Upalne miasto 64

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Czasem  w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Nowa bateria w łazience wpasowała się bez problemu. Ale złośliwy diabeł nie odpuścił. Bo przy myciu głowy okazało się, że kran jest dłuższy niż poprzedni co zaskutkowało bolesnym stuknięciem w tył czaszki osoby  pożądającej czystych włosów. Zachciało się luksusu.

– Trzeba będzie używać tylko fajki prysznica – pomyślała Anna masując poszkodowaną część jednocześnie wycierając bardzo krótkie włosy.

A następnego dnia gdy po zakupach weszła do łazienki usłyszała dziwne stukanie. Po doświadczeniach z nocną wizytą nietoperza spodziewała się następnego zabłąkanego stwora. Rozglądała się więc wokół, a przestrzeń ma malutką więc długo to nie trwało. I okazało się, że krople padają z wysokości na pralkę. A na tej wyżynie jest rura prowadząca od kaloryfera. Kiedyś ciągnęła się pod sufitem aż do mieszkania, czyli pokoju, sąsiadki. Taka peerelowska myśl techniczna. Po latach rurę obcięto i pozostał kikut a na nim zaworek z czerwonym pokrętłem, takim jakie są przy wodomierzach. Dlatego seniorka, po opanowaniu stresu pod tytułem: zaleję sobie i sąsiadom łazienkę,  dokonując sporego wysiłku myślowego doszła do wniosku, że może wystarczy przekręcić ten czerwony element.

– Tylko kto go odkręcił? Wiadomo, diabeł stróż – zapytała i od razu odpowiedziała sobie Anna.

Co pomyślała to zrobiła i przestało kapać. Ale należało jeszcze wytrzeć podłogę za pralką co wymagało jej przesuwania, a lekka nie jest. Dokonała kilku czynności fizyczno – ekwilibrystycznych połączonych z sapaniem i przeklinaniem oraz szmatami wycieraniem.

Natomiast dwa spotkania – zdrowotne i towarzyskie upewniło ją, że powiedzenie „z rodziną to najlepiej wychodzi się na fotografii” jest bardzo sensowne.

Zdjęcia grzebieniowej kolekcji zawisły w oknie i na ścianach salonu fryzjersko – kosmetycznego „AnEw”. Zrobione zostały w taki sposób, że wyglądały jak dzieła sztuki a nie akcesoria codziennego użytku. Klienci bardzo byli zdziwieni, że to tylko grzebienie i podziwiali nie tylko obiekty ale i sztukę fotograficzną,

Podziwiała je także Dalila, która powołując się na Annę umówiła się na wizytę u fryzjera.  W trakcie zabiegu przeczytała dowcip z internetu:

– Tam na górze nie wiedzą co zrobić z ludzkością – utopić czy usmażyć? Jak na razie to u nas smażą – dodała.

Była zadowolona z usługi więc pozwoliła sobie też na kolejną rozpustę w postaci zarezerwowania terminu u kosmetyczki.

Anna pojechała do galerii handlowej, aby  w punkcie pocztowym nadać list polecony, bo  tam chłodno. I  położyć na regale bookcrosingowym  dwie książki.

Dążąc do schodów ruchomych zainteresowała się informacją na plakacie. Oparła łokieć  o balustradę i zaczęła pisać smsm-a. Nagle usłyszała:

– A  pani co tu robi?

Podniosła głowę i zobaczyła bardzo starą kobietę z plamami wątrobowymi na pomarszczonej twarzy i dekolcie. Spojrzała uważniej i wykrzyknęła: ELKA! Tak, to była jej koleżanka z pierwszej pracy, młodsza o rok. Wtedy była piękna – wysoka, z wijącymi się włosami, zdrowymi zębami. Mieszkała z rodziną blisko uczelni na której pracowały. A teraz seniorka doznała szoku, bo cała szczęka czasu bardzo się napracowała, aby dokładnie zniszczyć jej wygląd. Koleżanka opowiedziała, że na początku roku potknęła się, upadła i uderzyła w głowę. Nic nie pamięta z tego zdarzenia. W trakcie rozmowy okazało się, że stale ma zaniki pamięci. A, co dla Anny, dziwne, nie bierze żadnych leków, bo jej niczego nie zapisano. Najlepsze jednak było na końcu rozmowy,  koleżanka powiedziała:

– Nie narzekam.

Seniorka wracając i w domu nie mogła się otrząsnąć z wrażenia.

– Jaki czas jest dla nas okrutny – pomyślała. Przypomniała sobie, że Ela  miała dwie siostry – wszystkim trzem jakoś życie nie za dobrze się ułożyło choć w młodości wszystko wskazywało, że  odniosą sukces w każdej dziedzinie.

Nazajutrz dowiedziała się, że nie wiadomo co się dzieje ze znajomą, jej mężem i niepełnosprawną dorosłą córką. Mimo energicznego dobijania się do mieszkania nikt nie otwiera. Rodzina zgłosiła fakt na policję. Jedyna nadzieja, że są w drugim mieszkaniu. Ale czy ktoś zna ten adres?

Fatalna passa wokół mnie – pomyślała.

Pociesza ją zapach  czterech dużych pęczków lawendy, które kupiła od znajomej z Internetu, też wykonującej karty ATC. Rozwiesiła trzy w kuchni ale ciągle je potrącała a rośliny obsypywały się chętnie i namiętnie. Ciągłe zamiatanie znudziło seniorkę, więc wpadła na genialny pomysł, aby włożyć je w woreczki uszyte z firanek, czyli takie przez które będzie dochodzić powietrze a rozchodzić się zapach. Jak pomyślała tak zrobiła i bardzo zadowolona z tego była.

Na  sobotę miała zaplanowane uczestnictwo w warsztatach rękodzielniczych. Dojazd był tylko jednym autobusem, tego dnia jeżdżącym co pół godziny. Sprawdziła w Internecie kiedy powinna wyjść z domu, wzięła posegregowane śmieci i po zamknięciu drzwi zeszła na podwórko. Gołębie już na smaczne kąski czekały ale się nie doczekały. Anna powoli wrzuciła worki do odpowiednich pojemników i poszła na przystanek. Po drodze spojrzała na zegarek i ze zgrozą zauważyła, że nie zdąży. Z daleka widziała, że pojazd stoi na światłach przed skręceniem w lewo do przystanku. Zaczęła biec ale po chwili przestała.

– Nie te lata, nie te oczy – stwierdziła i nie zdążyła.

Szare komórki jeszcze jej nie wyfrunęły z głowy więc zaczęła kombinować jak wykorzystać komunikacyjne połączenia.

– Może tramwaj w pobliże kolejnego autobusowego postoju? Ale ile będę musiała czekać?

Postanowiła wstąpić na lody do kultowej lodziarni ale wygoniła ją zbyt duża ilość osób chętnych lizania  i się tą słodyczą delektowania.

Przeszła więc ulicą mijając barbera, piekarnię i aptekę. Wstąpiła do lumpexu z nadzieją na podomkę. Nie udało się. Ale uświadomiła sobie, że niedaleko jest przystanek i pożądanego autobusu, i tramwaju z nowopowstałej linii. Przeszła i wyczytała, że będzie on szybciej o dziesięć minut.

– Dobra nasza – wsiadam – postanowiła tak zrobiła i zdążyła.

W recepcji opłatę uiściła, bilet i stempelek na rękę otrzymała oraz torbę , dużego formatu, z kartami do scapbookingu.

Gdy usłyszała:

– Jeszcze się pani załapała na torbę  –  odpowiedziała:

– Ale autobus mi uciekł to chociaż to się udało.

Tylko  już siedząc w sali zajęciowej okazało się, że przy przekładaniu rzeczy do innej torby zapomniała o butelce z wodą.

– No, żeby cię pokręciło – rzuciła w stronę diabla – stróża.

Z kilkoma paniami powymieniała się kartami ATC i zaczęła wykonywać polecenia prowadzącej zajęcia.

– Chyba muszę nabyć nagrzewnicę i szpachelkę – stwierdziła.

Na zajęciach było dwoje dzieci. Młodsze szybko się zmęczyło i, co niedziwne,  marudziło. Drugim był chłopiec może dziesięcioletni, bardzo zaangażowany w pracę i kontaktowy. Czy to zajęcie będzie jego życiową pasją?

Upalne miasto 63

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu, w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Anna poszła do sklepu spożywczego, aby kupić składniki na obiecane ciasto. Przy okazji nabyła też suche wafle lub zrobić przekładaniec: warstwy herbatników (mogą być „bonitki” choć po nich nie chudnie się do nitki), polane kawą, posmarowane na przemian kajmakiem i mało słodkim dżemem.

Po samoobsłużeniu się w kasie weszła w bramkę, która zawyła. Na szczęście podeszła pracownica a nie ochroniarz, bo wyobraźnia seniorki zaraz podsunęłaby piękny video – obraz: facet wzywa policję, ta rzuca ją na glebę sklepu, skuwa bez sprawdzenia za co nie zapłaciła i czy na pewno. Wiozą ją na „dołek”, siedzi tam i przypomina się jej stan wojenny, zabranie z domu przez trzech uboli, wielogodzinne przesłuchania, zlądowanie na „dołku”. Każdy ma takie skojarzenia na jakie go stać.

Pracownica wzięła paragon i zaglądając do dwu toreb sprawdzała. Potem poleciła stanąć w bramce z jedną torbą, a potem z drugą. Wycia nie było. Po prostu diabeł nacisnął alarm ogonem i radośnie rechotał aż echo szło po całej galerii handlowej.

– A żeby cię pokręciło w każdej komórce ciała – podejrzana, ale nie skazana pomyślała w duchu.

Historyczka sztuki imieniem Magda przyszła do salonu Ewy, za darmo skorzystała z pełnej oferty fryzjersko – kosmetycznej a potem dokładnie rozejrzała się po lokalu.

