Upalne miasto 39

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Anna wysłuchała i przypomniała sobie, że dawno temu w sklepie spożywczym podziwiała ładną, młodą wysoką ekspedientkę z perfekcyjnym makijażem oczu. Szczególnie linia namalowana pędzelkiem na powiece ją fascynowała. Sklep otwierano od godziny szóstej o której więc dziewczyna wstawała, aby się tak dokładnie umalować?

A teraz posłuchaj, babciu, jak dzieci przekręcają słowa kolęd:

–  Bóg się rodzi, nic truchleje, pan niebiosów obrażony…  (obnażony)

– Pasterze klękają, bydlęta śpiewają, cuda, cuda… (P. śpiewają, b. klękają)

– Na ciebie królewno nocy, czekali a tyś tej nocy… (króle prorocy)

– Maryja Panna, Maryja Panna dzieciątko pastuje…(piastuje)

– Rzepa naczysta, rzepa naczysta porodziła syna… (że panna czysta)

– Glorian, Glorian, inny sens i z Neo… (Gloria, gloria in excelsis deo)

– Bo uboga była, trąbę (rondel) z głowy zdjęła… (rąbek)

– śrut nocnej ciszy głos się rozchodzi… (wśród)

– mizeria cicha, stajenka licha… (mizerna)

– w grobie leży, któż pobieży… (w żłobie)

–  dzisiaj bentlejem, dzisiaj bentlejem (w Betlejem)

– chwała ma łyse kości (na wysokości)

– zgarbiony, okryty chwałą (wzgardzony)

– w żłobie leży, któż pobieży colę dolać małemu (kolędować małemu)

– Chała na wysokości  (chwała)

– pójdźmy wszyscy do łazienki (stajenki)

– oddawali swe ukłony w oborze, tobie z serca ochotnego, o Boże…(w pokorze)

– podnieś rentę boże dziecię (rękę)

Anna zrewanżowała się – a ja słyszałam taki dowcip:

Trzej królowie przybyli do stajenki. Jeden z nich przy wejściu potknął się na progu i uderzył głową o framugę. Złapał się za głowę i krzyknął:

– O, Jezu!

– I to jest odpowiednie imię dla naszego dziecka a nie jakiś Stefan – powiedziała Maria do Józefa.

Ewa przeszukała Internet:

Wieczór wigilijny. Cała rodzina gotowa, stół zastawiony, czekają tylko na pierwszą gwiazdkę. Oczywiście przy stole jedno dodatkowe, puste miejsce. Nagle pukanie do drzwi.
– Kto tam?
– Strudzony wędrowiec, czy jest dla mnie miejsce?
– Jest.
– A mogę skorzystać?
– Nie.
– Ale dlaczego?!
– Bo tradycyjnie musi być puste!

I znalazła następne:

Dwóch chłopców spędza noc przed wigilią u dziadków. Przed pójściem spać, klękają przed łóżkami i modlą się, a jeden z nich ile sił w płucach woła głośno:
– Modlę się o nowy rowerek, modlę się o nowe żołnierzyki, modlę się o nowy odtwarzacz.
Starszy brat pochylił się i szturchnął go mówiąc:
– Dlaczego tak krzyczysz? Bóg nie jest głuchy.
Na to chłopiec:
– Nie, ale babcia jest.

O, jeszcze jedno mam:

– Halo, czy to firma „Święta na telefon”?
– Tak.
– Co można u was zamówić?
– Mikołaja, Śnieżynkę, elfy, renifery, prezenty…
– To poproszę trzy Śnieżynki i dwa litry wódki.

– A co sobie będziemy żałować, dawaj następne – powiedziała rozochocona babcia.

W Betlejem przed stajenką siedzi Józef i płacze. Idą trzej królowie i widząc Józefa płaczącego pytają:
– Józefie dlaczego płaczesz, przecież dzisiaj takie święto?!
Na to Józef:
– Święta nie będzie – córka!

– Dobre, jeszcze, jeszcze!

W wigilię Bożego Narodzenia Fąfarowie
słyszą u sąsiadów straszny hałas.
Fąfarowa komentuje: Albo synek Kowalskich
dostał na gwiazdkę bębenek, albo
Kowalski zaczął śpiewać kolędy.

To był złośliwy prezent.

W grudniu Jasio napisał pocztówkę do Mikołaja:
„Mikołaju! Mam biednych rodziców. Proszę Cię,
przynieś mi rower górski i klocki Lego.”

Na poczcie jedna z urzędniczek niechcący
przeczytała pocztówkę Jasia.
Zrobiło jej się smutno i pokazała ją kolegom
z pracy. Wszyscy postanowili
zrobić Jasiowi niespodziankę. Złożyli się na
klocki Lego i wysłali mu je w paczce. Po
świętach ta sama urzędniczka czyta drugi list od Jasia:
„Mikołaju, dziękuję za klocki.
Rower pewnie ukradli na poczcie.”

Dobry uczynek został ukarany.

Jakiś facet przyłapuje tatę, jak w lesie ścina choinkę.
– Co, tniemy choineczkę na święta, bo nie łaska kupić u gajowego?
– Tak – odpowiada wystraszony tata.
– W takim razie zetnij pan i dla mnie!

– To jak z filmu „Miś” scena.

Dwaj staruszkowie spędzają wspólne święta.
Patrząc na gwiazdę betlejemską, jeden z nich wspomina:
– Moja żona kiedy zauważyła spadającą gwiazdę,
powiedziała:
„pomyśl o czymś, a twoje życzenie spełni się, kiedy gwiazda spadnie”.
– Co było dalej? – pyta drugi.
– Życzenie się spełniło.
Gwiazda spadła na nią!

– A on się cieszy, że może spędzić święta z najlepszym kumplem i nie sprzątać oraz nie robić zakupów. Wystarczy dużo piwa.

Dwa karpie oglądają program telewizyjny „ryba na każdym stole”. Gdy prowadzący audycję pokazuje telewidzom jak upiec karpia w piekarniku, jedna z ryb mówi:

– Wyłącz natychmiast ten telewizor. Ostatnio za dużo w nim przemocy!

Ktoś wygrzebał rodzinne, ręcznie pisane przepisy kulinarne i tam podano, ze trzeba karpia walić w głowę członkiem.

– Pewnie chodziło o trzonek młotka ale głodnemu chleb na myśli.

Po świętach Bożego Narodzenia do psychiatry przychodzi
mały Jasio i mówi:
Panie doktorze, z moim tatą jest coś nie w porządku.
Przed kilkoma dniami przebrał się za starego dziadka
i twierdził, że nazywa się św. Mikołaj!

Pewnie prezenty się dziecku nie spodobały. No, dosyć tego weselenia się. Idziemy na spacer.

Upalne lato 38

Upalne miasto 38

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************************************

Prezenty podchoinkowe ucieszyły obdarowanych tym bardziej, że Karol na każdej wizytówce pozwolił sobie na drobny żart.

Barbarze dodał: miłośniczka przyrody w każdym jej przejawie; Jadwidze – rządzi stale, dobrze i mądrze; Annie – idealna sąsiadka, doskonale kulinarna; Ewie – z każdej  zmory zrobi  piękności wzory; Olenie i Adamowi na wspólnej – duet doskonały, na jawie i we śnie.

Panie zaniosły brudne naczynia do kuchni i włożyły je do zmywarki a panowie uśpionych nieproszonych gości zanieśli do jednego, największego auta.

– W jednym będzie im cieplej – stwierdził praktyczny Adam.

– Ja to bym ich wsadził osobno – powiedział złośliwy Karolek.

– Pewnie, a potem będziemy odpowiadać za znęcanie się nad porządnymi obywatelami, szczególnie policjantem – Adam ostudził zdrożne chęci  pomocnika.

Barbara w kuchni powiedziała do Oleny:

– Na dole spiżarnianego regału są dwa duże termosy, proszę w nich zaparzyć mocną kawę, umieścimy je w aucie, pijacy będą mieli czym się pokrzepić gdy się obudzą. I proszę dodać cztery papierowe kubki.

– Żeby tylko nie przyszli tutaj na klina – zaniepokoiła się Ewa.

– Nie wpuścimy, bo nie musimy – stwierdziła gospodyni.

Karol, Anna i Ewa odjechali dziękując za Wigilię z niespodziankami  zmęczonymi spirytualiami.

