Scenariusz na morderstwo

Mikaela Klevisova – Złodziejka opowieści. Wydawn. „Stara Szkoła” sp.zoo Wołów 2020

WSTĘP: „Leki, narkotyki, broń i zwłoki zawsze były, są i będą najlepszym biznesem”

O autorce:

Mikaela Klevisova urodziła się w Pradze 22 czerwca 1976 roku. Studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Karola. Jest pisarką, dziennikarką, scenarzystką i tłumaczką. Nazywana królową czeskiej literatury detektywistycznej. Inspiruje ją twórczość P.D. Jamesa, która podziwia. Dwukrotnie otrzymała nagrodę Jirego Marka za powieść kryminalną. Lubi zwierzęta, szczególnie konie i koty.

Napisała:

 powieści kryminalne: „Kroki mordercy”; „Samotny dom”; „Wyspa Szalonych Mnichów”; „Zaginęli we mgle”; „Śnieżny miesiąc”; „Smok śpi”

książki o zwierzętach:

„Czekając na kota”; „kot z Montmartre”; „Szczęście jest wolne”

O książce:

Bohaterkami powieści są dwie przyjaciółki, które mając dwanaście lat zawarły przypieczętowane krwią przymierze. Różnią się jak woda i ogień – Anna to wzięta scenarzystka popularnego serialu, Ester jest właścicielką agroturystycznego „Gospodarstwa”. Anna bezwzględna, po trupach dąży do celu, wykorzystując wszystkich wokół –  umieszcza zdarzenia z życia rodziny i znajomych w swoim serialu.

Ester natomiast stwierdza: „Uprzejmość to moje przekleństwo”, można też powiedzieć, że kłopoty to jej specjalność. Annie zawodowo bardzo się wiedzie, natomiast ma kłopot z córką, która chce tylko być szczęśliwa. Stara się to osiągnąć za pomocą używek i próby napadu w wyniku czego ląduje w poprawczaku z którego ucieka, aby odkryć pewną rodzinną tajemnicę.

Poznajemy środowisko serialowych scenarzystów, ich  sekrety, nieczyste zagrywki, sposoby na karierę i zarabianie na boku.

Sporo tajemnic skrywają prawie wszystkie postaci książki. Najmniejszą jest pytanie skąd się biorą zdechłe myszy w basenie obok domu Ester. Dlaczego sąsiad Maciej woli Annę niż spokojną Ester. A poza tym gdzie jest torebka Anny, gdzie są widły, dlaczego Monika stara się, aby wyglądać jak Anna i wiele innych.

W trakcie upalnego czerwca trupy są dwa a dochodzenie prowadzi szef praskiego wydziału zabójstw inspektor Józef Bergman właściciel kota imieniem Diego. Skutecznie pomaga mu para policjantów – kobieta i mężczyzna.

Zagadka zostaje rozwiązana, można otrzeć pot z czoła lub wyjechać do Finlandii.

Upalne lato 16

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Tymczasem Wiesiek pławił się w luksusie związkowego domu wczasowego z pełną obsługą dzienno – nocną.  I to wszystko było sponsorowane ze składek członkowskich.

W podziemiu ośrodka wtajemniczone osoby eksperymentowały z chemikaliami mającymi odmłodzić zużyte organizmy działaczy. Zatrudnieni specjaliści stosowali historyczne, nawet najbardziej niedorzeczne,  receptury.

Egipcjanie starali się odmładzać przez wywoływanie ciągłych wymiotów i pocenie się. Król Dawid  odmładzał się za poradą kapłanów przez przebywanie z młodą dziewczyną Abisak Sunem (stąd nazwa sunamityzm) twierdzono bowiem, że ciągłe przebywanie w atmosferze młodych ludzi lub zwierząt, wpływa odmładzająco na starego człowieka. Kurację taką stosował też Barbarossa i Rudolf Habsburgski.
 Z chwilą, gdy przekonano się, że krew jest najżywotniejszym sokiem w organizmie, zaczęto próby odmładzania przez puszczanie tejże i wlewanie w jej miejsce krwi młodych osobników. Ludwikowi XIII. królowi Francji, w ostatnim roku życia puszczano dlatego 47 razy krew. Papież Innocenty VIII. polecił sobie zrobić celem odmłodzenia, przelanie krwi z trzech małych dzieci.

Wprawdzie  przysłowie mówi: „Tajemnica długiego życia i długiej młodości polega na tym, by życia nie skracać i pogodą ducha nie dopuścić do starzenia się” ale to było zbyt proste dla działaczy i działaczek. Wierzyli tylko w zastrzyki, tabletki i operacje.

Wiesław nie odbierał telefonu, bo kuracja polegała też na detoksykacji medialnej.

Wściekła Barbara prawie rzuciła swoim telefonem o ścianę.

Inspektor odpytał obie kobiety i zadzwonił na podany numer.

– Nie odbiera, może pójdziemy do niego?

Barbara wzięła pęk kluczy z szuflady i przeszli do garsoniery Wieśka. Zapukała, zawołała – bez skutku. Otworzyła drzwi. Weszli i po dokładnym sprawdzeniu stwierdzili:

– Nikogo nie ma. Ciała też nie.

– Proszę do niego dzwonić co godzinę, ja też tak zrobię.

Wieśka nie było i nie było. I tak przez dwa tygodnie.

Pojawił się w niedzielę wieczorem. Jadwiga usłyszała szum silnika na podjeździe. Wyszła przed dom i podchodząc do auta powiedziała:

– Policja pana szuka.

– Jaka policja? Po co?

– Chcą pana przesłuchać w sprawie śmierci Pawła.

– To on nie żyje? Nic nie wiem. Co się stało? A gdzie Baśka?

– Masuje ją i trenuje nowy masażysta.

– No, proszę jaka szybka, pocieszyła się nowym młodziakiem. Ale co ja mam  wspólnego ze śmiercią tego dupka? Niech mi pani nie zawraca głowy – odwrócił się i wszedł na schody prowadzące do jego mieszkania.

– Jak pan chce – gosposia wzruszyła ramionami wchodząc do domu.

W holu natknęła się na Barbarę.

– Co się dzieje? – spytała.

– Pan Wiesław wrócił, powiedziałam, że policja go szuka.

– No to może wreszcie odbierze telefon. Nie moja sprawa, mam się nie stresować – prawda Misiu? – zwróciła się do stojącego obok młodego mężczyzny.

– Prawda, pani zdrowie psychiczne i fizyczne jest najważniejsze.

– I erotyczne – mruknęła Jadwiga pod nosem idąc do kuchni. Ciekawam czy ten też tutaj zamieszka. Szczególnie jak się dowie co spotkało poprzednika.

Barbara zawiadomiła policjanta o powrocie Wieśka. Wkurzony pan władza  nakazał mu  nazajutrz przyjechać na przesłuchanie.

Wiesław przyznał się do kontaktów z Pawłem, do tego, że dostarczał mu niesprawdzone środki podnoszące wszelką sprawność organizmu. Szczególnie jedną jego część i nie chodzi o mózg.

– A pan stosował ten specyfik? – spytał organ władzy.

– Bardzo rzadko i w minimalnych ilościach – odpowiedział nie bardzo zgodnie z prawdą.

– Ma pan jakąś wysypkę na uszach. Od czego to? – zainteresował się inspektor.

– Pewnie jakaś alergia, nie wiem na co.

– A u  dermatologa pan był?

– Nie, po co? Piję wapno i smaruję sudocremem, samo przejdzie.

– No, nie wiem. Może to skutek uboczny tego środka wzmagająco – pomocniczego? Ja panu dobrze radzę – proszę iść do lekarza. I nie wyjeżdżać z miasta.

