Koncert

To opowiadanie napisałam na konkurs, którego motywem przewodnim był FORTEPIAN. Oczywiście nagrody nie dostałam, bo jurorzy rzadko okazują poczucie humoru, nawet jeśli je mają.

********************************************************************************

Sala domu kultury miasteczka była wypełniona tylko w czwartej części ponieważ słuchacze siedzieli, zgodnie z wymaganiami czasu pandemii, co drugie krzesło. Każdemu przed wejściem na salę sprawdzono temperaturę ciała i kazano podpisać oświadczenie dotyczące stanu zdrowia. Koronawirus grasował i nie odpuszczał jak hordy dzikich najeźdźców. Nie potrzebował Dżingis chana, Tuhaj – beja ani innego dowódcy. Nie musiał inwestować w broń ani mundury dla swojej armii. Niewidoczny gołym okiem był groźny jak wszystkie dotychczas wynalezione środki rażenia razem wzięte.

Fortepian stał na podwyższeniu stanowiącym część sali teatralnej. Lśnił szlachetną czernią i napisem Calisia.

Zza kulisy wyszedł młody pianista, ukłonił się publiczności i usiadł  przy instrumencie. Jego blond czupryna i biała koszula odbijały światło reflektora. Czarne spodnie i kamizelka harmonizowały z barwą instrumentu. Muzyk kilkakrotnie poruszył palcami obu rąk i zaatakował klawiaturę nokturnem Chopina.

Po chwili w prawym rogu sali rozległ się głośny dzwonek telefonu komórkowego. Dzwonił i dzwonił. Pianista nie zważając na nic kontynuował granie. Wreszcie komórka umilkła. Po minucie kolejny telefon oznajmił swoją obecność i pracowitość. Właściciel szeptem długo opowiadał gdzie jest, opisał salę, publiczność i lekceważąco osobę grającego.

– E, wiesz, to taki szczeniak. Syn mojej siostry to obiecałem przyjść. Nudzi mnie to, wolę koncerty Zenka. Dobra, już kończę.

Za chwilę telefon zadzwonił w ostatnim rzędzie. Kobieta długo szukała go w torebce a gdy znalazła upuściła na podłogę. A on ciągle dzwonił. Właścicielka uklękła w przejściu macając na oślep podłogę wokół krzeseł. Dzwonek nieprzerwanie i uparcie  grał piosenkę „Zakręcona, zakręcona”. Obecni na sali przestali zwracać uwagę na pianistę, wszyscy już byli wkręceni w kibicowanie kobiecie poszukującej zguby.

Pianista bez komentarza przerwał grę, wstał i opuścił salę. Nikt tego nie zauważył. Telefon przestał brzęczeć ale nadal było słychać dźwięki nokturnu. Klawisze same się poruszały a fortepian powoli przesuwał się w stronę krzeseł i publiczności.

W pierwszym rzędzie siedział burmistrz w ślubnym za ciasnym garniturze a obok niego małżonka wystrojona w błyszczącą suknię oraz liczną biżuterię.  Dwójka ich nastoletnich dzieci odziana była w modnie podarte dżinsy. Obok siedzieli radni i lokalni biznesmeni. Każda z tych osób inaczej rozumiała pojęcie elegancji. Na szczęście nikt polecenia: ubierz się w niedzielną odzież nie zrozumiało, że może to być piżama.

 Fortepian niebezpiecznie zsunął się ze sceny i zawisł nad nimi.

– Uciekajmy – szepnęła burmistrzowa brzęcząc bransoletkami.

– E, nie – to są jakieś sztuczki, zostańmy, bo potem się będą z nas śmiali. Może tak było zaplanowane – powiedział małżonek ocierając pot z czoła kraciastą chustką do nosa.

Ich nastoletnie dzieci dostały ataku śmiechu, włączyły smartfony i wszystko nagrywały świetnie się przy tym bawiąc.

– Damy to na wszystkie media społecznościowe – zobaczysz jacy staniemy się sławni – powiedział braciszek do siostry.

– Noo – odpowiedziała inteligentnie dziewczyna nie przestając nagrywać.

Radni siedzący na bocznych fotelach rzędu  powoli chyłkiem umykali z sali.

Fortepian nadal grając leciał w stronę pierwszego dzwonka telefonu i nogą zawadził o młodego właściciela, który zdołał się uchylić. Instrument zawrócił i ponownie zaatakował młodzika. Ten zdenerwowany zrejterował wykrzykując  przekleństwa i pogróżki.

Fortepian przeleciał do gadatliwego wujka pianisty i solidnie uderzył go kanciastym bokiem. Mężczyzna zawył z bólu i zrywając maseczkę z twarzy krzyknął:

– Co jest? To jakieś żarty? Ktoś mi za to odpowie!!!

Unikając ponownych uderzeń wybiegł z sali depcząc ludziom po nogach.  Brzydkie wyrazy powtarzając po kilka razy.

Instrument przestał grać i cichym lotem skierował się w stronę kobiety w ostatnim rzędzie, która klęcząc nadal szukała telefonu. Nie widziała co się dzieje wokół więc gdy spróbowała  wstać okazało się, że  coś dużego i ciężkiego ją blokuje. Przeczołgała się do końca rzędu, próbowała ponownie stanąć pionowo ale dostała bokiem fortepianu i padła zemdlona. Mąż próbował ją cucić uderzając mocno w twarz. Ocknęła się i powiedziała:

– Nie bij tutaj.  Wystarczy, że robisz to w domu.

– Cicho, kretynko, trzeba było wyłączyć telefon. Tyle razy ci to mówiłem. Ale do ciebie, jak zwykle nic nie dociera. Wstawaj i wychodzimy.

Podparł ją i postawił na nogi. Chwiejąc się trochę kobieta wyszła na korytarz, by tam znowu osunąć się na podłogę.

– To sobie leż jak lubisz – powiedział opiekuńczo małżonek i opuścił budynek.

– Ja pani pomogę – powiedziała jedna z radnych pomagając kobiecie wstać. – Może zadzwonię po pogotowie? – zapytała.

Poszkodowana skinęła głową i tylko szepnęła:

– Proszę.

Publiczność na sali osłupiała i ze zdziwienia została na miejscach oprócz kilku szybkich radnych.

A fortepian spokojnie przepłynął w powietrzu nad nimi i osiadł na scenie. Zza kulis wyszedł pianista, usiadł i bez słowa zaczął grać uśmiechając się do siebie.

Wirus cholerny (cz. 41)

Kolejny odcinek tej pandemicznej lecz optymistycznej powieści blogowej ukazuje się w każdą sobotę. Pod tekstem podaję datę napisania bo umieszczam w tekście aktualne wydarzenia. Co drugą środę pojawia się tu (tak hokus – pokus) albo inne opowiadanie, albo recenzja książki. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************************

W kraju działo się coraz gorzej, więcej zakażeń, mało miejsc w szpitalach dla chorych, lekarze na Narodowy Fundusz udzielali tylko telefonicznych porad a rząd wydał miliony złotych na 300 nowych wypasionych aut. Pewnie wszystkie jakie mieli  już porozbijali.

Watykan pozbawił wrocławskiego arcybiskupa Gulbinowicza paru przywilejów, nie za pedofilię  i ukrywanie przez wiele lat tego przestępstwa dokonywanego przez  innych księży a za uprawianie seksu z klerykami. Ma 97 lat, wygodnie spędza ostatnie lata w domu opieki dla duchownych w Henrykowie i pewnie ma w nosie tę decyzję.