– To było nawet zabawne – podsumował Karol.

– I tak zrealizowała się nowa świecka tradycja:  „niezaproszony ululany gość w dom, przyprawiony barszcz do kubka” – zachichotała Ewa.

– Niestety, nie był to ani Aniołek, ani Gwiazdor z prezentami – zakończyła Anna.

Jadwiga przeprosiła Barbarę za zachowanie swojego byłego męża:

– Pojęcia nie mam jak się spiknął z pozostałymi panami. Skąd się dowiedział, że tu będę. I co im odbiło, że postanowili panią odwiedzić.

– Wie pani: Alkohol dodaje skrzydeł, wszystko wydaje się łatwe

– A na pewno odbiera rozum i zdolność trzeźwego myślenia.

Felek obraził się na Karola i trochę na niego napyskował. Ale łaskawie dał się przekupić kawałkiem ryby bez ości i długimi głaskami.

Późnym rankiem pierwszego dnia świąt Barbara wyszła z łazienki i wyjrzała przez okno. Przed domem nadal stały cztery obce auta.

– Pani Oleno – zwróciła się do pomocy domowej – czy zaglądała pani   co się dzieje z tymi pancernymi bez czołgu i psa?

– Sprawdzałam, chrapią aż  się wycieraczki trzęsą. Odór alkoholu  zwala tam z nóg. Dobrze, że okno jest lekko uchylone, bo mógłby ich zabić – zażartowała pytana.

– Proszę ich, pod żadnym pozorem, nie wpuszczać do domu. Najwyżej podać sok i proszę pamiętać o odebraniu termosów – poleciła gospodyni udając się do swojego fitnesowego pokoju. Tego dnia musiała ćwiczyć sama, bo trener miał wolne.

Wyjechał ze swoim partnerem do dolnośląskiego przytulnego pensjonatu. Chcieli pojechać do najmniejszej miejscowości uzdrowiskowej o nazwie Przerzeczyn Zdrój ale przeczytali na stronie lemurpodroznik.pl, że tam głucho wszędzie pusto wszędzie. Nie zdecydowali się też na Sokołowsko, bo po książce „Empuzjon” Olgi Tokarczuk zrobił się zbyt modny i zatłoczony. Wahali się między Czerniawą a Jedliną Zdrojami w końcu wybierając Jedlinę, między innymi dlatego, że przeczytali o odbywającym się tam Dolnośląskim Festiwalu Zupy co bardzo ich rozbawiło. Niestety nie pojedzą festiwalowego dania bo, jak mówią Internety,  odbywa się on w sierpniu.

Szterej niepancerni obudzili się z bólem głów, karków, kręgosłupów oraz  z suchością gardłową. Pierwszy otworzył oczy Arek. Rozejrzał się dość mętnym wzrokiem i wyczuł pod łokciem, że coś go uwiera. Przetarł oczy, podniósł przedmiot i dotarło do starganego przeżyciami umysłu, że to termos. Spiął się i odkręcił pokrywkę. Zapachniało kawą. Znalazł obok kubek papierowy i zastosował a potem wprowadził płyn do organizmu. Był czarny, słodki i gorący.

– Jak mi dooobrze – pomyślał. Szturchnął obok siedzącego Macieja, który tylko zamamrotał i przekręcił głowę w drugą stronę. Wyciągnął więc rękę i potrząsnął ramieniem, siedzącego przed nim, policjanta. Ten zabełkotał:

– Kajdanki, gdzie są moje kajdanki? Otworzył oczy, szarpnął rękaw obok siedzącego Wieśka mówiąc:

– Obudź się, kretynie! Kawę dają!

Maciej też zareagował i jedno auto zamieniło się w mini kawiarnię i wytrzeźwialnię dla czterech niespodzianie i niedobrowolnie zbliżonych facetów.

Po opróżnieniu zawartości obu termosów wysiedli z auta i skierowali się w stronę domu Barbary. W tym momencie wyszła z niego Olena z dużym kartonem soku.

– Poproszę o zwrot termosów – powiedziała. Naleję panom soku do kubków.

– My sami oddamy – w imieniu wszystkich odezwał się policjant nadstawiając opróżniony kubek.

– To chyba pocztą, bo pani nie życzy sobie waszej tu obecności.

– No, popatrz jak ta Ukrainka płynnie włada naszym językiem – wyzłośliwił się Maciej.

– My i tak wejdziemy – stwierdził Wiesiek.

– Przypuszczam, że wątpię – usłyszeli od zbliżającego się Adama. Panom już dziękujemy tylko sprzęt zabierzemy – co mówiąc sięgnął do auta.

– A to małpa – wyraził się Wiesiek o niegościnnej, według niego, Barbarze. Chłopaki idziemy, nie doceniła zaszczytu jaki ją spotkał. A takim pięknym prezentem byliśmy. I mikołajowe czapki specjalnie włożyliśmy.

 Poszli do swoich samochodów popijając sok, którego przecież nie mogli odmówić bo zbyt ich suszyło.

W domu Ewa przeczytała babci wpis na facebooku Dany Z.

„Stałam dziś w kolejce po ulubionego śledzia, z budki na targowisku. Trochę to trwało, bo ludzie kupowali na bogato, każdy paragon prawie na 200 zeta. Sprzedaje tam miła bardzo właścicielka i jej płeć oraz aparycja przypomniały mi zdarzenie, które zawsze mnie rozczula.

Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku mieszkałam w pobliżu targowiska przy Curie-Skłodowskiej. Tak, było tam kiedyś targowisko, z serem wiejskim sprzedawanym z kosza, straganem z samymi ziemniakami, rosyjskimi przyborami kuchennymi prosto z chodnika i ciuchami z drugiej ręki, którymi handlował wygadany dżolero z plerezą. Moim ulubionym miejscem był jednak kiosk rybny. Tam w wiaderkach z rybami mieszała, w papier wędzone makrele pakowała i szprotki ważyła prześliczna dziewczyna. Trochę jak Jane Birkin i Jessica Biel. EDIT: a najbardziej jak słynna modelka z lat 70. – Lauren Hutton. Lekko opalona, zgrabna nieprzyzwoicie, choć ubierająca się nieco – jak dla mnie wtedy – zbyt skromnie oraz wręcz staroświecko, przede wszystkim jednak ujmująco sympatyczna, patrząca uważnie i z uśmiechem na kupujących, zawsze zadowolona ze swojej rybnej profesji i niebywale kompetentna. Bywalcy wiedzieli, że mogą liczyć na radę, każdy odchodził od lady jakby kupił uroczy drobiazg od Tiffany’ego, a nie kilo kerguleny. Faceci wciągali brzuchy i przygładzali włosy, podryw był obecny znacznie częściej niż tuszki flądry, a najlepiej było, gdy któryś tam trafił po raz pierwszy. Zastygał z reklamówką w ręce i wyrazem twarzy zwanym obecnie „karpikiem”, wgapiony w zjawisko w białym, kusym fartuszku…

Cóż, choćby człowiek nawet nie chciał, pomyślał przecież nie raz: „jak ona może tu pracować?”, tu, gdzie tak „daje rybą” przez cały dzień, w odorku wędzonego z solonym, marynaty octowej z cebulą w oleju. I otóż kiedyś, w mojej obecności, jakaś kobieta dość obcesowo o to zapytała, poruszona kontrastem pomiędzy urodą, a przyrodą. „Jak pani daje radę, przecież tak tu śmierdzi rybą?”. Dziewczyna wyprostowała się nad matiasem, spojrzała klientce prosto w oczy i powiedziała: „proszę pani, ryby NIE ŚMIERDZĄ, one pachną”.

Tak mi to wspomnienie dziś dobrze zrobiło, mam nadzieję, że syrena z rybnego nadal robi to, co kocha, że ma hurtownię owoców morza, albo przynajmniej ze trzy stawy koło Milicza. I kogoś, kto mówi do niej „rybeńko” „.

Upalne miasto 37

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************************************

Barbara zadzwoniła do Karola:

– Zapraszam cię na Wigilię. Bez kota – zaznaczyła.

– Ale już mnie zaprosiła sąsiadka seniorka, będzie tam też jej wnuczka Ewa.

– To ta właścicielka salonu fryzjersko – kosmetycznego?

– Tak, to ona.

