Wirus upału (cz. 29)

Pod każdym wpisem podaję datę napisania, bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

**********************************************************************

Deszcze niespokojne potrwały dwa dni, środa dała odetchnąć całej przyrodzie i zaczęły się upały.

A wirus szalał głównie w województwie śląskim, małopolskim i mazowieckim. Cieszyły go plaże pełne letników bez maseczek. Minister przed wyborami powiedział, że można być w tłumie, więc uznano, że głupi kto tego nie rozumie.

Helena produkowała maseczki dla siebie i swoich bliskich. A było ich coraz więcej: Edek, Wacek, Aldona, Kasia, Adaś.

Usłyszała dzwonek domofonu. Nacisnęła guzik i zobaczyła przez drzwiami dwie obce kobiety  z młodym mężczyzną.

– Chcieliśmy z panią porozmawiać o Bogu. Zbliża się koniec świata, jak się pani do niego przygotowuje? Czy wie pani jak osiągnąć wejście do raju? – usłyszała.

–  O, nie – zareagowała. – Nie chcę tego słuchać.

– Jakby do pani przyszedł anioł też by pani go nie wpuściła? – zapytał młodzieniec.

Na takie dictum Helena dostała ataku śmiechu, oparła się o futrynę  i z trudem wykrztusiła:

– Witaj aniele i do widzenia państwu – powiedziała i zamknęła drzwi.

– Upał każdemu dokucza – pomyślała. Powinnam była, może popsikać ich wodą, może by trochę ochłonęli. Następnym razem tak zrobię – postanowiła.

Za gorąco na zakupy, to może chociaż spacer w cieniu parkowych drzew – przyszło jej na myśl.

Włożyła letnią sukienkę, sandały i letni kapelusz. „Bo ja mam słońce w kapeluszu” – zanuciła nalewając zimnej przegotowanej wody do butelki. Włożyła ją do szmacianej torby gdzie miała w kosmetyczce dwie maseczki i chusteczki higieniczne, wzięła klucze, zamknęła drzwi.

Przeszła przez ulicę i znalazła się w parku. Starała się iść w cieniu pod drzewami.

Usiadła na ławce oddychając chłodnym powietrzem. Niedaleko był plac zabaw dla dzieci. Przyjrzała się czy opiekunowie mają na twarzy maseczki – na pięć kobiet tylko jedna zastosowała się do zarządzeń.

– Ale co się dziwić jak w sobotę 8 sierpnia podano, że w Kielcach zrobiono 230 000 nieważnych testów – pomyślała. To państwo jest z tektury i na glinianych nogach. Tyle lat przeżyłam w koszmarnym PRL-u a tu na starość mam jego odmianę. Policjanci biją i aresztują legalnych demonstrantów a LGBT nazywają ideologią. Aż się chce nosić tęczową maseczkę. Chyba sobie taką uszyję. Muszę poszukać w swoich skrawkach odpowiedniego materiału lub poprosić o pomoc Aldonę. A nasza dzielna wrocławsko – ołbińska posłanka Klaudia Jachira w trakcie zaprzysiężenia starego – nowego prezydenta wystąpiła z transparentem „Krzywoprzysiężca”. Dziwne, że jej nie aresztowali za obrazę majestatu. Ale dobrze się stało, bo jeździła po stolicy i wydobywała zatrzymanych demonstrantów z łap i cel policji.

Upał trwał i trwał. Wszyscy nim dotknięci ocierali pot z czoła i nie tylko.

Wacek siedział przed monitorem komputera wystawiając na sprzedaż kolejne znaleziska i torby na zakupy uszyte przez Aldonę. Zrobił sobie przerwę, zaparzył ulubioną kawę i przeczytał, że odwołano konkurs jedzenia kremówek, gdzieniegdzie nazywanych napoleonkami. Bo to papieskie ciastko, Jan Paweł II jadał je w czasach maturalnych, więc taki konkurs obraża uczucia religijne.

– I co jeszcze? – zapytał sam siebie. – Pomnik jej postawią może.

Następną „dobrą wiadomością” było, że w nocy z 13/14 sierpnia uchwalono podwyżkę poborów parlamentarzystom. A w nagrodę, chyba, za trzymanie buzi na kłodkę, przyznano prezydentowej pensję 18 tysięcy miesięcznie.

Nieszczęścia chodzą trójkami, zobaczył więc także nagranie jak pracownik TVP Lublin wyjmuje z kosza i rozrzuca śmieci na pl. Lecha Kaczyńskiego, aby udowodnić, że władze miasta bezczeszczą pamięć prezydenta Polski.

– Nie, to jest nie do pojęcia. Chyba mi się śni. Muszę wziąć chłodny prysznic – postanowił.

Odkręcając kran przypomniał sobie, że trzeba oszczędzać wodę, więc przyjemność była krótka ale trochę pomogła.

Wycierając się wrócił do pokoju, dopił kawę i zaniósł kubek do kuchni. Rozwiesił w łazience ręcznik kąpielowy i włożył krótkie spodnie oraz bawełniany podkoszulek z napisem ‘Śmiech odkurza znużone półki naszych dni” J. Carroll.

Usiadł przed komputerem i zamiast przejść na stronę biznesu-interesu, czyli wystawiania na sprzedaż przeczytał wpis Mariusza Szczygła, który stwierdził, że ludziom niepotrzebna jest wolność. Jak ją nawet wywalczą to szybko dobrowolnie się jej pozbędą co widać na przykładzie Polski, Białorusi, Węgier a nawet Czech gdzie premierem jest cynik, który kupił największe gazety, aby „uczciwie o nim pisały”. Szczygieł posumował: „Wirus niewoli krąży w naszych żyłach”.

