Upalne miasto 30

Upalne miasto 30

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Karol nabył rower i bardzo z siebie zadowolony dodał do niego odpowiednią torbę do przewożenia Felka. Kask już miał.

– Może mu się spodobają takie spacery? – pomyślał wybierając fason i kolor torby, zdecydował się na  czerwono – zieloną kratkę.

Jesień akurat fundowała ludziom słoneczną pogodę, więc duet Karol – Felek wybrali się zwiedzać przyrodę. Bez kalania łona natury. Pan Kot nie był płochliwy tylko nadzwyczaj cierpliwy. I ciekawy świata. Urodził się w kanciapie na przybibliotecznym podwórku i cały zapchlony trafił do opiekunki, która, po wyleczeniu,  przekazała go w ręce Karola. Ten nawet się nie bronił zadowolony, że to nie pies i że nie trzeba go wyprowadzać.

Wieczorem w Internecie znalazł wiersze Franciszka Klimka, autora specjalizującego się w poezji o kotach.

Czego potrzeba kotu

Kotu potrzeba niewiele:
Pogłaskać go tylko w niedzielę,
w poniedziałek, wtorek i w środę
leciutko podrapać go w brodę,
w czwartek, w piątek i w sobotę
pobawić się trochę z kotem
i w niedzielę – znów niewiele.

A jeśli ci się uda
pokochać go troszeczkę
i tym co mu smakuje
napełnisz mu miseczkę

i mocno postanowisz
nie oddać go nikomu
i zgodzisz się by czasem
porządził trochę w domu,

to zauważysz potem
(to zresztą przyjdzie z wiekiem),
że będąc bliżej z kotem,
jesteś bardziej człowiekiem.

Przeczytał tekst Panu Kotu, który miaukiem potwierdził prawdziwość spostrzeżeń autora i wskoczył na kolana swego niewolnika domagając się należnych czynności i zachwytów.

W sklepie zarządzanym przez Jadwigę stanął automat herbaciano -kawowy. Właścicielka i kierowniczka nie  były zdecydowane na konkretny napis zamówiły więc u Karola kilka. Każdy wisiał przez tydzień.

– Najpierw kup  ubranie, potem skup się na kawie!

–  U nas zawsze: dobry zakup i dobra kawa.

–  Wybierz towar, zapłać kartą, wypij kawę.

Także krótszą tego wersję:

– Wybierz, zapłać, wypij.

–  Kieckę kup, potem kawę/herbatę chlup.

– Torebka kupiona, kawa zaparzona.

– Po pierwsze zakup, po drugie kawa, po trzecie dobry humor.

– Bluzka nabyta, kawa wypita. Zapraszamy ponownie.

Pod każdym umieszczono drobnym drukiem: Po zapłaceniu trzystu złotych kaw/herbata gratis. Woda zawsze.

Maciej, klient erotyczny, któremu Ewa zamiast seksu niegdyś zafundowała dobre rady,  zaprosił ją do przytulnej knajpki gdzie wcześniej zamówił stolik. Przyjechał po nią autem pod uczelnię. Otworzył drzwi samochodu a w lokalu wejściowe. Zapytał na którym krześle chce siedzieć i nie szurając  odsunął mebel.

 Kelnerka podała kobiecie  menu bez  cen mówiąc:

– Paniom zawsze taką kartę dajemy.

– Bardzo dobrze, kobieta od razu może sprawdzić czy mężczyzna jest skąpy – zaśmiał się Maciej błyskając pełnym uzębieniem. I nie pozwalając towarzyszce zerknąć na kartę z cenami. Wyłączył też telefon przy okazji prezentując zadbane dłonie.

Masz u mnie plus – pomyślała Ewa.

Wybrała to co lubiła najbardziej, szczególnie wieczorem, czyli smacznie ale lekko. Albowiem dolegliwości gastryczne nie były jej ulubionym stanem.

Rozmawiali o jej studiach, ustalili, że mają podobne poglądy na politykę i religię. On wolał psy, ona koty. Rozbieżności były też w zakresie muzyki, rodzaju literatury oraz filmów. Oboje nie lubili horrorów. Ale okazało się, że mają podobne poczucie humoru.

O przeszłości nie wspominali.

Po dwóch godzinach Maciej zapłacił telefonem.

Wstając od stolika kobieta zaproponowała:

– Może się przejdziemy, wieczór taki piękny.

– Wybacz moje złoto ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą – mężczyzna zacytował koniec wiersza Juliana Tuwima „Spóźniony słowik”.

– Bardzo trafny cytat – pochwaliła go towarzyszka.  Dziękuję za spotkanie, posiłek i spacer.

– Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze? – spytał Maciej zatrzymując auto przed blokiem Ewy.

– Proszę do mnie zadzwonić za kilka dni, mam dużo zajęć na uczelni i w salonie.

– Czyli jak przyjdę do fryzjera, na manicure, pedicure i zabieg kosmetyczny to  zawsze panią zastanę?

– Ha, ha, ha – bardzo sprytnie – zaśmiała się Ewa. Proszę zadzwonić do mnie, umówię pana z pracownicami na termin gdy ja też tam będę. Dobranoc.

Wysiadła z auta i pomachała mu przed wejściem do bramy.

– Do zobaczenia – odpowiedział Maciej i powoli odjechał.

Anna postanowiła kontynuować molestowanie kulinarnie swego sąsiada. Z nabytego w sklepie dobroczynnym kawałka materiału w owocowy wzór uszyła mu fartuch kuchenny. A z pozostałych skrawków rękawicę i łapkę.

– Muszę wymyślić jakiś pretekst do obdarowania go – postanowiła. Kiedyś przecież musi mieć urodziny i imieniny. A do Mikołaja za daleko.

Przejrzała kalendarz i znalazła bardzo bliski termin – 4 listopada. Zupełnie jakby ściągnęła go myślami bo zadzwonił;

– Pani Anno, przeglądałem te przepisy od pani. Chciałbym upiec placek drożdżowy ze śliwkami i kruszonką.

– Wow, ambitnie! Ale do odważnych świat należy. A ma pan wszystkie składniki?

– Tak, kupiłem nawet świeże drożdże.

– I chce to pan teraz wykonać?

– Jeśli pani ma czas…

– Akurat mam. Ale wiesz, że wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową?

– Wiem, wiem.

– To wybij do miseczki dwa jajka, niech się ocieplą, bo pewnie trzymasz je w lodówce? Sprawdź ich temperaturę za 20 minut wkładając palec, czysty!

– Ha, ha, ha – jakbym słyszał mamę: Lolek umyj ręce! Lolek dlaczego wracasz z podwórka taki brudny? Lolek skaranie boskie z tobą!

Upalne miasto 27

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

********************************************************

Karol zaprosił Annę na degustację pierwszej przez siebie ugotowanej zupy. Seniorka trochę obawiała się przykrej niespodzianki, którą zaraz po pierwszej łyżce będzie musiała wypluć. Jednak postanowiła, że powie prawdę i tylko prawdę. Wzięła ze sobą dwa głębokie talerze i dwie łyżki stołowe oraz łyżkę wazową przewidując skromne zasoby karolowego gospodarstwa.

I dobrze się stało, bo świeżo upieczony kucharz stał bezradnie nad garnkiem i nie wiedział co dalej. Miał tylko kubek, kilka miseczek dla kota i płaskie talerze. Jeśli przyniesiono mu, w czasie unieruchomienia gipsem, zupę to jadł ją prosto ze słoika i to łyżeczką do herbaty. Jakoś nie wpadło mu do głowy poprosić o uzupełnienie zastawy. Stworzony był przecież, jak większość mężczyzn, do wyższych, bliżej nieokreślonych celów. I do obsługiwania kota.

Felek słysząc kroki pod drzwiami podbiegł do nich i zamiauczał poznając gościa nawet przez zamknięte drzwi.

– Dzień dobry, panowie. Kupiłam to panu, w sklepie dobroczynnym – powiedziała kładąc przyniesione rzeczy na blacie w kuchni.

– Jak dobrze, że pani pomyślała. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że będą potrzebne.

– Po posiłku przejrzę pańskie kuchenne zasoby i uzupełnię braki jeśli zdecyduje się pan gotować.

– Ale nie wiem czy ta zupa jest jadalna. Bo jeśli  nie,  to niczego więcej nie będę pitrasił.

– A makaron pan ugotował?

– Tak, według przepisu na opakowaniu. Ale nie jest al dente, bo nie lubię.

– Ja też nie, bo mi potem ciąży w żołądku – stwierdziła sąsiadka. To ja nalewam a pan zanosi do pokoju. Czy stół nakryty?

– Tak, mam kolorowe czasopisma, więc przy okazji można poczytać.

– Pan żartuje oczywiście? – zaniepokoiła się Anna.

– Nie do końca. Na stole rzeczywiście leżą strony kolorowego tygodnika ale na nich przeźroczysty obrus.

– Ale pewnie nie ma pan serwetek?

– A po co? Mam przecież papier toaletowy i ręcznik papierowy – stwierdził zadowolony z siebie Karol.

– Ja o takich z tkaniny mówiłam, żeby trochę ocieplić tę folię.

