Zabawa sylwestrowa Ewarysta

Jest to trzecie opowiadanie (napisane przed pandemią) o Ewaryście. 1- Ewaryst 2- Boże Narodzenie Ewarysta 3 – Zabawa sylwestrowa Ewarysta. Sympatyczny to on nie jest – wiem. Negatywni bohaterowie są bardziej interesujący/łatwiejsi do opisania. Pozytywni są zaś w moich opowiadaniach z cyklu „Wirus”.

Macie więc wybór – zapraszam 🙂

**************************************************************************

Obolały na duszy i ciele leżał w podartej i nieświeżej pościeli. W czasie Wigilii potraktowano go niecnie, więc resztką przytomności i złości marzył o rewanżu.

O tym, aby swoim upiornym gospodarzom wyciąć wszystkie organy bez znieczulenia i pozbawić ich domu wyrzucając na najbardziej śmierdzący śmietnik.

I w myślach zaczął robić przegląd podwórek z pojemnikami i miejskich wysypisk. Potem wyobraził sobie jak wlecze okaleczone ciała tych potworów, którzy wycięli mu nerkę, nie dość, że nie zapytawszy o pozwolenie to jeszcze nie płacąc ani grosza.

Przecież nawet najwykwintniejszy posiłek nie równoważy straty tak cennego organu – myślał rozgoryczony.

A potem podpalę ich dom – dodał mściwie.

Ale póki co leżał obolały i głodny.

Życzliwą sąsiadkę z pożywną zupą przegonił, więc nie było rady – musiał ruszyć cztery litery i iść na poszukiwania.

– Jestem wielkim łowczym – podsumował w myślach swoją działalność.

– I poszukiwaczem skarbów – dodał optymistycznie.

Na złachany dres narzucił płaszcz pamiętający Bieruta, Gomułkę i Gierka. Niegdyś czerwony, w nim to Ewaryst dumnie paradował na każdym pochodzie pierwszomajowym.

Stękając, czkając i wiatry puszczając zszedł ze schodów. Poklepał się po kieszeniach – torby wierne towarzyszki i tym razem były przy nim.

Podszedł do skrzynek na listy, otworzył swoją i wyjął długą białą kopertę.

Zawierała zaproszenie na maskowy bal sylwestrowy w Parku Nowowiejskim im. Stanisława Tołpy. Zapewniano darmowy posiłek i dobrą zabawę.

– No, tam mnie przecież nie okaleczą, za dużo ludzi będzie – zamruczał do siebie już ciesząc się na darmowe jedzenie.

Jęknął z bólu.

– Cholera jasna, nie mam w domu nic przeciwbólowego – stwierdził.

Przypomniał sobie, że w pobliżu są trzy apteki.

– Napad? Nie mam broni. Podkop? Nie mam siły. Co by tu, co by tu? – kombinował wszystkimi szarymi komórkami.

Człapał w stronę apteki przy ulicy Karola Miarki. Ledwie wciągnął się po trzech schodkach i z przerażeniem stwierdził, że jest nieczynna.

– No, żesz k…. m..! – wykrztusił.

Usiadł na murku, ściągnął oba buty, wstał i walnął nimi w szybę apteki.

Poddała się bez większego oporu. Wytłukł całą i wszedł do wnętrza. Usiadł zmęczony na podłodze, oparł głowę o ścianę i przysnął. Obudziły go strzały rac. Rozświetliły pomieszczenie więc na czworakach przepełznął do regałów z lekami.

Wyciągnął torbę „anużkę” (a nuż się coś trafi) i pakował w nią różne leki ze szczególnym uwzględnieniem przeciwbólowych. Tych zażył trzy tabletki, popił wodą z karafki stojącej na oknie i po piętnastu minutach poczuł się jak nowy.

Wstał i skierował się w stronę kasy. Niestety bezczelna stawiła mu opór.

– Wszystkie baby są wredne – wymruczał ulubiony tekst.

Wyjął drugą torbę i wpakował w nią następne specyfiki, w tym maść leczącą brodawki, kurzajki, czopki, maści i drogie kosmetyki.

Wypił butelkę syropu pini dzięki czemu zaczął pachnieć jak gie w lesie.

Objuczony i nader zadowolony z siebie wyszedł z apteki prosto w objęcia policjanta. Tego samego, któremu zgłaszał, że uśpiono go i pozbawiono nerki.

– Witam, witam i o zdrowie pytam – jowialnie przywitał go organ.

– Aaa, pan władza. Kupiłem trochę leków, bo mnie rana na plecach bardzo boli.

– Kupił pan? To ciekawe. Bo nikogo z pracowników nie widzę, a szyba wybita.

– Wybita? Nie zauważyłem. A pracownik jest pewnie na zapleczu.

– Taak? To idziemy sprawdzić. – policjant wziął Ewarysta pod ramię.

Nagłe wybuchy sztucznych ogni przerwały miłą pogawędkę. Policjant popatrzył w niebo a Ewaryst przed siebie i w nogi.

Doskonale znał dzielnicę, więc runął w lewo, przeciął ulicę Daszyńskiego, wbiegł w podwórko, wypadł na ulicę Orzeszkowej, skręcił w Barlickiego, potem w kolejne podwórko aż znalazł się przy budynku elegancko nazwanym „Grafit” a z wyglądu przypominającym koszmarny sen architekta po dużej ilości alkoholu.

Ewaryst wbiegł za stację benzynową i padł zdyszany w krzakach.

Z torby wyjął pojemnik z tabletkami i wrzucił kolejne trzy do ust. Połknął bez popijania. Opadł na plecy i oparł się o skrzynkę. Zadzwoniły butelki. Wyciągnął jedną, otworzył i wypił połowę zawartości. Poczuł taką moc, że aż odbiło go od ziemi.

– Co by tu jeszcze, co by tu jeszcze… – zapytał sam siebie.

– A, stacja benzynowa – stwierdził widząc świecący neon.

Zostawił torby i poszedł w stronę głównego wejścia.

A tam już stał znajomy policjant. Co za niefart!

Ewaryst wziął nogi za pas, a że tabletki były dopingujące prawie przefrunął przez ulicę Jedności Narodowej, skręcił w Nowowiejską i wpadł do parku.

Tam zabawa już trwała. Młode i ładne hostessy dały mu balonik, maseczkę na twarz, pochwaliły nietypowe przebranie i życzyły dobrej zabawy.

Na estradzie zespół miło przygrywał, więc Ewaryst porwał w tany drobną brunetkę w kostiumie czarownicy.

– Pani jest dobrą czarodziejką czy złą czarownicą? – zapytał błyskotliwie.

– To zależy od człowieka którym rozmawiam – odpowiedziała partnerka.

– Czyli mogę liczyć na coś dobrego? – z wrodzoną skromnością zapytał.

W tym momencie seria wystrzałów zagłuszyła gromki śmiech kobiety.

Ewaryst zbladł i padł.

Obudził się z bólem głowy na parkowej ławce. Zobaczył dwa wielkie zielone punkty. Wpatrywał się w niego rudy kot wyraźnie się uśmiechając.

Pomacał się po ciele mając nadzieję, że tym razem nic mu nie wycięto. I ciesząc się, że nie mogą mu zabrać serca, bo przecież go nie ma. Zbędny to byłby balast dla takiego wspaniałego samca jak on.

Kot pomachał łapą wyraźnie zachęcając, aby człowiek poszedł za nim.