Zamknięto znowu wszystkie instytucje kultury, w tym biblioteki oraz galerie handlowe. Media bez przerwy mielą temat zakażeń  strasząc i tak przestraszonych.

– Na frasunek dobry trunek – powiedział Edek głaszcząc kota Darusia.

– Na stresu niszczenie tylko dobre jedzenie – odbiła pałeczkę Aldona.

– To co dzisiaj mamy na obiad? – pociągnął temat facet.

– Ryż zapiekany z jabłkami i śmietaną oraz cynamonem.

– To na deser, a na pierwsze i drugie?

– To jest pierwsze, drugie i trzecie. Nazbieraliśmy jabłek na działce, więc trzeba je spożytkować. Zrobiłam dużo dżemu jabłkowo  – dyniowego, będzie na zapas.

– Szkoda, że na działce nie rosną kotlety, golonka, kiełbasa, szynka, przydałby się też smalczyk ze skwarkami – powiedział mięsożerca.

– Pomarzyć dobra rzecz a teraz  daj kotu jedzenie, wyjmij zbrylony piasek, wyrzuć śmieci i podejdź do pani Heleny. Zapytaj jak się czuje i czy nie zjadłaby z nami obiadu – zarządziła Aldona.

– A było tak przyjemnie – westchnął Edek delikatnie zdejmując kota z kolan.

A w innym mieszkaniu.

– Na głupią władzę nic teraz nie poradzę – powiedział na głos Wacek. Dopiero w czasie wyborów im dokopiemy. Oby w Stanach Trump  przegrał, a Putin dostał śmiertelnej czerwonki skoro tak mu się podobają sowieckie wzorce. No i paru jeszcze przydałoby się wykopać na śmietnik historii. I żebym tego dożył.

I w jeszcze innym.

– Na wyskoki dyktatury potrzeba dobrej lektury – Helena podeszła do półki na której stały książki, własne i wypożyczone z biblioteki. Polecono jej pozycję Marcina Wichy – „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Przygotowała sobie kubek gorącej herbaty z kandyzowanym imbirem, landrynki oraz koc, nastawiła muzyczną stację w radiu  i usiadła w fotelu.

Przeczytała pięć stron gdy usłyszała dzwonek domofonu. To przybył Edek z obiadową misją.

– A wiesz, że chętnie. Ugotowałam sporo zupy w mięsną wkładką to przyniosę, bo z twojej miny widzę, że ryż z jabłkami to dla ciebie za mało.

– Pani to wie jak ucieszyć mężczyznę – podlizał się Edek. Nie to co ta moja baba.

– Nie narzekaj, trafiła ci się świetna kobieta, więc to doceniaj. Niektórzy wcale nie jedzą mięsa i żyją.

– Ale co to za życie, pani Heleno.

– Im się podoba.

– A mnie nie, mięsko ja lubie – zarymował sąsiad.

– To weź garnek z zupą – wyciągając naczynie z lodówki powiedziała seniorka. A jak ryż będzie gotowy zadzwoń do mnie.

– To ja raczej przyjdę po panią  i od razu oddam garnek, bo skończyło się Aldonie doładowanie komórki.

– Jak wolisz, daleko nie masz to się nie nachodzisz.

Edek z pełnym naczyniem szedł ostrożnie. – Bo przeciem nie mysz, żeby jadać ryż – ponownie porymował  tym razem do siebie.

– Fajnie jest mieć za sąsiadkę taką panią Helenę – pomyślał. Nie jest wegetarianką, więc mięsko jej nie obce i nie obrzydliwe.

Za dwie godziny w trójkę usiedli przy stole. Kot Daruś im towarzyszył siedząc na parapecie. Nauczony był nie żebrać i nie chodzić po stole. Ale kto wie co robił gdy państwa nie było w domu. Pewnie harcował jak te myszy bez kota.

– Usłyszałem w radiu, że premier zalecił protestowanie przeciw decyzji  Trybunału Konstytucyjnego tylko w sieci – powiedział Edek kończąc zupę.

– Najlepiej niech każdy ubierze się w sieć i wyjdzie na ulicę  – rzuciła pomysł Aldona.

Helena i Edek parsknęli śmiechem.

– Tylko skąd te sieci brać? Może pojedziemy nad morze i od rybaków kupimy? – zaproponowała pani domu.

– Jacy ci ludzie są walnięci – pomyślał kot wylizując sobie futerko. Wystarczy powycinać w starej firance dziury i już będą mieli sieć. Ale czy oni o tym pomyślą?

– A wiecie, że premier kupuje i zanosi seniorom zakupy? Widziałam w telewizji. Tylko złośliwi informatycy zebrali nagrania z ulicy i klatki schodowej gdzie widać, że idzie bez toreb. A potem je bierze spod drzwi sąsiadki, puka i stawia przed wybraną seniorką – doinformowała gospodarzy Helena.

– Nie na darmo nazywają go Pinokio. Przez te kłamstwa jego nos jest coraz dłuższy a usta coraz bardziej krzywe – stwierdził Edek.

– A my teraz poprawimy sobie nastrój dobrociami – Aldona wyciągnęła z piekarnika blachę pachnącego ryżu z jabłkami i cynamonem. Edek weź z lodówki śmietanę do polania. – poprosiła. Pani Heleno, proszę nie wstawać, jest pani naszym najmilszym gościem.

Miau – potwierdził Daruś, zeskoczył z parapetu i wpakował się seniorce na kolana bardzo głośno mrucząc i podbijając główką jej rękę, aby zaczęła go głaskać.

Napisane 6/7.11.2020 r.

Wirus koszmarny (cz. 40)

Pod każdym wpisem podaję datę powstania, bo czasem umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki „Wirusa” można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę pojawia się tu (tak hokus-pokus) moje opowiadanie lub omówienie książki czy relacja z życia.

**********************************************************************************

W piątek 30 października premier ogłosił, że wszystkie cmentarze zostają zamknięte w sobotę, niedzielę i poniedziałek. Oczywiście dla dobra obywateli.

Wacek, Edek i Aldona akurat byli u Kasi. Jedli pyszne pierogi z kapustą i grzybami, które stanęły im w gardle.

– No żesz – zaczął Wacek.

– Tato, Adaś słucha – powstrzymała go córka przed dalszym ciągiem wypowiedzi.

– Znaleźli sposób, żeby zemścić się za te protesty w całym kraju – podsumował sytuację Wacek. Jak to dobrze, że wcześniej byłem z panią Heleną na cmentarzu.

– A my nie zdążyliśmy – powiedziała Aldona krojąc pieroga widelcem. Chcieliśmy iść jutro na grób moich rodziców i siostry Edka. Nawet kupiliśmy chryzantemy. Mam nadzieję, że dotrwają do wtorku.

– A jak ogłoszą w poniedziałek wieczorem, że cmentarze nadal będą zamknięte do końca tygodnia to co? – zapytała Kasia.

– To kwiaty zostaną w domu. Dobrze, że znicze zrobiliśmy z puszek i słoiczków, mogą być lampionami – dodała.

– Ale osoby handlujące kwiatami i zniczami mają przechlapane – stwierdził Edek dokładając sobie pierogi z półmiska. – Niby władze obiecują im zwrócić koszty.