– A, nie – takich dziwactw to nie mam.

– To żadne dziwactwa tylko kultura życia codziennego – pouczyła go seniorka. I wyciągnęła z kieszeni dwie kolorowe bawełniane serwetki z kocim wzorem.

– Pani to jest, naprawdę – westchnął Karol z zachwytem. Słów nie mam.

– I nie trzeba, Siadajmy i zajadajmy. Ale Felowi też się coś należy. Czy dałeś mu trochę mięsa z zupy?

– Nie, nie wiedziałem czy można – przyznał Karol.

– Nie wierzę, że się nie dopominał.

– Bardzo nachalnie nawet ale czekałem na panią, żeby się poradzić czy wolno mu to jeść.

– Bardzo słusznie, to teraz pokrój mu niedużą porcję i wsyp do miski. A my do stołu z gorącą zupą.

Usiedli, Anna z wielką obawą nabrała zupy na łyżkę i powoli uniosła ją do ust. Wlała płyn z makaronem i nie wypluła. Następne porcje bardzo jej smakowały.

– Muszę przyznać, że dobrze się pan spisał. Brawo.

– To dzięki pani świetnemu przepisowi – skromnie stwierdził Karol.

– Zgódźmy się, że zasługa obustronna, a właściwie trójstronna, bo składniki też na tę dobroć wpłynęły. Jak zjemy to zapraszam do mnie. Zabiorę mięso z rosołu, zmiksuję je, usmażymy naleśniki i razem zrobimy  krokiety.

– Razem? – jęknął facet ciągle bez chęci do roboty, ani rano, ni wieczorem.

– Razem, razem. Nauczy się pan przy okazji kolejnego dania. Po zupie widać, że ma pan talent.

– Ale ja go nie widzę u siebie i nie czuję powołania w tym kierunku. Jestem grafikiem a nie kucharzem – facet wymigiwał się jak mógł.

– Można być i tym, i tym – bezlitośnie stwierdziła Anna. Idziemy! Na deser mam naleweczkę – zachęcająco zanęciła.

– Ale nie na kościach?

– Ma pan na myśli denaturat? Nie, nie na kościach, na śliwkach. Dostałam w prezencie.

– Uff, bo już zacząłem podejrzewać, że się chce pani mnie pozbyć – przyznał były podopieczny.

W mieszkaniu Anny słychać było cichą muzykę i pachniało świeżym ciastem drożdżowym. Na stole leżał obrus a nie folia. Na parapecie w doniczkach rosło geranium, aloes i  żyworódka.

– Proszę stanąć koło mnie i patrzeć co robię – poleciła gospodyni. W niedużym garnku z dzióbkiem rozrobiła jajko z mlekiem, dodała szczyptę soli oraz dwie łyżki oleju, i ciągle mieszając dodawała mąkę. Na patelnię wlała trochę oleju, postawiła ją na palniku, rozgrzała i powoli lała na nią ciasto kołysząc patelnią tak że ciasto spływało we wszystkich kierunkach. Ale tylko na patelni. Po chwili odwróciła placek na drugą stronę i krótko podsmażyła.

– Teraz pan – poleciła kategorycznym tonem.

Chciał, nie chciał Karol wykonał podpatrzone u seniorki ruchy. I udało się, naleśnik wyszedł prawie idealny.

– Brawo, pan naprawdę ma talent. Proszę kontynuować a ja przygotuję mięso. Dodam  do niego jajko i przyprawy oraz trochę gęsiego smalcu, bo jest zbyt suche.

– To ja już skończyłem i nawet się nie poparzyłem – oznajmił bardzo zadowolony  z siebie  początkujący kucharz.

– Świetnie, ja też. Proszę popatrzeć jak nakładam mięso i zawijam. Można każdego krokieta potraktować jak kotlet schabowy, czyli  obtoczyć w jajku i bułce tartej ale to tylko  dodaje kalorii, więc sobie darujemy. Podsmażymy tylko, nienachlanie,  z każdej strony. Czy robimy jakiś sos do nich, czy wystarczy chrzan, ketchup, musztarda?

– Nie wiem z czym będzie lepsze. Chyba nigdy nie jadłem krokietów.

– To wyjmę z lodówki wszystkie dodatki i sprawdzimy. Nie chce mi się robić sosu pomidorowego ale umieściłam przepis w pańskiej książce.

Krokiety mogą być też z kapustą i grzybami, klasycznie pasuje do nich czerwony barszcz.

– A surówkę jakąś też przyswoimy? – Karol wysilił się na podstępne pytanie.

– Też, też – nie zaskoczyłeś mnie. Pomidory, ogórki  kiszone i cykoria – może być?

– Osobno czy razem?

– A jak wolisz? W jednej ręce krokiet, w drugiej ogórek?

– A w trzeciej pomidor, tylko co zrobię z cykorią?

– Dobrze, wszystko to pokroimy, oliwą pokropimy, solą i pieprzem posypiemy …

– I ze smakiem zjemy – dokończył Karol.

Upalne miasto 26

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************

– Ha, ha, ha – Anna śmiechem zrecenzowała tekst. Twojej klientce pewnie jakaś znajoma bardzo podpadła.

– Ach, ja znam pełno takich babusów. Zresztą facetów też. Powinny mieć na sobie znak ostrzegawczy z napisem „Jestem pępkiem świata”. Albo „Liczę się tylko JA”.

– W tym szkopuł, że nie chcieliby ich nosić, bo uważają się za wzór cnót i bezinteresowności – stwierdziła seniorka dopijając herbatę.

– Czy twój potencjalny uczeń kulinarny już coś ugotował? – spytała Ewa niosąc naczynia do kuchni.

– Dałam mu, zrobioną przez siebie, książkę kucharską z podstawowymi przepisami i namawiałam, by ugotował rosół, bo kupiliśmy podstawowe produkty.

– To ja zadzwonię do niego i zapytam, dobrze? Ewa wzięła komórkę babci i wybrała z kontaktów numer Karola. Niestety włączyła się poczta głosowa.

– Pewnie kupił sobie piwo. Wypił sześciopak i chrapie – złośliwie przypuściła Anna. Zadzwonię do niego później.

Ewa pojechała do swojego salonu fryzjersko – kosmetycznego. Poprzedniego dnia na zabiegi umówił się  klient, któremu na erotycznym spotkaniu dała swoją wizytówkę.

Gdy weszła siedział już na fotelu a fryzjerka pytała go jakie ma życzenia. Widząc Ewę powiedział:

– Skorzystałem z pani rady. Byłem u szewca i krawca oraz dentysty.

– To się cieszę, a ja od października zaczynam studia. Oboje udzieliliśmy  sobie nawzajem dobrych rad. Przygotuję łóżko i sama  zajmę się pańską twarzą – powiedziała Ewa i przeszła do drugiej części salonu.

Na koniec strzyżenia fryzjerka psiknęła odżywką na włosy, zdjęła z klienta fartuch, strzepnęła go delikatnie, pędzlem przejechała po jego szyi  i podziękowała.

Klient imieniem Maciej z nową fryzurą dołączył do Ewy. Zdjął marynarkę, rozpiął kołnierzyk koszuli i położył się na leżance.

– Ale nie będzie bolało? – upewnił się.

– Na pewno nie. Czy nastawić jakąś muzykę? – spytała.

– Poproszę coś spokojnego, bo mam dosyć stresów w pracy – westchnął.

Ewa nakryła go cienkim kocykiem a na głowę założyła mu czepek nie kąpielowy tylko ochronny.

Karol oddzwonił do Anny.

– Jak samopoczucie?  Widzę, że pani dzwoniła.

– Tak, ciekawa jestem czy ugotowałeś zupę według mojego przepisu?

– Właśnie się do tego zabrałem. Dobrze, że pani napisała, aby mięso i jarzyny umyć, ja bym wszystko wsadził bez tego.

– Ha, ha, ha  – skwitowała sąsiadka. Teraz niech się to gotuje powoli co najmniej cztery godziny.

– A ja myślałem, że w przepisie pani się pomyliła.

– Ja rzadko się mylę i przeważnie mam rację – zażartowała Anna.

– A ja coraz częściej mam wręcz odwrotnie.

– O, jakaś depresyjka pana dopadła? Felek nie pomaga?

– On tylko się jedzenia i głasków domaga. Szczególnie o piątej rano.

– Taki już urok niektórych kotów. Ale i tak go lubisz.

– Pewnie, że lubię choć ciągle udowadnia, że jest moim panem.

Barbara ciągle wściekła na Arka zadzwoniła do adwokata, aby załatwić rozwód.

Potem weszła do kuchni i powiedziała:

– Pani Jadwigo, wyrzuciłam kierowniczkę jednego z moich sklepów, nie zechciałaby pani ją zastąpić? Więcej by pani zarobiła ale bez mieszkania u mnie.

– A to nie jest problem, bo moi lokatorzy właśnie się wyprowadzają. Tylko gdzie on się mieści?

– Akurat w pani dzielnicy, nawet blisko domu.

– Kto mnie zastąpi?