Ewaryst nie znosił zwierząt ale tej nocy nic nie działo się normalnie wstał więc z ławki i poszedł za kocurem.

Weszli na parkowy pagórek. Od strony ulicy Nowowiejskiej otworzyły się w nim drzwi. Nietypowa para weszła w krótki i słabo oświetlony korytarz.

Następne drzwi prowadziły do sali balowej tradycyjnie ozdobionej balonikami, serpentynami i kolorowymi światełkami.

Lokaj  o urodzie goryla zaprowadził nowego gościa na zaplecze. Przemocą rozebrał, wcisnął pod prysznic i powiedział:

– Brudasom u nas wstęp wzbroniony. Szoruj się pan!

Oszołomiony Ewaryst posłusznie spełnił polecenie. Potem wyszedł z łazienki i ubrał się w przygotowany kostium arlekina.

Lokaj zachichotał na jego widok i wskazał kierunek:

– Idź pan tam.

– Znowu coś mi utną – Ewaryst zadygotał na tę myśl.

Wszedł na salę gdzie zaraz otoczył go wianuszek kobiet. Znanych mu nie tylko z widzenia. Z wszystkimi łączyło go jedno – wykorzystał je finansowo w każdy możliwy sposób.

– Chyba wolałbym, żeby mi coś wycięto niż je spotkać – pomyślał ze zgrozą.

Ale, o dziwo,  wszystkie były dla niego bardzo miłe. Tańczyły z nim, mówiły komplementy, namawiały do jedzenia i picia aż uwierzył, że nic mu nie grozi.

Dobrze się bawił gdy wodzirej zawołał:

– Wybieramy najwstrętniejszego i najwredniejszego mężczyznę na tym balu. Do mojego kapelusza proszę wrzucać karteczki z nazwiskiem tego osobnika.

Wybraniec zostanie odpowiednio nagrodzony.

Ewaryst rzucił się do drzwi ale lokaj – wykidajło odepchnął go lekko mówiąc:

– Nie bądź pan taki samokrytyczny, są gorsi na świecie – Hitler, Stalin.

– Ale oni przecież nie żyją – popisał się znajomością historii Ewaryst.

– A ty łazisz po tym świecie, prawda? No, dalej! Na salę – lokaj popchnął gościa.

Światło na sali zgasło, tylko punktowiec pokazał na scenie sylwetkę wodzireja.

– Proszę państwa mamy wyniki. Dziewięćdziesiąt procent głosów padło na ….pana Ewarysta! Prosimy na scenę i gratulujemy!

Rozległy się oklaski.

Zwycięzca dumnie wyprostowany wszedł w światło reflektora.

– Jakiej pan spodziewa się nagrody? – zapytał prowadzący bal.

– Ja, ja, ja – zająknął się Ewaryst.

– Wiemy jak pan jest skromny dlatego sami ją wybraliśmy. Woli pan śmierć z przejedzenia czy z przepicia? – zapytał wodzirej.

– Ale dlaczego śmierć?

– Kto zasłużył ten ma – usłyszał wybraniec. Niestety nie mamy tak dużej ilości bilonu, aby nim pana zasypać i udusić. A więc jaka jest pana decyzja?

Ewaryst zemdlał.

Obudził się na zapleczu sali.

– Widzę, że bardzo się pan przejął – powiedział prowadzący śmiejąc się. Proszę się przebrać w swoje rzeczy i iść do domu.

Wirus konkretny (cz. 35)

Na końcu każdego tekstu podaje datę powstania bo czasem umieszczam aktualne wydarzenia społeczno – polityczne. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W co drugą środę daję na tym blogu swoje inne opowiadanie lub recenzję książki.

**********************************************************************************

Załatwianie przekazania działki trwało dość długo, bo biurokracja lubi korowody a i pieniędzy spółka Kasia – Edek – Wacek – Helena  nie miała wystarczająco dużo. Żadne z nich nie mogło wziąć pożyczki z banku a do rozboju nikt nie miał zdolności i chęci.

Ale w myśl powiedzenia Anny Dymnej „Kiedy się działa mniej boli” Wacek, Edek rozszerzyli zasięg swego zbieraczego działania a  Aldona oprócz ankiet zajęła się prowadzeniem gospodarstwa domowego pary seniorów. Byli dość dobrze sytuowani i nie skąpi, więc praca u nich była  nie tylko obowiązkiem ale i przyjemnością. Nie traktowano jej z góry, razem z nimi jadła obiad, a rozmowy były zawsze interesujące a nawet pouczające.

– Dziękuję, że państwo zaproponowali mi to zajęcie, bardzo mi w ten sposób pomagacie – powiedziała w trakcie jednego posiłku.

– Korzyść jest obopólna – stwierdziła gospodyni. – Raz w tygodniu przychodzi do nas masażysta, zabieg nas uruchamia ale na dźwiganie zakupów i sprzątanie to już nie mamy siły.

Dobra pogoda pozwoliła wspólnikom na odwiedzanie działki.  Posadzono nawet kilka nowych krzewów owocowych – agrestu, maliny, porzeczki i aronii z nadzieją na letnie witaminowe szaleństwo. Altankę oplatała winorośl, rosła tam też jabłoń, grusza i wiśnia.

Jak to dobrze, że na miejscu jest ręczna pompa, więc można będzie podlewać rośliny – powiedział Wacek na zebraniu wokół grilla u działkowych sąsiadów.

Zaproszono ich wraz z Jadwigą, aby nawiązać kontakty z nowymi właścicielami.

Sąsiad był specjalistą nie tylko od grillowania ale także od win domowej roboty. Nie żałował więc trunku nowym znajomym. Aldona w prezencie przyniosła i podarowała jego żonie Ewie dżinsową torbę na zakupy.

– O, jak fajna! Sama pani uszyła? Ze spodni? Naprawdę? A co jest tam w środku? – zapytała wyciągając dwa woreczki z firanki.

– To na jarzynowo – owocowe zakupy, żeby nie brać foliowych torebek – wyjaśniła Aldona. Bo pani Helena przekonał nas do ekologicznych i recyklingowych zachowań – dodała.

Ewa zdziwiona i zaskoczona tylko pokiwała głową.

– Cieszymy  się z Markiem, że państwo przejęli tę działkę. Pani Jadwiga już  nie dawała rady i za większość prac musiała płacić.

– To prawda, już nie te lata i nie te oczy oraz wysokość emerytury. – potwierdziła seniorka.

– No to siup, w ten głupi dziób – rzucił Marek rozlewając wino do szklaneczek.

– Chluśniem bo uśniem – dodał Edek.

– Dobrali się. Żeby tylko razem nie popłynęli jak ten mój kiedyś – szepnęła Aldona.

– Trzeba będzie ich pilnować. Porozmawiaj z Ewą, nich przystopuje męża. Alkoholu picie zohydza oblicze – stwierdziła Helena.

– Ma pani rację, tak zrobię.

Aldona podeszła do Ewy, wzięła ją na bok i tam rozmawiały dłuższą chwilę.

– Rozumiem, mojemu też się przyda picia ograniczanie  – stwierdziła sąsiadka.

Wieczór skończył się wspominaniem dawnych czasów.

– Byliśmy młodzi to wydaje nam się, że było lepiej – powiedziała Helena. Ale już chodźmy do domu bo zaczyna się robić zimno. Widzę, że  Adaś prawie usnął, bo przestał biegać.

