Upalne miasto 11

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Dorota, zwana, będąc na służbie, Marysią, z ulgą pozbyła się fioletowego i różowego służbowego odzienia. Zostawiła w drzwiach służbówki klucz na który się zamykała, bo pan domu, mimo kłopotów z poruszaniem się, kilka razy, nocą, zabłądził na poddasze.

A gdy kiedyś zaskoczył ją swoimi ręcznymi umizgami w kuchni, nauczona  przez narzeczonego samoobrony, kopnęła go w klejnoty. Tak jęczał, że wyjęła z lodówki kostki lodu, włożyła do termoforu, owinęła ręcznikiem i z miną siostry miłosierdzia wręczyła leżącemu na kanapie. Jeszcze próbował włożyć jej rękę pod spódnicę więc trzepnęła go pilotem aż baterie wypadły na dywan. A Janowi sztuczna szczęka bo żal mu było forsy na implanty.

Patolog oglądając ciało utopionego zastanawiał się skąd te siniaki. Ale orzekł, ze powodem zejścia był atak serca a nie kop w jaja.

Tak więc uwolniona Dorota zastanawiała się nad tym czy musi wyjść za mąż. Dla niej był to jednak rodzaj zniewolenia. Póki co Marek zachowywał się jak dorosły facet a nie dzieciak – mizogin ale znała powiedzenie „Jak się ożenisz, to się odmienisz”. Postanowiła więc nie spieszyć się z zamążpójściem.

Mieszkali już razem w podarowanym przez Jana mieszkaniu i pewnej gorącej sobotniej nocy ona powiedziała:

– Pomyślałam, że po diabła nam to całe zamieszanie ze ślubem i weselem. Niech zostanie tak jak jest.

– Ufff, cały czas tak myślałem ale nie chciałem robić ci przykrości.

– To świetnie! – uciszyła się Dorota. Oboje nie chcemy mieć dzieci to tylko zostaje nam decyzja czy zaopiekujemy  się jakimś zwierzątkiem.

– Ja bym chciał kota.

– Ja też, ja też.

– No to mamy ustalone dwie najważniejsze rzeczy – powiedział Marek sięgając po butelkę z wodą.

– Właściwie to masz rację. Co do opłat wszelkich już postanowiliśmy. Każde z nas ma swoje konto z którego na wspólne przelewa część dochodów.

– Oboje lubimy i góry, i morze… – stwierdził on.

– A nawet jeziora – dodała ona.

– Oboje umiemy sprzątać i gotować, obsługiwać pralkę i zmywarkę.

– No, popatrz jak nas dobrze wychowano – roześmiała się Dorota. Najgorzej jest z potrawami. Ja lubię słodycze a ty z nich najbardziej schabowego. Ale jakoś to przeżyjemy, tak sądzę.

– Najlepsze jest jednak, że nasze matki nas i siebie nawzajem nie lubią to nie będą nas dołować pytaniami: a kiedy dziecko, dlaczego nie macie dzieci, marzę o wnukach itd.

– Gdyby jednak ktoś cię zapytał to mam dla Ciebie świetną odpowiedź, wyczytaną Internecie,  tylko się nie obraź.

– Dobrze, dobrze, wal!

– Możesz powiedzieć takiemu ciekawskiemu, nie mamy dzieci bo ci  nie staje.

– Ostro pojechałaś!

– Ale wyobrażasz sobie minę tego pytacza? Ha, ha, ha.

– Dobra, a teraz idziemy pod prysznic, i  proszę, nie bierz ze sobą noża.

– Dlaczego noża?

– A tak mi się skojarzyło z filmem Hitchcocka „Psychoza”.

– Jeszcze mógłby być „Zawrót głowy”; „Okno na podwórze”; „Człowiek, który wiedział za wiele”, „Sznur”.

– A do mieszkania mogłyby nam wpaść „Ptaki”.

– Najlepiej pieczone gołąbki.

– W tym upale to kto wie…

– A po zewnętrznym ochłodzeniu zastosujemy wewnętrzne czyli „Pasikonika”:

Składniki drinka:

  • 40 ml likieru kakaowego
  • 40 ml likieru miętowego
  • 40 ml śmietanki
  • kilka listków świeżej mięty

Sposób przygotowania

  • 1.Do shakera wrzuć kilka kostek lodu, a następnie wlej kolejno likier miętowy, kakaowy i śmietankę. Wszystko wstrząśnij aż składniki dokładnie się połączą.
  • 2.Przelej drink do schłodzonego kieliszka koktajlowego i udekoruj listkami mięty.

W trakcie schładzania wnętrza Marek zaproponował:

– Może sobie gdzieś pojedziemy na parę dni?

– No, mamy parę złotych nadwyżki to może do Małego Białego Domku w Lubuskie?

– Czemu nie? Przecież nie musimy w tym celu kserować dolarów jak to zrobił pewien mądry inaczej jeszcze w PRL-u.

– A co mu to dało?

– Myślał, że się ktoś nabierze.

– Kretyn to był?

– Kretyn i zasłużenie w ciupie wylądował.

– Ale to fakt czy fejk.

– Fakt, opowiadała mi znajoma, która prowadziła dom wczasowy. On tam zjechał z kochanką i kserokopiami.

– No to się popisał!

– A jaki był zdziwiony, że się nie udało! I oburzony, że go skazano. Przecież tak sprytnie to wymyślił.

– W więzieniu powinni go byli zatrudnić w bibliotece i kazać tam przepisywać ręcznie „Kodeks karny”.

– W tylu egzemplarzach ilu było więźniów i to bardzo wyraźnym charakterem pisma. Najlepiej dużymi literami.

– I każdemu więźniowi powinni dawać egzemplarz w prezencie na odchodne.

– To by była dla niego taka pismoterapia. A że każda książka powinna mieć okładkę to należałoby tam robić warsztaty introligatorskie.

– O tak, zwykłe tekturowe okładki dla wypuszczanych a ozdobne w półskórku z wytłoczeniem tytułu na grzbiecie dla gości specjalnych.

– I z dedykacją od naczelnika więzienia oraz całego personelu.

– I przydałby się jakiś fajny futerał. Może w postaci aksamitnego woreczka? Z wyhaftowana sentencją:  „Aby cieszyć się wolnością, musimy się kontrolować”. Virginia Woolf

Upał trwał i trwał. Wypalał trawy, liście na drzewach i krzewach. Wysuszał stawy i rzeki. Słonce raziło ostrymi promieniami całą przyrodę, która od tego nadmiaru umierała lub fiksowała. Sprzyjały tej sytuacji miejska betonoza i skoszone trawniki.

Upalne miasto 7

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Karol siedział sfrustrowany głaszcząc pupila i rozmyślając jak by zmusić macochę do szybkiego działania w celu go dofinansowania.

Wstał z fotela ostrożnie kładąc Felka na ogrzany swoim ciepłem mebel i przeszedł do łazienki. Obejrzał się w lustrze, uznał, że nieogolony i nieuczesany wygląda świetnie, założył wczorajszą koszulkę, spodenki do kolan i sandały z wyprzedaży. Wyprężył wąską klatę i zadowolony z siebie bardzo wszedł do kuchni. Tam otworzył lodówkę, wyjął piwo i chipsy. Stojąc wypił i zagryzł a kot wszedł miaucząc ponaglająco.

– Jasne, jedzonko dla Jaśniepana obowiązkowo dostarczone być musi – powiedział wyciskając z saszetki pokarm. Pogłaskał kocurka, nalał świeżej wody do drugiej miseczki i powiedział:

– Idę do tej małpy, może wydębię jakąś kasę.

Z przedpokoju wyciągnął rower pamiętający PRL i pełen nadziei na lepsze jutro udał się w drogę na drugi koniec miasta.