– Ta pani protegowana Ukrainka. Widziałam jak sprząta i gotuje więc się nada. Wiem, że pani pracowała w handlu, zrobiłam kiedyś  drobny wywiad. Poza tym ma pani gust, igła i nożyczki nie są pani obce a to  sklep z odzieżą.

– Nigdy tam nie byłam, czy jest miejsce dla krawcowej, która robiłaby przeróbki? Ja się tego nie podejmę, aż taka biegła w szyciu nie jestem.

– Spotkamy się tam i zobaczymy. Ma pani kogoś kto się zechce to robić choć trzy godzinny dziennie?

– Tak, ta kobieta, która przerabiała ubrania po pani mężu dla Karola.

– Dobrze, w sklepie zdecydujemy – powiedziała Barbara. A do końca tygodnia proszę wszystko przekazać i pokazać Olenie żebym nie musiała sobie tym zawracać głowy.

Karol bardzo z siebie zadowolony co pół godziny zaglądał do garnka sprawdzając stan zupy. Po trzech godzinach zadzwonił do Anny.

– A co mam potem zrobić z mięsem? Wyrzucić?

– Broń panie boże! Oskubie pan  wszystkie kości i je wyrzuci. A z mięsa zrobimy pulpety albo krokiety.

– Już się boję, tak skomplikowanie to brzmi – jęknął przerażony początkujący kucharz.

– Pierwsze koty za płoty i nie święci garnki lepią – seniorka pocieszyła ucznia przysłowiami śmiejąc się w duchu.

Jadwiga po przekazaniu Olenie wszystkich obowiązków i zwyczajów pani domu a nawet paru tajemnic zabrała swoje rzeczy z pokoju i zawiozła je do swojego mieszkania. Po auto spod jej domu za dwa dni miał przyjechać Adam.

Nowa kierowniczka postanowiła najpierw iść do powierzonego sobie sklepu jako klientka, aby ocenić lokal, ofertę i personel.

Zanim weszła obejrzała szyby i framugi oceniając ich czystość. Weszła do środka i usłyszała „dzień dobry” a za chwilę: „czy szuka pani czegoś konkretnego i czy mogę pomóc”.

Jadwiga zmieniła się w klientkę wybrzydzaczkę. Nie ten kolor, nie ten fason, za długie, za krótkie, czy pani myśli, że jestem naiwna, żeby wciskać taki drogi szajs i tak dalej. Przymierzyła pięć spódnic, trzy bluzki, dwie kurtki i parę spodni w rezultacie nic nie kupując. Ekspedientka  ciągle z uśmiechem, pod koniec trochę wymuszonym, zajmowała się kobietą.

– Dobrze ją szefowa wyszkoliła – pomyślała Jadwiga. Chyba że jest tu monitoring i nie może inaczej. Spytała jeszcze czy może skorzystać z toalety. Okazało się, że tam wszystko lśni, nie brakuje mydła, papieru toaletowego, ręczników papierowych a nawet jest różowa skrzyneczka.

Po powrocie do domu zadzwoniła do Barbary i umówiła się na wprowadzenie w nowe obowiązki.

Pracownica sklepu miała oczy jak spodki po usłyszeniu, że jej szefową ma być  męcząca klientka.

– Przepraszam, że panią tak przeczołgałam – powiedziała Jadwiga. Zdała pani egzamin na piątkę. Wygląd sklepu także – dodała w stronę właścicielki.

– Spróbowałby nie, prawie codziennie tu jestem i wszystko sprawdzam. Pańskie oko konia tuczy. To teraz zapoznam panią ze sklepową biurokracją. Chodźmy na zaplecze.

Ekspedientka, po ich wyjściu, usiadła z westchnieniem ulgi modląc się, aby choć przez kwadrans nikt nie wszedł do sklepu.

Upalne miasto 25

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Anna trochę potłuczona ale przytomna zadzwoniła do Ewy:

– Zrób mi, proszę, zakupy, bo upadłam i boli mnie lewa ręka.

– Ale co się stało? Byłaś u lekarza?

– Opowiem ci jak przyjdziesz. Spis zakupów przesłałam ci sms-em.

– Świetnie, to może też coś z apteki potrzebujesz?

– Masz rację, kup maść na stłuczenia. Bo okłady z liści kapusty jakoś nie pomagają.

Po upływie dwóch godzin Ewa otworzyła drzwi babci swoimi kluczami. Pocałowała Annę w policzek i wypakowała zakupy w kuchni. Zaparzyła herbatę i w ulubionych kubkach z kocim motywem postawiła na stole w pokoju. Na talerzyk wyłożyła andruty posmarowane kajmakiem i dżemem.

Gdy Ewa stojąc smarowała jej rękę Anna opowiedziała w jaki sposób stała się kobietą potłuczoną. Po zabiegu Ewa usiadła i powiedziała wręczając kartkę:

– Dzisiaj klientka przyniosła mi swoje opowiadanie, dość zabawne, poczytaj a ja sprawdzę swoją pocztę mailową.

                     Hrabina  Celina

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest wyłącznie przypadkowe. Bohaterkę stworzyłam na podstawie faktów zaobserwowanych, przeczytanych i zasłyszanych, a więc jest to kompilacja a nie istniejąca osoba.

Pięćdziesięcioletnia kobieta wyszła z szeregówki położonej przy spokojnej uliczce powiatowego miasta. Jak zwykle była ubrana w kusą spódnicę, bo uważała, że swojej piękności nie może żałować napotkanej ludności.  Zapukała do drzwi sąsiadów i zapytała:

– Czy pani mąż mógłby skopać mój ogródek i to jeszcze dzisiaj? Bo ja nie mam siły.

– Tyle razy mówiłam, że nie będziemy niczego dla pani robić bo nie damy się wykorzystywać. Za darmo  dawno umarło! – usłyszała wraz z trzaśnięciem drzwi.

– Nieużytki – mruknęła kobieta.

Idąc uliczką ze złością obrywała kwiatki kwitnących krzewów do momentu gdy skaleczyły ją kolce.

Ssąc rankę skręciła w stronę sklepu. Wzięła koszyk na kółkach i powoli idąc alejkami wkładała do niego produkty.

Gdy zapełniła kosz do sklepu wtoczyło się trzech zawianych osobników. Ani budrysów, ani muszkieterów, ot prowincjonalnych piwem opitych, bezrobotnych menelów. Jeden przewrócił stojak z prasą, drugi nieskoordynowanym ruchem zrzucił kilka butelek z sokami a trzeciemu tak się to spodobało, ze radośnie przejechał ręką po półce z majonezami, flakami i gołąbkami.

Sprzedawczyni zaczęła krzyczeć:

– Co robicie? Zaraz zadzwonię po policję!

– Szefowa kochana, my nic, my tylko po jednym piwku chcielim –   wybełkotał rzadki blondyn. Siwy i łysy tylko bezgłośnie chwiali się przy ladzie.

 Celina korzystając z zamieszania wyjechała ze sklepu wózkiem pełnym towarów zachwycona okazją do niepłacenia.

Bardzo z siebie zadowolona biegła w stronę domu. Przy dużej kępie krzaków stanęła, wyciągnęła z kieszeni cienkie torby na zakupy i przepakowała produkty. Wózek wepchnęła głębiej w gąszcz i spokojnie kontynuowała powrót. Obie ręce miała zajęte więc kwiaty ocalały.

Weszła do domu, w kuchni wyjęła zakupy z siatek i bardzo z siebie zadowolona rozsiadła się zapalając papierosa. Otworzyła puszkę z karmą i zawołała psa. Nie lubiła go ale był pozostałością po rodzicach podobnie jak szeregowy dom z ogródkiem, garażem i nowym drogim autem. Celina nigdy nie zrobiła prawa jazdy, na to była zbyt leniwa. Sprzedała więc auto a garaż wynajęła. Wraz z odziedziczonym kontem w banku miała na tyle pieniędzy, aby pracować tylko na pół etatu i żyć na wysokiej stopie zaspokajając zachcianki polegające na nieustannym dbaniu  siebie, oszczędzaniu na wydatkach i naciąganiu innych.  A i tak skarżyła się, że jest przemęczona i mało zarabia. Korzystała z każdej okazji, aby wykorzystać znajomych a rewanżowała się im kwiatami zerwanymi na publicznym kwietniku lub pod płotem oraz przedmiotami znalezionymi obok śmietnika.

Tym razem postanowiła wysępić obiad i zadzwoniła:

– Ela? Mam dla ciebie ładny kubek w biało-czarny wzór, taki jak lubisz, bardzo chcę się z tobą spotkać i ci go ofiarować. Masz kubki? Ale ten jest wyjątkowy, na pewno ci się spodoba. Acha, jesteś w kawiarni koło ratusza. To ja wsiądę na rower i przyjadę. Poczekaj na mnie.

– Mam nadzieję, że jakoś wymuszę na niej ten obiad – pomyślała. To frajerka przecież.

Opakowała kubek w darmową reklamową gazetkę, włożyła legginsy i krótką bluzkę, której było mniej niż więcej. Wsiadła na rower i popedałowała.

Zatrzymała się przy stoliku pod parasolem gdzie z koleżanką siedział nieznany jej mężczyzna.

