Książka, przyjaźń i …

Carsten Henn – Spacerujący z książkami, Wydawn. Marginesy 2022

TYTUŁ: Książki, przyjaźń i …

WSTĘP:  „…nawet głupia książka może podsunąć mądre myśli”

O autorze: Carsten Henn urodzil się w Kolonii 29 października 1973 roku. Jest pisarzem, dziennikarzem, znawcą win i kulinariów oraz redaktorem naczelnym pisma „Vinum”. W St. Aldegund nad Mozelą ma własną winnicę ze starymi szczepami rieslinga. Jego pasją jest gotowanie i szukanie nowych smaków.

O książce:

Poznajcie Carla Kollhoffa, który mimo że ma  72 lat codziennie przemierza swoje miasto dostarczając zamówione książki. W zielonym odzieniu i wędkarskim kapeluszu niesie mieszkańcom pociechę, nadzieję, dreszczyk emocji lub niespodziankę. Stałym klientom nadał pseudonimy będące nazwiskami lub imionami bohaterów klasycznych powieści, bo prawdziwych nie pamiętał. Tak więc mamy Effi Briest, Pippi Langstrumpf, Lektora, pana Darcyego, Doktora Fausta i Herkulesa. Oraz zakonnicę, ostatnią w budynku klasztoru z którego nie chce się wyprowadzić. Carl dzieli klientów  na zające, żółwie i ryby.

Jest trochę dziwakiem – nie ogląda telewizji, nie czyta gazet, nawet nie słucha radia tylko czyta. Uważa, że „… w papierze tkwi lekarstwo. Czasem nawet na to, co z pozoru nie wymaga leczenia”.

A przepełnia go strach dlatego, od lat, jego każdy dzień wygląda tak samo. Naprawdę „… mole książkowe to bardzo rzadkie zwierzątka, na ogół wyjątkowo nieśmiałe”.

Pewnego dnia przyłącza się do niego rezolutna i wygadana dziewięciolatka imieniem Schascha, która prowadzi pamiętnik a w nim opisuje klientów Carla. I powoli wszystko się zmienia.

Czytelnik przyzwyczajony do wartkiej akcji może być tą książką, z początku znudzony. Bo niby coś się tam dzieje ale jakoś niemrawo. Może autor tak to zaplanował, a może się zorientował, że czas na jakieś BUM. I ono następuje, więc dotrwajcie.

Każdy z bohaterów ma swoją historię, czasem bardzo niełatwą. Jest też kot, nazwany przez Carla Pies, bo potrafił szczekać. To powieść nie tylko o miłości do literatury, ale i o przyjaźni, o przemianie, o radości, o tym, że możliwe jest porozumienie między pokoleniami.

Także o źle pojętym ojcostwie, samotności, niesprawności, biedzie, przemocy,  o żalu po stracie, który powoduje ranienie bliskich osób.

Ta książka ma trochę nierealną, magiczną atmosferę jakby ludzie poruszali się kilka centymetrów nad ziemią a otaczała ich lekka mgiełka.

Kolejne rozdziały to tytuły klasycznych powieści, niekoniecznie w znanej nam wersji.

Uspakajam czytelników  – jest happy end. Polecam.

p. s. Książkę poleciła mi znajoma Krystyna P. – dziękuję

Upalne miasto 55

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu, w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Kopanie prądem, laserem i ultradźwiękami póki co wpłynęło na zwiększenie wrażliwości zęba trzonowego seniorki.

– Nie lubię tego – pomyślała.

A w domu okazało się, że zostawiła w przychodni mały ręcznik.

– Ciekawe czy mi go oddadzą, czy go ktoś sobie zabrał, bo chłop żywemu nie przepuści.

Powiesiła w pokoju lep na muchy, bo ciągle coś jej brzęczało. Jak na złość sama się do niego przyklejała ale na krótko, bowiem za ciężka jest.

Spotkania Agnieszki i Karola odbywały się na łonie natury czemu sprzyjała pogoda. Jeździli rowerami, Kot Felek ze swoim niewolnikiem, który w Internecie zobaczył kota w kasku i taki mu się dla pupila zamarzył.

– Ale czy nawet tak spokojny kot jak Bob z książki  „Kot Bob i ja” zgodziłby się nosić na głowie taki ciężar? – zadawał sobie to pytanie i  nie odpowiedział na nie.

O książce:

Pewnego chłodnego dnia James Bowen, uliczny muzyk, znalazł bezdomnego rudego kota skulonego na wycieraczce. James był wtedy niemalże na dnie – nie miał pracy i leczył się z uzależnienia od narkotyków. Nic dziwnego, że bał się wziąć odpowiedzialność za inne stworzenie. Zrobił to jednak – i zdobył najwierniejszego przyjaciela, który w zdumiewający sposób odmienił życie swojego pana… a potem poruszył ludzi na całym świecie.

Następnego dnia Anna w przychodni zapytała o ręczniczek ale rehabilitacyjna młodzież wykazała się nie tylko brakiem wiedzy ale i zainteresowania. Na szczęście bardziej zainteresowana pracą rehabilitantka zgubę znalazła i odłożyła a po pytaniu wręczyła.

Następną niespodzianką dla seniorki była mailowa informacja o przesyłce z Wydawnictwa Księgarnia Akademicka, którą ma dostarczyć kurier. Zdziwiła się, bo niczego nie zamawiała. Ale przypomniała sobie, że Instytut Literatury w Krakowie szykował antologię z tekstów przesłanych na konkurs „Pokolenie Solidarności”, w którym brała udział i dostała wyróżnienie a nawet nagrodę pieniężną. Zauważyła możliwość pozostawienia przesyłki w paczkomacie więc ją tam przekierowała, aby nie być uwiązana w domu oczekiwaniem na kuriera. Miało być dobrze, a wyszło jak zwykle. Bo po otrzymaniu kodu następnego dnia, przed zabiegami, poszła odebrać książkę myśląc sobie: jedna książka to ciężko nie będzie. Tyle, że książek było kilkanaście, czyli paczka diabelnie ciężka. No i w myśl powiedzenia „sytuacja jest, wyjścia nie ma” – targała pakę do przychodni. Dobrze, że miała ze sobą dużą reklamówkę. Popieszczona prądem, laserem i ultradźwiękami pojechała do domu, rozpakowała przesyłkę i weszła (bez książek) pod prysznic.

Jeden egzemplarz wzięła na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki do podarowania osobie prowadzącej. Drugi podarowała znajomej, trzeci zapakowała w kopertę, aby wysłać koleżance z którą była internowana. 

– I tak powoli rozdam wszystkie egzemplarze, z autografem lub bez – pomyślała.

Przemyślenia i postanowienia przerwało pojawienie się Ewy. Przyniosła zakupy i poczęstowana zimnym koktajlem truskawkowym na kefirze opowiedziała o klientce, która zapisała się do Stowarzyszenia SOWA (Stow. Osób Wielokierunkowo Aktywnych). Liderka, z okazji nocy świętojańskiej,  wymyśliła piknik na którym oferowano napoje, ciastka z kwiatkami i bez, ciasto z rabarbarem i gofry z dżemami domowej roboty oraz z  nutellą. Dla dzieci przygotowano puszczanie baniek mydlanych oraz możliwość kolorowania kredkami gotowych wydrukowanych przyrodniczych motywów i lepienia z samoutwardzalnej gliny.

Dla dorosłych różne rękodzieła: bransoletki, bawełniane naszyjniki „zamotki”, organizery uszyte z różnych tkanin, w tym z dżinsu, kartki okolicznościowe, kilimki, wisiorki, breloczki,  niepowtarzalne wyroby ceramiczne oraz szczepki kwiatka o nazwie „żyworódka”. Okazało się bowiem, że jest to roślina mająca lecznicze zastosowanie, lepsze niż aloes.

Rozstawiono dwa namioty ozdobione girlandą z czerwonymi kwiatami,  balonami, bibułkowymi kwiatami oraz srebrnymi spiralami.

Po ulewnym piątku sobota była łaskawa tylko momentami wiał silny wiatr. Od czasu do czasu strzelał na wiwat kolejny balon.

A wieczorem o godzinie dziewiątej zaproszono chętnych do gry terenowej pt. „szukamy kwiatu paproci”. W lesie rozłożono/ukryto różne fanty naprowadzając grupę wierszykami sugerującymi miejsce, napisanymi na zakładkach z naklejonym wizerunkiem sowy lub strzałkami ułożonymi z szyszek albo małymi świecącymi w ciemności lampkami. Niektóre miejsca zaznaczono czerwonymi kokardkami.

Uczestnicy mieli lepszą zabawę niż usiłujące wypijać z nich krew komary.

Anna pochwaliła się bukietem groszków otrzymanym od sąsiadki. Ma ona działkę i dorabia sprzedając, pod sklepem mięsnym, kwiatki.

– Dzisiaj, jak zwykle stanęła tam równo z godziną otwarcia ale wiał ostry, zimny wiatr, który  zniechęcił ewentualnych nabywców, więc niewiele sprzedała. Dała mi jeden bukiet, a drugi innej sąsiadce.

– To ta, która ma czarnego kota? – spytała Ewa.

– Tak, to ona. Czasem na klatce schodowej słyszę miauknięcie i wiem, że to jej pupil.