Wszyscy się roześmiali. Gospodarz zgasił grilla i wraz z żoną wzięli pustą butelkę, talerzyki i sztućce, aby  zanieść do swojej altanki. 

– Jest już zmrok, więc proponuję, abyśmy wyszli wszyscy razem – powiedział Wacek.

– Słusznie – stwierdzili pozostali. Poszli w stronę wyjścia zadowoleni z miło spędzonego popołudnia.

– Może następnym razem zaprosimy tych państwa, którym pomagam w domu? – zapytała Aldona gdy już  w trójkę byli przy swoich bramach.

– Zapytaj  czy chcieliby. Może rustykalne poczucie humoru Marka nie bardzo by im odpowiadało? – poradziła Helena.

– Dobrze, zapytam. To bardzo wykształceni ludzie ale też otwarci i życzliwi – stwierdziła Aldona.

„Ludzie budują za dużo murów a za mało mostów” gdzieś wyczytałem – rzucił Wacek.

– Otóż to, budujmy mosty – a tymczasem dobranoc – powiedział Edek.

Helena weszła do domu, zdjęła sandały, włożyła kapcie i zrobiła sobie herbatę.

Miał rację Sokrates mówiąc, że „Szczęście jest przyjemnością wolną od wyrzutów sumienia” – pomyślała na dobranoc.

Napisane 3.10.2020

Świąteczny poranek

                  (tekst zainspirowany  „Opowieścią wigilijną”  Dickensa)

Nastał dzień Wigilii. Józek wstał, z łóżka pamiętającego XIX wiek, drapiąc się po siwych włosach klatki piersiowej. Ziewnął i człapiąc poszedł do łazienki. Z trudem oddal mocz. Stękając wziął szybki prysznic myjąc się małym, ostatnim kawałkiem mydła. Wytarł się tak zużytym ręcznikiem, że widać było pojedyncze nitki.  Golił się tylko raz w miesiącu. Przeszedł do pokoju gdzie włożył stare, bezbarwne po wielu praniach, wypchane spodnie dresowe. Górna część odzieży była sfilcowanym swetrem znalezionym obok śmietnika. Na stopy założył dwie różne skarpetki pamiętające słusznie miniony ustrój.

– Modny jestem i ekologiczny – pomyślał.

Podszedł do regału, wysunął szufladę i wyjął z niej gruby plik dwustuzłotowych banknotów. Położył je na stole podścielając stary koc. Włączył żelazko i po chwili zaczął prasować. Robił to bardzo powoli i dokładnie, z radością i miłością. Szacunku do pieniędzy nabrał w trakcie wieloletniej pracy w banku.  To był, od lat powtarzany, jego wigilijny rytuał.

Wyłączył żelazko a cieplutkie banknoty przytulił do siebie i stał tak przez dłuższą chwilę napawając się ich zapachem. Potem włożył do starej papierowej torebki, owinął darmową gazetką reklamową i włożył w najdalszy kąt regału zastawiając pudełkami ze zbieranymi przez lata klamotami.

W kuchni nalał wody do czajnika będącego spadkiem po rodzicach wraz z całym mieszkaniem i jego wyposażeniem. Cieszył się, że nie musi niczego kupować oprócz żywności a i to robił z wielkim bólem serca.

Do wyszczerbionego kubka włożył, trzykrotnie już zaparzaną, herbatę ekspresową. Bardzo mu smakowała osładzana świadomością, że zwinął ją na jakimś wieczorze autorskim. Kiedyś przypadkiem odkrył, że wernisaże i spotkania z pisarzami  to świetna okazja do darmowego posiłku a nawet zabrania sobie części poczęstunku w postaci torebek herbaty, ciastek, owoców a nawet talerzyka lub sztućców. Najgorsze było to, że musiał tam przychodzić czysty i w miarę porządnie ubrany.

Od dawna już z nikim nie utrzymywał kontaktów oprócz swojego zmiennika na portierni. Ten jakoś dziwnie go unikał szybko wychodząc do domu. Wymieniali więc tylko „dzień dobry” lub „dobry wieczór”. Jeśli coś ważnego się zdarzyło zmiennik zostawiał notatkę. Józkowi to pasowało bo od zawsze nie lubił ludzi. Kojarzyli mu się tylko z wydawaniem pieniędzy a tego nie lubił najbardziej w świecie. Wlał do kubka wrzątek a z lodówki wyciągnął sałatkę zabraną z darmowej lodówki. Wiedział gdzie takie stoją i systematycznie je odwiedzał. W ostatnich dniach nasilił te praktyki postanowił bowiem mieć, pod względem kulinarnym, naprawdę udane święta. Nie zależało mu na dwunastu potrawach, ani na karpiu i makowcu. Tę tradycję, jak i wszystkie inne wymagające nakładów finansowych, uważał za głupotę.

Kilka lat temu znalazł obok śmietnika dość paskudną sztuczną choinkę i bombki. Każdej Wigilii kładł sobie pod drzewkiem w prezencie coraz większy plik dwustuzłotówek. Nic go tak nie cieszyło jak ich widok.

Po śniadaniu przebrał się w dość porządne choć leciwe dżinsy oraz granatową bluzę, włożył znoszone adidasy, zamknął drzwi mieszkania i opuścił budynek. W drodze do pracy przeszedł się po okolicznych podwórkach sprawdzając czy ktoś nie wyrzucił czegoś co może mu się przydać.

Dotarł na portiernię, wziął klucze od zmiennika i wpisał się do książki obecności. Jego obowiązkiem było sprawdzenie budynku, więc zamknął drzwi wejściowe i wsiadł do windy. Nacisnął guzik najwyższego piętra, drzwi się zamknęły i winda ruszyła. Po dłuższej chwili zgasło światło i dźwig stanął. Józek nacisnął guzik alarmu i usiadł na podłodze. Zamknął oczy i opał głowę o ścianę.

Drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się i wszedł stary mężczyzna.

– Pamiętasz mnie? – zapytał.

– Nie, czego chcesz? – warknął Józef.

– Przypomnij sobie, szedłeś ulicą, ja dostałem zawału akurat obok ciebie. Nie zatrzymałeś się, nie pomogłeś, nie zadzwoniłeś po pogotowie. I umarłem.

– Nie jestem lekarzem, co mogłem zrobić? Odwal się z tymi pretensjami.

Ale mężczyzna zniknął jakby rozpłynął się w powietrzu.

Ochroniarz ocknął się na chwilę i zobaczył, że widzi ciemność a drzwi windy nadal są zamknięte. Zapalił zapałkę i ponownie nacisnął guzik alarmu. Płomień zapałki oparzył go w palce. Potrząsnął dłonią i zaklął.

Ponownie usiadł na podłodze i zamknął oczy. Do windy weszła kobieta.

– Ziutek, ty draniu! Widzę, że żyjesz i nieźle ci się powodzi – powiedziała. – Gdybyś nie pożałował pieniędzy na moje leczenie też bym żyła. Ale ty je tylko zbierasz i prasujesz, ty gnido!

– Trzeba było nie palić papierosów to byś nie dostała raka – wykrzyknął Józek.  Wara od moich pieniędzy – wrzasnął i obudził się.

Wstał, zapalił kolejną zapałkę i zaczął naciskać po kolei wszystkie guziki windy. Drgnęła i nagle poleciała w dół nie zatrzymując się na żadnym piętrze. Z instalacji poszły skry i pokazał się ogień.

