobiera tauron. Czy jakoś tak. Bez wodki nie razbierjosz. A akurat nie ma tego napoju w barku. I co zrobisz jak nic nie zrobisz?

Poradzono telefoniczny kontakt. Jasne, już tam na nią czekają drżąc z niecierpliwości. Męski głos oznajmił, że wszystkie linie są zajęte.

No to wysłała maila. Na co przyszły trzy odpowiedzi, różnej treści – jakby jedna konkretna nie wystarczyła. Tak więc raz oznajmiono, że mają 14 dni na odpowiedź, a drugi, że proszą o zgłoszenie sprawy przez formularz kontaktowy. Wszystko załatwiają automaty – nie ma to jak Sztuczna Inteligencja – spławia z szybkością Niagary.

Zimny, w domu i za oknem, poniedziałek zniechęcił ją do wykonania planu polegającego na wyjściu z domu. W ramach ocieplania wnętrza włożyła dużą, znalezioną kiedyś, świecę do garnka, postawiła na gazie, aby się rozpuściła. Przygotowała recyklingowe pojemniczki oraz sznurek na knoty i spinacze do ich obciążenia.

Do niektórych naczyń wrzuciła trochę lawendy z nadzieją na miły zapach w trakcie palenia.

Lanie wosku, czy z czego była ta świeca zrobiona, nie odbywało się bezproblemowo. Garnek był bezdzióbkowy więc płyn oblał co mógł wokół siebie. Ale można go było zeskrobać ponieważ starczyło seniorce bystrości, aby nie robić tego na tkaninie. Jednak też miałaby pomysł: ciepłe żelazko i ręcznik papierowy.

Knoty powodowały, że czynność się knociła ile mogła, nie chciały stać na baczność, niesforne takie.  Trochę pomagały małe gałązki ograniczając im wolność. Zawsze należy ograniczać wolność tym, którzy coś sknocą.

Kiedyś miała w łazience rybki o których napisano na facebookowym profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”:

„Rybiki cukrowe to nasi łazienkowi przyjaciele. Ich gibkie srebrzyste ciała mają kształt cygara, są pokryte małymi łuskami i zakończone trzema szczecinkami. Rybiki mają też na tyle przyzwoitości, że są malutkie i wszystkich tych detali na pierwszy rzut oka nie widać.

Czy rybiki gryzą? No jasne, ale z przydatnych rzeczy tylko papier. O ile nie trzymacie obok kibelka biblii Gutenberga tylko krzyżówki z 97’ i kodeks karny jak normalni ludzie, to wszystko powinno być ok.

Jeżeli będziecie naprawdę dbali, o swojego rybika to ma szanse dożyć nawet ośmiu lat. Aby zapewnić mu długie i szczęśliwe łazienkowe trwanie, musicie jednak pamiętać o kilku zasadach.

1. starajcie się nie wietrzyć łazienki i zachowujcie w niej stałą wysoką temperaturę oraz wilgoć.

2. pamiętajcie o pozostawianiu w różnych częściach łazienki resztek jedzenia, naskórka oraz martwych owadów.

3. po zapaleniu światła odczekajcie chwilę przed wejściem do łazienki, żeby wszystkie srebrne drobiazgi zdążyły dobiec do swoich kryjówek. Rybiki nie przepadają za światłem, a jeszcze mniej lubią być rozdeptywane.

Ale o czym my rozmawiamy, na pewno już dawno stosujecie powyższe zasady, a wasze łazienki tętnią życiem. Odrzućcie niepotrzebną skromność i pochwalcie się zdjęciem lub imieniem swojego ulubionego rybika. Mój nazywa się Dionizy na cześć nestora rodu Złotopolskich, najlepszego serialu telewizyjnego w nowożytnej historii TVP.”

Poradziła sobie za pomocą wielokrotnego stosowania płytki rybikobójczej. Z molami to się jej nie udało.

Podobnie z panienką w telefonie obiecującą okulary korekcyjne w zamian za przyjście na spotkanie. Seniorka nawet nie dopytała na co będą namawiać, bo jasne było, że na jakiś duży wydatek. Gadająca jak nakręcona katarynka uporczywie, mimo zwrócenia uwagi, mówiła do Anny per pan. Co ją tak zezłościło, że powiedziała: wypraszam sobie i rozłączyła się.

Wyjęła z pralki mokre rzeczy, włożyła je do miski i poszła na strych. Na półpiętrze już trzeci raz zauważyła w kącie reklamówkę z butami. Postanowiła, że nazajutrz na pewno je zabierze i postawi obok pojemników na śmieci. Jednak wracając z góry zauważyła sąsiadkę wchodząca na ich wspólne piętro. I zapytała:

– Czy wie pani, może, czyje są te buty w reklamówce?

– A to moje, zapomniałam o nich.

– Leżą tu już od dawna, chciałam je zabrać i wystawić na podwórku

– Trochę szkoda, bo  są całkiem dobre, niech pani zobaczy – powiedziała właścicielka.

– Okazało się, że rozmiar nie pasujący na Anny stopy, więc zaproponowała:

– To przy okazji zaniosę je do sklepu dobroczynnego.

Uzyskała zgodę.

Przypomniała sobie, mało w związku z tym tematem, cytat z filmu „Volta”: „Zemsta jest najlepszym przysmakiem upieczonym w piekle”.

I zaczęła sobie wyobrażać różne kary dla namolnych telefonujących i ich pracodawców:

– Obowiązkowe ośmiogodzinne wysłuchiwanie kłamliwego polityka.

– Obowiązkowe kilkugodzinne słuchanie wykonu ulubionego przez trzymających władzę piosenkarza.

– Obowiązkowe zamalowywanie bohomazów na murach.

– Zbieranie śmieci z ulic, skwerków, parków i znad brzegów rzek.

– Dyżury w hospicjach i schroniskach dla zwierząt.

Od dwóch dni Annę bolała głowa a potem gardło z porannymi żółtymi odkaszleniami . Lekarz orzekł, że to zapalenie zatok. A że przykre atrakcje chodzą parami dołączył się do tego totalny katar. Z dodatkiem nadzwyczajnym, czyli częstymi kichnięciami. Tak więc miała zakichane dni i noce oraz całe małe mieszkanie. Ściany budynek ma cienkie i obawiała się, że mogą runąć od jej siarczystych kichnięć. Czasem siarczyście klęła na te, i wszystkie inne, dolegliwości.

Ale niezawodny facebookowy profil „Zwierzęta są głupie i rośliny też” trochę ją rozbawił:

„Kraśny ptak – flaming

Jak powszechnie wiadomo flaminga najłatwiej znaleźć na stoisku z flamingami. Serio. Grupa flamingów to po polsku stoisko. Bo wiecie, flamingi stoją. Może nie jest intuicyjnie, ale za to nieciekawie. Po angielsku natomiast ich ptasie spędy to “flamboyance”, czyli płomienność. Od razu widać, że będzie interesująco, ale przynajmniej cztery razy drożej i nie wiadomo czy nie każą zdjąć spodni.

Nazwa flamingowego spędu jak i samego ptaka wiąże się ze słowem płomień (flame). Chodzi oczywiście o kolor flaminga, który jest z grubsza różowy. Drań wcale się jednak taki nie rodzi. Zaraz po wykluciu ma prosty dziób i pióra białe jak ferie w Miami. Potem w jego diecie pojawiają się skorupiaki i algi z karotenem, czerwienieje, zaczyna uśmiechać się po polsku, a na koniec buduje sobie gniazdo, które wygląda jak wulkan błotny.

Flaming nie potrafi jeść jak człowiek czy np. bocian. Szybkie zabijanie albo wizyta w żabce i załatwione. On musi najpierw swoje jedzenie odcedzić. Działa to tak, że najpierw wsadza dziób do wody. Potem łapie w niego różne wodne skorupiaki, larwy much, algi i inne flamingowe paskudztwa. Na koniec, ciągle trzymając łeb do góry nogami, majta nim na boki jak wahadło z ADHD. W ten sposób przy pomocy języka przepompowuje wodę przez grzebieniowate płytki wewnątrz dzioba i zjada to co zostało. Też tak kiedyś próbowałem i teraz mnie nie wpuszczają do ZOO Łódź.

Flaminga można spotkać nie tylko w Miami, ale również w Afryce, Azji, a nawet w Europie. I tutaj wchodzą starożytni Rzymianie. Cali na pawiowo, bo im się trochę ulało po uczcie i zaczynają zjadać flamingom języki. Ile w takim jednym flamingu może być języka, skoro cały różowy drań waży 3 kg? Cytując mojego ulubionego rosyjskiego aktora, Gérarda Depardieu: “Ale głupi ci Rzymianie”.”

Średniowieczny świat

Elisabeth Chadwick – Irlandzka księżniczka. Jedyna córka króla, jedyna nadzieja kraju. Wydawn. Prószyński i S-ka, 2021

WSTĘP: „Ludzie robią potworne rzeczy, aby zdobyć i utrzymać władzę”

O autorce:

 Elisabeth Chadwick urodziła się w Bury, w hrabstwie Lancashire w 1957 roku. Od dziesiątego roku życia mieszka, wraz z mężem i synami,  w Nottingham. Zawsze chciała być pisarką  a zadebiutowała „Dzikim Gonem”.

Nazywana jest „Najlepszym obecnie istniejącym pisarzem literatury średniowiecznej”.

Jej książki zostały przetłumaczone na szesnaście języków.

Napisała zarówno osobne powieści jak i w cyklach pod tytułami: Dziki Gon; Powieści Fitzwarina; Powieści Wiliama Marshalla – obejmują one siedem książek, ostatnia to „Irlandzka księżniczka”; Powieści Bigoda; seria „Eleonora Akwitanii”

O książce:

Na początku umieszczono mapę Irlandii i Wielkiej Brytanii, jest  bardzo pomocna, bo akcja powieści często przenosi się z miejsca na miejsce w obu krajach a nawet do Francji.

Pomocna jest także lista postaci w kolejności chronologicznej: Irlandczycy, Normanowie, Walijczycy, dwór andegaweński, Iryjczycy i Norwegowie.