Napisane 14.08. 2020 r.

Cwana policjantka

Puertolas Romain – Całe lato bez facebooka. Wydawn. Sonia Draga, Katowice 2018

WSTĘP: “Literatura … jest życiem, a zbrodnia to jego nieodłączna część”

O autorze:

 Puertolas Romain urodził się w 1975 roku w Montpelier (Francja). Jego ojciec był pułkownikiem armii hiszpańskiej. Autor ma wykształcenie humanistyczne i meteorologiczne. Włada kilkoma językami. Pracował w policji gdzie zajmował się badaniem fałszywych dokumentów nielegalnych imigrantów we Francji.

W 2008 roku nagrał 60 filmów demaskujących pracę magów i iluzjonistów, które umieścił na różnych stronach internetowych.

 Napisał cztery powieści z których najbardziej znana jest „Niezwykła podróż fakira, który został uwięziony w szafie Ikei”. Po jej sukcesie, w 2014 roku porzucił pracę w policji i zajął się tylko pisaniem książek.

O książce:

Akcja powieści toczy się w miasteczku, które wita przyjeżdżającym napisem: „Witajcie! Nowy Jork w stanie Kolorado, 150 mieszkańców, 189 rond.  Po przekroczeniu tej linii brak facebooka”.

Ten brak i związana z tym nuda są powodem kilku morderstw. A przecież miasteczko jest urocze choć może trochę klaustrofobiczne –wciśnięte między jezioro, las i górę. Piękne okoliczności przyrody nie zachwycają Agathy Crispies, 35-letniej policjantki, afroamerykanki. Mieszkała albowiem w dużym Nowym Jorku i została za karę zesłana do takiej dziury bez facebooka.  Jej pasją jest czytanie książek i pożeranie pączków z dziurką, czyli donutów, więc jest puszysta. Taki stereotyp – policja i pączki. W dodatku jeździ autem z wielką podobizną donuta na dachu.  Z miłości do książek założyła klub czytelniczy do którego nikt się nie garnie. Pracownicy posterunku z nudów szydełkują, rzucają rzutkami, piłują paznokcie a ich szef bez przerwy przeciera okulary.

To komedia kryminalna, więc autor rożnie się zabawiał. Na przykład nadając bohaterom zabawne nazwiska – policjantka nazywa się jak płatki śniadaniowe, szeryf jak znany fastfood, lekarz sądowy to Scholl a drwala nazwisko brzmi jak firma wytwarzająca muszle klozetowe.

Trupy, owszem są, Agatha próbuje rozwikłać zagadkę kto zabił, czyli zadźgał szydełkiem, czy poranił rzutkami.

Przy okazji autor przemyca informacje o panującym w Stanach rasizmie, ksenofobii, działaniach Ku Klux Klanu, nierównym traktowaniu afroamerykanów przez urzędy czy przemysł filmowy.

Wyśmiewa policjantów, którzy pod kody przestępstw podstawili rodzaj zakupów i tak napad z bronią to pizza i napój.

Bohaterkę przed śmiercią z nudów ratuje czytanie książek: „Lektura jest chwilą samotności, czasem, który dzielimy wyłącznie z bohaterami, opowieścią, która staje się nasza”.

Nie zabrakło też w powieści kota, którego już nie ma ale trochę jest. Są też radioaktywne wiewiórki na które urządza się coroczne polowanie. Radioaktywne niby z powodu Czernobyla – gdzie Rzym a gdzie Krym?

A to wszystko z nudów, wysoki sądzie. To wszystko z nudów.

Polecam książkę.

Wirus biblioteczny (28)

Pod każdym wpisem umieszczam datę napisania, bo są tam czasem aktualne wydarzenia pogodowo-polityczno-spoleczne. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę.

***********************************************************************

Następnego dnia upały zelżały, więc Helena wybrała się do biblioteki. Tę położoną najbliżej kilka lat temu zlikwidowano a właściwie połączono z trzema innymi i przeniesiono do budynku o nazwie „Grafit”. Nieudana to była inwestycja, bo przeznaczona dla właścicieli stoisk z targowiska na Placu Grunwaldzkim kompletnie się nie sprawdziła. Budynek oddalony od ulicy, bez parkingu no i czynsze niebotyczne. Paru właścicieli kramów szybko zrezygnowało i hala opustoszała. Władze miasta uznały więc, że umieszczą tam bibliotekę.  Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Tak więc seniorka chodziła a to do biblioteki w Graficie, a innym razem do filii przy ulicy Reja, w budynku szkoły. Tę też przeniesiono z lokalu, gdzie mieściła się, od lat wielu,  na skrzyżowaniu Reja i Sienkiewicza.

– I komu to przeszkadzało – pomyślała starsza pani idąc przez Park Tołpy, Skwer Edyty Stein i Nowowiejską często opędzając się od komarów.

– Muszę wreszcie kupić olejek waniliowy, bo podobno zniechęca te krwiożercze bestie – zapisała w pamięci.

Nie miała komputera, więc nie mogła książek zamawiać on line ani przedłużać terminu wypożyczenia.

– Trudno, jestem mało nowoczesna. Niech młodzi nadążają, ja już nie muszę. Za autobusami i tramwajami też nie biegam, a co dopiero za nową technologią. I tak dobrze, że nie prasuję żelazkiem na duszę, nie muszę palić w piecu, bo mam elektryczne ogrzewanie i lodówkę pamiętającą PRL – monologowała wewnętrznie przemierzając Ołbin.