– Pomocy, ratunku, pali się – wołał ochroniarz krztusząc się śmierdzącym dymem i waląc pięściami w drzwi.

Strażacy wezwani przez przechodnia ugasili ogień i znaleźli zwęglone zwłoki w kabinie windy.

– Zbierajcie się, wracamy do siebie. Kobiety przygotowały nam w jednostce wieczerzę wigilijną – powiedział po akcji dowódca ratowników.

Tu można przeczytać oryginalną wersję „Opowieści wigilijnej”, uprzedzam – ma 45,5 strony

Jhttp://lektury.kochamjp.pl/teksty_/opowiesc_wigilijna_tekst.pdf

Wirus działkowy (cz .34)

Pod każdym odcinkiem podaję date powstania, bo niekiedy umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. W najbliższą środę dam tu moją wersję „Opowieści wigilijnej” Dickensa”.

******************************************************************

Ustalono, że wszyscy spotkają się na działce właścicielki imieniem Jadwiga. Obejrzą wszystko, ustalą cenę i zdecydują jak postąpić dalej.

Oprócz Adasia, który dostał jabłko, wszystkim zasmakowały kukułki i stali się po nich bardziej optymistyczni. Nie wiadomo czy to zadziałał cukier w nich zawarty, czy jednak odrobina alkoholu.

– A moja znajoma z mężem mają w Lubuskiem „Mały biały domek”, niedaleko jest las, zbierają teraz grzyby ale późną wiosną kwiaty dzikiego bzu. I robią z niego wódkę bzówkę – powiedziała Kasia.

– To chyba raczej nalewka – sprostował Edek.

– Próbowałaś? Dobra jest? – zapytał Wacek.

– Nie, słyszałam tylko o niej. – A czy na działce są jakieś owoce? Można będzie robić przetwory i wino.

– Ho, ho – rozpędziłaś się z tymi planami – roześmiała się Helena.

– Rzeczywiście, trochę fantazjuję – przyznała Kasia.

– To ja pójdę do właścicielki działki, bo mnie zna i zapytam kiedy by mogła wybrać się z nami a potem dam wam znać.

Jadwiga chętnie zgodziła się na oglądanie posiadłości. Poszli tam w słoneczną niedzielę z ulicy Górnickiego przez Prusa po lewej mijając „Skwer Ludzi ze Znakiem P” na którym stoi ich pomnik.

Jadwiga otworzyła zamek furtki i zaprosiła wszystkich na swoją ziemię gdzie ścieżka prowadziła do altanki z zadaszoną werandą.

– Czy znacie się na uprawie działki? – zapytała właścicielka.

Wszyscy pokręcili głową przecząco.

– W takim razie przekażę wam swoje książki i czasopisma na ten temat.

– No to będziemy mieli lekturę na całą zimę  – zaśmiał się Wacek.

– Aż tak dużo to tego nie ma – uspokoiła Jadwiga.  Napiszę krótko co trzeba tu zrobić w najbliższym czasie.  Za altanką jest kompostownik, będziecie tu mogli przynosić swoje roślinne odpadki.

– Jezu, przecież nie będziemy latać z każdym ogryzkiem – żachnął się Edek.

– Nie, trzeba po prostu je zbierać w domu i raz w tygodniu tu przynosić. Możecie je łączyć a jedna osoba przynosić tutaj.

– Boże, znowu ta ekologia – jęknął Edek.

– Cichaj Eduś, o planetę trzeba dbać i już – powiedziała Helena.

– Pani to powinna zapisać się do Partii Zielonych zasugerował Wacek.  Ja to już na pewno nie ale ty przecież możesz. A potem wystartować w wyborach do sejmu z ich listy. Mężczyznę ludzie chętniej wybiorą.

– Tato, to świetny pomysł – poparła seniorkę Kasia.

– E, dajcie spokój, gdzie mnie do polityki.

– Dlaczego nie? Głupsi od ciebie startują i wygrywają – dodała Aldona.

– To mi komplement! Ale zobaczę w Internecie jaki program ma ta partia.

– No to się nam szykuje nowy polityk z Ołbina, po Klaudii Jachirze, która się wspaniale spisuje – powiedziała, obyta w wirtualnym świecie Kasia.

– Od uprawy działki przeszliśmy do polityki – niezła wolta  – stwierdziła Helena.

– To wracajmy do adremu – powiedziała Jadwiga. – Proszę, ustalmy warunki przekazania działki.

– A czy ma pani jakieś dokumenty? I czy możemy to załatwić sami, czy trzeba jakiegoś urzędu typu Zarząd Działek?

– Dowiadywałam się i właścicielem działki może być tylko jedna osoba, ewentualnie małżeństwo. Spadkobiercą zaś najbliższa rodzina.

– No to mamy kłopot – stwierdził Edek.

– Proponuję, aby działkę przejęła Kasia jako najmłodsza z nas – zaproponowała Helena.

– Ale ja nie będę miała czasu jej uprawiać – wykręcała się córka Wacka.

– Nie musisz. Do roboty jest nas troje – ja, Edek i Aldona. Pozostali będą tam odpoczywać i ewentualnie owoce zrywać – zrymował Wacek.

– Zejdźmy na ziemię, akt przekazania działki trzeba podpisać w obecności notariusza  – powiedziała Jadwiga.

– Zobaczę w Internecie jak to wszystko się załatwia, aby było legalnie – powiedział Wacek. – I rzeczywiście chyba najlepiej, aby zapisać ją na Kasię.

– A grilla będziemy mogli tu sobie robić? – zapytał Edek.

– Grilla dopiero po pracy. – Pani Jadwigo co trzeba już teraz tu zrobić? – zainteresował się Wacek.  

Napisane 18.09. 2020 r.

Wirus jesienny (cz. 33)

Pod każdym tekstem podaję datę powstania, bo niekiedy zamieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Następne będą ukazywać się (jak zwykle) w każdą sobotę. Co dwa tygodnie w środy umieszczam recenzję książki lub opis prywatnych/społecznych wydarzeń.

**********************************************************************************

We wrześniu dni powoli stawały się krótsze, a noce dłuższe. Upał jeszcze przez dwa dni zagrał zimnolubnym na nosie a potem przeniósł się w dolne partie globu.  A że złośliwy jest to planuje powrót, bo lubi zaskakiwać.

Orzechy laskowe można było zbierać spod krzaka leszczyny przy ulicy Wyszyńskiego a długie żołędzie leżały pod dębem obok kamienicy przy tejże ulicy. Tamże wykopano uschnięte krzaczki posadzone po utworzeniu ścieżki rowerowej, wsadzono nowe a nawet wszystkie podlano.

Aldona z obstawą chodziła po domach, aby zarobić parę złotych. Najpierw trafiła na źle słyszącą seniorkę, która bardzo chętnie zaprosiła parę do siebie i nawet poczęstowała niezłą herbatą oraz ciastem. Ale zamiast odpowiadać na pytania ankiety narzekała na wszystko – na sąsiadów, rodzinę, zdrowie, brak pieniędzy, brak zainteresowania ze strony wszystkich wokół. Po pól godzinie wyszli z bólem głowy i pustym formularzem.

Następny był brzuchaty samiec z butelką piwa w ręce. Otworzył drzwi, wysłuchał o co chodzi i powiedział:

– Wejdź maleńka, już ja cię wypełnię. Będziesz zadowolona.