– Znam ją, niech też przyjdzie z babcią. Podaj mi ich numery telefonów.

– A co ci się nagle stało, że bezinteresownie zapraszasz ludzi? Jaki masz w tym interes? – podejrzliwie zapytał Karol.

– Oj, nie bądź taki nieufny, niczego od was nie chcę oprócz miłego towarzystwa.

– Ale może zaczęłaś brać jakieś leki i one ci zmieniły charakter – dociekał były pasierb.

– Przestań, bo odwołam zaproszenie – podniesionym głosem powiedziała Barbara.

– Dobrze, dobrze, żartowałem, nie obrażaj się. Czy to będzie wigilia składkowa, czy ty wszystko fundujesz?

– Jeśli coś przyniesiecie to dobrze, jeśli nie – przeżyję. Dwunastu potraw nie przewiduję. Alkoholu też nie.

– A ktoś jeszcze będzie oprócz nas?

– Jak przyjdziesz to zobaczysz,  widzimy się w wigilię o godzinie czternastej.

– Tak wcześnie, przecież to jest wieczerza a nie obiad.

– Ja tak wolę, zdrowo jest nie najadać się na noc.

– Też racja. Dziękuję za zaproszenie – zdążył jeszcze powiedzieć zanim się rozłączyła.

Karol dokończył pracę zleconą i zadzwonił do Anny. Ta już wiedziała o zaproszeniu.

– Umówiłyśmy się, że ja przyniosę upieczony przez siebie piernik, Ewa powiedziała, że w prezencie podaruje gospodyni bon na zabiegi, a ty możesz zrobić rybę w galarecie. Przepis masz, wypróbuj go jeszcze przed świętami. Pojedziemy razem autem Ewy.

– O, to świetnie, bo rowerem o tej porze nie bardzo mi się uśmiecha.

Dwa dni przed Wigilią od rana w domu Barbary krzątano się, aby go świątecznie ozdobić. Choinkę jodłę kaukaską w donicy przywieziono ze specjalnej plantacji co pozwalało przesadzić ją potem do ogrodu. Ze strychu Adam zniósł pudło z ozdobami, niektóre z nich były pamiątką po rodzicach pani domu. Olena owinęła folią aluminiową paręnaście orzechów włoskich, wbiła w nie szpilki na których zawiązała sznureczki, aby  powiesić na drzewku. Nie zabrakło też małych cukierków w kolorowych papierkach i pierniczków zdobionych lukrem. Na drzwiach wejściowych powieszono wieniec zrobiony i ozdobiony przez zręczne ręce pary pomocników Barbary a ogrodzenie tarasu owinięto elektrycznym sznurem z kolorowymi lampkami.

Buraki na barszcz zostały ukiszone już tydzień temu, uszka były w trakcie przygotowania. Sałatka jarzynowa przegryzała się na tarasie.

Cztery karpie pluskały się w dużej blaszanej wannie żałując, że podobnie jak dzieci, głosu nie mają a bigos zalegał szufladę w zamrażarce. W całym domu czuć było zapach pieczonego pasztetu, ciasto drożdżowe na roladę makową rosło w ciepłym i zacisznym miejscu kuchni. Olena próbowała masę makową zastanawiając się czy jest wystarczająco dobrze przyprawiona.

–  Jeszcze tylko kompot zsuszonych owoców i wystarczy – powiedziała Barbara bacznie śledząca przygotowania.

Pod choinką położyła prezenty dla mieszkańców nadgarażowej garsoniery w postaci pieniędzy a dla zwierzątek, czyli piesków ich ulubione zabawki i smaczki.

Tego roku zima posypała śniegiem i ścisnęła lekkim mrozem co  jednych ucieszyło a innych wkurzyło, szczególnie tych, którzy musieli odśnieżać swoje posesje i chodnik przed nimi.

Pierwsza przyjechała Jadwiga, potem Anna z Ewą i Karolem. Położyli swoje prezenty pod choinką, Karol dodatkowo, oprócz ryby w galarecie,  zaprojektował i wydrukował  dla wszystkich eleganckie wizytówki. I nawet ubrał się odpowiednio do uroczystości, jedynie swoją niezależność okazując skarpetkami w koci deseń i tęczową apaszką zamiast krawata. Ale nikt nie miał mu tego za złe.

Psy na powitanie wszystkich obszczekały, do oblizywania nie dopuszczono.

Stół nakryto kremowym obrusem z haftem richelieu i dobranymi do niego serwetkami. Nie zapomniano o sianku i jednym miejscu dla zbłąkanego wędrowca. Przy każdym nakryciu na małym talerzyku leżał opłatek.

Barbara wzięła swój i podchodząc do każdego składała życzenia.  Potem  każdy  łamał się opłatkiem z pozostałymi.

W międzyczasie Ewa w smartfonie nastawiła wiązankę polskich kolęd.

Na początek Olena z Adamem podali barszcz z uszkami i usiedli razem ze wszystkimi. Następna była ryba smażona na maśle klarowanym, podlana winem i posypana orzechami włoskimi oraz sałatka jarzynowa z groszkiem, kukurydzą i czerwoną fasolą ale bez ziemniaków.

– Karol, jak się ma twój kot? – zapytała gospodyni.

– Dziękuję, pozdrawia cię – odrzekł zapytany między kęsami.

– O, jak miło z jego strony, pogłaskaj Felka ode mnie.

– Na pewno ucieszy się, że o nim pamiętasz – ciągnął fascynującą konwersację gość. Widzę, że masz dużego psa. Jak go nazwałaś?

– Fido, po łacinie to znaczy wierny. Wzięłam go ze schroniska. Pod tarasem ma ocieploną budę  ale uznałam, że w trakcie Wigilii zwierzęta też powinny być z nami.

– To dlaczego zabroniłaś mi przyjechać z kotem? – trochę z pretensją spytał Karol.

– Bo nie wiadomo jak psy zareagowałyby na Felka. Przejdźmy do ciast i kompotu oraz deseru owocowego – gospodyni zarządziła zmianę na stole.

– Ja pomogę – ofiarowała się Ewa wstając i puste naczynia zbierając.

W tej chwili usłyszeli dzwonek przy drzwiach wejściowych. Wszyscy spojrzeli na Barbarę która tylko wzruszyła ramionami.

Olena wstała z krzesła i ruszyła w stronę wejścia. Otworzyła drzwi i gwałtownie odskoczyła bo do holu wtoczyło się czterech zawianych mężczyzn  w mikołajowych czapkach na głowach głośno śpiewając:

Powrócimy wieeeerni  my szterej panceeeerni …

Zebrani zobaczyli Wieśka, Macieja, Arka i nieznajomego w stanie upojenia alkoholowego.

– Poszli stad won, bo zawołam policję – wykrzyknęła Barbara.

– Nie trzeba, bo ja jestem policjantem – radośnie oznajmił nieznajomy.

– To mój były mąż – szepnęła zawstydzona Jadwiga.

Panowie wtarabanili się do pokoju nie bacząc na słowa gospodyni, rozsiedli się na kanapie i fotelach oznajmiając:

– Barszczyku z uszkami, karpia z orzeszkami oraz bigosu z wódeczką żądamy – zakrzyknęli.

– Pani Oleno i  Ewo proszę ze mną do kuchni – powiedziała Barbara.

Tam zapytała:

– Czy zostało trochę barszczu?

– Oczywiście.

– To proszę go nalać do czterech kubków a ja dodam  środka usypiającego.

– I co, będą nam tu zalegać całą noc? – spytała Olena.

– A skąd! Przeniesiemy ich do aut, którymi przyjechali. Niech tam odeśpią.

– A nie zmarzną? – zatroskała się Ewa.

– No, jakaś kara być musi. Mam w garażu stare koce i narzuty to mogę je odżałować i ich okryć – gospodyni okazała dobrą wolę.

Olena nalała barszczu do kubków, panie zaniosły je do salonu i postawiły przed niespodziewanymi zabłąkanymi, nietrzeźwymi gośćmi.

Trochę wypili, trochę się oblali a potem pospali.

 Barbara zaś z domownikami i gośćmi wieczerzę spokojnie kontynuowała.