– Nie widzę tu możliwości wyeksponowania kolekcji Marka w postaci oryginalnych eksponatów. Ale można zrobić grzebieniom fajne zdjęcia i w ten sposób je zaprezentować w oknach i na ścianach, co pani o tym myśli?

– Sądzę, że to jest bardzo dobra koncepcja. A co na to właściciel zbioru?

– Zapytam ale powinien być zadowolony, że nikogo nie będzie kusić, aby coś sobie przywłaszczyć.

– Tylko jest problem kto zrobi dobre zdjęcia.

– A to już ja załatwię we własnym zakresie, bo umiem. Do pani lub Marka będzie należeć ich wydrukowanie i ewentualne oprawienie. Musicie się w tej sprawie osobiście dogadać – powiedziała Magda.

Święto 15 sierpnia Anna uczciła dając dobrą radę sąsiadce. Uchylając drzwi zauważyła ją i jej grubego czarnego kota na schodach. Zapytała czy uciekł. Nie, tylko na klatce chłodniej niż w domu. Więc poradziła położenie mokrej dużej szmaty na podłodze w celu ochłodzenia pomieszczenia.

Całe zaproszone przez Barbarę towarzystwo zastanawiało się czy wyruszyć z domu, bo żar się z nieba lał i sił oraz chęci do życia pozbawiał. W dodatku kran w łazience ledwie ciurkał z obu stron – ciepłej i zimnej tylko prysznic dawał radę.

– Oczywiście musiało się to stać w dzień świąteczny, wrr. Pewnie wnętrze zarosło kamieniem.

Poszukała rady w Internecie ale mądrego na to nie było.

– Chyba trzeba by było rozkręcić ale trzeba mieć klucz „żabkę” i wcisnąć kawałki szmaty namoczonej octem albo baterię wymienić na nową – nieszczęścia, duże i małe, chodzą parami – mamrotała pod nosem wkurzona Anna.

Poskarżyła się wnuczce stwierdzając, że odechciało się jej barbarowego przyjęcia.

– Pojedziemy moim autem, ma klimatyzację, jakoś wytrzymamy – powiedziała babci Ewa wachlując się papierowym niewymyślnym sprzętem. Ciekawa jestem czy Karol też został zaproszony.

– Został, twarda Barbara ma do niego słabość – stwierdziła seniorka. W nocy upiekłam ciasto, on miał zrobić sałatkę owocową. Ale grilla chyba nie rozpalą?  Za gorąco.

– Podejrzewam, że wszystko będzie na zimno – przypuściła wnuczka.

– Zimny bufet, zimne przyjęcie. Przydałyby się duże bryły lodu jako dekoracja ale skąd je brać?

– Najlepiej jakby były rzeźbione – w koty, psy…

– Kaczki, kury gęsi …

– Konie, krowy, owce…

– Takie lodowe gospodarstwo wiejskie – podsumowała Anna. W takim upale długo by nie wytrzymały. Ale można oszukać i postawić styropianowe malując tak, aby sprawiały wrażenie lodowych.

– I duże miski z wielosmakowymi lodami poproszę.

– Styropianowe czy prawdziwe? – dopytała babcia.

– W terenie styropian, na stole prawdziwe.

– A gdyby tak zbudować pomieszczenie w kształcie wnętrza lodówki? – rzuciła pomysłem Anna.

– I co, każdy będzie tam siedział na innej półce? – zaśmiała się wnuczka.

– Masz rację, chybiony pomysł – to może pomieszczenie naśladujące  igloo?

– To Barbara musiałaby mieć czarodziejską różdżkę, bo to przyjęcie jest już dzisiaj.

– E, tak sobie tylko gadam. Wpływ upału ani chybi i ten skamieniały kran w łazience. Potrzeba nam dużo wieloletnich drzew, aby chroniły nas przed żarem.

          LATO

Drzewo z rozłożystą koroną

zachęca: obejmij mnie

a ochronię cię przed upałem

i zabiorę stres.

Znajomy o zdolnościach złotorączkowych obiecał pomóc Annie w borykaniu się z fanaberyjną łazienkową baterią. Uprzedził, że będzie około ósmej rano co dla seniorki, wstającej codziennie o dziewiątej, było niezłym wyzwaniem. Tym bardziej, że w nocy były dwie burze, które ją rozbudziły i spać nie pozwoliły. Ale ambitnie wstała, umyła się, a nawet ubrała i śniadanie przygotowała. Włączony telewizor w pewnym momencie odmówił współpracy wmawiając, że nie ma połączenia z ruterem. Natomiast telefoniczna linia informacyjna wyjaśniła, że to awaria sieci.

– Trochę popadało i awaria. To ci bolszaja tiochnika – zakpiła Anna.

Następny telefon przesunął kranową wizytę o godzinę lub dwie.

– A mogłam pospać – użaliła się nad sobą seniorka.

Będąc laikiem podejrzewała, że bateria zarosła kamieniem, bynajmniej nie drogocennym. Po rozkręceniu okazało się, że to plastikowa część się zużyła i współpracy odmówiła.

– Nie będziemy się bawić w łatanie, jedziemy po nowej nabywanie – zdecydowała Anna.

Na szczęście sklep z armaturą, od wielu lat, był w tym samym miejscu gdzie kiedyś kupowała wodomierze.

Sprzedawca zadał podchwytliwie pytanie:

– Chce pani tanią, dobrą czy bardzo dobrą?

– Zależy ile kosztują.

W toku rozmowy okazało się, że baterie mają różne parametry i kombinacje. Zdecydowała, że te ostanie ją nie interesują i ma być dobra bez kombinacji. Za co musiała nieźle zapłacić. Dowiedziała się, że gwarancja jest pięcioletnia a w razie czego trzeba zadzwonić do Krakowa a fachowiec przybędzie w ciągu 48 godzin.

– To jest prawda czy miejska legenda? – dopytywała seniorka.

– Prawda, bo fachowiec jest na miejscu – usłyszała.

– Ty wybierasz a ja płacę – powiedziała do złotorękiego fachowca.

– Tak powinno być, dobrze sobie pan kobitę wychował – zażartował (ale czy na pewno?) sprzedawca.

Upalne miasto 62

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu, w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Anna znalazła  w Internecie anegdoty o Wisławie Szymborskiej, zapisała je w Wordzie i rozesłała znajomym.

  1. Dzwonimy tylko po 10:00

Nieco ekscentryczna, żeby nie powiedzieć dziwaczka – z pewnością wiele osób właśnie w ten sposób postrzegało naszą noblistkę, która wbrew normom przypisywanym kobietom w jej wieku, miała swój sposób bycia, nie rozstawała się z papierosem i twardo stała przy własnym zdaniu. Przy wszystkich swoich oryginalnych zachowaniach, trzymała się pewnych zasad, które nie podlegały dyskusjom. Uważała na przykład, że nie wypada do nikogo dzwonić przed dziesiątą rano.

2. Listobicie do pudełek po pampersach

Po przyznaniu Szymborskiej Nagrody Nobla, w jej życiu rozpoczęło się swego rodzaju gradobicie. Zamiast bryłkami lodu obrywała jednak listami. Michał Rusinek, sekretarz noblistki, nabył nawet z tej okazji kolorowe teczki, które służyły do segregowania korespondencji. Szybko jednak okazało się, że tony spływających na Chocimską listów, nie są w stanie się w nich pomieścić. Potrzebna była broń większego kalibru, czyli pudła.

Pojawiło się więc w mieszkaniu noblistki kilka pudełek po pampersach, które zajęły sporo miejsca w przyciasnym mieszkanku. Oprócz teczek z napisami „oficjalne” (nazwane przez Szymborską „oficjałkami”), były też listy od wydawnictw, różności, a także jedna z napisem „świry”. Potrzeba przygotowania takiej teczki pojawiła się bardzo szybko po przyznaniu Nobla. Chociaż Szymborska znana była z tego, że na każdy list odpisuje, nadsyłane tony tak ją przygniotły, że postanowiła zrezygnować z tego kulturalnego zwyczaju. Przykładowy list od „świra” brzmiał tak:

„Szanowna Pani! Wyzywam Panią na Turniej Poetycki, po równo: Pani 1 godz. i ja 1 godz., publiczny w Krakowie. Od Pani zależy wybór adresu (miejsca) i czasu oraz aranżacja imprezy”.

Inny list skrywa pytanie: „Dlaczego dostała Pani Nobla?” Nie pofatygowała się, żeby odpowiedzieć, jednak przyznała swojemu sekretarzowi, jak bardzo kusiło ją żeby odpisać w równie lakonicznej formie „Bo najwyraźniej Szwedzi są dziwni”.

3. Pierwsze i ostatnie przekleństwo

Uroczystość wręczenia nagrody Nobla wiązała się dla Szymborskiej z zakwaterowaniem wraz z grupą zaproszonych gości w Grand Hotelu. Apartament „noblowski”, w którym zawsze mieszka osoba przyjmująca wyróżnienie w dziedzinie literatury, znajduje się na najwyższym piętrze hotelu, a wjechać na nie można tylko za pomocą karty. Niewielkich rozmiarów wejściówka cały czas gubiła się Szymborskiej w torebce. Pewnego razu, kiedy złośliwa karta nie mogła się odnaleźć, z ust noblistki wyrwało się przekleństwo, podobno pierwszy raz zasłyszane przez jej sekretarza. A była to pełna irytacji i wściekłości fraza „ta zasrana elektronika”.