Na co zza pleców Aldony pokazał się Edek z groźną miną i dużym młotkiem w ręce. Drzwi się zatrzasnęły.

Do trzech razy sztuka pomyślała ankieterka i zapukała do następnych drzwi. Otworzyła jej kobieta w wieku nieokreślonym, z papierosem w dłoni, rozmazanym makijażem i zasmarkanym dzieckiem przy nodze.

– Czego? – warknęła. W tle słychać było wykon discopolowy Zenka i wtórujący mu męski głos.

– Niczego – odparła Aldona odwracając się na pięcie.

– Nie zrażaj się, może do czterech razy sztuka – pocieszył ją Edek.

Poszli piętro wyżej. Zza drzwi słychać było jednoznaczne dźwięki – jęki. Już woleli nie sprawdzać czy to film, czy życie.

– Boże, nawet na sól nie zarobię – załamała się kobieta. Ale nacisnęła dzwonek przy następnych drzwiach. Usłyszała szczekanie psa jednak nikt nie otworzył.

– Spróbujmy jeszcze wyżej – doradził Edek.

Ale już zza drzwi usłyszeli płacz dziecka i krzyki damsko – męskie.

– Jeszcze nas pobiją, uciekajmy – powiedziała Aldona i zbiegła ze schodów.

– Jakaś felerna klatka schodowa – podsumował Edek. Usiądźmy w parku, odpoczniemy i spróbujemy jeszcze raz gdzie indziej.

Na sąsiedniej ulicy z drżeniem palców Aldona nacisnęła dzwonek domofonu. I stal się cud. Mieszkańcy, z małymi wyjątkami, wpuszczali ją, sensownie i prawie bez zbaczania z tematu, odpowiadali na pytania. Małżeństwo seniorów zapytało czy nie pomogłaby im w prowadzeniu gospodarstwa domowego. A seniorka z mieszkania obok podarowała trochę plonów z działki i zaproponowała, że im ją sprzeda za niewygórowaną cenę i dostawę niewielkiej ilości jarzyn i owoców.

– Musimy się zastanowić – odpowiedzieli oboje. My nie mamy pieniędzy ale zaproponujemy to znajomym, może się zgodzą.

Wyszli z plikiem wypełnionych ankiet.

– To skąd weźmiemy pieniądze na działkę? – zapytała Aldona.

– No, my nie mamy ale może Wacek, jego córka i Helena się złożą. To dobry pomysł. Działka jest przecież na naszym osiedlu. Tylko musimy sprawdzić jak wygląda, czy bardzo jest zaniedbana. Ile musimy tam włożyć pracy, a może i pieniędzy.

– Powiedziała, że jest zagospodarowana i zadbana.

– Ale musimy to sprawdzić i to najlepiej wszyscy razem – zaproponował Edek.

 – Jasne, masz rację, chodźmy od razu do Wacka a jutro odwiedzimy  Helenę.

Pomysł na wspólną własność trochę zaniepokoił wszystkie osoby zaskoczone tą propozycją. Korzystając z ładnej pogody zebrali się przy kamiennym stole w parku im. Stanisława Tołpy. Stoi on blisko ulicy Nowowiejskiej od którego jest oddzielony drzewami.

Przynieśli sobie w termosach kawę lub herbatę, seniorka miała nawet kubek termiczny i wyciągnęła cukierki kukułki.

– Ze spirytusem są czy bez? – zapytał Edek.

– A co, boisz się, że po zjedzeniu dwóch cukierków wpadniesz w ciąg alkoholowy? – zakpił kolega.

– Tak tylko zapytałem.

– Ale właścicielem czy raczej dzierżawcą powinna być jednak jedna osoba – powiedziała Helena.

– Może spiszemy taką prywatną między sobą umowę – zasugerowała Kasia.

– Jaką umowę? – zdziwiła się Aldona.

– No, ile kto wpłaca, co będzie robił na działce. Adaś nie oddalaj się od nas.

Chłopca roznosił temperament i trzeba go było stopować. Sensowne rozmowy przy czterolatku bywają trudne.

– Słusznie, a nawet komu przekazujemy swoją część w razie odejścia. Z różnych powodów – dodała trzeźwo Helena sięgając po pierwszą kukułkę. 

Napisane 17.09.2020 r.

Gdzie diabeł nie może

Jolanta Maria Kaleta – Kolekcja Hankego. Wydawn. Psychoskok, Konin 2015

WSTĘP: „Komuniści przywlekli ten bałagan i bylejakość”

O autorce:

Jolanta Maria kaleta zdała maturę w 1969 roku we Wrocławiu. W 1974 ukończyła studia historyczne na Uniwersytecie Wrocławskim i w tym samym roku rozpoczęła staż w Zakładzie Filozofii Politechniki Wrocławskiej. Następnie pracowała w Muzeum Historycznym i Muzeum Medalierskim. Od 2006 roku nie pracuje zawodowo bo od 2012 roku skupia się na pisaniu powieści. Napisała m.in. cykl „Wojna i miłość” (3 tomy); poza tym książki: „Pułapka”; Riese”; Testament templariusza”; „Strażnik Bursztynowej Komnaty”; „Złoto Wrocławia”; „Lawina”

O książce:

W notce „Od autora” Kaleta informuje czytelnika, że z okna mieszkania obserwowała pożar kościoła św. Elżbiety a w kilka dni potem do muzeum  gdzie pracowała, dotarł anonim grożący  podpaleniem ratusza, więc pracownicy musieli pełnić nocne dyżury. I to zainspirowało ją do napisania tej powieści.

Akcja toczy się w 1976 roku gdy „Polska rosła w siłę, a Polacy żyli dostatniej” – niestety tylko według zadowolonych z siebie władz.

Główną bohaterkę wzorowała na sobie samej, więc jest to po części, powieść autobiograficzna. Tak więc Matylda Harycka ma 26 lat, pracuje w Muzeum Historycznym mieszczącym się w ratuszu na wrocławskim rynku. Pali papierosy, mieszka z babcią i mamą, ubiera się na luzie i nosi ze sobą wielką torbę.

Przypadkiem znajduje skrytkę gdzie umieszczono wykaz zaginionych dzieł sztuki. Postanawia odnaleźć obrazy XVIII – to wiecznego śląskiego malarza Michaela Willmanna, który mieszkał i tworzył w Lubiążu. A gauleiter Dolnego Śląska Hank kazał, te prace, pod koniec II wojny, gdzieś ukryć.

Jeśli przebrniecie przez jedną trzecią książki to potem akcja nabiera rozpędu. Matylda nie tylko jest upartą poszukiwaczką ale też jest obiektem erotycznych zapędów milicjanta, romansuje z partyjnym bonzą i zakochuje się w koledze po fachu. Ma też ulubione powiedzenie „w dupę jeża”.

Przeszkadza jej w zbożnym dziele trzyosobowa szajka złodziei dzieł sztuki, którzy sprzedają je na Zachód za walutę lepszą niż złotówki. Korzystają z tego, że mają dostęp do pożądanych artefaktów, także do akt śledztwa, aby je umorzyć a także do siły swych pięści.

Przemieszczamy się wraz z Matyldą do zamku Czocha, wędrujemy po Sudetach, zwiedzamy Wambierzyce i pałac w Karpnikach.