Dobra zmiana

O`Leary Beth – Zamiana, Wyd. 2, Wydawn, Albatros 2021

WSTĘP: „Wszyscy ludzie są stuknięci” – kot Dec

O autorce:

Beth O`Leary urodziła się w 1992 w Londynie. Jest absolwentką filologii anfielskiej. Po dyplomie pracowała w wydawnictwie dla dzieci. Pierwszą powieść napisała jeżdżąc podmiejskim pociągiem do pracy i wydała ją w 2019 roku. Ma psa. Mieszka w Hampshire (hrabstwo w południowej Anglii, nad kanałem La Manche).

Napisała powieści: Współlokatorzy; Zamiana,;W drogę

O książce:

Powieść zadedykowana jest obu babciom autorki. Opowiada o trzypokoleniowej rodzinie: babci Eileen Cotton, matce  Marian i córce/wnuczce Leenie.  Cieniem na ich życiu kładzie się śmierć Carli, siostry Leeny.

Pracoholizm wnuczki powoduje jej wypalenie zawodowe więc przełożeni wysyłają ją na przymusowy urlop. Wyjeżdża z Londynu na wieś do babci a ją namawia, aby spełniła swoje marzenie o życiu w mieście. Eileen ma 79 lat, jest niesłychanie energiczna, ma kota i została porzucona przez męża dla nauczycielki tańca.

Seniorka w nowej sytuacji czuje się jak ryba w wodzie – na portalu randkowym poznaje przystojnego aktora, zaprzyjaźnia się z sąsiadami, organizuje klub dla mieszkańców dzielnicy.

Wnuczce idzie jak po grudzie – a to w czasie spaceru ucieka jej cudzy pies co kończy się lądowaniem w błocie. A to denerwuje mieszkańców swoimi pomysłami. W dodatku partner ciągle odwołuje swoje wizyty. Na szczęście na wsi mieszka przystojny Jackson.

Narracja jest pierwszoosobowa, naprzemienna – raz opowiada babcia, a potem wnuczka.

W formie lekkiej, łatwej i trochę komediowej przemycone jest parę społecznych zjawisk jak związek dwóch pań, jedna z nich w ciąży ale autorka nie podaje w jaki sposób do niej doszło. Jest też przemoc domowa (bez szczegółów), rozpad związków i ojcostwo na odległość, trauma po śmieci córki, swatanie samotnej matki, zdrada, przyjaźń, miłość, męska niedojrzałość, kobieca zaradność.

No i dowiedziałam się przy okazji, z Internetu, co to są spodnie culote noszone przez Eileen.

Zakończenie niektórych wątków jest przewidywalne, parę spraw niewyjaśnionych ale czyta się z przyjemnością.

Upalne miasto 36

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Święta Bożego Narodzenia nie zawsze łączą rodzinę i pokolenia. Wszyscy bohaterowie tej opowieści niejednokrotnie się o tym przekonali.

Anna  postanowiła zaprosić na wieczerzę Ewę i Karola, którego zatrudniła do zakupienia ryby i jej usmażenia. Sama postanowiła upiec mały piernik, zrobić deser makowy (zmielony mak z miodem i bakaliami ozdobiony konfiturą) oraz owocowy (owoce południowe oraz śliwki, jabłka i gruszki polane miodem i posypane orzechami), ugotowała też kompot z suszu a Ewa zamówiła w garmażerce śledzie i sałatkę jarzynową. W prezencie dla babci załatwiła gruntowne sprzątanie jej mieszkania,  bon na wszystkie zabiegi w swoim salonie oraz książkę a dla Karola wybrane zabiegi. Sobie ofiarowała zakończenie kariery  call-girl.

Pracownice opowiedziały jak Maciej  zachował się w salonie więc gdy dzwonił do Ewy i nagrał prośbę o kontakt odpisała: powiedziano mi, że preferujesz kobiety z licznymi kolczykami oraz tatuażami a ja nie zamierzam tak się ozdabiać. Żegnam.

Odpowiedział kulturalnie nader: Tego kwiatu jest pół światu.

Ewa pomyślała, napisała i wysłała: Ludzie są jak książki. Niektórzy zmylą cię swoim wyglądem a inne zaskoczą treścią.

Po bardzo pracowitym dniu na uczelni i w salonie wstąpiła do  Anny  przynosząc zakupy i  aktualne opowiadanie swojej klientki.

            Świąteczny poranek

           (tekst zainspirowany  „Opowieścią wigilijną”  Dickensa)

Nastał dzień Wigilii. Józek wstał z łóżka pamiętającego XIX wiek, drapiąc się po siwych włosach klatki piersiowej. Ziewnął i człapiąc poszedł do łazienki. Z trudem oddal mocz. Stękając wziął szybki prysznic myjąc się małym, ostatnim kawałkiem mydła. Wytarł się tak zużytym ręcznikiem, że widać było pojedyncze nitki.  Golił się tylko raz w miesiącu. Przeszedł do pokoju gdzie włożył stare, bezbarwne po wielu praniach, wypchane spodnie dresowe. Górna część odzieży była sfilcowanym swetrem znalezionym obok śmietnika. Na stopy założył dwie różne skarpetki pamiętające słusznie miniony ustrój.

– Modny jestem i ekologiczny – pomyślał.

Podszedł do regału, wysunął szufladę i wyjął z niej gruby plik dwustuzłotowych banknotów. Położył je na stole podścielając stary koc. Włączył żelazko i po chwili zaczął prasować. Robił to bardzo powoli i dokładnie, z radością i miłością. Szacunku do pieniędzy nabrał w trakcie wieloletniej pracy w banku.  To był, od lat powtarzany, jego wigilijny rytuał.

Wyłączył żelazko a cieplutkie banknoty przytulił do siebie i stał tak przez dłuższą chwilę napawając się ich zapachem. Potem włożył je do starej papierowej torebki, owinął darmową gazetką reklamową i włożył w najdalszy kąt regału zastawiając pudełkami ze zbieranymi przez lata klamotami.

W kuchni nalał wody do czajnika będącego spadkiem po rodzicach wraz z całym mieszkaniem i jego wyposażeniem. Cieszył się, że nie musi niczego kupować oprócz żywności a i to robił z wielkim bólem serca.

Do wyszczerbionego kubka włożył, trzykrotnie już zaparzaną, herbatę ekspresową. Bardzo mu smakowała osładzana świadomością, że zwinął ją na jakimś wieczorze autorskim. Kiedyś przypadkiem odkrył, że wernisaże i spotkania z pisarzami  to świetna okazja do darmowego posiłku a nawet zabrania sobie części poczęstunku w postaci torebek herbaty, ciastek, owoców a nawet talerzyka lub sztućców. Najgorsze było to, że musiał tam przychodzić czysty i w miarę porządnie ubrany.

Od dawna już z nikim nie utrzymywał kontaktów oprócz swojego zmiennika na portierni. Ten jakoś dziwnie go unikał szybko wychodząc do domu. Wymieniali więc tylko „dzień dobry” lub „dobry wieczór”. Jeśli coś ważnego się zdarzyło zmiennik zostawiał notatkę. Józkowi to pasowało bo od zawsze nie lubił ludzi. Kojarzyli mu się tylko z wydawaniem pieniędzy a tego nie lubił najbardziej w świecie. Wlał do kubka wrzątek a z lodówki wyciągnął sałatkę zabraną z darmowej lodówki. Wiedział gdzie takie stoją i systematycznie je odwiedzał. W ostatnich dniach nasilił te praktyki postanowił bowiem mieć, pod względem kulinarnym, naprawdę udane święta. Nie zależało mu na dwunastu potrawach, ani na karpiu i makowcu. Tę tradycję, jak i wszystkie inne wymagające nakładów finansowych, uważał za głupotę.

Kilka lat temu znalazł obok śmietnika dość paskudną sztuczną choinkę i bombki. Każdej Wigilii kładł sobie pod drzewkiem w prezencie coraz większy plik dwustuzłotówek. Nic go tak nie cieszyło jak ich widok.

Po śniadaniu przebrał się w dość porządne choć leciwe dżinsy oraz granatową bluzę, włożył znoszone adidasy, zamknął drzwi mieszkania i opuścił budynek. W drodze do pracy przeszedł się po okolicznych podwórkach sprawdzając czy ktoś nie wyrzucił czegoś co może mu się przydać.