4. Żółty przybysz z Chin

Z wręczeniem Nobla i pobytem w Grand Hotelu wiąże się też inna, dość zabawna anegdota. Otóż, noblowski apartament nie był wyposażony w tak banalną rzecz jak czajnik. Szymborska lubiła popijać herbatę w środku nocy, ale o takiej porze nie chciała zawracać obsłudze głowy i rezygnowała z zamawiania napoju. Na szczęście miała ze sobą termos. Żółty, poprzecinany czarną kratką, jakby wprost z chińskiego bazaru. I tylko delikatna rdza zdradzała, że musiał odbyć z noblistką nie jedną już podróż. Zapobiegliwa Szymborska brała taki skarb na kolację, po której prosiła kelnera o napełnienie termosu wodą. Podobno jego mina, na widok tak osobliwego przedmiotu w eleganckiej restauracji, wyrażała więcej niż tysiąc słów.

5. Królewskie dymki

Członków przyjęć noblowskich obowiązują wyjątkowe zasady, swego rodzaju savoir-vivre. Jeden z niepisanych przepisów mówi, że goście nie mogą zrobić nic, czego wcześniej nie zrobiłby król. Nie mogą na przykład sięgnąć po wino przed wzniesieniem monarszego toastu, ani zapalić przed nim papierosa. Podobno w Szwecji każdy wie o tym, że król pali, jednak mówienie o tym publicznie nie jest dobrym zwyczajem. Tymczasem, następnego dnia po przyjęciu, w niektórych gazetach pojawia się zdjęcie naszej literatki z papierosem w ręku. Nietrudno było się więc domyślić, że i król puszcza dymki.

6. Król i polowanie

Podczas przyjęcia noblowskiego Szymborska miała okazję porozmawiać z królem. Podobno opowiedziała mu jeden ze swoich ulubionych dowcipów – o Szkocie, „który wybrał się w podróż poślubną bez żony, bo ożenił się z wdową, a ona w podróży poślubnej już była.”* Zapytała go też, czy cieszy się, że jest w tym miejscu, czy wolałby może być w lesie na polowaniu. Monarcha spuścił głowę i przyznał, że wybrałby to drugie. Wyznanie zdobyło jej serce.

7. Samotność vs osamotnienie

Szymborska nie obchodziła Wigilii, a „wilię”, jak zawsze mówiła. Święta spędzała zawsze ze swoją siostrą Nawoją. Po jej śmierci – zarówno Boże Narodzenie, jak i sylwestra spędzała sama. Noblistka stawiała wyraźną granicę pomiędzy samotnością, a osamotnieniem. Mawiała, że samotność każdy może wybrać, tak jak i ona. Osamotnienie nie do końca jest od nas zależne i mamy z nim do czynienia wtedy, kiedy brakuje nam bliskich przyjaciół. Ona nie zna tego stanu i to ją bardzo cieszy.

8. Przyjęcia dla wybranych

Szymborska lubi się bawić, ale tylko w wyselekcjonowanym przez siebie gronie i w samodzielnie zaplanowany sposób. Dwa razy w roku organizuje przyjęcia, w których biorą udział bliscy znajomi i dalsi z potencjałem stania się bliskimi. Pierwszą okazją do imprezy jest rocznica śmierci jej męża Włodka, drugą – rocznica śmierci Kornela Filipowicza, przyjaciela, z którym nigdy nie zamieszkała. Po wizycie na cmentarzu cała grupa spotyka się na obiedzie w jej mieszkaniu. Jeśli zabraknie dla kogoś krzesła w jej malutkim salonie, może spocząć na specjalnie przedłużonych półkach do siedzenia (przy regałach z książkami).

9. Ekskluzywne dania w nowoczesnym wydaniu

Jakie dania królują na przyjęciach u Szymborskiej? Kawior, owoce morza, a może polędwiczki? Nic bardziej mylnego! Literatka, ze swoim upodobaniem do kurczaków z KFC, najchętniej sięga po pizzę. Zamówione kartony ze smakowitym wnętrzem stawia na stole i w wprawą odcina nożyczkami wierzchnią tekturę. Dla jej bliskim znajomych upodobania smakowe noblistki nie są żadnym zaskoczeniem, jednak spojrzenia gości, którzy pierwszy raz mają okazję zjeść kolację w takim towarzystwie, są podobno bezcenne.

10. Patchworkowe rybki

„Czy szmata do podłogi musi mieć kolor szmaty?” – pyta samą siebie Szymborska. Naturalnie, że nie. Kupuje kolorowe, zszyte z różnych kawałków materiałów szmatki w kształcie rybek i podsuwa je gościom. W swoim mieszkaniu nie pozwala nikomu zdejmować butów więc kolorowe rybki stają się niezwykle przydatne, kiedy śnieg i brunatna breja pokrywają krakowskie chodniki.

Seniorka tekst znajomym rozesłała i zaproponowała spotkanie na którym będą układać lepieje.

Pierwsza odezwała się Jadwiga proponując swój dom, taras i ogród.

– Dawno się nie spotykaliśmy – powiedziała.

– Już się cieszę na niespodzianki u pani. A to czterej pancerni, a to zając na tarasie, a to Marek – kolekcjoner grzebieni z byłą gosposią.

– Proszę nie zapominać o dwóch złodziejach, tak zdolnych jak Gang Olsena.

– Gang był czteroosobowy a do pani przyszło tylko dwóch  – stwierdziła Anna.

– No właśnie, chyba powinnam czuć się pokrzywdzona – zażartowała Barbara.

– Bo u nas wszystkiego jest mniej – odżartowała seniorka.

– Szczególnie rozumu u tych na górze – dodała pani B.

– To kiedy to spotkanie pani proponuje?

– We wtorek piętnastego sierpnia. Zadzwonię do gości.

– To ja upiekę coś dobrego. Mam świetny przepis na szybkie ciasto drożdżowe, będzie ze śliwkami i kruszonką.

Zaradne kobiety

Moja zbrodnia reż. Francois Ozon

WSTĘP: Nic tak nie pobudza do życia jak sukces.

O filmie:

Akcja tej komedii kryminalnej toczy się w Paryżu w 1935 roku a scenariusz jest luźną adaptacją sztuki z 1934 roku. Główną bohaterką jest bezrobotna  młoda aktorka Madeleine Verdier (Nadia Tereszkiewicz). Wraz z koleżanką Pauline (Rebecca Marder), adwokatką, też bez pracy,  wynajmuje zimną norę na szóstym piętrze. W dodatku zalegają z czynszem za pięć miesięcy. Pewien producent obiecał Madeleine rolę ale chodziło mu o jej  młode ciało a nie o talent. Propozycja została odrzucona. Jej ukochany, choć ma bogatego ojca, też jest bez kasy a do pracy się nie garnie.

W dodatku okazuje się, że producent został zamordowany a podejrzaną jest Madeleine, bo niezdolny sędzia (Fabrice Luchini)  idzie na skróty i nie zawaha się nadużyć swej władzy. Aktorka przyznaje się do winy a rozprawa w sądzie jest, dla niej i jej obrończyni Pauline, okazją do pełnej pasji przemowy, udowadniającej że światem rządzą mężczyźni, którzy uważają, że wolno im traktować kobiety jak przedmioty. I, że jedynym wyjściem broniącej się przed pohańbieniem kobiety jest zabicie samca. To komedia, więc Madeleine zostaje uwolniona. W dodatku obie panie robią karierę. Ale to nie koniec, bo na ekranie pokazuje się Isabelle Huppert w roli zapomnianej gwiazdy kina niemego Odette Chaumette, która miesza wszystkim szyki i zakłóca z trudem osiągnięty spokój oraz poczucie bezpieczeństwa.

Reżyser w tym filmie nawiązuje do akcji metoo, ośmiesza media żyjące plotką i sensacją, dostaje się też wymiarowi sprawiedliwości, kapitalizmowi, kamienicznikom, plotkarskim dozorczyniom, leniwym synalkom bogatych ojców, hipokryzji, żądzy pieniądza, który ucisza ewentualne wyrzuty sumienia czy wątpliwości co do moralności.   Można tak dalej wymieniać cechy jakimi szczyci się ludzkość.

 A to wszystko w pięknych francuskich okolicznościach miasta, wśród bohaterów ubranych zgodnie z ówczesną modą i z nienachlanym humorem. Komedia ta jakże prawdziwie opowiada o mechanizmach rządzących ludźmi i światem.

Upalne miasto 61

Upalne miasto 61

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu, w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Goście wyjechali i nastała codzienność w postaci zakupów, kiszenia ogórków (w wodzie z poprzedniego), wyrzucania śmieci w chmarze żądnych pożywienia gołębi. Pomysł dokonania zakupów w owadzim sklepie był głupi, bo przez weekend mieszkańcy wszystko ze swoich zapasów skonsumowali, więc po nowe się udali.

– Dobrze, że są warzywniki i osiedlowe sklepiki tylko że akurat dwa najbliższe mają urlop. Chyba mi na złość – pomyślała Anna. Poprawię sobie humor piekąc mały sernik,  z rodzynkami i płatkami migdałowymi.

Co pomyślała to zrobiła, bo dzień nie był gorący i temperatura powietrza w domu po wykorzystaniu piekarnika nie stała się  dręcząca i z nóg oraz rozumu zwalająca.

Wtorek przywitał ją deszczem i podartą na tyłku podomką z kory, wiekową, bo dawno zakupioną w sklepie, którego już nie ma.

– No, niech to szlag – zaklęła w duchu seniorka. Sklepu nie ma, koleżanka, która szyła nie żyje, ciągle jakiś tor przeszkód trzeba pokonywać. Nie tylko w postaci kałuż i głupich, zachłannych, egoistycznych ludzi.

Odpruła jedną z kieszeni podomki i zabrała się do przyszywania łaty wiedząc, że w żadnym dużym sklepie zwykłej, rozpinanej podomki z kory nie kupi.

– I komu to przeszkadza, że mogłabym sobie kupić nową? – żaląc się nie wiadomo komu, pomyślała.

Postanowiła zrobić osiedlowe śledztwo w tej materii. Na pierwszy plan poszedł punkt usług krawieckich.