Ewa odebrała  telefon i umówiła się na kolejne dochodowe spotkanie. Hasło brzmiało: „Chwileczka zapomnienia” co oznaczało jednogodzinną usługę. Dwugodzinna to: „Zjemy dwa hamburgery”. Trzygodzinna: „Do trzech razy sztuka”. Czterogodzinna: „Cztery kąty”. Dłuższe: „Tańce na bańce”. Tak je ustawiła w internecie, żeby nie zawracać sobie głowy długimi rozmowami.  Oczywiście dochodziło do pomyłek, bo większość miała ochotę na tańce a było ich stać tylko na „chwileczkę”. Wprawdzie: nasz klient, nasz pan ale promocji nie stosowano. Zawód pokrewny miłości to nie lidlowe wyprzedaże.

Tym razem był to facet z zaczerwienionymi uszami na których była wysypka.

– Czy to nie jest, przypadkiem, zaraźliwe? – zapytała. Czy był pan u lekarza?

– Tak, dał mi maść.

– I jakoś nie działa?

– Lekarka uprzedziła mnie, że leczenie potrwa, bo nie wie jaka jest przyczyna.

– A pan wie?

– Przypuszczam tylko, dostałem w pracy takie tabletki na odmłodzenie organizmu.

– A gdzie pan pracuje?

– Jestem działaczem związkowym.

– I co? Te tabletki to taki deputat, czyli dodatek do pensji macie?

– Nieeee, w naszym ośrodku wczasowym dają.

Policjant zrobił wywiad środowiskowo – związkowy. W zamian za turnus w ośrodku zamknął dochodzenie pisząc w sprawozdaniu, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych. Patolog też się załapał na tabletki i wczasy. Uszna alergia zataczała coraz szersze kręgi. Dermatolodzy miasta i okolic skontaktowali się między sobą wymieniając doświadczeniami. Postanowili zgłosić chorobę władzom wyższym. Które już wiedziały o tych przypadkach. Pacjentów w związkowym ośrodku nieustannie przybywało. Zapisy były już na dwa lata naprzód. Przekupywanie trzymających władzę zataczało coraz szersze kręgi. A produkcja podziemna działała pełną parą. Postanowiono w ekspresowym tempie postawić nowy budynek z jeszcze większym laboratorium.

Upalne lato 15

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*******************************************************

Jadwiga kupiła wszystkie zaplanowane produkty i podjechała pod dom gdzie mieszkał Karol. Z torbami weszła do windy jednocześnie z Anną.

– Dzień dobry, czy zna pani Karola, który ma kota? – spytała gosposia.

– Tylko z widzenia, a dlaczego?

– Złamał nogę i jest unieruchomiony. Potrzebuje pomocy.  Zna pani może kogoś, kto byłby skłonny, odpłatnie oczywiście, mu pomagać? Najlepiej ktoś z sąsiadów, żeby miał blisko. A może pani byłaby chętna?

– To zależy co miałabym robić i za ile.

– Ja zrobię wszystkie potrzebne zakupy, przywiozę gotowe jedzenie, część świeże, część zamrożone. Codziennie trzeba tylko odgrzać i podać obiad. Śniadania i kolacje niech sobie sam robi. Wyjąć z piasku grudki z moczem kota i jego  kupkami. Śmieci pani wyrzuci też codziennie. Trzeba też pozmywać naczynia a raz w tygodniu zrobić pranie i dokładniej posprzątać, czasem coś wyprasować, mieszkanie ogarnąć, bo to bałaganiarz.

– To sporo obowiązków, a ile będziecie mi płacić?

– Pięćset złotych za tydzień.

– Zastanowię się i dam znać. Może teraz z panią pójdę tam zobaczyć jak wygląda mieszkanie, lokator i kot.

– Ale nie ma pani uczulenia na koty?

– Na szczęście nie. Najbardziej nie lubię słowotoku, mam nadzieję, że Karol nie jest gadatliwy, bo wie pani – gadulstwo nie jest dowodem na inteligencję, tylko wręcz odwrotnie.

– Bardzo panią rozumiem. Karol jest obibokiem i lubi alkohol więc proszę nigdy mu nic z tych rzeczy nie kupować. Nawet piwa.

– Dobrze. Od piwa głowa się kiwa. A od wódki rozum krótki.

Inspekcja odbyła się w atmosferze pełnego zrozumienia. Felek od razu zaakceptował Annę, która trochę przeraziła się bałaganem panującym w  mieszkaniu. Jadwiga włożyła zakupy do lodówki i na blat kuchenny a piasek postawiła w łazience.

– Trzeba tu dokładnie posprzątać – powiedziała. Pociągnęła nosem –  także przewietrzyć, zmienić pościel i ręczniki.

– Dużo pracy – stwierdziła Anna.

– Ja pani dzisiaj pomogę, będzie szybciej a potem już sama pani wszystkiego dopilnuje.

– No, dobrze – to bierzmy się do roboty.

Karol leżał i nic nie mówił, tylko wodził wzrokiem za energicznymi kobietami. Kot wskoczył na łóżko koło niego i głaskany zaczął mruczeć.

– Panie Karolu, proszę przenieść się na fotel, musimy prześcielić łóżko.

Karol chciał coś powiedzieć, może zaprotestować ale zrezygnował. Dotarło do niego, że właśnie w jego domu zaczął się matriarchat.

Po dwóch godzinach mokre pranie wisiało w łazience, okna przejrzały na zewnątrz, firanek nie było więc tylko rolety przetarto, bałagan ujarzmiono, Karola i kota nakarmiono. Pachniało czystością.

– Jeszcze napiłbym się piwa – usłyszały.

– To dopiero jak sobie sam pan je kupi – bezlitośnie odpowiedziała Jadwiga zawiązując worek z odpadami.

– I tak tu będę na zupełnym bezpiwiu? – zajęczał manipulacyjnie.

– Tak, przyniosłam sok, może się pan opić do woli.

– Bez procentów mi nie smakuje.

– Chory powinien się zdrowo odżywiać a nie zatruwać – Anna puściła smrodek dydaktyczny. W termosach ma pan kawę i herbatę. W butelce wodę. Proszę wziąć prysznic bo fiołkami pan nie pachnie.

– Ale jak, z gipsem prysznic?

– Z gipsem, wodoodporny jest. Może go pan owinąć foliowym workiem i skleić taśmą, leży o tu – Jadwiga pokazała palcem.

– I proszę zmienić ubranie – dodała Anna, przygotowałyśmy czyste, widzi pan?

Karol tylko kiwnął głową, zniewolony lecz zadowolony. Lubił być zaopiekowany, jeszcze gdyby było piwo…

Obie panie wyszły zadowolone z dobrze wykonanych czynności.

– O której mam mu dawać obiad?

– Sadzę, że tak druga, trzecia. On długo śpi, późno je, jeśli w ogóle, śniadanie.

– No, zobaczymy jak się to ułoży. Poproszę o pani numer telefonu, w razie czego. A to jest pani krewny? – spytała Anna.

– A skąd! To pasierb pani której prowadzę dom. Ona jest bardzo zajęta, ma kilka sklepów w całym mieście, musi tego pilnować. A jeszcze…

– Co jeszcze?

– A, nie. To może później.

– To do widzenia – Anna wysiadła z windy na swoim piętrze.

Jadwiga pojechała do domu, wniosła produkty do kuchni, rozłożyła je, włączyła czajnik elektryczny, wlała esencję herbaty do kubka i zmęczona usiadła.

Zadzwonił telefon:

– I jak pani poszło u Karola? – spytała Barbara.

– Całkiem nieźle. Namówiłam jego sąsiadkę do codziennej pomocy. Zaproponowałam takie warunki  jakie  ustaliłyśmy. Ale swoją drogą trochę się dziwię, że pani się nim tak opiekuje.

– Nie chcę potem wysłuchiwać, że go opuściłam w potrzebie. A wydatki i tak mu odliczę od części spadkowej.

– Rozumiem. Resztę opowiem jak pani będzie w domu. Na którą przygotować obiad?

Policjant zbierał się do wyjaśnienia zagadki śmierci Pawła. Patolog wykrył jakieś dziwne substancje w ciele denata.

– Łatwo nie będzie – pomyślał inspektor umawiając się przez telefon z Barbarą i Jadwigą. Chciał je przesłuchać, był pewien, że to jedna z nich załatwiła gogusia.