– O to właśnie chodzi, że niby. Jak obiecują to obiecują ale nie po to, żeby dotrzymać obietnicy.

– Obiecanki i działania pozorne to ich specjalność – dodał Edek.

– Nie zapominaj o przekrętach i łamaniu konstytucji – Wacek popisał się dobrą pamięcią.

– Nie zapominam ale wątpia mi się od tego przewracają.

– A co to są wątpia? – zapytał nagle Adaś bawiący się na dywanie.

– To wszystko o masz wewnątrz ciała – wytłumaczyła mu mama.

– W brzuszku?

– W brzuszku też.

Wacek i Edek zebrali talerze i zanieśli do kuchni. Wracając przynieśli suche wafle posmarowane kajmakiem, domowym dżemem i czekoladą.

– Nastawiłem wodę na herbatę – powiedział Wacek.

– Dzięki tato.

– Nie ma za co, rodzina to wspólnota a nie okazja do wykorzystywania kobiet.

– Jaki ty jesteś nowoczesny i feministyczny – zakpił Edek sięgając po wafelka.

– Nie, po prostu nie muszę udowadniać swojej męskości za pomocą robienia z kobiety darmowej służącej.

Usłyszeli gwizdek czajnika. Wacek wstał i poszedł do kuchni.

– Czy wszyscy chcecie czarną herbatę? – zawołał.

– Ja poproszę zieloną – krzyknęła Kasia. – Przeglądam Internet i widzę, że na facebooku namawiają, aby ludzie kupowali doniczki z chryzantemami dla siebie – do domu, na balkon albo taras.

-No, nie wiem czy wiele osób na to pójdzie – stwierdziła Aldona.

– Pójdzie, nie pójdzie, inicjatywa dobra – powiedziała Kasia.

– Ale swoją drogą można się było spodziewać takiego zarządzenia. Władze musiały  jakoś  odreagować niewdzięczność obywateli – Wacek nie miał wątpliwości o do intencji tych co trzymają władzę.

– Już powstał na ten temat mem, posłuchajcie: seniorzy pamiętajcie, żeby skakać przez płot cmentarza tylko w godzinach od 10 do 12.

– W PRL-u to władze jednak miały łatwiej – żadnych prywatnych mediów, Wolna Europa zagłuszana, do robotników strzelali – wspominał Wacek

– Ale kobiety miały zabiegi przerywania ciąży na życzenie – dodała Aldona.  Bardzo się cofnęliśmy w ustawodawstwie – westchnęła.

– Bo baby trzeba trzymać krótko za mordę – powiedział Edek. – Niech rodzą, obsługują nas w dzień i w nocy i mają być tym zachwycone – prowokacyjnie stwierdził Edek.

– Eduś, ty pomyśl zanim coś powiesz, bo cię wypiszemy z rodziny – zastopował go Wacek.

– No coś ty, żartowałem tylko.

– Mam nadzieję, bo takie średniowieczne poglądy to nie u nas.

– On w domu próbuje za pomocą takich tekstów coś przeforsować ale nie ze mną takie sztuczki – zdradziła sekret współżycia Aldona.

Edek pogroził jej pięścią.

– Widzicie, przemoc domowa mu się marzy – zaśmiała się jego partnerka.

Adaś stanął koło dziadka z wygiętą buzią w podkówkę.

– Wujku, nie bij cioci – poprosił.

– No widzisz coś narobił, przestraszyłeś dziecko – zdenerwował się Wacek.

– Ale ja przecież tylko żartowałem – niezdarnie bronił się Edek.

Napisane 31.10.2020 rok

Rady baronowej

Baronowa Staffe – Zwyczaje towarzyskie (tłumaczenie z języka francuskiego M.N. B., prawdopodobnie wyd. przez K.S. Jakubowskiego, Lwów, około roku 1900), str. 271

(w moim egzemplarzu brak strony tytułowej, metryczki, wydawcy, roku wydania, spisu treści)

O autorce:

Naprawdę nazywała się Blanche Augustine Angele Soyer. Staffe to panieńskie nazwisko jej babki. Nie była baronową, sama nadała sobie ten tytuł, aby dodać wiarygodności.  Pochodziła z wojskowej rodziny. Urodziła się w belgijskich Ardenach w 1843 roku. Zmarła w 1911. Była pisarką i dziennikarką. Wydała kilkanaście poradników, łącznie z kalendarzami „Agenda Baron Staffe” (1896,1898, 1899); „Dziennik baronessy Staffe”  z 1989 roku.

Najbardziej znane to: „Zasady etykiety  we współczesnym społeczeństwie” wydane w Paryżu, w  1889 roku, „Praktyczne wskazówki dotyczące elegancji odzieży damskiej” oraz „Piękność i zdrowie. Praktyczne rady, wskazówki i przepisy dla kobiet”.

O książce:

Zawiera ona rady dotyczące elegancji; małżeństwa, chrztu, pogrzebu, żałoby, gościnności, omawia stosunek panów do służby (teraz byłby to też szefów do podwładnych), jak przeprowadzać rozmowy („nikomu nie wolno urażać drugiego w tem, co mu jest drogie), jakie i komu dawać podarunki; jaka powinna być młoda kobieta i gentleman, omówione zostały też wizyty, obiady, śniadania, bale, korespondencja, chrzest itd.

Nie omawiam tu całej książki, przepisałam tylko poniższy rozdział dla Kawiarni Sąsiedzkiej „Firleja”, która zbiera od sąsiadów (bliższych i dalszych) sprawdzone przepisy kulinarne wraz ze swoimi (nie z Internetu) zdjęciami.

Rozdział  Spis potraw

W miastach podają raczej wytwornie niż obficie: na partykularzu [miejscowość odcięta od ośrodków życia umysłowego] zaś przeciwnie. Jest to jednak względne i zależy najczęściej od stosunków majątkowych miejscowości.

Na obiadach ceremonialnych są ryby, że tak powiem, prawie konieczne, bo już od czasu Rzymian były i są zawsze te mieszkanki wodnych głębin w łaskach u smakoszy.

„Ryby – mówi Montaigne – miały zawsze ten przywilej, że magnaci chlubili się, znając sposób ich przyprawiania”. Ryby wielkie podaje się na półmisku, ubranym u brzegu kwiatami, stosownie do pory. Do ryby daje się dwa odmienne sosy, bo jak przysłowie mówi: „sos stanowi właściwie o dobroci ryby”.

Podaje go się dwojako, aby wszystkim dogodzić, nie wszyscy bowiem jedno lubią: ktoś najlepiej lubi szczupaka w sosie holenderskim [masło, żółtka, sok z cytryny, sól, pieprz], ktoś inny nie znosi go w białym sosie itd.

Na początku idą mięsa wołowe, baranie lub cielęce, drób, dziczyzna, bądź pierzasta, bądź czworonoga. Tak pieczyste jak ryby powinny być, o ile można, duże. Jarzyny według pory, n.p. zimą kalafiory, szpinak, brukselka, selery i.t.p.

Słodkie leguminy, choćby najprostsze, powinny być przyrządzone bardzo starannie, bo przez to stają się wytwornemi, a nawet wyszukanemi. Wety [słodki deser] jak można najobfitsze, owoce zupełnie dojrzałe i bez plamek; kompoty bez zarzutu. Ciasta i cukierki są również bardzo pożądane.