Przeszła przez ulicę Jedności Narodowej a przy Górce Słowiańskiej skręciła w lewo.

– Mam nadzieję, że już jest czynna  i będę mogła wypożyczyć jakąś dobrą biografię – planowała dochodząc do drzwi prowadzących do holu.

– Zbyt duży jest, kompletnie to bez sensu – pomyślała. Idzie się i idzie do biblioteki. – Chyba przestanę korzystać z tej wypożyczalni.

Oddala pożyczoną książkę, wzięła bezpłatną gazety, włożyła do torby i zadowolona z decyzji opuściła ponure gmaszysko.

Stoją książki w bibliotece, a w tych książkach cały świat – napisała Lucyna Krzemieniecka, bibliotekarka i pisarka.

– Jutro pójdę na Reja a teraz kupię sobie chleb w prywatnej piekarni przy Barlickiego i trochę świeżych jarzyn w  pobliskich warzywniakach – postanowiła.

Obeszła trzy sklepy porównując ceny i wybierając najlepszy a nie najtańszy towar, bo znała powiedzenie „Tanie mięso jedzą psy”.

Cukiernia Spychały nie skusiła jej swoim asortymentem.

– Póki mogę to sobie sama upiekę coś pysznego – stwierdziła zadowolona ze swojej samodzielności.

Z zakupami poszła do domu odpoczywając przez kilkanaście minut na ławce w parku.

W mieszkaniu wypakowała zakupy i nastawiła wodę na herbatę. Umyła ręce i odłożyła zużytą maseczkę do prania. Posmarowała kilka biszkoptów cienką warstwą dżemu, nalała herbatę do kubka z wizerunkiem kota i z przyjemnością usiadła przy stole. Powoli pijąc gryzła kolejny biszkopt.

Wstała i włączyła radio i usłyszała, że w Polsce zwiększyła się ilość zachorowań na covid19.

– Manipulanci z rządu ogłosili przed wyborami, że pandemia wygasa no i mamy skutki – wyciągnęła logiczny wniosek.  A  pozwolenie na różne imprezy swoje dołożyło. Pisarka Gretkowska po wyborach ogłosiła, że sprzedaje dom i emigruje. Mieszkała już we Francji i Szwecji to dla  niej nie nowina, a co mają robić tacy jak ja? Na udział w manifestacji nie mam siły ani ochoty, żeby mnie policja szarpała, a nie daj Bóg pałowała.

Następnego dnia wybrała się do biblioteki przy ulicy Reja. Wysoka lada była bezsensowną barierą i od razu zniechęcała do kontaktu z bibliotekarkami.

– I kto to wymyślił? Jakiś  zwolennik separacji człowieka od człowieka chyba. Wystarczy szyba z pleksi i maseczka. I dlaczego tu tyle okien? Klimat nam się ociepla, lata coraz gorętsze a tu szyba na szybie, szybą pogania. Pamiętam, że w bibliotece przy ul. Staszica notorycznie co jakiś czas wybijano okno, kierowniczka filii nawet w nocy musiała tam przyjeżdżać i dobytku pilnować. A tutaj ktoś „załatwił” odmownie, czyli zniszczył trezor ułatwiający oddawanie książek gdy biblioteka jest zamknięta – tak sobie seniorka monologowała wewnętrznie chodząc wśród regałów.

Przecież „Biblioteka jest wielka przez swą gościnność i wiedzę w niej zawartą a nie przez jej rozmiary”.

Chyba jednak wybiorę się do Dolnośląskiej Biblioteki lub do filii przy ul. Szewskiej. Szkoda, że te dwie jakieś takie nieprzyjazne są. Ale zawsze jeszcze mogę podjechać do „Famy”, mam przecież tam dwa bezpośrednie autobusy z przystanku przy Sienkiewicza lub Nowowiejskiej. I z takim postanowieniem wypożyczyła książkę „Zły Tyrmand”.

Napisane 10.08.2020 r.

Wirus pogody (cz. 27)

Pod każdym wpisem podaję datę napisania tekstu, bo umieszczam w nim, czasem, aktualne wydarzenia pogodowo-społeczno-polityczne.

*****************************************************************

W poniedziałek na początku sierpnia lało i lało. Komary zacierały nóżki szykując się do krwi wysysania i jaj składania, czyli rozmnażania. Mieszkańcy oprócz jedzenia najchętniej kupowali środki owadobójcze. Niektórzy uznali, że pogoda jest gastronomiczna i trzeba to uczcić chociażby puszką piwa.

Helenę strzykało prawie wszędzie. Zjadła śniadanie, zaparzyła świeżą herbatę liściastą, otuliła się kocem i czytała książkę przy cichej  muzyce.

Edek po posiłku rozsiadł się na fotelu, głaskał kota i cieszył się, że nie musi nigdzie wychodzić. Aldona przeglądała znalezione ubrania, tkaniny i firanki kombinując jak je wykorzystać, aby zarobić.

Wacek szukał w Internecie wskazówek jak pozbyć się nie swoich długów.

Kasia chciała popracować ale dzięki temu, że w czasie deszczu dzieci się nudzą musiała zająć się synkiem. Na śniadanie zjadł owsiankę z cynamonem i owocami. Mama przeszła szkolenie na temat zdrowego jedzenia, więc nie zapychała go słodyczami.