– Nie szyjemy na miarę – usłyszała.

– Za trudne czy nieopłacalne? – zadała sobie bezgłośne pytanie seniorka.

Po nabyciu kilku lepów na muchy (bez tego ciągle jej coś  w pokoju latało i brzęczało) przeszła do sąsiedniego sklepu. Kontaktowa sprzedawczyni oznajmiła, że podomek czy sukienek rozpinanych nie mają ale przekaże szefowi, że jest taka potrzeba.

Dwa następne miejsca też nie zaspokoiły Anny żądzy posiadania takiego ubrania. Po drodze wstąpiła do małego sklepu obuwniczego gdzie od progu poraził ją blask złota, srebra oraz brylantów na butach.

– Jednak wolę błyszczeć rozumem czy poczuciem humoru niż butami – stwierdziła potencjalna klientka i wyszła.

Lumpex też zawiódł nadzieje więc całkiem  zniechęcona weszła do kolejnego sklepu i zapytała.

– Podomek z kory nie mamy ale takie sukienki jak te – sprzedawczyni zaprezentowała trzy fasony w różnych kolorach.

– To ja poproszę tę niebieską – zdecydowała Anna i wyciągnęła kartę. Raczej nie nadaje się na podomkę bo ewentualne żywnościowe plamy zaraz odebrałyby jej dobry wygląd ale na ulicę i owszem – stwierdziła w duchu.

Wróciła do domu trochę zadowolona, a trochę zawiedziona.

Nazajutrz, już nie w sprawie podomkowej, poszła do galerii handlowej. Zaniosła dwie książki na regał bookcrossingowy i nabyła krem do rąk oraz chleb graham. Dobrze, że nie na jednym stoisku, bo jeszcze by ktoś pomyślał, że smaruje chleb  takim kremem. Wprawdzie nie ma natury Hiacynty bukiet z serialu „Co ludzie powiedzą” i mało się przejmuje ludzką opinią ale sam taki  cudzy pomyślunek bardzo ją rozbawił.

W jednym ze sklepów doznała szoku estetycznego na widok ust klientki – takiego glonojada na kobiecych ustach widziała tylko w Internecie. Na szczęście nie krzyknęła z przerażenia.

Na terenie galerii handlowej trochę ją, w szoku poznawczym, zniosło w stronę nieodwiedzanych dotąd boksów i tak natknęła się na biuro podróży skąd wzięła dwa grube foldery/katalogi. Nie zamierzała jechać ani na Zanzibar, ani na Malediwy tylko wyciąć co ciekawsze ilustracje do kolaży.

Karol obraził się na Agnieszkę na amen i do grobowej deski. Jak śmiała nie wejść na drzewo i nie zdjąć  z gałęzi Pana Kota! Przecież on, Karol, jest takim delikatnym i wrażliwym osobnikiem, więc nie może się wspinać, nigdzie. Ani na drzewo, ani na dach, ani po szczeblach kariery. Nie robił tego nawet w dzieciństwie a co dopiero teraz!

Kot Felek znał swego niewolnika jak  własne futerko, więc sam powolutku zdrapał się z drzewa. Tylko miauknął obraźliwie w kierunku Karola: ty niedojdo! Ty tchórzu! I tym podobne komplementy mu zaserwował. A gdyby był bokserem lub kangurem to by go znokautował.

Wrócili do domu obaj nadąsani. Gdy Agnieszka zadzwoniła Karol nie odebrał, ani za pierwszym razem, ani za następnymi.

– Nie potrzebuję takiej baby, co to nie bierze pod uwagę delikatności mojej osobowości – pomyślał.

Felek patrzył na niego, przez następne dni, z potępiającą pogardą. Żadne czułe słówka i smaczki nie były w stanie go przekupić.

I jak na złość Karol przeczytał w Internecie:

7 przykazań prawdziwego kota:

1. Nie pozwól, aby twój właściciel uległ zatruciu. Dokładnie próbuj

wszystkich potraw, które zamierza jeść.

2. Nie pozwól właścicielowi się nudzić. Zawsze mu śpiewaj pieśń

twego ludu, która najlepiej brzmi w nocy.

3. Zawsze sprawdzaj, czy jakieś złe duchy nie wlazły pod koc

właściciela. Najlepiej sam tam wejdź i pilnuj.

4. Strzeż właściciela przed potworami. Najlepiej siedząc na jego

twarzy lub klatce piersiowej.

5. Strzeż właściciela przed strasznymi snami. Najlepiej regularnie go

wybudzając.

6. Nie pozwól właścicielowi spóźnić się do pracy. Budź go

najpóźniej o 5 rano, aby miał dość czasu.

7. Zapewnij właścicielowi odpowiednią ilość ruchu. Rozrzuć

zabawki i inne rzeczy po domu. Pamiętaj; skłony są najlepszym

ćwiczeniem!!

Anna mogła się obrazić tylko na diabła stróża, który wszedł, nie wiadomo który raz, w jej życie jak Piłat w credo i zabrał okazję do weekendowego wyjazdu.

– Niech to dunder* świśnie – zakrzyczała gdy się o tym, milionowym pięćsetnym sto dwudziestym piątym diablim psikusie dowiedziała.

Na pociechę kupiła sobie ściereczkę w koci, czarny, wzór.

Wracając do domu zauważyła kilka osób stojących pod drzewem, wśród nich był mężczyzna fotografujący.

– Czyżby nowy cud objawił na drzewie? – pomyślała i uważniej się przyjrzała. I przyjrzała raz jeszcze ale żadnej religijnej postaci nie zauważyła. Dopiero gdy ktoś powiedział: „Siedzi na parapecie, na piętrze, jaaaki duży”, zauważyła, że to szczur. Otrząsnęła się ze wstrętu i poszła dalej.

W sobotę pojechała ze znajomą ze „Stowarzyszenia Sowa” nad rzekę gdzie robiły terenowe rozpoznanie dla działania a przy okazji urwała trochę kwiatków, w tym nawłoć. I przypomniała sobie jak, dawno temu, gdy jeszcze pracowała 1 lipca idąc do pracy zerwała na wałach rzeki podobny bukiet i wręczyła koleżance o imieniu Halina z okazji imienin.

Obecnie zerwane kwiaty włożyła do wazonu projektu Zbigniewa Horbowego otrzymanego od gospodyni jednej z imprez (jaką wymyśliła długo, długo przed erą lumpexów i wymianek) o nazwie dress-party.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbigniew_Horbowy

*dunder – piorun

Upalne miasto 60

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu, w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Anna sięgnęła do wikipedii, aby znaleźć informację o Marii Montessori, bo znajoma na spacerze wspomniała, że czyta książkę o metodzie nauczania opracowanej przez tę lekarkę.

Maria Tekla Artemisia Montessori (ur. 31 sierpnia 1870 w Chiaravalle, zm.  maja 1952 w Noordwijk aan Zee w Holandii) – włoska lekarka, twórczyni systemu wychowania dzieci.

Metoda Montessori –  system dydaktyczny dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym, który został stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessorii, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko (które także obejmuje materiały wspomagające proces uczenia) oraz nauczycieli tworzących to środowisko.

Głównym celem programu Montessori jest pomoc dziecku w osiągnięciu przez nie pełnego potencjału we wszystkich sferach życia. Zajęcia sprzyjają rozwijaniu zdolności społecznych, emocjonalnemu wzrastaniu oraz podnoszeniu koordynacji fizycznej, jak również poznawczemu przygotowaniu do przyszłego intelektualnego wysiłku akademickiego. Pod kierownictwem specjalnie przygotowanego nauczyciela całościowy program nauczania pozwala dziecku doświadczyć radości uczenia się, czerpać przyjemność z procesu nabywania wiedzy i zapewnia rozwój poczucia jego własnej wartości. Dostarcza doświadczeń, z których dzieci tworzą swą wiedzę.

Seniorka przypomniała sobie, że oglądała serial o tej postaci. I bardzo żałowała, że w Polsce nie propaguje i nie stosuje się tej metody.

W domu miała dwa telefony: stacjonarny i komórkowy ale nie w postaci smartfona. Bo nie.

Nękana była więc podwójnie przez natarczywych naciągaczy, sprzedawców i uszczęśliwiaczy na siłę. A to obiecują w prezencie okulary nie pytając czy posiadacz telefonu ich potrzebuje, a jeśli to jakie konkretnie. Na spotkaniach po długim, namolnym namawianiu na zakup bardzo drogiego sprzętu jeśli się go nie dokona nagle nagrody za przyjście zabrakło. Dlatego Anna na pytanie czy mieszka pani w województwie X zawsze (jeśli odbierze telefon) mówi, że nie i się rozłącza. Ostatnio zadzwonił mężczyzna niewyraźnie się przedstawiając i na odpowiedzi ankiety namawiając, więc zapytała:

– A skąd pan dzwoni bo nie dosłyszałam?

 Podał nazwę sieci telefonicznej na co usłyszał:

– Ale ja jestem w innej.

– To znaczy, że nie chce pani odpowiadać na pytania? – oddał sprawę walkowerem mówiąc bardzo zmęczonym głosem. Nie miał, biedaczek. w pomieszczeniu klimatyzacji? Czy nie wierzy w sens takiej pracy? Za mało płacą?

Ciąg dalszy przygód telefonicznych był mieszany. Bo z jednej strony dowiedziała się, że jedna, niezbyt lubiana, znajoma jest sparaliżowana od pasa w dół i leży w bardzo drogim domu opieki.

– Nie lubię jej, bo całe życie na kimś żerowała żyjąc lekko, łatwo i przyjemnie oraz mając pretensję, że nie jest pępkiem świata ale współczuję – pomyślała Anna.