Po godzinie prawie osiągnął cel, jeszcze tylko jeszcze skręcił w prawo i zatrzymał się przed furtką. Nacisnął dzwonek, raz, drugi, trzeci ale bez efektu.

– Tak być nie będzie – zacytował bohatera telewizyjnego serialu. Postanowił okrążyć posiadłość i znaleźć najsłabsze ogniwo ogrodzenia.

Trochę szedł, trochę się skradał, trochę przeklinał bo nie lubił się wysilać. W końcu znalazł wyłamany szczebel ogrodzenia i przecisnął się wraz z rowerem. Rozejrzał się i uznał, że jest blisko tarasu, musiał tylko przedrzeć się przez kępę kolczastych róż, które podarły mu odzienie.

– O nie! – wykrzyknął. Moje najlepsze spodenki. Dobrze choć, że z boku a nie z przodu – pocieszył się idąc powolutku.

Dotarł do tarasu  na którym stał komplet ogrodowych mebli. A  stolik zastawiony był jedzeniem i piciem. Karol nigdy nie gardził darmochą, więc usiadł w wiklinowym fotelu i zabrał się do pałaszowania świeżutkich rogalików dodając  do nich masła i miodu. Do filiżanki nalał kawy z dzbanka  – termosu i wyciągając przed siebie nogi westchnął zadowolony.

– Takie życie to ja lubię – stwierdził sięgając po sok grejfrutowy.

– A ty co tu robisz? – usłyszał głos macochy.

– Jem, nie widzisz? – odparł nieskonfundowany pasierb.

– A już won mi stąd! – usłyszał.

– Jeszcze czego! Twoje róże podarły mi spodenki. Żądam odszkodowania!

– A coś ty robił w różach? Ktoś cię tu w ogóle prosił?

– Nie otwierałaś furtki to sobie inaczej poradziłem – dumnie pochwalił się swoją zaradnością.

– No to muszę sprowadzić fachowca, żeby sprawdził ogrodzenie, tyle z tego dobrego.

– Widzisz jaki jestem przydatny, mogłabyś to mi wynagrodzić brzęczącą monetą lub chociaż codziennymi posiłkami.

– Jak cię znam wolałbyś banknoty o wysokim nominale.

– Pewnie, że bym wolał. Moneta to przenośnia.

– Dosyć tych pogaduszek, spadaj!

– A co? Zaraz przyjdzie kochanek czy kosmetyczka z zastrzykiem oraz przystojny masażysta? – zakpił Karol.

– Nie twoja sprawa. Pilnuj swego nosa.

– Pójdę jak dostanę trochę kasy. Kot mi głoduje – manipulacje nie były gościowi obce.

– Masz tu pięćset złotych i już cię nie ma! – wkurzona Barbara wyciągnęła z torebki pieniądze i wetknęła je nachałowi do kieszonki.

– Idę, już idę! – powiedział pasierb powoli wstając i brzoskwinię dogryzając.

Zszedł z tarasu, ujął rower za kierownicę i noga za nogą skierował się w stronę furtki. ­

Blisko domu minął faceta z bicepsami i pachnącego olejkami do masażu. W pewnym odstępie za nim energicznym krokiem szła kobieta z torbą wyglądającą na lekarski sakwojaż.

– Baśka pogotowie remontowe pewnie wezwała – pomyślał Karol zamykając furtkę.

W baśkowym gabinecie odnowy składającym się z pokoju kąpielowego, kosmetycznego i treningowego rozpoczął się ulubiony rytuał pani domu. Dwa razy w tygodniu masaż ciała i twarzy,  codzienne ćwiczenia z osobistym trenerem oraz, w pewnych odstępach czasu, zastrzyki wypełniające zmarszczki.

Gdy kosmetyczka już zrobiła swoje i wyszła leżąca Barbara zapytała:

– Jak się panu wiedzie Pawełku? Wszystko dobrze?

– No właśnie, nie za bardzo. Wypowiedziano mi mieszkanie i nie mam gdzie się podziać.

– To może tutaj pan zamieszka, mam wolny pokój gościnny.

– A co na to pan Wiesław?

– Och, jakoś sobie z nim poradzimy – lekceważąco machnęła ręką masowana pacjentka.

– Ja bym na jego miejscu nie odpuścił.

– Pan jest młody, przystojny i pełen werwy. A Wiesiek, cóż – ma swoje lata i ograniczone możliwości. Wyprowadzi się do pokoju nad garażem a jak mu się  nie spodoba to jego problem.

Ewa wyszła ze swojego gabinetu kosmetycznego odbierając telefon.

– Tak, jestem już wolna. Na ile i za ile? Noc, to znaczy od siódmej wieczorem do siódmej rano dwadzieścia tysięcy. Nie, nie mam promocji. No to będę za godzinę.

Włożyła smartfona do torebki i zdążając w kierunku zaparkowanego niedaleko auta parsknęła:

– Promocja, też coś! Co to ja jestem serek z Biedronki?

Wsiadła do auta i pojechała na  umówione, nie bezinteresowne spotkanie.

Anna też była umówiona. Z czwórką znajomych, od lat,  oddawali się hazardowi grając w pokera. Na pieniądze, wprawdzie sumy nie były wielkie ale w ciągu popołudnia i wieczora potrafiła wygrać sto złotych. Rzadko przegrywała bo pokerowe miny miała. Spotykali się raz w tygodniu,  naprzemiennie w swoich domach,  mieszkali bowiem na jednym osiedlu. A wygrane pieniądze przejadali w najbliższą sobotę lub niedzielę w osiedlowej restauracji. Mieli więc trochę emocji i przyjemności. Bo nie zamierzali starzeć się z godnością.

Grając popijali co kto lubił – wodę, sok, kawę, herbatę a nawet piwo. Wprawdzie od piwa głowa się kiwa a czasem i rozum ale piwosze to lekceważą.

Kotka pisarka

Cristian Teodorescu, Octavian Mardale – Kocie opowieści, Wydawn. Amaltea, Wrocław 2019

WSTĘP: „Zabrałam się do napisania tych opowiastek , czy jak je tam zwał, dla siebie i dla kotek, z którymi miałam kontakt”.

O autorach:

Cristian Teodorescu urodził się 10 grudnia 1954 roku, w Medgidii (Rumunia). Po studiach filologicznych krótko pracował jako nauczyciel. Od 1987 roku jest dziennikarzem i redaktorem prasowym. Zadebiutował w 1985 roku zbiorem opowiadań „Mistrz oświetlenia”, potem opublikował powieści „Sekrety serca” i „Faust opowiedziany moim dzieciom”, kilka tomów opowiadań m.in. Kocie opowieści” i powieść „Droga cnoty. Księga psa”.

Octavian Mardale – urodził się w 1960 roku, jest absolwentem Narodowego Uniwersytetu Sztuki w Bukareszcie, artysta grafik, designer i performer.

O książce:

Tomik składa się z  56 krótkich rozdziałów i dodatku „Okiem redaktorki”. Całość urozmaicona jest kolorowymi rysunkami Octaviana Mardale.

Dowiadujemy  się skąd pochodzi pisząca kotka, dlaczego ma tylko jedno oko i jak trafiła do domu obecnych opiekunów, czyli rodziny pisarza. W domu są też inne zwierzęta – psy i koty.

Kocia autorka dowcipnie opisuje relacje między domownikami, ich zwyczaje. Czasem wychodzi też na zewnątrz domu. Dzieli się z czytelnikami wspomnieniami z niełatwego dzieciństwa na wsi. A także dementuje lub potwierdza ludzkie opinie o kotach.