Potem przeczytała mu ulubioną książeczkę o zwierzątkach. Następnie razem, koniecznie razem, rysowali zwierzęta w ogrodzie zoologicznym. No i jeździli samochodzikami po całym mieszkaniu i Adaś płakał gdy mama go wyprzedzała.

Zmęczona Kasia włączyła w końcu telewizyjny kanał dla dzieci, aby ugotować obiad. A i tak co chwilę słyszała:

– Mamo, chodź zobacz. Mamoooo, a ja chcę takiego króliczka. I takiego pieska. Mamooo, dlaczego my nie mamy żadnego zwierzątkaaaa?

– Mamooo, a upieczesz nam pizzę?

– Tak, pizza to dobry pomysł – pomyślała sobie Kasia. – Dobrze, że kupiłam suche drożdże.

Wyjęła je z szafki wraz z mąką. Przesiała do miski, zrobiła w niej dołek, rozpuściła drożdże w wodzie, wlała do dołka, dodała trochę cukru i zasypała mąką, aby zaczęły rosnąć.  Obok miski postawiła olej, utarty żółty ser, pokrojonego świeżego i suszonego pomidora,  przyprawy, w tym prażoną cebulę. Nie miała wędliny, więc uznała, że potrawa będzie wegetariańska.

Umyła ręce, przyczesała włosy i zaparzyła sobie świeżą kawę w kawiarce nabytej w sklepie dobroczynnym. Dla Adasia kupiła tam kubek z kotkami.

– Chociaż w ten sposób ma zwierzątko – pomyślała.

Wacek trafił w Internecie na facebooku udostępniane, przez wiele osób, nagranie ekspresyjnej tłumaczki języka migowego Małgorzaty Limanówki. Po prostu skradła show uczestnikom koncertu „Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki”.

– Nie dość, że zdolna i ładna to jeszcze swoją pracę wykonuje z ogromnym zaangażowaniem – pomyślał. – Pewnie konkurencja ja znienawidziła a hejterzy nie oszczędzili. Ale nie będę tego czytać.

Kotek Daruś znudził się głaskami Edka. Zeskoczył z jego kolan i zaczął wylizywać futerko. Prawie słychać było jak nuci „Wyginam śmiało ciało”.

– Edek, pomóż mi poskładać te rzeczy – poprosiła Aldona.

– To babskie zajęcie – obruszył się facet.

– A męska to siedzenie przed telewizorem i popijanie piwa?

– Akurat trafiłaś jak kulą w płot, nie mamy telewizora i piwa.

– To może ugotuj obiad?

– Ha, ha, ha – co to ja kucharzem jestem?

– Acha, to ja mam być kucharką, praczką, sprzątaczką, prasowaczką i jeszcze zarabiać? A ty  co? – zapytała wkurzona lekko kobieta rzucając w niego spodniczką.

– Co ty mi tu rzucasz? Mam się w to ubrać i gotować?

– Pewnie, dam ci jeszcze bluzkę z falbankami i buty na obcasie.

– To poproszę wszystko w różowym kolorze – zażartował Edek.

– Akurat takich nie mam.

– No i sama widzisz, nie uda ci się mnie zmienić.

– To chociaż wyciągnij pierogi z zamrażalnika, zagotuj wodę w garnku i wrzuć je tam.

– Kobieto, jak ty mnie wykorzystujesz – stękając Edek wstał z fotela i podszedł do lodówki. Chyba zapatrzył się na Powolnikaka z serialu „Co ludzie powiedzą”.

W tym momencie kotek podbiegł i rozległo miauuuu.

– O co chodzi kocie? Pewnie trochę surowego mięska byś zjadł? Proszę bardzo ale musisz sam iść i kupić sobie ten rarytas. – Popatrz przez okno jak pada.

I rzeczywiście Darek wskoczył na parapet.

– Ty to jesteś bystrzejszy od niejednego człowieka – pochwaliła kota Aldona. – Należy ci się nagroda ale to nie dzisiaj. Dostaniesz swoją porcję z saszetki a na deser ulubioną suchą karmę.  

Napisane 5.08.2020 r.

Pigułki bez recepty

Alosza Awdiejew – Pigułki rozweselające. Zabawne powiedzonka ratujące przed smutkiem. Wydawn. MANDO 2019

WSTĘP: „Drodzy Czytelniczki i Czytelnicy! Proszę traktować ten zbiór powiedzonek jako swoją własność”

O autorze:

Alosza Awdiejew urodził się 18 lipca 1940 roku w Woroszyłowsku. Z wykształcenia jest filologiem i muzykiem. Do Polski przyjechał w 1967 roku. Obywatelstwo uzyskał dopiero w 1993 roku. Od 2005 roku jest profesorem nauk humanistycznych. Opublikował (oprócz prac naukowych) wspomnienia pt.: „Polak z wyboru”.

O książce:

„Pigułki” składają się z 18 rozdziałów poczynając od „Na dobry początek dnia” przez „Gdy dokucza ci bieda lub bogactwo” i „O sprawach łóżkowych” do „Na koniec dnia, by zasnąć z uśmiechem na ustach”.

Jednak w swoich wspomnieniach napisał: „Nie mam poczucia humoru. To znaczy mam w tym sensie, że potrafię odróżnić to, co jest śmieszne od tego, co śmieszne nie jest”.

Ze wstępu dowiadujemy się, że zachwyciła go umiejętność niektórych Polaków wyrażania myśli w sposób skrótowy i zabawy językowe. Zaczął więc zbierać wypowiedzi, według niego śmieszne, zabawne, które są językowymi wynalazkami i mają na celu rozbawienie odbiorców. Przeglądał różne zbiory aforyzmów i powiedzonek w języku angielskim i francuskim. Spisywał także te usłyszane u znajomych.

