Upalne miasto 47

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

************************************ ********************

Jak to było? – zapytała sama siebie Anna albowiem lubiła rozmawiać z kimś inteligentnym. Acha,  „Konia, królestwo za konia” albo coś w tym rodzaju.

Sięgnęła do wujka G. i przeczytała:

„Ryszard III pochodził z królewskiego rodu Yorków i był ostatnim monarchą z dynastii Plantagenetów zasiadającej na tronie Anglii blisko 270 lat (1216-1485), ustępując miejsca Tudorom. W historii Ryszard III zapisał się jako tyran. Do władzy doszedł odbierając tron 12-letniemu bratankowi i prędko zasłynął jako okrutny władca. Dodatkowo swoją złą sławę Ryszard III zawdzięcza Szekspirowi, który opisał go w jednej ze swoich sztuk („Ryszard III”, z której pochodzą słowa „Konia! Konia! Oddam królestwo za konia!”) nie tylko jako mordercę, ale również chorego psychicznie sadystę. Historycy nie są jednakże pewni, czy władca ten rzeczywiście był takim żądnym krwi potworem, jakim przedstawiają go niektóre podania. Bardzo możliwe, że kolejni władcy Anglii specjalnie wyolbrzymiali złe uczynki tego króla, aby zniesławić jego ród”.

– Nie mam koni napędzanych owsem ani tych benzyną, więc muszę użyć własnych nóg – do takiego błyskotliwego wniosku doszła. Wzięła spis zakupów, włożyła zimową kurtkę, opatuliła szyję szalikiem i zeszła na podwórko, aby wyrzucić śmieci. Otworzyła wiatę kluczem i została przywitana przez wylatującego gołębia.

–  Niby otwory w ściankach są małe ale zawsze jakieś sprytne ptaszysko przedostanie się do ulubionej stołówki – pomyślała wrzucając odpadki.

Przeszła przez bramę przejezdną i ulicę, na chodniku natknęła się na znajomą, mieszkającą na sąsiedniej ulicy.

– Nie dajesz szansy wiośnie – usłyszała od niej też ubranej w zimową kurtkę i czapkę.

– Bo do 10 stopni noszę zimową odzież, a powyżej wiosenną – odparła.

– A czy mogę ci zadać bardzo nietaktowne pytanie?

– Jasne.

– Masz na swojej górze protezę, koronki czy licówki?

– Na górze, czyli na moim piętrze?  – pomyślała zdezorientowana Anna szybko jednak załapała, że chodzi o zęby.

Okazało się, ze znajoma szuka kogoś kto ma na zębach licówki, aby przepytać jak się sprawdzają w użyciu. A potem stwierdziła, że jej nic już w życiu nie cieszy, trochę tylko kontakty z wnukami.

– A przecież nie jest dużo starsza ode mnie – pomyślała Anna. Mnie na niechęć i brak cieszenia się pomaga preparat z miłorzębem, bo powoduje dokrwienie mózgu. A poza tym lubię i umiem być sama – stwierdziła i podreptała do sklepu.

Karol postanowił dać szansę wiośnie i wyjechał rowerem na ulicę. Niestety na przejściu dla pieszych zamiast przeprowadzić pojazd wjechał na pasy, bo mu się to przecież należało. Będąc, jak zwykle,  mało przytomnym potrącił kobietę w czerwonej kurtce z kapturem. Oboje upadli i stękając wolno się podnosili. Kobieta okazała się bardzo ładną dziewczyną nader asertywną.

– Ty kretynie jeden – powiedziała rozmasowując stłuczone kolano. Zaraz zadzwonię na policję a potem zrobię sobie obdukcję. Drogo za to odpowiesz!  Karol najpierw zrobił sfochowaną minę ale zreflektował się i przeprosił.

– Niedaleko mieszkam, może wstąpi pani do mnie, opatrzymy skaleczenia i dojdziemy do porozumienia – zaproponował.

– Bo ja wiem? Może ma pan rację. Obdukcję  mogę zrobić później –  przyznała.

– Ależ na pewno nie będzie potrzebna – uspokoił ją gapowaty rowerzysta. Moja sąsiadka jest pielęgniarką, obejrzy pani obrażenia i zdecyduje czy będzie konieczna pomoc lekarza.

– Dobrze, to idziemy. Tylko łapy przy sobie, bo potrafię się obronić – uprzedziła.

Po otwarciu  drzwi zobaczyli Pana Kota, który lekceważąc Karola zaczął łasić się do poturbowanej dziewczyny.

– O, jaki piękny kot! – wykrzyknęła. Uwielbiam kicie. Mam na imię Agnieszka a ty kocie jak się wabisz? – spytała głaszcząc futerko.

– Ma na imię Felek – poinformował ponownie sfochowany Karol. Bo jak to? Jego osobisty zwierzak od pierwszego wejrzenia zakochał się w jakiejś obcej babie? Przecież on jest jego panem!

– Głupiś, drogi Karolu – pomyślał Felek. To ja jestem twoim panem, a dziewczyna jest wspaniała, korzystaj z okazji i łap ją. Tylko nie popisuj się swoim egocentryzmem i oczekiwaniem, że ona będzie twoją darmową służącą, czyli niewolnicą – kontynuował telepatycznie przekazując dobre rady.

Agnieszka usiadła w fotelu a kot natychmiast wskoczył na jej kolana i zaczął udeptywać głośno mrucząc.

– To ja pójdę po sąsiadkę – powiedział obrażony na kota Karol.

Na szczęście stłuczenia okazały się niegroźne, pielęgniarka zastosowała karolową maść na stłuczenia, otarcie zdezynfekowała swoją wodą utlenioną i zalepiła przyniesionym plastrem a wychodząc aprobująco podniosła kciuk do góry.

Anna w skrzynce na listy znalazła zawiadomienie ze spółdzielni mieszkaniowej, że ma ponad sto złotych nadpłaty po rozliczeniu ogrzewania c.o..

– Piechotą nie chodzi taka suma – pomyślała. Powinnam się czuć bogata, bo dostałam też dodatkową sumę wraz z emeryturą ale gdy robię zakupy… Eeech…

W najbliższych sklepach, w przedświąteczny czwartek, nabyła pierogi z serem, białą rzepkę, sałatkę z krewetkami i świeżego ogórka. Zapłaciła okrągłą sumę bez końcówki, więc się zdziwiła:

– Tak bez żadnych groszy?

– A, był tylko jeden grosik to nie doliczyłam – odrzekła młoda sprzedawczyni.

Pierogi były dobre, z  rzepki zrobiła sałatkę dodając jabłko i kiszonego ogórka. Po posiłku zawsze piła herbatę ale tym razem tak niefortunnie postawiła ulubiony kubek na blacie, że potrąciła go, no i spadł z trzaskiem rozbijając się w drobne drobiazgi.

– Pewnie, dostałam dodatek, plus nadpłata i ten jeden grosz w sklepie, to już było za dużo dla diabła. Musiał mi dokopać.

I przypomniał sobie historię z czasów PRL-u pewnej znajomej, która po utracie ulubionej filiżance przeklinała panujący ustrój.

– Co ci ustrój zawinił? – spytała córka.

– Gdyby nie on poszłabym do sklepu i odkupiła sobie taką samą przecież. A tak to mogę tylko przeklinać.

Aby rozładować złość Anna umyła okno w pokoju. Odstawiła użyty sprzęt do kuchni i łazienki. Nastawiła wodę na herbatę, wyciągnęła zapasowy kubek, napełniła go ulubioną cieczą i przeszła do pokoju. Usiadła naprzeciw umytych szyb i pomyślała:

– No, mój pokój przejrzał na … okno.

Upalne miasto 46

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*********************************** ********************

Wiosna gdzieś się zawieruszyła i do Polski się nie śpieszyła.

– Oni przyzwyczajeni do złych warunków życia, sami sobie takie wybierają, to niech im będzie zimno i drogo – pomyślała. Bocianom i innym ptakom zakazała obierania kursu na ten kraj.

– Jeszcze poczekajcie, jeszcze się nie spieszcie – rozesłała taką wiadomość.

Anna chciałaby już uprać zimowe rzeczy i schować do szafy ale termometr zaokienny i prognozy pogody ciągle odwodziły ją od tego.

Na pociechę zrobiła przegląd wiosennych ubrań oraz butów i zdecydowała co zostawić, a co oddać do sklepu dobroczynnego.

Karol marzył o rowerowych wycieczkach z Felkiem ale nie chciał narażać pupila na zmarznięcie. Pan Kot traktował więc pojazd jako tor wspinaczkowy sypiając czasem w torbie podróżnej.

Ewa ogłosiła wiosenną promocję w swoim salonie, aby obudzić interes i klientów z zimowego snu hasłem „Bądź piękna na święta”. Niedawno zdecydowała się założyć stronę salonu w internecie mając nadzieję, że numer telefonu stacjonarnego i promocje zachęcą do korzystania z ich usług.