– To już jestem. Nie miałam torebki, ha, ha, ha – powiedziała wręczając koleżance drogocenny, we własnym mniemaniu, prezent. Przedstaw mi pana.

– A nie, ja już idę – zerwał się kolega Eli.

– Czy to przeze mnie? – zapytała minoderyjnie Celina.

– Ależ nie, jestem już spóźniony na spotkanie – powiedział.

– Szkoda – stwierdziła Celina stawiając rower w tak, że kierownicą rozdarła sobie bluzkę. Nie miała stanika ale bezstresowo się tylko zaśmiała i usiadła obok koleżanki.

Mężczyzna uciekł w popłochu. Ela rozwijając gazetkę powiedziała:

– To jest ten piękny kubek? Czy ja wyglądam na kretynkę, że takie badziewie mi dajesz? Wstydziłabym się dać komukolwiek podobną skorupę. Zabierz to sobie i zakryj cycki, może tą gazetką – powiedziała, wstała i odeszła.

Celina wzruszyła ramionami, wstała, zabrała ze stolika kubek, kawiarniany wazonik i niewykorzystane saszetki z cukrem. Jak zwykle niczym się nie przejmując odeszła z łupem nie zapominając o  rowerze.

Wracając wstąpiła na spotkanie Klubu Seniora, spóźniając się pół godziny.

– O, już jesteście? – zdziwiła się fałszywie. To ja sobie zrobię kawę. A co teraz robicie? Wianuszki wiosenne? To dla mnie też zróbcie.

– Ale trzeba było przynieść kwiatki i wstążki – powiedziała szefowa klubu.

– Ach, przecież starczy dla mnie  tego co przyniosłyście – beztrosko stwierdziła Celina wlewając wodę do szklanki z kawą.

– Nie starczy! – chórem powiedziały seniorki.

– Och, jakie wy jesteście nieużyte. To ja tylko napiję się kawy. Gdzie jest mój kubek? A czy jest do niej mleczko?

– Nie ma! – ponownie odpowiedział chór.

Usiadła z boku i popijając przeglądała osiedlowe pisemko. Wreszcie zniechęcona wyszła.

– Jej się wydaje, że jest pępkiem świata i wszyscy powinni się nią  zachwycać. Bo liczy się tylko ona, jej korzyść, wygoda i przyjemność. Więc tylko cela byłaby dla niej najlepszym miejscem – powiedziała jedna z pań.

– I to pojedyncza, żeby nie miała kogo dręczyć opowiadaniem o sobie  – dodała druga.

– Na małej misce ryżu dziennie, bez kawy i papierosów – przyłączyła się trzecia.

– I w szczelnym kombinezonie zakrywającym całe ciało, żeby jej nic nie wylatywało – zakończyła czwarta.

Zniesmaczona koleżankami, które nie dały się wykorzystać Celina jechała do domu i tak była zajęta rozpamiętywaniem ludzkiej nieużyteczności i dla niej nieprzydatności, że nie zauważyła pędzącego dużego auta. Nastąpił huk, przeleciała przez ulicę i uderzyła w kamienny murek.

Lekarz pogotowia stwierdził zgon. Na pogrzebie była tylko daleka krewna dziedzicząca dobra ruchome i nieruchome. Sąsiedzi i wszyscy, którzy znali zmarłą odetchnęli z ulgą.

Upalne miasto 21

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************************

„Talent to jest wypuszczanie gołębia z pustego kapelusza. W każdej dziedzinie” napisał na FB Mariusz Szczygieł.

– Jednak bywają talenty małe, średnie i duże – pomyślała Anna. Czy wtedy zmieniają się też proporcje gołębia i kapelusza? A jeśli jest to tylko  talent do bycia złym, głupim, podłym i wyrachowanym egoistą, co wtedy? Należy strzelać do tego gołębia i podpalić kapelusz?

Tak rozmyślała seniorka obierając ziemniaki na placki ziemniaczane. Zaprosiła na nie Ewę, obie lubiły dobrze wysmażone, ciasto bez jajka, a gotowe posypane cukrem.

Ewa przyszła z zakupami, kefirem i mrożonymi malinami.

– Zjemy sobie takie niby lody – zaproponowała.

– Czyżby spotkało cię coś przykrego?

– Ach, wiesz jacy są ludzie… – westchnęła wnuczka.

– Oj, wiem. Większość nie szanuje siebie i podle się zachowuje za to oczekują  szacunku i zachwytów.

– A frustrację z powodu braku tego wyładowują na innych, poniżając ich i obrażając.

– To ci musiał ktoś mocno dopiec – stwierdziła Anna smażąc placki.

– Jakiś zły dzień dziś mam – i kłótliwa, naprawdę bez powodu, klientka w salonie, i niewydolny klient zwalający na mnie winę za swoją niemoc.

– To go zablokuj w telefonie.

– Już to zrobiłam. Ale mam lepszą wiadomość.

– O, jaką? Daj talerzyk to ci nałożę.

– Postanowiłam dokończyć studia. Pamiętasz, że mam za sobą trzy lata psychologii?

– Pamiętam, oczywiście. A byłaś już na uczelni załatwić tę sprawę?

– Będą to studia płatne więc nie stawiają przeszkód. Obiecali też  zaliczyć mi tamte egzaminy.

– Rozumiem, że cię już stać na opłaty, czyli wyszłaś z długów?

– Jeszcze nie ale już niedługo. Jak wszystko spłacę i trochę zaoszczędzę to skończę z bycia osobą na telefon.

– Oby jak najprędzej. Żałuję, że nie mam oszczędności i nie mogę Ci pomóc.

– Przekazując mi salon wystarczająco pomogłaś. Miałam dokąd uciec od koszmaru świata modelek.

– Tak, to się dobrze złożyło – powiedziała Anna siadając i placki posypane cukrem zajadając. Obie nie kroiły ich tylko zwijały w rulonik i odgryzały kolejny kęs delektując się posiłkiem i swoim towarzystwem.

Pan Kot Felek bardzo był zadowolony, że do obsługi i głaskania ma trzy osoby – Karola, Annę i Jadwigę.

Właśnie Anna skończyła sprzątanie kawalerskiego mieszkania obu panów i spytała Karola:

– A pan to próbował kiedyś coś ugotować?

– Nie, nigdy. Nie mam talentu w tym kierunku.

– Nie próbował ale wie, że nie? A może jednak? Nauczyłabym pana najprostszych rzeczy, chce pan?

– Bo ja wiem? Może jak mi zdejmą gips.

– A kiedy to będzie?

– Za trzy dni.

– No to skończy się nasza opieka i będzie pan musiał być samodzielny.

– Oj tam – dotąd jakoś sobie radziłem.

– Podejrzewam, że to jakoś to było byle jak. Proszę się zastanowić – już bez zapłaty mogę parę razy przyjść i dać panu parę lekcji prostego gotowania podstawowych dań.

– To ja do pani zadzwonię.

– Jeśli za tydzień pan tego nie zrobi to ja się skontaktuję. Pójdziemy do sklepu, przy okazji nauczę pana robić sensowne zakupy.

– Jeśli już pani tak koniecznie chce.

– Ja się nie narzucam. Ale warto być dorosłym czyli samodzielnym.

Po wyjściu seniorki Karol zadzwonił do Barbary.

– Gdzie jest moja spadkowa kasa? – zakrzyczał do słuchawki.

– Uspokój się, jutro będzie na koncie.

– Sprawdzę i jeśli nie – to przyjadę i zamieszkam u ciebie.

– Już się boję, ha, ha, ha – Baśka odłożyła słuchawkę.

Gips sprawnie zdjęto, noga okazała się blada i nieco sflaczała.

– Przydałaby się panu jakaś rehabilitacja – powiedziała pielęgniarka.

– Na fundusz?

– Żartuje pan? Tylko prywatnie. Napiszę panu jakie i gdzie można wykupić.

Ostatnie zakupy dla podopiecznego Jadwiga zrobiła jak dla czteroosobowej rodziny o czym ten powiadomił panią Annę.

– Jak już wszystko przejem to dopiero wtedy pójdziemy na zakupy. Chyba potrwa to co najmniej tydzień, może półtora.

– Dobrze, w międzyczasie zrobię dla pana książkę kucharską – w segregatorze A-5, w koszulkach, nakleję  na kartki papieru swoje i cudze przepisy. Podzielę na działy kolorowymi kartkami. Powycinam też, z gazetek reklamowych, zdjęcia produktów i potraw i nimi ozdobię tę książkę.

– Och, dziękuję ale ja nie będę mógł pani zapłacić – powiedział skąpiec.

– Nie ma sprawy, to w ramach pomocy sąsiedzkiej.

– Ale się baba uparła, ale co mi tam, może rzeczywiście mam talent kulinarny, bo dlaczego nie? Mój stryjek był świetnym kucharzem to kto wie? – pomyślał Karolek, odgrzał sobie pyszny obiadek, popił świeżo zaparzoną herbatą uświadamiając sobie, że nie kupił  piwa.

– E, to jutro przy okazji załatwiania zabiegów.

Położył się na tapczanie a obok niego Felek. I tak sobie drzemali przy cichej muzyce Aż tu nagle usłyszeli kobiecy jazgot. Potem hałas przesuwanych mebli i liczne, siarczyste przekleństwa.

