Upalne miasto 25

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Anna trochę potłuczona ale przytomna zadzwoniła do Ewy:

– Zrób mi, proszę, zakupy, bo upadłam i boli mnie lewa ręka.

– Ale co się stało? Byłaś u lekarza?

– Opowiem ci jak przyjdziesz. Spis zakupów przesłałam ci sms-em.

– Świetnie, to może też coś z apteki potrzebujesz?

– Masz rację, kup maść na stłuczenia. Bo okłady z liści kapusty jakoś nie pomagają.

Po upływie dwóch godzin Ewa otworzyła drzwi babci swoimi kluczami. Pocałowała Annę w policzek i wypakowała zakupy w kuchni. Zaparzyła herbatę i w ulubionych kubkach z kocim motywem postawiła na stole w pokoju. Na talerzyk wyłożyła andruty posmarowane kajmakiem i dżemem.

Gdy Ewa stojąc smarowała jej rękę Anna opowiedziała w jaki sposób stała się kobietą potłuczoną. Po zabiegu Ewa usiadła i powiedziała wręczając kartkę:

– Dzisiaj klientka przyniosła mi swoje opowiadanie, dość zabawne, poczytaj a ja sprawdzę swoją pocztę mailową.

                     Hrabina  Celina

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest wyłącznie przypadkowe. Bohaterkę stworzyłam na podstawie faktów zaobserwowanych, przeczytanych i zasłyszanych, a więc jest to kompilacja a nie istniejąca osoba.

Pięćdziesięcioletnia kobieta wyszła z szeregówki położonej przy spokojnej uliczce powiatowego miasta. Jak zwykle była ubrana w kusą spódnicę, bo uważała, że swojej piękności nie może żałować napotkanej ludności.  Zapukała do drzwi sąsiadów i zapytała:

– Czy pani mąż mógłby skopać mój ogródek i to jeszcze dzisiaj? Bo ja nie mam siły.

– Tyle razy mówiłam, że nie będziemy niczego dla pani robić bo nie damy się wykorzystywać. Za darmo  dawno umarło! – usłyszała wraz z trzaśnięciem drzwi.

– Nieużytki – mruknęła kobieta.

Idąc uliczką ze złością obrywała kwiatki kwitnących krzewów do momentu gdy skaleczyły ją kolce.

Ssąc rankę skręciła w stronę sklepu. Wzięła koszyk na kółkach i powoli idąc alejkami wkładała do niego produkty.

Gdy zapełniła kosz do sklepu wtoczyło się trzech zawianych osobników. Ani budrysów, ani muszkieterów, ot prowincjonalnych piwem opitych, bezrobotnych menelów. Jeden przewrócił stojak z prasą, drugi nieskoordynowanym ruchem zrzucił kilka butelek z sokami a trzeciemu tak się to spodobało, ze radośnie przejechał ręką po półce z majonezami, flakami i gołąbkami.

Sprzedawczyni zaczęła krzyczeć:

– Co robicie? Zaraz zadzwonię po policję!

– Szefowa kochana, my nic, my tylko po jednym piwku chcielim –   wybełkotał rzadki blondyn. Siwy i łysy tylko bezgłośnie chwiali się przy ladzie.

 Celina korzystając z zamieszania wyjechała ze sklepu wózkiem pełnym towarów zachwycona okazją do niepłacenia.

Bardzo z siebie zadowolona biegła w stronę domu. Przy dużej kępie krzaków stanęła, wyciągnęła z kieszeni cienkie torby na zakupy i przepakowała produkty. Wózek wepchnęła głębiej w gąszcz i spokojnie kontynuowała powrót. Obie ręce miała zajęte więc kwiaty ocalały.

Weszła do domu, w kuchni wyjęła zakupy z siatek i bardzo z siebie zadowolona rozsiadła się zapalając papierosa. Otworzyła puszkę z karmą i zawołała psa. Nie lubiła go ale był pozostałością po rodzicach podobnie jak szeregowy dom z ogródkiem, garażem i nowym drogim autem. Celina nigdy nie zrobiła prawa jazdy, na to była zbyt leniwa. Sprzedała więc auto a garaż wynajęła. Wraz z odziedziczonym kontem w banku miała na tyle pieniędzy, aby pracować tylko na pół etatu i żyć na wysokiej stopie zaspokajając zachcianki polegające na nieustannym dbaniu  siebie, oszczędzaniu na wydatkach i naciąganiu innych.  A i tak skarżyła się, że jest przemęczona i mało zarabia. Korzystała z każdej okazji, aby wykorzystać znajomych a rewanżowała się im kwiatami zerwanymi na publicznym kwietniku lub pod płotem oraz przedmiotami znalezionymi obok śmietnika.

Tym razem postanowiła wysępić obiad i zadzwoniła:

– Ela? Mam dla ciebie ładny kubek w biało-czarny wzór, taki jak lubisz, bardzo chcę się z tobą spotkać i ci go ofiarować. Masz kubki? Ale ten jest wyjątkowy, na pewno ci się spodoba. Acha, jesteś w kawiarni koło ratusza. To ja wsiądę na rower i przyjadę. Poczekaj na mnie.

– Mam nadzieję, że jakoś wymuszę na niej ten obiad – pomyślała. To frajerka przecież.

Opakowała kubek w darmową reklamową gazetkę, włożyła legginsy i krótką bluzkę, której było mniej niż więcej. Wsiadła na rower i popedałowała.

Zatrzymała się przy stoliku pod parasolem gdzie z koleżanką siedział nieznany jej mężczyzna.

– To już jestem. Nie miałam torebki, ha, ha, ha – powiedziała wręczając koleżance drogocenny, we własnym mniemaniu, prezent. Przedstaw mi pana.

– A nie, ja już idę – zerwał się kolega Eli.

– Czy to przeze mnie? – zapytała minoderyjnie Celina.

– Ależ nie, jestem już spóźniony na spotkanie – powiedział.

– Szkoda – stwierdziła Celina stawiając rower w tak, że kierownicą rozdarła sobie bluzkę. Nie miała stanika ale bezstresowo się tylko zaśmiała i usiadła obok koleżanki.

Mężczyzna uciekł w popłochu. Ela rozwijając gazetkę powiedziała:

– To jest ten piękny kubek? Czy ja wyglądam na kretynkę, że takie badziewie mi dajesz? Wstydziłabym się dać komukolwiek podobną skorupę. Zabierz to sobie i zakryj cycki, może tą gazetką – powiedziała, wstała i odeszła.

Celina wzruszyła ramionami, wstała, zabrała ze stolika kubek, kawiarniany wazonik i niewykorzystane saszetki z cukrem. Jak zwykle niczym się nie przejmując odeszła z łupem nie zapominając o  rowerze.

Wracając wstąpiła na spotkanie Klubu Seniora, spóźniając się pół godziny.

– O, już jesteście? – zdziwiła się fałszywie. To ja sobie zrobię kawę. A co teraz robicie? Wianuszki wiosenne? To dla mnie też zróbcie.

– Ale trzeba było przynieść kwiatki i wstążki – powiedziała szefowa klubu.

– Ach, przecież starczy dla mnie  tego co przyniosłyście – beztrosko stwierdziła Celina wlewając wodę do szklanki z kawą.

– Nie starczy! – chórem powiedziały seniorki.

– Och, jakie wy jesteście nieużyte. To ja tylko napiję się kawy. Gdzie jest mój kubek? A czy jest do niej mleczko?

– Nie ma! – ponownie odpowiedział chór.

Usiadła z boku i popijając przeglądała osiedlowe pisemko. Wreszcie zniechęcona wyszła.

– Jej się wydaje, że jest pępkiem świata i wszyscy powinni się nią  zachwycać. Bo liczy się tylko ona, jej korzyść, wygoda i przyjemność. Więc tylko cela byłaby dla niej najlepszym miejscem – powiedziała jedna z pań.

– I to pojedyncza, żeby nie miała kogo dręczyć opowiadaniem o sobie  – dodała druga.

– Na małej misce ryżu dziennie, bez kawy i papierosów – przyłączyła się trzecia.

– I w szczelnym kombinezonie zakrywającym całe ciało, żeby jej nic nie wylatywało – zakończyła czwarta.