Barbara też czekała na pogodę przyjazną balonowym wycieczkom. Na proponowaną przez baloniarza lotnię nie zdecydowała się.

– Jeszcze mi moje całe kości miłe – odpowiedziała. Oraz „Lubię swe kości bez złamaności”. Gipsowe mogę mieć stiuki a nie opatrunki.

I zacytowała królową Wiktorię:

„Porażka nie wchodzi w rachubę”.

Choć musiała zamknąć trzy ze swoich dziesięciu sklepów, bo klientów było coraz mniej.

– Jak bym spotkała tych trzymających władzę w ciemnym zaułku nie wyszliby z tego bez szwanku –  często myślała podliczając utargi.

Złych emocji pozbywała się coraz więcej ćwicząc zarówno pod okiem osobistego trenera jak i samodzielnie.

Anna wyciągnęła szufladę z własnoręcznie wykonanymi kartkami świątecznymi postanawiając wypełnić je życzeniami i wysłać dwa tygodnie przed świętami. Otworzyła notes z adresami znajomych i każdy  skreślony bardzo ją przygnębił. Tego nie robi się znajomym – sparafrazowała Szymborską. I wzdychając zasiadła do pisania. Po zakończeniu pracy pomyślała:

– Muszę jeszcze kupić znaczki i  pojechać na trzy cmentarze. Stroiki i znicze już zrobiłam, żeby tylko pogoda nie zbiesiła się ulewą, czy nawet wiosenną burzą z piorunami. Acha, i musze ustalić z Karolem i Ewą świąteczne menu. Wypada zaprosić Barbarę w ramach rewanżu za wigilię i sylwestra. Tylko jak my się zmieścimy, nie u mnie ani u Karola, bo mamy tylko jeden  niewielki pokój. Ewa tez ma jeden ale za to większy, ale i tak w sześcioro się przy stole nie zmieścimy. Może i teraz Barbara nas zaprosi a my się zrewanżujemy przygotowaniem niektórych dań? Ja mogę upiec sernik i babkę drożdżową. Karola namówię na zrobienie mazurka. Ewa niech zapewni żurek i białą kiełbasę. Chyba zadzwonię do Barbary i jej to zaproponuję – rozmawiała bezgłośnie sama z sobą.

Pukanie do drzwi przerwało tę pogawędkę. Otworzyła i sąsiada wędkarza zauważyła.

– Dzień dobry, chciałem pani zaproponować wiosenną wycieczkę ale jest jeszcze zbyt zimno. To może jutro poszlibyśmy do parku poszukać pierwszych zwiastunów wiosny a potem zapraszam do miłej knajpki na obiad.

– Proszę wejść. Jaka to miła propozycja. Moglibyśmy też zrobić zdjęcia tych zwiastunów – jeśli znajdziemy.

– Oczywiście, mam i aparat, i smarfona, może uda się nam nagrać jak wiosna się skrada.

– Ha, ha, ha – to skradanie się jest bardzo ciche i mało widoczne. Ale jak się dobrze postaramy to kto wie? A jaką na jutro zapowiadają pogodę?

– Sprawdzałem, ma być przyjazna naszym planom.

– Może napije się pan herbaty? –  zaproponowała seniorka.

– Dziękuję, może następnym razem. To do jutra. – sąsiad żegnając się minął na korytarzu Ewę. Weszła do mieszkania babci i powiedziała:

– Widzę, że znajomość się rozwija.

– Powoli ale tak. Zaproponował mi spacer zaprosił na obiad.

– Oby nie skończyło się tak jak u mnie – pomyślała wnuczka ale nie skomentowała.

– Przyniosłam ci zakupy i nowe opowiadanie mojej klientki – oznajmiła wyciągając produkty z torby.

– A ty je już czytałaś? – spytała Anna.

– Jeszcze nie ale teraz nie mam czasu, muszę napisać tekst na zaliczenie.

– Jak ci idzie to studiowanie?

– A wiesz, że całkiem nieźle. Wykładowca, który był moim erotycznym klientem ani okiem nie mrugnął widząc mnie na egzaminie.

– Może cię nie poznał?

– Poznał, poznał, bo się uśmiechnął. Ale ani słowem nie nawiązał do naszej poprzedniej relacji.

– Facet z klasą, jednym słowem.

– Tak, w czasie spotkań też się przyzwoicie zachowywał. To zostawiam opowiadanie i idę do siebie – powiedziała Ewa całując babcię w policzek.

                                      Mustang

 Rasa zdziczałych koni, wywodzących się od koni przywiezionych do Ameryki Północnej z Hiszpanii w XVI wieku przez hiszpańskich konkwistadorów. Część tych koni, w różnych okolicznościach straciła właścicieli  i zdziczała, tworząc na prerii nową rasę.

Koń stworzon ku bieganiu, jak ptak ku lataniu.

Wysokie trawy lekko falowały poruszane porannym wiatrem. Słońce powoli wynurzało się znad pagórka. Motyl przeleciał z niebieskiego kwiatka na żółty i znieruchomiał. Słychać było tylko brzęczenie owadów zadowolonych z obfitości pokarmu.

Ciszę przerwał tętent kopyt. Na prerię wbiegł tabun mustangów. Zatrzymał się na dużej połaci porośniętej  soczyście zieloną trawą. Konie sięgając językiem do kolejnej kępki zrywały ją i przenosiły do pyska powoli przeżuwając posiłek.

Tylko jeden źrebak zamiast przyłączyć się do stada brykał po terenie. To podbiegał do matki trącając ją głową  dzieląc się swoją radością,  to zawracał i kłusował przed siebie momentami wysoko podskakując. Jego czarna sierść i  grzywa lśniły w coraz jaśniej świecącym słońcu.  Biała plamka na łbie i tego samego koloru skarpetki kontrastowały z karą maścią zwierzęcia.

Konik okrążał stado, podbiegał wciąż do kolejnych towarzyszy namawiając do wspólnej zabawy. Jednak wszyscy byli zajęci jedzeniem. Źrebaka to nie zniechęciło. Biegał zataczając koła, nagle zmieniając kierunek, zawracając, momentami rżąc. Nic nie mąciło jego radosnej żywiołowości.

Nagle rozległ się wielokopytny tupot i obok koni przebiegło stado bizonów. Prawie unosiły się w powietrzu tak były przerażone. Małe żubrzątko padło  stratowane przez biegnących towarzyszy.

Mustangi podniosły głowy, strzygły uszami i zaniepokojonym rżeniem zastanawiały się co robić. Nim podjęły decyzję za żubrami pokazał się duży samochód pełen ludzi z bronią.

Przywódca koni dał znak i wszystkie zaczęły uciekać jak najdalej od zabójców.

– To przypomina mi film „Skłóceni z życiem” z Marylin Monroe i Clarkiem Gablem – pomyślała Anna. Swoją drogą to dziwne, że na tamtym terenie nie było koni dopiero Hiszpanie je tam przywieźli. Muszę o tym poczytać.

Okazało się, że rodzime konie wyginęły tam na skutek ochłodzenia klimatu i braku pożywienia.  W XVIII wieku było tam około 5 milionów dzikich koni. Zdarzało się tak że udomowione konie uciekały z zagród i dołączały do dzikich. Czasami nawet ogiery uprowadzały oswojone klacze. Tworzą tabuny (ogier, klacze i źrebięta), aby bronić się przed naturalnymi wrogami, którymi są: kojoty, wilki i pumy. Przebywają na terenie zachodnich stanów USA, głównie w Nevadzie. Obecnie jest ich około 10 tysięcy i są pod ochroną. Nazwa mustang pochodzi od hiszpańskiego słowa mesteno co oznacza bez właściciela.

„Skarga książki”

To z okazji Dnia Bibliotekarza i Bibliotek ten wierszyk.

autor: Jan Huszcza

Jestem książką z dużej szafy.

 Wszyscy mówią, żem ciekawa,

 więc mnie ciągle ktoś pożycza,

lecz nie cieszy mnie ta sława.

Miałam papier bielusieńki,

ślady na nim Florka ręki.

Pozginał Jaś mi rogi,

Julek na mnie kładł pierogi.

Krzyś ze swym zwyczajem zgodnie,

trzymał mnie aż trzy tygodnie.

Narysował na okładce

Staś diabełka, małpkę w klatce.

Anka, Władka siostra mała,

ta mi kartki dwie wyrwała.

Cóż mi z tego, żem ciekawa,

dłużej żyć tak nie potrafię.

 Nie będziecie mnie szanować,

to się na klucz zamknę w szafie.

o autorze

Jan Huszcza,poeta, prozaik satyryk, urodził się 24.grudnia 191 r. w Zagościniach na Wileńszczyźnie. Zmarł 26 czerwca 1986 w Łodzi.

Studiował na Wydziale Prawa Uniwersytetu Stefana Batorego i w Wyższej Szkole Nauk Politycznych w Wilnie.

W 1934 roku debiutował poezją opublikowaną w prasie. W 1938 rokuwydał tom wierszy „Ballada o podróżnych”.