Z  prologu dowiadujemy się o urodzinach, w 1152 roku, córki króla Leinsteru – Aoife to imię oznacza powab i światłość.

Tak naprawdę bohaterami książki są mężczyźni – Dermot – ojciec Aofie, Ryszard – jej późniejszy mąż, król Henryk, Rajmund, ambitny lecz biedny rycerz i wielu, wielu innych. Kobiety są do służenia w dzień i w nocy oraz rodzenia dzieci.

„Bez mężczyzn kobiety i dzieci są jak owce prowadzone na rzeź”.

Aofie mimo że kochana przez ojca jest kartą jego przetargową i nagrodą dla Ryszarda, który ma pomóc Dermotowi odzyskać władzę. Król Henryk robi wszystko, aby utrudnić osiągnięcie tego celu a przy okazji chętnie by zniewolił córkę poddanego. Na szczęście Aofie jest sprytna, zaradna i uparta a w dodatku ma to szczęście, że mąż jest dobry i oboje się kochają. Doradzając mu mówi: „Trzeba grać, żeby wygrać; jedynie tak przetrwamy”. Mamy więc intrygi, podstępy, zawiść, okrucieństwo, bezwzględność, egoizm a przede wszystkim żądzę władzy i posiadania.

Akcja książki rozpoczyna się w 1154 roku w Pembroke, Południowa Walia. Każdy z krótkich rozdziałów zaczyna się określeniem miejsca i daty akcji zarówno w Anglii jak i w Irlandii.

Ryszard z Clare jest hrabią Pembroke, Dermot królem Leinster w Irlandii mieszkającym w Ferns. Razem walczą z wrogami i przeciwnościami w postaci króla i braku pieniędzy. Kolejne rozdziały opisują zarówno życie codzienne tych bohaterów – stroje męskie i damskie (grzebień z rogu morsa), klejnoty, jedzenie – wino z Cypru, gulasz wołowy, kurczak przyprawiony szałwią i miętą, korzenne ciasteczka posypane orzechami jak i szczegóły oraz skutki wojen. Autorka nie unika opisów okrutnych scen ale nimi przesadnie nie epatuje.

Znalazły się też szczegóły dotyczące higieny osobistej, wypróżniania się (w nocy wspólny nocnik dla wszystkich) oraz podcierania się mchem.

Mężczyźni głównie walczą, kobiety muszą się godzić na to co oni postanowią lub nimi manipulują, aby osiągnąć swoje cele. Rywalką Aofie jest Basilia – niezamężna siostra Ryszarda przyzwyczajona, że to ona jest panią domu.

Mamy więc świat mężczyzn i kobiet, a niekiedy pomiędzy nimi są dzieci, konie, psy. Akcja prowadzi nas przez lata do 1176 roku.

Na końcu  książki autorka wyjaśnia jak trafiła na postać Aofie i dlaczego napisała tę powieść: „Małżeństwo Aofie i Ryszarda trwało zaledwie sześć lat, przypadło jednak na przełomowy moment w dziejach Irlandii, który na nowo ukształtował ludzi i granice państwa i którego skutki odczuwalne są do dziś”.

Upalne miasto 71

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*********************************************************************

Anna odczekała aż minie pierwsza fala widzów chętnych obejrzenia filmu Agnieszki Holland „Zielona granica”, bo nie lubiła tłumu. Wybrała się w środę i dobrze się złożyło, bo to dzień gdy bilety w tym kinie kosztują tylko szesnaście złotych i seanse są od południa. W poczekalni większość widzów stanowili seniorzy.

Sala nie była zapełniona więc mogła sobie wybrać rząd i miejsce. Seans był trochę spóźniony, więc nie było ani jednej reklamy.

Media od lat donoszą o uchodźcach, który w różny sposób uciekają przed wojną, biedą i prześladowaniami. Polski rząd straszy obywateli, że imigranci to podli terroryści i zaraźliwie chorzy.  Na granicy z Białorusią,  postawił metalowy płot, który można przeciąć nożycami do metalu. Tak więc granicy ma pilnować 4 tysiące żołnierzy dla których trzeba będzie zbudować kontenerowe miasteczko. A jednocześnie polscy ambasadorowie sprzedają wizy do Polski nie sprawdzając kto je kupuje. Wszystko opada. Jedyna nadzieja w wyborach.

Pomysłów na dobre rozwiązanie tego problemu brak – zawiodły zarówno rządy poszczególnych krajów jak i Unia Europejska. Pieniądze posłowie biorą a efektów w tej sprawie nie widać.

Aby się zrelaksować Anna przeczytała kolejny wpis na fb-ookowym profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”, tym razem to o zwierzątku „Nipies”, czyli o wydrze:

Wydra to taka wodna łasica. Doskonale pływa, ma urocze wąsy, radosne usposobienie i kocha zabijać. Istnieje teoria głosząca, że ojciec Stalina był tak naprawdę wydrą, a matka samicą jesiotra.

Nie mówiłem przecież, że to dobra teoria.

Ofiarami wydr padają najczęściej ryby, ale nie pogardzą również małymi ptakami, gryzoniami lub skorupiakami. Do rozłupywania tych ostatnich używają narzędzi. Zanim wdacie się w pyskówkę z wydrą, pamiętajcie, że może chować w fałdzie skórnej na brzuszku kamień. Starajcie się też w miarę możliwości nie wyglądać jak skorupiak.

Trudno spierać się z tym, że wydra wygrała na loterii genetycznej. Widzieliście, jakie ma urocze uszka? Co więcej, potrafi je zamykać podczas pływania. Żadnego podskakiwania na jednej nodze po wyjściu z basenu! W dodatku jej futro jest niemal całkowicie wodoodporne, a jego właścicielka potrafi spać podczas pływania.

Te urocze dranie lulają przez 12 godzin na dobę. Wydry są bardzo inteligentne, dlatego zabezpieczają się różnymi roślinami i wodorostami, żeby nie odpłynąć z nurtem. W trakcie kimania. Możecie się śmiać, ale przypomnijcie sobie o tym następnym razem kiedy po drzemce w Odrze obudzicie się przed śluzą na wysokości Szczecina.

Ciemna strona wydry: to oczywiście grzbiet, bo brzuszek ma jasny. Ale nie tylko. Wydrom morskim zdarza się niekiedy przejawiać skłonności do nekrofilii oraz zmuszać do kopulacji mniejsze foki. Ale hej, nikt nie jest doskonały. To niewielkie wady i ekscentryzmy sprawiają, że jesteśmy wyjątkowi.

W pogodny październikowy piątek Anna wybrała się na cmentarz. Wymieniła kwiaty w wazonach, przywiązała do nich, z obu stron świąteczny stroik.

– Chyba się pospieszyłam, nie wiem czy wytrzyma do świąt – pomyślała.

Zapaliła i postawiła zrobiony przez siebie znicz w grubej, niskiej i przezroczystej szklance znalezionej kiedyś w odrzutach na podwórku. Jakoś mizernie wyglądał na płycie, więc urwała kilka gałązek nachalnie rozrastającego się, od sąsiedniego grobu, bluszczu i uplotła z niego wianek. Wyszedł owalny.

– Trudno, kto powiedział, że musi być okrągły – uspokoiła swój brak perfekcji.

Ustroiła go gałązkami z  czerwonymi owockami nieznanego krzewu jakie znalazła po drodze.

– Nie wiadomo jak długo potrwa ich świeżość. I co? Mam teraz chodzić tam co tydzień i pleść nowy? No, pewnie lepiej wianki niż androny – monologowała sobie wracając i po drodze żołędzie i małe orzechy laskowe zbierając.

 Od wujka Google dowiedziała się, że to leszczyna turecka miododajna.

Siedząc na ławce pod wiatą tramwajową podsłuchała rozmowę:

Seniorka 1: ładną pogodę mamy, można iść na cmentarz

S2: właśnie stamtąd wracam

S3: Ja też

S1: tyle grobów jest zaniedbanych

S2: może nikt z ich rodziny nie żyje lub daleko mieszka

S3: a poza tym kradną, widziałam, że ktoś zabrał wazon, który kiedyś był pięknym szklano – metalowym zniczem, a kwiatki rzucił  obok grobu

S2: mnie ktoś z grobu obok zabrał kwiaty i włożył do swojego wazonu

S1: chłop żywemu nie przepuści

Ewa przyszła do babci z zakupami i opowiedziała jaka ofertę otrzymali w czasie pobytu nad morzem. I obie dostały ataku śmiechu.

– Czy zrobiłaś fotkę temu przystojniakowi? – zainteresowała się Anna.

– No, niestety – nie zrobiłam. Ale mam kolejną opowieść z salonu. Do mojej klientki kolejny kiedyś zadzwoniła szkolna koleżanka. Zaprosiła ją do siebie, aby pofarbowała jej włosy. Zaraz po wejściu przywitała ją:

– O, widzę, że jesteś elegancka, to się przebiorę.

– A co? Prosto  z kopania rowów wróciła i bardzo brudna była?

– Nie, ale miała dziurawą  byle jaką bluzkę i rozciągnięte spodnie dresowe.

– No, za bardzo szacunku do siebie i gościa to ona nie ma.

– Ano nie. Podobno zawsze mało dba o siebie.

Poczęstowała koleżankę obiadem, na deser odbyło się farbowanie a potem przy herbacie powiedziała:

– Kupiłam to co powiedziałaś, że stosujesz do dbania o cerę.

– I ile razy zastosowałaś?

– Jeszcze ani razu.

– To po co to powiedziała, nie rozumiem? – zdziwiła się Anna.

– Klientka też się zdziwiła. Ale nie, to nie. Jak chce mieć brzydką cerę nałogowej palaczki to niech ma. Jej życie, jej wybór.

– Rozumiem, że to nie koniec historii.

– Oczywiście, że nie. Ta palaczka w szkole była bardzo dobra z przedmiotów humanistycznych, a odwrotnie ze ścisłych mimo korepetycji a klientka bardzo średnią uczennicą.

– Aaa, to już wiem o co chodzi.