W pierwszym rozdziale zaleca zażyć pigułkę rozweselającą, tak jak na przykład:

„Prześladują mnie mądre myśli, ale ja jestem szybszy”.

Rano należy się umyć i ubrać a potem:

„Trzeba kochać życie i siebie samego” oraz mieć dystans do siebie i innych. Ach, jakie to trudne – prawda? To przeczytajcie i zapamiętajcie:

„Brzydota ma pewną przewagę nad pięknem – nigdy nie przemija”.

Aby być w dobrej kondycji trzeba się ruszać a według George`a Orwella „Sport jest zwykłą wojną bez strzelania”.

Lekarz Alzheimer w latach 1912-1915 mieszkał i pracował w niemieckim Wrocławiu czyli Breslau.

„Na grobie Alzheimera należy kłaść niezapominajki”. Zróbcie to jeśli będziecie we Frankfurcie nad Menem.

Warto tez pamiętać, że „Czas leczy, ale nie wszyscy doczekują się wyników”.

W książce znajdziemy też powiedzonka o alkoholu, mężczyznach i kobietach, kulturze, historii i polityce.

Warto chyba kupić kilka egzemplarzy, jeden zostawić sobie a z różnych okazji obdarowywać tą książeczką krewnych i znajomych, aby serwowali sobie zamiast prozacu czy alkoholu.

Na koniec:

„Bóg lubi głupich ludzi – tylu ich stworzył”. „Śmiech wydłuża życie ale skraca karierę”. Szczególnie śmiech z tych trzymających władzę. Jeśli o śmiech idzie to moim ulubionym cytatem jest „Śmiech odkurza znużone półki naszych dni” – J. Carroll „Czarny koktajl”

Wirus rodzinny (cz. 26)

Pod każdym tekstem podaję date powstania ponieważ czasami umieszczam aktualne wydarzenia.

*************************************************************

Żałobnicy w maseczkach pojechali taksówką do mieszkania przy ulicy Nowowiejskiej. Na drugim piętrze dwa pokoje, widna kuchnia i łazienka zaskakiwały wieloletnim zaniedbaniem. Mieszkanie zostało posprzątane ale widać było, że poprzednia lokatorka nie miała siły lub ochoty dbać o swoje otoczenie. Świadczyły o tym przetarty dywan, ściany z plamami, urwane uchwyty szafek i zniszczona podłoga w przedpokoju. Niewiele było mebli w dodatku bardzo zużytych, krzesła każde inne, poobijane i odrapane.

W większym pokoju na środku stał stół przygotowany do obiadu. Talerze i sztućce bardzo się różniły między sobą jakby nabyto je, z tej okazji,  w sklepie dobroczynnym.

Kto musiał skorzystał z łazienki gdzie biel wanny już dawno przeminęła, umywalka kiwała się w takt najmniejszego ruchu człowieka, a oba krany radośnie kapały tworząc żółte smugi na ceramice urządzeń. I nikt nie umiał uleczyć ich kataru.

Goście usiedli przy stole z obrusem tak spranym, że z trudem można było dostrzec kwiatowy deseń.

Córka Wacka przyniosła z kuchni wazę z zupą, nalała gościom na  talerze i wszyscy zaczęli jeść.

– Mamo, a babcia nie przyjdzie? – zapytał synek ubrany w krótkie dżinsowe spodenki i niebieską koszulkę.

Spożywający posiłek spojrzeli po sobie.

– Nie, mówiłam ci przecież, że nie żyje. Była bardzo zmęczona i zasnęła na zawsze.

– Jak ja będę zmęczony to też tak zasnę?

– Nie, ty na pewno nie.

– To tylko babcie tak zasypiają? – drążył temat czterolatek.

– Najpierw zjedzmy a potem ci to wyjaśnię – powiedział Wacek.

– A dlaczego tatuś nie przyjechał? – synek nie przestawał zadawać pytań.

– Dziadek powiedział, że teraz jemy i nie zadajemy pytań – ucięła mama.

Po obiedzie, kobiety zaniosły naczynia do kuchni a Wacek i Edek zabrali się do zmywania i wycierania.

– Cieszysz się, że córka wróciła?

– Pewnie, po rozwodzie żona wszystko robiła, żeby nam utrudnić kontakty a przecież dzieli nas tylko park.

– I nigdy się nie widywaliście?

– Czasem, przypadkiem. Pytałem ją co słychać, jak jej idzie w szkole, czy nie potrzebuje pieniędzy.

– Potrzebowała?

– Jasne, że potrzebowała. Matka była na nędznej rencie a dorobić nie umiała lub nie chciała.

Po zmywaniu naczyń Wacek umył ręce i powiedział do córki:

– Kasiu, to ja przejdę z Adasiem do drugiego pokoju a wy sobie porozmawiajcie.

Wziął malca za rękę:

– Chodź pobawimy się twoimi samochodzikami.

– I powozisz mnie tym dużym nowym?

– Jasne, co tylko zechcesz – stwierdził dziadek i wyszli z jadalni.

– Zostanie pani w Polsce  czy wraca do Anglii? – zapytała Helena poprawiając wywinięty rękawek bluzki.

– Raczej zostanę. Pracować mogę komputerowo on line a tu mam do załatwienia różne sprawy po mamie. Wygląda na to, że wzięła kilka kredytów i ma długi – odpowiedziała kobieta.