W 1940 roku wywieziono go do Kazachstanu gdzie pozostał do 1943 roku.

W latach 19444 – 145 służył w Ludowym Wojsku Polskim. Był redaktorem w piśmie „Kronika” – lata 1955 – 1957. Od 1970 do 1971 redaktorem naczelny, czasopisma „Osnowa”

Upalne miasto 45

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Karol z uciechą przeczytał sobie i Felowi następujący tekst:

Obowiązki domowe kota; autor -Marta Dyner

1.Kot musi bronić człowieka przed roślinami doniczkowymi.

2. Kot musi stale utrzymywać człowieka w dobrej kondycji, powodując, by się często ruszał i schylał zbierając długopisy, skarpetki, zapalniczki i inne drobne przedmioty.

3. Kot musi mocno trzymać zębami długopis, gdy człowiek próbuje pisać.

4. Kot musi stale przeprowadzać kontrolę i inwentaryzację w lodówce, nawet wtedy, gdy człowiek się temu sprzeciwia. Jeśli się sprzeciwia, to znaczy, że coś tam chowa i należy się tym zająć.

5. Kot musi w nocy co godzinę sprawdzać czy pod kołdrą człowieka nie łazi jakaś żmija.

6. Kot musi systematycznie trenować na wypadek niespodziewanego występu w cyrku. W tym celu kot musi od czasu do czasu urządzać skoki z karnisza na lampę, z lampy na zasłony oraz inne wskoki, przeskoki i przeloty.

7. Kot musi pomagać człowiekowi w czynności słania łóżka, uważnie sprawdzając czy żaden przedmiot nie dostał się pod prześcieradło.

8. Kot musi pamiętać, że sen dla człowieka to strata czasu, dlatego na widok śpiącego człowieka powinien natychmiast go obudzić, wskakując mu na brzuch, a jeszcze lepiej – na głowę.

9. Kot musi odganiać od człowieka złe sny. Jeżeli kot zauważy, że człowiek w łóżku przewraca się z boku na bok – powinien wskoczyć mu na głowę i rozpocząć egzorcyzmy.

10. Kot ma obowiązek każdego ranka przypominać człowiekowi, że „kto rano wstaje temu Pan Bóg daje” oraz że im wcześniej człowiek wstanie, tym więcej da mu Pan Bóg (i kotu też).

11. Kot musi dzielić się z człowiekiem wszystkim, co posiada. Ma obowiązek stałego oddawania mu części swojej sierści i wywalania z miseczki połowy jedzenia.

12. Kot ma obowiązek śpiewania, żeby dostarczać człowiekowi radość. Nawet, jeśli piosenka jest smętna.

13. Kot musi sprawdzać dlaczego ktoś nie domknął szafy albo szuflady.

14. Kot musi wiedzieć, co znajduje się we wszystkich pudełkach. Musi osobiście przekonać się, że są tam rzeczy bezpieczne i prawidłowo ułożone.

15. Kot ma obowiązek podczas snu człowieka, zagłuszać wszystkie dźwięki, głośno mrucząc mu do ucha.

16. Kot musi wysypiać się za człowieka, wszystkich jego krewnych, przyjaciół i sąsiadów razem wziętych.

– Miau – potwierdził Pan Kot ocierając się o policzek swego sługi.

Anna przechodząc przez torowisko zaczepiła noskiem buta o szynę tramwajową i rymnęła jak długa oraz szeroka. Szybko się sama podniosła, nikt nie leciał z pomocą. Oparła się na chwilę na słupku ogrodzenia a potem przechodząc do przystanku autobusowego pomyślała: Czy ja jestem Wokulski, żeby leżeć na torach?

W domu zdezynfekowała otarcia na dłoni i kolanie, posmarowała potłuczone miejsca maścią i wkurzyła się, kolejny raz, na diabła stróża, który z upodobaniem robił jej złośliwe psikusy.

W ramach „ani chwili nudy od złych zdarzeń” w sobotę na strychu zobaczyła, że nie ma jednego okienka, a właśnie padało i mokra plama wyła na podłodze. Gołębie się pchały, aby tam zamieszkać i  się rozmnożyć.

– Ciekawam czy dział techniczny spółdzielni wie o tym. Jeśli wie to mogli otwór zatkać chociaż kawałkiem płyty pilśniowej. Lub folią. No i dlaczego sprzątają tylko mniejszą, prawą część strychu? –  pomyślała przewieszając swoje mokre rzeczy na zadbaną część.

Zadzwoniła do administracji w poniedziałek a oni jak pijane dziecko we mgle oraz trzy małpki – nic nie wiedzą, nie słyszą i nie mówią. To znaczy powiedzieli, że nie wiedzą. Ale zgłoszenie przyjęto.

Seniorka wychodząc z domu weszła piętro wyżej, otworzyła strychowe wejście i sprawdziła – okienko było. A nazajutrz strych posprzątano zadzwoniła więc do działu technicznego spółdzielni i podziękowała.

– Może okienko tylko dolną częścią omsknęło się w dół? Bo niemożliwe, aby mieli zapasowe. Tym bardziej, że szyba jest brudna – pomyślała dociskając  strychowe drzwi, aby przekręcić klucz w zamku.

W punkcie ksero powieliła co zaplanowała nie głaszcząc psa właścicielki.

W biurze rachunkowym przekazała dokumenty do wypełnienia PIT-u nie głaszcząc szczekającego psa pracownicy. Usługa, od zeszłego roku podrożała dwukrotnie co nie napełniło jej otuchą i nadzieją na lepsze jutro.

Za dwa dni wyrzucając śmieci została poproszona, przez dwóch szukaczo – zbieraczy popularnie zwanych nurkami (bo nurkują w pojemnikach) o zezwolenie na zajrzenie do pojemników, aby mogli sprawdzić czy są tam puszki. I przypomniała się jej blogowa powieść pt. „Wirus” (każdy odcinek miał inny przymiotnik) w której autorka stworzyła postać dwóch mężczyzn przeszukujących śmietniki i pojemniki (blog pt. „kot na gałęzi”). Zabierali nie tylko puszki ale wszystkie rzeczy jakie mogli włożyć na rowerowe przyczepki. Czyścili je, czasem naprawiali, zostawiali sobie czego potrzebowali a resztę w Internecie sprzedawali   i w ten sposób dorabiali. A to wszystko dzięki radzie mądrej u życzliwej seniorki – Heleny.

Kupując w kiosku gdzie nie tylko prasa ale i alkohol trafiła na scenkę rodzajową. Ekspedientka do klientki:

– Mąż (stojący obok) zaraz porozmawia z panią na osobności o tym co pani zrobiła.

Pani okazała się drobną, zniszczoną kobieta z ortopedyczną laską. Anna płacąc za najnowszy numer czasopisma „Książki” powiedziała:

– Może ta pani jest chora i dlatego się tak zachowuje?

– Tak, chora na to – i stuknęła dłonią w szyję. Seniorka zrozumiała, że klientka jest uzależniona i próbowała ukraść alkohol.

Idąc na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki Anna pomyślała o dwóch swoich koleżankach ze szkoły podstawowej, które się zapiły, bo cały nikt nie uważał ich za pępek świata a przecież wszyscy powinni. 

Na spotkaniu DKK omawiali „Czystkę” Katarzyny Surmiak – Domańskiej, która opowiada historię rodziny autorki pochodzącej z Ukrainy i noszącej w sobie skutki traumy „czystki”. To świetnie napisany reportaż historyczno – genealogiczny, nie epatujący okrucieństwami a przedstawiający niewygodne dla wielu fakty – powody tych zdarzeń.

Barbara uprawiała bara – bara z nowym partnerem. Od pamiętnej nocy sylwestrowej często to robili. On prawie zamieszkał u niej, ale tylko w weekendy. Oboje już nie chcieli małżeństwa, mieli dosyć takiego związku po poprzednich doświadczeniach. Nie zrezygnowali jednak z podróży, którą można było uznać za poślubną. Zastanawiali się co wybrać: podróż dookoła świata – niekoniecznie w osiemdziesiąt dni, czy podróż do wnętrza Ziemi, ale na dwa lata wakacji to już absolutnie nie chcieli się zdecydować. Bezludna, nawet tajemnicza, wyspa ich nie interesowała, kosmos nie pociągał.

Brali pod uwagę lot balonem, (ale nie przez pięć tygodni jak w książce Verne`a). Internet donosił:  „Cena lotu indywidualnego dla dwóch osób sięga około 2 800 złotych. W tak ekskluzywnych wariantach uczestnicy mają balon na wyłączność. Podczas tego lotu zazwyczaj degustuje się szlachetne trunki oraz przygotowywany jest specjalny poczęstunek”.

Dlaczego loty balonem tyle kosztują?