Groszek pachnący (Lathyrus odoratus) to  roślina jednoroczna należąca do rodziny bobowatych . W środowisku naturalnym występuje w krajach basenu Morza Śródziemnomorskiego.

Roślina na pokrój płożący – jej pędy są długie i wiotkie osiągają długość 100-200 cm. Liście są drobne, eliptyczne. Część z nich przekształca się w wąsy czepne.

Motylkowate, intensywnie pachnące kwiaty zebrane są w grono. Kwiaty mogą mieć barwę białą, żółtą, różową, pomarańczową lub niebieską. Kwitnie od czerwca do sierpnia. Owocem jest strąk.

Ewa to przeczytała i zapytała:

– Czy nasiona ze strąka można jeść? Zaraz sprawdzę. Nie, jednak nie są jadalne. Może dla zwierząt są ale nie dla ludzi.

– To sprawdź informacje o groszku jadalnym – poprosiła seniorka.

W zależności od przyjętego kryterium możemy wyróżnić zróżnicowane odmiany grochu, ale najczęściej mówi się o groszku cukrowym oraz łuskowym, zwanym zielonym groszkiem. Groch cukrowy różni się tym od groszku zielonego (łuskowego), że jest spożywany w całości, razem ze strąkami. Możliwość spożywania całych strąków wynika, z braku w budowie strąku wyściółki pergaminowej. Wśród odmian grochu łuskowego możemy wyróżnić odmiany charakteryzujące się kulistymi i gładkimi nasionami, nasionami spłaszczonymi oraz pomarszczonymi. Odmiany wczesne zazwyczaj charakteryzują się nasionami gładkimi, natomiast późne pomarszczonymi.

Upalne miasto 54

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************** *************

Wiosna majem wróciła jak w piosence zespołu „Filipinki”:

Ale nie martw się dziewczyno
Nie warto się smucić
Dni zimowe szybko miną
Wiosna majem wróci
Dni zimowe szybko miną
Wiosna majem wróci
Wiosna majem wróci

Czerwiec za to postanowił być lipcem i przygrzać ludziom oblicza i nie tylko.

Anna wybrała się do rynku po bezpłatne informatory kulturalne nie przejmując się zapowiedzią deszczu i nie biorąc parasola.

– Nie jestem z cukru, nie rozpuszczę się – pomyślała.

Obeszła miejsca skąd mogła wziąć pożądane materiały, zapakowała je  w torbę (uszytą własnoręcznie z brązowych dżinsów) miała coraz cięższą.

– Jestem kobietą niepracującą, żadnych papierowych ciężarów się nie boję – stwierdziła idąc na przystanek i omijając miejsca gdzie mogłaby kupić lody. Jest czas truskawek, więc zastosuję zamianę, zamiast loda truskawki  polane miodem – dodała sobie w myśli.

Tablice informacyjne odjazdów miały awarię, pasażerowie pokornie czekali, bo nie mieli wyboru.

Anna wsiadła do tramwaju, nawet udało się jej usiąść i zaraz zaczął padać deszcz. Pasażerowie zasuwali szyby a seniorka wyobrażała sobie jaka calutka mokrzutka wyląduje w domu. Im bliżej była celu, tym bardziej padało a nawet grzmiało. Diabeł – stróż głośno chichotał i zacierał kopytka z radości.

– Ci to mają fajnie – pomyślała patrząc na auta, mycie za darmo. I zaczęła kombinować jakby tu oszukać przyrodę. Bo chodzenie między kroplami to chyba dobre dla komara, wszy czy pluskwy tylko.

Wysiadła z pojazdu i myk pod wiatę skąd zerkała czy jest już zielone światło. Prawie świńskim truchtem przebiegła ulicę i myk pod następną wiatę, tym razem autobusową. Stała i kombinowała pod co się schowa w dalszej drodze, bo deszcz nie przestawał padać. Ruszyła przed siebie mając nadzieję, że dwa drzewa rosnące przy chodniku dadzą jej osłonę I tu się zawiodła. Nie dały.

– Trudno, świetnie, wręcz fatalnie – pomyślała i szybkim krokiem podążyła w stronę kamienicy z balkonami. Tam gdzie były rolę swą spełniły.

– Stanowczo ich jest za mało – stwierdziła Anna już nieźle zmoczona. Kamienica się skończyła nadszedł czas bez ochrony, czyli konieczność przejścia przez ulicę jedną i drugą. A potem chodnikiem do swojej bramy. Bluzka była cała mokra, spódnica w połowie.

Seniorka weszła do mieszkania życząc kopytnemu, aby się wykopytnął i skręcił kark raz na zawsze. Tym bardziej, że deszcz właśnie przestał padać.

Karol wyczytał w Internecie, że jest w mieście miejsce gdzie można porzucać siekierami. Organizatorzy reklamują się, że można tam spędzić wieczór panieński lub kawalerski, urodziny, spotkanie ze znajomymi i randkę. Szczególnie to ostatnie bardzo mu się spodobało.

– Ciekawe co Agnieszka na to?

Zadzwonił do niej z propozycją.

– Napisali, że można tam poczuć się drwalem i przekonać o tym, że to nie są osobnicy, którzy siekiery używają jako wykałaczki, grzebienia, widelca i szczoteczki do zębów.

– Ha, ha, ha – ty tak poważnie?

– Absolutnie całkiem poważnie.

– Wiesz co, idź najpierw sam, sprawdź jak to działa a przede wszystkim czy też rzucają tam  mięsem.

– No, coś ty. Przecież to nie rzeźnia – nie zrozumiał żartu.

– Obawiam się, że momentami może nią być, więc idź tam i sprawdź.

– No, dobra, umówię się z jakimś facetem. – Odłożył telefon sfochowany brakiem zachwytu u dziewczyny.

Annę zmęczył jeden dzień w którym wszystko szło jak po grudzie, a nawet stosie grud.

Agent ubezpieczeniowy miał przyjść ale zadzwonił, że im system padł i się nie wyrobi. Spotkanie musieli przełożyć. Facet jojczył na co usłyszał od seniorki:

– Niech się pan tak nie przejmuje, życie jest wystarczająco ciężkie.

Zapisała się na popularne, bo w bibliotece mieszczącej się w centrum miasta, zajęcia rękodzielnicze ale była na liście rezerwowej. Rano upewniła się telefonicznie, że nie ma miejsca.

Trudno – pomyślała. Moje życie i zdrowie od tego nie zależy.

Jednak kopytko się diabłu powinęło i Anna na zajęcia poszła bo ktoś zrezygnował.

Panie robiły makramowe bransoletki ze swoim lub innym imieniem a dziewczyna obok ze słowem HOPE. Młoda a w ciągu trzynastu lat urodziła czworo dzieci, jej matka wypchnęła ją na te zajęcia, aby wreszcie zrobiła coś dla siebie. Widocznie ma nadzieję na lepsze jutro.

Też nie bardzo jej szło to przekładanie sznurków, bo lepsza jest w pieczenie i gotowanie. Pokazywała torty jakie zrobiła, na przykład

dla swojej mamy  w kształcie pnia z listkami i dzięciołem z masy cukrowej pomalowanym spożywczymi farbami. A dla syna z podobizną auta „malucha” bo jest jego fanem.

Niestety, tak jak poprzednim razem, jedna z pań nieładnie pachniała mówiąc eufemistycznie. Bo „Częste mycie skraca życie”; „Brudne kolano – pięć lat życia dodano”; „Mycie głowy – grób gotowy”; „Mydło i woda to mój wróg – ja nie uznaję mycia nóg”?

„Nadejszła wiekopomna chwiła” po roku czekania i Anna zaczęła jeździć na rehabilitację. Za kilkoma zasłonami odbywają się różne czary – mary za pomocą cywilizacyjnych urządzeń. Migają one, pipkają, piszczą i czasem wyją. Młodzi rehabilitanci włączają i wyłączają. Gazikami z płytkami mrowiącymi ciało okładają. Czasem ciało żelem maziają, aby głowica łatwiej zasuwała. Przejmują się lub nie, doradzą wygodniejszą pozycję lub mają to w nosie.

Okazało się, że zabiegi kolidują z wcześniej wyznaczonymi wizytami u lekarzy. Dobra wola u ludzi nie zawsze jest obecna więc w jednej sprawie nastąpiła odmowa a w drugiej sukces. Dobre i to.

Po powrocie do domu przeczytała post na facebooku w którym autorka zwierzała się z przygody pod tytułem: robię pierogi z jagodami. Najciekawszy w tym był fakt (oprócz zabawnych momentów), że ciasto zawierało masło i mleko. Wujek Google wyjaśnił:

CIASTO NA PIEROGI – Z MASŁEM I MLEKIEM

  • mąka pszenna – 4,5 szklanki
  • gorąca woda – 1 szklanki
  • mleko gorące – 1/2 szklanki
  • masło miękkie – 2 łyżki
  • sól do smaku
  •  

Mąkę wsypać do miski, dodać pół łyżeczki soli i wymieszać. Do mąki wlać gorącą wodę połączoną z mlekiem i dodać miękkie masło. Wstępnie przemieszać składniki nożem, a kiedy płyn połączy się z mąką przełożyć na blat i zagnieść miękkie sprężyste ciasto. Podsypać je mąką, nakryć miską i pozostawić na pół godziny, aby wypoczęło.