Następny telefon był od koleżanki z internowania, która z siostrzenicą wybierała się do jej miasta i poprosiła o spotkanie. Jechały z Krakowa gdzie oddawały się  zwiedzaniu. W mieście Anny telefonicznie załatwiły sobie nocleg w akademiku, który za tę samą, co w grodzie Kraka, cenę okazał się mieć gorsze warunki bytowe.  Kraków jest też bardziej przyjazny turystom pod względem dostępności biletów komunikacji miejskiej.

Tak więc panie spotkały się na przystanku i pojechały na Ostrów Tumski. Zaczęły od pomnika papieża Jana XXIII na którego głowie chętnie siadają gołębie. Widocznie lubią wypatrywać pożywienia z góry. Następnie przeczytały tablicę na kościele p.w. św. Marcina gdzie odbywały się msze w języku polskim gdy Wrocław był Breslau. Gościnie zwiedziły Katedrę i spojrzały na miasto z tarasu widokowego a Anna pobrała darmowe materiały z punktu informacyjnego i czekając przeglądała je ciesząc się z każdej chmurki zasłaniającej ostro świecące słońce. Pracownik punktu, zawsze bardzo kontaktowy, na uwagę, że tak dużo zwiedzających a tu pusto stwierdził, że akurat jest pora karmienia. W sensie osób zwiedzających, bo zabrzmiało to jakby chodziło o niemowlęta lub zwierzęta w zoo. Kawę wypiły w kawiarence św. Jadwigi siedząc przy stoliku mieszczącym się na zewnątrz budynku i mając widok na ogród. Miło jest odciąć się od tłumu czasem rozentuzjazmowanego  zwiedzaniem zabytków.

W księgarni panie nabyły co im się spodobało a potem przeszły do przystanku tramwajowego, aby dojechać do Hali Stulecia i Iglicy, która dorobiła się powiedzenia: „Wszystkie dziewice pod Iglicę”. Tłumu nie widać.

 Spotyka się tu niemiecka przeszłość miast (Hala Stulecia)  i współczesność – Iglica postawiona z okazji Wystawy Ziem Zachodnich w 1948 roku. Ma 90 metrów. Wejść na nią nie można, bo windy nie zainstalowano. Ale w czasie stanu wojennego (1982 rok) jakiś śmiałek wspiął się  i zawiesił sztandar zdelegalizowanego NSZZ Solidarność.

Gdyby Anna była przewodnikiem powiedziałaby:

– Przed państwem jest Hala Stulecia, zwana perłą modernizmu zaprojektowana została przez Maxa Berga a postawiona w 1913 roku,  w stulecie zwycięstwa Prus nad Napoleonem. Za państwem Iglica zaprojektowana przez profesora Stanisława Hempla, waży 40 ton. Na lewo budynki dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych (działała w latach 1954 – 2011) gdzie teraz mieści się Centrum Technologii Audiowizualnych i Pawilon Czterech Kopuł, który jest częścią Muzeum Narodowego i pokazuje sztukę współczesną. A na prawo za drzewami i ulicą znajduję się Zoo. Przejdźmy dalej, na teren przed Halą, na którym są fontanny a  otacza je Pergola. Tam będzie chłodniej. Na terenie Pergoli nakręcono krótki fragment filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie”. A  w filmie  „Ewa chce spać” widać schody i drzwi ówczesnej wersji budynku Szkoły Inspekcji Pracy przy ulicy Kopernika (teraz nosi nazwę „Państwowa Inspekcja Pracy. Ośrodek Szkolenia i jest po remoncie oraz przebudowie).

Anna pokazała gościom Park Hotel i opowiedziała jak nietypowo wygląda jego wnętrze i o tym, że jest częścią osiedla o nazwie WUWA. https://bartekwpodrozy.pl/osiedle-wuwa-wroclaw/

A na terenie parku znajduje się drewniany kościółek p.w. św. Jana Nepomucena, przeniesiony w 1913 roku z Kędzierzyna-Koźla, w  którym  od 1966 roku już nie odprawia się mszy. Przez dwa lat 1955-1957 był „dziuplą” w której złodzieje chowali skradzione Muzeum Narodowego obrazy. Teraz obiekt nosi nazwę „Otwarta Przestrzeń Kultury” i odbywają się tam  wystawy, spotkania autorskie i koncerty.  Trafiły w jego wnętrzu na żywą instalację, którą Anna nazwała „Trzy wylegujące się kobiety”. Jak to w sztuce bardzo nowoczesnej nie wiadomo było o co chodzi – czy na coś czekały, czy tylko odpoczywały.

Przed kościółkiem prezentowano bardzo kolorowe obrazy i zbyt głośną muzykę.

Na obiad Anna zaprowadziła panie do małej knajpki o nazwie „Skrytka” w której nigdy nic nie jadła ale postanowiła wypróbować ją na sobie i gościach. Eksperyment się udał, wszyscy przeżyli i posiłek chwalili. Jednak kostek lodu do wody mineralnej nie mieli. Deser  sobie zafundowały w galeriowej lodziarni ciesząc się, że jadły w spokojnym a nie w głośnym i zatłoczonym miejscu. Anna sfotografowała kolejnego Krasnala siedzącego na kaczce. Dlaczego taki? A kto to wie? Może Internet. Nazywa się Bąbelek – Chlapuś.

Przy kawie pitej na Ostrowie Tumskim Anna opowiedziała skąd się wzięły krasnale w mieście. O twórcy Pomarańczowej Alternatywy Majorze Waldemarze Fydrychu, który studiował historię sztuki aż po dziesięciu latach otrzymał dyplom, bo niezależnym i trochę szalonym duchem był. W stanie wojennym rysował na murach krasnoludki, władza je zamalowywała, on z kolegami naprawiał szkody, czyli ponawiał rysunki, organizował też krasnalowe happeningi. Pierwszy krasnal powstał w 2001 roku na ulicy Świdnickiej i od tego czasu w mieście pojawiają się kolejne posążki krasnali z własnymi imionami. Takimi jak na przykład: Bankuś – Pieniążek, Bibliofil, Życzliwek, Śpioch, Bamboszek, Boliząbek, Chrapek, Kacuś, Obżartuch.

Upalne miasto 59

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu, w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Przeczytam pani dane z wikipedii o tej postaci:

Księga Sędziów podaje, że Dalila mieszkała w dolinie Sorek. Musiała odznaczać się dużą urodą, gdyż znany ze swej odwagi i nadludzkiej siły Samson zakochał się w niej bez pamięci.

Pewnego dnia odwiedzili ją władcy filistyńscy. Obiecali, że każdy z nich da jej po tysiąc srebrników, jeśli dowie się, w jaki sposób można Samsona związać i obezwładnić oraz w czym tkwi tajemnica jego nadludzkiej siły. Dalila, chcąc zarobić obiecane pieniądze, zapytała Samsona, jak można go obezwładnić. Samson odpowiedział, że należy go związać siedmioma surowymi linami, jeszcze nie wyschłymi. Gdy Filistyni dostarczyli jej owe liny, Dalila związała go nimi w nocy i krzyknęła: „Samsonie, Filistyni nad tobą”, ale on z łatwością zerwał krępujące go więzy. Dalila zrozumiała, że ją oszukał. Po pewnym czasie Dalila ponowiła pytanie. Otrzymała wówczas odpowiedź, że należy go związać nowymi, jeszcze nieużywanymi powrozami, by utracił swoją siłę. Dalila związała go nimi, gdy spał, ale na jej okrzyk, że Filistyni nadchodzą, zerwał je z łatwością. Po pewnym czasie Dalila ponowiła pytanie, zarzucając mu równocześnie, że ją okłamuje. Samson odparł, że jego włosy musiałyby być przywiązane do palika wbitego w ziemię, by utracił siłę. Wówczas Dalila uśpiła Samsona i przywiązała jego włosy do palika wbitego w ziemię, ale on nadal nie utracił swojej siły. Wtedy Dalila zarzuciła mu brak miłości, brak zaufania oraz okłamywanie jej. Naprzykrzała mu się w ten sposób każdego dnia, aż w końcu wyznał jej, że jest nazirejczykiem, czyli osobą poświęconą Bogu, a jego siła to dar od Boga. Obcięcie włosów byłoby złamaniem zasad nazireatu, co sprawiłoby, że utraciłby siłę i stałby się zwykłym człowiekiem. Dalila zrozumiała, że tym razem powiedział prawdę, toteż niezwłocznie poinformowała o tym Filistynów. Ci przybyli na miejsce wraz z obiecanymi srebrnikami i ukryli się w domu. Dalila uśpiła Samsona na swoich kolanach i przywołała jednego z mężczyzn, by ogolił mu głowę. Gdy to nastąpiło, krzyknęła: „Filistyni nad tobą”. Samson ocknął się, ale nie był w stanie z nimi walczyć. Filistyni związali go, później wyłupili mu oczy i uprowadzili do  Gazy,  gdzie zmusili go do niewolniczej pracy.

– Skojarzenia z tym imieniem raczej nie za dobre są – stwierdziła Anna. Szczególnie dla mężczyzn.

– A który z nich zna tę historię?! Ten co tu był na przykład nie ma pojęcia.

– Ale widziałam, że nie jest łysy.

– Jego nie trzeba strzyc znienacka, on sam jest niewolnikiem swojej głupoty i egoizmu.

– To prawda. No, muszę już iść. Miło się rozmawiało – powiedziała seniorka. Może jeszcze się kiedyś spotkamy.

– A propos włosów. Od niedawna tu mieszkam, czy nie zna pani, może, jakiejś dobrej fryzjerki?

– To dobrze się składa, bo moja wnuczka prowadzi salon fryzjersko – kosmetyczny. Proszę tu jest jego wizytówka – Anna sięgnęła do woreczka służącego jej za kosmetyczkę.

– Bardzo pani dziękuję, na pewno skorzystam.

Seniorka podreptała po zakupy a Dalila bez Samsona w swoją stronę.