Wysoka cena lotu balonem wynika z wielu czynników. Po pierwsze inwestycja w balon jest kosztem rzędu kilkuset tysięcy. Balony przeznaczone do turystycznych lotów sprowadzane są zazwyczaj spoza Polski, a ich koszt sięga powyżej 30 tysięcy euro, czyli około 130 tysięcy złotych! Materiał używany do tworzenia powłoki to tkaniny poliestrowe lub poliamidowe, a sama produkcja balonu jest skomplikowanym procesem. Wewnątrz powłoki materiały pokrywane są niepalnymi impregnatami. Koszt produkcji balonu zwiększa wydruk zamieszczany na powłoce oraz wielkość kosza.

Drugim czynnikiem są wysokie koszty eksploatacji. W ciągu godziny lotu średnio spala się 100 litrów gazu propan-butan. Dodatkowo do obsługi balonu potrzebna jest kilkuosobowa załoga oraz doświadczony pilot, który zdobył licencję do lotów balonem. Cała atrakcja trwa około czterech godzin. Uczestnicy są świadkami wszystkich przygotowań do lotu, pompowania balonu oraz składania go po lądowaniu. Samo szybowanie w przestworzach trwa około 60 minut. Załoga balonu jest w stanie odbyć jedynie dwa loty w ciągu jednego dnia – zazwyczaj o wschodzie i zachodzie słońca. W środkowej Europie warunki pogodowe nie pozwalają na wykonanie większej liczby lotów.

Upalne miasto 44

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Niektórzy nie lubią poniedziałków, bo to, podobno, zły dzień na załatwianie jakichkolwiek spraw. Nawet powstał film pod tym tytułem. Włoch i  zaopatrzeniowiec błąkają się po Warszawie, jeden szuka biura a drugi sklepu z dreblinkami. Zacina się  nietypowa winda  w budynku a skacowany budowlaniec o mało nie spada z wysokości. W biurze matrymonialnym mają manko a w przedszkolu panuje różyczka

Anna miała zaplanowaną wizytę u okulisty, więc chcąc nie chcąc wyszła z domu. Spóźniła się troszkę na oznaczoną godzinę i czekająca pod gabinetem seniorka poinformowała ją, że właśnie wszedł inny pacjent.

– Ale ja wchodzę zaraz za nim, bo mam na dwunastą.

– Ja na 11,45 więc jestem przed panią – uświadomiła ją Anna.

– Ale pani się spóźniła.

– Tylko trzy minuty. Ale nie będę długo – uspokoiła wspólniczkę okulistyczną obawiając się, że oberwie laską, którą ta się posługiwała.

Potem idąc chodnikiem zauważyła sprejowy napis na latarni „do dupy”.

– Pewnie autor też nie lubi poniedziałków – pomyślała.

Pokierowała inną seniorką, która szukała pomocowego ośrodka, przy okazji  zwierzyła się, że Anna jest czwartą pytaną osobą i każda mówiła co innego. Nic dziwnego, poszukująca podawała nazwę innej ulicy, też na literę N.

Następnie zaszczyciła swoją kartą bankomat i przeszła do osiedlowego sklepu papierniczego gdzie spodziewała się dostać duży pojemnik kleju introligatorskiego. Okazał się być droższy niż w sklepie „Społem”, więc pojechała do rynku. Tam skorzystała z windy, bo  schodów nie darzyła sympatią. Ucieszyła się, że nie jest to winda nazywana „paternoster” która działa nie zatrzymując się i trzeba do niej wskakiwać uważając, aby jedną nogą nie pozostać na zewnątrz.

– Ciekawe ile tam było wypadków – pomyślała seniorka.

 Z Internetu dowiedziała się, że fachowa nazwa to dźwig okrężny ale nazywany „windą śmierci”. Działają takie w Iłowej (lubuskie), Katowicach, dwie w Opolu i jedna w budynku mieszczącym się na rynku we Wrocławiu.

Nazwa paternoster (Ojcze nasz) nawiązuje do sznura modlitewnego paternoster służącego do odmawiania tej modlitwy.

Wracając w  sklepie z przyprawami nabyła pieprz ziołowy i suszone warzywa.

Gdy wsiadła do tramwaju udało się jej wypatrzyć wolne miejsce, gdy już miała usiąść tramwaj ruszył  i Anna oparła się na kolanach siedzących naprzeciw młodzieńców.

– Mam nadzieję, że nie poczuli się molestowani – pomyślała.

Dzień był mroźny i zmarzły jej palce u dłoni – musiała je w tramwaju intensywnie rozcierać, aby minęło nieprzyjemne uczucie. A że ostatnio marzła także w domu pomyślała, że stygnie.

W drzwiach mieszkania zastała karteczkę od inkasenta, który jej nie zastał z prośbą o podanie stanu licznika. Telefonicznie, sms-owo lub mailowo. I tę ewentualność wykorzystała natychmiast otrzymując podziękowanie. Co ją pozytywnie zaskoczyło.

Mailowo też napisał Bibliotekarz systemowy przypominając o terminie zwrotu książki. Telefonicznie go przedłużyła, bo była w trakcie czytania pozycji z DKK pt. „Czystka”.

Ewa kolejny raz nie odebrała telefonu od Macieja. Nie podziękowała też za trzy bukiety kwiatów jakie, wraz z przeprosinami,  przysłał na adres gabinetu.

– „Zbyt krótko żyjemy by móc sobie pozwolić na złe relacje” –  zareagowała sms-owo.

– Nie wymądrzaj się tylko podziękuj – odpisał.

– Kwiaty są do odebrania w kwiaciarni skąd przyszły. Mądrość ciągle cię goni ale jesteś dla niej za szybki – poinformowała i zabrała się do pielęgnowania twarzy stałej klientki, która zapytała:

– Kłopoty?

– Facet – krótko wyjaśniła Ewa.

– Rozumiem. Dla większości mężczyzn poprawić się znaczy zmienić wady.

– To mnie pani pocieszyła – zaśmiała się kosmetyczka.

– Mam dla pani krótkie opowiadanie na ten  temat – powiedziała klientka wręczając kartkę.

                                           ROZSTANIE

Zaskoczyło ją, zaproponowane przez Jacka, miejsce spotkania. Zawsze był to porządny lokal a dzisiaj bar mleczny. Bo tam są placki ziemniaczane takie jak lubię – uzasadnił. I mam blisko do domu.

– Ale może to i lepiej – stwierdziła. Zamówię sobie barowy zestaw obowiązkowy, ruskie i kefir, zdążę zjeść bo on przecież i tak się spóźni.

– Jak bar mleczny to dżinsy, sweter i polarowa kurtka będą odpowiednie. I bez makijażu, nie będę się wysilać – pomyślała.

Wysiadła z tramwaju na sąsiednim osiedlu, przeszła dwa razy przez ulice na skrzyżowaniu, obejrzała wystawę kwiaciarni i po kilku krokach popchnęła drzwi prawie pustego baru. Zamówiła w kasie jedzenie i usiadła przy oknie. Czekając przeglądała informacje na facebooku i instagramie. Wpisała kilka komentarzy.

Kończąc ostatniego pieroga zobaczyła Jacka w drzwiach. Jak zwykle był nieuczesany i niedokładnie ogolony. Miał na sobie płaszcz po tatusiu, modny w latach sześćdziesiątych XX wieku.

– No, jest mój misiaczek – westchnęła. Spóźniony pół godziny.

– Jesteś już? – zdziwił się. O i zjadłaś? To ja sobie zamówię placki.

Wracając zawadził o krzesło, które przewróciło się z hukiem na kafelki podłogi.

– Mam ci coś ważnego do powiedzenia – zakomunikował z poważną miną.

– Placki ziemniaczane do odebrania – usłyszeli zza lady.

Jacek wstał po ulubione danie, odebrał i z talerzem w ręce usiadł, rozejrzał się i powiedział:

– Możesz mi przynieść sztućce? – poprosił.

– Monika bez słowa wstała.

– Masz – cisnęła nóż i widelec zawinięte w serwetkę.

– Coś ty taka jakaś dziwna?

– Nic, nic, porozmawiamy jak skończysz.

On jadł, ona przeglądała zawartość smartfona.

Wreszcie skończył, popił kefirem, odsapnął i powiedział:

– Pomyślałem, że możemy się pobrać. Mama się zgodziła.

Wyciągnął z kieszeni używaną chusteczkę higieniczną, rozwinął ją i wyjął cienki srebrny pierścionek z małym bursztynem.

– Mama mi dała dla ciebie – oznajmił z dumą.

– Ha, ha, ha, ha – roześmiała się Monika tak głośno, że nieliczni klienci spojrzeli na nią zaciekawieni. Od Ewy wiem, że znalazła sobie konkurenta za którego wychodzi za mąż. I wyjeżdża z miasta sprzedając mieszkanie. Postanowiła więc, że znajdziesz sobie frajerkę, do której się przeprowadzisz, w dodatku będzie cię utrzymywać i obsługiwać.