– Nie widać tych pieniędzy tutaj – mało taktownie zauważył Edek.

– Niestety, mama miała problem z piciem i stąd to wszystko.

– No to nie zazdroszczę – stwierdziła Helena.

– Tato obiecał, że mi pomoże.

– Chociaż tyle dobrego – podsumowała Aldona.

– To my teraz już pójdziemy, pewnie jesteś zmęczona – powiedział Edek i podniósł się z krzesła.

– Tak, masz rację, idziemy. Ja też chcę już odpocząć – dodała seniorka.

– Dziękuję za ciasto – powiedziała Kasia. – Wszystkim bardzo smakowało.

Helena, Aldona i Edek wyszli na ulicę.

– Dobrze, że mamy blisko do domu – ucieszył się mężczyzna.

Przeszli przez Nowowiejską, Park Tołpy i już byli na ulicy Prusa.

Dzień Sąsiada jest obchodzony od 2000 roku w ostatni wtorek maja. My mamy go codziennie. I to nie tylko medialnie ale w czasie rzeczywistym. Czy może być coś lepszego? – pomyślała Helena ocierając chusteczką higieniczną spocone czoło.

Napisano 27.07.2020 r.

Wirus smutku (cz. 25)

Na końcu każdego tekstu podaję datę powstania bo czasem umieszczam aktualne wydarzenia.

*****************************************************************************

   Helena pozbierała upadłe owady i wrzuciła do kubełka na śmieci. W łazience wzięła oszczędny prysznic  wcale nie dlatego, że „częste mycie skraca życie”. Włożyła uszytą przez siebie koszulę nocną z delikatnej bawełnianej kory w drobne kwiatki. Na to ulubioną  podomkę. Krótko popatrzyła w lustro myjąc twarz mleczkiem kosmetycznym.

  „Uroda mija, głupota i zły charakter zostają” – pomyślała pocieszająco.

    Przeszła do kuchni,  nalała herbaty z melisy i usiadła na ulubionym krześle tapicerowanym, wzięła książkę ze stołu i zaczęła czytać. Oczy jej się same zamykały, więc odłożyła powieść zaznaczając zakładką z kotami.

  Wstała i przeszła do nyży. Położyła się i zaraz zapadła w sen. Znalazła się nagle w garażu z filmu „Pół żartem, pół serio”. Nie zdążyła powiedzieć „uciekajcie” gdy wjechało auto z gangsterami, którzy zaczęli strzelać. Hałas ją obudził. Przestraszona nie wiedziała co się stało. Ale po chwili przewróciła się na drugi bok i zasnęła.

Rano niczego nie pamiętała. Ubrała się i po śniadaniu poszła na zakupy. Spotkała po drodze Edka.

  – Czy wiesz kiedy będzie pogrzeb żony Wacka? – zapytała.

– Tak, pojutrze. – Wybierze się pani?

– Nie, raczej nie. To już nie na moje siły. Na cmentarz pojadę innego dnia, aby sprawdzić jak wygląda grób mojej koleżanki.

– A dokąd pani teraz idzie?

– Na zakupy.

– To może pani pomogę nieść to co pani kupi?

– Oj, synku, bardzo chętnie skorzystam z twojej pomocy. Zrobię sobie jakieś zapasy. – A co słychać u Aldony?

– Miała zamiar coś szyć ale rozchorowała się jej siostra i tam poszła.

– Dobrą ma tę siostrę?

– Tak, lubią się. Gorzej ze szwagrem, to podobno gbur niechętny wszystkim.

– To dobrze, że nie musi już tam mieszkać.

– O, to pani już wie, że mieszkamy razem?

– Tak, Wacek mi powiedział. Dobrze się złożyło.

– Pewnie, nawet kot ją polubił – powiedział zadowolony Edek.

Zakupy zajęły trzy duże torby i nie były to reklamówki.

– Jeśli Aldona zajęta to zjedz u mnie obiad – zaprosiła Helena.

– Och, bardzo chętnie. Sam nie umiem gotować choć Aldona próbuje mnie uczyć.

– I jak ci idzie?

– Słabo, żaden ze mnie master chef.

– Och, to też jest kwestia wprawy.

Zanieśli zakupy do mieszkania Heleny przechodząc przez Park Tołpy.

– Pomogę pani się rozpakować i przyjdę o drugiej – dobrze?

– Tak, to dobra godzina, żebym zdążyła coś dobrego ugotować.

 W myśl zasady „Jesteś tym co jesz” Helena przygotowała obiad zdrowy i pożywny a na deser kisiel ze świeżymi malinami.

Edek przyszedł punktualnie z prezentem w postaci drewnianej szkatułki.

– Nie przeszkadza pani, że to jest znalezisko?- zapytał.

– Oczywiście, że nie. Przyda mi się na różne drobiazgi, dziękuję.

Usiedli przy stole, nalali sobie zupę na talerze i Edek powiedział:

– Wacek prosił, aby pani przyszła na pogrzeb jego żony. Będziemy jechać taksówką, więc nie zmęczy się pani dojazdem. Weźmie też składany stołeczek to będzie pani mogła usiąść.

– Skoro tak to się zgadzam. – Na którą mam być gotowa?

– Na dziesiątą rano. A potem wszyscy razem zjemy obiad. Wacek zaprasza.

– Czy zmieścimy się w jego mieszkaniu?

– Nie, pójdziemy do domu jego żony. Córka z synem tam mieszkają i chyba zostaną w Polsce.

– To może upiekę ciasto z owocami, będzie na deser.