– Było cicho i komu to przeszkadzało? Karol  wstał, otworzył drzwi wejściowe i zszedł piętro niżej zobaczyć powód tego koszmaru. I zobaczył.

Na noszach wynoszono nieprzytomnego lokatora, którego pobił zazdrosny mąż, kolega z pracy. Żona i kochanka kłóciły się bez szarpania za włosy albowiem kulturalne były. Brat żony przesuwał meble i przeklinał na czym świat stoi.

– On tak musi, te meble? Wyprowadzać się będą? – zapytał Karol sąsiada – gapia.

– A skąd! Jakie wyprowadzać, ale siostra mu powiedziała, że zazdrosny mąż chował dowody zdrady za szafą, to odsuwa.

– I co by to miało być? Te dowody?

– A kto to wie? Może filmiki sobie nagrywali? Może tylko zdjęcia robili? Pojęcia nie mam.

– To niech pomaca dół szafy, może tam jest jakaś paczuszka – doradził Karol i poczłapał na górę.

– Nigdy nic sobie nie nagrałem, żadnego bunga bunga. Może szkoda – pomyślał siadając przy komputerze bo dostał nowe zlecenie. Sprawdził czy na koncie pojawiły się pieniądze ze spadku. Nie było.

– Trzeba zarobić na rehabilitację – pomyślał. Kasy nigdy za wiele.

Upalne miasto 18

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*****************************************************      

Ewa obudziła się wczesnym rankiem z poczuciem zagrożenia. Leżąc przypomniała sobie sen: jest w hotelowym pokoju, siedzi przy stole na którym jest dużo butelek z alkoholem, mnóstwo skrętów i rozsypany biały proszek. Stojący nad nią mężczyzna  mówi:

– No, prędzej, wciągaj, musisz być w formie. Czekają na ciebie, za godzinę zaczyna się pokaz. Nikt tu się tobą nie będzie przejmował. Chciałaś być modelką to musisz się podporządkować. No, już! – potrząsnął nią.

– O, Boże – znowu ten sen – pomyślała. Jak to dobrze, że stamtąd uciekłam. I, że w umowie były niedociągnięcia dzięki którym mogłam to zrobić. Jednak przydał się kochanek prawnik. Na szczęście był żonaty i nie chciał się rozwodzić. Równie bogaty co nudny i denny w łóżku.

Powoli wstała i w łazience wzięła chłodny prysznic. Myjąc włosy przypomniała sobie, że trakcie tej niby kariery tak mało jadła, że zaczęła łysieć.

W salonie fryzjersko – kosmetycznym jej dzień pracy zaczął się od sprawdzania czystości lokalu i sprzętu oraz zapasu kosmetyków. Spisała co trzeba uzupełnić i zadzwoniła do dostawcy. Zajrzała do kalendarza gdzie zapisywano wizyty. W tym czasie przyszła fryzjerka i kosmetyczka.

Pierwszą klientką była bardzo wymalowana matka ze skromnie wyglądająca,  wysoką córką nastolatką.

– Bo ja bym chciała, żeby Ola została modelką lub piosenkarką. Jest taka ładna i zdolna – donośnie oznajmiła siadając na fotelu. Fryzjerka zarzuciła na nią czerwony fartuch z logo zakładu – AnEw wpisane w serce.

– A gdyby połączyć te dwa zajęcia? Śpiewająca modelka to byłoby coś – powiedziała, trochę kpiąco,  Ewa.

– Ma pani rację, to świetny pomysł! Chyba jeszcze nie było takiego pokazu mody ze śpiewającymi modelkami. I to nie fałszującymi.

– Do każdej sukienki inna piosenka – dodała fryzjerka.

– Najlepiej  piosenka, a potem muzyka instrumentalna, tak na przemian – podsunęła kosmetyczka.

– Jakie panie są pomysłowe – zachwyciła się matka przyszłej gwiazdy. Poszukam agencji modelek i  to zaproponuję.

– Koniecznie, ale proszę się liczyć z trudnościami, bo to bardzo awangardowa idea – Ewa próbowała trochę przystopować klientkę.

– O, nie! Ja się nie zatrzymam! Wszędzie pójdę, w kraju i za granicą. Córka zna angielski, ja niemiecki i rosyjski, na pewno się nam uda. To teraz poproszę o ścięcie i farbę a Oli tylko trzeba podciąć końcówki.

Ewa siedziała w swojej kanciapie przypominając sobie cenę jaką zapłaciła za spełnione marzenie, czyli bycie modelką. Molestowanie, dzielenie się dochodami, ciągłe poniżanie i obrażanie. Ale teraz nic nie powiedziała. Matka i córka raczej by jej nie uwierzyły.

Karol wstał o godzinie jedenastej rano, podrapał się po brzuchu i głowie i zanim zastanowił się czego ma dziś nie robić Felek miauknął ponaglająco.

– Wiem, wiem – ty jesteś panem a ja twoim sługą. Poczłapał niezdarnie, bo gips mu tego nie ułatwiał, do kuchni, umył miseczki, nalał świeżej wody i wycisnął zawartość saszetki.

– Co by tu, co by tu – zastanawiał się. Acha, prysznic. Wszedł za zasłonkę i uruchomił kran. Nie robił tego codziennie, więc docenił atrakcję.

Po wytarciu się i zarzuceniu czystej koszuli oraz założeniu gatek zauważył stertę brudnych ubrań leżącą obok pralki. Wsypał do niej niewielką ilość proszku i włożył spodenki, gatki, koszulki i ręczniki, dodał przepocone poszewkę oraz prześcieradło.

– Kręć się, kręć praleczko – strawersował piosenkę i przemieścił się, powolutku, do pokoju. Pani Anna się ucieszy, że ma mniej roboty – pomyślał.

Lekko podkręcił rolety okienne i szerzej otworzył skrzydło. Potem drzwi wejściowe, aby zrobić przewiew, zablokował je puszką po piwie i łańcuchem.

Usiadł i włączył komputer, w mailu znalazł propozycję dobrze płatnego zlecenia.

– A co mi tam, zarobię tych parę tysięcy, Baśka nie spieszy się z wypłaceniem mojej części spadku, skąpica jedna. Najpierw jednak kawa, bo bez kawy człowiek niemrawy, prawda kocie?

Usiadł przy komputerze i całkowicie zatracił się w pracy. Ocknął się wieczorem gdy poczuł, że ma pęcherz a kot  drapie go w nogę.

– Dobrze, już dobrze. Przepraszam, że zapomniałem o tobie – pogłaskał pupila i skierował się do łazienki.

Tam wyjął z pralki  rozwiesił pranie. W kuchni nakarmił Felka. Zajrzał do lodówki stwierdzając, że pani Jadwiga dobrze go zaopatrzyła. Wybrał kotlety mielone i włożył je do mikrofalówki. Wyłożył gotową surówkę na talerz obok ciepłych kotletów. Na deser przygotowano mu galaretkę z owocami.

– Bardzo dobry to był pomysł Baśki, ta kulinarna obsługa – pomyślał. Tylko ile mi za to odliczy od kwoty spadkowej, oto jest pytanie. I co będzie gdy już zdejmą mi gips? Pomyślę o tym jutro, a nawet później.

Anna wyrzucając śmieci zobaczyła, obok wiaty, reklamówki z ubraniami a w pojemniku na papier kilka książek. Zabrała je i zawiozła do sklepu dobroczynnego. Tam spotkała koleżankę z pracy, która zapytała o porabia.

– Bo na pewno, jak zwykle,  jesteś bardzo czynna – stwierdziła.

– A wyobraź sobie, że opiekuję się sąsiadem, który ma nogę w gipsie i jego kotem.

– Tak codziennie i na pełen etat?

– Nie, raczej na ćwiartkę. Gosposia jego macochy dostarcza zakupy i gotowe jedzenie, ja jedynie odgrzewam obiad, podaję, zmywam, wyrzucam śmieci i raz w tygodniu sprzątam. A wczoraj wieczorem okazało się, że sam sobie poradził z obiadem i praniem. Dziś tylko pozmywałam i wyrzuciłam śmieci oraz trochę posprzątałam, bo straszny z niego bałaganiarz. Poza tym mam znajomych z którymi gramy w pokera.

– Na zapałki czy na pieniądze?

– Na pieniądze, które potem razem przejadamy i przepijamy, ha, ha, ha. Widzę, że dzisiaj to ja dużo mówiłam – stwierdziła Anna na koniec.

– Przecież dużo nie mówię – obruszyła się znajoma.

– Mówisz, mówisz.

– Zauważyłam, że po przejściu na emeryturę dopadła mnie starcza gadatliwość – samokrytycznie przyznała koleżanka.

– Ja się bardzo pilnuję, aby mnie nie dopadła.

– To się pilnuj – powiedziała znajoma.

– Ty też – pożegnała ją Anna wychodząc ze sklepu i oddychając z ulgą, bo pamiętała wizytę u rozmówczyni, podczas której ta wykończyła ją wielogodzinnym słowotokiem.