– Pewnie sypiał z obiema i ta bardziej zazdrosna nie wytrzymała – snuł domysły.

Nazajutrz rano przyjechał do domu Barbary. Został poczęstowany kawą i kanapkami bo przyznał się, że nie jadł śniadania. Panie piły sok.

– Proszę mi opowiedzieć wszystko po kolei – powiedział po zjedzeniu pięciu kanapek i wypiciu kawy. Wyciągnął i włączył dyktafon.

– Oczywiście wie pan, że w domu mieszka jeszcze jedna osoba – spokojnie poinformowała Barbara.

– Jaka jeszcze jedna? Dlaczego ja nic o tym nie wiem! – wykrzyczał.

– A pytał pan? Nie! To do kogo ma pan pretensję?

– Dobrze, to kto jeszcze tu mieszka? – inspektor zignorował zarzuty.

– Wiesław,  zastępca mojego świętej pamięci męża.

– I gdzie on jest?

– Pewnie w pracy, albo w delegacji.

– Utrudnia pani śledztwo! Numer telefonu do tego pana poproszę. Muszę go też przesłuchać.

– A proszę bardzo – Barbara wzięła swój telefon i podyktowała numer.

Upalne miasto 14

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

****************************************************************

Barbara i Karol zerwali się i pobiegli w stronę głosu. Kobieta była szybsza bo Karol na czwartym stopniu pośliznął się i upadł z wykręconą nienaturalnie nogą.

– Baśka, zaczekaj, chyba złamałem nogę – zawołał.

– Ty łamago, na pewno nic ci nie jest, wstawaj! – krzyknęła i poszła na górę.

 Zdenerwowana Jadwiga siedziała na podłodze pokoju i kiwała się jak małe dziecko w bidulu.

– Co się dzieje? – zapytała Baska patrząc na nią, tak zawsze opanowaną.

– On, on, on chyba nie żyje – wyjąkała gosposia.

– Jak to nie żyje? Pewnie się spił albo naćpał – bezlitośnie stwierdziła pani domu

– Ale ja go szarpałam, on nie oddycha.

Barbara podeszła do łóżka i nachyliła się  nad Pawłem. Dotknęła jego czoła, podniosła powiekę i poleciła:

– Proszę wstać i zejść na dół. Ja zadzwonię po pogotowie. No, już!

Jadwiga opierając się na krześle, komodzie i ścianie powoli podniosła się i wyszła z pokoju. Schodząc natknęła się na jęczącego Karola.

– A pan co tu robi?

– Chyba złamałem nogę – poskarżył się biedny misio.

– Pani Barbara zadzwoni na pogotowie to i pana zbadają.

– A co się tam stało?

– Paweł nie żyje. Chyba – powiedziała już prawie całkiem spokojna Jadwiga.

– To niech mi pani pomoże zejść ze schodów. Wolałbym się położyć niż tu siedzieć.

– Wiem, że pozycja horyzontalna jest pańską ulubioną – gosposia nie darowała sobie ironicznej uwagi.

– I pani też przeciwko mnie? – spytał kulejąc i na kobiecie się opierając.

– Ach, bo czas byłby dorosnąć – usłyszał kładąc się na kanapie.

Pogotowie stwierdziło zgon Pawła i złamaną nogę Karola. Zadzwonili po policję i zabrali kontuzjowanego ze sobą.

Policjant z ekipą jawił się po dwóch godzinach. Wchodząc rozglądali się po domu i widać było na ich twarzy zawiść i chęć dokopania bogatszym od siebie.

Po oględzinach, sfotografowaniu wszystkiego wokół próbowali też uwiecznić podobizny Barbary i Jadwigi na co się nie zgodziły. Na pobranie odcisków też nie. Barbara zaraz po tej próbie zadzwoniła do swego prawnika. Obiecał przyjechać za pół godziny. Na razie zalecił nie odpowiadać na pytania i czekać na niego.

Przyjechał nawet szybciej niż obiecał. Porozumiał się jakoś z przedstawicielem władzy, który obiecał wziąć pod uwagę zdenerwowanie obu pań. Zabrano zwłoki i panowie opuścili dom.

Jadwiga zamknęła za nimi drzwi i zapytała:

– I co teraz proszę pani?

– Proszę zrobić co ma pani do zrobienia i iść do siebie. Kolacji nie będę jadła, ewentualnie sama sobie coś zrobię. Dziękuję.

Nazajutrz zadzwonił Karol:

– Mam nogę w gipsie i nie mogę się ruszać. Musi mi ktoś pomóc. Najlepiej by było gdybym się do ciebie przeniósł.

– Po moim zimnym trupie – powiedziała Baśka niechcący nawiązując do najnowszej sytuacji.

– Ale ja sobie nie dam rady – chlipiąc  powiedział pasierb.

– Nie mam obowiązku się tobą zajmować – wysyczała Baśka.

– Ale…

– Dobrze, dostarczę ci jedzenie w postaci różnych gotowców.

– Saszetki i piasek dla Felka też, nie zapomnij. A kto będzie wyrzucał moje śmieci?

– Poproś jakąś swoją flamę lub sąsiadów – Baśka bezlitośnie poradziła i telefon odłożyła.

Usiadła na fotelu i zauważyła, nadal leżącą na stole, białą kreskę proszku.

– Tumany z tych policjantów, że nikt niczego nie zauważył – pomyślała i stosując ulubioną rurkę wciągnęła wspomagacz.

Przeszła na taras i wyciągnęła się na leżaku. Po chwili zasnęła. Obudziła się o zmroku gdy Jadwiga dotknęła jej ramienia.

– Proszę pani, proszę pani, dobrze się pani czuje?

Zaspana trochę Barbara spojrzała w górę.

– Tak, oczywiście.

– Bo się przestraszyłam, że i pani coś się stało – powiedziała gosposia.

– Niech pani nie przesadza. Dlaczego miałoby się coś stać?

– No bo najpierw pani mąż, teraz pani ko…, hm, masażysta, a Karol złamał nogę.

– No widzi pani, giną sami mężczyźni, kobietom nic nie grozi – Barbara nie zamierzała się przejmować wypadkami. Biały proszek dodał jej odwagi i dystansu. – Jutro proszę zrobić większe zakupy w garmażerce, dużo mrożonek, piasek i saszetki dla kota a potem zawieźć do Karola. Dostanie pani za to dodatkowe wynagrodzenie – dodała widać wahanie na twarzy Jadwigi.

– Dobrze proszę pani. A czy pan Karol ma jakieś ulubione dania?

– Ma, alkohol.

– I mam go kupić?

– Żartuje pani?! Absolutnie nie! I proszę mi dać rachunki z tych zakupów. A dania proszę kupić lekkostrawne, żeby nie narzekał, że coś mu zaszkodziło.

– To może zrobię coś w domu – bigos, pierogi, gołąbki, kotlety schabowe i mielone, zupę mięsno – warzywną zmiksuję i zamrożę.

– Jak pani uważa ale proszę to wycenić jak produkty ze sklepu. Może w Internecie pani znajdzie takie dane. Ale piasek i saszetki dla kota musi pani kupić.

– Dobrze proszę pani. A  nie lepiej byłoby to kupić w Internecie? – zasugerowała gosposia.

– Nie chcę z własnego konta robić dla niego zakupów.

– Rozumiem. To jutro dokupię co trzeba, zawiozę piasek i saszetki, zorientuję się co pan Karol ma w lodówce…

– Jak go znam jest tam tylko światło i może piwo. A i to nie na pewno.

Jadwiga przeszła do kuchni, sięgnęła do kubka po długopis i wzięła kartkę z notesowego plastikowego pojemnika. Usiadła przy stole i zaczęła notować co ma jutro kupić. Na szybie brzęczała mucha a w oddali szczekał pies.

Upalne miasto 13

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Wrzucili worki do pojemnika i skierowali się w stronę baśkowego auta.

– To zapraszam cię na obiad. Mam nową pomoc domową. Mieszka u mnie i póki co obie sobie chwalimy. Dobrze gotuje, nie jest gadatliwa, za to uprzejma i zdystansowana.