– Świetny pomysł. Powiem jego córce. Razem z Aldoną ugotują obiad, pani przyniesie ciasto.

– A panowie co zrobią? – zadała podchwytliwe pytanie seniorka.

– A panowie posprzątają i pozmywają – nie dal się zaskoczyć Edek.

– To lubię – zaśmiała się Helena.

Pogoda tego dnia była przyjazna żałobnikom. Ceremonia nie była zbyt długa. Wszyscy potem przeszli w ciszy przez długą alejkę cmentarza.

– Wszystko tu się kończy: wyścig szczurów, sława, władza, zazdrość i posiadanie – pomyślała Helena. Napisane 26.07.2020 r.

p.s. jeśli chcecie obejrzeć różne moje rękodzieła to zapraszam na facebookowy profil „Robotki z komódki”

Zakurzone barykady

Marcin Wicha – Rzeczy, których nie wyrzuciłem, Wydawn. Karakter  Kraków 2017

WSTĘP: „Nie wszystko w życiu da się zamienić na śmieszne historyjki”

O autorze:

Marcin Wicha urodził się w 1972 roku w Warszawie. Jest grafikiem, dziennikarzem i pisarzem.

W 2015 roku opublikował zbior esejów „Jak przestałem kochać design”.

W 2017 roku otrzymał nagrodę Paszport Polityki w kategorii literatura, a w 2019 Literacką Nagrodę Nike i Literacką Nagrodę im. W. Gombrowicza za książkę „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”.

Napisał też 5 książek dla dzieci.

O książce:

Bezlitośnie niszczymy swoją planetę zaśmiecając ją wyrzucanymi przedmiotami  w pędzie za czymś nowym, niby lepszym. Ci bardziej świadomi biją na alarm i namawiają do ekologicznych i recyklingowych zachowań.

Spadkobiercy mają problem: co zrobić z rzeczami po zmarłych? Mariusz Szczygieł w książce „Nie ma” opisał węgierski sklep z takimi przedmiotami. Na facebooku jest portal: „Uwaga śmieciarka jedzie” gdzie można wstawić zdjęcia swoich rzeczy do oddania a także położonych obok różnych śmietników.  

Marcin Wicha porządkując mieszkanie swojej matki napisał tę książkę.

Składa się ona z kilku części i krótkich, czasem bardzo krótkich rozdziałów. Ma 183 strony a część pierwsza to „Kuchnia mojej matki”  składająca się z 18. tekstów.

Część 2 ma tytuł: Słownik a część 3 to „Śmiech w odpowiednich momentach”.

To zbiór esejów na różne tematy, na pierwszy rzut oka jest wspomnieniem, opowieścią o matce autora, która „Terroryzowała ludzi mówiąc im prawdę w oczy”. Zawodowo była jednoosobowym komitetem ratowania nieszczęśników rozjechanych przez system edukacji.

Jak na rodzinę inteligencką przystało w domu było bardzo dużo książek a współczesny antykwariusz nazwał je makulaturą. Profan jeden.

Autor jest grafikiem więc na podstawie domowej biblioteki opisuje wygląd książek w latach 40., 50., 60., 70., 80. i 90. XX wieku. Wyjaśnia dlaczego powstała seria „Nike”: „Małe formaty do małych mieszkań”.

W paru miejscach książki błyska poczucie humoru jak niespodziewanie znaleziony brylant w szparze drewnianej podłogi: „Współczesne książki robią się coraz grubsze i coraz lżejsze. Głównie dzięki technologii spulchniania papieru”.

Mamy tu także, modny teraz, wątek kulinarny – matka wycinała i zbierała przepisy kulinarne.

Ale to nie jest tylko wspomnieniowa pozycja o matce i książkach. Zawiera o wiele więcej treści. Jest historią polskiego powojennego pokolenia w dodatku z przeszłością naznaczoną holocaustem, bo obie babcie autora były Żydówkami. Ale o tym się w rodzinie nie mówiło.

Jest o zmaganiu się z peerelowską rzeczywistością, biurokracją, czy niesprawnie działającymi wodociągami. O codziennej gazecie zamieszczającej powieść w odcinkach.

Po próbie wyrejestrowania abonamentu RTV na poczcie napisał:

„…urzędniczki są wieczne. Potężniejsze od premierów, prezydentów i sekretarzy”. Ponieważ ich supermocą jest obojętność”.

Wicha z matką rozmawiał wciąż o polityce i uważa, że jest to nasz odpowiednik angielskiej pogody, czyli ucieczka przed myśleniem o dołującej nas codzienności i chorobach. Pisał to przed koronawirusem. Czy ma rację?

Na koniec: „Nie znikniemy bez śladu”. Zostaną po nas rzeczy – zakurzone barykady.

Polecam.

Wirus pomysłu (cz. 24)

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę w dół. Pod każdym odcinkiem umieszczam datę napisania, bo są w nich aktualne wydarzenia.

*********************************************************************

     Aldona wstała widząc Helenę.

– A co pani tu robi? – zapytała zaskoczona seniorka.

– Przyszłam opowiedzieć jak się panowie spisują czyli malują. Jutro wszystko posprzątamy i wieczorem będzie pani mogła wrócić do siebie. Dobrze, że jest ciepło to ściany szybko schną. Przesuwając meble zauważyłam, że ma pani maszynę do szycia.

– Rzeczywiście mam. Czy pani umie ją obsługiwać?

– Tak, kiedyś trochę szyłam.

– I co, chciałaby pani ją pożyczyć?

– Tak sobie pomyślałam – może mogłabym szyciem trochę zarobić.