Dotarł na portiernię, wziął klucze od zmiennika i wpisał się do książki obecności. Jego obowiązkiem było sprawdzenie budynku, więc zamknął drzwi wejściowe i wsiadł do windy. Nacisnął guzik najwyższego piętra, drzwi się zamknęły i winda ruszyła. Po dłuższej chwili zgasło światło i dźwig stanął. Józek nacisnął guzik alarmu i usiadł na podłodze. Zamknął oczy i opał głowę o ścianę.

Drzwi windy bezszelestnie rozsunęły się i wszedł stary mężczyzna.

– Pamiętasz mnie? – zapytał.

– Nie, czego chcesz? – warknął Józef.

– Przypomnij sobie, szedłeś ulicą, ja dostałem zawału akurat obok ciebie. Nie zatrzymałeś się, nie pomogłeś, nie zadzwoniłeś po pogotowie. I umarłem.

– Nie jestem lekarzem, co mogłem zrobić? Odwal się z tymi pretensjami.

Ale mężczyzna zniknął jakby rozpłynął się w powietrzu.

Ochroniarz ocknął się na chwilę i zobaczył, że widzi ciemność a drzwi windy nadal są zamknięte. Zapalił zapałkę i ponownie nacisnął guzik alarmu. Płomień zapałki oparzył go w palce. Potrząsnął dłonią i zaklął.

Ponownie usiadł na podłodze i zamknął oczy. Do windy weszła kobieta.

– Ziutek, ty draniu! Widzę, że żyjesz i nieźle ci się powodzi – powiedziała. – Gdybyś nie pożałował pieniędzy na moje leczenie też bym żyła. Ale ty je tylko zbierasz i prasujesz, ty gnido!

– Trzeba było nie palić papierosów to byś nie dostała raka – wykrzyknął Józek.  Wara od moich pieniędzy – wrzasnął i obudził się.

Wstał, zapalił kolejną zapałkę i zaczął naciskać po kolei wszystkie guziki windy. Drgnęła i nagle poleciała w dół nie zatrzymując się na żadnym piętrze. Z instalacji poszły skry i pokazał się ogień.

– Pomocy, ratunku, pali się – wołał ochroniarz krztusząc się śmierdzącym dymem i waląc pięściami w drzwi.

Strażacy wezwani przez przechodnia ugasili ogień i znaleźli zwęglone zwłoki w kabinie windy.

– Zbierajcie się, wracamy do siebie. Kobiety przygotowały nam w jednostce wieczerzę wigilijną – powiedział po akcji dowódca ratowników.

Tu można przeczytać oryginalną wersję „Opowieści wigilijnej”, uprzedzam – ma 45,5 strony

Jhttp://lektury.kochamjp.pl/teksty_/opowiesc_wigilijna_tekst.pdf

Upalne miasto 35

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

W salonie fryzjersko – kosmetycznym „AnEw” trwała martwa godzina co oznacza, że nie było klientów. Grażyna w tym czasie dokładnie odkurzała sprzęty i zmieniała płyn odkażający w naczyniach a Iza myła lustra i szyby.

Widać ją było przez okno i czasem jakiś przechodzień zatrzymywał się aby obejrzeć dziewczynę. Bo jej włosy kolorami przypominały tęczę a z prawej strony były trochę wystrzyżone. Miała kolczyki w uszach, nosie i górnej wardze. Na rękach kolorowe tatuaże przedstawiające koty i napis „make love, not war”.

Właśnie skończyły pracę i zdążyły umyć ręce gdy wszedł Maciej. Skierował się w stronę Izy:

– Byłem umówiony na strzyżenie.

– Proszę siadać – fryzjerka założyła mu firmowy fartuch z logo salonu.

On przeglądał informacje w smartfonie, ona sprawnie wykonywała swoją pracę.

Maciej zapłacił i spytał:

– A pani ile bierze za spotkanie?

– Już pan przecież uregulował należność – zdziwiła się.

– Ale za takie osobiste poza salonem? – uściślił.

– Nie rozumiem.

– No bo jeszcze nie uprawiałem seksu z taką jak ty. Wytatuowaną i okolczykowaną – zadowolony z siebie dodał.

– Chyba pan żartuje.

– Nie żartuję. Wasza szefowa ogłasza się na erotyczne spotkania to pewnie i wy tak dorabiacie. Ta – tu skinął w stronę Grażyny, chyba nie ma już wzięcia, może tylko u ślepych i biednych ale ty się całkiem nadajesz choć wyglądasz jak dziwoląg.

– Po pierwsze nie jesteśmy na ty. Po drugie wypraszam sobie. Po trzecie nie ma pan takich pieniędzy za jakie zgodziłabym się z panem spotkać. Po trzecie mam nadzieję, że nigdy już tu pana nie zobaczę.

– Nie kryguj się mała, nie takie miałem w łóżku i były zadowolone.

– To proszę iść do nich. Żegnam – powiedziała Iza i poszła na zaplecze.

– O co jej chodzi? – zdziwiony Maciej spytał Grażynę.

– O kompletny brak dobrego wychowania, łagodnie mówiąc – odpowiedziała. Im szybciej pan wyjdzie tym lepiej.

Klient wzruszył ramionami i wychodząc mamrotał: Idiotka, nie docenia szczęścia jakie ją spotkało.

Grażyna weszła na zaplecze i zapytała Izę:

– Myślisz, że to prawda?

– Co?

– No, że Ewa dorabia jako – tu zawahała się – kurtyzana.

– Pojęcia nie mam i nic mnie to nie obchodzi. Może nawet napadać na banki, czy bankomaty – nie pochwalam ale to jej sprawa.

– Swoją drogą ten facet to wyjątkowy cham i prostak – podsumowała Grażyna.

– Z tego co wiem to on jest bardzo bogaty, był zaniedbany i nie sprawdzał się w łóżku, więc żona go rzuciła. Ewa mu doradziła, żeby o siebie zadbał, zrobił to i jak widać palma mu odbiła.

– Trzeba Ewie to opowiedzieć, żeby nie miała złudzeń. Bo, z tego co wiem, to zaczęli się prywatnie spotykać.

– Biedna Ewa, nie ma szczęścia do chłopów – zadzwonię do niej i poproszę, żeby przyszła – Iza wzięła telefon i wybrała z kontaktów numer Ewy.

– Przyjdzie po zajęciach na uczelni – poinformowała koleżankę.

Wiesiek z nadal zaczerwienionymi przez wysypkę uszami świetnie się czuł zarządzając kolejno powstającymi domami wczasowymi dla wybranych. Osobno postawiono budynek przeznaczony na  laboratorium specyfiku podnoszącego sprawność działaczy związkowych. Furda wysypka, można ją smarować przecież.

Przecięcie wstęgi nowego budynku odbyło się hucznie, w przenośni i dosłownie. W przenośni, bo beneficjenci składek naiwnych członków zasponsorowali poczęstunek. Alkohole lały się Niagarą, dziczyzna w różnorakiej (nawet żubrzej) postaci zalegała liczne stoły, upieczone prosięta z jabłkiem w ryjkach już nie kwiczały, ptactwo dzikie nie odfruwało, a pawie nie mogły popisywać się rozkładaniem ogonich  pióropuszów.

Nie brakło też (ale tylko dla najbardziej zaufanych) prezentów w postaci paczuszek ulubionego specyfiku. Mniej ważni otrzymali tylko pakiety z napisem „Maryśka” i podobizną Marii – narzeczonej szefa wszystkich szefów, zawierającymi dziesięć papierosów.

Dosłownie, bo zaproszenie działacze Związku Polowania strzelali na wiwat z kompletnym brakiem opanowania.

Każdy mężczyzna był z osobą towarzyszącą, obligatoryjnie kobietą niezależnie od preferencji. Żon nie zaproszono.

Bawiono się całą noc wymieniając się partnerami i partnerkami. Niekoniecznie tradycyjnie.

Kto nie wytrzymał tempa ten poszedł spać.

A nazajutrz znaleziono dwa trupy, cztery dziwnie okaleczone ciała, trójkąty twardo śpiące w pięciu pokojach i tylko  jeden facet spał z kotem.

Policję szybko spławiono łapówką finansową, immunitetem, groźbą karalną a nawet bonem na wczasy z dużą dawką niedopuszczonego do obrotu rynkowego specyfiku.

Zblatowany lekarz, który już dawno stracił uprawnienia,  u zmarłych orzekł zawał serca co poniekąd było prawdą.