– Poczekaj, gdy były w liceum zrobiła jej awanturę za kolegowanie się z inną koleżanką z klasy. Palaczka poszła na studia, klientka skończyła szkołę pomaturalną ale wykonywały ten sam zawód.

– I klientka nadal się z nią spotykała?

– Zawsze z inicjatywy palaczki. A potem okazało się, że także pijaczki. Co spowodowało zawał serca.

– Domyślam się powodów.

– Poczekaj. Któregoś dnia obiecała klientce, że zrobi  w swoim zakładzie pracy wystawę jej kolaży.

– Zrobiła?

– Ha, ha, ha. Przyszła do niej, do pracy. Jak zwykle cała śliczna inaczej. Miała męską urodę po ojcu. Grube zrośnięte brwi, nos z garbem. I tyła po męsku. Wparowała w obcisłych legginsach, białej, obcisłej i za krótkiej bluzce odsłaniającej kawał wypukłego brzucha. Klientka zapytała kiedy będzie ta jej wystawa to ta palaczko – pijaczka ze złośliwym uśmieszkiem, że planowana jest prezentacja prac innej osoby.

– Czyli w ogóle nie zamierzała tego zorganizować.

– Klientka jest życzliwą i bezinteresowną osobą, a że sądzimy według sobie nie spodziewała się takiej reakcji. W końcu domyśliła się, że ta idiotka zawsze uważała się za lepszą i chciała, żeby koleżanka była jej niewolnicą, tylko nią  zajętą i przejętą. A to robiła awanturę o kontakty z innymi, a to proponowała wspólne rajdy czy rejsy po jeziorze, bo ona ciągle doczepiała się do jakiejś grupy. Kiedyś zwierzyła się klientce, że najbardziej lubi być byle jak ubrana, nieumyta i siedzieć z piwem w ręce, byle w grupie. Innym razem zaproponowała koleżance, poszukującej zatrudnienia na skutek zawirowań różnych, pracę w swoim zakładzie. Też nie z bezinteresownej życzliwości ale żeby wymuszać jej zainteresowanie i obecność, bo nie umiała być sama. Przecież nie chodziło jej, aby koleżance zrobić przyjemność i przysługę tylko, żeby się na niej uwiesić i wampirzyć energię. Bo inni się od niej cały czas odsuwali, wręcz uciekali, po prostu ich osaczała i dusiła namolnością.

Dzieliła ludzi na lepszych i gorszych. Lepszym się podlizywała, a od gorszych oczekiwała stałej obecności i zachwytów.

– Czyli to wszystko były wyrachowane manipulacje na zasadzie: jesteś gorsza ode mnie, masz mnie uważać za pępek swojego świata i poświęcać mi swój czas oraz nieustannie się zachwycać.

– Tak właśnie, tak. Wszyscy  znajomi uciekali od niej, bo się wpijała i oczekiwała aprobaty, potwierdzania jej wspaniałości. A, że tego nie robili to się zabijała piciem i paleniem.

– Czyli klientka miała być szarym tłem i niewolnicą?

– Na to wychodzi.

– Jak się to skończyła?.

– Dostała kolejnego i ostatniego zawału.

– I pewnie do końca nie rozumiała dlaczego ci gorsi nie uważają jej za pępek swojego świata.

Upalne miasto 70

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*************************************************************************

W jedną z wrześniowych niedziel Anna pojechała autobusem do ośrodka działań osiedlowych trzy osiedla dalej. Bo wyczytała w Internecie, że będą tam zajęcia na których uczestnicy wykonają pocztówki za pomocą pieczątek.

Niespodzianką był pokaz jak można samemu zrobić papier czerpany. Tłumu chętnych nie było, a seniorka spotkała znajomą, która bierze udział we wszystkich  bezpłatnych zajęciach na terenie kilku osiedli, a czasem nawet i w płatnych.

Oprócz tego dwójka dzieci z opiekunką, młodzieniec nieustannie zapatrzony w smartfona oraz młoda kobieta, która uznała, że takie zajęcie jest bardzo odmóżdżające, czyli relaksujące.

– No, nie wiem – pomyślała Anna. Mnie odmóżdża głównie słuchanie narzekania, nudzenia i marudzenia bliźnich.

Pogoda nareszcie była do życia, więc seniorka w poniedziałek wybrała się na odległy cmentarz, na grób koleżanki. Nie sprawdziła w Internecie połączeń tramwajowo – autobusowych i okazało się, że głupio zrobiła. W duchu plując sobie w brodę wsiadła do tramwaju jadącego na pętlę a stamtąd podążała piechotą przez pół osiedla. Ogarnęła trochę ziemny nagrobek dokładając do zostawionych w czasie poprzednich wizyt kory i szyszek, pozbierane po drodze, kolejne.

Wracając autobusem siedziała obok trzech nastolatek z liceum, które sama kończyła i źle wspomina. Wszystkie miały hybrydowe paznokcie a jednej były tak długie i spiczaste jak u wielkiego ptaka. Tatuaży i kolczyków wpiętych gdzie  można i  tam gdzie nikt by się nie spodziewał nie zauważyła.

A we wtorek zakupiła po 30 dkg drobiowych serc oraz żołądków, 20 deka wątróbek, udusiła to z olejem i jarzynami, wystudziła, zmiksowała, dodała przyprawy oraz 3 żółtka i ubitą pianę. Włożyła masę do keksowej foremki wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiła do piekarnika pamiętającego PRL. Na średniej patelni upiekła  sobie ciasto z kakao i usiadła popijając herbatę i degustując placek. W trakcie posiłku oglądała serial „Co ludzie powiedzą” w którym Hiacynta zwiedza rezydencję czyhając na właścicieli, aby się z nimi zaprzyjaźnić i tym szpanować przed znajomymi z niższych klas. Jak zwykle rodzina bruździ jej w osiąganiu celu, albowiem jest niechlujna i prostacka. Rodzina.

Tę telewizyjną przyjemność przerwał dzwonek telefonu wyświetlający, że dzwoniący jest „bez nazwy”. I okazał się te bez sensu, bo ankieterka chciała seniorkę odpytać na temat wyborów. Annie nie chciało się odpowiadać, tym bardziej, że władze kazały się zarejestrować właścicielom telefonów komórkowych. No i gdyby niechętnie się wyraziła o trzymających władzę mogliby ją niespodziewanie odwiedzić niepożądani goście zabierając  nie wiadomo dokąd.

– Na to ja się już nie piszę – westchnęła i spojrzała na zegarek sprawdzając jak długo pasztet siedzi w piekarniku. A może leży.

Po wystudzeniu okazało się, że jest pyszny.

Następnego dnia wreszcie dotarło do niej, że przeżywa wzmożoną inwazję moli. Fruwały w pokoju, kuchni a nawet wylegiwały się w wannie.

– Tego jeszcze nie było – westchnęła. Przecież okresowo myję wnętrze szafek kuchennych wodą z octem, na półkach są listki laurowe no i wiszą 3 pęki lawendy. Mój diabeł – stróż wymyślił nową metodę molestowania psychicznego.

Poczuła się osaczona jak bohaterka filmu „Ptaki”. Dobrze choć, że jej  nie dziobały tylko jakiś spożywczy produkt. Zaczęła więc szukać powodu. I znalazła – mąka kukurydziana w nieustannie otwartym pawlaczu. Choć torebka była zawinięta w reklamówkę. Wredne, żarłoczne stworzenia ją przegryzły. Co dziwne bok stała nieruszona mąka pełnoziarnista. Grymaśne potwory jej nie chciały.

– Powinny zrobić mi listę ulubionych produktów  – pomyślała seniorka.

W niedzielę poszła na dzień otwarty miejsca gdzie uczono wyrabiać ceramiczne przedmioty. Po pierwsze nigdy tego nie próbowała, po drugie wystarczyło przejść przez ulicę i przebyć parędziesiąt kroków a już było się na miejscu.

– Lubię gdy rękodzielnicze zajęcia są blisko domu lub chociaż jest do nich łatwy i szybki dojazd – pomyślała.

Zainteresowanych witała szaro – biała charcica domagająca się głasków. Oraz plastyczka ceramiczka, która przekazała seniorce trochę szczegółów na temat, leżących na regale, prac. Przyszła jeszcze mama z małą córką co spowodowało rozłożenie na stole deseczek, narzędzi i przekazanie kulek gliny. Plastyczka opowiedziała jak zrobić małe pojemniczki i powitała następnych gości.

Anna ulepiła malutką ni to doniczkę, ni flakonik oraz kubeczek oraz prostokątny talerzyk. Wszystko to ozdobiła wzorkami. Plastyczka zapytała czy seniorka miała już do czynienia z gliną. Na zaprzeczenie stwierdziła, że niektórzy mają wrodzone zdolności.

– Wykonuję różne rękodzieła, może dlatego – przyznała się Anna ozdobiona morelowym naszyjnikiem – zamotką i pasującą do niej bransoletką.

Zapisała się na niedzielne zajęcia nie robiąc żadnych ambitnych planów. A właściwie jeden: co ma być, to będzie.

Wyrzucając śmieci tradycyjnie zajrzała do kontenera na papier gdzie znalazła różne książki. Parę wzięła, aby zanieść na bookcrossingowy regał w galerii handlowej a dwie (bardziej zniszczone)  dla siebie do wykorzystania w różnych rękodziełach. Resztę położyła na wierzchu pojemników z nadzieją, że ktoś się nimi zainteresuje.

Facebookowy profil „Zwierzęta są głupie i rośliny też” donosi o chełbi modrej oraz meduzach:

Meduzy są starsze od dinozaurów. Nie mają mózgu, serca, kręgosłupa ani krwi. Jedzą i wydalają tym samym otworem i to od nich w prostej linii wywodzą się wszyscy politycy na świecie. Gdyby jeszcze nie składały się w ponad 90% z wody tylko z wódy, to prawdopodobnie wygrałyby nadchodzące wybory parlamentarne.

Chełbia modra to najbardziej popularna meduza występująca na polskim wybrzeżu. Jeżeli wdepnęliście na plaży w Sopocie w jakąś galaretowatą, półprzezroczystą substancję to macie 50% szans, że właśnie bezcześcicie zwłoki chełbi. Nad pozostałymi możliwościami lepiej się nie zastanawiać. W każdym razie, chociaż jad chełbi jest dla ludzi nieszkodliwy, lepiej porządnie umyjcie giczoły.