N.B. [nota bene] Dostawki: jak masło, ser, sardynki, i.t.d. są wykluczone z obiadów – za to całkiem na miejscu są przy śniadaniu; jakkolwiek u nas wódeczka z zakąskami przed obiadem wcale nie wadzi.

Oto porządek, w jakim należy podawać na stół potrawy: zupa, jedno lub kilka dań ryby, na drugiem miejscu przychodzi zwykle mięso wołowe albo polędwica; dalej potrawy zaostrzające apetyt: jak pulardy [młoda, nierozwinięta płciowo kura] (a la financiere), kuropatwy w bigosie, mleczka cielęce szpikowane na listkach cykorii – zając w potrawie i.t.d.  Następnie pieczyste, których bywa trzy rodzaje, albo tylko jeden, co zupełnie wystarczy: jarząbki, raki (a la bordelaise), szynka w galarecie, lub zwykłe kurczę, tylko bardzo białe i kruche.

– Sałata – Jarzyna: jedna lub dwie.

  – Leguminy słodkie, dwie lub cztery – może być i jedna. Lody – (nie są konieczne). – Wety: naprzód owoce świeże, potem w kompotach, konfiturach, nakoniec ciasta, cukierki i owoce w cukrze smażone.

Wina podają na stół w tym porządku: po zupie maderę, albo portwein, sycylijskie lub zwyczajne. Podczas pierwszego dania słabsze bordeaux, albo burgundzkie, lub też w dalszym ciągu zwyczajne. Przed pieczenią reńskie (niekoniecznie). Przy drugiem daniu mocne bordeaux, burgundzkie, albo wino zwyczajne ale droższe. Przy leguminach xeres; na wety wina: muskat, alicante (białe), tokajskie i.t.d.

W  niektórych domach podają od samego początku słodkie wina francuskie, mrożone lub nie, bo wiele osób lubi co chwilę pokrzepiać się tym ożywczym napojem.

Dodajmy jeszcze, że w domach gdzie tradycyjnie zachowują i stosują się do pewnych prawideł gastronomicznych, podają raczej wina doskonałe niż rozmaite bez końca; Vin de Cap, dwa gatunki Bordeaux albo dwojakie burgundzkie, wino cypryjskie, a przy samym końcu wetów – szampan. Ten iskrzący się napój ziemi staro-galickiej zdaje się być niezbędnym dla zakończenia obiadu  wystawnego i proszonego, o którym mowa.

Uwaga do purystów językowych, gramatycznych, ortograficznych: tekst przepisałam dosłownie.

Więcej przeczytacie na: https://medicus.lublin.pl/article/recepty-falszywej-baronowej/

Wirus wkurzony (cz. 39)

Kolejne odcinki tej aktualnej powieści blogowej przeczytacie tu w każdą sobotę. Pod tekstem podaję datę, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Wcześniejsze można przeczytać przewijając stronę w dół. W co drugą środę daję recenzję książki lub inne moje opowiadanie.

**************************************************************************

Źle się dzieje w państwie polskim – pomyślała Helena oglądając wiadomości w telewizji niepublicznej.

Zadzwonił telefon, seniorka odebrała widząc, że wyświetlił się numer Aldony.

– Dzień dobry, mam prośbę w imieniu Kasi.

– A dlaczego ona osobiście do mnie nie zadzwoniła?

– Bo trochę się pani boi – powiedziała Aldona.

– Boi? Dlaczego?

– Nie wiem, po prostu tak jest.

– No to o co chodzi?

– Zaplanowaliśmy, że wszyscy pójdziemy na manifestację protestującą przeciw działaniom rządu.

– Ale to Trybunał Konstytucyjny wydał taki wyrok przecież.

– Pani Heleno, wszyscy wiemy kto rządzi w kraju.

– Edek i Wacek też chcą protestować? – zdziwiła się Helena.

– Edek to nie bardzo ale go przekonałam. Właściwie on jest z tych dla których kobieta to trzy razy ka.

– A ty raczej wręcz odwrotnie?

– Ja jestem zwolenniczką partnerstwa i powoli go urabiam.

– Jeśli idzie na protest to znaczy, że z powodzeniem.-  A czy przygotowaliście jakieś hasła?

– No właśnie próbujemy wymyślić ale słabo nam idzie. Za to nazbieraliśmy sporo kartonów i mamy markery-pisaki. Może pani coś wymyśli?

– Czy to jest ta prośba  od Kasi?

– Nie, ona prosi, aby pani popilnowała Adasia. Nie chce go ze sobą ciągnąć.

– Słusznie, tam może być niebezpiecznie bo nie brakuje przemocowych facetów nie tylko z małym mózgiem.

– Ha, ha, ha – zareagowała Aldona. – Słyszałam, że „Kto się świnią urodził, kanarkiem nie będzie”.

– I miał rację. Zgadzam się zaopiekować dzieckiem ale tylko przez dwie godziny. Potem niech Kasia wraca a wy możecie tam zostać do końca.

– Ale pomyśli pani jakie hasła mamy napisać na kartonach?

– Pomyślę, pomyślę choć trudno będzie, bo tyle fajnych już widziałam w telewizyjnych relacjach.

– To Kasia do pani zadzwoni i umówicie się na dostarczenie Adasia, do widzenia.

– Co lepszego mogę wymyślić niż symbol protestów w postaci błyskawicy i haseł: „Rząd nie ciąża, da się usunąć”; „Kot może zostać”; „Rząd taki gibki, że wchodzi nam w cipki”, „Trzeba było nas nie wkurzać”; „Jeszcze Polka nie zginęła”; „Wara od mojego ciała”; „Nie chcemy być podręcznymi”; „Duda myśli, że In vitro to pizzeria”; „Jest tak źle, że przyszli nawet introwertycy”; „Przestańcie, kończą mi się kartony”; „Przepraszamy za utrudnienia, mamy rząd do obalenia”; „Nasza godność, wasza podłość”; „Rządzie weź i sam się obal, ile można spacerować?”; „Ja ci nie każę, ty mi nie zabraniaj”; „Twój kot woli Tuska”; „Veni, vidi, vkurwi”; „Wokulskiemu lepiej szło z Łęcką niż wam z rządzeniem”..

– Swoją drogą dumna jestem z wrocławianki Mart Lempart, organizatorki wielu protestów. I z posłanki Klaudii Jachiry. Od tygodnia trwają protesty a te betony nie kruszeją, a największy z nich nawołuje do wojny domowej. Pewnie obmyśla wprowadzenie stanu wojennego, żeby wszystkich wziąć za mordę. I co – sam się internuje bo go w 1981 ten zaszczyt nie spotkał? Tak sobie Helena rozmawiała sama ze sobą będąc pewna, że rozmawia z kimś inteligentnym.

Kasia zgodnie z umową przyprowadziła synka jednocześnie przynosząc parę jego zabawek, kredki, kartki papieru, ulubiony sok i dwa jabłka. Zdjęła dziecku kurtkę i czapkę, powiesiła na wieszaku w przedpokoju.

– Bardzo proszę mu nie dawać słodyczy, najwyżej budyń lub kisiel.

– Pamiętaj, wróć za dwie godziny – przypomniała Helena.

– Gdzie będziesz się bawił, na dywanie czy przy stole? – zapytała malca.

– Na dywanie, zrobię wyścigi samochodów i będę jak Kubica.