Ewa odebrała telefon od Marka, kolekcjonera grzebieni.

– Dzień dobry, ja w sprawie wystawy moich okazów.

– Jestem chętna ale czy ma pan pomysł jak je wyeksponować?

– Musiałbym najpierw zobaczyć pani lokal.

– To zapraszam jutro, będę tam od godziny siedemnastej do dwudziestej.

– Pasuje mi to, przyniosę parę eksponatów, zobaczymy czy pasują do wnętrza. A przy okazji poproszę o obcięcie włosów.

W salonie fryzjersko – kosmetycznym AnEw załoga postanowiła zamówić sobie pizzę w pobliskiej pizzerii mieszczącej się w niedużym budynku na skraju parku. Przedtem był tak sklepik spożywczo-monopolowy i komu to przeszkadzało. A padł powalony przed powstałą niedawno Biedronkę.

– Przypomniałam sobie śmieszno – smutną historię o zamawianiu pizzy – powiedziała Grażyna. Młode wczasowiczki w liczbie ośmiu przebywające w Ustroniu morskim zgłodniały dość późnym wieczorem, więc jedna z nich zabrała się do szukania czynnej pizzerii. Szukała, szukała aż znalazła. Bardzo z siebie zadowolona zamówiła osiem pizz i podała adres. Po jakimś czasie, potrzebnym do wykonania placków, zadzwonił dostawca, że nie może znaleźć tego domu. Dziewczyna tłumaczy, że ulica Słoneczna niedaleko wiaduktu. Ulica jest, wiadukt też, a domu nie ma. Jak to nie ma? Przecież jesteśmy tu i czekamy. Wreszcie dostawca pyta:

– A z którego Ustronia pani dzwoni?

I wtedy okazało się, że pizza została zamówiona w Ustroniu leżącym w województwie śląskim, w powiecie cieszyńskim.

– Sprawdziłam – to jest 742 kilometry i jedzie się ponad sześć godzin.

– To pizze wystygłyby kompletnie – podsumowała opowieść Ewa. Gdyby nie było telefonów komórkowych tylko stacjonarne to numer kierunkowy od razu wyjaśniłby sprawę.

Wieczorem zmęczona upałem Ewa przyniosła babci ciężkie zakupy. Opowiedziała jej historię niedostarczonej pizzy a Anna zrewanżowała się relacją z parku.

– Dzisiaj to jest chyba dzień zgubionych rzeczy w drodze ze strychu do mieszkania – powiedziała. Zrobiłam pranie pościeli, zaniosłam na strych  i wracając zobaczyłam na schodach leżącą ściereczkę kuchenną. A pół piętra niżej drugą.

– I oczywiście nie wiadomo czyje? – spytała Ewa.

– Piętnaście mieszkań jest poniżej, nie miałam zamiaru peregrynować i pytać. Jedna sąsiadka akurat uchyliła drzwi, więc zapytałam ale okazało się, że to nie jej własność. Zasugerowała, że może kobieta z lokalu obok upuściła. Zadzwoniłam i zapytałam oraz oddałam. A gdy szłam do siebie okazało się, że na podeście leży jedna moja rzecz, którą z kolei ja zgubiłam.

– Tak, upał na nas wszystkich działa upośledzająco. Był u mnie w salonie Marek z częścią kolekcji grzebieni.

 – I co? Da się jakoś je wyeksponować?

– Zadzwoniłam do znajomej, pracującej w muzeum i zapytałam o radę. Pośmiała się ale obiecała pomóc gdy ją zachęciłam fryzjerską, rozbudowaną usługą.

– Nie ma to jak dobra motywacja – zaśmiała się seniorka. A jak Marek przetrzymuje te swoje cuda?

– Pojęcia nie mam ale na pewno nie głęboko zachomikowane w pawlaczu. 

Pewnego czwartku Anna umówiła się ze znajomą w knajpce na osiedlu. Zamówiła po kawie a koleżanka sałatkę z foccacią.

(Focaccia – potrawa kuchni włoskiej, jest to rodzaj pieczywa, będącego podstawą pizzy. Każdy region Włoch może się pochwalić inną odmianą focaccii, od suchego, z solą, ziołami polanego oliwą ciasta, do pulchnego, z suszonymi pomidorami i oliwkami. Zazwyczaj podawane na ciepło.)

Porozmawiały trochę i poszły na spacer nad rzeką ulica Pasterską, choć nie ma przy niej ani jednego domu. Za to jest długa i prowadzi od mostu do mostu. Miejscami jej brzegi są zarośnięte trawą i krzewami, na niektórych odcinkach tylko drzewami, w tym jednym uschniętym. Na terenie bliżej rzeki jest „Plażowy Bar” (Beach Bar) gdzie nawieziono dużo piasku. Z czasem  coraz bardziej rozbudowany, bo pomyślano o miejscach do zabawy dla dzieci. Klienci bywają tam głównie  w weekendy a mieszkańcy sąsiednich osiedli słyszą stamtąd głośną muzykę, szkoda, że często to jest łupu – cupu.

Spacer połączony z rozmową trwał półtorej godziny, pod drzewami było przyjemnie, na bezdrzewiu trochę je przypiekało. Pożegnały się przy moście, Anna poszła do przystanku na prawo, znajoma wsiadła na rower i pojechała na lewo. Bo na prawo most, na lewo most a dołem rzeka (Wisła) płynie. W bliskości nie rosną domy – i dobrze.

Niestety Anna nie zdążyła dojść do wiaty przystankowej gdy lunął deszcz a ona bezparasolowa była akurat. Zatrzymała się więc pod markizą kiosku – sklepiku spożywczego. Rozmawiająca przez telefon ekspedientka zaprosiła ją do środka. Uciekająca przed deszczem   zobaczyła na ladzie opakowania z chałwą ale jakąś nietypową. Turecką z nadzieniem truskawkowym, pistacjowym, czekoladowym i wiśniowym. Sprzedawczyni okazała się Ukrainką, bardzo kontaktową. Stwierdziła, że dla niej te chałwy są za słodkie, bo jest przyzwyczajona do ukraińskiej. Przyniosła z zaplecza małe opakowanie takiej właśnie i dała seniorce w prezencie. Zwróciła też uwagę na jej bransoletkę z robioną z zamków błyskawicznych, pasując kolorystycznie do ubrania i naszyjnika „zamotki”. Amatorka chałwy skusiła się na  tę z wiśniowym nadzieniem i zadowolona zobaczyła, że deszcz już tylko kropi a nie leje.

W tramwaju nie było klimatyzacji tylko uchylone wszystkie górne okna i zimno waliło nie tylko po oczach. Nie chciało się motorniczemu tego zmienić nawet z powodu deszczu. Pewnie pomyślał: A co tam, najwyżej się zmoczą. Mnie jest sucho.

W autobusie też było atrakcyjnie inaczej, nie dość, że duszno to dwójka kontrolerów wystawiała młodym panom mandaty. Sami sobie na to zapracowali. Ciekawe czy zapłacą? Za czasów PRL-u można było ściągnąć mandat z pensji – tak zrobiono Annie gdy na mało ruchliwej, pustej ulicy  nie przeszła na  pasach.

Upalne miasto 58

Upalne miasto 58

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu w  środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Karol z Agnieszką uporali się wreszcie z żywiołowością Pana Kota, napoili jego oraz siebie i pojechali dalej. Miasto nad rzeką ciągnęło się i ciągnęło jak niekończąca się historia połączona z rozwijającą się szeroką wstążką, raz zieloną, raz niebieską, brukową, asfaltową i szutrową. W końcu dojechali do lasu nie zamierzając narobić hałasu. Felek wyprysnął z koszyka i myknął na pierwsze drzewo, coraz wyżej i wyżej.

– A niech siedzi, my popiknikujemy – zdecydował Karol. Zgłodnieje to zejdzie.

Pojedli, popili i spać się, na kocu, położyli. Jednak Pan Kot znudzony nagałęziowym pobytem  próbował zejść co mu się nie udawało. Zaczął więc miauczeć głośniej i głośniej. Wreszcie Karol się obudził, przeciągnął i zawołał:

– Czego chcesz kocie? Jak sam wszedłeś tak sam złaź.

– Chyba nie da rady, musisz po niego wejść – stwierdziła Agnieszka.

– No, coś ty! Ja mam lęk wysokości, na pewno bym spadł. Ty go zdejmij.

– Jeszcze czego! Twój kot, ty go ratuj.

– Ale ja naprawdę się boję, że spadnę.

– To trudno, obaj tu zostaniecie a ja jadę do domu. Pozbierała swoje rzeczy, wsiadła na rower i odjechała. I tylko za sobą słyszała:

– Agnieszka, nie wygłupiaj się, wracaj.

I bardzo głośne miau, miau, miau.

Ale nawet się nie obejrzała. Bo to stanowcza kobieta była.

– Mam dosyć nieodpowiedzialnych fajtłap i niedorajdów – pomyślała.

Anna idąc na zakupy usiadła na ławce w parku wycierając czoło chusteczką higieniczną. I usłyszała rozmowę między parą młodych ludzi:

– Na pewno twoi rodzice powiedzieli ci, że życie to jest harówka. Nieustanne nudne i ogłupiające zajęcia. Kłopoty, nieszczęścia, choroby, kalectwa i wydatki, wydatki, wydatki. Zero korzyści, zero wygody, zero przyjemności. Dlatego ludzie się pobierają, żeby wspólnie ciągnąć ten ciężar, a nie po to, aby jedna strona rozwalała się w fotelu i gadała, paplała, narzekała, użalała się nad sobą tak jak ty to robisz.

– Nic takiego mi nie powiedzieli – płaczliwym głosem stwierdził młodzieniec.

– To do nich miej pretensję, że wszystkie dziewczyny cię rzucają.