– O, to pani jest krawcową?

– Krawcową to nie. Ale znajdujemy koło śmietnika różne ubrania.  Niektóre wymagają tylko uprania. A na przykład ze spodni dżinsowych mogłabym szyć fajne torby na zakupy.

– Ma pani rację. Pożyczę pani maszynę. Cieszę się, że ma pani pomysł jak zarobić zamiast siedzieć i narzekać.

– Na narzekanie szkoda czasu i energii – stwierdziła Aldona.

– Słusznie bardzo, to jest właściwa postawa.

Helena postawiła torbę na krześle, zdjęła sandały i włożyła frotowe kapcie.

W tej chwili wszedł Wacek cały zachlapany farbą.

– Co się stało? – zapytała Helena. – Siadaj, pewnie to coś ważnego, że przerwałeś pracę i przybiegłeś.

– Tak, to bardzo ważne. Zadzwoniła do mnie córka.

– O, to ty masz córkę? – zdziwiła się Helena.

– Tak, mieszkała z dzieckiem w Anglii. Teraz przyjechała bo zmarła moja była żona.

– Czyli byłeś żonaty i masz córkę oraz wnuka, czy wnuczkę – podsumowała starsza pani.

– Wnuka.

– No i co teraz zrobisz? – spytała Aldona.

– Córka załatwia sprawy związane z pogrzebem. Muszę jej pomóc.

– Oczywiście – zgodnie stwierdziły panie.

– Edek dokończy malowanie, razem z Aldoną posprzątają, proszę się nie martwić.

Wacek wyszedł poprawiając gazetową czapkę zsuwającą mu się na czoło.

– A to nowina! – powiedziała Helena. – Nie wiadomo czy córka zostanie w Polsce czy wróci do Anglii. Zapytam go przy okazji.

– To ja już pójdę. Zabiorę maszynę do Edka.

– Idź dziecko, idź. Ja zrobię sobie coś do jedzenia.

Włączyła radio na stację grając cichą muzykę. Usiadła przy stole i spokojnie zjadła posiłek. Nalała do kubka rano zaparzoną herbatę liściastą.

Przed snem przeczytała kilkanaście kartek „Domu tęsknot” Piotra Adamczyka. Świetnej powieści opisującej rodzinę autora i nasze miasto, od czasów powojennych do współczesnych,  na podstawie dziejów mieszkańców jednej kamienicy na Krzykach.

Nazajutrz późnym południem Edek z Aldoną przyszli, aby przenieść rzeczy Heleny do jej mieszkania.

Seniorka obejrzała odnowione mieszkanie i zachwycona ucałowała oboje.

– Świetnie się spisaliście. Wszystko nabrało blasku. Meble jak nowe. Tylko, proszę zdejmijcie zasłony, bo trzeba je wyprać. Zaraz wyciągnę czyste to od razu założycie i będzie pięknie.

– Książki też odkurzyliśmy – pochwalił się Edek. I pożyczyłem sobie „Konrada Wallenroda”, żeby poczytać o Aldonie.

– Bardzo dobrze, to razem poczytajcie. – A co słychać u Wacka?.

– Załatwia pogrzeb. Oboje pójdziemy choć nie znaliśmy jego żony.

– To i córki nie znacie?

– Nie, i wnuka też nie. Wacek mówił, że jego ojciec jest Anglikiem ale małżeństwo się nie udało.

– Pił i bił?

– Nie wiem. Szczegółów Wacek nie zna, bo od lat nie mieli kontaktu z córką.

Edek i Aldona powiesili nowe zasłony i pożegnali się.

Helena zaczęła rozpakowywać torbę. Otworzyła okno ale zaraz je tylko uchyliła, bo komary zaczęły nawiedzać jej mieszkanie. A z nimi jedna bardzo namolna i brzęcząca mucha. Seniorka zwinęła gazetę i zaczęła się z nimi konsekwentnie żegnać.

– Trudno, albo ja albo one – pomyślała. „Racyja mocniejszego zawżdy lepszą bywa” – zacytowała sobie w duchu zbierając upadłe owady.

– Muszę się posmarować olejkiem waniliowym, podobno odstrasza.

Napisane 22.07. 2020 r.

Pasztet drobiowy – przepis

PASZTET  drobiowy – przepis

Składniki:

 20 dag serc drobiowych

20 dag żołądków drobiowych

15 dag wątróbki drobiowej (nie więcej)

20 dag mięsa drobiowego

2 jajka

1 czerstwa bułka

pieprz czarny lub ziołowy

sól

mała marchewka, mała pietruszka, mały kawałek selera,

cebula  świeża lub prażona

Wykonanie:

Umyte serca, żołądki i pokrojone mięso, pokrojoną marchewkę, pietruszkę, selera razem dajemy do jednego garnka, posypujemy pieprzem i podsmażoną (lub prażoną gotową) i dusimy do miękkości. Pod koniec dodajemy wątróbkę i jeszcze dusimy. Bułkę zalewamy mlekiem, gdy zmięknie odciskamy płyn. Po wystygnięciu mięso mielimy w maszynce lub miksujemy. Łączymy z bułką i jajkami. Dokładnie mieszamy. Masę wykładamy do foremki podłużnej lub kwadratowej wyłożonej szczelnie surowymi plasterkami boczku lub papierem do pieczenia. Wierzch smarujemy olejem lub rozpuszczonym smalcem. Pieczemy 50 minut w gorącym piekarniku. W moim termometr nie działa, więc nie umiem podać ile ma być stopni.