– No to ci się jakaś perła trafiła.

– Z polecenia znajomych. Zadowolona, bo ma emeryturę, wynajęła swoje mieszkanie, a u mnie dodatkowo zarabia. W dodatku ma prawo jazdy, więc sama jeździ na zakupy.

– Twoim autem?

– Nie, pawłowym. On mało jeździ bo ma zajęcia w domu.

– Biedaczek, strasznie go żyłujesz – zakpił Karol.

– Nie musiał się zgadzać – ucięła temat Baśka.

Dojechali do domu, który przywitał ich pysznymi zapachami wywołującymi ślinotok. Szczególnie u Karola, który pamiętał tylko o posiłkach dla kota.

– Pani Jadwigo, już jesteśmy, poprosimy o obiad za pół godziny – powiedziała Barbara wchodząc do kuchni

– Dlaczego dopiero za pół godziny? – zdziwił się pasierb. Chcę zaraz teraz.

– Boże, ty słyszysz i nie grzmisz! – usłyszał. Gdzie byliśmy? Na basenie może gdzie wzięliśmy prysznic? Nie!

– Dobra, dobra, zrozumiałem – powiedział Karol i skierował się do pokoju kąpielowego.

– Gdzie leziesz? Do łazienki przy sypialni Jana leź, a nie do mojego gabinetu.

– O, jak ty mnie męczysz – poskarżył się facet wdrapując po schodach prowadzących na piętro. A są tam ręczniki i mydło? No i zmieniłbym bieliznę i koszulę.

– A poszukaj sobie tam w szafie, jeszcze nie wyrzuciłam jego ubrań.

– Przecież on był gruby, wszystko będzie za duże – zajęczał wymagalny gość.

– Pani Jadzia ma nożyczki, nici i igły to ci dopasuje na miejscu.

– O, to fajnie! Może wszystkie ubrania tak mi dostosuje? – praktycznie zapytał sprytny Karolek.

– Jak jej zapłacisz za dodatkową pracę to może się zgodzi.

– Ale ja nie mam kasy.

– Mogę za ciebie założyć a potem odliczyć od spadku.

– Jaka ty jesteś skąpa! Zero bezinteresowności!

– No, nie rozśmieszaj mnie! Idź już, bo pożałuję, że cię zaprosiłam.

Biedny Karol poczłapał na górę i oddał się ablucjom. Potem owinął tęczowym ręcznikiem kąpielowym. Podszedł do komody i wysuwał kolejne szuflady. Znalazł pełno dobra wszelkiego bieliźnianego i skarpetkowego  ale za dużego. Potem otworzył szafę i wybrał cienką bawełnianą koszulę z krótkimi rękawami. Włożył ją i zapiął, przejrzał się w lustrze, i jak zwykle,  zachwycił obliczem swem. Koszula była na tyle długa, że zakryła mu pośladki dużo jeszcze poza nie zwisając. Wyjął z szuflady majtki w kaczuszki i zszedł na dół.

– O, te mi się podobają. Jakby je zwęzić to byłyby całkiem dobre.

– Już prosiłam panią Jadzię o pomoc. Nie będzie to łatwe, to dostosowanie ubrań Jana do twojej postury. Na szczęście ma zaprzyjaźnioną krawcową, wprawioną w przeróbkach. Przyjedzie tu nawet dzisiaj, zmierzy cię dokładnie, obejrzy zawartość szafy Jana i zadecyduje co będzie można dopasować. A teraz do stołu.

– Ale te majtki ze mnie spadną – poskarżył się pasierb.

– Pani Jadziu, proszę przyjść z nożyczkami, igłą i nitką. Trzeba te kaczuszki przyciąć i dopasować do tyłka Karola – zawołała Barbara. Że też akurat ten wzorek wybrałeś – zaśmiała się.

– Bo w koty nie było, dokładnie sprawdziłem.

– Jasiek wolał psy.

– Ale w psy tez nie było.

– Bo miał je na sobie gdy utonął.

W tym czasie gosposia zwężała kaczuszki z przyjemnością niektóre przecinając i igłę w nie wbijając.

– Krawcowa przyjdzie wczesnym wieczorem – powiedziała. Zaraz podam obiad. Co państwo życzą sobie na deser?

– Ja tylko kawę poproszę.

– Upiekłam kruche ciastka, to może podam?

– Oczywiście, kawa, ciastka, koniak i lody – zadysponował Karolek w majtkach we wzorek.

– Pani Jadziu, poprosimy jeszcze owoce – dodała pani domu nieżyczliwie łypiąc na gościa. A gdzie jest Paweł?

– Chyba u siebie, nie zszedł przecież na śniadanie – poinformowała gosposia.

– Rzeczywiście, spieszyłam się i  nie zauważyłam. Proszę pójść do jego pokoju i sprawdzić czy jest w domu. Ale najpierw poprosimy o obiad. A ja do niego zadzwonię. Nie odbiera – stwierdziła po chwili.

– Może jest u jakiejś swojej młodej i chętnej pacjentki, ha, ha, ha – złośliwie zaśmiał się Karol.

– Jedz, nie rezonuj – poleciła Baśka krojąc pieczonego fileta z indyka i zagryzając go sałatką wieloskładnikową z sosem winegret.

Pani Jadzia zebrała talerze, podała deser i powiedziała:

– Włożę naczynia do zmywarki i pójdę sprawdzić czy pan Paweł jest u siebie.

– Niech się pani nie spieszy. Proszę z nami usiąść, pani też się należy chwila odpoczynku.

– To ja przyniosę swoją herbatę.

Siedzieli delektując się owocami, ciastkami i napojami. Słychać było tylko świergot ptaków dolatujący przez taras z ogrodu.

– No to ja już pójdę – powiedziała Jadwiga wstając i niepotrzebne naczynia ze stołu zbierając.

Dwójka siedząca w salonie słyszała dochodzący z kuchni szum wody z kranu, szczęk talerzy i sztućców, odgłos zamykanej zmywarki. A potem kroki na schodach prowadzących na piętro.

Barbara wyciągnęła z szuflady komody torebeczkę z białym proszkiem i kartę rabatową z ulubionego butiku. Wysypała krótką ścieżkę na stół, wyrównała ją kartą gdy nagle usłyszeli:

– Proszę pani, proszę pani, niech pani tu zaraz przyjdzie.

Upalne miasto 12

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

 „Gdy słońce było bogiem” – Anna przypomniała sobie tytuł książki. Ale czy musi być tak okrutne?

I położyła się spać odziana w koszulkę nocną z cieniutkiej tkaniny. Okno było zasłonięte roletą i uchylone. Aż tu nagle obudził ją dziwny hałas. Wstała więc, zapaliła nocną lampkę i spojrzała na budzik – była trzecia w nocy.

Podeszła do okna i odsunęła roletę spod której coś wyfrunęło, coś jakby ptak a raczej mały czarny stwór. Może obcy? I to coś zaczęło krążyć, pod sufitem,  po całym, dość małym, pokoju. W końcu osiadło na  górze regału z książkami. Anna wzięła drabinkę z przedpokoju i płaską szczotkę na długim kiju z szafki tamże położonej. Rozstawiła drabinkę pod regałem i szczotką wypędzała stwora. Który odpowiedział ponownym, kilkakrotnym kołowaniem. Seniorka głosem i szczotką zachęcała go, aby obrał kierunek otwarte okno. Nadaremnie. Stwór osiadł na górze regału po drugiej stronie pokoju. Co było robić – drabinka zmieniła położenie, szczotka w dłoń i ponowna akcja wypędzania. Nie ze stworem te numery. Odbył kilkakrotnie ulubioną rundę pod sufitem i ponownie wylądował na regale z książkami.