– Ale ja potrzebuję pomocy – wycierając łzy rękawem powiedział facet.

– A dlaczego ci rodzina nie pomogła, abyś był dorosły, odpowiedzialny, dobrze wychowany i niewyrachowany? Zapytaj ich.

– Mama i wszyscy inni powiedzieli, że powinienem się ożenić.

– No, pewnie – mają dość twojego egoizmu, gadulstwa i obsługiwania. Chcą cię zwalić na głowę i ręce jakiejś kobiety, żeby całej waszej rodzinie  żyło się wygodnie cudzym kosztem.

– Ale ja zarabiam.

– Czas i siły poświęcone na zakupy, gotowanie, podawanie, zmywanie, pranie, sprzątanie prasowanie to też jest koszt. Co robisz z pieniędzmi, nawet mieszkania nie masz tylko w dwóch pokojach gnieździcie się  z rozwiedzionym bratem, ojcem i matką. A  co potrafisz zrobić w domu? Co naprawić, co wyremontować? Nic!

– Całą pensję mamie oddaję. Ona nigdy nie pracowała i nie ma emerytury. Ojciec ma małą rentę. A remonty i naprawy robią dwaj sąsiedzi. Mama im płaci. Bo ja i brat jesteśmy za słabi na takie zajęcia.

– Fajna mamuśka, zrobiła z was życiowe kaleki i chce położyć łapę na pieniądzach i życiu kolejnej osoby. Może  specjalnie was tak wychowała, żebyście zostali przy niej.

– To co ja mam zrobić?

– Dorosnąć.

– Ale ja mam 35 lat.

– No to już najwyższy czas. Żadna kobieta nie zostanie twoją i twojej rodziny darmową służącą, czyli niewolnicą.

– No zupełnie nie wiem o co ci chodzi?

– O to samo co twojej pierwszej żonie – żebyś nie był zajętym i przejętym tylko sobą, swoją korzyścią, wygodą i przyjemnością wyrachowanym dupkiem.

– Obie jesteście głupie egoistki. Jeszcze pożałujesz! – wykrzyczał facet i odszedł.

Anna podeszła do młodej kobiety i powiedziała:

– Dobrze pani zrobiła. Takie typy trzeba gonić gdzie pieprz rośnie. Niech go mamusia obsługuje i wysłuchuje jak go tak wychowała. Wiele kobiet wychodzi za mąż, bo tak trzeba albo nie potrafią być same. A potem jest rozczarowanie i narzekanie.

– Na szczęście ja nie muszę, potrafię być sama. Inna sprawa, że mam zezowate szczęście do facetów. Co jeden to nieogarnięty wewnętrznie, a często i zewnętrznie. W dodatku oczekujący wygodnego życia kosztem kobiety.

– Tak ich matki przyzwyczaiły, że w domu samo wszystko się robi.

– Wie pani, kiedyś  jednemu takiemu powiedziałam, że powinien umieć wszystko wokół siebie ogarnąć to się oburzył i stwierdził, że od tego jest kobieta.

– Jest wiele kobiet typu niewolnica, niestety – ze smutkiem powiedziała Anna.

– Ale młodsze roczniki już wyskakują z tego stereotypu. A nawet jak są w związku to nie chcą mieć dzieci. Jest taka książka Edyty Brody „Szczerze o życiu bez dzieci” i blog bezdzietnik.pl.

– Lepsze to niż frustracja wieczne pretensje do dzieci, że są niewdzięczne i nie zachwycają się rodzicem 24 godziny na dobę.

– Bo powinny także przez sen to robić.

– A w dzień na klęczkach, całując rodzica po rękach i nogach. Jednej znajomej, która uważała, że nie musi mi oddawać pożyczonych pieniędzy, bo ma dzieci,  powiedziałam, że je ma dla swojej przyjemności.

– Pewnie bardzo się zdziwiła.

– Oj, bardzo. Ale potem powiedziała to następnej roszczeniowej madce.

– Dobry przykład dałaś.

– Taką mam nadzieję. Mam na imię Dalila.

– Naprawdę?

– Tak, rodzice są fanami biblijnych historii.

Upalne miasto 57

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Raz w miesiącu w środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

– Uff, ale się objadłam – powiedziała Ewa po skonsumowaniu trzech kawałków ciasta z owocami. Chyba muszę jakoś  spalić te kalorie.

– Najlepiej za pomocą seksu – zaśmiała się babcia.

– Jakbyś zgadła, jestem dzisiaj wieczorem umówiona.

– Z  profesorem?

– On na razie jest docentem. Jesienią czeka mnie obrona pracy dyplomowej, trochę mi pomaga.

– Ale nie pisze za ciebie?

– Absolutnie nie. Nawet nie może, bo piszę o zachowaniach i oczekiwaniach kobiet w moim salonie, na podstawie wypełnionych przez klientki anonimowych ankiet. Poleca mi tylko lektury.

– To chyba nowatorski dość temat.

– Nie wiem czy ktoś taką napisał, może będę pierwsza.

– A ja byłam na masażu i rozmawialiśmy, między innymi, o sanatoriach.

– Widziałam na facebooku komentarz do artykułu, że tam ruja i poróbstwo. Ale w komentarzach ktoś napisał, że dość trudno o orgie, bo większość to kobiety.

– Rehabilitant nie dziwi mi się, że nie chcę się starać o taki wyjazd, bo jeśli się jest z inną osobą w pokoju to bywa, że ta druga np. koszmarnie chrapie. Albo bez przerwy puszcza bąki ale nie pozwala otwierać okna, bo to zima. Bywa, że jedna osoba świtem, przed zabiegami,  się kąpie a druga chciałaby pospać.

– Pewnie najfajniej jest jeśli każda kuracjuszka jest zwolenniczką innej partii i głośno, bez przerwy demonstrują swoje poglądy.

– Oj, tak. Tak się dziwnie dzieje, że osoby uważające się za wierzące i patriotyczne są najbardziej nietolerancyjne, a nawet agresywne – powiedziała Anna. Znam tylko jedną osobę wierzącą ale oburzającą się na Kościół za zachłanność i ukrywanie pedofilii. Oraz nie popiera partii trzymającej władzę.

– Bo ona wierzy w Boga a nie w instytucję i jej urzędników.

– No, właśnie. A wiesz, ostatnio ogłosiłam za pomocą facebooka, że rozdaję szczepki żyworódki. Niestety to ta odmiana, którą można stosować tylko na zewnątrz, bo jest jej kilka rodzajów.

– I ktoś się zgłosił?

– Pewnie! Jedna znajoma i trzy nieznajome. Już jedna odebrała, bo niedaleko mieszka. Przyszła z maluszkiem, więc zeszłam ze schodów, żeby z dzieckiem na ręku nie wchodziła po schodach.

Karol umówił się z Agnieszką na rowerowy wypad za miasto. Przygotowali się na wszelkie wypadko – przypadki: ulewny deszcz, gradobicie oraz błyskawice z piorunami, kleszcze, mrówki, komary i wszelkie opary. W przenośnej lodówce mieli pieczonego kurczaka i wieloskładnikową sałatę. Nie zapomnieli o deserze w postaci brzoskwiń i czereśni. W termosie wieźli mocną herbatę. Dla Pana Kota Felka zabrano ulubione chrupki oraz saszetkę. Dla wszystkich czystą, żywą wodę prosto z kranu oraz kompot wieloowocowy.

Wyjechali o dziewiątej rano. Jechali przed siebie wzdłuż rzeki nie zamierzając w niej łowić. Po godzinie zatrzymali się, bo Felek miauczał i chciał wyskoczyć z transportera.

– Dobrze, robimy przystanek – postanowili.

Karol wyjął Pana Kota i postawił na trawie. A ten zakręcił się i użyźnił ziemię. Potem dokładnie to zakopał, a przynajmniej tak mu się zdawało. Wyrywał się, bo nie chciał do kosza tylko uprawiać jogging. Jego niewolnik Karol poddał się tej zachciance i we dwóch biegali dobre piętnaście minut. A Agnieszka głośno śmiejąc się to nagrywała te harce.

Barbara śledziła na facebooku profil Pauliny Młynarskiej skąd dowiedziała się o jej najnowszej książce „Miłość to pies”. Więc podjechała do empiku i ją sobie nabyła. Ekspedientka próbowała ją namówić do nabycia dużej paczki kawy, a gdy odmówiła to następną propozycją była talia kart.

– Zaraz mi zaproponuje tę wielką czekoladę z orzechami a jeśli się na nią nie skuszę to wyciągnie spod lady butelkę bimbru i będzie go zachwalać – ironicznie, w myśli,  skomentowała handlowe podchody sprzedawczyni Barbara.

Anna zrobiła zakupy w osiedlowym sklepie i wracając stała się konsultantką kulinarną. Siedząca, wraz z kumplem, na krawężniku chodnika (od strony przedbudynkowej zieleni) zmęczona życiem kobieta zapytała:

– A pani wie jak się gotuje brokuła?

– Normalnie, w wodzie.

– A w zimnej czy gorącej?

– W zimnej.

– Posolić trzeba?

– Trzeba.

– Ciekawe czy naprawdę chciała przepisu, czy tylko pogadać? – pomyślała seniorka i skręciła w swoją ulicę. Zauważyła niski pleciony płotek odgradzający świeżo posadzone krzaczki od chodnika.

Trzy lata temu zmniejszyli zieleń przedomową, żeby zrobić ścieżkę rowerową i dosadzali rośliny tam gdzie wyłysiało. Niestety za każdym razem uparcie nie przyjmowały się. Może dlatego, że to na zakręcie i ludzie je deptali? Nareszcie wpadli na pomysł płotka. Brawo wy – pomyślała Anna.

I w tym momencie usłyszała, że ktoś ją woła. A to blisko mieszkająca znajoma z komplementem:

– Jak ładnie wyglądasz!