„Ileż to głupot wygadują o nas ludzie! I przekazują je sobie z pokolenia na pokolenie. Największą głupotą jest to, że niby nie kochamy swoich opiekunów! No przecież kochamy!”. I tu podaje różnicę w mentalności kotów i psów.

Pisze też o  kotach: „Nasza reputacja, że niby jesteśmy złodziejami, nie jest całkowicie bezpodstawna”.

Z rozdziału „Kot papieża” dowiecie się który biskup Rzymu i był miłośnikiem miauczących i jak jego kotka się wabiła. Puentą jest stwierdzenie: „…kotka…  papieża doszła do szacownego wieku… ale jest komunikatywna i … odkąd nie mieszka już w Watykanie z pewnością czuje się o wiele lepiej”.

Natomiast  z „Waniuszka” Oczko opowiada o rudym kocurze Putina a właściwie kilku –  jeden z nich jest dyplomatą specjalizującym się w byłych krajach komunistycznych, drugi rozmawia z  niemieckimi kotami w ich języku, inne z francuskimi, hiszpańskimi, włoskimi, chińskimi (jest ich tylu ile regionów i odmian języka w tym kraju) oraz hinduskimi pobratymcami. Kolega Oczka zna język rumuński, więc rozmowa popłynęła gładko a na koniec „…Waniuszka zaproponował, że zaśpiewa mi coś ze złotego repertuaru rosyjskich chórów, bo ruskie pierogi, wędzona ryba i i wódka nie wchodzą dobrze bez odrobiny muzyki”. Książkę opublikowano w 2017 roku, czy teraz autor umieściłby w zbiorze taki rozdział? Nie sądzę choć, według mnie,  autor kpi z otoczenia rosyjskiego satrapy w żywe oczy.

Wierzcie lub nie ale Oczko twierdzi, że koty mają swoją kocią międzynarodową sieć porozumienia, nie potrzebują Internetu i telefonów.

Z końcowego rozdziału „P.s. Moje prawa autorskie” dowiadujemy się, że Teodorescu znalazł w swoim laptopie folder „Opowieść Oczka” i wziął jak je swoje, bo nikt nie podpisałby umowy z kotem. To żart oczywiście.

A co zwierzęta naprawdę mogłyby powiedzieć o ludziach i świecie, nie tylko w wigilijną noc, gdyby umiały mówić i pisać? Strach pomyśleć.

Upalne miasto 5

Dojeżdżali na osiedle Karola gdy ten się ocknął:

– Nie mam w domu nic do jedzenia dla siebie i kota. Pieniędzy też nie – zakomunikował.

– Masz pięć stów, odliczę ci od tych trzech tysięcy, nie łudź się.

– Dobra, dobra, sknero – gramoląc się z auta stojącego przed sklepem wielobranżowym powiedział przyszły spadkobierca.

Objuczony gotowymi daniami, piwem  i saszetkami z jedzeniem dla kota Karol z lekka się zataczając wszedł do windy.

– O, dzień dobry – usłyszał od sąsiadki z tarasem. Dawno pan do mnie nie wpadał. Zmienił pan trasę spadania?

– Tak, na bardziej poziomy. Ojciec zmarł i czeka mnie handryczenie się z macochą i przyrodnią siostrą o spadek.

– To ciekawe, moja kuzynka też właśnie straciła ojca a jego rodzina to zachłanne harpie. Szczególnie jej kuzynek, pijaczyna i obibok. Na szczęście Agata pisze poczytne książki a jej partnerka jest weterynarką.

– Zabawny zbieg okoliczności, moja siostra ma też na imię Agata – przypomniał sobie egocentryczny brat.

– Nie jednemu psu Burek a ja mam na imię Ewa, do widzenia  – powiedziała sąsiadka wychodząc z windy.

– A mogę panią jeszcze kiedyś odwiedzić?

– Pod warunkiem, że wchodząc przez drzwi i bez alkoholowej wkładki.

– A to nie przyjdę, bez procentów nie funkcjonuję.

– Ja tam wolę procenty w banku – stwierdziła Ewa otwierając drzwi swojego mieszkania.

– Pewnie, taka to ma procenty z kasy a ja tylko z puszki – użalił się nad sobą wiecznie młody i niedoceniony.

Wszedł do ogarniętego mieszkania a kot witał go miaukiem i ocieraniem o nogi.

Wieczorem Barbara i Wiesiek usiedli przy łagodnej muzyce i kieliszku dobrego koniaku.

– Dzwoniłam do agenta nieruchomości. Przyjdzie wycenić dom – powiedziała pani domu.

– Niech tylko nie zawyży wartości, bo się nie wypłacimy. A czy Agata załatwiła zrzeczenie?

– Wyobraź sobie, że się rozmyśliła. Powiedziała, że potrzebuje pieniędzy na zagospodarowanie na  Krecie. Szkoda, że jej pobyt tam nie będzie jak w tym memie „wakacje na krecie” gdzie człowiek siedzi na zwierzątku.

– A to małpa, no i Karolek się wścieknie, że przypadnie mu mniejsza kwota.

– Z tego to się nawet cieszę – stwierdziła Barbara.

– A tak w ogóle z czego on żyje?

– Z dotacji od ojca, naiwnych kobiet i dorywczych prac graficznych. Jak nie ma ciągu alkoholowego to jest bardzo zdolny i pracowity.

– Ale przeważnie ma?

– Ma, rozhulany jest niemożebnie.

– Tatuś go w dzieciństwie bijał czy rozpieszczał?

– Tatuś bijał, mamusia rozpieszczała bo jedynak.

– A co teraz robi pani matka?

– Mąż ją wymienił na nowszy model czyli mnie. A ona dostała kasę i dochód z trzech kantorów.

– No to ma klawe życie.

– A wiesz, że czasem jej zazdroszczę? Nie musi w domu znosić żadnego faceta, nie katuje się operacjami plastycznymi, nie przejmuje  nadwagą, wygodnie żyje sobie w szeregowcu z ogródkiem i ma miłego dochodzącego.

– Jedna moja znajoma kiedyś powiedziała, że facet i służba tylko na dochodne.

– Ha, ha, ha. Coś w tym jest. Ale Marysia – Dorota u nas mieszka, bo nie miała mieszkania.

– Teraz już ma. Szczodry ten twój mąż.

– Miał z czego i to nie z legalnych interesów. Popieranie trzymających władzę bardzo mu się opłaciło.

– Chyba nie sprzedasz tego domu? – Wiesiek podniósł się z kanapy i przespacerował przez salon. Wyjrzał przez okno, przeszedł na taras. – Szkoda by było.

– Absolutnie nie. Dobrze mi tu, a ostatnio Jasiek kazał założyć alarm.

– A kod to data waszego ślubu?

– Nie, dlaczego?

– A tak przypomniał mi się jeden z odcinków serialu „Co ludzie powiedzą”.

– Pamiętam, biedny Ryszard.

Agata weszła do wynajmowanego mieszkania w starej kamienicy z obskurną klatką schodową. Odłożyła torebkę na krzesło i zadzwoniła do partnerki:

– Już jestem w domu, przyjdziesz? Dobrze, za godzinę. To przygotuję coś co jedzenia a ty przynieś jogurt grecki i fetę. Zrobiłam chłodnik, przegryza się w lodówce, mam składniki na sałatkę.

Po obiedzie usiadły na łóżku i Kaśka powiedziała:

– Rozmawiałam z Miśkiem.

– Jakim Miśkiem?

– No tym, co to chcemy, żeby był ojcem naszego dziecka. On jest bratem faceta od związków zawodowych i żeni się z gosposią jego niedawno zmarłego szefa – powiedziała Kaśka.

– No, coś ty?! Ten szef to mój nieślubny ojciec. Właśnie utopił się w swoim basenie.