Upalne lato 15

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Jadwiga kupiła wszystkie zaplanowane produkty i podjechała pod dom gdzie mieszkał Karol. Z torbami weszła do windy jednocześnie z Anną.

– Dzień dobry, czy zna pani Karola, który ma kota? – spytała gosposia.

– Tylko z widzenia, a dlaczego?

– Złamał nogę i jest unieruchomiony. Potrzebuje pomocy.  Zna pani może kogoś, kto byłby skłonny, odpłatnie oczywiście, mu pomagać? Najlepiej ktoś z sąsiadów, żeby miał blisko. A może pani byłaby chętna?

– To zależy co miałabym robić i za ile.

– Ja zrobię wszystkie potrzebne zakupy, przywiozę gotowe jedzenie, część świeże, część zamrożone. Codziennie trzeba tylko odgrzać i podać obiad. Śniadania i kolacje niech sobie sam robi. Wyjąć z piasku grudki z moczem kota i jego  kupkami. Śmieci pani wyrzuci też codziennie. Trzeba też pozmywać naczynia a raz w tygodniu zrobić pranie i dokładniej posprzątać, czasem coś wyprasować, mieszkanie ogarnąć, bo to bałaganiarz.

– To sporo obowiązków, a ile będziecie mi płacić?

– Pięćset złotych za tydzień.

– Zastanowię się i dam znać. Może teraz z panią pójdę tam zobaczyć jak wygląda mieszkanie, lokator i kot.

– Ale nie ma pani uczulenia na koty?

– Na szczęście nie. Najbardziej nie lubię słowotoku, mam nadzieję, że Karol nie jest gadatliwy, bo wie pani – gadulstwo nie jest dowodem na inteligencję, tylko wręcz odwrotnie.

– Bardzo panią rozumiem. Karol jest obibokiem i lubi alkohol więc proszę nigdy mu nic z tych rzeczy nie kupować. Nawet piwa.

– Dobrze. Od piwa głowa się kiwa. A od wódki rozum krótki.

Inspekcja odbyła się w atmosferze pełnego zrozumienia. Felek od razu zaakceptował Annę, która trochę przeraziła się bałaganem panującym w  mieszkaniu. Jadwiga włożyła zakupy do lodówki i na blat kuchenny a piasek postawiła w łazience.

– Trzeba tu dokładnie posprzątać – powiedziała. Pociągnęła nosem –  także przewietrzyć, zmienić pościel i ręczniki.

– Dużo pracy – stwierdziła Anna.

– Ja pani dzisiaj pomogę, będzie szybciej a potem już sama pani wszystkiego dopilnuje.

– No, dobrze – to bierzmy się do roboty.

Karol leżał i nic nie mówił, tylko wodził wzrokiem za energicznymi kobietami. Kot wskoczył na łóżko koło niego i głaskany zaczął mruczeć.

– Panie Karolu, proszę przenieść się na fotel, musimy prześcielić łóżko.

Karol chciał coś powiedzieć, może zaprotestować ale zrezygnował. Dotarło do niego, że właśnie w jego domu zaczął się matriarchat.

Po dwóch godzinach mokre pranie wisiało w łazience, okna przejrzały na zewnątrz, firanek nie było więc tylko rolety przetarto, bałagan ujarzmiono, Karola i kota nakarmiono. Pachniało czystością.

– Jeszcze napiłbym się piwa – usłyszały.

– To dopiero jak sobie sam pan je kupi – bezlitośnie odpowiedziała Jadwiga zawiązując worek z odpadami.

– I tak tu będę na zupełnym bezpiwiu? – zajęczał manipulacyjnie.

– Tak, przyniosłam sok, może się pan opić do woli.

– Bez procentów mi nie smakuje.

– Chory powinien się zdrowo odżywiać a nie zatruwać – Anna puściła smrodek dydaktyczny. W termosach ma pan kawę i herbatę. W butelce wodę. Proszę wziąć prysznic bo fiołkami pan nie pachnie.

– Ale jak, z gipsem prysznic?

– Z gipsem, wodoodporny jest. Może go pan owinąć foliowym workiem i skleić taśmą, leży o tu – Jadwiga pokazała palcem.

– I proszę zmienić ubranie – dodała Anna, przygotowałyśmy czyste, widzi pan?

Karol tylko kiwnął głową, zniewolony lecz zadowolony. Lubił być zaopiekowany, jeszcze gdyby było piwo…

Obie panie wyszły zadowolone z dobrze wykonanych czynności.

– O której mam mu dawać obiad?

– Sadzę, że tak druga, trzecia. On długo śpi, późno je, jeśli w ogóle, śniadanie.

– No, zobaczymy jak się to ułoży. Poproszę o pani numer telefonu, w razie czego. A to jest pani krewny? – spytała Anna.

– A skąd! To pasierb pani której prowadzę dom. Ona jest bardzo zajęta, ma kilka sklepów w całym mieście, musi tego pilnować. A jeszcze…

– Co jeszcze?

– A, nie. To może później.

– To do widzenia – Anna wysiadła z windy na swoim piętrze.

Jadwiga pojechała do domu, wniosła produkty do kuchni, rozłożyła je, włączyła czajnik elektryczny, wlała esencję herbaty do kubka i zmęczona usiadła.

Zadzwonił telefon:

– I jak pani poszło u Karola? – spytała Barbara.

– Całkiem nieźle. Namówiłam jego sąsiadkę do codziennej pomocy. Zaproponowałam takie warunki  jakie  ustaliłyśmy. Ale swoją drogą trochę się dziwię, że pani się nim tak opiekuje.

– Nie chcę potem wysłuchiwać, że go opuściłam w potrzebie. A wydatki i tak mu odliczę od części spadkowej.

– Rozumiem. Resztę opowiem jak pani będzie w domu. Na którą przygotować obiad?

Policjant zbierał się do wyjaśnienia zagadki śmierci Pawła. Patolog wykrył jakieś dziwne substancje w ciele denata.

– Łatwo nie będzie – pomyślał inspektor umawiając się przez telefon z Barbarą i Jadwigą. Chciał je przesłuchać, był pewien, że to jedna z nich załatwiła gogusia.

– Pewnie sypiał z obiema i ta bardziej zazdrosna nie wytrzymała – snuł domysły.

Nazajutrz rano przyjechał do domu Barbary. Został poczęstowany kawą i kanapkami bo przyznał się, że nie jadł śniadania. Panie piły sok.

– Proszę mi opowiedzieć wszystko po kolei – powiedział po zjedzeniu pięciu kanapek i wypiciu kawy. Wyciągnął i włączył dyktafon.

– Oczywiście wie pan, że w domu mieszka jeszcze jedna osoba – spokojnie poinformowała Barbara.

– Jaka jeszcze jedna? Dlaczego ja nic o tym nie wiem! – wykrzyczał.

– A pytał pan? Nie! To do kogo ma pan pretensję?

– Dobrze, to kto jeszcze tu mieszka? – inspektor zignorował zarzuty.

– Wiesław,  zastępca mojego świętej pamięci męża.

– I gdzie on jest?

– Pewnie w pracy, albo w delegacji.

– Utrudnia pani śledztwo! Numer telefonu do tego pana poproszę. Muszę go też przesłuchać.

– A proszę bardzo – Barbara wzięła swój telefon i podyktowała numer.

Upalne miasto 14

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************

Barbara i Karol zerwali się i pobiegli w stronę głosu. Kobieta była szybsza bo Karol na czwartym stopniu pośliznął się i upadł z wykręconą nienaturalnie nogą.

– Baśka, zaczekaj, chyba złamałem nogę – zawołał.

– Ty łamago, na pewno nic ci nie jest, wstawaj! – krzyknęła i poszła na górę.

 Zdenerwowana Jadwiga siedziała na podłodze pokoju i kiwała się jak małe dziecko w bidulu.

– Co się dzieje? – zapytała Baska patrząc na nią, tak zawsze opanowaną.

– On, on, on chyba nie żyje – wyjąkała gosposia.

– Jak to nie żyje? Pewnie się spił albo naćpał – bezlitośnie stwierdziła pani domu

– Ale ja go szarpałam, on nie oddycha.

Barbara podeszła do łóżka i nachyliła się  nad Pawłem. Dotknęła jego czoła, podniosła powiekę i poleciła:

– Proszę wstać i zejść na dół. Ja zadzwonię po pogotowie. No, już!

Jadwiga opierając się na krześle, komodzie i ścianie powoli podniosła się i wyszła z pokoju. Schodząc natknęła się na jęczącego Karola.

– A pan co tu robi?

– Chyba złamałem nogę – poskarżył się biedny misio.

– Pani Barbara zadzwoni na pogotowie to i pana zbadają.

– A co się tam stało?

– Paweł nie żyje. Chyba – powiedziała już prawie całkiem spokojna Jadwiga.

– To niech mi pani pomoże zejść ze schodów. Wolałbym się położyć niż tu siedzieć.

– Wiem, że pozycja horyzontalna jest pańską ulubioną – gosposia nie darowała sobie ironicznej uwagi.

– I pani też przeciwko mnie? – spytał kulejąc i na kobiecie się opierając.

– Ach, bo czas byłby dorosnąć – usłyszał kładąc się na kanapie.