A to wszystko autorka sowicie okrasza faktami z tego okresu – brak cukru, marzenie Polaków, czyli „maluch”, sklepy „Pewexu” gdzie można było nabyć towary tylko za dolary, wszechobecną cenzurę wtykającą nos we wszystkie teksty, nawet w katalogi wystaw. I tak dalej.

Wydawnictwo nie przyłożyło się do pracy, bo uważny czytelnik zauważy w tekście błędy literowe, ortograficzne i stylistyczne. I tak jak wspomniałam na początku przydałby się redaktor, aby trochę skondensować całość.

Poza tym książkę czyta się z przyjemnością, młody czytelnik pozna realia lat 70-tych XX wieku a starszy je sobie przypomni. Mieszczuch w wyobraźni powędruje po górach a niezwiązani z historią sztuki poznają losy niektórych obrazów.

Wirus śmietnikowy (cz. 32)

W ciepły wrześniowy piątek Helena wyrzucając śmieci swoje i mało sprawnej sąsiadki z mieszkania obok pomyślała:

– Ciekawe kiedy nam dadzą klucze do nowej zamykanej wiaty na pojemniki.

A już w sobotę sąsiadka z dołu przekazała wszystkim klucze do  śmietnika prosząc o podpis na liście. Helena zapytała ją:

– Jak pani myśli czy nareszcie będzie na naszym podwórku porządek?

– A skąd! Bezdomni szybko rozwalą drzwi szukając puszek. Z czegoś żyć muszą – powiedziała realistka co to z nie jednego pieca chleb jadła i puszki zbierała. Tak jest na innych podwórkach.  Chyba że lokatorzy będą zostawiali puszki przed wiatą.

– Na to raczej nie możemy liczyć – stwierdziła Helena.

Podpisała listę, przypięła klucz do pęku innych i zadzwoniła do Wacka i Edka mówiąc:

– Zwołuję zebranie, kiedy możecie do mnie przyjść? Aldona też.

– A co się stało? – wykrzyknęli obaj.

– Nic strasznego ale rzeczywistość nas pogania – powiedziała seniorka.

Po dwóch godzinach trochę zatroskani dwaj panowie z panią spotkali się przed bramą Heleny.

– Myślisz, że to coś poważnego? – spytał Wacek.

– Licho wie, Aldona przypuszcza, że po prostu źle się poczuła.

– Ale nazwała to zebraniem, może ma jakiś niezwykły pomysł?

– Nie kombinujemy tylko wchodzimy – zarządził Wacek.

Helena na przyjście gości przygotowała kawę, herbatę i usmażyła jabłka w cieście. Ich zapach cała trójka poczuła już od progu.

– O, coś tu pysznie pachnie – stwierdził Edek zawsze chętny do konsumowania nie tylko słodyczy.

– Siadajcie i zajadajcie – zaprosiła gospodyni stawiając na stole miseczkę z miodem i duży talerz z placuszkami.

– Jakie fajne zebranie pani nam urządziła – powiedziała Aldona.

– Nie ma tak dobrze, zjecie i wypijecie ale sprawę też musicie przemyśleć.

– Jaką sprawę? – zapytał Edek ustami pełnymi jedzenia.

– Życiową, oczywiście. Dzisiaj sąsiadka przyniosła mi klucz do wiaty na kubły.  Jeśli na wszystkich podwórkach nie będzie dostępu do śmieci to czym będziecie handlować?

– To rzeczywiście jest problem, już na kilku podwórkach to zauważyłem.

– I co, jest tam porządek, żadnych porozwalanych śmieci? – zapytała Helena nalewając wody do czajnika.

– Polak nie lubi przymusu, szczególnie flejtuch. Stoją obok worki ale pojedyncze odpadki też widziałam i chmary sfrustrowanych gołębi, bo im stołówkę zamknęli – powiedziała Aldona zbierając puste talerzyki ze stołu. – Ale byłam w pośredniaku i dostałam pracę.

– To wspaniała nowina – wykrzyknęła Helena. – A jaka to praca?

– Będę chodzić po domach i prosić, aby ludzie odpowiadali na ankietę.

– Na jaki temat?

– Na każdy jaki wymyślą.

– Kiedy zaczynasz?

– Już w poniedziałek, trochę się boję.

– A czego?

– No, czy ludzie mnie wpuszczą, czy nie zrzucą ze schodów, nie obrzucą inwektywami. Albo napaleni faceci nie będą nachalni.

– To może na początku będę z tobą chodził – powiedział Edek. A jak się upewnię, że jesteś bezpieczna to wejdę na tamto podwórko i trochę uprzątnę sprawdzając czy nie ma tam czegoś do zabrania.

– Widziałem w Internecie, że w stolicy na Bielanach powstała „Podzielnia” gdzie można zawieźć niepotrzebne rzeczy i wziąć co się potrzebuje.

– To jest świetny pomysł ale u nas na osiedlu jest sklep dobroczynny a i tak ludzie zostawiają dobre rzeczy koło śmietnika. A, prawda, dzisiaj znalazłam trzy małe poduszki w ozdobnych poszewkach – powiedziała Helena kierując się w stronę nyży. Wyciągnęła z szafy torbę ze znaleziskami i podała Wackowi.

– Bardzo ładne, zrobię zdjęcia, zmierzę i w Internecie wystawię na sprzedaż. Może ktoś będzie chętny.

– Ci zostawiacze pewnie nie mają czasu, aby zanieść do sklepu swoje rzeczy, a może myślą, że ktoś prywatnie na tym zarabia. A przecież dochody idą na utrzymanie schronisk dla bezdomnych.

– Ale nie wszyscy o tym wiedzą i na zasadzie psa ogrodnika sami nie skorzystają  i innym nie dadzą zarobić.

– Mam pomysł, jak zwykle genialny – zażartowała Helena. Na wiatach Ołbina i Nadodrza  powinien być solidny napis: dobre niepotrzebne rzeczy można zanieść do sklepu dobroczynnego przy ul. Wyszyńskiego 68 (wejście od ulicy) i 66a (wejście od podwórka)  nr telefonu 71 321 91 83. Godziny otwarcia często się zmieniają, więc lepiej zadzwonić i zapytać.

Napisane 12.09.2020 r.

Wirus niewesoły (cz. 31)

Pod każdą częścią podaję datę powstania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czytajcie i komentujcie, zapraszam 🙂

******************************************************************************

Koniec sierpnia nie napawał optymizmem. Zmarła pieśniarka Ewa Demarczyk, profesorka Maria Janion i opozycjonista PRL-u Henryk Wujec.

A na Ołbinie w niedzielę, niedaleko kościoła, na terenie Skweru Edyty Stein, postawiono stoisko z laptopem i napisem „Zmień piec”. Akcja ta  to część kampanii „Wrocław bez smogu”. Na osiedlach Nadodrze i Ołbin jest jeszcze wiele mieszkań z piecami opalanymi węglem lub byle czym, co truje i tak niezdrową atmosferę.

Przejeżdżający na rowerze mężczyzna kopnął stolik, który poleciał na siedzącego z laptopem prezesa fundacji. Kopnął, bo zrozumiał, że namawiają do zmiany płci. A on przecież jest supermenem co właśnie udowodnił.

Helena i Edek usłyszeli tę informację w radiu, Wacek wyczytał w Internecie.

– To zatrucie środowiska rzeczywiście musi być okropne jeśli nawet czytać ze zrozumieniem ludzie nie potrafią – pomyślała seniorka i zaparzyła sobie melisę na uspokojenie.