– O żesz ty w skrzydła kopany – pomyślała seniorka i przestawiła drabinkę. Tym razem uzbroiła się nie tylko w broń wypędzającą w postaci szczotki ale i w tkaninę do machania i wylotu zachęcania. Nic to nie pomogło. Nadal odbywał się cykl: fruwanie i na jednym z regałów osiadanie. Kobieta spróbowała nakryć stwora tkaniną gdy był na bezksiążkowej szafie  ale bez skutku, bo odleciał. Za którymś razem stworzenie schowało się za regałem z książkami gdzie nie było dostępu szczotkowo – szmatowego.

– K…. ile tak można, a siedź sobie tam, tylko spokojnie – pomyślała Anna robiąc krok w bok co spowodowało upadek drabiny na owalny stolik  z tysiącem i jednym podręcznych drobiazgów. Rozległ się huk a drobiazgi (nożyczki, pędzelki, długopisy, lekarstwa, książki, notes, komórka, aparat fotograficzny, karteczki na notatki, kalendarz, maść na oparzenie, krem do rąk i miseczka ze słonecznikiem) rozprysły się na dywanie.

– Jasne, tego mi jeszcze było trzeba do pełnego szczęścia porą nocną – pomyślała kobieta zestresowana do imentu i upocona wszędzie.

Stwór ciągle dawał o sobie znać skrobiąc i chrobocząc.

W wyniku energicznego zaglądania za roletę złamał się mocujący element i zepsuł kołowrotek. Płachta zwisała i nadziei na ochronienie przed żar –  bogiem nie dawała.

– Co robić i jak żyć? – to fundamentalne pytanie zadała sobie seniorka wkurzona brakiem sukcesu w pozbywaniu się nieproszonego i skrobiącego tył regału, gościa. Nie zasnę ze świadomością, że to coś w każdej chwili może mi siąść na twarzy lub coś gorszego zrobić.

Stworzeniu nagle się znudziło miejsce pobytu i sfrunęło na parapet za zasłonę a potem na oparcie fotela. Anna nakryła go szmatą, mocno schwyciła i za okno wyrzuciła. Ufff…

Ale przestraszona, że nietoperz może być powracającym natrętem musiała zamknąć okno.  Co nie pomogło w ochłodzeniu nagrzanego mieszkania.

Akcja trwała godzinę, bez zbierania drobiazgów – zrobiła to rano. Stres długo nie pozwalał jej zasnąć.

Przed zaśnięciem pomyślała:

– Widocznie upał każdemu stworzeniu, nawet najmniejszemu, miesza w głowie. Choć naszym politykom niezależnie od pogody, czy to słońce, czy  deszcz oni plotą jak Piekarski na mękach.

Planowała pójść do Ogrodu Botanicznego na spotkanie „Zioła nie tylko dla seniora” ale nie była w stanie. Musiała odespać i odtajać, bo przez cały następny dzień bolała ją głowa. Jest powiedzenie: „Powiedz jakie masz plany a usłyszysz śmiech Pana Boga” a raczej diabła.

– No to teraz czeka mnie wymiana rolet – pomyślała i Internet  tym celu zatrudniła. Okazało się, że firm wiele ale każda oczekuje dużego zamówienia a nie jednookiennego zawracania głowy. A jeśli już to koszt zbliża się niepokojąco  stronę tysiąca złotych.

– Nie mam zdrowia do bezwzględnie widzialnej ręki rynku – pomyślała. Jak się wkurzę to zasłonię okno kocem.

Opowiedziała Ewie swe nocne awantury i wybryki. Ta najpierw się roześmiała a potem skonstatowała:

– Lubisz oglądać horrory to miałaś wizytę Batmana.

– Dziękuję uprzejmie, nie zapraszałam go, szczególnie trzecia w nocy mi nie pasuje. A nie mógł najpierw telefonicznie, w dzień, się zapowiedzieć, jak przystało na dżentelmena?

– Obawiam się, że te latające ssaki nie mają telefonów. Poczekaj sprawdzę u wujka G informacje o nich. O, widzisz – prowadzą nocny tryb życia więc nic dziwnego, że był w trasie. I potrafią latać 55 kilometrów na godzinę.

– No, jak tak kołował pod sufitem to pewnie tyle było. Chyba mu odbiło, żeby tak wlecieć i nie chcieć wylecieć. GPS w postaci echolokacji mu nawalił.

– Ale w końcu chyba zrozumiał, że zabłądził, bo właściwie ci się podłożył.

– Na to wygląda. Ale trwało to i kosztowało mnie godzinę strachu i wysiłku.

– Czytam, że niektóre z nich to upiorowate i wampiry.

–  Brrr, przestaję oglądać horrory.

– A nauka zajmująca się twoim gościem i jego pobratymcami to chiropterologia.

– Chyba wolę jednak chiromancję – zażartowała seniorka.

Następnego dnia żar-bóg trochę odpuścił więc Barbara zadzwoniła do pasierba:

– Już za tydzień będzie wycena domu. To mniej więcej za dwa dostaniesz kasę. A czy ty w ogóle masz konto w banku?

– Jasne, że mam. Za kogo ty mnie masz?

– Za lenia, naciągacza i flejtucha – usłyszał.

– Dziękuję bardzo, powiedzieć co ja o tobie myślę?

– Nie trzeba. Dzwonię, bo jadę na cmentarz uprzątnąć grób. Podjadę po ciebie to mi pomożesz.

– A co tam kamienie trzeba dźwigać, czy co, że ci pomoc potrzebna?

– Ty żałosny obiboku! Ty…

– Dobra, dobra, przyjeżdżaj.

Cmentarz to był nieduży, dość zadbany, nawet ostatnio postawiono wiatę na kilka śmieciowych pojemników.

Niezaprzyjaźniona dwójka pozbierała i zapakowała do worków zwiędłe kwiaty, wypalone znicze i nieudane dekoracje. Zostawili tylko jeden znicz świecący na baterie, ten najmniej kiczowaty.

Upalne miasto 11

Drodzy Czytelnicy – pisanie to dla mnie jedna z form masowania szarych komórek, aby nie zanikły. Momentami jest to też dobra zabawa proszę więc nie oczekiwać zbyt wiele czyli traktować teksty z dystansem. Dziękuję.

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

******************************************************************

Dorota, zwana, będąc na służbie, Marysią, z ulgą pozbyła się fioletowego i różowego służbowego odzienia. Zostawiła w drzwiach służbówki klucz na który się zamykała, bo pan domu, mimo kłopotów z poruszaniem się, kilka razy, nocą, zabłądził na poddasze.

A gdy kiedyś zaskoczył ją swoimi ręcznymi umizgami w kuchni, nauczona  przez narzeczonego samoobrony, kopnęła go w klejnoty. Tak jęczał, że wyjęła z lodówki kostki lodu, włożyła do termoforu, owinęła ręcznikiem i z miną siostry miłosierdzia wręczyła leżącemu na kanapie. Jeszcze próbował włożyć jej rękę pod spódnicę więc trzepnęła go pilotem aż baterie wypadły na dywan. A Janowi sztuczna szczęka bo żal mu było forsy na implanty.

Patolog oglądając ciało utopionego zastanawiał się skąd te siniaki. Ale orzekł, ze powodem zejścia był atak serca a nie kop w jaja.

Tak więc uwolniona Dorota zastanawiała się nad tym czy musi wyjść za mąż. Dla niej był to jednak rodzaj zniewolenia. Póki co Marek zachowywał się jak dorosły facet a nie dzieciak – mizogin ale znała powiedzenie „Jak się ożenisz, to się odmienisz”. Postanowiła więc nie spieszyć się z zamążpójściem.

Mieszkali już razem w podarowanym przez Jana mieszkaniu i pewnej gorącej sobotniej nocy ona powiedziała:

– Pomyślałam, że po diabła nam to całe zamieszanie ze ślubem i weselem. Niech zostanie tak jak jest.

– Ufff, cały czas tak myślałem ale nie chciałem robić ci przykrości.

– To świetnie! – uciszyła się Dorota. Oboje nie chcemy mieć dzieci to tylko zostaje nam decyzja czy zaopiekujemy  się jakimś zwierzątkiem.

– Ja bym chciał kota.

– Ja też, ja też.