– Dziękuję, oszukuję jak mogę – zaśmiała się seniorka.

W domu umyła zakupione małe ogórki, włożyła z przyprawami do słoika i zalała wodą z poprzednio ukiszonych. Dodała też pokrojoną cukinię.

A z telewizora usłyszała:

– Jeśli słyszysz tę reklamę to znaczy, że jeszcze żyjesz.

– Jakiś kompletny idiota bez empatii wymyślił ten tekst – zrecenzowała nieradosną twórczość.

Następnego dnia przekazując, w umówionym miejscu dawno niewidzianej znajomej osobie, szczepki żyworódki usłyszała:

– Nic się pani nie zmieniła, zawsze taka uśmiechnięta.

Zaraz potem spotkała daleką znajomą, która kiedyś na fb na akcję Feminatywa zareagowała: kojarzy mi się to z lewatywa. Odpowiedziała wtedy: każdy ma takie skojarzenia na jakie go stać.

I teraz ta osoba zapytała czy się na nią gniewa przez to „nieporozumienie”.

„Ładnie mi nieporozumienie” raczej umniejszenie – pomyślała Anna. Ale stwierdziła:

– Na tle wypowiedzi pewnego długoletniego działacza kultury, który na widok błyskawicy na moim zdjęciu profilowym napisał, że jestem morderczynią z Hitlerjugend to ta wypowiedź jest drobnostką. 

I poszła na lody, bo była tam umówiona z osobą, której nie przeszkadzają błyskawice i feminatywy.

Aby zgubić nabyte, pyszne kalorie, poszły do Ogrodu Botanicznego gdzie bilet dla seniora kosztuje dwie gałki lodów.

Fontanna na stawie szumiała i kropelkowała, kwiaty różnokolorowością zachwycały, ptaki na gałęziach śpiewały, drobne kamyczki na ścieżce wskakiwały do sandałów a z pomnika spoglądał poeta Joseph von Eichndorff w stroju wędrowca, który w prawej ręce ma czapkę (jakby leninówkę) i laskę.

Upalne miasto 56

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

– No tośmy sobie pogroszkowały a teraz opowiem ci jakie przygody miała moja sąsiadka rękodzielniczka na zlocie – powiedziała babcia.

– To był zlot czarownic? – zażartowała Ewa.

– Też. Co jakiś czas, w rożnych miastach Polski odbywają się zloty scrapbookingowe, czyli dla rękodzielniczek i rękodzielców (rękodzielników?) głównie wykonujących prace z papieru. Ale nie tylko.  Scrap to kawałek, ścinek a nawet złom.

– Ze złomu tez czasem powstają plastyczne prace – zauważyła wnuczka.

– Akurat nie o złom w tych zlotach chodzi. W tym roku zaczęto od lutego,  spotkanie odbyło się w Krakowie, w kwietniu w  Warszawie,  maju w Łodzi, w czerwcu w Katowicach, a teraz we Wrocławiu – na przełomie czerwca i lipca, po raz dwunasty.

– Najgorszy, pod względem temperatury, okres – stwierdziła Ewa.

– I tak, i nie. W piątek padało. Sąsiadka wprawdzie sprawdziła jak dojechać ale że Internet nie zawsze prawdę ci powie wysiadła za daleko. A że to nieznana jej dzielnica, więc musiała zastosować „koniec języka za przewodnika”.

– I co? Dotarła?

– Tak, tyle, że z parasolem w ręce, bo się rozpadało. No i zestresowana, bo chciała dotrzeć na określoną godzinę a dotarła pół godziny później. Na miejscu uiściła niedużą opłatę za trzy dni imprezy a jako pokwitowanie dostała okolicznościową pieczątkę na rękę.

– Zmywalną?

– Tak, a miała wystarczyć na trzy dni. Zapomniała przed wieczornym myciem zakleić ją i prawie zupełnie znikła.

– I musiała znowu uiścić?

– A nie, leciutki ślad pozostał, więc uznano, że nie kłamie i pieczątknięli ją raz jeszcze.

– I co się tam dzieje?

– Przede wszystkim, na jednej bardzo dusznej, bez okien, sali było wiele stoisk z akcesoriami do rękodzielniczych prac. Są też bezpłatne pokazy wykonywania różnych dzieł i dziełek ale bardzo ograniczone czasowo, aby jak największa ilość osób mogła wziąć w nich udział.

– To pewnie nie można zdążyć z wykonaniem całości?

– No, nie można – przyznała Anna. Sąsiadka zapisała się, dużo wcześniej, mailowo na płatne zajęcia w czasie których Iwona uczyła jak zrobić kartkę z szejkerem, czyli z małymi elementami typu koraliki i cekiny umieszczonymi pod przeźroczystą folią.

– Łatwo jej poszło?

– Oj, bardzo nie łatwo. Bo prowadząca podeszła do zadania bardzo ambitnie. Pokazowe kartki była duże, pooklejane z trzech stron, obficie ozdobione a w dodatku w osobnym pudełku. Trzeba było je złożyć i skleić. Z resztą też nie poszło łatwo. Na szczęście prowadząca udzielała porad, pomagała, a sąsiadce pomogła jedna z uczestniczek, która już umiała wykonać tę pracę. Jak do całości  imprezy pod względem organizacyjnym sąsiadka ma zastrzeżenia, tak chwali Iwonę prowadzącą te zajęcia. Kobieta była świetnie przygotowana i zorganizowana. Nawet można było u niej płacić blikiem.

– Rozumiem, że w trakcie zlotu było więcej takich zajęć? – domyśliła się wnuczka.

– Oczywiście. Bo to impreza tak naprawdę jest handlowa no i  trochę towarzyska. Sąsiadka umówiła się z dwoma paniami, które wykonują kary ATC ale obie w sobotę nie przyjechały. Umówiła się, aby wymienić tymi kartami, bo ich się nie sprzedaje tylko wymienia. Tym razem przyjechała za wcześnie, więc poszła za budynek, usiadła na ławce i obserwowała jak ojciec z synem rzucają piłkę do kosza. Ojciec uczył malca jak się należy zachowywać na boisku w czasie tej gry.

– To ładne, a chłopak pojętny?

– Owszem, często trafiał do kosza. I zauważyła, że ten kosz to obręcz ale poniżej już nie jest sznurkowa siatka, jak kiedyś,  tylko metalowa lub plastikowa. W międzyczasie wystawiła twarz i łydki do słońca.

– I przez trzy dni tam jeździła?

– Tak, drugiego i trzeciego już bez kłopotu trafiając. Ale za to, bo nie może być zbyt lekko, w niedzielę czekała pół godziny na kobietę, która napisała, że będzie tam już o 10-tej. Sąsiadka była o godzinie 12-tej, wysłała sms-a, że jest i czeka przed wejściem, bo tam było chłodniej. Trochę stała, trochę siedziała a potem poszła. W drodze do przystanku przeczytała odpowiedź, że ta osoba przybędzie za godzinę. Jednak zaraz potem ktoś zadzwonił i to była ta druga ateciara, czy ateciarka. Więc zawróciła. Pogadały, dostała karty, a że nastawiła się na sobotę to tych swoich zamówionych nie wzięła.

– Czyli będzie musiała wysłać pocztą.

– Trudno świetnie, wręcz fatalnie jak mawiała jedna wredna baba. Impreza jeszcze trwała ale sąsiadka postanowiła pojechać i sprawdzić nowe miejsce gdzie można wystawiać swoje rękodzieło. Blisko  przystanku zauważyła, że nie ma na koszyku letniego żakietu, który wzięła, bo zapowiadano tylko osiemnaście stopni Celsjusza. I wróciła zastanawiając się czy znajdzie go na ulicy, czy może obok budynku zlotowego. Na co stawiasz?

– Nie znalazła nigdzie, bo ktoś sobie zaadoptował.

–  Ach, jakie ty masz złe zdanie o ludziach.

– Doświadczenie, kochana babciu, doświadczenie przemawia przeze mnie.

– Wyobraź sobie, że żakiecik leżał na krześle przy wejściu do budynku.

– A  jaki był skutek kontaktu z miejscem promującym rękodzieło??

– Beznadziejny, bo dziewczyny wymyśliły sobie sposób na biznes. Czyli udostępnimy miejsce na wystawienie rękodzieła w malutkim lokalu (chyba na suficie, bo miejsca już tam nie było) a z góry weźmiemy pięćdziesiąt złotych.

– Czyli sprzedasz coś czy nie  – kasę bul.

– Bul, bul, bul – toniesz finansowo i czasowo, bo raczej powinnaś, cały dzień,  siedzieć przy swoich rękodziełach. I to tylko w pierwszą niedzielę miesiąca. Ból portfela na pewno zaliczysz. Śmierć frajerom orzekła sąsiadka i pożałowała, że na zlocie nie została.

Ale czas na ciasto drożdżowe z owocami. Na facebooku Dana Z. podała prosty przepis, więc go zastosowałam Jest rewelacyjny. Siadaj i zajadaj.

– To herbatkę sobie zrobię.

– Zrób, dla nas obu, właśnie świeżą zaparzyłam.

CIASTO DROŻDŻOWE SZYBKIE

Składniki

– 52 g świeżych drożdży

– pół szklanki brązowego cukru

– 2 rozbełtane jajka

– pół szklanki oleju/roztopionego masła

– 1/3 szklanki mleka

– 2 szklanki mąki

– szczypta soli

– owoce

Wykonanie:

Do miski dać po kolei: pokruszone drożdże, cukier, jajka, olej, mleko, mleko, sól. NIE MIESZAĆ! Odstawić na 1-1,5 godziny. Potem dokładnie wymieszać drewnianą łyżką. Rozłożyć ciasto na płaskiej formie, ułożyć osuszone dowolne owoce, posypać kruszonką. Upiec sprawdzając patyczkiem szaszłykowym.