Ekipa sprzątająca przez trzy dni doprowadzała wszystko do ładu.

Zwierzchnicy  tak bardzo byli z Wieśka zadowoleni, że  wyrazili to dużym przelewem na jego konto.

Minął tydzień i w gabinecie zasłużonego zebrało się grono jego najmądrzejszych doradców. Gdy sekretarka już wszystkim rozdała filiżanki i paczuszki z papieroskami a na stole postawiła termosy z kawą i herbatą oraz kartony z sokami tudzież kanapki z poucztową wędliną Wiesiek wstał.

– Mamy ustalić nazwę naszego wynalazku. Co proponujecie? – zagaił na początek.

– Może „Podnieta”?

– Zbyt oczywiste. Następne proszę.

– A „Twoja moc” – rzucił wieśkowy zastępca sięgając po kanapkę.

– Niezłe ale może coś innego.

– Albo tylko „Moc” – zaproponował terenowy działacz nalewając sobie kawy.

– Za krótko, no – koledzy ruszcie mózgami. Wiesiek nałożył sobie na talerz kilka  kanapek i zapalił wyjętego z paczuszki papierosa.

– Wy też zapalcie. Może wam to pomoże – zasugerował.

Obecni jedli, pili, palili i myśleli jak się wywinąć z  głupiej sytuacji.

– Każdy z was musi podać co najmniej jedną propozycję inaczej stąd nie wyjdzie – gospodarz postawił ich pod ścianą.

– Daj spokój, stary – wieśkowy kolega z wojska próbował ratować swoją skórę.

– Powiedziałem, każdy i koniec. Czekam.

– To może „Relaks” – zaproponowano.

– „Relaks i moc” – padło z ust zapchanych kanapką z której wyleciał plasterek wędliny polany majonezem.

– Nieźle, nieźle. Następny proszę.

– A ja bym sugerował „Wiesio-lek” na cześć naszego wspaniałego gospodarza. I kojarzy się z wiesiołkiem.

Gruby, spocony lizus przeczytał ze smartfona:

Wykorzystuje się go w leczeniu trądziku, nadwagi i niepłodności.

Wysoki poziom kwasów tłuszczowych zawartych w oleju z nasion wiesiołka sprawia, że jest chętnie stosowany jako środek podnoszący odporność – ma zapewniać ochronę przed chorobami płuc, oskrzeli, gardła i oczu.

 – Proszę spisać wszystkie propozycje – Wiesiek zwrócił się do sekretarki siedzącej w kącie. Będziemy głosować.

Głosowanie dało spodziewany wynik – wygrał „Wiesio-lek”.

Finlandzka rodzina

Nina Waha – Testament, Wydawn, Poznańskie 2022

WSTĘP: Jednej matki niejednakie dziatki 

O autorce: Nina Waha urodziła się  21 marca 1979 roku w Sztokholmie i tam wychowała. Jej ojciec pochodzi z Bułgarii, przyjechał stamtąd w latach 60-tych. Matka pochodzi z Doliny Torne (teraz przedzielona granicą szwedzko – finlandzką) dokąd autorka jeździła na wakacje do babci i spędzała je z kuzynami.

Jest pisarką, aktorką i piosenkarką. Zadebiutowała w 2007 roku powieścią „S som i system”, trzy lata później wydała następną.

Pomysł na „Testament” przyniosła choroba Alzheimera jej babci.

O książce:

„Testament” przenosi nas do Finlandii do Doliny Torne gdzie mieszka rodzina Toimich. Matka Siri, ojciec Pentti i dwanaścioro dzieci (byłoby czternaścioro ale dwoje zmarło). Większość dzieci to chłopcy, w rodzeństwie są tylko dwie dziewczynki.

Rodzina mieszka i pracuje na gospodarstwie, którego główną składową i przynoszącą dochód są krowy.

Siri mając piętnaście lat poznała żołnierza, („wojna gasi w człowieku wszystkie światła”) syna surowego pastora i wkrótce wyszła za niego za mąż. Pochodziła z biednej rodziny, często głodowała i uważała, że „Miłość to luksus na który mogą sobie pozwolić tylko bogaci”.

Ponurym cieniem nad rodziną kładzie się ojciec, rodzinny terrorysta, chętnie ganiący i wyśmiewający, akceptujący tylko jednego z synów. Ma swoją tajemnicę, której świadoma jest jego żona a potem jeden z chłopców.

Ojciec nie wiedział jak być człowiekiem, tego dzieci uczyły się od matki. Cenił pieniądze ponad ludzi.

Anna: „Mam dosyć życia w cieniu tego parszywego człowieka i jego demonów”. Nawet ściany ich domu były nasiąknięte strachem.

Dzieci jak tylko mogą uciekają z domu a w końcu, namówieni przez najstarszą siostrę skłaniają matkę, aby się rozwiodła i wyprowadziła z czwórką najmłodszych dzieci.

Chłód uczuciowy, brak akceptacji, traktowanie dzieci jak inwentarza powoduje w ich psychice  nieodwracalne straty i często pcha do złych czynów.

Każde z rodzeństwa jest inne, w tym dwójka Lgbt. Autorka dokładnie przybliża nam ich charaktery i postępki, rzadko pozytywne. Mamy w rodzinie piromanię, zoofilię, wyrachowanie, morderstwa na ludziach i zwierzętach, zazdrość, zawiść, gwałty, przemoc domową i pedofilię.

„…przeprowadzę cię przez mroczne czasy i przez jasne” – tych jasnych jest zdecydowanie mniej. Bo genu nie wydłubiesz.

Powieść ma różne płaszczyzny czasowe dzięki którym poznajemy historię życia zarówno rodziców jak i dzieci a także część dziejów pogranicza Finlandii i Rosji (Karelia).

To opowieść o wielkiej rodzinie ale przedstawiająca tak różne typy, że jest metaforą ludzkości w której jest więcej zła niż dobra.

To książka feministyczna, bo autorka oszczędza w opisie tylko kobiety – matkę Siri, która po latach bycia domową niewolnicą układa sobie życie z normalnym mężczyzną, Annę – żyjącą w wolnym związku, wprawdzie zamrożoną uczuciową ale związaną się z dobrym partnerem i Lahija – najmłodszą z nich, zdolną, chętnie się uczącą.

Uprzedzam, że nie jest to miła lektura, za dużo tam złych ludzi i ich uczynków, przemocy wobec ludzi i zwierząt. Ale polecam.

Upalne miasto 34

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*********************************** *********************

Nastały chłodne i pochmurne dni listopadowe. Annie coraz mniej chciało wychodzić się z domu. Starała się jednak znajdować do tego jakiś pretekst. Na przykład wyrzucenie posegregowanych śmieci. Czasem przy pojemnikach znajdowała przedmioty nadające się do bezpośredniego użytku jak talerze, sztućce czy książki. A innym razem odzież,  którą mogła przerobić.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia a przedtem dzień świętego Mikołaja. Seniorka postanowiła uszyć dla Ewy organizer ze znalezionych dżinsów. A wiedząc, że wnuczka  nie ma czasu na wyszukiwanie prezentów dla personelu kupiła kilka motków sznurka w sklepie „wszystko prawie za darmo” i zrobiła szydełkiem myjki do naczyń i do ciała, dla każdej pracownicy po dwie. Z papieru do pakowania świąteczno – mikołajowych prezentów zrobiła kilka torebek na te drobiazgi.

– Dam jej to na początku grudnia – pomyślała. I zasugeruję, że ucieszyłabym się z prezentu w postaci pakietu zabiegów w jej, a właściwie trochę naszym salonie. Bo to taka nasza coroczna świecka tradycja.

Podeszła do okna i zobaczyła Karola jadącego na nowym rowerze. Pomachał do niej jadąc w stronę osiedlowego marketu.

– Potrafi nie tylko dobrze wykonać mój przepis kulinarny ale i zrobić sensowne zakupy. Rozwija się chłopak. Muszę mu powiedzieć, aby ugotował bigos, bo zaczął się czas wystawiania go na balkon –  uśmiechnęła się do siebie.

Wysłała sms-a do sąsiada:

– Czas na bigos proszę kupić: 40 dkg kapusty kiszonej, jedną niedużą kapustę pekińską, pieprz ziołowy, 4 kiełbasy polskie surowe, 30 dkg boczku parzonego, smalec gęsi lub wieprzowy, suszone śliwki i suszone grzyby.