W tym momencie podszedł do nich mężczyzna po którym było widać, że życie go nie oszczędzało, prosząc:

– Państwo młodzi wspomóżcie mnie paroma złociszami, zjadłbym coś.

– Spadaj dziadu – warknął Jacek.

Monika sięgnęła do torebki i zapytała:

– Co panu zamówić?

– Przestań, nie widzisz, że to pijak?

–  Zamknij się, idioto. I zabierz ten nędzny pierścionek. Sam sobie go noś. Żadnego ślubu nie będzie. Koniec z nami. Wstała i razem z proszącym o obiad podeszła do lady.

Jacek siedział ogłuszony. Jak ona mogła, przecież było tak fajnie, zawsze płaciła za mnie, słuchała co mówię, nie zachwycała się co prawda… E, znajdę sobie lepszą.

Podszedł do lady i powiedział:

– Będziesz żałować, takich jak ty jest na pęczki. Odwrócił się i szybko wyszedł przewracając kolejne krzesło.

– Pani nie żałuje, to jakiś dupek jest – stwierdził mężczyzna.

– Wiem, po to przyszłam, żeby z nim zerwać. Niech go mamusia hołubi do końca życia jak sobie go tak wychowała.

Upalne miasto 43

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Styczeń zakończył się z przytupem – dokładnie o północy dwa razy głośno strzeliło i błysnęło. Anna pomyślała, że to na podwórku ktoś się zabawiała ale gdy usłyszała grzmoty zrozumiała, że to burza.

Sięgnęła po okulary i nowe opowiadanie jakie przyniosła jej Ewa.

                                 Ostatni bankiet prezydenta 

Prezydent  Alvin White obudził  się u boku kochanki. Nie pamiętał  jej imienia ale pamiętał, że miała rudą perukę.

Spojrzał na nią i aż go cofnęło – obok niego leżał nagi  łysawy facet.

– Chyba za dużo wypiłem – pomyślał.

Wstał z łóżka, założył niebieski jedwabny szlafrok i lekko się zataczając skierował  w stronę pokoju kąpielowego. Jego ściany wyłożono czarnymi kaflami ze złotym szlaczkiem, szafki złociły się w świetle lamp, a ręczniki porażały neonowym różem.

Umył zęby nie patrząc do lustra. Znał ten widok – wory pod oczami, żółte białka i zmierzwione resztki bujnej niegdyś czupryny. Dobrze, że lustro wisiało nad umywalką, bo niżej widoki nie były lepsze.

Zdjął szlafrok, rzucił go na podłogę choć obok stało krzesło i wszedł do kremowej kabiny prysznicowej.  Odkręcił kurek i poddał się orzeźwiającym strugom chłodnej wody. Dokładnie namydlił ciało i zaczął nucić ulubioną piosenkę. Nie fałszował, a w młodości nawet marzył o karierze piosenkarza. Jednak gdy go wygwizdano w czasie regionalnego konkursu najpierw wpadł w tygodniową  depresję a potem spotkał ambitną dziewczynę i zajął się polityką. Nie można powiedzieć, żeby ta kariera przebiegła śpiewająco ale współpraca z mafią dobrze wpłynęła na wyniki kolejnych wyborów.

Po  spłukaniu  swojej wspaniałej całości wyciągnął rękę po ręcznik i zamiast niego dotknął  ciała. Odsunął drzwi i zobaczył leżącego na beżowych kafelkach, ciągle nagiego, faceta z łóżka.

Lekko pochylił się nad nim.

– O Boże, umarł czy co?

 Dotknął ciała, było ciepłe. Wyszedł z kabiny, wziął z półki lusterko i przystawił do ust leżącego, sprawdził – nie zaparowało. Przypomniał sobie to co robiono na filmach – dotknął szyi a potem przegubu leżącego. Nic nie wyczuł. Zdenerwowany zaczął powtarzać brzydkie wyrazy po kilka razy.

W tym momencie do łazienki weszła żona prezydenta Julia w towarzystwie Kota. Miała na sobie szlafrok w ulubionym czerwonym kolorze z wyhaftowanym własnoręcznie monogramem. Takie miała hobby – haftowanie monogramów.

A jeśli nie mogła wyhaftować to je chociaż rysowała, malowała lub stosowała różne plastyczne techniki jak collage, mozaika lub naklejanie nasion. Umieszczała je gdzie mogła, nawet farbą w aerosolu na murach uważając, że jest  świetną graficiarką. Policja niejednokrotnie przyłapała ją na tym procederze ale nigdy nie ukarała. Ich pouczenia Julia lekceważyła. Czuła się bowiem niedocenioną artystką co najmniej tej miary co Banksy.

Bardzo się jej podobały trzy litery A, J, W splecione ze sobą. Tworzyła z nich różne konfiguracje dodając jeszcze drugie imiona swoje i męża a potem ozdabiając zgodnie ze swoim natchnieniem.

– Znowu przyprowadziłeś do domu jakąś łajzę – stwierdziła. Tylko dlaczego on  tu leży? Wywal go!

– Kiedy mnie się zdaje, że nie żyje – powiedział dygnitarz.

– Jeszcze tego nam brakowało! – wrzasnęła kobieta. Dlaczegoś go zabił?

– Nie zabiłem, brałem prysznic, on widocznie wszedł i upadł.

– Jasne, najpierw wpadł a potem upadł. Że też ty zawsze musisz coś takiego zrobić.  Zadzwonię do lekarza, może nic mu nie jest – powiedziała żona wychodząc. Kot podążył w  stronę sypialni gdzie położył się na łóżku i zaczął wylizywać futerko.

Prezydent zdjął z wieszaka duży ręcznik i dokładnie się wytarł. Potem ogolił twarz i poszedł do garderoby  przy sypialni. Z przyjemnością popatrzył na  szereg wieszaków z garniturami, półki pełne koszul, swetrów, szuflady ze skarpetkami i bielizną osobistą oraz zestaw krawatów. W osobnej kasetce leżały spinki do mankietów. Żałował, że nie jest kobietą i nie może nosić broszek. Za to miał kolekcję sygnetów oraz zegarków.

Wkładając niebieską koszulę zajrzał do notatnika gdzie zapisywano program zajęć na każdy dzień. Na szczęście miał dzisiaj wolne, musiał przecież odpocząć po wczorajszym bankiecie.

Ubrany w  wygodne szare spodnie i mokasyny przeszedł do gabinetu. Było to jego sanktuarium. Z licznymi ulubionymi morskimi motywami – kilkoma obrazami, dużym kiczowatym  kilimem przedstawiającym morze, łódź i syrenę na piasku,  zbiorem muszli w osobnych gablotach oraz osobiście sklejanymi modelami statków. Wszyscy wiedzieli o pasji prezydenta i przy każdej okazji obdarowywali go tematycznymi prezentami. 

Od tej wodno – piaskowej kolorystyki jaskrawo wyróżniał się, stojący na biurku w wazonie, bukiet późnowiosennych żonkili. Zanim sobie przypomniał skąd one się tam wzięły weszła pierwsza dama stukając obcasami i zapalając papierosa.

– Lekarz zaraz będzie – poinformowała. O jakie ładne żonkile, skąd je masz? W naszym ogrodzie takie nie rosną.

– Właśnie staram się sobie przypomnieć.

– A kim jest ten facet w łazience? – zapytała.

– Pojęcia nie mam – przyznał prezydent.

– To chociaż go dokładnie obejrzyj, może sobie przypomnisz.

Przeszli do pokoju kąpielowego. Pochylili się nad ciałem i podciągnęli je do pozycji siedzącej.

– Acha, dałam wolne twojej sekretarce a reszcie służby zabroniłam zawracać nam głowę czymkolwiek.

– Bardzo dobrze.

– No i kto to jest?– żona namolnie domagała się odpowiedzi szturchając ciało czubkiem pantofelka.

– Chyba mój ostatni bankier.

– Jak nie żyje to na pewno ostatni – zażartowała ponuro połowica.

Tak zastał ich lekarz. Od lat leczył tę rodzinę, znał wiele tajemnic i brał za to wysokie wynagrodzenie. Razem z prezydentem przenieśli ciało na białą leżankę stojącą obok kabiny. Wiadomo było, że stwierdzi zawał, udar lub inny naturalny powód odejścia.

– To ja zaparzę kawę – powiedziała pani domu i wyszła. Kot dołączył do niej z nadzieją na smaczny kąsek. Kawy nie pijał.

– Jakie to szczęście, że nie  mamy dzieci. Byłyby takie jak ten kretyn – pomyślała pierwsza dama.

W czasie gdy lekarz badał ciało Alvin w gabinecie usiadł przy biurku. Próbował sobie przypomnieć co działo się na bankiecie. Z zielonego organizera  wyjął srebrny długopis, aby  spisać wczorajsze wydarzenia. Potrącił przy tym kwiaty z których wypadła karteczka.

I w tej chwili zobaczył scenę:  bankier daje mu żonkile,  on je przekazuje sekretarce.  Na karteczkę tylko rzucił okiem ale zapamiętał treść: przelałem twoje pieniądze na konto mojej fundacji, a przekręty całej waszej kliki jutro ujawnią wszystkie media.