Zniesmaczona koleżankami, które nie dały się wykorzystać Celina jechała do domu i tak była zajęta rozpamiętywaniem ludzkiej nieużyteczności i dla niej nieprzydatności, że nie zauważyła pędzącego dużego auta. Nastąpił huk, przeleciała przez ulicę i uderzyła w kamienny murek.

Lekarz pogotowia stwierdził zgon. Na pogrzebie była tylko daleka krewna dziedzicząca dobra ruchome i nieruchome. Sąsiedzi i wszyscy, którzy znali zmarłą odetchnęli z ulgą.

Upalne miasto 24

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************** *******

Anna spotkała Karola przed bramą.

– Widzę, że już dobrze pan chodzi – powiedziała.

– Zapisałem się na rehabilitację, pewnie  mi pomogła.

– To co? Zabieramy się do gotowania?

– Przemyślałem i zdecydowałem, że poproszę o parę lekcji.

– Więc najpierw zakupy.

– Bardzo dobrze, bo w lodówce mam głównie światło i kawałek tortu z wesela Baśki.

– Udało się? Dobrze się pan bawił?

– Było jakoś dziwnie. Niby najpierw wszystko normalnie a potem Arek wyniósł z domu  duże wypchane torby i odjechał z nimi oraz  parą gości. A Jadwiga ogłosiła, że panna młoda przeprasza ale bardzo źle się czuje. No i się rozeszliśmy.

– Rzeczywiście dziwnie. A tort chociaż dobry? Z cukierni czy Jadwigi wypiek.

– Nie wiem, mam kawałek, spróbuje pani. Nie mam przy sobie karty, muszę iść do domu.

– To ja z panem, zobaczę co jest w lodówce i w szafkach.

Weszli na klatkę schodową i przywołali windę.

– Czy pamięta pani film „Nie lubię poniedziałku” i scenę w windzie?

– Oczywiście, Rudzki w windzie, Kowalski jako jedyny fachowiec od takich wind obrażony, że chcą poszukać innego.

Zakupy musiały być dość duże, bo Karol tak przyziemnymi zajęciami nie zawracał sobie głowy. Torba na kółkach i druga bardzo duża zostały w sklepie zapełnione po brzegi.

Wypakowanie i ułożenie wszystkiego zajęło im sporo czasu. Felek ocierał im się o nogi, pomiaukiwał i domagał się głasków.

– Dobrze, to ja teraz pójdę do siebie po książkę kucharską jaką dla pana zrobiłam. Zaraz wracam.

Anna zamknęła za sobą drzwi i lekko zachwiała. Oparła się o ścianę i osunęła na podłogę, jęknęła pod wpływem bólu w  lewej ręce.

Po jakimś czasie zdziwiony nieobecnością sąsiadki Karol uchylił swoje drzwi i zobaczywszy leżącą seniorkę wziął ją pod pachy i podniósł.

– Zadzwonię na pogotowie – powiedział.

– Nie, może to tylko stłuczenie – zaoponowała. Zaprowadź mnie do mieszkania. W kieszeni mam klucze.

– Trzeba zrobić prześwietlenie, zadzwonię.

Posadził Annę w jej ulubionym fotelu i wybrał numer pogotowia. Pozwolono mu pojechać z sąsiadką.

Prześwietlenie wykazało  stłuczenie.

– Jak dobrze, nikt nie będzie musiał  mnie obsługiwać – pomyślała. A Ewa zrobi  mi zakupy.

– No to odkładamy nasze lekcje? – spytał, dość zadowolony z tego obrotu sprawy, Karol.

– Niestety tak. Ale tam leży książka kucharska, proszę ją zabrać i w wolnej chwili przejrzeć. Jeśli coś się panu wyda bardzo proste proszę spróbować ugotować. Radzę zacząć od rosołu. Proste to nie jest ale kupiliśmy kawałki różnych mięs i jarzyny, więc powinien być pyszny. Proszę dokładnie stosować się do przepisu, niczego nie pominąć, bo to nie jest łatwa potrawa.

Karol zabrał książeczkę i wyszedł nie zapytawszy czy może jeszcze w czymś pomóc.

Jadwiga, nazajutrz rano po uroczystości, znalazła chlebodawczynię leżącą w salonie, chrapiącą i rozchełstaną. Próbowała ją obudzić ale bez skutku. Przykryła więc lekkim kocem i przeszła do kuchni. Tam zaparzyła mocną kawę i wyciągnęła z lodówki sok pomarańczowy.

Barbara obudziła się wczesnym popołudniem. Wstała opierając się na kanapie a potem opadła na nią z jękiem. Popatrzyła na opróżnioną butelkę i westchnęła.

– Pani Jadziu, gdzie jest moja komórka? – zawołała.

Gosposia przyniosła pożądany przedmiot wraz z sokiem i kawą.

Skacowana pani domu wzięła telefon i wybrała jeden kontakt.

– Przyjedźcie jak najszybciej – powiedziała podając adres a potem pijąc sok i kawę.

Doprowadzenie organizmu do normalnego stanu za pomocą kroplówki trochę trwało. Nie pierwszy raz to stosowała, już kilka lat temu mąż przekazał jej ten sposób. Nieufna Baśka wtedy sprawdziła informację w Internecie:

Kroplówki witaminowe zdają egzamin nie tylko w przypadku wychodzenia z nałogu alkoholowego, ale sprawdzają się również w niwelowaniu nieprzyjemnych objawów kaca.
Odtrucie alkoholowe pomaga wypłukać z organizmu resztki alkoholu i jego metabolitów, a jednocześnie szybko nawadnia i uzupełnia elektrolity. Działanie kroplówki na kaca odczuwalne jest niemal natychmiastowo, a osoba może o wiele szybciej wrócić do swoich codziennych obowiązków.

I odtąd ratowała się w ten sposób. Na szczęście zdarzało się to najwyżej raz w roku.

Wieczorem już była w dobrej kondycji i poprosiła o lekki obiad. Jadwiga podała jedzenie i powiedziała:

– Mam do pani pewną sprawę.

– Dobrze, proszę poczekać aż zjem, napiję się mocnej herbaty i wtedy porozmawiamy.

Usiadły przy małym stole w salonie i gosposia zaczęła:

– Mam znajome małżeństwo, ona to Ukrainka Olena, on jest Polakiem, ma na imię  Adam. Muszą natychmiast wyprowadzić się z mieszkania i nie znajdą odpowiedniego lokum tak od ręki.

– I co w związku z tym? Mam ich tu przyjąć? Oszalała pani?

– Nie, ale mam pomysł – niech zamieszkają nad garażem. Ona dobrze sprząta, umie też gotować więc się tu przyda, a może i w pani sklepach. On jest „złotą rączką”, prawie wszystko naprawi, zadba też o ogród. Zapłaci im pani albo za wykonaną pracę albo za godzinę biorąc pod uwagę koszt mieszkania. Acha, mają małego psa, ale jest łagodny i dobrze ułożony.

– I będą się gnieść w kawalerce?

– Już im powiedziałam jak to wygląda, przyjmą propozycję z wdzięcznością.

– No, nie wiem. Niech przyjdą to z nimi porozmawiam.

– Ale ja za nich ręczę,

– Wszystko jedno, chcę poznać ludzi, których wpuszczę pod swój dach.

– Dobrze, to ja zaraz do nich zadzwonię. Kiedy mają przyjść?

– Jak im się pali ziemia pod nogami to jutro o dziesiątej rano.

Rozmowa przebiegła w miłej atmosferze przy kawie, herbacie, szarlotce i misce z wodą dla psa, który rzeczywiście okazał się niepotykanie spokojnym zwierzęciem.

Ustalono warunki mieszkania oraz pracy, więc nowi lokatorzy od razu się wprowadzili. Pies spenetrował cały ogród, zostawił kilka znaków dla pobratymców i zrobił kupę pod krzakiem. Potem przybiegł do właścicieli szczekając radośnie.

– Acha, zostawiłeś gdzieś prezent, prawda? No to pokaż gdzie leży. Zaczekaj wezmę łopatkę, zakopię to zamiast zaśmiecać środowisko torebką.

Targi, spotkania, książki i koty

1 grudnia Hala Stulecia (niegdyś Ludowa), Wrocław

Pamięć mam dobrą ale krótką więc w komórce miałam przypominaj ki:

– bank, aby przelać

– Targi Książki – aby m.in. kupić pismo „Książki”

– trafika, aby doładować komórkę

Pojechałam, gdzie musiałam, z bólem konta przelałam, w autobus wsiadłam i pojechałam. Tramwaj też bezbiletowo zaliczyłam. Do Hali się udałam.