– Tylko lać w mordę i patrzyć czy równo puchnie – powiedział Edek do Aldony.

– Miauuu – potwierdził kot wstając z legowiska i przeciągając się w każdą stronę.

– Boże, ty widzisz i nie grzmisz – dodała Aldona. – Niczego dobrego u nas nie można zrobić bo zawsze znajdzie się jakiś sfrustrowany oszołom, który kopnie, zniszczy, zrobi na przekór.

– Taki mamy klimat – stwierdził Edek.

– Jakiś bardzo szpetny on jest – pomyślał kot Darek wskakując na kolana Edka i trącając go łepkiem.

– Pewnie chcesz jedzonka, co kocie?

Edek wstał, wyciągnął miseczkę z szafki i wycisnął zawartość saszetki. Postawił obok legowiska przy miseczce z wodą. Pogłaskał pupila i powiedział:

– Smacznego Daruś.

– Żebyś ty mnie tak kochał jak tego kota – powiedziała Aldona.

– No, wiesz! On mnie postawił do życiowego pionu. Nie znałaś mnie wtedy, nie widziałaś jak wyglądało moje życie i mieszkanie.

– Oj, cos tam wiem. Pani Helena mi powiedziała.

– To się nie dziw, że go lubię i dbam. I nie bądź zazdrosna.

– Nie jestem zazdrosna tylko chciałabym być pierwsza a nie zaraz po kocie.

– Ha, ha, ha – roześmiał się mężczyzna. – Ty jesteś człowiekiem, a on kotem.

– A jakby wybuchł pożar to kogo byś najpierw ratował? – zadała podchwytliwe pytanie Aldona.

Edek westchnął głęboko i odrzekł:

– Pod jedną pachę wziąłbym kota, a pod drugą ciebie. Drobna jesteś to spokojnie dałbym radę – ucieszony swoją pomysłowością facet wybrnął z matni kobiecej podchwytliwości. – To może ja pójdę do Wacka.

Wstał, posprzątał kuwetę kota, zapakował śmieci do woreczka i na odchodnym zapytał:

– Może zrobić jakieś zakupy?

– Nie, na zakupy to ja sama pójdę. Potem ugotuję obiad, a ty spenetruj podwórka, może znajdziesz coś dobrego, bo kończą się nam pieniądze. Jak będziesz u Wacka to poproś, aby poszukał w Internecie czy możemy dostawać zasiłek dla bezrobotnych.

– To dobry pomysł jest – stwierdził Edek. – Trochę stałej kasy by się nam przydało.

Aldona zamknęła uchylone okno, wzięła torbę na zakupy i klucze nie zapominając o maseczce i chusteczkach higienicznych.

Zakupy ograniczyła do minimum, bo gołąbki im nie leciały same do gąbki i manna z nieba nie spadała. A i tak Aldona wolałaby indyka lub kurczaka zagrodowego.

– Fasolka szparagowa musi nam wystarczyć choć ceny warzyw tego roku zwalają z nóg i pustoszą portfele – pomyślała wracając do domu.

Edek nie zastał Wacka w domu więc przeszedł się po podwórkach przy ulicy Górnickiego. Z mizernym skutkiem, znalazł tylko jeden talerzyk deserowy. Co mógł tam posprzątał ale widać było, że mieszkańcy mają w nosie porządek a firma zabierająca śmieci nie daje sobie rady lub lekceważy obowiązki.

– Jedynie szczury i gołębie są z tego zadowolone – pomyślał mężczyzna wrzucając do kontenera porzucone obok niego wypełnione odpadami worki.

Szczególnie dziwił go pomysł wieszania na pojemnikach reklamówek pełnych spleśniałego chleba.

– Wieszanie zamiast wyrzucania, i po jaką cholerę?

Napisane 26.08.2020 r.

Dzień z życia pisarza, czyli zmagania pisania

Na facebooku  Beata Wawryniuk ma profil „Wyzwanie dla pisarzy” gdzie dzieli się wskazówkami jak dobrze pisać. Jakiś czas temu poprosiła, abyśmy napisali tekst na powyższy temat. Mnie wyszedł taki.  BW doceniła moje poczucie humoru a nie wszystkim ono odpowiada.

********************************************************************              

Siedziałam wraz z kotem na gałęzi natchnienia przyglądając się okolicy. Była prostokątnym podwórkiem otoczonym czteropiętrowymi kamienicami. Zarówno przed jak i powojennymi. Zadbanymi i odrapanymi. Ymi, ymi odbijało się od ścian i szyb. A może to tylko echo grało?

Kot siedział na moich nogach, więc mały, własnoręcznie wykonany notes położyłam na nim. Ołówek włożyłam do kieszonki specjalnie naszytej na bluzkę. Miałam tam też gumkę ale nie „myszkę”, przy kocie bałabym się o jej życie.

Muzem twoim jestem – zamiauczał zarozumialec.

– Jasne, moim natchnieniem, inspiracją a czasem nawet spacją.

Ani drgnął. Król mojego życia mało pożyteczny jest. A miałam nadzieję, że podda mi jakąś mądrą myśl czym wypełnić regulaminowe wymagania.

Może napiszę o śmietniku i panoszącym się wokół bałaganie  dóbr zbytecznych?  Oraz o chmarach gołębi kłębiących się obok i w kontenerach, wydziobujących resztki z pańskiego  stołu? Zaglądających wiosną do każdego okna i na każdy balkon szukając miejsca na uwicie gniazda i zniesienie jajek by reprodukować się w gołębią nieskończoność.

A może o właścicielach aut kryjących się w garażach? Bo w takim pomieszczeniu można przecież pędzić bimber, przebijać numery w skradzionych samochodach, uprawiać sodomę i gomorę, porcjować narkotyki lub oddawać się rozpuście. Można też wić wianki, szyć komuś buty, przerabiać na nice, przelewać z pustego w próżne. Wbijać szpilki w laleczki z wosku podobne do wrogów. Wysysać krew z kaszanki.

Wtedy tytuł byłby taki: Garażowe życie niegrzecznych sąsiadów.

A na okładce fosforyzujący płyn wylewający się spod drzwi.

Od nawału tematów zakręciło mi się w głowie i omal nie spadłam z gałęzi. Co wybrać?

Już widziałam oczyma wyobraźni wystawy wszystkich księgarń z moją książką, serial oraz film nakręcony w Holly i Bollywood. W obsadzie Linda czy Gosling? Julia Roberts czy Agata Kulesza?

Chyba lepiej nie ciągnąć tych rozważań – doszłam do słusznego wniosku.

To może napiszę o trawkach, kwiatkach, żuczkach, mrówkach, biedronkach, skowronkach, wronach, krukach – a nie, bo mogą mnie rozdziobać.

Ciężkie jest życie pisarza bez weny i pomysłu – stwierdziłam. Sięgnęłam na sąsiednią gałąź po wiszącą tam butelkę z napojem pobudzającym. Kot się poruszył i karcąco łypnął na mnie.

– Dobrze, już, dobrze, przecież tylko chcę się napić.

Zwierzątko nerwowo poruszyło końcem ogona.

No żesz kurczę blade, chyba zwariowałam skazując się na bycie niewolnicą zwierzaka.