– Rany boskie, wiedziałem, że na mnie leci i poszedłem z nim do łóżka, żeby tego nie zrobił? – zapytał sam siebie skonfundowany prezydent.

Włączył telewizor i pilotem zmieniając stacje wysłuchał wiadomości. Wszędzie mówiono o nim i o jego biznesowych powiązaniach.

Weszła pierwsza dama z kawą na tacy, w towarzystwie dwóch policjantów i Kota oblizującego swój pyszczek.

– Kochanie, panowie chcą cię o coś zapytać – powiedziała.

– Nawet wiem o co  – pomyślał Alvin. Podszedł do okna, otworzył je  i wyskoczył z trzeciego piętra.

– Ale chociaż kawę byś wypił, świeżą zaparzyłam, taką jak lubisz – powiedziała czuła małżonka wychylając się przez okno.

Upalne miasto 42

                 Upalne miasto 42

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Po sylwestrze pełnym wrażeń Anna odpoczywała słuchając muzyki i czytając książkę „Książę i poetka” Manueli Gretkowskiej i w trakcie popijając herbatę z kandyzowanym imbirem. Te miłe zajęcia przerwał dzwonek u drzwi. Niechętnie odłożyła książkę, cicho stękając wstała, po drodze przejrzała się i przygładziła włosy.

– Kogo diabli niosą? – pomyślała zerkając przez wizjer. Z religijnych akcesoriów mam krzyż po babci i judasza w drzwiach – stwierdziła. Odkręciła zamek ale łańcucha nie odhaczyła. Za drzwiami stał sąsiad wędkarz.

– Przepraszam, że bez uprzedzenia ale chciałbym prosić o radę. Po śmierci żony nie bardzo sobie radzę z codziennym dbaniem o  codzienność.

– Proszę wejść, może gorącej herbaty? – gościnnie powitała Kazika.

– A, chętnie. Zawsze gdy jadę na ryby zabieram ze sobą termos pełen tego  napoju.

– Z prądem? – spytała Anna stawiając przed gościem duży kubek.

– Czasem też, bo jeżdżę z kolegą jego autem, on prowadzi.

Anna robiąc herbatę szybko przebrała się w nowy dres w którym była na przyjęciu u Barbary.

Usiadła naprzeciwko Kazika ze swoim kubkiem i spytała:

– Czy często pan wędkuje?

– Zawsze gdy kolega mnie zabierze ze sobą. Jest nas czterech ale nie zawsze każdy może wyrwać się z domu.

– Ale to chyba nie przez cały rok?

– No, nie. Najwyżej do połowy listopada. Są fani wędkarstwa podlodowego ale ja do nich nie należę.

– A kiedy zaczyna się sezon? Gdy lody stopnieją? U nas raczej lekkie zimy więc lodu mało.

– Zaczyna się w marcu chociaż dobre brania to raczej od kwietnia, kiedy woda ma co najmniej pięć stopni Celsjusza. Miałaby pani ochotę kiedyś się z nami zabrać?

– Nigdy nie wędkowałam ale skoro Wisława Szymborska jeździła ze swoim partnerem Kornelem Filipowiczem pod namiot, bo on namiętnie wędkował to ja też mogę spróbować.

– To jesteśmy wstępnie umówieni ale ja przyszedłem prosić o pomoc w robieniu zakupów i gotowaniu – znudziło mi się zamawianie jedzenia lub chodzenie po barach.

– A to nie ma sprawy. Już jednego mężczyznę nauczyłam gotować, okazał się bardzo zdolny. Zrobiłam mu książkę kucharską z podstawowymi przepisami i jeśli ściśle ich się trzyma to potrawa jest nadzwyczaj udana.

– A może by mi ją pożyczył? Zrobiłbym z niej kserokopię, oprawił bindując …

– Lepiej sprawdza się segregator i każda kartka w koszulce. Wtedy nawet brudna ręka nie zaszkodzi papierowi – poradziła seniorka.

– Dobrze pani radzi, to co – pożyczy mi sąsiad swoją, jak pani myśli?

I czy są tam przepisy na ryby?

– Tylko na te ze sklepu, Ale jak pan przyniesie jakąś przez siebie złowioną to poszukam przepisu i sprawdzimy jego przydatność.

– Najbardziej lubię sandacza, kłopot z nim jest taki, że aktywny jest przede wszystkim wieczorem, w nocy i nad ranem. Żywi się głównie rybkami a za ofiarą potrafi płynąć 30 kilometrów na godzinę. I nie wolno go łowić od 1 marca do 31 maja, a jeśli trafi się taki do 45 centymetrów to trzeba go wypuścić.

– Czyli jeździ pan z metrówką?

– Nie, mam specjalną matę ze skalą.

– Ale ryby czasem się wiją, podskakują, jak je wtedy zmierzyć? – zaciekawiła się Anna.

– Jest nas zawsze co najmniej dwóch to dajemy radę – roześmiał się Kazik.

– To ja zadzwonię do Karola i poproszę o pożyczenie książki i jeśli się zgodzi to  pana zawiadomię.

– Rozumiem, dziękuję za herbatę i czekam na telefon – Kazik wstał z krzesła.

– Mam nadzieję, że nie będzie ode mnie oczekiwał bezpłatnej obsługi w ramach bycia biednym, malutkim, opuszczonym – pomyślała seniorka zamykając drzwi.

Namówiła Karola na udostępnienie swojej książki kucharskiej. Spytał tylko:

– Ale nie obdaruje go pani, tak jak mnie, fartuchem i rękawicą kuchenną?

– Ha, ha, ha – zazdrosny jesteś?

– No, trochę tak – przyznał odrobinę skonfundowany swoją reakcją.

– Spokojnie, za mało go znam, abym miała obdarowywać.

– To podrzucę książkę do pani, żeby sobie skserował. Zaraz zejdę.

Co zrobił w ciągu pół godziny. I pochwalił się:

– Naprawdę pani przepisy są super. Ostatnio zrobiłem gołąbki z kaszą gryczaną i grzybami.

– A z jakiej kapusty?

– Z włoskiej, to rzeczywiście jest lepsza opcja, wychodzą smaczniejsze.

            GOŁĄBKI Z grzybami

Składniki:
– kapusta włoska duża; – kasza gryczana – 1 woreczek
– 1 opakowanie mielonego mięsa z indyka (można zrobić bez mięsa)

– 1 mała cebula (lub garść prażonej)
– 2 garście suszonych grzybów i  pół kg pieczarek
– olej  lub smalec (5 łyżek); – 1 jajko; – przyprawy (sól, pieprz, kminek)

Wykonanie:
Suszone grzyby namoczyć  przez godzinę w gorącej wodzie lub ugotować  razem z pieczarkami utartymi na dużych oczkach tarki. Potem pokroić je na drobne cząstki. Nie wylewać wody! Kaszę ugotować.
Mielone mięso udusić z grzybami i wodą w której były uduszone, cebulą i przyprawami w dość dużej ilości wody, aby powstał sos.
Ostudzoną i odciśniętą masę mięsno-grzybową łączymy z kaszą i jajkiem.
Teraz najtrudniejsze. Wycinamy głąb z kapusty – na tyle ile się da, aby nie uszkodzić liści. Całą wkładamy do dużego garnka z gorącą wodą i stawiamy na gazie, obracając ją, aby liście zmiękły. Jeśli nie mamy tak dużego garnka – ostrożnie odkrawamy liście od głąba, zdejmujemy, ścinamy trochę główny nerw każdego liścia i wkładamy do garnka, zalewając gorącą wodą i podgrzewając na gazie.
Gdy liście staną się elastyczne wyjmujemy, studzimy. Nakładamy masę na liść i zawijamy – część odciętą od głąba do góry, boki do środka, górę na dół.
Na dół dużego, najlepiej płaskiego garnka kładziemy odłożone podarte liście. Na nie układamy gołąbki warstwami tak, aby koniec zwiniętego liścia był na dole.
Jedną kostkę zupy grzybowej rozpuszczamy we wrzątku. Łączymy ją z sosem, dodajemy tłuszcz (olej lub smalec) i tym zalewamy gołąbki.
Stawiamy na ogień i dusimy, w razie potrzeby dolewając wody. Gołąbki powinny być całkowicie zanurzone w sosie w trakcie duszenia. Trwa to około godziny.  

Można ostudzone zamrozić po 2 sztuki i wyjmować w razie potrzeby.

Fruwać nie będą ale prawie same do gąbki wlecą.

Osiecka i guru

Manuela Gretkowska – Poetka i książę, Wydawn. Znak, Kraków 2018

WSTĘP: „Właściwie każdy kto ją poznał musiał pokochać”

O autorce:

Manuela Gretkowska urodziła się 16.X. 1964 r. w Łodzi. Na UJ ukończyła studia filozoficzne.  Jest pisarka, felietonistką, scenarzystką filmową. Próbowała zostać działaczką społeczną zakładając w 2007 roku „Partię Kobiet”. Szybko się z tego wycofała a partię zlikwidowano w 2016 roku. W 1988 roku wyjechała do  Francji, w Paryżu studiowała antropologię.