Tak przygotowane ciasto jest miękkie i plastyczne – nadaje się zarówno do przygotowania pierogów ze słonym, jak i słodkim farszem.

Upalne miasto 53

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Za parę dni Ewa przyniosła babci zakupy i zobaczyłam że seniorka ma znękaną minę.

– Co się stało? – spytała wypakowując produkty.

– Ach, już dawno dostałam skierowanie na gastroskopię, bo jak wiesz masz nadkwasotę i refluks. Zarejestrowałam się, czekałam trzy miesiące a potem i tak dwa razy telefonicznie przekładano ten zabieg, co mi nawet pasowało, bo w końcu na godzinę 10-tą a nie jak poprzednio na 13-tą, a przecież trzeba być na czczo.

– I co, znowu przełożyli?

– Gorzej, dużo gorzej.

– Zgłosiłam rejestracji, że jestem, pojechałam na trzecie piętro i stanęłam pod wyznaczonym gabinetem. Odgłosy stamtąd odchodzące były odpychające. Pacjentka skarżyła się na ból ale usłyszała, że to nie jest naprawdę tylko ona sobie to wyobraża. Jęki i pouczenia ostrym tonem trwały i trwały. Wreszcie pacjentka wyszła i powiedziała, że tego wszystkiego nie wytrzymała.

– Mało zachęcająco jakoś.

– Potem pielęgniarka próbowała mi wmówić, że miałam przyjść na 9,30 i dała stos druków do wypełnienia. Między innymi w jakich innych przychodniach się leczyłam i kiedy, jakie miałam zabiegi oraz operacje i w jakich terminach.

– Asekurują się jak mogą – zauważyła wnuczka.

– Właśnie. Ale nie to było najgorsze. Położono mnie na boku, włożono ustnik i zaczęto wpychać grubą rurę. Zaczęłam się krztusić i kaszleć. Usłyszałam, że mam połykać. Mimo wcześniej zażytych przeciw zawrotom tabletek poczułam, że kręci mi się w głowie i się duszę. Wyrwałam rurę i powiedziałam, że tego nie zniosę i wstałam. A potem powiedziałam: myślałam, że teraz są nowocześniejsze metody badania. Na co przemądrzała pielęgniarka, że rura wchodzi do przełyku a nie do płuc, więc na pewno się nie dusiłam. I, że to tak samo jakbym zjadła duży kęs kiełbasy z grilla. Na co ja, że nie jadam kiełbasy z grilla. No bo kto jada na raz tak duży kawał kiełbasy. Chyba tylko ta baba. W wyniku badania napisano, że pacjentka odmówiła współpracy i że mam zapalenie żołądka. Na jakiej podstawie, tak na oko skoro badania nie wykonano?.

Lekarka powiedziała, że można to robić w znieczuleniu ale kosztuje to 500 złotych. A po powrocie do domu przeczytałam w internecie, że

 na NFZ robią to badanie w znieczuleniu miejscowym. Którego u mnie, oczywiście, nie zastosowano.

– Pewnie mają nakaz oszczędzania znieczulenia a nie pacjentów – stwierdziła Ewa.

– Jasne, lepiej by było, żebym się udusiła. Robiłam takie badanie kilkanaście lat temu, w tej przychodni, jakoś wytrzymałam ale to naprawdę skandal,  mamy XXI wiek a oni nadal stosują  te same średniowieczne tortury rodem z głębokiego PRL-u.

– I co teraz będzie?

– Nic, tyle przeżyłam bez gastroskopii to i dalej mogę, a znęcać się nad sobą nie pozwolę.

– Może te panie cieszy, że ludzie cierpią i że mogą ich pouczać, że nic złego się nie dzieje ?

– Bardzo być może, bo one uważają, że  wiedzą lepiej co pacjent ma czuć i czuje,  tylko to się liczy, a nie odczucia badanego. Czysty wredny PRL.

– No, popatrz – przecież pacjentka przede mną tak samo reagowała, więc nie jest to jednostkowe odczucie i reakcje. Ale one są bezduszne i nic ich to nie obchodzi.

– No to opowiem ci o weekendzie mojej klientki.

– Mam, nadzieję, że to coś miłego.

– Owszem. Była na lubuskiej wsi, u swoich znajomych. Zabrali ją spod domu z dwoma torbami w których miała swoje rękodzieła.

– Ale po co?

– Jej znajoma zarejestrowała tam Stowarzyszenie Osób Wielokierunkowo  Aktywnych w skrócie SOWA.  I organizuje pikniki na działce jaką kupili, wraz z mężem, oprócz domu. Zaprosiła klientkę, aby była jedną z atrakcji pikniku z okazji Dnia Matki. Drugą był bezpłatny makijaż zrobiony przez profesjonalistkę i zdjęcie w ramie ozdobionej świeżymi kwiatami.

– To fajny pomysł.

– Bardzo fajny. Ale niedoceniony przez mieszkanki.

– Może reklama była za mała?

– Powieszono cztery duże plakaty w ruchliwych miejscach wsi. Może potrzebne były ulotki osobiście rozdawane i namawianie do udziału?  Na pewno konkurencją była impreza z okazji Dnia Dziecka w sąsiedniej wsi.

– Jakie prace zawiozła tam twoja klientka? – sprała Anna.

– Bawełniane naszyjniki „zamotki”, w różnych kolorach w pakiecie z pasującą bransoletką, także dżinsowe, osobno różne bawełniane bransoletki, kartki okolicznościowe, organizery z tkanin różnych oraz dekupażowe ikony. Napisała na dużej tekturze, że bezpłatnie można sobie wykonać zamotkę, bransoletkę i kartkę okolicznościową.

– Już widzę jak się rwali do roboty, ha, ha, ha.

– Masz rację, nikt nie chciał. Za to dwie osoby nabyły ikony, dwie na deseczkach, jedną na korze. Dostały jako gratis woreczek na świąteczny prezent z tkaniny, w odpowiedni bożonarodzeniowy wzorek.

– A makijaż i zdjęcia też się odbyły?

– Też, choć jedna z przybyłych pań stała i tylko krytykowała. Sama wyglądała jakby potrzebowała totalnej renowacji, rewaloryzacji i remontu twarzy. Może jest chora.

– Wiesz przecież, że na wszystkich spotkaniach zawsze znajdzie się gaduła i maruda. Czasem osobno, a czasem jest to ta sama osoba.

– Z innych, poza powyższymi, atrakcji jest tam jezioro i lasy podobno pełne grzybów. W jednym są resztki niemieckiego cmentarza.

– Nikt o to nie zadbał? Są przecież teraz takie akcje.

– To pewnie w większych miejscowościach. Jedna osoba musiałaby być inicjatorem, a jakoś nikt się nie kwapi.

– A są tam zwierzęta?

– Widziała tylko domowe –  znajoma klientki dokarmia psa o imieniu Ogonek i szarobrązowego kota gadułę domagającego się jedzenia i głasków.

– Czy można tam dojechać jakimś transportem oprócz własnego auta?

– Raczej nie. Nie ma tam sklepu ani kościoła tylko kaplica za to działa Koło Gospodyń Wiejskich. A na początku wsi stoi drewniana postać czarownicy.

– Może tam je palono?

– Na pewno był proces czarownic w Kolsku, które jest gminą w powiecie nowosolskim.

https://plus.gazetalubuska.pl/stosy-plonely-u-nas-kilka-wiekow-i-to-zgodnie-z-prawem/ar/9785761

fragmenty powyższego:

Procesy czarownic nie miały zbyt wiele wspólnego z religią. To była gra nienawiści, zazdrości, prywatnych porachunków i wszechobecnego zabobonu. 

Stosy płonęły przez kilka stuleci. W dymie i krzykach nie udało się jednak współczesnym zgubić swoich lęków. Bo czymże było to bezmyślne okrucieństwo, jeśli nie próbą rozwiązania problemów, które wówczas nie były do rozwiązania? Do tego szczypta zabobonu, wyrachowania, nienawiści…

W Kolsku wszystko rozpoczęło się od choroby małżonki von Kittlitza, pana na kolskim dworze. Niewiasta zapadła na dziwną chorobę, z którą uporać się nie byli w stanie najbieglejsi medycy. I trudno powiedzieć, czy to oni swoją nieporadność próbowali tłumaczyć czarami… Czy może bali się konkurencji zielarek, które pojawiły się u pańskiej klamki. Tak czy inaczej rozeszło się po okolicy, że Zły się panoszy. W takiej sytuacji von Kittlitz udzielił biegłym w prawie zgody na rozwiązanie problemu.

Upalne miasto 52

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Grillowanie zakończono rozmawiając o różnych dziwnych kolekcjach.

– Facet z Singapuru kolekcjonuje lalki Barbie – powiedziała Ewa po wyszukaniu informacji w Internecie. Ma ich sześć tysięcy a pewna Niemka ponad piętnaście..

– A jak wam się podoba to – jest zbieracz samolotowych torebek papierowych, ma ich 2300 – dodał Zbyszek.

– Takich do pierwszej pomocy przy womitowaniu? – upewniła się gospodyni.

– Tak, takich. Ale to nie jest dobry temat przy jedzeniu. Następny zbiór poproszę.