– Ach, to ten. Tylko kłopot mamy bo Misiek boi się, że Dorota jak się dowie to go pogoni.

– To problem. Trzeba znaleźć innego dawcę.

– A może z banku spermy? Jak myślisz, ile to kosztuje?

– Sprawdzimy w Internecie. Jeśli nas będzie stać to skorzystamy. Teraz musimy zdecydować, która z nas zostanie matką.

– Jeśli mamy się przeprowadzić na Kretę to raczej ja, bo tam szybko nie znajdę pracy.

– Skąd wiesz? Trzeba to wyguglać. Ja pisać mogę i w ciąży a leczenie zwierząt wymaga siły.

– Masz rację. Z tym co dostaniesz od macochy to jakoś damy radę.

– Tylko kiedy to będzie? – zmartwiła się Agata.

– No, trochę odłożonej kasy mamy. I sprzedam swoje mieszkanie.

– A ja auto bo nie wiadomo ile będzie kosztował jego transport.

– Też to sprawdzimy u wszechwiedzącego guglego.

Upalne miasto 4

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki. Miłej lektury 🙂

**************************************************************

Wdowa zamierzyła się na niego torebką. Lewie się uchylił.

– Uspokójcie się! – stanowczo powiedział Wiesiek odciągając kochankę od pasierba.

Agata cały czas stała z boku i rozmawiała przez telefon:

– Zaraz przyjadę, bo rodzina jest w stanie wzburzenia zamiast smutnego milczenia. Tak, zapisał mi miejscówkę na Krecie. Pewnie, że przyjmę. To ja jadę do siebie, zadzwonię jak załatwię rezygnację – rzuciła w stronę rodzinki i wsiadła do swojego auta.

– Musimy pogadać, jedziemy! – rzuciła Barbara do i Karola i Wiesława.

Po drodze milczeli przetrawiając nowiny. Wjechali do garażu i przeszli do domu.

– Marysiu – zawołała pani domu. Proszę podać wędlinę, sery, pieczywo, masło, sałatkę z pomidorów, ogórków kiszonych, sałaty lodowej z fetą, oliwę z oliwek, sól i pieprz. Jak już to zjemy to przyniesiesz kawę, herbatę, koniak i lody.

– Tak jest proszę pani. Ale od poniedziałku odchodzę – dygnęła służąca poprawiając różowy czepek na głowie pasujący kolorystycznie do fioletowej służbowej sukienki i wrzosowego fartuszka.

– Myślisz, że te odziedziczone pieniądze na długo ci wystarczą? – spytała zaskoczona Barbara.

– Właśnie skończyłam studia, wychodzę za mąż i może wyemigrujemy do rodziny męża – poinformowała Marysia. A poza tym mam na imię Dorota – dodała i wyszła z pokoju.

– No, coś takiego! – wykrzyknęła pani domu.

– Widzę, że doskonale się orientujesz w tym co się tu dzieje – zaśmiał się sarkastycznie Karol.

– Ja wiedziałem – stwierdził Wiesiek nalewając sobie ulubionego drinka. Wychodzi za mąż za mojego młodszego brata.

– Ja oszaleję, co się tu dzieje? – zaskoczona pani domu nie ukrywała emocji. Idę wziąć prysznic i przebrać się.

Karol gromko się zaśmiał i rozsiadł na kanapie.

– Tu tajemnica na tajemnicy, tajemnicą pogania. Czego jeszcze się dowiemy?

– Nie dopytuj bo dostaniesz kociej mordy – uspokoił go Wiesiek.

– A to byłbym podobny do swojego kota Felka – ucieszył się Karol.

Marysia – Dorota przywiozła jedzenie na wózku kelnerskim, rozłożyła wszystko na stole i nic nie mówiąc wyszła.

– No to siadajmy – zarządziła Barbara w kusej i wydekoltowanej letniej sukni. Ważne sprawy omówimy potem.

Zjedli obiad a potem na kanapie przy mniejszym stole usiedli. Marysia przyniosła kawę i herbatę w termosach, lody w pucharkach oraz pokrojone w romby drożdżowe ciasto z truskawkami.

– Nie chcę się wyprowadzać z tego domu – powiedziała Barbara nalewając sobie kawy.

– To mnie spłać – rzucił Karol wypijając czwartego drinka.

– Nie mam pieniędzy.

– Nie rozśmieszaj mnie. Doskonale wiem jaki interes prowadzicie z Wieśkiem.

– Te dwa sklepiki masz na myśli?

– Dwa sklepiki? No, nie rozśmieszaj mnie! – powiedział Karol nalewając koniaku do kawy i polewając lody advocatem. Raczej dziesięć w galeriach handlowych na terenie całego miasta. A te mniej legalne interesiki to pryszcz?

– Jakie mniej legalne! Co ty bredzisz? – oburzyła się wdowa.

– Już ja wiem jakie lody kręcicie razem z Wieśkiem, takie raczej śnieżnobiałe i nie jest to cukier puder. Karol upił łyk kawy i zawołał:

– Marysiu!

– Raczej Doroto, przecież tak ma na imię – poprawił zastępca zmarłego.

– Jak zwał, tak zwał – Marysiu czy jest w tym domu miód, najlepiej gryczany? –  zapytał.

– Oczywiście proszę pana. Mamy wszelkie miody, w tym pitny. Podać?

– To poproszę gryczany do kawy, a pitny do kieliszka. I jeszcze kostki lodu do drinka.

– Tak jest, zaraz przyniosę. Czy będzie pan uprzejmy nie palić w domu – dodała widząc, że mężczyzna wyciąga papierosy.

– Cholera z tą modą na niepalenie. Każdą przyjemność człowiekowi zepsują – zdenerwował się Karol.

– Ona ma rację, tu się nie pali – poparła służącą Barbara.

– Kto pije i pali ten nie ma robali – zaripostował pasierb.

– Kto pije i pali temu szybko zdrowie nawali – Wiesiek nie został dłużny.

– Dosyć tego! Musimy postanowić co z tym fantem zrobić? – Barbara przeszła do adremu.

– Jakim fantem? – zdziwił się Karol coraz bardziej pijany.

– Testamentem, kretynie i jego skutkami.

– Jak to co? Ja się wprowadzam do mamusi, bo ona mnie utrzymywać musi – zarymował sierota po rozumie.

– Jeszcze czego! 

– Ja się tu wprowadzam, a jak mnie nie wpuścisz to przyjadę z policją – zagroził spadkobierca.

– Wiesiek powiedz coś, bo ja nie mam siły do tego idioty!

– Mam pomysł: będziesz przelewać na jego konto co miesiąc dwa tysiące a po wycenieniu domu spłacisz go odejmując przelane kwoty.

– To może trzy tysiące, za dwa trudno wyżyć.

– Wiele osób żyje za te pieniądze i z głodu nie umiera.

– Dobrze, niech będą trzy – zgodziła się wdowa. I niech cię już nie oglądam.

– To może jakaś mała zaliczka? – upomniał się nie taki znowu pijany Karolek.

– Wiesiek odwiezie cię teraz do domu. Jutro dostaniesz pierwszą ratę i podpiszesz zobowiązanie, że nie będziesz chciał więcej.

– A może drobną sumkę dla mojego kotka?

– Kotka wyżywisz z tych pieniędzy, a gdyby bardzo zachorował i wymagał kosztownego leczenia to wtedy zastanowię się nad formą pomocy – zakończyła Barbara.

– Idziemy – Wiesiek wstał, wziął z ceramicznego talerza stojącego na komodzie klucze do auta i pociągnął do za kołnierz dżinsowej kurtki mało pożądanego gościa.