– No to mamy ustalone dwie najważniejsze rzeczy – powiedział Marek sięgając po butelkę z wodą.

– Właściwie to masz rację. Co do opłat wszelkich już postanowiliśmy. Każde z nas ma swoje konto z którego na wspólne przelewa część dochodów.

– Oboje lubimy i góry, i morze… – stwierdził on.

– A nawet jeziora – dodała ona.

– Oboje umiemy sprzątać i gotować, obsługiwać pralkę i zmywarkę.

– No, popatrz jak nas dobrze wychowano – roześmiała się Dorota. Najgorzej jest z potrawami. Ja lubię słodycze a ty z nich najbardziej schabowego. Ale jakoś to przeżyjemy, tak sądzę.

– Najlepsze jest jednak, że nasze matki nas i siebie nawzajem nie lubią to nie będą nas dołować pytaniami: a kiedy dziecko, dlaczego nie macie dzieci, marzę o wnukach itd.

– Gdyby jednak ktoś cię zapytał to mam dla Ciebie świetną odpowiedź, wyczytaną Internecie,  tylko się nie obraź.

– Dobrze, dobrze, wal!

– Możesz powiedzieć takiemu ciekawskiemu, nie mamy dzieci bo ci  nie staje.

– Ostro pojechałaś!

– Ale wyobrażasz sobie minę tego pytacza? Ha, ha, ha.

– Dobra, a teraz idziemy pod prysznic, i  proszę, nie bierz ze sobą noża.

– Dlaczego noża?

– A tak mi się skojarzyło z filmem Hitchcocka „Psychoza”.

– Jeszcze mógłby być „Zawrót głowy”; „Okno na podwórze”; „Człowiek, który wiedział za wiele”, „Sznur”.

– A do mieszkania mogłyby nam wpaść „Ptaki”.

– Najlepiej pieczone gołąbki.

– W tym upale to kto wie…

– A po zewnętrznym ochłodzeniu zastosujemy wewnętrzne czyli „Pasikonika”:

Składniki drinka:

  • 40 ml likieru kakaowego
  • 40 ml likieru miętowego
  • 40 ml śmietanki
  • kilka listków świeżej mięty

Sposób przygotowania

  • 1.Do shakera wrzuć kilka kostek lodu, a następnie wlej kolejno likier miętowy, kakaowy i śmietankę. Wszystko wstrząśnij aż składniki dokładnie się połączą.
  • 2.Przelej drink do schłodzonego kieliszka koktajlowego i udekoruj listkami mięty.

W trakcie schładzania wnętrza Marek zaproponował:

– Może sobie gdzieś pojedziemy na parę dni?

– No, mamy parę złotych nadwyżki to może do Małego Białego Domku w Lubuskie?

– Czemu nie? Przecież nie musimy w tym celu kserować dolarów jak to zrobił pewien mądry inaczej jeszcze w PRL-u.

– A co mu to dało?

– Myślał, że się ktoś nabierze.

– Kretyn to był?

– Kretyn i zasłużenie w ciupie wylądował.

– Ale to fakt czy fejk.

– Fakt, opowiadała mi znajoma, która prowadziła dom wczasowy. On tam zjechał z kochanką i kserokopiami.

– No to się popisał!

– A jaki był zdziwiony, że się nie udało! I oburzony, że go skazano. Przecież tak sprytnie to wymyślił.

– W więzieniu powinni go byli zatrudnić w bibliotece i kazać tam przepisywać ręcznie „Kodeks karny”.

– W tylu egzemplarzach ilu było więźniów i to bardzo wyraźnym charakterem pisma. Najlepiej dużymi literami.

– I każdemu więźniowi powinni dawać egzemplarz w prezencie na odchodne.

– To by była dla niego taka pismoterapia. A że każda książka powinna mieć okładkę to należałoby tam robić warsztaty introligatorskie.

– O tak, zwykłe tekturowe okładki dla wypuszczanych a ozdobne w półskórku z wytłoczeniem tytułu na grzbiecie dla gości specjalnych.

– I z dedykacją od naczelnika więzienia oraz całego personelu.

– I przydałby się jakiś fajny futerał. Może w postaci aksamitnego woreczka? Z wyhaftowana sentencją:  „Aby cieszyć się wolnością, musimy się kontrolować”. Virginia Woolf

Upał trwał i trwał. Wypalał trawy, liście na drzewach i krzewach. Wysuszał stawy i rzeki. Słonce raziło ostrymi promieniami całą przyrodę, która od tego nadmiaru umierała lub fiksowała. Sprzyjały tej sytuacji miejska betonoza i skoszone trawniki.

Upalne miasto 10

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

***************************************************************

Anna lubiła sesje w osiedlowym salonie kosmetyczno – fryzjerskim, który sama prowadziła przez wiele lat a potem przekazała wnuczce. Ewa wzięła kredyt, przeprowadziła generalny remont, przeszła kursy fryzjersko – kosmetyczno – manicurowe, odnowiła sprzęt i już wychodziła na finansową prostą gdy przyszła pandemia. Kosmetyczce i fryzjerce płaciła pół najniższej krajowej, zadłużyła się u znajomych i już nie wiedziała co robić gdy w Internecie znalazła reklamę callgirl.

Zarejestrowała się na stronie i dzięki temu powoli wychodziła z długów.

– Niech wyrzuty sumienia mają ci, którzy obiecywali pomoc małym biznesom – pomyślała odpowiadając na pierwszy telefon. Zawsze zastrzegała sobie prawo rezygnacji gdy klient zacznie zachowywać się chamsko i przemocowo. Bo wbrew rechotom pewnego polityka prostytutkę też można zgwałcić.

W salonie na szczęście była dobra, systematycznie czyszczona klimatyzacja,  więc niektóre klientki w czasie upałów umawiały się na możliwie dużo zabiegów. Za drobną opłatą można tam było też wziąć prysznic a w służbowej pralko-suszarce zrobić pranie. Pod telefonem w swoim domu zawsze była seniorka lubiąca prasować i chętnie, odpłatnie, podejmująca się tego zadania, a także zaniesienia do magla  i dostarczenia do domu, potraktowanych gorącymi walcami,  rzeczy. 

Inna seniorka wykonywała drobne krawieckie prace, też dyżurując telefonicznie co w dobie komórek nie było trudne.

Parę razy zdarzyły się niby dowcipne telefony:

– Halo, czy to prasowaczka wszystkiego? Ja mam bardzo głęęęębokie zmarszczki – to przyjdę i pani mi je wyprasuje. Ale żeby nie było za drogo, bo muszęęęę mieć na piwo i papierosy.

– Niestety, nie mam lasera a żelazko tylko panią oparzy.

– Szkooooda, a już się cieszyłam.

– Halo, czy to pani coś tam szyje? Bo ja mam brudną szyję i pani w szkole na mnie krzyczy. Pomoże mi pani?

– Zastosuj ciepłą wodę i mydło. Szyć nie trzeba.

– Halo, mówi Kowalski, rozpada nam się małżeństwo, czy może je pani zszyć lub chociaż zacerować?

– Najwyżej mogę zastosować zamek błyskawiczny, guziki i dziurki, hetkę z pętelką lub troczki.

– A co będzie najtaniej?

– Proszę zapytać żonę, bo musicie oboje się zdecydować na tę samą metodę.

– A to dziękuję, zapytam.

– Proszę bardzo. Powodzenia.

Wszystkie panie bardzo sobie chwaliły te, powiązane ze sobą, usługi z których korzystali mieszkańcy co najmniej trzech sąsiadujących ze sobą, osiedli.

Anna namówiła wnuczkę na zorganizowanie, raz w miesiącu, czegoś w rodzaju wyprzedaży garażowej, właśnie szukały odpowiedniego lokalu, blisko salonu położonego. Pozostawione rzeczy oddawałyby do sklepu dobroczynnego.

Wieczorem obie panie wracały razem do domu. Przed domem Ewa wypakowała z auta torby z zakupami.

– Babciu, zjemy razem kolację? – spytała.