Pogotowie stwierdziło zgon Pawła i złamaną nogę Karola. Zadzwonili po policję i zabrali kontuzjowanego ze sobą.

Policjant z ekipą jawił się po dwóch godzinach. Wchodząc rozglądali się po domu i widać było na ich twarzy zawiść i chęć dokopania bogatszym od siebie.

Po oględzinach, sfotografowaniu wszystkiego wokół próbowali też uwiecznić podobizny Barbary i Jadwigi na co się nie zgodziły. Na pobranie odcisków też nie. Barbara zaraz po tej próbie zadzwoniła do swego prawnika. Obiecał przyjechać za pół godziny. Na razie zalecił nie odpowiadać na pytania i czekać na niego.

Przyjechał nawet szybciej niż obiecał. Porozumiał się jakoś z przedstawicielem władzy, który obiecał wziąć pod uwagę zdenerwowanie obu pań. Zabrano zwłoki i panowie opuścili dom.

Jadwiga zamknęła za nimi drzwi i zapytała:

– I co teraz proszę pani?

– Proszę zrobić co ma pani do zrobienia i iść do siebie. Kolacji nie będę jadła, ewentualnie sama sobie coś zrobię. Dziękuję.

Nazajutrz zadzwonił Karol:

– Mam nogę w gipsie i nie mogę się ruszać. Musi mi ktoś pomóc. Najlepiej by było gdybym się do ciebie przeniósł.

– Po moim zimnym trupie – powiedziała Baśka niechcący nawiązując do najnowszej sytuacji.

– Ale ja sobie nie dam rady – chlipiąc  powiedział pasierb.

– Nie mam obowiązku się tobą zajmować – wysyczała Baśka.

– Ale…

– Dobrze, dostarczę ci jedzenie w postaci różnych gotowców.

– Saszetki i piasek dla Felka też, nie zapomnij. A kto będzie wyrzucał moje śmieci?

– Poproś jakąś swoją flamę lub sąsiadów – Baśka bezlitośnie poradziła i telefon odłożyła.

Usiadła na fotelu i zauważyła, nadal leżącą na stole, białą kreskę proszku.

– Tumany z tych policjantów, że nikt niczego nie zauważył – pomyślała i stosując ulubioną rurkę wciągnęła wspomagacz.

Przeszła na taras i wyciągnęła się na leżaku. Po chwili zasnęła. Obudziła się o zmroku gdy Jadwiga dotknęła jej ramienia.

– Proszę pani, proszę pani, dobrze się pani czuje?

Zaspana trochę Barbara spojrzała w górę.

– Tak, oczywiście.

– Bo się przestraszyłam, że i pani coś się stało – powiedziała gosposia.

– Niech pani nie przesadza. Dlaczego miałoby się coś stać?

– No bo najpierw pani mąż, teraz pani ko…, hm, masażysta, a Karol złamał nogę.

– No widzi pani, giną sami mężczyźni, kobietom nic nie grozi – Barbara nie zamierzała się przejmować wypadkami. Biały proszek dodał jej odwagi i dystansu. – Jutro proszę zrobić większe zakupy w garmażerce, dużo mrożonek, piasek i saszetki dla kota a potem zawieźć do Karola. Dostanie pani za to dodatkowe wynagrodzenie – dodała widać wahanie na twarzy Jadwigi.

– Dobrze proszę pani. A czy pan Karol ma jakieś ulubione dania?

– Ma, alkohol.

– I mam go kupić?

– Żartuje pani?! Absolutnie nie! I proszę mi dać rachunki z tych zakupów. A dania proszę kupić lekkostrawne, żeby nie narzekał, że coś mu zaszkodziło.

– To może zrobię coś w domu – bigos, pierogi, gołąbki, kotlety schabowe i mielone, zupę mięsno – warzywną zmiksuję i zamrożę.

– Jak pani uważa ale proszę to wycenić jak produkty ze sklepu. Może w Internecie pani znajdzie takie dane. Ale piasek i saszetki dla kota musi pani kupić.

– Dobrze proszę pani. A  nie lepiej byłoby to kupić w Internecie? – zasugerowała gosposia.

– Nie chcę z własnego konta robić dla niego zakupów.

– Rozumiem. To jutro dokupię co trzeba, zawiozę piasek i saszetki, zorientuję się co pan Karol ma w lodówce…

– Jak go znam jest tam tylko światło i może piwo. A i to nie na pewno.

Jadwiga przeszła do kuchni, sięgnęła do kubka po długopis i wzięła kartkę z notesowego plastikowego pojemnika. Usiadła przy stole i zaczęła notować co ma jutro kupić. Na szybie brzęczała mucha a w oddali szczekał pies.

Upalne miasto 11

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Dorota, zwana, będąc na służbie, Marysią, z ulgą pozbyła się fioletowego i różowego służbowego odzienia. Zostawiła w drzwiach służbówki klucz na który się zamykała, bo pan domu, mimo kłopotów z poruszaniem się, kilka razy, nocą, zabłądził na poddasze.

A gdy kiedyś zaskoczył ją swoimi ręcznymi umizgami w kuchni, nauczona  przez narzeczonego samoobrony, kopnęła go w klejnoty. Tak jęczał, że wyjęła z lodówki kostki lodu, włożyła do termoforu, owinęła ręcznikiem i z miną siostry miłosierdzia wręczyła leżącemu na kanapie. Jeszcze próbował włożyć jej rękę pod spódnicę więc trzepnęła go pilotem aż baterie wypadły na dywan. A Janowi sztuczna szczęka bo żal mu było forsy na implanty.

Patolog oglądając ciało utopionego zastanawiał się skąd te siniaki. Ale orzekł, ze powodem zejścia był atak serca a nie kop w jaja.

Tak więc uwolniona Dorota zastanawiała się nad tym czy musi wyjść za mąż. Dla niej był to jednak rodzaj zniewolenia. Póki co Marek zachowywał się jak dorosły facet a nie dzieciak – mizogin ale znała powiedzenie „Jak się ożenisz, to się odmienisz”. Postanowiła więc nie spieszyć się z zamążpójściem.

Mieszkali już razem w podarowanym przez Jana mieszkaniu i pewnej gorącej sobotniej nocy ona powiedziała:

– Pomyślałam, że po diabła nam to całe zamieszanie ze ślubem i weselem. Niech zostanie tak jak jest.

– Ufff, cały czas tak myślałem ale nie chciałem robić ci przykrości.

– To świetnie! – uciszyła się Dorota. Oboje nie chcemy mieć dzieci to tylko zostaje nam decyzja czy zaopiekujemy  się jakimś zwierzątkiem.

– Ja bym chciał kota.

– Ja też, ja też.

– No to mamy ustalone dwie najważniejsze rzeczy – powiedział Marek sięgając po butelkę z wodą.

– Właściwie to masz rację. Co do opłat wszelkich już postanowiliśmy. Każde z nas ma swoje konto z którego na wspólne przelewa część dochodów.

– Oboje lubimy i góry, i morze… – stwierdził on.

– A nawet jeziora – dodała ona.

– Oboje umiemy sprzątać i gotować, obsługiwać pralkę i zmywarkę.

– No, popatrz jak nas dobrze wychowano – roześmiała się Dorota. Najgorzej jest z potrawami. Ja lubię słodycze a ty z nich najbardziej schabowego. Ale jakoś to przeżyjemy, tak sądzę.

– Najlepsze jest jednak, że nasze matki nas i siebie nawzajem nie lubią to nie będą nas dołować pytaniami: a kiedy dziecko, dlaczego nie macie dzieci, marzę o wnukach itd.

– Gdyby jednak ktoś cię zapytał to mam dla Ciebie świetną odpowiedź, wyczytaną Internecie,  tylko się nie obraź.

– Dobrze, dobrze, wal!

– Możesz powiedzieć takiemu ciekawskiemu, nie mamy dzieci bo ci  nie staje.

– Ostro pojechałaś!

– Ale wyobrażasz sobie minę tego pytacza? Ha, ha, ha.

– Dobra, a teraz idziemy pod prysznic, i  proszę, nie bierz ze sobą noża.

– Dlaczego noża?

– A tak mi się skojarzyło z filmem Hitchcocka „Psychoza”.

– Jeszcze mógłby być „Zawrót głowy”; „Okno na podwórze”; „Człowiek, który wiedział za wiele”, „Sznur”.

– A do mieszkania mogłyby nam wpaść „Ptaki”.

– Najlepiej pieczone gołąbki.

– W tym upale to kto wie…

– A po zewnętrznym ochłodzeniu zastosujemy wewnętrzne czyli „Pasikonika”:

Składniki drinka:

  • 40 ml likieru kakaowego
  • 40 ml likieru miętowego
  • 40 ml śmietanki
  • kilka listków świeżej mięty

Sposób przygotowania

  • 1.Do shakera wrzuć kilka kostek lodu, a następnie wlej kolejno likier miętowy, kakaowy i śmietankę. Wszystko wstrząśnij aż składniki dokładnie się połączą.
  • 2.Przelej drink do schłodzonego kieliszka koktajlowego i udekoruj listkami mięty.