Komórka zadziałała, sygnał mi przesłała więc posłusznie do stoiska Agory podeszłam i o pismo „Książki” poprosiłam. Taniej o trzy złote niż w kiosku – ale zaoszczędziłam. Przy okazji zapytałam czy można, u nich,  doładować, komórkę.

– Jeśli ma pani ładowarkę – usłyszałam.

– Ale ja chciałam konto uzupełnić, finansowo.

– A to jeszcze nie. Przed chwilą klient pytał o zapłatę bitcoinem.

– Mam nadzieję, że w przyszłym roku będziecie mieli obie opcje – zachęciłam ich do rozwoju usług.

– Czy chce pani torbę?

– Bezpłatną?  – upewniłam się.

– Tak, jeśli pani dopiero zaczyna zwiedzanie to się przyda.

Spacerując i oczyma stoiska penetrując, aby znaleźć ciekawe obiekty do sfotografowania, zatrzymałam się przy stoisku wydawnictwa Sowello, bo zwrócił moją uwagę  tytuł „Dlaczego szczęśliwy człowiek nie żeni się z kobietą” Marcina Halskiego. I się zaczęło, bo autor był na miejscu, w mikołajowej czapce a w brodę miał wpięte małe bombki choinkowe. Posiadał też poczucie humoru oraz kontaktowość, więc namówił mnie do zakupu. Zapłaciłam, książkę do torby schowałam.

– Ale może zdjęcie z autorem? To ja pani torbę potrzymam – zaproponował inny facet.

– Ale nie ucieknie pan? – upewniłam się.

Ustawiam się do foto, autor bierze książkę ze stoiska, ja ją trzymam, pozujemy, obsługa pstryka. Ja chowam książkę do torby. TAK! Tę drugą. Ale autor był bystry i odebrał.

– Nie udało się – mówię do wszystkich. I w śmiech, oni też.

Autor podzielił się wspomnieniem:

– Na moje spotkanie autorskie przyszły same kobiety. Pomyślałem sobie – po mnie czy do mnie?

– Bo kobiety więcej czytają – powiedziała jedna ze stoiskowych pań.

– Panowie wolą kupować (moje doświadczenie z prowadzonego przez wiele lat w dwu w bibliotekach , kiermaszu tanich książek) – uzupełniłam.

Przesuwam się dalej penetrując otoczenie, z wyczuleniem na darmowe gadżety. Trąca mnie niski puszysty:

– Dzień dobry pani Ireno.

Może i dobry ale kto to jest? Ach, to czytelnik biblioteki w której pracowałam, wtedy młody i bez długiej, jak teraz, brody.

Idę dalej i znosi mnie na stoisko ZLP gdzie stoi znajoma poetka zajmująca się też zbieraniem ziół na terenie Doliny Baryczy,  wytwarzaniem herbatek, kremów i maści z  ziołową zawartością.

W  trakcie obchodu fotografowałam głównie książkowe koty, u niej także. Ale miała też swoje pozaliterackie dzieła i nabyłam sól (bez jodu) mieszaną z ziołami, tworzącą w słoiczku kolorowe paski.

Na innym stoisku zatrzymała mnie zielona okładka z napisem HORACY. Pomyślałam: „O, nowe tłumaczenie Horacego ktoś zrobił”. Podchodzę i sięgam po zakładkę. A młody autor mówi, że pracował nad tą książką półtorej roku. I jeszcze coś o treści ale nie słuchałam tylko zapytałam: a trup jest? Nie ma – odpowiedział zaskoczony.  To nie kupię – odparłam i poszłam sobie. Pewnie nie zrozumiał czym zniechęca ewentualnych nabywców.

Podsłuchane gdzie indziej:

– Będziecie tu do niedzieli?

– Tak, ale to stracony dzień, nikogo nie będzie.

Zrozumiałam, że znowu jakiś mecz kopacze rozegrają.

W holu natknęłam się na stoisko z kolażami – zrobiłam zdjęcia dwóch z motywem kota.

Nie byłam jak Witia z „Samych Swoich” i nie pojechałam do domu na kocie tylko tramwajem.

Komórkę też doładowałam.

Zdjęcia z tej wyprawy są na moim profilu na facebooku, tu z autorem w.w. książki.

Upalne miasto 23

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Ślub odbył się szybko i cicho, w ogrodzie Baśki. Ubrana była kuso i na biało, na głowie miała wianek z ogrodowych stokrotek z białą woalką,  nad nią, w trakcie składania przysięgi,  leciał motylek. Arek miał na sobie letni garnitur w kolorze blue, w tym samym kolorze półbuty z licznymi dziurkami oraz letni kapelusz zakrywający zbyt wysokie czoło.

Panna młoda zaprosiła tylko, już sprawnego Karola, dwie kierowniczki swoich sklepów z mężami, szkolną koleżankę z którą zawsze rywalizowała i Wieśka. W prezencie ślubnym dla siebie kazała się mu się w ciągu tygodnia  wyprowadzić. Jego kawalerkę zająć miała Jadwiga, zadowolona, że zamieszka blisko ale osobno. No i będzie miała mniej schodów do pokonania.

Karol nie zrobił awantury, bo rano zobaczył na swoim koncie sporą sumę.

Jadwiga przygotowała dietetyczne, nietuczące potrawy i usiadła z boku obserwując zebranych. Karol, jak zwykle ubrany bardzo niezobowiązująco, miał na sobie podkoszulek z napisem: wyszłam za mąż – zaraz wracam, przysiadł się do niej i przez chwilę nie rozmawiając popijali drinki.

– A wie pani, że pani Anna chce mnie nauczyć gotować?

– Naprawdę? I co, zgodził się pan?

– Zastanawiam się, jakoś nie czuję powołania w tym kierunku.

– Spróbować warto, może ma pan ukryty talent?

– Ha, ha, ha, pewnie jest on bardzo ukryty.

– Co panu szkodzi, będzie pan niezależny od restauracji.

– Zastanowię się – powiedział Karol i podszedł do Baśki.

– Dzięki za forsę.

– Pewnie ją szybko przehulasz ale nie licz na wsparcie.

– Wiem, wiem, znam cię.

– A jaki prezent mi przyniosłeś? – zapytała panna młoda.

– Zastanawiałem się ale nie mogłem zdecydować co byś wolała: żywego psa czy kota?

– Żartujesz? Nie waż się! – wykrzyknęła oburzona macocha.

– Pewnie chciałabyś kolię z brylantami ale nie mam tyle kasy, chyba że z tombaku i ze szkiełkami.

– Twoje poczucie humoru jest jak tombak i szkiełka razem wzięte – Baśka odwróciła się i poszła do domu skorzystać z łazienki. Podchodząc do drzwi toalety usłyszała podejrzane odgłosy. Poszła w ich kierunku i zobaczyła jedną z kierowniczek ze swoim właśnie poślubionym mężem jak okazywali sobie wielką sympatię na łóżku do masowania. Stanęła jak wryta a potem runęła w ich stronę łapiąc po drodze ciężarek do ćwiczeń.

Sekundę wcześniej para ją zobaczyła i ze stołu zeskoczyła więc furia tylko ramię Arka skaleczyła.

– Auuuu, zwariowałaś? Mogłaś mnie zabić! – krzyknął.

– Zabiłabym ciebie, a odpowiadałabym za człowieka. Zejdź mi z oczu! Spakuj swoje rzeczy i wynocha! Rozwód szybko załatwię, nie martw się! A pani już u mnie nie pracuje – skierowała do kobiety w pośpiechu zbierającej części odzieży. Też w kolorze blue.

– Ale daj spokój kochanie, to nie to co myślisz – Arek naciągając spodnie próbował niezdarnie ratować sytuację.

– Precz chamie! – wykrzyknęła i rzuciła ciężarek w jego stronę. Masażysta uchylił się i wybiegł. Za nim  już bezrobotna kierowniczka.

Arek zaczekał na nią za drzwiami:

– Ja jestem zadowolony, że pozbyłem się tej baby. A ty jak ze swoim mężem?

– Powiem mu ale i tak byliśmy o krok od tej decyzji. Mamy dwa mieszkania więc może zaraz się przeprowadzić.

– Może i on ma jakąś babę na boku?