– Wyobraźcie sobie, że można zbierać syrenie ogony. Robi to mieszkaniec Florydy i nawet je produkuje.

– Nie wiem czy tu pasuje powiedzenie „rybka lubi pływać” – powiedział Karol sięgając po piwo.

– Trochę a propos powyższego zbioru to były hydraulik zbiera deski klozetowe i je dekoruje, ma ich ponad tysiąc – poinformował Adam.

– Jak to, syreny kojarzą Ci się z klozetem? Na jakiej zasadzie? – zdziwiła się Olena.

– Nie z syrenami a z torebkami  przecież.

– To jest śmiesznie, słuchajcie. Jest ktoś kto zbiera penisy różnych gatunków – wodnych i lądowych. Ma już 300 okazów – powiedziała Jadwiga.

– Dlaczego śmieszne? – obruszył się Kazik. Może sam ma małego i w ten sposób sobie rekompensuje, biedak.

– To mu współczujemy i dalej jedziemy – zarządziła Baśka. Jeden Rusek zbiera sowieckie kalkulatory, komputery, liczydła, zegary i suwaki logarytmiczne, ma ich 150. Szuka miejsca, aby je wystawiać dla publiczności.

– Niech zaproponuje Putinowi, żeby go zasponsorował i na Kremlu udostępnił salę.

– Najlepiej w jednym pomieszczeniu z mumią Lenina. To znaczy w jego mauzoleum. A wiecie, że Lenin chciał, aby jego ciało skremowano i pochowano pod murami Kremla? No i dodano mu ciało Stalina, którego nie lubił i nie cenił? Ale jak się wydało co wyczyniał zabrano je w 1961 roku i pochowano pod Kremlem.

– A wracając do zbieractwa to kolejna dziwna kolekcja – są to kawałki asfaltu ze znanych dróg np. Via Appia.

– No to u nas koniecznie powinno takie powstać – byłyby kawałki dróg i ulic, którymi poruszały się osoby miłe akurat rządzącej władzy, ha, ha, ha – powiedział Roman.

– No, ale ten zbiór to wymyślił kompletny idiota, posłuchajcie – zbiera mianowicie puch z własnego pępka. Ma tego już trzy duże słoiki i zapełnia czwarty.

– To znaczy, że go nigdy nie myje, czy jak? – zdziwił się Karol.

– Jakoś nie jestem ciekawa co on sobie myje i kiedy – powiedziała Ewa. Mam jeszcze dziwniejsze muzeum – spalonego jedzenia. Oczywiście w USA.

– Dlaczego oczywiście? – zdziwiła się Anna.

– Bo to kraj wszelkich dziwności i osobliwości. Ale te pępkowe zawartości zbiera Australijczyk, widać i tam nie brakuje odjechanych ludzi.

– A wiecie co to są „murderdelailia”? – spytał Roman.

– Coś związanego z morderstwem?

– Tak, to są przedmioty kiedyś należące do morderców. I niektórzy je zbierają. Też w Stanach.

– Ludzie zbierają jeszcze drapaczki do pleców, pistolety na wodę, zdrapki, gumki do mazania (niekoniecznie typu „myszka”), tabliczki z napisem „Nie przeszkadzać”, kości do gry, saszetki z cukrem, mydła w kostce, serwetki papierowe, pokrowce na parasole.

– Ja to uważam, że najlepsza kolekcja to banknoty o wysokich nominałach – stwierdził Karolek.

– A ja myślałam, że sierść twojego kota. Mógłbyś nią napełniać słoiki – docięła  gościowi Barbara.

– To przypomniała mi się polska historia. Prawie o kolekcjonerce. Opowiedziano mi, że pewna seniorka ma taki cykl dobowy, że wstaje o trzeciej rano. Gdy już zrobi się jasno to nazajutrz po imprezie na Wyspie Słodowej we Wrocławiu idzie i zbiera zgubione przez zabawowiczów telefony komórkowe, portfele, części odzieży – dodała Ewa..

– I co z tym robi? – zainteresował się Karol.

– Powinna oddać na policję, czy ogłosić w internecie, że znalazła ale wątpię, że o to jej chodzi. Pewnie co można oddaje do lombardu, inne rzeczy sprzedaje znajomym, coś zatrzymuje dla siebie, coś rozdaje.

– Ale zaradna kobita – z podziwem powiedział Adam.

– Tyle że dziwna ta zaradność – podsumowała Anna. Taka mało uczciwa. Zmieniając temat – jechałam kiedyś tramwajem niskopodłogowym, za mną siedziało dwóch młodych Ukraińców. Weszła drobna seniorka i zwróciła się do nich:

– Weźmiecie mnie na kolanka?

– Jeden z nich szybko wstał.

– Ha, ha, ha – zrozumiał i dla niego nie była to propozycja nie do odrzucenia – powiedział Kazik.

– A moja klientka była na targach regionalnej książki i natknęła się na stoisko „Papierwdole”. A za ladą stał jej znajomy z czasów gdy jako bibliotekarka prowadziła bardzo intensywny kiermasz bardzo tanich książek. I ten znajomy wtedy mieszkał, wraz z kumplami, w pobliskim pustostanie. Był namiętnym klientem tego kiermaszu. I teraz, widząc ją,  zapytał:

– Powinienem od pani brać tylko 10 groszy za książkę, czyli taką cenę jaką pani wtedy ode mnie?

Doceniła poczucie humoru i nabyła jego tomik wierszy ale wytargowała niższą cenę. Poprosiła o dedykację jednak musiała pożyczyć poecie własny długopis.

W trakcie transakcji twórca opowiedział dziewczynie z sąsiedniego stoiska, że kiedyś kupował książki w bibliotece. Na co bibliotekarka:

– A za darmo z kolegami częstował się rolkami papieru z naszego wc. Nie zapomnę wam tego.

– No, to było złośliwe – stwierdziła Barbara.

– Owszem, ale powiedziała im, że mogli poprosić a nie kraść.

To posłuchajcie wierszy tego autora, który nazywa się Konrad Góra:

Prawda

W tym człowieku błazen z idiotą

kłócą się zawsze:

Kiedy wygrywa błazen

płaczemy ze wzruszenia.

Kiedy dureń, prawda wychodzi na jaw.

Nigdy nie jest aż tak źle, prawda?

Ryba, pierogi, naleśniki

Ryba, pierogi, naleśniki

złożyła ofertę kobieta za barem:

a ja wyobraziłem to sobie

jako papier, nożyczki, kamień:

pieróg więzi rybę;

naleśnik pieroga;

ryba wypływa z naleśnika

jak z rury wydechowej

miasta zatopionego

po dachowaniu.

Rodzinne traumy

Katrzyna Surmiak – Domańska – Czystka, Wydawn. Czarne, Wołowiec, 2021

TYTUŁ: Rodzinne traumy

WSTĘP: „Zagłębienie się w historię mojej rodziny pozwoliło odciąć się od tego, co działo się wokół” (pandemia)

O autorce:

Katarzyna Surmiak – Domańska urodziła się w 1967 roku w Olsztynie. Jest absolwentką filologii romańskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Jest reporterką o szerokich zainteresowaniach: jako 13-latka grała w serialu dla młodzieży, jako dorosła prowadziła audycje muzyczne w radiu, a w telewizji program o filmach dokumentalnych.

Od 1995 roku współpracuje z „Gazetą Wyborczą” gdzie publikuje reportaże, wywiady, eseje. Bohaterowie jej tekstów to oiary przemocy w rodzinie, księża pedofile w Polsce i w Irlandii, ludzie samotni, nieprzystosowani, wykluczeni. Poza tym interesuje się kulturą i historią USA, szczególnie ich południowym regionem.

Wydała m.in.: w 2007 r. „Beznadziejna ucieczka przed Basią – reportaże seksualne”; 2011 „Żyletka”; 2012 „Mokradełko”; 2015 „KuKluxKlan – tu mieszka miłość”; 2018 „Kieślowski. Zbliżenie.”; 2021 „Czystka”.

O książce:

Autorka od jakiegoś czasu zbierała materiały dotyczące dziejów jej rodziny ale w nawale innych zajęć nie zabrała się do ich opracowania (na początku książki jest drzewo genealogiczne). Aż nadeszła pandemia i wszystko co z nią związane. Napisała, że wspomnienia mieszkańców ukraińskich podworskich wiosek opatrzyła tylko imionami, bo „najgorsze co możemy zrobić, to rozgrzebywać stare animozje. Jako ludzie, niezależnie od nacji, jesteśmy zdolni do wszystkiego”.

Poznajemy więc historię rodziny autorki, wywodzącej się ze wspólnoty o nazwie Nietreba.

Także tło historyczne,  opis galicyjskiej biedy i  skutki sześciu klęsk głodowych,  strasznych warunków życia mieszkańców tamtych wsi. I ogromne różnice poziomu życia polskich właścicieli ziemskich oraz chłopów, którzy, prawie wszyscy, haniebnie byli  traktowani. Trzy miliony ruskich chłopów stanowiły własność siedmiu tysięcy polskich magnatów. „…byli oni traktowani jak podludzie, gorzej niż chłopi w innych zaborach”.