– Oczywiście, kochanie. Ale najpierw wezmę chłodny prysznic, bo  jestem spocona.

– Dobrze, ale zakupy zostawię u ciebie.

Kolacja była lekka, każda jadła co lubiła najbardziej, połączył je deser w postaci galaretki z czereśniami.

– Powiedz babciu, dlaczego właściwie się rozwiodłaś? Przecież kochałaś dziadka.

– Najpierw kochałam, potem się przyzwyczaiłam no i dopadł wszystkich  stan wojenny. Wcześniej działałam w „Solidarności”, dziadek nie był zadowolony a  po 13-tym grudnia okazało się, że był nie tylko personalnym ale i SB-kiem.

– Żartujesz?!!! Nic nie wiedziałaś, nie podejrzewałaś?

– Wyobraź sobie, że nie! Jak się sprawa wysypała zrobiłam mu awanturę to na mnie nakablował. Zabrali mnie z domu w wolną sobotę rano i zawieźli na przesłuchanie. Pytali i pytali, a jeden z SB-ków zapisywał to na maszynie. Tak powoli, że zaproponowałam pomoc, bo kiedyś skoczyłam kurs pisania na maszynie.

– Skorzystał?

– Wyobraź sobie, że nie. Po kilku godzinach powiedział, że za fałszywe zeznania dostanę pięć lat więzienia i będę siedzieć ze złodziejkami i morderczyniami.

– Przestraszyłaś się?

– Pewnie, że tak. Ale w nocy, w celi aresztu doszłam do wniosku, że najwyżej będę prowadzić więzienną bibliotekę. I to był przełomowy moment. W poniedziałek znowu przez wiele godzin mnie przesłuchiwali a na koniec wkurzony tym, że nie spełniam jego oczekiwań, Sb-ek powiedział mi największy komplement jaki w życiu usłyszałam, ewidentnie chcąc mnie obrazić:  „nie rozumiem kto panią wybrał przewodniczącą „Solidarności”, albo pani jest taka głupia albo tak dobrze udaje”. No i  w nagrodę wylądowałam w Ośrodku dla Kobiet Internowanych w Gołdapi.

– A gdzie to jest? I dlaczego nic o tym nie wiem?

– Nie chciałam cię obciążać tymi wspomnieniami. A Gołdap to miejscowość na północnym wschodzie Polski. Wtedy blisko granicy z Ruskimi.

– I gdzie was ulokowali?

– W domu wczasowym dla pracowników radia i telewizji, cztery kilometry za miejscowością. I wylądowała tam, między innymi, dziennikarka telewizyjna Ewa Komorowska, która wcześniej była tam na wczasach.

– Ładne rzeczy! Ile tam was było?

– Od 6 stycznia 1982 roku do 24 lipca przewinęło się 392 kobiety. Jedne były krócej, inne dłużej, ja niecałe trzy miesiące. Najwięcej z Dolnego Śląska, w tym z Wrocławia. Budynku pilnowali młodzi poborowi żołnierze z bronią i  psami. Powiedziano im, że kobiety to morderczynie, złodziejki i prostytutki.

– A jak było w środku?

– Normalny dom wczasowy, zbudowany w lesie  na 2 poniemieckich bunkrach. Tyle, że pokoje zostały zagęszczone, w większości z dwójek do czwórek. Przy każdym pokoju była łazienka. Siedziałam w trzech różnych pokojach. Najpierw na parterze, który po miesiącu zajęli pracownicy służby więziennej – kobiety i faceci. Przeniesiono nas na pierwsze i drugie piętro. Przez następny miesiąc mieszkałam z toruniankami, a ostatnio z dwoma wrocławiankami.

– I jak ci tam było?

– Jak to w więzieniu ale takim trochę lepszym. Gdy trzeba było zawożono nas do lekarza a potem zainstalowano dentystę na miejscu bo wyjazdy były okazją do niepożądanych kontaktów z tubylcami.

– A jak się zachowywali funkcjonariusze?

– Kobiety to chyba były więzienne psycholożki lub pedagożki, które narzekały, że internowane nie chcą z nimi współpracować. Pewnie przyzwyczajone, że więźniarki były do tego bardzo chętne. A my, przynajmniej zdecydowana większość, jakoś nie.

– Oj, niewdzięczne wy baby, niewdzięczne.

– Sytuacja i internowane były nietypowe. Mnie wcześniej wywalili z pracy więc nie wiedziałam czy dostanę, po powrocie, jakąkolwiek. Tak więc gdy pod koniec trzeciego miesiąca pobytu przyjechali wrocławscy esbecy i zapytali co by było gdyby mnie zwolnili to odpowiedziałam: teraz? Gdy minęły trzy miesiące wypowiedzenia i nie wiem czy gdzieś mnie zatrudnią? Teraz to ja mogę siedzieć.

– Potulna to ty nie byłaś, ha, ha, ha.

– Jakoś nie. Poza tym tam w ośrodku takie były nastroje, że załamywały się tylko osoby psychicznie osłabione przez młody wiek, czyli brak doświadczenia, ciepły dom rodzinny,  czy sytuację rodzinną.

A teraz w tym budynku jest sanatorium, którego właścicielem jest były esbek, taki chichot historii.

Więcej:

https://encysol.pl/es/encyklopedia/hasla-rzeczowe/14087,Osrodek-Odosobnienia-dla-Internowanych-Kobiet-w-Goldapi.html#

Przedwojenny skarb

Alek Rogoziński – Teściowe muszą umrzeć, Wydawn. WAB 2020

WSTĘP: „Nie skarby są przyjaciółmi, ale przyjaciel skarbem” Epiktet

O autorze:

Alek Rogoziński urodził się  w 1973  r. w Warszawie. Jest dziennikarzem, redaktorem, autorem komedii kryminalnych i powieści obyczajowych. Od połowy lat 90. pracował w różnych stacjach radiowych, w latach 2007 – 2020  w dwutygodniku „Party”. Od 2020 roku koncentruje się na pisaniu książek. Debiutował powieścią „Ukochany z piekła rodem” (2015 rok). Napisał też „Jak  cię zabić kochanie?”, „Do trzech razy śmierć”, „Lustereczko, powiedz przecie”, „Zbrodnia w wielkim mieście”. 

O książce:

Autor postanowił od początku poznęcać się nad czytelnikami. Z góry uprzedził, że sam już wykopał skarb o którym opowiada. Jakżesz mi przykro ale nie jestem zachłanna więc książkę przeczytałam.

Ale ad rem – we wrześniu 1939 roku niestarsi panowie dwaj coś zakopują w piwnicy. Po wojnie wybudowano tam blok mieszkalny. Skarb każdemu by się przydał, więc szukających jest wielu.

Mamy tu parę wyrazisto – zabawnych postaci, w tym teściowe młodego małżeństwa: Amelii bibliotekarki i Janusza grafika. Różnią się one między sobą jak ogień i woda, niebo i piekło, bigos i szarlotka. Jedna to Kazimiera dewotka, zwolenniczka obecnej partii i fanka Zenka M., uważa, że ktoś spolegliwy to taki co „lubi se poleżeć”. Jej mąż stoicyzmem przypomina mi Ryszarda z serialu „Co ludzie powiedzą”. Druga to Maja,  z zawodu adwokatka angażująca się w uliczne protesty, a jej mąż w zażywanie viagry.

Kandydatem do posiadania skarbu jest też gruby szef półświatka Tygrys Złocisty z rozkoszą nazywający bliźnich a to salamandrą plamistą, a to jelonkiem lampasowym. Poza tym Sylwek i Patryk obiboki, Alojzy hazardzista, zbuntowana nastolatka, bracia Krecikowie i parę jeszcze innych osób,

Dla obyczajowego kolorytu bloku autor dodał Pelagię nie lubiącą przeciągów, oblewającą sąsiadkę kocimi sikami za co ukarał ją wysłaniem na tamten świat.

Kazimiera działa z młodym księdzem poruszającym się bmw a nie rowerem i marzącym o wystąpieniu w serialu. Spada na niego piwniczny regał a ratuje go gej wzięty za anioła.