Jak rozpoznać, czy ta konkretna chełbia jest chłopcem, czy dziewczynką? To bardzo dobre pytanie. Podobnie jak: po jaką cholerę chcecie to robić? Powiedzmy jednak, że wierzę w wasze czyste intencje (tak naprawdę to nie). No więc chełbia ma na górze chełbi plamki. U samicy plamki są różowe, a u samca, mleczne lub żółtawe. Te plamki to gonady, czyli narządy rozrodcze chełbi. Sami chcieliście wiedzieć.

Żryj tę meduzę gnoju: Chełbia wygląda jak kosmita, który przymierza się do zjedzenia czyjegoś mózgu i mniej więcej tak właśnie smakuje (jest lekko słonawa). W Azji meduzy są uznawane za przysmak. Podobnie jak nietoperze, psy i stopy metali kolorowych. Ale hej, jedzmy meduzy, co może się stać najgorszego? Mówi się jednak, że meduza to pokarm przyszłości i patrząc na ostatnie ceny podwawelskiej suchej, jestem skłonny w to uwierzyć.

Ewa z partnerem powylegiwali się na plaży dla golasów dość krótko, bo przyczepił się do nich jakiś nieokrzesany nachał proponując trójkącik a nawet czworaki.

– Trójkąty kojarzą mi się z Trójkątem Bermudzkim gdzie wszystko ginie, a czworaki z prymitywnymi jednoizbowymi mieszkaniami dla służby w pańskim dworze, z klepiskiem zamiast podłogi – odpowiedziała Ewa.

– Ale co wy tacy nienowocześni, marnujecie sobie życie, niedługo wszystko będzie wam zwisać i nikt was nie będzie chciał – elegancko namawiał nachał.

– Jak pan nam zapłaci po sto tysięcy euro na głowę to się zgodzimy – powiedział partner Ewy.

– To takie z was kurwy. Ja z dobrego serca proponowałem a wy do mnie tak bezczelnie – zakrzyczał niedoceniony. Wyglądał adekwatnie do propozycji, mały, pękaty i szczerbaty. Rzucił jeszcze paroma wyrazami z łaciny kuchennej i mamrocząc coś pod nosem oddalił się energicznie rozsypując piasek stopami.

Para spojrzała na siebie i dostała ataku śmiechu.

Upalne miasto 69

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************************

– Lubię czasem czytać wpisy różnych osób na facebooku – stwierdziła Anna otwierając i włączając laptop. Nauczycielki z jednookim kotem na jej profilu „Kisnę butwiejąc”; dentystki nie ograniczającej się do zębów na „Wiedźma radzi”;  Superniani na „Dorota Zawadzka Fanpage”, która ostatnio zaleciła:

Więcej słuchaj niż mów.

„Po to mamy dwoje uszu i jedne usta, abyśmy dwa razy tyle słuchali, co mówili” – nauczali kolejno Sokrates, Zenon czy Epiktet czyli filozofowie greccy, stoicy. A stoicyzm to nauka, która nakazuje zachować spokój zarówno w cierpieniu jak i w szczęściu. Uczy by nie poddawać się emocjom i namiętnościom. Stoicy uważali, że do szczęścia dochodzi się przez umiar i spokój, a przede wszystkim rozsądny umysł.

Dzisiejsza rada mówi więc o tym, że powinniśmy pamiętać, że słuchanie jest ważniejsze od mówienia. Słuchając poznajemy innych, mówiąc prezentujemy jedynie siebie. Gdy uważnie słuchamy, mamy szansę zrozumieć co zostało powiedziane, a co za tym idzie co się wydarzyło. Możemy wtedy adekwatnie reagować. A to podstawa zdrowej komunikacji.

Na niej opiera się także wychowanie.

Trzeba umieć się cieszyć drobiazgami, na przykład tym, że udało się wymienić ledową żarówkę, która powinna świecić długo a znudziło się jej po dwóch miesiącach.

Także spotkaniem w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki, bo każdy znajduje, w tej samej książce, coś innego, dla niego ważnego lub interesującego. A przy okazji dowiedziała się, że w Kambodży tresują szczury do wykrywania min, które jeszcze są tam na polach.

Z przyjemnością Anna czyta prześmiewcze wpisy na facebookowym profilu „Zwierzęta są głupie i rośliny też”.

Ostatnio ŻYRAFĘ autor nazwał: „Afrykański drapacz drzew”. Zaczyna się tak:

„Szyja żyrafy ma około 2 m długości. Do tego dochodzi reszta żyrafy, czyli nawet 3 m łaciatego ssaka z Afryki. Zresztą nie tylko szyję żyrafa ma długą. Jej język osiąga 45 cm i wiecie, do czego nadaje się idealnie? Tak jest, do ściągania liści z gałęzi. Przy czym to nie jest tak, że żyrafa liźnie sobie pojedynczy listek to tu, to tam. Ona oplata tym jęzorem całe gałęzie i jednym ruchem ściąga z nich zawartość. Każdego dnia potrafi opędzlować w ten sposób 34 kg zieleniny. Dlatego, jeżeli macie ogródek działkowy, to musicie bardzo uważać, żeby nie zalęgły się w nim żyrafy”.

Dalej jest jeszcze lepiej:

„Żyrafy są poligamistami, ale nie w cywilizowany, katolicki, mam drugą żonę w innym powiecie, sposób. Te długoszyje dranie spotykają się grupami i żyrafią między sobą jakby jutra miało nie być. Oczywiście najpierw samce ustalają między sobą kolejność żyrafienia uprawiając tzw. necking, czyli dając sobie w szyję jak działacze piłkarscy na zgrupowaniu w Arłamowie”. A to nie koniec.

MUSZKA owocówka to „fruuutarianka”:

„Ciało owocówki podzielone jest na trzy segmenty: głowę z charakterystycznymi czerwonymi ślepiami, tułów oraz odwłok, czarny u samca i paskowany u samicy. Kto by pomyślał, że da się zmieścić tyle obrzydliwości na zaledwie 3 mm muszki”. Jest ciąg dalszy.

A ZIMORODEK (zwany zimosmrodkiem) doczekał się takiego opisu:

Spójrzcie na tego biednego sukinsyna. Wygląda, jakby sklejono go z dwóch różnych ptaków. Z czego jeden jest dziwniejszy od drugiego. Jakim cudem zimorodek zachowuje równowagę z tak wielkim dziobem i malutkim tułowiem? Oto jedna z wielkich tajemnic ptasiego świata. Zaraz po tym po cholerę w ogóle poświęcamy mu uwagę.

Dorosły zimorodek waży jedynie 40 gramów, ale wraz z rodziną, która składa się z samca, samicy i nawet siedmiorga zimorodkowych gówniaków potrafi opędzlować około stu ryb dziennie. Na dowód sprytu tych rybożerców przywołuje się fakt, że zawsze zjadają swoją ofiarę, zaczynając od głowy. Robią to, żeby się nie zadławić. Gratulacje geniuszu, udało ci się nie zabić podczas obiadu.

Ciąg dalszy też tym stylu.

A oto co autor myśli o SZOPIE PRACZU (ksywa: panda mydli – mydli):

Do Polski szop trafił w latach 90. z Niemiec, razem z Vizirem, kradzionymi samochodami oraz pornografią na VHS i podobnie jak one, doskonale odnalazł się w realiach młodego polskiego kapitalizmu.

Szopy są bardzo inteligentne i potrafią rozwiązywać różne zadania oraz liczyć proste całki. Znany jest przypadek szopa, który przystąpił do matury w jednym z Warszawskich liceów. Zdał matematykę i rozszerzony język polski na piątkę z plusem. Jedyną osobą, która coś podejrzewała, była woźna, która przyłapała go w łazience na myciu jabłka. Mycie posiłków przed zjedzeniem to nawyk, którego szopy nie potrafią się oduczyć, nawet pomimo lat spędzonych pomiędzy ludźmi. To tylko początek opisu.

JERZYK  ( Jeżyk to nawet nie jest on):

Pod imieniem kojarzonym z sympatycznym kolczastym ssakiem kryje się nieślubne dziecko rakiety balistycznej i jaskółki z klinicznym przypadkiem syndromu niespokojnych skrzydeł.

Ten nadpobudliwy drań ciągle gdzieś lata. Serio, np. jerzyki alpejskie potrafią przebywać w powietrzu, bez międzylądowania przez co najmniej 200 dni. Karmią się w tym czasie owadami i piją krople deszczu jak Edyta Górniak 2000 lat temu.

Jerzyk ląduje wyłącznie po to, aby zbudować gniazdo i wykarmić pisklęta. „No dobra, ale przecież musi gdzieś spać”. Tak i to również robi w powietrzu. Zawisa pod wiatr i w takiej pozycji przycina komara. Rozwija prędkość do 111 km/h, a w ciągu życia może przelecieć tych kilometrów ponad milion.

Jerzyki nawet pukają się w locie i to całkiem skutecznie, bo ich europejska populacji wynosi od 19 do 32 mln par. Koniec opisu.

KOŃ – jaki jest każdy widzi.

Konie podobnie jak mieszkańcy Polski wschodniej wyszły z lasu. Nie wszystkie konie i nie wszyscy mieszkańcy, ale jednak większość tak. Początkowo wyglądały jak mini sarny i dopiero zmiany klimatyczne oraz rewolucja kulturalna zmieniły je w wielkookie stwory z okładek tanich romansów.

Serio, żaden ssak lądowy nie ma większych gałek ocznych od konia. Zresztą nie tylko oczy mają olbrzymie. Od czterech do czterech i pół kilograma waży średnio końskie serce, które rozmiarami przypomina piłkę do koszykówki, ale znacznie gorzej odbija się od podłogi.