Upalne miasto 3

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki. Miłej lektury 🙂

*******************************************************************

Zadźwięczał dzwonek domofonu – pizzerman wjechał na górę i zainkasował należność.

– No to kocie ja teraz się pożywię a ty mi opowiedz co ci się śniło. Tyle sypiasz to na pewno masz fajne wizje.

– Wizje to ja bym miał gdybym, jak ty, palił zioło – pomyślał Felek układając się na ulubionej poduszce. I lepiej weź prysznic bo śmierdzisz.

– A wiesz, przed obiadem wezmę prysznic, zmienię gatki i narzucę jakąś przewiewną koszulę, chyba jednak krawata nie muszę zakładać – jak myślisz? Do tak wytwornego posiłku jednak trzeba przyzwoicie wyglądać.

Wyjął z lodówki piwo i usiał przy stole w kuchni. Włączył smartfona i wszedł na wiadomości Onetu. A tam podano, że zmarł nagle nieodżałowanej pamięci szef związku o czym zawiadamia nieutulona w żalu wdowa, syn i najlepszy przyjaciel, zastępca, który zapewne obejmie opuszczone stanowisko.

W tej chwili zadzwonił telefon.

– Już wiesz? – zapytała matka.

– Wiem, co robimy?

– Czekamy na wydanie ciała. Zadzwoń do naszego adwokata, mamy się spotkać w sprawie testamentu. Czy masz telefon do jego nieślubnej córki?

– Mam, a skąd o niej wiesz?

– Dobrzy ludzie zawsze z przyjemnością złe wiadomości przekażą. Więc zadzwoń, pewnie coś jej zapisał – złym głosem poleciła.

– No chyba nie spodziewałaś się, że wszystko zostanie dla ciebie?

– A dlaczego nie? Wystarczająco długo się z nim męczyłam.

– Szczególnie, że prawie nigdy go nie było w domu i zawsze go ktoś zastępował szczególnie w sypialni – podsumował macochę Karol.

– Lubię przytyki od nieskazitelnie uczciwych osób – odcięła się i odłożyła telefon.

Karol wybrał z kontaktów wpisany jako „nieślubna”:

– Cześć, mówi Karol. Zmarł nasz ojciec. O, już wiesz? Zostawił testament, musimy tam iść i wysłuchać ostatniej woli. Nie wiem co komu zapisał, dowiemy się. Zapisz numer do prawnika.

Spotkanie odbyło się w pełnej podejrzliwości atmosferze ale za to w klimatyzowanym gabinecie. Adwokat przygotowany był na najgorsze.

Najpierw przybyła utulona w żalu wdowa, potem zastępca zmarłego w ciemno szarym letnim garniturze,  Karol wszedł razem z siostrą, oboje w t-shirtach z napisem: Sierota to brzmi dumnie.

Sekretarka przygotowała kawę, śmietankę, herbatę, cukier, wodę mineralną, koniak oraz krople uspakajające.

Prawnik, choć ateista, odmówił w myślach krótką modlitwę” „Boże nie dopuść, żebym dostał, po tym spotkaniu zawału lub udaru ani nawet wylewu”.

Powitał zebranych i otworzył dokument.

„Zapisuję, w równych częściach,  mojej żonie, synowi i córce dom przy ulicy Fidrygałki 4. Mogą razem zamieszkać” – tu Barbara zakrztusiła się pitą właśnie wodą, Karol parsknął śmiechem a córka Agata powiedziała: ale ja nie chcę. „…lub dom sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Moje zasoby na kontach należą już do Jedynie Słusznej Partii oraz jej przywódcy Wzoru Cnót Wszelakich, którego od dawna kocham miłością pierwsza i jedyną”.

Wdowa zemdlała spadając z krzesła, sekretarka zaczęła wlewać jej koniak do ust a potem wachlować. Niby synek zafundował kobiecie dwa silne klapsy w policzki. Wraz z siostrą podnieśli ją i usadzili w stojącym obok kawowego stolika, fotelu.

– Proszę siadać, jeszcze nie skończyłem – powiedział prawnik. „Moją kolekcję okularów zapisuję Karolowi, żeby zaczął wreszcie dostrzegać świat takim jaki jest. Także zestaw kilku protez zębowych, bo boi się dentysty więc mu się niedługo przydadzą.

Żonie zapisuję moje całą swoją odzież oraz krawaty i spinki do mankietów. Niech zrobi z nimi co zechce. Może je sprzedać.

Córce kochającej inaczej życzę zdrowia i szczęścia na nowej drodze życia z partnerką. Na jej nazwisko kupiłem domek na Krecie, zamieszkać tam obie możecie. Mojemu zastępcy zlecam napisanie mojej biografii ze szczególnym uwzględnieniem pikantnych szczegółów, bo chcę zbulwersować rodzinę i znajomych. Służącej Marysi zapisuję małe mieszkanie przy ulicy Jagodowej 12 oraz sto tysięcy złotych”.

– Ja też chcę taki domek  – zajęczał Karol. Co mi po tych śmieciach? – zajęczał.

– Ty już dostałeś mieszkanie, auto, które rozbiłeś i kasę jaką przeputałeś, więc milcz – usłyszał z ust ockniętej macochy.

– To ja rezygnuję z mojej części domu – powiedziała Agata.

– Na czyją korzyść? – spytał prawnik,

– Na niczyją, niech razem zamieszkają lub podzielą się zyskiem po połowie.

– Ale z czego ja będę żyła? – poskarżyła się wdowa.

– Pójdziesz do roboty lub znajdziesz następnego bogatego frajera. Kochankowie pewnie stoją w kolejce, aby cię uszczęśliwić – poradził Karol.

– A żebyś wiedział! Ciebie za to żadna nie będzie utrzymywać. Choć ci się zdaje, że jesteś piękny i inteligentny.

– Bo jestem. Trzeba szybko sprzedać dom.

– Szybko to nie będzie – powiedział prawnik. Co najmniej potrwa to pół roku.

– Wychodzi na to, że najlepiej ma Agata – z przykrością stwierdziła Barbara.

– Kto zasłużył ten ma – posumowała córka, też utulona w żalu za pomocą dóbr doczesnych.

Prawnik ucieszony, że gładko poszło powiedział:

– To wszystko z mojej strony. Każde z państwa dostanie kopię testamentu. Mogę pomóc w dalszych działaniach – zaoferował.

– A co z rezygnacją Agaty?  – spytał bystrze Karol.

– Zorientuję się w tej sprawie i poinformuję państwa. A teraz już dziękuję – wstał wypraszając w ten sposób uciążliwych klientów.

– Proponuję rodzinną naradę u mnie w domu – powiedziała wielkodusznie Barbara.

– To może podwieziesz mnie, zabiorę swoje rzeczy i kota, wprowadzimy się do ciebie, przecież to dom po moim tacie.

– Oszalałeś?! – spieniła się macocha. Nigdy w życiu! Po moim zimnym trupie!

– A co? Też zamierzasz umrzeć? Z rozpaczy po umiłowanym mężu? – zakpił Karol.

Upalne miasto

W małym mieszkaniu na dziesiątym piętrze stosy brudnych rzeczy wylewały się tęczową strugą z kosza ustawionego w kącie przedpokoju. Wtórowały im niepozmywane naczynia w zlewozmywaku.

Pokój nie był gorszy – ktoś lub coś powywlekał ubrania, dokumenty i książki z szuflad i półek. Na jednym ze stosów siedział bury kot spokojnie wylizując futerko.

Na tapczanie leżał czterdziestoletni facet w samych gatkach w kwiatki. Otoczony kilkoma pustymi butelkami po piwie.

– Widzisz Felek – odeszła – powiedział. Nie rozumiem dlaczego? Przecież obaj jesteśmy wspaniali, prawda?