Po chwili dostała odpowiedź:

– A czy w mojej książce kucharskiej od pani jest przepis?

– Oczywiście, że jest.

– To kupię, coś jeszcze?

– Mak ale mielony, nie w puszce, bo ma dziwny posmak.

– Tak jest, szefowo – zażartował Karol esemesowo.

– Chyba dla niego też zrobię dwie myjki – pomyślała Anna odchodząc od okna.

Barbara bardzo była zadowolona z usług nowego rehabilitanta. Nie mieszkał u niej tak jak poprzednicy, bo bała się, że po domu będą się przechadzać chłopcy piękni lecz dla niej niedostępni.

Za namową Adama pojechała do schroniska dla zwierząt i wybrała dużego psa z przeznaczeniem do pilnowania domu w przytulnej budzie.

– „Lepszy pies przed domem niż złodziej z łomem” – ułożyła sobie hasełko.

W trakcie objazdu swoich włości, czyli sklepów wstąpiła też do tego, którym zarządzała Jadwiga.

– Wpraszam się na kawę, przywiozłam drożdżowe bułeczki – powiedziała od progu.

– Jaka miła niespodzianka – podlizując się trochę stwierdziła ekspedientka.

Jadwiga wyszła z zaplecza.

– U siebie mam lepszą kawę niż ta w sklepowym ekspresie, zapraszam.

Obie przeszły na zaplecze, dołączyła do nich krawcowa przeróbkowa, krewna Jadwigi.

– Dla pani też mamy bułeczkę, jak skończymy to panią zmienię – powiedziała kierowniczka do podwładnej.

Otworzyły się drzwi i weszła Ewa.

– Potrzebuję czegoś eleganckiego – powiedziała. Ależ tu pięknie pachnie kawą.

– Po zakupie można skorzystać z ekspresu. A jeśli wyda pani trzysta złotych to kawa lub herbata są za darmo – poinformowała obsługująca.

– Jak miło. To ja najpierw obejrzę co macie.

Przechodząc wzdłuż wieszaków zdjęła kilka sztuk odzieży i weszła do przymierzalni.

Wyszła po pół godzinie kładąc  wybrane na ladzie a pozostałe oddając ekspedientce.

– Za te dziękuję, biorę te dwie – powiedziała wskazując na ostrożnie położone.

Sprzedawczyni wystukała na kasie ceny z metki i podsumowała:

– Płaci pani sześćset dziewięćdziesiąt złotych. Czyli kawa lub herbata za darmo.

W tej chwili z zaplecza wyszły trzy, dokawione i posilone, kobiety.

– O, pani Ewa! – wykrzyknęły jednocześnie Barbara i Jadwiga.

– Mówiła pani kiedyś, u mnie w salonie, o swoim sklepie to postanowiłam zobaczyć jaką macie ofertę. O i pani Jadzia też tutaj?

– Tak, jestem tu kierowniczką.

– To gratuluję. I zapraszam panie do odwiedzin, bo wydaje mi się, że dawno nie korzystałyście z naszych usług. Kawą i herbatą też częstuję – dodała wręczając wizytówki salonu.

Zabrała zapakowane zakupy i wyszła.

Karol z zakupami nabigosowymi zadzwonił do drzwi Anny.

– Proszę sprawdzić czy wszystko dobrze kupiłem, bo jutro chcę gotować – poprosił.

Anna przejrzała produkty, pochwaliła i zaleciła:

– Tak jak poprzednio proszę bardzo dokładnie stosować się do przepisu.

Karol tylko kiwnął głową, zapakował zakupy i pojechał windą do siebie.

Pan Kot Felek zamiauczał na powitanie i podbiegł do miseczki.

– Co, pusta a ty jesteś najbardziej głodnym kotem na świecie?

– Miau! – usłyszał w odpowiedzi.

– No, dobra, masz tu jedzonko i nie przeszkadzaj, bo muszę poczytać jak się robi bigos.

Wziął segregator z przepisami, sprawdził spis treści i otworzył na podanej stronie.

B I G O S

SKŁADNIKI:

– kapusta pekińska – w dowolnej ilości

– kapusta kiszona – j.w.

– boczek wędzony – j.w.

– kiełbasa polska (lub inna tłusta) – j.w.

– tłuszcz – smalec wieprzowy lub gęsi, 2 -3 łyżki

– śliwki suszone  – garść

– grzyby suszone – garść

– pieprz, sól, kminek, jałowiec, liść bobkowy, ziele angielskie – lub zmielona tego mieszanka

– woda

– cebula gotowa prażona lub samemu usmażyć

WYKONANIE:

Kapustę pekińską poszatkować, kiszoną, jeśli zbyt kwaśna, opłukać ciepłą wodą. Boczek i kiełbasę pokroić w kostkę. Grzyby pokruszyć. Wszystkie składniki  dajemy do garnka i wlewamy wodę, do 3/4 zawartości. Gotujemy przez półtorej godziny od czasu do czasu mieszając. Można dodać wina. Najlepszy jest po pobycie zimą na balkonie lub w lodówce.

Nazwa „bigos na winie” pochodzi od tego, że bierzemy co się pod rękę nawinie ale można to brać dosłownie.

Empuzjon

Olga Tokarczuk – Empuzjon. Horror przyrodoleczniczy.  Wydawn. Literackie, Kraków 2022

WSTĘP: „…to co nie może być wyjaśnione, musi być zapomniane” Fernando Pessoa

O autorce:

Olga Tokarczuk urodziła się 29 stycznia w 1962 roku w Sulechowie. Studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i przez jakiś czas była psychoterapeutką w Wałbrzychu. Mieszka we Wrocławiu i ma dom w Krajanowie na Dolnym Śląsku. Jest pisarką, eseistką, scenarzystką.

Debiutowała opowiadaniami w czasopiśmie „Na Przełaj”. Pierwszą powieść „Podróż ludzi Księgi” wydała w 1993 roku, w 1995 „E.E”;  w 1996 „Prawiek i inne czasy”; w 1997 „Szafa”; w 1998 „Dom dzienny, dom nocny”; w 2004 „Ostatnie historie”; 2007 „Bieguni”; 2009 „Prowadź pług prze kości umarłych”; 2014 :Księgi Jakubowe”; 2022 „Empuzjon”.

Otrzymała wiele nagród a w 2019 Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok.

O książce:

Tokarczuk wyznała, że „pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem samemu sobie bajek. Tak jak to robią dzieci, zanim zasną. Posługują się przy tym językiem z pogranicza snu i jawy, opisują i zmyślają”.

Z pogranicza snu, jawy i horroru jest też „Empuzjon”. Empusa to widmo z otoczenia bogini Hekate przybierająca różne kształty – jako byk, muł, piękna kobieta czy pies. Miała jedną nogę ze spiżu a drugą z krowiego łajna. Żywiła się ludzkim mięsem a najbardziej lubiła krew mężczyzn, których najpierw w sobie rozkochiwała, a potem pożerała.

Głównym bohaterem powieści jest chory student Mieczysław Wojnicz, który we wrześniu 1913 roku przyjeżdża do niemieckiego górskiego uzdrowiska, teraz noszącego nazwę Sokołowsko. Powoli oswaja się z kuracjuszami, otoczeniem, zwyczajami i zabiegami. Oprócz poddawania się leczeniu główną rozrywką pacjentów jest gadanie. A o czym panowie chętnie rozprawiają? O sporcie i o seksie, czyli kobietach. Bohater poznaje poglądy różnych filozofów (wyliczonych na końcu książki) przekazane przez współkuracjuszy, którzy koniecznie chcą z nieśmiałego młodzieńca zrobić mężczyznę. Według tych poglądów „kobiety bez mężczyzny cierpią na histerię”; „zbliżenie dla kobiety jest koniecznym lekarstwem. Nawet gdy nie chce, należy ją leczyć w ten sposób”.

Wojnicz jest nadwrażliwy, ma kompleksy i skrywa pewną tajemnicę – czy przekonają go te poglądy, które traktują  kobiety jak przedmioty nieracjonalne, uległe i niesamodzielne, mające tylko sferę pożądania i macierzyństwa? Bohater słyszał od ojca,  że kobiety są zdradliwe i chwiejne, a stryj cytował „Baba, żaba, diabeł trzeci to rodzone dzieci”.