Naszą dumą narodową jest konik polski, który w prostej linii wywodzi się od tarpanów, czyli takich podlaskich mustangów. Tarpany niestety od dawna gryzą trawę po drugiej stronie tęczowego mostu i nie chodzi mi tutaj o Słupsk. Zanim jednak całkiem wyginęły, niedobitki zostały wyłapane przez polską szlachtę, a potem rozdane miejscowym chłopom. Tarpany zaczęły krzyżować się z okolicznymi zwierzętami, bo i co innego miały robić na wsi w XIX wieku? Tak powstał konik polski. Ten przejaw radośnie polskiej myśli hodowlanej, nie miał precedensu aż do czasów zmian dyrekcji w Janowie Podlaskim. Jest ciąg dalszy.

SZPINAK:

Szpinak jest fajny z wielu powodów. Ma dużo różnych witamin i minerałów. Zawiera tylakoidy, które redukują apetyt i hamują trawienie tłuszczu. Jest zielony no i nie lubią go dzieci. Wbrew obiegowej opinii, nie zawiera jednak tyle żelaza co niedosłysząca ofiara kontroli drogowej w USA. Winę za tę pomyłkę jak zwykle ponoszą patriarchat/te głupie baby. Można sobie wybrać w zależności od poglądów politycznych.

W 1890 roku pewien amerykański naukowiec badał zawartość żelaza w szpinaku. Tak długo badał, aż mu wyszło 2,7 mg. żelaza na 100 g. szpinaku. Wartość co najwyżej przeciętna. I tutaj wchodzi sekretarka naukowca, cała na sekretarkowo i przy pomocy przecinka dziesięciokrotnie zwiększa zawartość minerału w roślinie. Gdyby działo się to w dzisiejszych czasach, z miejsca zatrudniliby ją w biurze prasowym ministerstwa finansów. Ale to były Stany Zjednoczone w XIX wieku. Gdzie żaden szanujący się naukowiec sam nie zapisywał wyników swoich badań i najwyraźniej również nie zawracał sobie głowy ich weryfikowaniem. Cd następuje.

DZIERZBA GĄSIOREK (ps. dziab palownik):

Dzierzba bywa nazywana ptasim Hannibalem Lecterem lub najbardziej brutalnym spośród ptaków, a jej łacińska nazwa (lanius) oznacza rzeźnika. To wszystko pośród konkurencji, u której normą jest zjadanie sobie nawzajem dzieci i wcale nie chodzi mi tutaj o wyższą kadrę menadżerską w bankowości.

Każdego roku, między kwietniem a sierpniem w Polsce przebywa nawet milion par gąsiorków. Samiec nosi czarną maskę, szaro-niebieską czapkę, ma rdzawo-różowy korpus i lubi zabijać. Samica jest szaro-brązowa, przypomina wróbla i również lubi zabijać.

Gąsiorka najłatwiej spotkać na suchym, krzaczastym terenie. Czatuje tu na ofiary i wije gniazdka pośród przytulnych jak nowe osiedla deweloperskie, kolczastych krzewów tarniny. Wystrój wnętrza to przede wszystkim puch, sierść oraz suche źdźbła traw. Jako materiał elewacyjny dzierzby chętnie wybierają nabite na pal zwłoki ofiar. Ofiarą może być niemal wszystko, co jest chociaż trochę mniejsze od gąsiorka. Przede wszystkim chrząszcze i koniki polne, ale również myszy, nornice, małe gady oraz ptaki i ich pisklęta.

Dlaczego gąsiorek nabija swoje ofiary na kolce? Podobno w ten sposób magazynuje pokarm, ale ja przypuszczam, że wysyła nam ostrzeżenie. Słuchajcie no dwunogie dziwaki. Być może jestem mały, ale założę się, że macie części ciała wielkości nornicy, na których wam zależy.

Upalne miasto 68

                 Upalne miasto 68

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************************

I przyszła kolejna wrześniowa sobota. Pogoda nadal chciała Polaków usmażyć, chyba za karę za głosowanie w poprzednich wyborach.

Sobota to nie tylko imieniny kota ale i pranie oraz sprzątanie, bo trzeba to kiedyś zrobić. Można w środę, dlaczego nie.

Anna niosąc miskę z mokrymi rzeczami na strych zauważyła, że obok w pralni sąsiadka szaleje przy kranie. Spytała więc:

– Co pani robi?

– A piorę na zimno – odpowiedziała.

– Hm, to jakaś nowa metoda? – zadała tylko sobie pytanie seniorka. Przypuszczając, że sąsiadka w ten sposób oszczędza na rachunku za wodę. Tego, że koszta wody rozkładają się na wszystkich lokatorów nie bierze pod uwagę, a może właśnie o to chodzi?

Na ławce obok stołu siedział w pozycji chleba sąsiadkowy, jej bardzo gruby kot.

– Staram się go odchudzić, rano daję trochę chrupek, bo pobudzają mu perystaltykę jelit, a wciągu dnia gotuję kurczakowi piersi, bo puszkowego jeść nie chce – powiedziała. Żeby się ruszał rzucam mu kawałki mięsa po mieszkaniu i prowokuję, żeby chodził po schodach. Nie ma pani pojęcia jak ja go kocham – zwierzyła się.

Wzruszona Anna weszła do mieszkania i przestraszyła się, bo coś małego czarnego fruwało pod sufitem.

– Znowu nietoperz – przestraszyła się pamiętając niegdysiejsze środkowonocne przeboje z tym zwierzątkiem.

Na szczęście stworzenie okazało się motylem szybko zdążającym ku światłu, czyli do otwartego okna. Uff…

17 września jest Międzynarodowe Święto Kropki (swoją drogą kto te święta wymyśla i zatwierdza), Anna dostała taki limeryk od znajomej Teresy U.:

Kropki można zobaczyć wszędzie.

Bez niej „i” ani „ż” nie będzie.

Na sukienkach i skarpetach,

Parasolkach czy tapetach.

Na końcu zdania, w pierwszym rzędzie.

W kolejny gorący poniedziałek września Anna rozpoczęła bardzo głośno, a właściwie z trzaskiem. Butelki. Pustej. Wynosiła śmieci, trzy warstwy w papierowej torbie: papier, zmieszane i butelka. Nie, nie po alkoholu. Po soku. No i butelka zapragnęła wolności, nie mogła zaśpiewać: „wolność kocham i rozumiem”, więc wypadła z torby i z hukiem się rozbiła. Bardzo zadowolona, że dodała seniorce zajęcia w postaci schylania się i zamiatania. A diabeł stał obok barierki i trząsł się ze śmiechu. Wredota jedna.

Ewa obronienie pracy dyplomowej uczciła, z partnerem profesorem, wyjazdem nad morze. Na prywatną kwaterę w Pierwoszynie. To wieś kaszubska położona w powiecie puckim. Mieszka tam około tysiąca osób. Korzystali z plaży, spacerowali, jod wdychali a po sztormie bursztyn znajdowali. Muszelki też. Czasem podśpiewywali:

 „Jak co roku w Chałupach, gdy zaczyna się upał. Słychać wielki szum, można spotkać golasa (…)”.

W Internecie znaleźli miejsca dla bezodzieżowców:

Międzyzdroje – Lubiewo – Znajduje się ona zaledwie 3 km na zachód od Międzyzdrojów, na wysokości gminy Lubiewo. Warto podkreślić, że jest to jedna z najstarszych tego typu plaż. W latach 70. i 80. było to miejsce tętniące życiem – odbywały się tu m.in. wybory miss i mistera bez ubrań, liczne gry i zabawy. Dziś na tego typu atrakcje nie mamy co liczyć – możemy cieszyć się jedynie ciepłym piaskiem i sprzyjającym klimatem. Jeśli chcemy dotrzeć na tę plażę, to najlepiej jest zostawić samochód przy Bałtyckim Parku Miniatur i przejść w kwadrans przez pobliski las.

Pogorzelica – To bez wątpienia najdłuższa w Polsce plaża dla naturystów, znajdująca się na terenie po dawnej jednostce wojskowej. Paradować po tej plaży możemy aż na długości około 10 km. Panuje tu cisza i spokój – wokół nie ma żadnych domów wczasowych i kwater.

– Pomiędzy miejscowościami Grzybowo i Dźwirzyno znajduje się szeroka, piaszczysta i zadbana plaża na nudystów. Spędzając tam chociaż jeden dzień, nie tylko można uzyskać równomierną opaleniznę, ale także spotkać wielu ciekawych ludzi, którzy szerzą idee harmonijnej współpracy między ludźmi i naturą. Pas plaży ma tu długość około 4 km. Najłatwiej dostać się tu od strony Grzybowa – wystarczy przespacerować się kilkaset metrów plażą.

Unieście – Stali bywalcy nazywają ją plażą ‘za kanałem’. Położona jest w okolicach Mielna przy prawej stronie od kanału jamneńskiego łączącego Jezioro Jamno z Morzem Bałtyckim. Panują tu wspaniałe warunki, w związku z czym każdy powinien być zadowolony.

Rowy – To bardzo spokojna plaża, szczególnie we wschodniej części. Graniczy ze Słowińskim Parkiem Narodowym. Miejsce to znajduje się pod ochroną, w związku z tym nie można tu budować ośrodków hotelowych, kwater ani dróg. Plaża znajduje się zaledwie kilka minut spacerem od centrum miejscowości.

Łeba – Do grona plaż dla nudystów i naturystów sygnowanych przez Federację Naturystów Polskich w ostatnim czasie dołączyła plaża w Łebie. Miejsce znajdujące się w niedalekiej odległości od głównej plaży, powstało z inicjatywy władz miasta i cieszy się popularnością wśród turystów z Polski jak i zagranicy.

Dąbki – Jest nazywana przez większość osób również “Gołą Plażą”. Rozciąga się na długości około 7 km, jednak panują tu kameralne warunki i pełen spokój. Piasek w tej części wybrzeża jest drobny i delikatny. Możemy się tu dostać 40 minut spacerem od centrum Dąbek.