Po I wojnie „Ukraińców z premedytacją dyskryminowano – na poziomie politycznym, edukacyjnym i społecznym”.

Rewolucje, rzezie i czystki nie dzieją się bez powodu.

„W maju na Wołyniu trwa już rozpętana przez ukraińskich partyzantów antypolska czystka etniczna”.

Poznajemy też postać Stepana Bandery, którego charyzma była zbiegiem okoliczności a nie osobowości.

Autorka podaje ile wsi spalono, ile osób zabito w czasie czystki. Ale nie epatuje tymi okropnościami. Bo tak naprawdę interesuje ją, i to jest głównym tematem książki, jaki wpływ tamte wydarzenia miały i mają na tych członków rodziny, którzy byli świadkami czystki. Głównie na jej ojca, będącego w tym czasie jedenastoletnim chłopcem. I na babcię Frankę, która po tym wszystkim stała się otępiała a na starość cierpiała na fugę objawiającą się niekontrolowanymi ucieczkami. „Lęk pozostały po głębokim wstrząsie sprawia, że nie jesteśmy w stanie o naszym cierpieniu opowiedzieć, tłumimy je”. Następne pokolenia też nie są wolne od skutków tych przeżyć.

Autorka przedstawia nam losy niektórych członków rodziny do czasów obecnych i trudności jakie pokonują, aby normalnie egzystować. To reportaż historyczno – genealogiczny, niesłychanie sprawnie napisany, który czyta się z wielkim zainteresowaniem i  przynoszący. potrzebną nam wszystkim, wiedzę. Bardzo polecam.

p.s. Zespól stresu pourazowego PTSD jest formą reakcji na wydarzenie o mocnym wydźwięku psychicznym, związanym ze stresem lub traumatycznym zdarzeniem. Nadmiar negatywnych bodźców lub seria wydarzeń ze znaczną ilością silnych stresorów sprawia, że u chorego pojawia się silne zaburzenie lękowe.

Upalne miasto 51

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Koniec kwietnia obdarzył mieszkańców miasta łaskawą pogodą, w sam raz na długi spacer. Anna wybrała się z Ewą najpierw do Cafe Wuwa gdzie zamówiła ciastko z nasionami konopi. Zapytała czy to znaczy, że są z „maryśką” i że będzie wylatywać ponad poziomy po zjedzeniu. Okazało się, że to nie ta roślina i nie te nasiona.

W trakcie spaceru zrobiły parę zdjęć – niedaleko kawiarni rósł dąb Piotra Włosta jak głosił napis wyryty w kamieniu. Pod zdjęciem na fb napisała: dąb Piotra Włosta a naprawdę latarnia jest prosta (na zdjęciu  przechylona). Osoba w komentarzu wyjaśniła: zakrzywienie światła, sprawa nie jest łatwa.

W dalszej parku części rósł dąbek (bo mały) Henryka bez nazwiska, też z informacją nakamienną. W zupełnie innej części parku jest alejka z japońskimi wiśniami sakura.

Wikipedia informuje:

Wiśnia piłkowana (Cerasus serrulata G. Don.) – popularnie zwana wiśnią japońską. Jest to gatunek  drzewa należącego do rodziny różowatych. Pochodzi z  Chin. Jest uprawiany w wielu krajach świata jako roślina ozdobna.

Anna postanowiła tam wrócić latem, aby spróbować jak smakują owoce.

I tym razem Barbara. nie zważając na poprzednie doświadczenia,  zaprosiła znajomych, na majowe grillowanie. Karol bardzo się kajał z powodu swojego występu więc i on dostąpił łaskawości zaliczenia w poczet gości. Obiecał wypić tylko jedno piwo bezalkoholowe, obsługiwać grilla i być przykładem dobrego wychowania oraz grzeczności. Agnieszka drugą szansę mu dała i też przyjechała. Oboje na rowerach.

Spotkanie odbyło się w słoneczną niedzielę i bez nadziei na czterodniową kontynuację, bo w poniedziałek Barbara jechała z ukochanym na wymarzoną wycieczkę balonem.

Tak więc rozstawiono grilla na tarasie a stoliki z krzesełkami pod parasolami w ogrodzie. Fido każdemu grzecznie podawał łapę i łagodnie trącał nosem.

Anna z sąsiadem wędkarzem przynieśli obiecane wiktuały, w tym karkówkę w pysznej zalewie, Ewa z partnerem trochę napojów z niewielkimi procentami, Jadwiga z dużo młodszym ukochanym warzywa nadające się do grillowania a potulny Karol sałatkę wieloowocową. Dwa rodzaje chleba i ciasto drożdżowe z rabarbarem upiekła Olena.

Adam wcześniej rozpalił grilla więc Karol od razu położył na ruszcie mięso i warzywa.

Imprezę muzycznie niespodziewanie ozdobili sąsiedzi śpiewami przy gitarze. Przypomniały się im obozy harcerskie i wędrowne.

–  Szterech pancernych nie będzie? – upewniła się Anna.

– Nawet jednego nie przewiduję – powiedziała gospodyni. Kazałam im zapomnieć mój adres.

– Posłuchają na trzeźwo ale będąc pod wpływem to kto wie… – stwierdziła Jadwiga.

– Bądźmy dobrej myśli, bo po co być złej – zacytował Lema Zbyszek.

– Ale bądźmy czujni, bo licho w ludzkiej postaci nie śpi – dodał Kazik wędkarz kładąc sprawioną rybę na ruszcie.

– Jakie pyszne zapachy tutaj się rozchodzą – usłyszeli zza płotu.

– Kto to? – spytał Roman partner Baśki.

– To ja, Marek. Jestem tu z Dorotą – męski głos przedstawił się zebranym.

– Marek? Jaki Marek? – zdziwiła się gospodyni.

– Jestem bratem Wieśka, twojego kochanka, nie pamiętasz mnie?

– Widziałam cię raz  i to nie było wydarzenie mojego życia – usłyszał.

– Ale Dorotę widywałaś częściej, pracowała u ciebie jako służąca przecież.

– A, tak, potem dostała od mojego męża w spadku mieszkanie i kasę, więc zrezygnowała.

– I słusznie zrobiła, wykorzystywałaś ją haniebnie.

– Za to Janowi widocznie świetnie usługiwała skoro dostała taki spadek.

– Jak śmiesz! – Marek przeskoczył płot i podbiegł do Barbary z mordem w oczach.

– Zabierzcie go stąd bo zadzwonię na policję – zawołała gospodyni szybko podnosząc się z krzesła i rzucając w napastnika szklanką pełną napoju z kostkami lodu.

Nie trafiła Marka tylko Karola, który broniąc jej chciał się zrehabilitować za wyskoki na poprzednim spotkaniu.

Karol padł, z rozciętego czoła buchała mu krew, z ust brzydkie wyrazy.

– Pani Oleno, apteczka – zarządziła Baśka wybierając numer pogotowia.

Dorota oblała furiata sokiem ze stojącego pod ręką dzbanka.

Kazik, Roman, Zbyszek i Adam usadzili Marka na ławce pod tarasem nie omieszkając nadwyrężyć go fizycznie i w krótkich żołnierskich słowach tłumacząc, że jest kretynem.

Pogotowie nie stwierdziło groźnych obrażeń ale zaleciło prześwietlenie głowy.

– I to dopiero będzie niespodzianka gdy się okaże, że tam nic nie ma – powiedziała wkurzona Barbara.

– Jak pani może… – obruszyła się Agnieszka.

– Dziewczyno, ty go mało znasz. Jeszcze niejedną nam sprawi niespodziankę.

– Przecież to pani go uderzyła …

– Owszem, bo jak ostatni kretyn stanął na linii rzutu.

– Ale niespecjalnie.

– On tak zawsze robi – niespecjalnie ale głupio. Oj, nie będziesz miała z nim łatwo.

– „Życie nie jest sprawiedliwe i być może to dobra wiadomość dla większości z nas powiedział  Oscar Wilde – zacytowała  Agnieszka.

I „Nikt nigdy nie stał się wielki przez pokazywanie jak mały jest ktoś inny. To Irvin Himmel – dodała.

– Masz rację ale ja go bardzo dobrze znam. Adamie, zawieź, proszę Karola na prześwietlenie, zapłacę za to. A my wracajmy do grillowania. Marku i Doroto – żegnam was.

– O, nie ma tak dobrze! – wykrzyknął nieproszony gość. Ojciec powiedział, że zostały tu jego cenne rzeczy.

– Owszem, zostały. Spakowane są i czekają w schowku pod schodami. Oleno, zaprowadź pana i przekaż paczkę. Doroto, usiądź i poczęstuj się.

Marek z gosposią przeszli do domu i pakamery. Olena wskazała wielkie pudło, Marek je wyciągnął i postawił na podłodze.

– I co my tu mamy – powiedział rozcinając gruby sznurek swoim ostrym scyzorykiem wieloczynnościowym.

Wyciągał po kolei: numery świerszczyków”; :Playboya”, wiele komiksów polskich i zagranicznych, klaser z opakowaniami po gumie Donald, zdjęcia rodzinne z dzieciństwa w poszarpanej kopercie, proporczyki miast i klubów sportowych oraz pięć biustonoszy, białe, czarne, różowe,  beżowe i w kwiatki. Wszystkie używane i ładnie oddzielnie zapakowane.