Zadebiutowała powieścią „My zdjeś` emigranty”, potem wydała m.in. „Tarot paryski”; „Kabaret metafizyczny”; „Podręcznik do ludzi”; „aworyty; „Mistrzyni”. W 1997 r. wyjechała do Szwecji.

O książce:

Ta powieść ma trzy warstwy: jedna to życie Polaków na emigracji po II wojnie. Najpierw w Londynie – Osiecka mając 21 lat była tam u ciotki i jej  kota Mrunia. O  deklasacji tych osób i mizernych posadkach. Jan Sapieha „Beznadzieję browaru gdzie utknął, wynosił ze sobą niby cukierki w kieszeniach i nią częstował”.

Oraz w Paryżu na nietypowym przykładzie Maison – Laffitte gdzie mieszkali i pracowali Jerzy Giedroyć (inteligencja i dyscyplina, brak poczucia humoru), małżeństwo Hertzów (Zygmunt „Używał humoru jak przypraw”) oraz Józef Czapski (miał szczęście, bo lubił ludzi) z siostrą. Przy okazji poznajemy fragmenty życiorysów tych osób i ich charaktery.

„Emigracja udziecinniała nawet wielkich”.

Druga to opis zdarzeń z życia Osieckiej, jej rodziców, tego jak wielki miał  na nią wpływ ojciec i jego rozstanie z matką. Nieudanych związków z mężczyznami, o tym, że poetka była pełna sprzeczności. Według Osieckiej „Pamięć jest welonem. Trzyma się głowy poupinana wspomnieniami, notatkami”.

Przy okazji poznajemy wycinek z emigranckiego życia Czesława Miłosza i ognisty związek z pewną panią. Autorka wspomina też o Koestlerze, który choć wykładał w Edynburgu głową był na Węgrzech. I o paru innych – pisarzach, aktorach.

Czy Giedroyć i Osiecka byli w sobie zakochani? Kto wie?

Trzecia warstwa to plotki o prywatnym życiu znanych i nieznanych.  Przebija przez całość książki sama autorka. Jest tu trochę jak Gombrowicz: „poniedziałek ja, wtorek ja, środa ja”.

Jest to książka trochę plotkarska, trochę historyczna, trochę niepatriotyczna (według wielu) i raczej nieoptymistyczna. Polecam z wahaniem.

Upalne lato 41

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Kolejni, już prawdziwi,  dwaj policjanci przybyli niechętnie i z ociąganiem. Barbara i jej goście (oprócz związanych napastników) zdążyli skonsumować bigos, popijając winem, wypić kawę lub herbatę zagryzając keksem, a gdy nadeszła północ wypić szampana.

Związani bandyci siedzieli na podłodze w rogu pokoju i tylko przełykali ślinę czując zapach jedzenia. Do toalety szli pojedynczo w towarzystwie Adama i Kazika. Szarpali się trochę ale bez skutku i w dodatku oberwali od obstawy.

Siedząc w kącie miło sobie rozmawiali:

– Mówiłem, żeby napaść na jej sąsiadów, tam mieszkają seniorzy ale ty się uparłeś – powiedział starszy.

– Ale ta jest bogatsza, ma sklepy w całym mieście.

– I myślisz kretynie, że trzyma kasę w skarpecie? Takie skarbonki mają raczej seniorzy.

– Oj tam, oj tam. Na pewno szybko nas wypuszczą to załatwimy tych staruszków – optymizm młodszego nie opuszczał. Niewygodnie tak siedzieć na podłodze.

– Proszę pani, czy nie moglibyśmy siedzieć na kanapie, tu jest tak twardo – zawołał w stronę gospodyni.

– A to bezczelny gnojek – stwierdził Adam. Cieszcie się, że nie siedzicie w piwnicy.

– Tu  nie ma piwnicy – szepnęła Olena.

– Cicho, głupia. Oni o tym nie wiedzą.

– Poskarżymy się rzecznikowi praw człowieka – stawiał się starszy.

– Proszę bardzo, wyszukam zaraz numer jego telefonu i pozwolę zadzwonić – powiedziała Barbara. Na pewno wzruszy się do łez i przyśle tu limuzynę z kierowcą, aby was zawieźć na lotnisko. Dostaniecie bilety na Karaiby, walizkę pełną pieniędzy a przy pożegnaniu rzecznik i wszyscy jego urzędnicy przytulą was do piersi i będą życzyli szczęśliwej podróży.

– Będziecie jedynymi pasażerami, obsługiwać was będą skąpo odziane stewardessy a jedna z nich zatańczy na rurze – pomysł Baśki spodobał się Karolowi, więc ciągnął opowieść.

–  Nie zabraknie wykwintnego posiłku oraz drinków – dodał Kazik. Pokażą wam w telefonie dom, który dla was wynajęto, razem ze służbą, oczywiście.

– I będziecie żyć długo oraz szczęśliwie – zahappyendowała Anna.

– Niestety, to tylko marzenia, bo w czasie lotu pilot wyskoczy ze spadochronem a samolocik rozbije się nad głębokim jeziorem. Które u nas jest najgłębsze – kto wie? – spytała Ewa.

– Już sprawdzam –  Karol przeszukiwał Internet. To Hańcza, ma 106 metrów głębokości.

– O, tak się nazywał jeden z naszych aktorów – zauważyła Anna.

– Tak naprawdę nazywał się Tosik –  dane aktora sprawdziła Jadwiga.

– No to się nie dziwię, że zmienił nazwisko – stwierdziła Ewa.

– Och, to nie jedyny artysta, który tak zrobił. Violetta Villas naprawdę nazywała się Czesława Cieślak a po mężu Gospodarek, Kayah to Katarzyna Szczot, aktor Borys Szyc nazywa się Michalak, reżyser Patryk Vega to Patryk Krzemieniecki, aktorka Dorota Chotecka ma naprawdę na nazwisko Kapusta, aktorka Monika Bolly to Monika Bolibrzuch, piosenkarz Jerzy Połomski to Jerzy Pająk, Czesław Niemen to Czesław Wydrzycki, pisarka i kochanka Chopina Aurora Dudevant używała męskiego pseudonimu George Sand, Mark Twain to Samuel Clemens, Bolesław Prus to naprawdę Aleksander Głowacki a Prus to herb jego rodziny, popularne w PRL- u kryminały pisał Joe Alex, czyli Maciej Słomczyński tłumacz literatury z języka angielskiego, kryminały także pisała Joanna Chmielewska czyli Irena Barbara Kuhn z domu Becker.

– To wystarczy – jęknęła Anna.

– Poproszę chociaż wody – odezwał się starszy napastnik.

– Ja podam – Adam wstał, nalał wody do papierowego kubka, włożył rurkę i podsunął proszącemu do ust.

– To ja też chcę – zgłosił pragnienie  młodszy.

– Później – zbył go podający napój.

– Długo jeszcze będziemy czekać na dzielnych oczywiście, niewątpliwie stróżów porządku? – spytała Jadwiga.

Zabrzmiał za oknami dźwięk policyjnego koguta i rozległ się sygnał dzwonka przy drzwiach.

Adam otworzył drzwi witając przybyłych:

– Już myśleliśmy, że nie przyjedziecie. O, serpentyna i konfetti się panom na ubraniu zapodziały – zauważył.

– A bo mieliśmy służbowego sylwestra  – usprawiedliwił się blondyn.

– Nie tłumacz się – zgasił go kolega. Gdzie są ci napastnicy?

– Tu jesteśmy, ale my nic nie zrobiliśmy a oni się nad nami znęcają – zakwilił starszy.

– Chłopie, daj spokój, to już drugi raz jak cię zatrzymujemy, ciągle z tym samym straszakiem

– Ale on mi służy tylko do samoobrony – wyjaśnił  niewinny i niezrozumiany facet.

– Nie pieprz Pietrze wieprza pieprzem, czyli Piotrek przestań kręcić, bo i tak ci nikt nie uwierzy. Widzę, że dobrałeś sobie kumpla tym razem. Uczeń czy partner w zbójeckim fachu?

– Partner, partner – piskliwie odpowiedział młodszy.

– No, dobrze panowie, wstawajcie i do auta się z nami udajcie  – powiedział policjant. Jadziu, miło cię widzieć – zwrócił się do byłej żony.

– Jakoś nie odczuwam wzajemności – odrzekła rozwiedziona.

– Ach, bo wy kobiety takie pamiętliwe jesteście – stwierdził policjant.

– Nie da się zapomnieć widoku twojego gołego tyłka na małolacie w naszym łóżku – rzuciła bombą pamięci kobieta.

– To była taka jednorazówka, czepiasz się niepotrzebnie.