Chłapowo – Pomorze Gdańskie cieszy się dużym zainteresowaniem turystów, podobnie jak Chłapowo. Pewnie mało kto wie, że również i tu znajduje się plaża naturystów. Zaletą tego miejsca jest bez wątpienia to, że jest ona doskonale osłonięta przez naturę – znajduje się tu wysoki klif, co chroni przed ciekawskimi turystami. Warto podkreślić, że plaża ta została stworzona przez samych mieszkańców tej miejscowości. Z Chłapowa dojdziemy tu malowniczym wąwozem, ciągnącym się przez las.

Chałupy – To chyba najbardziej znana w Polsce plaża nudystów. A wszystko to ma związek z piosenką Zbigniewa Wodeckiego. “Można spotkać golasa, jak na plaży bobasa, golców cały tłum.” Swoje czasy świetności, miejsce to ma już za sobą, jednak w dalszym ciągu cieszy się dużym zainteresowaniem. Rozciąga się na odcinku o długości ok. 4 km w kierunku Kuźnic. Najlepiej dostać się tu plażą od strony Władysławowa.

Jurata – Nieoznakowana, dyskretna plaża znajduje się także niedaleko Helu w nadmorskim kurorcie – Juracie. Wystarczy przejść ok. 3 kilometry na wschód od ostatniego zejścia na plażę. Czysty piasek, duża ilość jodu i specyficzny mikroklimat – to naga prawda o tym miejscu
Gdańsk – Na plażę oddaloną ok. 10-kilometrów od centrum Gdańska zabierze Was autobus miejski, potem od nagiego raju dzielić Was będzie tylko kilkunastominutowy spacer. Prywatność zapewniają występujące tam wydmy oraz las. Miejsce zaliczane jest do najstarszych i najpiękniejszych plaż w Polsce.

  • Plaża w Gdańsku Stogach – tam należy kierować się w stronę wejścia nr 23.
  • Piaski – znajduje się na samym końcu wybrzeża, tuż przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Z jednej strony jest granica, z drugiej Bałtyk, a z trzeciej Mierzeja Wiślana. Z komentarzy wynika, że nie ma tam już plaży dla golasów. Sprawdźcie sami.

 

Upalne miasto 67

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Wprawdzie poczta polska popisała się listonoszem, który przyniósł list polecony a nie zostawił awizo w skrzynce ale ciąg dalszy kontaktów z tą instytucją był, delikatnie mówiąc, trudny.

Pierwsza poczta zaskoczyła, nie tylko Annę, informacją, że wrota w swej łaskawości otworzy dopiero za pół godziny a nie była to siódma rano. Ani nawet ósma, dziewiąta czy dziesiąta. Wściekła szczupła klientka przed drzwiami powtarzała brzydkie wyrazy po kilka razy pod adresem pracownicy, która mopem traktowała podłogę, tam i z powrotem. Czyżby ktoś niezadowolony z ich usług sponiewierał placówkę zwracając śniadanie?

Następna poczta dała seniorce prztyczka w nos, bo gdy stanęła w małej kolejce z zadowoleniem stwierdzając, że obsługują dwie kobiety okazało się, że jedna z nich właśnie idzie na przerwę. Tego już Anna nie wytrzymała i wyszła. Ale tylko przez drzwi a nie z siebie.

Podjechała do sklepu drogeryjno – żywnościowo – małoodzieżowego po proszek do prania i chusteczki higieniczne. Z dużej paczki wyjęła małą. Aby wytrzeć spocone czoło i kark. Ambitnie, choć nie pierwszy raz, podeszła do samoobsługowej kasy i dostała mentalnego kopa w postaci wyświetlonego komunikatu: ten produkt nie jest przeznaczony do sprzedaży.

– No, wiem, że do nosa głównie ale czy teraz rozdają go za darmo? – pomyślała.

Zapytała kasjerkę a ta z pretensją, że pojedynczych paczuszek nie sprzedają.

– Nie chcę pojedynczej tylko wyjęłam, bo potrzebowałam. Kupię cały pakiet – uświadomiła panienkę.

Okazało się, że na opakowaniu są dwa małe zielone kody i jeden duży czarny. Czarny jest ważny, zielone nie.

– Nie gramy w zielone? To po co są? – ale to pytanie Anna darowała już panience, bo mogłyby się jej zwoje mózgowe przepalić i odpowiadałaby za zabicie niewinnej istoty.

Dalszy ciąg był też torem z, niewielkimi, przeszkodami. Na poczcie tym razem nie było kolejki ale okazało się, że źle wypełniła druk na list polecony. Dobrze, że choć pracownica była przytomna i to zauważyła.

Wyszła z przybytku częstego niezadowolenia klientów minęła kobietę, chyba trzydziestoletnią, głośno rozmawiającą przez telefon. Nie dość, że głośno to jeszcze wulgarnie. Domagała się przelania pieniędzy, bo przecież ona nie pracuje. A może by tak do roboty?

W niewielkim sklepie warzywno – spożywczym przed Anną wielkie zakupy robiła babcia z, dość nadąsaną, wnuczką. Wypakowywała i wypakowywała ze sklepowego koszyka liczne towary, właścicielka liczyła, liczyła i liczyła. A niezaspokojona zakupowo starsza pani pożądała jeszcze sernika, jeszcze winogron, jeszcze czekolady z orzechami, jeszcze cukru. Soli nie chciała. I powoli to pakowała do torby na kółkach. Trzeba jednak przyznać, że sprawnie to szło. A Anna lubi patrzeć na sprawne działania. Taką ma słabość.

Wracając do domu dowiedziała się, że znowu są zmiany w komunikacji i tramwaj nigdy nie widziany na tej trasie właśnie na nią zawitał. Skorzystała ale pomyślała, że  nie ma nic stałego w tym mieście – pomyślała.

W sobotę przeczytała na fb radę Doroty Zawadzkiej (superniani z telewizji):

Szukaj wyzwań

Nie osiadaj na laurach, stawiaj sobie cele, lataj wysoko. Zabrzmiało chyba jak na jakimś kursie motywacyjnym za milion monet. Ale nie taki jest „cel ćwiczenia” jak mawia moja kumpela Daria.

Jaki więc jest, spytacie?

Otóż nieustannie warto szukać wyzwań. Ważne jednak, by były realne do zrealizowania. Idąc za głosem intuicji czy serca trudności trzeba dobierać w granicach rozsądku.

Wyzwania są potrzebne, żeby mieć motywację do codziennego działania lub, co także może się zdarzyć, po prostu do wstania z łóżka.

Róbcie wszystko, by się nie nudzić.

Oczywiście nuda jest w porządku i bywa potrzebna, nie powinna jednak dominować. Wtedy może być destrukcyjna. Bo nuda to negatywny stan emocjonalny, brak zmiany otoczenia i gdy trwa zbyt długo, gasi wewnętrzny ogień.

Dobrze jest więc planując kolejne życiowe kroki, szukać takich zadań czy sytuacji, które wymagają odrobiny wysiłku czy może nawet poświęcenia. To daje kopa, że się wyrażę trywialnie.

Rozum czyli nasza racjonalność pilnuje byśmy nie skakali na głęboką wodę, sugeruje działania bezpieczne, z planem na miarę naszych możliwości. Emocje wspierają życiowe szaleństwo. My wybieramy drogę lub jak mawiają niektórzy droga wybiera nas.

Bywa różnie.

– Różnie, bo czasem idąc na łatwiznę wygrywamy, a niekiedy wręcz odwrotnie. I bywa tak że ten kto się natrudzi i nabrudzi przegrywa, bo nie ma szczęścia do dobrych ludzi tylko do zawistnych, złych, głupich i podłych – pomyślała Anna krojąc owoce na domowy dżem.

A w środę mimo upału wybrała się do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich na wystawę o Aleksandrze hr. Fredrze. Mieściła się ona w trzech salach Pod Kopułami. Uprzejme panie kustoszki udostępniły parę krzeseł tak że Anna nawet w dwóch salach słuchała przewodniczki odpoczywając. Wystawa była typowa, czyli eksponaty w gablotach. Oryginalnym pomysłem było zawieszenie w oknach taśm z cytatami z dzieł autora. Rzadko komu z obecnych (głównie panie) chciało się przekrzywiać głowę, aby je odczytać. Seniorce jeden rzucił się jeden w oczy, bo według niej jest w nim błąd na co zwróciła uwagę pracownicy. Nie przyznała racji tylko stwierdziła, że sprawdzi. Na taśmie napisano:  ” Zna proporcium, mocium panie” a wg Anny powinno być ZNAJ.

Aby przetrwać upał i duchotę zastosowała nabycie wody w niedużej butelce i jej popijanie oraz papierowy, pomarańczowy wachlarz. Zauważyła, że jedna z pań miała czerwony, bardziej ozdobny, bo z piór. Chyba balowy ale pasował do eleganckich wnętrz.  Na ok. 40 osób było tylko dwóch panów.

– I tak jest zawsze – pomyślała seniorka. Mężczyźni na emeryturze albo siedzą w domu i w kółko oglądają polityczne wydarzenia na zmianę ze sportem, albo uprawiają ziemię albo (lub przy okazji) mają wszystkim wszystko za złe. Na starość Fredro z natury pogodny i wesoły też stał ponurakiem, bo dokuczała mu podagra.

Drugie wydarzenie związane z obchodami Dni Seniora było mniej udane. Seniorka nastawiła się na wykład o pożytkach z aloesu, jego historię, może jakieś filmiki o nim na świecie, może drobne prezenty w postaci np. szczepek. Miało być dobrze a wyszło jak zwykle, czyli była to reklama drogich produktów z aloesem. Albowiem mają cudowną moc – czyszczą organizm wewnątrz i z zewnątrz, przeganiają wszelkie dolegliwości tylko trzeba konkretnie sięgnąć do portfela. Odrastają włosy, znikają haluksy i wszelkie bóle. Mózg szybciej i bystrzej działa. Nie powiedziano czy wpłynie na postrzeganie rzeczywistości takiej jaka jest zamiast wierzyć w kłamstwa i obietnice.

Koleżanka przysłała Annie wiersz

Leszka Długosza pt. „Pochwała bibliotekarek”:

A gdybym Janem Sebastianem

Lub chociaż Konstantym Ildefonsem był?