– A kto go wie? W łóżku jest beznadziejny ale ma forsę i nie jest skąpy to jakąś sobie znajdzie jeśli już tego nie zrobił.

– Ale straciłaś robotę.

– I tak miałam zamiar ją rzucić. Odłożyłam trochę, od męża też pewnie coś dostanę, miałam propozycję lepszej pracy, więc wszystko dobrze się układa.

– Tylko ja nie mam gdzie mieszkać.

– Wprowadź się do mnie, jeśli nam się ułoży to możemy być razem. Jedną dziedzinę już sprawdziliśmy i wiemy, że pasujemy do siebie. Oboje się zaśmiali i poszli na górę po rzeczy Arka. Spakowali je i skierowali się w stronę auta Heńki. Po drodze ta poinformowała męża:

– Jedziemy do domu.

– A co on tu robi z torbami? – zapytał małżonek.

– Wyprowadza się i zamieszka ze mną. Ty przenieś się do tego  drugiego mieszkania. Właśnie lokatorzy się wynieśli.

– To świetnie, właśnie zbierałem się powiedzieć ci, że chcę to zrobić.

– Czyli będziemy się rozwodzić – podsumowała Heńka.

– Uff, nareszcie mamy jasną sytuację – odetchnął uwolniony od zobowiązań mąż. Naprawdę wielkie dzięki, ulżyło mi.

– Jak miło się zrobiło – powiedział Arek. Zabrałem z weselnego stołu szampana to może to oblejemy? – zaproponował.

– Jestem na tak – powiedzieli małżonkowie.

Po wejściu do mieszkania żona, prawie rozwiedziona,  zaproponowała:

– To ja najpierw pomogę ci się spakować. Chyba że prześpisz się tutaj a jutro pojedziesz na nowe miejsce.

– A, nie. Wolę dzisiaj. Wam tez będzie wygodniej, prawda?

Nowa para pokiwała głowami wdzięczna losowi za takie rozwiązanie.

Po szampańskim toaście zagryzanym szybko odgrzanymi w mikrofalówce pasztecikami mąż, z pomocą Arka, zniósł torby do taksówki.

– Powodzenia – powiedzieli obaj prawie jednocześnie i zaśmiali się.

Arek wszedł do mieszkania Heńki i powiedział:

– Przyzwoity ten twój mąż.

– Szczególnie wtedy kiedy mu pasuje, ha, ha, ha – stwierdziła Heńka.

– No to rozbieraj się, dokończymy to co zaczęliśmy i ta kretynka nam przerwała – zaproponował Arek zdejmując ślubny garnitur.

– To może razem pod prysznic?

– Czemu nie, lubię szum i dotyk ciepłej wody.

– No to teraz polubisz mój dotyk – Heńka zgrabnie pozbywała się garderoby.

Nadzy i objęci poszli do łazienki.

Barbara wściekła, że następny facet wymknął jej się z rąk wyciągnęła butelkę czystej wódki  z barku i pijąc obmyślała zemstę.

Tak zastała ją Jadwiga.

– Czy wyjdzie pani do gości, pytają o panią.

– Niech spadają jak najszybciej.

– A co się stało?

– Ten cham, ten niewdzięcznik, to zero po liftingu zdradził mnie w gabinecie z moją pracownicą.

– Coś takiego – powiedziała gosposia. I co teraz?

– Wyrzuciłam go. Spakował się i razem z nią odjechał.

– Szybko poszło. To ja powiem gościom, że pani źle się czuje i przeprasza.

– Wszystko mi jedno, niech pani powie co chce, tylko nie prawdę.

– Oczywiście.

Upalne miasto 22

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Ewa załatwiła wszystkie sprawy na uczelni i zadowolona postanowiła to uczcić razem z babcią. Kupiła ulubione lody oraz świeże maliny i zapukała do sąsiednich drzwi.

Anna zerknęła przez wizjer i przekręciła zamek.

– Wchodź, wchodź, miło, że przyszłaś – powiedziała całując wnuczkę w policzek.

– Przyszłam oblać z tobą pomyślne załatwienie spraw na uczelni. Zaczynam od października – Ewa postawiła pojemniki na blacie w kuchni. Gdzie masz miseczki i łyżeczki?

Usiadły w pokoju przy stole delektując się deserem.

– To ja ci teraz opowiem o progach i barierach jaki pokonałam, aby doprowadzić mojego laptopa do lepszej formy. Najpierw zaniosłam go do znanego mi fachowca ale na drzwiach wisiała kartka, że mają urlop. W sierpniu! Jakby nie wiedzieli, że jak urlop to tylko w lipcu?

– Ale dlaczego uważasz, że  tylko w lipcu?

– Bo tak byłoby mi wygodniej.

– Acha, rozumiem, ha, ha, ha.

– Po tygodniu ponownie zaniosłam sprzęt i przeczytałam: JESTEM NA AWARII. Wrócę o godz. 14. A była 12-ta. Zniechęciłam się i  pomyślałam, że nie znam takiego imienia „Awaria”.

– Żartujesz chyba?

– No, oczywiście. Często stosuję metodę obśmiania trudności. Następnego dnia ponowiłam pielgrzymkę i ucieszyłam się, że drzwi otwarte. Weszłam i powiedziałam, że laptop mi świruje.

 Fachowiec zapytał: „Co to znaczy świruje?”.

Ja: „Rozumiem, że w języku komputerowym nie ma takiego fachowego określenia”. I opowiedziałam co i jak. Na co, sympatyczny młodzieniec stwierdził, że dobrze by było wymienić część z myszką. Zdecydowałam się. I trzeba było zabrać laptopa do domu, bo na miejscu tej części nie ma, należy zamówić, co przy mnie zrobiono. Miałam czekać na telefon. To był wtorek, minął następny a informacji ani widu a szczególnie słychu. To w środę dzwonię na komórkę fachowca a potem na firmowy telefon. Nikt nie odpowiada. Postanowiłam iść osobiście. Nie zdążyłam, bo facet oddzwonił i okazało się, że nie pamięta sprawy,

– Wkurzyłaś się?

– No, pewnie. Postanowiłam mu powiedzieć, żeby jadł średniej wielkości wieloryba dziennie.

– Co ty mówisz? Jakiego wieloryba?

– A to cytat z jakiegoś filmu. Taką radę tam przekazano, żeby komuś poprawiła się pamięć.

– Rozumiem, i co dalej?

– W trakcie rozmowy sprawdził, że zamówienie poszło ale przesyłka nie wyszła. Zamówił ponownie.

– Długo czekałaś?

– Tydzień. Firma od części zamiennej usprawiedliwiała się, że pracownik był na urlopie. Zaniosłam sprzęt w środę rano, facet zapytał czy coś na laptopa wylałam. Ja na to, że to są odciski palców dla policji. Taki żarcik. A po południu już był telefon, że za godzinę mogę przyjść i zabrać laptopa. Ale zapytał czy palę papierosy. Zaprzeczyłam z oburzeniem.

– No, ta zniewaga krwi wymaga. I co? Poleciałaś ze śpiewem na ustach.

– A właśnie że nie. Żadnego latania i śpiewania.

– Zastosowałaś luz bluz.

– Cierpliwość i dystans raczej.

– Z odbiorem nie było kłopotu?

– Żartujesz? Oczywiście, że był. Terminal im padł i nie mogłam zapłacić kartą a nie noszę przy sobie takiej gotówki.

– Domyślam się, że musiałaś latać po osiedlu do bankomatu, jeden był nieczynny a drugi oporny.

– Otóż nie. Wprawdzie złośliwość losu spowodowała, że dawno zamknięto oddział mojego banku położony blisko punktu napraw ale fachowiec miał dzień dobroci dla klientki i pozwolił mi zabrać laptopa bez płacenia.

– Tak zupełnie?

– Nie, no bez przesady. Zapłaciłam następnego dnia. Bez procentu. Weszłam i powiedziałam: pewnie pan myślał, że nie przyjdę. Zaprzeczył. Ale pewnie mała nutka niepewności w nim tkwiła.

– Ufff, twój diabeł stróż jest cholernie pracowity.

– A anioł się nie wyrabia na zakrętach. Ostatnio przeczytałam, bardzo prawdziwą  sentencję znajomej o nicku Ostatek: „Starość jest jak pudełko czekoladek z piołunem. Żebyś nie wiem jak się starał trafisz na gorycz”

– Nadzwyczaj prawdziwe stwierdzenie.