– Miau – usłyszał w odpowiedzi. No, właśnie.

 Karol próbował się podnieść z legowiska składającego się z poturbowanej, nieświeżej, poplamionej pościeli. Nie udał mu się ten wyczyn więc z głębokim westchnieniem opadł.

Słońce prażyło bezlitośnie, całe miasto ledwo dyszało. Asfalt się topił, rzeka wysychała, woda w kranach ciurkała tylko do drugiego piętra. Szyny i tory wygięły się w proteście, tramwajom oraz autobusom zapaliły się instalacje.

Władze miasta ogłosiły stan wyjątkowy i wyjechały nad morze do wypasionego pensjonatu, aby nabierać sił po mailowych napaściach sfrustrowanych mieszkańców. Obawiali się też rękoczynów ze strony co bardziej zdeterminowanych. A ochroniarze zwani strażnikami rozbestwili się i żądali podwyżki płac zamiast, pokornie,  strzec swoich zwierzchników.

– Uch, jak ja nie znoszę tej klasy robotniczej – powiedział regionalny szef związków zawodowych zanurzając swoją cielesną obfitość w basenie przy niedawno wzniesionej rezydencji. – Marysiu, niech Marysia przyniesie mi czteropak piwa z lodówki. I dużo kabanosów – zawołał. A co będzie na obiad?

– To co pan lubi najbardziej – usłyszał z okna.

– Ty to byś pewnie chciał kilku rozebranych panienek chętnych do bunga – bunga – zza rogu domu wyszedł szczupły zastępca pluskającego się. A viagrę kupiłeś?

– Nie żartuj, ja jeszcze dużo mogę bez wspomagania – odparował szef gramoląc się z basenu. Niestety tak niezgrabnie, że uderzył głową o wykafelkowany kant pojemnika i spłynął na dno basenu. Zastępca nie zważając na to spokojnie wszedł do chłodnego domu, sięgnął do barku, zrobił sobie drinka o nazwie Black Russian bo był fanem Puszkina a ten prawnukiem czarnoskórego niewolnika przywiezionego do Rosji przez rosyjskiego dyplomatę w prezencie dla cara Piotra I.

Tak więc Wiesiek wrzucił do  wysokiej szklanki pięć kostek lodu, chlusnął sporo wódki dodał likieru kawowego i  pomieszał srebrnym nożem leżącym na stole.

Zdjął letnią szarą marynarkę,  powiesił na oparciu jednego z sześciu tapicerowanych krzeseł i usiadł sobie wygodnie w fotelu przy stoliku umiejscowionym we wnęce salonu blisko wyjścia na taras. Popijając ulubiony trunek wygrzebał w pamięci informację, że pradziadek Puszkina pochodził z północnego Kamerunu, z miejscowości Logone. Miał szczęście, że car kazał go kształcić, a że chłopak był zdolny to został inżynierem.

– Czarny a zdolny, a na świecie tylu białych idiotów – westchnął rasistowsko dopijając drinka.

Gdy odstawiał szklankę weszła do pokoju pani domu w bardzo dopasowanej bluzce i takiejż, nie za długiej spódnicy.

 – O, jesteś, a gdzież to mój równie szanowny co szczupły małżonek – zapytała robiąc sobie ulubionego drinka składającego się z wermutu, soku pomarańczowego, wódki i lodu oraz szczypty cynamonu. Drink nazwała swoim imieniem Persefona. Bogini ta została porwana przez boga Hadesa gdy wraz z towarzyszkami bawiła się na łące.

– I tak tkwię w tym piekle – westchnęła popijając. – On kiedyś był uczciwy i przystojny a ja piękna i młoda. A teraz on ma sylwetkę wieloryba a ja wydatki na medycynę estetyczną. Wszystko schodzi na nierasowe psy. I zrobiła sobie drugiego drinka.

Wiesiek zapytał:

– A może krótką kreseczkę wciągniesz?

– A wciągnę, dlaczego nie?

 Z barku wyciągnęła dwie słomki do koktajli i przysiadła do stolika czekając aż Wiesiek uformuje dwie białe ścieżki. Rozpięła dwa guziki jedwabnej bluzki i zrzuciła espadryle. Spódnica zwinnie podsunęła się w górę ukazując brak stringów.

Mężczyzna rozpiął guzik dżinsowych spodni. Wciągnęli proszek i lekko zataczając się przeszli do łazienki gdzie razem wzięli prysznic. W pokoju gościnnym, tak jak to robili od wielu miesięcy, powoli położyli się na pościelonym podwójnym łóżku. Choć znali mapę własnych ciał ich ręce z przyjemnością podążały znanymi trasami.

   Do drzwi mieszkania Karola ktoś zadzwonił i uparcie to powtarzał budząc go z leniwego letargu. Jeszcze nie całkiem przytomny wstał i otworzył drzwi.

– Dzień dobry, o – widzę, że nie bardzo. Ale muszę z panem porozmawiać.

– Kim pan jest do cholery? – uprzejmie spytał gospodarz.

– Policjantem.

– Zrobiłem coś?

– To się dopiero okaże. Nie żyje pański ojciec. Utopił się.

– Przecież umiał pływać – zdziwił się Karol.

– Sprawdzamy czy to wypadek, czy mu ktoś pomógł. Proszę nie wyjeżdżać z miasta. Swoją drogą mógłby pan tu trochę posprzątać – powiedział policjant po czym odwrócił się i zszedł po schodach.

Kot otarł się o nogi mężczyzny.

– Chodź Felek, posprzątamy ten bardak. Władza ma zawsze rację – prawda?

– Miau – potwierdził kot.

– Swoją drogą to się żona ojca ucieszy, że ma starego upierdliwca z głowy. Chyba że udowodnią jej winę ale taka głupia to ona nie jest.

Pozbierał wszystkie części garderoby i posegregował kolorami, tyle pamiętał z nauk pierwszej żony. Włożył pierwszą część do pralki, której umiejętność obsługi zawdzięczał drugiej połowicy. Trzecia nauczyła go zmywać i sprzątać. Czwarta kobieta trzy dni temu spakowała co miała, pokazała mu wyciągnięty palec i opuściła mówiąc:

– Jakie to szczęście, że za ciebie jednak nie wyszłam.

Karol całkiem spokojnie i  bardzo powoli wszystko wyprał, porozwieszał i posprzątał a potem nakarmił kota. Dla siebie zamówił pizzę. Nie starczyło kobiet w jego życiu, aby nauczył się gotować.

Zadzwoniła komórka.

– Tak, wiem, był policjant. Dobrze, pomogę. To zadzwoń jak wydadzą ciało. Co ty powiesz – napisał testament? A znasz jego treść? Acha, jest u adwokata. No to czekają nas niespodzianki tylko nie wiem czy miłe. Cześć. A przy okazji czy są u was klucze do mojego mieszkania? Tak? To dobrze. A nie, nic – tylko pytam.

Otworzył okno, stanął na parapecie i skoczył.

– Kurwa, zapomniałem, że zamówiłem pizzę – lecąc sobie przypomniał i wylądował dwa piętra niżej na tarasie sąsiadów gdzie rozłożono gruby materac. Akurat opalająca się na nim młoda kobieta poszła do kuchni po wodę.

– O, dzień dobry, skąd się pan tu wziął? – zapytała popijając z butelki.

– A z mojego okna dwa piętra wyżej – odparł nieskonfundowany sytuacją. Tym bardziej, że sąsiadka była młoda i tylko w skąpym bikini.

– Czyli tak sobie pan wypadł i wpadł do mnie? – uściśliła sytuację.

– No, właśnie – tak jakoś to wyszło.

– I co teraz? Napije się pan wody?