O jakież bym kantaty wtedy składał

Na pochwałę Waszą Panie

Bibliotekarki…

Wszelakie Marie, Maryjki, Zofie,

Bożenny czy Krystyny…

– Panny Madonny Instytutów

Chorążyny książnic

Skromne szarytki gminnych ośrodków kultury

Widzę Was – pomiędzy regałami

Nad pulpitami –

Pośredniczki Marzeń, Piękna i Pamiętania

Szafarki, Pismo rozdawające:

Bierzcie i rozgłaszajcie

Nieustanne obrończynie kresowych stanic druku.

Za Waszą służbę

Świat Was obdarza lichym miedziakiem

W paradnych swoich ceremoniach miejsc na

trybunach

Nie przydziela

Lecz Wy

W czas opuszczenia Księgi

Na posterunkach trwacie.

O jakże wszystkie ja bym was wywyższył

Upiększył, ubogacił

Za wierną służbę

Za uśmiech i bluzeczkę wdzięczną

I w doniczkach kwiatki

Za szklankę herbaty, domowy placek

Gdy w słotne listopady chudy literat

Pekaesowe pokonując kilometry

Przybywa do Was na ostatni  może już

Wieczór autorski

O jakże wtedy ja bym was wszystkie sławił

– Magdy, Lucynki, Hanie czy Dobrochny

Lecz żem jest tylko Leszek Marek (a nie Jan

I nie Konstanty nawet)

Przyjmijcie wierszyk skromny

Jaki Wam niosę w darze…

– Miody i wina niechaj w nim płyną

I czterolistna niech się sypie koniczyna

A na niebiosach

Szarfa szeroko rozpostarta

Niech rozgłasza:

Opiekunkom i Rozdawczyniom Księgi

Cześć i wdzięczność

BIBLIOTEKARKOM POLSKIM – AVE!

„Zielona granica”

„Zielona granica” reż. Agnieszka Holland

Wstęp: „Kiedy działamy to mniej boli” – Anna Dymna

O filmie:

Oczywiście aktorka nie miała na myśli swoich fizycznych dolegliwości tylko zło jakie dzieje się dokoła nas, bo często człowiek człowiekowi wilkiem.

Film zaczyna się, filmowanym z góry,  widokiem zielonego lasu. Dalszy ciąg jest czarno – biały.

Pierwsza część pod tytułem „Rodzina” (dziadek, rodzice i dwoje dzieci) to sceny w samolocie tureckich linii lotniczych. Od  krewnego rodziny, mieszkającego w Szwecji, dowiadujemy się, że wszystko – to znaczy podróż do tego kraju, jest załatwione i opłacone. Pod koniec trasy stewardessa rozdaje pasażerom róże życząc powodzenia.

Lądują na Białorusi i nic nie jest jak być powinno.

Niestety dalej jest tak jak w relacjach podawanych przez różne, prawdomówne, media.

Czyli wielokrotne przerzucanie uciekinierów – z Syrii, Afganistanu, Maroka, mężczyzn i kobiet w różnym wieku, także młodych ciężarnych, małych i większych dzieci – przez granicę do Polski. A tutaj polska straż graniczna zgarnia wszystkich i wyrzuca na Białoruś. Ludzie koczują w lesie, chorują, głodują, marzną a nawet topią się w bagnie. Aktywiści robią co mogą ale to kropla w morzu potrzeb.

Reżyserka pokazuje zachowania różnych osób  w stosunku do imigrantów – białoruskich i polskich pograniczników, polskich policjantów i policjantek, aktywistów pomagających, wśród nich jest nawet Czech. Na przykładzie młodego strażnika  i jednej policjantki widzimy, że nie wszyscy mający władzę są źli i tępo wykonują okrutne rozkazy.

Dobro, współczucie oraz pomoc miesza się ze złem i bezinteresownym okrucieństwem. Bo gdy niektórym osobnikom da się władzę wykorzystają ją, aby z przyjemnością innych upokorzyć i poznęcać się. Takie zachowania zdarzają się  nie tylko w tak ekstremalnych sytuacjach. Są w rodzinach, miejscach pracy, szkołach i przedszkolach.

„Pomaganie nie jest nielegalne” – nie wszyscy mają tę świadomość oraz empatię. Niektórym łatwiej, wygodniej i przyjemniej jest być złym człowiekiem.

Scenariusz filmu powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń. Analizowano dokumenty, rozmawiano z uchodźcami, strażnikami, mieszkańcami pogranicza, aktywistami i ekspertami.

Wszyscy aktorzy spisali się wspaniale. Polact to olskich to m.in.: Maja Ostaszewska, Piotr Stramowski, Jaśmina Polak, Marta Stalmierska.

Byłam na seansie w samo południe, w dniu gdy bilety są tańsze, przyszli więc głównie seniorzy. Po końcowych napisach rozległy się oklaski.

Gdy wyszłam z kina zachłysnęłam się słońcem i smakiem gorącej kawy. Obym nigdy nie musiała być uchodźcą.  I nikt inny także.

Upalne miasto 66

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Na kilimie nad łóżkiem Anna miała osobista tablice ogłoszeń – przyczepiała na nim, szpilkami, terminy ważnych wydarzeń jak badania lekarskie i rehabilitację. Przeczytała na druku, że musi przygotować i brać ze sobą wygodną odzież na gimnastykę.

– A ja nic odpowiedniego przecież nie mam – zmartwiła się. Czeka mnie nielubiana peregrynacja po sklepach – westchnęła. Przydałyby się luźne legginsy i podkoszulki na zmianę. Zacznę od lumpexów – mam dwa na osiedlu.

Co pomyślała to zrobiła. Pierwszy lumpeks nie miał na głównej sali potrzebnych rzeczy seniorka więc przeszła na zaplecze gdzie była skrzynia – koryto z odzieżą po dwa złote. W misz – maszu i rozgardiaszu znalazła dwie bluzki: czerwoną i białą, tak patriotycznie wyszło.

Następny „Łachmani” dwuzłotowej oferty nie miał za to dużo legginsów dla szczuplasów.

– Jakbym dwie takie sztuki kupiła, rozpruła a potem razem zeszyła to może bym się zmieściła – pomyślała przerzucając wieszaki.

Odwróciła się i zerknęła pobieżnie a potem dokładniej odzieży dla facetów. I znalazła bardzo odpowiednie gatki nie tylko dla ojca ale i dla niej, tylko będzie trzeba je skrócić.

– Faceci zawsze mają lepiej – pomyślała.

Zapłaciła i przeszła na druga stronę ulicy do normalnego sklepu ciuchowego gdzie nie udało się jej kiedyś kupić podomki, bo rozmiar XXXL był na nią za mały.

– Na Pigmejów szyte czy co? – zdziwiła się wtedy.

Ale niech żywi nie tracą nadziei – uznała i wieszaki z legginsami przeglądać zaczęła.

– Małe, małe, małe, obrzydliwie małe  – mamrotała pod nosem. O, są większe – zdziwiła się. I jeszcze większe, w dodatku niedrogie i w trzech kolorach – czarny, granatowym i szarym.

Wzięła cztery sztuki i przeszła do przymierzalni.

– Ach, cóż to za miła niespodziewanka! – krzyknęła do wewnątrz samej siebie. Ciuch pasował, więc portfel poszedł w ruch.

Na dowidzenia powiedziała do sprzedawczyni:

– Jaki miły sklep – kupiłam co chciałam.

W domu włożyła zakupy i inne odłożone ubrania do pralki. I przypomniała sobie jak żartując wmawiała znajomym, że ma łazienkę z filmowym przepychem, bo pralka jest firmy Zanussi a mieszkanie malutkie i obok niej trzeba się przepychać.

Przygrzała sobie makaron z mięsem i warzywami oraz sałatkę pomidorowo -kiszonoogórkową – kukurydzowo – fetową. W tle telewizor wyświetlał kolejne wstrząsające (film to życie z wyciętymi nudnymi momentami) przygody gotowych na wszystko mieszkańców Wisteria Lane.

Po wypiciu jogurtu i herbaty, zażyciu kolejnej tabletki zajrzała do laptopa skąd dowiedziała  się, że istnieje bardzo bojowe zwierzątko o nazwie „miodożer”  a inaczej „ratel”, którego ulubionym pożywieniem są węże ale tak naprawdę to dla ich „co po drodze to nieprzyjaciel godny spożycia”. Tę druga nazwę noszą też wojskowe transportery kołowe.

Jedna z komentatorek na FB pod postem na ten temat napisała:

„Miodożer to najbardziej kozackie zwierzę na ziemi i powtarzam to od lat! Niedługo wydziaram go sobie na dłoni. Chcę być jak ratel!”

Ratel to łasica a ptak okrutnik to dzierzba.

– Brrr – pomyślała seniorka. Ale znam wiele osób będących z charakteru połączeniem tych dwóch stworzeń.

Miała jakby serial informacyjny o niezbyt pozytywnych postaciach, bo przeczytała w Internecie:

Jak komentowała badaczka tematu Stanisława Paulowa, poeta [Mikołaj Rej] żył w niezgodzie „prawie ze wszystkimi”. Sądzono go, gdy ukradł innemu szlachcicowi zboże z młyna, gdy wyłowił ryby z cudzego stawu, gdy wreszcie zrabował cztery roje pszczół jakiemuś chłopu, bo skłócił się z jego panem. Sam Rej z kolei pozwał nawet teścia, i to za niezwrócenie pożyczonej książki.

I to ostatnie bardzo się jej spodobało.

Dalej przeczytała:

Przykładowo Jan Kochanowski też był uwikłany w liczne postępowania, zdarzyło mu się chociażby walczyć z władzami miejskimi Poznania o 2 złote polskie, dziś równowartość około 1200 złotych. Z kolei własnego stryja poeta z Czarnolasu pozwał o niegospodarność, bo jego zdaniem niewłaściwie opiekował się oddanymi w dzierżawę młynem i kuźnią.

– Każdy ma rozrywki na jakie go stać – pomyślała seniorka. Przecież to wszystko sporo kosztowało.