Barbara postanowiła zostać panną młodą i zmanipulować Arka, aby się oświadczył uważając, że to jego pomysł. Zamówiła u pani Jadzi swoje ulubione danie w postaci piersi z indyka na parze:

Jeżeli planujemy gotowanie mięsa na parze, to pamiętajmy, aby je najlepiej na noc zamarynować w oliwie i przyprawach. Mięso jest wtedy bardziej soczyste i wyraziste w smaku. Warzywa można przyprawić tuż przed gotowaniem. Nie żałujmy ziół i aromatycznych przepraw. Ponieważ gotowanie na parze ma być dietetyczne, starajmy się nie używać soli. Ewentualnie można posolić już na talerzu, przed samym podaniem.

Składniki:

– 400 g piersi indyka

– 3-4 ziemniaki

– mieszanka ziół

– mieszanka suszonych warzyw

– kminek 1 łyżeczka

– czerwona cebula

– mrożona marchewka mini ½ opakowania

–  olej

Wykonanie:

Mięso kroimy w cztery plastry. Obsypujemy obficie ziołową mieszanką – ok.3 łyżk). Odstawiamy do lodówki na noc ( pod przykryciem ) lub minimum na godzinę.

Ziemniaki obieramy, kroimy w niezbyt grube plastry, obsypujemy kminkiem i zmiksowanymi, suszonymi warzywami. Polewamy oliwą i dokładnie mieszamy. Cebulę kroimy w plastry. Układamy kolejno w parowarze: plastry mięsa, ziemniaki z cebulą, marchewkę. Następnie nastawiamy parowar na 30 minut. Gotowe danie przyprawiamy ewentualnie solą, pieprzem, sproszkowaną papryką. Podajemy z sezonową surówką lub z konserwowym ogórkiem.

– Wprawdzie przypuszczam, że najchętniej pożarłby dużą golonkę lub wielkiego schabowego a do tego kilka piw ale nie pozwolę, aby się roztył – pomyślała. Ma wierzyć, że dania z parowara są jego ulubionymi i już. Jak tak jadam więc i on może. A na deser dostanie pyszną bezę z zapieczoną pokruszoną tabletką dopingową. To będzie piękna noc.

Nieznana wyspa

Mary Ann Shaffer; Annie Barrows – Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, Wydawn. Świat Książki 2018

WSTĘP: „Wyspa – zielony kolczyk na uchu morza” Antoni Regulski

O autorkach:

M. A. Shaffer – urodziła się w 1934 r., zmarła 1 lutego 2008. Była redaktorką, bibliotekarką, pracowała w księgarni. Ciotka Annie Barrows.

Annie Barrows urodziła się w 1960 r. w Sam Diego (Kalifornia, USA). Na Uniwersytecie Kalifornijskim otrzymała licencjat z historii średniowiecznej. Była korektorką i redaktorką. Napisała kilka książek o różnej tematyce jak wróżbiarstwo czy opera.

Także serię książki dla dzieci pt. „Nierozłączki”.

Poza tym „Magiczna połówka”; „Opowiem ci pewną historię”; „Prawda według nas”.

Po śmierci swojej ciotki M. A. Shaffer dokończyła jej książkę „Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”.

O książce:

W „Podziękowaniach” autorka wyznaje, że ta książka powstała przypadkiem. Pojechała bowiem do Anglii szukać materiałów do innej powieści i wtedy poznała informacje o niemieckiej okupacji Wysp Normandzkich. Poleciała na Guernsey, której piękno i historia ją zafascynowały.

„Małe troski są wymowne, duże milczą” – Seneka

Książka składa się z listów – głównej bohaterki Juliet Ashton, trzydziestodwuletniej pisarki do różnych osób – wydawcy Sidney`a Starka, jego siostry – Sophie oraz do mieszkańców wyspy i odpowiedzi. Ich korespondencja składa się na  niezwykłą opowieść w dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza toczy się od  stycznia do września 1946 roku. To najpierw Londyn z gruzami domów po bombardowaniu, tam mieszka Juliet borykająca się z brakiem pomysłu na powieść.  A potem jej pobyt na wyspie. Druga to czas okupacji Guernsey. Zaczynem akcji są eseje Charlesa Lamba, które nabył mieszkaniec wyspy Dawsey Adams. Z wpisu na okładce okazało się, że to książka Juliet. Adams prosi ją o podanie adresu księgarni gdzie mógłby zamówić inne pozycje Lamba dodając, że należy do Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Pisarka poszukująca tematu nie mogła przegapić takiej okazji – nawiązuje kontakt listowny z farmerem Dawseyem a potem z innymi mieszkańcami wyspy. I gdy uzyskuje  zgodę na opisanie ich przeżyć w czasie niemieckiej okupacji płynie na wyspę.

Każdy z opisanych mieszkańców jest, w jakiś sposób, charakterystyczny, Isola ma papugę i kozła, Elisabeth pomagała młodemu polskiemu robotnikowi przymusowemu, Eben jest kamieniarzem i rybakiem, John – lokaj czyta list Seneki i udaje lorda, Will handluje złomem a Adelajda „nie może żyć bez świętego oburzenia”. I jeden dobry Niemiec z którym Dawsey się zakolegował

Książka, mimo że opisuje tragiczne wydarzenia nie przygnębia. Jest pełna ciepła, optymizmu a nawet humoru.

„Coś w tym jest, że humor pomaga znieść rzeczy normalnie niemożliwe do zniesienia” – pisze Juliet o swoich felietonach z czasów wojny mających Anglików podtrzymać na duchu.

W powieści jest nie tylko wojna i strata, głód i chłód, losy ludzi i porzuconych zwierząt, kolaboracja ale i przyjaźń, nadzieja, bogaty wielbiciel, zakazana miłość między Niemcem a mieszkanką wyspy, wzajemna pomoc, listy od Oscara Wilde`a i związana z tym zabawna akcja kryminalna.

Powieść została sfilmowana w 2018 roku. Polecam.

Guernsey – wyspa na kanale La Manche u wybrzeży Normandii. Na początku czerwca 1940 roku (II wojna światowa) prawie połowa mieszkańców – 17000, została przewieziona do Anglii.

Dalszą ewakuację uniemożliwiło zbombardowanie portu. 30 czerwca wyspę zajęły wojska niemieckie. Okupacja trwała do 9 maja 1945 roku.

Upalne miasto 21

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************

„Talent to jest wypuszczanie gołębia z pustego kapelusza. W każdej dziedzinie” napisał na FB Mariusz Szczygieł.

– Jednak bywają talenty małe, średnie i duże – pomyślała Anna. Czy wtedy zmieniają się też proporcje gołębia i kapelusza? A jeśli jest to tylko  talent do bycia złym, głupim, podłym i wyrachowanym egoistą, co wtedy? Należy strzelać do tego gołębia i podpalić kapelusz?

Tak rozmyślała seniorka obierając ziemniaki na placki ziemniaczane. Zaprosiła na nie Ewę, obie lubiły dobrze wysmażone, ciasto bez jajka, a gotowe posypane cukrem.

Ewa przyszła z zakupami, kefirem i mrożonymi malinami.

– Zjemy sobie takie niby lody – zaproponowała.

– Czyżby spotkało cię coś przykrego?

– Ach, wiesz jacy są ludzie… – westchnęła wnuczka.

– Oj, wiem. Większość nie szanuje siebie i podle się zachowuje za to oczekują  szacunku i zachwytów.

– A frustrację z powodu braku tego wyładowują na innych, poniżając ich i obrażając.

– To ci musiał ktoś mocno dopiec – stwierdziła Anna smażąc placki.

– Jakiś zły dzień dziś mam – i kłótliwa, naprawdę bez powodu, klientka w salonie, i niewydolny klient zwalający na mnie winę za swoją niemoc.

– To go zablokuj w telefonie.

– Już to zrobiłam. Ale mam lepszą wiadomość.

– O, jaką? Daj talerzyk to ci nałożę.

– Postanowiłam dokończyć studia. Pamiętasz, że mam za sobą trzy lata psychologii?

– Pamiętam, oczywiście. A byłaś już na uczelni załatwić tę sprawę?

– Będą to studia płatne więc nie stawiają przeszkód. Obiecali też  zaliczyć mi tamte egzaminy.

– Rozumiem, że cię już stać na opłaty, czyli wyszłaś z długów?