– A to ci niespodzianka – powiedział Adam pomagający przy wyciąganiu i przeglądaniu zawartości pudła. A majteczek do kompletu nie ma?

– Jakoś nie widzę – powiedziała Olena. A pan co kolekcjonuje? – spytała Marka.

– Grzebienie – odpowiedziała Dorota podchodząc do nich.

– Naprawdę? – zdziwiła się Barbara, która też dołączyła do grupy rozpakowująco – przeglądającej.

– Naprawdę. Ma całkiem niezły zbiór, nawet różne zabytkowe zdołał pozyskać. W dodatku są to przedmioty nie tylko dla ludzi ale i dla koni. Ostatnio nabył taki z mosiądzu z XIX wieku.

– I ile takie cudo kosztowało? – zainteresował się Zbyszek.

– Tylko 465 złotych. Jest na skórzanej podkładce i z figuralnym przedstawieniem koni i mężczyzny.

– To hobby akurat dla Ewy – stwierdził Zbyszek. Może zrobisz Markowi wystawę u siebie w salonie? – zaproponował partnerce.

– Najpierw obejrzę przedmioty a potem pomyślę o tym – odparła. Panie Marku poproszę o numer telefonu.

– Bardzo chętnie. A czy wiecie, że są także grzebienie do czesania lnu,  do zbierania płodów leśnych, łowienia ryb, zdobienia ceramiki? Bo są grzebienie techniczne i toaletowe.

– I pan je wszystkie ma?

– Jeszcze nie, ale ciągle uzupełniam kolekcję.

Upalne miasto 50

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Nie sama bajaderką człowiek żyje, trochę ludzkiej życzliwości też się przydaje – pomyślała Anna wyciągając ze skrzynki trzy listy zawierające kartki świąteczne. Wysłane trzeciego kwietnia doszły siedemnastego, w tym jeden był priorytetem,  drugi z tego samego miasta, a trzeci wyglądał jakby nim ktoś, jednym rogiem, energicznie rzucił w błoto lub zastosował jako niepowrotny bumerang.

„Poczta dostarcza niespodzianek częściej niż listów”; „Poczta polska ma trasy dłuższe niż myślisz”; „Poczta się nie spieszy, bo nie musi”; „Zapłać za znaczek i nie oczekuj nic w zamian” – takie hasełka dla tej instytucji wymyśliła wchodząc po schodach.

Lepiej jej poszło z paczkomatem leżącym niedaleko domu. Była to jej premiera i już sobie, w ramach rozwiniętej wyobraźni i wieloletnich doświadczeń z diabłem – stróżem, wyobraziła liczne trudności z pozyskaniem paczki. A to będzie ona w tak wysokiej skrytce, że nie dosięgnie a wokół żywego ducha, nieżywego też nie. A to na ekranie pokaże się gest „figa z makiem” albo „napis spadaj paniusiu bo zawołam policję”. Albo przesyłka będzie bardzo uszkodzona a reklamacji nikt nie uzna.

Przygotowana więc na najgorsze wpisała numer swojego telefonu oraz kod i, oczywiście, nie zadziałało! Ale całkiem spokojnie, bez wypicia trzeciej kawy, sprawdziła co wpisała i okazało się, że jedną cyfrę niepotrzebnie powtórzyła. A potem już było normalnie. Ufff…

Nienormalnie za to było przy laptopie – próbowała zalogować się do strony bibliotecznej i system ciągle ją odrzucał.

– Nawet Internet mnie nie lubi – poskarżyła się sobie rozżalona. Wpisała prawie dziesięć razy numer swojej karty bibliotecznej i ciągle nic. Zadzwoniła do koleżanki bibliotekarki ale ta nie odbierała telefonu.

– Szlag by to jasny trafił prosto z nieba i piekła – pomyślała. I wzięła portfelik na karty, aby schować biblioteczną. I jakoś nagle zbystrzała zauważając, że karta jest z innej biblioteki.

– Jak miło, że się jednak udało zamówić książkę – pomyślała z radością, że nie dała się, choć nie bez trudności, kolejny raz, pognębić wrednemu kopytnemu.

I poszła do kuchni, aby umyć kubek z napisem: „Singielka to nie status, to styl życia”  nabyty, za trzy złote,  w sklepie dobroczynnym. 

W przychodni u  lekarza dowiedziała się, że niedobrze spisała swoje leki, bo trzeba było, prócz nazwy, podać dokładniejsze dane. Wprawdzie odeszła bez kwitka w postaci recepty ale lekarka zapytała za ile minut Anna będzie w domu i obiecała zadzwonić po dane dodatkowe. Co zrobiła i podała kod recepty.

Ale i tak wiele osób mówi na taką wizytę: byłam/em u „niezdrowej” mając wiele racji.

Karol obudził się z kacem wielkim jak szafa trzydrzwiowa z lustrem w środku. I tylko dlatego, że Felek darł się nad uchem swego niewolnika.

– Czego się drzesz, futrzaku – jęknął i powlókł do łazienki. Felek usiadł na sedesie i patrzył potępiająco.

– Dobra, dobra – wiem – powiedział zmaltretowany ale czysty  i odświeżony Karolek.

W kuchni nasypał suchej karmy do jednej miseczki, wcisnął mokrą do drugiej, a świeżą wodę wlał do trzeciej.

„Kot jest wymagającym partnerem człowieka” – zacytował Jerzego Pilcha.

Dopiero potem zaparzył sobie kawę. Na stoliku kuchennym znalazł paczkę a w niej ciasto drożdżowe,  bigos w słoiku i w osobnym własnoręczną sałatkę jarzynową.

– Chyba wolałbym sok pomidorowy lub ogórkowy – pomyślał.

Zadowolił się jednak mocną kawą i ponownie legł był na tapczanie. Najedzony Felek położył się obok jego nóg i tak w duecie odpoczywali a nawet spali.

„nużycą można się zarazić na przykład podczas wizyty u fryzjera czy kosmetyczki. Jaja nużeńców mogą się również przenosić wraz z kurzem. Jednak nie u wszystkich osób nużeniec daje symptomy chorobowe, dlatego większość jest nieświadoma, że są nosicielami nużeńca. Przyczyny, dlaczego nużeniec u jednych osób wywołuje chorobę, a u innych nie, nie zostały jeszcze do końca wyjaśnione. Prawdopodobnie istotne znaczenie ma spadek odporności organizmu.

Ewa w przerwie między klientkami przeczytała w Internecie, że jest takie roztocze o nazwie nużeniec bytujący w gruczołach łojowych i mieszkach włosowych skóry, żywiący się łojem i komórkami naskórka. U ludzi najczęściej występuje jego przedstawiciel Demodex folliculorum (nużeniec ludzki), który może wywoływać chorobę zwaną nużycą (demodekozą). Nużyca objawia się między innymi swędzeniem, zaczerwienieniem i łuszczeniem skóry, wysypką i ropnymi wypryskami. Niekiedy też prowadzi do wypadania włosów, brwi i rzęs. Zakażenie nużeńcem może znacznie nasilać objawy trądziku różowatego. Według szacunków nosicielami nużeńca jest około 60% dorosłych, a wśród osób starszych odsetek ten jest jeszcze wyższy. Dotyka ona głównie osoby dorosłe, zwłaszcza po 50 roku życia. Szacuje się, że występuje u ok. 90% siedemdziesięciolatków. Choroby skóry są jedną z plag współczesnej cywilizacji. Jedną z nich jest nużyca, wywołana przez nużeniec ludzki, który wykazuje bardzo wysoką zaraźliwość.

I zaraz poczuła, że wszystko ją swędzi i zaczęła się drapać.

– A niech to szlag trafi! – krzyknęła nie przestając czytać:

I dalej:

Główną przyczyną rozwoju nużeńca ludzkiego jest nieodpowiednie zachowanie podstawowych zasad higieny. Pasożytem tym, można zainfekować się bezpośrednio od chorego człowieka, a także w sposób pośredni, korzystając z jego przyrządów toaletowych, ręczników, pościeli, odzieży czy kosmetyków. Zarazić się można również podczas pobytu w salonach kosmetycznych, fryzjerskich, a także podczas zajęć laboratoryjnych w pracowniach mikroskopowych. Do zainfekowania dochodzi również za pośrednictwem kurzu domowego w którym znajdują się skupiska jaj, nie można zarazić się od zwierząt domowych, gdyż na nich bytują inne gatunki tego pasożyta. Nużeniec ludzki charakteryzuje się tym, iż bardzo lubi wilgotne środowisko, w którym jest w stanie przeżyć do trzech tygodni i jest bardzo podatny na wysychanie – suche środowisko powoduje jego śmierć w przeciągu 36 godzin.

– Czyli powinniśmy dbać o własną suchość – pomyślała trochę ironicznie. Ale muszę jeszcze częściej tu zmieniać ręczniki i dezynfekować sprzęt. Co spowoduje dodatkowe koszty ale nie mogę podnieść cen, bo mi klientki uciekną. Dobrze choć, że wyszłam z długów.

Anna wybrała się do biblioteki na nietypowy wykład – o komiksach. Nietypowy, bo nie lubiła ich czytać z powodu rozdarcia mentalnego: czytać czy oglądać? Jednocześnie nie umiała i to ją denerwowało. Oraz to, że autor ilustracji narzuca czytelnikowi swoją wizję bohaterów i opisywanego świata.