– Ciekawam jakbyś zareagował gdyby było odwrotnie? – spytała Jadwiga.

– Nooo, to zupełnie coś innego. Jaki młody by cię zechciał?

– No to wyobraź sobie, że zechciał, jest taki, o dziesięć lat młodszy ode mnie.

– To go pewnie utrzymujesz, ha, ha, ha.

– I tu się mylisz – pracuje i dobrze zarabia.

– To pewnie jest brzydki jak noc listopadowa – były mąż nie umiał odpuścić.

– A jak tam twoja piękna małolata? Zachwycona? Bo słyszałam, ze wyszła bogato za mąż i na ulicy udaje, że cię nie zna, ha, ha, ha – Jadzia nie pożałowała sobie złośliwości.

– Zabierz panów do auta. A ja państwa przepytam na okoliczność – zimno stwierdził pokonany policjant.

– To może bigosiku? – gościnnie zapytała Barbara nigdy nie przepuszczająca okazji do zainteresowania sobą kolejnego mężczyzny. Pani Oleno proszę odgrzać porcję i panu podać.

– A, poproszę. Widzisz – tak się powinno traktować faceta – zwrócił się do eks – żony.

– Ech, daj spokój. Nawet tona bigosu nie zmieni twojego charakteru.

– Bo on jest pies na kobiety – dodał drugi policjant.

– Pytał cię ktoś? – zirytował się jadźczyny eks mąż.

– On ma rację, ty jesteś podwójnym psem. Moje zdrowie, że się ciebie pozbyłam – podsumowała Jadwiga dopijając szampana.

Upalne miasto 40

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Święta, święta i po świętach – pomyślała Anna zjadając ostatni plasterek szynki z ćwikłą. Może z Ewą zorganizujemy sobie bal maskowy? Ja się przebiorę za siebie, ona też za siebie. Będzie łatwo i wygodnie. Założymy ulubione dresy i pooglądamy jakieś stare filmy. Najchętniej komedie pogryzając bakalie.

Wzięła ze stołu dzwoniącą komórkę.

– Zapraszam do mnie na sylwestra – powiedziała Barbara. Organizuję bal kostiumowy.

– A kostiumy to znaczy garsonki czy opalacze?

– Ha, ha, ha – jeśli pani chce wystąpić w kostiumie plażowym to proszę bardzo.

– To ja go założę na mój ulubiony dres – mogę? – spytała seniorka.

– Oczywiście, tylko proszę sobie wymyślić do tego nazwę, najlepiej dowcipną. Zaprosiłam też Karola, Jadwigę i Ewę.

– Pomyślę. A czy będą czterej pancerni, Szarik i Rudy?

– Za Szarika może robić mój osobisty pies, za czołg furgonetka jaką ostatnio kupiłam, z pancernymi gorzej, bo mój masażysta z partnerem wyjechał w góry, ale niedawno poznałam miłego faceta to go zaproszę.

– A ja mam sąsiada wdowca Kazika, podłamany jest po śmierci żony to może go wyciągnę. Tylko nie wiem czy zechce się przebrać.

– Może oboje przyjdziecie w dresach,  trampkach i opaskach na głowie, będziecie robić za fanów joggingu.

– A to jest bardzo dobry pomysł. To może cała zabawa będzie miała taki sportowy charakter? Ktoś przyjdzie w gatkach i koszulce z tyczką i będzie udawał Kozakiewicza.

– Tylko bez tego jego gestu, bo Rosjan nie będzie – uściśliła Barbara.

– Łyżwiarki też się nie nadają, to może gimnastyczka z szarfą, w tej roli widzę moją wnuczkę Ewę – zaproponowała Anna.

– Niezłe, chociaż zdołuje nas swoją figurą.

– Na to nic nie poradzimy. Adam może być piłkarzem.

– Olena miotaczką dyskiem albo kulą. Zrobimy to ze styropianu i psikniemy srebrną farbą. Sama wybierze co woli – przekonam ją siłom i godniościom czyli kasą osobistą.

– Ktoś może przebrać się w dżokeja – tylko koni, tylko koni, tylko koni brak – seniorce odbiło się piosenką.

– No i są pływacy oraz pływaczki ale impreza nie odbędzie się na basenie – za zimno.

– A bokserzy? Trzeba by było zdobyć odpowiednie rękawice.

– Niee, ubiór mało efektowny i trudności z sięganiem po jedzenie i picie.

– To może golfista? – zaproponowała Anna.

– O, to zaproponuję swojemu znajomemu. A pani sąsiadowi jakie przebranie zasugeruje?

– Muszę go podpytać, chyba lubi wędkować to coś w tej tematyce będzie dobre.

– Muszę jeszcze zapytać Jadwigę, może sama coś dla siebie wymyśli.

– Może  być tenisistką, to twarzowy strój a spódniczka wcale  nie musi być bardzo krótka – stwierdziła Anna.

– Tak, to jest dobry pomysł, a propos – na wiosnę wprowadzę w paru swoich sklepach odzież sportową w szerszym asortymencie niż dotychczas.

– To może pani nam zasponsoruje przebrania? – chwyciła okazję seniorka.

– Hm, zorientuję się czy będę to mogła odpisać od podatku lub wrzucić w koszty jako działania społeczne. I szampana oraz kocioł bigosu także.

Anna na korytarzu klatki schodowej zagadnęła sąsiada Kazika zapraszając go na  bal kostiumowy.

– Baletów nie będzie ale obowiązuje przebranie sportowe. Czy pan coś uprawia?

– Tak  – skok w bok, pływanie w wannie, surwiwal, czyli przetrwanie do pierwszego i wędkarstwo.

– O, to może jakieś ubranko adekwatne pan sobie wymodzi? Organizatorka zabawy obiecała charytatywnie pomóc w kwestii przebiórek. Ma kilka sklepów, dam panu jej numer telefonu.

– To brzmi zachęcająco – stwierdził Kazikk.

I nadszedł dzień 31 grudnia. Od rana mądrzy inaczej strzelali, bo udowadniali, że są samcami alfa. Zwierzęta i wiele osób było przeciwnego zdania.

Przed dom Barbary przyjechało auto z którego wyszli:  Anna w nowiutkim dresie i opasce, Ewa w obcisłym kostiumie gimnastyczki z wielobarwną szarfą obwiązaną wokół ciała, Kazik z wędką i w stroju moro, na głowie miał kapelusz na którym wisiały  i dyndały różne rodzaje haczyków oraz Karol w stroju kolarza z wyhaftowanym kotem na bluzie.

Przywitała ich pani domu jako tenisistka, jej partner był kierowcą rajdowym, Adam  golfistą a Olena miotaczką dyskiem. Za nimi pokazała się Jadwiga jako dżudoczka.

Po przywitaniu gospodyni zaprosiła na bigos z domowym chlebem i winem.

Nie zdążyli jeszcze zasiąść do stołu gdy zabrzmiał gong u drzwi.

–  To pewnie moja niespodzianka – powiedziała Barbara.

Otworzyła drzwi i oczom zebranych ukazało się dwóch zamaskowanych  mężczyzn, którzy powiedzieli:

– Ręce do góry, to jest napad.

– Ha, ha, ha – nie uprzedziliście mnie, że tak będziecie przebrani – stwierdziła zaskoczona gospodyni.

– Jakie przebrani, my jesteśmy prawdziwi – krzyknął wyższy. Dawać kasę i biżuterię.

– Oż, wy gnojki – zawołał Kazik i sprytnym ruchem zarzucił wędką wytrącając napastnikowi pistolet.

Drugiemu Adam przyłożył kijem do golfa a ten tylko jęknął i legł na dywanie.

Pierwszy doskoczył do Kazika ale ten podstawił mu nogę i walnął głową w  czerep. Dywan gościł już dwóch przebierańców.

– Czy bycie przestępcą można nazwać sportem? – zapytała Ewa zdejmując szarfę i wiążąc nią nieproszonych gości.

– Co mam z nimi zrobić? – zatroskała się Barbara.

– Może wrzucić do basenu? – zaproponował Kazik.

– Szkoda, że deszczownica jest wyłączona – powiedziała Jadwiga wspominając gości Wieśka.

– Oblać benzyną i podpalić – podsunął Karol.

– Przywiązać łańcuchem do budy psa i tak zostawić na zawsze – Adam postanowił być dowcipny.

– To wtedy potrzebne byłyby dwie budy – Olena jak zawsze praktyczna.

– To sobie pożartowaliśmy a teraz dzwonię po policję.

Zanim to powiedziała przez niezamknięte drzwi weszło dwóch policjantów.

– Pani zamawiała policję? – zapytali. Szybko w smartfonie nastawili muzykę i zaczęli tańczyć powoli rozbierając się i seksownie wyginając.

– Borze szumiący, czy u ciebie zawsze gdy organizujesz imprezę muszą być niespodzianki od czapy? – zapytał Karol gospodynię.

– Muszą! – warknęła i wybrała numer policji.