– Jeszcze nie ale już niedługo. Jak wszystko spłacę i trochę zaoszczędzę to skończę z bycia osobą na telefon.

– Oby jak najprędzej. Żałuję, że nie mam oszczędności i nie mogę Ci pomóc.

– Przekazując mi salon wystarczająco pomogłaś. Miałam dokąd uciec od koszmaru świata modelek.

– Tak, to się dobrze złożyło – powiedziała Anna siadając i placki posypane cukrem zajadając. Obie nie kroiły ich tylko zwijały w rulonik i odgryzały kolejny kęs delektując się posiłkiem i swoim towarzystwem.

Pan Kot Felek bardzo był zadowolony, że do obsługi i głaskania ma trzy osoby – Karola, Annę i Jadwigę.

Właśnie Anna skończyła sprzątanie kawalerskiego mieszkania obu panów i spytała Karola:

– A pan to próbował kiedyś coś ugotować?

– Nie, nigdy. Nie mam talentu w tym kierunku.

– Nie próbował ale wie, że nie? A może jednak? Nauczyłabym pana najprostszych rzeczy, chce pan?

– Bo ja wiem? Może jak mi zdejmą gips.

– A kiedy to będzie?

– Za trzy dni.

– No to skończy się nasza opieka i będzie pan musiał być samodzielny.

– Oj tam – dotąd jakoś sobie radziłem.

– Podejrzewam, że to jakoś to było byle jak. Proszę się zastanowić – już bez zapłaty mogę parę razy przyjść i dać panu parę lekcji prostego gotowania podstawowych dań.

– To ja do pani zadzwonię.

– Jeśli za tydzień pan tego nie zrobi to ja się skontaktuję. Pójdziemy do sklepu, przy okazji nauczę pana robić sensowne zakupy.

– Jeśli już pani tak koniecznie chce.

– Ja się nie narzucam. Ale warto być dorosłym czyli samodzielnym.

Po wyjściu seniorki Karol zadzwonił do Barbary.

– Gdzie jest moja spadkowa kasa? – zakrzyczał do słuchawki.

– Uspokój się, jutro będzie na koncie.

– Sprawdzę i jeśli nie – to przyjadę i zamieszkam u ciebie.

– Już się boję, ha, ha, ha – Baśka odłożyła słuchawkę.

Gips sprawnie zdjęto, noga okazała się blada i nieco sflaczała.

– Przydałaby się panu jakaś rehabilitacja – powiedziała pielęgniarka.

– Na fundusz?

– Żartuje pan? Tylko prywatnie. Napiszę panu jakie i gdzie można wykupić.

Ostatnie zakupy dla podopiecznego Jadwiga zrobiła jak dla czteroosobowej rodziny o czym ten powiadomił panią Annę.

– Jak już wszystko przejem to dopiero wtedy pójdziemy na zakupy. Chyba potrwa to co najmniej tydzień, może półtora.

– Dobrze, w międzyczasie zrobię dla pana książkę kucharską – w segregatorze A-5, w koszulkach, nakleję  na kartki papieru swoje i cudze przepisy. Podzielę na działy kolorowymi kartkami. Powycinam też, z gazetek reklamowych, zdjęcia produktów i potraw i nimi ozdobię tę książkę.

– Och, dziękuję ale ja nie będę mógł pani zapłacić – powiedział skąpiec.

– Nie ma sprawy, to w ramach pomocy sąsiedzkiej.

– Ale się baba uparła, ale co mi tam, może rzeczywiście mam talent kulinarny, bo dlaczego nie? Mój stryjek był świetnym kucharzem to kto wie? – pomyślał Karolek, odgrzał sobie pyszny obiadek, popił świeżo zaparzoną herbatą uświadamiając sobie, że nie kupił  piwa.

– E, to jutro przy okazji załatwiania zabiegów.

Położył się na tapczanie a obok niego Felek. I tak sobie drzemali przy cichej muzyce Aż tu nagle usłyszeli kobiecy jazgot. Potem hałas przesuwanych mebli i liczne, siarczyste przekleństwa.

– Było cicho i komu to przeszkadzało? Karol  wstał, otworzył drzwi wejściowe i zszedł piętro niżej zobaczyć powód tego koszmaru. I zobaczył.

Na noszach wynoszono nieprzytomnego lokatora, którego pobił zazdrosny mąż, kolega z pracy. Żona i kochanka kłóciły się bez szarpania za włosy albowiem kulturalne były. Brat żony przesuwał meble i przeklinał na czym świat stoi.

– On tak musi, te meble? Wyprowadzać się będą? – zapytał Karol sąsiada – gapia.

– A skąd! Jakie wyprowadzać, ale siostra mu powiedziała, że zazdrosny mąż chował dowody zdrady za szafą, to odsuwa.

– I co by to miało być? Te dowody?

– A kto to wie? Może filmiki sobie nagrywali? Może tylko zdjęcia robili? Pojęcia nie mam.

– To niech pomaca dół szafy, może tam jest jakaś paczuszka – doradził Karol i poczłapał na górę.

– Nigdy nic sobie nie nagrałem, żadnego bunga bunga. Może szkoda – pomyślał siadając przy komputerze bo dostał nowe zlecenie. Sprawdził czy na koncie pojawiły się pieniądze ze spadku. Nie było.

– Trzeba zarobić na rehabilitację – pomyślał. Kasy nigdy za wiele.

Upalne miasto 20

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

Pobyt w „Leśnej nimfie” Barbara uznała, mimo wszystko, za udany. Ona się zrewitalizowała a Arek dokształcił. Wyjechali z ośrodka w poniedziałek rano i dotarli do domu po trzech godzinach.

Wysiedli z auta, kierowca – rehabilitant wyjął torby i walizki z bagażnika a Barbara otworzyła wejściowe drzwi.

– Co tu się stało???? – Arek usłyszał jej krzyk. Porzucił bagaż i wbiegł do domu.

Oboje zobaczyli skutki balangi – leżące, śpiące nagie panie i jednego pana. Wieśka zalanego krwią i patrzącego błędnym wzrokiem. Rozbite szkło meblowe i lustro, plamy na dywanie a nawet na suficie i ścianie, poprzewracane krzesła i fotele, oberwane zasłony i firanki.

Barbara wściekła dopadła Wieśka, postawiła go na nogi i chlasnęła parę razy po twarzy.

– Arek, trzeba go zanieść pod prysznic. Pozostałych też. Albo lepiej nie. Tam tylko Wieśka, ich wyrzuć na trawnik i odkręć deszczownicę.  Ja przyniosę ubrania dla Wieśka, a ich ciuchy wyrzucę na zewnątrz.

Co powiedziała to zrobiła.

Po chwili zobaczyli jak pięcioro nagich i mało przytomnych postaci zatacza się po ogrodzie.

Wiesiek po prysznicu trochę oprzytomniał, ubrał się i usiadł na kanapie zastanawiając jak wybrnąć z sytuacji.

– Ty kretynie! – krzyknęła Baśka siadając naprzeciw niego. Ty skończony, ograniczony kretynie! Masz załatwić sprzątanie, malarzy, pranie dywanu, wstawienie szyb i odkupisz alkohole oraz szklanki i kieliszki. Dobrze, że pani Jadwiga ma parę dni wolnego, bo gdyby to zobaczyła zawał murowany.

– Ale…

– Żadne ale, ty narozrabiałeś, ty ponosisz konsekwencje. I ani słowa bo nie wytrzymam i tak ci przyłożę,  że się nie pozbierasz. A teraz wynocha z mojego domu i nie masz tu wstępu! Oddawaj klucze! A za godzinę ma tu być ekipa sprzątająca i nie obchodzi mnie jak to załatwisz.

Towarzystwo na trawniku powoli trzeźwiało, to podnosiło się, to padało i szukało swoich ubrań – znaleźli je przy drzwiach wejściowych. Pomięte jak oni sami.

Gdy Wiesiek wyszedł z domu, napadli go z pretensjami.

– No, co się dzieje? Dlaczego nadzy wylądowaliśmy na trawie?

– Bo zachciało się wam łona natury – kłamliwie poinformował kumpel.

– Trzeba było nas powstrzymać.

– Akurat! Całą piątkę? Jak? Zarzucić na was sieć rybacką?

– Dobra, to teraz chcemy wziąć prysznic – powiedział kolega a cztery panienki milcząco przytaknęły.