Z dzieciństwa pamięta „Przygody Koziołka Matołka” oraz „Awantury i wybryki małej Małpki Fiki Miki” ale znawcy tematu mają wątpliwości czy zaliczyć je do komiksów. Może dlatego, że  nie ma w nich dymków tylko tekst pod obrazkami.

Wikipedia donosi:

Komiks – sekwencyjna historia obrazkowa, często z dodanym tekstem, publikowana w prasie lub w formie osobnych zeszytów, która wykształciła się jako odrębna forma wydawnicza na przełomie XIX i XX wieku z gazetowej grafiki satyrycznej.

Polski wyraz „komiks” jest spolszczeniem angielskiego zwrotu comic strip, który upowszechnił się w liczbie mnogiej jako potoczny skrótowiec comics. Drugi wywód wiąże pochodzenie nazwy od satyrycznego charakteru pierwszych komiksów. Nazwa comic oznacza w języku  angielskim  termin komiczny czyli komediowy.

Zaobserwowała, że jeden z panów w trakcie prezentacji zrobił sobie skręta i wyszedł popalić. Dobrze, że sobie a nie komuś.

Upalne miasto 49

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

– Ale masz niebanalną rodzinę – powiedział Romek po przeniesieniu upojonego Karola do pokoju gościnnego.

– To syn mojego byłego, ciągle z niego taki Piotruś Pan. Zdolny grafik z malutką  inteligencją emocjonalną, niestety. Szkoda, bo ta Agnieszka wygląda na świetną dziewczynę.

– Raczej z nim nie wytrzyma – stwierdził mężczyzna.

– Chyba że jest masochistką albo ma nadzieję, że go zmieni ha, ha, ha.

– No, chyba że.

– To, co – po koniaczku? – zaproponowała Baśka siadając partnerowi na kolana.

– Seks? Po i przed – nie żałujmy sobie.

– Jak to leciało u wieszcza?

Hej, użyjmy żywota!

Wszak żyjem tylko raz;

Niechaj ta czara złota

Nie próżno wabi nas.

Hejże do niej wesoło!

Niechaj obiega w koło,

Chwytaj i do dna chyl

Zwiastunkę słodkich chwil!

I w tej chwili do salonu wtoczył się Karol ze zmierzwionymi włosami, gołym torsem i w opadających gatkach w koci wzór.

– Suszy mnie – wychrypiał.

– No, za co ja tak cierpię? – poskarżyła się Baśka schodząc z przytulnych kolan. Siadaj przy stoliku, tam masz wodę mineralną i soki. Potem szybko się ubierz, odwiozę cię d domu.

– Ja nie chcę do dooomu.

– Chcesz, chcesz. Sam mówiłeś, że musisz szybko wyjść, bo Felek nie lubi być sam.

– No, tak – Feluś mój kochany czeka i tęęęęskni – pijacko rozrzewnił się Karol wypijając dużą szklankę soku pomarańczowego.

– Czy masz w domu coś do jedzenia? – opiekuńczo zainteresowała się gospodyni.

– Nie pamiętam, głowa mnie boli – jęknął.

– Pani Oleno, proszę zapakować mu różne potrawy, żeby mi tu głodny nie zjechał któregoś dnia.

Anna zapakowała parasol i poszła na przystanek. Czekając na tramwaj zachwyciła się kobietą w zieloności. Miała ona na sobie bluzę dresową z napisem: „Less sleep, more dancing”, pasujące do niej spodnie, oraz w bardzo pasującej tonacji kolorystycznej kurtkę z kapturem.

– Bardzo zielono jej ale wolałabym: more read – pomyślała seniorka.

W  galeriowym empiku zauważyła na półce kubki z napisami: „Z sierścią smakuje lepiej”; „Jestem w pracy, a nie na wyścigach”; „Na świecie nie ma ideałów, jesteś jedyny/a”; „SZEFowa jest jak Bóg – co powie to święte”; „Praca nie ucieknie, kawa wystygnie”; „Kot decyduje””Normalna to ja byłam dwa koty temu””Mam być szczera czy miła?”; „Singielka to nie status, to styl życia”.

Po powrocie do domu umyła ręce i obrała dwa ziemniaki. Pokroiła, aby szybciej się ugotowały i zalała zimną wodą wsypując odrobinę soli. Wyjęła z lodówki sok po kiszonych ogórkach planując zrobienie zupy ogórkowej z ziemniakami. Tak w ogóle lubiła tylko czyste zupy pite z kubka ale tym razem miała ochotę na zmianę.

Udusiła gulasz z indyka i dodała do niego sałatkę jarzynową z kukurydzą.

A na deser wypiła mocną herbatę i zjadła bajaderkę własnej roboty jakie wykonała  lekko inspirując się poniższym przepisem z Internetu., bo uznała, że alkohol może sobie darować, a i ilość wszystkiego może podzielić na pół.

Bajaderki – przepis

Składniki:

(podaję większą i mniejszą ilość składników)

  • łącznie 600/300 g różnych ciast – np. drożdżowe, piaskowe, czekoladowe (bez kremów i bez galaretek)
  • 200/100 g gęstych powideł śliwkowych lub dżemu z czarnej porzeczki (mniej niż pół szklanki)
  • 100/50 g dowolnych, suchych herbatników lub ciastek owsianych
  • 100/50 g czekolady gorzkiej 60-70 % – (w ostateczności krem typu Nutella)
  • 100/50 g orzechów włoskich – około dwie/jedna garść
  •  pół szklanki mleka – 100-120/50 ml
  • 80/40 g rodzynek – dwie małe garście
  • 100/50 g prawdziwego masła 82 % – pół klasycznej kostki
  • 100/50 ml ciemnego rumu (w ostateczności wódki lub likieru)
  • do obtoczenia bajaderek: około pół szklanki/1/4 wiórków kokosowych/tartej bułki/pokrojonych orzechów

Około 80/40 gramów rodzynek lub suszonej żurawiny umieść w niedużej misce – wlewamy  zwykłą, czarną herbatę również 100/50 ml i moczymy aż zmiękną.

 Ciasta pokruszyłam w dłoniach na mniejsze kawałki. Do miski z mieszanką ciast dodałam 100/50 gramów pokruszonych herbatników. Herbatniki kruszyłam w dłoniach na spore kawałki. Jeśli jednak chcesz formować znacznie mniejsze niż ja bajaderki, to zalecam pokruszyć je drobniej, np. przy użyciu malaksera lub też zwykłego wałka przez woreczek spożywczy. 

Porada: Na wypadek, gdyby masa pod bajaderki wyszła zbyt rzadka/luźna, miej przygotowany zapas herbatników. Pokruszone herbatniki dobrze chłoną nadmiar płynu z masy. Bardzo gorąco polecam też zwykłe, suche wafle. Je również można pokruszyć i dodać do masy. Świetnie chłoną płyn, ale nie dosładzają bajaderek, tak jak herbatniki. 

Do miski dodaj też 100/50 gramów drobno posiekanych orzechów włoskich, które są orzechami miękkimi i idealnie pasują do bajaderek. Możesz też użyć orzechów pekan, brazylijskich lub nerkowców. Sprawdzą się też zmielone na piasek orzechy laskowe. Orzechy nie są jednak obowiązkowym dodatkiem do bajaderek i ostatecznie można je też pominąć. 

100/50 gramów czekolady  połam lub nawet zetrzyj na tarce i roztop w kąpieli wodnej,  ewentualnie w rondelku na minimalnej mocy palnika, a następnie wymieszaj z powidłami śliwkowymi. Do masy dodaję zatem 200/100 gramów powideł wymieszanych z czekoladą (czekolada szybciej stygnie w powidłach i od razu można dodać całość do miski z kawałkami ciast i herbatników). 

Porada: Powidła można zamienić na gęsty dżem z czarnej porzeczki. Zamiast gorzkiej czekolady można użyć nieco mniej (80 gramów) kremu czekoladowo orzechowego typu Nutella lub też dodać tylko dwie łyżki zwykłego kakao.  

Do głównej miski (z ciastami itd.) dodaj na koniec  rodzynki oraz 100/50 gramów roztopionego i przestudzonego lub bardzo miękkiego masła. Zacznij mieszać masę wlewając do niej odmierzone niecałe pół szklanki mleka. Nie wlewaj go jednak całego na raz. Wlej połowę porcji i wymieszaj masę. Jeśli masa pod bajaderki jest zbyt gęsta, to wlej resztę. Masa powinna wyjść na tyle plastyczna, by można z niej było formować nieodkształcające się kule. 

Jeśli masa pod bajaderki wyszła za sucha, to dolej do niej więcej mleka (może być też dowolny napój rośliny). Jeśli masa pod bajaderki wyszła za mokra, to dodaj do niej pokruszone herbatniki, najsuchsze ciasto lub też zwykłe wafle (pokruszone w dłoniach). 
Z masy formowałam w dłoniach spore kule o średnicy około 5,5 cm (można i mniejsze). Każdą bajaderkę umieszczałam na talerzu z wiórkami kokosowymi/bułką tartą/orzechami. Obtaczam dokładnie kulę w wiórkach, a potem jeszcze raz w dłoniach, by była idealnie okrągła. W ten sposób wykonaj wszystkie bajaderki.
Bajaderki polecam zawinąć  luźno w papier śniadaniowy, a następnie umieścić w przezroczystej torbie spożywczej lub w worku strunowym, czy w misce pod przykryciem. Przechowuj je w lodówce. Świeżość zachowają przynajmniej przez trzy dni lub dłużej (jeśli użyte ciasta były świeże).