– A poproszę, może z kostką lodu i odrobiną wódki?

– Bez przesady, niezaproszonym gościom drinków nie robię. Najwyżej woda.

– To ja dziękuję i lecę.

Przechylił się gwałtownie przez barierkę tarasu i poleciał w dół.

Czytelniku dopisz ciąg dalszy: czy Karol zatrzymał się na następnym tarasie, czy tam poczęstowano go alkoholowym drinkiem, czy zjadł zamówioną pizzę oraz co ojciec zapisał mu w testamencie.

Wirus zakończenia (cz.117)

I tak się kończy moja opowieść o zwyczajnych – niezwyczajnych ludziach na moim osiedlu. Bohaterów wymyśliłam, nigdy nie spotkałam takich ludzi. To tylko moje marzenie o dobrych i życzliwych osobach. Ale może Wy znacie podobnych?

**************************************************************

Ależ mamy złośliwy prima aprilis, śnieg w kwietniu zamiast w styczniu lub lutym  – pomyślała Helena opatulając kolana, stopy i gardło.

Od jakiegoś czasu źle się czuła, serce a to waliło, a to jakby stawało. W uszach szumiało, w kościach strzykało mocniej niż zwykle. Całe szczęście, że Aldona i Wacek codziennie u niej byli na zmianę i opiekowali się seniorką.

Nie była w stanie, od paru dni wychodzić z domu więc zaprosiła do siebie bliskie osoby.

– Opowiedzcie mi co u was słychać, co u Kasi, jak się ma Adaś?

Aldona wcześniej, jak co dzień od miesiąca,  przyniosła obiad, którego seniorka zjadła tylko połowę.

Wacek pierwszy zabrał głos:

– Mietek tak długo się nie pokazywał, bo jego mama chorowała i zmarła.

– Covid? – zapytała Helena.

– Głównie serce ale i zapalenie płuc swoje zrobiło. Musiał więc pozałatwiać wszystkie sprawy a potem zabrał się za porządkowanie i remont mieszkania. Ale jest dobra wiadomość – zamierzają się pobrać z Kasią.

– O, to świetnie, a kiedy?

– Jeśli będzie termin w Urzędzie Stanu Cywilnego to zaraz po świętach. I ślub będzie tylko cywilny. I bez hucznego wesela, tylko obiad w naszym gronie – poinformował Wacek.

– A gdzie będą mieszkać? – spytała Aldona krojąc ciasto drożdżowe.

– U Kasi, bo ma większe mieszkanie.  Mietka lokal sprzedadzą, żeby mieć na remont chaty Kasi i zmianę auta na nowszy model, bo ten, który ma  sypie się i rzęzi. A oszczędności nie mają, bo i z czego.

– No to czeka cię dużo pracy, bo wyobrażam sobie, że będziesz im pomagał. Na szczęście jesteś tak zwaną złotą rączką, a nawet dwiema – zażartowała Helena.

– Ociepli się, wszystko będzie szybciej schnąć, więc wiosna to dobry czas na remonty – praktycznie podsumował sytuację Wacek.

Po spotkaniu Aldona pomogła Helenie umyć się i położyć.

Nazajutrz Wacek otworzył drzwi jej mieszkania i zastał starszą panią elegancko ubraną, nawet z butami  a nie, jak zawsze w domu,  kapciami. Siedziała i spała w fotelu. Gość dotknął jej ramienia, które bezwładnie opadło. Zadzwonił po pogotowie. Lekarz stwierdził zgon z powodów naturalnych. Ciało poddano kremacji, bo tak sobie Helena życzyła żałując, że jej prochy nie mogą użyźnić działki. Nie chciała żadnego pomnika.

Na stole leżał testament, który odczytano na popogrzebowym spotkaniu.

Okazało się, że zmarła zapisała swoje własnościowe mieszkanie Edkowi i Aldonie pod warunkiem, że jak najszybciej się pobiorą. W dodatku pozostawiła pieniądze oraz zgodę i plan rozbudowania lokalu o kawałek dużego holu tak, aby  do kuchni z nyżą , przedpokojem i łazienką dodatkowo powstał pokój.

Aldona zaczęła płakać, Edek gwałtownie szukał chusteczki do nosa.

– Masz, sieroto – podał mu ją kumpel i jak zawsze w reakcji na nietypowe wydarzenia pociągnął się za ucho.

– Dzięki – powiedział Edek wstając i portki podciągając choć przybrał na wadze dzięki regularnym posiłkom. Ale odruch mu pozostał.

Testament zawierał też sugestię, aby od razu przenieśli się do jej mieszkania a swoje udostępnili ukraińskiej rodzinie za darmo dopóki nie znajdą sobie pracy, aby potem móc płacić choćby niewielki czynsz.

– No to najpierw ja z Edkiem posprzątamy Heleny mieszkanie, pomalujemy a potem się przeprowadzimy – gospodarnie zarządziła Aldona.

– Zabierzcie tylko swoje najpotrzebniejsze rzeczy, bo chata spadkodawczyni jest dobrze wyposażona – doradził Wacek. Nie zapomnijcie o Panu Kocie, bo on jest najważniejszy.

– Nie wiem jak zniesie przeprowadzkę – zmartwił się Edek. No i potem remont. Może jednak zostaniemy u siebie na ten czas?

– Nie bądź głupi, twoje mieszkanie jest bez łazienki a zanim uprawomocni się spadek i znajdziemy odpowiednich fachowców to minie dużo czasu – stwierdziła partnerka niewolnika kota.

– Masz rację, nie pomyślałem – przyznał Edzio.

– To może zrobimy dwa śluby razem? – zaproponował Wacek. Wy i Kasia z Mietkiem? Będzie praktycznej, Helena pewnie by tak chciała.

– I to jest bardzo dobra koncepcja ale trzeba to z nimi skonsultować – powiedziała Aldona.

– Już  o tym rozmawiałem, bo znałem treść testamentu – przyznał Wacek. Postanowiliśmy, że dobre a niepotrzebne rzeczy z mieszkania Mietka i Heleny sprzedam w Internecie, żeby były pieniądze na niespodziewane wydatki. A resztę oddamy do sklepu dobroczynnego.

– Ta Helena to jest dla nas jak dobra wróżka – rozrzewnił się Edek.

– Oj, tak – ze świecą szukać tak dobrej osoby. Seniorzy z wiekiem często stają się egoistyczni i skąpi a ona o nas wszystkich pomyślała – podsumował spotkanie Wacek.

Na Olimpie codzienności

Parę ładnych lat temu napisałam ten tekst, był na poprzednim blogu ale portal zamknięto. Trochę tekst poprawiłam i uzupełniłam, Zapraszam 🙂

*************************************************************

Jak co sobotę byłam na Olimpie i złożyłam ofiarę, z siebie, wielu bogom. Przede wszystkim temu dwojga imion „Pranie-sprzątanie”. Nie lubię go bo wymusza cotygodniową daninę z mojego czasu i energii.

 Istnieją też inne domowe „bożki” jak: „Zmywanie”, „Prasowanie”, „Odmrażanie lodówki”. Oddaję im cześć najrzadziej jak mogę.

Najbardziej lubię tego o nazwie „Wyrzucanie” i poddaję się mu z przyjemnością. Dzień bez wyrzucania jest, dla mnie, dniem straconym. Po zakupieniu jakiejś rzeczy staram się wyrzucić/oddać dwie inne. Kupię buty, wyrzucam (lub zanoszę do sklepu dobroczynnego) bluzkę, spódnicę lub torebkę. Ostatnio nawet część ręczników, pościeli, serwetek oraz obrazków ściany ozdabiających.