To o czym by tu napisać? Wziąć z domu lornetkę i podglądać sąsiadów? Ale podgląd bez podsłuchu kiepskim pomysłem chyba jednak jest. I jakąż inspiracją mogą być seniorzy? Sklerotyczną? Wspomnieniową? Narzekającą? A może jednak fascynującą?

Ścierpła mi noga, delikatnie ją rozmasowałam. Kot zawarczał.

Nie, to niemożliwa do przeżycia jest taka pustynia wyobraźni i pomysłów.

O, przyszli trzej mężczyźni i usiedli na ławce. To może o nich napiszę? Chudy w czapce wyciągnął piwo z reklamówki. Dobrze się zaczyna.

Otworzył puszkę, płyn poleciał na wszystkich trzech. No, dawno nie słyszałam takich przekleństw. Trzeba by jakiegoś współczesnego miejskiego Kolberga, aby je zapisał, te wielopiętrowe wiązanki. Aż strach podejść do takich facetów. Bezkontaktowo musiałabym wymyślać ich życiorysy. Wszyscy pewnie są po przejściach i z przeszłością. Szemraną raczej. Zaprzyjaźnić się z takim – zbyt duże ryzyko.

Pociągnęłam z butelki trochę wspomagacza. Oparłam głowę o pień, zamknęłam oczy. Głaskając kota słyszałam tylko jego mruczenie i odgłosy przełykania procentów.

Już ja je wolę na koncie w banku – pomyślałam. – Ale jak tak dalej pójdzie, czyli jak po grudzie, to ani kasy, ani procentów nie zobaczę – zmartwiłam się.

Bliska załamania i pióra złamania otworzyłam oczy. Tercet pijący już był na trawie leżący.

– Podobno tematy leżą na ulicy, czy może pieniądze? – próbowałam sobie przypomnieć mądrość narodu. – Na pewno nie na mojej. W trawie też nie – zasmuciłam samą siebie.

Potrójne chrapanie unosiło się nad podwórkiem. Kilka gołębi podeszło do śpiących królewiczów. Tego ich gały jeszcze nie widziały.

I w dodatku rymy mam kiepskie. Poeta tylko głowa nie ta.

Matko Boska, czas zejść z tej gałęzi bo w obłęd niechybnie wpadnę jakiś podwórkowy.

Chybotnęłam się i walnęłam na ziemię. Kot na cztery łapy. Ja chyba na  głowę i nie tylko. Noga zaczęła mi puchnąć w oczach i kostce.

– Tego mi jeszcze było trzeba jako dodatku do niemocy twórczej – pomyślałam.

Musiałam bardzo głośno wrzasnąć, bo  jeden z trójki obudził się i spytał:

– Czego się drzesz jak stare prześcieradło? Nie widzisz, że śpimy?

Uprosiłam, aby zadzwonił na pogotowie.

Już wiem co napiszę – horror z kotami, ptakami, pijaczkami i akcją w szpitalu na peryferiach cywilizacji, czyli w Polsce. Albo nie.

Wirus letni (cz. 30)

Nienawidzę upałujęknęła Helena.

– Jak ja nie lubię się pocić – powiedział Edek głaszcząc kota.

– Nikt nie lubi – uświadomiła go Aldona rozkładając mokre tkaniny na podłodze.

– Uf, jak gorąco – stwierdził Wacek wchodząc pod prysznic. – Jak to było w „Lokomotywie” u Tuwima?

Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Uch – jak gorąco!
Puff – jak gorąco!
Uff – jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie.

– To zupełnie jak ja, ledwo dycham. I nawet dycha w postaci banknotu tego nie zmieni. Nie jestem ministrem zdrowia, który właśnie opuścił Titanic ministerstwa z większymi sumami. Inni też odeszli – taka rekonstrukcja rządu i dobra zmiana ha, ha, ha – zaśmiał się do siebie schłodzony trochę facet. Muszę zadzwonić do Heleny i zapytać jak się czuje, bo to nie jest ani kraj, ani pogoda dla seniorów.

Starsza pani odebrała telefon i na pytanie odpowiedziała:

– Ledwo dyszę ale cieszę się, że ciebie słyszę.

– To może ja kupię lody i przyjdę do pani? – zaproponował

– A wiesz, że chętnie, dawno nie jadłam. Ale jak mamy szaleć to kup też jakieś owoce, najlepiej mało ale różne, to zrobimy sobie deser lodowo-owocowy.

Wacek przyszedł po godzinie ze sporym pojemnikiem lodów i owocami.

– Przecież my wszystkiego nie zjemy – roześmiała się Helena gdy  wypakował zakupy.

– Nie szkodzi, umówiłem się też z córką i wnukiem, część będzie dla nich.

– Raczej większa część. To siadajmy i zajadajmy ale najpierw trzeba opłukać owoce. Tu masz miseczki, nałóż lodów  a ja posypię owocami. Bo owoc daje moc!

– O, skąd ja znam te naczynka? – zapytał Wacek.

– Jak to skąd? Sam znalazłeś w ramach szukania i dobrych rzeczy znajdowania. I podarowałeś mi – nie pamiętasz?

– Tyle już dobrych rzeczy znaleźliśmy, że trudno spamiętać.

Usiedli przy stole stojącym obok zasłoniętego żaluzją okna.

– I co, udało się wam spłacić długi twojej żony?

– Ale skąd! To jeszcze potrwa i potrwa. Taki spadek.

– Kiepski dość.

– No, kiepski. Dobrze, że mieszkanie jest na mnie, nikt nie może go zabrać za długi.

– To tyle tego jest? – zdziwiła się Helena.

– Sporo, niestety ale rozkładamy to na raty i powoli spłacamy.

– A jak się czuje córka i wnuk w Polsce?

– Podoba im się, że blisko jest park. W Anglii tego nie mieli.

– Szkoda, że ten wirus ciągle zagraża, bo Adaś mógłby iść do przedszkola. A tak to się pewnie nudzi i rozrabia.

– Jak córka pracuje to ja się nim zajmuję. I nawet rymuję – zaśmiał się Wacek.

– To pewnie nie masz czasu na chodzenie po podwórkach?

– Edek chodzi z Aldoną, ja teraz zajmuję się tylko wystawianiem rzeczy na sprzedaż.

– Ale masz parę złotych z tego?

– Tak, dzielimy dochód na trzy części, więc oni mają dwie trzecie każdej sumy.

– A o kocie nie pomyśleliście – zażartowała seniorka.

– On to się tylko wyleguje a nie pracuje – wszedł w konwencję Wacek. – A propos, nie wie pani, przypadkiem kto go podrzucił Edkowi?

-A jak myślisz?

– Tak podejrzewałem, że to pani zastosowała tę felinoterapię. Ale skąd pani wiedziała, że to zadziała?

– Nie wiedziałam ale spróbowałam i udało się.

– Pani to ma dobrą rękę do ludzi.

– Do kotów też ale sama zrezygnowałam już z posiadania zwierzątka.

– Weselej by pani było z jakimś pupilem.

– Na pewno ale muszę być realistką. Nie mogę w razie czego obarczać innych swoimi obowiązkami.

– My przecież zajęlibyśmy się kotem gdyby pani nie mogła.

– Dziękuję ale tak zdecydowałam. Trzeba być odpowiedzialnym.

– Pewnie ma pani rację. To ja już pójdę do córki – Wacek wstał, odłożył miseczkę do zlewu, zapakował lody i owoce część z nich zostawiając gospodyni.

Napisane 20.08.2020 r.