Adaś zaczął swoją zabawę, a Helena włączyła wymyślanie haseł. „Jestem kobietą, a nie makietą”; „Uwaga nadchodzę – rewolucja”; „Oddajcie stołki durne matołki”; „Drogi prezesie zamieszkaj w lesie”; „Skończył się wasz czas, bierzcie nogi za pas”;

Napisane 29.10.2020 r.

Wirus cmentarny (cz. 38)

Gdy zaczynałam pisać tę blogową powieść z czasów pandemii nie przypuszczałam, że zagrożenie potrwa tak długo i nie zabraknie mi materiału do pisania kolejnych odcinków.

Na końcu każdego tekstu podaję datę powstania, bo czasem umieszczam w nim aktualne wydarzenia. Co drugą środę pojawia się na tym blogu opowiadanie lub recenzja książki. Miłej lektury.

*************************************************************************

Dżem wieloowocowy z rozgrzewającymi dodatkami udał się nadzwyczajnie – jedna właściwa recenzja na jaką zasługiwał to „paluszki lizać”.

Po dwóch dniach smażenia Helena odpoczywała a ponieważ potem pogoda się poprawiła na cmentarze iść postanowiła. Umówiła się ze znajomą, że pojadą na Sępolno gdzie cmentarz mieścił się przy ulicy Smętnej. Zapakowała w dużą torbę korę i szyszki, aby obłożyć nimi  ziemię na grobie. Dotychczas zasłaniały ją trzy krzaczki bukszpanu ale ćma pożarła całą zieloność. Na wiosnę tylko jeden krzak odzyskał drobne listki, pozostałe były nagie bez nadziei na odzyskanie pełnej lub choćby polowy krasy.

Pojechały autobusem 146 do przystanku Bacciarellego, przeszły ulicą Narcyzy Żmichowskiej, minęły Partyzantów (nikt nie strzelał) i weszły w Smętną. Po jednej stronie są tam działki, czyli ogródki a po drugiej groby. O jedne i drugie trzeba dbać. Helena przypomniała sobie czas gdy była w szkole podstawowej i na skraju tego cmentarza zrywała fiołki.

Kora, szyszki i zebrane na cmentarzu kasztany ładnie wypełniły ziemię. Flakony ze świeżymi kwiatkami i zapalone znicze tworzyły pogodną całość.

Mijając dąb i leżące pod nim żołędzie znajoma powiedziała, że dziki tu przyjdą i będą miały używanie.

– Ale nie ma blisko lasu, więc raczej  nie trafią – stwierdziła Helena.

Wróciła do domu zmęczona, umyła ręce i podgrzała sobie obiad. Zanim usiadła do jedzenia włączyła telewizor.  I o mało nie padła słysząc, że Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok zgodnie z którym usuwanie ciężko upośledzonego płodu jest niezgodne z konstytucją.

– Jakby faceci chodzili w ciąży i rodzili a potem musieli się zajmować niepełnosprawnym dzieckiem to wyrok byłby inny – pomyślała. Nie lubię być stara ale cieszę się, że już mnie to nie dotyczy.  Więcej będzie nielegalnych i zagranicznych aborcji. No i niemowlaków zostawionych na pastwę losu lub zamordowanych przez rodziców. Jak żyć? Muszę wziąć coś na uspokojenie bo to już nie na moje nerwy.

Pogoda nadal postanowiła zrobić ludziom przyjemność i zafundować złotą polska jesień. Nie zawsze taką szczodrość okazywała, więc nekropolie zaroiły się porządkującymi groby swoich bliskich.

– Czas na daleką wyprawę, czyli cmentarz Osobowicki – postanowiła seniorka. Zadzwoniła do Wacka z propozycją wspólnego wyjścia.

– Mam znicze zrobione z puszek oklejonych korą, gałązkami, kasztanami i żołędziami – powiedziała na zachętę.

– Jeśli dokładnie to nie będzie widać płomyka świecy – zmartwił się rozmówca.

– Nie doceniasz mnie, podziurkowałam puszkę i okleiłam z odstępami.

– Skoro tak to idziemy, a nawet jedziemy – zgodził się na propozycję.

I tu zaczęły się schody, bo na tej trasie remontowano tory. Trzeba było najpierw dojechać tramwajem linii jeden lub zero do placu  Powstańców Wielkopolskich a potem wsiąść w autobus 714.

Chociaż do Wszystkich Świętych 1 listopada był jeszcze tydzień wiele osób już sprzątało i stroiło nagrobki. I to była słuszna koncepcja, aby nie tłoczyć się w dzień Wszystkich Świętych. Należało bowiem zachować rozsądek.

Zamaseczkowani nieliczni podróżni zachowywali dystans a były nawet osoby ostentacyjnie separujące się od innych. Media wszystkie przy każdej okazji podawały kolejne ilości zakażonych koronawirusem strasząc niebotycznie obywateli. No i były skutki – ogłoszono, że cała Polska jest w strefie czerwonej, czyli wszelkie zajęcia odwołane lub mają się odbywać online. Bary, restauracje, siłownie zamknięte. A rządowi geniusze wymyślili, że zrobią szpital polowy na warszawskim stadionie narodowym. Dlaczego nie na każdym stadionie? Marnują się przecież.

Na koniec Helena zostawiła sobie grób, leżący najbliżej jej domu,  na cmentarzu przy ulicy Bujwida. Włożyła do torby wykonany przez siebie wianek ozdobiony ekologicznie szyszkami, korą, kasztanami i żołędziami oraz znicz zrobiony z ozdobionego dekupażem i cekinami słoiczka. Oraz jednorazowe, nasączone nie wiadomo czym, chusteczki  do wytarcia pomnika. Podeszła do ulicy Sienkiewicza, wsiadła w tramwaj  i podjechała do przystanku położonego blisko akademików Kredka i Ołówek.

Ciekawa była czy tym razem spotka koty wygrzewające się na nagrzanych płytach nagrobnych. Niestety zawsze płochliwe były i nie dawały się  pogłaskać.

Po drodze spotkała młodą znajomą, która blisko niej mieszkała i nieustannie gadała. Często w kółko to samo. Maseczka jej nie przeszkadzała. Wreszcie zmęczona seniorka powiedziała, że kręgosłup ją boli od stania i pożegnała się.

Stragany przycmentarne wypełnione były wszelkim, potrzebnym klientom, towarem. Pierwszego listopada czasem dołączają do nich stoiska z watą cukrową, obwarzankami, czasem też z gotowaną kukurydzą. Brakowało tylko hot – dogów, rurek z kremem, draży kamyczków, landrynek i baloników na patyku. Alkohol na rozgrzewkę zawsze można kupić w pobliskim sklepie.

Napisane 22/23.10.2020 rok

Emocjonalny czworokąt

Sylwia Chwedorczuk- Kowalska. Ta od Dąbrowskiej. Wydawn. Marginesy 2020

WSTĘP: „Kowalska czekała na miłość do kobiety przez wiele lat. Dąbrowska spełniła te oczekiwania”.

O autorce:

Sylwia Chwedorczuk jest  badaczką literatury, edytorską i od trzynastu lat  pasjonatką korespondencji Anny Kowalskiej i Marii Dąbrowskiej. Pracę doktorską obroniła w Instytucie Badań Literackich PAN. Publikowała w pismach: „Twórczość” i „Dialog”. Mieszka w Warszawie.