Niedługo będą u nas Dni Seniora i do wypęku rozbawiła ją główna atrakcja, czyli rodzaj rozrywki i poczęstunku jaki przygotowano na pierwszy dzień obchodów:

Podczas inauguracji Dni Seniora, 8 września 2023 r. od godz. 10.00 na pl. Solnym, na wszystkich uczestników czekać będzie water truck z bezpłatną kranówką od MPWiK Wrocław. Spędźmy ten czas nie tylko aktywnie, ale i zdrowo.

Woda kranowa to idealne źródło nawodnienia – chłodna, bogata w minerały, ekologiczna i przyjazna dla naszej planety.

Zachęcamy do zabierania ze sobą bidonów, butelek wielokrotnego użytku i uzupełniania ich bezpłatnie kranówką.

Wniosek z tego, że tego dnia wody w całym mieście nie będzie, bo w przeciwnym razie to są kpiny a nie przysługa – pomyślała.

Za to spodobał się jej post Mariusza Szczygla jaki opublikował na facebooku:

„Proponuję umówić się i obchodzić Dzień Opamiętania. Byłby to również dzień porzucenia przesadnych narzekań, umiaru w żądaniach, rozwagi w oskarżeniach. Dzień przerwy w klepaniu stereotypów, szukaniu winnych poza sobą. Przerwy w schlebianiu gawiedzi. Dzień, w którym wypada powiedzieć >przepraszam<”.

To propozycja Jerzego Szperkowicza.

„W naszym kalendarzu brakuje dnia, kiedy byłoby przyjęte, a nawet w dobrym tonie, wycofać się z pochopnie wypowiedzianych słów, z póz wyższości, stwierdzeń i poczynań skłócających wszystkich ze wszystkimi. Chodzi o szansę i okazje honorowego odwrotu. O to, by się zatrzymać, nie brnąć dalej”.

Powinien być  8 września. „Same nasuwają się data, miejsce i patron” – pisze Szperkowicz.

8 września 1968 roku a więc 55 lat temu na Stadionie Dziesięciolecia spalił się Ryszard Siwiec. W akcie solidarności z mieszkańcami Czechosłowacji, na którą napadł Związek Radziecki z sojusznikami”.

Ze zła mogłoby wyniknąć dobro, gdyby ludzie tylko chcieli.

A przeważnie nie chcą. Bo po co być życzliwym skoro tak wielką przyjemność sprawia im lekceważenie, poniżanie i obrażanie innych.

Anna cieszy się z drobiazgów – na przykład z tego, że listonosz nie poszedł na łatwiznę ale przyniósł osobiście list polecony. Od osoby mieszkającej przy ulicy Antka Rozpruwacza. Ze zdziwienia sprawdziła w Internecie co to za postać. Okazało się, że to warszawski powstaniec Antoni Godlewski. A na warszawskiej Woli jest wiele ulic, których patronami są właśnie takie osoby.

Upalne miasto 65

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Przeglądając Internet Anna zauważyła przepis na ciasto z patelni i nie był to omlet ani naleśniki. Postanowiła go wypróbować w wersji mini, czyli na małej. Proporcje zastosowała na dużym luzie ale udało się.

– Świetny pomysł na upały, nie trzeba rozgrzewać piekarnika – pomyślała.

CIASTO Z PATELNI

Składniki:

1/3 kostki masła; 1,5 łyżki kakao; 60 ml mleka, 1 jajko, 70 g cukru; pól łyżeczki sody;  ¼ szklanki mąki; cukier puder do posypania

Wykonanie:

Na średnią patelnię dajemy masło i rozpuszczamy je na bardzo małym ogniu, dosypujemy kakao i dokładnie mieszamy. Zdejmujemy z palnika, dodajemy jajko wymieszane z cukrem – mieszamy dokładnie. Potem dodajemy mąką wymieszaną z sodą – mieszamy dokładnie. Patelnia na mały gaz i mieszamy. Przykrywamy i na małym ogniu pod przykryciem smażymy. Po 10 minutach sprawdzamy patyczkiem czy nie jest surowe. Jeśli tak przewracamy ostrożnie na drugą stronę i jeszcze chwilę trzymamy na ogniu. Posypujemy cukrem pudrem.

I okazało się, że można sobie, w podobny sposób zrobić pizzę:

PIZZA Z PATELNI

Składniki: ciasto: 5 łyżek mąki, dodać do niej 6 (lub więcej) łyżek wody, szczyptę soli;

Na ciasto dajemy: oliwę, sos pomidorowy (może być keczup lub połączona pasta pomidorowa – 3 części z pastą paprykową – 1 część ) żółty ser, pomidory, papryka, pieczarki (wcześniej podduszone), wędlina lub mięso, pieprz, sól

Połączyć składniki, dobrze wyrobić ciasto i rozwałkować na cienkie placki. Kłaść na rozgrzaną patelnię, podpiec z obu stron. Potem placek/podpłomyk posmarować sosem i położyć składniki (mogą być tylko świeże pomidory, np., koktajlowe) i posypać żółtym serem nie zapominając o soli i pieprzu. Zapiekać (można pod pokrywką) aż do rozpuszczenia się sera.

Anna tak się rozochociła, że sprawdziła inne przepisy na ciasta z patelni. I okazało się, że drożdżowe też tak można upiec:

CIASTO DROŻDŻOWE Z PATELNI

Składniki:

  • Świeże (25 g) lub suche drożdże (3-4 g),
  • 250 gramów mąki,
  • 120 ml mleka,
  • 75 ml oleju,
  •  szczypta soli i łyżeczka cukru, jeśli ma powstać słodkie ciasto

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej, a mleko lekko podgrzane. Wymieszaj wspomniane produkty (najlepsza będzie do tego trzepaczka) i przykryj ściereczką do czasu, aż ciasto podwoi objętość (ok. 45 minut). Po tym czasie wyłóż ciasto na posmarowaną olejem patelnię i umieść na kuchence na małej mocy palnika. Przykryj i pozostaw na ok. 20 minut. Po tym czasie obróć ciasto i piecz jeszcze 15 minut.
To  ciasto można wykorzystać  na wiele sposobów! Wersja wytrawna zastąpi pieczywo do śniadania, a słodka, przełożona dżemem, sprawdzi się na podwieczorek.

O, jeszcze jest to!

KRUCHE CIASTO Z PATELNI

Składniki:

  • 1,5 szklanki mąki,
  • 50 gramów cukru,
  • 1 jajko,
  • 1/2 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 60 gramów zimnego masła,
  • ew. łyżka kakao.

Połącz ze sobą wszystkie składniki poza kakao i wyrabiaj do uzyskania zwartego ciasta. Dodaj kakao i wyrób jeszcze raz, aż połączy się z resztą składników w gładką masę. Rozwałkuj ciasto na ok. 0,5 cm grubości i smaż na patelni na małej mocy palnika przez ok. 2-3 minuty na stronę. Kruche ciasto z patelni możesz podawać ze świeżymi owocami, dżemem albo samo!

Seniorka zadzwoniła do Ewy zapraszając ją na te specjały.

– To może nie wszystkie od razu? – wnuczka trochę przestraszyła się ilości kalorii jakie będzie musiała przyswoić.

– Nie bój się, najwyżej raz w tygodniu wykonam te przepisy. Sama spróbuję i jeśli mi nie zaszkodzą to będzie znaczyło, że mogę częstować.

– Ha, ha, ha – zaśmiała się Ewa.

Ochłodziło się solidnie i naszło Annę, aby wybrać się do kina. W Internecie obejrzała ofertę w kinie, które miało cztery sale noszące nazwy po zlikwidowanych kinach. Francuska komedia grana w samo południe bardzo ją zachęciła. Widziała tego reżysera „Osiem kobiet”, więc miała nadzieję na dobra zabawę.

Ale najpierw pojechała zaopiekować się kotami urlopującej koleżanki. Zmieniła wodę w miseczce i szklance – tak, jedna z kotek pije tylko ze szklanki, miseczką gardzi. Nałożyła mokrej i suchej karmy do pustych miseczek. Wyrzuciła kupki do muszli wc i dosypała piasku do kuwety. Pogłaskała a nawet podrapała po łepku jedną z kotek a na koniec zamknęła okna, aby zwierzątka nie zmarzły. I wysłała sms z informacją o dokonaniach.

Potem okazało się, że na autobus bezpośredni trzeba będzie dość długo czekać, więc wsiadła w inny wymyślając po drodze połączenia z jakich powinna skorzystać. Na szczęście wcześniej na rozkładzie jazdy sprawdziła trasę tramwaju do którego wsiadła, bo okazało się, że nie jedzie  prosto do kina choć powinien. Wina remontów i takiego jednego polityka. Kolejna przesiadka. Obawiała się spóźnienia ale zostało jej oszczędzone.

Na malutkiej sali było tylko pięcioro widzów. Anna przyzwyczajona, że w tym kinie jeśli przed seansem są reklamy to tylko kulturalne a tu spotkała ją niemiła niespodzianka.

– A fuj – pomyślała, piętnaście minut stracone.

I wszystko byłoby świetnie gdyby w trakcie filmu nie okazało się, że działa klimatyzacja choć dzień jest chłodny. Coraz bardziej i bardziej dotkliwie odczuwała chłód i marzyła tylko o zakończeniu projekcji, aby zdążyć do ubikacji.

– A bodaj im nóżka spuchła! – pomyślała wychodząc ze świątyni dumania. I przypomniała sobie cytat ze „Słówek” Boya: „Wyszedł letki z cichej klozetki”.

Często ją bawi facebookowy portal „Polszczyzna mnie bije”. Ostatnio zacytowano pytanie rodzica: „Jakie ulgi ma uczeń w szkole z dysleksja dykakulia dyskografia”. Komentatorzy nie żałowali porad i opinii:

– Eh, te geny, te geny…

– dobrze, że nie dysmózgia

– dyskografia to chyba z muzyki

– Dysys, dysys, dysys the problem

– Na pewno nie takie duże, żeby rodzicom zwróciło się to, co wydali na załatwienie mu tych wszystkich papierków.

–   Rodzic ma dyskognicję. To może być dziedziczne.

Anna podejrzewa, że te wpisy to wina słownika telefonicznego i pośpiechu piszącego.