To czasy ogromnej mizoginii, która nawet dzisiaj ma się dobrze i służy politykom do wpływania na życie kobiet.

„Czy kobiety nie powinny też poprzebierać się w jakieś mundury i obaretkować w zależności od tego ile urodziły dzieci, ile ugotowały obiadów, ilu chorych pielęgnowały”.

Od lekarza Wojnicz usłyszał, że „Kształtuje nas nie to,  co w nas silne ale anomalia właśnie, to co słabe i nieakceptowane”.

Poznajemy też historię uzdrowiska w którym leczono choroby płucne i gardlane oraz sposoby leczenia gruźlicy. Pewną rolę w tym odgrywa nalewka Schwarmerei i proszek Dovera.

Autorka opisuje miejscowość (książka zawiera pocztówki, zdjęcia, znaczki i mapy z jej zbiorów) i budynki w których mieściły się sanatoria. W największym była biblioteka z czasopismami w języku niemieckim i tylko dwiema książkami po polsku. Bibliotekarzem jest tam bardzo młody Czech, który ostrzega bohatera przed starymi mężczyznami: „Każą robić rzeczy, które nie są dobre”.

W podtytule jest słowo „horror”, bo książka, oprócz antyfeministycznych poglądów, co dla wielu z nas  jest horrorem,  zawiera elementy metafizyczne oraz kryminalne. „Tutaj co roku ginie mężczyzna, czasem dwóch. Rozszarpani na kawałki w lesie”.

Narratorkami opowieści są tajemnicze postaci, z rzadka ujawniające swą obecność, podglądające kuracjuszy a potem ulatniające się przez komin. Polecam.

ps. po dodaniu tekstu zorientowałam się, że już został wcześniej umieszczony, skleroza nie boli, nie usuwam, bo może ktoś nie zdążył wcześniej przeczytać

Upalne miasto 33

Upalne miasto 33

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Nazajutrz Ewa wstąpiła wieczorem do babci – sąsiadki.

–  Wczoraj piliśmy herbatę a dzisiaj klientka przyniosła kolejne opowiadanie pod tytułem:

                          Skutki picia herbaty

Kobieta na łóżku przewraca się na drugi bok. Śni, że w piżamie przestraszona biegnie ulicą. Odbija się od chodnika i frunie nad nim.

Budzi ją hałas zrzuconej z półki książki. To znudzona kotka zaczęła poranne harce.

Popatrzyła na budzik – na szczęście nie była to czwarta rano. Przeciągnęła się i powoli podniosła odrzucając kołdrę. Ucieszone zwierzątko podbiegło domagając się pieszczot.

– Oj, Kotunia, czy ty nie mogłabyś spać tyle co ja? – zapytała retorycznie. Dobrze, już dobrze. Zaraz dostaniesz jedzonko. Wiem, że jesteś najważniejsza.

Odsunęła lniane cepeliowskie zasłony i podciągnęła roletę. Widok na garaże i śmietnik nie poprawił jej humoru. Gołąb na zewnętrznym parapecie tylko czekał, aby otworzyła okno ale na widok kotki zniechęcony odfrunął.

Ko i gołąb

przez szybę

patrzą na siebie

dwa wrogie światy.

Kobieta, nie zapominając o nakarmieniu kota i osobistej higienie, zaparzyła świeżą herbatę w czajniczku z sitkiem. Na dno pokruszyła kandyzowany imbir i dopiero na to wsypała mieszankę liściastych herbat. Odstawiła z palnika czajnik z gotująca się wodą, aby po dłuższej chwili wlać ją do czajniczka. Kromkę grahama posmarowała upieczonym przez siebie wczoraj drobiowym pasztetem. Obok chleba położyła na talerzyku porcję sałatki złożonej z cykorii, papryki, kiszonego ogórka i jabłka. Usiadła przy stoliku i oglądając kolejny odcinek serialu „Co ludzie powiedzą” powoli zjadła wszystko. W kuchni wlała do kubka mocną esencję i zalała ją gorącą wodą.  Wypiła ją wolno, delektując się smakiem herbaty i imbiru.

Odniosła kubek i  zapakowała książkę do, własnoręcznie uszytej z nogawki spodni, torby. Ostatnio, gdzie tylko mogła, stosowała recykling.

Zabierając woreczki z posegregowanymi śmieciami wyszła z mieszkania i powoli zeszła z czwartego piętra.

Na parterze otworzyła drzwi prowadzące na podwórko i ze zdumieniem stwierdziła, że jest w zupełnie obcym miejscu. Niby podwórko ale kompletnie jej nieznane. Na ścianach budynków kolorowe murale ciągnęły się opowiadając dziwną historię.

Kobieta nadal trzymając w ręce woreczki z odpadkami przeszła wokół ścian zapoznając się z obrazami, które niby realistyczne przedstawiały jednak inny świat.

Koty i psy ze skrzydłami niby aniołowie fruwały nad łąkami i polami pełnymi dojrzewającego zboża.

Przy polnej drodze kapliczka z Chrystusem frasobliwym pełna glinianych garnków z chabrami, makami, stokrotkami  i nawłocią. 

Weszła na polną drogę a z niej w dróżkę prowadzącą przez złoto kwitnącego rzepaku. Słońce, łagodnie, całą okolicę szczodrze oblało  ciepłym światłem.

– No, pięknie – pomyślała kobieta. Chyba  jeszcze się nie obudziłam. I co mam zrobić z tymi śmieciami? Przecież ich tu nie wyrzucę.

W tej chwili podleciał do niej duży kot, wylądował na ziemi, miauknął, wyciągnął łapę i zabrał woreczki. Włożył do torby jaką miał przypiętą do boku i odfrunął bezszelestnie.

– No nie, to na pewno mi się śni – powiedziała kobieta. Uszczypnęła się ale sen – jawa trwały.

Szła więc przed siebie aż dotarła do strumyka i mocno bijącego źródełka. Usiadła na trawie. Za chwilę zobaczyła kilka zielonych skaczących żabek. Z zapałem oddawały  się  tylko im znanej zabawie. Może grały w zielonego berka.

Kobieta sięgnęła dłonią do źródełka i napiła się wody. Na drzewie za nią wylądował kot sprzątacz i nieznany piesek. Siedzące tam wróble nie zerwały się przestraszone tylko spokojnie odpoczywały.

– Chyba znalazłam się w jakiejś utopii – pomyślała kobieta. Takie sny to ja lubię. Usłyszała dźwięk przelatującego samolotu.

– To jest tu jednak trochę cywilizacji – zauważyła. Pogłaskała kota, wstała otrzepując się i zastanawiając co dalej.

Odwróciła się i zobaczyła swoje podwórko. Woreczki ze śmieciami nadal trzymała w ręce.

– Przecież przed wyjściem wypiłam tylko herbatę z kandyzowanym imbirem – zdziwiła się.

KONIEC

No to muszę  uważać z tym herbatopiciem – stwierdziła Anna po przeczytaniu, spojrzała w okno i o mało nie spadła z krzesła. Bo za oknem zobaczyła długą zieloną szyję jakiegoś stwora.

– Wiem, że jest ocieplenie klimatu ale do tego stopnia, że wróciły dinozaury? – zadała sobie podchwytliwe pytanie. Gdy już doszła do siebie podeszła do okna i zobaczyła, że to dźwig budowlany a na nim robotnicy naprawiający dach.

– Ja to mam przyrodnicze przygody: przeganianie gołębi buszujących nie w zbożu a w śmietnikowych pojemnikach lub próbujących się dostać do mieszkania przez otwarte okno, a to śródnocna walka z nietoperzem, a teraz dinozaur. Lubię przyrodę ale taką raczej nienachlaną – bez nieproszonych gołębi, bzyczących much, kąsających komarów i nocnych gackowych odwiedzin. Nachalny to może być tylko kot.

I przypomniała sobie rymowankę znajomej bibliotekarki:

Życie Misi

Misia to ma klawe życie,

Jak ten cysorz  co to wicie.

Nie sieje ona, ani nie orze,

a miska pełna o każdej porze.

Piasek w kuwecie pachnie,

a ona nosem kręci:

„Ach nie! To mnie nie nęci!

proszę fiołki, nie lawendę.

Wtedy grzeczna będę.