O książce:

Gdy na wiosnę 2020 roku okazało się, że panuje covid19 ksiądz w mojej parafii, na kazaniu powiedział, że to kara za ideologię LGBT. Jeśli coś się mówi publicznie, a nawet prywatnie, warto najpierw zajrzeć do słownika.

Jakby się poczuły pisarki Dąbrowska i Kowalska słysząc takie słowa?

W tej biografii autorka zastosowała chronologię – opisuje życie Anny Kowalskiej, rodzinę, szkoły do których uczęszczała, studia na uniwersytecie a potem małżeństwo. To co wpłynęło na życie i charakter bohaterki, na jej rozwój intelektualny i na wieczną niepewność co do swojej wartości. A działo się  to we Lwowie.

Cezurą jest druga wojna światowa. Zarówno polityczną jak i bardzo osobistą. Bo wtedy zaczyna się, bardzo skomplikowane i intensywne uczucie między dwoma pisarkami. Obie były związane z mężczyznami i nie zamierzały ich porzucić. Były biseksualne. Ale nie tylko to utrudniało im życie przez wspólne 22 lata.

W 1946 roku Kowalska napisała do Dąbrowskiej „Nie skarż się na dwoistość uczuć. Najgorzej gdy nie ma ich wcale”.

Chwedorczuk przeczytała 2400 listów jakie obie pisarki wymieniły między sobą oraz ich dzienniki. Cytuje ich obszerne fragmenty, które pokazują trudności, zarówno zewnętrzne, jak i emocjonalne z jakimi, przez długie lata, borykały się obie panie. Książka zawiera czarno – białe zdjęcia. Wykaz tekstów napisanych przez Annę Kowalska, bibliografię, podziękowania i  ilustracji.

Dla mnie najciekawsza była część wrocławska. Kowalska po wojnie mieszkała na Karłowicach i bardzo intensywnie działała w środowisku literackim. Władze bardzo chciały, aby we Wrocławiu osiedlali się znani pisarze legitymując tym samym polskość miasta ale nie pomagały ani finansowo, ani mieszkaniowo. Dlatego literaci w końcu uciekali do Warszawy.  

Na koniec wypowiedź Anny Kowalskiej na zjeździe Związku Literatów Polskich w 1959 roku:

„Każdy dobry rząd winien się starać o to, aby pomagać obywatelom. by byli uczciwi”.

Wirus szaleństwa (cz. 37)

Pod każdym tekstem podaję datę powstania bo czasem umieszczam aktualne wydarzenia. W co drugą środę daję tu recenzję książki, przepis kulinarny albo opowiadanie.

************************************************************************************

Połowa października nieprzyjazna ludziom była. Sieci telefonii komórkowej wysyłały ostrzeżenia pogodowe. Wiało, padało i we znaki się dawało. Rok temu w Polsce temperatura powietrza wynosiła 25 stopni. I komu to przeszkadzało?

W dodatku wirus powrócił tu, więc nakazano noszenie maseczek zawsze i wszędzie.  Ponownie wprowadzono głupi pomysł, czyli preferowane godziny zakupów dla seniorów. No i okazało się, że noszenie przyłbic nie chroni przed zakażeniem.

– Jak to dobrze, że uszyłam sobie maseczki – pomyślała Helena. A i tak będę robić zakupy dogodnym dla mnie czasie a nie wtedy gdy mi narzucają. Monteskiusz powiedział, że szczęśliwym jest naród, którego historia jest nudna – miał rację.

– No, o całej prawie Europie nie można tego powiedzieć – dodała w myśli. Muszę znowu zrobić dużo maseczek z ręcznika papierowego dla moich dzieci – stwierdziła drepcząc do łazienki. Tam sprawdziła swój wygląd, wzruszyła ramionami i jak zwykle powiedziała:

– Uroda mija, głupota i zły charakter zostają. Lepiej już było.

W pokoju stwierdziła, że skończył się jej zapas okrągłej gumki kapeluszowej i płaskiej.

– No to czas na wyprawę do pasmanterii – wydala sobie polecenie. Włożyła wygodne spodnie i bluzę polarową. Do woreczka zastępującego kosmetyczkę włożyła chusteczki higieniczne, portmonetkę, maseczkę i telefon komórkowy. Zamknęła drzwi, nałożyła maseczkę i dziarsko przeszła przez ulicę i wchodząc do Parku Nowowiejskiego. Jesień objęła już tam rządy, poczerwieniła, pobrązowiła i porudziła liście. Kasztany i żołędzie zaliczały upadek na ziemię, czasem ratowane bo zbierane przez spacerowiczów.

Na szczęście najbliższa pasmanteria zadbała o zaopatrzenie, więc Helena zadowolona postanowiła podbić ten stan i zrobić sobie parę zakupów. W ich skład wchodziła dynia, śliwki świeże i suszone, jabłka,  gruszki, cynamon i kardamon. Postanowiła bowiem uwarzyć rozgrzewający dżem dodając do masy jeszcze trochę gorzkiej czekolady.

Wróciła do domu, rozpakowała owoce, umyła dokładnie ręce a maseczkę odłożyła do prania. Usiadła przy stole, zaczęła obierać i kroić składniki do smażenia.

Włączyła telewizor i usłyszała, że CBA aresztowało znanego adwokata Romana Giertycha gdy wychodził z sądu, przeszukano jego mieszkanie oraz kancelarię. W czasie rewizji zasłabł i wylądował w szpitalu.

– Boże, dlaczego my nie możemy żyć w normalnym kraju ? – powiedziała na głos. Odpowiedzi nie usłyszała za to zadzwonił telefon.

– Halo?

– Pani Heleno, co pani robi, jak się pani czuje? – usłyszała głos Aldony.

– Właśnie się gorzej poczułam…

– A co się stało? Mam zadzwonić po pogotowie? – zaniepokoiła się rozmówczyni.

– Nie, nie o to chodzi. Właśnie obejrzałam Fakty w telewizji.

– Ach, mówi pani o aresztowaniu Giertycha?

– No, właśnie – przypomniała mi się sprawy Barbary Blidy, Leppera i Adamowicza i jak to się skończyło.  Giertych zasłabł w łazience, Blida tam zginęła. Adwokat wylądował w szpitalu, mam nadzieję, że przeżyje a nie skończy jak tych dwoje.

– Miejmy nadzieję, że się szybko wykaraska – i  z choroby, i z  zarzutów – uspakajająco podsumowała Aldona.

– Pytałaś co robię – kroję owoce na dżem rozgrzewający.

– Rozgrzewający to znaczy z alkoholem?

– Ależ skąd! Nie tylko on rozgrzewa – różne przyprawy też. Ale opowiem o tym gdy dżem będzie gotowy.

– To przymawiam się o słoiczek choćby.

– Oczywiście, zrobię więcej, aby było i dla was. Jeśli macie nieduże słoiczki to przynieście do mnie.

– I będzie je pani je gotować z zawartością w wielkim garze?

– Nie mam takiego. Po prosu wlewam do czystych słoiczków i zakrętek wrzątek aby je wyparzyć. Potem wylewam go i wycieram słoiczki do sucha. Następnie wlewam do nich trochę spirytusu salicylowego i przechylając oblewam wnętrze. Wlewam bardzo gorący dżem uważając, aby nie pobrudził rowków gdzie będzie wieczko. Zakręcam najmocniej jak mogę, odwracam do góry dnem a wszystkie przykrywam kilkoma gazetami, aby ciepło za szybko nie uciekło.