Lubię też skutki składania kultu bożkom „Gotowanie” i „Pieczenie”. Najgorsze, że w paradę wchodzą zaraz następne „Zmywanie” i „Sprzątanie”. I drą się wielkim głosem jeśli o nich zapomnę. Egocentrycy wredni tacy!

 Nie mogę zapomnieć o bóstwie związanym z domem ale kultywowanym poza nim o imieniu „Kupowanie”. Ono ma różne odmiany jakie wszyscy znamy: „Kupowanie jedzenia”, „Kupowanie ubrania”, „Kupowanie słowa pisanego”, „Kupowanie dla kota”, „Kupowanie dla higieny”, „Kupowanie dla urody” i tak dalej.

 Na szczęście nie jestem zakupoholiczką, całożyciowe dochody mnie od tego ustrzegły oraz nie mam takich skłonności.

Domowym bożkiem może być też „Czytanie książek”, „Wykonywanie Rękodzieła”, „Oglądanie telewizji” lub „Surfowanie w necie”. Poza tym „Rozwiązywanie krzyżówek i sudoku” (mam koleżankę tym  zajęciem opętaną) i „Narzekanie”.

„Gadulstwo” jest bóstwem, któremu oddaje cześć wiele osób. Zarówno w domu jak i poza nim. Jestem przekonana, że to nie jest objaw inteligencji, wręcz odwrotnie. Szczególnie jeśli to są  opowieści nudnych treści bez poczucia humoru. O, „Poczucie Humoru” jest dla mnie bóstewkiem  miło okraszającym codzienność.

Malutkim bóstwem, ale potrzebnym, były dla mnie kotki Alodia i  Misia. Były bo odeszły i czas kota u mnie minął bezpowrotnie.

Na koniec zostawiłam ważne dla mnie „Czytanie ze zrozumieniem” a także „Pisanie”. Oraz „Oglądanie filmów” też ze zrozumieniem i wyciąganiem wniosków.

Wybór bóstw i przedmiotów kultu należy do każdego z nas. 

p.s. specjalnie nie wspominam o polityce

Wirus piosenek (cz. 111)

Pod każdym tekstem podaję datę napisania, bo umieszczam aktualne wydarzenia. Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugi poniedziałek lub środę zamieszczam recenzję książki lub relację prywatną. Miłej lektury 🙂

*********************************************************************

– Jak ja nie lubię Zenka – powiedziała Aldona wracając z zakupów wkurzona cenami.

– A co ci, biedak, zawinił? – zapytał Edek głaszcząc pana Kota.

– Bo jest twarzą obecnej władzy – warknęła kobieta rozkładając produkty.

– Raczej mordą.

– Mordami to są ci trzymający władzę. A chodziło mi o propozycję Suskiego, aby w radiu w godzinach 5-24 nadawano 80% polskich piosenek.

– Przypuszczam, że w wykonaniu Zenka, Maryli i Edzi?

– A pozostałe 20% to rosyjskie z okresu Związku Zdradzieckiego może.

– Ale to, że młodzież na studniówce śpiewała je… … to nie bardzo mi się podoba, choć rozumiem to wkurzenie – stwierdziła Dona.

– No to mam nadzieję, że odpowiednio do tego hasła zagłosują w czasie wyborów.

– Miau – potwierdził Darek.

– Tylko nie wiadomo czy znowu nie zamataczą wyborów. Bo co do poprzednich mam takie silne podejrzenie.

– A wiesz, że system podsłuchowy Pegasus był nielegalnie kupiony za 33 miliony złotych? – dobił kobietę Edzio.

– Nie dziwi mnie to wcale. A hasło ustalili bardzo trudne do odgadnięcia.

– Wiem, nigdy bym się nie domyślił. Brzmi ono „Orzeł Biały” w Internecie: orzelbialy.

– Jak myślisz – czy ten skrzydlaty koń zaniesie PiS do Hadesu? – zapytała Aldona myjąc produkty na obiad.

– Mitologicznie ci się odbija, widzę. Oby, najwyższy czas dla nich na piekło.

– Politykom ciągle się odbija podsłuchami. A wiesz dlaczego minister Zero uwziął się na Giertycha? Bo kiedyś przyszedł do jego kancelarii z prośbą o przyjęcie i pomoc w zostaniu adwokatem w dodatku próbował nim manipulować źle mówiąc o Lechu Kaczyńskim wiedząc, że ewentualny szef ma z LK zatargi. G. odmówił, bo uważa go za złego prawnika a Z. taką nędzną i wredną manipulacją obraził jego inteligencję.

– No to się podpiął pod PiS i rządzi, teraz chce ludziom utrudnić rozwody.

– E, tam rządzi. Jest na pasku Wuca i jego obsesji. Z kotem przecież nie musi brać rozwodu.

– A co  sądzisz o tym, że „Nieposłuszeństwo jest prawdziwą podstawą wolności. Posłuszni muszą być tylko niewolnicy” (G. Orwell)

– Nie wiem czy muszą. Oni tak chcą, bo to wygodniejsze. Nie trzeba się męczyć myśleniem i stawianiem oporu. A nuż trzeba by było znosić jakieś represje? – zapytała Dona zajęta porcjowaniem kurczaka.

– Mnie się podoba to: „Głową muru nie przebijesz ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej” (J. Piłsudski).

– Trzeba mieć żelazny łeb, dobrze, że ten drób nie jest żelazny – wsadzając powstałą porcję rosołową do garnka powiedziała kobieta.

– I żelazną wolę odporną na manipulacje.

– Ale można od tego umrzeć jak dyrektor z CBA, który wprowadzał i nadzorował Pegasusa.

– Śmiercią naturalną zszedł był?

– A kto to wie?

– Ciekawostką przyrodniczą jest fakt, że system podsłuchowy nie został kupiony od producenta w Izraelu tylko od firmy Matic założonej przez byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa PRL. Za wdrożenie i szkolenie dostali 8 milionów.

– Teraz budowany jest mur w Białowieży, jak myślisz który krewny i znajomy królika na tym zarobi?

– Tego nie wiem ale najgorsze, że niszczą przyrodę ciężkim sprzętem. Obieraj jarzyny, nie leń się.

– Na Chińczyków się zapatrzyli? – zapytał Edek powoli wstając i portki podciągając. Pan Kot tylko zerknął kpiąco na swojego niewolnika.

– E, nie. To zdaje się przykład od bratanków.

– Ale oni nie niszczyli sobie rezerwatu przyrody?

– Tego nie wiem ale obwarowali czy raczej omurowali się solidnie. Zresztą nie tylko oni. Parę innych krajów też.

– Stany Zjednoczone mają problem z nielegalnymi przybyszami głównie z Meksyku, Europa także. A może by tak Rosja przyjęła wszystkich? Miejsca u nich dużo – facet rzucił propozycję od czapy a może nawet uszanki.

– Jak ty już coś powiesz – zakpiła kobieta. Lepiej kończ to, opłucz, pokrój i do garnka.

– Będzie rosołek choć dziś nie wtorek?

– Dzisiaj sobota, dzień hołubienia kota – stwierdziła pani domu wrzucając pokrojoną pierś kurczaka do kociej miseczki.

Darek wstał, przeciągnął się leniwie i powoli podszedł do swojej jadalni.

– Edek, zmień mu wodę i obejrzyj piasek w kuwecie.

– „Życie to głupi i śmieszny żart” – powiedział Edek wrzucając jarzyny do garnka.

– A skądżeś wziął tę mądrość? – zakpiła Dona.

– Zacytowałem Lermontowa tylko – obruszył się jej życiowy partner.

– No, widzę, żeś zdolny jak Powolniak z serialu „Co ludzie powiedzą” i jak on leniwy.

Napisane 20 – 25. 01.2022 r.