Autor, stosując humor normalny i czarny, mnoży wątki i myli tropy wodząc czytelnika za nos po piwnicach i okolicach.

No sami przyznacie, że czytając łatwo nie było.

Upalne miasto 9

Poprzednie odcinki można przeczytać przesuwając stronę. Co drugą środę umieszczam tu recenzję książki lub opis prywatnych zdarzeń. Miłej lektury 🙂

*************************************************************

Burza nadeszła znienacka. Deszczu strugi zatkały studzienki uliczne, pioruny waliły jak opętane i grzmiało jakby wszystkie  trąby świata zebrały się na sądzie ostatecznym i urządziły popisowy koncert.

Karol z Felkiem, odważne chłopaki,  schowali się pod kołdrę.

Barbara usiadła na tarasie popijając ulubionego drinka i wołając:

– Paweł, przynieś mi aparat fotograficzny, takie piękne pioruny trzeba uwiecznić.

– Ale ja się boję burzy – usłyszała z najciemniejszego kąta.

– Faceci – westchnęła. Wstała i przeszła do salonu. W tej chwili piorun uderzył w wysokie drzewo rosnące blisko tarasu.

– Widzisz co by się stało gdybyśmy tam byli? Zabiłoby nas! – krzyknął rozdygotany Paweł i na ugiętych ze strachu nogach podszedł do barku gdzie zaserwował sobie solidną porcję czystej wódki.

– Nic by ci się nie stało, złego licho nie bierze – bezlitośnie powiedziała pani domu.

– Ale ja jestem dobry – rehabilitant prawie się rozpłakał. Wlał w siebie wódkę i sięgnął po następną porcję.

– Przestań chlać, czas na masaż a po nim… – zawiesiła głos.

– Po nim bieżnia, rower i prysznic – dokończył Paweł.

– Głupiś! Nie to miałam na myśli. Ostatnio się obijasz za bardzo, od rana nic nie robisz, nawet nie ćwiczysz.

– Czasem mogę odpocząć, prawda?

– To twoje czasem staje się nagminne. Do roboty! Nie będziesz mi tu zalegiwał za frico.

Ewa już ubrana stała w oknie apartamentu klienta, który okazał się, pod każdym względem, młokosem. Chciała jak najszybciej znaleźć się w domu, bo zaczął coś bredzić o miłości a nawet małżeństwie.

– W głowie mu się przewróciło od rodzicielskich pieniędzy – pomyślała. Nie uczy się, nie pracuje, śliczny nie jest a w dodatku w łóżku trzy ruchy i koniec balu. No i zakochał się, kretyn. Czy on myśli, że całe życie o takim niedojdzie marzyłam? A teraz śpi bo się strasznie zmęczył. Idę.

Zabrała pieniądze, schowała do torebki i wyszła.

Agata z Kaśką siedziały przy laptopie i organizowały swoje przenosiny na Kretę. Chciały jak najprędzej załatwić transport części mebli i pozostałego dobytku. Na szczęście mogły to zrobić z pomocą Wieśka, którego kumpel zajmował się różnymi biznesami, w tym i transportem międzynarodowym. Kwestię stanowił jego rodzaj – pociąg i statek czy samolot.

Wprawdzie załamały je wymagania jakie muszą spełnić, aby tam osiąść na stałe ale postanowiły się nie poddawać. Dom mają więc dach nad głową jest.

– Grecką biurokrację siłą spokoju też załatwimy – postanowiły.

Zapłodnienie jednej z nich  już się dokonało i tylko czekały na wynik. Spermę wzięły z banku.

Anna ustawiała przypomnienia w telewizji kablowej na oglądanie horrorów. Tylko takie filmy ją bawiły i poruszały. No, jeszcze angielskie seriale komediowe. Lubiła na przemian pobać się i pośmiać. Taki płodozmian filmowy stosowała. Natomiast nie oglądała relacji sejmowych i wypowiedzi rządzących polityków, bo od tego psuły się jej zęby i wykrzywiała proteza górna. Dolna też. Unikała też używania łaciny kuchennej a musiałaby rzucać mięsem i nieapetycznymi wiązankami, a jako damie nie bardzo jej wypadało. Postanowiła, w ramach rozrywki, napisać wspomnienia i zatytułować „Pocałujcie mnie w … pępek” i złośliwie opisać wszystkich, którzy jej podpadli. Już wymyśliła pierwsze zdanie: „Rodziłam się pośladkowo i tak mi zostało”.

W salonie kosmetyczno – fryzjerskim „AnEwa” klientki bardzo się rozgadały. Tym razem o szkolnych koleżankach. Zaczęła Magda, była żona Wieśka, peelingując klientkę kawitacyjnie.

– W podstawówce miałam koleżankę, jedynaczka hołubiona przez babcię, matmę i ojca. Bardzo humanistycznie uzdolniona, łacina to dla niej było małe miki, w dodatku miała  świetną pamięć. Jednak bardzo egocentryczna, potrafiła zrobić koleżance awanturę, że się zadawała też z inną, a nie tylko z nią.

– Pewnie uważała, że jest pępkiem jej świata – powiedziała czesana za parawanem klientka.

– Straszny z niej był wampir energetyczny, kogo dopadła to się w niego wpijała i ssała. Potem się dziwiła, że ludzie jej unikają.

– A ładna chociaż była?

– Stereotypowo patrząc to nie. Ale gdyby o siebie dbała to mogłaby być interesująca. Niestety, zamiast w dbanie poszła w palenie i picie. Raz mi powiedziała, że najbardziej lubi  niedomyta i niedoprana siedzieć w towarzystwie z butelką piwa.

– Z lumpowej rodziny pochodziła?

–  A skąd! Z inteligenckiej, skończyła studia, pracowała ale się staczała. Ciągle w poczuciu niesprawiedliwości, że gorsza, według niej, koleżanka jest zadbana i lubiana więc jej dokopywała. Potem jeden zawał,  drugi i zaświaty.

– A miała męża i dzieci?

– Nie, bo wszyscy faceci od niej uciekali. Trudno im się dziwić, nie dawała chwili oddechu.

Fryzjerka Gosia rozrabiając farbę powiedziała:

– Ja miałam koleżankę w szkole bardzo ładną, zdolną, bardzo wygadaną i oczko w głowie matki – wdowy. Przez całe życie jest bardzo zajęta i przejęta tylko sobą. Jeśli ktoś miał władzę czy według niej był lepszy to się podlizywała, a jak kogoś uznała za gorszego od siebie to lekceważyła, wykorzystywała i oczekiwała zachwytów.

– Pewnie była zdziwiona, że ich nie było.

– Bardzo. Ciągle szukała ofiar, które byłyby tłem dla jej świetności. I nie pomogło udane małżeństwo, dzieci, wspomagająca przy ich wychowaniu matka oraz kariera naukowa. Też zabija się paleniem i piciem.

– Skąd to się bierze, jak myślicie? – spytała słuchająca tego Ewa.

– Pojęcia nie mam, to tylko jakiś bardzo dobry psycholog mógłby odpowiedzieć – stwierdziła masująca twarz klientki kosmetyczka.

– Ja natomiast miałam koleżankę, która na skutek odrzucenia przez matkę i ojca jej dziecka całe życie szukała potwierdzenia swojej wartości u facetów. Ale nie była w stanie utrzymać związku, bo oczekiwała, że wszyscy wokół będą robić to co ona chce i znosić jej rozchwianą psychikę. Nawet była kilkakrotnie na terapii ale nic nie pomogło. Zapiła się na śmierć.

– Podejrzewam, że zawodowo wszystkie trzy dawały radę a prywatnie okazywały brak dojrzałości i inteligencji emocjonalnej. Niezbadane są meandry psychiki ludzkiej – powiedziała Ewa, wyjęła z szuflady telefon i zadzwoniła do babci.

– Może przyjdziesz do salonu, uczeszę cię a Magda dopieści twoją cerę? Tak za godzinę może? Burza już przeszła, tylko trochę pada. No to czekamy.