– Czyli jednak stosuje pani alkohol – zażartowała Aldona.

– Tak i po otwarciu słoiczka zataczam się po wchłonięciu oparów, ha, ha, ha.

– Cieszę się, że nie opuszcza pani poczucie humoru.

– Czego i tobie życzę – zakończyła rozmowę Helena.

Wyłączyła telewizor, włączyła radio nadające muzykę, zrobiła sobie herbatę i powoli obierała owoce, krojąc je na małe części i  wrzucając  do dużego płaskiego garnka. Potem wszystko zmiksowała i dopiero postawiła na gazie. Pamiętała, żeby masę często mieszać. I pod koniec kilkugodzinnego smażenia dodać cukier, cynamon i kardamon.

Od dołującej rzeczywistości można uciec w używki lub działanie, choćby to było smażenie dżemu.

Napisane 15.10.2020 r.

Przepisy Lucyny C.

”Lucyna Ćwierczakiewiczowa” – „Baby, placki i mazurki. Praktyczne przepisy pieczenia chleba, bułek, placków, mazurków, tortów, ciastek, pierników itp. „ Nakład i własność Jana Fiszera, Nowy Świat 9. Druk L. Bilińskiego i W. Maślankiewicza, Warszawa, Nowogrodzka 17, 1909 rok. Cena w opr[awie] 60 kopiejek. Stron 124. Wydano ją  w rosyjskim zaborze w języku polskim ale nie widzę wpisu o cenzurze.

O autorce:

Lucyna Ćwierczakiewiczowa (z domu von Bachman) urodziła się 17.X. 1826 r. w Warszawie, zmarła 26.II.1901 r. Pochowana jest na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w stolicy. Ojciec był prawnikiem, ją edukowano w domu. Dwukrotnie zamężna, bezdzietna. Jej „365 obiadów za 5 złotych” wydano w 1860 roku, miały potem 20 wydań. W latach 1865 – 1894 prowadziła dział mody i gospodarstwa domowego w tygodniku „Bluszcz”. Współpracowała też z innymi wydawnictwami. Była zwolenniczką emancypacji, propagowała pracę zawodową kobiet. Miała, jak na tamte czasy, postępowe poglądy na temat higieny, czystości i zdrowia. Propagowała zdrową dietę, ruch i gimnastykę. Sama była bardzo otyła. Także skąpa. Napisała 6 książek, które przyniosły jej tak duże pieniądze, że mogła za nie kupić trzy majątki ziemskie.

„365 obiadów” w twardej oprawie kosztowały 1 rubel i 80 kopiejek.

O książce:

Przepisów tu na mazurki jest 40! Na pierniki i baby tylko 6.Na torty/torciki  16.

Jest nawet przepis na cukierki gumowe od kaszlu (trzeba mieć gumę arabską w proszku). Także przepis na domowe drożdże z chmielu i drożdży piwnych. W podanych przepisach pisownia oryginalna.

CHLEB wiejski na drożdżach:

Bierze się mniej więcej, stosownie do suchości mąki, na garniec kwartę wolnej, niekwaśnej serwatki i cztery łuty drożdży, które w kwaterce z tejże samej kwarty serwatki  się rozbijają i pół kwartą rozczynia się pół garnca mniej więcej mąki. W godzinę po rozczynieniu ciasto powinno się ruszyć, wtedy przyczynić, czyli dodać resztę mleka i pozostałą od rozczynu mąkę i łyżkę soli. Wyrobić ciasto, póki od ręki odstawać nie będzie i zostawić aż powtórnie się ruszy. Wtedy wyrobić na stolnicy bochenki, podsypując jeszcze mąką i wyrabiać tak, aby zawsze do środka zwijać ciasto, przez co uformują się gładkie i równe bułki. Przed wsadzaniem do pieca, gdy na desce rośnie, kilkakrotnie powinien być zmoczony wodą lub piwem, najlepiej czynić to pędzlem ze szczeciny. Jest to lepszy sposób niż smarowanie chleba jajkiem, jak to wiele osób robi, przez smarowanie bowiem wodą tworzy się skórka twardawa, która po upieczeniu stanowi piękność chleba. Z garnca mąki powinny być trzy spore chleby. Piec musi być bardzo gorący. Całe pieczywo od rozczynu do upieczenia chleba  powinno zająć godzin sześć.

CHLEB na kwasie

Chcąc mieć kwas do pieczenia chleba trzeba najpierw upiec chleb na drożdżach zwyczajnym sposobem, a robiąc go zostawić ciasta surowego w ilości szklanki, zaraz rozkruszyć go w mące pięknej, żytniej, tak długo dodając mąki póki smaku nie będzie, że to jest ciasto, tylko wyglądać będzie jakby sama mąka. Wsypać to w czysty woreczek, lekko związać i powiesić w suchem miejscu, taki kwas użyć można dnia trzeciego, można go jednak trzymać i parę tygodni.

Użycie kwasu: Bierze się ten wszystek kwas zasuszony, wsypuje w trzykwartową dzieżkę, zalewa kwartą wody ciepłej dodając tyle mąki żytniej, żeby się utworzyło ciasto, po należytem rozbiciu, jak śmietana gęsta; zrobić to na noc, przykryć i postawić w cieple do rana, a drugie tyle narośnie, zdarza się czasami, że opadnie, jeśli zanadto przerośnie ale to nie szkodzi. Mieć już nazajutrz rano, naprzykład o godzinie szóstej, mąkę osianą w niecce, w ilości trzech garncy, ująć połowę do przyczynu, a w drugą połowę wlać trzy kwarty serwatki, wody lub słodkiego mleka rozbiwszy należycie, wlać ten kwas wszystek i osolić, do każdego garnca bierze się łyżeczkę soli. Po postawieniu w cieple powinno w trzy godziny wyrosnąć należycie, im cieplej tym prędzej wyrośnie. Do przyczynu dosypywać mąkę potrosze, długo i dobrze wygniatać, gdyby mąka była świeża i niewysuszona to do tej ilości trzeba mąki z kwartę przysypać, wymieszać i postawić w cieple, żeby dobrze wyrosło; będzie śliczne, dziurkowate, jak na drożdżach, lekkie ciasto.

A może macie ochotę na MAKAGIGI:

Wziąć pół funta cukru, ugotować gesty syrop, następnie kwartę maku  ogrzać mocno w drugim rondelku i gdy syrop już gotów, wlać go do rondla, z makiem dobrze wymieszawszy, do tego trzeba włożyć pełną kwaterkę miodu i tak długo wszystko gotować  aż makagigi  będą pachnąć  prażonym makiem, wtedy wsypać pół łyżki mąki pszennej  i jeszcze 10 minut z mąką smażyć, poczem wyłożyć na stolnicę wodą polaną i wałkiem od ciasta  rozwałkowawszy cienko  pokrajać w kwadraty. Trzymać je w blaszanym pudełku , gdyż prędko wilgotnieją i tracą na smaku. Dodać muszę, że najlepiej jest  rozwałkować makagigi  na blacie marmurowym lub porcelanowym, w braku tych  trzeba stolnicę polać wodą , bo zapewne każdemu wiadomo, że makagigi przywierają do drzewa, co nie może mieć miejsca, gdy stolnica i wałek są wilgotne.

p.s. nie miałam pojęcia, że makagigi przywierają do drzewa – a Wy? No i od razu mam wątpliwość – czy do każdego? Do liściastego czy iglastego?