W trakcie schładzania wnętrza Marek zaproponował:

– Może sobie gdzieś pojedziemy na parę dni?

– No, mamy parę złotych nadwyżki to może do Małego Białego Domku w Lubuskie?

– Czemu nie? Przecież nie musimy w tym celu kserować dolarów jak to zrobił pewien mądry inaczej jeszcze w PRL-u.

– A co mu to dało?

– Myślał, że się ktoś nabierze.

– Kretyn to był?

– Kretyn i zasłużenie w ciupie wylądował.

– Ale to fakt czy fejk.

– Fakt, opowiadała mi znajoma, która prowadziła dom wczasowy. On tam zjechał z kochanką i kserokopiami.

– No to się popisał!

– A jaki był zdziwiony, że się nie udało! I oburzony, że go skazano. Przecież tak sprytnie to wymyślił.

– W więzieniu powinni go byli zatrudnić w bibliotece i kazać tam przepisywać ręcznie „Kodeks karny”.

– W tylu egzemplarzach ilu było więźniów i to bardzo wyraźnym charakterem pisma. Najlepiej dużymi literami.

– I każdemu więźniowi powinni dawać egzemplarz w prezencie na odchodne.

– To by była dla niego taka pismoterapia. A że każda książka powinna mieć okładkę to należałoby tam robić warsztaty introligatorskie.

– O tak, zwykłe tekturowe okładki dla wypuszczanych a ozdobne w półskórku z wytłoczeniem tytułu na grzbiecie dla gości specjalnych.

– I z dedykacją od naczelnika więzienia oraz całego personelu.

– I przydałby się jakiś fajny futerał. Może w postaci aksamitnego woreczka? Z wyhaftowana sentencją:  „Aby cieszyć się wolnością, musimy się kontrolować”. Virginia Woolf

Upał trwał i trwał. Wypalał trawy, liście na drzewach i krzewach. Wysuszał stawy i rzeki. Słonce raziło ostrymi promieniami całą przyrodę, która od tego nadmiaru umierała lub fiksowała. Sprzyjały tej sytuacji miejska betonoza i skoszone trawniki.

Upalne miasto 7

Poprzednie odcinki można przeczytać przewijając stronę. Co drugą środę zamieszczę recenzję książki. Miłej lektury 🙂

*****************************************************

Karol siedział sfrustrowany głaszcząc pupila i rozmyślając jak by zmusić macochę do szybkiego działania w celu go dofinansowania.

Wstał z fotela ostrożnie kładąc Felka na ogrzany swoim ciepłem mebel i przeszedł do łazienki. Obejrzał się w lustrze, uznał, że nieogolony i nieuczesany wygląda świetnie, założył wczorajszą koszulkę, spodenki do kolan i sandały z wyprzedaży. Wyprężył wąską klatę i zadowolony z siebie bardzo wszedł do kuchni. Tam otworzył lodówkę, wyjął piwo i chipsy. Stojąc wypił i zagryzł a kot wszedł miaucząc ponaglająco.

– Jasne, jedzonko dla Jaśniepana obowiązkowo dostarczone być musi – powiedział wyciskając z saszetki pokarm. Pogłaskał kocurka, nalał świeżej wody do drugiej miseczki i powiedział:

– Idę do tej małpy, może wydębię jakąś kasę.

Z przedpokoju wyciągnął rower pamiętający PRL i pełen nadziei na lepsze jutro udał się w drogę na drugi koniec miasta.

Po godzinie prawie osiągnął cel, jeszcze tylko jeszcze skręcił w prawo i zatrzymał się przed furtką. Nacisnął dzwonek, raz, drugi, trzeci ale bez efektu.

– Tak być nie będzie – zacytował bohatera telewizyjnego serialu. Postanowił okrążyć posiadłość i znaleźć najsłabsze ogniwo ogrodzenia.

Trochę szedł, trochę się skradał, trochę przeklinał bo nie lubił się wysilać. W końcu znalazł wyłamany szczebel ogrodzenia i przecisnął się wraz z rowerem. Rozejrzał się i uznał, że jest blisko tarasu, musiał tylko przedrzeć się przez kępę kolczastych róż, które podarły mu odzienie.

– O nie! – wykrzyknął. Moje najlepsze spodenki. Dobrze choć, że z boku a nie z przodu – pocieszył się idąc powolutku.

Dotarł do tarasu  na którym stał komplet ogrodowych mebli. A  stolik zastawiony był jedzeniem i piciem. Karol nigdy nie gardził darmochą, więc usiadł w wiklinowym fotelu i zabrał się do pałaszowania świeżutkich rogalików dodając  do nich masła i miodu. Do filiżanki nalał kawy z dzbanka  – termosu i wyciągając przed siebie nogi westchnął zadowolony.

– Takie życie to ja lubię – stwierdził sięgając po sok grejfrutowy.

– A ty co tu robisz? – usłyszał głos macochy.

– Jem, nie widzisz? – odparł nieskonfundowany pasierb.

– A już won mi stąd! – usłyszał.

– Jeszcze czego! Twoje róże podarły mi spodenki. Żądam odszkodowania!

– A coś ty robił w różach? Ktoś cię tu w ogóle prosił?

– Nie otwierałaś furtki to sobie inaczej poradziłem – dumnie pochwalił się swoją zaradnością.

– No to muszę sprowadzić fachowca, żeby sprawdził ogrodzenie, tyle z tego dobrego.

– Widzisz jaki jestem przydatny, mogłabyś to mi wynagrodzić brzęczącą monetą lub chociaż codziennymi posiłkami.

– Jak cię znam wolałbyś banknoty o wysokim nominale.

– Pewnie, że bym wolał. Moneta to przenośnia.

– Dosyć tych pogaduszek, spadaj!

– A co? Zaraz przyjdzie kochanek czy kosmetyczka z zastrzykiem oraz przystojny masażysta? – zakpił Karol.

– Nie twoja sprawa. Pilnuj swego nosa.

– Pójdę jak dostanę trochę kasy. Kot mi głoduje – manipulacje nie były gościowi obce.

– Masz tu pięćset złotych i już cię nie ma! – wkurzona Barbara wyciągnęła z torebki pieniądze i wetknęła je nachałowi do kieszonki.

– Idę, już idę! – powiedział pasierb powoli wstając i brzoskwinię dogryzając.

Zszedł z tarasu, ujął rower za kierownicę i noga za nogą skierował się w stronę furtki. ­

Blisko domu minął faceta z bicepsami i pachnącego olejkami do masażu. W pewnym odstępie za nim energicznym krokiem szła kobieta z torbą wyglądającą na lekarski sakwojaż.

– Baśka pogotowie remontowe pewnie wezwała – pomyślał Karol zamykając furtkę.

W baśkowym gabinecie odnowy składającym się z pokoju kąpielowego, kosmetycznego i treningowego rozpoczął się ulubiony rytuał pani domu. Dwa razy w tygodniu masaż ciała i twarzy,  codzienne ćwiczenia z osobistym trenerem oraz, w pewnych odstępach czasu, zastrzyki wypełniające zmarszczki.

Gdy kosmetyczka już zrobiła swoje i wyszła leżąca Barbara zapytała:

– Jak się panu wiedzie Pawełku? Wszystko dobrze?

– No właśnie, nie za bardzo. Wypowiedziano mi mieszkanie i nie mam gdzie się podziać.

– To może tutaj pan zamieszka, mam wolny pokój gościnny.

– A co na to pan Wiesław?

– Och, jakoś sobie z nim poradzimy – lekceważąco machnęła ręką masowana pacjentka.

– Ja bym na jego miejscu nie odpuścił.

– Pan jest młody, przystojny i pełen werwy. A Wiesiek, cóż – ma swoje lata i ograniczone możliwości. Wyprowadzi się do pokoju nad garażem a jak mu się  nie spodoba to jego problem.

Ewa wyszła ze swojego gabinetu kosmetycznego odbierając telefon.

– Tak, jestem już wolna. Na ile i za ile? Noc, to znaczy od siódmej wieczorem do siódmej rano dwadzieścia tysięcy. Nie, nie mam promocji. No to będę za godzinę.

Włożyła smartfona do torebki i zdążając w kierunku zaparkowanego niedaleko auta parsknęła:

– Promocja, też coś! Co to ja jestem serek z Biedronki?

Wsiadła do auta i pojechała na  umówione, nie bezinteresowne spotkanie.

Anna też była umówiona. Z czwórką znajomych, od lat,  oddawali się hazardowi grając w pokera. Na pieniądze, wprawdzie sumy nie były wielkie ale w ciągu popołudnia i wieczora potrafiła wygrać sto złotych. Rzadko przegrywała bo pokerowe miny miała. Spotykali się raz w tygodniu,  naprzemiennie w swoich domach,  mieszkali bowiem na jednym osiedlu. A wygrane pieniądze przejadali w najbliższą sobotę lub niedzielę w osiedlowej restauracji. Mieli więc trochę emocji i przyjemności. Bo nie zamierzali starzeć się z godnością.

Grając popijali co kto lubił – wodę, sok, kawę, herbatę a nawet piwo. Wprawdzie od piwa głowa się kiwa a czasem i rozum ale piwosze to lekceważą.