Upalne miasto 48

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***********************************

Zgodnie z nadziejami Anny Barbara zadzwoniła do wszystkich bliskich znajomych zapraszając na wielkanocne śniadanie.

– Ale ja przyjdę z dziewczyną – zastrzegł Karol.

– A co przyniesiesz ze sobą? Może sałatkę jarzynową?

– Może być, Agnieszka pomoże mi kroić składniki. Ma być z ziemniakami czy bez? Groszek czy kukurydza?

– Jak chcesz. Tylko weź pod uwagę, że będzie sporo osób: Ja z partnerem Romkiem, ty z dziewczyną, Anna z Kazikiem, Ewa, Olena z Adamem, Jadwiga z partnerem – a wiesz, że on jest dziesięć lat od niej młodszy i bardzo zakochany?

– Nie dziwię się, to świetna babka. Czyli jedenaście osób? A mogę zabrać Felka?

– Mówisz o kocie? Absolutnie nie, mój Fido gania koty nieprzytomnie nie reagując na komendy. Tylko wyrzuciłam forsę na szkolenie.

– Nauczyciel był mało kompetentny pewnie.

– Niby najlepszy w okolicy ale pies ma prawo mieć jedną słabość, w tym wypadku kocią. Poza tym świetnie reaguje na polecenia i zakazy.

– Dobra, dobra, zostawię go w chacie. Za to pierwsi wyjdziemy, bo on nie lubi być sam – uprzedził.

– A jak reaguje na twoją sympatię?

– Wręcz rewelacyjnie, pokochał ją od pierwszego wejrzenia. Nawet jestem trochę zazdrosny – przyznał Karol.

– No, to masz szczęście, nie musisz wybierać dziewczyna czy kot.

– Sam nie wiem co bym wybrał. To kończę i lecę kupić jarzyny oraz majonez.

– Majonezu nie, Olena sama zrobi.

Ewa nie przyznała się babci, że zaczęła się prywatnie spotykać z wykładowcą, który był jej erotycznym klientem. Dogadywali się nie tylko w łóżku. Ale musiała gdy Anna powiedziała jej o zaproszeniu do Barbary.

– To świetnie, kochanie. Mam nadzieję, że tym razem dobrze trafisz. Czy on jest wolny chociaż?

– Tak, dawno się rozwiódł, bo żona robi karierę artystyczną za granicą.

– A czy mają dzieci?

– Jedną córkę, jest z matką.

– To będzie nas duża gromadka na tym śniadaniu. Swoją drogą już się boję co tym razem się wydarzy – powiedziała seniorka wspominając wigilię i sylwestra.

– Jakie mamy możliwości? Co się może stać?

– Wolę o tym nie myśleć – powiedziała Anna. Co ma być to będzie.

Po wyjściu Ewy wzięła kartkę i długopis, aby zrobić spis niezbędnych do obiecanych potraw zakupów.

Agnieszka przypilnowała, aby Karol porządnie się umył i ubrał, zmusiła go do wizyty w salonie Ewy i niezbędnych zakupów odzieżowych. Pozwoliła jednak na skarpetki z kocim wzorem na cześć Pana Kota.

Wykładowca imieniem Zbigniew przyjechał pod budynek Anno-Ewo-Karolowy o umówionej godzinie. Zabrał do swojego auta Karola z Agnieszką i dużą ilością sałatki, a Ewa babcię z mazurkiem, babą drożdżową i Kazikiem.

Podjechali jednocześnie z Jadwigą pod dom Barbary wiosennie otoczony kwitnącą forsycją, tulipanami, bratkami i fiołkami.

Powitał ich szczekająco – merdający Fido nie rzucający się jednak na przybyłych i bez zamiaru oblizywania im oblicz co mu się bardzo chwali.

– Fido, spokój i siad – rozkazała gospodyni. Posłuchał.

Olena zabrała przyniesione wiktuały i butelkę alkoholu, którą przyniósł Zbyszek. Jadwiga podarowała kilka jaj na ugotowanych w łupinach cebuli i wydrapanych w fantazyjny wzorek,   zaś jej partner dwa hiacynty w doniczkach.

– Siadajcie – Barbara zaprosiła do zastawionego i ukwieconego stołu. Przy każdym nakryciu leżało niewielkie pudełko.

– To są drobne prezenty dla was – wyjaśniła gospodyni. Proszę rozpakować po śniadaniu.

Karol, jak zawsze niecierpliwy zaczął rozwiązywać wstążeczkę ale Agnieszka uspokoiła go lekkim klapsem w dłoń. Znowu miał okazję zrobić focha.

Cały posiłek przebiegł spokojne i bez atrakcji. Pamiętający poprzednie spotkania byli trochę zawiedzeni czemu dali wyraz:

– To dzisiaj nie będzie wystrzałowych niespodzianek? –  zapytał Kazik.

– Wystrzałowych? – zdziwił się partner Ewy.

– Ach, bo w czasie wigilii i sylwestra sporo się tu działo – powiedziała Barbara. I opowiedziała o szterech pancernych i nieudolnych złodziejaszkach.

– Czyli zła passa została przerwana – podsumował Zbigniew.

I w tym momencie zabrzmiało walenie do drzwi prowadzących na taras. Odsunięto zasłonę i oczom zebranych ukazał się wielki zając z trzema kurczakami u boku.

– Jezu, szterej pancerni w wielkanocnym wydaniu – jęknęła Anna.

– Nie wpuszczać – powiedziała gospodyni do Oleny, która już szła w ich stronę.

Ale walenie nie ustawało.

– Ja otworzę ale najpierw wezmę kij bejsbolowy – powiedział Adam idąc do schowka pod schodami. Walenie nadal trwało.

Zbigniew, Romek  i Kazik wstali z krzeseł i razem z Adamem podeszli do drzwi.

Otworzyli je i dostali ataku śmiechu. Postaci okazały się kukłami a do drzwi walił nieznany osobnik właśnie uciekający w krzaki.

Na brzuchu zająca wisiał napis:

Siedzi sobie baran na zielonej łące.
A wkoło hasają wesołe zające.
Bawią się i śmieją, w niebogłosy krzyczą,
że w te piękne święta radości Ci życzą
.

– Wygląda na to, Baśka, że masz jakiegoś cichego wielbiciela – zaśmiał się Karol.

– A idź ty! Dobrze choć, że to wszystko wiklinowe, niech sobie stoją. Będą pasować do mebli tarasowych.

– No i nie obyło się bez dodatkowych atrakcji – stwierdziła Anna.

– Tym razem raczej są miłe, na szczęście – dodała Ewa.

– Ale, że komuś się chciało – powiedziała Agnieszka.

– Bo Baśka przyciąga wszelkiego rodzaju świrów – stwierdził Karol.

– Ty jesteś tego najlepszym przykładem – podsumowała swój niefart gospodyni.

– Na frasunek dobry trunek  i na radość też – zaproponował Roman. Spróbujmy jaki napój przyniósł pan profesor.

– Oleno, proszę przynieść kieliszki, soki, szklaneczki i owoce.

Usiedli na i przy kanapie racząc się zawartością naczyń.

– Baśka jak ci idą biznesy? – nietaktownie przerwał ciszę z upodobaniem nieżałujący sobie alkoholu  Karol.

– A co? Wydałeś już cały spadek i chcesz ode mnie pieniędzy? – odgryzła się gospodyni. Wprawdzie musiałam zamknąć trzy sklepy ale i tak jest nieźle.

– A pan profesorze ilu studentów ostatnio oblał? – Karol nie odpuszczał w prezentowaniu wysokiej kultury osobistej.

– Proszę nie odpowiadać, Karolek jest lekko umysłowo upośledzony stąd to zachowanie, szczególnie po napojach wyskokowych – wyjaśniła gospodyni.

– Rozumiem, współczuję, mogę polecić dobrego psychologa – powiedział Zbigniew.

– Te, Kazik, morderco ryb – już je zacząłeś maltretować? – kontynuował enfant terrible zgromadzenia.

– W tej chwili się uspokój! – krzyknęła Barbara. Nie dawajcie mu już ani kropli alkoholu.

– To my już pójdziemy – Agnieszka wstała i skierowała się w stronę drzwi. – Karol, idziesz?

– A nie, ja tu zostanę na noc, bo mi się ten dom właściwie po ojcu należy – Karol zsunął się z fotela i rozciągnął się jak długi na dywanie.

– Dość tego. Panowie zanieście go do pokoju gościnnego – zarządziła Barbara.

– To my pojedziemy, Agnieszko możemy cię podrzucić – Ewa podniosła się i skierowała w stronę drzwi..

– Ja też dziękuję za gościnę – powiedział Zbigniew.

– Przepraszam bardzo, proszę nie zapomnieć o  prezentach. Nigdy więcej  tego typa nie zaproszę.