– A nie wystarczy wam tego lania? Dobra, chodźcie do mnie, bo mam zakaz wstępu do Baśki.

Wieśkowa kabina prysznicowa była pojedyncza i duetów nie mieściła. Panowie nie byli zadowoleni. Panie wręcz odwrotnie. Zużyli zapasy mydła, szamponu i wszystkie ręczniki.

– Słabo wyposażone masz to gospodarstwo – skrytykowała jedna z panienek. Kosmetyki najtańsze, ręczniki zużyte, woda ledwie ciepła.

– Nie jestem darmową łaźnią, idźcie już, głowa mnie boli – niegościnnie popędzał gości Wiesiek. Muszę załatwić porządki i malowanie u Baśki. Ty się dołożysz do kosztów – wskazał na kumpla.

– Jeszcze czego! Zaprosiłeś to sam płać! – usłyszał. Chodźcie dziewczyny, jedziemy do mnie. Niech sobie sam siedzi ten skąpiec.

– Skąpiec, skąpiec, skąpiec – wychodząc powtarzały panienki.

– Moliera się naczytały czy co? – pomyślał nieszczęsny organizator orgietki masując skronie.

Zadzwonił do znajomej Ukrainki, która wielokrotnie już sprzątała u Baśki. I do malarza, jej znajomego. W Internecie zamówił szklanki i kieliszki podobne do tych jakie potłukli. Najtrudniej było ze szklarzem i lustrem ale w końcu też to załatwił.

Zaparzył sobie mocną kawę myśląc: jakie to szczęście, że nie chcieli, żebym ich poczęstował, bo mam bardzo dobrą, szkoda by było.

Karol z trudem wytrzymywał utrudnienie w poruszaniu się i swędzącą nogę pod gipsem. Felek uspokajał go mruczeniem i ocieraniem się.

Jego niewolnik wykonał zleconą pracę i czekał na przelew należności marząc co sobie kupi za te pieniądze.

– Na wypasione auto czy motor nie starczy, najwyżej na rower i to z dolnej półki ale i tak będzie lepszy niż ten, który mam – pomyślał. Ciągle nie wiem ile dostanę od Baśki. I kiedy. Szkoda, że nie jestem hakerem tylko grafikiem. Włamałbym się do jakiegoś banku i przelał sobie godną mojej osobowości sumkę. A potem wyjechał gdzieś daleko i żył sobie lekko, łatwo  przyjemnie.

Weszła pani Jadwiga z kolejnym zapasem jedzenia. Była na urlopie więc tym razem przyniosła zupy z marketu, płynne i chińskie. Zajrzała do zamrażalnika sprawdzając stan produktów. Dołożyła woreczki z domowym leczo a jedną porcję włożyła do garnka i postawiła na palniku.

– Na jutro ma pan w lodówce faszerowaną paprykę i naleśniki z serem – powiedziała zbierając swoje rzeczy. Pani Anna zaraz przyjdzie i tu posprząta. Chodź Feluś, nalałam ci świeżej wody i wsypałam trochę groszków, które lubisz.

Kot poocierał się o jej nogi i zabrał do pałaszowania.

Ewa pojechała na kolejne spotkanie biznesowo- łóżkowe. Tym razem był to niedawno rozwiedziony pięćdziesięcioletni właściciel firmy transportowej. Wymienić chciał żonę na nowszy model ale żadna młódka go nie chciała, bo nie był fizycznie atrakcyjny. Brakowało mu kilku zębów, cerę miał w pryszczach a poza tym chrapał nieznośnie. I nie chciał od Ewy seksu tylko, żeby mu wytłumaczyła dlaczego nie ma brania.

– Najpierw pieniądze, potem rozmowa – postawiła warunek. Mam być szczera czy skłamać, aby się pan dobrze poczuł? – zapytała chowając pieniądze do torebki.

– Szczera ale nie do bólu – poprosił.

– Proszę bardzo, zapiszę panu – wyciągnęła notes i długopis.

Po pierwsze kosmetyczka – mogę polecić dobry salon, wyjęła z torebki wizytówkę swojego. Po drugie dobry fryzjer. Po trzecie – czyszczenie zębów i uzupełnienie ubytków. Po czwarte garderoba – garnitur szyty na miarę, dobrej jakości  bawełniana bielizna i skarpetki oraz skórzane buty. Po czwarte to nieprawda, że częste mycie skraca życie. Po piąte dezodorant do ciała i do stóp. Stać pana na to wszystko. I do lekarza proszę iść, żeby powiedział dlaczego pan chrapie.

– To samo mówiła moja żona – przyznał się bez bicia.

– I dlatego się pan z nią rozwiódł?

– Tak naprawdę to mnie zdradzała, bo ja już nie bardzo się sprawdzam.

– A viagrę pan stosował?

– Jeszcze nie, a powinienem?

– O to musi pan zapytać lekarza, on zaleci różne badania, wtedy okaże się co i dlaczego nie działa.

– Może powinna pani zostać psychologiem seksualnym? – zapytał.

– A wie pan, że myślałam o tym. Mam za sobą trzy lata psychologii, może warto skończyć te studia. Dziękuję za podpowiedź.

Podejrzany nieskazany

Jacek Getner – Podejrzany na wieki wieków, Wydawn. Lira 2021

Wstęp: „Kryminał to taki romans, tyle że z trupem w tle”

O autorze:

Jacek Getner zaczął pisanie od wierszy. Przerwał studia, aby pracować jako copywriter w agencji reklamowej.

Jest autorem scenariuszy telewizyjnych (seriale „Daleko od noszy”, „Ale się kręci”, „Malanowski i Partnerzy”, „Klan”), sztuk teatralnych, opowiadań i książek kryminalnych z humorem. W trakcie tworzenia preferuje pisanie dialogów niż opisów.

Jest autorem wielu książek, w tym serii o detektywie Przypadku.

Jest też pomysłodawcą i fundatorem corocznej nagrody „Zbrodnia z przymrużeniem oka”.

Ma rodzinę, lubi zbierać grzyby i łowić ryby.

O książce:

Na okładce czytelnik od razu widzi stwierdzenie: „W życiu czasem łatwiej znaleźć mordercę niż porządnego faceta”.

Czy tak jest naprawdę? A co z kobietami? W książce obie płci mają wady i zalety.

Ofiarą morderstwa jest właściciel DROBPASZTU, buc, prostak i sknera. Zastał go, przybitego szablą do służbowego fotela, Bazyli Jacak – copywriter, który natychmiast staje się głównym podejrzanym. Często mu się to zdarza, bo nie umie w kontakty międzyludzkie, mówi co myśli nie licząc się z innymi. Taki z niego „podejrzany na wieki wieków”. Bazyli uważa, że „Życie jest takie szare, czasem warto je trochę ubarwić”. Czytelnik dowiaduje się dlaczego jego półkule mózgowe ze sobą walczą i co z tego wynika. To zabawne momenty.

Czasem trzeźwo ocenia ludzi nie rozumiejąc „… w jaki sposób niektóre osoby dzięki systemowi testowemu uzyskały matury, a nawet poszły na całkiem dobre studia”.

Na szczęście jego narzeczoną jest zaradna i przedsiębiorcza Barbara Kotula, która uparła się udowodnić niewinność Bazia. A gdzie diabeł nie może tam babę pośle. A nawet dwie, bo kobiety opiekuńcze bywają.

Kumplem zlecającym czasem Bazylemu pracę jest Szymon Chachuła, niezdolny ale za to na stanowisku bo uprzejmy i tym manipulujący otoczeniem. Warto być uprzejmym. Profesjonalnym już nie zawsze.

Postaci w powieści jest sporo i wszystkie wzajemnie się podejrzewają o to morderstwo. Mamy też porwanie, śledzenie, stalkera, niespełnione uczucie, zdolności parapsychiczne rodzicielki Bazia, próba przejechania autem. Trochę tego dużo i można się pogubić.

W książce autor bawi się nazwiskami bohaterów – czasem jest to nomen – omen, czyli Tłuścik, a poza tym policjant Gąsior, pani prokurator Całus, policjant Martuś.