Poza tym miód traci większość wartości gdy się go bardzo podgrzewa. Widocznie wtedy jeszcze tego nie wiedziano.

Albo na  sucharki papieskie?

Zważyć 7 jaj ze skorupkami; ile zaważą tyle wziąć miałkiego cukru, a ile 6 jaj zaważy, tyle najpiękniejszej mąki. Całe jaj rozbić w garnku z cukrem do białości, następnie dosypać mąki i trochę cytrynowej skórki albo też tłuczonego anyżu. Tę masę wylać na blachę, oliwą wysmarowaną i upiec w dość gorącym piecu, pilnując, aby nabrało koloru ale nie spaliło się. Gdy ciasto wystygnie pokrajać go w cienkie plasterki i ususzyć w bardzo wonnym piecu.

p.s. nie wiem która mąka jest najpiękniejsza, a Wy?

CENY żywności w XIX wieku (zabór rosyjski)

W 1895 r. garniec (4 litry) wódki kosztował 6 rubli,

ziemniaki za pud (nieco ponad 16 kg)  – 24 kopiejki

chleb biały, pół kilo – 4 kopiejki

1 kg masła – 1 rubel

Tani obiad – 50 kopiejek

Wirus różnorodny (cz. 36)

Pod każdą częścią podaję datę napisania, bo niekiedy umieszczam aktualne wydarzenia. Co drugą środę wklejam tu tekst o przeczytanej książce lub własne opowiadanie. Poprzednie części „Wirusa” można przeczytać przewijając stronę. Zapraszam 🙂

**********************************************************************

Nazajutrz po działkowym przyjęciu Helena przejrzała przyniesione stamtąd owoce i warzywa. Umyła wszystko i postanowiła ugotować zupę jarzynową na indyczej porcji rosołowej.

– Dobrze, że chłopcy pomogli mi to nieść, sama nie dałabym rady – pomyślała z wdzięcznością.

Obrała warzywa, umyła szyję i skrzydło, włożyła do garnka i nalała wody. Zawinęła odpadki w torbę wielokrotnego użytku i wyszła z mieszkania nie zapominając o zamknięciu drzwi. Swojej pamięci pomagała zażywając zawartość kapsułek omega3 i preparat z miłorzębem.

Wyszła z budynku od strony podwórka gdzie zobaczyła dwóch mężczyzn, starszy miał na szyi wiszący aparat fotograficzny z lufą obiektywu. Wraz z młodszym błąkali się wokół wiaty. Helena zauważyła, że jej drzwi są zamknięte, więc trzymała w pogotowiu klucz do zamka.

– Czy pani wie jak dostać się do wewnątrz? – zapytał fotograf.

– Mam klucz to otworzę – odpowiedziała seniorka.

– Ha, ha, ha – zaśmiali się obaj.

Helena doszła do drzwi i spostrzegłaa, że nie ma zamka a pociągnięcie za uchwyt nie powodowało otwarcia.

– Może drzwi z drugiej strony go mają – powiedziała i obeszła wiatę.

Ale i tam zamka nie było. Po chwili jednak dotarło do niej, że ściana wiaty ma liczne otwory dla wentylacji a od wewnątrz jest normalna klamka. Sięgnęła więc i ją nacisnęła. Sezam odpadków otworzył się bez trudu.

– Panowie, można je otworzyć wewnętrzną klamką – poinformowała mężczyzn.

– I to są panowie świata, ha, ha, ha – kobiety muszą im we wszystkim pomagać, nawet w otwieraniu drzwi – pomyślała Helena idąc ścieżką przez trawnik.

Przypomniała sobie film „Thelma i Luiza” i cytat z niego „Dość podawania na bankiecie życia na którym ucztuje mężczyzna”. Wróciła do mieszkania i postawiła garnek na gazie.

Wacek przeczytał na facebooku:

W sobotę 3 października ulicami Wrocławia przeszedł 12. Marsz Równości. W tym roku społeczność LGBT+ spotkały tragiczne samobójstwa, w tym 12-letniej Zuzi. Dodatkowo z powodu „stref wolnych od LGBT” Polska wśród państw Unii Europejskiej spadła na ostatnie miejsce w rankingu ILGA Europe, który bada poziom równouprawnienia i ochrony prawnej osób LGBT+ w krajach europejskich. W tym samym rankingu pierwsze miejsce zajęła katolicka Malta.

– Słów brakuje, żeby podsumować to co się dzieje nie tylko w naszym kraju. W dodatku w naszej parafii księża, pewnie zgodnie z zaleceniami z góry, wypowiadają się obraźliwie i poniżająco o osobach nieheteronormatywnych – powiedział Wacek do córki w trakcie niedzielnego obiadu.

– Tato, mam nadzieję, że doczekamy normalnych czasów – uspokoiła go Kasia.

– A co to znaczy niehero… – zapytał ciekawski synek.

– To tacy ludzie, którzy chcą być sobą  a nie tacy jak ktoś chce – próbowała wyjaśnić mama.

– Nie rozumiem – powiedział malec.

– My też wielu rzeczy nie rozumiemy, niestety – Wacek pogłaskał Adasia po głowie. – A wiecie, że Platon powiedział, że „Mądrość polega na tym, żeby uśpić zmysły, a obudzić rozum”?

– Ale zmysł smaku możemy sobie zostawić, prawda?  Szczególnie jedząc obiad – zapytała Kasia krojąc krokiety swoje i Adasia.

– I gdy podano takie smaczne jedzonko – dodał Wacek zadowolony, że ma dobrą choć małą rodzinę. – A wiecie, że na Nadodrzu komuś uciekł pyton i pełzał sobie po ulicy Dubois, a na Rędzinie aligator.

– Co to pyton i ten ali? – zapytał Adaś.

– Nie mówi się z buzią pełną jedzenia – strofując malca Kasia podsunęła mu miseczkę z surówką.

– Ale co to jest? – upierał się Adaś przełknąwszy kolejny kęs.

– To takie zwierzątka – wyjaśnił dziadek.

– Ja chcę zwierzątko! – wykrzyknęło dziecko. Zwierzątko, zwierzątko! Zwierzątko! – powtarzał.

– Masz ci los. Jak to trzeba uważać co się mówi przy dziecku – powiedział Wacek.

– A jakie zwierzątko byś chciał? – zapytała mama.

– Duuuuże – zażyczył sobie Adaś.

– Był taki film „Duże zwierzę” – przypomniał sobie senior. – Z Jerzym Stuhrem, ale tam był wielbłąd.

– Ha, ha, ha – roześmiali się Kasia i jej ojciec.

– Pokażę ci w smartfonie jak on wygląda – obiecała mama. – A kiedyś pójdziemy do ogrodu zoologicznego gdzie zobaczysz mnóstwo rożnych zwierząt.

– I będę mógł sobie wybrać jedno? – z nadzieją spytał Adaś.

To ponownie bardzo rozbawiło jego opiekunów.

– Nie, tam nie dają, ani nie sprzedają zwierząt, tylko się je ogląda.

– A dlaczego nie dają? – dociekał malec.

– No i po co tato o tym wspomniał? Teraz nie da nam żyć – zmartwiła się córka.

– Może zapomni.

– Może – westchnęła Kasia zbierając talerze ze stołu.

Napisane 4.10.2020 r.