Mnie książka nie zachwyciła a najbardziej rozbawiła notka na tylnej okładce z której dowiadujemy się, że autor jest wicehrabią polskiej komedii kryminalnej. Hrabia pilnie poszukiwany.

p.s. autor na Facebooku opisał doświadczenie z pracy w pewnej telewizji gdzie każdy z pracowników miał swój kubek chował go do biurka. Autor nie posiadał swojego miejsca więc swój kiedyś zostawił w kuchni na noc. Rano go nie było, poszukiwania nie dały rezultatu. Po tygodniu wywiesił ogłoszenie: Mam AIDS, proszę o zwrot kubka z napisem „…….”. Nazajutrz zguba była w kuchni. Pomysłowo.

Upalne lato 19

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

**************************************************************

Zachwycony właśnie odzyskaną wolnością Wiesiek postanowił z niej korzystać bez ograniczeń. Z tego, że barierą jest jego wiek, wygląd oraz skąpstwo nie zdawał sobie sprawy.

Zadzwonił do kolegi znanego z licznych podbojów i zaproponował u siebie orgietkę.

– Wiesz, popijemy, popalimy i pochędożymy. Wiem, że Baśka z Arkiem wyjeżdżają na trzy dni to nawet zdążymy posprzątać. Mam zapasowe klucze.

– Zapytałeś ją o zgodę?

– No, coś ty! W  życiu by się nie zgodziła. Załatw dziewczyny i skręty a ja daję chatę, basen i napoje. Ale dziewczyny mają być młode, ładne i bezinteresowne. Bez profesjonalistek – zastrzegł.

– Pewnie, kto by płacił babom za zrobienie im przyjemności – zarechotał Antek. Też działacz związkowy za grubą kasę.

Barbara zaplanowała romantyczny długi weekend w, poleconym przez znajomą, ośrodku SPA o wdzięcznej nazwie: „Leśna nimfa”, położonym blisko lasu i jeziora, w mało znanej miejscowości. Arek miał się tam doszkolić w technikach rehabilitacyjnych a Baśka poddawać się wyszukanym zabiegom konserwującym jej naturalne piękno.

Arek okazał się doskonałym kierowcą, zaplanował nawet play listę ulubionych utworów pracodawczynio – kochanki.

Wiesiek wystawił na stół w salonie wszystkie alkohole jakie znalazł w barku gospodyni domu, dodał do tego soki, wodę i tonik. Bardzo z siebie zadowolony rozwalił się na kanapie oglądając pornosa z płyty otrzymanej jako łapówka za przysługę. Leżał tak i się napawał aż usłyszał dzwonek do drzwi.

Wstał i wpuścił kumpla z czterema już rozbawionymi dziewczynami.

– No to jesteśmy. O, widzę, że wprowadziłeś się w nastrój. Ale przyniosłem coś na niuch i do palenia. Dziewczyny rozgośćcie się.

Ośrodek Spa był domem z sześcioma pokojami (w tym dwa dwuosobowe),  dla gości, jadalnią, kuchnią, gabinetem zabiegowym, siłownią i pomieszczeniem z napisem: tylko dla pracowników. Właściciele i personel mieszkali w osobnym budynku. Obiady były dietetyczne, dostosowane do preferencji kuracjuszy, trzech kobiet i jednego faceta. Plus Barbara z asystentem. Kolację zaserwowano skromną ale za to wytworną – kawior i szampan, kozi ser, czerstwy (bo tylko taki jest zdrowy) chleb na zakwasie, miód z pobliskiej pasieki, zielona herbata, suszone śliwki i morele.

Położyli się spać po spacerze w lesie. Zapach drzew iglastych utulił ich i zapewnił przyjemne sny.

Nazajutrz wszyscy wstali lekko otumaniali i tym trochę zdziwieni. Właściciel zapewnił, że to skutek zmiany klimatu i po śniadaniu rozdał każdemu plan indywidualnych zajęć.

Na obiad  podano filiżankę czystego rosołu, szparagi z odrobiną masła i wodę mineralną oraz po jednym, niedużym jabłku. Po posiłku zalecono co najmniej godzinny spacer w lesie połączony ze zbieraniem jagód. W tym celu rozdano tekturowe, podziurkowane pojemniczki i obiecano, że będą je mogli spożyć, polane miodem, na kolację.

– I nic więcej? – zapytał Paweł.

– „Która więcej jagód zbierze tę za żonę pan wybierze” – powiedziała piękna żona właściciela.

– „Matko, w lesie są maliny, niechaj idą w las dziewczyny” – dodała jedna z kobiet.

– Ale o co chodzi? – spytała zdziwiona Barbara.

– O „Balladynę” – wyjaśniła gospodyni.

– Jaką Balladynę? – dopytywała nieznająca lektur szkolnych.

– Polską, Słowackiego – uzupełniła żona trochę niedokształceniem gościa urażona.

Wiesiek i reszta kompanii przy dźwiękach bardzo głośnej muzyki pili, tańczyli zataczając się i tłukąc szyby w meblach, ćpali i womitowali nie mając już siły na seks. Padli wreszcie na dywan nie reagując na zewnętrzne bodźce.

Obudzili się nazajutrz w południe z szumem w głowie i pieczeniem w gardle. Dopadli do wody i soków,  wypili wszystko w zasięgu wzroku. A potem okupowali toalety i zalegli ponownie w salonie bez sił, bez ducha, jak hulaszcze szkielety, tak udane były te balety.

Leśny spacer kuracjuszy i zbiory udały się ponad oczekiwanie. Najwięcej jagód zebrał Arek i w nagrodę otrzymał tytuł jagodowego króla co uczczono pomalowaniem mu twarzy rozgniecionymi owocami choć bardzo się bronił chroniąc swoją wypielęgnowaną twarz. Ale siła złego na jednego więc z bojów wyszedł z fioletowym obliczem. W dodatku nie pozwolono mu umyć twarzy aż do późnego wieczoru.

– Baśka, w co ty mnie wrobiłaś? – zapytał gdy już siedzieli na tarasie popijając przemyconą wódkę.

– Areczku, miej trochę poczucia humoru i potraktuj to jako maseczkę. Na pewno dobrze ci zrobi.

– No, nie wiem. A jak mi kolor zostanie?

– No to będziesz jagodowy na pysku. Nie marudź. – Baśka wstała i zniecierpliwiona weszła do domu zadowolona, że zabiegi i koktajle jakie zaserwowano bardzo poprawiły jej samopoczucie.

– Cholerny babsztyl – pomyślał owocowo pomazany. Nic i nikt  jej nie obchodzi oprócz kasy, seksu i wyglądu.

Wiesiek dopiero wieczorem zaczął coś kontaktować gdy zobaczył nagiego kumpla i dziewczyny zabawiających się erotycznie na dywanie.

– A o mnie nie pomyśleliście – zawołał  z pretensją i stoczył się z kanapy tak nieszczęśliwie, że uderzył głową o kant oparcia i padł jak długi choć był, wszędzie, dość krótki.

Wieczorem kuracjusze integrowali się słuchając wykładu o cudownym działaniu łóżka masującego, które powinni, koniecznie, sobie sprawić. Oraz cudowny eliksir dodający wszelkich, w tym erotycznych, mocy.  Pozwolono każdemu wypić jego łyżeczkę dzięki czemu wszyscy mieli, kolorowe sny.

W dobrych humorach zasiedli do śniadania, brakowało jednak jednej z kobiet.

– A gdzie jest pani Ela? – zapytała Barbara.

– Musiała wyjechać. Proszę po śniadaniu iść na zajęcia – dość ostrym tonem wyjaśniła gospodyni ośrodka.

I wszystko byłoby pozornie w porządku gdyby nie usłyszano jednocześnie dwóch sygnałów – karetki i wozu policyjnego. Bo Ela postanowiła zastosować na sobie szybką kurację i włamała się do szafki gdzie schowano  cudowny specyfik. Na noszach wyniesiono podtrutą pacjentkę a policjanci zaczęli przepytywać gospodarzy. Odesłano gości do ich zajęć z  poleceniem nieoddalania się z ośrodka.

– Wracamy wcześniej do domu – postanowiła Barbara. Arek, pakujemy się – krzyknęła w jego stronę.

– Będziecie musieli mi zwrócić część wpłaconej kwoty – powiedziała do zdenerwowanej zajściem gospodyni ośrodka.

– Ale policja zakazała wyjeżdżać – powstrzymał ją właściciel Spa. Nie wypuścimy was.

– No to kicha – powiedział Arek popijając z piersiówki. Chodź Baśka, pogimnastykujemy się razem.